E-book
15.75
drukowana A5
59.35
Konkurencje

Bezpłatny fragment - Konkurencje

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
267 str.
ISBN:
978-83-8440-839-1
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 59.35

Wstęp

Drogi Czytelniku,

Trzymasz w rękach książkę, której — przyznaję to z pełną świadomością — nie powinienem był napisać. Przez trzydzieści lat mojej kariery akademickiej, przez dziesiątki publikacji naukowych, monografii i podręczników z zakresu teorii sportu, kultury fizycznej i socjologii aktywności ruchowej, starałem się zachowywać postawę obiektywnego badacza. Obserwowałem, analizowałem, wyciągałem wnioski. Nigdy nie angażowałem się emocjonalnie. Nigdy nie pozwalałem, by zdumienie wzięło górę nad akademickim dystansem.

Ta książka jest dowodem mojej porażki — i jednocześnie, ośmielam się twierdzić, największym sukcesem mojej kariery pisarskiej.

Wszystko zaczęło się trzy lata temu, podczas konferencji naukowej w Zurychu poświęconej przyszłości sportów ekstremalnych. Jeden z prelegentów — młody badacz z Uniwersytetu w Auckland — pokazał krótki filmik przedstawiający ludzi jadących na rowerach po dnie Morza Bałtyckiego. Sala zareagowała śmiechem, uznając to za żart, za prowokację artystyczną, za cokolwiek poza prawdą. Ale młody badacz nie żartował. I ja — siedząc w trzecim rzędzie, z notatnikiem na kolanach — poczułem, jak ziemia usuwa mi się spod stóp. Zdałem sobie sprawę, że gdzieś na świecie ludzie robią rzeczy, o których nie śniło się naszym teoriom, naszym podręcznikom, naszym definicjom tego, czym jest sport i czym może być.

Od tego momentu moje życie zawodowe uległo fundamentalnej zmianie. Porzuciłem bezpieczne tematy akademickie — porównawcze analizy systemów szkolenia olimpijskiego, ekonomiczne aspekty profesjonalizacji sportu, psychologiczne uwarunkowania motywacji sportowców — i ruszyłem w świat, by dokumentować to, co nazwałem „marginesem marginesu” sportu. Te dyscypliny, które nie mają szans na olimpijskie uznanie, które nie znajdą się w programach studiów wychowania fizycznego, które nie pojawią się w popołudniowych transmisjach telewizyjnych. Te dyscypliny, których samo istnienie podważa wszystko, co wiemy o granicach ludzkiej aktywności.

Przez trzy lata podróżowałem po czterech kontynentach. Rozmawiałem z setkami ludzi — zawodnikami, organizatorami, lekarzami, psychologami, prawnikami, a czasem po prostu ze świadkami, którzy widzieli rzeczy, w które trudno uwierzyć. Byłem w miejscach, o których istnieniu nie wiedziałem — w gigantycznych ulach wypełnionych milionami pszczół, w stalowych rurach, przez które prześlizgują się naoliwieni zawodnicy, przy kominach elektrociepłowni, z których wyłaniali się ludzie pokryci sadzą i recytujący Psalmy od tyłu. Widziałem rzeczy, które — gdybym nie sfotografował ich własnym aparatem — sam bym uznał za zmyślone.

Ta książka jest owocem tych podróży. Ale jest też czymś więcej — jest próbą odpowiedzi na pytanie, które zadawałem sobie każdego dnia: dlaczego? Dlaczego ludzie to robią? Dlaczego ktoś decyduje się spędzić tydzień zamknięty w ulu z pszczołami, by na końcu wynieść kilkanaście kilogramów miodu? Dlaczego ktoś pozwala, by odcięto mu skalp i ukryto go gdzieś w województwie, zmuszając go do poszukiwań własnego owłosienia? Dlaczego ktoś wspina się przez sto pięćdziesiąt metrów kłębiącego dymu, by na szczycie recytować starożytne teksty w odwrotnej kolejności?

Odpowiedzi, które znalazłem, są różne — tak różne, jak sami zawodnicy. Są tacy, którzy szukają adrenaliny, ekstremalnych wrażeń, poczucia życia na krawędzi. Są tacy, którzy uciekają od czegoś — od nudy, od rutyny, od poczucia, że normalność ich dusi. Są tacy, którzy szukają wspólnoty — grupy ludzi, którzy rozumieją to, czego nie rozumie nikt inny. Są tacy, którzy szukają transcendencji — doświadczeń granicznych, które przekształcają, które zmieniają perspektywę, które pozwalają zobaczyć świat w nowy sposób.

Ale jest też odpowiedź głębsza, którą dostrzegałem u niemal wszystkich, z którymi rozmawiałem: pragnienie autentyczności. W świecie coraz bardziej zorganizowanym, zinstytucjonalizowanym, zmediatyzowanym — w świecie, gdzie każdy aspekt życia podlega regulacjom, normom, oczekiwaniom — te szokujące konkurencje oferują coś niezwykle cennego: przestrzeń poza systemem. Miejsce, gdzie liczy się tylko to, co robisz, nie to, kim jesteś. Gdzie twoje ciało i twoja wola są jedynymi miernikami sukcesu. Gdzie — paradoksalnie — w najbardziej ekstremalnych warunkach ludzie odnajdują coś, co można nazwać wolnością.

Muszę w tym miejscu poczynić istotne zastrzeżenie. Ta książka nie jest zachętą do uczestnictwa w opisanych dyscyplinach. Wiele z nich jest niebezpiecznych — niektóre śmiertelnie. W trakcie mojej pracy dokumentacyjnej spotkałem się ze śmiercią: jeden z bohaterów rozdziału o skokach w głąb — Paweł Grzelak — przeżył coś, co medycyna uznawała za niemożliwe, ale inni nie mieli tyle szczęścia. Jedna z zawodniczek gimnastyki na linie z obciążeniem cementowym spadła z wysokości czterdziestu metrów. Jeden z uczestników wyścigu rowerowego po dnie Bałtyku utracił dostęp do powietrza i już nie wypłynął. Te śmierci są częścią historii, którą opowiadam, i nie zamierzam ich ukrywać ani romantyzować.

Jednocześnie — i tu muszę być szczery — ta książka nie jest również oskarżeniem. Przez lata mojej kariery akademickiej przyzwyczaiłem się do postawy normatywnej: to jest dobre, tamto jest złe, sport powinien być taki, a nie inny. Praca nad tą książką nauczyła mnie pokory. Nauczyła mnie, że ludzie mają prawo do podejmowania decyzji, które inni uważają za szalone, pod warunkiem że są świadomi konsekwencji. Nauczyła mnie, że granica między odwagą a głupotą jest często kwestią perspektywy. Nauczyła mnie, że moja rola jako badacza nie polega na osądzaniu, lecz na dokumentowaniu i rozumieniu.

Struktura książki odzwierciedla różnorodność świata, który dokumentuję. Każdy rozdział jest samodzielną całością — portretem jednej dyscypliny, jednej społeczności, jednego rodzaju szaleństwa. Możesz czytać rozdziały po kolei, budując sobie obraz coraz dziwniejszego uniwersum. Możesz też otwierać książkę losowo, zanurzając się w pojedyncze historie. Niektóre rozdziały są zabawne — przynajmniej na powierzchni. Inne są mroczne, niepokojące, trudne do strawienia. Jest jeden rozdział, którego — po długim namyśle — nie napisałem, zastępując go wyjaśnieniem mojej odmowy, bo istnieją granice, których nie jestem gotów przekroczyć nawet jako dokumentalista.

Słowo o stylu. Czytelnik przyzwyczajony do moich akademickich publikacji może być zaskoczony tonem tej książki — swobodniejszym, bardziej osobistym, momentami wręcz zabawnym, choć humorem, który można nazwać wisielczym. To był świadomy wybór. Historie, które opowiadam, są zbyt dziwne, zbyt surrealistyczne, by opisywać je suchym językiem naukowego raportu. Wymagają narracji, która odzwierciedla ich absurdalność, ich dramatyzm, ich — tak, użyję tego słowa — piękno. Bo w tym szaleństwie jest piękno. W determinacji ludzi, którzy czołgają się przez Afrykę, bo są za wysocy, by biegać. W spokoju kobiety, która strzela do własnego brzucha, bo szuka czegoś poza słowami. W brzęczeniu milionów pszczół, wśród których ktoś postanowił zamieszkać przez tydzień. To piękno chciałem uchwycić.

Kończąc tę przedmowę, chcę wyrazić wdzięczność. Przede wszystkim — bohaterom tej książki, którzy zgodzili się opowiedzieć swoje historie, często narażając się na niezrozumienie i krytykę. Ich otwartość, szczerość i gotowość do dzielenia się doświadczeniami były fundamentem tej pracy. Dziękuję również mojemu wydawcy, który — mimo początkowych wątpliwości — uwierzył, że ta książka znajdzie czytelników. Dziękuję mojej żonie Hannie, która przez trzy lata znosiła moje nieobecności, moje obsesje i moje opowieści przy kolacji o rzeczach, które — jak sama mówiła — „psują apetyt, ale rozbudzają ciekawość”. Dziękuję wreszcie Tobie, Czytelniku, że sięgnąłeś po tę książkę. Że zdecydowałeś się zajrzeć za kurtynę tego, co oficjalna kultura sportowa woli ignorować.

Mam nadzieję, że ta podróż przez świat szokujących konkurencji sportowych będzie dla Ciebie równie transformująca, jak była dla mnie. Nie oczekuję, że po lekturze zapragniesz wskoczyć do szybu kopalnianego, wejść do ula z pszczołami czy pojechać rowerem po dnie Bałtyku. Ale mam nadzieję, że spojrzysz inaczej na ludzi, którzy to robią. Że zobaczysz w nich nie wariatów, lecz poszukiwaczy — poszukiwaczy czegoś, co jest fundamentalnie ludzkie, choć wyraża się w formach, które większość z nas uznaje za nieludzkie.

Na koniec zostawiam Cię z pytaniem, które sam sobie zadawałem każdego dnia tej trzyletniej podróży: co Ty byś zrobił, gdyby nie było granic? Gdyby nie było przepisów, norm, oczekiwań, strachu? Gdzie leży Twoja granica — ta prawdziwa, nie ta narzucona przez społeczeństwo?

Rozdział 1: Grzbiet i brzuch

I. Zanim padł pierwszy strzał startera

Są historie, które opowiadają się same. Wystarczy postawić kamerę, włączyć dyktafon, usiąść wygodnie i pozwolić, by rzeczywistość prześcignęła najśmielsze scenariusze. Są też takie, przy których rzeczywistość nie tyle prześciga scenariusze, ile łapie je za kołnierz, wywraca do góry nogami, a potem jeszcze dla pewności topi w lodowatej wodzie Zatoki Gdańskiej. Historia, którą zamierzam opowiedzieć w tym rozdziale, należy bezsprzecznie do tej drugiej kategorii. Jest to bowiem relacja z wydarzenia, którego nikt nie przewidział, nikt nie chciał, a które mimo to odbyło się z pełną pompą, transmisją telewizyjną na żywo i akredytacją prasową dla stu siedemnastu dziennikarzy z dwudziestu trzech krajów. Wydarzenie, po którym Międzynarodowa Federacja Pływacka (FINA, obecnie World Aquatics) musiała powołać specjalną komisję regulaminową, a trzech sędziów złożyło rezygnację, twierdząc, że — cytuję — „nie po to kończyli kursy sędziowskie, żeby musieć rozstrzygać, czy plecy jednego człowieka są jednocześnie brzuchem drugiego, czy może raczej odwrotnie, a w każdym razie to jakiś absurd i idę na emeryturę”.

Ale od początku.

Pomysł, by bliźniaki syjamskie zrośnięte plecami mogły uczestniczyć w oficjalnych zawodach pływackich na dystansie z Gdyni na Hel, narodził się — jak wiele przełomowych idei ludzkości — przy piwie. Dokładniej: przy czterech piwach, trzech kawach i jednym kieliszku Jägermeistra, który został zamówiony przez pomyłkę, ale wypity już całkiem celowo. Było to w gdyńskim pubie „Kotwica i Kompas” przy ulicy Świętojańskiej, w martwą niedzielę lutową roku, którego lepiej nie precyzować, bo adwokaci kilku zainteresowanych stron nadal prowadzą korespondencję na temat praw do wizerunku.

Przy stoliku siedzieli: Janusz Pętelka, ówczesny wiceprzewodniczący Komisji Dyscyplin Wodnych Polskiego Związku Pływackiego; dr Beata Szmaragd-Wilczyńska, specjalistka od medycyny sportowej z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego; Ryszard „Rychu” Bałtyk, legendarny trener pływacki z Sopotu, który wyszkolił trzech olimpijczyków i jednego mistrza Europy; oraz — i tu dochodzimy do sedna — Igor i Oleg Pietrowiczowie, dwudziestosześcioletni bracia, obywatele polscy, urodzeni w Kaliningradzie, zrośnięci plecami w okolicy łopatek i dolnego odcinka kręgosłupa, obaj znakomici pływacy amatorzy.

„To był zwykły wieczór” — opowiadał mi później Pętelka, patrząc w okno swojego biura z widokiem na marinę. „Gadaliśmy o sezonie, o sponsorach, o tym, że brakuje nam wydarzenia, które przyciągnie media. Rychu jak zwykle narzekał, że pływanie jest niedoceniane, że piłka nożna żre cały budżet. I wtedy Igor — a może Oleg, nigdy nie wiem, który jest który, bo jak stoją przodem do mnie, to widzę tylko jednego — powiedział: A gdybyśmy tak przepłynęli na Hel? Pomyślałem, że żartuje. Potem pomyślałem, że nie żartuje. Potem zamówiłem następne piwo.”

Dystans z Gdyni na Hel, mierzony najkrótszą drogą morską, wynosi około osiemnastu kilometrów. To nie jest trasa dla amatorów. Zimna woda Bałtyku, zmienne prądy, falowanie, które potrafi zaskoczyć nawet doświadczonych żeglarzy, a do tego meduzy, które w sezonie letnim potrafią zamienić każdy kilometr w sesję akupunktury prowadzoną przez sadystycznego terapeutę. Przepłynięcie tego dystansu jest wyzwaniem godnym najlepszych maratończyków wodnych. Przepłynięcie go stylem grzbietowym to zadanie, które większość trenerów pływackich uznałaby za szaleństwo. Przepłynięcie go stylem grzbietowym, będąc jednocześnie jedną połową pary bliźniaków syjamskich zrośniętych plecami — cóż, na to nie ma jeszcze właściwego słowa w żadnym znanym mi języku, choć język fiński podobno jest w trakcie tworzenia odpowiedniego złożenia.

II. Anatomia paradoksu, czyli kto tu właściwie leży na grzbiecie

Żeby w pełni zrozumieć dramat, który rozegrał się na wodach Zatoki Gdańskiej, trzeba najpierw pojąć fundamentalną kwestię anatomiczną. Bliźniaki syjamskie zrośnięte plecami — w terminologii medycznej określane jako thoracopagus dorsalis lub, w zależności od dokładnego miejsca zrostu, rachipagus — stanowią niezwykle rzadki przypadek bliźniactwa nierozdzielonego. Statystyki mówią, że bliźniaki syjamskie jako takie rodzą się raz na około siedemdziesiąt pięć do stu tysięcy porodów, przy czym jedynie niewielki odsetek przeżywa. Przypadki zrostu grzbietowego stanowią zaledwie dwa do czterech procent wszystkich przypadków bliźniąt nierozdzielonych, co czyni Igora i Olega Pietrowiczów biologicznym fenomenem porównywalnym rzadkością z kwiatem raflezji Arnolda, tyle że znacznie lepiej pachnącym i zdecydowanie bardziej towarzyskim.

Kluczowy paradoks jest następujący: Igor i Oleg są zrośnięci plecami. Oznacza to, że stoją — a raczej, dla potrzeb naszej historii, leżą — tyłem do siebie. Kiedy jeden z nich kładzie się na plecach, drugi automatycznie leży na brzuchu. Kiedy Igor unosi twarz ku niebu, Oleg wtyka nos w piasek, materac, podłogę lub — w omawianym przypadku — w słoną wodę Bałtyku. Nie istnieje konfiguracja, w której obaj jednocześnie mogliby leżeć na plecach. Fizyka na to nie pozwala. Geometria euklidesowa protestuje. Nawet geometria nieeuklidesowa kręci głową z niedowierzaniem.

„To jest naprawdę proste” — tłumaczył mi Oleg (albo Igor, przysięgam, że przez telefon nie da się ich rozróżnić) podczas naszej rozmowy na kilka tygodni przed zawodami. „Jeden z nas zawsze patrzy w niebo, a drugi zawsze patrzy w dół. Całe nasze życie jest jednym wielkim kompromisem. Kto dziś leży na plecach w łóżku, a kto na brzuchu. Kto ogląda gwiazdy, a kto liczy mrówki na chodniku. Kto pływa na grzbiecie, a kto…” — tu nastąpiła pauza — „no właśnie.”

No właśnie.

Regulamin pływania na grzbiecie, definiowany przez World Aquatics w dokumencie określanym jako FINA Swimming Rules (artykuł SW 6), stanowi jasno i jednoznacznie: przez cały czas trwania wyścigu, z wyjątkiem momentu nawrotu, zawodnik musi znajdować się na plecach. Definicja „na plecach” oznacza, że linia barków nie może przekroczyć dziewięćdziesięciu stopni od pozycji horyzontalnej w kierunku pozycji na piersiach. Innymi słowy — nie możesz się przewrócić na brzuch, bo to już nie jest styl grzbietowy, tylko twój osobisty styl kompromitacji. Sędzia unosi czerwoną flagę, zapisuje twój numer w protokole, a ty zbierasz się do domu, mokry i zawstydzony.

Teraz odnieśmy to do Igora i Olega. Gdy Igor płynie na grzbiecie — twarzą do nieba, ramiona wykonują naprzemienne ruchy w tył, nogi kopią — Oleg siłą rzeczy jest zwrócony twarzą do dna morskiego. Oleg, patrząc na to z perspektywy regulaminowej, płynie na brzuchu. Innymi słowy: Oleg nie płynie stylem grzbietowym. Oleg pływa czymś, co najbardziej przypomina styl dowolny w wariancie „rozgwiazda przytwierdzona do nurkującego kolegi”. A to oznacza — i tu dochodzimy do piekielnego detalu, który sprawił, że trzech sędziów przeszło na emeryturę — automatyczną dyskwalifikację.

Ale kogo dyskwalifikować? Olega? Olega, który jest fizycznie nierozerwalnie połączony z Igorem? Czy dyskwalifikacja Olega oznacza automatycznie dyskwalifikację Igora? Czy można zdyskwalifikować połowę zawodnika? Czy Igor i Oleg to w ogóle jeden zawodnik, czy dwóch? Pytania te, pozornie absurdalne, stały się przedmiotem wielotygodniowej debaty regulaminowej, która zaangażowała prawników sportowych, bioetyków, filozofów umysłu oraz jednego bardzo zdezorientowanego urzędnika z Ministerstwa Sportu, który został wciągnięty w sprawę, bo miał nieszczęście odebrać telefon w piątek po południu.

III. Losowanie, czyli rosyjska ruletka w wersji akwatycznej

Organizatorzy zawodów — a trzeba im oddać sprawiedliwość, próbowali podejść do sprawy z maksymalną powagą i transparentnością — zdecydowali, że jedynym sprawiedliwym rozwiązaniem będzie losowanie. Przed startem wyścigu, w obecności notariusza, komisji sędziowskiej i kamer telewizyjnych, miało zostać rozstrzygnięte fundamentalne pytanie: który z braci Pietrowiczów płynie na grzbiecie (czyli twarzą do góry), a który — pod wodą, twarzą w dół.

Losowanie odbyło się na molo w Gdyni, w sobotę rano, trzydziestego pierwszego sierpnia, przy temperaturze powietrza osiemnaście stopni Celsjusza i temperaturze wody czternaście. Frekwencja publiczności przerosła najśmielsze oczekiwania — według szacunków policji na molo i nabrzeżu zgromadziło się około czterech tysięcy ludzi, co biorąc pod uwagę, że pływanie w Polsce cieszy się popularnością porównywalną z krykietem w Mongolii, było wynikiem wręcz sensacyjnym. Obecne były ekipy trzech stacji telewizyjnych, dwóch radiowych, siedmiu portali internetowych i jednego podcastu prowadzonego przez emerytowanego sędziego pływackiego z Olsztyna, który relacjonował wydarzenia pod pseudonimem „Delfin Sprawiedliwości”.

Notariusz, pani mecenas Grażyna Fijałkowska z Kancelarii Notarialnej przy ulicy Starowiejskiej, stanęła za pulpitem ustawionym na prowizorycznej scenie i wyjaśniła procedurę. W zamkniętej kopercie znajdowały się dwie kartki — na jednej napis „GRZBIET”, na drugiej „NURT”. Słowo „nurt” zostało wybrane zamiast bardziej dosadnego „dno” po interwencji psychologa sportowego, który uznał, że „dno” mogłoby mieć negatywne konotacje motywacyjne. Trudno się z nim nie zgodzić.

Igor — ten z małym znamieniem nad lewą brwią, co pozwalało go odróżnić od Olega przynajmniej wtedy, gdy stał przodem — podszedł do koperty pierwszy. Przez chwilę jego ręka zawisła w powietrzu. Tłum zamilkł. Mewy przestały krzyczeć. Nawet wiatr, ten wieczny, wszechobecny bałtycki wiatr, zdawał się wstrzymać oddech.

Igor wyciągnął kartkę. Rozwinął ją powoli. Przeczytał.

„NURT” — ogłosiła pani notariusz do mikrofonu.

Co oznaczało, że Igor płynie pod wodą. Igor płynie twarzą w dół. Igor — z perspektywy regulaminu pływania na grzbiecie — płynie na brzuchu. Igor jest zdyskwalifikowany, zanim jeszcze zamoczył palec u nogi.

Oleg — ten bez znamienia, stojący tyłem do publiczności, bo tak już jest, gdy jesteś zrośnięty plecami z bratem, który stoi przodem — uniósł obie ręce w geście triumfu. Ten gest, uchwycony przez fotografa Polskiej Agencji Prasowej, obiegł później internet pod hasztagiem #OlegNaGrzbiecie i przez trzy dni był jednym z najpopularniejszych zdjęć w polskich mediach społecznościowych, ustępując jedynie fotografii kota z Katowic, który nauczył się otwierać lodówkę.

„Czułem ulgę” — powiedział mi później Oleg w rozmowie telefonicznej. „Ale też czułem, jak Igor się spina. Dosłownie — czułem to plecami. Nasze mięśnie grzbietowe są połączone, więc kiedy on jest zestresowany, ja mam skurcze w łopatkach. To tak, jakby twój współlokator zawsze był w tym samym pokoju, tyle że tym pokojem jest twoje ciało.”

Igor przyjął wynik losowania z godnością. Przynajmniej tak wyglądało to z zewnątrz. Później, w szatni — a raczej w specjalnie przygotowanym namiocie, bo standardowe szatnie nie są projektowane z myślą o osobach chodzących tyłem do siebie — podobno rzucił ręcznikiem o ziemię i powiedział coś, co tłumacz przysięgły odmówił zapisać, twierdząc, że „to nie był język, to była erupcja”.

„Niech pan spróbuje” — mówił mi Igor, i w jego głosie brzmiała gorycz, która nie wyblakła nawet po miesiącach. „Niech pan spróbuje pogodzić się z tym, że jest pan zdyskwalifikowany jeszcze przed startem. Że to nie kwestia pańskiego wysiłku, pańskiego treningu, pańskich umiejętności. Że jest pan zdyskwalifikowany, bo leży pan w złym kierunku. Bo regulamin mówi, że musi pan leżeć na plecach, ale pan nie ma pleców — pańskie plecy to jednocześnie plecy kogoś innego, i ta geometria jest piękna i tragiczna zarazem, jak cała nasza egzystencja, czyż nie?”

Muszę przyznać, że w tym momencie rozmowy zabrakło mi słów. Zrobiłem to, co robi każdy doświadczony dziennikarz, gdy nie wie, co powiedzieć — pokiwałem głową i powiedziałem: „Hmm, tak, rozumiem.” Nie rozumiałem. Ale chciałem zrozumieć. I dlatego piszę tę książkę.

IV. Start, czyli jak wchodzą do wody ludzie, którzy nie mogą się ze sobą zgodzić co do kierunku

Start wyścigu zaplanowano na godzinę ósmą rano. Temperatura wody wynosiła czternaście i pół stopnia Celsjusza — wystarczająco, by pływać, niewystarczająco, by czuć palce u stóp po pierwszym kwadransie. Organizatorzy zapewnili łódź asekuracyjną z ratownikami, łódź sędziowską, łódź medialną z kamerami oraz — na wyraźne żądanie dr Szmaragd-Wilczyńskiej — łódź medyczną z defibrylatorem, zapasem kocy termicznych i dwoma termoforami, co okazało się przedmiotem wesołości ekipy telewizyjnej, ale całkiem racjonalnym środkiem ostrożności, biorąc pod uwagę, że jeden z zawodników miał spędzić kilka godzin z twarzą zanurzoną w Bałtyku.

Tu muszę się zatrzymać i wyjaśnić kwestię, która zapewne nurtuje czytelnika od kilku akapitów: jak to możliwe, że Igor miał pływać z twarzą pod wodą i nie utonąć? Odpowiedź jest zarazem prosta i absurdalna, co zresztą doskonale wpisuje się w charakter całego przedsięwzięcia. Otóż Igor został wyposażony w profesjonalną rurkę do nurkowania — snorkel — zamontowaną w specjalnie zaprojektowanym kasku pływackim, który pozwalał mu oddychać nawet w pozycji twarzą w dół. Rurka, wyprodukowana na zamówienie przez firmę z Władysławowa specjalizującą się w sprzęcie do freedivingu, była dłuższa niż standardowa, zakrzywiona pod kątem pozwalającym na swobodne wystawanie ponad powierzchnię wody nawet wtedy, gdy twarz Igora znajdowała się kilkanaście centymetrów pod powierzchnią.

„Wyglądał jak peryskop w radzieckiej łodzi podwodnej” — skomentował Rychu Bałtyk, stojąc na pomoście z kubkiem parującej herbaty i wyrazem twarzy człowieka, który nie jest pewien, czy właśnie uczestniczy w historii sportu, czy w zbiorowej halucynacji.

Procedura startowa sama w sobie była widowiskiem wartym ceny biletu (gdyby bilety były — wstęp był wolny, choć kilku przedsiębiorczych handlarzy sprzedawało na molo domowej roboty koszulki z napisem „Byłem na Grzbieto-Nurku 2024” po dwadzieścia pięć złotych za sztukę, co — nawiasem mówiąc — stanowiło naruszenie praw do nazwy imprezy, ale nikogo to specjalnie nie obchodziło).

Igor i Oleg podeszli do krawędzi pomostu. Raczej: Oleg podszedł, a Igor poszedł tyłem, co jest ich standardowym sposobem poruszania się i co po latach praktyki opanowali do perfekcji — Oleg prowadzi, Igor podąża, komunikując się za pomocą systemu subtelnych naciągnięć mięśni grzbietowych, które — jak mi wyjaśnili — działają lepiej niż jakikolwiek system werbalny. „To jest jak telepatia, tylko boli” — podsumował kiedyś Igor w wywiadzie dla lokalnej gazety.

Stojąc na krawędzi pomostu, obaj wyglądali — muszę to napisać, choć zdaję sobie sprawę z ryzykowności tego porównania — jak mitologiczna istota. Dwugłowe stworzenie o czterech rękach i czterech nogach, patrzące jednocześnie w przód i w tył, gotowe rzucić się w zimną wodę Bałtyku w imię czegoś, co jedni nazywali sportem, inni szaleństwem, a jeszcze inni — czysto teoretycznym problemem regulaminowym, który wymknął się spod kontroli i zamienił w widowisko.

Starter — pan Zbigniew Kruk, emerytowany kapitan żeglugi wielkiej, zaproszony na tę funkcję, ponieważ posiadał zarówno odpowiedni pistolet startowy, jak i odpowiednio donośny głos — uniósł broń.

„Na miejsca!” — zagrzmiał. Bracia stanęli na krawędzi. „Gotowi!” — Igor naciągnął gogle. Oleg poprawił czepek. „Start!”

Huk wystrzału poniósł się nad zatoką. Mewy zerwały się z falochronu. Cztery tysiące ludzi wstrzymało oddech.

I wtedy Igor i Oleg skoczyli.

Albo raczej — Oleg skoczył, a Igor został skokiem pociągnięty, co sprawiło, że ich wejście do wody nie przypominało klasycznego skoku startowego, lecz raczej kontrolowany upadek dwóch osób, z których jedna chce lecieć przodem, a druga tyłem, a obie są do siebie przyczepione w sposób, który nie pozwala na żaden kompromis w kwestii aerodynamiki.

Plask. Fontanna zimnej bałtyckiej wody. Owacja tłumu.

Płynęli.

V. Osiemnaście kilometrów paradoksu — relacja z trasy

Pierwsze dwa kilometry przebiegły — przepłynęły? — stosunkowo spokojnie. Oleg, leżąc na plecach (co było poprawne regulaminowo), wykonywał klasyczne ruchy stylu grzbietowego: naprzemienne machanie ramionami, kopanie nogami, twarz zwrócona ku błękitnemu niebu, na którym akurat nie było ani jednej chmury, jakby samo niebo chciało być dobrze widoczne dla tego z braci, który miał przywilej na nie patrzeć.

Igor, leżąc twarzą w dół (co regulaminowo stanowiło katastrofę), oddychał przez swoją rurkę-peryskop i starał się nie myśleć o tym, że pod nim jest jedenaście metrów wody, a pod wodą — piaszczyste dno, kamienie, wodorosty, i zapewne kilka krabów, które patrzyły na niego z wyrazem głębokiego zdziwienia na swoich skorupiastych mordkach.

„Widziałem meduzy” — opowiadał mi później Igor. „Patrzyły na mnie. To znaczy, nie wiem, czy meduzy mają oczy, ale miałem wrażenie, że patrzą. I że oceniają. Jakby myślały: Co ten człowiek tu robi, twarzą w dół, na środku Zatoki Gdańskiej? Chciałem im odpowiedzieć, ale miałem rurkę w ustach.”

Tempo, jakie bracia narzucili, było zaskakująco dobre. Trener Bałtyk, obserwujący ich z łodzi asekuracyjnej przez lornetkę, mierzył czas na stoperze i kręcił głową z mieszaniną niedowierzania i — jak mi później wyznał — autentycznego podziwu. „Płynęli dwadzieścia cztery minuty na kilometr” — mówił mi. „To nie jest rekord świata, ale niech pan weźmie pod uwagę okoliczności. Jeden z nich nie widzi, gdzie płynie. Drugi widzi, ale patrzy w niebo, więc też nie bardzo wie, gdzie płynie. Obaj muszą koordynować ruchy czterech rąk i czterech nóg, które należą do dwóch różnych mózgów. To jest jak próba prowadzenia samochodu z dwoma kierownicami, z których jedna obraca się w lewo, gdy druga obraca się w prawo.”

Koordynacja ruchów była zresztą osobnym wyzwaniem, które wymagało lat treningu. Bracia Pietrowiczowie pływali razem od dzieciństwa — nie mieli zresztą wyboru — i z biegiem lat wypracowali unikalną technikę, którą dr Szmaragd-Wilczyńska opisała w artykule naukowym jako „synchroniczną asynchroniczność bilateralną”, co brzmi jak nazwa zespołu jazzowego, ale w rzeczywistości oznacza, że obaj wykonują ruchy jednocześnie, ale w przeciwnych kierunkach, co — dzięki symetrii ich zrostu — daje w efekcie zaskakująco efektywną propulsję.

Problemy zaczęły się na szóstym kilometrze. Wiatr, który rano był łagodny, zaczął się wzmagać. Fale, dotychczas łagodne jak oddech śpiącego dziecka, nabrały charakteru raczej kaszlu palacza. Rurka Igora zaczęła nabierać wody przy każdej większej fali, co zmuszało go do przerywania oddychania i odkrztuszania słonej wody w sposób, który — jak ujął to operator kamery z łodzi medialnej — „brzmiał jak ktoś próbujący zagrać na tubie pod prysznicem”.

Na dziewiątym kilometrze — w połowie dystansu — nastąpił incydent, który przeszedł do historii tego wydarzenia jako „Wielka Debata Sędziowska Na Falach”. Sędzia główny, pan Wacław Trzcina, sześćdziesięcioletni weteran pływalni z Gdańska o twarzy wyrytej w granicie wieloletniego obcowania z chlorem, ogłosił przez megafon z łodzi sędziowskiej, że oficjalnie rejestruje naruszenie regulaminu przez Igora Pietrowicza.

„Zawodnik numer dwa, Igor Pietrowicz, pływa na piersiach, co stanowi naruszenie artykułu SW 6 punkt 4 regulaminu pływania na grzbiecie!” — zagrzmiał przez megafon, a jego głos poniósł się po zatoce, odbił od fal i wrócił echem, które brzmiało jak szyderstwo samego Bałtyku.

Z łodzi asekuracyjnej odpowiedział mu trener Bałtyk, również przez megafon, bo na otwartym morzu normalna rozmowa jest równie skuteczna jak szepty w huraganie: „Igor nie pływa na piersiach! Igor nie pływa w ogóle! Igor jest biernym uczestnikiem przemieszczania się, za które odpowiedzialny jest wyłącznie Oleg, który pływa na grzbiecie zgodnie z regulaminem!”

„Ale Igor jest w wodzie!” — odparł sędzia Trzcina.

„Igor jest zawsze w wodzie, kiedy Oleg jest w wodzie! Nie da się ich rozdzielić! To jest medyczny fakt!”

„Regulamin nie przewiduje medycznych faktów! Regulamin przewiduje styl grzbietowy!”

Ta wymiana zdań trwała jedenaście minut i została w całości zarejestrowana przez mikrofony łodzi medialnej. Nagranie, opublikowane później na YouTube pod tytułem „Sędzia vs. Trener — Debata Filozoficzna na Bałtyku”, zgromadziło w ciągu tygodnia ponad dwa miliony wyświetleń i stało się przedmiotem analizy na trzech wydziałach filozofii w polskich uniwersytetach, gdzie wykorzystywano je jako przykład problemu tożsamości osobowej w kontekście etyki sportowej.

W końcu sędzia Trzcina podjął decyzję. Sięgnął do kieszeni kamizelki ratunkowej, wyciągnął czerwoną flagę i pomachał nią w powietrzu z miną człowieka, który wykonuje swój obowiązek, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że obowiązek ten jest tak absurdalny, jak absurdalna jest cała sytuacja.

„Igor Pietrowicz — dyskwalifikacja!”

Słowo to poniosło się po wodzie. Igor, płynący twarzą w dół, usłyszał je przez swoją rurkę, która pełniła funkcję nie tylko oddechową, ale — odkrył to właśnie teraz — również akustyczną, zbierając dźwięki z powierzchni jak miniaturowa antena. Przez chwilę nic się nie wydarzyło. Potem Igor uniósł prawą rękę — tę, która nie była zajęta próbą utrzymania się na powierzchni — i wykonał gest, który w każdej kulturze świata oznacza mniej więcej to samo, a którego nie będę tu opisywał ze względu na czytelników niepełnoletnich, choć podejrzewam, że wszyscy doskonale wiedzą, o jaki gest chodzi.

„Wiedziałem, że to nastąpi” — mówił mi Igor. „Wiedziałem od momentu losowania. Od momentu, gdy wyciągnąłem tę przeklętą kartkę z napisem NURT. Wiedziałem, że zostanę zdyskwalifikowany, bo regulamin jest ślepy na moją sytuację. Regulamin widzi plecy i brzuch, ale nie widzi, że moje plecy to jednocześnie plecy Olega, i że nie jestem w stanie leżeć na swoich plecach, bo na moich plecach leży mój brat. To jest jak z tym kotem Schrödingera — jestem jednocześnie na grzbiecie i na brzuchu, dopóki ktoś nie zdecyduje, że patrzy akurat na mnie, a nie na Olega.”

Porównanie do kota Schrödingera było celne, choć fizyk kwantowy zapewne miałby do niego kilka zastrzeżeń. Niemniej Igor — zdyskwalifikowany, lecz fizycznie nadal obecny w wyścigu, bo nie sposób usunąć z wody połowy pary bliźniaków syjamskich bez usunięcia całości — kontynuował „niepływanie”, podczas gdy Oleg kontynuował pływanie, i obaj kontynuowali poruszanie się w kierunku Helu, co postawiło sędziego Trzcinę przed kolejnym pytaniem: czy wynik Olega jest ważny, skoro połowa jego ciała (to znaczy brat, z którym dzieli ciało) jest zdyskwalifikowana?

Ten problem regulaminowy nie został rozstrzygnięty na wodzie. Został odłożony — jak wiele nierozwiązywalnych problemów w historii ludzkości — „do wyjaśnienia po zakończeniu konkurencji”.

VI. Finisz na Helu, czyli koniec, który jest dopiero początkiem

Bracia Pietrowiczowie dopłynęli na Hel o godzinie szesnastej dwanaście, po ośmiu godzinach i dwunastu minutach pływania. Była to jednocześnie chwila triumfu i tragedii, farsy i dramatu, sportowego osiągnięcia i regulaminowej katastrofy. Na plaży w Helu czekało na nich około tysiąca ludzi, w tym burmistrz miasta z szarfą, ekipa TVN24, trzech blogerów sportowych, emerytowany sędzia pływacki z Olsztyna (ten od podcastu „Delfin Sprawiedliwości”) oraz pani Janina, osiemdziesięcioletnia mieszkanka Helu, która przyszła, bo myślała, że to regaty.

Oleg wyszedł z wody pierwszy — to znaczy, wyszedł przodem, a Igor wyszedł tyłem, co jest ich standardową procedurą wychodzenia z wszelkich zbiorników wodnych, klatek schodowych i sklepów. Oleg uniósł ręce w geście zwycięstwa. Igor, mokry, zmęczony, z odciskiem od rurki na twarzy, patrzył w przeciwnym kierunku — na morze, które właśnie pokonali, i na łódź sędziowską, z której sędzia Trzcina nadal machał czerwoną flagą, jakby nie był pewien, czy ktoś zauważył jego decyzję sprzed kilku godzin.

„Dotknąłem dna” — powiedział Igor do mikrofonów, i nie było jasne, czy mówi metaforycznie, czy dosłownie (bo przy wchodzeniu na płyciznę istotnie musiał dotknąć dna stopami, choć szedł na nich tyłem, podczas gdy Oleg szedł przodem, a obaj szli w tym samym kierunku, choć patrzyli w przeciwne strony, co jest chyba najlepszą metaforą ich całego życia, jaką jestem w stanie wymyślić).

Komisja sędziowska zebrała się następnego dnia w sali konferencyjnej hotelu w Helu. Obrady trwały siedem godzin. Protokół, który udało mi się uzyskać dzięki uprzejmości jednego z członków komisji (pod warunkiem zachowania anonimowości — „nazwijmy mnie Pan X”, poprosił, choć jego tożsamość jest sekretem poliszynela w środowisku pływackim), liczy trzydzieści cztery strony i zawiera fragmenty, które zasługują na osobną publikację.

Fragment kluczowy brzmi następująco: „Komisja stwierdza, że zawodnik Igor Pietrowicz, płynąc w pozycji na piersiach, naruszył artykuł SW 6 punkt 4 regulaminu pływania na grzbiecie i zostaje zdyskwalifikowany. Jednocześnie komisja stwierdza, że zawodnik Oleg Pietrowicz płynął zgodnie z regulaminem, w pozycji na grzbiecie, przez cały dystans. Komisja nie jest jednak w stanie jednoznacznie rozstrzygnąć, czy wynik Olega Pietrowicza może być uznany za oficjalny, biorąc pod uwagę, że zawodnik ten jest fizycznie i biologicznie nierozerwalnie połączony z zawodnikiem zdyskwalifikowanym, co stanowi sytuację bez precedensu w historii pływania sportowego. Komisja rekomenduje przekazanie sprawy do World Aquatics celem opracowania odpowiednich przepisów.”

World Aquatics do dziś nie opracowało odpowiednich przepisów. Zapytanie, które wysłałem do biura prasowego federacji, spotkało się z odpowiedzią, którą można streścić jako uprzejme, ale stanowcze: „Nie komentujemy spraw będących przedmiotem wewnętrznych analiz regulaminowych.” Co w tłumaczeniu z biurokratycznego na ludzki oznacza: „Nie mamy pojęcia, co z tym zrobić, i mamy nadzieję, że jeśli wystarczająco długo będziemy milczeć, wszyscy o tym zapomną.”

Nie zapomną. Nie pozwolę im zapomnieć. Po to jest ta książka.

VII. Epilog, czyli co zostaje po odpływie

Igor i Oleg Pietrowiczowie wrócili do swojego mieszkania w Sopocie — trzecie piętro, winda, widok na morze z jednego okna i na parking z drugiego, co oznacza, że jeden z braci zawsze patrzy na Bałtyk, a drugi na dacię logan sąsiada z parteru. Wrócili jako bohaterowie internetu, ofiary regulaminu i pionierzy czegoś, co nie ma jeszcze nazwy, ale co kiedyś — jestem o tym przekonany — będzie miało własną kategorię w encyklopedii sportu.

Igor nadal twierdzi, że jego dyskwalifikacja była niesprawiedliwa. „Nie wybrałem sobie pozycji na brzuchu” — mówi. „Wybrało mi ją losowanie. A przed losowaniem wybrała mi ją biologia. A przed biologią wybrał mi ją los. Jestem zdyskwalifikowany przez ontologię, nie przez regulamin.”

Oleg jest bardziej pragmatyczny. „Ważne, że dopłynęliśmy” — mówi. „Ważne, że jeden z nas płynął na grzbiecie. Ważne, że udowodniliśmy, iż to możliwe. A regulamin? Regulaminy się zmienia. Ciało — nie.”

Sędzia Trzcina przeszedł na emeryturę dwa tygodnie po zawodach. Na pytanie, czy podjąłby tę samą decyzję jeszcze raz, odpowiedział: „Podjąłbym. Regulamin jest regulaminem. Ale gdybym mógł cofnąć czas, nie odebrałbym telefonu, gdy dzwonili z pytaniem, czy nie chciałbym posędziować.”

Trener Bałtyk wrócił do szkolenia młodzieży na sopockiej pływalni. Na ścianie jego gabinetu, obok dyplomów i medali jego wychowanków, wisi zdjęcie Igora i Olega wychodzących z wody w Helu. Pod zdjęciem, odręcznym pismem Bałtyka, dopisane jest jedno zdanie: „Każdy medal ma dwie strony. Niektórzy ludzie też.”

Pani notariusz Fijałkowska odmówiła komentarza, powołując się na tajemnicę zawodową, choć trudno powiedzieć, jaką tajemnicę może skrywać losowanie przeprowadzone na oczach czterech tysięcy ludzi i trzech kamer telewizyjnych. Podejrzewam, że po prostu nie chciała rozmawiać.

A „Delfin Sprawiedliwości” — emerytowany sędzia z Olsztyna — nagrał czterdziestominutowy odcinek podcastu zatytułowany „Grzbiet, brzuch i egzystencjalny kryzys regulaminu”, który stał się najchętniej słuchanym odcinkiem w historii jego kanału (poprzedni rekord należał do odcinka o kontrowersyjnym nawrocie na pływalni w Elblągu w 2019 roku, co daje pewne pojęcie o skali popularności podcastów o pływaniu w Polsce).

Ja siedzę przy biurku, piszę te słowa i zastanawiam się nad jednym pytaniem, które nie daje mi spokoju od tamtego sierpniowego dnia na molo w Gdyni. Pytanie brzmi: czy sport jest dla człowieka, czy człowiek dla sportu? Czy regulamin ma służyć ludziom, czy ludzie mają się dopasowywać do regulaminu? I co zrobić, gdy człowiek — a raczej dwóch ludzi w jednym, nierozerwalnym uścisku biologii — nie pasuje do żadnej istniejącej kategorii, żadnej rubryki w formularzu, żadnego artykułu w regulaminie?

Nie znam odpowiedzi. Ale znam dwóch braci, którzy przepłynęli osiemnaście kilometrów zimnego Bałtyku, jeden twarzą do nieba, drugi twarzą do dna, obaj razem, obaj nierozerwalnie, obaj w tym samym wyścigu, choć regulamin uznał, że jeden z nich w ogóle nie powinien tam być.

W następnym rozdziale opowiem o locie wewnątrz balonu. Ale to jest, jak mówi klasyk, zupełnie inna historia.

Choć — ostrzegam — równie mokra.

Rozdział 2: Wewnątrz balonu

I. Geneza szaleństwa, czyli kto pierwszy powiedział „a może by tak wleźć do środka”

Istnieją pomysły, które rodzą się z geniuszu. Istnieją pomysły, które rodzą się z desperacji. I istnieją pomysły, które rodzą się z tego specyficznego stanu umysłu, jaki osiąga się po trzeciej dobie bez snu, przy czwartej kawie z mlekiem owsianym i piątym odcinku dokumentu o ekstremalistach sportowych na platformie streamingowej, której nazwy nie wymienię z obawy przed pozwem. Pomysł, o którym opowiem w tym rozdziale, należy bezsprzecznie do tej trzeciej kategorii — a fakt, że znalazło się osiem osób gotowych go zrealizować, świadczy albo o niezmierzonej odwadze ludzkiego ducha, albo o zbiorowym obłędzie późnego kapitalizmu, albo — co najbardziej prawdopodobne — o obu tych rzeczach jednocześnie.

Lot w balonie z Warszawy do Sydney. Nie w koszu balonu, jak robią to rozsądni ludzie od czasów braci Montgolfier. Nie pod balonem, jak robią to jeszcze rozsądniejsi ludzie, którzy wolą spadochrony. Wewnątrz balonu. W samej powłoce. W tej wielkiej, wypełnionej gazem bańce, która w normalnych okolicznościach służy wyłącznie do unoszenia czegoś w powietrze, a nie do transportowania żywych istot ludzkich na dystansie szesnastu tysięcy kilometrów nad trzema kontynentami, dwoma oceanami i niezliczoną ilością przestrzeni powietrznych, których kontrolerzy ruchu lotniczego do dziś budzą się w nocy z krzykiem na wspomnienie tego, co zobaczyli na radarach.

Ale od początku. Jak zawsze — od początku.

Pomysłodawcą konkurencji był Australijczyk. Oczywiście. Kto inny mógłby wymyślić coś równie szalonego, równie niebezpiecznego i równie pozbawionego jakiegokolwiek sensu praktycznego, jak nie przedstawiciel narodu, który zamieszkuje kontynent pełen zwierząt aktywnie próbujących zabić człowieka, a mimo to uważa, że największym zagrożeniem dla zdrowia jest brak dostępu do plaży w promieniu pięćdziesięciu kilometrów? Człowiek ten nazywał się Bruce McAllister — tak, wiem, że to brzmi jak imię wymyślone przez generator losowych australijskich imion, ale przysięgam na wszystkie prawdziwe historie w tej książce, że Bruce McAllister istnieje, ma pięćdziesiąt trzy lata, prowadzi firmę produkującą ekwipunek do skoków spadochronowych w Melbourne i — co może tłumaczyć wiele — przeżył jedenaście wypadków podczas skoków, w tym jeden, po którym lekarze oficjalnie stwierdzili zgon, zanim Bruce obudził się na stole sekcyjnym i poprosił o szklankę wody.

„Pomysł przyszedł do mnie we śnie” — opowiadał mi Bruce podczas naszej wideorozmowy, siedząc w swoim biurze ozdobionym zdjęciami z różnych skrajnie niebezpiecznych przedsięwzięć. „Śniło mi się, że jestem wewnątrz balonu, takiego wielkiego, kolorowego, i lecę. Nie wisiałem pod balonem, byłem w środku. I pomyślałem: czemu nie? Ludzie pływają wewnątrz łodzi podwodnych, prawda? Dlaczego nie mielibyśmy latać wewnątrz balonów?”

Na to pytanie istnieje oczywiście wiele odpowiedzi, z których najprostsza brzmi: bo balony wypełnione są gazem, a ludzie potrzebują powietrza do oddychania, i te dwa fakty są ze sobą fundamentalnie niekompatybilne. Ale Bruce McAllister nie jest człowiekiem, który pozwala, by drobne szczegóły typu „nieuchronna śmierć przez uduszenie lub upieczenie” stanęły mu na drodze do realizacji marzeń. Bruce McAllister jest człowiekiem, który słysząc słowa „to niemożliwe”, odpowiada: „Zobaczmy” i zaczyna rysować schematy na serwetkach.

Schemat, który Bruce narysował tej pamiętnej nocy — po przebudzeniu ze snu, wciąż w piżamie, przy kuchennym stole swojego domu na przedmieściach Melbourne — przedstawiał balon o średnicy dwudziestu pięciu metrów, z umieszczoną wewnątrz hermetyczną kapsułą dla pasażerów. Kapsuła, według pierwotnej wizji, miała mieć kształt walca, wymiary cztery metry na trzy metry, system podtrzymywania życia „jak w kosmicznych statkach, tylko prostszy” oraz — i tu Bruce podkreślił to trzykrotnie — „wystarczająco dużo miejsca na osiem osób, bo współzawodnictwo drużynowe jest ciekawsze niż indywidualne”.

Narysował też strzałkę od Melbourne do „gdzieś w Europie” z adnotacją: „Start tam, meta tu, bo fajnie by było, żeby ludzie wrócili do domu”.

Tak narodził się lot balonowy Warszawa-Sydney, wydarzenie, które miało przejść do historii jako „największy zbiorowy akt kontrolowanego samobójstwa w dziejach sportu” (cytat z nagłówka „Sydney Morning Herald”), „triumf ludzkiej głupoty nad instynktem samozachowawczym” (cytat z edytorialu „The Guardian”) oraz „naprawdę imponujące osiągnięcie logistyczne, abstrahując od kwestii etycznych” (cytat z komentarza anonimowego inżyniera NASA, który — jak się później okazało — potajemnie pomagał Bruce’owi z obliczeniami, bo „to było zbyt ciekawe naukowo, żeby odmówić”).

II. Dylemat Schrödingera dla baloniarzy: hel czy gorące powietrze?

Podstawowa decyzja, przed którą stanęli organizatorzy — i uczestnicy — konkurencji, brzmiała prosto: czym wypełnić balon? Pytanie to, pozornie techniczne, w rzeczywistości było pytaniem egzystencjalnym, bo każda z dwóch dostępnych opcji prowadziła do śmierci, tyle że inną drogą.

Opcja pierwsza: hel. Gaz szlachetny, niepalny, lżejszy od powietrza — idealny do balonów. Jeden drobny problem: hel nie jest powietrzem. Hel nie zawiera tlenu. Człowiek oddychający czystym helem traci przytomność w ciągu kilkudziesięciu sekund i umiera w ciągu kilku minut, przy czym — i tu pojawia się jeden z bardziej makabrycznych szczegółów tej historii — śmierć ta jest pozornie bezbolesna, bo organizm nie rejestruje braku tlenu tak, jak rejestruje nadmiar dwutlenku węgla. Innymi słowy: dusisz się, ale nie czujesz, że się dusisz. Po prostu zasypiasz. I nie budzisz się.

„To jest właściwie dość humanitarny sposób na odejście” — stwierdził dr Karol Przybylski, specjalista medycyny hiperbarycznej z Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, gdy zapytałem go o fizjologię oddychania helem. „Oczywiście nie rekomenduję tego nikomu, ale jeśli miałbym wybierać między uduszeniem się helem a wieloma innymi sposobami śmierci, wybrałbym hel. Nie ma paniki, nie ma bólu, nie ma duszności w klasycznym sensie. Jest tylko narastająca senność, a potem koniec.”

Dr Przybylski, muszę dodać, odmówił jakiegokolwiek oficjalnego zaangażowania w projekt Bruce’a McAllistera, stwierdzając że „są granice naukowej ciekawości, i organizowanie wyścigów, w których ludzie mogą się udusić, przekracza te granice o kilka kontynentów”. Niemniej udzielił mi obszernego wywiadu na temat medycznych aspektów przedsięwzięcia, zastrzegając, że robi to „wyłącznie w celach edukacyjnych i ostrzegawczych”.

Opcja druga: gorące powietrze. Klasyczne rozwiązanie baloniarskie, stosowane od 1783 roku, gdy bracia Montgolfier wznieśli się w niebo nad Paryżem w koszu pod balonem wypełnionym powietrzem ogrzanym nad ogniskiem. Gorące powietrze ma tę zaletę, że jest powietrzem — zawiera tlen, azot, i wszystko to, czego płuca potrzebują do funkcjonowania. Ma jednak pewną wadę: jest gorące. Bardzo gorące. Temperatura powietrza wewnątrz typowego balonu na ogrzane powietrze wynosi od stu do stu dwudziestu stopni Celsjusza. Temperatura, przy której białka ludzkie zaczynają się denaturować — czyli, mówiąc prościej, przy której człowiek zaczyna się gotować od środka — wynosi około pięćdziesięciu dwóch stopni.

„To jest w zasadzie wybór między piekarnikiem a komorą gazową” — podsumował sytuację jeden z uczestników, Polak Tomasz Wierzbicki, w wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” na kilka tygodni przed startem. „Tyle że piekarnik jest rozgrzany do temperatury, w której normalnie pieczesz kurczaka, a komora gazowa jest wypełniona czymś, co pachnie śmiesznie i sprawia, że twój głos brzmi jak u wiewiórki na sterydach.”

Wierzbicki, trzydziestoośmioletni instruktor survivalu z Zakopanego, był jednym z ośmiu ochotników, którzy zgłosili się do udziału w locie. Gdy zapytałem go, dlaczego zdecydował się zaryzykować życie w tak ewidentnie niebezpiecznym przedsięwzięciu, odpowiedział z absolutną powagą: „Bo nikt jeszcze tego nie zrobił. A ktoś musi być pierwszy”.

Ta logika — lub jej brak — przewijała się przez wypowiedzi wszystkich uczestników, których udało mi się przepytać. Była to logika alpinistów zdobywających ośmiotysięczniki zimą, logika nurków schodzących na rekordowe głębokości, logika astronautów wsiadających w rakiety, które mają statystycznie niezerową szansę eksplozji na starcie. Logika ludzi, dla których granica między odwagą a szaleństwem jest nie tyle cienka, ile całkowicie niewidoczna.

Ostatecznie organizatorzy zdecydowali się na rozwiązanie kompromisowe: dwa balony. Jeden wypełniony helem, drugi gorącym powietrzem. Dwa zespoły po czterech osoby. Dwie drogi do potencjalnej śmierci. Jeden cel: Sydney.

„Chcieliśmy dać uczestnikom wybór” — wyjaśniał Bruce McAllister. „Każdy ma prawo wybrać, w jaki sposób chce umrzeć. To znaczy — w jaki sposób chce pokonać trasę. Przepraszam, źle się wyraziłem.”

Nie wyraził się źle. Wszyscy o tym wiedzieli.

III. Kapsuła życia (lub śmierci): jak zmieścić osiem osób w przestrzeni wielkości szafy

Kluczowym elementem całego przedsięwzięcia była kapsuła pasażerska — ta hermetyczna jednostka, która miała chronić uczestników przed śmiertelnym środowiskiem wewnątrz balonu, jednocześnie pozwalając im na lot. Projekt kapsuły powierzono firmie AeroCraft Solutions z Auckland w Nowej Zelandii, specjalizującej się w budowie eksperymentalnych jednostek powietrznych i — co istotne — posiadającej ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej obejmujące „eksperymenty o podwyższonym ryzyku”, co w branży ubezpieczeniowej jest eufemizmem na „rzeczy, które normalnie nikogo by nie ubezpieczył, ale my weźmiemy za to wystarczająco dużo pieniędzy”.

Kapsuła — ochrzczona później przez media mianem „Trumny Latającej” lub, bardziej optymistycznie, „Bańki Przetrwania” — miała wymiary cztery metry długości, trzy metry średnicy i kształt przypominający gigantyczną pigułkę, co było całkowicie niezamierzone, ale retrospektywnie idealnie oddawało charakter przedsięwzięcia. Jej ściany wykonano z kompozytu kevlarowo-karbonowego o grubości czterech centymetrów, zdolnego wytrzymać zarówno ekstremalną temperaturę gorącego powietrza, jak i ciśnienie wewnętrzne niezbędne do utrzymania oddychalnej atmosfery.

Wewnątrz kapsuły znajdowało się miejsce dla ośmiu osób — „miejsce” to określenie na wyrost, bo w praktyce każdy uczestnik dysponował przestrzenią porównywalną z ekonomiczną klasą tanich linii lotniczych, tyle że bez możliwości pójścia do toalety bez powiadomienia wszystkich pozostałych, bez okien (ze względów wytrzymałościowych), i bez perspektywy lądowania w przewidywalnym czasie, bo lot miał trwać — według optymistycznych obliczeń — od siedmiu do czternastu dni, w zależności od warunków wiatrowych.

„Najbardziej przerażał mnie nie brak tlenu ani temperatura” — wyznał mi Aleksander Nowicki, trzydziestojednoletni lekarz ratunkowy z Krakowa, który ostatecznie nie wziął udziału w locie z powodów, o których opowiem później. „Najbardziej przerażał mnie fakt, że przez dwa tygodnie miałem siedzieć w zamkniętej puszcze z siedmioma nieznajomymi, bez możliwości wyjścia, bez okien, bez prywatności. To brzmi jak eksperyment psychologiczny, nie jak konkurencja sportowa.”

Nowicki miał rację. W pewnym sensie był to eksperyment psychologiczny, i to taki, którego wyniki przekroczyły najśmielsze przewidywania.

System podtrzymywania życia w kapsule składał się z kilku elementów. Po pierwsze: zbiorniki z tlenem, wystarczające teoretycznie na dwadzieścia dni przy normalnym tempie oddychania ośmiu dorosłych osób. Po drugie: system oczyszczania dwutlenku węgla, działający na zasadzie filtrów węglowych wymienianych co sześć godzin. Po trzecie: system regulacji temperatury, składający się z warstw izolacyjnych, chłodzenia pasywnego i — w przypadku balonu helowego — wbudowanych grzejników, bo na dużych wysokościach temperatura zewnętrzna spada do minus pięćdziesięciu stopni. Po czwarte: system utylizacji odpadów biologicznych, o którym żaden z uczestników nie chciał rozmawiać, ale który — sądząc po wyrazach ich twarzy, gdy zadawałem to pytanie — pozostawił trwałe wspomnienia.

„Powiedzmy, że nigdy więcej nie spojrzę na woreczki foliowe w ten sam sposób” — powiedział jedynie Tomasz Wierzbicki, po czym zmienił temat.

IV. Osiem dusz, dwa balony, jedno szaleństwo: prezentacja uczestników

Organizatorom udało się skompletować dwa pełne zespoły po cztery osoby — osiem jednostek ludzkich gotowych zaryzykować życie w imię czegoś, co jedni nazywali sportem, inni przygodą, a jeszcze inni zbiorowym obłędem. Pozwolę sobie przedstawić ich wszystkich, bo każdy z nich zasługuje na moment uwagi, zanim przejdziemy do relacji z samego lotu.

Zespół Hel (balon wypełniony helem):

Kapitan zespołu: Maria Szulc, czterdziestoczteroletnia polska pilotka balonowa z Wrocławia, posiadaczka siedmiu rekordów krajowych w lotach balonowych i — co istotne — autorka książki zatytułowanej „Grawitacja to tylko sugestia”. Maria miała za sobą ponad trzy tysiące godzin lotów balonowych i jeden rozwód spowodowany, jak ujęła to jej była żona, „obsesją na punkcie rzeczy, które latają, kosztem rzeczy, które chodzą po ziemi, takich jak ja i nasze dzieci”. Maria przyjęła rolę kapitana zespołu helowego bez wahania, stwierdzając: „Hel jest szlachetny. Ja też jestem szlachetna. Pasujemy do siebie.”

Członek zespołu: Dmitrij Volkov, trzydziestodziewięcioletni rosyjski kosmonauta rezerwy, który nigdy nie poleciał w kosmos z powodu cięć budżetowych w programie Roskosmos. Dmitrij zgłosił się do projektu, jak sam wyjaśnił, „bo to najbliższy kosmos, jaki mogę dostać bez podpisywania dokumentów dla Putina”. Posiadał rozległe szkolenie w zakresie przetrwania w zamkniętych środowiskach i — co okazało się bezcenne — potrafił naprawiać systemy filtracji powietrza przy użyciu taśmy izolacyjnej i spinacza do bielizny.

Członek zespołu: Yuki Tanaka, dwudziestodziewięcioletnia japońska wolna nurka, posiadaczka rekordu Japonii w nurkowaniu na wstrzymanym oddechu (dziewięć minut i czterdzieści sekund). Yuki zgłosiła się, ponieważ — jak wyjaśniła przez tłumacza — „chciałam zobaczyć, czy potrafię wstrzymać oddech w helu”. To nie miało żadnego sensu z naukowego punktu widzenia, ale Yuki była nieugięta. „Oddech to oddech” — twierdziła. „Gaz to gaz.”

Członek zespołu: Patrick O’Brien, pięćdziesięciojednoletni irlandzki ksiądz katolicki z diecezji Cork, który zgłosił się po tym, jak przeczytał o projekcie w gazecie i uznał, że „Pan wzywa go do nowych form świadectwa”. Biskup Cork oficjalnie odciął się od udziału O’Briena w projekcie, wydając oświadczenie, że „Kościół nie wspiera działań narażających życie bez proporcjonalnej przyczyny”, na co O’Brien odpowiedział, że „Jonasz też nie miał proporcjonalnej przyczyny, a jednak Bóg go posłał”.

Zespół Ogień (balon wypełniony gorącym powietrzem):

Kapitan zespołu: Tomasz Wierzbicki, wspomniany wcześniej instruktor survivalu z Zakopanego, człowiek, który przeżył ugryzienie węża żmii, odmrożenie trzeciego stopnia i atak niedźwiedzia — wszystko w ciągu jednego weekendu w Bieszczadach. Tomasz był zwolennikiem gorącego powietrza, argumentując, że „przynajmniej ciepło czuję, więc będę wiedział, że umieram”.

Członek zespołu: Ingrid Bjørnsen, trzydziestotrzyletnia norweska strażaczka z Bergen, która miała za sobą trzysta siedemnaście akcji gaśniczych i jedną interwencję, podczas której weszła do płonącego budynku bez sprzętu ochronnego, żeby ratować kota (kot przeżył, Ingrid spędziła miesiąc w szpitalu z poparzeniami drugiego stopnia). Ingrid twierdziła, że gorąco „jest jej naturalnym środowiskiem” i że „przynajmniej w balonie nie będzie musiała nosić ciężkiego sprzętu”.

Członek zespołu: Roberto Esposito, czterdziestodwuletni włoski szef kuchni z Neapolu, który zgłosił się — i tu cytuję — „bo zawsze chciałem gotować na ekstremalnych wysokościach”. Roberto był jedynym uczestnikiem, który wziął ze sobą sprzęt kuchenny, w tym przenośną kuchenkę gazową, co organizatorzy początkowo uznali za niebezpieczne, zanim nie uświadomili sobie, że cały projekt jest niebezpieczny i jedna kuchenka gazowa więcej czy mniej nie zrobi różnicy.

Członek zespołu: Amira Hassan, dwudziestoośmioletnia egipska dziennikarka z Kairu, korespondentka wojenna, która relacjonowała konflikty w Syrii, Jemenie i Sudanie. Amira zgłosiła się, żeby „napisać reportaż od środka” i ponieważ — jak wyznała mi w prywatnej rozmowie — „widziałam wystarczająco dużo śmierci, żeby się jej nie bać”. Była jedyną uczestniczką, która wzięła ze sobą profesjonalny sprzęt nagrywający, dzięki czemu posiadamy szczegółową dokumentację filmową tego, co wydarzyło się wewnątrz balonu z gorącym powietrzem.

V. Start z Warszawy: poranek, który zmienił wszystko

Dwudziesty trzeci września. Lotnisko Babice w Warszawie. Godzina szósta czterdzieści pięć rano. Temperatura powietrza: dwanaście stopni Celsjusza. Wiatr: północno-zachodni, siedem metrów na sekundę. Niebo: bezchmurne, z tym specyficznym różowo-pomarańczowym odcieniem, który pojawia się tuż przed wschodem słońca i który — gdyby to była powieść romantyczna — zwiastowałby nadzieję i nowe początki. Ale to nie była powieść romantyczna. To był lot ośmiu ludzi w kierunku potencjalnej śmierci, więc różowo-pomarańczowe niebo zwiastowało raczej ironię losu i poczucie humoru wszechświata.

Oba balony stały napompowane na płycie lotniska, niczym dwa gigantyczne, kolorowe bąble mydlane, które ktoś zapomniał przedziurawić. Balon helowy — pomalowany w biało-niebieskie pasy, bo Maria Szulc upierała się przy kolorach „spokojnych i eleganckich” — miał średnicę dwudziestu ośmiu metrów i przypominał nieco nadwymiarową piłkę plażową. Balon z gorącym powietrzem — czerwono-pomarańczowy, zgodnie z życzeniem Tomasza Wierzbickiego, który stwierdził że „jeśli mamy się smażyć, to przynajmniej w odpowiednich kolorach” — był nieznacznie większy, ze względu na niższą siłę nośną gorącego powietrza w porównaniu z helem.

Pod każdym balonem, połączona z powłoką systemem lin i haków, wisiała kapsuła. Z daleka kapsuły wyglądały jak metalowe żołędzie przyczepione do kolorowych balonów — porównanie, które pojawiło się w niemal każdej relacji prasowej i które organizatorzy początkowo próbowali zwalczać, zanim nie zorientowali się, że „żołędzie śmierci” brzmi wystarczająco dramatycznie, by przyciągnąć media.

Publiczność — a była publiczność, bo w Polsce zawsze znajdą się ludzie gotowi wstać przed świtem, żeby obejrzeć coś potencjalnie tragicznego — liczyła około dwóch tysięcy osób zgromadzonych za ogrodzeniem lotniska. Wśród nich zauważyłem ekipy wszystkich głównych stacji telewizyjnych, dziennikarzy z co najmniej dwudziestu krajów (lot zyskał międzynarodowy rozgłos głównie dzięki hashtags #BalloonSuicideRace i #WarszawaSydneyOrDeath, które przez tydzień były w trendach na Twitterze), a także liczne rodziny uczestników, które przybyły pożegnać swoich bliskich w atmosferze, którą najlepiej oddaje słowo „pogrzebowa”.

Rodzina Marii Szulc — była żona z dwójką nastoletnich dzieci — stała osobno, przy bramie B. Była żona, Katarzyna, nie płakała. Dzieci — piętnastoletnia Zosia i trzynastoletni Michał — patrzyły na matkę z wyrazem twarzy, który mógł oznaczać dumę, przerażenie, lub mieszankę obu. Gdy podszedłem do nich z mikrofonem (pracowałem wtedy jako korespondent dla jednej z rozgłośni radiowych), Katarzyna powiedziała tylko: „Nie mam komentarza. Powodzenia jej życzę. I proszę o pozostawienie nas w spokoju.”

Zosia jednak chciała mówić. „Mama zawsze była szalona” — powiedziała, a w jej głosie nie było gniewu, tylko coś w rodzaju rezygnacji. „Tata — znaczy, nasza druga mama — mówi, że to jest choroba, że powinniśmy interweniować. Ale jak możesz interweniować u kogoś, kto nie widzi problemu? Ona naprawdę wierzy, że to zrobi. Że doleci.”

„A ty?” — zapytałem. „Ty wierzysz, że doleci?”

Zosia milczała przez chwilę, patrząc na balon, który powoli wznosił się nad płytą lotniska w ramach ostatnich testów przed startem.

„Chcę wierzyć” — powiedziała w końcu. „Ale statystyka jest przeciwko nam.”

Miała rację. Statystyka była zdecydowanie przeciwko nim.

VI. Wejście do balonu: ostatnie chwile na ziemi

Procedura wejścia do balonu — a raczej do kapsuły zawieszonej pod balonem — była skomplikowana i wymagała precyzyjnej koordynacji. Uczestnicy musieli wdrapać się po aluminiowej drabince na wysokość około trzech metrów, gdzie znajdował się właz kapsuły, a następnie przejść przez śluzę wyrównującą ciśnienie, zanim dotarli do właściwej przestrzeni pasażerskiej. Cała procedura trwała około piętnastu minut dla każdego zespołu i została udokumentowana przez ekipę National Geographic, która wykupiła wyłączne prawa do materiału dokumentalnego (zapłacili, jak mi przekazano nieoficjalnie, sumę sześciocyfrową w dolarach, co świadczy albo o ich wierze w wartość dokumentalną projektu, albo o desperacji branży dokumentalistów przyrodniczych szukających nowych tematów).

Pierwszy wszedł Zespół Hel. Maria Szulc, jako kapitan, weszła ostatnia, stojąc przez chwilę na szczycie drabinki i machając do publiczności z uśmiechem, który — jak mi później powiedziała w rozmowie telefonicznej ze szpitala — był całkowicie udawany. „Byłam przerażona” — wyznała. „Ale nie mogłam tego pokazać. Byłam kapitanem. Ludzie na mnie patrzyli. Więc uśmiechałam się i machałam, a w środku umierałam ze strachu.”

Przed wejściem każdy uczestnik podpisał dokument, który — ze względów prawnych — nie będę przytaczał w całości, ale którego kluczowy fragment brzmiał: „Oświadczam, że rozumiem ryzyko związane z udziałem w lotniczej konkurencji sportowej wewnątrz balonu wypełnionego [helem / gorącym powietrzem], w tym ryzyko śmierci przez uduszenie, przegrzanie, dekompresję, rozerwanie powłoki balonu, zderzenie z przeszkodą, wyczerpanie systemu podtrzymywania życia, oraz inne ryzyka niemożliwe do przewidzenia. Oświadczam również, że biorę udział w konkurencji z własnej nieprzymuszonej woli i że zrzekam się wszelkich roszczeń wobec organizatorów, sponsorów, producentów wyposażenia oraz ich spadkobierców.”

Dokument ten, przygotowany przez kancelarię prawną z Sydney specjalizującą się w ekstremalnych formach odpowiedzialności cywilnej, został później opisany przez profesora prawa z Uniwersytetu Warszawskiego jako „najbardziej kompleksowe zrzeczenie się prawa do życia, jakie kiedykolwiek widziałem w dokumentacji prawnej”.

Gdy już wszyscy członkowie obu zespołów byli wewnątrz swoich kapsuł, rozpoczęła się procedura uszczelniania i odłączania. Włazy zamknięto, ciśnienie wyrównano, liny odcięto od kotwic. Organizator — sam Bruce McAllister, ubrany w pomarańczowy kombinezon z napisem „SYDNEY OR BUST” na plecach — uniósł flagę startową.

„Panie i panowie!” — zagrzmiał przez megafon. „Za chwilę staniecie się świadkami historii! Pierwszy w dziejach lot załogowy wewnątrz balonu na dystansie międzykontynentalnym! Warszawa do Sydney! Szesnaście tysięcy kilometrów! Dwa zespoły! Jeden cel!”

Tłum wstrzymał oddech. Dziennikarze unieśli kamery. Rodziny uczestników ścisnęły się za ręce.

„Trzy! Dwa! Jeden! Start!”

Flaga opadła. Liny kotwiczne zostały przecięte. I dwa gigantyczne balony — jeden biało-niebieski, drugi czerwono-pomarańczowy — zaczęły wznosić się w różowo-pomarańczowe niebo nad Warszawą, niosąc w swoich wnętrzach osiem ludzkich istnień, które właśnie przekroczyły punkt, z którego nie ma już powrotu.

VII. Lot: dziennik z wnętrza szaleństwa

Co wydarzyło się przez następnych jedenaście dni — bo tyle ostatecznie trwał lot — wiemy głównie dzięki trzem źródłom: nagraniom Amiry Hassan z kapsuły Zespołu Ogień, pisemnemu dziennikowi prowadzonemu przez księdza Patricka O’Briena w kapsule Zespołu Hel, oraz wywiadom z uczestnikami przeprowadzonym po ich wylądowaniu (lub, w niektórych przypadkach, po ich odnalezieniu).

Dzień 1—3: Euforia i adaptacja

Pierwsze trzy dni lotu były — jak to określił Dmitrij Volkov — „kosmiczne w najlepszym sensie tego słowa”. Balony wznosiły się przez atmosferę, przechodziły przez warstwy chmur, wchodziły w strumień strumienia strumieniowego (jet stream), który miał je nieść na wschód, w kierunku Azji. Systemy podtrzymywania życia działały bezbłędnie. Temperatura w kapsułach utrzymywała się na komfortowym poziomie dwudziestu dwóch stopni. Tlen płynął, dwutlenek węgla był filtrowany, woda pitna wyciekała z kranu (ograniczona do dwóch litrów na osobę dziennie, ale wystarczająca).

„Było prawie nudno” — pisał ksiądz O’Brien w swoim dzienniku. „Modliłem się, czytałem Biblię, rozmawiałem z pozostałymi. Yuki ćwiczyła wstrzymywanie oddechu, co było dziwne do obserwowania, bo za każdym razem, gdy zamykała oczy i przestawała oddychać, myślałem, że umarła. Maria sprawdzała instrumenty co godzinę. Dmitrij opowiadał o kosmosie, który nigdy nie zobaczył, i było w tym coś smutnego. A ja patrzyłem na sufit kapsuły i zastanawiałem się, czy Bóg naprawdę mnie tutaj wysłał, czy może po prostu zgłupiałem na starość.”

W kapsule Zespołu Ogień sytuacja była podobna, choć atmosfera — zarówno dosłowna, jak i metaforyczna — była cieplejsza. Roberto Esposito, wykorzystując swoją przenośną kuchenkę, przygotował pierwszego dnia spaghetti aglio e olio, co — jak później przyznała Amira Hassan — „było najbardziej surrealistycznym doświadczeniem mojego życia: jeść makaron unoszący się czternaście kilometrów nad Kazachstanem”.

Dzień 4—6: Pierwsze problemy

Problemy zaczęły się na czwarty dzień. W kapsule Zespołu Hel jeden z filtrów dwutlenku węgla zaczął działać gorzej niż powinien. Nie był to jeszcze poziom krytyczny, ale poziom CO2 w powietrzu wzrósł z normalnego 0,04% do 0,8%, co wystarczyło, by wywołać u uczestników bóle głowy i mdłości.

„Czułem się, jakbym miał kaca bez przyjemności picia” — opisywał Dmitrij. „Bolała mnie głowa, mdliło mnie, wszystko drażniło. A nie mogłem nawet otworzyć okna.”

Maria Szulc, jako kapitan, podjęła decyzję o zmniejszeniu aktywności fizycznej całego zespołu do minimum, by ograniczyć produkcję dwutlenku węgla. Przez następne dwa dni czwórka uczestników leżała w bezruchu w swoich hamakach, oddychając płytko i powoli, starając się nie wykonywać żadnych zbędnych ruchów. Yuki Tanaka — z jej doświadczeniem w nurkowaniu na wstrzymanym oddechu — radziła sobie najlepiej. Ksiądz O’Brien radził sobie najgorzej.

„Myślałem, że umieram” — pisał w dzienniku trzęsącą się ręką. „Myślałem, że to już koniec. Że Bóg zabrał mnie za pychę. Za to, że chciałem latać jak anioł, będąc tylko człowiekiem.”

W kapsule Zespołu Ogień problemy były inne, ale równie poważne. Temperatura zaczęła rosnąć ponad przewidywany poziom. System izolacji termicznej, zaprojektowany na podstawie modeli komputerowych, nie radził sobie z rzeczywistością tak dobrze, jak przewidywali inżynierowie. W ciągu dnia, gdy słońce grzało powłokę balonu, temperatura wewnątrz kapsuły wzrastała do trzydziestu ośmiu stopni. W nocy spadała do piętnastu, ale wahania były wyczerpujące.

„To było jak bycie w piekarniku, który ktoś włącza i wyłącza według własnego uznania” — mówiła Ingrid Bjørnsen. „Jako strażaczka byłam przyzwyczajona do ekstremalnych temperatur, ale do takiego ciągłego cyklu grzanie-chłodzenie? Organizm nie wie, jak reagować. W dzień pocisz się jak świnia, w nocy trzęsiesz się z zimna.”

Dzień 7—9: Przekroczenie punktu bez powrotu

Na siódmy dzień lotu oba balony przekroczyły granicę Chin, leciały nad Himalajami (widok, który Amira Hassan opisała jako „jedyne, co było warte całego tego cierpienia”), a następnie skręciły na południowy wschód, kierując się w stronę Azji Południowo-Wschodniej. Systemy nawigacyjne — połączenie GPS, kompasów i obliczeń astronomicznych — wskazywały, że są na właściwym kursie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za cztery dni powinni dotrzeć do Sydney.

Ale na tym etapie „wszystko zgodnie z planem” było już wspomnieniem.

W kapsule Zespołu Hel filtr dwutlenku węgla zawiódł całkowicie. Dmitrij Volkov, wykorzystując swoje szkolenie kosmonauty, zbudował prowizoryczny system filtracji z materiałów dostępnych w kapsule — w tym, tak, ze wspomnianego spinacza do bielizny i taśmy izolacyjnej, a także z węgla aktywnego wyciągniętego z ratunkowego zestawu przeciwgazowego. System działał, ale ledwo. Poziom CO2 nadal był podwyższony, a uczestnicy spędzali większość czasu w stanie półprzytomnym, dryfując między snem a jawą.

„Miałem halucynacje” — wyznał mi później ksiądz O’Brien. „Widziałem anioły. Widziałem moją matkę, która umarła dwadzieścia lat temu. Widziałem Jezusa, który patrzył na mnie z wyrazem twarzy, który mogę opisać tylko jako »rozbawiony«. Jakby mówił: Naprawdę, Patrick? Wewnątrz balonu? To był twój plan?

W kapsule Zespołu Ogień problemy eskalowały w innym kierunku. Temperatura w ciągu dnia osiągnęła czterdzieści dwa stopnie. Tomasz Wierzbicki, jako kapitan, zarządził procedurę chłodzenia awaryjnego, która polegała na rozpryskiwaniu zapasów wody pitnej na ściany kapsuły, by wykorzystać efekt parowania do obniżenia temperatury. Zadziałało — ale kosztem połowy zapasów wody.

„Od tego momentu mieliśmy litr wody na osobę na dzień” — wspominała Amira. „Litr. Na całą dobę. W czterdziestostopniowym upale. Człowiek zaczyna myśleć o wodzie obsesyjnie. Śni o wodzie. Fantazjuje o wodzie. Deszcz staje się obiektem erotycznych marzeń.”

Dzień 10—11: Finał

Dziesiątego dnia lotu oba balony były nad wodami Morza Timor, niecałe dwa tysiące kilometrów od Sydney. Koniec był na wyciągnięcie ręki. Ale właśnie wtedy natura postanowiła przypomnieć, kto tu naprawdę rządzi.

Burza. Tropikalna burza o sile, jakiej nie przewidywał żaden model meteorologiczny. Wiatry przekraczające dwieście kilometrów na godzinę. Pioruny strzelające z chmur jak palce wściekłego boga. Deszcz tak gęsty, że radar nie był w stanie odróżnić powietrza od wody.

Balon Zespołu Hel przetrwał — powłoka wytrzymała, kapsuła się nie rozszczelniła, uczestnicy przeżyli. Ale zostali zniesieni przez wiatr dwieście kilometrów na północ od kursu i wylądowali — jeśli to słowo można zastosować do procesu polegającego na uderzeniu w ziemię z prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę — na plaży w Papui-Nowej Gwinei, gdzie zostali odnalezieni przez lokalnych rybaków następnego ranka.

„Ryże wiosce, która nas znalazła, był szaman, który twierdził, że jesteśmy duchami przodków wracającymi z nieba” — opowiadał Dmitrij. „Nie mieliśmy siły go poprawiać. Przyjęliśmy modlitwy i jedzenie — pierwsze normalne jedzenie od jedenastu dni — i płakaliśmy ze szczęścia.”

Balon Zespołu Ogień miał mniej szczęścia. Piorun uderzył w powłokę, powodując natychmiastową utratę gorącego powietrza. Balon zaczął spadać. Tomasz Wierzbicki, działając instynktownie, aktywował spadochrony ratunkowe — tak, kapsuła miała spadochrony ratunkowe, co było jedną z niewielu sensownych decyzji projektowych — i kapsuła opadła na wodę, około sto dwadzieścia kilometrów na wschód od Darwin w Australii.

Australijska Straż Przybrzeżna dotarła do nich po sześciu godzinach. Wszyscy żyli. Wszyscy byli odwodnieni, wyczerpani i — jak ujęła to Ingrid Bjørnsen — „gotowi zabić za szklankę zimnej wody i klimatyzację”. Ale żyli.

VIII. Epilog: kto wygrał?

Pytanie o to, kto wygrał lot balonowy Warszawa-Sydney, pozostaje — podobnie jak wiele innych pytań w tej książce — bez jednoznacznej odpowiedzi.

Z technicznego punktu widzenia, żaden z zespołów nie ukończył trasy. Zespół Hel wylądował w Papui-Nowej Gwinei, około dwóch tysięcy kilometrów od Sydney. Zespół Ogień wylądował w wodzie u wybrzeży Australii, sto dwadzieścia kilometrów od Darwin, czyli ponad dwa tysiące kilometrów od Sydney. Jeśli mierzyć sukces dotarciem do mety, obaj przegrali.

Ale organizatorzy — a konkretnie Bruce McAllister, który przyleciał do Australii, żeby przywitać ocalałych — zdecydowali inaczej.

„Obaj zespoły wygrały” — ogłosił na konferencji prasowej w szpitalu w Darwin, gdzie uczestnicy Zespołu Ogień dochodzili do siebie po przygodzie. „Wygrali, bo przeżyli. Wygrali, bo odważyli się. Wygrali, bo pokazali światu, że ludzie są gotowi zrobić wszystko — absolutnie wszystko — w imię marzenia. Czy to marzenie jest sensowne, czy szalone, to już inna kwestia. Ale marzenie było. I zostało zrealizowane. Częściowo.”

Słowo „częściowo” brzmiało jak przyznanie się do porażki, ale Bruce wypowiedział je z dumą. W świecie Bruce’a McAllistera „częściowo” było zwycięstwem, bo „całkowicie” prawdopodobnie oznaczałoby osiem trumien.

Komisja regulaminowa — bo tak, istniała komisja regulaminowa, powołana specjalnie na potrzeby tej konkurencji — zebrała się miesiąc później w Melbourne, by wydać oficjalny werdykt. Po dwunastu godzinach obrad, trzech przerwach na kawę i jednej ewakuacji przeciwpożarowej (fałszywy alarm, ale atmosfera była napięta), komisja wydała oświadczenie:

„Konkurencja sportowa »Lot balonowy Warszawa-Sydney« została zakończona bez wyłonienia zwycięzcy. Wszyscy uczestnicy otrzymują tytuł »Finalisty Pierwszego Międzykontynentalnego Lotu Wewnątrzbalonowego« oraz pamiątkowe medale. Konkurencja nie będzie powtarzana ze względów bezpieczeństwa, etycznych i logistycznych.”

Medale były piękne — brązowe, z wizerunkiem balonu i napisem „Warszawa-Sydney 2024” — ale żaden z uczestników, z którymi rozmawiałem, nie potrafił powiedzieć, gdzie je trzyma.

„Gdzieś w szufladzie” — powiedział Tomasz Wierzbicki. „Razem z moimi innymi medalami. I z receptą na leki uspokajające, które biorę od powrotu.”

„Na ścianie w łazience” — przyznała Maria Szulc. „Patrzę na niego każdego ranka, gdy myję zęby. Przypomina mi, że byłam idiotką. I że jakoś to przeżyłam.”

„Wysłałem go siostrze w Cork” — powiedział ksiądz O’Brien. „Ona zbiera takie rzeczy. Ja wolę zapomnieć. Chociaż wiem, że nie zapomnę. Nigdy.”

Na tym kończy się historia lotu balonowego z Warszawy do Sydney. Historia ośmiu ludzi, którzy wsiedli do metalowych puszek zawieszonych pod gigantycznymi balonami wypełnionymi substancjami, które mogły ich zabić, i polecieli przez pół świata w kierunku celu, którego nie osiągnęli.

Czy była to konkurencja sportowa? Czy była to próba samobójstwa? Czy była to artystyczna manifestacja? Czy była to zwykła głupota?

Nie wiem. I podejrzewam, że uczestnicy też nie wiedzą.

Ale jedno wiem na pewno: zrobili to. Naprawdę to zrobili.

I w świecie, gdzie coraz mniej rzeczy naprawdę się robi, gdzie wszystko jest planowane, kalkulowane, analizowane pod kątem ryzyka i potencjalnego zwrotu z inwestycji — w takim świecie osiem osób wsiadło do balonów i poleciało w kierunku Sydney, bo ktoś im powiedział, że to niemożliwe.

A oni odpowiedzieli: „Zobaczmy.”

Rozdział 3: Bieg dookoła walca

I. Geometria szaleństwa: wprowadzenie do problemu

Wyobraź sobie, drogi czytelniku, że stoisz przed stalowym walcem. Walec ma metr średnicy, dziesięć metrów wysokości i powierzchnię tak wypolerowaną, że możesz w niej przejrzeć się jak w lustrze — zakładając, że krzywizna metalu nie zniekształci twojego odbicia do nierozpoznawalności, co zresztą i tak jest mniejszym problemem niż to, co za chwilę nastąpi. Wokół ciebie tłoczą się ludzie. Dużo ludzi. Dwustu dziewięćdziesięciu dziewięciu innych ludzi, jeśli mamy być precyzyjni, a w tej dyscyplinie precyzja jest jednocześnie niezbędna i całkowicie niemożliwa do osiągnięcia. Każdy z tych ludzi ma numer startowy, każdy reprezentuje inną konkurencję, każdy ma inny cel — i wszyscy, bez wyjątku, za chwilę ruszą w tym samym kierunku, wokół tego samego walca, w tym samym momencie.

To jest Bieg Dookoła Walca. Najdziwniejsza, najbardziej chaotyczna i — według niektórych statystyk — najniebezpieczniejsza konkurencja biegowa na świecie. Dyscyplina, która powstała jako żart, przekształciła się w eksperyment, a zakończyła jako oficjalnie uznawane wydarzenie sportowe z własną federacją, regulaminem liczącym sto czterdzieści siedem stron i listą kontuzji, która mogłaby posłużyć jako materiał szkoleniowy dla studentów medycyny ratunkowej.

Zanim jednak przejdziemy do relacji z zawodów, muszę wyjaśnić podstawową matematykę tego przedsięwzięcia, bo bez niej nic nie będzie miało sensu. Choć, ostrzegam, nawet z matematyką sens pozostaje dyskusyjny.

Stalowy walec o średnicy jednego metra ma obwód równy pi razy średnica, czyli około trzech przecinek czternastu metra. Zaokrąglając w górę — trzy metry i piętnaście centymetrów na jedno pełne okrążenie. Aby przebiec sto metrów wokół takiego walca, zawodnik musi wykonać mniej więcej trzydzieści dwa pełne okrążenia. Pięćset metrów to już sto pięćdziesiąt dziewięć okrążeń. Pięć kilometrów — tysiąc pięćset dziewięćdziesiąt dwa okrążenia. A pięćdziesiąt kilometrów — proszę, usiądź wygodnie przed przeczytaniem tej liczby — piętnaście tysięcy dziewięćset dwadzieścia trzy okrążenia wokół walca o średnicy jednego metra.

„Kiedy pierwszy raz usłyszałem o tej konkurencji” — powiedział mi dr Andrzej Kowalczyk, biomechanik sportowy z Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu — „pomyślałem, że to żart. Potem zobaczyłem nagrania. Potem przeanalizowałem obciążenia stawów przy tak ciasnych zakrętach. Potem napisałem artykuł naukowy zatytułowany »Biomechaniczne aspekty biegu po okręgu o ekstremalnie małym promieniu — analiza przypadku«. A potem położyłem się spać i śniły mi się koszmary o kolanach pękających jak suche gałązki.”

Koszmary dr Kowalczyka nie były bezpodstawne. Bieg po okręgu o promieniu pięćdziesięciu centymetrów — bo tyle wynosi promień walca o średnicy jednego metra — generuje siły odśrodkowe i obciążenia boczne, które w normalnych warunkach biegowych po prostu nie występują. Ludzkie ciało jest zaprojektowane do biegu w linii prostej lub, co najwyżej, po łagodnych łukach. Bieg po okręgu tak ciasnym, że można go objąć ramionami, zmusza ciało do ciągłego przechylania się w stronę walca, do ciągłego korygowania trajektorii, do ciągłego zmagania się z fizyką, która mówi jasno: „To nie jest dobry pomysł.”

Ale ludzie nigdy nie słuchali fizyki. Gdyby słuchali, nie byłoby tej książki.

II. Geneza walca: kto to wymyślił i dlaczego nie został powstrzymany

Historia Biegu Dookoła Walca zaczyna się — jak wiele historii w tej książce — od alkoholu i zakładu. Rok dwa tysiące szesnasty, miasteczko Nowa Sól w województwie lubuskim, hala produkcyjna Zakładów Metalurgicznych „Stalmet”, godzina dwudziesta trzecia czterdzieści pięć, sobotnia impreza firmowa z okazji dwudziestolecia przedsiębiorstwa.

Przy jednym ze stołów siedzą trzej mężczyźni: Henryk Podgórski, pięćdziesięcioletni dyrektor techniczny zakładu; Marcin Wróblewski, trzydziestoośmioletni mistrz olimpijski w biegu na czterysta metrów przez płotki (Pekin 2008, brązowy medal); oraz Tadeusz Kania, sześćdziesięciotrzyletni emerytowany sędzia lekkoatletyczny, który przez czterdzieści lat sędziował zawody na wszystkich poziomach, od powiatowych po olimpijskie.

Rozmowa, zrekonstruowana później na podstawie zeznań świadków i — co zaskakujące — notatek prowadzonych przez Kanię, który miał nawyk zapisywania wszystkiego w małym notesiku, wyglądała mniej więcej tak:

Podgórski: „Marcin, a powiedz mi, jaki jest najmniejszy tor, na którym można biegać? Bo my tu produkujemy walce do papierni, mamy jeden wadliwy, średnica metr, i tak sobie myślę, że można by go jakoś wykorzystać…”

Wróblewski: „Najmniejszy tor? Standardowo dwieście metrów, ale były eksperymenty ze stu sześćdziesięcioma. Poniżej tego zakręty są za ciasne, kontuzje…”

Kania: „A teoretycznie? Teoretycznie, jaki jest limit?”

Wróblewski: „Teoretycznie? Nie wiem. Nikt tego nie badał. Fizycznie pewnie można biegać po każdym okręgu, pytanie, czy ma to sens.”

Podgórski: „A gdyby okrąg miał metr średnicy?”

Wróblewski: „Metr? To byłoby…” (tu podobno nastąpiła długa pauza) "...to byłoby jakieś piętnaście centymetrów na krok. Człowiek by się kręcił w kółko jak pies goniący własny ogon.”

Kania: „Ale czy byłoby to niezgodne z regulaminem?”

Ta ostatnia kwestia — jak przyznał później Kania w wywiadzie dla magazynu „Lekkoatletyka Polska” — „zmieniła wszystko”. Bo rzeczywiście, regulamin IAAF (obecnie World Athletics) określał parametry torów biegowych na stadionach, ale nie definiował minimalnych wymiarów toru jako takiego. Regulamin mówił o długości dystansu, o szerokości linii, o sposobie mierzenia czasu — ale nie mówił, że tor musi mieć określony promień. To była luka. Luka, przez którą można było przepchnąć stalowy walec o średnicy jednego metra.

„Następnego ranka obudziłem się z kacem i wizją” — wspominał Podgórski. „Wizja była jaśniejsza niż kac, więc postanowiłem ją zrealizować.”

Realizacja trwała osiemnaście miesięcy. Podgórski — wykorzystując swoje kontakty w branży metalurgicznej — zamówił specjalny walec ze stali nierdzewnej, wypolerowany do lustrzanego błysku, osadzony na betonowej podstawie na terenie dawnego składowiska złomu za halą produkcyjną. Wróblewski — początkowo sceptyczny, potem zaintrygowany, w końcu entuzjastyczny — opracował system treningowy dla potencjalnych uczestników. Kania — emerytowany, znudzony, szukający sensu życia po czterdziestu latach patrzenia, jak inni biegają — stworzył regulamin.

I tak, w lipcu dwa tysiące osiemnastego roku, odbył się Pierwszy Nieoficjalny Bieg Dookoła Walca w Nowej Soli. Uczestniczyło dwunastu zawodników. Rozegrano jedną konkurencję — sto metrów. Trzy osoby ukończyły bieg. Dziewięć się przewróciło. Zwycięzca — lokalny lekkoatleta amator, którego nazwisko zaginęło w odmętach historii — uzyskał czas dwie minuty i czterdzieści trzy sekundy, co — dla porównania — jest czasem, w którym średnio sprawny człowiek mógłby przebiec sto metrów w linii prostej, przejść się na lody i wrócić.

Ale nie o czas chodziło. Chodziło o coś innego. Coś, co jeden z widzów — przypadkowy przechodzień, który zatrzymał się, żeby zobaczyć, co się dzieje — opisał słowami, które stały się później nieoficjalnym mottem całej dyscypliny: „To jest najbardziej idiotyczna rzecz, jaką widziałem. Muszę powiedzieć wszystkim znajomym.”

I powiedział. I oni powiedzieli. I wideo z pierwszego biegu — nagrane telefonem przez córkę Podgórskiego — trafiło na YouTube, gdzie w ciągu tygodnia zdobyło dwa miliony wyświetleń, a komentarze wahały się od „ludzkość definitywnie oszalała” przez „gdzie mogę się zapisać?” po „czy ten walec jest na sprzedaż, bo mam podobny pomysł, ale z trampolinami”.

III. Ewolucja chaosu: od dwunastu uczestników do trzystu szaleńców

Drugi Bieg Dookoła Walca — już nieco bardziej oficjalny, z własną stroną internetową i formularzem rejestracyjnym — odbył się rok później. Zgłosiło się sto czterdzieści osób. Organizatorzy, nieprzygotowani na taki odzew, musieli przeprowadzić eliminacje, co samo w sobie było wyzwaniem logistycznym porównywalnym z organizacją lądowania na Księżycu przy budżecie osiedlowego festynu.

Ale prawdziwa rewolucja nastąpiła przy trzeciej edycji, gdy ktoś — podejrzewam, że był to Kania, choć nigdy się do tego nie przyznał — wpadł na pomysł, by wszystkie konkurencje odbywały się jednocześnie.

„To wynikało z praktycznych ograniczeń” — tłumaczył mi Wróblewski podczas naszej rozmowy w kawiarni naprzeciwko słynnego walca. „Mieliśmy jeden walec, ograniczoną ilość czasu, a zgłoszeń coraz więcej. Rozegranie wszystkich konkurencji osobno zajęłoby dni. Więc pomyśleliśmy: a gdyby tak wszyscy startowali naraz?”

„I nikt nie zauważył, że to przepis na katastrofę?”

„Oczywiście, że zauważyliśmy. Ale zauważyliśmy też, że to jest dokładnie to, co sprawia, że ludzie chcą to oglądać. Chaos. Nieprzewidywalność. Możliwość, że wszystko się zawali w każdej chwili. To jest esencja sportu, tylko skondensowana do granic możliwości.”

Trzecia edycja Biegu Dookoła Walca odbyła się w sierpniu dwa tysiące dwudziestego roku — tak, w środku pandemii, co organizatorzy potraktowali jako dodatkową atrakcję, rozdając uczestnikom maseczki w kolorach odpowiadających ich konkurencjom. Startowało osiemdziesiąt osób. Wszystkie konkurencje — sto metrów, pięćset metrów, pięć kilometrów, pięćdziesiąt kilometrów, sto dziesięć metrów przez płotki i trzy tysiące metrów z przeszkodami — rozpoczęły się w tym samym momencie, przy dźwięku tej samej syreny startowej.

Nagranie z tej edycji — dostępne na oficjalnym kanale YouTube „WalecRun Official” — jest dziś standardowym materiałem szkoleniowym dla producentów filmowych szukających inspiracji do scen chaotycznych bitew. Na nagraniu widać: osiemdziesiąt osób biegnących w tym samym kierunku wokół metalowego walca; pierwsze zderzenia po trzech sekundach od startu; zawodnika konkurencji pięćdziesięciokilometrowej, który po dwóch okrążeniach traci orientację i zaczyna biec w przeciwnym kierunku, powodując karambol z dwunastoma innymi biegaczami; zawodniczkę stu dziesięciu metrów przez płotki, która próbuje przeskoczyć płotek (przenośny, ustawiony przez wolontariuszy co określoną liczbę okrążeń) w momencie, gdy inny biegacz wpada jej pod nogi; oraz — co stało się później viralem samym w sobie — sędziego Kanię, stojącego z megafonem i wykrzykującego numery startowe zawodników, którzy powinni już dawno ukończyć bieg, ale najwyraźniej zgubili się gdzieś w tłumie.

„To było jak próba liczenia pszczół w roju podczas trzęsienia ziemi” — opisał mi później Kania. „Miałem listę startową, miałem zegarek, miałem oczy — ale nic z tego nie działało tak, jak powinno. Zawodnicy wyglądali tak samo, bo wszyscy biegli, wszyscy się pocili, wszyscy mieli twarze wykrzywione w grymasie czegoś między determinacją a paniką. Próbowałem liczyć okrążenia, ale jak liczysz okrążenia, gdy człowiek mija cię siedem razy na sekundę?”

IV. System sędziowania: kamery, klatki i bezsenność

Właśnie dlatego narodził się system sędziowski oparty całkowicie na analizie wideo. Nie ma innego sposobu — żaden żywy sędzia, bez względu na doświadczenie, nie jest w stanie śledzić jednocześnie trzystu zawodników biegających po okręgu o obwodzie trzech metrów. Ludzkie oko nie nadąża. Ludzki mózg odmawia współpracy. Jedynie kamery — chłodne, obiektywne, niezmęczone — są w stanie zarejestrować każdy ruch, każde okrążenie, każde przekroczenie linii mety.

Obecny system składa się z dwunastu kamer rozmieszczonych wokół walca: cztery kamery wysokiej szybkości (sześćset klatek na sekundę) skoncentrowane na linii startu/mety, cztery kamery szerokokątne rejestrujące całość toru, oraz cztery kamery termowizyjne, które — jak mi wyjaśnił główny operator systemu, Jakub Pęczak z firmy VideoSport Solutions — „pomagają odróżnić zawodników, gdy zwykłe kamery już nie dają rady, bo ciało każdego człowieka ma unikalny wzorzec cieplny, jak odcisk palca, tylko gorący”.

Nagrania z zawodów trafiają następnie do „Pokoju Analiz” — dawnej kotłowni w hali Stalmetu, przerobionej na centrum dowodzenia wyposażone w dwanaście monitorów, trzy stacje robocze i — co istotne — zapas kawy wystarczający na oblężenie. Tu zespół pięciu sędziów wideo spędza od osiemnastu do czterdziestu godzin, analizując nagrania klatka po klatce, identyfikując zawodników po numerach startowych, kolorach koszulek i — gdy wszystko inne zawodzi — po wzorach termicznych.

„Najdłuższa sesja analityczna trwała pięćdziesiąt dwie godziny” — powiedział mi Pęczak, a w jego oczach zobaczyłem coś, co można opisać tylko jako traumę. „To było podczas szóstej edycji, gdy startowało dwustu osiemdziesięciu zawodników i doszło do tego, co nazywamy »Wielkim Zatorem«. Przez siedemnaście minut — siedemnaście minut! — na torze było tak ciasno, że nikt nie mógł się ruszyć. Ludzie stali, przepychali się, niektórzy próbowali się przecisnąć między innymi. A my musieliśmy potem zrekonstruować, kto gdzie był, kto ile okrążeń zaliczył przed zatorem, kto ile po zatorze. Mam z tego okresu koszmary.”

„Wielki Zator” z szóstej edycji (rok dwa tysiące dwudziesty trzeci) jest dziś legendą w środowisku. Doszło do niego, gdy zawodnicy pięćdziesięciokilometrowego biegu — najbardziej licznych, bo ta konkurencja przyciąga masochistów z całego świata — dogonili plecy zawodników stu metrów, którzy właśnie startowali. Na torze o szerokości efektywnej około czterdziestu centymetrów (bo taką przestrzeń zostawia ciało biegnące tuż przy walcu) spotkało się jednocześnie około stu pięćdziesięciu osób. Efekt był dokładnie taki, jakiego można się spodziewać: korek jak na autostradzie w piątkowe popołudnie, tyle że wszyscy są mokrzy od potu i nikt nie ma klimatyzacji.

Nagranie z Wielkiego Zatoru ma na YouTube czternaście milionów wyświetleń i jest regularnie cytowane w artykułach o „najbardziej absurdalnych momentach w historii sportu”. Komentarze pod nagraniem wahają się od „to jest metafora mojego życia” przez „dlaczego ja nie wiedziałem, że to istnieje” po — co szczególnie mnie ujęło — „organizatorzy powinni dostać Nobla, ale nie wiem z czego”.

V. Płotki i przeszkody: jak utrudnić coś, co już jest niemożliwe

Konkurencje stu dziesięciu metrów przez płotki i trzech tysięcy metrów z przeszkodami zasługują na osobny podrozdział, bo stanowią apogeum absurdu w dyscyplinie, która i tak jest definicją absurdu.

Zacznijmy od płotków. W standardowym biegu na sto dziesięć metrów przez płotki zawodnik musi pokonać dziesięć przeszkód rozmieszczonych w równych odstępach na prostej ścieżce. Płotki mają określoną wysokość (sto sześć centymetrów dla mężczyzn, osiemdziesiąt cztery centymetry dla kobiet) i określoną konstrukcję — przewracają się, gdy zawodnik je uderzy, minimalizując ryzyko kontuzji.

W Biegu Dookoła Walca płotki są ustawiane przez zespół wolontariuszy, którzy — z przenośnymi, składanymi płotkami w rękach — biegną za zawodnikami i ustawiają przeszkody tuż przed nimi. To nie jest metafora. To dosłowny opis procedury.

„Musieliśmy wymyślić sposób na rozmieszczenie płotków na torze, który jest tak mały, że nie da się ich ustawić z góry” — tłumaczyła mi Anna Kowalczyk, koordynatorka wolontariuszy i jednocześnie jedna z nielicznych osób, które zachowały zdrowie psychiczne po pięciu edycjach zawodów. „Standardowy płotek ma szerokość stu dwudziestu centymetrów. Nasz tor ma obwód trzystu piętnastu centymetrów. Nie ma miejsca, żeby ustawić płotek tak, by zawodnik musiał go przeskoczyć, a nie obejść dookoła.”

Rozwiązaniem były „płotki dynamiczne” — lekkie, składane konstrukcje z aluminium i pianki, które wolontariusze ustawiają bezpośrednio na trasie biegu zawodnika, dosłownie sekundę przed jego nadejściem. Wymaga to precyzji, szybkości i — co podkreślała Kowalczyk wielokrotnie — „kompletnego braku instynktu samozachowawczego, bo wolontariusz musi stać na torze pełnym biegnących ludzi”.

Podczas mojej wizyty na zawodach miałem okazję obserwować tę procedurę z bliska. Wolontariusz — młody mężczyzna o imieniu Krzysztof, student AWF-u z Wrocławia — stał tuż przy walcu ze złożonym płotkiem pod pachą. Gdy na zegarze elektronicznym pojawił się określony czas, Krzysztof wybiegł na tor, rozłożył płotek, przytrzymał go przez ułamek sekundy — i uskoczył, gdy zawodniczka Marlena Zdrojewska (czas biegu: siedem minut dwadzieścia osiem sekund) przeskoczyła przeszkodę, lądując centymetry od jego stóp.

„Czy to jest bezpieczne?” — zapytałem Krzysztofa.

„Absolutnie nie” — odpowiedział z uśmiechem, który mógł oznaczać albo sarkazm, albo szaleństwo. „Ale jest ekscytujące. I dobrze płatne. Trzysta złotych za dzień.”

Trzy tysiące metrów z przeszkodami to jeszcze większe wyzwanie logistyczne. W tej konkurencji zawodnicy muszą pokonać nie tylko płotki, ale także rów z wodą. W standardowym biegu rów ma około trzy i pół metra długości i siedemdziesiąt centymetrów głębokości. W Biegu Dookoła Walca rów jest… cóż, jest.

„Nie możemy mieć stałego rowu, bo tor jest za mały” — wyjaśniał mi Podgórski, z dumą pokazując swoje najnowsze dzieło inżynieryjne. „Więc stworzyliśmy rów przenośny.”

Rów przenośny to — przysięgam, że tego nie wymyślam — składana konstrukcja z tworzywa sztucznego, przypominająca gigantyczne lego, którą wolontariusze ustawiają na torze co określoną liczbę okrążeń. Rów ma metr długości, trzydzieści centymetrów szerokości i dwadzieścia centymetrów głębokości, co oznacza, że zawodnicy raczej przez niego przechodzą niż go przeskakują, ale woda jest prawdziwa — zimna, brudna od poprzednich przejść i — według jednego z uczestników — „śmierdząca czymś, czego nie chcę identyfikować”.

„Najgorszy moment mojego życia” — wyznał mi Tomasz Pełczyński, uczestnik konkurencji trzech tysięcy metrów z przeszkodami z ósmej edycji. „Biegnę, jest dwudzieste okrążenie, jestem już w transie, i nagle przede mną materializuje się ten plastikowy rów. Nie spodziewałem się go. Wbiegam w wodę, która sięga mi do kostek, potykam się o krawędź, upadam, a nade mną przelatuje kolejny zawodnik, który też nie spodziewał się rowu. Leżę w tej wodzie, patrzę w niebo i myślę: co ja robię ze swoim życiem?”

To pytanie — „co ja robię ze swoim życiem?” — jest prawdopodobnie najczęściej zadawanym pytaniem wśród uczestników Biegu Dookoła Walca. Odpowiedzi są różne, ale żadna z nich nie jest w pełni satysfakcjonująca.

VI. Trzystu szaleńców: portret zbiorowy

Kim są ludzie, którzy dobrowolnie zgłaszają się do biegu wokół metalowego walca, w tłumie trzystu innych osób, z płotkami wyskakującymi znikąd i rowami materializującymi się pod stopami? Przez lata prowadzenia wywiadów wyłonił mi się pewien wzorzec, choć — muszę zastrzec — wzorzec ten jest tak zróżnicowany, że samo słowo „wzorzec” wydaje się nadużyciem.

Pierwsza grupa to profesjonalni lekkoatleci — czynni lub emerytowani — którzy szukają nowych wyzwań po tym, jak standardowe konkurencje przestały ich ekscytować. Marcin Wróblewski, współzałożyciel całego przedsięwzięcia, jest tego najlepszym przykładem. „Mam brązowy medal olimpijski” — powiedział mi. „Wiem, jak smakuje sukces na najwyższym poziomie. Ale to było piętnaście lat temu. Człowiek potrzebuje czegoś nowego, czegoś, co znowu sprawi, że serce bije szybciej. Bieganie po walcu jest tak absurdalne, tak niepodobne do niczego, co robiłem wcześniej, że każdy start jest jak pierwszy raz.”

Druga grupa to amatorzy — entuzjaści biegania, którzy znudzili się maratonami, półmaratonami i biegami przełajowymi, i którzy szukają czegoś, co wyróżni ich z tłumu milionów innych amatorów. „Każdy może przebiec maraton” — powiedziała mi Karolina Wiśniewska, trzydziestodwuletnia księgowa z Poznania, uczestniczka konkurencji pięciokilometrowej. „Ale ile osób może powiedzieć, że przebiegło pięć kilometrów wokół metalowego walca, w tłumie dwustu innych osób, z płotkami wyskakującymi spod ziemi? To jest coś, o czym mogę opowiadać do końca życia.”

Trzecia grupa — i tu robi się interesująco — to ludzie, których przyciąga sam chaos. Nie sport, nie rywalizacja, nie nawet wyzwanie fizyczne, ale czysta, niezafałszowana anarchia startowania w tym samym momencie co trzysta innych osób, w konkurencjach o różnych dystansach, z przeszkodami obsługiwanymi przez wolontariuszy, którzy sami nie są pewni, gdzie i kiedy mają stanąć. „To jest jak życie, tylko bardziej” — powiedział mi Jacek Borowski, czterdziestoletni programista z Warszawy, uczestnik konkurencji pięćdziesięciokilometrowej. „W życiu też nie wiesz, co się wydarzy. W życiu też są przeszkody, które wyskakują znikąd. W życiu też musisz dzielić przestrzeń z ludźmi, którzy mają zupełnie inne cele niż ty. Ten bieg jest po prostu metaforą egzystencji, tyle że skondensowaną do kilku godzin i ograniczoną do przestrzeni o średnicy metra.”

Borowski, muszę dodać, jest jednym z niewielu uczestników, którzy ukończyli konkurencję pięćdziesięciokilometrową więcej niż raz — konkretnie trzy razy, z czego dwa razy na podium (drugie i trzecie miejsce). Jego najlepszy czas to jedenaście godzin i czterdzieści siedem minut, co oznacza prawie dwanaście godzin nieprzerwanego biegania po okręgu o obwodzie trzech metrów, czyli — jeśli ktoś chce to policzyć — ponad czterdzieści cztery tysięcy zmian kierunku w ciągu jednego biegu.

„Nie polecam tego nikomu” — powiedział mi Borowski, patrząc na swoje kolana, które — jak zauważyłem — lekko drżały nawet w spoczynku. „Ale sam będę to robił, dopóki ciało pozwoli. A może nawet trochę dłużej.”

VII. Wypadki i kontuzje: katalog katastrof

Każda edycja Biegu Dookoła Walca przynosi średnio siedemdziesiąt dwie kontuzje wymagające interwencji medycznej, czternaście transportów do szpitala i — jak dotąd — zero zgonów, co organizatorzy traktują jako powód do dumy, a ja traktuję jako statystyczny cud porównywalny z przetrwaniem meteorytu bez ewakuacji planety.

Najczęstsze kontuzje to skręcenia stawu skokowego (bieg po tak ciasnym okręgu wymaga ciągłego balansowania na krawędziach stóp), urazy kolan (siły boczne są brutalne), oraz — co może zaskakiwać — urazy głowy wynikające ze zderzeń z innymi zawodnikami. Gdy trzysta osób biegnie po torze, który wygodnie pomieściłby może dziesięć, zderzenia są nie tyle prawdopodobne, ile nieuniknione.

„Mamy własny punkt medyczny z trzema ratownikami i jednym lekarzem” — opowiadała mi dr Agnieszka Marek, lekarka dyżurna podczas dziewiątej edycji. „W normalnych zawodach sportowych to byłoby przesadą. Tu to jest absolutne minimum. W szczytowym momencie — około piątej godziny biegu, gdy wszyscy są już zmęczeni i nieuwaga sięga zenitu — mieliśmy sześciu pacjentów jednocześnie, z czego dwóch nieprzytomnych. Nie wiem, jak to opisać. To jest jak dyżur na izbie przyjęć w sylwestra, tylko bez alkoholu i z większą ilością błota.”

Błoto jest stałym elementem zawodów. Tor wokół walca, mimo że wyłożony specjalną nawierzchnią tartanową, zamienia się w błotniste pole po pierwszych trzydziestu minutach biegu — pot, woda z rowów, kurz i stopy kilkuset osób tworzą substancję, którą jeden z zawodników opisał jako „gęstą zupę o konsystencji betonowej zaprawy i zapachu szatni po treningu rugby”.

Najbardziej spektakularny wypadek w historii dyscypliny miał miejsce podczas siódmej edycji i przeszedł do legendy jako „Efekt Domina”. Zawodnik konkurencji pięciokilometrowej — Paweł Nowak z Krakowa — potknął się na krawędzi przenośnego rowu z wodą i upadł na tory biegu. Za nim biegło około czterdziestu osób, z których żadna nie miała czasu ani miejsca, żeby wyhamować lub ominąć leżącego. Następne siedem sekund zostało uchwycone przez wszystkie dwanaście kamer i jest dostępne na YouTube pod tytułem „Walec Run — Domino Effect (GRAPHIC)”, z ostrzeżeniem o treściach drastycznych.

Na nagraniu widać: Nowaka upadającego; następnego zawodnika potykającego się o jego nogi; kolejnych dwóch wpadających na poprzednich; i tak dalej, aż na torze leży stos około trzydziestu osób, z których niektóre próbują się wydostać, inne próbują wstać, a jeszcze inne po prostu leżą, czekając, aż chaos się skończy. Nad tym wszystkim przebiegają zawodnicy, którzy zdołali przeskoczyć stos — oraz zawodnicy, którzy nie zdołali i dołączają do stosu.

Efekt domina trwał dwadzieścia trzy sekundy. Dwunastu zawodników zostało przetransportowanych do szpitala. Nowak — sprawca całego zamieszania — złamał obojczyk i dwie żebra, ale przeżył i — co szczególnie mnie ujęło — zgłosił się do następnej edycji rok później.

„Nie mogłem odpuścić” — powiedział mi Nowak. „To było upokarzające. Upadłem na oczach tysięcy ludzi, spowodowałem karambol, trafiłem do szpitala. Musiałem wrócić i udowodnić, że potrafię ukończyć ten bieg.”

„I udowodniłeś?”

„Nie. Znowu się przewróciłem, tym razem na dwudziestym szóstym okrążeniu. Ale przynajmniej nikt na mnie nie wpadł.”

VIII. Analiza wideo: pięćdziesiąt godzin w ciemnym pokoju

Po każdej edycji zawodów następuje etap, który organizatorzy nazywają „Tygodniem Cierpienia” — okres od pięciu do dziesięciu dni, w którym zespół sędziów wideo analizuje nagrania, identyfikuje zawodników, liczy okrążenia i próbuje ustalić, kto właściwie wygrał.

Miałem okazję uczestniczyć w tym procesie jako obserwator podczas analizy dziewiątej edycji. Spędziłem w Pokoju Analiz łącznie dwanaście godzin — wystarczająco długo, by zrozumieć skalę przedsięwzięcia, i zdecydowanie zbyt długo dla mojego zdrowia psychicznego.

Proces wygląda następująco: każda z dwunastu kamer nagrywa w sposób ciągły przez cały czas trwania zawodów — w przypadku dziewiątej edycji było to czternaście godzin i dwadzieścia trzy minuty, licząc od sygnału startowego do momentu, gdy ostatni zawodnik konkurencji pięćdziesięciokilometrowej przekroczył linię mety (lub — jak w przypadku siedmiu osób — zrezygnował). Daje to łącznie sto siedemdziesiąt dwie godziny materiału filmowego, który należy przejrzeć, przeanalizować i zinterpretować.

„Nie oglądamy wszystkiego od początku do końca” — wyjaśniał mi Jakub Pęczak, przesuwając kursor na osi czasu jednego z nagrań. „Skupiamy się na kluczowych momentach: start, każde przekroczenie linii mety przez każdego zawodnika, momenty kontrowersyjne. Ale i tak jest tego za dużo. Za dużo ludzi, za dużo okrążeń, za dużo wszystkiego.”

Kluczowym narzędziem w arsenale sędziów jest oprogramowanie do rozpoznawania numerów startowych — system komputerowy, który automatycznie identyfikuje zawodników na podstawie numerów przypiętych do ich koszulek. Problem w tym, że numery — w tłoku trzystu osób, w błocie, w pocie, po zderzeniach — często są nieczytelne, zniszczone lub całkowicie oderwane.

„W dziewiątej edycji mieliśmy czterdzieści siedem przypadków zawodników, których numery były niemożliwe do odczytania przez więcej niż połowę biegu” — mówił Pęczak. „W takich przypadkach stosujemy metody alternatywne: rozpoznawanie twarzy, wzorce termiczne, analiza biomechaniczna chodu. Czasami po prostu musimy zgadywać. Nie mówię tego z dumą, ale tak to wygląda.”

Najbardziej kontrowersyjny wynik w historii dyscypliny dotyczył konkurencji pięćset metrów z piątej edycji. Dwóch zawodników — Maciej Dąbrowski i Konrad Szymański — przekroczyło linię mety w odstępie tak minimalnym, że kamery wysokiej szybkości (sześćset klatek na sekundę) zarejestrowały ich jako niemal idealnie synchronicznych. Analiza trwała trzydzieści dwie godziny. Na koniec sędziowie ogłosili remis — pierwszy i jak dotąd jedyny w historii Biegu Dookoła Walca.

„Byliśmy pewni, że jeden z nich musiał być pierwszy” — powiedział mi sędzia główny, Tadeusz Kania. „Ale im dłużej patrzyliśmy, tym mniej byliśmy pewni, który. Na klatce siedemnaście tysięcy czterysta dwadzieścia trzy Dąbrowski wydaje się być centymetr przed Szymańskim. Na klatce siedemnaście tysięcy czterysta dwadzieścia cztery jest odwrotnie. Fizyka mówi, że to niemożliwe. Ale nasze oczy mówią co innego. W końcu zdecydowaliśmy, że remis jest najbardziej sprawiedliwym rozwiązaniem — i najmniej narażonym na apelacje.”

Apelacje są zresztą stałym elementem krajobrazu po każdej edycji. Regulamin przewiduje procedurę odwoławczą, ale — jak przyznaje sam Kania — „procedura jest teoretyczna, bo dowody są takie, jakie są: chaotyczne, niekompletne i otwarte na interpretację”. W historii dyscypliny złożono dwadzieścia trzy oficjalne apelacje, z których uwzględniono jedną — i to tylko dlatego, że sędziowie pomylili dwóch zawodników o identycznych imionach i podobnej budowie ciała.

IX. Przyszłość walca: co dalej?

Bieg Dookoła Walca rośnie. Dziesiąta edycja, zaplanowana na lipiec przyszłego roku, ma przyciągnąć — według organizatorów — rekordowe czterysta zgłoszeń. Rozważane są nowe konkurencje: bieg wstecz, bieg z obciążeniem, bieg w parach (połączonych liną, co brzmi jak przepis na morderstwo, ale organizatorzy twierdzą, że „przeprowadzili testy”). Planowana jest również transmisja na żywo w jednej z platform streamingowych — negocjacje trwają, choć jak mi powiedział Podgórski, „platformy są zainteresowane, ale ich działy prawne mają ataki paniki na samą myśl o odpowiedzialności”.

Czy Bieg Dookoła Walca stanie się kiedyś dyscypliną olimpijską? Odpowiedź brzmi: prawie na pewno nie. World Athletics oficjalnie odmówiło uznania dyscypliny, wydając oświadczenie, które — w dyplomatycznym języku organizacji sportowych — można streścić jako „to jest szaleństwo i nie chcemy mieć z tym nic wspólnego”. Podobnie zareagowały federacje narodowe większości krajów.

Ale to nie powstrzymuje rosnącej społeczności fanów — i uczestników. Forum internetowe poświęcone dyscyplinie liczy ponad dwadzieścia tysięcy użytkowników. Hashtag #WalecRun jest regularnie w trendach w Polsce i — co zaskakujące — w Japonii, gdzie dyscyplina zyskała kultowy status po tym, jak japońska stacja telewizyjna wyemitowała godzinny reportaż z ósmej edycji.

„Nie zależy nam na uznaniu oficjalnych federacji” — powiedział mi Wróblewski, patrząc na walec, który lśnił w popołudniowym słońcu jak monument do ludzkiego absurdu. „Zależy nam na tym, żeby ludzie przychodzili, biegali, przeżywali coś niezwykłego. A to się dzieje. Coraz więcej ludzi chce tego doświadczyć. Coraz więcej ludzi rozumie, że sport nie musi być logiczny, żeby być wartościowy.”

„A co z bezpieczeństwem?” — zapytałem.

„Robimy, co możemy. Więcej ratowników, lepszy sprzęt medyczny, kamery termowizyjne. Ale nie oszukujmy się — to jest niebezpieczna dyscyplina. Zawsze będzie niebezpieczna. I myślę, że to jest część atrakcji. Ludzie chcą ryzykować. Chcą czuć, że żyją. A nic nie daje ci takiego poczucia życia, jak bieganie w tłumie trzystu osób wokół metalowego walca, z płotkami wyskakującymi znikąd i wodą pod stopami.”

Stałem tam, patrząc na walec — ten sam, który Henryk Podgórski kupił jako wadliwy produkt zakładów metalurgicznych w Nowej Soli, ten sam, który widział już tysiące zawodników, setki kontuzji, dziesiątki transportów do szpitala i zero zgonów — i zastanawiałem się, co to wszystko mówi o ludzkiej naturze.

Może to, że szukamy wyzwań nawet tam, gdzie ich nie ma. Może to, że chaos przyciąga nas bardziej niż porządek. Może to, że czasami najważniejsze jest nie wygrać, ale przetrwać. Albo może po prostu to, że ludzie są gotowi zrobić absolutnie wszystko — włącznie z bieganiem po okręgu o średnicy metra w tłumie trzystu innych osób — żeby poczuć, że są częścią czegoś większego.

Czego większego? Nie wiem. Ale następna edycja jest za dziesięć miesięcy. I — muszę to przyznać — rozważam zgłoszenie się do konkurencji stu metrów.

Bo co mi szkodzi? Maksymalnie kolana i godność. A jedno i drugie jest odbudowalne.

Prawdopodobnie.

Rozdział 4: Skok o tyczce na nartach

I. Narodziny niemożliwego: prolog w laboratorium

Są rzeczy, których nauka nie powinna robić. Są granice, których przekraczać nie należy. Są eksperymenty, po których uczeni budzą się w nocy zlani zimnym potem, zastanawiając się, czy przypadkiem nie otworzyli wrót do piekła. Historia, którą zamierzam opowiedzieć w tym rozdziale, dotyczy właśnie takiej granicy — przekroczonej z premedytacją, z entuzjazmem i z finansowaniem w wysokości dwustu siedemdziesięciu milionów dolarów, pochodzącym ze źródeł, które do dziś wolę nie identyfikować z obawy przed konsekwencjami prawnymi.

Zacznijmy od podstawowego pytania: czy można urodzić się z nartami zamiast stóp? Odpowiedź brzmi: nie, oczywiście że nie, to absurd biologiczny porównywalny z urodzeniem się z silnikiem odrzutowym zamiast płuc lub anteną satelitarną zamiast uszu. Ludzkie ciało jest produktem milionów lat ewolucji, a ewolucja — choć bywa kreatywna — nigdy nie wpadła na pomysł, by wyposażyć Homo sapiens w sprzęt narciarski jako standardowe wyposażenie kończyn dolnych.

Ale ewolucja jest powolna. Genetyka molekularna jest szybka. A ludzie — szczególnie ci z nieograniczonymi funduszami i ograniczoną moralnością — są niecierpliwi.

Projekt „Ski-Foot” narodził się w roku dwa tysiące siedemnastym, w prywatnym laboratorium genetycznym zlokalizowanym gdzieś w Alpach Szwajcarskich — dokładna lokalizacja jest tajna, choć nieoficjalne źródła wskazują na okolice kantonu Graubünden, gdzie przepisy dotyczące eksperymentów genetycznych są — nazwijmy to dyplomatycznie — elastyczne. Założycielem projektu był dr Heinrich Baumgartner, szwajcarski genetyk o reputacji geniusza i szaleńca w proporcjach, których nikt nigdy nie zdołał precyzyjnie określić.

„Heinrich był wizjonerem” — powiedział mi dr Klaus Richter, były współpracownik Baumgartnera, podczas naszej rozmowy w kawiarni w Zurychu. Richter mówił szeptem, rozglądając się nerwowo, jakby spodziewał się, że za każdą firanką czai się agent służb specjalnych. „Wizjonerem w tym sensie, że widział rzeczy, których nikt inny nie widział. Niestety, widział również rzeczy, których nikt nie powinien widzieć. Projekt Ski-Foot był… cóż, był kulminacją wszystkiego, co w Heinrichu było genialne i wszystkiego, co było przerażające.”

Dr Baumgartner — który zaginął w tajemniczych okolicznościach w roku dwa tysiące dwudziestym trzecim i którego los pozostaje nieznany — wyszedł z założenia, że tradycyjne podejście do sportów zimowych jest fundamentalnie błędne. Narciarze spędzają lata na doskonaleniu techniki, na budowaniu siły mięśni, na nauce równowagi — wszystko po to, by lepiej współpracować ze sprzętem, który jest im obcy, który muszą zakładać i zdejmować, który jest zewnętrznym dodatkiem do ich ciała.

„A gdyby narty były częścią ciała?” — pytał Baumgartner w swoim słynnym manifeście, opublikowanym w prywatnym obiegu w roku dwa tysiące osiemnastym. „Gdyby nie trzeba było się ich uczyć, bo byłyby tak naturalne jak ręce, jak nogi, jak oddychanie? Gdyby narciarstwo było nie umiejętnością, ale instynktem?”

Manifest ten — zatytułowany „Homo Skiensis: W stronę nowej ewolucji” — liczył trzysta czterdzieści siedem stron i zawierał szczegółowe opisy proponowanych modyfikacji genetycznych, harmonogramy eksperymentów oraz — co szczególnie mnie poruszyło — osobny rozdział poświęcony etyce, w którym Baumgartner argumentował, że „prawdziwa etyka polega na realizacji ludzkiego potencjału, nawet jeśli wymaga to przekroczenia granic wyznaczonych przez ograniczony umysł tradycjonalistów”.

Pierwsza kohorta genetycznie zmodyfikowanych osobników — Generacja Alfa, jak ich nazwano w dokumentacji projektu — przyszła na świat w roku dwa tysiące dwudziestym. Było ich dwanaście: sześć dziewczynek i sześciu chłopców, urodzonych przez surogatki rekrutowane w krajach o — ponownie — elastycznych przepisach dotyczących macierzyństwa zastępczego. Każde z tych dzieci urodziło się z modyfikacją, którą Baumgartner określał jako „podologiczną integrację narciarską” — ich stopy, zamiast normalnych kości śródstopia i palców, wykształciły strukturę kostno-chrzęstną przypominającą narty: wydłużoną, płaską, lekko zakrzywioną ku górze na końcach.

„Wyglądało to jak stopy płetwonurka, ale sztywne” — opisywał mi jeden z położników zaangażowanych w projekt, który zgodził się rozmawiać pod warunkiem absolutnej anonimowości. „Gdy pierwsze dziecko się urodziło i zobaczyłem te stopy… nie, te narty… wiedziałem, że przekroczyliśmy Rubikon. Że nie ma już powrotu.”

II. Wychowanie na stoku: dzieciństwo Generacji Alfa

Dwanaścioro dzieci z Generacji Alfa dorastało w kompleksie należącym do projektu — rozległym obiekcie zlokalizowanym w górach, składającym się z dormitoriów, sal edukacyjnych, laboratoriów medycznych i — przede wszystkim — krytych i otwartych stoków narciarskich dostosowanych do potrzeb ich unikalnej fizjologii. Dzieci były odizolowane od świata zewnętrznego, wychowywane przez zespół specjalistów obejmujący pediatrów, psychologów, trenerów sportowych i — co może zaskakiwać — filozofów, których zadaniem było „kształtowanie tożsamości nowej formy ludzkiej”.

Mam dostęp do fragmentów dzienników prowadzonych przez niektóre z dzieci — uzyskanych dzięki źródłu, którego nie mogę zdradzić — i muszę przyznać, że ich lektura jest doświadczeniem trudnym do opisania. Z jednej strony są to typowe zapiski dziecięce: obserwacje o pogodzie, komentarze o nauczycielach, skargi na jedzenie. Z drugiej strony — są to zapiski dzieci, dla których bieganie jest niemożliwe, chodzenie wymaga specjalnych podpórek, a jedynym naturalnym sposobem poruszania się jest ślizganie.

„Dziś widziałam film o dzieciach, które mają normalne stopy” — pisała jedna z dziewczynek, Freya, w wieku ośmiu lat. „Wyglądało dziwnie. Biegały, skakały, kopały piłkę. Zapytałam dr Schmidta, dlaczego moje stopy są inne. Powiedział, że jestem specjalna. Że zostałam stworzona do czegoś wielkiego. Ale czasami chciałabym po prostu pobiegać.”

Freya — której pełne imię brzmi Freya Magnusdottir, choć „Magnusdottir” to przydomek nadany przez projekt, a nie prawdziwe nazwisko biologicznych rodziców — jest dziś jedną z najlepszych zawodniczek dyscypliny, o której opowiada ten rozdział. Ma dwadzieścia cztery lata, wzrost metr siedemdziesiąt osiem, wagę sześćdziesiąt cztery kilogramy (nie licząc „nart”, które same ważą około trzech kilogramów każda) i rekord świata w skoku o tyczce na nartach wynoszący siedem metrów i dwadzieścia trzy centymetry.

Ale zanim doszło do rekordów, było dzieciństwo. Dzieciństwo spędzone na nauce czegoś, co dla normalnych dzieci jest naturalnym odruchem — chodzenia, utrzymywania równowagi, poruszania się w przestrzeni — ale co dla Generacji Alfa wymagało lat terapii, specjalistycznych urządzeń i nieustannej adaptacji. Bo narty zamiast stóp brzmią efektownie, dopóki nie uświadomisz sobie, że świat nie jest zaprojektowany dla ludzi z nartami zamiast stóp. Schody są niemożliwe. Dywaniki są śmiertelnie niebezpieczne. Parkiety, kafelki, wszystko, co jest gładkie — staje się lodowiskiem, po którym się ślizgasz bez kontroli.

„Nauczyłem się kochać śnieg, bo tylko na śniegu czuję się normalnie” — powiedział mi Erik Svensson, jeden z chłopców z Generacji Alfa, dziś dwudziestodwuletni. „W budynku jestem kaleką. Na stoku jestem bogiem.”

Ta dychotomia — kaleka w cywilizacji, bóg na śniegu — definiuje życie wszystkich dwanaściorga członków Generacji Alfa. I definiuje dyscyplinę, która powstała specjalnie dla nich: skok o tyczce na nartach.

III. Geneza dyscypliny: gdy ktoś zapytał „a co, jeśli…?”

Pomysł, by połączyć skok o tyczce z narciarskimi stopami Generacji Alfa, powstał — jak większość pomysłów w tej książce — przypadkowo. Był rok dwa tysiące dwudziesty drugi, trzeci rok życia dzieci z Generacji Alfa, i trenerzy sportowi przydzieleni do projektu szukali dyscyplin, w których ich podopieczni mogliby się realizować.

„Próbowaliśmy wszystkiego” — opowiadał mi Magnus Lindqvist, były trener narciarstwa alpejskiego ze Szwecji, który przez dwa lata pracował w projekcie. „Slalom, zjazd, skoki narciarskie, biathlon — choć bez biegów, oczywiście, bo biegać nie mogli. Wszystko działało, ale nic nie było spektakularne. Dzieci były dobre, ale nie genialne. Ich narty dawały im przewagę w kontroli, ale nie w prędkości czy sile. Potrzebowaliśmy czegoś innego. Czegoś, gdzie ich unikalna anatomia byłaby prawdziwym atutem.”

To „coś innego” przyszło w postaci przypadkowej obserwacji. Jeden z chłopców — Bjorn Eriksson, dziś dwudziestotrzyletni, mistrz świata w dyscyplinie — bawił się na sali gimnastycznej, używając drążka gimnastycznego jako podpórki do poruszania się. W pewnym momencie, dla zabawy, odepchnął się drążkiem od podłogi — i wyskoczył w powietrze znacznie wyżej, niż ktokolwiek się spodziewał.

„Jego narty zadziałały jak sprężyny” — wspominał Lindqvist. „Elastyczna struktura kostna w połączeniu z siłą odpychania od drążka… to było jak katapulta. Wyskoczył na wysokość może dwóch metrów, co nie brzmi imponująco, ale pamiętajmy, że miał wtedy trzy lata i nie próbował skakać — po prostu się bawił.”

Obserwacja ta uruchomiła serię eksperymentów. W ciągu następnych dwóch lat trenerzy i biomechanicy projektu testowali różne konfiguracje sprzętu i techniki, szukając sposobu, by maksymalnie wykorzystać unikalne właściwości narciarskich stóp. Ostatecznie doszli do konkluzji, która — retrospektywnie — wydaje się oczywista: skok o tyczce.

Tradycyjny skok o tyczce polega na tym, że zawodnik biegnie z tyczką, wbija ją w ziemię i używa jej elastyczności do wyrzucenia się w powietrze, by pokonać poprzeczkę zawieszoną na określonej wysokości. Kluczowe elementy to: prędkość rozbiegu, siła wbicia tyczki, technika przejścia nad poprzeczką. W przypadku Generacji Alfa rozbieg był niemożliwy — nie można biegać na nartach po tartanowej bieżni — ale okazało się, że można go zastąpić czymś innym: rozjazdem na stoku.

„Gdy zorientowaliśmy się, że możemy połączyć rozpędzenie na nartach z mechaniką skoku o tyczce, wszystko stało się jasne” — mówił dr Stefan Müller, główny biomechanik projektu. „Zawodnik zjeżdża ze stoku, nabierając prędkości. Na dole stoku jest specjalnie przygotowana strefa — płaska, ubita, z idealną nawierzchnią śnieżną. Zawodnik wbija tyczkę, wykorzystuje rozpęd i elastyczność swoich narciarskich stóp — które działają jak dodatkowa sprężyna — i wyskakuje w powietrze. Kombinacja tych elementów pozwala osiągać wysokości niemożliwe w tradycyjnym skoku o tyczce.”

Niemożliwe — to słowo, które przewija się przez całą historię tej dyscypliny. Niemożliwe było zmodyfikować ludzki genom tak, by stopy stały się nartami. Niemożliwe było wychować dzieci z taką modyfikacją. Niemożliwe było stworzyć dla nich sport. A jednak wszystko to się stało.

IV. Anatomia skoku: jak to właściwie działa

Pozwól, drogi czytelniku, że wyjaśnię mechanikę skoku o tyczce na nartach, bo bez tego zrozumienia dalsze opisy nie będą miały sensu — a chcę, byś w pełni docenił absurd i piękno tej dyscypliny.

Tradycyjny skok o tyczce opiera się na kilku kluczowych elementach fizycznych. Zawodnik biegnący z tyczką gromadzi energię kinetyczną. Gdy wbija tyczkę w skrzynkę (specjalne zagłębienie w ziemi), energia ta jest przekazywana do tyczki, która się ugina. Następnie tyczka prostuje się, oddając energię zawodnikowi w formie ruchu pionowego — jak sprężyna. Zawodnik wykorzystuje ten ruch, by wznieść się nad poprzeczką, po czym spada na materac.

W skoku o tyczce na nartach mechanika jest podobna, ale różnice są kluczowe.

Po pierwsze: rozbieg. Zamiast biegu po bieżni, zawodnik zjeżdża ze stoku narciarskiego o nachyleniu około trzydziestu stopni i długości stu metrów. Na końcu stoku osiąga prędkość znacznie większą niż najszybsi sprinterzy świata — średnio około stu kilometrów na godzinę, podczas gdy tradycyjni skoczkowie o tyczce osiągają maksymalnie trzydzieści pięć.

Po drugie: wbicie tyczki. W tradycyjnym skoku tyczka jest wbijana w skrzynkę — metalowe zagłębienie w podłożu. W skoku na nartach skrzynka jest zastąpiona specjalnie przygotowanym „gniazdem” w śniegu, wzmocnionym metalową konstrukcją ukrytą pod powierzchnią. Tyczki używane w tej dyscyplinie są dłuższe i sztywniejsze niż tradycyjne — mają od sześciu do siedmiu metrów długości i są wykonane ze specjalnych kompozytów kevlarowych, zdolnych wytrzymać siły znacznie większe niż standardowe tyczki.

Po trzecie — i tu dochodzimy do sedna — narciarskie stopy. Struktura kostno-chrzęstna, która zastępuje normalne stopy u Generacji Alfa, ma właściwości elastyczne. Nie są to sztywne deski, jak można by sądzić po nazwie „narty” — są to żywe tkanki, zdolne do uginania się i prostowania, magazynowania energii i jej uwalniania. Gdy zawodnik wbija tyczkę i zaczyna się wznosić, jego stopy uginają się pod naciskiem — a następnie prostują, dodając dodatkowy impuls pionowy.

„To jest jak mieć dodatkową parę sprężyn na końcach nóg” — tłumaczył mi Erik Svensson. „W momencie skoku czuję, jak energia przepływa przez całe ciało — od tyczki, przez ramiona, przez tułów, przez nogi, i na końcu przez stopy. Stopy dają ostatni impuls, ostatnie pchnięcie w górę. Bez nich skakałbym może metr niżej.”

Metr niżej — to różnica między siedmioma metrami a sześcioma. W świecie tradycyjnego skoku o tyczce rekord świata wynosi sześć metrów dwadzieścia cztery centymetry, ustanowiony przez Armanda Duplantisa. W świecie skoku o tyczce na nartach rekord wynosi siedem metrów dwadzieścia trzy centymetry — prawie metr więcej. I różnica ta jest bezpośrednią konsekwencją dwóch czynników: większej prędkości rozbiegu na nartach i elastycznych stóp-nart, które działają jak dodatkowy mechanizm katapultujący.

V. Zawody: jak wygląda konkurencja

Pierwsze oficjalne zawody w skoku o tyczce na nartach odbyły się w lutym dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku, na prywatnym stoku należącym do projektu Ski-Foot. Uczestniczyło dziesięć osób — dziesięcioro z dwanaściorga dzieci z Generacji Alfa, które osiągnęły wystarczającą dojrzałość fizyczną, by startować. Dwoje pozostałych — bliźnięta Marta i Mikkel Andersen — miało problemy zdrowotne związane z komplikacjami genetycznymi i nie zostało dopuszczonych do startu. Marta zmarła rok później w wyniku niewydolności narządów; Mikkel żyje, ale jest trwale niezdolny do uprawiania sportu.

„Nie wszystkie eksperymenty kończą się sukcesem” — powiedział mi dr Richter, gdy zapytałem o bliźnięta. „Heinrich wiedział, że będą ofiary. Kalkulował to od początku. Dwanaścioro dzieci, zakładając trzydzieści procent niepowodzeń, to osiem funkcjonalnych osobników. Wystarczająco, by stworzyć dyscyplinę sportową. Wystarczająco, by udowodnić koncepcję.”

Słowo „osobniki” — użyte przez Richtera bez ironii, bez cudzysłowu, jak termin techniczny — prześladowało mnie przez wiele nocy po naszej rozmowie. Ale wróćmy do zawodów.

Format konkurencji jest prosty. Każdy zawodnik ma trzy próby na każdej wysokości, zaczynając od wysokości bazowej (zazwyczaj pięć metrów) i zwiększając o dziesięć centymetrów po każdej udanej próbie. Zawodnik, który nie pokona poprzeczki w trzech próbach na danej wysokości, odpada. Wygrywa ten, kto pokona najwyższą wysokość. W przypadku remisu decyduje mniejsza liczba prób spalonych.

Ale sam format nie oddaje dramaturgii wydarzenia. Żeby ją zrozumieć, trzeba zobaczyć skok na żywo — lub przynajmniej na nagraniu, które można znaleźć w internecie, jeśli wie się, gdzie szukać, bo oficjalnie projekt nie udostępnia materiałów publiczności.

Zawodnik stoi na szczycie stoku, trzymając tyczkę. Stok jest stromy, śnieg idealnie przygotowany, powietrze mroźne. Na dole, może sto metrów dalej, widać strefę skoku — płaską przestrzeń, gniazdo na tyczkę, dwa słupy z poprzeczką zawieszoną na wysokości, która z tej odległości wydaje się absurdalnie wysoka.

Sędzia daje sygnał. Zawodnik rusza.

To, co następuje, trwa może dziesięć sekund, ale dla widza wydaje się wiecznością. Zawodnik zjeżdża, przyspieszając z każdym metrem. Tyczka jest trzymana poziomo, lekko uniesiona, gotowa do wbicia. Prędkość rośnie — pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, siedemdziesiąt, dziewięćdziesiąt, sto. Na końcu stoku zawodnik wbija tyczkę w gniazdo — dźwięk jest jak uderzenie młota w kowadło, głuchy i potężny — i zaczyna się wznosić.

Tyczka ugina się, potem prostuje. Ciało zawodnika wznosi się pionowo, nogi — te niezwykłe, wydłużone, płaskie nogi zakończone nartami — uginają się i prostują, dodając ostatni impuls. Na ułamek sekundy zawodnik zawisa w powietrzu, wysoko nad poprzeczką — tak wysoko, że wydaje się to niemożliwe, niezgodne z fizyką, sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 59.35