E-book
23.63
drukowana A5
37.46
drukowana A5
Kolorowa
63.4
KOSMICZNA KRONIKA BAŚNI

Bezpłatny fragment - KOSMICZNA KRONIKA BAŚNI


Objętość:
156 str.
ISBN:
978-83-8455-392-3
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 37.46
drukowana A5
Kolorowa
za 63.4

Wstęp — Tajemniczy List

W moich dłoniach spoczywa coś, co przeczy prawom fizyki. To list, ale nie został napisany na papierze czy kruchym papirusie. Litery zostały wyryte w niezwykłym minerale, który jest ciepły w dotyku i nie poddaje się żadnej sile — nie można go zarysować, nie da się zmienić nawet jednej kropki w jego strukturze.

Gdy tylko dotykam powierzchni, słowa zaczynają pulsować, niemal hipnotyzując mnie swoją treścią. Oto co wyczytałam w tym tajemniczym przekazie:

„Witaj, Ziemianinie.

Skoro czytasz te słowa, oznacza to, że nadszedł czas, byś poznał prawdę. Pochodzę z galaktyki tak odległej, że wasze teleskopy nie są w stanie dostrzec nawet jej najmniejszego pyłku. My, mieszkańcy gwiazd, od eonów studiujemy tajemnice tworzenia światów i śledzimy losy każdej istoty zamieszkującej wszechświat. Mamy wgląd w kroniki, o jakich wam się nawet nie śniło.

Podróżując przez bezkresną pustkę, natrafiłam na waszą planetę. Zrozumiałam wtedy, że wiele z tych sekretów, które dla nas są codziennością, dla was pozostaje ukryte za zasłoną nieświadomości.

Postanowiłam przerwać to milczenie. Będę dzielić się z tobą wiedzą, która zmieni twój sposób patrzenia na rzeczywistość: od narodzin planet, przez sekrety wodnych istot, po dostęp do energii całego wszechświata, która drzemie tuż pod twoimi stopami. Odkryję przed tobą magię twojego własnego otoczenia i to, co tak naprawdę ukrywasz w najgłębszych zakamarkach swojego wnętrza.

Przekazuję ci to wszystko w formie baśni i legend — formy, którą wasza rasa kocha najbardziej. Teraz wszystko zależy od ciebie. Czy uznasz te historie za zwykłą fantazję, czy może odważysz się dostrzec w nich prawdziwą, kosmiczną rzeczywistość?”

Kasjopeja

Legenda o dziewczynce zamienionej
w kamień

Nie powiem wam, kiedy i kto opowiedział mi legendę o kamiennej dziewczynce, a może przeczytałam o niej w licznych opowiadaniach, a może opowiedziała mi ją moja babcia.

Faktem jest, że teraz mi się ona przypomniała. Spytacie się zapewne — dlaczego teraz?

Otóż ostatnio byłam na wycieczce w lesie i tam na polanie zobaczyłam taki ogromny kamień.

Nie wiem, co przykuło moją uwagę do tego nieforemnego głazu, ale wiedziałam, że muszę zatrzymać się w tym miejscu na dłużej.

Na tym głazie, zbliżywszy się do niego, ujrzałam mimo południowej pory, ogromną szarą sowę wpatrzoną we mnie swoimi ogromnymi, mądrymi oczami.

Ten widok na pewno również i was by zaintrygował.

Usiadłam więc na tym kamieniu, który tak mnie przywoływał a sowa widząc co czynię tylko kiwała swoją puchatą głową, odsuwając się przy tym na bok, robiąc mi miejsce koło siebie.

Sami powiedzcie — czy to nie dziwne? Ale cóż! Postanowiłam poddać się nastrojowi i popłynąć na fali tego co ona przyniesie.

Stałam się małą dziewczynką, może 5—6 letnią z czasu sięgającego świata prehistorii. Wszystko jak okiem sięgnąć było z kamienia — w różnych odcieniach, ale i formach.

Widziałam przed sobą krystaliczne konstrukcje odbijające i pochłaniające dochodzące promienie słoneczne. W całej tej krainie rozbrzmiewała muzyka, ale nie taka jaką teraz znamy, graną na różnych instrumentach muzycznych — ale to otoczenie śpiewało, każda jego drobinka wydawała swój unikalny dźwięk.

Zasłuchana w te dźwięki, nawet nie zauważyłam, kiedy obok mnie, jakby wyrosły spod piaszczystej ziemi, pojawiły się takie gigantyczne postacie przypominające odważnych rycerzy — choć może było to takie moje złudzenie spowodowane grą świateł i tak naprawdę ich wygląd w tej krótkiej chwili przybierał różne formy.

Cóż miałam zrobić — moja kryjówka obserwacyjna została odkryta i nie pozostało mi nic innego jak stawienie czoła temu co przed sobą ujrzałam.

Zaczęłam podnosić się z piasku. Ale cóż to? Zamiast lekko i zwinnie — tak jak to miałam w zwyczaju — moje ruchy były powolne, ociężałe, jakbym była czymś ograniczona. Postanowiłam jednak nie wpadać w panikę, myśląc — może to tylko chwilowe, za długo byłam w jednej pozycji…?

W końcu miałam dopiero 5 lat i moje ciało powinno być lekkie, sprężyste.

Wstawanie z piasku zajęło mi chwilę, która dla mnie wydawała się wiecznością. Każdy kolejny krok to kolejnych miliony przewijanych w umyśle obrazów. Wszystko trwa, jak w zwolnionym tempie. Co się dzieje? — Niepokojąca myśl przemknęła przez mój umysł, zastąpiona w momencie inną, pocieszającą — wszystko się zaraz wyjaśni i znów będę sobą.

No ale te chwile trwały w nieskończoność, rozciągając każdy kolejny ruch mojego ciała — podniesienie dłoni, skłon głowy, otwarcie ust, czy spojrzenie — wszystko to trwało w przeliczeniu na znany mi czas, miliony lat.

No dobrze! Skoro tu jest tak, to dostosuję się do tej przestrzeni — zdecydowałam.

I wtedy obraz zaczął wyglądać zupełnie inaczej. Spojrzenie moje zaczęło przesuwać się po należącym do mnie ciele. Cała byłam, podobnie jak te postacie obok mnie stojące, z kryształów. Wyglądałam cudnie i gdyby nie świadomość innego czasu i świata, cieszyłabym się sobą. Teraz, ten widok, przyprawiał mnie o uczucie niepewności i dezorientacji. Będąc w tamtym miejscu, odczuwałam całą sobą ten śpiew płynący z każdej drobinki kryształu zmieniającego się w zależności od światła i możliwości tworzenia większych form. Niektóre z takich form osiągały gigantyczne rozmiary, przy których wysokość najwyższych gór w znanym mi ziemskim świecie, była tylko ich malutką miniaturką.

Ja sama byłam olbrzymem w skali miary ludzkiej istoty. I to odkrycie było dla mnie szokujące.

Jeszcze niedawno, w świecie ludzkich istot, byłam dziewczyną o średnim wzroście, a tu proszę, ja taki gigant! A cóż mi pozostało? Patrzyłam dalej na ten świat, próbując go zrozumieć. A możecie mi wierzyć, nie było to łatwe. Niespodzianka goniła niespodziankę.

Zmiana formy, zmiana wielkości a i rozważania kwestii jednostki czasu. Ciekawe co jeszcze tutaj mnie spotka? Wkrótce zobaczyłam! To był dopiero początek tego co w tej krainie miałam doświadczyć.

W jednej chwili, wraz z otaczającymi mnie kamiennymi olbrzymami zapadłam się nieskończoność głębi tworzonej z drobinek piasku. Choć byliśmy wszyscy formami utworzonymi z kamienia, to jednak to co nas oddzielało stanowiło piasek o drobinkach tak malutkich i krystalicznych niemożliwych do oddzielenia jednej od drugiej. To co zmieniło się w tej przestrzeni zaskoczyło mnie nie po raz pierwszy zresztą. W tym drobniutkim piasku stawiane przez nas kroki były sprężyste i takie bardzo lekkie a poza tym możliwa stała się komunikacja słowna między nami.

Wcześniej słyszany odgłos muzyki był, jak sobie uświadomiłam, dźwiękami wydobywającymi się z tych kamiennych istot. Jak się wkrótce dowiedziałam, towarzyszące mi postacie były moimi rodzicami, co w rozumieniu ziemskiej rzeczywistości — po prostu stanowili moją rodzinę wielu mam i ojców.

Może to trochę zastanawiać — ogromna ilość tych idących gigantów i ja jako ich dziecko?

Ale w tym świecie, tak to funkcjonuje i ja przyjęłam to jako coś naturalnego, w sumie ciesząc się tym faktem.

Ci giganci — moi rodzice — domyślając się, że w ich dziecku jest obecnie nowa ziemska świadomość, którą oczywiście byłam ja — niczym nie zaniepokojeni postanowili mi wszystko wyjaśnić, pokazać i nauczyć.

Zdaje się, że nie byłam tu pierwszym takim gościem — od razu mi ulżyło. W tym momencie czułam się jak na wycieczce krajoznawczej — zwiedzam, patrzę, wyciągam wnioski z moich obserwacji próbując zrozumieć działanie tej przestrzeni i co ważne — wiedziałam, że kiedy tylko zechcę mogę wrócić do znanego mi świata.

Przemierzając piaszczystą przestrzeń dotarliśmy w końcu do niezwykłego miejsca, a była to szkoła nauki.

Istoty całe z biało mieniącego się kryształu demonstrowały proces tworzenia innych kamiennych istot. Wyglądało to dość fascynująco — ich ogromne dłonie były/ magnesami o przeciwnych biegunach a znajdujący się między nimi piasek przyciągany a może lepiej to nazwijmy ściskany, tworzył coraz większe drobinki, które następnie za sprawą delikatnych ruchów palców, dłoni nauczycieli — delikatnie wpływających na tworzącą się strukturę.

Na moich oczach powstawały kamienne, malutkie formy zwierząt, roślin, a nawet zarodki planet czy galaktyk. Była to niezwykła szkoła i wcale nie chciało mi się z tego miejsca odchodzić.

Jednak moi rodzice mieli inny plan. W swe ogromne dłonie wzięli wspólnie takie malutkie ziarenko, będące zarodkiem planety, nie wiedziałam jeszcze której, ale zapowiadało się ciekawie.

Wyobraźcie sobie — mała planeta w mojej dłoni, bo oczywiście jeden, wybrany z wielu ojciec podał mi tą formującą się kamienną formę. Malutka planeta w mojej dłoni wyglądała jak ziarenko groszku, w tej ziemskiej proporcji skali.

Tylko co to miało znaczyć? Zmiany następowały błyskawicznie, jak na tą przestrzeń. Ziarenko wrastało w moją całą formę i ja odczułam wkrótce obecność nowej świadomości — taki dodatkowy impuls fantastycznej energii, dającej mi w podarunku marzenia niedostępne a właśnie teraz będące takim otwarciem na nowe, a co ważne nie wiążące mnie jako samotnej istotki, ale mnie jako kreującej podobnie jak ci potężni nauczyciele, nowe formy, które we mnie samej będą funkcjonować jako niezależne, wolne istnienia.

To tak jak ten krystaliczny świat — wszystko jest pyłem i w tym pyle są istnienia tworzące dodatkowe formy, które z dostępnego budulca dalej tworzą. Ja na tą chwilę miałam tworzyć istotę planety i już byłam tego świadoma, szczęśliwa z możliwości bawienia się formułowaniem kryształów i słuchania ich niepowtarzalnego śpiewu.

Bo trzeba wam wiedzieć, choć może i o tym już wcześniej wspomniałam, że im bogatsze w drobinki formy różniące się kształtem, tym inna z nich muzyka będzie wypływała.

Już widziałam te formy i słyszałam śpiew rozchodzący się z mojej niepowtarzalnej formy.

Moja kamienna gigantyczna, mama w kolorze szafiru przywołała mnie do porządku i ściągnęła moje myśli z chmur, po których już płynęłam. Byłam jeszcze mała i dalsza nauka i doświadczanie było przede mną zanim osiągnę dojrzałość tej istoty planety zdolnej do tworzenia.

Rodzice otoczyli mnie kręgiem, tworząc olbrzymi pierścień, który ja odczułam jako ochronę i wzmocnienie. Przesłana mi została tylko zadziwiająca myśl — rozsypiesz się na miliony kryształków, w których każdy ma pamięć tego twojego zapisu i marzenia, w różnych światach zdobędziesz doświadczenia i razem z nimi powrócisz do nas z powrotem.

Tak też się stało, nie mogłam sprzeciwić się ich decyzji, w sumie uznając pomysł ten jako ciekawą przygodę.

Stałam się tymi drobinkami piasku przenoszonemu w kosmicznej przestrzeni. Co mnie zdziwiło — to wiedza o miejscu moich drobinek i ich doświadczeniach.

Doświadczałam czegoś nowego, tym samym uruchamiało się moje zrozumienie mechanizmów funkcjonowania wszechświatów. W krystalicznej formie obecna byłam w wielu istnieniach, ciesząc się z każdego doświadczenia. Czas płynął mi wolno, co stwierdziłam już na samym początku znalezienia się w kryształowej przestrzeni — korelacja czasów była różna w różnych światach.

Dorastałam powoli, osiągając pełnoletność w kamiennym świecie.

Wezwana mocą kręgu rodziców, moja forma powtórnie złożyła się w miejscu, z którego wcześniej wypłynęła. W kręgu jednak nie stała malutka dziewczynka, lecz dorosła istota wzrostem dorównując swoim rodzicom.

Dźwięcznym głosem zaśpiewałam pieśń o planecie w kosmosie, podobnej do Ziemi, nie będąc nią jednak.

Do kręgu wpłynęło wiele potężnych istot. Bił od nich blask wielu kolorowych słońc, każdy zachwycał swoim bogactwem kryształów.

Dopłynął do mnie ich wspólny śpiew — istot, które swojego doświadczenia wyglądały jako ochrona i opieka nowej planety. W tym momencie uświadomiłam sobie — te piękne istoty pragną być moją strażą, chroniąc moją kreację, rozświetlać wszystko swoją ogromną energią.

Mimo że dano mi możliwość wyboru pomiędzy właśnie tymi istotami, nie skorzystałam z niej. Poruszył mnie ich niezwykły, wspólny śpiew w jakże pięknym a dla mnie ważnym ich marzeniu.

Wiedziałam, gdzie mam istnieć i tworzyć, jako nowa planeta. Pragnęłam istot pełnych marzeń, pragnących tak jak i ja nowego tworzenia. Zdecydowałam się na obecność wszystkich istot chcących być słońcami dla mojej nowej formy — planety.

Wypłynęliśmy wspólnie na to nasze miejsce w kosmosie tworząc formy w sobie, a jednak ucząc się i wspólnej kreacji Słońc — Planeta. Było to nowe doświadczenie, którego jeszcze nigdzie nie doświadczałam będąc w drobinkach i tym bardziej stało się one ciekawsze.

W swoim lewym uchu usłyszałam pohukiwanie sowy. Przywołało ono mnie do czasu, kiedy byłam dziewczynką i jej niezwykłego w lesie spotkania.

Widząc ten obraz znalazłam się na olbrzymim głazie z teraz już widoczną, wyrzeźbioną w nim dziewczynką. Czyżbym uległa jakiejś magii? Przed chwilą byłam planetą a teraz stoję, a właściwie siedzę na kamieniu z wizerunkiem dziewczynki mnie przypominającej.

To nie był sen, nie była to też jak sądziłam wcześniej bajka przeczytana przez kogokolwiek. Ten kamień to moja kamienna forma z świata, gdzie istnieję. Przeniesiona tutaj przypomniała mi o tym skąd pochodzę i o moim celu w dążeniu do spełniania marzeń.

Opowiadając wam teraz niezwykłą historię zastanawiacie się zapewne czy jest to tylko legenda czy zwyczajna bajka o innym świecie. Wybór spojrzenia pozostawiam wam drodzy czytelnicy — dziewczynka ukryta w kamiennej formie.

Bajka o Jagódce co sama w leśnej chatce mieszkała

Historię, którą teraz Wam opowiem, działa się nie tak dawno temu, a może już dawno, wiecie czasu nie liczę, więc czas nie odgrywa żadnego znaczenia.

Siedząc przy kominku, późnym wieczorem, naraz usłyszałam pukanie do moich drewnianych, cudownych drzwiczek. Mój pies — Morus, był oczywiście przy drzwiach pierwszy, poszczekując i skomląc, nie mogąc się doczekać spotkania z tym kimś, kto stał po drugiej stronie mojego domku, na tym wietrznym, mroźnym o tej porze dworze. Już sama myśl o tym chłodzie, spowodowała, że szczelnie otuliłam się milutką, wełnianą, taką ogromną, kolorową, z rozmaitymi frędzlami chustą.

W drzwiach nie stał nikt inny, tylko mój znajomy — leśniczy z borowego lasku z jeszcze jednym gościem — dziewczynką, nieśmiało wychylającą malutką główkę z zza potężnych pleców opiekuna.

I to właśnie była dla mnie i mojego kundelka niespodzianka. Wpuściłam szybciutko do domku tych niespodziewanych gości, robiąc im miejsce przy rozpalonym, gorącym kominku.

— Witaj, mądra babko zielarko. Przyszliśmy do ciebie, ponieważ znasz wszystkie tajemnice, potrafisz rozwiązać niejeden problem — prawił w najlepsze leśniczy, serdecznie ściskając moją dłoń.

— No już dobrze Kacprze, nie musisz przecież za każdym razem, kiedy tu jesteś przypominać mi o tym co umiem a i poniekąd o tym co jeszcze muszę się nauczyć. Wiem, że przychodzisz z ważną sprawą. Proszę mów, bo ta kruszyna obok ciebie jest wystraszona niczym malutki króliczek — odezwałam się do przyjaciela, częstując jego i tą wystraszoną dziewczynkę, dużym kubkiem gorącego mleka z miodem. Wiedziałam, że ten napój rozgrzeje ich zmarznięte ciałka a wtedy będzie nam lepiej rozmawiać.

— Ty, Józefo znasz mnie doskonale, przed twoim wzrokiem nic nie zdoła się ukryć — popijając ciepły napój, zadowolony przemówił leśniczy.

— Ten pies chyba oszalał, to skacze, to skomli, to robi jakieś niepodobne do jego zwykłego zachowania harce, po prostu go nie poznaję. Odnoszę wrażenie, że doskonale zna tą dziewczynkę, a ja nie mogę sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek ją spotkała. Trochę to zastanawiające???

— Nie dziw się niczemu przyjaciółko. Ta dziewczynka to córka cyganki — Karoliny, która zamieszkała swego czasu w domku Michała, kowala. Teraz oboje wybrali się w daleką podróż a mnie zostawili, pod drzwiami tą oto dziewczynkę — niemowę. I co ja teraz mam zrobić? Żona mi choruje, dzieci nie mamy. Ale jak mam sobie poradzić z dzieckiem, którego nie rozumiem? Jest taka śliczna, że serce ściska mnie na myśl, żebym miał ją komuś innemu oddać. Choć łza niejedna w oku się kręci, nie pozostanie mi nic innego, jak jednak to uczynić. Proszę przyjaciółko, co mam zrobić, a może znajdziesz rozwiązanie tego jej problemu z mową — zasmucony, żalił się stary Kacper.

— Bardzo chętnie spojrzę w gwiazdy i poradzę się tak po mojemu przyrody — rzekłam, poważnie przyglądając się dziewczynce, w której oczkach dostrzegłam błysk nadziei i takiej ufności, że w momencie w dołku brzucha, z jakiejś nieokreślonej tęsknoty, mnie ścisnęło.

Biorąc dziewczynkę za rączkę, przygarnęłam ją do siebie, słuchając spłoszonego bicia jej serduszka. Głaskałam czule po główce, rozplatając długie, ciemne warkocze. Włosy te utworzyły taką piękną, falami spływającą do podłogi pelerynę. Światło wydobywające się z palącego paleniska rozświetlało te mieniące się włosy, wczepiając w nie, niczym artysta migoczące gwiazdki. Widząc to, nie mogłam z podziwu oderwać wzroku, jak taki cudny skarb mogła na pastwę losu zostawić jej matka. Ale tym teraz nie będę się zajmowała.

Stary Kacper też nie mógł oderwać wzroku od widoku dziecka, które jakby na nowo oglądał. Od chwili ujrzenia ją na progu swego domu, nie przyszło mu do głowy, aby dziewczynkę umyć, nie mówiąc już o należytym uczesaniu. A teraz, jak żywa stoi przed nim rusałka, która z samego nocnego nieba usłanego gwiazdami, spadła.

— Czy to jest na pewno córka tej cyganki, o której mówiłeś Kacprze? Na moje oko jest ona nie jej — spytałam przyjaciela.

Zawsze mówiła, że to jej córka, a ponieważ jest tak jak i ona, ciemna, więc nigdy w to nie wątpiliśmy z moją żoneczką — zafrasowany odpowiedział leśniczy.

— Zostaw ją u mnie na kilka nocek i dzionków, przyjdź za tydzień — powiedziałam, zdecydowawszy się na poznanie tajemniczej dziewczynki, zostawiając ją w swoim domku.

Słysząc to, dziewczynka rozpłakała się, roniąc łzy, których końca próżno było na tę chwilę wypatrywać.

To nas, czyli mnie i Kacpra, na dobre zafrasowało. Teraz to już oboje nie wiedzieliśmy co mamy czynić. Łzy dziewczynki cierpliwie zlizywał Morus, tuląc się do jej drobnego ciałka.

Daliśmy dziewczynce na razie spokój, czekając co będzie dalej. I wkrótce okazało się, że dobrze zrobiliśmy. Przeczucia nasze nas nie zawiodły.

Dziewczynka wkrótce się uspokoiła i biorąc mnie za rękę poprowadziła do stołu, na którym leżały nowiutkie, kolorowe arkusze pergaminu i małe, białe, puszyste piórko. Wszystko to czekało teraz właśnie na tą dziewczynkę, która wziąwszy w swoją malutką dłoń piórko zaczęła nim pisać starannym pismem na pergaminowych stronicach.

,,Tutejsza mama zwie mnie Jagódka, nie pochodzę jednak stąd, mój dom jest daleko w kosmosie.”

Zdziwiona spojrzałam na napisane słowa, zastanawiając się, skąd u takiego dziecka, wychowywanego przez cygankę, takie słowa. A w ogóle jak to możliwe, że umie ono pisać tak starannym pismem, kształtne literki?

— Kacprze, mój drogi sąsiedzie, idź do swojej żony i już się nie martw. Przyjdź, jak mówiłam, za kilka dni — tymi oto słowami żegnałam się ze starym przyjacielem, zamykając za nim starannie drzwi domu.

Tak oto, zostałyśmy same. Przytuliłyśmy się do siebie leżąc na ogromnym łóżku, wsłuchując się w odgłosy domu jak i tego co dochodziło do nas z zewnątrz.

Wkrótce zmorzył nas sen. Śniłam o pięknej krainie, gdzie wszystkie zwierzęta czując bezpieczeństwo, chodziły obok cudownych istot, przypominających sylwetki dobrze mi znanych — ludzkich. Jednak wkrótce zauważyłam różnicę.

Ich ruchy, wyraz twarzy i to co tworzyli wokół siebie, było tak inne od tego co istnieje w ziemskiej rzeczywistości. Słyszałam śpiew całej krainy roślin, ptaków, zwierząt i oczywiście tych istot podobnych do ludzi. Wszystko tworzyło jedną społeczność. Każdy jej członek był jednakowo ważny, każda istota opiekowała się inną, pomagając sobie w potrzebie.

Zachwycałam się obrazem innej planety, chcąc go śnić bez końca. Mając wiele doświadczeń wiedziałam, że ten obraz to tylko sen, choć wkrótce miałam się przekonać, że jest prawdziwy.

Otworzyłam oczy i pierwsze co ujrzałam to wpatrzone we mnie spojrzenie turkusowych oczu Jagódki.

Tak długo wpatrywała się ona we mnie, aż zobaczyłam w nich obraz szczęśliwie kąpiących się ludzi w oceanie tak czystym, że można było zobaczyć co znajduje się w jego głębinach, nie używając urządzeń optycznych.

A było tam tak jak i wcześniej widziałam na lądzie, mnóstwo różnorodnych roślin, ryb i planktonu, a między nimi pływających istot ludzkich bez żadnych kombinezonów, aparatów tlenowych. Wyglądało to tak jakby ci ludzie byli w równym stopniu przystosowani do życia w wodzie jak i na lądzie, po prosto środowisko życia nie odgrywało znaczenia. W tym podwodnym świecie uchwyciłam istnienie niepowtarzalnej melodii przestrzeni, teraz połączonej i rozpraszanej przez delikatnie płynącą wodę, tworzącą na powierzchni fale.

Ocknęłam się, mrugając oczami, co pozwoliło mi wrócić do rzeczywistości.

Z powrotem dom, był domkiem. Przy kominku spał Morus, a obok mnie jakby nigdy nic, zakopana w kołderkę — Jagódka. Tej nocy, długo jeszcze nie mogłam zasnąć, rozmyślając co mi się przydarzyło.

Sen, czy te oczy dziewczynki — kolejne obrazy życia — tylko gdzie? Zmęczenie jednak pokonało moją chęć rozwikłania zagadek.

Obudziła mnie Jagódka, niosąc śniadanko do mojego łóżka. O dziwo upiekła ona pyszne ciasto a do niego wyczarowała kakao. Hm … kakao? Znałam przysmak tylko z opowiadań i w domku go nie miałam, więc skąd się wzięło? Przemknęło się przez moją głowę kolejne pytanie.

W domku pachniało upojnie. Zjadłyśmy śniadanie w miłej atmosferze, postanawiając jak tylko się nieco rozpogodzi, wybrać na spacer do lasu, przy okazji zbierając gałązki na opał, bo ich zapas szybko się kurczył.

Teraz, z tą dziewczynką byłam bardzo szczęśliwa, choć wiedziałam, że mam ją tylko na chwilę. Cieszyłam się tym co jest i co razem przeżywamy.

Wyprawy z Jagódką do lasu były niczym baśniowe przeżycia w wielu krainach.

Szłyśmy po jagody, a wracałyśmy z koszami wypełnionymi owocami rosnącymi normalnie w różnych zakątkach Ziemi. Najadałyśmy się do syta arbuzów, bananów, pomarańczy, ananasów. Wymieniać mogłabym w nieskończoność rośliny, z których zrywałyśmy owoce, bądź wykopywaliśmy warzywa obok np. dębów, sosen, brzóz. Wszystko to pojawiało się akurat w chwili, kiedy zapragnęłyśmy skosztowania tego a nie innego owocu, warzywa.

Spacerując z Jagódką leśnymi ścieżkami opowiadałyśmy sobie różne historie znane nam z wielu opowiadań. Śmiejąc się i bawiąc przekraczaliśmy różne światy. Tak, to było bardzo proste. Teraz jak o tym myślę, wiem, że odbywałam podróże przenoszona za sprawą magii do wielu krain tych na Ziemi, niezliczoną ilość planet tak podobnych do naszej planety a jednak innych.

Jagódka okazała się niezrównaną przewodniczką, cierpliwie pokazując i tłumacząc mi wszystko.

Jak poprzednio już wspomniałam, dziewczynka potrafiła dobrze gotować, piec. Jej potrawy były kompozycją smaków, zapachów i oczywiście kolorów.

Jakże mogło być inaczej, nasze składniki pochodziły z całego, znanego jej kosmosu. Wystarczyło, że np. stwierdziła brak jakiejś przyprawy i wyciągnięcie ręki powodowało zanurzenie w przestrzeni, gdzie ta przyprawa rosła, bądź znajdowała się w jakimś minerale.

Tydzień minął nam nie wiadomo, kiedy. Szczekanie Morusa obwieściło przybycie leśniczego, Kacpra szybko idącego ścieżką prowadzącą do mojego domku.

— Witaj Józefo! Tak jak się umówiliśmy, jestem równo siedem dni od dnia mojej tu u ciebie wizyty — w drzwiach już, głośno zapowiedział swoje wejście stary przyjaciel.

— Witaj Kacprze, czas tak szybko biegnie, że wydawało mi się jakby upłynęła dopiero jedna chwila, taka malutka — z łzami w oczach witałam przyjaciela, wiedząc, że przyszedł dzień rozstania z niezwykła dziewczynką z gwiazd, Jagódką. Chciałam oczywiście przedłużać chwile w nieskończoność, jednak jakiś głos we mnie podpowiadał,,puść dziewczynkę, ona sama potrzebuje kontaktu z wieloma ludźmi, potrzebuje ich uczyć, patrzeć na otoczenie i widzieć więcej.”

Odważnie spoglądając na przyjaciela, powiedziałam

— Kacprze, nie było żadnej tajemnicy czy problemu z Jagódką. Po prostu pozwól jej być sobą a słowa wypływać z niej będą falami.

— Ale jak to sobą? — Spytał zafrasowany leśniczy.

— Pozwól jej biegać, tańczyć, przytulać zwierzęta. Wtedy śpiewa swoją piosenkę, posłuchaj jej, zanurz się w te obrazy, które ujrzysz, wtedy zrozumiecie się nawzajem.

— Babko mówisz wieloma zagadkami, ale posłucham ciebie — powiedział Kacper biorąc Jagódkę za rączkę.

Dziewczynka tylko spojrzała głęboko w moje oczy, a ja dostrzegłam cały jej świat. Odtąd wiedziałam, że właśnie w tym świecie ją odnajdę.

Ballada o Janku co z drzewami rozmawiał

Szumią drzewa, szumią.

Zima z wiosną

otulają swą peleryną leśną krainę.

Wiele wiosen upłynęło od czasu,

kiedy z chatki leśnej

na skraju puszczy

w świat wyruszył

mały chłopiec zwany Jankiem.

Wziął on tylko to

co miał na sobie

i gałązki drzew rosnących

w domowym sadzie.

Matula i ojczulek

oczy swe już teraz starcze wypłakują.

Wypatrują synka swego

co w świat wyruszył

liści drzewa miłości poszukując.

Szumią liście drzew, szumią.

Muzykę swoją śpiewają.

Wiedzą one,

gdzie Janeczek swe kroki kierował,

kogo na drodze napotkał

i jakich wieści wysłuchał.

Jednak tej pieśni

ojczulkowie chłopca

usłyszeć nie zdołają

języka śpiewu drzew swoich nie znając.

Jabłoneczka — Oliwka,

obsypuje się kwieciem

co roku szczęśliwa taka z losu Janeczka,

kwiat swój w owoc wnet zamieniając.

Wisienka -Matuszka,

swój kwiat pielęgnując starannie

śnieżnej i mroźnej pelerynie

nie dając do nich dostępu.

Śpiewa i ona wieści szczęśliwe o Janku

co z nią od małego umiał rozmawiać.

Cały ogród swoim językiem przemawiał

śpiewając ojczulkom,

że ich syn szczęśliwy jest

w krainie dalekiej.

Próżne były starania drzew starych.

Ojczulkowie swych serc i myśli

na nich żadnego skupienia nie znajdując.

Mijały wiosenki

zmieniane w letnią barwę kwiatów

i owoców przeróżnych.

Szczęśliwe szykując się

na powrót przyjaciela swojego.

Jednak czasu tego ojczulkowie

w żałości swojej dożyć już nie zdołali.

Janeczek ich wrócił

do domu rodzinnego

z naręczem liści olbrzymich — miłością, zwanych.

Zapłakał tylko

głaszcząc lica nieme ojców swoich.

Położył liście ogromne

na tym niemym ich posłaniu.

Liście przenikać do niemych ciał zaczęły.

Wrastając w nie sobą,

szczęśliwe z odnalezienia miejsca swojego.

Ojczulkowie jak żywi

w drzewa zamienieni zostali

szumiąc wraz

z ogrodem swoim i lasem całym,

teraz ten śpiew rozumiejąc doskonale.

Wiedzieli już,

że zmartwienia były nadaremne.

Słuchając wcześniej swoich przyjaciół

— drzew wszystkich —

znaliby losy swojego Janeczka

z gałązkami drzew ogrodu rodzinnego

podróży dalekiej odbywającego.

Kosmiczny chłopiec Moala co wodami władał

Nie wiem, czy słyszeliście, ale w głębokiej próżni kosmosu żyje ktoś niezwykły. Ma na imię MOALA i w całości składa się z wody.

Początkowo był tylko małą, lśniącą sferą, drobinką wilgoci dryfującą w nicości. Z czasem jednak zaczął rosnąć, przybierając postać chłopca o przezroczystej skórze, w której wnętrzu wirowały galaktyki. MOALA nie chciał tylko trwać — chciał czuć. Rozrastając się, powoli wypełniał pustkę między gwiazdami. Jego wodna istota przenikała mgławice, a krople jego ciała, niosące kosmiczną pamięć, osiadały na planetach jak poranna rosa.

Cząstka MOALI dotarła też do nas. Na Ziemię.

Gdzieś na Ziemi … To miał być idealny męski wypad. Słońce, zapach soli i nowiutki sprzęt do nurkowania. Piotrek i jego tata wypożyczyli motorówkę, tnąc taflę morza, która tego ranka przypominała gładkie, błękitne lustro.

— Gotowy na głębinę? — zapytał tata, poprawiając maskę. — Jasne! — odkrzyknął Piotr, patrząc w przejrzystą wodę.

Nikt nie przewidział, że pogoda zmieni się w ułamku sekundy. Niebo, przed chwilą błękitne, nagle zsiniało i zaciągnęło się ciężkimi, stalowymi chmurami. Spokojne fale zamieniły się w ryczące potwory o białych grzywach. Tata Piotra próbował wykonać gwałtowny zwrot, by uciec przed nadciągającym szkwałem, ale uderzenie bocznej fali było silniejsze.

Piotr, nieprzygotowany na szarpnięcie, wyleciał za burtę. Zimna, ciemna toń natychmiast go pochłonęła. Tata, nie wahając się ani sekundy, skoczył w sam środek wodnego piekła.

Ani Piotruś ani jego tata nie wiedzieli jednego: z góry, z samej krawędzi atmosfery, obserwował ich MOALA. Kosmiczny chłopiec poczuł ich strach. Strach istot, które składały się z tej samej materii, co on sam. Wiedział, że jeśli nie ujawni swojej potęgi, ta dwójka zginie.

Nagle, pośród ryku burzy, wydarzyło się coś niewytłumaczalnego.

Spod wzburzonych fal zaczęła wyłaniać się gigantyczna, wodna dłoń. Cała była zbudowana ze słonej morskiej wody. MOALA uniósł ojca i syna, zamykając ich w bezpiecznym kokonie swojej dłoni. Wewnątrz panował absolutny spokój — woda była tam ciepła i łagodna niczym w domowym basenie, choć metr dalej szalał sztorm z falami wysokimi na dziesięć pięter.

W oślepiającym błysku pioruna Piotruś otworzył oczy. Spojrzał w górę i zamarł. Zamiast chmur zobaczył ogromną, piękną twarz uformowaną z gwiazd i wody. MOALA uśmiechał się do nich, a w jego oczach odbijał się cały wszechświat.

Mimo huku piorunów tata z synem usłyszeli pieśń o samotności. To nie był głos, lecz wibracja, która docierała prosto w ich sercach. MOALA śpiewał. Była to najsmutniejsza i zarazem najpiękniejsza pieśń, jaką kiedykolwiek słyszeli — opowieść o kimś, kto jest wszędzie, a jednak czuje się strasznie samotny. O gigancie, który szukał przyjaciół, by móc dzielić się cudami kosmosu.

Kiedy dłoń MOALI delikatnie odstawiła ich na piaszczysty brzeg, Piotrek i tata obiecali wybawcy, że nie pozwolą, aby ten czuł się tak nieszczęśliwy i samotny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 37.46
drukowana A5
Kolorowa
za 63.4