E-book
1.37
drukowana A5
18.47
Korzenie Valy’Anatoru

Bezpłatny fragment - Korzenie Valy’Anatoru

IV tom Sagi o Zapomnianych Bohaterach Hamasaurii


4.7
Objętość:
114 str.
ISBN:
978-83-8221-583-0
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 18.47

Rozdział I. Wyzwanie Nietoperza

Rzeźbiarz skręcił w lewo i poczuł, że trzeźwieje. Na rogu ulicy Orlej i Kruczej szerokie kałuże niemalże uniemożliwiały przejście kilku kroków suchym trzewikiem. Plac Centaura jak co noc pełen był członków Towarzystwa Prowincjonalnych Żaków, Gildii Żuli, niezrzeszonych dziadów proszalnych i innego penerstwa.

Rzeźbiarzowi nie chciało się zagadywać nikogo, ewentualnie biorąc poprawkę na to, że któryś z obdartusów może mieć przy sobie alkohol, albo tytoń.

Nie ma co podbijać, pomyślał — to są tacy, co zazwyczaj sami szukają, a dzielić mogą się jedynie własnym smrodem i kontrowersyjnymi poglądami na temat polityki, za które zresztą większość mogła by już dawno siedzieć w lochu, gdyby komuś chciało się przejmować losem bezdomnych.

Sierp bladawego księżyca ledwo widoczny na zachmurzonym, październikowym niebie odbijał się w kolejnej kałuży i z głośnym chlupotem trzasnęła gdzieś zbita butelka. Rzeźbiarz pobudzony trzaskiem zarzucił kaptur na głowę, obydwoma dłońmi pomacał sztylety, które chował w skórzanych portkach i ukrył się w cieniu. Załączył mu się bojowy nastrój. Z głośnym skrzekiem z jednego do drugiego okna otaczających go wysokich i brudnych kamienic przeleciał jakiś ptak, albo nietoperz. Światło jedynej palącej się w najbliższej okolicy świecy zagasło i wszystkie okna jednakowym chłodem i grobową pustką, niczym oczodoły czaszki patrzyły na chłodną, mokrą, niemalże pustą brukowaną alejkę Dzielnicy Handlowej miasta Kelta.

Rzeźbiarz miał ochotę się wysikać, ale nie chciał zdradzać swojej pozycji ewentualnemu napastnikowi. Czuł, że coś gorszego niż zwykle wisi w powietrzu. Kolejna butelka głośno rozbiła się na kilka stóp przed ukrytym za winklem Rzeźbiarzem. Ze zgrozą zauważył, że wypełniona była jakąś łatwopalną cieczą i tworzyła teraz syczący, leniwie dogasający ognik na mokrej po niedawnym deszczu ulicy śpiącego miasta.

Strzelista wieża Kościoła Elba Twardego będąca najwyższym widzianym zza winkla budynkiem rozległa się ciepłym, całkiem miłym dla ucha, stonowanym, niskim brzmieniem dzwonu. Dzwon wybijał pierwszą w nocy.

Rzeźbiarz wciąż nie słyszał żadnego potencjalnego miotacza butelek z płonącą oliwą, ale całkiem dobrze policzył, że na ulicy rozbiło się ich z tuzin, z czego jedynie trzy dopalały się jeszcze. Z drzwi i okien jednej z kamienic, kurczowo przytulonej do innych, wyróżniającej się od sąsiednich jedynie gargulcami na krużganku zaczął powoli wydobywać się dym i swąd. Ale nikt nie krzyczał. Nikt nie wzywał pomocy. Pożar był w jakiejś jeszcze bardzo wczesnej fazie.

Ludzie, to mają pojebane pomysły, pomyślał Rzeźbiarz. — Wszystko, kurwa rozumiem. I wojny i złodziejstwo. I nałogi i zwykłe nawet kurewstwo, ale żeby dla samej złośliwości podpalać na oślep wybrane domy?! Rzeźbiarz postanowił, że jeżeli przypadkiem dorwie domniemanego podpalacza, zrobi mu z jesieni dupę wczesnowiecza. A przynajniej taki był szyk zdania w jego pomyślunku

***

Minąwszy rozświetlony latarniami Wiadukt Rejsława, Rzeźbiarz zupełnie zapomniał o wydarzeniu minionej nocy. Nadchodził kolejny wieczór i Kelta znów stawała się jedną wielką sypialnią dla jednych, burdelem dla innych, który to burdel pozornie i po najniższej linii oporu pilnowany był przez gwardię Pikinierów Stolicy, będącej elitarną nawet w skali Cesartswa jednostką porządkową nie przywiązującą zbyt dużej wagi do drobnostek, typu niegroźne bójki na pięści, spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, czy drobny handel zakazanymi zielami. Pikinierzy Stolicy nie brali też za często łapówek, bo zarabiali całkiem sporo, jak na strażników miejskich. Wzywanie ich do błahostek bywało błędem, który można było przepłacić nawet zdrowiem, a niekiedy życiem, ale za to kiedy działo się coś naprawdę strasznego — ich interwencje były szybkie, zorganizowane i bezkompromisowe. Złodziej kopiący leżącego świadka kradzieży lub rozboju sam stawał się kopany parą ciężkich, okutych żelazem sabatonów, a niewdzięczny klient kurtyzany chcący brać usługę siłą i bynajmniej nie płacąc, jeżeli był bardzo pyskaty mógł nawet liczyć na przymusową kastrację bez ceregieli na miejscu zdarzenia. Gwałcicieli nie złapanych na gorącym uczynku zazwyczaj prowadzono na przesłuchanie razem z domniemywaną ofiarą, gdyż jak praktyka zawodowa wykazywała, o wiele częściej zgłoszenie takie było próbą wyłudzenia odszkodowania. Złodzieje porywający się na wielkie kradzieże tracili ręce po krótkim, uproszczonym sądzie dobowym w trybie natychmiastowym, a drobni złodzieje różnie — od krnąbrnych kończących na biczowaniu i lochu, aż po tak zwanych „podlegających zarządzeniu o ograniczonej pomocy społecznej dla pokrzywdzonych przez los”, którzy bywali puszczani wolno, a nawet częstowani ciepłym posiłkiem pod warunkiem dokonania zadośćuczynienia oskarżycielowi.

Lokalna ksenofobia, homofobia i zwykły lokalny patriotyzm nie były tępione, gdyż same z siebie regulowały tabu i trzymały w lekkim respekcie wszystkich podejrzanych o złodziejstwo przyjezdnych. A w zasadzie prawie każdy kupiec zatrzymujący się w Kelcie wedle niepisanej zasady uważany był za potencjalnego złodzieja.

Jednym zdaniem podsumowując — Rzeźbiarz miał swój pogląd na służby porządkowe i wymiar sprawiedliwości w Kelcie. Był o wiele lepszy, niż w anarchistycznym Jewenturmie, pełnym piratów Vemos, a na pewno dużo rozsądniejszy, niż w teokratycznym Cesarstwie Nuvanu, którego Kelta była najważniejszym zamorskim lennem. Ale i tak przy pewnej dawce przewrotnego losu można było dostać po mordzie za nic, albo być powieszonym przez pomówienie. Na przykład pomówienie Jego Wysokości króla Rejsława IV, który pomimo ponad siedemdziesięciu wiosen na karku nadal nie zamierzał zbyt szybko opuszczać tego świata. Ukochany przez rycerstwo, tolerowany przez kler, umiarkowanie nawet lubiany przez chłopów, całkiem znielubiany przez mieszczaństwo, ale jeszcze nie tak mocno, jak jego słynny ojciec będący dużo bardziej radykalny w sprawie walki z biurokracją, wolnymi cechami i prywatnym milicjom miejskim. Rejsław nie miał niestety wciąż męskiego potomka, a po cichu mówiło się o pewnych naciskach ze strony cesarza Noctusa XI, żeby w Kelcie wprowadzić tzw. wolną elekcję — pomysł o tyle ciekawy, że historia Cesarstwa jak dotąd uczyła, że im większa demokracja w państwie, tym większa bieda i chaos. Cesarzowi jednakże na rękę było by posadzić swojego kandydata na króla. Najpewniej byłby to delfin Serreno, spowinowacony z potomkami ostatniego księcia Sevemos, skąd to według tradycji i oficjalnej historiografii pierwsi żeglarze wypłynęli szukać nowego lądu. I znaleźli Nowy Kontynent, który nazwali Celtal’Alius — nazwa została później pod wpływem mieszania się języka nuvańskiego z krasnoludzkim zmieniona na Kelta. Od blisko sześciu stuleci osadnicy keltańscy walczyli o niepodległość względem Nuvanu, którego polityka zagraniczna i religijny totalitarny radykalizm mieszały się, niczym władza duchowa i świecka przyznana każdemu kolejnemu cesarzowi z dynastii Noctumoonów. I wyrastał z tego wszystkiego jedynie jeden wielki, kolejny i nieskończony sztandar ze świętym Krzyżotrójkątem Elba i napisem: KRUCJATA!!!

Krucjaty były już różne. Była Krucjata przeciwko elfom, Krucjata przeciwko zimnoludom, cztery przeciwko jaszczuroludzkiemu Imperium Drakwortar, które zresztą nie przesunęło swym naturalnych górskich granic nawet o centymetr od dwóch stuleci. Znajomość historii i polityki nie były jednakże najmocniejszą stroną umysłu Rzeźbiarza, który nota bene niewiele rzeźbił w kamieniu i to raczej w ukryciu, o czym nie mógł wiedzieć nikt poza nim samym. Rzeźbiarz nie żebrał też miedziaków na piwo częściej, niż wymagała tego naturalna norma wyrabiana przez każdego pijaka i złodzieja z biedniejszych dzielnic Stolicy. Właściwie, to nikt nie wiedział za bardzo, skąd wziął się ów pseudonim wysokiego, często milczącego mięśniaka bardzo dobrze posługującego się sztyletem, kordzikiem, a nawet morgenszternem, kiedy trzeba było. Niektórzy powiadali, że jedynie pierwsze cztery litery jego „imienia” (oczywiście jeżeli weźmiemy pod uwagę starokrasnoludzką pisownię) w pełni odzwierciedla stan jego duszy i ciała.

Był nieprzyjemnym typem. Ale niegłupim i przydatnym. Na przykład najsłynniejszy keltycki bard Liro Brob Elfski — uważał Rzeźbiarza za swojego przyjaciela i osobistego ochroniarza, oraz zaufanego szpiega. Zawsze korzystał z jego ochrony, kiedy przyjeżdżał do Kelty na jakiś czas, na przykład przezimować w swojej prywatnej kamienicy. I dopóki stawiał piwo, wódkę, wino, a nawet nienajgorsze panienki, Rzeźbiarz nie zamierzał prostować jego rozeznania na temat przyjaźni. Ale Rzeźbiarz wiedział jedynie, że przyjaciół, to się ma na cmentarzu i w biedzie. A Liro Brob Elfski od kilku ładnych lat nie był już biedny.

Tej nocy bard dawał koncert ze swoim zespołem pieśni i tańca Czarna Sobota, a Rzeźnik chwilowo nie mając wiele do roboty (gdyż ów koncert odbywał się w dobrze strzeżonej przez Pikinierów Stolicy miejskiej Arenie Rejsława), szlajał się sam po nocy i trwonił pieniądze barda w różnych, losowo wybranych miejscach, byle z dala od muzyki Czarnej Soboty, którą osobiście uważał za nikomu niepotrzebny hałas.

Dwa dni wcześniej. Hiffler właśnie muskał odjechane solo na organach wodnych, a Czarnobrody Torhumb leniwie wybijał rytm na bębnie niewiele szybszy, niż bicie serca człowieka.

Liro Brob tego wieczoru był już kompletnie naćpany. Nie tylko zamorskim białym proszkiem, ale i dużą ilością spalonego zielska. Chodził, kręcąc taneczne ósemki po deskach sceny i w ustach wciąż trzymając pykaną fajkę, a rękoma leniwie muskał struny swojej elektrycznej lutni, którą nazywał pieszczotliwie Elektrą. Widzowie niewiele już zwracali uwagi na to, czy trwająca od ponad pół godziny solówka w środku „Ballady o dziwnych skrzydłach” bedzie ciągnąć się w nieskończoność, czy skończy się gdzieś pomiędzy następnym potknięciem się Hifflera próbującego wstać z zydla, a głośnym beknięciem Liro Broba powtórzonym niemal bezbłędnie następnym uderzeniem Torhumba w gong.

Torhumb był krasnoludem i podobnie, jak Liro Brob Elfski, weteranem Wojny Czarnożmijowej, która niecałą dekadę temu zabrała ze sobą wiele istnień, a jeszcze więcej wykoleiła i odebrała wielu zdrowie psychiczne do końca życia. Liro Brob miał nawet teorię na ten temat mówiącą, że muzyka Czarnej Soboty jest terapią dla mas dotkniętych traumatycznymi przeżyciami. No i co ważniejsze, miejskie, czy też ze wsi… dupy na to lecą.

Hiffler występował z nimi gościnnie, bo od dłuższego czasu nie mogli znaleźć sobie dobrego klawiszowca, od kiedy ich poprzedni (miał na imię Gaestrel i był półelfem) doznał nawrócenia i zatrudnił się jako organista w katedrze w Alchido.

Liro Brob Elfski przez przypadek zjadł przelatującego nad nim nietoperza. Ktoś porzygał się pod sceną. Poniżej i dalej ktoś ssał komuś…

Świtało już, kiedy konny orszak rycerstwa wjeżdżał traktem na Kłosowo przez zachodnią bramę Kelty. Rycerz w pełnej zbroi płytowej o rudych, kędzierzawych włosach i podwiniętym w górę również ryżym wąsie, miał na tarczy pięć srebrnych bełtów lecących w dwóch rzędach po dwa i trzy na tle czerwonego półkola oznaczającego zachodzące słońce. Jego promienie mieniły się złotem. Spod szyszakowego hełmu swobodnie opadały rude loki.

Drugi rycerz miał na sobie wyłącznie kolczugę i długi, błękitny płaszcz. Twarz o sokolim wyrazie, błękitne oczy, kryczoczarną czuprynę i krótki wąs, oraz kilkudniowy zarost dodawały powagi młodemu obliczu. Na tarczy nosił głowę złotego Byka na błękitnym tle.

Chorąży niósł sztandar Regogu — twierdzy leżącej na południowy zachód od stolicy Kelty. Z nimi zaś jeszcze około dziesięciu zbrojnych w złotoniebieskich barwach regogu przejeżdzało bramę tętętem kopyt zalewając bruk ciasnych uliczek. Wszyscy dzierżyli długie kopie z proporcami niebiesko-złoto-czerwonymi, a oddział zamykał sędziwy jeździec o przypruszonej już srebrnymi nitkami starości o srogim spojrzeniu, ubrany w zbroję i pelerynę przewieszoną futrami dzikich kotów. Na piersi nosił grawerowany herb Złoto-Czerwonego Feniksa Kelty.

Jeźdźcy minęli karczmę „u Kejtra” mimo głośnego nagabywania człowieka, który wyszedł przed drzwi karczmy chcąc zachęcić „szlachetnych rycerzy, wybawicieli dziewic i pogromców smoków”, by zostawili po sobie jak najwięcej złota za piwo i nocleg. Pognali najszybciej, jak się dało ku Zamku Królewskiemu.

Dwa dni później, Rzeźbiarz mocno oberwał rękojeścią miecza w głowę. Zatoczył się, zamroczyło go, ale miast paść na ziemię, wyciągnął dwa błyskawiczne kordziki z ukrytych kieszeni, a trzecim cisnął na oślep w miejsce prawdopodobnego położenia napastnika. Coś świsnęło i ostry ból momentalnie wypełnił dłoń Rzeźbiarza. Sztylet i trzy zakrwawione palce odpadły na bruk. Rzeźbiarz krzyknął. Drugą ręką dobył morgenszterna, który miał przypięty do pasa i zamachnął się z całej siły. Kolczasta kula oderzyła z trzaskiem, ale w trójkątną tarczę przeciwnika, który ubrany od stóp do głowy na czarno, w smoliście-czarne-powiewającej pelerynie był trudny do obejrzenia z większą dokładnością, niż plama czerni na czarnym tle ciemnego podwórka. Nabita ćwiekami rękawica uderzyła czyjąć głowę.

— Powiedz swojemu panu, że wyzywam go na pojedynek. Jutro w południe, pod ratuszem. — niski, ochrypięty głos niemalże krzyczał w twarz Rzeźbiarzowi.

— Ale ktoś ty? Co złego ci mój pan uczynił? I… i jaki pan? Kurwa mać, ja nikomu nie służę!

— Liro Brob Elfski. Wyzywam go jutro w samo południe. Ma stawić się sam. Jeżeli on ucieknie, lub ty zwiejesz razem z nim, wtedy dorwę was i zarżnę jak prosięta, zrozumiałeś?!

— Moje palce, moje…

— Chcesz nie mieć nogi? Języka? A może chcesz z flakami na wierzchu przeleżeć tu do świtu i skonać za pół dnia, lub kiedy ktoś cię znajdzie?!

— Nie, nie, nie, ja… a jak nazwywasz się… auć, fsfsf… rycerzu…

— Jestem Książę Nietoperz.

— Ksią… żenietopesz? Że co?!

Kolejny raz nabita ćwiekami rękawica uderzyła czyjąć głowę.

— Pod Lasem Ważki… — Torhumb odstawił kufel głośno ochlapując przy okazji rękaw jednego z żaków — to była dopiero bitwa!

— A jakże… — wtrącił Liro Brob, na którego kolanach siedziała blondynka o zielonych oczach. — Mogę zaśpiewać o tym nawet. Ułożyłem swego czasu balladę…

— Tylko już bez tej chędożonej elektryki! Akustycznie dawaj, Liro.

— Dobra, to ja idę poszukać lutni, a ty tymczasem…

— A ja będę wybijał rytm na stole, hehe. Karczmarzu! A podaj mi ino jaką chochlę, albo co inne!

— Masz, łap moją buławę! — krzyknął dowódca Pikinierów Stolicy całkiem już pozbawiony umundurowania po przegranej partyjce tousena.

— Twoją buławę wygrałem już w karty, hehehe! Ale oddam ci ją, strażniku zakichany, jak pierwej wsadzę ci ją w dupę, ha!

— To zdrada! To…

— Spokojnie, panie, już… cisza… oddamy ci wszystko, ino jeszcze kolejkę piwa postaw, a teraz…

— A ty, Liro, nie pierdol ino śpiewaj!

Bard zagrał krótkie, nader sprawnie wykonane intro biorąc pod uwagę stan, w jakim się znajdował. I zaśpiewał ochrypniętym głosem.

Roku dziewięćset-dwudziestego-czwartego

przybrałem czerń i na północy

dojrzałem ogni, miecza strasznego

świat nam wydarło zło z naszej mocy.

Tam kawaleria pod ważki lasem

spod kopyt tętent, spod ramion krew.

Ściga się anioł śmierci dziś z czasem

dawno uciekły tabuny mew.

Tam zbójcy w czerni, żmijowe plemię

plują na własne ludzkie korzenie.

Za nic na wolność krzywd nie rozmienię

Elbie, ty widzisz, a gdzie… palenie?

podajcie proszę, zaraz mi lolka

bo do mnie lepisz ciepło się, Jolka…

— Dobra, dobra! Liro, bo ty jak zwykle po swojemu! Ja to wam opowiem normalnie. Więc poszłem se z moimi pod sam mur. Chorągiew jazdy Caralcama dywersją zajęta…

— Poszedłem! Ile razy mam ci powtarzać?!

— Weź nie pierdol, Liro, albo… albo dobra. Pierdol, ale nie tu. Teraz to moja opowieść. Więc zaczaiłem się za murem i czekam, aż tu nagle wylatuje na mnie cały oddział Czarnożmijowców. Jak nie walnę pierwszego, jak drugiego zrzucam ze skarpy… — krasnolud głośno beknął. — Na pohybel gadzinom!

— I ja tam byłem z tobą. Pierwszy rozpędził się i skoczył ku mnie niczym błyskawica. A ja tylko odczekałem moment, aby jednym cięciem pozbawić go i impetu i życia, a potem…

— Uciekałeś gdzie pieprz rośnie!

— Nieprawda, a było to wyłącznie taktyczne odwrócenie uwagi, bo potem przecież wdarliśmy się do środka i znów byłem w pierwszej linii i…

Przez okno karczmy wleciało pokraczne stworzenie. Niczym jaszczurka o nietoperzych skrzydełkach i jaszczurzym języku. Coś pośredniego między pisklęciem wiwerny, a latającym szczurem. To coś usiadło bardowi na ramieniu. Dziewczyna nazwana Jolką pisnęła z przerażenia.

— Moszszszesz mówić mi Nitoszczur — syknął stworek i wywinął rozwidlonym języczkiem makabryczną wstęgę muskając jej czoło. Potem pofrunął i usiadł na kandelabrze.

Effy obudziła go przy stole, o który opierając się zasnął po wypiciu około ośmiu kufli dobrego, ciemnego piwa, które zresztą stawiał również żakom, których normalnie stać było tylko na cienkie „akademickie siki”, jak zwano najtańsze rozwodnione piwo polewane za trzy miedziaki.

Effy trzasnęła go otwartą dłonią w głowę, bo nie miała już cierpliwości.

Liro Brob Elfski zamamrotał i ocknął się na chwilę, a potem wywrócił jak długi na ławę po przeciwnej stronie stołu. Niwiele świec rozświetlało już tę odbywającą się w półmroku scenerię, ale za drzwiami oślepiającym blaskiem zbliżało się już południe.

Effy była śliczną dziewczyną o kasztanowych włosach. Jako że jednak złość piękności szkodzi — kiedy oblewała spiącego barda wodą z wazonu, była już mniej śliczna. Ale tylko trochę. Zawadiacka mina, którą zrobiła, aby przywitać przyjaciela po całonocnej imprezie tylko dodawała jej uroku.

— Gdzie my… która… tej, ale bo…

— Wstawaj!

— Effy?

— Tak, to ja. Musimy iść.

— Dzieiść… dziejś?! — bełkotał bard i odbiło mu się piwem.

— Musimy uciekać z miasta. Wczoraj tak zdenerwowałeś jednego rycerza, że wyzwał cię na pojedynek.

Liro Brob Elfski pomacał coś pod stołem.

— Gdzie jest moja szabla? — zapytał po chwili, kiedy doszedłwszy już względnie do siebie począł zalotnie omiatać wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu innych denatów po nocnej libacji. Jego myśli najbliżej krążyły pewnej studentki, która poprzedniego dnia dała sobie postawić bardzo dużo kieliszków wina i…

— Nie wiem, Liro, gdzie jest twoja szabla…

— Ale muszę iść na pojedynek, nie? Muszę jakiegoś kmiota nauczyć, co to jest zadrzeć ze mną, z weteranem wojny. I szermierzem nie z pierwszej łapanki.

— Liro, ogarnij się!

— Jestem ogarnięty.

— Nie jesteś.

— Bo co?

— Bo ty dobrze wiesz, co. Dalej, ubieraj się. To nie są żarty. Za kwadrans chcę cię widzieć w łaźni, a potem idziemy do portu. Zapłaciłam już za prom do Vemos.

— Aż tak źle jest?

— Książę Nietoperz, mówi ci to coś?

— Nie…

— Kawał skurwiela. Rzeźbiarzowi połamał żebra i odciął trzy palce. Ledwo doczołgał się biedak do zajazdu…

— Rzeźbiarz tak się pobić dał?

— A co, to on jest jakiś mistrz miecza, czy co? Leży i kwiczy. Opatrzyłam go, ale ze dwa tygodnie będzie musiał przeleżeć. Na szczęście miał przy sobie złotego czerwonego feniksa.

— Rzeźbiarz? Całego Feniksa miał? I nie przepił?

— Monetę ponoć zostawił mu ten Nietoperz. Na pokrycie kosztów leczenia, tak ponoć powiedział.

— Wielki skurwiel. Bogaty i honorowy. Rycerski i gniewny. Chętnie poznał bym tego człowieka, chociaż o rycerzu tytułującym się w ten sposób nie słyszałem. Książę Nietoperz? A może on jest z Jewenturmu? Albo z Vuvuir? Albo z dawnej Mewantolii?

— Liro, to nie czas na takie rozkminy. Wiesz dobrze, że on cię może zabić…

— Ale za to?

— Ponoć obraziłeś jego uczucia zjadając żywego nietoperza podczas koncertu.

— Że co?

— Liro, wiesz… było tak. Są świadkowie, którzy…

Liro Brob Elfski, najpopularniejszy keltycki trubadur ostatnich lat zwymiotował pod stół.

Rankiem, kiedy dzieci bezdomne i szeroko pojmowane dawno już wyzbierało wszyskie puste butelki ze Starego Rynku, niczym posąg z obsydianu rycerz w czerni zajechał na czarnym rumaku i zsiadł obok ławki pod katedrą Elba Miłosiernego.

Na głowie miał hełm z nietoperzymi skrzydłami. Twarz zasłoniętą, a spod przyłbicy złowrogi blask odstraszał przechodniów. Dwaj strażnicy z Pikinierów Stolicy pomaszerowało zrazu w jego kierunku. Rycerz uniósł rękawicę z metalu w geście przestrogi, a potem zdjął ją i rzucił im pod nogi. Zawachali się. Jeden dobył gladiusa i pogroził nieznajomej strasznej postaci, ale na widok wielkiego dwuręcznego miecza zląkł się i wycofał w kierunku kramu ze sztuczną biżuterią.

Od strony ulicy Gwiaździstej, albo może Liliowej (rycerz nie miał pewności) nadchodził chwiejnym krokiem bard. U pasa miał zdobną szabelkę. Na sobie ciemnozielony kubraczek i na głowie kapocę. Kiedy ją zdejmował długie, jasnonobrązowe włosy poczęły sterczeć na wszystkie możliwe strony świata. Przeczesał się grzebykiem wyjętym zza pazuchy, łyknął jakiegoś płynu z małej buteleczki i cisnął nią o mur. Rozbite szkło spłoszyło gołębie.

Dzwon katedry wybijał pierwszą.

— Spóźniłeś się. — groźnie wymruczał Książę Nietoperz.

— Szczęśliwi czasu nie liczą — chwiejnym krokiem zaczął podchodzić bard mieszając w tonie swojego głosu pozorne kozactwo z prawdziwą bajerą. I coraz więcej rosnącym strachem. Wprost proporcjonalnym do długości czarnego płaszcza, który właśnie został rzucony na zimna kamienie.

— Czy jesteś pewien, cny rycerzu, bo… bo wiesz, ja nie jestem chyba godzien pojedynkować się z…

— Stań i walcz! — krzyknął Książę zataczając półokrąg dwuręcznym mieczem, w którego klindze odbijało się blade słońce październikowego południa.

Liro stał w miejscu ostrum końcem szabli celując w rozsierdzoną postać rycerza.

Nietoperz wyciągnął swą straszliwą klingę na całą długość w kierunku barda i wpierw pozornie rzucił się do szarży. Liro przestraszył się i omal nie potknął cofając o kilka kroków. Wtedy Książę Nietoperz ruszył naprawdę.

Unik i całkiem zgrabny piruet uchroniły barda przed natarciem. Spróbował ciąć w plecy nadbiegającego przeciwnika, ale nie zdążył. Rycerz tylko schylił się na chwilę, a potem ciął z dołu do góry niemal wytrącając mu szabelkę z ręki.

— Nie lękaj się! — krzyknął przeraźliwie Nietoperz z nutą rozbawienia w swym straszliwym, grobowym tonie. Przyklęknął znów próbując jakby podciąć nogi roztańczonego w serii uników barda.

Liro Brob podskoczył i cisnął mu szablą w twarz. Rycerz odbił, a zdobna szabelka ze brzękiem opadła na ziemię.

— Podnieś, tchórzu! — krzyknął.

Liro podniósł szablę i ruszył do wściekłego, desperackiego ataku kręcąc w powietrzu ósemki i kopnął przeciwnkia z półobrotu, a potem chciał poprawić szablą, ale natrafiła na klingę czarnego potwora w ludzkiej skórze.

Nietoperz odwzajemnił mu uderzeniem płazem po nadgarstku.

— Ała!

Następnie wstał, odrzucił ciężki, dwuręczny miecz i wydobył szablę, rozpoczynając tym zasadniczą część pojedynku.

Walce nie mogło być końca, kiedy dwaj wytrawni szermierze niepozornymi ruchami, niemalże stojąc w miejscu okrążali się tylko z wolna wymierzając błyskawiczne, zawsze dobrze odbijane cięcia. Ale to bard się cofał.

Cofnął się w kierunku pręgierza. W końcu źle sparował jedno cięcie za bardzo odsłaniając się i probując ułamek sekundy później draakwortarską modą wywinąc się spod zagrożenia błyskawicznym młynkiem i nabić przeciwnika na ostrze swoje, a potem jego własne, jeżeli pierwszy manewr nie doszedł by do skutku.

Niestety, Książę Nietoperz, którego emocji spod przyłbicy czarnego hełmu nie można było odgadnąć, zachował się, jakby bardzo dobrze poznawał styl walki barda.

W odpowiednim momencie wytrącił mu szablę z ręki.

— Podniesiesz, czy mam ci najpierw po piwo skoczyć?! — warknął i głośno się roześmiał.

— Może napijemy się najpierw i przedyskutujemy… to wszystko… — nieśmiało rzekł Liro Brob podnosząc szablę z ziemi.

Książę zdjął hełm. Kilkoro Pikinierów Stolicy, którzy ze zdenerwowaniem, ale ciągłą czujnością oglądali całe zajście ze schodów Katedry poczeli chichotać.

Spod hełmu wynurzyła się głowa młodego rycerza o czarnych włosach, rzadkim wąsie, kilkudniowym zaroście i sokolim spojrzeniu szarych oczu.

— Mogłem się domyślić — roześmiał się bard i rzucili się sobie w ramiona. Rycerz poklepał starego przyjaciela po ramieniu.

— Oj, Liro, Liro… kopę lat… jako żywo!

— Ale po co to całe przebranie? Te cale ceregiele?

— Dla jaj. Nie mówi ci to nic?

— Na Elba!

— Nie wymawiaj imienia Elba, jeśliś niegodzien, łotrze. — rycerz roześmiał się od ucha do ucha.

— Caralcam… ale mnie nastraszyłeś. Szczerze. Ale dlaczego nietoperz?

— To ta stara zbroja, którą odnalazłem kiedyś w ruinach Torvnuku.

— Byłeś w ruinach? Kiedy?

— To długa historia. Ale nie o tym chciałbym z tobą porozmawiać, przyjacielu.

— A co? Kolejna panna uciekła ci spod ołtarza?

— Ty nie bądź taki mądry… chodź, napijemy się. Słyszałem, że Torhumb Czarnobrody jest z tobą.

— Ze starej drużyny tylko on nam pozostał. Dazu Beryl siedzi gdzieś u siebie, na bagnach, a Flamis ma teraz małe dziecko.

— Jutro mamy audiencję u króla.

— Jak to, mamy?!

— Czuj się zaproszony. Stary Rejsławiec znów potrzebuje bohaterów.

— Zatem… chyba nie mam wyboru.

— Jesteśmy od teraz królewskimi posłami.

— Posłami?

— Wszystko opowiem ci po kolei, ale najpierw chodźmy do tawerny. Proponuję Diamenty i Wieprze.

— A wiesz? Dawno tam nie byłem. Nadal mają fajki wodne?

— Chyba mają. A masz coś przy sobie może…

— Znajdzie się — Liro mrugnął i poklepał się po ukrytej kieszeni w swoim kubraku.

Rozdział II. Na Targu Borborilla

Towarzystwo idąc ciasnymi uliczkami stolicy Kelty zwanej odkrywczo Keltą prowadziło ożywioną rozmowę:

— Na ulicach Kelty istnieje i konkuruje ze sobą wiele różnych gildii.

— Wiem to, Torhumb. Znam gildię złodzieji, gildię żuli, gildię flisaków rzecznych, widziałem nawet członków takiej gildii zwanej Niewolnicy Czasu, są to tacy…

— To herezja! Powyłapywać trza by ich wszystkich i spalić na stosie, bo najmniej pala są warci, gadolubne skurwiele!

— A co w tym złego, że noszą czasomierze na nadgarstkach drakwortaarską modą?

Z tego, co wiem, nie mają żadnych powiązań z Czarnożmijowcami i są wierni koronie, podczas gdy…

— Korzystanie z alchemii i ogólnie magii, a w szczególności jaszczuroludzkich wynalazków, to herezja!

— A co złego w fascynacji nowinkami technicznymi z wrogiego mocarstwa? Poznając ich tworzywa i myśl technologiczną jesteśmy w stanie lepiej przygotować się na ewentualną inwazję. Nie mam racji?

— Nie, Liro. Rozumiem twój punkt widzenia, ale jest on błędny. Jako żywo, nie będzie nas gad uczył, jak mamy żyć. Te ich tworzywa sztuczne są plugastwem dla Matki Wildany, w Elbie zawsze dziewicy. A te ich dokładne zegary? My, ludzie nie musimy liczyć każdej sekundy naszego życia. Wystarczy raz na dzień spojrzeć na kościelną wieżę i zorientować się na wszelki wypadek, ile jeszcze czasu do zachodu słońca. Jesteśmy szczęśliwi w Elbie. A szczęśliwi czasu nie liczą, ot co!

— W każdym razie… o wiele bardziej niebezpieczną organizacją od Niewolników Czasu, a nawet Alchemików, Elementalistów czy Czarnożmijowców, których to ponoć nie ma u nas w mieście są Dzieci Nocy.

— Dzieci Nocy? Nie słyszałem o nich.

— Bo… hehe… mało kto dowiedział się czegoś o nich ponad to, że istnieją pozostając przy życiu. To najgorsze typki spod ciemnej gwiazdy. Skrytobójcy i złodzieje. Ale nie bawią się w byle tam obrabianie hasioków… Ponoć są to… są…

— No co, zawiesiłeś się, krasnoludzie?

— Wampiry. — wyszeptał Torhumb.

— Bredzisz, wampirów nie ma w tych stronach. Nie wiadomo nawet, czy już dawno nie są na wymarciu. Ponoć ostatnim wampirem jest już cesarz Noctus i jego rodzina.

— Na Elba, Liro! Ja wiem, że nie kochasz cesarza. Sam miałbym wiele do zarzucenia jego decyzjom w polityce zagranicznej, ale… obraza Noctusa XII, to jak obraza samego Elba! Lepiej wykrzytuś to.

— A ja słyszałem jeszcze o Szczuroczłekach z kanałów. Są tak paskudne, że…

— To akurat już nieaktualne — uśmiechnął się Caralcam. — Będzie już przeszło pół roku, jak własnoręcznie ściąłem ostatniego gryzonia. Z rozkazu króla, ma się rozumieć.

— A podobno znów się rozmnożyły. Tylko teraz siedzą ino w Dzielnicy Portowej. Już nie wychylają się tak często na Plac Borborilla i Promenadę Mirona.

— Gildię Kupców ponoć ostatnio wygryzają Bananowcy i Pomerańcze.

— Że co?!

— Handlarze mający trochę lepsze układy z Vemos. Sprowadzają zamorskie owoce z Vuvuin i Nuvaportu. Podobno nawet niektórzy pływają do Khelsim.

Na Placu Borborilla z okazji dnia targowego panował zgiełk i głośna paplanina wymieszana z groźbami, prośbami, targowaniem się i nagabywaniem w co najmniej kilku językach. Głównie cesarskim, krasnoludzkim, keltańskim (będącym tak naprawdę mieszanką krasnoludzkiego z nuvańskim) i paru innych dialektach w których można prowadzić rozmowy. Nawet elfim.

Mimo, że w nocy znów lało, a i w tamtej chwili co kilkanaście minut kropił lekki deszczyk, słoneczko grzało całkiem przyjemnie, jak na koniec października. Kolorowy tłum kotłujacy się wokół straganów i parawanów roztaczał przeróżne mniej lub bardziej miłe zapachy, oraz dźwięki, które niestety do najmilszych nie należały, może z wyjątkiem trubadura, który usiadł sobie pod stoiskiem z komfiturami i głośno śpiewał „Pieśń o Rolfie Kasparionie, sławnym piracie Śródmorza.”.

Idąc powoli poprzez gwarny i barwny targ nasi bohaterowie zasłuchani właśnie byli w komiczną konwersację dwóch handlarzy wyrobami blaszanymi na temat plotek, jakoby jaszczuroludzie z Imperium Draakwortaru planowali niedawno budowę kolejki górskiej, której trasa miała by przebiegać przez całe Góry Srebrne oddzielające naturalną granicą Królestwo Kelty od Imperium, kiedy z naprzeciwka wyłonił się jeździec o rudych lokach i przyodziany w piękną kolczugę, oraz Różowy płaszcz oznaczający posła Cesarza Noctusa. Miał on na tarczy pięć srebrnych bełtów lecących w dwóch rzędach na tle czerwonego zachodzącego słońca.

— To jest Gregor Belton von Jeruis. Cesarski generał. Ponoć jeden z najlepszych strategów w całym Nuvanie. — szepnął Caralcam herbu Byk, zanim jeździec zdążył podjechać na swym rumaku i przedstawić się uroczyście.

— Jestem Gregor z Jeruis. Darujmy sobie resztę tytułów. Jak wiesz, lordzie Caralcam, za dwie niespełna godziny widzimy się na audiencji u króla. Mam nadzieję, że ty i twoi… towarzysze nie spóźnicie się. Byłbyś łaskaw przedstawić mnie swojemu druhowi, bo jak widzę ze sławną personą mamy do czynienia.

— Jestem Liro Brob Elfski, bard z Kelty. Twoje zwycięstwa, Gregorze zdążyły już echem odbić się po naszym królestwie i znane nam są twoje zwycięstwa u podnóża Gór Tytanów, jak i sławne stłumienie powstania w Hartvaldzie. Wiadomo nam, że udało ci się pojmać tysiąc jeńców w bitwie pod Clairvoyant i uniknąć rozlewu krwi podczas odsieczy Mewantolskiej.

— Doprawdy, zadziwiasz mnie, bardzie. Nie wiedziałem, że jestem tak popularny za Morzem Środka Świata — młody rycerz zarumienił się.

— Bardziej ciekawi mnie, od kiedy to Caralcama herbu Byk tytułuje się lordem! — roześmiał się Liro.

— A, to niedawna całkiem sprawa. Zasiadam teraz w Radzie Królewskiej. Król Rejsław wyznaczył na namiestnika lorda Gerarda Tosłaża z Alchido, przeto i mnie, jako wieloletniego przyjaciela rodu Tosłażów przypadło miejsce w Radzie. Nie bywam tam jednak nader często ze względu na czynną służbę wojskową, którą przedkładam ponad dyskusje i intrygi dworskie.

— Intrygi dworskie?! — Gregor uśmiechnął się szeroko. — Zapewniam cię, Caralcamie, że wasze życie na dworze Rejsława Czwartego jest nad zwyczaj spokojne. Na dworze cesarza Noctusa… to dopiero jest życie, że tak powiem w ciągłym napięciu!

— Przebija z twych słów nutka niewdzięczności względem Cesarstwa. Czyżby był to jakiś osobisty rankor, czy też tak martwi cię los twojego pana w czasach ciągłych knowań na jego życie? — zmrużył oczy Caralcam.

— Nic, nic… oczywiście, że to drugie. — z nutką ledwo wyczuwalnego sarkazmu odpowiedział Gregor Belton von Jeruis i czyniąc grzeczny ukłon oddalił się.

Nikt w rozgardiaszu targowego dnia Kelty nie zauważył, że na głowę górującego nad wszystkim pomnika słynnego męczennika Borborilla nasrał gołąb.

***

Gdzieś setki kilometrów dalej na zachód w Nuvanie, stolicy Cesarstwa przeniesionej po pożarze Jeruis, a wcześniej po zjednoczeniu dwóch królestw (Ignisjany i Sevemos), oraz przyporządkowaniu sobie Mewantolii i Hartvaldu słońce zachodziło nad miastem. Strzeliste wieże liczącego sobie zaledwie około sto lat portowego miasta sięgały niemal chmur, a najwyższą z nich była Iglica Elba Najwyższego — wieża wysoka, ale i wąska na tyle, że o żadnych komnatach w jej wyższych kondygnacjach nie mogło być już mowy. Służyła ta wieża jedynie wzmocnieniu majestatu Jedynego Boga Elba o wielu łaskawych obliczach i tradycji, że w każde Święto Skorpiona najlepsi łucznicy Cesarstwa zjeżdżali do stolicy, aby wystrzelić strzały z doczepionym pergaminem, na którym spisane były roczne prośby poszczególnych książąt i najznamienitszego rycerstwa Nuvanu zwrócone bezpośrednio do Elba. Ta w miarę nowa tradycja miała swoje uzasadnienie praktyczne, o jakim wiedziała zaledwie garstka osób, w tym najwyżsi arcykapłani i sam Cesarz, który był z woli Elba również najwyższym kapłanem Cesarstwa.

Noctus XII wyszedł z rozbłysku zielonkawego, fosforyzującego światła magicznego portalu i stanął na samym szczycie Iglicy, którego powierzchnia wynosiła zaledwie dwa na dwa metry. Zrobił dość skomplikowany ruch dłonią i u jego stóp zmaterializowały się strzały i postrzępione pergaminy. Pozbierał je wszystkie i zniknął.

Wieczorem czytał w swej komnacie. Przygarbiony starzec, jakim był liczący sobie już ponad osiemdziesiąt lat Cesarz był odziany w skromną, granatową szatę i siedział przy biurku spoglądając na papier przez skomplikowany przyrząd będący cudem techniki optycznej. Na półkach jego biblioteczki spoczywały przeróżne grimuary pokrywające się w dużej części z Indeksem Ksiąg Zakazanych, który sam cztery lata wcześniej ogłosił.

Większość pergaminów zawierała dość nudne i przewidywalne prośby o pokój na świecie, lub o kolejną świętą wojnę, która przyniosła by sławę konkretnemu rycerzowi. Dobre plony, lub pomyślność wszelaką, w tym dobre wydanie córki za mąż, lub młodą żonę dla siebie. W swej pobożnej naiwności większość rycerzy listy swe podpisywała. Cesarz usmiechał się lekko trzymając niektóre zwitki w swoich starych, kościstych palcach.

Następny list okazał się anonimowy, ale za to wypisany wyjątkowo ładnym, równiutkim pismem w nieskalanym żadnym błędem ortograficznym, ani gramatycznym języku cesarskim. Jej treść wywołała brzydki grymas nienawiści na obliczu Cesarza.

„Ih noh was Te machtne, meint Grasse firlem xentli Sessar”.

Noctus XII podarł kartkę i wrzucił do kominka, po czym zaklął szpetnie wpadając po czasie na pomysł, by magicznie zlokalizować autora listu i zaocznie skazać go na śmierć. Osobiście miał już w głowie bardzo wąską grupę podejrzanych.

Magia była oczywiście surowo zakazana w Cesarstwie pod karą śmierci, a nawet dementowane było jej istnienie, jako sprzecznej z naukami i Wielkim Planem Elba. Najwyżsi spośród Wtajemniczonych Arcykapłanów wiedzieli jednak, że nieraz cel uświęca środki.

***

Liro wszedł w ciasną alejkę pomiędzy ulicą Kruczą, a Poziomą i rozejrzał się dookoła pozornie od niechcenia. Wymacał na ścianie kamienicy cegłę, która dla bacznego obserwatora nieco wyróżniała się fakturą i świeżością i nacisnął ją. Szybko wszedł przez rozchyloną szczelinę w ścianie, która zniknęła kilka sekund po tym, jak on sam zniknął w niej.

— Hasło?!

— Pies nuvański jebał pana aż do rana.

— To nie jest aktualne hasło… — niepewnie zawiesił się cienki głos w ciemności. — Liro?

— Tak, to ja. Przyszedłem po zioła.

— Ziół chwilowo nie mam tych, co ostatnio, ale mam biały proszek, który…

— Te wynalazki nie interesują mnie, Szystian, lepiej znajdź jakąś ostatnią paczkę ziół, dobrze zapłacę…

— Ano, może jeszcze znajdę — oznajmił gnom i zapalił pochodnię, który rzuciła nieco światła na jego wydatny nos i rzadką siwiznę.

— Masz coś nowego? Coś specjalnego? Coś nasączonego… magią?

— Magią?! Jaką magią?! Jestem uczciwym dilerem narkotyków. Nie handluję żadną magią.

— Dobra, dobra, przede mną nie musisz udawać. Wiem, że masz czasem towary z Khelsim, a nawet ostatnio doszła promem dostawa kontrabndy ze Złotych Gór i podejrzewam, że nie były to zwykłe zioła, ani proszki. Wszystkie tropy prowadzą do ciebie, ale nie bój się. Pikinierzy nic nie wiedzą, to ja kazałem zrobić prywatne śledztwo Nitoszczurowi.

— Wciąż masz przy sobie tę skrzydlatą jaszczurkę?

— Nitoszczur nie jest moją właśnością, a przyjacielem. Czasem jest ze mną, czasem ucieknie na kilka dni. Jest jak kot, ale jak wiesz koty bywają wierniejsze od psów, jeżeli dobrze podejść do relacji z nimi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 18.47