E-book
12.6
drukowana A5
49.98
KORONA NAD KRÓLESTWEM NIEBIESKIM

Bezpłatny fragment - KORONA NAD KRÓLESTWEM NIEBIESKIM


5
Objętość:
127 str.
ISBN:
978-83-8440-215-3
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 49.98

„Na początku był Światło, a imię jego brzmiało Pejron.

Zrodzony z pierwszej iskry chaosu, rozdzielił niebo od ziemi, wodę od ognia, a ciemność od światła.

On tchnął życie w proch i nazwał je człowiekiem.

On wyrył w dłoniach ludzi runy, aby mogli czcić jego moc.

Lecz trzej jego bracia — Akash, Pan Burz, Fugro, Władca Wiatrów i Elith, Bogini Miłości — powstali przeciw niemu, zazdroszcząc światła, które niósł.

I narodził się bunt.

Z ich gniewu powstały potwory, z ich łez — morza, a z ich krwi — cienie, które pełzają po ziemi.

Wtedy Pejron w swej dobroci zstąpił na świat i oddzielił świętych od plugawych.

Zburzył wrota wymiarów, by zło nie powróciło.

A gdy Elith zdradziła jego światło, on, miłosierny, zgasił jej płomień, aby świat mógł trwać w pokoju.

Tak zrodziło się Drzewo Światła — wieczne świadectwo zwycięstwa Pejrona nad ciemnością.

Niech każdy, kto spojrzy w jego koronę, pamięta,

że jedyne światło, które nie gaśnie,

jest światłem Pejrona.”

— Kapłan Viktus; Jorkai; 105r.

ROZDZIAŁ I

CODZIENNOŚĆ

Słońce tego poranka wzeszło cicho, jakby nie chciało budzić świata z jego sennych westchnień. Mgła, rozlana po dolinie niczym mleko z przewróconego dzbana, pełzała leniwie między chatami, muskając ściany z bali i pola dopiero co obudzone do życia. Ziemia pachniała ciepłem, wilgocią i obietnicą. Każdy jej oddech niósł wspomnienie deszczu i pracy ludzkich rąk — twardych, spracowanych, ale pewnych i wiernych jak serca tych, którzy tę ziemię kochali.


Wioska, w której żył Damon wraz z Matką Lejlą, nie była duża. Otaczały ją drewniane palisady, wysokie i gęste, jakby zrosły się z samą ziemią, wrośnięte w nią korzeniami strachu i troski. Na ich szczytach sterczały wieżyczki strażnicze — proste, zrobione z grubych belek, na których o poranku widać było błyski porannej rosy. Z tych wież czuwano nocą, gdy świat stawał się miejscem nie dla ludzi.


Za palisadami, tam, gdzie kończyły się pola i zaczynał las, czaiły się stworzenia, które po koniunkcji sfer rozległy się po obszarze jak cień — bo pojawiały się wtedy, gdy księżyc niknął w nowiu, a świat tracił światło.

Ale w dzień… w dzień ziemia jeszcze należała do ludzi.

Damon miał wtedy osiem lat.

Chłopiec o ciemnych włosach, które w słońcu przybierały barwę starego brązu, i zielonych oczach, tak jasnych, że odbijały niebo. Miał spojrzenie zbyt czyste, jak na świat, który go otaczał.

Biegał między domami, pomagając matce, Lejli, w drobnych pracach — nosił wodę ze studni, przynosił drewno, zdzierał kolana na kamienistych drogach.

Gdy rozlał wodę z wiadra. Lejla uklękła przy chłopcu Nie krzyczała — tylko się uśmiechnęła.

— Nie ma nic złego w błędach, Damon — powiedziała, ocierając mu dłonie szorstką chustą. — Tylko głupcy się ich boją.

Spojrzał w jej oczy — ciepłe, ale twarde jak kamień rzeki.

— Ale ty się nigdy nie boisz.

— Boję się codziennie — odparła. — Tylko nauczyłam się nie mówić tego głośno.


Ich chata stała nieopodal drewnianych murów wioski, z których słychać było poranne nawoływania strażników. Pachniało tam żywicą, pieczonym chlebem i mokrą ziemią, a zza płotu dobiegał śmiech sąsiadów. Dzieci biegały po placu, psy ujadały, a koguty darły się wniebogłosy. Wszystko wydawało się takie zwyczajne, tak niewinnie kruche.

Lejla często wychodziła o świcie, by pracować na polu. Damon towarzyszył jej, choć wiedział, że za palisadą powietrze jest inne. Gęstsze, cięższe, niosące echo odległego ryku, który czasem przetaczał się po lasach niczym grzmot.

Tamtego dnia słońce było łagodne, złote, oblane miodem. Pola falowały jak morze, a każde źdźbło zboża błyszczało, jakby ktoś posypał je pyłem gwiazd.

Damon czuł pod palcami wilgoć ziemi, gdy pomagał Lejli wyciągać chwasty. Lubił ten zapach — ziemi rozgrzanej i żywej. Lubił ten rytm pracy, powolny, spokojny, który sprawiał, że świat wydawał się prosty.


Ale nawet w tym spokoju tliła się niepewność. Każdy z dorosłych miał w oczach to coś — cień, którego dzieci jeszcze nie rozumiały.


Gdy wracali do wioski, Damon spojrzał w stronę palisady. Na jednej z wież stał jego wuj, Harn, szeroki w barach mężczyzna o poszarzałej twarzy, która widziała zbyt wiele nocy. Na ramieniu trzymał kuszę, a u pasa coś, co błyszczało w słońcu — mała fiolka z płynem, lśniącym jak ciekłe srebro.


Chłopiec zapytał go kiedyś, co to jest.

— To dar i przekleństwo — odpowiedział wtedy Harn. — Daje siłę, gdy jej najbardziej brak.

— A jeśli wypijesz za dużo? — spytał Damon nieśmiało.

Harn zmrużył oczy. — Wtedy już nie jesteś sobą. — Obrócił fiolkę w palcach. — Niektórzy po tym nigdy nie śpią spokojnie.

— Dlaczego więc to robicie?

— Bo czasem cena wygranej jest ważniejsza niż własne ja.

Nie wyjaśnił więcej.


W wiosce nie mówiło się głośno o tym, co dorośli nosili w torbach i skrzyniach. Były to tajemne mikstury, którymi smarowali ostrza, pili je przed bitwą. Mówiono, że czynią ciało twardszym, szybszym, bardziej odpornym na strach. Ale po walce… wielu z nich leżało tygodniami, z gorączką i drgawkami, jakby sam ogień przeżerał ich od środka.


Damon nie rozumiał tego, ale wiedział jedno — jego wuj był bohaterem.

I chciał być jak on.


Od kilku dni zwierzęta zachowywały się dziwnie. Psy szczekały w pustkę, a kury nocą milczały. Nawet wiatr przestał śpiewać w koronach drzew.

Wioska mówiła, że to zły znak — że lasy znów się poruszają.


Lejla podniosła głowę i jej oczy na moment zastygły w pustce.

— Wracamy, Damon — powiedziała ostro, chwytając go za rękę.

Chłopiec posłusznie wziął kosz z zebranymi plonami i ruszył z nią w stronę palisady. Serce biło mu szybciej, choć jeszcze nie wiedział, dlaczego. Z oddali dobiegł głuchy dźwięk rogu.


Potem drugi.


I trzeci — dłuższy, przeciągły, aż echo odbiło się o zbocza.


Zaczynało się.


Róg zawył jeszcze raz, tym razem bliżej.

Nie był to dźwięk alarmu, który wzbudzał panikę — to był głos przestrogi, ciężki, znajomy, od pokoleń wpisany w rytm ich życia. W wiosce nikt nie krzyczał. Nie było bieganiny, tylko nagła, mroźna cisza, która spłynęła na ludzi jak cień. Każdy wiedział, co robić.


Lejla pchnęła Damona do chaty.

— Zostań tu. Nie wychodź, póki nie powiem. — Głos jej był spokojny, ale dłonie drżały, kiedy sięgała po stary nóż z półki.

— Mamo…

— Nie, Damon. Słyszysz? Nie wychodź. — Uklękła przy nim, położyła dłonie na jego ramionach i spojrzała mu w oczy. — Cokolwiek usłyszysz, nie wychodź.


Zanim zdążył zaprotestować, wybiegła, zamykając za sobą drzwi.


Został sam.


Cisza po matce była głośniejsza niż krzyk. Damon stał przy drzwiach, dłonie ściskały nóż, którego ostrze drżało jakby oddychało razem z nim.

W jego głowie kołatały słowa: Nie wychodź. Ale co, jeśli ona nie wróci?

Chłopiec stał przy oknie, zagryzając wargę. Z wnętrza chaty słychać było głuche dudnienie kroków, potem brzęk metalu, krzyki mężczyzn, rżenie koni. Róg zawył po raz ostatni — długi, przeciągły ton, który zawsze oznaczał jedno: „Cienie są blisko.”


Damon nie wytrzymał.


Przez szparę w desce uchylił okiennicę i spojrzał w stronę palisady.

Widział ruch. Mężczyźni biegli w stronę wież, kobiety chowały dzieci w domach, a z głównej chaty starszyzna niosła skrzynie — te same, które zawsze trzymano zamknięte na żelazne kłódki.


Harn stał już na wieży. Widział jego sylwetkę, rozmazaną w dymie pochodni. Obok niego trzech mężczyzn rozlewało coś z fiolki na strzały i ostrza. Gdy płyn dotknął metalu, ten zasyczał, jakby go coś parzyło. Powietrze wypełnił ostry, kwaśny zapach, przypominający przypaloną miedź.


A potem… usłyszał to.


Ryk.


Nie był to głos żadnego znanego stworzenia. Nie był to wilk, niedźwiedź ani żadne zwierzę z lasu. To było coś, co nie powinno oddychać, a jednak oddychało. Ciężko, głęboko, jakby ziemia sama wypuszczała spod siebie potwora. Echo niosło się po wzgórzach, tłumiąc wszelkie inne dźwięki.


Damon wybiegł z chaty.

Nie mógł już wytrzymać. Biegł przez plac, między kobietami niosącymi wiadra z wodą, między krzykami i płaczem. Palisady drżały od uderzeń — coś tam było. Coś, co próbowało się wedrzeć do środka.


Zobaczył, jak wuj Harn zeskoczył z wieży. Twarz miał napiętą, w oczach płonął żar, jakiego Damon nigdy wcześniej nie widział. Wbił igłę z fiolki w swoje ramię, a jego ciało napięło się jak struna. Mięśnie pod skórą drżały, pulsowały, jakby krew w nim wrzała.

Damon patrzył jak zahipnotyzowany.


— Wróć do chaty! — wrzasnął Harn, kiedy go zauważył. — Damon! Do domu, już!


Ale chłopiec nie słuchał. Chował się za beczką, tuż przy murze, skąd mógł widzieć wszystko.


Zza palisady dobiegł świst i coś rozdarło powietrze. W sekundę później z góry spadł cień — ogromny, ciężki, jakby sam las runął na ziemię. Drewno zaskrzypiało, palisada zatrzęsła się, a z ciemności wypadło coś, co Damon zapamięta na całe życie.


To coś miało kształt wilka, ale tylko pozornie. Było większe od konia, z łbem pokrytym szarą, połamaną sierścią, z pyska ciekła mu czarna, gęsta ślina. Oczy — mleczne, ślepe, a jednak widzące. Na bokach ciała sterczały pręgi jak po spaleniu, jakby coś wyrwało z niego życie i zostawiło tylko gniew.


Bestia uderzyła w palisadę, a deski pękły jak chrust. Wrzask ludzi mieszał się z rykiem. Harn i kilku mężczyzn rzuciło się naprzód, włócznie i widły błysnęły w półmroku. Jeden z nich oberwał pazurem, ciało poleciało w bok, rozcinając powietrze jak szmaciana lalka.


Harn wrzasnął, uniósł ostrze i wbił je w kark potwora. Z rany buchnęła para, jakby coś się zagotowało w środku bestii. W powietrzu zapachniało spaloną skórą.


Damon nie widział już niczego, poza tym obrazem. Świat zwęził się do pojedynczego uderzenia serca. Każdy krzyk, każdy oddech, każde westchnienie niosło się w nim jak echo.


Zza lasu wyszły kolejne.


Mniejsze, skulone, z ciałami przypominającymi jaszczury i psy jednocześnie. Ich łapy były nienaturalnie długie, a kręgosłupy wygięte jak łuki. Jedna z nich wspięła się na mur i przeskoczyła do środka, lądując na dachu chaty.

Damon usłyszał trzask dachówek i pisk kobiety.

Chciał biec, pomóc — ale nie mógł się ruszyć. Strach był jak kajdany.


Z wieży wystrzeliły płonące strzały, rozcinając powietrze niczym deszcz światła. Kilka z bestii padło, ale inne wpełzały dalej, rozdzierając ziemię, ryjąc pazurami jak szalone.


Wtedy zobaczył coś, co zapamięta do końca życia.


Wuj Harn, cały we krwi, ukląkł na jedno kolano. Z jego ust wydobył się jęk — nie ludzki, nie zwierzęcy, coś pomiędzy. Skóra na jego ramieniu drżała, jakby coś pod nią chciało się wydostać. Potem zaryczał i ruszył naprzeciw największej bestii, z prędkością, której żaden człowiek by nie sprostał.


Uderzyli o siebie jak dwa światy.


Ziemia zadrżała. Drewno posypało się jak pył.


Damon widział, jak ostrze wujka wbija się w gardziel potwora, jak jego własne ciało płonie od środka siłą, którą trudno było nazwać ludzką. I wtedy zrozumiał — ten srebrny płyn, te fiolki, ten szept o „darze i przekleństwie” — to nie były opowieści.

To była cena za przeżycie.


Potwór runął.

Jego ciało drgało jeszcze chwilę, jakby nie chciało pogodzić się ze śmiercią, a potem zastygło, ciężkie i martwe. Cisza, jaka zapadła po tym, była gęsta, lepka. Ludzie stali chwilę nieruchomo, z oczyma wlepionymi w ziemię, jakby bali się uwierzyć, że to koniec.


Pierwszy odezwał się stary Vorn, kowal, który trzymał w dłoniach jeszcze dymiące żelazo:

— Żywi… wszyscy, którzy żyją, do mnie! — zawołał chrapliwie. — Trzeba spalić truchła, zanim noc znów przyjdzie!


Ludzie ruszyli, niektórzy chwiejnie, inni jak we śnie. Kobiety wychodziły z domów, dzieci płakały, psy szczekały, a ogień rozlewał się po ciałach bestii, tłumiąc zapach krwi w dymie. Nad wioską unosił się ciężki odór spalenizny, lecz był w nim też zapach życia. Zapach tego, co przetrwało.


Lejla znalazła Damona przy palisadzie, z twarzą bladą i oczami, w których wciąż drżało światło pożaru. Uklękła przy nim i przyciągnęła go do siebie.

— Już dobrze — wyszeptała. — Już dobrze, malcze.

Ale nie było dobrze.

Nie dla wszystkich.


Harn siedział obok zgliszczy, z ręką owiniętą w płótno, spaloną, ale wciąż żywą. Oddychał ciężko, lecz w oczach miał coś spokojnego. Wiedział, że dziś zapłacił tylko część ceny.


Noc przeszła, a wraz z nią zniknęły Cienie. Gdy słońce wspięło się nad drzewa, wioska zaczęła powoli oddychać. Ludzie naprawiali mury, stawiali nowe palisady, zbierali drewno i wodę. Dzieci biegały po placu, jakby chciały zagłuszyć to, co widziały.


Damon siedział na progu chaty, trzymając w dłoniach bochenek chleba, który matka zostawiła do wystygnięcia. Miał go zanieść sąsiadom — rodzinie rzeźnika, której piec runął w nocy.

Wstał, poprawił koszulę i ruszył.


Droga prowadziła między chatami, gdzie wciąż leżał popiół i popękane deski. Ludzie uśmiechali się do niego słabo, ale w ich spojrzeniach była wdzięczność — za to, że przeżyli kolejny dzień.

Za zakrętem, tuż przy starym dębie, na którego korze dzieci rzeźbiły kiedyś znaki, Damon zderzył się z kimś tak gwałtownie, że chleb wypadł mu z rąk.


— Uważaj! — usłyszał dziewczęcy głos.


Zanim bochenek dotknął ziemi, Damon odruchowo go złapał — a zaraz potem drugą ręką chwycił dziewczynę, która już traciła równowagę. Przytrzymał ją mocno, przez chwilę patrząc w jej oczy. Były koloru bursztynu, ciepłe i zaskoczone.


Ona też patrzyła na niego, z policzkami różowymi od chłodu i wstydu.

— Lucy… — wyrwało mu się cicho.


— Damon… — odpowiedziała, spuszczając wzrok.


Na chwilę zapadła cisza. Jedynie wiatr poruszał liśćmi, jakby śmiał się z ich niezręczności.

Damon szybko puścił jej dłoń, poprawił chleb i odchrząknął.

— Przepraszam, nie patrzyłem, dokąd idę.

— Ja też nie. — Uśmiechnęła się blado. — Pomagam matce sprzątać zgliszcza po stodole.

— Dużo szkód?


— Nie aż tak… Gorzej z ludźmi. — Spojrzała gdzieś w bok, w stronę dymiących jeszcze belek. — Ale żyjemy.


Przytaknął.

Nie wiedział, co powiedzieć. Chciał coś dodać, coś mądrego, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Więc tylko skinął głową, ściskając chleb, i odszedł.

Kiedy obejrzał się przez ramię, ona jeszcze tam stała.


Tej nocy długo nie mógł zasnąć. Światło księżyca sączyło się przez szczeliny w dachu, rysując blade smugi na podłodze. W końcu jednak odpłynął w sen.


Śnił o drzewie.


Stało pośrodku świata — ogromne, białe jak kość, jego konary ginęły w chmurach, jakby próbowały dosięgnąć samego nieba. Nie było w nim liści, tylko pulsujące, świetliste żyły, które biły rytmem serca. Ziemia wokół była popękana i sucha, a mimo to z pęknięć sączyło się światło — ciepłe, żywe, jak krew świata.


Wokół drzewa piętrzyły się mury, trzy koliste pierścienie z kamienia tak gładkiego, że odbijał niebo jak lustro. Każdy mur był wyższy od poprzedniego, jakby strzegł czegoś, czego człowiek nie powinien dotknąć. Między pierścieniami krążyły cienie — nie ludzkie, nie zwierzęce, raczej echa wspomnień, które nigdy nie odeszły.


Damon stał na zewnętrznym kręgu, patrząc w górę.

Drzewo było tak ogromne, że nie widział jego końca. Czuł, jak coś z wnętrza pnia go woła. Nie głosem, lecz myślą — cichym szeptem, który wnikał mu w duszę.


— Wracaj… — mówiło. — Wracaj do światła, które zapomniało, że płonie.


Zrobił krok naprzód. Kamienie pod jego stopami rozjarzyły się srebrnym blaskiem. Mur przed nim rozstąpił się, a za nim pojawił się drugi krąg — miasto z wieżami i bramami, spowite mgłą. Nad nim płynęły błyski, jakby pioruny uderzały w rytm jego serca.


Z wnętrza drzewa dobiegł dźwięk — coś pomiędzy śpiewem a płaczem, a potem głos ani męski, ani kobiecy, jakby należał do samego świata:


— Krew i ziemia… jedno. Ogień i pamięć… jedno.

— Kim jesteś? — zapytał Damon.

— Tym, czym się staniesz. Tym, co przekroczy pierścienie.


Drzewo zadrżało, a z jego pnia wypłynęły świetliste dłonie. Dotknęły jego czoła i zostawiły na nim znak — cienką, świecącą linię przypominającą korzeń, który znikał pod skórą.


Obudził się gwałtownie, z sercem bijącym jak młot.

W dłoni wciąż trzymał kawałek drewna.

Był ciepły.

A na jego czole, tam, gdzie we śnie poczuł dotyk światła, tlił się bladym blaskiem znak, który zniknął po chwili, jakby nigdy go nie było.


Za oknem świtało, a świat pachniał ziemią.

Tak samo jak wtedy, zanim wszystko zaczęło się zmieniać.

ROZDZIAŁ II

Siedem lat ciszy

Siedem lat minęło od tamtej nocy, kiedy ogień pożarł niebo nad ich wioską, a powietrze przesiąkło zapachem spalonej sierści i krwi.

Siedem lat, odkąd Damon przestał być dzieckiem.


Tamta noc nigdy nie odeszła — tylko przycichła. Wciąż tliła się w nim jak żar pod popiołem, przypominając, że świat, w którym się urodził, nigdy nie był bezpieczny.


Wioska odbudowała się — powoli, mozolnie, z popiołów i z bólu. Drewniane chaty znów pachniały dymem, a ziemia przyjęła ziarno jak dawniej. Ale coś się zmieniło. Ludzie przestali śmiać się tak głośno jak kiedyś. Dzieci już nie biegały beztrosko po polach. Nawet wiatr wydawał się tu szeptać ciszej, jakby i on bał się, że coś znów usłyszy jego głos.


Damon miał teraz piętnaście lat. Wysoki, szczupły, ale silny. Skóra na jego dłoniach była poprzecinana bliznami od łuku i noża, a w oczach pojawił się cień, którego nie miało żadne z dzieci jego wieku. Czasem śmiał się z innymi chłopakami, lecz był to śmiech krótki, pusty. Uśmiechały się jego usta, nie oczy.

Często wychodził z wujem, Harnem, na polowania. Wuj często wspominał o przodkach, o tym iż eliksiry są bardzo niebezpieczne, wytwarzane z korzeni drzewa Jorkai.


Las był dla Damona miejscem, gdzie mógł oddychać. Pachniał jak wspomnienie — wilgocią, korą i czymś starym, starszym niż świat ludzi. Gałęzie drzew splatały się nad głową jak dłonie bogów, tworząc zielony dach, przez który słońce sączyło się złotymi smugami. Woda w strumieniach była lodowata i przejrzysta, a echo kroków ginęło w gąszczu jakby sam las ich słuchał.


Harn zawsze powtarzał:

— W lesie nigdy nie jesteś sam, chłopcze. Pamiętaj o tym.


Miał na myśli bestie. Te, o których śpiewano przy ogniu, ale też te, o których lepiej było nie mówić.

Kiedyś, dawno temu, świat był jednym — tak przynajmniej mówiono. Ale potem przyszło Pęknięcie. Wielkie rozdarcie, gdy niebo pękło od środka, a przez jego szczeliny przelały się rzeczy, które nigdy nie powinny istnieć.

Niektórzy twierdzili, że to kara bogów, inni — że to ludzie sami rozerwali świat, szukając mocy, której nie umieli pojąć.


Damon słuchał tych historii w milczeniu.

Wiedział, że jego wuj nie był bajkopisarzem — widział zbyt wiele.


Tamtego dnia, na jednym z polowań, trafili głęboko w las.

Powietrze było ciężkie, nasycone zapachem bagna i gnijących liści. Gdzieś w oddali słychać było chrobot, a potem plusk.


— Utopce — szepnął Harn, napinając kuszę. — Stare bagno ich pełne.


Damon skinął głową. Znał te stworzenia — ohydne, blade, z oczyma jak rybie szkło, które ciągnęły wszystko, co żywe, pod wodę, by patrzeć, jak tonie.

Kilka tygodni wcześniej jeden z nich wciągnął w błoto młodego myśliwego. Znaleziono tylko jego czapkę.


Tym razem jednak to Damon pierwszy dostrzegł ruch w trzcinach.

Nie zastanawiał się.

Napinał łuk, wypuścił strzałę — prosto w coś, co błysnęło w mętnej wodzie.

Krzyk potwora był przeraźliwy, gardłowy.

Po chwili z bagna wypłynęła martwa istota, skręcona, z pazurami jak szpony ptaka. Strzała tkwiła jej w oczodole.


— Dobrze strzeliłeś — powiedział Harn, patrząc z uznaniem. — Nie każdy potrafi trafić w ruch w błocie.

— Po prostu… widziałem, gdzie się poruszył — odpowiedział Damon cicho.


Wuj przez chwilę przyglądał mu się uważnie.

— Ty czasem widzisz więcej, niż powinieneś, chłopcze.


Wracali milcząc. W lesie śpiewały ptaki, jakby nic się nie stało, ale Damon czuł, że coś w nim się zmienia. Coraz częściej łapał się na tym, że widzi rzeczy wcześniej niż inni. Że słyszy, gdy coś się zbliża. Czuł to pod skórą, jak drganie powietrza przed burzą.


Wieczorem, gdy wrócili, słońce tonęło za wzgórzami, barwiąc niebo na kolor miedzi. Wioska pachniała chlebem, dymem i ziołami, które matka wieszała na belkach pod dachem.

Lejla starzała się szybciej, niż powinna. Jej włosy posiwiały, a dłonie drżały, gdy kroiła warzywa. Ale w oczach wciąż miała ten sam blask, co dawniej — ciepły, łagodny, niegasnący.

Damon siadał z nią przy stole.

— Znowu polowałeś? — zapytała, uśmiechając się.

— Tak. Tym razem na bagnie.

— I co złowiłeś?

— Utopca.


Zatrzymała się w pół ruchu.

— Ty sam?

— Tak.


Milczała przez chwilę, potem tylko skinęła głową.

— Twój ojciec też był szybki. Zbyt szybki. — Uśmiechnęła się smutno. — Czasem mam wrażenie, że krew nie zapomina.


Damon nie wiedział, co odpowiedzieć. Wiedział tylko, że matka ma rację. Coś w nim czasem się budziło. Coś, czego nie rozumiał.


Wieczorem, gdy wyszedł na zewnątrz, Lucy czekała przy studni.


Zawsze tam czekała.


Jej włosy miały barwę pszenicy, a oczy — ciepły bursztyn. Uśmiechała się do niego nieśmiało, ale z tym rodzajem szczerości, który sprawia, że nawet najzimniejszy wieczór staje się cieplejszy.


— Słyszałam, że zabiłeś coś w lesie — powiedziała.

— Skąd wiesz?

— Harn mówił mojej matce. Cała wioska już wie.

— Świetnie — mruknął. — Jeszcze będą mnie prosić, żebym zamiast spać pilnował bagien.


Roześmiała się, a dźwięk tego śmiechu był jak pierwszy dzwon po zimie.

Przez chwilę stali w ciszy, patrząc w noc. Nad nimi błyszczały gwiazdy, a powietrze pachniało żywicą i dymem.


— Wiesz — zaczęła po chwili — czasem myślę, że świat za murami musi być inny. Cichszy.

— Mój wuj mówi, że za murami nie ma nic, tylko ludzie, którzy zapomnieli, jak pachnie ziemia.

— Może. Ale ja… chciałabym to zobaczyć.


Damon spojrzał na nią.

— Jeśli kiedykolwiek tam pójdę, zabiorę cię ze sobą.


Lucy uśmiechnęła się, ale w jej oczach zatańczył smutek.

Jakby już wiedziała, że obietnice w tym świecie rzadko się spełniają.


Tamtej nocy długo nie spał. Wiał ciepły wiatr, a gdzieś w oddali wyły wilki.

Nie wiedział jeszcze, że to był ostatni spokojny wieczór jego życia.


Bo następnego dnia, gdy słońce zaczęło wschodzić, ziemia znów zaczęła drżeć.

Ziemia drżała, jakby pod jej skorupą coś się budziło. Najpierw było to tylko lekkie dudnienie, przypominające odległy grzmot, ale potem powietrze stężało, a z daleka nadciągnął zapach dymu i żelaza.

Ptaki zerwały się z drzew, a psy w wiosce zaczęły wyć.


Damon poderwał się z łóżka. Matka już stała przy drzwiach, bosa, z nożem w dłoni. Spojrzała na niego tylko raz, krótko, tak jak wtedy, siedem lat temu.

— Obudź wuja. — Jej głos był cichy, ale nie było w nim ani odrobiny strachu.

Damon wybiegł z chaty, krzycząc imię Harna.

Wuj wyszedł z kuźni, cały w sadzy, z półmaską na twarzy. Gdy usłyszał ten dźwięk — niski, drżący, jakby ziemia jęczała — jego spojrzenie natychmiast spoważniało.


— To nie wiatr — mruknął. — To nie burza.


Wtedy zawył róg.

Nie ten zwykły, codzienny, a długi, przeszywający, taki, który zawsze oznaczał tylko jedno: Cienie znowu wracają.


Ale tym razem to nie były tylko one.


W oddali, za palisadą, coś błysnęło — jak gdyby słońce roztrzaskało się o ziemię. Potem przyszły krzyki. I zapach — ten sam, który Damon zapamiętał z dzieciństwa.

Krew i popiół.


Harn chwycił swój miecz.

— Damon, do matki! Już! — krzyknął, ale chłopak nie ruszył.

— Pomogę ci! — odparł.

— Nie tym razem! — ryknął wuj, ale w jego oczach Damon zobaczył nie gniew — strach.

Wioska zamieniła się w chaos.

Ludzie biegli w każdą stronę, dzieci płakały, psy szczekały jak szalone. Palisady drżały od uderzeń, aż w końcu pękły.


Pierwsze z lasu wyszły wilki — ale nie te zwykłe. Były większe, grubsze, porośnięte łuską i śluzem, jakby ktoś je wyrwał z bagna i rzucił w ogień. Ich oczy świeciły pustką, a oddech parzył powietrze.

Za nimi nadciągały inne — cielska pokraczne, zbyt wiele nóg, zbyt wiele zębów, ciała jak posklejane z różnych zwierząt.


Damon biegł przez plac, łuk w dłoni, strzały drżały w kołczanie.

Matka wybiegła z domu, z włosami rozwianymi jak płomień.


— Damon! — zawołała, ale w tym samym momencie jedna z bestii przebiła się przez mury.

Harn doskoczył pierwszy. Rzucił się w jej stronę, ciął, parował, aż płyn, który miał w fiolce, rozbłysnął w jego dłoni. Wypił go jednym ruchem.

Damon widział, jak jego ciało drży, jak napinają się mięśnie, jak z oczu znika człowiek, a pojawia się coś innego — surowa moc, instynkt.

Harn ryknął i ciął bestię w pół, a krew syczała, jakby sama nie chciała dotknąć ziemi.


Ale za nią szły kolejne.

Setki.


Matka chwyciła Damona za ramię.

— Do środka, błagam cię! — krzyknęła.

— Nie! — wyrwał się. — Nie zostawię was!


Wtedy zobaczył Lucy.

Stała po drugiej stronie placu, z sierpem w dłoni, jej włosy unosił wiatr, a twarz miała bladą jak popiół.

Ich oczy się spotkały — a potem coś runęło między nimi.


Kawałek dachu, zerwany przez potwora, spadł prosto na jej stronę. Damon rzucił się, żeby pobiec, ale matka chwyciła go za ubranie.

— Nie! — krzyknęła. — Damon, nie!

W tym samym momencie potwór uderzył.

Zobaczył tylko błysk pazurów i rozprysk czerwieni.

Matka padła, a jej ciało runęło w jego ramiona.


Czas rozciągnął się jak dym. Słyszał tylko jej oddech — krótki, urywany, pachnący krwią i chlebem.

W jej oczach odbijał się ogień, a on zrozumiał, że to nie płomienie chat, tylko świat, który odchodził razem z nią.

Jej oczy były szeroko otwarte, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć. Usta drgnęły, ale nie wydobył się żaden dźwięk.


— Mamo… — wyszeptał. — Nie…


Jej dłoń, drżąca, uniosła się, dotknęła jego policzka.

— Biegnij… — wyszeptała z trudem. — Biegnij… mój…


Nie dokończyła.


Wszystko w nim pękło.


Pamiętał, jak mówiła mu, że światło zawsze wraca — i teraz widzi, że gasło w jej oczach.

Ziemia drżała, niebo się paliło, ale Damon nie słyszał już niczego. Tylko własny oddech i echo serca.

Obok leżała fiolka — ta sama, którą Harn zostawił przy ognisku kilka dni wcześniej.


Bez namysłu ją chwycił.

Wiedział, że to, co robi, jest głupie.

Wiedział, że to płonie od środka.

Ale nie obchodziło go już nic.


Otworzył ją i wypił.


Świat eksplodował.

W żyłach poczuł ogień. Każdy mięsień, każda kość, każdy nerw palił się i pulsował. Chciał krzyczeć, ale głos ugrzązł mu w gardle. Widział, jak jego dłonie drżą, jak pod skórą rozświetlają się symbole — czerwone, ostre, jakby wypalane od wewnątrz.


Jego oczy zapłonęły szkarłatem.

Świat zwolnił.

Słyszał każdy ruch, każdy oddech. Widzial potwory jakby w spowolnieniu — jak cień przesuwający się po tafli wody.

Rzucił się w biegu.

Z prędkością, której sam nie rozumiał.


Jego nóż błysnął, a potem już tylko krew i ogień.

Bestie padały jedna po drugiej, a on czuł tylko puls, coraz mocniejszy, coraz bardziej obcy.


W końcu zemdlał.


Obudził się dopiero nad ranem.

Ziemia była czarna, martwa. Wioska — zniszczona.

Ogień dawno wygasł, ale dym wciąż unosił się w powietrzu.


Lejla leżała nieruchomo, przykryta płótnem. Obok — dziesiątki ciał.

Harna nie było.


Damon klęknął przy matce.

Nie płakał.

Nie potrafił.

Tylko cicho powtarzał:

— Nie byłem wystarczająco szybki.


Niebo było szare. Puste.

A on został sam.


W ustach miał smak popiołu, a serce biło jakby ktoś przykuł je do ziemi.

Nie spał. Tylko siedział, wpatrzony w dym, który tańczył nad spalonymi belkami.

Myślał, że kiedyś człowiek krzyczy, gdy traci wszystko. Teraz wiedział, że można milczeć — i że to boli bardziej.

Zanim słońce wzniosło się wysoko, nad horyzontem pojawiły się sylwetki.

Żołnierze.

Nie tacy jak z wioski — odziani w jasne płaszcze, z symbolami na napierśnikach. Runa — płonący krąg otoczony trzema pierścieniami.

Jorkai.


Damon patrzył, jak zbliżają się w milczeniu.

Ich zbroje nie brzęczały, ich konie nie parskały.

W ich ruchach była precyzja i chłód.

Dowódca — wysoki, o włosach jak srebro — zsiadł z konia i przeszedł między ciałami, jakby patrzył na rzeczy, nie ludzi.


— Sprawdzić, kto przeżył — powiedział.


Jeden z żołnierzy podszedł do Lucy, która siedziała obok ruin, cała w popiele. Damon chciał do niej podbiec, ale dłonie dwóch strażników zatrzymały go.


Tamten przyłożył do jej dłoni srebrne zwierciadło.

Wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał.


Światło.

Białe, czyste, oślepiające.


Runa — symbol, którego nikt w tej wiosce nigdy nie widział — rozbłysła na jej skórze, wijąc się po ramieniu jak żywa.

Żołnierze cofnęli się z szacunkiem.


— Dziecko Run — powiedział dowódca cicho. — Wybranka.


Lucy spojrzała na Damona. W jej oczach była panika.

— Nie! — krzyknęła, gdy chwycili ją za ręce. — Nie zostawiaj mnie! Damon!

— Damon! — krzyknęła, zanim ją pochwycili.

— Jeśli przeżyjesz… szukaj mnie pod Drzewem!

Światło połknęło jej głos, ale to jedno zdanie wryło się w niego jak znak wypalony na duszy.


Chciał pobiec. Krzyknąć. Ale wtedy niebo zapłonęło.


Błysk. Czyste, białe światło spadło z góry jak uderzenie miecza.

Fala uderzeniowa rozniosła się po całej wiosce, zgniatając wszystko, co zostało.


Gdy Damon otworzył oczy, wokół była tylko cisza.

Spalone ziemie.

Zgliszcza.


Nie wiedział, jak przeżył.

Nie wiedział, dlaczego.


Spojrzał na swoje dłonie.

Symbole na jego skórze znów pulsowały, czerwone i ciepłe, jakby płonęły pod naskórkiem.

W oddali widział unoszący się dym.


Lucy już nie było.

A on zrozumiał, że od tej chwili jego życie będzie miało tylko jeden cel.


Zemstę.


Zimny wiatr niósł ze sobą popiół i ciszę. Taką, która bolała bardziej niż rany. Damon siedział przy zwęglonym pniu drzewa, tym samym, pod którym kiedyś z Lucy rzeźbili znaki. Teraz zostały tylko czarne ślady dłoni i kilka osmalonych kawałków drewna.


Zaciśnięte pięści drżały mu tak, że krew sączyła się spod paznokci.

Nie czuł bólu. Czuł tylko pustkę.

Jakby całe powietrze zostało z niego wyszarpane.


Niebo nad nim szarzało, słońce przebijało się przez chmury, ale świat wyglądał jak wypalony.

Wokół było tylko powietrze cięższe od ciszy.

Damon ukląkł przy matce, nie wiedząc, jak się modlić. Nigdy go tego nie uczono. Więc zamiast modlitwy, szeptał jej imię.

Raz za razem.

Jakby od powtarzania miała się obudzić.


Próbował wstać, lecz nogi się ugięły. Wtedy z ruin wyłoniła się sylwetka.


— Harn…? — wychrypiał.


Wuj był ledwo żywy. Twarz miał pooraną bliznami, zbroja zwęglona, a ręka zawieszona w bandażu. Mimo to wciąż trzymał miecz.

Podszedł chwiejnym krokiem, spojrzał na chłopaka i bez słowa usiadł obok.


Przez chwilę obaj milczeli.

Tylko wiatr poruszał spopielonymi resztkami wioski.


— Wróciłem za późno — powiedział w końcu Harn. Głos miał zachrypnięty, pusty. — Widziałem światło z daleka. Myślałem, że to wschód słońca.

Damon nic nie odpowiedział.

Patrzył na swoje dłonie, w których wciąż tliły się czerwone znaki.


— To ty to zrobiłeś? — spytał Harn cicho.


— Nie wiem — odparł chłopak. — Ale żyję. Tylko ja.


Wuj przytaknął, jakby spodziewał się tej odpowiedzi.

— Alchemia cię nie zabiła… — wyszeptał. — To niemożliwe.

Spojrzał na niego uważnie. — Twoje oczy… one…


Damon uniósł wzrok.

Szkarłatne. Wciąż jarzyły się bladym ogniem.


— Runy — powiedział Harn z powagą. — Masz je, chłopcze. Ale to nie są zwykłe znaki.


Chłopak chciał coś powiedzieć, ale słowa nie przeszły mu przez gardło.

Zamiast tego upadł na kolana, uderzając pięścią w ziemię.

— Ona… zabrała ją… — wyszeptał. — Lucy… zabrali ją do miasta… a potem to światło…


Wuj położył mu dłoń na ramieniu.

— Nie cofniesz tego, co się stało. Ale możesz przetrwać. Jeśli chcesz… możesz znaleźć odpowiedzi.


— Po co? — warknął Damon. — Wszystko, co miałem, spalili.


Harn spojrzał na niego z tą samą surowością, co zawsze.

— Bo twoja matka by tego chciała.


Dwa dni później, gdy dym ostatecznie opadł, z ruin wioski wyruszyli we dwóch.

Damon wziął tylko to, co zostało po matce — stary naszyjnik z drewna, który nosiła od zawsze, i nóż, którym kiedyś kroiła chleb.


Las był cichy, ale nie ten sam.

Powietrze pachniało śmiercią, a każde drzewo zdawało się pochylać nad ziemią jak nad grobem.

Harn szedł przodem. Miał mapę — starą, wyblakłą, z zaznaczonymi wioskami i granicami Jorkai.

Droga była cicha, tylko wiatr śpiewał między drzewami.

Damon szedł kilka kroków za nim, milczący.


— To daleko? — spytał po dłuższej chwili.


— Zbyt blisko — odpowiedział Harn. — Gdy dojdziesz do murów, zrozumiesz.


Niebo nad nimi zaczynało jaśnieć. W miarę jak szli, las rzedniał, aż w końcu ich oczom ukazało się coś, co wyglądało jak sen.


W oddali, na równinie, wznosiły się trzy pierścienie murów, każdy większy od poprzedniego, każdy zdobiony runami, które tętniły własnym światłem.

Najbliższy z nich, z szarego kamienia, otaczał rozległe pola i jeziora — to był Rheven, zewnętrzny krąg, miejsce pracy i przetrwania.

Drugi, z błękitnego granitu, wydawało się jakby unosił się lekko nad ziemią jakby wsparty na powietrzu — Kael’ven, serce wojowników i kowali.

A trzeci, najwyższy, połyskiwał białym blaskiem i wydawał się sięgać chmur. Tam, w samym centrum, rosło Drzewo Jorkai, jego korzenie przebijały się przez wszystkie pierścienie, wijąc jak żywe żyły.


Damon zamarł.

Czuł, że patrzy na coś większego niż świat, który znał.


— To… to drzewo — wyszeptał. — Widziałem je we śnie.


Harn odwrócił się do niego powoli. — Każdy, kto ma w sobie krew dawnych, kiedyś je śnił. To znak, że cię przyzywa.


Ruszyli dalej. Z każdym krokiem czuć było coraz silniej energię murów. Powietrze drżało, jakby coś wibrowało w samej ziemi. Runy na kamieniach tętniły rytmicznie, odpowiadając na ich obecność.


Kiedy stanęli pod bramą, dwóch strażników wyszło im naprzeciw.

Ich zbroje nie były z metalu, lecz z czegoś, co przypominało światło zamknięte w formę.

— Zatrzymajcie się — rozkazał jeden z nich. — Pokażcie dłonie.

Damon posłusznie wyciągnął rękę.

Na jego skórze pojawił się delikatny szary blask, ledwie widoczny. Runy zapaliły się na moment i zgasły.


Strażnik skinął głową. — Runy niskiego kręgu. Możesz wejść do Rheven.


Odwrócił wzrok na Harna. — A ty?


Harn nie odpowiedział. Wysunął ręce, czyste, bez blasku.

Runiczne lustro nie zareagowało.


— Brak znaku. Nie możesz wejść. — Głos strażnika był bez emocji.


Damon drgnął. — Ale on jest ze mną! To mój wuj!


— Brak run, brak prawa przejścia. — Strażnik nawet nie spojrzał na nich ponownie.


Harn uśmiechnął się blado. — Spokojnie, chłopcze. Tak musi być.

Podszedł bliżej, położył mu dłoń na ramieniu. — Twoja droga jest tam, za tymi murami. Moja kończy się tutaj.


— Ale…


— Słuchaj mnie. — W jego głosie pojawiła się surowość. — Runy pozwalają wejść tylko tym, których krew je rozpoznaje. W środku znajdziesz odpowiedzi. I może… może znajdziesz też ją.


Damon spuścił wzrok. — Lucy.


Harn skinął głową. — Idź. I pamiętaj: twoje runy są twoim przekleństwem i darem. Nie pokazuj ich, dopóki nie zrozumiesz, kim jesteś.


Odsunął się powoli. Ich spojrzenia spotkały się po raz ostatni.

Potem Damon przeszedł przez bramę.


Runy na murze zapłonęły, a powietrze wokół niego zgęstniało jak woda.

Przez sekundę miał wrażenie, że traci oddech, że całe ciało płonie, a potem… wszystko ucichło.

Wyszedł po drugiej stronie.

Świat za murem był jak z innego snu.


Pola, jeziora, ścieżki z białego kamienia. Ludzie w prostych, lecz czystych ubraniach.

Nie było krzyków. Nie było ognia.

Tylko spokój.


Ale w tym spokoju było coś martwego.


Damon zamieszkał w małej chacie przy obrzeżu Rheven. Przez pierwsze dni milczał, obserwując innych.

Ci, którzy mieli mocniejsze runy, unosili narzędzia bez dotyku, przywoływali wodę z powietrza, wygładzali kamienie gestem dłoni.

Ci słabsi — pracowali rękami.


Damon próbował robić to samo.

Zamykał oczy, koncentrował się, powtarzał w myślach słowa, które znał z opowieści matki: „Powietrze to oddech świata. Wdech — życie, wydech — siła.”

Czasami coś się działo — liść drgnął, kurz uniósł się w powietrzu. Ale to wszystko.

Jego runy były jak uśpione.


Nocami śnił o Drzewie Jorkai.

Tym razem nie widział płomieni, lecz korzenie, które oplatały jego ciało, szeptały, że moc śpi — czeka.


Rano budził się zlany potem.


Mijały tygodnie.

Znalazł pracę przy sortowaniu ziaren i zbiorach. Było to zajęcie monotonne, ale dawało mu spokój.

Wieczorami jednak trenował.


Zamykał oczy, oddychał głęboko i skupiał się na ruchu powietrza wokół siebie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 49.98