E-book
7.88
drukowana A5
30.43
Korzenie i skrzydła

Bezpłatny fragment - Korzenie i skrzydła

Wiersze


Objętość:
159 str.
ISBN:
978-83-8455-984-0
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 30.43
Danuta Brzoza-Sorbal urodziła się w Hucie Komorowskiej, w wiosce w województwie podkarpackim. Debiutowała książką „Danusia znad polnego strumyka” w 2018 r. Odniosła pewne sukcesy jako poetka. Jest laureatką trzech ogólnopolskich konkursów poetyckich. Jej wiersze były publikowane w książeczkach „Lustro” wydawanych przez Bibliotekę Publiczną w Majdanie Królewskim, oraz w czterech almanachach poetyckich, wydanych przez Oficynę Wydawniczą „TAD-AD” ze Śląska. Ponadto drukowane były w tygodniku Korso.

W oczekiwaniu na szczęście

Mój sen mi wróżył nieomylnie

Że szczęście puka do mych drzwi


Przyjdź szczęście przyjdź


Rozścieliłam przed tobą zielony dywan

Utkany z promyków nadziei


Na twoje przyjście

Zapaliłam siedem żółtych świec

W kandelabrze moich marzeń


Przyjdź szczęście przyjdź


Otwarte!

Ciepły urok starych domów z drzewa

Nie burzcie proszę starych domów z drzewa

Stawianych z sosnowych belek lub modrzewia

Ja wierzę, że w tych belkach w ich ośrodku rdzennym

Żyje zaklęta święcie ich żywiczna dusza


Pomyślcie, że te belki rosły kiedyś w lesie

Koronami energię czerpały ze słońca

Korzeniami silnymi piły wodę z ziemi

I szumiały wciąż wdzięczne dla swojego Stwórcy


Rosły w harmonii razem z paprociami

Pod którymi krasnale bawiły się w berka

I mchem co aksamitnym ścielił się dywanem

Po którym leśne elfy stawiały koziołki


Po ich smukłych kolumnach biegały wiewiórki

A na gałęziach ptaki dawały koncerty

Żyły — tak, żyły pełnią życia

Zanim je ociosano, zanim pień ucięto


Kiedyś w tych domach z drzewa rodziły się dzieci

Jak ja na przykład — bociani podrzutek

Wykołysana w kołysce sosnowej

Którą ośnikiem wyrzeźbił mój ojciec


O, gdybym mogła ten domek zobaczyć

Całowałabym pewnie każdą jedną belkę

Ale niestety on już nie istnieje

Na jego miejscu stoi dom z pustaków


Gdzie te małe okienka co pelargoniami

Od wiosny do jesienni nieustannie kwitły

A całą zimę mróz liście malował

Jakichś nieznanych roślin egzotycznych


Ten dom w wielką sobotę obchodził mój ojciec

Kropiąc wodą święconą i szepcąc modlitwę

By Bóg strzegł go od ognia, pioruna i wiatru

I od wszystkiego złego strzegł jego mieszkańców


Nie burzcie proszę starych domów z drzewa

Najpiękniejsze pozdrowienie

Często słyszałam je w dzieciństwie

Na wsi gdzie rosłam jak niebożę

A moja mama wszystkim wokół

Mówiła tak często „Szczęść Boże”


Gdy chodziliśmy razem w pole

Widząc sąsiada jak rolę orze

Kiedy on dotknął kapelusza

Ona mu rzekła „Szczęść wam Boże”


Gdy poszłam z ojcem do kuzynów

Wołali by pomógł w oborze

Nim się cielątko urodziło

Zaraz od progu rzekł „Szczęść Boże”


A czy nie pięknie jest usłyszeć

Zanim ksiądz młodym ręce zwiąże

Jak im rodzice błogosławią

Na nową drogę „Szczęść wam Boże”


Nieraz słyszałam je w szpitalu

Kiedy chirurgicznej załodze

Przed jakąś operacją

Któryś z lekarzy rzekł „Szczęść Boże”


Gdziekolwiek będziesz na twej drodze

— tak moja mam mnie uczyła-

Gdy próg przestąpisz pochwal Boga

Szczęść Boże mów tym co pracują

Przyjaciółka dzieciństwa

Rzeko mego dzieciństwa złotobrzega Erwo

za szumem twojej wody tak mi czasem tęskno

widzisz — urosłam — już mnie nie wypada

tańczyć z wiatrem na łące lub z ważkami gadać


Czy pamiętasz jak wianki wrzucałam w twe wody

i statków papierowych robiłam zawody

albo siedząc na kładce chlapałam nogami

rozmawiałam z ważkami albo kijankami


Na twej plaży zrobiłam raz ołtarz dla Boga

i pytałam się ciebie czy ci się podoba

ołtarz z kamyków i kwiatków jesiennych

z niebieskim okiem, w kształcie trójramiennym


Wiosną kiedy opadły wody nieprzejrzyste

odkryły na twych brzegach zielone półwyspy

każdemu z tych półwyspów jakąś nazwę dałam

bo Anie z Zielonego Wzgórza przeczytałam


Jeden z nich nazywałam po prostu Samotniak

odwiedzałam go kiedy czułam się samotna

innemu dałam imię mojego kuzyna

w którym się na poważnie wtedy zadurzyłam


Smutne byłoby życie bez ciebie kochana

bowiem nie miałam blisko żadnych koleżanek

w domu nikt nie rozumiał dziwnego dziecięcia

tylko ty rozumiałaś i brałaś w objęcia


Obiecuję ci rzeko na twój brzeg powrócę

i jak dawniej piosenkę wesołą zanucę

uzbieram koło lasu fiołków sasanek

i rzucę w twoje wody tak jak kiedyś — wianek

Sakrament bierzmowania znak na całe życie

Przerabialiśmy „Zemstę” Aleksandra Fredro

jako imię bierzmowe wybrałam więc Klara

i śpiewając hymn wdzięczny do Ducha Świętego

już przygotowywałam się do bierzmowania


Lecz mama ten mój wybór stanowczo ganiła

że to imię pogańskie — świętej Klary nie ma

I za namową siostry — świadka bierzmowania

przyjęłam ten sakrament jako Magdalena


Był to na pewno najpiękniejszy dzień

jaki mi darowało katolickie życie

zostałam apostołką Jezusa Chrystusa

i odtąd w tajemnicy śniłam o habicie


Odmieniła mnie łaska tego sakramentu

polubiłam samotność, modlitwę i ciszę

chowałam się południem w polu kukurydzy

i klęcząc odmawiałam z książeczki modlitwę


Nie pociągały mnie uciechy świata

i obowiązki ziemskie jęłam zaniedbywać

a czułam się szczęśliwsza tylko kiedy z Panem

sam na sam mogłam czasami przebywać

Południca

Ojciec w samo południe powracał z jarmarku

Z Pokrzywnicy* gdzie wtedy handlował bednarką

Powoził na dwa gniade i ładne koniki

Wiózł na wozie maślniczki dzieżki i cebrzyki


Jechał przez las dość gęsto brzózkami przybrany

Dojechał do niewielkiej słonecznej polany

Wśród młodych brzózek naraz niespodzianie

Ujrzał dziewczynę jak to malowanie


Włosy we dwa warkocze miała zaplecione

Na białej bluzce korale czerwone

Spódnicę i trzewiki też czerwone miała

I narączko gałązek brzozowych trzymała


Uśmiech jakiś nieziemski gościł na jej licach

I mój tato zrozumiał że to południca

Zdradzały ją zbyt równo zaplecione splotki

I zbyt dokładnie cięte brzozowe gałązki


Nieraz się ojcu na kolana pchałam

I tę opowieść sobie powtarzać kazałam

Lecz nie umiał wyjaśnić kim jest południca

Skąd się jawi dlaczego dokąd potem znika

* — Chodzi o Koprzywnicę koło Sandomierza o dawnej nazwie Pokrzywnica.

Na ołtarzu łąki

Rozległe były łąki mego ojca

ciągnęły się wzdłuż lasu z obu stron strumyka

a przed mostem co łączył te połacie trawy

dwa malutkie poletka zielonego żyta


Właśnie w tym życie zwłaszcza pobrzegami

rozkwitały dość gęsto chabrowe bławatki

a przy bruzdach dokoła niziutko nad ziemią

swoje główki wznosiły żółtosiwe bratki


Łąka po prawej wyżej położona

końcem czerwca gotowa była już pod kosę

najpiękniej się mieniła kolorami tęczy

rankiem nim wiatr i słońce osuszyły rosę


Najwyżej się wznosiły koszyczki ostrożnia

przyciągając do siebie chrabąszcze i trzmiele

zwaliśmy je ostami bo kłuły jak oset

a zdawały się całkiem sympatycznym zielem


Buiły się kępami białe margerytki

te co się patrzą na świat jednym żółtym okiem

a gdzieniegdzie grupkami liliowe dzwoneczki

i kwiaty jaskrów mieniły się złote


Tu i ówdzie firletka zwana zwykle boćkiem

bo ma nogę czerwoną płatki postrzępione

a białe albo żółte przytuliowe kwiaty

zdobiły łąkę cieniutkim welonem


I kukułki co wprawdzie storczykami zowią

znaczyły się soczystym fioletem na łące

siadały na nich chętnie żółtawe motyle

zostawiając też miejsce panience biedronce


Koniczynę trójlistną odwiedzały pszczoły

chyba najchętniej na niej przysiadały

a wśród tych wszystkich wielobarwnych kwiatów

polne koniki beztrosko skakały


Zaś niższa połać łąki po lewej strumyka

przystroiła się wdzięcznie w niezapominajki

nie było dzwonków ani margerytek

za to mięciutkie białe kocotki wełnianki


Z rówka co to opodal wpływał do strumyka

babka wodna wznosiła swoje drobne kwiecie

bocian w nim brodził żaby upatrując

i nie mogło być łąki piękniejszej na świecie

Niezapominajki dla mojego taty

Pamiętam dzień z dzieciństwa, kiedy moja mama

Patrząc w kalendarz rzekła: dzisiaj mamy Jana

Usłyszawszy to zaraz pobiegłam na pole

Zajrzałam do ogrodu, przekwitły piwonie


I jaśmin już nie pachniał, pobiegłam na łąkę

— Ach, łąki już skoszone — więc jeszcze nad strumień


Tam pod mostem w półcieniu na kraju

Uzbierałam bukiecik niezapominajek

I biegłam ucieszona pastwiskiem do chaty

Na imieniny do mojego taty


Stanęłam w drzwiach zmieszana, wstydem się oblałam

Życzeń mu nie złożyłam, kwiatków nie dałam

Lecz on wiedział bez tego uśmiechał się ciepło


Jakie piękne kwiateczki, jakie niebiesieńkie

Dziękował gdy stawiałam je na parapecie

To dla mnie jego uśmiech był wielkim prezentem

Bowiem go nie widziałam u taty zbyt często


W przyszłości tato ciągle mi dawał prezenty

Ale ten jego uśmiech wspominam najchętniej


I teraz pod torami koło mostu krajem

Zrywam czasem bukiecik niezapominajek

Żeby mu w dzień imienin postawić na grobie

I tamten dzień z dzieciństwa powspominać sobie

Mój ojciec Jan i rzepaku żółty łan

Gdy grałam sobie w klasy ojciec mnie zawołał

— Chodź zobaczymy czy już rzepak dojrzał

Choć zwykle był surowy teraz był łagodny

A i dzień był słoneczny, ciepły i łagodny


Wyprzedziłam go biegnąc jak zwykle na boso

Wśród pól gdzie len zakwitał, dojrzewało proso

Podskakiwałam lekko biegnąc z przodu tyłem

Ej, uważaj na mostek zaraz kozła fikniesz


Spod ronda kapelusza lekko się uśmiechał

I pogroził mi palce, że tak tyłem biegłam

Rozgniótł strączki rzepaku w palcach, przedmuchiwał

Z jednej ręki do drugiej ziarnka przesypywał


Kręcił głową i cmokał — nie bardzo obrodził

Nawoził, orał, zasiał, tyle się natrudził

A teraz trzeba skosić, zwieść, zmłócić, odstawić

Nie opłaci — jak mówią — skórka na wyprawę


Lecz sprawdzał w innych miejscach, ziaren było więcej

I oczy mego ojca stały się weselsze

Już jutro zacznie żniwo, rano wyjdzie z kosą

Bo najlepiej się kosi wcześnie razem z rosą


Po latach tato odszedł, a ja po pogrzebie

Prosiłam: tato, daj znak, jak ci tam jest w niebie

A on mnie wziął za rękę, powiódł znaną dróżką

I wskazał łan rzepaku, co kwitł — kipiał żółto


Ta wizja mi przyniosła spokój, ukojenie

Tatowi zakwitł rzepak, chociaż spoczął w ziemi

W ziemi, którą tak kochał, którą tak doglądał

Teraz w niebie nagrodę duchową oglądał

Bukiecik Franusi

Pamięci Franusi Zięby

Miała tylko trzy latka malutka Franusia

Poleciała na łąkę kwiatuszki zbierała

Przejmowała się babcia szukała mamusia

A ona za motylkiem pod las poleciała


Pod lasem rosły fiołki wonne fioletowe

I te w swój kolorowy bukiecik wtykała

Między kaczeńce i boćki różowe

I za motylkiem ciągle pooglądała


Kiedy wracała do dom po błotnistej drodze

Żeby zanieść kwiatuszki dla swojej mamusi

Poślizgnęła się stópka bosa tej niebodze

I tak się skończył żywot króciutki Franusi


Znaleźli ją w kałuży z buzią w stronę ziemi

W rączce mały bukiecik kwiatuszków ściskała

Już ich nie dała mamie lecz w inną krainę

By ofiarować Bozi ze sobą zabrała

Uśmiech babci Anieli

Moja babcia Aniela miała uśmiech Anielski

Łagodny, dobrotliwy, szczery i taki sielski

I mnie się udzielała ta jej pogoda ducha

Chciałam wciąż z nią przebywać ciepłego głosu słuchać


Złej ani zgniewanej jej nigdy nie widziałam

Choć i ona tak jak wszyscy też swoje troski miała


Emitowała wokół jakąś aurę nieziemską

Czystą i balsamiczną, radosną i anielską

Gdy mi głaskała włosy uśmiechając się błogo

Czułam błogosławiącą świętą energię Bożą


I nawet kiedy zgasła to uśmiech jej promienny

Został w mojej pamięci wciąż ciepły i niezmienny

Wigilia z lat dziecięcych

Gdy wspominam wigilię z moich lat dziecięcych

Myślę jakże odmienna była od dzisiejszej

W nocy śniegu nawiało aż po same okna

Więc zrobiliśmy przejścia przy pomocy łopat

Mimo zgrabiałych palców i czerwonych nosów

Postawiliśmy z bratem igloo Eskimosów

Z okapu zwisały sople kryształowe

Które mróz zmroził jako świąteczną ozdobę

A w domu było ciepło w piecu buchał ogień

Śnieg się topiło w kotle dla bydła na wodę

Mama w wigilię z rana mełła ser na sernik

Piekła biszkopt makowiec szarlotkę i piernik

A potem pierogów lepiła po trochu

Z kapustą z serem z jabłkiem i kapustę z grochem

A na końcu ziemniaki i barszczyk z grzybami

Cośmy je uzbierali w lecie pod drzewami

Ojciec tymczasem przyniósł ze stodoły

Pachnącą wiązkę siana i snopeczek słomy

Słomę postawił za zatyłkiem łóżka

Pod stół położył siana zielonego wiązkę

Dla nas dzieci została praca najpiękniejsza

Szczególnie dla mnie bo byłam najmniejsza

Brat Edward już choinkę w stojak zamocował

Zieloną pachnącą żywicą świerkową

A siostra Krysia stanęła na stołku

I gwiazdę założyła na drzewka wierzchołku

Ojciec ciągle spoglądał na drogę i zegar

Bo jeszcze się Józka na pośnik spodziewał

Syna co węgiel drzewny wypalał w Bieszczadach

A kiedy wracał dziwy opowiadał

O górach wilkach owcach i juhasach

Widać mu dobrze było w tych góralskich lasach

Tego dnia jednak tato daremnie pooglądał

I znajomej sylwetki na śniegu wyglądał

A myśmy już choinkę ubierać skończyli

W bańki cukierki świeczki pięknie wystroili

Janka już postawiła na stole talerze

I razem z mamą podały wieczerzę

Ojciec rozdał opłatki łzę ocierał skrycie

Bo brakło syna co kochał nad życie

Bo nasz tato w wigilię zawsze się roztkliwiał

Rok później płakał bo Edward z wojska nie przyjechał

W kolejną płakał bo się z nami żegnał

Mówiąc że to jego ostatnia wigilia

Ale wiele lat jeszcze i wnuczkami siadał

I drżącą ręką opłatkiem się łamał

Wigilijny wieczór w stajni

Pamięci mojego przyjaciela Gniadego poświęcam


Tuż po wieczerzy wigilijnej

Jeszcze ze stołu nie sprzątnięto

Szliśmy do stajni z moim ojcem

Rozdawać opłatki zwierzętom


Ja przyświecałam mu latarnią

On łamał opłatek różowy

I rozdawał go im przechodząc

Od jednej do następnej krowy


A one kto wie skąd wiedziały

Że właśnie była wigilia

Bo po kolei powstawały

Sarna Wiśniocha i Kalina


Dalej stała jałówka Małka

I Kwiata w rzędzie drugim

Dwa roczne byczki koło żłobu

I mały byciuś brykał w grudzy


Głaskałam Brysia łepetynę

Różki miał tycie i ślepia czarne

Szorstkim językiem lizał mi rękę

Wtem ojciec zabrał mi latarnię


Idziemy do następnych drzwi

Znów trzymam zimny drut od latarni

Tato uwolnił patyk ze skubla

I weszliśmy do końskiej stajni


Gniady się zaśmiał przyjacielsko

Od gospodarza zjadł opłatek

Potrząsnął łbem dzwoniąc łańcuchem

I patrzył na mnie i na tatę


Ojciec głaskał mu czarną grzywę

I poklepywał go po karku

Wtem Gniady rzekł: wesołych świąt

I pomyślności w tym folwarku!


Lecz w domu naszej opowieści

Nikt absolutnie nie chciał wierzy

Ni mnie ani naszemu ojcu

Choć był dopiero po spowiedzi

Patronka ziół

O Matko Boska Zielna w Ostrowach Tuszowskich

Ponoć Ciebie odwiedził sam Ksiądz Jan Twardowski

Powiedziała mi o tym moja siostra Krysia

Która jego poezje podziwia i czyta


Ponoć wziął sobie wody co z źródełka płynie

I Twej historii słuchał modlił się żarliwie

Potem o swej pielgrzymce poezję ułożył

I Twoją chwałę zielną mateczko pomnożył


Pozazdrościć Ostrowom takiej opiekunki

Od rumianku dziurawca mięty i miodunki

Od szałwii chabru kruszyny i głogu

Przytulii i krwawnika i dziękować Bogu


I ja w młodości tam odpustowałam

Ze sąsiedniej parafii też pielgrzymowałam

O tym że jest tam źródło nie pamiętam zgoła

Lecz że się święci wianki i kwiaty i zioła

Ku pamięci Anny Dawidowicz

Kaplica była pełna w tę marcową niedzielę

I stałyśmy na zewnątrz przez całą mszę świętą


Byłaś taka poważna …

Nie zwracałaś uwagi na wiatr co rozwiewał ci włosy

Miałaś oczy zamknięte prawie przez godzinę

A kiedy je otwarłaś czasami na chwilę

Twoje spojrzenie biegło gdzieś w dal

Gdzieś daleko


O czym myślałaś Anno

W tę piękną niedzielę

Co zobaczyłaś wtedy oczami twej duszy

Czy już spacerowałaś po pastwiskach nieba

Czy wybiegając w przyszłość snułaś jakieś plany

Czy na modlitwie byłaś tak bardzo skupiona

Bóg tylko raczy wiedzieć

O stanie twej duszy


Niestety w ten feralny piątek po południu

Na twoje młode życie padł cień samochodu

Przekreślając na zawsze marzenia i plany


Zostawiłaś swe książki swoje koleżanki

I pustkę w sercach twoich ukochanych

Rodziców brata siostry krewnych i przyjaciół


Już nigdy więcej

Wiatr nie rozwieje twoich długich włosów

I uśmiech nie zagości na młodziutkiej twarzy

Uwiądł pączek nim jeszcze rozwinął się w różę

Na twoim grobie kwitną

Białe tulipany

U wróżki

Pamiętam, po pierwszej wypłacie

ja, Krystyna i jeszcze Józka

pytałyśmy po Nowej Dębie

gdzie mieszka Magda słynna wróżka


A każdej z nas snów o przyszłości

wiły się tęcze wciąż po głowie

I nie mogłyśmy się doczekać

aby usłyszeć co nam powie


A ona żeś karty rozłożywszy

spytała o datę urodzin

i rzekła: ty jak i byk każdy

raz żeś pod wozem raz na wozie


Wywróżyła mi wielką miłość

choć nie spełnioną i bolesną

lecz ta — mówiła — miłość pierwsza

będzie miłością twą największą


I będziesz miała dwoje dzieci

pierwsza dziewczynka drugi chłopiec

będziesz ich wychowywać sama

bowiem za młodu masz owdowieć


Oglądała mi lewą rękę

i rzekła szczerze: jest rozbieżność

na dłoni masz dwie kreski mężów

w kartach zbyt cenisz niezależność


Nie wszystko dotąd się sprawdziło

zawiodło byka porzekadło

ilekroć na wóz się dostałam

spychano mnie losu imadło


Jak to co mi wróżyły karty

nie zgadzało się z dłoni linią

taki i film snów mojej młodości

na swoją stronę los przewiną

Pierwszy pocałunek

Jechałeś do mnie w zimowy wieczór

Gdy pierwszy śnieg okrył ziemię biało

I nie wiedziałeś nie mogłeś przeczuć

Jak długo na ciebie czekałam


Myślałeś pewnie, że czekam od piątku

A ja cię kochałam od maja

Chciałam stłumić żar w sercu od samego początku

Spoglądałam ukradkiem — wzdychałam


O pocałunku z tobą nie śniły moje usta

Od którego śnieg topniał pod sienią

Schowałeś mnie pod kurtką z sztucznego futra

Czułam, że się unoszę nad ziemią


Jakaś ciepła lawina z jasności i miodu

Spłynęła nam na dusze i ciała

W świetle okna kuchni pierwszy pączek ogrodu

Mojej pierwszej miłości poznałam


I rozkwitła na wiosnę rozwinęła się róża

Dziką różą pachnącą pod lasem

Rosła w cieniu zbyt krucha i złamała ją burza

I zniszczyła ją zdrada przed czasem


Ale długo pachniały suche płatki pąsowe

Cierń łodygi oplatał mi serce

Wspominałam ten wieczór, wychodziłam na drogę

Ale kochać nie chciałam już więcej

Kim był Selim?

Przytulna kuchnia zimowy wieczór

Ogień wesoło buszuje w piecu

Ojciec przycina knota u lampy

— Wiesz gdzie skończyłaś? — pyta się Janki


W naszej rodzinie był piękny zwyczaj

Kawałek książki co wieczór czytać

Edek wychodzi już do kuzyna

A dzisiaj czytać będzie Krystyna


Jakaś osoba jest ciężko chora

,,Selim zaprzęgaj jedź po doktora”

— ,,Selim” — skąd znam to imię Selima?

Siostra wciąż czyta za oknem zima


A mnie się wlała do serca tkliwość

Jakaś tęsknota i żal i miłość

Tak intensywne jakich nie znałam

Przecież dopiero kilka lat miałam


Selim — gdzie jesteś? Chcę do Selima!

To ktoś kochany kogo straciłam

A przecież jestem tu z rodzicami

I żaden Selim nie był nam znany


Serce mi wali drżą mi kolana

Szczęściem niczego nie widzi mama

Wszyscy w opowieść są zasłuchani

A ja dotykam twarzy rękami


Selim! — myślami wołam Selima

Straciłam męża brata czy syna

Już prawie sobie przypominałam

Skrzydłami duszy już doń leciałam

Zwolna ustają dziwne emocje

Siostra spokojnie czyta opowieść

Nic więcej sobie nie przypomniałam

Bałam się żebym nie oszalała


Gdy to przeżycie teraz wspominam

Wciąż jest mi drogie imię Selima

Dzięki dźwiękowi tego imienia

Wierzę w poprzednie moje wcielenia

Zapach polnych storczyków

Mój najdroższy mi przyniósł garść polnych storczyków

Zerwanych na polance przy leśnym strumyku

Czekałam na niego na drewnianym moście

A serce mi biło mocno i radośnie


Gdzie znalazłeś te kwiaty tak pachnące majem?

Zerwałem je dla ciebie w lasku nad ruczajem

Idąc poczułem kwiecia zapach mocny

Pomyślałem: to dla niej zakwitły tej wiosny


Musisz wiedzieć jaskółko, że polne storczyki

Są rzadkie jak miłości prawdziwej ogniki

Zapamiętaj ich zapach intensywny rzadki

I niech to będą nasze ulubione kwiatki


A jeżeli się zgodzisz za rok o tej porze

Na twój palec serdeczny obrączkę ci włożę

Zabiorę cię do domu mych ojców na górkę

A oni ciebie przyjmą jak rodzona córkę


Zaśpiewał: i chodź miła na mały spacerek

Tylko zabierz ze sobą sweterek

I śmialiśmy się razem z tej wiejskiej przyśpiewki

Przechodząc się jak zwykle ścieżką koło rzeczki


On był bardzo szczęśliwy w ten wieczór na łące

Bo go przyjęłam znowu po długiej rozłące

A ja byłam milcząca, może przeczuwałam

Że znów się rozstaniemy chociaż go kochałam


Bo myślała że dla mnie to szczęście zbyt wielkie

To się nie może zdarzyć byłoby zbyt pięknie

Nie wierzyłam i może jemu nie ufałam

Więc się zdarzyło tak jak przeczuwałam


Rok później spacerując ścieżką przy strumyku

Żal tylko miałam w sercu i zapach storczyków

Toliboski się żeni

Słyszysz muzykę Danuta?

Siostra przez okno mnie woła

Na górce już gra kapela

Te twój zbiera się już do kościoła


Nie płaczesz? Pyta zdziwiona

Twój narzeczony się żeni

Cóż — inną weźmie w ramiona

Przez próg przeniesie do sieni


Ja teraz nie płaczę już łzami

Bo wiosną się z nim pożegnałam

Lecz w sercu mam ranę co krwawi

Niestety nie, nie zapomniałam


Więc idę przejść się nad rzekę

Aby być choć chwilę sama

By duszę obciążyć grzechem

Wiecznego rozpamiętywania


Tak idę ścieżką wśród rzeki

Gdzie spojrzę wracają wspomnienia

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 30.43