E-book
14.18
drukowana A5
20.82
drukowana A5
Kolorowa
40.75
Kosmodrom kałuża

Bezpłatny fragment - Kosmodrom kałuża


Objętość:
22 str.
ISBN:
978-83-8455-749-5
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 20.82
drukowana A5
Kolorowa
za 40.75

Wstęp

Czy do podbicia kosmosu potrzebujesz wartych miliony dolarów maszyn z NASA? Skądże! Czasami wystarczy to, co znajdziesz za domem: stara wierzba, kilka soczystych czerwonych papryk i największa kałuża w całej okolicy. Bo wielkie marzenia nie potrzebują drogich biletów — potrzebują tylko odwagi, by w mętnej wodzie dostrzec drogę do gwiazd.

Rozdział 1: Złota klatka i wielka nuda

Dom stał na samym skraju lasu, oddzielony od reszty świata wysokim, kutym ogrodzeniem, które wyglądało, jakby miało zatrzymywać nie tylko nieproszonych gości, ale i samą wyobraźnię. Był to dom nowoczesny, pełen szkła, zimnego marmuru i inteligentnych systemów, które same zapalały światła, ale nigdy nie potrafiły zapalić iskry wesołości. Rodzice Antka i Hani byli bardzo bogaci i bardzo zajęci. Zbudowali tę luksusową twierdzę niedaleko jeziora, wierząc, że dają dzieciom raj na ziemi.

Ale w tym raju panowała dziwna cisza. W pokojach stały najdroższe komputery, lśniące mikroskopy i regały pełne mądrych ksiąg o ekonomii i prawie. Grafik dnia był napięty jak struna w pianinie: rano lekcje chińskiego, po południu kurs szybkiego czytania, a wieczorem dodatkowa matematyka. Rodzice zapomnieli o jednym — że w lesie obok nie ma innych dzieci. Nie było kogo zawołać przez płot, nie było z kim pograć w piłkę w błocie, ani z kim podzielić się tajemnicą.

Antek i Hania często stali przy wielkim oknie tarasowym, patrząc na las. Antek poprawiał swój tekturowy kask — jedyną rzecz w tym domu, która nie kosztowała fortuny, a była dla niego cenniejsza niż złoto. Hania trzymała w ręku swoją ulubioną lupę, przez którą świat wydawał się o wiele ciekawszy niż na ekranie tabletu.

Jedyną istotą, która kompletnie nie przejmowała się grafikami i drogimi dywanami, był Fuks. Był to pies rasy „bardzo przyjacielskiej”, którego głównym zadaniem życiowym było merdanie. Fuks był jedynym pasażerem, który potrafił wymusić spacer samym spojrzeniem swoich mądrych, brązowych oczu. To on był ich Oficerem Merdania i to on jako pierwszy wyczuł, że tego popołudnia wydarzy się coś niezwykłego.

— Logicznie rzecz biorąc — szepnęła Hania, patrząc na zegarek — mamy dokładnie siedem minut wolnego, zanim przyjdzie nauczyciel od gry na flecie. Fuks, prowadzisz?

Pies szczeknął krótko i pociągnął ich w stronę starej, płaczącej wierzby, która pochylała się nad ogromną, lśniącą kałużą. Tam, gdzie dorośli widzieli tylko brudną wodę i stare drzewo, dzieci zobaczyły początek największej przygody w życiu.

Rozdział 2: Budowa Wierzbowej Rakiety

Gdy tylko znaleźli się pod osłoną zwisających gałęzi wierzby, świat luksusowego domu zniknął. Tutaj, w cieniu drzewa, zapach wilgotnej ziemi mieszał się zapachem przygody.

— Dyrektorze Misji Haniu, meldować stan gotowości! — zawołał Antek, dumnie prostując się w swoim kasku z folii śniadaniowej. Hania przyłożyła lupę do pnia drzewa. Wierzba była potężna, a jej kora miała głębokie bruzdy, które wyglądały jak skomplikowane mapy nieznanych galaktyk. — Kapitanie, to drzewo to nie jest zwykła roślina. To szkielet naszej rakiety. Ale potrzebujemy poszycia. NASA używa tytanu, ale my mamy coś lepszego.

Dzieci zaczęły znosić swoje skarby, które ukradkiem gromadziły w ogrodzie. Najpierw przynieśli ogromny karton po telewizorze, który rodzice kupili do salonu. Był gruby, solidny i pachniał jeszcze nowością. Hania z inżynierską precyzją zaczęła wycinać w nim okrągłe iluminatory. Antek natomiast oplatał gałęzie wierzby neonową włóczką, którą podebrał z koszyka babci. — To są nasze przewody paliwowe — tłumaczył, wiążąc supełki na lśniących nitkach. — Przewodzą energię marzeń prosto do silnika.

Fuks nie próżnował. Przyniósł w pysku starego, gumowego buta, który dawno temu zgubił się w krzakach. — Świetnie, Oficerze! To będzie nasz amortyzator lądowania! — pochwalił go Antek.

Wnętrze ich rakiety zaczynało wyglądać imponująco. Zamiast zimnych, metalowych siedzeń, mieli miękki mech i poduszki wyniesione z ogrodowej huśtawki. Zamiast nudnych ekranów komputera, mieli kolorowe nakrętki od butelek, które służyły za przyciski do sterowania prędkością światła. Wszystko było gotowe, brakowało tylko jednego. Napędu.

— Haniu, prąd z domu tu nie dotrze — zauważył Antek. Hania uśmiechnęła się i wyciągnęła z kieszeni sukienki małe zawiniątko. — Logicznie rzecz biorąc, paliwo musi mieć moc. A co ma większą moc niż ogień? — Rozwinęła serwetkę, w której leżały trzy, krwistoczerwone, lśniące papryczki chilli. — To jest nasz napęd paprykowy. Jedna kropla soku z tych owoców wystarczy, żeby przebić się przez chmury nudy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 14.18
drukowana A5
za 20.82
drukowana A5
Kolorowa
za 40.75