E-book
2.73
Korzenie zła

Bezpłatny fragment - Korzenie zła

Objętość:
182 str.
ISBN:
978-83-8126-558-4

Korzeniem wszystkiego zła jest chciwość

pieniędzy

— z listu św. Pawła do Tymoteusza.


Wstęp

Wszystko, co napisałem w tej książce zdarzyło się naprawdę. Akcja toczy się w gorących latach przemian ustrojowych i społeczno-gospodarczych, podczas których poruszone kijem wydarzeń mrowisko ludzkie zaczęło się gwałtownie przekształcać. Należało więc zdobyć się na własną ocenę tego chaosu, skoro ludzie na nowo szukali sobie miejsca w zmieniającym się gwałtownie systemie. Było to trudne zadanie, bo konieczność pominięcia ważnych wątków z prywatnego życia bohaterów mogło pomniejszyć atrakcyjność książki dla czytelników. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stało.

Po złote runo

Przez zakurzone okna przebijał się jęk i zgrzyt łódzkich tramwajów. Nie przeszkadzało to jednak zasiadającym w biurowych pieleszach urzędnikom Agencji zajmującej dość obskurną kamienicę w miejscu, gdzie Północna dobiega do Placu Wolności. Lecz nie śródmiejski zgiełk zaprzątał im głowy. W latach dziewięćdziesiątych ostatniego wieku drugiego tysiąclecia Agencja była miejscem docelowym licznych pielgrzymek zagranicznych inwestorów poszukujących w Polsce taniej ziemi pod inwestycje mające im przynieść krociowe zyski przy minimalnych własnych nakładach kapitałowych. Wtedy kraj nad Wisłą jawił się jako kraina, gdzie najłatwiej można było pozyskać „złote runo”. A jedna z najważniejszych dróg do pozyskania wymarzonych bogactw wiodła przez biura Agencji, ściślej mówiąc przez ręce agencyjnych urzędników. Po przełomie ustrojowym władzę przejęli ortodoksyjni liberałowie piejący z zachwytu nad rzekomym dobrodziejstwem niczym nieograniczonego, wolnego rynku i otworzyli szeroko granice zagranicznemu kapitałowi spekulacyjnemu. Urzędnicy Agencji mieli wiec ręce pełne roboty. Za jednym z biurek siedział jowialny, starszy pan z całkiem siwa czupryną i bogatym stażem w partyjno-państwowej administracji dawnego reżimu. Pan Mirosław (bo takie nosił imię) powiadomiony wcześniej przez bardzo ważną osobę oczekiwał na byłego pracownika polskiej ambasady we Francji a obecnego dyrektora na Polskę francuskiej grupy kapitałowej zajmującej się eksploatacja składowisk śmieci komunalnych Oczekiwany Zbigniew K. wszedł do biura pewnym krokiem. Na jego widok Pan Mirosław rozpromienił się w uniżonym uśmiechu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można byłoby odtworzyć przebieg rozmowy pomiędzy pewnym siebie przedstawicielem zagranicznej firmy a spolegliwym urzędnikiem państwowej agencji.

— Witam szanownego pana dyrektora — powiedział — powiedział pan Mirosław rozpływając się w charakterystycznym dla siebie uniżonym uśmiechem wypracowanym jeszcze podczas dyrektorowania w piotrkowskim Urzędzie Wojewódzkim.

— Składam panu wyrazy uszanowania od siebie i szefostwa firmy, którą mam zaszczyt reprezentować. Jak sądzę, przygotował Pan dla nas interesującą propozycję.

— Istotnie. Dobrze się składa, bo agencja weszła w posiadanie gruntów nieopodal trasy szybkiego ruchu Warszawa-Katowice tuż obok planowanego wjazdu na przyszłą autostradę od strony Bełchatowa. Jest tam niemal dziewiczy teren otoczony lasem, a jednocześnie niezmiernie atrakcyjny ze względu na dogodny dojazd z Górnego Śląska, Krakowa, Wrocławia, Warszawy i Łodzi — pan Mirosław mówił uśmiechając się nieprzerwanie.

— Jeśli ta lokalizacja jest aż tak cenna to trudności z umieszczeniem tam składowiska śmieci mogą okazać się nie do pokonania — zaniepokoił się dyrektor Zbigniew K.

— Proszę się nie martwić! Burmistrzem miasteczka, w obrębie którego leżą te porzucone przez rolników pola, jest mój dobry znajomy z czasów, kiedy piastowałem bardzo ważne stanowisko w piotrkowskiej administracji wojewódzkiej. Był wtedy naczelnikiem gminy i tak jak ja należał do jedynie słusznej partii.

Rozmowa trwała jeszcze chwile, po czym dyrektor francuskiej firmy wyszedł z biura bardzo zadowolony na podwórko obskurnej kamienicy, gdzie czekał na niego luksusowy samochód. Pan Mirosław w tym czasie rozmawiał już przez telefon z panem Tadeuszem Gaworskim, burmistrzem Kamieńska, miasteczka co ongiś pachniało ogórkami i cebula i obwieścił mu dobra nowinę o francuskich inwestorach, co to z workami pieniędzy spadną jak z nieba na pola, co kiedyś były uprawne, a dziś leżą odłogiem ku utrapieniu miejscowego samorządu. Rzeczywiście, czas był ku temu najlepszy, bo po październikowych wyborach samorządowych 1998 burmistrz Tadeusz Gaworski zmontował większościową grupę radnych akceptujących jego aspiracje do sprawowania pełni władzy w gminie przez najbliższe cztery lata. Pan Tadeusz zdawał sobie jednak sprawę, że poparcie radnych nie jest mu dane raz na zawsze. Doskonale wiedział, że większość, która go popiera, składa się z politycznych graczy, którzy wywalczone mandaty zamierzają odpowiednio zdyskontować, a on musi podjąć takie działania, aby zaspokoić ich rozbudzone ambicje i apetyty. Spółka gminy z zagranicznym inwestorem mogła przynieść radzie i zarządowi gminy wielorakie korzyści, choć niekoniecznie miałyby to być korzyści dla całej gminy. Wprawdzie burmistrz zdawał sobie sprawę, że lokalizacja ogromnego składowiska śmieci na obrzeżach miasteczka wzbudzi niechęć do jego osoby i protesty społeczne, ale nie były mu one straszne przy poparciu rady i następnych wyborach dopiero za cztery lata.

Nie minęły dwa tygodnie i dyrektor Zbigniew K. czuł się wśród samorządowców Kamieńska jak ryba w wodzie, a raczej jak wędkarz wśród wędkarzy. Wspólne wędkowanie integruje ludzi, a wśród radnych burmistrza Gaworskiego wędkarzy było pod dostatkiem. Wprawdzie burmistrz na ryby chodził rzadko, a moczenie wędek w gliniankach Gorzędowa uważał za stratę czasu to jednak porzekadło, że w naszych czasach tylko ryba nie bierze, uważał za nadzwyczaj trafne. Zapalonym wędkarzem był zastępca burmistrza Edward Chłapiński, a przewodniczący Rady Miejskiej, Andrzej Pawelec, w każdą niedzielę w sezonie jeździł rowerem nad słynne glinianki zamiast na sumę, co mieli mu za złe zebrani w drewnianym kościółku gorzędowianie. Dodatkową atrakcją dla wędkującego kierownictwa gminy był udział dyrektora francuskiej firmy, który w chwilach, kiedy ryby nie imały się przynęty, roztaczał przed ludźmi gminnej władzy uroki i korzyści będące owocami współpracy samorządowców z nadzianymi przedstawicielami zagranicznego, ściślej francuskiego, biznesu. Opiewane przez dyrektora Zbigniewa K. uroki musiały być nieprzeciętne a korzyści porażające, bo ścisłe kierownictwo gminy bez większych problemów zgodziło się oddać francuskiej spółce 40 hektarów ziemi pod największe w kraju składowisko śmieci. No, bo jak było nie wierzyć sympatycznemu dyrektorowi, skoro burmistrz i jego zastępca doświadczyli już bezinteresownej francuskiej gościnności podczas wizyty w Paryżu w początkach grudnia 1998 roku. Włodarze Kamieńska poznawali uroki stolicy świata całkiem za darmo, nie płacili też oczywiście za przeloty samolotami i pobyty w hotelach. Panowie burmistrzowie byli zachwyceni spotkaniami z nowo poznanymi francuskimi przyjaciółmi, choć przecież z niejednego pieca chleb już jedli, a władzę w Kamieńsku dzierżyli już od pierwszych dni stanu wojennego w 1981 roku.

Ci dwaj zawsze dobrze czuli się przy władzy, nieważne czy to było za czasów dyktatury, czy też demokracji. Pozostali radni z grupy sprawującej władze także chcieli doświadczyć zagranicznych wojaży. Gościnni Francuzi zaprosili, więc do swojej stolicy następnych samorządowców z Kamieńska. Wyjechało akurat tylu żeby łącznie z burmistrzem i zastępcą mogli utworzyć prosaterowską większość w radzie.

Dwunastu z osiemnastu radnych Kamieńska zobaczyło u stóp wieży Eiffla trochę światowego życia. Pretekstem wyjazdu pod Wersal były oględziny jednego z podparyskich składowisk śmieci. Radni wystąpili wiec w roli ekspertów od gospodarki odpadami, choć ich kwalifikacje w tej dziedzinie wynikały ze znajomości dzikich wysypisk śmieci napotkanych przypadkowo w lasach podczas grzybobrania. Z wycieczki wrócili w świetnych humorach, ekstra ugoszczeni przez Francuzów, a nawet obdarowani upominkami. Niejeden z nich potem z przejęciem opowiadał znajomym o atrakcjach Paryża, z dumą prezentując plastikową replikę słynnej wieży. Wydawało się, że sprawa została już przesądzona i spółka Sater Polska zacznie wkrótce wycinanie lasów nieopodal dawnej trasy narciarskiej na północno-wschodnim stoku góry usypanej ongiś przez odkrywkowa kopalnie węgla brunatnego.

Tak się jednak nie stało. Burmistrz, choć przeświadczony już o własnej bezkarności, postanowił jednak zachować pozory praworządności i ogłosił konkurs dla ewentualnych inwestorów w śmieciowy interes. No i tu się sprawa skomplikowała, bo do konkursu obok Francuzów przystąpiła poważna firma niemiecka Lobbe. Wtedy właśnie radni z Kamieńska poznali siłę swoich mandatów, bo obie firmy zaczęły ich niesamowicie rozpieszczać.

Rywalizujący z Francuzami Niemcy postanowili oczarować radnych pięknem alpejskich pejzaży oraz atmosferą i kolorytem cesarskiego Wiednia. Troszczący się o ich wygodę Niemcy wynajęli nawet specjalny samolot i opłacili pobyt w luksusowym hotelu z apartamentami wyposażonymi w barki z dużym wyborem wysokoprocentowych trunków. Oczywiście Radni za nie nie płacili z własnej kieszeni, a pozostawali na całkowitym utrzymaniu hojnych fundatorów. Już Niemcom wydawało się, że przechylili szalę na swoją korzyść, szczególnie po uroczystym biesiadowaniu z grupą najbardziej wpływowych radnych w radomszczańskim „Zameczku”, a tu całkiem niespodziewanie spotkał ich srogi zawód. Wyszło na to, że cieszyli się przedwcześnie, gdyż arbitralnie powołana przez burmistrza komisja, składająca się ze starannie dobranych radnych, wybrała prawie jednogłośnie francuska ofertę. Nie można było dokonać gorszego wyboru. Jeśli już radni zdecydowali się zeszpecić swoją gminę, to mogli w zamian zasilić jej budżet znacznymi kwotami pieniędzy. Takie pieniądze oferowała firma niemiecka. Firma ta deklarowała odpowiednią kwotę za każdą tonę śmieci złożoną na wybudowanym za własne środki składowisku. Wybierając Niemców radni mogli argumentować:

— Wprawdzie oszpeciliśmy naszą gminę, ale uczyniliśmy ja bogatą.

Jednak radnym o wzbogacenie gminy nie chodziło wcale, choć używali takiego hasła w celach propagandowych. Wybrano francuską ofertę, bo oferent chciał dopuścić gminę do interesu. Budowę i eksploatację składowiska miała prowadzić spółka, w której gmina miałaby 20% udziałów w zamian za aport w postaci czterdziestu hektarów ziemi pod lokalizację wysypiska. Gmina mogłaby mieć więc 20% z wypracowanych przez spółkę zysków po opodatkowaniu. Zagraniczne firmy inwestujące w Polsce na ogół jednak podatków dochodowych nie płaciły, bo potrafiły na różne sposoby wytransferować pieniądze za granicę.

Dlaczego przegrali Niemcy oferujący gminie konkretne korzyści, a wygrali Francuzi, których obietnice były więcej niż iluzoryczne?

Francuska oferta dopuszczająca do spółki gminę była dla radnych bardzo atrakcyjna, bo tworzyła dla nich ciepłe posadki w zarządzie spółki, radzie nadzorczej, wreszcie miejsca pracy dla ich rodzin i tak zwanych Klientów. Nie wiadomo, czy przeważyły jeszcze jakieś inne względy, bo nikt nikogo nie złapał za rękę, ale pracownik Lobbe, który prowadził z upoważnienia kierownictwa firmy lobbing wśród kamieńszczańskich samorządowców, zaklinał się już po rozstrzygnięciu przetargu, że Niemcy nie składali władzom gminy propozycji korupcyjnych.

Współpracujący z Francuzami samorządowcy starali się utrzymać w tajemnicy przygotowania do urządzenia w gminie wielkiego śmietnika. Nie było jednak takiej tajemnicy, która po pewnym czasie nie stałaby się publiczną własnością. Tak też się stało, a nieuchronne przecieki bulwersowały opiniotwórcze kręgi mieszkańców Kamieńska. Nośny temat podchwyciła lokalna prasa, choć tylko należący do Macieja Ziembińskiego tygodnik „Komu i czemu” zamieszczał fachowe informacje i krytyczne opinie, stwierdzając bez ogródek, że w Kamieńsku „Kręcą lody”. Ambitny ten periodyk z Radomska nie był jednak w Kamieńsku powszechnie czytany, a w pozostałych miejscowościach gminy wcale. Tymczasem ludzie burmistrza wydawali za pieniądze podatnika „Biuletyn miejski”, w którym pisali, że Urząd Miejski i jego agendy ogarnęła powszechna śmieciomania, drukując wypowiedzi radnych piejących z zachwytu nad rzekomymi korzyściami ze śmieci. Profrancuscy radni wypowiadali się na łamach tego pisemka odsądzając od czci i wiary przeciwników śmietnika, zarzucając im, że nie kierują się interesem publicznym tylko ulegają zwykłej ludzkiej zawiści.

Czyż nie dane im było odczuć jak rosną w nich swoiste demony o małych ustach, owe wiecznie głodne stwory z metafor buddystów. Na uroczysku Kąsie nieświadome nadciągającej zagłady trzmiele ćwiczyły loty brzęcząc nad kwitnącymi liliowo wrzosami. Krety drążyły swoje podziemne korytarze, sypiąc na powierzchni wysokie kopce wilgotnej ziemi. Wydawało się, że w tym urokliwym zakątku czas zatrzymał swój bieg. Ale to była tylko cisza przed burzą, spokój przed wichrem, co zrywa cumy moralne i rzuca ludzi na żer demonom, a leśne żyjątka przysypuje milionami ton śmieci.

Krajobraz przed bitwą

Są w naszym kraju różne knajpy, a każda z nich swoją osobliwą historię tym ciekawszą, im więcej i różnego rodzaju trunków wypili biesiadujący goście. Wisienka też może fascynować swoja przeszłością, może dość mroczna, ale nie całkiem ponurą. Chociaż rzadziej tu jadano, a częściej zakąszano to i ona miała swoje chwile świetności, kiedy można tu było nieźle zjeść.

Budynek restauracji postawiono w centrum miasteczka, bezpośrednio przy drodze z Warszawy do Katowic. Mieściły się tu na parterze: przydrożny bar, salka restauracyjna i kuchnia a na piętrze kilka pokoików gościnnych. W czasach zubożałej państwowej gastronomi był tu azyl i miejsce rozrywki dla powiatowej nomenklatury. Nie dotyczyło to części barowej, gwarnej zazwyczaj, a często wręcz hałaśliwej, gdzie raczono się głównie wódeczką, czasem też beczkowym piwem z reguły ochrzczonym zwykłą wodą. Klienci baru tłoczyli się jak śledzie w beczce i trudno się temu dziwić, gdyż była to jedyna gospoda z wyszynkiem w okolicy. Restauracja upadła wraz z upadkiem ustroju. Bar opustoszał, bo część klientów mocno zubożała, resztę wchłonęły żywiołowo otwierane prywatne przybytki piwno-wódczane.

Restauracyjną salkę też mało kto odwiedzał. Z kilkunastu stolików dziś tylko jeden zajęty. Siedziało przy nim trzech panów w wieku więcej niż średnim o znanych w gminie nazwiskach, których dla dobra ogólnego nie należałoby wyjawiać. Butelka wódki miała ułatwiać prowadzenie swobodnej dyskusji. Było cicho i przytulnie, choć za oknami czaił się listopadowy mrok.

— Wypijmy za pomyślny wynik jutrzejszego referendum — powiedział pan A. kiedyś ciemny blondyn dziś z przewaga siwizny.

— Znając pana te krótkie ćwierć wieku nie muszę się pytać, jaki to konkretny wynik głosowania uważa Pan za dobry. Najogólniej mówiąc przypuszczam, że chodzi panu o taki rezultat, który uniemożliwi naszym samorządowcom babranie się w bagnie korupcji — włączył się do rozmowy pan B., ostrzyżony na jeża szatyn.

— Trafił pan w samo sedno, choć przy okazji muszę się przyznać, że coraz bardziej wątpię w obywatelska postawę naszych ziomków, szczególnie wtedy, gdy sobie przypominam różne zdarzenia z przeszłości tak wiele mówiące o mentalności naszych bliższych i dalszych sąsiadów. Właśnie takich jak ta dość zabawna, ale też i smutna historia z końca lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku — odpowiedział pan A. i zaczął snuć swoja opowieść.

Działo się to równe ćwierć wieku temu. Jak wiecie, kupiłem wtedy od gminy niewielkie gospodarstwo w wiosce, co się łukiem rozpina od drogi na Bełchatów do trasy szybkiego ruchu, tak zwanej „gierkówki”. Od poprzednich właścicieli gmina przejęła to gospodarstwo wraz z zabudowaniami w zamian za ratalną spłatę. Zamieszkałem w niewielkim domku pozbawionym najzwyklejszych instalacji sanitarnych. Tak wyglądała wtedy każda miejscowa wieś, a niektóre z nich dopiero od kilku lat cieszyły się dobrodziejstwem dostępu do elektryczności. Dobrze się jednak składało, bo budująca się kopalnia inwestowała w gminne wodociągi. Była już więc bieżąca woda, a po wykonaniu odpływu można było zainstalować w kuchni najzwyklejszy zlewozmywak. I ten niczym niewyróżniający się zlewozmywak wywołał u niektórych sąsiadów szok cywilizacyjny. Sąsiedzi z zainteresowaniem śledzili zachodzące w mojej sadybie zmiany. Pewnego wieczoru przyszły ciekawskie sąsiadki: matka z córka. Usiadły i uważnie przyglądały się wszystkiemu. Nie zwróciły jednak szczególnej uwagi na zlewozmywak. Widać potraktowały go jako miskę do składania brudnych naczyń. W piecu kuchennym płonął ogień, a obok na krześle siedziała bratowa, która była akurat naszym gościem.

— Pozmywam naczynia — zaproponowała bratowa.

— Z góry dziękuję za pomoc — odezwała się gospodyni domu.

Bratowa podeszła do zlewozmywaka i odkręciła kran. W jednej części zlewu zmywała naczynia wodą z płynem, a następnie płukała pod bieżąca wodą. Sąsiadki patrzyły na to jak urzeczone, nawet zaniemówiły na jakiś czas. Po chwili jednak w ciszy przerywanej tylko pluskaniem wody zabrzmiał głos starszej z kobiet.

— Ręce pani nie zmarzną od trzymania w tej zimnej wodzie? — zagadnęła.

— Ależ skąd! Ta woda jest ciepła — odpowiedziała nieco zdziwiona bratowa.

— Co też Pani za głupstwa mówi. — oburzyła się sąsiadka. — Jak może prosto z ziemi lecieć ciepła woda? — dodała.

— Może, bo po drodze przepływa przez palenisko w tym piecu, gdzie się ogrzewa od ognia — nie dawała za wygraną bratowa.

— Co też pani opowiada, przecież woda by palenisko zalała — odpowiedziała sąsiadka wyraźnie już poirytowana.

Nie zgodziła się na prośbę bratowej, aby sama sprawdziła ciepłotę cieknącej z kranu wody. Gospodyni domu z trudem powstrzymywała się od parsknięcia śmiechem. Wzięła za rękę córkę sąsiadki i podprowadziła do nieszczęsnego zlewozmywaka.

— Krysiu, sprawdź ręka, czy woda jest ciepła — zachęcała.

Córka niepewnie dotknęła ręką cieknącego z kranu strumyczka.

— Mamo, ciepła, ciepła! Ta woda jest ciepła — krzyknęła. — Zobacz sama.

— Ty głupku! Jak może być ciepła woda, jeśli nie została ogrzana w garnku na kuchni — nie wierzyła wyraźnie już zdenerwowana kobieta.

— Można jeszcze wiele opowiadać o tym niezwykłym dla mnie wydarzeniu, ale wydaje się, że to co panowie przed chwilą usłyszeliście wystarczy, żeby nie mieć złudzeń, że nasze bohaterki i im podobne osoby wykażą się obywatelska postawą wobec ogólnospołecznych problemów — kontynuował pan A.

— Ależ to było trzydzieści lat wstecz — zaoponował pan B.

— Tak, to prawda. Ale ja twierdzę, że do tej pory ci ludzie niewiele zmienili się mentalnie. Owszem, są teraz zarażeni konsumpcyjnym stylem życia, piją coca-cole, czasem nawet zaglądają do McDonalds’a i pokupili sobie używane samochody, ale często wyłazi z nich dawne mentalne kołtuństwo. Na dowód przytoczę jeszcze jedna krótka historyjkę z czasów nam całkiem bliskich — nie dał się zbić z tropu pan A. i rozpoczął kolejne opowiadanie.

Niekiedy zdarzało się, że z okolicznych wsi przychodzili do mnie ludzie po radę i pomoc w przełamywaniu biurokratycznych barier. Zdarzyło się, że w tym celu przyszła kobieta w średnim wieku ze wsi mającej dwie cyfry w potocznie używanej nazwie. Była to osoba niezmiernie rozmowna, a można powiedzieć, że była kompletną gadułą. Po zasięgnięciu mojej rady w nurtującej ją sprawie zaczęła opowiadać różne epizody ze swego życia. Jedna z tych historyjek przykuła moją uwagę.

Rezolutna ta kobiecina sięgnęła pamięcią do czasów przedgierkowskich, kiedy jako małolata była jeszcze na utrzymaniu rodziców. Wśród domowników była też starsza kobieta, bliska krewna gospodarzy domu, pozostająca na ich utrzymaniu. W zamian jakiś spłacheć ziemi i część zabudowań, które były kiedyś jej własnością, należał się jej tak zwany wycug, czyli dach nad głową, wikt i opierunek. Chorą obłożnie kobietę traktowano jak piąte koło u wozu, wręcz jako darmozjada. Od obojętnej na jej los rodziny nie mogła się spodziewać nawet odrobiny współczucia. Ta schorowana ciotka poprosiła kiedyś małolatę, żeby przyniosła jej kilka jabłek z sadu, który kiedyś był jej własnością. Siostrzenica traktowała ciotkę lekceważąco i nie miała zamiaru spełnić jej prośby, ale ciotka wciąż nalegała. Rozzłoszczona małolata poszła więc pod rachityczną jabłonkę obsypaną drobnymi, pomarszczonymi, kwaśnymi jabłuszkami. Urwała kilka sztuk, przykucnęła pod drzewem, po czym uniosła sukienkę i zgrabnie obsikała owoce, no bo nie nosiła przecież majteczek. Za chwilę tak spreparowane już owoce położyła na pościeli spragnionej starszej kobiety.

— O, moja kochana, jakaś ty dobra dla mnie — wyrażała swoją wdzięczność ciotka.

Tymczasem złośliwa siostrzenica pobiegła do sąsiedniej izby i wszystko opowiedziała pozostałym domownikom. Cała rodzina uśmiała się do rozpuku i można powiedzieć, że do dziś gdzieś słychać ten śmiech, bo opowiadająca to kobieta aż promieniała z zadowolenia na wspomnienie słodkiej zemsty na ciotce, co sprawiała tyle kłopotu tylko dlatego, że nie chciała zbyt wcześnie zejść z tego świata. To autentyczne zdarzenie jest kolejnym dowodem na to, że mentalność mieszkańców okolicznych wiosek niewiele się zmieniła od epoki przedprzemysłowej, choć musze przyznać, że obyczaje nieco złagodniały i nie wynosi się już staruszków do stodół w mroźne, zimowe dni, aby tam szybko zakończyli żywot jak to opisał Stefan Żeromski na kartach „Przedwiośnia”.

— Tak, ale sam przyznajesz, że od czasów „Przedwiośnia” obyczaje znacznie złagodniały — wtrącił się pan B.

— Tylko pozornie. Akcja „Przedwiośnia” toczy się w scenerii wsi nękanej permanentnym głodem. Dziś zaś mamy na wsi obfitość pożywienia. Gdyby warunki bytowe znacznie się pogorszyły wahadło natychmiast wychyliłoby się w drugą stronę i obyczaje nabrałyby stosownej surowości. Reasumując, można powiedzieć, że natura człowieka z jego skłonnością do złego pozostaje niezmienna od czasów biblijnych. A może to nie genetyczna skłonność do złego skłania nas do takich zachowań, a tylko walka o przetrwanie i zachowanie gatunku. Żeby cos mieć, trzeba tego czegoś pozbawić kogoś innego.

W świetle przykładów, które przytoczyłem naiwnością byłoby oczekiwać, że ludzie o których mowa, pobiegną jutro do urn wyborczych, aby zamknąć skorumpowanym samorządowcom drogę do zaśmiecania gminy, dosłownie i w przenośni — dokończył pan A.

Najmłodszy z trójki dyskutujących przy stoliku, pan C., który do tej pory milczał i słuchał, nagle włączył się do rozmowy.

— Nie podoba mi się wasze czarnowidztwo, panowie. Stoimy na progu dwudziestego pierwszego wieku. Ruch ekologiczny nie jest już domena garstki szaleńców. Potrzeba ochrony środowiska jest powszechnie odczuwana, szczególnie wśród młodzieży, także młodzieży naszej gminy. Uważam, że właśnie aktywna postawa młodzieży zaważy na wynikach jutrzejszego referendum.

Pan A. słuchając argumentowania młodszego kolegi uśmiechał się ze smutkiem zanim ponownie włączył się do rozmowy.

— No cóż. Cyniczne porzekadło mówi: do młodzieży świat należy, stary robi, młody leży. — powiedział. Ma pan rację — kontynuował. — Niestety tylko częściowo, bo tylko część młodzieży i to ta mniej liczna wykazuje się aktywną postawą wobec problemów nękających współczesne społeczeństwo. Znacznie większa część młodych przyjmuje postawę roszczeniową. Oni chcą mieć i używać. Całkiem niedawno wydarzyło się coś, co poraża mnie skutkami beznadziejnej głupoty i nieodpowiedzialności naszych sąsiadów. Rzadki to przypadek zezwierzęcenia młodego człowieka i totalnej obojętności jego rodziców na zło przez niego wyrządzane. Jeśli nie zanudziłem was jeszcze na śmierć to posłuchajcie.

Działo się to w jednej z naszych wiosek. Niemłode już małżeństwo potrzebowało pomocy przy rąbaniu drewna. Gospodarz wynajął więc dwóch chłopów na schwał, którzy jak zwykle mieli niezłe pragnienie. Jak wiecie, mimo wysokiego bezrobocia, brakuje u nas siły roboczej. Potencjalni najemnicy codziennie od samego rana odbywają swoje zgrupowania w bezpośrednim sąsiedztwie sklepów handlujących alkoholem, czyli wszystkich sklepów spożywczych, bo nie ma u nas sklepu bez wyszynku. Tak wiec od wczesnych godzin porannych wiejskie sklepiki są oblegane przez spragnionych. Część spragnionych, którzy otrzymują stałe świadczenia pieniężne, to elitarna klientela szczególnie dobrze traktowana przez sklepikarzy. Właściciele sklepików otworzyli im stały kredyt, w ramach którego serwują głównie tanie napoje alkoholowe, niewiadomo dlaczego nazwane nalewkami, a także mocniejsze piwa, czasami nawet wódeczkę. Sprzedawcy solennie dbają, żeby zapisany w zeszycie dług nie przekroczył miesięcznych dochodów spragnionych. A gdy tenże otrzymuje comiesięczną dotację z ośrodka pomocy społecznej, przynosi całą kasę do sklepiku. Po oddaniu długu otrzymuje zupełny „odpust”. Oczywiście nowy kredyt staje dla niego otworem,. Zupełnie inaczej jest ze spragnionymi, którzy posiadają jakieś dochody sporadycznie lub dochodów są zupełnie pozbawieni. Ci na litość sklepikarzy liczyć, niestety, nie mogą. Pozostaje im wprosić się do kręgu pijących na kredyt, co wcale łatwe nie jest. Mogą też imać się jakiegoś zajęcia, aby zdobyć środki na zaspokojenie pragnienia. Rąbanie drewna to dla takich robota w sam raz. Do gospodarza zgłosiło się więc dwóch miejscowych. Jeden wchodzący w wiek średni, Jacek, kawalerem był bezdzietnym. Ten drugi, dziewiętnastolatek, zdążył już zostać ojcem.

Gospodarz na rozgrzewkę dał im po pół szklanki i patrzył z zadowoleniem na powiększający się stos narąbanego drewna. Pomieszał z wodą zakupiony pokątnie spirytus i po zakończonej pracy postawił dwie flaszki na stole. Gospodarz sam nie pił, bo nie czuł się zdrowo. Za to rębacze tęgo popijali, a z czasem w tym młodym narastała agresja. Dobrze napitych z niejakim trudem udało się gospodarzowi wyprowadzić z domu. Jeszcze nie zeszli ze schodów, a młody zaatakował. W robocie był od Jacka słabszy, lecz w biciu mocniejszy. Po kilku mocnych ciosach w korpus i głowę Jacek padł na schody. Młody zaczął kopać leżącego, gdzie popadło. A że buty miał twarde, Jacek krzyczał z bólu po każdym kopniaku. Wreszcie młody zmęczył się i odszedł z podwórka. Jacek leżał na mokrych schodach i ciężko jęczał, aż wyszedł gospodarz i przyprowadził ojca młodego bandyty. Obaj dźwignęli Jacka i położyli w domu na leżance, gdzie przeleżał przez noc. Rano sprowadzili karetkę pogotowia. Wpierw uzgodnili, co Jacek powie lekarzowi. Upił się i spadł ze schodów. Taka wersję wydarzeń musiał przyjąć lekarz wobec zgodnych oświadczeń świadków i poszkodowanego, którego zabrano do szpitala. Obok licznych pomniejszych obrażeń stwierdzono u niego dość skomplikowane połamanie nogi. Takie bójki często się u nas zdarzają. Ta była dość nietypowa ze względu na skutki i na zakończenie.

Poszkodowany nie tak dawno utracił pracę i jeszcze był objęty ubezpieczeniem od nieszczęśliwych wypadków. Ubezpieczyciel uznał jego roszczenie i wypłacił odszkodowanie w znacznej wysokości. Był to prawdziwy zastrzyk gotówki dla całej rodziny, liczącej kilkanaście osób bez stałych dochodów.

Tuż po zdjęciu gipsu Jacek pojechał do Kamieńska, gdzie upił się ze szczęścia. Pieniądze na balangę dostał od gospodyni, bo to ona dysponowała cała kasą zdobytą w tak bolesny dla niego sposób. To dzięki jego potrzaskanym kościom rodzina bytowała przez jakiś czas. Ale nie wszystko przejedzono. Dużą część szmalu dostał oprawca Jacka, najmłodszy syn gospodarzy. Wkrótce po tym zdarzeniu widziano jak paradował ubrany w nowiutki garnitur, koszulę, buty…

— Ależ to makabra — zakrzyknął pan B. — Naiwnością byłoby spodziewać się, żeby uczestnicy tego wydarzenia zainteresowali się problemami ogólnospołecznymi. Nie wydaje się, by znane im było pojęcie dobra ogólnego, dlatego nie można oczekiwać, żeby wykazali się jakaś pasją.

— Oni interesują się wyłącznie własnym dobrem. Wtedy reagują nawet bardzo emocjonalnie. Świadczy o tym siła z jaką, kopnęła w drzwi Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej odstawiona na blond laskę córka gospodarzy, po tym jak uznała, że zapomoga, którą tam dostała, nie zaspokaja jej oczekiwań, bo ma się nijak do jej potrzeb — dokończył swoja opowieść pan A.

— Malujecie panowie wyłącznie czarnymi barwami. Ja znam naszych ziomków od innej strony — odezwał się milczący od dłuższego czasu pan C.

— Jeśli znane są panu fakty, które świadczą na korzyść naszych krajan, jeśli wydarzyło się coś w ostatnim czasie, co może zostać zaliczone na konto prospołecznej orientacji jakiejś grupy lub choćby nawet pojedynczych osób, to chętnie posłuchamy, jeżeli tylko zechce się pan z nami podzielić swoja wiedzą na ten temat — zachęcał pan A.

— Znam wiele takich przypadków, ale wystarczy gdy posłużę się tylko jednym. Bogu dzięki minęło już kilka lat od upadku jedynego słusznego ustroju i nie musi już nikt pod presją chodzić na wybory. Jednak społeczna aktywność, która została wyzwolona na skutek przemian ustrojowych, powoduje, że w naszych lokalnych wyborach samorządowych notujemy niebagatelnie wysoką frekwencję przekraczającą w niektórych obwodach głosowania 60 procent uprawnionych. Czy to nie jest powód do optymizmu? — zapytał pan C., po czym zmarkotniał, bo zamiast odpowiedzi zauważył tylko ironiczny uśmiech na twarzach panów A. i B.

— Zgoda. Ma pan rację. Ludzie idą do wyborów samorządowych, ale czy zastanowił się pan nad przyczynami wysokiej frekwencji w lokalach wyborczych? — odezwał się pan A.

Otóż odkąd mandat radnego przynosi określone korzyści i to wcale niemałe, cwaniaki wszelkie maści skutecznie zabiegają o pozyskanie elektoratu, przy czym wcale nie udają, że mają jakiś sensowny program dla gminy, że zamierzają dobrze czynić współmieszkańcom. Więcej niż połowa naszych radnych miejsca w radzie sobie po prostu kupiła i to całkiem niedrogo. Ludzie nie doceniają jeszcze swoich praw obywatelskich. Jeden cenny głos wyborczy można uzyskać w zamian za dwie butelki taniego wina.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.