E-book
15.02
drukowana A5
40.12
drukowana A5
Kolorowa
65.9
Konsekwencje

Bezpłatny fragment - Konsekwencje

Objętość:
215 str.
ISBN:
978-83-8189-497-5
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 40.12
drukowana A5
Kolorowa
za 65.9

Wstęp

„Konsekwencje” są owocem mego słuchania. Ale nie bezpośrednim. Słyszymy, wysłuchujemy, odrzucamy szumy informacyjne i wsłuchujemy się. Rozpoczyna się proces rozumienia. Przetwarzamy informacje, łączymy je w zbiory, porządkujemy. Wreszcie wnioskujemy, wyobrażamy sobie świat przedstawiony w tekście. Rozumiem siebie i innych w tym świecie albo nie rozumiem, jeśli nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Bywa, że siebie traktujemy jako cząstkę świata, czy lepiej powiedzieć „tego” świata, bo z innym nie mamy bezpośredniego kontaktu. A konsekwencje osobistego wyobrażania „świata”? Nasze rozumienie lub nie, poznanie różnych światów, zdarzeń, relacji lub ich niepoznanie wynika z naszych doświadczeń i rodzi określone skutki.

Książka „Konsekwencje” nie jest więc dalszym ciągiem „Słuchania” i „Nie-rozumienia”, ale jest propozycją refleksji nad możliwościami naszego słuchania i pojmowania siebie i innych.

Z niezmiennym szacunkiem dla Czytelników dotychczasowych i nowych


Włodzimierz Zakrzewski

Aniołek

Wszyscy cieszyliśmy się, ale chyba najbardziej Jasio. Nie przeszkadzało mu to jednak spoglądać na mnie z niedowierzaniem graniczącym z podejrzliwością:

— Jak to jest możliwe, że zrobili ci jakieś badanie i już wiesz, że nasza dzidzia ma zdrowe serduszko i rączki, i nóżki. A moja pani doktor zrobiła mi tyle badań i trwało to bardzo długo. W końcu powiedziała, że jestem zdrowy, ale dlaczego nie badała mnie tak, jak naszą dzidzię.

Tłumaczyłam mu, że dzidzia jest naprawdę malutka. Brałam jego paluszki, rozchylałam je i pokazywałam, jaka jest. Nie mógł tego zrozumieć.

— Taka mała i już wszystko ma? Takie maleńkie czy jeszcze mniejsze?

Próbował wyobrazić sobie serduszko dzidzi i pokazywał je paluszkami. Potem rysował, takie piernikowe, i ciągle coś mu nie pasowało. W końcu zdecydował się porozmawiać z ojcem.

Nie wiem, jak wyglądała ta rozmowa, ale wiem, że nie rozwiała jego wątpliwości. Postanowił, że jak dzidzia będzie duża, to sama wszystko mu powie. Nie przeszkadzało mu to, że sam nic nie pamięta z okresu, kiedy był taki mały. Dzidzia będzie wszystko pamiętała, bo będzie mądra. A gdy spytałam go, czy to oznacza, że on… rezolutnie odparł:

— Nie mówimy o mnie, tylko o niej, o naszej dzidzi.

Kiedyś usłyszał, jak teściowa mówiła mojemu mężowi:

— Najważniejsze jest zdrowie dziecka! Ty też miałeś być dziewczynką, a nie zamieniłabym ciebie na żadną!

Dokładnie to sobie zapamiętał:

— Dzidzia może być bratem albo siostrą, najważniejsze, że będzie moim rodzeństwem!

Zastanowił się i dodał:

— Mądrym rodzeństwem.

Oczywiście byliśmy dumni z naszego jedynaka, który nie zachowywał się jak jedynak. Tak bardzo pragnął nim już nie być, że nawet płeć rodzeństwa zeszła u niego na drugi plan. Powiedział o tym wszystkim dzieciom w przedszkolu, pani, a nawet wybranym sąsiadkom. Zwierzył mi się, że koleżanki z grupy zaczęły go inaczej traktować. Były zafascynowane jego wiedzą dotyczącą małych dzieci. Dopytywały się o dokładną wielkość dzidzi, jej przyrosty wzrostu, wagi, o doskonalenie się jej narządów. Odpowiadał im cierpliwie, i na ile potrafił, wyczerpująco. Cieszyła mnie prawdomówność Jasia, potrafił powiedzieć „nie wiem”. Nie zmyślał, nie próbował wyobrażać sobie, jak powinna wyglądać odpowiedź. Mówił „nie wiem” i najczęściej dodawał „zapytam mamy”. Dotąd to tata był dla niego największym autorytetem. Był tym, który rozwiewał wątpliwości i rozstrzygał kwestie sporne. Był tym, który wiedział prawie wszystko albo… wszystkiego mógł dowiedzieć się z internetu.

Odnośnie do rozwoju dziecka, co i kiedy się kształtuje, jak wpływa na to zachowanie matki — ja byłam tą, której ufał bezgranicznie. Dane uzyskane ode mnie traktował jako pewne. Powiedziałam o tym pani ginekolog. Śmiała się, że rośnie jej konkurencja.

Ale zaraz dodała poważnie:

— Lekarz, który tak wcześnie zdobywa wiedzę, będzie bardzo wszechstronnie wykształcony. Może być nie tylko ginekologiem, ale i pediatrą, a nawet neonatologiem.

Mąż podsumował to jak typowy inżynier:

— Sześć lat podstawówki, potem gimnazjum i liceum, kolejne sześć lat to studia, następnie staż i specjalizacje… Zobaczymy za dwadzieścia cztery lata, jak dobrze pójdzie.

— A co ma nie pójść? — Ja, urodzona optymistka, nie przewidywałam innego scenariusza. — Jak człowiek jest odpowiednio zmotywowany to rzeczywiście może wiele.

Odnosiłam to nie tylko do Jasia, ale i do siebie. Ja tak po prostu uważam i nie jest dla mnie istotne, czy motywację określę mianem determinacji, czy będę to nazywała inaczej. Trzeba zwyczajnie chcieć i tyle. Bardzo chcieliśmy mieć większą rodzinę i proszę bardzo. Mamy! Wprawdzie dzidzia jest maleńka, ale przecież jest!

Nad ranem obudził mnie mąż.

— Zobacz, coś się dzieje, myślałam, że to ja, ale nie! To od ciebie! — pokazywał mi plamy krwi na prześcieradle.

W okamgnieniu byłam ubrana, mąż też. Nie rozmawialiśmy. Poruszaliśmy się jak dwa zaprogramowane automaty. Mąż poszedł odgarnąć śnieg z samochodu. Ja, zamykając drzwi, dzwoniłam do teściowej:

— Przyjedź, Jasio śpi, my jedziemy do szpitala.

Nie wzywaliśmy pogotowia, nie tłumaczyliśmy nikomu, co się dzieje.

W szpitalu zbadał mnie doktor i od razu zdecydował:

— Patologia ciąży!

Brzmiało to jak wyrok, ale o nic nie pytałam. Wykonywałam polecenie lekarza, a on, lekko zaspany, nie był zbyt rozmowny.

Nie wiem, jak przeżyłam następne dni. Może dawali mi jakieś środki, może sama wpadłam w stan dziwnego odrętwienia.

Do domu wróciłam sama. Dzidzia została i dopiero później mąż przyniósł akt zgonu. Zamiast „dzidzia” napisano „dziecko”. Straciliśmy nasze dziecko. Straciliśmy córeczkę, która była siostrzyczką, a może synka — braciszka Jasia.

Nie będę mówiła, że świat zwalił mi się na głowę. Nie będę opisywała tego, co czułam, bo żadne słowa nie są w stanie tego oddać. Nieustannie kołatało mi się w głowie jedno pytanie:

— Dlaczego? Dlaczego ja? Dlaczego my? Dlaczego?…

Odeszła dzidzia. Niewinna, nieskażona ludzkimi wpływami. Odeszła, zanim spojrzała na świat innymi oczami niż matki.

Mąż zamknął się w sobie. Jasio nie chciał chodzić do przedszkola. Dużo czasu spędzał z teściową, ale nie wiem, o czym rozmawiali.

Któregoś dnia wieczorem, mąż zaczął poważnym tonem:

— Nawet w pozornie bezsensownej śmierci jest jakiś sens. Poszukujmy go.

Kiwnęłam potakująco głową, ale jakoś bez przekonania.

— To dla mnie zbyt trudne…

Po kilku dniach już prawie zasypialiśmy, gdy Jasio przyszedł do naszego pokoju. W ręce miał rysunek, podsunął nam go. Uśmiechnięty aniołek patrzył na nas tak radośnie, że odruchowo z mężem uśmiechnęliśmy się. Zadowolony Jasio wyjaśnił:

— To nasza dzidzia, patrzy na nas z nieba, a jak będziemy chcieli z nią porozmawiać, to pójdziemy do kościółka.

Mąż spoważniał:

— Widzisz, on już znalazł.

Artysta

To miały być nasze wymarzone wakacje. Domek tuż za wydmami i plaża od rana do wieczora. Zupełnie nie umiałem wyobrazić sobie tego nic nierobienia, ale Ania pocieszała mnie:

— Szybko się nauczysz, to nic trudnego.

Po chwili dodała:

— Jestem ci wdzięczna za brak uwag typu „skąd o tym wiesz?”.

Nie zwracałem na to uwagi. Myślałem o złotym piasku, szumie fal i wodzie po bezkres horyzontu. Tylko takie określenia przychodziły mi do głowy — wszystkie z turystycznych folderów. Ale takie naprawdę miały być fakty. Ten wypoczynek, pierwszy od nie wiem ilu już lat, wydawał się być na wyciągniecie dłoni.

Nie cieszyłem się na niego, to znaczy bardzo go pragnąłem, ale nie manifestowałem swojej radości, bo dotąd bywało tak, że im bardziej się na coś cieszyłem, tym większe było prawdopodobieństwo, że — z różnych powodów — ale planów nie udawało się realizować.

Tym razem rzeczywiście miało być inaczej. Niestety miało, bo zadzwonił telefon, nie jakiś przysłowiowy, który — jak w powieściach — zmienia życie człowieka, tylko konkretny, z propozycją spotkania. Zadzwoniła asystentka prezesa międzynarodowej sieci hoteli i w imieniu szefa zaprosiła mnie na spotkanie.

Takim zaproszeniom się nie odmawia. Poszedłem. Propozycja była niezwykle kusząca i jednocześnie stanowiłaby wyzwanie dla każdego artysty: ze względu na termin wykonanie zlecenia wydawało się mało realne. Otóż miałem namalować cykl obrazów wielkoformatowych dla najważniejszych reprezentacyjnych sal nowopowstającego hotelu. Termin wykonania: pięć miesięcy. Płaszczyzny obrazów ogromne.

Poprosiłem o dobę do namysłu, choć decyzję podjąłem natychmiast. Szybko przeprowadziłem kalkulację: gdybym pracował po kilkanaście godzin dziennie, to zdążę. Zgodziłem się.

Ania zareagowała typowo — płaczem.

— Znowu nici z naszych wakacji, a tyle sobie po nich obiecywałam — chlipała.

— Kochanie, to tylko kilka miesięcy. Marzenia trzeba gonić, złapiemy słońce w innej części świata!

— Ale kiedy? Zimą?!

— Tak, właśnie zimą, albo jeszcze późną jesienią, tam dopiero będzie zaczynało się lato… No i będziemy mieli za co!

Nie wiem, który argument był ważniejszy, ale uspokoiła się.

— Obiecujesz, że pojedziemy? Razem!?

— Obiecuję! Ale teraz możecie jechać sami.

Maks był bardziej pragmatyczny:

— Czyli będę miał podwójne wakacje? Raz tylko z mamą, a potem z wami obojgiem? To ja jestem za!

Po dłuższej chwili do Ani dotarła istota treści złożonej mi oferty.

— To ile ty masz czasu? Pięć miesięcy? Dasz radę? Zdążysz? Ale jak się uda, to będziesz miał stałą wystawę!

— Zdążę! Czasu jest naprawdę bardzo mało, ale projekty obrazów mam w głowie od dawna. To tak, jakby tylko czekały na realizację, a zlecenie je uruchamia…

— Ty wszystko potrafisz tak prosto wyjaśnić, ale projekt to jedno, a fizyczne naniesienie farby na płótno, to drugie. Przecież to setki tysięcy dotknięć pędzla!

— Kochanie, mam praktykę.

Nie wydawała się do końca przekonana, ale nie drążyła tematu.

Wyjechali zgodnie z planem, a ja wziąłem się ostro do roboty. Pobudka o czwartej rano, czwarta dwadzieścia początek intensywnej pracy. Padałem tuż po zachodzie słońca; i tak dzień w dzień, bez jakiejś sensownej przerwy czy racjonalnego odpoczynku.

Ktoś pewnie nazwałby to szałem tworzenia czy stanem oderwania się od rzeczywistości, ale to nie tak. Ja tkwiłem w niej. Odżywiałem się regularnie, choć przygotowywałem posiłki w najprostszy z możliwych sposobów.

Po paru tygodniach ukończyłem pierwszy z zaplanowanych pięciu etapów powstawania obrazów. Recenzje były dobre. Postanowiłem, że w nagrodę zrobię sobie wolny wieczór.

Barman w pobliskim pubie ucieszył się na mój widok.

— Jak miło pana widzieć, myślałem, że pan zachorował, ale nikt nie chciał mi nic powiedzieć.

— Bo nikt nic nie wiedział… nie było czasu… Nie zarobi pan na mnie w najbliższym okresie.

Chłopak zachował się z klasą.

— Najważniejsze, że jest pan zdrowy, a z kasą, to sam pan wie, dzisiaj jest, a jutro nie ma… albo odwrotnie — uprzedził ewentualną korektę.

Naszą pogawędkę przerwało wejście Grzegorza.

— Fajnie cię widzieć, chodź pogadamy — wskazał stolik w rogu.

— Chętnie — zgodziłem się bez żadnych ceregieli.

Grzegorz jest dobrym pisarzem. Wprawdzie większym uznaniem cieszy się w swoim środowisku, ale ma też grono zagorzałych czytelników, którzy wciąż dopytują się o kolejną książkę…

Gdy pisze, to tak identyfikuje się ze swoimi bohaterami, że sam mówi, iż żyje w dwóch różnych światach: literackiej fikcji i naszej rzeczywistości. Potrafi, będąc na wysokim poziomie abstrakcji, prowadzić między swoimi bohaterami naukowe dysputy, a po chwili zwrócić się do swojej żony z konkretną prośbą.

— Mam taką ochotę na kartoflankę, proszę, bądź aniołem…

I anioł frunął do kuchni, przeistaczał się w zdolną kucharkę, która potrafiła wyczarować wszystko — kartoflankę też.

Zjadał ze smakiem i cmokając w policzek czarodziejkę kuchni, wracał do swoich bohaterów, kontynuując przerwany dialog.

Pamiętam, jak kiedyś przepytywał znajomego psychiatrę:

— Doktorze, może ja mam schizofrenię? Żyję równocześnie w dwóch różnych światach…

— A co z pańskim krytycyzmem? Przecież jest zachowany, prawda?

Grzegorz nie wnikał w to, że pytanie było sformułowane jako wybitnie sugerujące odpowiedź, tylko zapewnił pośpiesznie.

— Tak, tak, jestem bardzo krytyczny wobec tego, co robię, moja najlepsza książka jest jeszcze ciągle nienapisana.

Zdezorientowany doktor bąknął tylko coś w stylu.

— Ach, ci artyści, z nimi są wieczne…

To prawda, są. Może nie wieczne, ale każda epoka miała swoich przedstawicieli, dla których granica między genialnością a szaleństwem była mocno zatarta.

Bardzo pomocny w takich sytuacjach bywa tak zwany zdrowy rozsądek. Podobno nikt nie wie, co to jest, ale każdy uważa, że go ma.

Z kolei mnie opowiadał zaprzyjaźniony psychiatra o swojej rozmowie z wybitnym profesorem filozofii. W pewnej chwili zwrócił się on do lekarza:

— Panie doktorze, a może nas nie ma? A może to wszystko wokół to wymysł naszej fantazji albo po prostu nierzeczywistość?

W odpowiedzi usłyszał:

— Panie profesorze, pan rozmawia z psychiatrą!

— Słusznie, bardzo przepraszam!

Mój przyjaciel Grzegorz jest wspaniałym kompanem, nie tylko do kolejnego piwa, ale również wtedy, gdy wchodzimy na bezdrożne obszary sztuki. Ma rewelacyjne wyczucie koloru i czasem jego krótkie „A gdybyś ten brąz lekko ocieplił” potrafiło zmienić cały charakter obrazu.

Opowiedziałem mu o całym projekcie, o jego szczegółach i planowanych etapach ich realizacji. Wysłuchał mnie uważnie i po paru godzinach stwierdził:

— Mam tylko jedną uwagę, a właściwie życzenie: żeby starczyło ci sił, tych fizycznych, bo o tamte jestem spokojny…

Co miałem odpowiedzieć? Że też sobie tego życzę?

Uścisnąłem go serdecznie i pożegnaliśmy się.

Dni mijały teraz tak szybko, że gdy nagle w drzwiach stanęła Ania, to wydało mi się, że dopiero wczoraj wyjechała.

— Już jesteś?

— A ty co taki zdziwiony? — odpowiedziała z kwaśną miną. — Dużo zrobiłeś?

— Sama zobaczysz!

Oglądała uważnie i nagle spytała:

— A jak ci było?

— Byłem szczęśliwy — odpowiedziałem machinalnie.

— Bez nas? — Rozpłakała się.

— Aniu, kochanie, to nie tak, wy jesteście moim światem, a ty jesteś jego centrum, ale tamten, który tworzę, to jest…

— Tęskniłam — wyszeptała.

Przytuliłem ją mocno.

— Ja też!… Ten świat, w którym byłem, jak was nie było, to nie jest wasza konkurencja! Ja do niego wracam, ale jestem z wami…

Dostrzegłem w jej załzawionych oczach tyle miłości, pomyślałem sobie, że pragnę tylko jednego: żeby i w moich, czasem nieobecnych czy patrzących na świat inaczej niż inni, ona dostrzegła to samo uczucie. Przecież oczy są zwierciadłem duszy, a w mojej jest tyle uczucia…

Bajkowymyślaczka

Babci Ewie

— Uwielbiam swego wnuczka.

Tak pewnie mówi większość babć, dodając przy tym, że jest kochany i mądry.

— Babciu, w co będziemy się dziś bawić?

— A w co byś chciał?

— W myjnię samochodową, a potem w wyścigi.

Mądry dzieciak wie, że przed wyścigami samochody muszą być czyste, prawda?

Potem też się je myje, ale nie komplikujmy tematu. Specjalnie czekałam na jego propozycję, nie chcąc mu niczego narzucać, bo chciałam przekonać się, czy umie wykazać się kreatywnością. Umie. I to jak! Potrafi być pracownikiem myjni i kierowcą wyścigowym, operatorem koparki, a nawet obsługiwać betoniarkę. Umie wyjaśnić, do czego służy beton i jak buduje się domy. Najlepiej z klocków Lego, ale przecież można i tak. Mój mądry, kreatywny wnusio, a jaki wrażliwy!

Ostatnio powiedział mi:

— Babciu, oszczędzaj pieniążki, nie masz ich dużo, a za co komputer mi kupisz?

Chce mieć taki jak tata. I słusznie. Najlepiej, żeby od razu zaczynał od dobrego sprzętu, a nie jakiegoś tam co to bardziej przypomina gadżet.

Ja popełniałam ten błąd — taka byłam dumna ze swego nadgarstkowego aparatu do mierzenia ciśnienia i co się okazało? Kardiolog powiedział mi, że te pomiary to, delikatnie mówiąc, „są tylko orientacyjne”. Nie chciałam mieć orientacyjnych pomiarów, chciałam wiedzieć, jakie mam naprawdę ciśnienie, i musiałam kupić taki porządny sprzęt, co to mankiet zakłada się na ramię. Tamtego żal mi było wyrzucić, więc włożyłam go do szuflady — może się kiedyś przyda.

Wnukowi nie dałam. Ma ciekawsze zabawki. Takie rozwijające. One teraz nazywają się edukacyjnymi. Nie lubię tej nazwy, kojarzy mi się ze szkołą, a mały jeszcze się dość do niej nachodzi.

Wyobraźnia, to jest coś! Można sobie wszystko… wystarczy zamknąć oczy…

Powiedziałam o tym wnukowi, a on od razu:

— Wtedy chce mi się spać i krócej jestem z tobą.

Genialny dzieciak! Jego nie urządza obecność babci w czasie snu. On chce być aktywny podczas naszych spotkań.

Ostatnio zaproponowałam mu:

— Chcesz? Będę ci opowiadała bajki.

— Chcę! Najlepiej o komórce!

— Ale ja nic nie pamiętam z biologii.

— Babciu, o czym ty mówisz? O komórce, wiesz, telefonie…

Mądry chłopczyk!

Oczywiście, że o telefonie. Tylko jaki tu wymyślić morał, bo przecież każda bajka…

— Babciu, a jak nie o komórce, to o zwierzątkach…

Od razu zauważył moje zakłopotanie.

Pewnie, że o zwierzątkach. O nich jest łatwiej i można jakieś ilustracje… i można wprowadzić imiona własne. I mówić o relacjach między zwierzętami i między nimi a człowiekiem. Zacznę od zwierząt domowych, od pieska, kotka…

— Babciu, Angelika ma myszoskoczka, wiesz jaki fajny?

— A jak on wygląda?

— Babciu, nie żartuj!

— Opowiem ci o koguciku…

— Miałem takiego lizaka.

— Ale o żywym, co ma piękny ogon.

— Jak paw?

— Paw ma ładniejszy.

— To opowiedz o pawiu.

— Dobrze.

Wymyśliłam całą historię o pawiach spacerujących po dworskich ogrodach. I gdy zastanawiałam się, jak połączyć te pawie z krakowskimi czapkami i jeszcze teatrem, w którym pióra pawie nie są mile widziane, spostrzegłam, że mój wnusio śpi głęboko. Patrzyłam wzruszona, pełna bezgranicznej miłości i oddania. Rzeczywiście nie ma nic bardziej rozczulającego jak śpiące dziecko. No, może jeszcze śpiący mężczyzna, ale też trzeba go bardzo kochać. Właśnie. To są zupełnie różne miłości. To tak jak z miłością do dzieci. Każde kocha się całym sercem i to jest naturalne. W moim sercu nie rywalizują ze sobą, nie ma między nimi żadnej konkurencji. Po prostu kocham je i one wiedzą o tym. Mówię o sobie, bo wiem, że czasem zdarzają się różne patologie. One potrafią zdeformować najpiękniejsze kształty miłości, ale to zupełnie inny temat…

Mój Wnusio śpi. A przede mną nie lada wyzwanie. Bajki. Obawiam się, że „Czerwony Kapturek” i „Sierotka Marysia” to już inny świat — nie na dziś. Muszę wymyślić nowe. Podjąć próbę pogodzenia świata mego dzieciństwa z jego światem. W nim są inni bohaterowie, choć pewnie powinnam powiedzieć „inne postacie”. Może bardziej uniwersalne czy — precyzyjniej je określając — globalne.

Są w Australii i w Japonii, są w Kanadzie i Stanach.

A u nas? Wystarczy włączyć odpowiedni kanał albo wyszukać na Youtubie.

Mój wnuczek jest bardzo operatywny. A że i kreatywny, to na pewno da radę.

A ja? A co ze mną?

On ma dużo fantazji, ja mam doświadczenie. Co może z tego wyniknąć?

Póki śpi, muszę sobie wszystko poukładać. Wczoraj zbudził się o świcie i spytał:

— Babciu, co zrobimy z tak pięknie rozpoczętym dniem?

Zaspana bąknęłam coś o wspólnej zabawie i kochane dziecko zgodziło się natychmiast. Taki mały człowieczek czynu. I budowniczy.

— Pójdziemy na plażę?

— Bardzo chętnie.

Wzięłam łopatkę, wiaderko. Byłam przekonana, że będziemy robić babki i przyozdabiać je muszelkami albo kamyczkami. Od razu zauważył mój ekwipunek.

— Dobrze, że wzięłaś wiaderko, będziesz przynosiła mi wodę! Tylko uważaj, bo ona szybko wsiąka w piasek, musisz się spieszyć.

Co miałam robić? Nosiłam wodę i spieszyłam się. Teraz faktycznie jest szybkie tempo życia, trzeba się do niego przyzwyczajać od małego. Kto nie nadąży, przegra.

A to moje wielkie małe szczęście budowało jakieś konstrukcje zupełnie niepodobne do zamków mego dzieciństwa. Mokry piasek był niezłym budulcem, ale faktycznie szybko wysychał i pierwotne kształty błyskawicznie ulegały zatarciu — tylko wyobraźnia dziecka sprawiała, że dalej miały swój poprzedni wygląd i przeznaczenie.

— Babciu, wjedziesz tym transporterem przez bramę? — wciskał mi w rękę płaski kamień i zachęcał do zabawy.

— Którą bramę?

— Babciu, przecież wiesz! — Przez chwilę udawał obrażonego: — No dobrze, może ta się nie zawaliła — wskazał na dwie kupki piasku, które jeszcze przed momentem miały określoną formę.

— Spróbujesz?

— Oczywiście!

Próbowałam z radością, a mój wnusio już miał kolejne pomysły.

— A teraz zrobimy całą kolumnę transportową.

Podawał mi kolejne kamienie, szczęśliwy, że pełno ich wokół i zabawa może trwać długo.

I trwałaby pewnie, gdyby nie babciny rozsadek nakazujący zrobienie przerwy obiadowej…

— Wiesz, babciu, z czego się najbardziej cieszę?

— Ciekawa jestem.

— Naprawdę?

— Tak!

— Że teraz jest zamknięte przedszkole i możemy bawić się razem… — Zamyślił się głęboko. — …Długo, bardzo długo… i że z tobą można się „tak bawić”.

Nie mogłam usłyszeć wspanialszego komplementu, to jego „się tak bawić” było wypowiedziane tonem, jaki słyszą tylko babcie bezgranicznie zakochane w swoich wnukach. Mam zaszczyt należeć do tego grona i sprawia mi to ogromną radość.

Ale miewam i wątpliwości, co mam zrobić, gdy siada przy mnie i oczekuje, że będę opowiadała. Jego świat doświadczeń jest znikomy, fantazji — przeogromny. Jak wejść w ten drugi, poszerzając ten pierwszy w taki sposób, żeby go najmniej bolało. Może stworzyć mu świat bajek, w którym dobro będzie dobrem w sposób oczywisty? Bez żadnych warunków wstępnych i uprzednich ustaleń.

Nie wiem, czy mi się uda, ale wierzę, że mój dobry wnusio da mi dość sił i energii.

Czułości

To miał być tradycyjny niedzielny obiad. Tradycyjny dlatego, że gdy tylko Bogdan wraca z morza, uaktywnia się jego matka. Zaprasza nas na obiad, a ponieważ mieszka z rodziną młodszej córki, to żeby było sprawiedliwie, zaprasza i tę starszą. Chce mieć wtedy wszystkie dzieci przy sobie. Doskonale to rozumiem. Chce mieć wtedy wszystkie wnuki przy sobie. To też rozumiem. Ale dlaczego nie zaprosi nas nigdy, gdy Bogdan jest w morzu, to tego już nie rozumiem. Przecież nasze dzieci cały czas są jej wnukami.

Pytała mnie kiedyś Beatka, czy może babcia Krysia pogniewała się na nią.

— Dlaczego?

— Bo jak coś mówię do niej, to zaraz słyszę, że Hania i Elżunia to dopiero…

Próbowałam jej wyjaśnić, że babcia jest sprawiedliwa i chce rozmawiać o wszystkich swoich wnuczkach. A Beata na to:

— To nie jest sprawiedliwe, bo one mają babcię na co dzień, Elżunia z nią mieszka, a Hania ciągle tam przychodzi… Nie to, co ja…

Potem dodała coś, co mnie najbardziej zabolało.

— One mają po dwie babcie, a ja mam tylko ją.

To prawda. Moja mama nie doczekała wnuków. Zmarła tuż po mojej maturze. Pamiętam, jak obiecywała mi:

— Zobaczysz, będziesz miała kłopot ze swoimi dziećmi.

— Dlaczego?

— Bo tak je rozpieszczę, że sobie nawet nie wyobrażasz. Zrobię to, czego moja mama nie zdążyła z tobą!

„To prawda — pomyślałam — mamę mojej mamy znam tylko ze zdjęć”. Pocieszałam się, że nie może działać jakieś okrutne prawo serii, że wystarczy jedna śmierć. Mama dwa dni była w śpiączce. Lekarze od początku nie dawali jej szans, tak, jak nie miał ich maluch w zderzeniu z tirem.

To właśnie wtedy po raz pierwszy wsparł mnie Bogdan. Był dobry, opiekuńczy, oddałam mu się bez reszty. I dobrze wybrałam. Problem w tym, że moje… — no, bez przesady — nasze dzieci mają, nie wiem, jak to określić, specyficzne relacje z babcią Krysią. Ja staram się unikać sytuacji konfliktowych z teściową. Przeciwnie. Początkowo szukałam w niej matki. Ale jej dystans — powiem więcej: chłód emocjonalny — nakazał mi być poprawną i tyle. Uczciwie muszę przyznać, że nie robiła mi specjalnych złośliwości i nie dochodziło między nami do konfrontacji. Po prostu czułam, że odbiegam od jej oczekiwań, jakie ma do mnie jako do gospodyni, kucharki, chyba także jako do żony i nawet matki. Dam przykład najprostszy. Jakiś miesiąc temu, wchodząc do nas do domu na proszony obiad, gdy naprawdę starałam się, by wszystko wypadło jak najlepiej, od progu zaczęła kręcić nosem:

— Ojej! Czosnek, my tego nie będziemy jadły.

— Tak, tak, my za to dziękujemy — wtórowały jej córki.

Odparłam nieśmiało:

— Ale mamo, tylko trochę natarłam pieczeń, nawet nie poczujesz… ten zapach to tylko z kuchni… ciężko go usunąć.

Nie dała się przekonać i pieczeni nawet nie tknęła. Szwagierki też nie.

Na szczęście mąż, zajadając się, chwalił mnie głośno, co było dyplomatycznie ignorowane przez jego rodzinę.

„Trudno — powtarzałam sobie — muszę to przeżyć”. Ale co mam mówić dzieciom, które rozumieją coraz więcej, a to przecież ich jedyna babcia. Potrzebują jej i naturalnie do niej lgną. Próbowałam rozmawiać o tym z Bogdanem, ale on nie podzielał moich niepokojów.

— U nas nigdy nie okazywało się szczególnych emocji, czy — jakbyś może chciała — jakiegoś ciepła. Wszystko było normalne i naturalne. Jak trzeba było, to mama piekła urodzinowe ciasto, dostawaliśmy prezenty. Ale jakieś tam tulenie — to ja nie pamiętam.

— A jak ja ciebie… nie jest ci miło? — próbowałam speszona.

— To co innego! A nasze dzieci niby skąd się wzięły?

— Ale ja nie o tym, mówię o takim zwykłym… aseksualnym.

— Coś ty znowu wymyśliłaś? Jakim?!…

— No dobrze, dajmy temu spokój, najważniejsze, że my…

— No właśnie, dobrze nam, prawda?

— Dobrze — odpowiedziałam odruchowo, myśląc przy tym, że przecież mogło być gorzej, gdybym inaczej wybrała…

To tak patrząc zdroworozsądkowo, bo przecież poza tymi niedookreślonymi zachowaniami, jakich oczekiwałam od Bogdana, to stara się bardzo. Jest po prostu dobrym człowiekiem i dba o rodzinę. Mówiąc o tych niedookreślonych zachowaniach, czy raczej niedokładnie sprecyzowanych — niejasno to formułuję — to w zasadzie sprowadza się to do tego, że ja wiem, czego od niego oczekuję. Problem w tym, że gdy powiem mu o tym, to już nie będzie to. On zrobi wszystko, żeby spełnić moją prośbę, a ja tak bardzo chciałabym, żeby czuł, co chcę poczuć od niego w danej chwili, w konkretnej sytuacji. Brakuje mi tego. I odkryłam, że gdy brakuje mi tego szczególnie mocno, dzieci, jakby kierowane instynktem, znajdą się wtedy przy mnie. Zwłaszcza Beatka potrafi wtulić się we mnie ot tak, bez żadnych powodów, i powiedzieć:

— Żebyś ty wiedziała, jak ja ciebie kocham.

— Ja ciebie też — odpowiadam machinalnie, ale ona, wtulona we mnie, nie zwraca na to uwagi. Po prostu czuje…

Wracam do tego obiadu, który wydała teściowa, tego z okazji powrotu z morza jej syna, tego, jak już mówiłam, tradycyjnego, chociaż wolałabym, żeby zapoczątkował on nową tradycję. I wcale nie chodzi mi o jakieś nowe potrawy czy desery. Określę to bardzo wzniośle nowymi relacjami, otwarciem w naszej rodzinie nowych stosunków. Oczywiście, my nie jesteśmy pogniewani, nie mamy sobie czego wybaczać czy też za co siebie przepraszać. Nadal potrafimy siedzieć przy stole i… mówić o niczym. Czy tak można? Zdecydowanie tak. Bo jak nazwać to, że potrafimy pleść o jakichś bzdurach, powtarzać o tym, co kto komu powiedział i jakie to może mieć znaczenie dla nadawcy tych treści i ich odbiorcy. Potrafimy więc dywagować, przypuszczać, spekulować. Bez sensu! Potrafimy tracić czas na wypowiadanie nic nieznaczących stwierdzeń czy opinii, o które nikt nas nie prosi. One z kolei potrafią nas poróżnić, a takie spotkania są okazją, żeby szukać tego, co łączy, a nie odnajdować to, co dzieli. Beatka znakomicie wyczuwa te sytuacje. Potrafi ni stąd, ni z owąd rzucić mi się na szyję i mocno przytulona szepnąć:

— Mamo, chodźmy stąd, nudzi mi się.

A ostatnio, właśnie na tym obiedzie, zaskoczył mnie Mateusz. Nieoczekiwanie zwrócił się do siostry:

— Teraz ja!

Przytulił mnie mocno, mówiąc półgłosem, ale na tyle głośno, że wszyscy usłyszeli:

— Żebyś wiedziała, jak ja cię kocham!

Babcia nie wytrzymała:

— Taki duży chłopiec!

A Mateusz niespeszony:

— Ciebie też, tylko ty nie dasz się przytulić.

Babcia oniemiała, a Beatka szybko przyszła bratu w sukurs:

— Ale to nie musi być tak, bo przecież jesteśmy rodziną!… A w dodatku nasza babcia jest jedyna!

Teściowa dalej tkwiła w osłupieniu, a mój mąż, biorąc mnie za rękę, stwierdził głośno:

— Jakie mamy mądre dzieci!

A po chwili, nachylając się do mnie:

— Mateusz wie, że ojciec z synem mówią jednym głosem…

Dekady

— Moje życie dzielę na dekady.

— I co, jest ich dziesięć?

Pogroziła mi palcem.

— Ta trzecia była szalona. Wszędzie było mnie pełno, tak rozpierała mnie energia. Początek czwartej też był udany. Potem było różnie. Ale już w kolejnej pojawiła się nutka niepokoju: „Nie mam za sobą nawet jednego poważnego związku”, czy coś ze mną nie tak?

— A niby z kim?

— Nie, no oczywiście, głupio spytałam — zaczęła się plątać…

— Tak postanowiłam policzyć i wyszło mi, że ja z nikim…

— A byli chętni?

— A jakże!

— Wielu?

Podejrzliwie na mnie spojrzała:

— A jakie to ma znaczenie?

— A jak pani myśli?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 40.12
drukowana A5
Kolorowa
za 65.9