E-book
20.48
Konie & feng shui

Bezpłatny fragment - Konie & feng shui


Objętość:
215 str.
ISBN:
978-83-8189-119-6
Moją książkę dedykuję wszystkim koniom i ich ludziom: jeźdźcom, dżokejom, powożącym i trenerom.

Podziękowania

Wszystko zaczęło się od pewnej rozmowy ze znajomym lekarzem weterynarii Grzegorzem Chajęckim. Opowiadałam o moich studiach charakterologicznych pary jeździec-koń bazujących na feng shui. Zasugerował, abym napisała artykuł, może dwa i wydrukowała go w którymś z koniarskich magazynów. Napisałam, ale moje próby wydruku spełzły na niczym. Czy temat był zbyt science fiction, czy forma piśmiennicza zbyt uboga, czy moja determinacja zbyt słaba, aby zainteresować któreś z szacownych pism.

Był to czas, gdy najbardziej doskwierała mi depresja, a studiowanie feng shui pod okiem nauczyciela Remigiusza Senska, było jednym z panaceum na ten stan.

W huśtawce nastrojów, której podlegałam powróciłam do serialu, który wspomniał mój syn, i obejrzałam również następne sezony. „Tożsamość szpiega/Burn notice” jest świetnie wkomponowanym w krajobrazy Miami serialem akcji. Spalony szpieg bez środków do życia podnosi się z beznadziejnego położenia jak feniks z popiołów zawdzięczając odrodzenie własnej determinacji i pomocy oddanych przyjaciół. Przez osiem sezonów nieprzerwanie bawi i zaskakuje umiejętnościami dostosowania się do stale zmieniających się warunków. Co takiego jest w filmach o szpiegach, że tak przyciągają uwagę ludzi? Tajemnice, umiejętności radzenia sobie w każdych okolicznościach i oczywiście podejrzane koneksje rządowe. Ten serial był moim drugim panaceum na wszechogarniającą depresję. Studiując materiały dodatkowe zauważyłam, że jeden z aktorów z tego serialu zaczął lansować swoją książkę. Nabyłam książkę, przeczytałam oraz, aby zrozumieć ją w pełni, obejrzałam inne filmy, w których grał Bruce Campbell. Dotarło do mnie, że nie święci garnki lepią i, że ja również mam wystarczająco dużo materiału do napisania własnej książki. Aby poznać bliżej branżę, w której tak świetnie poczynał sobie Bruce, obejrzałam większość jego wywiadów i rozmów na temat powstania i znaczenia jego książki dla czytelników. Zaczęłam pisać własne dziełko.

Następne doświadczenia to kolejne próby pozyskiwania funduszy i wsparcia pomocnych ludzi. Jeżeli ma się zaplecze w postaci młodych ludzi np.: synów i interdyscyplinarnej kuzynki, na którą można liczyć w każdej sytuacji, trudno było nie pokusić się o samodzielne wydanie książki na portalu Ridero, który nazywają spiskiem pisarzy.

Pierwsze podziękowania składam na ręce ludzi, bez których ta książka by nie powstała. Z jednej strony mój nauczyciel mistrz feng shui Remigiusz Senska, a z drugiej źródło wszelkiego wsparcia moi synowie Michał i Janek oraz źródło dobrej nadziei moja kuzynka Danuta.

Aby zmaterializować marzenia korzystałam z kreatywnych pomysłów Dagmary Rybickiej-Rafalak, za co jej bardzo dziękuję.

Dziękuję również wszystkim znajomym za rozmowy, za konsultacje i za nowe pomysły, za wsparcie i zainteresowanie tematem zawartym w książce począwszy od doktora Grzegorza Chajęckiego, przez trenera i sędzię Zofię Górską, poprzez Alinę Kuleszyńską, moją przyjaciółkę Katarzynę Fehring, wieloletnią znajomą Anię Górską, znajomą z dawnych lat, którą poznałam na nowo Anię Weimann, alergolog moich synów Bogusławę Cimoszko, Jolę Glajzer, Dorotę Kałkowską-Pozarzycką, Olgę Trzosowską najbardziej medialną osobę w stajni, Przemysława Zająca wspierającego mój pomysł, Dariusza Młynarskiego i rozmowy o inteligencji, Piotra Frączka i rozmowy o biznesie i wszystkich innych rozmówców, z którymi prowadziłam dłuższe i krótsze dysputy.

Dziękuję również za sceptycyzm, to też było potrzebne.

Składam podziękowania za fachowe porady z branży wydawniczej dla Tomasza Żmuda-Trzebiatowskiego i Ewy Miłek.

Dziękuję wszystkim, którzy przekazali fundusze na powstanie tej książki za pośrednictwem portalu polakpotrafi.pl.

Składam podziękowania dla portalu Ridero za emocje towarzyszące tworzeniu książki.

Dziękuję fotografom zawodowym i fotografom amatorom za zdjęcia.

Specjalne podziękowania za słowa napisane w swojej książce i słowa wypowiedziane w wywiadach dla aktora Bruce’a Campbell’a. Swoją postawą życiową i wspaniałą grą aktorską oraz dystansem w podejściu do siebie stał się inspiracją do podjęcia przeze mnie trudu pisarskiego. Zaryzykuję stwierdzenie, że pomógł mi spełnić amerykański sen w Europie. Pozdrowienia od wiedźmy feng shui z Dortmundu.

Za pośrednictwem mojej książki chciałabym podziękować nieżyjącym już: Piotrowi Paszkowskiemu i Heniowi Szyszkowskiemu, którzy stanąwszy na mojej ścieżce ukształtowali koniarską osobowość i pomogli zobaczyć więcej. Aby ich wolny i niezależny duch korzystał ze swobody i wolności.

Prolog. Moja droga feng shui

Moja własna droga feng shui pozwoliła mi, nie tylko nie pogrążyć się w depresji po upadku osobistym i materialnym, który najwyraźniej został mi przeznaczony, ale również podnieść się i powstać jak feniks z popiołów. Droga ta pozwoliła mi odnaleźć ścieżkę dostępu do tajemnic umysłów jeźdźców i ich rumaków i napisać tą książkę o ich relacjach partnerskich. Jest to dziedzina tak może odległa i nigdy do tej pory nierozważana, przez współczesnych mistrzów feng shui, mimo że klucz do rozwiązania i do poznania jest w zasięgu ręki, a dwa gatunki, ludzie i konie, współpracujące ze sobą od wielu wieków jeszcze bardziej się do siebie zbliżyły przechodząc z namiotów ludzi pustyni do naszych stajni.

Jeżeli komuś się wydaje ze feng shui to panaceum, jakiś rodzaj talizmanu na szczęście odpowiem, że feng shui pomoże pokonać, przejść i przebrnąć okres, w którym nasze problemy zdrowotne lub finansowe będą nas przytłaczać. Otworzy oczy na cykliczność wydarzeń i pokaże, że to, co nam w aktualnym momencie, wydaje się stanem beznadziejnym można przekuć, wykorzystać czy zamienić w początek czegoś nowego lub początek innej drogi życia.

Dla mnie studiującej relacje partnerskie ludzi i koni, feng shui połączyło wiele wątków dotyczących tych wspaniałych zwierząt i odcisnęło piętno na mojej własnej drodze feng shui. Być może takie połączenie świata mistrzów chińskich i świata jeździeckiego nie wszystkim odpowiada, ale dla mnie oba światy przenikają się nawzajem. Poprzez relacje końsko-ludzkie żywioły feng shui stają się dla mnie bardziej zrozumiałe, reprezentatywne, bliższe. Dostrzegam łatwiej cykliczność i oddziaływanie roczne feng shui wędrujących gwiazd i ich wpływ na zdrowie, kondycję i psychikę wierzchowców, a przez to również ich jeźdźców.

Aby pokazać związki przyczynowo-skutkowe jakim poddaje nas przeznaczenie, sugerując że każde niepowodzenie może być początkiem nowej drogi, chciałam wspomnieć opowieść, którą znalazłam w książce Barbary Antonowicz „Tarot intuicyjny Arkana Wielkie”.

W pewnej wsi żył bogaty gospodarz, który jako jedyny posiadał konia do ciężkich prac polowych. Inni mieszkańcy wsi przychodzili do niego i gratulowali mu szczęścia. Odpowiadał Być może…. Pewnego dnia koń uciekł. Mieszkańcy odwiedzili go współczując mu nieszczęścia. Odpowiedział Być może…. Za kilka dni koń wrócił i przyprowadził dwa dzikie konie. Mieszkańcy wsi pospieszyli z gratulacjami na jego szczęśliwy los na co odpowiedział Być może …. Kolejnego dnia, jego syn, ujeżdżając jednego z nowych koni złamał nogę. Mieszkańcy przyszli ze współczuciem. Odpowiedział Być może …. Za tydzień do wioski przyszli żołnierze rekrutować młodzieńców. Tylko syn gospodarza pozostał bo miał złamaną nogę. I znowu mieszkańcy wsi, nie mogąc nie zauważyć jego szczęścia, gratulowali mu. Filozoficznie odpowiedział Być może ….

1. Konie Ogniste

Boże mój, Boże mój daj konia,

 niech mu mięśnie zagrają pode mną,

Niech wiatr w twarz spokój da, ukojenie,

 Panie spraw bym nie prosił daremno.


Panie mój, Boże mój daj konia,

 niech mnie niesie w nowe przeżywania,

Chociaż strach bierze mnie w ramiona,

 czy mi starczy sił do dziękowania.

Nefrytowy Cesarz posiadał w swojej niebiańskiej menażerii posłańca. Był to wspaniały, dumny i wyniosły okaz Konia z parą pierzastych skrzydeł, zdolny poruszać się po niebie, ziemi i wodzie. Pewnego razu, gdy niósł wiadomość dla Smoka, króla Wschodniego Morza, został zatrzymany przy bramie przez strażników. Z wściekłości i niecierpliwości zabił jednego z nich. Za ten postępek został osądzony i skazany na obcięcie skrzydeł i zamknięcie pod górą. Po dwustu latach nieopodal góry przechodził przodek człowieka i uwolnił Konia z jego więzienia. Od tamtej pory Koń służy człowiekowi.

Chociaż Nefrytowy Cesarz pozbawił dumnego rumaka skrzydeł, my ludzie wyczuwamy ich zalążki, ich ideę. Koń w naszych snach ma postać Pegaza. Marzymy, by oderwał się od ziemi i spełnił wszech-wieczny, człowieczy sen o lataniu w przestworzach. Koń w galopie wygląda jakby nie dotykał ziemi kopytami. Cwał tak miękki, że wierzchowiec zdaje się płynąć w powietrzu, tak szybki i obszerny, że każda noga zdąży postawić swoje kopyto, tak absorbujący, że upajamy się demonem ruchu, tak lekki, że ziemia umyka spod nóg, a sklepienie horyzontu zdaje się przybliżać w ogromnym pędzie.

Podziękujmy pierwszemu człowiekowi, który oswoił i dosiadł wierzchowca, czyniąc go partnerem doli i niedoli, swoich wzlotów i upadków, człowiekowi, który wyrwał to szlachetne zwierzę z niewoli i wstawił się u Nefrytowego Cesarza, aby Koń stał się jednym ze znaków chińskiego zodiaku.

Podstawowym żywiołem Konia jest Ogień. Wiemy, jak łatwo podsycić ogień w pożogę lub stłamsić i zdusić w zarodku. Wydawałoby się, że te emocje są zarezerwowane tylko dla ludzi, ale nasze ogniste konie zazwyczaj przesadnie reagują na bodźce. Zwyczajny przestrach wytrąca je z toku pracy i trudno im się skupić na wymaganiach jeźdźca. Niecierpliwość tak dobrze znana wszystkim jeźdźcom i miłośnikom koni — tupanie, grzebanie przednim kopytem. Pytanie zadawane całym ciałem, całym jestestwem konia czy już …?, czy już możemy …?, czy już możemy galopować?. Młode konie, którym galop pozwala wykrzyczeć swój strach, swoje niezadowolenie z jeźdźca i siodła i współpracować z człowiekiem na grzbiecie.

Ogień galopu, galopu który pobudza narządy w końskim ciele i rozżarza każdą kroplę krwi. Wiele koni jeszcze długo po biegu, po wyścigach z wiatrem nie może się uspokoić.

Ogniste rumaki w rydwanach wojowników jako partnerzy walczący po zawsze dobrej stronie. Ogniste bachmaty Berberów przemierzające rozżarzone, piekielne piaski pustyń. Rumaki wojowników Chyngis-chana wiozące na grzbietach nieokrzesanych barbarzyńców.

Cwałujące konie husarzy spod Wiednia, szwoleżerów spod Samosierry, czy innych mniej znanych miejsc, dzielące los ludzi, dla których podjęły szarżę. Sekundy, minuty czasu rzeczywistego wydają się wiecznością dla pędzących w bitewnej ekstazie kawalerzystów.

Odwaga jeźdźców, determinacja połączona ze ścigłością, ogniem bachmatów, partnerów tych samobójczych akcji. Szarża, ulotna chwila, w której wydaje się, że cwałujące kopyta naszych rumaków zmienią historię, wydrą bogom wpływ na losy nasze, choćby w tak mizernej perspektywie czasowej jak 100—200 lat.

I współczesne konie wyścigowe, których wyrzeźbione sylwetki pozowały posągom, niecierpliwiące się w boksach startowych.


Sama urodziłam się w roku Konia Ognistego. Moje własne, często przesadne reakcje na to, co mnie spotkało w życiu, niecierpliwość i duma, trudność przełknięcia porażek oraz ogień godny Feniksa, który pozwala zacząć od nowa, przyzywają postać i charakter Konia, który w tym moim wcieleniu objął w posiadanie moje emocje, moje odczucia i moje reakcje. Nie bez przyczyny całe moje życie chciałam umieć, mieć możliwość poruszania się po niebie, ziemi i wodzie. Od początku kochałam swobodę, jaką daje możliwość przemieszczania się. Uwielbiałam podróżować pociągiem i patrzeć, jak ziemia przesuwa się w oknie, brał mnie we władanie demon ruchu i prędkości. Mogłam jechać z misją, poleceniem nawet na koniec Polski. Oczywiście na bliższe odległości liczne wyprawy rowerami, motorynką, później motocykle i samochody. Samochodem najlepiej podróżowało się w nocy. Pojazd, szosa i ja oraz nieliczne, inne, w tamtych czasach, wehikuły. Aby skutecznie podróżować po wodzie zaczęłam pływać na jachtach, a później na desce windsurfingowej. Jak przyjemnie czuć deskę w ślizgu. Jeszcze chwila i poszybujesz, oderwiesz się od tafli wody lub wielkim łukiem wpadniesz w żagiel, gdy zgubisz wiatr. Aby dopełnić umiejętności i oswoić następny żywioł — powietrze, w którymś momencie mojego życia zaczęłam skakać ze spadochronem (dla mniej zorientowanych — to tańsza forma pobytu w przestworzach) oraz udało mi się załapać na przelot szybowcem i motolotnią.

Wszystkie te sposoby poruszania się przy pomocy, mniej lub bardziej uosobionych przez nas ludzi, maszyn są tylko namiastką prawdziwego pokonywania przestrzeni, którego można doznać jedynie na grzbiecie wierzchowca. Konie, o które był zazdrosny, ojciec moich dzieci, zawsze zajmowały wysokie miejsce w moim życiu. Na początku pierwsze, a po urodzeniu dzieci, drugie. Wierzchowce, ich żywotność i piękno, swoboda łączyły się w jedno z odczuciami i estetyką mojej własnej duszy.

Konie są tak elektryzującym i ekscytującym, nie tyle sportem co stylem, sposobem życia, że znajomy, który, jak sam powiedział, wyleczył się z tego nałogu dawno temu, zaproszony przeze mnie na krótką przejażdżkę po lesie, odmówił, bojąc się znowu zacząć, aby nie wsiąknąć w konie ponownie.

Wierzchowiec pode Mną/pod Tobą, czekający na sygnał dzwonka, na pozwolenie aby przyjąć tempo parkurowe. „Czy jesteś gotowa/gotowy oddać mi kontrolę nad prędkością?” „Pokaż kierunek i przeszkody, usiądź spokojnie i podążaj za mną, ja zrobię resztę.” Nie ma czasu, ani przestrzeni, są przeszkody i koń, który lata nad nimi a Ja/Ty mamy wrażenie że poruszamy się na czterech, a nie na dwóch nogach.

To zdarza się tylko nielicznym z nas jeźdźców. Doznanie połączenia z koniem, połączenia takiego, że zdaje ci się, że poruszasz się na czterech nogach, że siedząc stanowisz jedność ze swoim wierzchowcem, że nie krępujesz jego ruchów w pędzie, a jego grzywa delikatnie muska twoją pochyloną nad jego szyją twarz, że żywa tkanka krwi dociera też do twoich żył i każdą cząstką istnienia dopełniasz istnienie rumaka-przyjaciela, rumaka-druha i partnera, rumaka wyzwoliciela od czasu i przestrzeni. Jeżeli doznajesz takich uniesień, zaczynasz się zastanawiać, czy twój koński partner ma duszę, zdolną doznawać przyjemności płynącej z pędu, lotu pomiędzy drobinkami przestrzeni i okruchami czasu.

W tak niezwykłych momentach wydaje ci się, że wyczuwasz skrzydła, które zaniosą cię w inny wymiar czasoprzestrzeni lub, jak mówią inni, do bram raju.

Chyba tylko koń, zasłużył na honor śmierci przez strzał w głowę, w chwili gdy nie było szansy na uratowanie jego życia. Przychodzą mi na myśl sceny z filmu Honor Kawalerzysty/In Pursuit of Honor (1995) i idea utylizacji niepotrzebnych już armii zwierząt, na rzecz bezdusznych, acz nowoczesnych pojazdów. W ostatnich kadrach filmu trąbka sygnałówka i kilku odważnych, niesubordynowanych kawalerzystów podrywa konie do cwału przez graniczną rzekę pomiędzy USA a Kanadą, ostatniego rozpaczliwego wysiłku koni, który ratuje im życie.

Trąbka sygnałówka podrywała do biegu wiele pokoleń koni, koni ufnych, koni posłusznych i wiernych, które swoim udziałem zapewniły sobie miejsce w historii ludzkości.

Wiele ognistych rumaków, skazanych przez emocje ludzkie na emeryturę, wysłanie na łąki poza ekscytację i adrenalinę wyjazdów, poza sygnał startowy dzwonka, atmosferę zawodów, czyniły życie koni sportowych niepotrzebnym, nudnym na tyle, aby bardzo szybko wycofać się w cień, odejść w ciemność. Szanujmy nie tylko to co wydaje nam się emocjonalnie dobre dla konia, ale to co jemu jest potrzebne; pęd galopu, wiatr rozwiewający grzywę czy współpraca z człowiekiem do końca.


Koń z krwi i ciała, wspaniały Wierzchowiec, ognisty Dzianet, pustynny Bachmat splata się nierozerwalnie w jedno, z Pegazem natchnionych poetów, ze skrzydlatym Koniem Nefrytowego Cesarza, z Koniem z chińskiego zodiaku, z Cienistogrzywym z trylogii Tolkiena, Mówiącym Koniem z Narnii, z Koniem, który unosi Nas w świat marzeń, pragnień i snów.

2. Konie Współczesne

Konie wybaczają nam emocje, nie wybaczają braku konsekwencji.

W maju 2016 roku uczestniczyłam w kursie feng shui. Zgłębiając tajniki powstawania właściwych relacji międzyludzkich opartych, nie tylko na związkach nam przeznaczonych, lecz również na trwałości tych związków w przeciągu czasu, doszłam do wniosku że podobne relacje mogą zachodzić również w przypadku naszych końskich partnerów.

Dosiadałam w swoim życiu około 300 koni, z niektórymi rozumiałam się gorzej z innymi lepiej. Były to konie uczniów dosiadane na chwilę, konie na których jeździłam parę lat oraz młode konie lub konie z problemami przygotowywane na sprzedaż. Niektóre wierzchowce są w stanie prawie odgadnąć nasze myśli i mamy wrażenie, że jeżdżąc na nich posługujemy się, jeżeli nie telepatią to empatią na wysokim poziomie. I to nie tylko nasze umiejętności są za to odpowiedzialne, ale również zgranie temperamentów, potrzeb i oczekiwań.

Wydaje się, że to tylko my wpływamy na naszego wierzchowca i uczymy go przyporządkowaniem, konsekwencją, powtarzalnością ćwiczeń i dyplomacją, ale to tylko połowa prawdy. Nasz wierzchowiec wpływa też na nas dopełniając nasze emocje, wrażenia, pasje i marzenia.

Dlaczego konia można oceniać w oparciu o techniki zarezerwowane do tej pory tylko dla ludzi? Uważam że w chwili obecnej, w Europie, konie są hodowane i utrzymywane w mniejszych stadach niż dawniej. Ich relacje z członkami własnego końskiego stada, w którymś momencie są przekazywane na stado typu: człowiek, pies, kucyk, kot lub koza, inny towarzysz koński w boksie obok lub na wybiegu obok. Znika gdzieś więź stada ściśle końskiego na rzecz stada mieszanego. I tak jak pies, istota o mniejszej pojemności mózgu od małpy, a co za tym idzie i mniejszej inteligencji, przebywając z człowiekiem, rozwinął potrzebne umiejętności do pełnej współpracy i zrozumienia nawet ludzkich reakcji emocjonalnych, tak powoli i konie przebywając wśród ludzi przystosowały się do zmieniającej się rzeczywistości.

Obserwując konie, jakże często można zauważyć, że nie płoszą ich wytwory cywilizacji, maszyny, podnośniki, pługi śnieżne, lecz na przykład stadko kaczek zrywające się do lotu ze stawu. Można by rzec, że konia w obecnych czasach bardziej płoszy dzika przyroda niż zdobycze cywilizacyjne człowieka.

Powracając myślami do lat nastoletnich, która z amazonek nie wspomni jak przychodziła z problemami, do boksu ulubionego wierzchowca i siedziała tam godzinami, mając wrażenie, że on rozumie jej rozterki, jej wahania lepiej niż ktokolwiek inny na świecie.

W związku z tym, że konie zaczęły zajmować miejsce do tej pory zarezerwowane dla psów, możemy mówić nie tylko o użytkowaniu wierzchowców, ale również o relacjach końsko-ludzkich.

Monty Roberts próbując nam ukazać i przekonać nas do korzystania z końskiego języka, nie jest w stanie przełamać europejskiej tradycji przemawiania, szczebiotania i rozmowy z koniem, w stylu, w którym przemawialibyśmy do małego dziecka. Bardzo często amazonki, rzadziej jeźdźcy, traktują swoje rumaki jak dzieci, których im brakuje, lub które już dorosły.

Wydawać by się mogło, że konie nie rozumieją, co się do nich mówi i to co w Europie jest normalne: rozmawiamy z koniem, w USA jest źle widziane. W Stanach Zjednoczonych nie rozmawia się z koniem.

W czasie gdy pracowałam w Niemczech przy koniach, poznałam projektantkę mebli, która opowiedziała mi historię jednego, ze swoich czterech ogierów, przywiezionego z Rosji. Koń ten po przywiezieniu do Niemiec, bardzo dziwnie przekrzywiał głowę, gdy w jego obecności rozmawiała ze swoim niemieckim trenerem, tak jakby tym sposobem, usiłował zrozumieć o czym oni mówią po niemiecku. Wyprowadzając go następnego dnia na karuzelę, wypowiedziałam do niego parę słów po rosyjsku, a on zareagował, tak jakby obudził się na chwilę i chciał powiedzieć mów do mnie jeszcze w tym języku.

Spotkałam również inną sytuację. Pewna, nowo przywieziona do stajni, roczna klaczka próbowała posłużyć się końskim językiem i powiedzieć współtowarzyszom stajennym, że jest tylko małym, niegroźnym roślinożercą. Dorosłe konie nie chciały z nią współpracować, ignorowały ją, jakby nie rozumiały co ona chce im powiedzieć, okazywały duże niezadowolenie i brak zrozumienia. Niektóre pokazywały agresję, tuląc uszy i odsłaniając zęby.

Jedna z bliżej mi znajomych klaczy, pochodząca z Niemiec, gdy jej oczekiwania i duma, były urażone propozycjami współpracy z człowiekiem, odwracała się do okna jakby chciała powiedzieć: „obraziłam się, język polski jest niewskazany, mów do mnie po niemiecku”

Jeżeli nasz wierzchowiec pochodzi z innych, europejskich środowisk językowych, po jakimś czasie przyzwyczai się do naszego szeleszczącego narzecza, ale mogę zagwarantować, że jeżeli chcemy go nagrodzić lub zdyscyplinować słowem, najlepiej użyć języka kraju, w którym się urodził, oczywiście z odpowiednim akcentem.

Tak jak, my sami, wyznając miłość tą jedyną, tą prawdziwą, wiemy że tylko słowo w języku ojczystym niesie całą pełnię emocji, wrażeń, odczuć i marzeń, tak nasze rumaki mają szybszą, często emocjonalną reakcję na słowo znane od źrebaka.

Czy tylko fenomenalna pamięć czyni konia w naszych oczach bardziej inteligentnym niż jest? Marlitt Wendt opisuje miniaturowe koniki, które świetnie się sprawdzają jako przewodnicy niewidomych, w zadaniach do tej pory zarezerwowane wyłącznie dla psów. Wielu z nas, zdarzyło się zabłądzić na przejażdżce w lesie. Wystarczyło wtedy poluzować wodze, by koń sam odnalazł drogę do domu.

Nie posądzamy naszych koni o zdolności aktorskie ale jednak… Pewna klacz była nastawiona wrogo i agresywnie do ludzi dorosłych i ich żądań. Mój pierwszy kontakt z nią skończył się boleśnie. Gdy tylko odwróciłam się na moment otrzymałam cios powyżej pasa i bolesne ugryzienie w łopatkę. Chcąc zachować resztki godności oraz pozycję alfa w stadzie, oddałam pięknym za nadobne, szybko i bez wahania ukarałam klacz. Od tamtej pory, gdy klacz miała do mnie jakiekolwiek pretensje, odwracała się do ściany i kłapała zębami w powietrzu. Ta sama klacz przechodziła metamorfozę w kontaktach z dziećmi. Była najlepszym koniem do początkowego instruktażu i prób jazdy konnej dla najmłodszych adeptów sztuki jeździeckiej. Jej normalnie, w kontaktach z dorosłymi, stulone uszy, zmieniały pozycję o 180 stopni. Tworzyły coś na kształt rogów, wysuniętych do przodu, aby nikt, nawet na chwilę, nie posądził jej o jakiekolwiek niecne lub bolesne zamiary. Ona wiedziała, że tylko pokazując minę niewiniątka, będzie mogła korzystać ze wszystkich smakołyków przyniesionych w nadmiarze przez dzieci. Przysmaki te wyjmowała delikatnie wargami z dziecięcych rączek.

Klacz po zakończeniu wyjazdowej pracy z dziećmi, rżała do każdej przejeżdżającej przyczepy wyglądającej jak bukmanka, gotowa bez żadnych problemów skorzystać z tego środka transportu, aby wrócić do stajni.

Inny znajomy wałach już wchodząc na parkur pokazywał, jak ukończy jego przebieg. Jeżeli, wchodząc na plac z przeszkodami, dumnie prostował głowę, naprężał sylwetkę i prezentował podniesiony ogon, pewne było, że ukończy parkur bez zrzutek. On chłonął uznanie i poklask tłumów, uwielbiał być podziwianym i pożądanym. Świetnie bawił się na arenie międzynarodowych zawodów. Na równi ze swoim jeźdźcem czuł atmosferę wielkiego sportu i uwielbienie spragnionej igrzysk gawiedzi.

Opisane przykłady zachowań koni wskazują, nie tylko na mocną więź łączącą je z ludźmi, ale również na zaobserwowanie przez konie mechanizmów jak, są one postrzegane przez człowieka i wykorzystanie tej wiedzy na swoją korzyść.

Wszyscy opisujący inteligencję konia, porównują ją do inteligencji ludzkiego dziecka na poziomie, zależnie od autora, od 1.5 roku do 3 lat. Ci którzy mieli i konie, i dzieci wiedzą jak trzeba zabezpieczać szafki, szafeczki, półki, półeczki, elektryczne gniazdka i paki z owsem przed niepohamowaną ciekawością małych i dużych szkodników. A sceny terroru odgrywane przez naszych milusińskich w sklepach, przed półkami z zabawkami można porównać z, wyrażaną tupaniem i grzebaniem nogą, zazdrością naszego jednego wierzchowca o przysmaki podawane drugiemu.

Ciekawy przykład dwuletniej klaczki, która od urodzenia pije, chłepcząc wodę językiem jak pies i innej wiekowej klaczy, która niewątpliwie poznała zasady hydrauliki, gdyż jeżeli z jakichś przyczyn mechanicznych jej poidło utraci język, ona potrafi nacisnąć zawór swoim własnym zębem, i w ten sposób je napełnić.

Wnioski z powyższych przykładów proszę wyciągnąć samodzielnie. Tak jak u ludzi, tak u koni trafiają się osobniki bardziej lub mniej inteligentne, łatwiejsze lub trudniejsze w treningu i w codziennej obsłudze. Ta końska inteligencja, lub jak mówią inni, empatia daje mi podstawy do zastanawiania się nad relacjami końsko-ludzkimi i porównanie ich do związków międzyludzkich, ponieważ sami niejednokrotnie przekraczamy granice międzygatunkowe i traktujemy nasze wierzchowce, tak jak gdyby były ludźmi.

Z jednej strony przypisujemy naszemu wierzchowcowi ludzkie zalety i wady, często zbyt pochopnie oskarżając go o działanie pod wpływem złośliwości, o premedytację i wręcz taktyczne działania na ludzką szkodę, najczęściej nazwane przez koniarzy: „bo on/ona taka jest…” Z drugiej strony odmawiamy mu praw i nie liczymy się z jego emocjami i uczuciami. Najczęściej ma to postać emocjonalnego podejścia, pocałunku w pysk i hasła wypowiadanego najczęściej przez amazonki: „Pańcia kocha”, by za chwilę, gdy nie spełni oczekiwań i nie sprosta zbyt trudnemu treningowi, przekształcić je w hasło: „Pańcia nienawidzi” i skazać sportowego konia na karę monotonii i powtarzalności użytkowania przez szkółkę, aby spokorniał.

I nawet jeżeli nasze frustracje w kontakcie z koniem, temperament, emocje i siła reakcji na bodźce, nie są dostosowane do pary koń-człowiek i pokazują, jakbyśmy jeździli za karę, to nie jest to bez przyczyny leżącej w naszym przeznaczeniu. Coś nas bardzo przyciąga do tego szalonego rumaka, tak jakby życie chciało nas czegoś nauczyć lub wpłynąć na naszą osobowość, zmieniając nasz punkt widzenia lub jakieś cechy naszego charakteru.

Relacje tego typu opisuje autor w książce „Zaklinacz koni”: "...kobiety...kupowały...dzikie, drogie konie i śmiertelnie się ich bały. Szukały czegoś, co pomogłoby im pokonać ten strach, a może strach w ogóle. Mogły równie dobrze wybrać latanie na lotniach, górskie wspinaczki albo zapasy z rekinami...ale… wybrały jazdę konną.”

Każdy z nas, na pewno w swoim życiu poznał lub pozna taką osobę, i często zastanawiamy się dlaczego ta osoba, trwa w tej relacji z koniem.

Zachęcam do ponownego przeczytania książek „Zaklinacz koni” oraz „Człowiek, który słucha koni” jako podstawowej lektury do lepszego poznania psychologii koni oraz do własnych przemyśleń i rozważań o doświadczeniach przeżytych z końmi, na bardziej chłodnej, racjonalnej a nie emocjonalnej płaszczyźnie postrzegania.

Po opadnięciu emocji, możemy zastanowić się nad oddziaływaniem przyczynowo-skutkowym w zaistniałych sytuacjach, i nie do końca wyjaśnionych zachowaniach końskich, i nie zakładać, że to my mamy problem z koniem, bo może jest dokładnie odwrotnie.

3. Konie w Numerologii

Wszystkie historie opisane w poprzednim rozdziale wskazują, z jednej strony na coraz większą zażyłość naszych koni z nami, ale z drugiej strony, również na silne działanie przeznaczenia, stawiające na naszej drodze właśnie te, a nie inne wierzchowce. Przeznaczenie i karma to dziedziny, którymi zajmują się mistrzowie feng shui zgłębiając zawiłości relacji partnerskich w świecie ludzi. Dlaczego nie spróbować zastosować tej wiedzy również do naszych odniesień końsko-ludzkich.

Ktoś może powiedzieć, że numerologia nie dotyczy koni. Michał Wierusz-Kowalski w swoim artykule o koniach „pijących wiatr” powołuje się na starą beduińską legendę, według której Allach stworzył konia z tchnienia wiatru południowego, a prorok Mahomet uznał konia za niezbędnego towarzysza do obrony wiary islamskiej. Dla niezorientowanych, w islamie koń jest zwierzęciem wyższym, a pies i małpa są traktowane na równi z nieczystą świnią.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.