W oczekiwaniu na szczęście
Mój sen mi wróżył nieomylnie
Że szczęście puka do mych drzwi
Przyjdź szczęście przyjdź
Rozścieliłam przed tobą zielony dywan
Utkany z promyków nadziei
Na twoje przyjście
Zapaliłam siedem żółtych świec
W kandelabrze moich marzeń
Przyjdź szczęście przyjdź
Otwarte!
Ciepły urok starych domów z drzewa
Nie burzcie proszę starych domów z drzewa
Stawianych z sosnowych belek lub modrzewia
Ja wierzę, że w tych belkach w ich ośrodku rdzennym
Żyje zaklęta święcie ich żywiczna dusza
Pomyślcie, że te belki rosły kiedyś w lesie
Koronami energię czerpały ze słońca
Korzeniami silnymi piły wodę z ziemi
I szumiały wciąż wdzięczne dla swojego Stwórcy
Rosły w harmonii razem z paprociami
Pod którymi krasnale bawiły się w berka
I mchem co aksamitnym ścielił się dywanem
Po którym leśne elfy stawiały koziołki
Po ich smukłych kolumnach biegały wiewiórki
A na gałęziach ptaki dawały koncerty
Żyły — tak, żyły pełnią życia
Zanim je ociosano, zanim pień ucięto
Kiedyś w tych domach z drzewa rodziły się dzieci
Jak ja na przykład — bociani podrzutek
Wykołysana w kołysce sosnowej
Którą ośnikiem wyrzeźbił mój ojciec
O, gdybym mogła ten domek zobaczyć
Całowałabym pewnie każdą jedną belkę
Ale niestety on już nie istnieje
Na jego miejscu stoi dom z pustaków
Gdzie te małe okienka co pelargoniami
Od wiosny do jesienni nieustannie kwitły
A całą zimę mróz liście malował
Jakichś nieznanych roślin egzotycznych
Ten dom w wielką sobotę obchodził mój ojciec
Kropiąc wodą święconą i szepcąc modlitwę
By Bóg strzegł go od ognia, pioruna i wiatru
I od wszystkiego złego strzegł jego mieszkańców
Nie burzcie proszę starych domów z drzewa
Najpiękniejsze pozdrowienie
Często słyszałam je w dzieciństwie
Na wsi gdzie rosłam jak niebożę
A moja mama wszystkim wokół
Mówiła tak często „Szczęść Boże”
Gdy chodziliśmy razem w pole
Widząc sąsiada jak rolę orze
Kiedy on dotknął kapelusza
Ona mu rzekła „Szczęść wam Boże”
Gdy poszłam z ojcem do kuzynów
Wołali by pomógł w oborze
Nim się cielątko urodziło
Zaraz od progu rzekł „Szczęść Boże”
A czy nie pięknie jest usłyszeć
Zanim ksiądz młodym ręce zwiąże
Jak im rodzice błogosławią
Na nową drogę „Szczęść wam Boże”
Nieraz słyszałam je w szpitalu
Kiedy chirurgicznej załodze
Przed jakąś operacją
Któryś z lekarzy rzekł „Szczęść Boże”
Gdziekolwiek będziesz na twej drodze
— tak moja mam mnie uczyła-
Gdy próg przestąpisz pochwal Boga
Szczęść Boże mów tym co pracują
Przyjaciółka dzieciństwa
Rzeko mego dzieciństwa złotobrzega Erwo
za szumem twojej wody tak mi czasem tęskno
widzisz — urosłam — już mnie nie wypada
tańczyć z wiatrem na łące lub z ważkami gadać
Czy pamiętasz jak wianki wrzucałam w twe wody
i statków papierowych robiłam zawody
albo siedząc na kładce chlapałam nogami
rozmawiałam z ważkami albo kijankami
Na twej plaży zrobiłam raz ołtarz dla Boga
i pytałam się ciebie czy ci się podoba
ołtarz z kamyków i kwiatków jesiennych
z niebieskim okiem, w kształcie trójramiennym
Wiosną kiedy opadły wody nieprzejrzyste
odkryły na twych brzegach zielone półwyspy
każdemu z tych półwyspów jakąś nazwę dałam
bo Anie z Zielonego Wzgórza przeczytałam
Jeden z nich nazywałam po prostu Samotniak
odwiedzałam go kiedy czułam się samotna
innemu dałam imię mojego kuzyna
w którym się na poważnie wtedy zadurzyłam
Smutne byłoby życie bez ciebie kochana
bowiem nie miałam blisko żadnych koleżanek
w domu nikt nie rozumiał dziwnego dziecięcia
tylko ty rozumiałaś i brałaś w objęcia
Obiecuję ci rzeko na twój brzeg powrócę
i jak dawniej piosenkę wesołą zanucę
uzbieram koło lasu fiołków sasanek
i rzucę w twoje wody tak jak kiedyś — wianek
Sakrament bierzmowania znak na całe życie
Przerabialiśmy „Zemstę” Aleksandra Fredro
jako imię bierzmowe wybrałam więc Klara
i śpiewając hymn wdzięczny do Ducha Świętego
już przygotowywałam się do bierzmowania
Lecz mama ten mój wybór stanowczo ganiła
że to imię pogańskie — świętej Klary nie ma
I za namową siostry — świadka bierzmowania
przyjęłam ten sakrament jako Magdalena
Był to na pewno najpiękniejszy dzień
jaki mi darowało katolickie życie
zostałam apostołką Jezusa Chrystusa
i odtąd w tajemnicy śniłam o habicie
Odmieniła mnie łaska tego sakramentu
polubiłam samotność, modlitwę i ciszę
chowałam się południem w polu kukurydzy
i klęcząc odmawiałam z książeczki modlitwę
Nie pociągały mnie uciechy świata
i obowiązki ziemskie jęłam zaniedbywać
a czułam się szczęśliwsza tylko kiedy z Panem
sam na sam mogłam czasami przebywać
Południca
Ojciec w samo południe powracał z jarmarku
Z Pokrzywnicy* gdzie wtedy handlował bednarką
Powoził na dwa gniade i ładne koniki
Wiózł na wozie maślniczki dzieżki i cebrzyki
Jechał przez las dość gęsto brzózkami przybrany
Dojechał do niewielkiej słonecznej polany
Wśród młodych brzózek naraz niespodzianie
Ujrzał dziewczynę jak to malowanie
Włosy we dwa warkocze miała zaplecione
Na białej bluzce korale czerwone
Spódnicę i trzewiki też czerwone miała
I narączko gałązek brzozowych trzymała
Uśmiech jakiś nieziemski gościł na jej licach
I mój tato zrozumiał że to południca
Zdradzały ją zbyt równo zaplecione splotki
I zbyt dokładnie cięte brzozowe gałązki
Nieraz się ojcu na kolana pchałam
I tę opowieść sobie powtarzać kazałam
Lecz nie umiał wyjaśnić kim jest południca
Skąd się jawi dlaczego dokąd potem znika
* — Chodzi o Koprzywnicę koło Sandomierza o dawnej nazwie Pokrzywnica.
Na ołtarzu łąki
Rozległe były łąki mego ojca
ciągnęły się wzdłuż lasu z obu stron strumyka
a przed mostem co łączył te połacie trawy
dwa malutkie poletka zielonego żyta
Właśnie w tym życie zwłaszcza pobrzegami
rozkwitały dość gęsto chabrowe bławatki
a przy bruzdach dokoła niziutko nad ziemią
swoje główki wznosiły żółtosiwe bratki
Łąka po prawej wyżej położona
końcem czerwca gotowa była już pod kosę
najpiękniej się mieniła kolorami tęczy
rankiem nim wiatr i słońce osuszyły rosę
Najwyżej się wznosiły koszyczki ostrożnia
przyciągając do siebie chrabąszcze i trzmiele
zwaliśmy je ostami bo kłuły jak oset
a zdawały się całkiem sympatycznym zielem
Buiły się kępami białe margerytki
te co się patrzą na świat jednym żółtym okiem
a gdzieniegdzie grupkami liliowe dzwoneczki
i kwiaty jaskrów mieniły się złote
Tu i ówdzie firletka zwana zwykle boćkiem
bo ma nogę czerwoną płatki postrzępione
a białe albo żółte przytuliowe kwiaty
zdobiły łąkę cieniutkim welonem
I kukułki co wprawdzie storczykami zowią
znaczyły się soczystym fioletem na łące
siadały na nich chętnie żółtawe motyle
zostawiając też miejsce panience biedronce
Koniczynę trójlistną odwiedzały pszczoły
chyba najchętniej na niej przysiadały
a wśród tych wszystkich wielobarwnych kwiatów
polne koniki beztrosko skakały
Zaś niższa połać łąki po lewej strumyka
przystroiła się wdzięcznie w niezapominajki
nie było dzwonków ani margerytek
za to mięciutkie białe kocotki wełnianki
Z rówka co to opodal wpływał do strumyka
babka wodna wznosiła swoje drobne kwiecie
bocian w nim brodził żaby upatrując
i nie mogło być łąki piękniejszej na świecie
Niezapominajki dla mojego taty
Pamiętam dzień z dzieciństwa, kiedy moja mama
Patrząc w kalendarz rzekła: dzisiaj mamy Jana
Usłyszawszy to zaraz pobiegłam na pole
Zajrzałam do ogrodu, przekwitły piwonie
I jaśmin już nie pachniał, pobiegłam na łąkę
— Ach, łąki już skoszone — więc jeszcze nad strumień
Tam pod mostem w półcieniu na kraju
Uzbierałam bukiecik niezapominajek
I biegłam ucieszona pastwiskiem do chaty
Na imieniny do mojego taty
Stanęłam w drzwiach zmieszana, wstydem się oblałam
Życzeń mu nie złożyłam, kwiatków nie dałam
Lecz on wiedział bez tego uśmiechał się ciepło
Jakie piękne kwiateczki, jakie niebiesieńkie
Dziękował gdy stawiałam je na parapecie
To dla mnie jego uśmiech był wielkim prezentem
Bowiem go nie widziałam u taty zbyt często
W przyszłości tato ciągle mi dawał prezenty
Ale ten jego uśmiech wspominam najchętniej
I teraz pod torami koło mostu krajem
Zrywam czasem bukiecik niezapominajek
Żeby mu w dzień imienin postawić na grobie
I tamten dzień z dzieciństwa powspominać sobie
Mój ojciec Jan i rzepaku żółty łan
Gdy grałam sobie w klasy ojciec mnie zawołał
— Chodź zobaczymy czy już rzepak dojrzał
Choć zwykle był surowy teraz był łagodny
A i dzień był słoneczny, ciepły i łagodny
Wyprzedziłam go biegnąc jak zwykle na boso
Wśród pól gdzie len zakwitał, dojrzewało proso
Podskakiwałam lekko biegnąc z przodu tyłem
Ej, uważaj na mostek zaraz kozła fikniesz
Spod ronda kapelusza lekko się uśmiechał
I pogroził mi palce, że tak tyłem biegłam
Rozgniótł strączki rzepaku w palcach, przedmuchiwał
Z jednej ręki do drugiej ziarnka przesypywał
Kręcił głową i cmokał — nie bardzo obrodził
Nawoził, orał, zasiał, tyle się natrudził
A teraz trzeba skosić, zwieść, zmłócić, odstawić
Nie opłaci — jak mówią — skórka na wyprawę
Lecz sprawdzał w innych miejscach, ziaren było więcej
I oczy mego ojca stały się weselsze
Już jutro zacznie żniwo, rano wyjdzie z kosą
Bo najlepiej się kosi wcześnie razem z rosą
Po latach tato odszedł, a ja po pogrzebie
Prosiłam: tato, daj znak, jak ci tam jest w niebie
A on mnie wziął za rękę, powiódł znaną dróżką
I wskazał łan rzepaku, co kwitł — kipiał żółto
Ta wizja mi przyniosła spokój, ukojenie
Tatowi zakwitł rzepak, chociaż spoczął w ziemi
W ziemi, którą tak kochał, którą tak doglądał
Teraz w niebie nagrodę duchową oglądał
Bukiecik Franusi
Pamięci Franusi Zięby
Miała tylko trzy latka malutka Franusia
Poleciała na łąkę kwiatuszki zbierała
Przejmowała się babcia szukała mamusia
A ona za motylkiem pod las poleciała
Pod lasem rosły fiołki wonne fioletowe
I te w swój kolorowy bukiecik wtykała
Między kaczeńce i boćki różowe
I za motylkiem ciągle pooglądała
Kiedy wracała do dom po błotnistej drodze
Żeby zanieść kwiatuszki dla swojej mamusi
Poślizgnęła się stópka bosa tej niebodze
I tak się skończył żywot króciutki Franusi
Znaleźli ją w kałuży z buzią w stronę ziemi
W rączce mały bukiecik kwiatuszków ściskała
Już ich nie dała mamie lecz w inną krainę
By ofiarować Bozi ze sobą zabrała
Uśmiech babci Anieli
Moja babcia Aniela miała uśmiech Anielski
Łagodny, dobrotliwy, szczery i taki sielski
I mnie się udzielała ta jej pogoda ducha
Chciałam wciąż z nią przebywać ciepłego głosu słuchać
Złej ani zgniewanej jej nigdy nie widziałam
Choć i ona tak jak wszyscy też swoje troski miała
Emitowała wokół jakąś aurę nieziemską
Czystą i balsamiczną, radosną i anielską
Gdy mi głaskała włosy uśmiechając się błogo
Czułam błogosławiącą świętą energię Bożą
I nawet kiedy zgasła to uśmiech jej promienny
Został w mojej pamięci wciąż ciepły i niezmienny
Wigilia z lat dziecięcych
Gdy wspominam wigilię z moich lat dziecięcych
Myślę jakże odmienna była od dzisiejszej
W nocy śniegu nawiało aż po same okna
Więc zrobiliśmy przejścia przy pomocy łopat
Mimo zgrabiałych palców i czerwonych nosów
Postawiliśmy z bratem igloo Eskimosów
Z okapu zwisały sople kryształowe
Które mróz zmroził jako świąteczną ozdobę
A w domu było ciepło w piecu buchał ogień
Śnieg się topiło w kotle dla bydła na wodę
Mama w wigilię z rana mełła ser na sernik
Piekła biszkopt makowiec szarlotkę i piernik
A potem pierogów lepiła po trochu
Z kapustą z serem z jabłkiem i kapustę z grochem
A na końcu ziemniaki i barszczyk z grzybami
Cośmy je uzbierali w lecie pod drzewami
Ojciec tymczasem przyniósł ze stodoły
Pachnącą wiązkę siana i snopeczek słomy
Słomę postawił za zatyłkiem łóżka
Pod stół położył siana zielonego wiązkę
Dla nas dzieci została praca najpiękniejsza
Szczególnie dla mnie bo byłam najmniejsza
Brat Edward już choinkę w stojak zamocował
Zieloną pachnącą żywicą świerkową
A siostra Krysia stanęła na stołku
I gwiazdę założyła na drzewka wierzchołku
Ojciec ciągle spoglądał na drogę i zegar
Bo jeszcze się Józka na pośnik spodziewał
Syna co węgiel drzewny wypalał w Bieszczadach
A kiedy wracał dziwy opowiadał
O górach wilkach owcach i juhasach
Widać mu dobrze było w tych góralskich lasach
Tego dnia jednak tato daremnie pooglądał
I znajomej sylwetki na śniegu wyglądał
A myśmy już choinkę ubierać skończyli
W bańki cukierki świeczki pięknie wystroili
Janka już postawiła na stole talerze
I razem z mamą podały wieczerzę
Ojciec rozdał opłatki łzę ocierał skrycie
Bo brakło syna co kochał nad życie
Bo nasz tato w wigilię zawsze się roztkliwiał
Rok później płakał bo Edward z wojska nie przyjechał
W kolejną płakał bo się z nami żegnał
Mówiąc że to jego ostatnia wigilia
Ale wiele lat jeszcze i wnuczkami siadał
I drżącą ręką opłatkiem się łamał
Wigilijny wieczór w stajni
Pamięci mojego przyjaciela Gniadego poświęcam
Tuż po wieczerzy wigilijnej
Jeszcze ze stołu nie sprzątnięto
Szliśmy do stajni z moim ojcem
Rozdawać opłatki zwierzętom
Ja przyświecałam mu latarnią
On łamał opłatek różowy
I rozdawał go im przechodząc
Od jednej do następnej krowy
A one kto wie skąd wiedziały
Że właśnie była wigilia
Bo po kolei powstawały
Sarna Wiśniocha i Kalina
Dalej stała jałówka Małka
I Kwiata w rzędzie drugim
Dwa roczne byczki koło żłobu
I mały byciuś brykał w grudzy
Głaskałam Brysia łepetynę
Różki miał tycie i ślepia czarne
Szorstkim językiem lizał mi rękę
Wtem ojciec zabrał mi latarnię
Idziemy do następnych drzwi
Znów trzymam zimny drut od latarni
Tato uwolnił patyk ze skubla
I weszliśmy do końskiej stajni
Gniady się zaśmiał przyjacielsko
Od gospodarza zjadł opłatek
Potrząsnął łbem dzwoniąc łańcuchem
I patrzył na mnie i na tatę
Ojciec głaskał mu czarną grzywę
I poklepywał go po karku
Wtem Gniady rzekł: wesołych świąt
I pomyślności w tym folwarku!
Lecz w domu naszej opowieści
Nikt absolutnie nie chciał wierzy
Ni mnie ani naszemu ojcu
Choć był dopiero po spowiedzi
Patronka ziół
O Matko Boska Zielna w Ostrowach Tuszowskich
Ponoć Ciebie odwiedził sam Ksiądz Jan Twardowski
Powiedziała mi o tym moja siostra Krysia
Która jego poezje podziwia i czyta
Ponoć wziął sobie wody co z źródełka płynie
I Twej historii słuchał modlił się żarliwie
Potem o swej pielgrzymce poezję ułożył
I Twoją chwałę zielną mateczko pomnożył
Pozazdrościć Ostrowom takiej opiekunki
Od rumianku dziurawca mięty i miodunki
Od szałwii chabru kruszyny i głogu
Przytulii i krwawnika i dziękować Bogu
I ja w młodości tam odpustowałam
Ze sąsiedniej parafii też pielgrzymowałam
O tym że jest tam źródło nie pamiętam zgoła
Lecz że się święci wianki i kwiaty i zioła
Ku pamięci Anny Dawidowicz
Kaplica była pełna w tę marcową niedzielę
I stałyśmy na zewnątrz przez całą mszę świętą
Byłaś taka poważna …
Nie zwracałaś uwagi na wiatr co rozwiewał ci włosy
Miałaś oczy zamknięte prawie przez godzinę
A kiedy je otwarłaś czasami na chwilę
Twoje spojrzenie biegło gdzieś w dal
Gdzieś daleko
O czym myślałaś Anno
W tę piękną niedzielę
Co zobaczyłaś wtedy oczami twej duszy
Czy już spacerowałaś po pastwiskach nieba
Czy wybiegając w przyszłość snułaś jakieś plany
Czy na modlitwie byłaś tak bardzo skupiona
Bóg tylko raczy wiedzieć
O stanie twej duszy
Niestety w ten feralny piątek po południu
Na twoje młode życie padł cień samochodu
Przekreślając na zawsze marzenia i plany
Zostawiłaś swe książki swoje koleżanki
I pustkę w sercach twoich ukochanych
Rodziców brata siostry krewnych i przyjaciół
Już nigdy więcej
Wiatr nie rozwieje twoich długich włosów
I uśmiech nie zagości na młodziutkiej twarzy
Uwiądł pączek nim jeszcze rozwinął się w różę
Na twoim grobie kwitną
Białe tulipany
U wróżki
Pamiętam, po pierwszej wypłacie
ja, Krystyna i jeszcze Józka
pytałyśmy po Nowej Dębie
gdzie mieszka Magda słynna wróżka
A każdej z nas snów o przyszłości
wiły się tęcze wciąż po głowie
I nie mogłyśmy się doczekać
aby usłyszeć co nam powie
A ona żeś karty rozłożywszy
spytała o datę urodzin
i rzekła: ty jak i byk każdy
raz żeś pod wozem raz na wozie
Wywróżyła mi wielką miłość
choć nie spełnioną i bolesną
lecz ta — mówiła — miłość pierwsza
będzie miłością twą największą
I będziesz miała dwoje dzieci
pierwsza dziewczynka drugi chłopiec
będziesz ich wychowywać sama
bowiem za młodu masz owdowieć
Oglądała mi lewą rękę
i rzekła szczerze: jest rozbieżność
na dłoni masz dwie kreski mężów
w kartach zbyt cenisz niezależność
Nie wszystko dotąd się sprawdziło
zawiodło byka porzekadło
ilekroć na wóz się dostałam
spychano mnie losu imadło
Jak to co mi wróżyły karty
nie zgadzało się z dłoni linią
taki i film snów mojej młodości
na swoją stronę los przewiną
Pierwszy pocałunek
Jechałeś do mnie w zimowy wieczór
Gdy pierwszy śnieg okrył ziemię biało
I nie wiedziałeś nie mogłeś przeczuć
Jak długo na ciebie czekałam
Myślałeś pewnie, że czekam od piątku
A ja cię kochałam od maja
Chciałam stłumić żar w sercu od samego początku
Spoglądałam ukradkiem — wzdychałam
O pocałunku z tobą nie śniły moje usta
Od którego śnieg topniał pod sienią
Schowałeś mnie pod kurtką z sztucznego futra
Czułam, że się unoszę nad ziemią
Jakaś ciepła lawina z jasności i miodu
Spłynęła nam na dusze i ciała
W świetle okna kuchni pierwszy pączek ogrodu
Mojej pierwszej miłości poznałam
I rozkwitła na wiosnę rozwinęła się róża
Dziką różą pachnącą pod lasem
Rosła w cieniu zbyt krucha i złamała ją burza
I zniszczyła ją zdrada przed czasem
Ale długo pachniały suche płatki pąsowe
Cierń łodygi oplatał mi serce
Wspominałam ten wieczór, wychodziłam na drogę
Ale kochać nie chciałam już więcej
Kim był Selim?
Przytulna kuchnia zimowy wieczór
Ogień wesoło buszuje w piecu
Ojciec przycina knota u lampy
— Wiesz gdzie skończyłaś? — pyta się Janki
W naszej rodzinie był piękny zwyczaj
Kawałek książki co wieczór czytać
Edek wychodzi już do kuzyna
A dzisiaj czytać będzie Krystyna
Jakaś osoba jest ciężko chora
,,Selim zaprzęgaj jedź po doktora”
— ,,Selim” — skąd znam to imię Selima?
Siostra wciąż czyta za oknem zima
A mnie się wlała do serca tkliwość
Jakaś tęsknota i żal i miłość
Tak intensywne jakich nie znałam
Przecież dopiero kilka lat miałam
Selim — gdzie jesteś? Chcę do Selima!
To ktoś kochany kogo straciłam
A przecież jestem tu z rodzicami
I żaden Selim nie był nam znany
Serce mi wali drżą mi kolana
Szczęściem niczego nie widzi mama
Wszyscy w opowieść są zasłuchani
A ja dotykam twarzy rękami
Selim! — myślami wołam Selima
Straciłam męża brata czy syna
Już prawie sobie przypominałam
Skrzydłami duszy już doń leciałam
Zwolna ustają dziwne emocje
Siostra spokojnie czyta opowieść
Nic więcej sobie nie przypomniałam
Bałam się żebym nie oszalała
Gdy to przeżycie teraz wspominam
Wciąż jest mi drogie imię Selima
Dzięki dźwiękowi tego imienia
Wierzę w poprzednie moje wcielenia
Zapach polnych storczyków
Mój najdroższy mi przyniósł garść polnych storczyków
Zerwanych na polance przy leśnym strumyku
Czekałam na niego na drewnianym moście
A serce mi biło mocno i radośnie
Gdzie znalazłeś te kwiaty tak pachnące majem?
Zerwałem je dla ciebie w lasku nad ruczajem
Idąc poczułem kwiecia zapach mocny
Pomyślałem: to dla niej zakwitły tej wiosny
Musisz wiedzieć jaskółko, że polne storczyki
Są rzadkie jak miłości prawdziwej ogniki
Zapamiętaj ich zapach intensywny rzadki
I niech to będą nasze ulubione kwiatki
A jeżeli się zgodzisz za rok o tej porze
Na twój palec serdeczny obrączkę ci włożę
Zabiorę cię do domu mych ojców na górkę
A oni ciebie przyjmą jak rodzona córkę
Zaśpiewał: i chodź miła na mały spacerek
Tylko zabierz ze sobą sweterek
I śmialiśmy się razem z tej wiejskiej przyśpiewki
Przechodząc się jak zwykle ścieżką koło rzeczki
On był bardzo szczęśliwy w ten wieczór na łące
Bo go przyjęłam znowu po długiej rozłące
A ja byłam milcząca, może przeczuwałam
Że znów się rozstaniemy chociaż go kochałam
Bo myślała że dla mnie to szczęście zbyt wielkie
To się nie może zdarzyć byłoby zbyt pięknie
Nie wierzyłam i może jemu nie ufałam
Więc się zdarzyło tak jak przeczuwałam
Rok później spacerując ścieżką przy strumyku
Żal tylko miałam w sercu i zapach storczyków
Toliboski się żeni
Słyszysz muzykę Danuta?
Siostra przez okno mnie woła
Na górce już gra kapela
Te twój zbiera się już do kościoła
Nie płaczesz? Pyta zdziwiona
Twój narzeczony się żeni
Cóż — inną weźmie w ramiona
Przez próg przeniesie do sieni
Ja teraz nie płaczę już łzami
Bo wiosną się z nim pożegnałam
Lecz w sercu mam ranę co krwawi
Niestety nie, nie zapomniałam
Więc idę przejść się nad rzekę
Aby być choć chwilę sama
By duszę obciążyć grzechem
Wiecznego rozpamiętywania
Tak idę ścieżką wśród rzeki
Gdzie spojrzę wracają wspomnienia