E-book
15.75
drukowana A5
91.39
Kompania bez Imienia

Bezpłatny fragment - Kompania bez Imienia

tom 2


Objętość:
632 str.
ISBN:
978-83-8467-830-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 91.39

Dziennik: przygotowania

Przygotowania przebiegają pomyślnie, jednak dużo wolniej, niż przypuszczałem. Tak wielu chce upadku Dowódcy i wymazania z kart historii Kompanii bez Imienia raz na zawsze, jednak tak niewielu jest gotowych zaryzykować i pomóc mi w moich działaniach. Ludzie w większości są zwykłymi oportunistami. W tej masie są jednak i tacy, którzy nie boją się podjąć walki. Staram się ich wyszukiwać, jednego po drugim. Dobrze się ukrywają, to trzeba im przyznać. Z drugiej jednak strony, czy nie właśnie tego teraz potrzebuję? Dyskrecji i przebiegłości?

Pojąć nie potrafię, w jaki sposób Kompania bez Imienia jest w stanie dalej funkcjonować. Tam nic nie jest zorganizowane tak, jak powinno, a jednocześnie wszystko działa tak, jak należy. Abominacja tak samo niebezpieczna jak Czarny Mag. Jestem całkowicie przekonany, że gdyby tak funkcjonowały inne najemne bandy, żadna z nich nie byłaby w stanie wykonać choćby jednego zlecenia. Dlaczego ludzie Dowódcy są inni? Co ich wyróżnia?

Mój umysł nie potrafi odnaleźć spokoju. Noce stały się walką słabości ciała, które domaga się snu, z głową pełną galopujących myśli. Wiem, że niepokój wywołany jest opóźnieniami w dostawie potrzebnych mi części. Budowana przeze mnie pułapka jest niemal gotowa, ale… No właśnie. Zawsze jest jakieś „ale” i zawsze jest niepewność, na którą nie mogę sobie teraz pozwolić. Posłałem po kadzidło nasenne z samych Atoli. Muszę się wyciszyć, muszę się też porządnie wyspać.

Wrócę jednak do samej kwestii przygotowań. Wykorzystując kilka zaległych przysług, kupiłem elementy najwyższej jakości do planowanej pułapki. To nie było zbytnim problemem. Prawdziwym wyzwaniem okazało się położenie ręki na planach owej pułapki. Tu musiałem się naprawdę napracować. Najbardziej obawiałem się, że nawet jeśli mi się uda, nie będę w stanie ich odczytać. Niepotrzebnie. Osoba, która mi je przekazała, zadbała, by graficzne przedstawienie elementów, jak i kolejne kroki ich montażu były jasne i czytelne. Potem pojawił się inny problem: skompletowanie części. Nie mogłem pozwolić sobie na luksus znalezienia jednego dobrego rzemieślnika. Ryzyko odkrycia ich przeznaczenia byłoby zbyt duże, a niewygodne pytania to ostatnie, czego potrzebuję. Ostatecznie udało mi się zlecić wykonanie wszystkich komponentów osobno. Nie będę ukrywał, że kosztowało mnie to wiele, nie tylko czasu, lecz także pieniędzy. Nie podzieliłem się też swoimi planami z żadnym ze wspólników. Dowiedzą się po fakcie. Tak będzie lepiej.

Odesłałem służbę. Na określony czas, niemniej jednak odesłałem. To była paradoksalnie najtrudniejsza z decyzji podjętych przeze mnie w ostatnim czasie. Przywykłem do nich i doceniam ich codzienne starania. Nie mogłem sobie jednak pozwolić na ryzyko związane z czyjąś ciągłą obecnością w moim domu. Urządzenie, nad którym pracuję, jest wyjątkowo wrażliwe. Głupie trzaśnięcie drzwiami w nieodpowiednim momencie mogłoby je zupełnie rozstroić. Wiem o tym, ale…


Cierpliwość jest cnotą, którą, jak mi się do tej pory wydawało, posiadam. Ostatnie dni pokazały mi jednak, że być może mylnie oceniałem sam siebie. Z każdą kolejną godziną staję się coraz mniej spokojny. Otrzymana rano wiadomość o problemach z pozyskaniem odpowiedniego stopu metalu i wynikającej z tego konieczności przesunięcia terminu odbioru… omal nie wyprowadziła mnie z równowagi. Muszę lepiej nad sobą panować, dołożyć więcej starań, by utrzymać nienaruszonym swój wewnętrzny spokój. Muszę być jak Dowódca, którego już nic nie jest w stanie zdziwić ani zdenerwować.

Porządki w rodzinie

65. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Patarum, Alhallo

Ciepły nie był w najlepszym nastroju. Powodu nietrudno było się domyślić. Byli blisko. Już niemal czuli smród ściganej zwierzyny.

— Kochanie, nie możesz nic z nim zrobić? — spytał siedzący przy ognisku Wrażliwy, zerkając ukradkiem na stojącego na skraju obozu dowodzącego.

— A co mam zrobić? — spytał tamten. — Już mu obciągnąłem. Nic to nie dało.

Wrażliwy pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym dotarł do niego sens usłyszanych słów.

— Obrzydlistwo — powiedział cicho, marszcząc przy tym wymownie nos. — Nie chcę słuchać o waszych… sprawach.

— Ale chcesz, żebyśmy je robili — poirytował się Kochanie.

— Chcę też, żeby zarzynano świnie, żebym mógł jeść ich mięso, ale niekoniecznie chcę o tym słyszeć.

— Czy ja jestem dla ciebie jak świnia idąca na ubój?

— Nie — zaprzeczył od razu Wrażliwy. — Absolutnie nie. Świnię zabija się raz i jest cisza. Ty kwiczysz co noc praktycznie, a mimo tego mój żołądek się nie napełnia.

— Powiem Ciepłemu, żeby napełnił ci żołądek — warknął Kochanie.

Drugi żołnierz cmoknął z niezadowoleniem.

— Za szybko się uczysz tych brzydkich rzeczy. Nie ucz się ich. One tylko utrudniają życie.

— Komu? Mnie czy tobie?

— Oczywiście, że mnie.

Kochanie na tym etapie nawet nie krył irytacji.

— A czemu niby mam się tobą przejmować?

— A po co istnieje świnia? — spytał Wrażliwy.

— Co? O czym ty do mnie pierdolisz?

— No po co istnieje świnia?

— Żeby się mnożyć. Zasadniczo celem wszystkiego, co żyje, jest mnożenie się.

Wrażliwy zamyślił się nagle.

— No tak tego nie postrzegałem — przyznał szczerze. — Jak tak stawiasz sprawę, to trudno mi się z tobą kłócić, bo chyba masz rację.

— Chyba?

— No bo do tej pory myślałem, że świnia żyje po to, żeby ją w odpowiednim momencie zabić, żeby mnie żyło się lepiej.

— Czy ty kurwa jesteś bogiem, że teraz wymagasz składania ci ofiar?

Wrażliwy spojrzał na Kochanie i całkowicie poważnym tonem oznajmił:

— Tak mogłoby się zdawać przez wzgląd na moje wrodzone przemioty, ale niestety muszę cię rozczarować. Jestem człowiekiem.

— Przymioty, ty niedojebana cipo — powiedział zmęczonym głosem siedzący obok Oczko, ale poprawiony żołnierz machnął na niego tylko lekceważąco ręką, mówiąc:

— Jeden chuj.

— No tobie na pewno, miłośniku świń.

— Możecie już przestać pierdolić o tych świniach? — spytał uprzejmie Fekalia.

Jeśli Fekalia pytał o cokolwiek uprzejmie, to dokładnie to dostawał. Kochanie już się tego nauczył. Była to jedna z kluczowych zasad funkcjonowania w obozie Ciepłego, jeśli chciało się zjeść coś, co nawet smakowało.

— W sumie to ładny dziś mamy dzień, no nie? — spytał Wrażliwego, zmieniając szybko temat.

— No trochę piździ, ale ogólnie całkiem znośny — zgodził się tamten szybko.

Oczko parsknął złośliwym śmiechem, ale poza tym nic nie powiedział.


Ciepły czekał cierpliwie, a przynajmniej starał się. Cierpliwość nigdy nie była jego mocną stroną. Na szczęście dla niego i wszystkich żołnierzy znajdujących się w obozie z pobliskich krzaków wyłonił się wreszcie Głośny.

— I co? — spytał od razu Ciepły.

— Znaleźliśmy ich — odpowiedział Głośny cicho. — Próbowali się ukryć w jednej z lokalnych jaskiń, ale wytropienie ich nie było wcale trudne.

— Jak sprawa wygląda?

— Dla nich? Kiepsko. Dla nas? Bardzo dobrze.

— To znaczy?

Głośny wzruszył ramionami.

— Zostało ich pięciu, Ciepły. Pięciu z całego oddziału. Myślę, że jakbyśmy jeszcze z miesiąc ich szukali, to znaleźlibyśmy same trupy.

— To dobrze, że ich aż tak długo nie szukaliśmy, bo jakbyśmy znaleźli same trupy, to zgadnij, kto by nam nic za to nie zapłacił?

— Czasem zapominam, że zabijamy dla pieniędzy, a nie dla przyjemności — odpowiedział kwaśno Głośny.

Ciepły nie miał pojęcia, czy był to słaby żart, czy może coś jeszcze innego. Nie planował pytać. W gruncie rzeczy absolutnie nic go to nie obchodziło. Jedyne, o czym chciał teraz rozmawiać, to o dokończeniu roboty.

— Wystawili wartę? — spytał.

— Żartujesz chyba. Nie widzę tam żadnej znajomej twarzy. To kilku wioskowych głupków z przepitymi mordami, którzy nie potrafią nawet prawidłowo zawiązać butów. Wielcy, ale też całkiem niedożywieni. Sam byś ich na strzępy rozerwał gołymi łapami.

— To jak oni niby zajebali weteranów?

— Pewnie szybko, bo w uczciwej walce nie mieliby nawet szansy pomyśleć o tym, w jak kurewsko głębokim gównie siedzą.

— Zawsze mówiłem, że trzeba uważać na to, kogo się werbuje.

— Ciepły… — odezwał się Głośny z udawaną troską. — Jakby ci to powiedzieć… My werbujemy na pałę.

— Bo my wiemy, jak sobie z takimi typami radzić. Ja wiem, jak sobie z nimi radzić. Szybko i brutalnie, tyle w tym temacie.

Głośny postanowił w żaden sposób nie komentować usłyszanych słów. Tak było najlepiej. Dla niego, resztę miał gdzieś.

— Kiedy chcesz ruszać?

— Mają jak z tej jaskini spierdolić?

— Nie wiem. Nie wchodziłem do środka, żeby ich o to spytać.

— No to od razu — odpowiedział Ciepły, ruszając w kierunku centrum ich obozu.

— Dobra, małe chujki! Robota wzywa! Wrażliwy, Głodny, Węszący, Sznur, idziecie ze mną. Głośny prowadzi. Kochanie za nami.

— Na chuj go bierzesz? — spytał Oczko obojętnym tonem.

Leczącego nie obchodziło, co się stanie z Kochaniem, ale był ciekaw logiki stojącej za braniem ze sobą kogoś, kto dopiero opanował jako tako podstawy posługiwania się bronią.

— Niech wreszcie zobaczy, jak wygląda prawdziwa robota, bo jeszcze gotów uwierzyć, że grzanie mi łóżka to jedyne, co ma tu robić.

— Czy stwierdzenie, że nigdy tak nie myślałem, coś zmieni? — spytał niepewnie Kochanie.

— Nie — odpowiedział Ciepły, dodając od razu: — Ruszaj dupę, bo jak mi zostaniesz w tyle, to się wkurwię.

— No ale miałem iść za wami…

— Już mnie zirytowałeś.

Kochanie natychmiast umilkł, a potem spojrzał na Oczko i bezgłośnie spytał, co ma zrobić. Oczko wzruszył ramionami. Nie jego problem. On zostawał w obozie. Na szczęście w całą bezgłośną wymianę zdań wtrącił się Głodny, pokazując chłopakowi, by szedł na samym końcu. Ten podziękował skinieniem głowy i natychmiast ustawił się w odpowiednim, chyba odpowiednim, miejscu.

— Ilu ich jest? — spytał Sznur.

— Głośny mówi, że pięciu — odpowiedział Ciepły.

— Głośny wie, jak doliczyć do pięciu?

— Wiem. To tyle, co mam palców u jednej dłoni — oznajmił z rozbawieniem zwiadowca. — Pięć, Sznur. Pięć palców. Wiem, że ty masz z tym problemy, odkąd ujebali ci jednego w…

— Dobrze wam radzę, zachowajcie swoje mądrości dla siebie, a najlepiej, jak już pójdę spać, bo jak usłyszę jeszcze jedno słowo, to wam obu ujebię po palcu — warknął Ciepły.

W obozie natychmiast zapanowała cisza. Oczko uśmiechnął się szeroko, ale nie był dość głupi, by otwierać usta. Nie na tym etapie. Powie, co będzie chciał, dopiero po robocie.

***

65. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Patarum, Alhallo

Garbaty był w podłym nastroju. Nic nie szło tak, jak miało. Po zabiciu Lizusa miał być panem i władcą pozostałych. Miał grabić i mordować, dobrze się bawić i za nic nie płacić. Wszystko miało być łatwe i przyjemne, a tymczasem siedział w cuchnącej jaskini z bandą niedomytych pajaców, cuchnął, był brudny, zmarznięty, a do tego głodny. To ostatnie drażniło go najbardziej. Dołączył do kompanii, żeby nigdy więcej nie być głodnym, a teraz siedział w tej zasranej dziurze i zastanawiał się, czy szybciej padnie z głodu, czy jednak dobije pozostałych. Gdyby byli choć odrobinę czystsi, to może dałoby się ich podpiec i…

— Garbaty, co teraz? — spytał Skrobak. — Nie mamy już jedzenia ani picia, a w okolicy…

— Zamknij się — warknął tamten, gotów ostatecznie uciszyć swojego towarzysza.

— To myśl szybciej — syknął cicho pod nosem Skrobak.

Wszyscy bali się zemsty Dowódcy tak bardzo, że żaden z nich nie pomyślał o innych zagrożeniach, jakie niosła ze sobą dezercja. Na przykład o braku regularnego żołdu, za który można było kupić jedzenie. Garbaty nigdy by się do tego nie przyznał nawet przed samym sobą, ale zaczynał żałować swojej decyzji. Lizus był, jaki był, jednak jego obecność gwarantowała względnie wygodne życie. Jeszcze przez jakiś czas mogli sobie pozwolić na wykorzystywanie imienia kompanii i terroryzowanie nim wszystkich, ale teraz nikt im już nie wierzył. Byli tylko bandą głodnych idiotów, jakich pełno było w tym świecie. Zbyt brudni, zbyt śmierdzący, zbyt głupi, by dalej twierdzić, że służą pod Dowódcą. Oczywiście Garbaty rozumiał to wszystko, ale absolutnie nie potrafił obwiniać samego siebie za ten los. W jego umyśle winni byli wszyscy pozostali. Gdyby tylko się go słuchali od początku, gdyby tylko robili, co im kazał, gdyby tylko…

— Zdechniemy tu wszyscy — powiedział pod nosem Worek.

Nie dodał nic więcej, bo nim zdołał ponownie otworzyć usta, dostał pięścią w twarz.

— Morda — syknął Garbaty.

Nikt nic więcej nie powiedział. I tak byli już w złej sytuacji. Nie było potrzeby dodatkowo wszystkiego sobie utrudniać.

***

65. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Patarum, Alhallo


Ciepły szedł tuż za prowadzącym ich Głośnym. Jak na faceta jego rozmiarów poruszał się sprawnie, szybko i cicho. Kochanie nie mógł w to uwierzyć. W obozie dowodzący poruszał się czasem wręcz ociężale, jego kroki były głośne, ruchy niedbałe. Teraz… teraz wydawał się dziką bestią, niemożliwą do zabicia.

Zatrzymali się. Domyślił się, że są blisko, o ile nie na miejscu. Ciepły wykonał kilka szybkich gestów prawą dłonią. Kochanie miał nadzieję, że odczytał je prawidłowo. To była jedna z pierwszych rzeczy, jakich zaczął się uczyć w kompanii: ich własny język migowy. Przydatna sprawa, musiał to przyznać.

Odsunął się, pozostali szybko się ustawili na swoich miejscach. Ciepły wyszedł przed nich, a potem ruszył przed siebie, prowadząc pewnie swoich ludzi. Nagle do Kochanie dotarło z pełną siłą, co planowali zrobić, albo raczej co musieli zrobić. Poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku. Do tej pory był kurwą, nie mordercą. Przez chwilę miał ochotę nie ruszyć się z miejsca, po prostu zostać tam, gdzie stał. Ciepły nie zwróciłby na to większej uwagi, a przynajmniej nie teraz. Później… Może później… Nie, pomyślał z pełną determinacją. Nie był już kurwą. Był zaprzysiężonym żołnierzem Kompanii bez Imienia. Ciepły nigdy by mu nie odpuścił. Nieważne, co by powiedział ani jak pięknie błagał. Ruszył przed siebie z ciężkim sercem. Z niektórych sytuacji nie było dobrego wyjścia, więc trzeba było wybrać mniejsze zło i tyle.

***

65. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Patarum, Alhallo


Garbaty właśnie miał powiedzieć swoim ludziom, co o nich myśli, gdy zorientował się, że ktoś stoi w wejściu do jaskini. Nie zastanawiając się nawet chwili, chwycił za broń i ruszył. Nie był idiotą, który najpierw o wszystko pyta i daje czas przeciwnikowi na wykonanie ruchu. Element zaskoczenia zawsze był najbardziej ceniony w walce i nie planował z niego dobrowolnie rezygnować. Element zaskoczenia… Och, jakże sam siebie zaskoczył, gdy odkrył, że leży na ziemi i ktoś właśnie miażdży mu butem nadgarstek. Puścił miecz. Próbował błyskawicznie zerwać się do dalszej walki, ale dostał solidnego kopniaka w brzuch. Jeśli na tym etapie miałby choć cień wątpliwości, czy ma jeszcze coś w żołądku, to właśnie otrzymałby namacalny dowód. Zwymiotował wodą, niczym więcej.

— I pomyśleć, że dla takich kilku sztuk wymizerniałego bydła musiałem się tłuc taki jebany kawał.

— Kim ty kurwa jesteś? — wycharczał Garbaty.

Nie musiał oglądać się na pozostałych, by wiedzieć, że stoją sparaliżowani strachem jak przygłupie cielaki.

— Zabawne, że mnie nie znasz — odpowiedział Ciepły, szeroko się uśmiechając. — Bo mnie kurwa znają w tej kompanii wszyscy.

— Ja cię nie znam — syknął Garbaty.

— No to poznasz — odpowiedział dowodzący, wyjmując nóż. — Poznasz bardzo dobrze.

Dla stojącego najdalej Kochanie wszystko potoczyło się błyskawicznie. Jakby na jakiś umówiony znak, którego albo zwyczajnie nie zauważył, albo który w ogóle nie istniał, wszyscy ruszyli z miejsc. Coś się zadziało, ale za nic nie potrafiłby tego opisać. Dla niego wyglądało to tak, jakby każdy do kogoś dopadł i chwilę później było po sprawie. Cała ścigana piątka leżała obezwładniona na ziemi.

— Sznur, wiążesz ich — powiedział Ciepły. — Ja się zastanowię, co z nimi zrobimy.

— Opcja szybkiego zabicia i ogłoszenia wolnego wieczoru wchodzi w grę? — spytał pełnym nadziei głosem Węszący.

— Chyba ze mnie kpisz, kutasie głupi. Gdyby to byli zwykli dezerterzy, to bym im na czołach wyciął symbol zdrady, a potem powiesił na pobliskim drzewie, ale to nie była prosta dezercja.

— To co im jeszcze chcesz zrobić? — spytał Głodny, splatając ręce na piersi. — Kołysankę zaśpiewać?

— Związani jak ta lala — powiedział Sznur w międzyczasie.

— Możemy im odrąbać łby, a potem rzucić ścierwa w okolicy lokalnej drogi — zaproponował Wrażliwy.

— Brzmi nieźle, ale to za mało. Ktoś ma lepszy pomysł? — pochwalił Ciepły.

— Obedrzeć ze skóry? — spytał niepewnie Węszący.

— A umiesz to robić? Bo ja nie. Czy ja ci kurwa na Skórkę wyglądam?

— No nie — przyznał niechętnie speszony żołnierz.

Kochanie spojrzał na leżących na ziemi mężczyzn i nagle coś w jego wnętrzu drgnęło. Wyglądali jak jego klienci. Ci najbardziej odrażający i brutalni. Kiedy go bili i poniżali, nigdy nie mógł nic zrobić, ale teraz… teraz mógł się odpłacić za wyrządzone mu wszystkie krzywdy. Mógł wreszcie zrobić to, o czym zawsze marzył, i zadać im ból, na jaki zasługiwali.

— Dobra, ktoś ma jeszcze jakiś sensowny pomysł? — spytał z wyraźną irytacją Ciepły, a gdy nikt się nie odezwał, spojrzał na Kochanie, mówiąc: — Ty. Wysil się.

Kochanie poczuł spojrzenia pozostałych. Miał przedziwne uczucie, że właśnie zastawiono na niego pułapkę, której kompletnie nie potrafił zrozumieć. Wziął głęboki oddech. Trudno, co miało być, to się i tak stanie, czy jak tam się mówiło.

— Obciąłbym im ręce i nogi, wyłupał oczy, wyrwał języki. Mówiłeś, że macie specjalny symbol, który wycinacie, jak ktoś zdezerteruje. Wyciąłbym go na ich czołach, a potem powiesił na hakach wbitych między żebra gdzieś, gdzie wszyscy mogliby ich zobaczyć.

W jaskini zapadła idealna cisza, którą przerwało ciche gwizdnięcie pełne podziwu z ust Sznura.

— No proszę, proszę — powiedział Ciepły, prostując się dumnie i splatając ramiona na potężnej piersi. — Nareszcie jakiś pierdolenie dobry pomysł i to z czyich ust? Najświeższego z naszych. No jestem dumny. Prawie się wzruszyłem.

— Skąd taki pomysł? — spytał nagle Wrażliwy.

— To robiono kurwom, którym prawie udało się uciec. Poza obcinaniem kończyn. Nikt nie chciał, żeby umarły za szybko, więc…

— Ja pierdolę… — szepnął Węszący.

— Ciepły, nie dziwię się, że chłopak się odnalazł w twoim namiocie — powiedział z pełną powagą Głodny. — Praktycznie jak w domu, co?

— Czy ja kiedykolwiek któremukolwiek zrobiłem coś takiego? — spytał Ciepły groźnie spokojnym głosem.

— Pytasz poważnie czy mam się zamknąć?

— Pytam poważnie.

— No to Leszczynie wyłupałeś oczy, jak skomentował, że nie może patrzeć na pedałów, Gniota nabiłeś na płot, a to prawie to samo co z tym hakiem, Mordędze obciąłeś pół języka i to tylko dlatego, że cię wtedy z Pastucjem powstrzymaliśmy, a znowu…

— Komuś zrobiłem to wszystko jednocześnie?

— A to nie — przyznał Głodny.

— Oddzielnie się nie liczy — warknął Ciepły.

Wszyscy mogliby się z tym poważnie kłócić, ale nikt nie był dość głupi, dlatego tylko pokiwali głowami, uznając temat za zamknięty. Dowodzący uśmiechnął się z zadowoleniem, po czym ponownie skupił wzrok na Kochanie.

— Twój pomysł wygrał, gratulacje. Możesz zaczynać.

— Słucham? — spytał Kochanie.

Usłyszał polecenie wyraźnie i zrozumiał je bez najmniejszego problemu, ale jakoś nie potrafił jednocześnie pojąć, że zostało ono wypowiedziane do niego. On miał to zrobić? Spojrzał po twarzach pozostałych z przerażeniem, szukając u nich wsparcia, ale zobaczył tylko nieme zadowolenie. Więc na tym polegała ta pułapka. Wiedzieli, więc nie wysilili się na choćby odrobinę kreatywności… To była ważna lekcja. Kochanie właśnie pojął, że powinien stulić mordę wtedy, gdy inni nie kwapią się do zabierania głosu.

— Powiedziałem wyraźnie. Twój pomysł, ty robisz.

Związani i zakneblowani mężczyźni zaczęli się z przerażeniem rzucać, próbując krzyczeć z całych sił. Kochanie spojrzał na nich, głośno przełknął ślinę, wziął kilka głębokich oddechów, a potem ruszył w ich kierunku. Taka praca, pomyślał, czując w swoim umyśle dziwne otępienie. Zabawne. Dokładnie to samo powiedział sobie, przyjmując swojego drugiego klienta. Tylko wtedy nie był taki spokojny. Wtedy był jeszcze dzieckiem płaczącym i modlącym się w duchu o pomoc. Teraz był dorosły. Teraz nie potrzebował, by ktokolwiek go ratował. Właśnie znalazł się na samym szczycie łańcucha pokarmowego i zamierzał zrobić wszystko, by się tam utrzymać.

***

65. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Patarum, Alhallo

Wierzący wszedł do namiotu Oczka, niosąc leczącemu kubek gorącej herbaty.

— Chujowa, ale ciepła — oznajmił od progu.

Oczko przyjął kubek z rąk kompana, po czym spojrzał na znajdujące się przed nim niewielkie pakunki.

— Powoli kończą nam się zioła.

— Oczko, jestem w ciężkim szoku.

— Dlaczego?

— Nigdy nie myślałem, że ty masz aż tyle ziół i aż tyle rzeczy u siebie. Zawsze leczysz nas tym samym praktycznie.

— Was tak, ale o siebie muszę dbać.

Wierzący spojrzał na leczącego i nagle odechciało mu się żartować. Leczący zobaczył minę drugiego żołnierza, po czym przewrócił oczami, mówiąc:

— To, że wszystko, co wam podaję, smakuje jak gówno, nie znaczy, że jest z tego samego. Wbrew pozorom nie wyżylibyście tylko na jednym naparze.

— Jesteś pewien?

— Tak.

— Bo wszystko, co nam dajesz, naprawdę smakuje jak gówno.

— Nie ma problemu. Mogę wam nic nie dawać.

— Nie no, co ty. Na żartach się nie znasz?

— A czy to nie ty powiedziałeś mi wczoraj, że moje poczucie humoru jest bardziej martwe od Lizusa?

— Nie, to ci powiedział Wrażliwy akurat.

Oczko zamyślił się, po czym uznał, że tak faktycznie było.

— No dobra. Mój błąd.

— Miłościwie wybaczam.

— Miłościwie mnie to jebie.

Wierzący skinął głową, bo nie miał pojęcia, co innego mógłby na to odpowiedzieć. Spojrzał na wspomniane wcześniej zapasy i zamyślił się na chwilę. Czy naprawdę można było mieszać to wszystko tak, żeby każdy powstały lek smakował tak samo? Czy to było normalne, czy to może był jakiś ukryty talent Oczka? Tak wiele pytań, na które nigdy nie pozna odpowiedzi.

— No dobra, pomilczeliśmy sobie radośnie, a teraz wal, czego chcesz — powiedział leczący, upijając łyk herbaty.

— Mógłbyś mi zobaczyć palec u lewej dłoni? Bo chyba go sobie złamałem przed chwilą.

— Co zrobiłeś?

— Mały wypadek.

— Jaki?

— Mały.

Oczko nie miał czasu na dopytywanie się. Wyciągnął dłoń, poczekał, aż Wierzący położy na niej swoją własną, od razu zorientował się, o który palec chodzi, a potem ścisnął go z całej siły.

— No kurwa jebana mać! Pojebało cię?! — wrzasnął żołnierz, próbując wyrwać dłoń leczącemu.

— Zadałem ci pytanie!

— Pieprznąłem nim o coś!

— Zaraz go wykręcę.

— No dobra! Grzebałem Dyżurnemu po plecaku! Chuj wsadził tam łapkę na myszy!

Oczko puścił trzymaną dłoń, po czym spojrzał na Wierzącego z obrzydzeniem.

— Teraz jesteś jeszcze złodziejem?

— Nie jestem złodziejem!

— No właśnie słyszę. Wiesz, że nienawidzę złodziei, prawda?

— Nic nie chciałem ukraść!

— Więc wsadziłeś tam łapę, bo ci w nią było zimno?

— Bo chciałem mu tam wsadzić tego wielkiego robala, którego rano komentował Fekalia!

Oczko spojrzał na Wierzącego jak na skończonego kretyna.

— Co?

— No bo on mi ostatnio wsadził do moich rzeczy martwą żmiję i się prawie zesrałem, więc…

— Dobra, zmieniłem zdanie. Już mnie to nie interesuje — powiedział Oczko, dodając: — Pokaż jeszcze raz tego palucha. Nastawię ci go szybko.

— Nastawisz czy wyrwiesz? — spytał podejrzliwie Wierzący.

— Zadaj jeszcze jedno głupie pytanie, a sam się przekonasz.

Wierzący niepewnie wyciągnął przed siebie dłoń. Chwilę później wrzasnął z bólu, absolutnie pewny, że Oczko naprawdę mógłby oszczędzić innym cierpienia, gdyby tylko chciał.

— Dziękuję — jęknął, gdy było już po wszystkim.

— Nie ma sprawy — odpowiedział Oczko, odnotowując w myślach, żeby dopisać do listy potrzebnych mu rzeczy łapki na myszy.

***

65. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Patarum, Alhallo

Kochanie zwymiotował już wszystko, co miał w żołądku, ale jego ciałem dalej targały silne torsje.

— No, no, no. Już dobrze, nasza mała, wrażliwa kruszynko. Dałeś sobie radę. Jesteś małym, dzielnym ptaszkiem… — mówił Wrażliwy, klepiąc żołnierza po ramieniu.

— Ciepły, on ci chłopaka podrywa — skomentował Sznur, kończąc wiązać linę utrzymującą pierwszego trupa w powietrzu.

— Przejmę się, jak zacznie go też rżnąć — odpowiedział Ciepły, po czym zwrócił się do Kochanie, mówiąc: — Skończyłeś? Bo jeszcze czterech zostało.

Usłyszawszy to, Kochanie poczuł, jak żołądek skręca mu się jeszcze bardziej.

— Szybko to on nie skończy — skomentował Głodny. — Może, jak mu przyjebiemy, to mu przejdzie.

— Może — rozważał przez chwilę Ciepły, po czym wzruszył ramionami, oznajmiając: — Nie mamy na to czasu. Chcę dojść do najbliższego miasta i napić się czegoś porządnego.

— Święte słowa proroka tej drużyny — zgodził się z nim Głodny.

— Wiem, dlatego łapcie za noże i kończymy to gówno.

Posłuchali, ignorując przeraźliwe wrzaski swoich ofiar i wciąż walczącego ze swoim żołądkiem Kochanie. W końcu wzywała ich wygoda i odpoczynek po długich dniach forsownego marszu. Gdy skończyli, Ciepły z zadowoleniem podziwiał przez chwilę wyniki ich pracy.

— Zmusili nas do tego, żebyśmy leźli taki pierdolony kawał, wyrzynali wszystkich, którzy mieli z nimi kontakt i śmieli twierdzić, że Kompania schodzi na psy, posprzątali cały ten bajzel i to wszystko za podstawowy żołd. Teraz czuję, że i tak cierpieli za mało.

— Jak tak stawiasz sprawę, to mogę wejść na drzewo i na nich jeszcze nalać — zaproponował Sznur obojętnym tonem.

— Dobra — zgodził się Ciepły z zadowoleniem. — Zrób to i spieprzamy do obozu.

***

65. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Patarum, Alhallo

Oczko siedział przy ognisku, obserwując uważnie pozostałych. Robił to bez żadnego konkretnego powodu. Zwyczajnie mu się nudziło, a wiedział, jak niektórych z nich to stresuje.

— Możesz przestać? — spytał go w końcu Wierzący.

— Nie — odpowiedział leczący obojętnie.

— Fekalia zaraz potknie się o własne nogi, wypieprzy łbem w gar i nie będziemy mieć kolacji.

No był to jakiś argument. Marny, bo marny, ale był. Oczko przeniósł wzrok na Wierzącego, po czym, splatając ręce na piersi, powiedział: — To mnie czymś zajmij. Nie mam co robić i mi się nudzi.

— Ile ty kurwa masz lat? Czy ja ci wyglądam na twoją niańkę?

— Tego nie wiem, ale wyglądasz mi na kogoś, kto chce zjeść kolację.

Wierzący zaklął pod nosem.

— Znajdź sobie jakieś hobby.

— Mam jedno. Jak byłem dzieckiem, mama wydzieliła mi kawałek ogrodu i hodowałem na nim kwiatki. Lubiłem to. Ale wiesz co? Teraz nie bardzo mam do tego warunki. Jedyne, co tu mogę hodować, to dupę Kochanie, żeby się miała dobrze i nie zwiędła za szybko.

Siedzący obok Dyżurny parsknął śmiechem, ale chwilę później z pełną powagą oznajmił:

— Wszyscy jesteśmy ci za to wdzięczni.

— No wiem, ale to dalej nie rozwiązuje problemu mojej nudy.

Wierzący spojrzał w niebo.

— Długo ich nie ma. Powinni zaraz wrócić.

— A co to zmieni? — spytał Oczko.

— Nie wiem, ale myślę, że jak Ciepły usłyszy, co mówisz, to szybko znajdzie ci zajęcie.

Oczko westchnął ciężko. Wiedział o tym aż za dobrze. Ten wielki sukinsyn znajdzie mu zajęcie nawet wtedy, gdy nikt nic nie powie na temat ich krótkiej rozmowy.

***

65. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Patarum, Alhallo

Ciepły wszedł do obozu, niosąc Kochanie zarzuconego na ramiona, trzymając go za rękę i nogę.

— Oczko, weź go zobacz — powiedział od razu, podchodząc do leczącego i rzucając mu pod nogi nieprzytomnego żołnierza.

— Czy ty mi tu przyniosłeś wór kartofli, że nim tak rzucasz?

— Zemdlał, więc niewielka różnica.

Oczko poważnie rozważył sens prowadzenia dalej tej dyskusji. Szybko doszedł do wniosku, że to zwykła strata czasu, i skupił się na leżącym mu koło nóg Kochanie. O tym właśnie myślał wcześniej. Że ten wielki syn kurwy nigdy nie da mu odpocząć w spokoju. Zawsze znajdzie sposób na zawracanie mu dupy.

— Co mu się stało?

— Zaproponował, co zrobić z tamtymi — powiedział mijający ich Sznur.

— A tak z czystej ciekawości, co dokładnie zaproponował?

— Żeby im wydłubać oczy, obciąć języki, wyciąć symbol dezerterów, upierdolić ręce i nogi, a potem na hakach powiesić przy drodze — odpowiedział Głodny, siadając blisko ognia.

Słońce powoli zachodziło i temperatura zaczęła spadać. Może i weteran nie należał do najwrażliwszych, ale jego zmęczone życiem kości potrzebowały ogrzania.

— Mieliście ze sobą haki? — spytał ze zdziwieniem Oczko, na co natychmiast usłyszał:

— A gdzie tam. Sznur improwizował.

— Zemdlał, jak się dowiedział, że skoro proponuje, to robi?

— Dopiero po obrobieniu pierwszego — powiedział Ciepły niemal z dumą w głosie.

Leczący spojrzał z niedowierzaniem na Kochanie, po czym pokiwał głową w odpowiedzi na własne myśli, którymi nie planował się z nikim dzielić. Na głos powiedział tylko:

— Nie myślałem, że ma aż takie jaja.

— O jajach nic nie wiem, ale wiem, że na pewno nie ma nic w żołądku — powiedział Głodny.

— Porzygał się?

— Bo to raz? — wtrącił Wrażliwy. — Rzygał i rzygał. Myśleliśmy, że nigdy nie przestanie.

Oczko za długo służył w Kompanii, żeby nie umieć zadawać właściwych pytań.

— Zrobił swoje, zaczął wymiotować i co dalej? — spytał, obserwując czujnie Głodnego i Wrażliwego.

— Stracił przytomność i Ciepły go tu dowlókł — odpowiedział Wrażliwy.

— Sam stracił przytomność?

— No sam. Wszyscy inni musieliśmy tu przyjść na własnych nogach.

— Ktoś pomógł mu stracić tę przytomność? Na przykład własną pięścią? Albo czymś innym?

Skrzywili się, gdy tylko dotarło do nich, że leczący już domyślił się prawdy.

— Sznur mu przyjebał w żołądek. Jak mieliśmy go nieść, gdy wciąż nim szarpało?

Oczko nic na to nie odpowiedział. Mieli rację, a przynajmniej w jego mniemaniu. Zamiast tego szturchnął butem ciało nieprzytomnego żołnierza w zamyśleniu.

— Dobra, weźcie mi go do namiotu. Podam mu coś na to rzyganie i na uspokojenie. Jak się upewnię, że więcej nic nie wyrzyga, to go puszczę. Nie dawajcie mu jednak nic do jedzenia. Ciepły, kiedy go odeślę, to się nim zajmij.

— Zająć? Mam go ukołysać do snu? — spytał z irytacją w głosie dowodzący.

— Masz go rżnąć całą noc, aż nie zapomni o wszystkim i jedyne, co będzie go martwiło, to stan jego dupy.

Ciepły przemyślał to, co usłyszał, i po chwili odpowiedział:

— Wykonalne.

— Nowa metoda leczenia? — spytał Głodny.

— Tyle co opracowana — odpowiedział Oczko.

— Świetnie. Mam prośbę. Nigdy, ale to przenigdy, mi jej nie zapisuj.

— Nie chcesz się rżnąć do oporu? — spytał Wrażliwy.

— Nie chcę być rżnięty do oporu — poprawił go Głodny.

Nagle reszta szybko się pod tym podpisała. Oczko zignorował ich wszystkich tak samo jak Ciepły. Obaj byli już myślami daleko, a dokładniej mówiąc, przy najbliższym mieście, w którym wreszcie się zabawią.

Jak zwierzyna

67. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Dżungla między Waiauhua a Waiaulong, Sokchnguk

Nić pokręcił głową, przeglądając zawartość swojej torby. Była prawie pusta, a to oznaczało kłopoty. Duże kłopoty.

— Wściekły… — zaczął, ale dowodzący szybko wszedł mu w słowo, oznajmiając:

— Domyślam się, co mi zaraz powiesz, i nie mam pojęcia, czy jestem na to gotowy.

— I?

— I?

— I to znaczy, że mam ci nic nie mówić?

Wściekły westchnął ciężko. Dlaczego musiał zostać dowodzącym? Dlaczego nie mógł zostać w oddziale Dowódcy? Dlaczego tamtego dnia musiał wkurwić Łamkości…? W sumie, jak się tak nad tym zastanowić, to nie on pierwszy dostał swój oddział w takich okolicznościach. Czy wszyscy dowodzący byli zwyczajnie niedoszłymi ofiarami tamtego matkojebcy w takim razie?

— O czymkolwiek teraz myślisz, daj sobie spokój. To pilniejsza sprawa.

I jak, na cipę Utari, Nić zawsze wiedział, co mu siedzi w głowie?

— Wściekły…

— No dobra, słucham.

— Moja torba jest prawie pusta — oznajmił z pełną powagą leczący.

Tak, to było dokładnie to, czego usłyszeć nie chciał i czego właśnie się spodziewał. No trudno. Musiał coś na to odpowiedzieć.

— W takim razie łatwiej ją nieść.

— Mówię poważnie.

— Ja też. Chciałbym móc ci powiedzieć, żebyś się nie martwił, ale nie mamy teraz warunków sprzyjających zwłoce. Jeśli oddeleguję cię do uzupełnienia zapasów, to z dużym prawdopodobieństwem nie wrócisz żywy. Jak podzielę oddział, jeśli tę naszą żenującą zgraję można jeszcze tak nazwać, i wyślę kogoś z tobą, to stajemy się wszyscy łatwiejszym celem.

— Sam jesteś kurwa żenujący — wtrącił się siedzący obok Sadło.

— Dziękuję, że się odezwałeś. Brakowało mi tu głosu specjalisty.

Sadło skrzywił się, ale nic nie dodał. Wściekły mógł wyglądać na spokojnego, ale ostatnie dni były ciężkie i mocno się na nim odbiły. Na nich wszystkich. Nie potrzebowali jeszcze dodatkowych wewnętrznych konfliktów.

— To co z ziołami? — wrócił do głównego tematu Nić.

— Myślę nad tym od dłuższego czasu, ale nie ma tu dobrej opcji. Idziemy prosto do Dowódcy. Musimy jakoś wytrwać.

Nić nie wyglądał ani na zadowolonego, ani na uspokojonego. Ledwie zauważalnie wykonał szybki gest ręką, który zobaczył tylko Wściekły: niepokój.

Dowodzący skinął lekko głową. On też się martwił, ale co miał zrobić?

— Czego ci najbardziej brakuje? — spytał, bo chciał pokazać, że nie bagatelizuje problemu. Tylko to przyszło mu do głowy.

— Naprawdę wszystkiego. Zostały mi już tylko podstawowe zioła zbijające temperaturę. Nie mam już nawet nic do opatrywania kolejnych ran.

— Czyli musimy bardziej uważać na siebie — powiedział niechętnie Wściekły.

Przez dłuższą chwilę milczeli. W końcu Nić z rezygnacją na migi spytał: Dowódca wie?

W odpowiedzi zobaczył: odmeldowane.

Nie pytał, czy dostali odpowiedź. Było dla niego oczywiste, że nie. Nie pierwszy oddział, który znika bez śladu, pomyślał z goryczą Nić. Zabawne, ile wiary pokładali w jednym człowieku. Jak bardzo wierzyli, że zawsze ich ochroni. On był tylko jeden, a ich dało się zastąpić. Przykra myśl.

— Ptak — powiedział cicho Romantyk.

Zamarli.

Chwilę później, tuż przy ognisku, wylądował pierzasty posłaniec. Jego plecaczek wydawał się bardziej wypełniony niż zazwyczaj.

— Co to? — spytał Nić, próbując zdusić w sobie wszelkie uczucie nadziei.

— Nie mam pojęcia — odpowiedział Wściekły, ostrożnie podchodząc do ptaka.

Przywitał się zwyczajowo. Nieważne, ile razy to robił, dalej czuł się jak nienormalny. Jedyne, co jeszcze jakoś poprawiało mu odrobinę humor, to świadomość, że ten ptak też nie był normalny. Wszystko z nim było nie tak. Z nimi też, skoro nawet ucieszyli się na jego widok.

— Przynajmniej wiemy, że Dowódca o nas pamięta — powiedział Sadło.

— Dowódca o nikim nie zapomina — odpowiedział Wściekły, święcie wierząc w te słowa.

Nie zapomina, ale to nie znaczy, że każdego z nas ochroni, pomyślał z goryczą. Sądząc po minie Nicia, jego też napadły podobne myśli. Obaj wiedzieli, co prawdopodobnie czeka ich oddział, ale co mogli zrobić? Nic. Tylko czekać i pocieszać się myślą, że razem z nimi na dno pójdzie Pierdolnięty.

Wściekły podszedł do ptaka i rozsupłał rzemień plecaczka. Wyjął z niego niewielkie pudełko zaadresowane do leczącego.

— O proszę… — powiedział trochę niepewnie.

— Co jest? — spytał Sadło, ale został zignorowany.

Dowodzący podał pudełko leczącemu, po czym sprawdził jeszcze raz plecaczek. Kilka kartek, ale też nie do niego. Dziwne. Je również podał Niciowi.

Ptak skrzeknął, jakby chciał go pospieszyć. Zrozumiał i zasznurował rzemień. Posłaniec odleciał. Tak po prostu.

— Żadnych rozkazów? — spytał Pierdolnięty.

— Jak widać — odpowiedział niepewnie Wściekły.

Nić ostrożnie odstawił pudełko, po czym uważnie przeczytał zaadresowane do niego kartki. Gdy skończył, powiedział tylko:

— Idziemy dalej, jak szliśmy.

Wszyscy spojrzeli na niego wyczekująco, ale ten zignorował swoich towarzyszy broni. Z namaszczeniem wziął ponownie do rąk pudełko, położył je ostrożnie na kolanach, a potem lekko drżącymi dłońmi je otworzył. Robił wszystko w tak nabożnym skupieniu, że pozostali wręcz spodziewali się, że ze środka wypłynie błogosławione światło…

Nic takiego się nie stało. A przynajmniej oni nic takiego nie zauważyli.

— Co to jest? — spytał Wściekły, próbując zajrzeć do środka.

— Leki — odpowiedział Nić z dziwnym wzruszeniem.

— Co?

— Leki. Prawdziwe, gotowe leki.

— Ale…

— Przygotowane przez samego maga z Atoli.

W obozie zapanowała cisza. Wszyscy z niedowierzaniem patrzyli na pudełko, nagle rozumiejąc przejęcie leczącego. Leki od maga z Atoli!

— To musiało kosztować fortunę — szepnął przejęty Wściekły. — Co jest na kartkach?

— Instrukcje, jak i kiedy ich używać. Każdej fiolki. To wszystko to koncentraty. Mógłbym nimi wyleczyć cały oddział.

Wściekły nagle roześmiał się. Nie miał pojęcia dlaczego. Może z powodu ulgi, jaka go nagle zalała, a może dlatego, że dał się całkowicie zaskoczyć. Bez znaczenia. Śmiał się radośnie, patrząc z niedowierzaniem na pudełko. Dowódca pamięta, powtarzał w myślach, przypominając sobie, dlaczego tak bardzo w niego wierzyli.

***

68. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Dżungla między Waiauhua a Waiaulong, Sokchnguk

Te leki były czymś zupełnie innym niż zioła i napary leczących. Wieczorem Nić rozrobił część pierwszej fiolki, podał ją wszystkim, a rano czuli się po raz pierwszy od dawna nawet wypoczęci i znów zdolni do maszerowania. Wyglądali prawie jak ludzie, a nie żywe trupy. Wściekły dałby wiele, żeby mieć coś takiego do swojej dyspozycji każdego dnia.

— Ile jest tych fiolek? — spytał cicho sam siebie, jednocześnie próbując przeliczyć od nowa w swojej głowie trasę, którą szli.

Może dało się być bardziej wydajnym? Może dało się coś ściąć i gdzieś przyspieszyć?

— Trzy regeneracyjne — usłyszał nagle w odpowiedzi.

Przez chwilę był pewien, że to jeden z ptaków mu odpowiedział. Nie miał pojęcia, skąd ta niedorzeczna myśl, ale nie tylko pojawiła się w jego głowie, lecz także zagłuszyła wszystkie inne myśli. Odwrócił się błyskawicznie, jednak zobaczył tylko siedzącego obok leczącego. Nić uniósł lekko prawą brew w niemym pytaniu. Dowodzący wzruszył ramionami, czując się jak kretyn.

— Przez chwilę byłem w swoim świecie.

— To kogo w swoim świecie pytałeś o fiolki?

— Nikogo. Liczyłem trasę.

— Znowu?

— Każdego dnia. Jak kiedyś zostaniesz dowodzącym, to też to będziesz robił.

— Jestem leczącym, a nie dowodzącym.

— Podobno kiedyś był taki, co leczył i dowodził jednocześnie.

Nić spojrzał na niego z powątpiewaniem.

— Naprawdę czy mówisz tak, żeby zmienić temat?

Wściekły pokręcił głową.

— Mówię tak, żeby nie wyszło, że pierdolnąłem głupotę.

Leczący parsknął cicho.

— Czyli nie było żadnego leczącego, który dowodził?

— Nie wiem, czy był. Nikt mi nic nie mówił o tym, ale ja też nie pytałem, więc…

Tamten pokręcił głową.

— Normalnie powiedziałbym, że nie da się połączyć składania wszystkich i dowodzenia, ale to Kompania. Na jakimś etapie, gdzieś tam, może kiedyś… Nie będę wykluczał takiej możliwości. Od kiedy tu służę, widziałem bardziej posrane rzeczy. Dowodzący leczący brzmi przy nich całkiem logicznie.

Wściekły pokiwał głową, w ogóle go nie słuchając. Wrócił do przeliczania trasy, gdy nagle dotarło do niego, co powiedział mu Nić na samym początku tej rozmowy.

— Trzy regeneracyjne tylko? To na ile to starczy?

— Około dwunastu dni. Chyba. Patrząc po tym, ile teraz ubyło.

— A jakbyś dał nam więcej, to…

— Nie. Nie zregenerujemy się bardziej.

— Kurwa no — warknął Wściekły, ale bez zajadłości w głosie. — A co to są te pozostałe?

— Przeciwbólowe, przeciwzapalne, zatrzymujące krwawienie i przyspieszające gojenie się ran.

— A tamte na ile nam starczą?

Nić cmoknął z wyraźną dezaprobatą.

— Skąd mam wiedzieć? Jak będziecie na siebie uważać, to całkiem długo.

— Pytałem, ile tam jest domniemanych użyć.

— Nie wiem. Musiałbym je pootwierać i przeliczyć, ale są szczelnie zamknięte i boję się, że straciłyby całkowicie swoje właściwości.

Dowodzący pokiwał głową. To był w stanie zrozumieć. Sam się tego obawiał, prawdę powiedziawszy.

— Myślisz, że możemy je sobie trochę oszczędzić?

Nić od razu zrozumiał, o co naprawdę pyta Wściekły, i szybko odpowiedział:

— Każda fiolka wydaje się być obłożona jakąś formą zaklęcia. Pudełko na pewno jest. Podejrzewam, że ma to pomóc w utrzymaniu świeżości. Nie jestem jednak pewien, jak to się przekłada na liczbę użyć. Ile dni? Nie mam pojęcia i nie ma tego w tych instrukcjach, które dostałem.

— Ej, a myślicie, że jeśli tam przełożę swoje ładunki, to… — wtrącił się nagle do rozmowy Pierdolnięty, ale nim dokończył to, co planował powiedzieć, w słowo wszedł mu Wściekły, oznajmiając:

— Dokończ, a tak ci obiję mordę, że nawet te fiolki ci nie pomogą.

Saper przewrócił oczami. Zasadniczo groźby robiły wrażenie tylko do pewnego momentu. Potem zwyczajnie przestawały działać. Szczególnie kiedy miało się świadomość, że choć saperów generalnie nie bardzo się lubiło, to jednak mieli pewnego rodzaju uprzywilejowane stanowisko w każdym oddziale. Więc czy się to innym podobało, czy nie, Pierdolnięty wiedział, że do pewnego stopnia jest zwyczajnie nietykalny.

— Nie planuję wyjmować tych fiolek. Pytam tylko, co będzie, jak już nam się skończą.

— Nie skończą się — oznajmił z pełną powagą Wściekły.

Wszyscy spojrzeli na niego jak na skończonego kretyna.

— Co? — spytał z niedowierzaniem saper i nawet Nić podrapał się niepewnie po brodzie.

— Mówię, że się nie skończą.

— Masz jakieś tajne wieści o tym, że nas Dowódca będzie do końca życia zaopatrywał?

— Nie.

— W instrukcji jest coś o tym, jak je odtworzyć?

— Nie.

Saper spojrzał po pozostałych, po czym ostrożnie spytał:

— Planujesz nas pomordować w nocy i nigdy, przenigdy nie otworzyć więcej pudełka?

— Pojebało cię, ty krowi placku?

— O, tego jeszcze z twoich ust nie słyszałem — przyznał Pierdolnięty, kiwając głową z uznaniem.

— Nazwał cię tak przy poprzedniej robocie — podsunął uprzejmie Sadło.

— Pewnie go nie słuchałem — powiedział, gdy dokładnie w tym samym momencie Nić stwierdził:

— Pewnie go wtedy nie słuchał.

Na chwilę zapadła cisza, która nie bardzo spodobała się saperowi, więc ten szybko wrócił do przerwanego tematu, mówiąc:

— Wściekły, to skąd wiesz, że się nigdy nie skończą? Znaczy te fiolki.

— Bo odmawiam życia w świecie, w którym najpierw możemy się cieszyć urokami magii leczniczej, a potem jest nam to zabierane.

Saper spojrzał na dowodzącego z wystudiowaną obojętnością, po czym zwrócił się do Sadła:

— Czyń honory.

Żołnierz zrozumiał i sięgnął po miecz.

— To potrwa tylko chwilę, Wściekły — powiedział Sadło, ważąc broń w dłoni.

— Wy tak na poważnie? — spytał zirytowany dowodzący. — Nić, powiedz im coś.

— Sadło, założę się, że nie dasz rady odciąć mu łba jednym, czystym cięciem.

— No żebyś się kurwa nie zdziwił — warknął Sadło, biorąc zamach.

Wściekły domyślał się, że są to tylko żarty, ale w Kompanii każdy żart mógł szybko przestać być żartem, więc nie zastanawiając się nawet sekundy, natychmiast sięgnął po broń i zbił cios Sadła.

— Pojebało cię? — warknął Wściekły. — A jakbym się nie osłonił?!

— To zasadniczo znaczyłoby tylko, że dobrze zrobiłem — odpowiedział spokojnie Sadło.

— Co?!

— Pierwsza rzecz, jakiej się w tym oddziale nauczyłem, to że nie wolno ufać nikomu.

Dowodzący spojrzał na niego z niedowierzaniem, więc Sadło tylko wzruszył ramionami, mówiąc:

— Pierwszego spotkałem Pierdolniętego.

— Nie mierz wszystkich jego miarą — syknął Wściekły, chowając miecz.

Chyba jednak mi tego pudełka nie dadzą, pomyślał w tym samym czasie saper.

Jakby w odpowiedzi na te myśli, Nić oznajmił z pełną powagą:

— To pudełko zostało przekazane mnie i to ja sprawuję nad nim pieczę. Jeśli ktokolwiek je dotknie bez pozwolenia, miejcie świadomość, że zostajemy bez leków. Nie mam już praktycznie nic w plecaku i nie będę w stanie żadnemu z was realnie pomóc. Te fiolki to nasza jedyna szansa do czasu, aż sytuacja się choć odrobinę uspokoi. Jesteście kretynami, ale nawet wy nie jesteście dość głupi, żeby nie zrozumieć tego, co do was teraz mówię. Mój plecak w tym momencie jest bezcenny. Jego bezpieczeństwo jest równoznaczne z naszą jedyną szansą na przeżycie.

Pozostali patrzyli na niego bez większego przejęcia, ale w ich oczach widział zrozumienie. Tyle mu wystarczyło. Wiedział, że teraz będą się wzajemnie pilnować, a to najlepsza gwarancja, o jaką tylko mógł w Kompanii poprosić.

— Ej… — odezwał się nagle saper.

Wszyscy spojrzeli na niego niechętnie, ale tamten nie zrobił sobie z tego absolutnie nic. Do wszystkiego szło przywyknąć. Nawet do tego.

— Czego chcesz? — spytał Wściekły zmęczonym głosem.

— Daleko jeszcze do Dowódcy?

Wściekły myślał przez chwilę, po czym pokręcił głową.

— Kilka dni. Ile dokładnie, to zależy, jak bardzo będziemy musieli kręcić, żeby się nie wjebać w jakiś syf.

Normalnie spytałby, dlaczego ktoś zadał takie pytanie i czego dokładnie chciał się dowiedzieć, ale jakoś nie czuł takiej potrzeby przy Pierdolniętym. Dowodzący miał takie poczucie, że im mniej wchodzi w interakcję z saperem, im mniej go rozumie, im mniej o nim wie, tym jest zdrowiej. Jego podejścia nie podzielał ani trochę Nić, który spytał od razu podejrzliwie:

— Bo co?

— No bo wtedy będziemy mogli spytać, skąd te fiolki.

— A czy to ma jakieś znaczenie? — spytał Sadło. — Jak tam dotrzemy i sytuacja trochę się uspokoi, to raczej nikt nie szarpnie się dla nas na kolejny drogi prezent.

— A co, jeśli Dowódca tego nie kupił? — spytał Pierdolnięty z niezdrowym błyskiem w oku.

Znali to spojrzenie. Dokładnie takie samo miał za każdym razem, gdy oznajmiał, że ma dobry pomysł, a potem kończyli z płonącym obozem.

— Myślisz, że to komuś zwędził? — spytał niepewnie Wściekły.

— Nie. — Saper skrzywił się, jakby ta myśl sama w sobie go obrzydzała. — Dowódca nie kradnie. My to robimy, dla siebie, za jego cichym przyzwoleniem, ale on sam nigdy. I nigdy na jego polecenie.

Wściekły pokręcił lekko głową.

— Skąd to wiesz niby? Nigdy nie widziałeś Dowódcy na oczy.

— Od ciebie.

Dowodzący cmoknął z niezadowoleniem. A no tak. Nie mógł podważać swoich własnych słów.

— No dobra. Punkt dla ciebie — mruknął pod nosem.

Nić od razu domyślił się, do czego zmierza Pierdolnięty. Bardzo nie chciał robić sobie nadziei, ale…

— Do czego zmierzasz, ty krowi placku? — spytał też żywo zainteresowany Sadło.

— Do tego, że są tylko dwie możliwości pozyskania tej szkatułki.

— Kupno i znalezienie. No i?

— Znalezienie? — spytał z niedowierzaniem saper. — Ty myślisz, że Dowódca wyszedł z namiotu, poszedł się odlać w krzaki i po drodze się o nią potknął? Co jest z tobą kurwa nie tak?

Sadło zacisnął pięści i spojrzał na Wściekłego. Miał wypisane na twarzy: jedno twoje słowo, a ta mała kurwa nigdy nie przeżuje niczego swoją mordą, gdy wybiję mu wszystkie zęby. Wściekły pokręcił głową. Może kiedyś, mówił jego wzrok. Sadło westchnął wyraźnie rozczarowany.

— Dobra, do czego ty zmierzasz? — spytał Nić, mając już po dziurki w nosie całej tej rozmowy.

— Ale wy tępi jesteście… — powiedział saper, kręcąc głową z niedowierzaniem. — Wykluczając możliwość ZNALEZIENIA skrzynki pełnej cholernie drogich fiolek, zostaje nam opcja jej kupienia albo…?

— Albo ja ci zaraz przypierdolę, jak nie zaczniesz gadać z sensem — powiedział Wściekły, wyraźnie już nie mając nastroju do dalszego prowadzenia tej rozmowy.

— No i dlatego wiecznie wpierdalamy się w jakiś syf. Bo nie myślicie w kreatywny sposób. Ani trochę.

— Kreatywnie to ci nogi upierdolę przy dupie — zaproponował Sadło.

W gruncie rzeczy był z niego uczynny człowiek o złotym sercu, który był gotów pracować nieodpłatnie przy okaleczeniu trwałym sapera. Wściekły poczuł się wzruszony. Miał dobrych ludzi, tylko czemu takich głupich?

— Kurwa, jak mam wam prościej powiedzieć, że domniemam, że Dowódca zwerbował maga?! — wściekł się Pierdolnięty.

W obozie zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na sapera z niepokojącą intensywnością w oczach, która nie miała nic wspólnego z zachwytem nad jego osobą.

— Wściekły, boję się, że pajac zdetonował o jeden ładunek za blisko własnego łba — powiedział cicho Nić.

— Czyli to nie tylko moje odczucie, że pojebało go już do końca? — spytał Wściekły, na co pozostali ochoczo mu przytaknęli.

— Matki was w wychodku wszystkich wysrały — warknął saper, rozczarowany ich postawą. — Weźcie choć raz spróbujcie chociaż pomyśleć. Ta jedna skrzyneczka jest warta więcej niż nasza ostatnia robota. Z całym szacunkiem dla naszych zawszonych tyłków, ale nasze życia nie są aż tyle warte. Dlaczego Dowódca miałby nam coś takiego kupować, jeśli łatwiej byłoby nas spisać na straty i spuścić okoliczne oddziały ze smyczy, żeby nas zwyczajnie pomściły? Ale jeśli ma kogoś, kto to dla niego zrobił… kogoś, kto jest zaprzysiężony i zrobił to ZA DARMO, no to już tak jakby sprawa wygląda trochę inaczej, co?

Wszyscy spojrzeli po sobie niepewnie, nie bardzo chcąc przyznać przed samymi sobą, że to brzmiało logicznie. Ostatecznie oczy każdego skupiły się na Niciu. Leczący westchnął ciężko.

— Wiecie, że tuż przed śmiercią na ogół następuje poprawa stanu leczonego, prawda? — powiedział niechętnie.

Przytaknęli mu, nie bardzo wiedząc, czy tak jest ani dlaczego o tym mówi, ale on ciągnął dalej, niezrażony ich pustym wzrokiem.

— Są pewne prawidłowości w tym świecie. Przed śmiercią często chorzy czują się lepiej, wykrwawiający się chcą po prostu się zdrzemnąć, a słowa naprawdę obłąkanych na ogół brzmią bardzo sensownie. Im bardziej szaleni, tym logiczniej potrafią wszystko wyjaśnić i tym łatwiej was przekonają, że skoro wszystko się łączy i nie ma luk w rozumowaniu, to musi być prawda.

— O jeb się, ty ośli synu — syknął Pierdolnięty, który przez chwilę wierzył, że leczący powie coś mądrego. — Co zrobisz, gdy się okaże, że miałem rację, co?

— Nic. Zaakceptuję to — odpowiedział z pełną powagą leczący, po czym dodał: — Ale do tego czasu wybiorę sceptyczne podejście i twoja osoba nie ma tu nic do rzeczy. Pierdolnięty, nie chcę żyć nadzieją, a potem się rozczarować. Wolę się dać miło zaskoczyć. Żeby coś takiego zrobić, Dowódca musiałby zwerbować nie jakiegoś tam maga, ale specjalistę od magii leczniczej szkoły Akantii. Taki mag musiałby potem dobrowolnie opuścić Atole i mieć dość pecha, żeby wpaść na naszych, i jeszcze do tego być tak głupim, żeby złożyć przysięgę. Mówisz, że brzmi to bardziej prawdopodobnie niż kupienie szkatuły? Zgadzam się, że jej cena jest stanowczo zbyt wysoka, ale Dowódcę na to stać. Czy naprawdę ją dla nas kupił? Nie sądzę, ale wiesz, co wydaje mi się całkiem prawdopodobne? Że zwyczajnie dostał ją w ramach zapłaty albo odebrał komuś, kto tej zapłaty nie miał ochoty uiścić. Pomyślałeś o tym? Oczywiście, że nie, prawda?

Nić skończył mówić, po czym westchnął ciężko, jakby proza dnia codziennego zwyczajnie go zmęczyła. Pierdolnięty przyglądał mu się z wyraźnym niezadowoleniem, analizując dokładnie usłyszane słowa. Rzadko kiedy zdarzało mu się bardzo mocno skupiać, ale kiedy już przychodził ten moment, to nigdy nie było we właściwej sprawie i we właściwym momencie i prawie nigdy nie wtedy, kiedy najbardziej powinien, czyli podczas pracy nad ładunkami. No ale skoro do tej pory się nie wysadził, to chyba nikt nie powinien mieć do niego o to pretensji.

— Brzmi logicznie — zaczął i usłyszał pomruk niezadowolenia ze strony pozostałych, który bez większego problemu zignorował. Jak się było rozczarowaniem dla innych przez całe swoje życie, to chwila tego typu nie miała już większego znaczenia. — Przemyślałeś to sobie, widzę, ale jeśli jest tak, jak mówisz, to czemu Dowódca nie zostawił sobie tego cacka dla siebie?

Kilka głosów ekscytacji, kilka zwątpienia, kilka pełnych nadziei. Te ostatnie nie spodobały się Wściekłemu, który nagle zrozumiał, co robił Nić. On nie spierał się dla zasady ani nie zgrywał pesymisty. On nie chciał, żeby uwierzyli w coś, co może nie być nawet prawdą, i w tej radości zapomnieli o byciu ostrożnymi. Chyba. Bo jeśli nie o to chodziło, to zaczął się stawać naprawdę zgorzkniałym sukinsynem.

— Wściekły, jak służyłeś w oddziale Dowódcy, to mieliście problem z leczeniem?

— No była spora rotacja, jeśli chodzi o leczących, w pewnym momencie.

— Co to znaczy? — spytał Sadło, wyobrażając sobie, jak Dowódca zabija co chwilę któregoś z leczących, bo coś mu się nie spodobało.

— No werbowaliśmy, trochę u nas pobył, a jak się nowy oddział wydzielał, to Dowódca oddelegowywał.

Sadło wydał się dziwnie zawiedziony. Wściekły spojrzał na niego z niedowierzaniem, ale o nic nie spytał. Pewnych rozmów lepiej było nie prowadzić. Po chwili namysłu dodał:

— Podobnie było z saperami. W sumie tylko gotował ten sam skład.

Słysząc to, po raz pierwszy tego dnia do rozmowy włączył się Gnat, pytając:

— Skład?

— No…

— Mają oddzielny skład do gotowania, a ja zapierdalam sam?

Wściekły przewrócił oczami. Naprawdę musi zacząć bardziej uważać, kogo werbuje, bo później kończy z samymi kretynami.

— Nie. Mają dwie osoby.

— Dwie osoby?! Dwie?!

— Jeden gotuje dla oddziału, a drugi dla Dowódcy, Skórki i tego, kto oficjalnie jest dowodzącym oddziału.

Ta odpowiedź zaskoczyła Gnata.

— Czemu ktoś gotuje oddzielnie dla tamtych?

— Żeby jedli lepiej.

— Ale…

— Przywilej dowodzenia.

Gnat zamyślił się i już więcej nic nie powiedział, zamykając tym samym wątek gotowania i pozwalając pozostałym wrócić do kwestii leczących.

— Czyli zawsze był ktoś, kto was leczył, tak? — spytał Nić.

— No nie zawsze, ale faktycznie przez większość czasu.

— Przez ten cały czas mieliście jakieś poważne problemy wymagające dużej interwencji leczącego?

— Raz mieliśmy jednego faceta, co…

— Zagrażające całemu oddziałowi? — dodał od razu Nić.

Wściekły zastanowił się dobrze, nim oznajmił:

— No nie.

— A słyszałeś, żeby coś takiego było wcześniej?

— Nie bardzo. Może raz ktoś coś wspomniał, ale nie bardzo pamiętam, o co tam chodziło.

— No i w tym rzecz.

Wszyscy spojrzeli po sobie niepewnie.

— Znaczy w czym? — spytał Wściekły.

Nić powstrzymał się przed przewróceniem oczami, choć potrzeba była naprawdę silna.

— Oddział Dowódcy nie ma tego rodzaju problemów. Dlaczego? Może dla siebie bierze inne kontrakty, takie, które wymagają uprawiania polityki, a nie brutalnego mordowania, a może ma szczęście. Jeśli to prawda, że jest nieśmiertelny, to pewnie wie swoje i wie, jak unikać sytuacji zagrażających jemu i jego ludziom. A jak nie, to zostaje jeszcze pogłoska o Czarnym Magu, który dalej czuwa nad jego oddziałem. W każdym razie mam takie dziwne wrażenie, że zwyczajnie on tej szkatułki nie potrzebuje.

W obozie zapadła cisza. Żołnierze wymienili się pełnymi niepokoju spojrzeniami, które ani trochę nie spodobały się leczącemu. Uniósł lekko brwi i otworzył na chwilę mocniej oczy w niemym pytaniu, na które nikt nie miał ochoty odpowiadać. Kiedy zrobił to drugi raz, Wściekły szturchnął Pierdolniętego, a ten cmoknął tylko z niezadowoleniem, ale po chwili ostrożnie powiedział:

— Wszystko sobie przemyślałeś, co?

— No i?

— No i wszystko brzmi logicznie.

— Bo to jest logiczne.

— I nie ma luk w tym, co mówisz.

— A czemu miałyby być luki w…

Umilkł, rozumiejąc, do czego zmierzają.

— Mam nadzieję, że umiecie czytać ze zrozumieniem, bo szaleniec nie może was leczyć — oznajmił chłodno, po czym, nie czekając na reakcję kogokolwiek, dodał: — Dobrej nocy.

Wstał, odwrócił się na pięcie, po czym ruszył do swojego namiotu. W obozie zapanowała cisza.

— Przesadziliśmy — powiedział Gnat cicho.

— Nie my, tylko Pierdolnięty — oznajmił spokojnie Wściekły.

— A co ja niby zrobiłem więcej od was? — spytał saper, nie wierząc w to, co właśnie usłyszał.

— Żyjesz. I jesteś saperem — wyjaśnił uprzejmie Sadło.

— I zasłużyłeś w pełni na swoje imię — dodał Wściekły.

— I cię nie lubimy — podsunął Gnat.

Pierdolnięty pokiwał głową. Nie spodziewał się po tej bandzie owczych odbytów niczego mniej. Że też matki ich nie potopiły przy porodzie.

Wspólna droga

69. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Przygranicze, Laref

Szrama z zadowoleniem usiadł przy ognisku i zaczął jeść swoją kolację. To był długi dzień, przeszli kawał drogi, mogli przejść więcej, ale i tak nie było co narzekać. Oddział Sztycha był zdyscyplinowany, Nienasycona na ten moment skupiła się na tych, którzy sami zapraszali ją do łóżka, tylko sprawa z Gałganem trochę psuła nastrój.

— Co my dziś właściwie jemy? — spytał Biały, siadając obok.

— A chuj wie — odpowiedział Szrama. — Grunt, że smakuje.

Mag spojrzał na wielkiego żołnierza, po czym wzruszył ramionami i sam zaczął jeść. Może nie maszerował z pozostałymi całymi latami, ale czas spędzony w kompanii już zdołał odcisnąć na nim swoje piętno i zmienić wiele.

— Zaparzyłem kolejny napar dla następnego, który uzna za zabawne zdjąć spodnie przed Nienasyconą.

— To dobrze, bo wozy są naprawdę załadowane po brzegi. Jak mi któryś nie będzie w stanie łazić, to go chyba za tym wozem pociągnę.

— Jest szansa na przemówienie tej kobiecie do rozumu?

Szrama spojrzał na Białego, jakby mu druga głowa wyrosła.

— Na łeb upadłeś? Jakby była, to byśmy się z nią nie męczyli. Wiele można o tej suce powiedzieć, ale na pewno nie to, że da się jej przemówić do rozsądku. Jest zajadła, wredna i ma jad zamiast krwi. Tylko to ją trzyma przy życiu. Czysta potrzeba psucia innym dnia. Żywi się cudzym cierpieniem.

— Brzmi jak opętanie. Może trzeba ją egzorcyzmować? — spytał mag, grzebiąc łyżką w gulaszu.

— Nieee… Dowódca nie pozwoli. A co, jeśli to zadziała i suka nie będzie umiała walczyć?

— A no tak.

— O czym pierdolicie? — spytał uprzejmie Sztych, podchodząc do jedzących.

— O Nienasyconej. Że nie można jej poddać egzorcyzmowi, bo mogłaby przestać tak dobrze walczyć.

— Jak dla mnie mogłaby w ogóle przestać oddychać, ale suka jest twarda. Jej jedynym celem istnienia jest psuć innym dzień. Żywi się cudzym cierpieniem jak pierdoloną owsianką.

— Owsianka dobrze zrobiona jest pożywna — wtrącił Biały.

Dwaj żołnierze spojrzeli na niego obojętnie, po czym mało dyskretnie zmienili temat.

— Jak nasz nowy prorok? — spytał Szrama.

— Stul mordę, jak nie masz nic mądrego do powiedzenia — syknął Sztych. — To wszystko wina waszego pierdolonego maga.

— Ten pierdolony mag tu siedzi — powiedział poirytowany Biały.

— Siedzi tu tylko dlatego, że jego chudą dupę chroni sam Dowódca. Gdyby było inaczej, już leżałbyś sztywny w rowie.

— Ty wiesz, że szkolę twojego leczącego?

— No i?

— I mogę go źle wyszkolić…

Sztych spojrzał na Białego, potem na Szramę.

— Weź mu wytłumacz, że jest chujowy w grożeniu.

— Po co? — spytał Szrama, wzruszając ramionami. — Będzie mu tylko przykro. Poza tym tak jest lepiej. Przynajmniej nikt nie traktuje go poważnie w takich chwilach.

Biały popatrzył na swoich towarzyszy, po czym dojadł w ciszy posiłek i postanowił wrócić do swojego namiotu. Rozmowa z tą dwójką była poniżej jego godności, a przynajmniej na ten temat.

— Już sobie od nas idziesz? — spytał Sztych, udając przejęcie. — A ja jeszcze ci tylu rzeczy na twój temat nie powiedziałem.

— Idę nauczyć twojego leczącego, jak oszczędzać zioła i przygotowywać możliwie najsłabszy napar przeciwbólowy.

— Jasne, jasne… — Sztych odczekał, aż Biały odejdzie, po czym spytał cicho Szramy: — Nie zrobi tego, nie?

— Zrobi — odpowiedział Szrama.

— Pierdolisz.

— Nie. Facet leczy z powołania. Wierzy w swoją misję. Nie zrobi nic, żeby zaszkodzić innym.

— No to…

— Wytłumaczy sam sobie, że robi to dla dobra innych, żeby na pewno nigdy wam nie zabrakło najważniejszych składników.

Sztych wyraźnie zbladł.

— Pierdolony…

— To jest problem z idealistami właśnie. Trzeba uważać na ich granice — powiedział Szrama, też kończąc swój posiłek.


Biały spojrzał na śpiącego obok Oszusta. Facet nie był najlepszym leczącym… Dobra, facet w ogóle nie był nawet dobrym leczącym. Nie był też przeciętnym leczącym. On naprawdę niewiele umiał, ale czy to była jego wina? Chciał się uczyć, tylko życie potoczyło się tak, jak się potoczyło, i stracił tę szansę. Jeśli ktoś tu był temu winny, to nie on, a Sztych, który zabił jego nauczyciela. No ale Biały nie był od oceniania całej tej sprawy, a zresztą nawet gdyby był, to i tak nie miałby na to zwyczajnie czasu. Miał trochę za dużo na głowie, a do tego nigdy wcześniej nikogo nie uczył. Nie przypuszczał nawet, że przekazywanie wiedzy jest tak trudne i męczące.

Mag usłyszał szelest odsuwanej poły namiotu. Odwrócił się i zobaczył Fleję.

— Znowu pociąłeś sobie palce? — spytał od razu, idąc po odpowiednie instrumenty.

— Nie tym razem — odpowiedział tamten, zerkając na śpiącego Oszusta.

— Usnął, jak mu dyktowałem przepis na kolejny napar — wyjaśnił Biały.

— Wiesz, ja tam nie wnikam. Twoja sprawa — odpowiedział Fleja, wzruszając obojętnie ramionami.

— A z czym niby to moja sprawa? — spytał zdziwiony Biały.

— Nieważne — zapewnił szybko żołnierz.

Mag popatrzył na niego niepewnie, gdy nagle zrozumiał. Zrobił się czerwony na twarzy ze złości, po czym wycedził tylko przez zęby:

— Wolę kobiety.

— Jasne. Następnym razem sprowadzimy ci kobietę.

— Nie to miałem na myśli. Nie gustuję w mężczyznach.

— Łapię. Jak się nie ma, co się lubi, ale się ma potrzeby…

Biały wziął głęboki oddech, zmusił się do zapanowania nad sobą, po czym oznajmił kategorycznym tonem:

— Myślę, że pora cię znowu wykąpać.

— Co?! — spytał z przerażeniem Fleja.

— Śmierdzisz.

— Ja… nie! Nie. Jestem żołnierzem i…

— Z samego rana dopilnuję, żebyś został solidnie wyszorowany.

— No ale…!

— Jakieś problemy?

— No duże! Zaparłeś się na mnie! Nie możesz tak po prostu…

— Mogę. Jestem magiem odpowiedzialnym za wasze zdrowie, a ty stanowisz realne zagrożenie dla wszystkich dookoła ciebie.

— Odgrywasz się i…

— Dokładnie. Jeśli tylko tak mogę was nauczyć trzymać język za zębami, to proszę bardzo.

— Nie masz serca! — syknął Fleja, wskazując Białego oskarżycielskim palcem.

— Masz rację. Musiałem się go pozbyć, gdy tylko dotarło do mnie, że będę z wami służył do końca moich dni. A teraz do rzeczy. Czego ode mnie chciałeś?

Fleja wyraźnie miał ochotę odpowiedzieć, że teraz to już niczego nie potrzebował, jednak racjonalność wzięła górę i niechętnie wymamrotał:

— Żebyś mi bark zobaczył, bo go chyba nadwyrężyłem.

— Który? — spytał Biały, natychmiast wskazując żołnierzowi stołek, na którym ten miał usiąść.

Fleja posłuchał, z fascynacją obserwując, jak mag natychmiast zapomniał o prowadzonej przed chwilą rozmowie i skupił się całkowicie na stanie zdrowia żołnierza. Łamkości miał jednak rację. Facet ich leczył nie dla żołdu, a z powołania. Biedny głupek, pomyślał Fleja, zaciskając zęby, aby nie wymsknęło mu się to na głos.


Skórka obeszła obóz niezauważona przez nikogo. Mogli każdego dnia i każdej nocy wystawiać warty, ale ona i tak to robiła. Nie dlatego, że nie ufała ich ludziom, ale dlatego, że robiła to od zawsze. Nikt już nie pamiętał czasów, gdy pierwszy raz Dowódca kazał jej wykonać obchód. Nawet ona sama już dawno o nich zapomniała, ale pamiętała o jednym — tamtego dnia ten mężczyzna o martwym spojrzeniu powiedział, że to jest jej obowiązek, więc to był jej obowiązek, z którego wywiązywała się niezmiennie przez te wszystkie lata.

— …więc Sztycha to zaczyna mi być nawet trochę szkoda… — mówił jeden z żołnierzy, którzy jeszcze nie udali się na spoczynek.

Uśmiechnęła się pod nosem, idąc powoli dalej.

— …i podobno to jest najgorsze, że ona cię… no wiesz… tak do rana… No, ale ja tam nie wiem. Bo takie rzeczy, to mężczyzna kobiecie, a nie na odwrót chyba… — szeptał gorączkowo jeden z nowo zwerbowanych.

Skórka nie zadała sobie trudu, żeby przyjrzeć się jego twarzy. Nie pożyje długo. W tej pewności nie było nic głębokiego. Nie doszła do tego wniosku dzięki zdobywanej latami wiedzy czy żadnej złożonej analizie potencjału mężczyzny. Po prostu facet miał pecha, że obraził tak szybko Drwala. Ten nie zapominał. Nigdy. Więc to nie była kwestia prawdopodobieństwa, a jedynie czasu. Po wypełnieniu kontraktu więcej go z nimi nie będzie.

— …no i ja też tak myślę. Wiesz, jak to jest. Plotki są wszędzie, a żołnierze są gorsi od starych bab na rynku. Pewnie jest coś w tym, że ona umie walczyć, ale nie wydaje mi się, żeby naprawdę była taka dobra. To w końcu kobieta. Ma inną wartość, jeśli rozumiesz, co chcę powiedzieć. Szanuję ją, że w ogóle daje tu sobie radę, ale nie kupuję całej reszty i nie zmienię zdania, póki nie zobaczę, jak walczy — mówił cicho Chmurka.

Młody chłopak i bystry. Szybko dorobił się imienia. Tylko to interesowało Skórkę. Wszystkie wypowiedziane przez niego słowa… nie miały dla niej najmniejszego znaczenia. Wiedziała, w jakim świecie żyła i świat ten mógł się dynamicznie zmieniać na jej oczach, ale pewne sprawy nie zmieniały się nigdy, a przynajmniej nie w ludzkim społeczeństwie.

— Mikrus, jeśli chcesz udawać idiotę, to twoja sprawa, ale wiesz, że tego nie kupuję — powiedział spokojnie Łazęga.

Mniejszy żołnierz spojrzał na niego z wyraźnym niezadowoleniem, po czym wzruszył ramionami, mówiąc:

— No, ale gdzie ma być, jak nie w swoim namiocie? Nie rozumiem…

— Dobra, możesz sobie iść, gdzie ty tam kurwa chadzasz. Marnuję czas na rozmowy z tobą.

Mikrus znów wzruszył ramionami i w mgnieniu oka zniknął, oddalając się w kierunku krańca obozu. Po drodze minął ukrytą za jednym z namiotów Skórkę. Nawet jej nie zauważył, ale to nie było nic dziwnego. Gdy chciała, mało kto ją zauważał i nie potrzebowała do tego magii.

— …ja tam nie wiem. Bo niby fajnie by było mieć pewność, że jest blisko i sieje postrach, ale też słyszałem o niej dość dużo, żeby się jej cholernie bać.

— Mogę się jej bać, ale ja bym wolał, żeby była tu z nami. Byłbym spokojniejszy, bo nikt nie mógłby mnie tak łatwo zabić.

— No chyba że ona sama.

— Czy ty zawsze musisz psuć nastrój?

Czarny Mag. Pniak zawsze lubił o niej mówić, a Skórka lubiła go słuchać. Bawiła ją jego romantyczna wręcz wizja tej chodzącej abominacji. Oby nigdy jej nie spotkał. Oby nigdy nie przestał o niej tak myśleć i tak mówić.

— Taka moc… Przecież taką mocą można zrobić wszystko! Chciałbym ją zobaczyć.

Nie chciałbyś, pomyślała Skórka.

— Myślę, że jest piękna. Nawet jeśli taka się nie urodziła, to na pewno zmieniła się magią.

Nie zrobiła tego, a przynajmniej nie tak, jak inni mogliby obstawiać. Ona nigdy nie dbała o to, by wyglądać pięknie. Nie chciała, by ją podziwiano. Chciała, by się jej bano. Przerażanie innych ją bawiło.

— Ciekawe, jaki ma głos? Jak się śmieje? Pewnie jak wszystkie wysoko urodzone damy…

Jak wszystkie wysoko urodzone damy, powtórzyła w myślach Skórka. Och, będzie musiała to powtórzyć Dowódcy. Ubawi się przednio, słysząc te bzdury. Czarny Mag i wyrafinowany śmiech… To się nigdy nie łączyło. Ten potwór śmiał się donośnie, histerycznie, jak każdy obłąkany głupiec. Nie było w tym nic kobiecego. Nigdy nie miało być.

— No i myślę…

— Weź już spierdalaj spać, Pniak. Nikt nie chce dłużej słuchać o Czarnym Magu. Ty do niej walisz po nocach, czy co? Bo jeśli tak, to rób to w ciszy i daj nam żyć — powiedział z wyrzutem Konar.

— Teraz rozmawiam z Mnichem, nie tobą — odgryzł się tamten. — Mnichowi nie przeszkadza to, co mówię!

Zabawne, pomyślała Skórka, patrząc na minę Mnicha. Żołnierz nie wydawał się wcale tak chętny do słuchania tego wszystkiego, ale po prostu nie potrafił tego powiedzieć Pniakowi prosto w twarz. Zawsze miał z takimi sprawami trudności, co było całkiem śmieszne już samo w sobie. Nikt, kto miał takie problemy z asertywnością, nie żył długo w kompanii, ale on jakimś cudem dawał sobie radę i to dawał całkiem dobrze.

Pniak w końcu sam zmęczył się swoim gadaniem i poszedł wreszcie spać. Mnich jeszcze przez chwilę siedział sam, pewnie chcąc wyrzucić z głowy wszystko, co usłyszał. Patrzył w rozgwieżdżone niebo, co chwila ciężko wzdychając. Skórka obserwowała go, myśląc o barwnych motylach z jej rodzimych stron. On był takim motylem. Oni wszyscy byli dla niej takimi motylami. Przylatywali ze wszystkich stron tylko po to, by umrzeć za kilka dni. Ich życie było dla niej krótką chwilą, ale taka była kolej rzeczy, więc patrzyła na nich, gdy tylko mogła, a gdy odchodzili, przestawała o nich myśleć.

Wszystko przemijało. Pewnego dnia to samo spotka ją i Dowódcę, ale nim to nastąpi, będzie patrzeć i czuwać, by prywatny ogród jej i Dowódcy zawsze był pełen motyli.

Żarty

74. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Rinaro, Catlanco

Poważny jeszcze raz uważnie przeczytał otrzymane rozkazy, po czym niechętnie wyszedł ze swojego namiotu i spojrzał na jedzących śniadanie ludzi. Jeśli obudził się z jakąkolwiek pozytywną myślą w głowie, to gdzieś po drodze zdążył ją zgubić. Tak jak chęć do dowodzenia, potrzebę rozwiązywania cudzych problemów, a nawet wolę życia.

No ale robota to robota. Mógł mieć w pogardzie własne istnienie, ale na pewno nie miał w pogardzie złości Dowódcy. Wolał umrzeć niż zirytować szefa. Dlaczego? Nie miał pojęcia. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie robiono w kompanii, było wpajanie nabożnego lęku przed tym facetem i w przypadku Poważnego ziarno trafiło na wyjątkowo podatny grunt. Mimo że nie był już w drużynie Dowódcy, dalej srał ze strachu na samą myśl o nim.

— Apsik, do mnie!

— Na zdrowie, Poważny — usłyszał od razu z kilku stron naraz.

Ten żart był starszy od jego matki, a jego matka nie była najmłodsza, gdy go rodziła, więc naprawdę mogliby już dać sobie spokój.

— Co jest, Poważny? — spytał podchodzący do niego mężczyzna. — Podać ci chusteczkę?

— Nie ma takiej potrzeby, Apsik.

— Na zdrowie!

Zignorował chóralny okrzyk. Każdego dnia to samo. Każdego. Wszyscy mogli się iść pierdolić.

— Przygotuj listę tego, co nam potrzebne. Idziemy w kierunku Stromero i chcę zrobić po drodze zakupy.

— Gdzie?

— Co gdzie?

— Gdzie będziemy robić zakupy? — spytał Apsik spokojnie. Tak spokojnie, jak tłumaczy się coś skończonemu kretynowi.

Poważny wziął głęboki oddech.

— W Stocano. A dlaczego pytasz?

— Bo tam nie warto kupować namiotów, a powinniśmy wymienić kilka.

— Dlaczego tam nie warto kupować namiotów?

— Bo tu nie pada — odpowiedział żołnierz.

Bo tu nie pada, przedrzeźniał go w myślach Poważny. Nie pada. Zupełnie jakby miało mu to wszystko wyjaśnić. Doprawdy.

— No i?

— No i robią je z takiego materiału, że jeśli kilka razy zmoknie, to zaraz się rozłazi i rwie, jeśli dobrze go nie wysuszyć — odpowiedział tamten, znowu mówiąc bardzo powoli.

Przynajmniej wyjaśnienie było sensowne, ale już sposób jego wypowiedzenia…

— Możesz mi powiedzieć, dlaczego tak mówisz, ile razy cię o coś pytam?

— Ale jak?

— No tak.

— Znaczy jak?

— No właśnie tak.

— Chyba nie rozumiem — odpowiedział Apsik cierpliwie.

Poważny miał po dziurki w nosie tej rozmowy.

— Powoli! Jakbyś mówił do skończonego kretyna, który nic nie wie i nic nie rozumie!

Apsik nie dał się zaskoczyć nagłym wybuchem dowodzącego. Wytarł krople śliny z twarzy i jeszcze spokojniej niż wcześniej wyjaśnił:

— Bo inaczej masz problem ze zrozumieniem.

Kilka osób kończących śniadanie roześmiało się radośnie, kilka innych pokiwało wymownie głowami. No jeśli tak chcieli pogrywać, to proszę bardzo. Kimże był, by im czegokolwiek odmawiać?

— Po śniadaniu ćwiczenia! — krzyknął z nieprzyjemnym uśmiechem na twarzy.

— No ale dzisiaj miało być wolne! — ryknął święcie oburzony Muł.

— Miało, ale podziękujcie koledze za zjebanie mi dnia.

— Któremu? — spytał siedzący nieopodal Trawka.

— Apsikowi.

— Na zdrowie! — krzyknął Głupi.

Siedzący obok Szabla uderzył go łokciem w żebra, ale za późno. Jeśli jeszcze przed chwilą Poważny był zły, to teraz był zwyczajnie wściekły.

— Ćwiczenia do wieczora! — ryknął, odwracając się na pięcie i ruszając w stronę swojego namiotu.

Nie zdążył jednak zrobić więcej niż kilku kroków, gdy tuż obok usłyszał głos:

— Ciężki poranek, księżniczko? Czyżbyś się nie wyspał?

— Nazwij mnie księżniczką jeszcze raz, a w kolejnym raporcie do Dowódcy będę się tłumaczył, dlaczego ubyło mi weterana, Żartowniś.

— Ktoś tu jest drażliwy. Spoko. Łapię. Nic więcej nie musisz mówić.

— Muszę. Prowadzisz ćwiczenia.

— Karzesz mnie za niewinność?

Poważny uśmiechnął się, ale uśmiech ten nigdy nie dotarł do jego oczu.

— Nie za niewinność. Za nadawanie chujowych imion.

— Jakich niby?

— Apsik?

— Na z… — Żartowniś w porę umilkł, widząc minę swojego kompana. — Nawyk. Przepraszam.

— O tym właśnie mówię.

— Małe nawyki wzmacniają więzi, które nas łączą — powiedział z pełną powagą Żartowniś.

— Więzi… nas łączące… Czy my, kurwa, jesteśmy jakąś rodziną?

— W szerszym rozumieniu…

— Możesz się śmiało zamknąć — warknął dowodzący.

Drugi żołnierz wzruszył obojętnie ramionami.

— Jak sobie życzysz.

— Życzę sobie, żebyś wiedział — syknął Poważny. — A spróbuj im pójść na rękę i odpierdolić jakieś lekkie gówno, a obiecuję ci, że szybko twoja noga nie postanie w żadnym mieście, w którym się po drodze zatrzymamy.

— Dostaną wycisk. Słowo. Wszystko dla mojej ksi…

Poważny rzucił weteranowi ostrzegawcze spojrzenie, które zadziałało natychmiast.

— Dla mojego dowodzącego. Który tak wspaniale dowodzi, że znam swoje miejsce. Spokojnie.

Drugi żołnierz przytaknął z zadowoleniem i wszedł do namiotu.

Żartowniś uśmiechnął się pod nosem. Może i znał swoje miejsce, ale wiedział też aż za dobrze, na ile może sobie jeszcze pozwolić, zanim jego kompan zdecyduje się jednak poderżnąć mu gardło.


Leniwy ziewnął donośnie i spojrzał w niebo. Wolałby być teraz w obozie i nic nie robić. Albo w mieście, leżeć wygodnie na łóżku w burdelu, a na nim byłaby…

— Znowu myślisz o kurwach? — spytał idący obok Sprośny.

— Znowu się wpierdalasz w nieswoje sprawy? — odpowiedział pytaniem na pytanie.

— Nie wpierdalam, tylko gaję rozmowę, bo mi się nudzi.

— Jak ci się nudzi, to policz nowych rekrutów.

— Ośmiu, pajacu jeden. Ja umiem liczyć.

Leniwy zerknął na Sprośnego, a potem głęboko się nad czymś zastanowił.

— To kto z naszych nie umiał?

— Do dziesięciu to każdy umie.

— Jesteś pewien?

— Na cipę Utari, ty z nami służysz czy tylko żarcie wpierdalasz, jak nie patrzymy?

— Chciałbym — odpowiedział Leniwy, zerkając na rekrutów.

Przynajmniej tym razem zaciąg był dobry. Poważny będzie zadowolony.


Poważny spojrzał na nowych rekrutów z niedowierzaniem.

— Wyście ich z więzienia wykradli?

— A co ci się znowu nie podoba? — spytał poirytowany Leniwy. — Czy ty kiedykolwiek będziesz zadowolony? Sam sobie idź werbować następnym razem. Jak poprzednio wróciłem z nowymi, to też się przyjebałeś. Może…

Umilkł, gdy Sprośny nadepnął mu z całej siły na stopę i rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie. Zrozumiał. Mógł być leniwy, ale nie głupi.

— Ostatnim razem przyprowadziliście mi szóstkę tak wygłodzonych patałachów, że żaden nie dożył swojego pierwszego zlecenia — wyjaśnił cierpliwie Poważny.

— To nie nasza wina. Mieliśmy werbować, to zwerbowaliśmy. Raczej pretensje do Wkurwiającego, że ich nie wyleczył.

— W dupę sobie wsadź swoje pretensje, Leniwy — ryknął siedzący nieopodal przy ognisku leczący. — W przeciwieństwie do ciebie ja się znam na swojej robocie, ty kurwi synu.

Leniwy zignorował krzyk kompana bez większego wysiłku. Poważny też. Teraz rozmawiali między sobą i zdanie innych ich nie obchodziło.

— Poważnie pytam, Leniwy. Jakie mają wyroki i jak szybko upomni się o nich ktoś, kto nie powinien?

Leniwy spojrzał na Sprośnego, potem znów na Poważnego i wymownie się skrzywił, wzruszając ramionami.

— Pierdoli mnie to w sumie, więc nie wiem.

Poważny przyjrzał się stojącej przed nim ósemce osiłków i pokręcił głową. Nie planował się wysilać z jakąkolwiek formą rozmowy z nimi. Nie na tym etapie. Na jakimś będzie musiał, a sama świadomość tego już mu się nie podobała. Gdyby nie jasne rozkazy, kazałby ich zabić na miejscu. No ale… Pewnie i tak przyjdzie mu to zrobić. Na razie jednak wolał zająć się ważniejszymi sprawami.

— Sprośny, spod którego kamienia ich wygrzebaliście?

— Sami przypełzli.

— Ej! — ryknął jeden z nowych.

No i już było wiadomo, kto tam między nimi dowodzi. To, że wszyscy znali się wcześniej i pewnie razem grasowali po okolicy, było więcej niż pewne.

Poważny podszedł do faceta, a potem bez słowa uderzył go z całej siły pięścią w twarz. Z zadowoleniem patrzył, jak tamten ląduje na tyłku.

— Ja tu dowodzę — powiedział beznamiętnie, po czym dodał spokojnie: — Podnieś na mnie głos jeszcze raz, a pożałujesz dnia, w którym się urodziłeś.

Tamten z niedowierzaniem dotknął swojej kości policzkowej, a potem przyłożył dłoń do złamanego nosa. Szybkość i siła ciosu skutecznie wybiły mu z głowy pomysł, żeby zerwać się na nogi i rzucić na żołnierza.

— Tak lepiej, moje małe zasrańce. A teraz prosta sprawa. Jesteście tutaj, ale jeszcze nie złożyliście przysięgi. Zaraz to zrobicie. Nim jednak wypowiecie te magiczne słowa gwarantujące wam żołd i całą resztę, dobrze wam radzę: zastanówcie się. Jeszcze teraz możecie podkulić ogony i spierdalać pod spódnice waszych matek. Za chwilę każdy, kto postawi stopę poza terenem obozu, będzie pierdolonym dezerterem, a chyba nawet takim popierdolonym osłom jak wy nie muszę tłumaczyć, co kompania robi z takimi.

Rekruci spojrzeli po sobie niepewnie, a potem na siedzącego na ziemi dawnego przywódcę. Jeśli nawet kilku z nich poważnie rozważyło ucieczkę, spojrzenia pozostałych szybko ich od tego odwiodły.

Zostali wszyscy.

Poważny nie miał pojęcia, czy powinien się z tego cieszyć, czy nad tym ubolewać. Ale było jak było. A jeśli gówno było, to się w gównie rzeźbiło, jak mawiano w kompanii.

— No dobra, kutafony. Mam nadzieję, że powtórzenie kilku słów po mnie was nie przerośnie. Miejmy to już za sobą — warknął i zaczął recytować formułkę.

Wszyscy słuchali w skupieniu. Nikt nie odważył się niczego pomieszać. Nie wtedy, gdy dłoń dowodzącego nonszalancko spoczywała na rękojeści jego miecza.


Żartowniś patrzył uważnie na nowych i już uśmiechał się pod nosem. To będzie ciekawe.

— Czy tylko mi się wydaje, czy to są ci, których szukają w okolicy za rozboje, rabunki i morderstwa? — spytał stojący obok weterana Guzik.

— Jak nic to ci sami — oznajmił z pełnym przekonaniem Apsik. — Wyznaczono nagrodę za doprowadzenie ich żywcem, bo chcą ich popisowo ukarać. Jakby mi groziły publiczne tortury, też bym spieprzył do kompanii.

— Ty tak zrobiłeś — zauważył uprzejmie Guzik.

— Nieprawda. Mnie groziła szubienica. I nie za rozboje, tylko za ubicie bogatego wieprza, który uważał, że ma prawo mną dysponować, jak mu się podoba.

— Jeden z tych…? — spytał Żartowniś.

— Z tych? Aaaa. Nie. Nie taki jak Ciepły. Pospolite ruszenie.

Guzik spojrzał na Apsika jak na skończonego kretyna.

— Czyli nie chciałeś walczyć dla faceta, utłukłeś go, a gdy wydali na ciebie wyrok, spieprzyłeś do nas? Ktoś ci mówił, czym my się zajmujemy?

— Ja też widzę spore luki w twojej historii. Jak niby utłukłeś tamtego? Gdyby zabijanie rządzących było takie łatwe, mielibyśmy całkiem przyzwoitą sytuację na świecie.

Apsik przewrócił oczami.

— Po pierwsze, zabiłem faceta, bo kazał mnie do siebie przywlec, gdy odmówiłem zaciągnięcia się. Był tak pewny, że jest boskim wybrańcem, że nawet do głowy mu nie przyszło, jak groźne może być podejście do mnie na odległość jednego kroku. Po drugie, gdyby zabijanie rządzących było łatwe, nic na tym świecie nie działałoby tak, jak powinno. Prosta sprawa. Większości z nas nie podoba się wiele z decyzji Poważnego, ale gdybyśmy mieli go z tego powodu zabić i dać kogoś innego na jego miejsce, znowu nic by nikomu nie pasowało. Pasowaliby nam tylko ludzie, którzy wszystko by rozpieprzyli dla chwili zabawy, a potem wszyscy wyzdychalibyśmy z głodu, obwiniając jednego idiotę o głupotę nas wszystkich.

Skończył mówić i spojrzał na towarzyszy wyczekująco. Ci jednak milczeli. Patrzyli tylko na niego z uchylonymi ustami i uniesionymi brwiami.

— Powiedziałem coś nie tak? — spytał zirytowany.

— No nie. Każdy tu wie, że głupi nie jesteś, ale… — zaczął niepewnie Żartowniś.

— No, ale to brzmiało całkiem mądrze — dokończył Guzik. — Jesteś pewien, że wychowałeś się na wsi?

— Jestem.

— No bo nie chcę nikogo obrażać, ale ludzie ze wsi myślą bardziej… po wiejsku.

— Jacy wy, kurwa, tępi jesteście — wtrącił siedzący przy ognisku Wkurwiający. — Nie pytajcie, gdzie się wychował, tylko kto go wychował.

Żartowniś już miał nawtykać leczącemu, gdy nagle dotarło do niego, że facet ma rację. Do tej pory zadawali niewłaściwe pytania.

— Kim byli twoi rodzice? — spytał szybko.

— Matka? Zajmowała się domem — odpowiedział Apsik niechętnie.

— A ojciec?

Mógł nie odpowiadać. Kompania dawała nowe życie i jeśli ktoś nie chciał mówić o starym, po prostu się o nim nie mówiło. Apsik nie widział jednak powodu, by coś ukrywać.

— Był kapłanem przekazującym nauki Smorta.

Żartowniś cicho zagwizdał.

— No to by wiele wyjaśniało.

Guzik podrapał się po głowie i przytaknął. Smort był bogiem rozwoju i dyscypliny. Każdy, kto w niego wierzył, wychowywał dzieci w określony sposób. Od najmłodszych lat uczono je wszystkiego, czego dało się je nauczyć, i wymagano, by utrzymywały odpowiedni poziom sprawności fizycznej. Dbano o każdy aspekt ich rozwoju. Z Apsikiem musiało być tak samo, ale choć można mu było wtłoczyć do głowy wiedzę i wymusić aktywność fizyczną, to już znacznie trudniej było skorygować jego charakter. No cóż. Był, jaki był, i skończył, jak skończył, a w jego mniemaniu wcale nie wyszło tak źle, więc jego ojciec w gruncie rzeczy mógł się iść pierdolić z tymi wszystkimi zasadami.

— Apsik, jak już jesteśmy przy trudnych pytaniach… — zaczął Guzik, szturchając go łokciem. — To mam jeszcze jedno.

— Świetnie. Na pewno jest dla ciebie cenne. Zachowaj je w swoim sercu na zawsze — odpowiedział żołnierz, krzywiąc się wymownie, jakby Guzik chciał mu sprezentować coś najbardziej obrzydliwego na świecie.

Tamten tylko roześmiał się radośnie. W kompanii panowało wiele zasad i jeszcze więcej małych tradycji. Jedną z nich było niedbanie o zdanie innych, dopóki nie groziło to szybkim zgonem.

— Bo zabiłeś faceta, który chciał, żebyś dla niego walczył, co nie?

Apsik przewrócił oczami. Z pytaniami był właśnie taki problem, że pojawiały się całymi chmarami, jak pieprzona plaga szczurów. Jedno ciągnęło za sobą następne, a potem jeszcze kolejne. Żadna odpowiedź nie mogła być pełna, o ile nie ograniczała się do słów: tak, nie. No trudno. Wiedział, jak to się skończy, więc sam sobie był winien. Niech i tak będzie.

— No.

— On był tam kimś ważnym, co nie?

— Chuja tam ważnym, no ale bogatym.

— Rządził okolicą, prawda?

— Coś w ten deseń.

— Był u władzy…

Apsik zaczął się domyślać, w którym kierunku zmierza ta rozmowa, ale dał sobie już spokój z próbami jej ucięcia. Im bardziej będzie próbował ją zakończyć, tym chętniej inni będą ten wątek ciągnąć, więc niech już gadają swobodnie. Może za chwilę Poważny się o coś wścieknie i znajdzie im inne zajęcie.

— No był u władzy — powiedział w końcu zmęczonym głosem.

Guzik uśmiechnął się szeroko.

— Czy to nie ty przed chwilą pierdoliłeś, jak trudno jest zabijać tych u władzy i że tak powinno być?

— Jeden trup nie czyni zasady — stwierdził Apsik.

Wszyscy umilkli na chwilę, rozważając jego słowa. Pierwszy odezwał się Żartowniś:

— Ale może stać się wstępem do jej obalenia.

— Jeśli tak myślisz, to weź nóż i spróbuj zabić Poważnego. Sprawdzimy ten wstęp od razu.

Żartowniś przyjrzał się Apsikowi, po czym nagle roześmiał się i poklepał go po ramieniu.

— Szybko myślisz i dobrze mieszasz. Masz zadatki na to, by dożyć chwili, w której nazwą cię weteranem.

— To komplement? Bo nagle nie jestem pewien…

— Nie. To nie komplement. Od tej pory nie odwrócę się do ciebie plecami, nie upewniwszy się wcześniej, czy nie masz przy sobie broni.

— Zawsze mam przy sobie broń.

— O tym mówię.

— Ty też ją zawsze masz przy sobie.

— Oczywiście.

— Ty jesteś weteranem.

— Tak.

— Jeśli mam zadatki na bycie takim jak ty, to czemu…

Apsik nagle umilkł, uważnie przyglądając się Żartownisiowi.

— Żartujesz, prawda?

— Ty mi powiedz — odpowiedział tamten ze śmiechem.

Młodszy żołnierz nagle poczuł się dziwnie niepewnie. Musiał to sobie wszystko dobrze przemyśleć. Bardzo dobrze, bo miał dziwne wrażenie, że niedługo może od tego zależeć jego życie.


Rezerwa spojrzał na nowych rekrutów jak na najobrzydliwsze gówno, jakie w życiu widział.

— Czego chcecie?

— Mundurów, namiotów, broni… — zaczął wyliczać jeden z nowych.

— Kurwę też ci sprowadzić? — spytał poirytowany Rezerwa.

— No ale…

— Złożyliście przysięgę?

— Tak.

Żołnierz przez dłuższą chwilę przyglądał im się uważnie, po czym cmoknął z niezadowoleniem, ale powiedział tylko:

— Dobra, jebać to. Nie mój problem.

Poszedł do stojącego nieopodal wozu i wydał im dwa namioty, podstawowe mundury, buty, proste miecze i wszystko inne, co mogło im się przydać.

— Co to za mundury? — spytał facet ze złamanym nosem.

— Wasze.

— Ale wy macie inne…

— Mamy takie, jakie mamy ochotę mieć.

— No to dlaczego…

— Bo tak — warknął Rezerwa. — Jak wam coś nie pasuje, to spierdalajcie ze skargą do Poważnego, ale radzę wysłać kogoś innego niż ciebie, ze złamanym kulfonem, bo nie wiem, czy po drugim lepie na papę ktoś da radę to jeszcze poskładać. Wkurwiający jest niezłym leczącym, ale ma wyjebane na dobro pacjenta.

Nowi stali niepewnie, rozglądając się, jakby nie potrafili ocenić, co właściwie powinni na to odpowiedzieć.

— Jak nic więcej ode mnie nie chcecie, to wracam grzać się przy ognisku. I nie zawracajcie mi więcej dupy.

— Ja mam jeszcze jedno pytanie — powiedział ten ze złamanym nosem i, nie czekając na pozwolenie, dodał: — Który to ten leczący?

Rezerwa wskazał palcem jednego z żołnierzy, po czym bez słowa odszedł.

— Chyba nie tak sobie wyobrażałem bycie w Kompanii bez Imienia — szepnął jeden z nowych.

— Spodziewałeś się od progu dziwek i luksusów? — spytał ktoś inny.

— No nie od razu, ale ty widzisz, żeby ci starsi się czymś takim cieszyli?

No właśnie. To było trafne pytanie, a odpowiedź na nie była oczywista i tym bardziej rozczarowująca.

— Może te wszystkie legendy…

— Facet wyjebał mi w ryja tak szybko i mocno, że nawet się nie zorientowałem, kiedy leżałem już na dupie — powiedział cicho mężczyzna ze złamanym nosem. — A zrobił to od niechcenia. Nie wiem, w jakim byłbym stanie, gdyby się wysilił. Nie jestem aż tak głupi, żeby sprawdzać, czy inni też są tak dobrzy, ale jedno wiem na pewno. Wolę być tutaj niż na własnej publicznej egzekucji.

Po tych słowach ruszył przed siebie. Rozstawienie namiotu mogło poczekać. Teraz musiał zająć się swoim nosem.


Wkurwiający grzał stopy przy ognisku, gdy podszedł do niego jeden z nowych rekrutów. Leczący rzucił przelotne spojrzenie na jego złamany nos, po czym znów zapatrzył się w ogień.

— Jesteś leczącym, prawda? — spytał tamten.

Przez chwilę żołnierz miał ochotę skłamać, ale ostatecznie nie miało to większego sensu. Przytaknął od niechcenia, nie odwracając wzroku.

— Mógłbyś zobaczyć mój nos?

Jaki grzeczny, pomyślał Wkurwiający. Oni wszyscy na początku byli grzeczni. Potem działo się z nimi coś dziwnego i trzeba ich było od nowa uczyć szacunku.

— Jestem zajęty — odpowiedział, leniwie się przeciągając.

— Proszę.

No to go zaskoczyło. Facet nie wyglądał na takiego, któremu łatwo przychodzi przełykanie dumy, a tu taki psikus. Leczący podniósł się, obejrzał nos i stwierdził oczywiste:

— Złamany.

— Nastawisz mi go?

— Teraz?

— Tak.

Kim był, by odmawiać pomocy innym? Chwilę później było już po wszystkim.

— Dziękuję — powiedział tamten, odchodząc.

Wkurwiający aż na moment otworzył usta z niedowierzaniem, po czym niepewnie rzucił:

— Zajdź wieczorem do mojego namiotu. Obejrzę go jeszcze raz i dam ci coś na opuchliznę.

— Jasne. Będę i… Nie mam czym teraz zapłacić, ale…

— Nie płacisz nic — zapewnił, patrząc na nowego z niedowierzaniem. — Po to tu jestem i za to dostaję żołd.

— Ale… — Facet wyglądał na zagubionego, jednak szybko zorientował się, że lepiej będzie nie przyznawać się do niewiedzy. Podrapał się po głowie z zakłopotaniem. — No tak. Pewnie.

Leczący zamrugał, a potem znów sztywno usiadł przy ognisku, zastanawiając się, jak dziwny potrafi być otaczający go świat.


Dawny przywódca bandy lokalnych rzezimieszków podszedł do swoich ludzi niepewnie.

— Ile sobie policzył? — spytał jeden z nich.

— Nic. Podobno od tego tu jest.

— Nic? — spytali pozostali zdziwieni.

— O czym, panienki, tak szepczecie zalotnie? — spytał mijający ich żołnierz.

Wszyscy się wzdrygnęli, a dwóch nawet pisnęło, czym przednio go ubawili.

— No, no. Już się tak nie bójcie, słodzieńka. To o czym tak trajkoczecie?

— Nie jesteśmy kobietami — warknął jeden z nowych.

— Będziecie, kim sobie zażyczę. Prosta sprawa — oznajmił radośnie, po czym nagle z jego twarzy zniknął uśmiech. — Zadałem wam pytanie. Nie każcie mi go trzeci raz powtarzać, bo mogę się zirytować.

Spojrzeli po sobie niepewnie, ale ten ze złamanym nosem odpowiedział w końcu:

— Że tu się nie płaci za leczenie.

— No pewnie, że nie. Za coś ten pierdolony nierób ma płacone. Całymi dniami grzeje dupę przy ognisku, więc nie widzę powodu, żeby jeszcze miał dostawać cokolwiek za to, że raz na jakiś czas się wysili i nastawi kilka kości.

— Albo przygotuje maść na twoją pierdoloną, krwawiącą dupę i napar, żebyś mógł się normalnie wysrać, ty niewdzięczny matkojebco — oznajmił donośnie znudzonym tonem leczący.

Stojący przed nowymi żołnierz udał, że nic nie usłyszał. Zamiast tego pokiwał głową, jakby odpowiadał na własne myśli, i rzucił od niechcenia:

— Pierdolony nierób, mówię wam.

— A jedzenie? — spytał nagle jeden z młodszych z dawnej bandy.

— Co? Jakie jedzenie? O czym ty do mnie pierdolisz?

— Czy płacimy tu za jedzenie?

— Za te jebane pomyje, które tu dostaniecie? To Gulasz wam powinien płacić za jedzenie tego gówna.

— Ja ci kurwa zapłacę! Jak ci się nie podoba, to spierdalaj od mojego żarcia! — ryknął kolejny żołnierz, który właśnie kroił warzywa.

Nowi nie zwrócili większej uwagi na toczoną wymianę uprzejmości. Byli zbyt przejęci tym, że od tej pory będą im przysługiwały też darmowe posiłki. Czy oni trafili do raju?

— Jestem Eryk — powiedział w końcu facet ze złamanym nosem.

— Nie, nie jesteś — odpowiedział tamten z szerokim uśmiechem.

— Ale…

— Złożyłeś przysięgę. Teraz jesteś jednym z nas. Dokładnie w chwili, w której wypowiedziałeś ostatnie słowo regułki, Eryk umarł, a narodziłeś się ty — nowy żołnierz Kompanii bez Imienia, kolejny element tej wielkiej legendy i takie tam kurwa pierdoły.

— Prościej mówiąc, coś spierdolisz i wtedy dostaniesz swoje nowe imię — wtrącił pomocnie Wkurwiający.

— Ale jeśli nam się to imię nie spodoba? — spytał niepewnie najmłodszy z rekrutów.

— Trudno. Nie masz nic do gadania. To twoja nowa tożsamość i tyle.

— Nie podoba mi się ta zasada — warknął milczący do tej pory facet stojący tuż obok dawnego Eryka.

— No nie zesraj się — powiedział Wkurwiający. — Myślisz, że Apsik chciał być Apsikiem? Jak nie chcesz mieć chujowego imienia, to trzymaj się od tego kutasa Żartownisia z daleka, bo to on nadaje tu większość imion.

— Właśnie — przytaknął tamten.

— A jak ty masz na imię? — spytał dawny Eryk, patrząc na stojącego bliżej nich żołnierza.

— Żartowniś — przedstawił się tamten z dziwnym błyskiem w oku. — Ale dość o mnie, pomówmy o was. Albo może o nas wszystkich. Bo widzicie, ktoś nam tu z rana wkurwił dowodzącego, więc jak tylko nasz oddziałowy kucharz, jeśli można go tak nazwać, skończy się babrać z warzywami, zaczynamy karne ćwiczenia i nowych chcę widzieć blisko siebie.

— Ktoś? Ty go wkurwiłeś, pajacu jeden — syknął Wkurwiający.

— Może, ale na twoim miejscu skończyłbym z głupim darciem pizdy, bo ja też prowadzę te ćwiczenia, ty niemyty chuju.

Wkurwiający spojrzał na weterana z czystą pogardą, po czym tylko pokręcił głową, mądrze decydując się więcej nie odzywać.

— Nie rozstawiliśmy jeszcze namiotów — zaczął facet stojący obok dawnego Eryka.

— No i? Gówno mnie to obchodzi, Niezesrajsię.

— Na cipę Utari, kolejne chujowe imię — westchnął dramatycznie leczący.

— Nie będę… — zaczął wyraźnie urażony Niezesrajsię, gdy nagle weteran położył mu ciężką dłoń na ramieniu i ścisnął mocno, sprawiając mu wyraźny ból i zmuszając do milczenia.

— Sporo rzeczy musicie się jeszcze nauczyć, moje słodkie dzieciątka, ale jedno powinniście przyswoić natychmiast. Jestem weteranem. Mogę tu wszystko, jak długo Poważny nie powie inaczej.

Nic na to nie odpowiedzieli. Zbolała mina Niezesrajsię stanowiła wystarczające ostrzeżenie dla nich wszystkich.

To jednak nie był raj i nie było stąd drogi ucieczki. Po raz pierwszy naprawdę dotarło do nich, że być może zaciągnięcie się nie było wcale takim dobrym pomysłem.

Czas ruszać każdemu w swoją stronę

78. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Waiaulong, Sokchnguk.

W osiemnaście dni nie można było nikogo nauczyć leczenia. Nie można było tego nauczyć nawet w ciągu roku. Leczenie było sztuką złożoną i trudną, wymagającą nie tylko wiedzy, ale też praktyki. Biały wiedział o tym jak nikt inny. Poświęcił lata, aby opanować swoje umiejętności, a sam w swoim umyśle nie określiłby ich inaczej niż słowem „podstawowe”. Oczywiście na tle innych leczących wypadał o wiele lepiej, jednak to niczego nie zmieniało. Nie był cudotwórcą ani bytem omnipotentnym. Zawsze mógł zdobyć więcej wiedzy, wykonywać swoje obowiązki z większą pieczołowitością, precyzją, poświęceniem… Właśnie dlatego leczenie było sztuką, a nie rzemiosłem. Było czymś więcej niż tylko nastawianiem złamanych kości czy podawaniem naparów na wzmocnienie. Było poezją samą w sobie, niekończącą się walką z niemożliwym do pokonania przeciwnikiem, jakim była śmierć. Było…

— Dziękuję za wszystko, Biały — powiedział Oszust, wyrywając maga z zamyślenia.

— Nie ma sprawy — odpowiedział tamten odruchowo.

Kompania niszczyła wszystko. Nawet najgłębsze chwile refleksji.

— No dla mnie to bardzo dużo. Teraz, nawet jak Sztych znajdzie nowego leczącego, to nie pozbędzie się mnie już tak łatwo. Wiesz, ktoś, kto coś umie, zawsze jest bezpieczniejszy.

— Nie dałem rady ci wiele przekazać, ale na swoje szczęście umiesz czytać i pisać, więc mogłem ci sporo podyktować. Wszystko, co masz na tamtych kartkach, dobrze zapamiętaj…

— Wiem. Już tu trochę służę. Jak się maszeruje, to różne rzeczy się mogą stać, jak na przykład wtedy, gdy przeprawialiśmy się przez rzekę. Wyuczę się tego tak, że będę to przez sen recytował. To będą moje nowe modlitwy.

Biały pokiwał głową, nie wiedząc, co miałby niby mądrego na to odpowiedzieć. Na nieszczęście dla niego Oszust wyraźnie oczekiwał czegoś więcej. Nim jednak cisza zdążyła zrobić się niezręczna, do namiotu leczącego wszedł Łazęga i oznajmił od progu:

— Biały, bierz bety, bo musimy ci już namiot zacząć zwijać.

— Oczywiście — odpowiedział natychmiast, klepiąc Oszusta po ramieniu i dając mu tym samym znak, że pora na niego.

— To ja już chyba pójdę — powiedział tamten, wyraźnie się ociągając. — Jeszcze raz dziękuję za wszystko.

— Będzie mi ciebie brakować — skłamał z wysiłkiem.

Oszust nie był najgorszym facetem, jakiego poznał, ani najgłupszym. W gruncie rzeczy nie był zły. Po prostu Biały nie czuł się jeszcze gotowy na przyjęcie kogokolwiek na nauki, a już na pewno nie w takich warunkach. Miał za mało czasu, a świadomość, że w ciągu tych kilku dni nie przerobił z nim nawet połowy materiału uznawanego na Atolach za absolutną podstawę podstaw, nie działała na niego najlepiej.

— Dostałem pozwolenie na pisanie do ciebie listów. Gdy tylko Dowódca będzie przekazywał rozkazy, postaram się dokładać od siebie kolejne wskazówki i recepty na nowe napary.

Oczy Oszusta wręcz zalśniły.

— Naprawdę? — spytał głosem pełnym wzruszenia i radości. — Naprawdę to zrobisz? Nawet nie wiesz…

— Biały, kurwa jebana mać, ruszcie dupy — syknął Łazęga, wciąż czekając, aż leczący zabierze najdelikatniejsze instrumenty i da im sygnał do rozpoczęcia zwijania namiotu.

Mag przewrócił oczami, ale wziął się do roboty, mówiąc jednocześnie do Oszusta:

— Obiecuję.

— Jesteś wielki! Jesteś…

Oszust nie skończył, bo pomagający Łazędze Konar zwyczajnie złapał go jak worek kartofli i wyniósł z namiotu.

— Ja wiem, wielkie pożegnanie i te sprawy, ale chcesz wkurwić Dowódcę? — warknął Łazęga.

Biały spojrzał na niego jak na skończonego idiotę, po czym bez słowa przerzucił przez ramię swoją torbę i wyszedł z namiotu.


Szrama patrzył, jak jego ludzie zwijają obóz. Wszystko szło zgodnie z planem. Jak każdego dnia. Na co dzień mogli być zgrają kozich synów, którzy nie powinni mieć prawa do oddychania, ale byli zgrają kozich synów świetnie przeszkolonych i z wszczepionym głęboko nabożnym lękiem przed gniewem Dowódcy. Razem dawało to całkiem przyzwoity rezultat — względnie karny i sprawnie funkcjonujący oddział. No i co najważniejsze, nie mieli u siebie Gałgana.

— Ciebie też błogosławię — powiedział samozwańczy prorok, mijając niedawno zwerbowanego rekruta.

— Gałgan! — ryknął Sztych. — Wypierdalaj pakować wóz z Koniuszym.

— Moje ręce…

— Twoje ręce zaraz będą ujebane przy twojej dupie!

Jedno trzeba było przyznać — Sztych nie dał się porwać szaleństwu, które opanowało cały jego oddział, i nie uznał świętości Gałgana. Szrama nie potrafił ocenić, czy było to wynikiem racjonalnego myślenia dowodzącego, czy jego głęboko zaszczepionej nienawiści do drugiego weterana. Czy miało to jednak jakiekolwiek znaczenie? Nie. Ani trochę.

Sztych podszedł do Szramy, po czym spojrzał na niego jak na kupę łajna i warknął:

— Nie szczerz tak kurwa tych zębów.

Szrama uśmiechnął się jeszcze szerzej, mówiąc:

— Ktoś tu chyba się nie wyspał.

— Ktoś tu chyba chce skończyć z nożem w dupie.

— Czyli jednak ta głupia kurwa cię dopadła. Nieźle. I to jeszcze w taki dzień.

— Możesz stulić mordę? — warknął Sztych.

— A nie przyszedłeś do mnie właśnie o tym porozmawiać? — spytał z udawaną troską Szrama.

— Przyszedłem odmeldować się Dowódcy.

— A mówił ci ktoś, że ja nim nie jestem?

Sztych naprawdę rozważył, czy jego własna pięść nie powinna się w tym momencie spotkać z mordą Szramy. Szybko doszedł do wniosku, że powinna, ale mimo to nie ruszył się z miejsca. Łamkości i Wrzask stali za blisko. Może innym razem…

— Ciebie też dopadnie — powiedział w końcu ze złością.

— Może i tak, ale na razie dopadła ciebie, a nie mnie, więc… No cóż. Będę się martwił, gdy przyjdzie na to czas.

Uczciwie postawiona sprawa, pomyślał Sztych, a na głos powiedział:

— Szkoda, że się nie spotkamy dzień po.

— Na pewno będę w lepszym stanie niż ty.

— O! Jesteś tego aż tak pewien? Bo wydaje mi się…

— Dobrze żyję z Białym. Postawi mnie na nogi szybciej, niż ta kurwa nacieszy się swoim małym zwycięstwem.

Sztych zacisnął pięści tak mocno, że aż zbielały mu kostki.

— Obyśmy się szybko nie spotkali — powiedział, odchodząc sztywno w kierunku stojącego nieopodal Dowódcy.

— Obyśmy — odpowiedział Szrama z rozbawieniem.

Życie żołnierza zawsze było ciężkie, dlatego warto było cieszyć się każdą, nawet najmniejszą rzeczą, jaka tylko się trafiała. Na przykład wyraźnie obolałym kroczem tamtego chuja.


Łamkości spojrzał na zadowoloną z siebie Nienasyconą.

— Dopadłaś go, co? — spytał, nie kryjąc rozbawienia.

— Owszem.

— Warto było?

Kobieta na chwilę przestała pakować swoje rzeczy do plecaka i spojrzała stojącemu przed nią mężczyźnie prosto w oczy.

— O co dokładnie pytasz?

— Nie wiem. Ty mi powiedz.

Zamyśliła się na chwilę, po czym wzruszyła ramionami.

— Seks był. Miewałam lepszych. Ale świadomość, że go dopadłam, wyraz czystej nienawiści wypisany na jego twarzy, gdy dotarło do niego, że przegrał… Wszystko to było całkiem satysfakcjonujące.

— Tak z czystej ciekawości, jak często ci się zdarza, że komuś nie staje?

— Mam swoje sposoby.

— Czyli często?

Uśmiechnęła się tajemniczo, ale nic na to nie odpowiedziała. Łamkości pokiwał głową ze zrozumieniem.

— Tak myślałem. Jeszcze parę lat temu było lepiej, bo jakoś wyglądałaś, ale teraz…

Była szybka i śmiertelnie niebezpieczna. Jak każdy weteran. I jak każdy weteran nie potrzebowała wiele, by sięgnąć po broń. Błyskawicznie rzuciła się do ataku i jeszcze szybciej wylądowała na ziemi.

— Hamuj się, głupia suko. Mamy kontrakt — powiedział z rozbawieniem Łamkości.

Jej największym atutem był atak z zaskoczenia. Bez niego nie mogła się równać ze stojącą przed nią wielką górą mięśni. Facet nie dość że był potężny, to jeszcze miał refleks. A jeśli dodatkowo spodziewał się ataku, wynik łatwo było przewidzieć.

— Zapłacisz mi za te słowa — warknęła.

— Tak, tak, tak. Powtarzasz to co chwila. Jeszcze ci się nie znudziło?

— Ty niedomyty chuju…

— Może i niedomyty, ale to ty z własnej woli na niego polujesz i marzysz, żeby wskoczyć na niego przy każdej okazji.

— Chyba kpisz…

— Możesz sobie mówić, co chcesz. Liczą się fakty. Ile razy mnie ujeżdżałaś?

— Wtedy nie byłeś tak wygadany.

— Nikt nie jest, jak ma nóż na gardle i koszmar na chuju.

Nienasycona spojrzała na Łamkości. Powoli podniosła się z ziemi, ale tym razem nie próbowała atakować. Nie była aż tak głupia. Raz to żart. Dwa razy to już poważna sprawa i równie poważnie mogłaby skończyć w rowie z wypatroszonymi flakami.

— Znudziła mnie rozmowa z tobą — odpowiedziała spokojnie.

— Mnie się znudziło patrzenie na twój ryj, więc ważne pytanie teraz: kiedy nas opuścisz?

— Nieszybko. Wiem, że będziesz się moczył po nocach z tęsknoty za mną.

— Jeśli już, to szczał po gaciach z radości, że nie muszę więcej na ciebie patrzeć.

Ta radosna rozmowa mogłaby zapewne trwać jeszcze całkiem długo. W końcu po tylu latach znajomości mieli sobie naprawdę dużo do powiedzenia. Sobie i o sobie. Na szczęście dla wszystkich znajdujących się w pobliżu Szrama dał właśnie sygnał do wymarszu. Dwójka skaczących sobie do gardeł weteranów bez słowa zaczęła zbierać swoje rzeczy. Jeśli los pozwoli, będą mieli jeszcze okazję do tego wrócić i poobrażać się wzajemnie jeszcze trochę bardziej.


Biały właśnie patrzył, jak jego namiot jest składany, gdy podszedł do niego Gałgan, witając go entuzjastycznie.

— Biały! Dobrze cię widzieć, ale ubolewam, że nasze drogi się rozchodzą.

— Może jeszcze się spotkamy — odpowiedział mag z uśmiechem.

Gałgan nie krył wzruszenia.

— Jesteś jedynym, który uśmiecha się szczerze na mój widok.

— Pewnie dlatego, że nie zdążyłem cię jeszcze dobrze poznać.

Żołnierz roześmiał się szczerze rozbawiony.

— No tak! No to obyś nigdy mnie lepiej nie poznał, bo ja cię naprawdę polubiłem!

Białemu zrobiło się naprawdę miło. Słyszał o weteranie wiele złego, ale sam nie doświadczył z jego strony niczego innego niż szacunku i życzliwości, więc naprawdę myślał o Gałganie dobrze.

— Dbaj o siebie i o Oszusta.

— Jasna sprawa, że zadbam o siebie, ale czemu o Oszusta? Jednak uznałeś go za swojego ucznia?

— Niekoniecznie. Kilka dni to za mało, żeby naprawdę kogoś nauczyć choćby podstaw leczenia, a co dopiero uznać za swojego ucznia. Miałem raczej na myśli coś innego. Żeby on zawsze miał wobec ciebie dług wdzięczności. Bo mimo wszystko dałem mu przepisy na większość użytecznych naparów. Rozkaz Sztycha rozkazem, ale…

Gałgan spojrzał na maga z zaciekawieniem.

— Wyrabiasz się, szanowny panie.

— Nic mi o tym nie wiadomo, ale poważnie zaczynam się obawiać, że przesiąknąłem atmosferą tego miejsca.

— No to witamy w rodzinie — powiedział żołnierz z szerokim uśmiechem.

— No tego akurat nie chcę słyszeć — odpowiedział Biały, krzywiąc się.

Usłyszeli sygnał, który skutecznie zakończył ich rozmowę.

— Do zobaczenia, o wielki magu — rzucił Gałgan na odchodnym, wciskając człowiekowi, który uratował mu życie, niewielki pakunek. — I dzięki za wszystko.

Biały przyjął prezent ze zdziwieniem.

— Do zobaczenia, o wielki proroku — odpowiedział odruchowo.

Żołnierz roześmiał się, odchodząc.

Mag spojrzał na trzymane w dłoni zawiniątko. Nie spodziewał się znaleźć w nim nic wielkiego. Raczej śmiało zakładał, że ma w dłoniach kolejny mało wybredny żart tamtego. Ale gdy rozwinął materiał, zamarł.

— Och… — wyrwało mu się z ust.

Tę puszkę rozpoznałby wszędzie. Prawdziwa herbata prosto z Atoli.

— Jak on to dorwał? — spytał sam siebie, gładząc zdobioną powierzchnię pojemnika.

Nagle zatęsknił za swoją ojczyzną. Jak wiele potrafi się zmienić w ludzkim sercu i umyśle. Tak bardzo chciał stamtąd wyjechać, zobaczyć świat, poznać więcej trudów życia. Gdyby tylko mógł cofnąć się w czasie i trzasnąć samego siebie po głowie…

Poczuł nieprzyjemny ciężar zalegający mu w duszy. Wreszcie dopuścił do siebie myśl, którą przez cały ten czas od siebie odpychał. Atole przestały być jego domem. Być może pewnego dnia znów na nich zawita, ale już nie jako ich dawny obywatel. Przyjedzie jako żołnierz Kompanii bez Imienia. I nie z powodu podpisanego kontraktu. Wcale nie. Będzie tak, bo prawdą było to, co powiedział wcześniej Gałganowi. Przesiąkł już całym tym okrucieństwem. Zaczął myśleć inaczej i inaczej patrzeć na świat. Może nie był najgorszym z najgorszych, ale zmienił się i nawet on sam widział to wyraźnie. Na Atolach nie było już dla niego miejsca. Nigdy go nie będzie. Bo nie będzie w stanie już nigdy spojrzeć na swoich rodaków inaczej niż jak na bandę rozpieszczonych, uprzywilejowanych głupców, którzy nie mają pojęcia o prawdziwym życiu.

— Biały, kurwa jebana mać, zagęszczaj te ruchy! — ryknął Szrama, gdy niemal wszyscy byli już gotowi do wymarszu. — Nie będziemy na ciebie czekać!

— Już! — odkrzyknął, ruszając biegiem do swojej klaczy.

Gdy następnym razem się zatrzymają, zaparzy sobie otrzymaną herbatę i odkryje na nowo jej smak, dziwiąc się samemu sobie, że wcześniej nigdy nie potrafił docenić jej bogatego aromatu… Jeśli będzie miał na to czas, oczywiście.

Eskorta

81. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Latarpe, Cytha.

Moczara roześmiał się histerycznie, czym na pewno nie poprawił humoru swoich towarzyszy.

— Bogowie muszą nas nienawidzić — powiedział, przeskakując z jednej nogi na drugą jak zaciekawiona małpa.

— Ciebie na pewno — warknął Konar.

Uzdrowiciel błyskawicznie odwrócił się na pięcie i wykonał w kierunku stojącego nieopodal weterana bardzo niecenzuralny gest.

— Ulżyło? — spytał Konar obojętnym głosem.

— Nie bardzo — przyznał Moczara, wracając do obserwowania murów miasta, przed którym właśnie stali.

— Ja myślę, że skupiacie się na niewłaściwym aspekcie całej sprawy — włączył się do rozmowy Zdrajca, na co Konar nie omieszkał od razu wtrącić:

— Ta sprawa nie ma żadnych właściwych aspektów, więc to nic trudnego.

Zdrajca uśmiechnął się pod nosem.

— Jeśli tak na to spojrzeć, to możesz mieć trochę racji.

— Trochę — powtórzył Konar, splatając ręce na piersi.

Moczara cmoknął z niezadowoleniem. Wtrącili się nieproszeni ze swoimi uwagami i przejęli całą rozmowę. Bez sensu. A miał taki dobry żart sytuacyjny, który właśnie przepadł na zawsze. Niepowetowana strata.

— Jakaś przerwa na jedzenie? — spytał Bezsmak, zaskakując wszystkich.

Oczy każdego żołnierza z oddziału Zdrajcy skupiły się na nim. Mężczyzna nerwowo podrapał się po głowie, po czym tylko wzruszył ramionami.

— No co?

— Jesteśmy tuż pod miastem — powiedział Słowik, nie wierząc, że prowadzi tę rozmowę.

— No wiem.

— Pod miastem.

— No wiem.

— Nie, chuja wiesz. Słuchaj mnie uważnie. Jesteśmy pod miastem.

— No wiem!

Słowik spojrzał na Bezsmaka jak na przypadek absolutnie i całkowicie beznadziejny.

— Dobra. Próbowałem, ale on nic nie rozumie.

— Może kluczem jest mi coś wytłumaczyć, a nie powtarzać uparcie to samo — burknął pod nosem obrażony Bezsmak.

— A może się po prostu zamknijcie — zasugerował uprzejmie Niedźwiedź.

Słowik zrozumiał i więcej ust nie otworzył. Z Bezsmakiem sprawy miały się zupełnie inaczej.

— Tylko że ja dalej nic nie rozumiem i dalej jestem głodny.

Niedźwiedź spojrzał na Konara błagalnym wzrokiem. Tamten odpowiedział spojrzeniem, w którym wyraźnie widniały słowa: „A dlaczego ja?”. Pierwszy żołnierz wzruszył ramionami, jakby ten jeden gest mógł oddać całą pokładaną w drugim nadzieję i wiarę. W końcu weteran dał za wygraną i oznajmił:

— Zdrajca, wytłumacz mu to.

— Pierdol się, nie mam na to czasu — odpowiedział dowodzący, dalej przyglądając się murom.

Konar spojrzał w niebo. W sumie zabił już tylu ludzi, że jeden mniej czy więcej… Co za różnica, prawda?

— Bezsmak, słuchaj mnie uważnie — warknął.

Bezsmak wyprostował się odruchowo, zaskoczony nagłym zwróceniem się do niego.

— Słucham! — zapewnił pośpiesznie.

— Zaraz możliwe, że wejdziemy do miasta, tak?

— No tak.

— Jak wejdziemy do niego, to w mieście są gospody, tak?

— No tak.

— A w gospodach co jest?

— Dziwki? — spytał niepewnie Bezsmak.

Kilku przysłuchujących się parsknęło śmiechem, kilku przyznało mu rację, a kilku stwierdziło, że jest kretynem. O dziwo reakcje były bardzo mieszane, co w jego przypadku raczej było rzadkością. Zwykle wszyscy zgodnie go obrażali.

Sam Konar tylko ciężko westchnął.

— A co poza dziwkami?

— Łóżka.

Znów śmiech.

— No dobra, jesteśmy na dobrej drodze — okłamywał sam siebie weteran.

— Podobno marzymy o tym, czego nam najbardziej brakuje — rzucił filozoficznie Kudłaty.

— Bezsmak, tak bardzo brakuje ci starego łóżka? — spytał Słowik.

— Nigdy nie miałem swojego łóżka — stwierdził od niechcenia Bezsmak, dalej intensywnie myśląc, co jeszcze jest w karczmie, a o czym zapomniał.

Niedźwiedź uniósł lekko brwi.

— To na czym spałeś?

— Na ziemi.

— Samej ziemi?

— Czasem.

— A czasem na czym?

— Czasem udało mi się zakraść do obory i spałem razem ze świniami. Wtedy przynajmniej było mi ciepło, a jak szczęście dopisało, to nawet im coś do jedzenia podkradłem. W karczmie jest jeszcze wino i piwo.

Konar pokiwał głową z zadowoleniem.

— Dobrze. Idziesz w dobrym kierunku. Tak trzymaj. A co poza alkoholem możesz jeszcze tam zamówić?

— Obicie mordy?

— Kurwa, jedzenie — nie wytrzymał Zdrajca.

— Jedzenie! — krzyknął Bezsmak, uderzając się otwartą dłonią w czoło. — No tak. Racja. Tam można też zjeść. A jak już jesteśmy przy jedzeniu, to jemy coś teraz czy nie bardzo?

Konar przeżył wewnętrzne załamanie. Pozostali po prostu machnęli ręką albo zaczęli się śmiać.

— No co was tak bawi? To poważna sprawa.

— Czemu chcesz jeść teraz, skoro możesz trochę poczekać i zjeść coś lepszego w jednej z karczm?

— Nie chcę tam jeść — stwierdził Bezsmak.

Moczara udał, że ociera łzy wzruszenia.

— Słyszeliście go? Jedyny, który docenia, ile serca wkładam w gotowanie.

Konar zignorował uzdrowiciela i przyjrzał się uważnie Bezsmakowi. Jedną kwestią było to, że ten człowiek potrafi zjeść przygotowany przez Moczarę posiłek, ale zupełnie inną, że wolał to od porządnego jedzenia w miejskiej karczmie. Nie, coś musiało być na rzeczy. Tylko nie zadali jeszcze właściwego pytania.

— Słuchaj, Bezsmak. Nie mamy całego dnia, więc zacznij proszę współpracować.

— O czym ty do mnie mówisz? — spytał podejrzliwie Bezsmak.

Weteran westchnął ciężko.

— Mówię o tym, żebyś spróbował mi teraz odpowiadać najlepiej, jak umiesz. Trochę bardziej opisowo.

— A czy Moczara może zacząć już gotować?

Konar spojrzał na Zdrajcę, ale tamten tylko wzruszył ramionami. No tak. Pomocny jak zwykle. Nieważne.

— Jak odpowiesz mi z sensem, to tak.

Wszyscy mruknęli z niezadowoleniem. Kilka osób jawnie wyraziło sprzeciw, ale szybko wycofało się ze swojego stanowiska, gdy Moczara rzucił im mordercze spojrzenie.

— No dobra, to pytaj szybko.

— Czemu wolisz zjeść teraz tutaj niż w karczmie tam?

— Bo moje żarcie jest lepsze! — krzyknął z mieszaniną dumy i złości uzdrowiciel.

Bezsmak wyglądał na człowieka, który kompletnie nie zrozumiał pytania, ale jednocześnie bardzo się skupiał na udzieleniu prawidłowej odpowiedzi.

— Bo to mi pozwoli zaoszczędzić pieniądze. Dzięki temu, jak pójdę do miasta, będę mieć więcej na dziwki.

W oddziale zapadła cisza. Całkowita i głucha.

Ktoś — Konar nie miał pojęcia kto, bo wzroku od Bezsmaka oderwać nie mógł — zaczął niepewnie mówić:

— Ale…

Nie dokończył jednak swojej myśli, bo ktoś inny, chyba nawet Słowik, rzucił zamyślonym głosem:

— Nie, nie. Czekajcie. On ma w sumie trochę racji.

— Nie idź w tym kierunku — szepnął ktoś inny.

— Szaleniec — stwierdził następny.

— To nie chodzi o to, że dobrze gotuję? — spytał Moczara wyraźnie rozczarowany.

Bezsmak spojrzał wyczekująco na Konara. Weteran nie wierzył, że to powie, ale słowo się rzekło i nie mógł się teraz z tego tak łatwo wycofać.

— Garnek, stawiaj gar.

— Ale…

— Nie ma ale. Skoro chce jeść, to będzie jadł. Zdrajca, idź załatw temat i dowiedz się co i jak. Czy ktoś jeszcze chce tu zjeść?

O dziwo kilka osób zgłosiło się ostrożnie. Żadna dziwka nie jest tego warta, pomyślał weteran, patrząc na Zdrajcę.

— Nie chcę tego zrozumieć — stwierdził tamten cicho.

No to było ich dwóch.

— Idź. Muszę przemyśleć sens życia.

— Przemyśl też za mnie — odpowiedział Zdrajca, po czym dodał głośniej: — Słowik, Niedźwiedź, do mnie. Idziemy.

— Chwała wszystkim bogom — powiedział Niedźwiedź, szturchając Słowika, żeby ten szedł szybciej. — Bo bałem się, że jak tu jeszcze chwilę zostaniemy, to się tym obłędem zarażę. Swoją drogą, jesteśmy chyba jedynym oddziałem, gdzie gotuje uzdrowiciel. Co jest, kurwa, z nami nie tak?

Wszyscy zignorowali ostatnią uwagę, bo znali odpowiedź aż za dobrze. To był pomysł Moczary. Z nikim nigdy niekonsultowany. Facet po prostu lubił gotować. Albo katować ich swoimi pomyjami. Im ostatecznie nie robiło to większej różnicy, bo efektem końcowym i tak było paskudne żarcie, które musieli jeść.

Najgorsze było to, że mieli u siebie kogoś, kto naprawdę dobrze gotował, ale Moczara nigdy nie dopuszczał Garnka do kuchni.

Możny wyjrzał przez okno. Nie miał pojęcia, który raz z rzędu to robi, ale co innego miał robić?

— Na pewno są pod miastem? — spytał po raz enty, a po raz enty jego asystent spokojnie zapewnił:

— Tak. Są.

— To dlaczego jeszcze ich tu nie ma?

— Obawiam się, że nie jestem w stanie udzielić na to pytanie wyczerpującej odpowiedzi.

— A jakiejkolwiek?

— Nie znam zwyczajów Kompanii bez Imienia.

— A jakbyś miał zgadywać?

— Nigdy nie byłem dobry w zgadywankach.

I tak od rana. Ciągle to samo. Zaczynał nienawidzić brzmienia własnego głosu i nawet nie chciał myśleć, co sądził o nim w tym momencie asystent, ale…

— Naprawdę nudzi mnie to czekanie.

— Współczuję.

Nie sądzę, pomyślał możny, zamykając na chwilę oczy. Może, tylko może, gdy je otworzy, coś się zmieni.

Uniósł powieki i odkrył, że… nie zmieniło się absolutnie nic.

— Dlaczego w ogóle muszę wyjeżdżać?

— To polecenie pańskiego ojca.

— A po co mi taka obstawa?

— To też jego polecenie.

Parsknął poirytowany. Oczywiście, że tak. Ojciec. W jego życiu wszystko zawsze sprowadzało się do kwestii ojca. Jakże on go nienawidził i jakże miał go dość. Trzydzieści lat smutnego życia w cieniu. Żałosne, tak samo jak powtarzana od rana rozmowa.

— A co nie jest jego poleceniem? — spytał cicho pod nosem.

— Różana marmolada na śniadanie.

Możny dał się zaskoczyć. Otworzył szerzej oczy i z niedowierzaniem spojrzał na asystenta.

— Słucham? — spytał niepewnie.

— To ja kazałem podać z rana różaną marmoladę. Pański ojciec jej nienawidzi.

— Tak?

— Owszem.

— A to ciekawostka. Nigdy o tym nie wiedziałem.

Asystent uśmiechnął się pod nosem.

— Nie jest typem człowieka, który lubi zdradzać swoje słabości.

— Jest coś, czego jeszcze nie lubi?

— Pańskiej matki, ale nie jestem pewien, czy powinienem to mówić na głos.

Możny próbował, jednak nie dał rady powstrzymać cichego parsknięcia. Uśmiechnął się złośliwie pod nosem. To była jedyna rzecz, jaka go z ojcem łączyła. Obaj nienawidzili tej kobiety równie mocno. Nikt jej nie lubił. Zasadniczo nie dało się jej lubić. Fakt, że ojciec go z nią spłodził, był już sam w sobie cudem i jednocześnie powodem, dla którego trzydzieści lat później możny dalej okazywał mu swój szacunek.

Nagle rozmowę przerwał dźwięk cichego pukania.

— Tak? — spytał możny.

Do pomieszczenia wsunął się cicho służący i oznajmił:

— Panie, przy drzwiach stoi jakiś nieokrzesany…

— Wpuścić.

— Ale…

— Chcesz, żebyśmy skończyli z poderżniętymi gardłami? — spytał możny, starając się ukryć ekscytację.

Służący spojrzał na niego niepewnie, potem przeniósł wzrok na asystenta, licząc, że ten wesprze go w tej sytuacji.

— To ktoś, kto reprezentuje Kompanię bez Imienia — wyjaśnił uprzejmie asystent.

Służący w jednej chwili zrobił się blady, po czym bardzo nerwowo skinął głową i niemal rzucił się do otworzenia tamtemu drzwi.

— Czasem w głowie mi się nie mieści, jak pierwotny lęk przed nimi czują wszyscy.

— Bo niemal każdy zna kogoś, kto widział coś, co po sobie zostawili.

— To znaczy?

— Ja na przykład miałem wątpliwą przyjemność przejeżdżać przez wioskę, która nieszczęśliwie znalazła się na ich drodze.

— I?

— I może opowiem o tym, gdy ów ktoś już opuści progi tego domu — powiedział cicho asystent.

Dokładnie w tym momencie służący wpuścił gościa do gabinetu możnego.

Asystent spojrzał na stojącego przed nim żołnierza, potem na niemal sparaliżowanego strachem służącego i skinął temu drugiemu, by odszedł. Nie trzeba było powtarzać.

— Zdrajca, dowodzący oddziałem Kompanii bez Imienia. Z rozkazu Dowódcy jestem, żeby omówić szczegóły wypełnienia kontraktu — powiedział nowo przybyły, rozglądając się za miejscem do siedzenia.

Asystent błyskawicznie wskazał mu znajdujące się przed biurkiem możnego krzesełko, a sam możny szybko owo biurko wyminął i podszedł do żołnierza, podając mu rękę i mówiąc:

— Ailean z rodu Hylan, starszy syn Ullesa…

— Tyle mi starczy. Dzięki wielkie — wszedł mu w słowo żołnierz, ale rękę podał i ścisnął wystarczająco mocno, aby okazać szacunek, ale nie dość, aby zrobić krzywdę.

Możny był wdzięczny. Lubił swoją rękę. Była przydatna.

— Proszę siadać. Czy podać coś do picia albo do jedzenia? Natychmiast każę…

— Nie trzeba. Nie lubimy się z porcelaną.

Asystent uśmiechnął się pod nosem.

— Nasze własne piwo w kuflu? — spytał.

— No nie odmówię, jak tak ładnie oferujecie — stwierdził Zdrajca z szerokim uśmiechem.

Asystent skinął głową i wyszedł z gabinetu.

Możny w tym czasie przyjrzał się uważnie Zdrajcy. Nie krył się z własną ciekawością. Wychowany na salonach nie miał styczności z żołnierzami innymi niż nawykłymi do kontaktu z wyższymi sferami i chodzącymi w nienagannych mundurach. Ten przed nim… Och, to był dopiero powiew świeżości. Czyli tak wyglądał prawdziwy żołnierz, który walczył i ginął po to, aby śmietanka miała się dobrze.

— Panie Zdrajco…

Dowodzący skrzywił się.

— Zdrajca. Bez żadnych tytułów.

Możny dał się zaskoczyć. Myślał, że okazanie szacunku w ten sposób będzie ważne. Odchrząknął nerwowo, po czym spróbował jeszcze raz:

— Zdrajco, czy mogę spytać, co dokładnie znajduje się w kontrakcie?

Żołnierz spojrzał na niego pustym wzrokiem.

— Po pijaku go podpisywałeś? — spytał.

Żadnego tytułu, żadnej służalczości w głosie. Było to na swój sposób… wyzwalające doznanie.

— Nie. Mój ojciec go podpisywał.

Zdrajca skinął głową, jakby to wszystko tłumaczyło i jakby całkiem normalne było, że czyjś ojciec dyktuje dorosłemu synowi, jak ma funkcjonować.

— A u mnie Dowódca. Na szczęście dla nas dwóch kilka dni temu dostałem, co tam było ustalone i co mamy zrobić.

— A co macie zrobić?

— Zabrać cię z punktu A do punktu B, pilnując, żeby ci się nic nie stało, żebyś nie padł z głodu ani od utraty krwi na skutek otrzymania rany ciętej, kłutej, szarpanej czy jakiej tam jeszcze. Ogólnie mamy cię pilnować, karmić i lulać do snu. Optymalnie byłoby, gdybyś wpakował tyłek w karetę, ale najszybsza trasa przecina obszar, w którym wolałbym się nie afiszować z dobrobytem, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

— A mogę maszerować z wami? — spytał możny, starając się ukryć ekscytację.

Zdrajca zagwizdał szczerze rozbawiony.

— Możesz, ale nóżki ci do dupy wejdą przed końcem pierwszego dnia. Wymaszerowujemy z rana i kończymy spacerek późnym wieczorem. Jemy w ruchu. Idziemy równym tempem, które cię wykończy. Ale ja tam nie jestem od tego, żeby ci czegoś zabraniać. Jak się zmęczysz, to męsko wciągnij powietrze, przejdź jeszcze kawałek i uprzedź, nim padniesz. Wsadzimy cię na wóz. Na ten moment nie mamy rannych.

— Naprawdę mogę?

— Jak nie będą ci przeszkadzały okrwawione stopy…

— A mogę dostać jeden z waszych mundurów?

Zdrajca przez chwilę milczał, próbując nad sobą zapanować, ale nie udało mu się. Wybuchł donośnym śmiechem akurat w chwili, gdy do pokoju wszedł asystent z kuflem w jednej ręce i talerzem przekąsek w drugiej. Zdezorientowany spojrzał na żołnierza, potem na możnego, ale uznał, że lepiej będzie nie pytać. Przynajmniej na razie. Z dużym prawdopodobieństwem i tak się wszystkiego zaraz dowie.

Postawił piwo i talerz przed żołnierzem, który podziękował mu skinieniem głowy, po czym sam przysiadł na stojącym pod ścianą krzesełku.

— Dobre — wydusił z siebie Zdrajca, próbując już się nie śmiać. — Mundur nasz.

— Czyli że…

— Jakbyśmy coś takiego mieli, to uwierz mi, że nawet bym ci pomógł go założyć, ale niestety. Kompania nigdy nie miała swoich mundurów. Chciałoby się powiedzieć, że chodzimy w tym, w czym chcemy, albo w czym nam wygodnie, ale to też nie jest prawdą. Chodzimy w tym, co mamy. I uwierz mi, nie chcesz na siebie naciągać niczego naszego. No a przynajmniej ja bym nie chciał, gdybym miał wybór.

— Och… — wyrwało się z ust wyraźnie rozczarowanego możnego. — Chyba inaczej to sobie wyobrażałem.

— Jak każdy z nas, no ale nie o tym teraz mówimy. Pomaszerujesz trochę z nami, to sam się przekonasz, jak to u nas działa, i zobaczysz, że mundury wcale nie są najbardziej rozczarowującą częścią naszego codziennego życia.

Możny pokiwał głową, starając się ukryć, że poczuł się tą wymianą uwag zawstydzony. Miał wrażenie, że zrobił z siebie kretyna, ale jednocześnie był też wdzięczny i potrafił docenić swobodne podejście Zdrajcy oraz to, że go nie wyśmiał. Śmiał się z realiów ich życia, a nie ze słów Aileana. W gruncie rzeczy wydawał się porządnym facetem.

Zdrajca, szczerze ubawiony naiwnością stojącego przy biurku mężczyzny, sięgnął po kufel i upił z niego spory łyk. Przez chwilę delektował się smakiem, kiwając przy tym głową z uznaniem.

— Świetne — powiedział, po czym upił drugi łyk.

Nie poczęstował się niczym z talerza.

— To kiedy ruszamy? — spytał możny, siadając na swoim fotelu.

Zerknął ukradkiem na asystenta. On pewnie wiedział więcej, być może nawet znał ustalenia ojca z Dowódcą, ale jeśli nawet tak było, to nie wtrącił się do rozmowy ani nic nie powiedział.

— Jak najszybciej. To nie jest typ preferowanej przeze mnie roboty. Trochę za dużo pierdolenia ze szczegółami.

— Szczegółami?

— Do momentu odstawienia cię do wskazanego miejsca będę musiał pamiętać, że trzeba cię karmić, położyć do łóżka, czasem wykąpać, a do tego utrzymać przy życiu. Strasznie dużo zbędnych spraw na głowie.

— Czyli dokładnie to, o czym myślisz w przypadku każdego twojego żołnierza? — spytał uprzejmie asystent.

Dowodzący uśmiechnął się wrednie pod nosem.

— Po pierwsze, jeżeli już tak bardzo chcemy wchodzić w szczegóły, to nie moi ludzie, a Dowódcy. Po drugie, pies ich jebał. Nic z tych rzeczy mnie nie obchodzi, gdy chodzi o mój oddział. Każdy z nich potrafi sam o siebie zadbać, a jeśli nie potrafi, to znaczy tylko, że nie ma u mnie dla niego miejsca.

— U ciebie, a nie u Dowódcy? — dopytywał dalej asystent.

Możny poczuł się trochę nieswojo. Atmosfera w pomieszczeniu uległa subtelnej zmianie i nagle miał wrażenie, że pojawiło się dziwne napięcie między tymi dwoma mężczyznami. Właściwie był to ten rodzaj napięcia, który pojawiał się, ilekroć ojciec nie zdążył uciec przed matką i przychodziło im jeść razem śniadanie. Zawsze kończyło się to awanturą. Wolałby, aby teraz nie stało się podobnie, bo miał wrażenie, że musiałby wtedy szukać nowego asystenta, a tego nawet całkiem polubił.

— Powiedziałem, że jeśli chcemy wchodzić w szczegóły, a nie chcemy, prawda? — odpowiedział spokojnie Zdrajca, po czym dodał: — A przynajmniej ja nie chcę.

Stało się coś niesamowitego. Kiedy możny był już wręcz absolutnie pewien, że asystent znów otworzy usta i przypieczętuje swój los, ten skinął głową i wycofał się całkowicie. Niepojęte. On niemal nigdy nie odpuszczał zadawania tych swoich irytujących pytań. Nie robił tego złośliwie ani żeby wszcząć awanturę. Po prostu taki był i tyle. Lata pracy dla ojca odcisnęły na nim piętno. Przez chwilę przyglądał się pracującemu dla niego mężczyźnie z mieszaniną niedowierzania, fascynacji i niepewności, jednak szybko się otrząsnął, wracając wzrokiem do pijącego dalej żołnierza.

— To ruszamy jeszcze dziś? — spytał, próbując ukryć nadzieję w głosie.

Zdrajca spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Dziś?

— A nie mieliśmy ruszać jak najszybciej?

Dowodzący pokręcił głową, mówiąc:

— Daj żyć. Przepieprzyliśmy się przez cały kraj, żeby tu dotrzeć. Daj nam przynajmniej jeden dzień, żebyśmy zjedli coś porządnego, wyszorowali tyłki i pouzupełniali zapasy.

— Och… no tak.

— Jak bardzo się upierasz, to mogę i dziś zebrać chłopaków, ale umilą ci życie przez czas roboty. Tobie i mnie. Jak to pierwsze mnie jebie, tak na to drugie nie mam ochoty. Poza tym padłbyś od ich smrodu.

Możny mimowolnie się skrzywił.

— Dobrze, to powiedz, kiedy, a ja będę gotowy.

— Obaj będziecie, jak mniemam.

Asystent uśmiechnął się, kręcąc głową.

— Nie sądzę…

— To lepiej zmień zdanie, bo kontrakt został podpisany na dwie osoby. Ciebie i… — Spojrzał na asystenta i uśmiechnął się szeroko. — …i ciebie, jak mniemam, panie Cathalan.

Asystent przez chwilę przyglądał się dowodzącemu, po czym przyznał szczerze:

— Nie zostałem o tym poinformowany, ale będę gotowy.

— Świetnie. To rozumiem. Jakieś pytania?

Możny spojrzał na asystenta. To on zawsze zajmował się tego rodzaju kwestiami. Mężczyzna od razu zrozumiał i westchnął pod nosem. No tak. Praca. Zawsze praca, pomyślał, po czym na głos spytał:

— Kiedy będziemy wiedzieć, że jesteście gotowi do wymarszu?

Zdrajca przez chwilę się namyślał.

— Za dwa dni… Trzeciego dnia z rana przyślę po was chłopaków. Wyruszymy rano.

— Trzy dni? Termin…

— Przeliczyłem trasę.

— Ale…

— Wybrałem najszybszą.

— Nawet jeśli…

— Na skos i będziemy mieć nawet kilka dni zapasu.

Asystent zbladł.

— Przecież…

— Dlatego nie radzę się stroić jak panienki. Właśnie dlatego.

Możny nie do końca rozumiał, o czym pozostali dwaj rozmawiają, ale domyślał się, jaka trasa została wybrana.

— Tam grasuje cała banda — powiedział niepewnie. — Nikt sobie z nimi nie może dać rady.

— Świetnie, ale naprawdę potrzebuję porządnego żarcia, porządnej kąpieli i porządnej kurwy. Nie wiem, kogo wcześniej wysyłano, żeby sobie dał z kimś tam radę. Wiem jedno. Nie spotkali się jeszcze z nami, bo inaczej już byliby martwi. Jeśli są mądrzy, to się teraz z nami nie spotkają. Jeśli nie są… będziecie mieli ciekawe wspomnienie do kolekcji.

To dziwne, ale uwierzyli mu. Może był to błysk w jego oku, może bardzo nieprzyjemny uśmiech, może ręka położona na broni albo blizny znaczące całe ciało. Nieważne, co to było, ale w tej jednej chwili naprawdę byli pewni, że będzie dokładnie tak, jak powiedział.

— Kareta nie wchodzi w grę, jak mniemam — powiedział po chwili niepewnie asystent.

— Nie, kwiatuszku. Nie bardzo.

— Konie?

— Rzucają się w oczy, ale nie wiem, czy dotrzymacie nam inaczej kroku, a na naszych wozach i tak aż tyle nie wysiedzicie przy tej trasie, więc…

— Wozy z naszymi rzeczami?

— Tylko niezbyt… szlacheckie. Kupcie najprostsze i najlepiej używane. Jedyne, na czym nie szczędźcie pieniędzy, to porządne zwierzęta do ich ciągnięcia.

— Więc może…?

— Jeśli znowu planowałeś zaproponować konie, to w życiu. Wszystko, byle nie konie. Daj konia do gównianego wozu, a równie dobrze możemy wziąć karetę. I stroje. Też proste. Koronki zostawcie sobie w kufrach. I chyba słyszałeś, ale powtórzę dla pewności: nie, nie mamy zapasowych mundurów. W ogóle nie mamy regulaminowych mundurów. Mamy kilka przechodzonych, zdobycznych dla tych nowych, którzy zaciągają się kompletnie bez niczego, ale wierzcie mi, nie chcecie tego na siebie zakładać.

Asystent uniósł brew i niepewnie spojrzał na możnego, a ten pokręcił głową, udając, że nie ma bladego pojęcia, o czym właśnie jest mowa. Asystent znał to spojrzenie. Przewrócił oczami, nie komentując swoich domysłów w żaden sposób.

— Za trzy dni. Będziemy gotowi — powiedział.

Zdrajca wstał z zajmowanego miejsca, dopił jednym haustem piwo, po czym z zadowoleniem odstawił kufel.

— Dobre — powiedział, dodając od razu: — Za trzy dni. Wyślę po was kogoś rozgarniętego. Jakbyście do tego czasu czegoś od nas potrzebowali, to nasz obóz jest tuż przed miastem. Mnie tam nie zastaniecie. Mało kogo tam zastaniecie, ale w razie czego od razu mówcie, że chodzi o kontrakt. Uprzedzam tylko, żeby to była ostateczność. Naprawdę muszę coś przelecieć, zanim ruszymy dalej.

Asystent odchrząknął i skinął głową. Możny zapewnił, że nie będą niczego potrzebować. Patrząc, jak Zdrajca wychodzi z jego gabinetu, uśmiechnął się pod nosem. Jeszcze dzisiejszego poranka myślał o całej sprawie z jawną niechęcią. Był pewien, że przyjdzie mu patrzeć na gęby bandy takich samych żołnierzy, z jakimi miał styczność przez całe życie. Jasne, że słyszał o Kompanii bez Imienia. Kto o niej nie słyszał? Ale… No właśnie. Człowiek zawsze był tylko sumą własnych doświadczeń, a on nigdy nie spotkał kogoś takiego jak Zdrajca. Co za powiew świeżości!


Bezsmak zjadł. Swoją porcję i to, co zostało. Obrzydził tym niemal wszystkich, poza Moczarą oczywiście, ale niewiele go to obchodziło. Jedzenie miało tylko jeden cel — dodać mu sił. A czy było smaczne, było kwestią mocno drugoplanową. Jeśli miał wybierać między jedzeniem, które sprawi mu przyjemność, a kurwą skaczącą mu na drągu… No cóż. To drugie zawsze dawało więcej satysfakcji.

— Dobry chłopak z ciebie — powiedział Moczara, klepiąc go przyjaźnie po ramieniu.

Skinął głową, patrząc na żabi uśmiech pomarszczonego uzdrowiciela.

Fascynowało go, jak wiele osób w oddziale traktowało go, jakby był upośledzony tylko dlatego, że mało mówił i czasem zadawał proste pytania. Na początku go to denerwowało, ale teraz nawet się z tego cieszył. Skłamałby, mówiąc, że nie zaczął już jakiś czas temu pielęgnować tego wizerunku. Jak mają cię za idiotę, to nikt nie daje ci trudnej roboty. To się tylko do tego sprowadzało. Bezsmak nie lubił trudnej roboty.


Zdrajca wyszedł z budynku i nawet się nie zdziwił, widząc, że Słowika i Niedźwiedzia nie ma w okolicy.

— Co za tępe chuje — warknął pod nosem.

Nie musiał się długo namyślać. Posiadłość możnego nie była wcale aż tak okazała i leżała stosunkowo blisko głównej części miasta, w której było całkiem sporo miejsc wartych odwiedzenia. Ruszył przed siebie do pierwszego z nich. Karczma wyglądała względnie przyzwoicie, więc…

— Gdzie ty leziesz? Najpierw do obozu, potem będziesz jebał dziwki — usłyszał za swoimi plecami.

Odwrócił się i poczuł miłe zaskoczenie.

— W sumie szedłem was szukać.

— Naprawdę? — spytał sarkastycznie Słowik, ale widząc minę Zdrajcy, sam sobie odpowiedział: — Naprawdę.

— Czy my ci wyglądamy na Moczarę? — syknął zirytowany Niedźwiedź. — Kazałeś czekać, to czekaliśmy.

Zdrajca pokiwał głową, udając skruchę, po czym oznajmił tylko:

— Do obozu. Im szybciej tam dotrzemy, tym szybciej wyruszymy na miasto.

Przytaknęli ochoczo, ruszając za nim. Przeszli kilka metrów, gdy Słowik spytał:

— Wszystko dogadane?

— W sumie nic, ale facet nie będzie się wtrącał w nasze sprawy, więc więcej do gadania nie było.

— Kiedy ruszamy? — dopytywał Niedźwiedź.

— Biorąc pod uwagę, że dawno nigdzie się na dłużej nie zatrzymaliśmy i jak nic pójdziecie się zabawić skutecznie, to uwzględniając czas na wasze przetrzeźwienie, ustaliłem wymarsz za trzy dni.

Słowik aż przystanął.

— Nigdy nie myślałem, że to powiem, ale chyba cię kocham — stwierdził z pełną powagą.

— Moje serce należy do Dowódcy i takie tam — odpowiedział obojętnie Zdrajca, na co Niedźwiedź stwierdził tylko:

— Nie przesadzaj z wdzięcznością dla niego. Robi to bardziej dla siebie niż dla nas. Ręczę ci, że nawet na chwilę nie zawita w tym czasie do obozu.

— Oczywiście, że nie — stwierdził Zdrajca z pełną powagą. — Po co w ogóle miałbym to robić?

— Bo jesteś dowodzącym? — spytał Słowik.

— No właśnie — odpowiedział tamten od razu. — Przywilej dowodzenia.

Słowik wymienił szybkie spojrzenie z Niedźwiedziem, ale obaj postanowili się nie odzywać. To i tak nie miało większego sensu.


Szeregowy spojrzał na stojący przed nim wóz.

— Mam tylko nadzieję, że nie mają dużo betów — powiedział do siedzącego nieopodal Konara.

— A czemu miałby to być nasz problem? — spytał tamten, ostrząc miecz.

— No bo nie mamy tu za dużo miejsca.

— No i?

— Czasem trudno się z tobą rozmawia — powiedział Szeregowy zmęczonym głosem.

Konar spojrzał na niego, po czym wzruszył ramionami.

— Zdrajca każe im sobie samym załatwić wóz, jeśli chcą brać swoje bety.

— Jak nie zapomni.

— Nie zapomni.

— Skąd wiesz? — spytał wcale nieprzekonany Szeregowy.

Drugi mężczyzna uśmiechnął się szeroko.

— Bo rano z nim o tym gadałem. Że nam się ten wóz kończy powoli i przydałoby się nowy skołować. Powiedział, że nie ma potrzeby, bo każe tamtym kupić coś porządnego na swoje kufry, więc pewnie po robocie nie będą chcieli tego wozu i zostawią go nam.

Szeregowy pokiwał głową z uznaniem.

— Zdrajca jest mistrzem wyłudzania rzeczy dla nas.

— Narzekasz?

— Nie. Podoba mi się ten koc, który nam został po ostatniej robocie.

— No widzisz. Bo mnie też.

Przez chwilę milczeli, patrząc na stojący nieopodal wóz. Dzielnie im służył, ale wszystko w końcu się niszczy.

— A co jeśli nam go nie zostawią? — spytał nagle Szeregowy.

Konar zaśmiał się cicho pod nosem, po czym spytał:

— Widziałeś trasę, którą idziemy?

— No tak. Chujowa.

— Nieważne. O czymś innym teraz mówię. Wyobrażasz sobie, żeby na tej trasie pojawił się nowiuteńki wóz?

— No… długo by sobie spokojnie nie pobył.

— No właśnie. Dam sobie łapę uciąć, że Zdrajca najpierw powiedział, że poleziemy prostszą trasą, a potem niby przypadkiem zmienił zdanie i właśnie tłumaczy tamtym, że wóz ma być porządny, ale prosty i najlepiej z drugiej ręki.

— No i?

— Po co możnym taki wóz?

Szeregowy zrozumiał. Pokiwał głową w geście pełnym uznania.

— A coś, co go pociągnie? — spytał nagle.

— A myślisz, że my go będziemy ciągnąć?

— No nie, ale… Zwierzęta są drogie, więc…

— Myślisz, że nasz dowodzący nie ostrzeże ich przed kupowaniem koni do ciągnięcia? Na pewno o tym nie zapomni. Kupią osła, może dwa, albo inne bydlę, które będzie to gówno ciągnąć. Takie, którego na pewno nie będą potrzebować po robocie.

Drugi żołnierz z zachwytu aż zaklął siarczyście.

— Geniusz Zdrajcy mnie czasem onieśmiela — przyznał w końcu.

Konar pokręcił tylko głową:

— Nie przeceniaj go. To nie geniusz, tylko skąpstwo.

— Dla mnie to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że będziemy mieć nowy wóz i nowe zwierzęta. Reszta mnie jebie — odpowiedział wyraźnie zadowolony.

Niektórym niewiele potrzeba do szczęścia, pomyślał Konar, wracając do ostrzenia miecza.


Zdrajca dotarł do obozu. Powitał go widok wielu, wielu twarzy wyrażających dziką potrzebę udania się do miasta. Jakoś go to nie dziwiło. Sam też już by tu nawet nie wracał, ale obowiązki wzywały, a kontrakt się sam nie wypełni.

— Za trzy dni wyruszamy — oznajmił donośnym głosem.

Odpowiedziały mu okrzyki radości. Trzy dni! TRZY DNI!

Uniósł prawą rękę i uciszył ich.

— Za trzy dni macie być trzeźwi i zdatni do marszu. Nie chcę nawet słyszeć o tym, że ktoś zachlał po całości.

Wszyscy przytaknęli skwapliwie.

Pierdoleni kłamcy, pomyślał, nie wierząc ani jednemu z nich.

— Każdy, kto mi wróci w stanie wskazującym na stanowczo zbyt długie posiedzenie z alkoholem, zostanie przekazany pod rozkazy Moczary.

Ilość głosów pełnych oburzenia powiedziała mu aż nazbyt jasno, jak wielu z nich planowało olać jego rozkazy.

— Moczara, będziesz mógł z nimi zrobić, co chcesz, jak długo to przeżyją.

Kolejne, tym razem ostrzejsze głosy niezadowolenia i pośród nich ten jeden, którego nienawidził najbardziej, a który śmiał zadać racjonalne pytanie:

— A co, jak to Moczara spije się jak świnia?

— Ja się nie spijam! — krzyknął pomarszczony leczący.

— Pierwszy się spijasz, stary capie!

Cudownie.

— Jeśli Moczara się spije, macie karne ćwiczenia przez tydzień.

— Co?! Ale…

Wiele, wiele głosów. Nieświadomych, że w swoim umyśle dowodzący już im te ćwiczenia obiecał tak czy inaczej.

— A ty, Moczara, masz obcięte wszystkie fundusze do czasu, aż mi się zachce zmienić ten rozkaz.

— No ale… — zaczął Moczara, ale szybko ucichł, widząc ostry gest wykonany przez Zdrajcę lewą ręką.

To nie był żart. Miał być posłuszny. Leczący zrozumiał i ucichł. Dobrze. Jedna kwestia z głowy. Teraz przyszedł moment na coś, co zawsze sprawiało Zdrajcy sadystyczną wręcz radość.

— A jeśli chodzi o warty pilnujące naszego dobytku…

Pełne bólu jęki od razu wywołały uśmiech na jego twarzy.

— Zaczynają je Zakała, Bagno i Tasak. Zmienią ich…

Wyrecytował po kolei listę, którą miał w głowie już w dniu otrzymania kontraktu.

Wytypowani nie wyglądali ani trochę na zadowolonych, ale każdy z nich wiedział, za co dokładnie jest to kara, i nie odezwał się słowem.

Na koniec jednak padło coś, co zaskoczyło wszystkich:

— Jesteśmy tu gościnnie. Żadnych rozrób, żadnych afer, żadnych burd, żadnego mordowania. Macie być grzeczni. Nie chcę słyszeć o żadnych… incydentach, jasne? Szperacz, ty, Słowik i Niedźwiedź odpowiadacie za pilnowanie porządku. Daję wam wolną rękę, tylko macie pamiętać, że mamy kontrakt.

Wytypowana trójka skrzywiła się wyraźnie niezadowolona, ale jednocześnie każdy z nich potwierdził, że zrozumiał otrzymane zadanie. Tyle wystarczyło, żeby kilku innych nerwowo przełknęło ślinę.

— Werbujemy? — spytał nagle Szeregowy.

Zdrajca cmoknął z niezadowoleniem.

— Ujmę to tak. Nie. Nie werbujemy. Jak się ktoś zgłosi, to go bierzemy, ale specjalnie też nie planuję tu za nikim latać.

To była dobra wiadomość, a żołnierze lubili dobre wiadomości. Jeszcze lepszą było, gdy z ust Zdrajcy padło wreszcie długo wyczekiwane:

— Możecie odejść!

Zawyli z radości niczym zdziczałe zwierzęta.

Pilnujący wejścia do miasta aż się wzdrygnęli na ten dźwięk. Sprawdzani przez nich ludzie również nie pozostali obojętni. Część z nich posunęła się nawet do tego, aby w ostatniej chwili zrezygnować z wejścia, zawrócić wozy i odjechać.

Zdrajca był ich w stanie zrozumieć. Naprawdę.

Gdyby był prostym wieśniakiem albo kupcem, a obok zobaczył oddział Kompanii bez Imienia, sam zrobiłby dokładnie to samo. Tylko szybciej, tego był akurat pewien.

— Dobrze, że nie jestem wieśniakiem ani kupcem — powiedział cicho sam do siebie, idąc do własnego namiotu.

Były rzeczy ważne i ważniejsze. Mógł marzyć już o pachnącym, parującym żarciu albo gorącej kąpieli, która może złagodziłaby trochę bóle po dawno wygojonych ranach, a już o dziwkach nie będzie wspominał… ale nim to wszystko sobie zafunduje, musi zająć się ostatnią sprawą.

Wszedł do namiotu, otworzył niewielki kufer, w którym trzymał dokumenty, wyjął rozkazy od Dowódcy, a potem przeczytał je uważnie, choć ich treść znał już na pamięć.

Wszystko, akapit po akapicie, punkt po punkcie.

Skreślone starannym pismem słowa stały się dla niego pewnego rodzaju modlitwą, a wszystko to po to, aby nie zapomnieć o nich nawet wtedy, gdy będzie leżał na łóżku pijany jak bela, ze zgrabną kurwą przyklejoną do swojego krocza.

Kontrakt musiał zostać wypełniony, a on musiał tego dopilnować osobiście.

Poznacie legendy

82. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Khundum, Sokchnguk.

Byli blisko oddziału Dowódcy. Nie mogli w to uwierzyć, choć każdy z innego powodu. Wściekły miał wrażenie, że żywi nigdy do niego nie dotrą, a pozostali… dla pozostałych Dowódca był taką samą legendą jak baśniowe stwory z bajek opowiadanych im w dzieciństwie. Mieli go spotkać? Teraz? Żywego i jak najbardziej cielesnego? Nie. To nie mieściło się w ich głowach. A przynajmniej w głowach większości, bo w tym wszystkim był jeszcze Nić i Pierdolnięty, którzy od momentu otrzymania pudełka z fiolkami kłócili się o możliwość zwerbowania maga. Oni już nie mogli się doczekać chwili, gdy dwa oddziały się spotkają, a ich spór zostanie ostatecznie rozstrzygnięty. Dowodzący musiał przyznać, że i on naprawdę o tym marzył. Miał po dziurki w nosie słuchania ich awantur.

Wściekły spojrzał na swój oddział. To był żenująco smutny widok. Z ponad sześćdziesiątki ludzi została ich piętnastka. Dobrze, że chociaż leczącego miał dalej przy sobie, gorzej, że przeżył też saper. Nazwać ostatni okres trudnym byłoby ogromnym niedopowiedzeniem. Chciałby móc powiedzieć, że miał pecha, ale to nie było to. Pech nie idzie za twoim oddziałem, pech nie poluje na twoich ludzi jak na zwierzynę, pech nie napada cię, gdy próbujesz choć trochę się wyspać. Nie, to nie był pech. Tak by tego nie nazwał. To była pełnowymiarowa próba eksterminacji jego oddziału. Jednak wszystko kiedyś się kończy, prawda? To też. I najlepsze w tym wszystkim było to, że przetrwali, aby o tym zameldować.

— Ciekawe, co na to powiecie, sukinsyny — warknął sam do siebie, patrząc pustym wzrokiem po okolicy.

Dowódca był blisko. Gdy tylko się spotkają, nic już nie będzie problemem. Wiedział o tym. Służył w oddziale Dowódcy wystarczająco długo, żeby mieć tego absolutną pewność. Szkoda tylko, że Łapy z nim nie było. On jeden rozumiałby go teraz całkowicie.

— Ludzie są spięci i nie pomaga im, gdy stoisz tak jak nawiedzony — powiedział cicho Nić, stając obok niego.

— Ludzie nie muszą się niczym martwić. Dowódca jest blisko.

Leczący spojrzał niepewnie na dowodzącego, po czym lekko pokręcił głową.

— To, że go spotkamy, nie rozwiąże magicznie wszystkich naszych problemów. Sam zawsze opowiadałeś, że ten oddział to tylko oddział, więc…

— Zobaczysz — przerwał mu Wściekły.

— Co zobaczę? — spytał Nić, szczerze sfrustrowany.

Wściekły spojrzał na niego po raz pierwszy, odkąd zaczęli rozmawiać. Leczący dał się zaskoczyć tym, co zobaczył na jego twarzy. Złość, zmęczenie, frustrację — to widział od wielu długich dni. Ale nie ulgę, która teraz wyraźnie przebijała się przez to wszystko.

— Ty… naprawdę wierzysz, że Dowódca nas ochroni.

— Bo tak będzie — zapewnił bez choćby najmniejszego cienia wątpliwości. — Jego oddział może być normalnym oddziałem, gdy się w nim służy, ale…

Urwał, nie do końca wiedząc, jak ująć w słowa to, co chciał przekazać. W końcu pokręcił głową.

— Sam zobaczysz. Ktokolwiek za nami szedł, już nie odważy się podejść.

Leczący przytaknął niepewnie. Dalsza rozmowa nie miała większego sensu. Wściekły był wykończony i każdy to widział. Zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Nie było żadną tajemnicą, że od wielu dni nie przespał porządnie nocy, nie wcisnął w siebie pełnego posiłku, nie pozwolił sobie nawet na chwilę odpoczynku. Jeśli Dowódca spyta na jakimkolwiek etapie, ile z siebie dał, aby ochronić ten oddział, Nić odpowie bez chwili zawahania: wszystko. Mógł ich obrażać, mógł ich wyzywać, ale był ich dowodzącym od początku i będzie nim do końca.

— Jak na kogoś, kto tak wiele czasu poświęcił wbijaniu nam do łbów, że Dowódca jest daleko i mamy przestać traktować go jak boga, to pokładasz w nim ogromne nadzieje.

Wściekły roześmiał się. Tak po prostu się roześmiał.

— Sam zobaczysz, co miałem na myśli.

Nić skinął głową, bo co innego miał zrobić. Czas i tak wszystko pokaże. Wystarczyło zaczekać.


Wściekły zagwizdał, przywołując zwiadowcę. Ten pojawił się chwilę później.

— Na ten moment czysto — powiedział Szmer, wyłaniając się spomiędzy drzew.

— Zgodnie z mapą powinniśmy być już dość blisko, żeby spotkać się z ich zwiadowcami.

— Nikogo nie ma w okolicy — zapewnił tamten.

Wściekły skinął głową.

Właśnie dlatego nalegał, żeby przydzielono mu weteranów. Ci ludzie nie byli źli, ale daleko im było do poziomu oczekiwanego od żołnierzy Kompanii bez Imienia. Próbował ich szkolić, ale nie bez powodu Dowódca zawsze oddelegowywał przynajmniej jednego weterana do nowego oddziału. Trudno było logistycznie zarządzać wszystkim i jeszcze pilnować, czy wszyscy równo machają mieczami. Jeśli ktoś w to wątpił, jego własny oddział był żywym dowodem.

— Sprawdziłem wszystko — zapewnił zwiadowca.

Och, ale on mu wierzył. Wierzył, że tamten sprawdził wszystko najlepiej, jak tylko potrafił, bo wiedział, jak bardzo chce dobrze wypaść. Wszyscy chcieli. Pierdolnięty nawet wyczyścił buty, choć nigdy by się nie przyznał, że to dlatego. Problem polegał tylko na tym, że nieważne, jak bardzo się starali, zwyczajnie nie mieli szans zrobić na nikim wrażenia.

No cóż. To będzie ważna lekcja, pomyślał, gwiżdżąc przeciągle.

Szmer popatrzył na niego z wyraźną irytacją, która jednak błyskawicznie zniknęła, gdy nieopodal pojawił się mężczyzna. Nim ktokolwiek zdążył złapać za broń, pozdrowił ich prostym gestem i jak gdyby nigdy nic podszedł do Wściekłego.

— Masz chujowego zwiadowcę. Idę za nim od piętnastu minut — oznajmił, podając rękę dowodzącemu.

— Nie tylko zwiadowcę. Chcesz poznać mojego sapera?

— A ty naszego? Wszyscy są z jednego gówna wylepieni.

— W sumie racja.

Pierdolnięty poczuł się urażony, ale wyjątkowo nie miał ochoty ogłaszać tego całemu światu. Było coś w tym obcym… coś, co trącało bardzo niewłaściwą strunę w jego wnętrzu.

Bardzo niewłaściwą.

Bardzo.

— Dobrze cię widzieć, Cichy — powiedział Wściekły, klepiąc tamtego po ramieniu.

— Nie cieszysz się na mój widok, tylko na myśl, że jesteście pod skrzydłami Dowódcy.

— Oczywiście, że tak, ale chciałem być miły.

Cichy parsknął cicho pod nosem.

— Szrama czeka na spotkanie z wami. Dowódca też.

— A co Szrama od nas chce? — spytał Wściekły.

— Co?

— No powiedziałeś, że na nas czeka.

Cichy podrapał się po brodzie.

— Sprawdzić, jak chujowy macie obóz.

— Tylko tyle?

— I popatrzeć na wasze żenujące mordy, żeby ocenić, czy będą z wami duże problemy.

— No brzmi bardziej jak on.

— I przekazać wam radosną nowinę.

— Jaką?

Cichy uśmiechnął się szeroko.

— Że Nienasycona jest z nami.

Wściekły spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Okrutny też tu jest?

— Nie.

— Ale…

— Oddelegował dziwkę, bo miał jej dość. Na ten moment wlecze ten żylasty tyłek z nami, ale to nie jest na stałe.

— Współczuję.

— Współczuj sobie, bo już cię wyczekuje.

Wściekły zaklął soczyście.

I nagle ten dzień przestał być taki radosny. Ukradkiem zerknął na Szmera. Facet dalej patrzył z niedowierzaniem na Cichego. Jego zbolała mina odrobinę poprawiła humor dowodzącego.


Wieczór nadszedł podejrzanie wolno. Dziwna ekscytacja sprawiła, że każda minuta zaczęła się dłużyć. Gdy słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi, praktycznie już ze sobą nie rozmawiali. Czekali. Wypatrywali. Wyobrażali sobie, jak będzie wyglądał ów osławiony oddział.

— Oni na pewno przyjdą? — spytał w pewnym momencie Romantyk.

— Przyjdą — odpowiedział Wściekły. — Myślisz, że Cichy się z dupy wziął?

— A my jesteśmy w dobrym miejscu? — odezwał się tym razem Pierdolnięty.

Nić był całkiem pewien, że Wściekły go zabije, ale dowodzący nic na to nie odpowiedział. Patrzył tylko przed siebie.

Leczący uznał to za zły znak, ale wolał nie mówić nic na głos i nie denerwować dodatkowo pozostałych. Zresztą możliwe, że jeśli Wściekły psychicznie nie wytrzyma, to będą musieli…

— Idą — powiedział Wściekły.

Wszyscy spojrzeli na niego jak na wariata.

— Tam nikogo nie ma — powiedział powoli Nić.

Wszędzie dookoła był płaski teren i niewiele roślinności. Doskonała widoczność, żadnych sposobów na ukrycie się. Jednak psychika nie wytrzymała, pomyślał Nić, zastanawiając się, jak najlepiej obezwładnić dowodzącego. Nim jednak zdołał cokolwiek wymyślić, siedzący obok Pierdolnięty zerwał się na równe nogi.

— Idą — powiedział.

Następny, pomyślał Nić. Dwóch obłąkanych to już był problem. W dodatku jeden z nich był dowodzącym, a drugi saperem. Jeszcze on powinien dołączyć i nic z tego oddziału już na pewno nie będzie, pomyślał, patrząc tam, gdzie patrzył Wściekły.

Nagle zamarł.

— Idą — szepnął cicho, nie wierząc w to, co właśnie widział.

Zza linii horyzontu wyłoniły się pierwsze postacie, a za nimi kolejne i kolejne. Nie trzeba było być znawcą, żeby widzieć, że sukinsyny mają się dobrze. Szli pewnym, równym krokiem ciągle przed siebie. Nagle wszyscy patrzący z niedowierzaniem poczuli pewnego rodzaju nabożny lęk.

Nadciągała Kompania bez Imienia. Oddział samego Dowódcy.

Niby taki sam jak ich, gdy było ich więcej, ale…

— Wiem, że to nasi, ale mam taką wewnętrzną potrzebę spierdolenia — szepnął cicho Pierdolnięty.

— Poczekaj, aż poznasz ich bliżej — powiedział z szerokim uśmiechem Wściekły.

Po raz pierwszy od dawna wyraźnie się rozluźnił. Szkoda, że Nić nie mógł tego samego powiedzieć o sobie.


Oddział Dowódcy dotarł do nich wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Padł rozkaz rozbicia obozu. Wściekły czekał, a jego ludzie wraz z nim. Onieśmieleni, niepewni, jak dzieci stojące pośród obcych dorosłych. Nikt nie wiedział, co ma robić, więc nikt nic nie robił. Dowodzący zresztą nic nie mówił. Patrzył tylko. A oni patrzyli razem z nim i nie byli pewni, czy to, co widzą, im się podoba.

Nagle z grupy wyszedł jeden człowiek. Wielki, rosły, z mordą przeoraną blizną. Podszedł swobodnym krokiem prosto do Wściekłego, podał mu rękę, a potem oznajmił:

— Wściekły i jego ludzie. Witam.

— Szrama — odpowiedział tamten, mocno ściskając wyciągniętą w jego kierunku dłoń. — Jesteśmy. Kiedy mam nas odmeldować?

— Zaraz dokończymy rozkładanie namiotu Dowódcy, to cię pewnie wezwie.

Obcy żołnierz przesunął wzrokiem po resztce oddziału. Jeśli nawet coś pomyślał, to nic nie powiedział na głos, a przynajmniej nie na temat ich stanu. Bardziej bystrzy zauważyli jednak kilka szybkich gestów wykonanych swobodnie zwisającą dłonią. Niby nic, ale Wściekły od razu na nie odpowiedział. O czym była rozmowa? Nie mieli pojęcia.

— Dobrze cię widzieć, Wściekły — powiedział w końcu obcy.

Nie znają języka?

— Nie wierzę, że to mówię, ale ciebie też — odpowiedział Wściekły.

Większość. Służą krócej niż rok.

— Jak droga?

Walka? Dobrze?

— Długa i trudna. Powinniśmy tu dotrzeć dawno temu, a kluczyliśmy ciągle po tej zasranej dżungli i dotarliśmy na miejsce dopiero wczoraj.

Nie. Brak weteranów. Nie ma kto szkolić. Za dużo rzeczy dla mnie.

— Zgubiliście się, czy co? Nie mogliście się drogi trzymać?

Śledzeni?

— Żeby się drogi trzymać, to najpierw trzeba ją znaleźć, a w dżungli to wcale nie jest takie łatwe.

Dużo potyczek. Ktoś na ogonie. Cały czas. Próbowaliśmy zaatakować, ale sprytni. Unikanie konfrontacji z nami. Pułapki i ataki dystansowe, jeśli w ogóle.

— Nic się nie martw. Przez jakiś czas nie będziesz musiał szukać żadnej drogi. My ci ją wskażemy — powiedział ze śmiechem Szrama.

Wściekły spojrzał na niego i skinął głową.

Nie miał ochoty kontynuować tej rozmowy, a już na pewno nie przy swoich ludziach, dlatego mało dyskretnie zmienił temat:

— Widzę, że awansowałeś.

— Z przymusu, ale tak — odpowiedział Szrama, krzywiąc się przy tym lekko.

— A jaki to był przymus? Dowódca nie dał ci wyboru tak jak innym?

— On dał. To kto inny nie miał na to ochoty.

Wściekły nawet nie próbował udawać zdziwienia. Po prostu przytaknął.

— Uroki bycia popularnym, co?

— No powiedzmy — odpowiedział Szrama leniwie, przesuwając wzrokiem po okolicy.

***

82. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Khundum, Sokchnguk.

Grupa ludzi siedziała ukryta w pobliskim lesie. Od dłuższego czasu zastanawiali się, co powinni zrobić.

— Nie ma ich dużo. Czemu nie atakujemy? — spytał jeden z nich.

— Mieliśmy załatwić sprawę, zanim przekroczą granicę — odpowiedział mu ktoś inny.

— No ale nie wyszło. Przekroczyli ją, a my za nimi. Teraz to już nie ma znaczenia.

— No nie wiemy, czy ma — włączył się do rozmowy trzeci mężczyzna. — Z tego się może zrobić coś grubszego. Może był powód, dla którego mieliśmy się pospieszyć…

Usłyszeli szelest i zamarli. Chwilę później do ukrytego obozu wszedł mężczyzna z łukiem.

— Ktoś do nich dołączył — powiedział cicho.

Wszyscy spojrzeli na niego skonsternowani. Nikt nie odważył się odezwać, poza siedzącym najbliżej ogniska mężczyzną z twarzą pooraną bliznami.

— Kto? — spytał zdawkowo, przeżuwając wolno kawałek mięsa.

— No…

— Kto? — powtórzył pytanie.

Wcale nie chciał poznać odpowiedzi, widząc nerwowo kręcącego się zwiadowcę, ale był to jego obowiązek jako człowieka, który wydawał im rozkazy.

— Ja…

— No mów! Nie mam całego dnia.

— To chyba oddział Kompanii bez Imienia — wyrzucił wreszcie z siebie tamten.

W obozie zapadła całkowita, absolutna cisza, która chwilę później przerodziła się w kakofonię pytań i wygłaszanych na każdy możliwy sposób obaw.

— Cisza — syknął herszt, rzucając dookoła wściekłe spojrzenie.

Umilkli, ale wcale nie tak szybko i tak karnie, jakby tego sobie życzył. Później z nimi na ten temat pogada. Teraz miał ważniejszą sprawę na głowie.

— Skąd wiesz, że to Kompania bez Imienia? — warknął, świdrując zwiadowcę pełnym złości wzrokiem.

Tamten przez chwilę stał i po prostu patrzył na herszta wzrokiem człowieka, który ma absolutną pustkę w głowie.

— Gadaj! — krzyknął tamten, choć nie za głośno.

— Bo wśród nich jechał Dowódca.

Znowu w obozie wybuchła wrzawa, choć tym razem cichsza niż ostatnio i łatwiejsza do uciszenia.

— Skąd możesz to wiedzieć?

Zwiadowca zawahał się, ale po chwili powiedział:

— Widziałem oddział, który maszerował. Mieli wozy, wyglądali na takich, co się znają na robocie. Wśród nich była czwórka na koniach. Trzech mężczyzn i kobieta. Jeden z mężczyzn i ona… To był Dowódca i Skórka.

— I wiesz to, bo…?

Przepytywany mężczyzna aż sapnął ze złości.

— Bo wiem. Po prostu wiem. Tego się nie da pomylić. Oni… Oni mieli na sobie zbroje, jakich nigdy nie widziałem, jechali na koniach, jakich nigdy nie widziałem, i po prostu… wiem, że to byli oni.

— Więc mam uwierzyć, że sam Dowódca z jakiegoś powodu przybył z odsieczą bandzie spieprzających tak długo przed nami złodziei?

— Nie — zapewnił szybko tamten.

— No to co próbujesz mi przez to powiedzieć?

— Że jak dotarli do tamtych, to wyglądało, jakby tamci im się odmeldowali…

W obozie zapadła absolutna cisza. Każdy zrozumiał, co sugeruje zwiadowca, i nikt nie chciał w to uwierzyć. Nikt nie chciał nawet powiedzieć tego na głos, z samym zwiadowcą na czele, bo jeśli tak naprawdę było, to zasadniczo mogli się uznać za trupy.

— Ścigaliśmy nieudolną szajkę złodziei — warknął herszt. — Zatrudniono nas, żebyśmy się ich pozbyli.

— A my nie daliśmy rady. Nieważne, ile ich ścigaliśmy — powiedział zwiadowca cicho, po czym bezlitośnie dodał: — Chociaż za to nam normalnie płacą i znamy się na swojej robocie.

Wszyscy spojrzeli po sobie niepewnie.

— Jaka jest szansa, że akurat… — zaczął herszt, ale zwiadowca nie wytrzymał i przerwał mu, mówiąc:

— To się zakradnij i sam zobacz. Jaki namiot rozstawiają, jak się zachowują. Zobacz, ilu ich jest. Zobacz te pieprzone konie na własne oczy, a potem wróć i mi powiedz, że się mylę.

— Ja…

— Albo wiesz co? Nie mów mi nic. Bo właśnie w tym momencie pakuję się i wypierdalam jak najdalej od tego miejsca.

— Robota…

— Zatrudniono nas do czyszczenia zbirów, a nie mierzenia się z Kompanią.

— Nie możesz…

— Mogę i właśnie to zrobię — warknął zwiadowca i faktycznie rzucił się do swoich rzeczy.

Herszt patrzył z niedowierzaniem na to, co robił tamten. To był jakiś absurd. Zirytowany ruszył w kierunku zwiadowcy i złapał go mocno za ramię.

— Powiedziałem, że nie możesz. To pierdolony rozkaz. Siedzimy w tym razem. Razem to zaczęliśmy i razem to skończymy, rozumiesz?

Nie mógł pozwolić, by ta sytuacja trwała dalej. Panika była najgorszą formą zarazy, toczącą nie tylko umysł, ale i duszę. Jeśli natychmiast jej nie wyplewi, za chwilę wszyscy zaczną się pakować i zostanie sam. Nie, tak nie będzie. Lata robienia w tym fachu nauczyły go, że musi być równie bezwzględny dla wrogów, jak i czasem dla swoich.

— Jeszcze raz powtarzam. Uspokój się. Nie będę tolerował tego rodzaju zachowania.

Zwiadowca zerwał się na równe nogi, odtrącając rękę tamtego.

— Wiesz co? Mam to, kurwa, w dupie. Nie jesteśmy pieprzonym wojskiem. Jesteśmy grupą gości, która miała dość panoszenia się po okolicy bezpańskich band. Nic więcej. Chcieliśmy trochę wyczyścić okolicę ze śmieci. Nie wiem, jak inni, ale ja byłem gotowy na trochę trudów, trochę brudu i nawet czasem walkę. Nie na samobójstwo. Wiem, co widziałem. To była Kompania bez Imienia. Jeśli tamci są jednym z oddziałów, to mamy przesrane. Podpisaliśmy na siebie wyrok i możliwe, że to jedyna szansa, jaką dostaniemy, żeby radośnie spieprzyć w podskokach, chociaż zaczynam powoli myśleć sobie, że już i tak jest za późno.

— Nie pozwolę ci odejść.

— Nie masz prawa mnie zatrzymać! — krzyknął zwiadowca. — Nie jesteś moim panem! Jestem wolnym człowiekiem!

— Nie możesz…

— Przestań to powtarzać bez końca! Umawialiśmy się! Nie składałem ci żadnej pieprzonej przysięgi, nie podpisywałem niczego krwią! — umilkł, wziął bardzo głęboki oddech, a potem, ledwie nad sobą panując, dodał: — Zostaw mnie w spokoju. Nie chcę z tobą walczyć, ale będę, jeśli dalej będziesz się tak zachowywał. Jeśli naprawdę nie mam racji, to trudno. Nie wrócę do was. Po prostu podzielcie moją część między siebie i tyle. Jeśli jednak mam rację… To przynajmniej ktoś powie waszym bliskim, co się stało. Może ktoś nawet wróci po wasze ciała. Nie chcę być w tej stercie. Mam małe dzieci. Moja żona nie da sobie rady sama.

Z palącej złości przeszedł do błagalnego lamentu. Stwierdzić, że zaskoczył tym wszystkich, byłoby mocnym niedopowiedzeniem. Stojący przed nim mężczyzna jeszcze chwilę myślał, co powinien na to odpowiedzieć, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Chciał go w sumie puścić, bo z jednym miał rację: nie byli wojskiem. Nikt tu nie składał żadnych przysiąg. Z drugiej jednak strony byli w tym wszystkim razem już od kilku lat. Byli towarzyszami broni. Razem szli, razem jedli, razem obozowali i razem walczyli. Tak to wyglądało. Jeśli którykolwiek z nich by odszedł… To by się odbiło na wszystkich. Właściwie to mógłby być koniec ich grupy, więc to nie wchodziło w grę. Nieważne, czego naprawdę chciał. W całej tej sprawie od początku nie było innego wyjścia niż to jedyne słuszne.

— Przykro mi — odpowiedział szczerze, kładąc przy tym wymownie dłoń na broni.

— Nie możesz mi tego zrobić — jęknął tamten. — Póki nie jest za późno…

Przerwały mu niespodziewane oklaski. Zwiadowca błyskawicznie odwrócił się w kierunku, z którego dochodziły, i ze zgrozą zobaczył stojącego nieopodal obcego.

— Wzruszająca scena — powiedział tamten jak gdyby nigdy nic. — Zasługuje na owacje na stojąco. Naprawdę.

— Kim jesteś?! — syknął lider pozostałych.

— A jak myślisz? — odpowiedział tamten z szerokim uśmiechem. — Zanim odpowiesz, to muszę wam szczerze powiedzieć, że macie chujowych idiotów stojących na warcie. W sumie mieliście. Właściwie to już bez znaczenia.

W tym momencie podkopnął leżący przy nodze przedmiot, na który nikt nie zwrócił wcześniej uwagi. Dopiero gdy ten się przeturlał w kierunku serca obozu, przekonali się, czym jest naprawdę.

To była głowa.

Głowa jednego z nich.

W obozie zapadła martwa cisza.

— Serio? Żadnych krzyków? No nie róbcie mi tego — powiedział obcy wyraźnie rozczarowany.

— Kim jesteś? — spytał jeszcze raz lider, wyciągając tym razem miecz.

— Matka zawsze mówiła, że głupich nie sieją, tylko sami się rodzą. Miała rację.

— Kim?!

Obcy skrzywił się i pokręcił głową.

— Zero ogłady. Ten świat schodzi na psy.

— Kim?!!

Obcy cmoknął wyraźnie niezadowolony.

— To, że będziesz krzyczeć coraz głośniej, absolutnie nic nie zmieni. Właściwie sam fakt, że musiałeś zacząć krzyczeć, znaczy tylko tyle, że już straciłeś wszelką kontrolę nad sytuacją. Dałbym ci kilka rad, ale w sumie byłaby to tylko strata czasu. Nie ma sensu próbować uczyć czegokolwiek trupa, prawda? — wyjaśnił całkiem uprzejmie, po czym od niechcenia dodał: — Łamkości, oddział Dowódcy, Kompania bez Imienia.

Po tych słowach, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź ze strony stojących przed nim mężczyzn, gwizdnął cicho. Z pobliskich krzaków zaczęli wyłaniać się uzbrojeni po zęby mężczyźni. Wszyscy równie spokojnie, równie leniwie. Dlaczego mieliby się zachowywać inaczej? Może było ich tyle co tamtych, a może nawet trochę mniej, ale otoczyli bez problemu wroga i wiedzieli, że w swojej robocie są lepsi. W końcu oni byli żołnierzami, składali przysięgę, rozumieli, czym są rozkazy.

— Może… — zaczął niepewnie lider.

Łamkości nie miał ochoty go dłużej słuchać. Gwizdnął po raz drugi i wszyscy rzucili się do ataku. Rozpętała się prawdziwa jatka. Nie trwała ona zbyt długo, a wynik nie zdziwił nikogo z żywych.

— Kto padł jak szmata? — spytał Łamkości, widząc, że walki dobiegły końca.

— Ten, kto na pewno ci nie odpowie — usłyszał od razu.

Przewrócił oczami.

— Pytam tych, którzy jeszcze oddychają.

— Po co? Jak ktoś zdechł, to zdechł i tyle.

No niby racja, ale i tak Łamkości westchnął ciężko. Zadał proste pytanie i oczekiwał prostej odpowiedzi. Dlaczego nie mógł jej dostać?

— Jak ja ci zaraz…

— Jeden trup — wtrącił się do rozmowy ktoś inny.

No lepiej, ale nie to chciał usłyszeć. Chciał usłyszeć, że nikogo nie stracili i wygrał zakład ze Szramą. No tak. Biednemu zawsze wiatr w oczy.

— Kto?

— Po co zawracać sobie głowę imieniem trupa?

— Gruby, jeszcze jedno głupie pytanie, a upierdolę ci łeb przy samej dupie.

Wymieniony z imienia żołnierz prychnął pod nosem, szybko jednak dodając:

— Kulawy.

— Kulawy?! — spytał z niedowierzaniem Łamkości, podchodząc szybko do trupa.

— No Kulawy. Jak w mordę strzelił.

— Jak?! Walczył lepiej od większości z was.

— Chuj wie — odpowiedział Gruby, wzruszając ramionami. — Pewnie się potknął i tyle.

— Pewnie tak — odpowiedział w zamyśleniu Łamkości. — Zawsze miał koślawe te nogi.

Wszyscy podumali przez chwilę nad koślawymi nogami Kulawego, po czym jak gdyby nigdy nic wyrzucili go ze swoich umysłów. Z jednym Gruby miał rację. Nie było sensu przejmować się czymkolwiek, co dotyczyło trupów.

— Fleja, masz wór? — spytał Łamkości.

Praktycznie spodziewał się głupiego pytania w stylu, o jaki wór chodzi, ale wyjątkowo Fleja po prostu mu go podał. Było to na swój sposób rozczarowujące, ale nie planował mówić tego na głos.

— No dobra, mamy wór, a wy wiecie, co robić. Tylko nie chcę łba żadnego z naszych w środku, jasne? Jak będzie tak jak ostatnio, to osobiście dopilnuję, żebyście się posrali wszyscy z bólu na kolejnych ćwiczeniach! Drugi raz nie planuję wkurwić Dowódcy waszym brakiem kompetencji.

— Sam jesteś brakiem kompetencji — stwierdził Gruby, odcinając pierwszą głowę i wrzucając ją do worka. — Fleja, trzymaj kurwa ten wór jakoś. I tak chuja robisz, to się z tym wysil chociaż.

Łamkości spojrzał na Grubego i uznał, że nie zniży się do poziomu odpowiadania mu. Powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia.

— A co z ich betami? — spytał nagle Fleja.

Łamkości pomasował nasadę nosa. Wiedział, że służy z idiotami, ale…

— Co się przyda, to zabieramy, resztę zostawiamy razem z ciałami — wyjaśnił, umierając w środku na myśl, że w ogóle musi coś takiego mówić.

— Z ciałami bez głów — dodał Fleja w zamyśleniu.

Łamkości odnotował szybko w swojej pamięci, żeby poprosić Dowódcę o nakłonienie Białego do przygotowania jakiegoś naparu, który sprawiłby, że ten pajac zacznie choć trochę myśleć. Potem jednak przypomniał sobie, jak Fleja walczy. O dziwo z mieczem w ręku stawał się cholernie niebezpieczny, a niebezpieczny człowiek z mieczem w ręku, który do tego myśli… Wymazał z pamięci wcześniejszą myśl. Lepiej, żeby Fleja był głupi. Mieli z Wrzaskiem już i tak dość wrogów, dzięki którym spali z jednym okiem zawsze otwartym. Nie potrzebowali kolejnego.

— Kto sprawdza graty? — spytał, widząc kilku grzebiących po torbach tragicznie zmarłych.

— No…

— Kto?

— No nikogo nie wyznaczyłeś, więc ja się za to wziąłem — powiedział trochę niepewnie Wół.

— Nikogo nie wyznaczyłem? — zdziwił się Łamkości. — Naprawdę?

— No tak.

Starość, pomyślał, drapiąc się po brodzie.

— Dobra, to grzeb tam dalej. O czymś jeszcze zapomniałem?

— Ruszyć dupy do roboty — podpowiedział uprzejmie Gruby.

Łamkości rzucił mu najbardziej nieprzyjemne ze swoich spojrzeń. Jak wrócą do obozu, to sobie z kutasem inaczej porozmawia. Wyjaśni mu dobitnie, pięścią wlepioną w jego głupią mordę, co myśli o tego typu pyskówkach.

— Ktoś ma coś jeszcze mądrego do dodania? — spytał z uśmiechem na ustach.

Nawet jeśli ktoś coś miał, to zachował to dla siebie. Gruby otworzył usta, ale błyskawicznie je zamknął. Musiał wyczuć, że przesadził. Dobrze, choć to nic nie zmienia, pomyślał Łamkości, bacznie pilnując, żeby wszyscy robili to, co mieli robić.

***

82. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Khundum, Sokchnguk.


Dowódca wezwał Wściekłego do siebie. Dowodzący udał się do osławionego namiotu natychmiast. Swoim ludziom wydał już wcześniej stosowne instrukcje: nie wyłazić z obozu, nie zagadywać nikogo z drugiego oddziału. Po chwili namysłu dodał, tak dla pewności, żeby w razie czego związali Pierdolniętego. Nie warto było w końcu ryzykować, prawda? Nie po to szli taki kawał drogi, żeby teraz tracić życie w tak głupi sposób.

— Dlaczego wszystko sprowadza się do mnie? — oburzył się saper, słysząc ostatni rozkaz.

— No właśnie, Pierdolnięty — warknął Wściekły. — Dlaczego zawsze, za każdym jednym razem, to ty jesteś problemem?

— Nie to powiedziałem.

— Wyjaśniłem za ciebie, bo zauważyłem, że się pomyliłeś.

Saper nic na to nie odpowiedział. Co pomyślał, było aż nadto widoczne na jego twarzy, ale usta pozostały zamknięte, a to się naprawdę ceniło. Czasem jednak potrafił zrobić coś dobrze. Gdyby tylko zdarzało mu się to częściej, rozmyślał Wściekły, ruszając.


Skórka uniosła lekko głowę i tyle wystarczyło. Dowódca, nie podnosząc nawet wzroku znad czytanego dokumentu, pozwolił Wściekłemu wejść. Dowodzący wsunął się zwinnie do środka i stanął sztywno, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.

— Siadaj — powiedział Dowódca, wskazując krzesełko znajdujące się przed biurkiem.

Skinął głową i usiadł, zerkając niepewnie na Skórkę, ale ta nie dbała zbytnio o jego problemy i niestrudzenie dalej czyściła sobie paznokcie nożem.

— Czemu to robisz, jeśli nigdy nie masz ich brudnych? — spytał, szokując sam siebie faktem, że wypowiedział te słowa na głos.

Kobieta wzruszyła ramionami, stwierdzając tylko:

— Są czyste, bo je czyszczę.

Przytaknął. Z tak żelazną logiką nie był nawet w stanie się kłócić.

Kiedy Wściekły przeżywał właśnie niewielki kryzys egzystencjalny, Dowódca doczytał dokument i odłożył go na bok. Dowodzący natychmiast skupił na nim wzrok.

— Jeszcze raz spytam — powiedział spokojnie Dowódca. — Chorzy?

Dłoń drgnęła. Wyglądało to jak lekki tik nerwowy, ale za chwilę szybko się poruszyła. Dla kogoś patrzącego z boku ruch ten byłby ledwie zauważalny, ale dla Wściekłego…

Mieliście ogon.

— Nie mam. Wszyscy zdrowi. Trochę odrapani, bo droga nie była łatwa. Nic wielkiego. Ci, co byli w poważniejszym stanie, nie przeżyli.

Próbowaliśmy zgubić. Są ostrożni. Mam słabych ludzi. Niedoświadczenie.

— Nie masz u siebie nikogo doświadczonego.

Dobra decyzja. Inaczej strata wszystkich.

— Padali jak muchy przy kontrakcie. Zaczynałem podejrzewać, że to nie jest zwykły pech.

Zaplanowane. Śmierć jedna po drugiej. Kontrakt. Podejrzenie, ale brak możliwości wycofania się.

— Nie masz nikogo do szkolenia innych.

To nie było pytanie. To było stwierdzenie, z którym w dodatku musiał się zgodzić, bo takie właśnie były fakty.

Rozumiem. Brak konsekwencji. Sprawa załatwiona.

Wściekły nie był pewien, czy dobrze odczytał ostatni gest. Sprawa załatwiona? Ale jak niby? Zresztą nieważne. Później podpyta o gest Szramę, jeśli będzie trzeba. Tylko grunt, żeby nie zapomniał.

— Nie mam. Gdybym miał, to ten oddział byłby już na całkiem przyzwoitym poziomie i mógłbym wziąć nowy kontrakt.

Przyjąłem do wiadomości.

— Czy poza kimś, kto będzie w stanie szkolić, potrzebujecie jeszcze czegoś?

Czujność. Możliwa obserwacja przez wroga.

Wściekły pokręcił głową.

Czujność. Przyjąłem do wiadomości.

— Jak oceniasz ogólny poziom?

— Moich ludzi teraz? Chodzi o walkę? No to względnie przyzwoity jak na ogólne standardy. Jak na standardy Kompanii bez Imienia? No słabo.

— Leczący?

— Nić daje sobie radę. Zna się na robocie.

— Saper?

— A tak. Jeden na wydaniu. Chętnie go oddam za butelkę wina.

Dowódca skinął lekko głową, po czym oznajmił:

— Nie ma takiej potrzeby.

— Za drogo? Paczka sucharów? — zaproponował Wściekły.

— Mamy swojego.

— A możemy się wymienić? — spytał głosem pełnym nadziei.

— Nie wiem, czy na tym zyskasz — odpowiedział Dowódca z cieniem uśmiechu błąkającym się na ustach.

— A no to podziękuję — odpowiedział dowodzący, wzdychając przy tym ciężko.

— Stan zaopatrzenia?

— Jedzenia praktycznie nie mamy, leków tyle, ile fiolek nam zostało, ale ziół zero.

— Broń i uzbrojenie?

— Do naprawienia większość. Tak samo jak kilka namiotów. Nic wielkiego, czego byśmy nie mogli sami zrobić, jeśli będziemy mieć kilka dni spokoju.

— Ilu ludzi byś chciał?

— Potrzebuję weterana. Dobrego. Jeśli poza nim mógłbym dostać choć jednego porządnie przeszkolonego, to będę zachwycony.

— Tylko tyle?

— Nigdy nie miałem problemu z werbowaniem, więc tak, potrzebuję tylko kogoś, kto mi pomoże szkolić nowych.

— Rozumiem — odpowiedział Dowódca.

Wściekły przyglądał mu się uważnie, próbując zrozumieć, co kryje się tuż pod tą wystudiowaną maską, ale za nic nie potrafił jej przejrzeć.

Dowódca zerknął na Skórkę. Wściekły nawet nie wysilał się, żeby podążyć za jego wzrokiem. Tych dwoje miało swój własny, bardzo prywatny język, którego nie szło w najmniejszym stopniu zrozumieć.

— Możesz odejść — oznajmił Dowódca. — Wracaj do swoich ludzi.

Nigdzie indziej nie planował, ale i tak zasalutował i wyszedł bez słowa. Dowódca patrzył za nim przez chwilę, po czym przeniósł wzrok na siedzącą spokojnie Skórkę.

— Zaczynam mieć po dziurki w nosie tych samych pytań.

— O saperów? — spytała tamta.

Cień uśmiechu pojawił się na jej ustach. Nie próbowała nawet ukryć, że temat ją bawi.

— O saperów, o Gałgana…

— Mówimy o wielkim proroku naszej kompanii, tak?

Jego spojrzenie stało się zimne, martwe. Nie odpowiedział nic. Po prostu pokręcił głową i wrócił do pracy. Roześmiała się cicho. To był dobry żart. Nieważne, jak on go oceniał, ona wiedziała swoje.


Szrama szedł akurat w kierunku ogniska, gdy zobaczył Wściekłego.

— Już po rozmowie? — spytał.

— Była szybka — odpowiedział dowodzący, drapiąc się po brodzie.

— Jak każda inna. Nie przejmuj się.

— Chyba odwykłem od tego, jak się tu sprawy mają.

— Szanuję, że na jakimś etapie do tego w ogóle przywykłeś, ale nie martw się. Długo z nami raczej nie będziecie maszerować.

Wściekły nie krył się z dwoistością swoich odczuć. Szrama od razu domyślił się, w czym problem. W sumie zawsze i niemal z każdym był ten sam: ciążyła im odpowiedzialność, ale przywykli do swobody, jaką im dawała.

— Łapię — powiedział, klepiąc tamtego po ramieniu i ruszając dalej.

Wściekły westchnął ciężko, nic nie odpowiadając. Jego ludzie czekali. Nie było sensu stać samemu z dala od nich.


Sadło spojrzał w kierunku drugiego ogniska, potem wrócił wzrokiem do leczącego.

— Nić, przestań tak patrzeć. Nie wypatrzysz go z tej odległości, a nawet jeśli, to i tak nie będziesz miał pojęcia, który to.

— Wcale nie próbuję go wypatrzeć.

— Zresztą to nie robi dla ciebie żadnej różnicy. W sensie, czy to prawda, czy nie.

— A myślisz, że to nie jest jednak prawda? — spytał leczący z nadzieją w głosie.

Sadło pomyślał, szczerze się zastanowił nad odpowiedzią i wreszcie po chwili oznajmił:

— No myślę, że to jednak jest prawda. Nie wiem, tak mi się wydaje.

Nić wyraźnie oklapł.

— No, ale znowu, czemu ty się tym przejmujesz?

— Co mu jest? — spytał przechodzący obok Pierdolnięty.

Sadło popatrzył na niego z wyraźną niechęcią, żeby nie powiedzieć, że z niemal namacalnym wstrętem.

— Nie masz być gdzie indziej?

— To znaczy gdzie? — spytał saper zirytowany.

— Daleko stąd — warknął Sadło.

Pierdolnięty uśmiechnął się szeroko, oznajmiając z dumą:

— To nie. Na pewno nie.

Sadło zaklął pod nosem. Próbował się tego sukinsyna pozbyć, ale nie wyszło. Teraz nie zostało mu nic innego jak stara, sprawdzona technika — ignorowanie.

— Więc tak, jak mówiłem, to nie powinno cię obchodzić.

— Ale co? — spytał Pierdolnięty szczerze zaciekawiony.

Bogowie zsyłali na ludzi różne próby, ale ta była bezzasadnie ciężka, pomyślał Sadło.

— Skup się na sobie. Idź po żarcie, prześpij się porządnie.

Saper obserwował rozmawiającą dwójkę uważnie, po czym cmoknął i oznajmił:

— Chodzi o maga, tak?

Dlaczego on musiał być bystry wtedy, kiedy nie powinien być? Sadło podrapał się po brodzie. Nie był najlepszy w tego typu sytuacjach. Jedynym rozwiązaniem w jego ocenie było wtedy zwyczajnie przyjebać komuś po mordzie i dopilnować, żeby nie był jej w stanie za szybko otworzyć. Może i normalnie by tak zrobił, ale tak bliska obecność Dowódcy… no jakoś go dziwnie hamowała. Nie miał pojęcia dlaczego.

— Daj mi spokój — warknął Nić.

Dobrze. Może leczący sam się wybroni i po problemie.

— Boli cię, że jest ktoś lepszy od ciebie?

A może pieprzyć bliskość Dowódcy i zmasakrować mu jednak ten ryj?

— Pierdolnięty, odjeb się — powiedział Nić.

Sytuacja zaczęła się robić napięta. Sadło wiedział, że zaraz ktoś sięgnie po przemoc i pewnie będzie to on. No cóż. Czasem człowiek musiał robić to, czego inni nie chcieli wziąć na siebie, czy jak to tam nazwać. Już nawet zaczął zaciskać pięść, gdy zobaczył zbliżającego się Wściekłego. Wspaniale, pomyślał z zadowoleniem. Teraz to problem Wściekłego.

— Coś się dzieje? — spytał dowodzący podejrzliwie.

— Nie — powiedział Nić.

— Nie — zapewnił saper.

— Tak — przyznał otwarcie Sadło.

— A chcę o tym wiedzieć?

— Nie — znów powiedział Nić.

— Nie — znów zapewnił saper.

— Tak — znów przyznał otwarcie Sadło.

Wściekły myślał przez chwilę, ale w końcu warknął:

— Gadać.

Oczywiście tamta dwójka milczała uparcie, ale Sadło wiedział aż za dobrze, że jeśli teraz sprawa nie wyjdzie, to za jakiś czas znów będzie jego problemem, a on nie lubił problemów, więc… Znowu wszystko sprowadzało się do robienia tego, co konieczne. Żadna cena nie była zbyt wygórowana w zamian za spokojne życie. A przynajmniej tak czuł dzisiaj. Jutro mogło mu się odmienić. Był prostym facetem.

— Nić nie czuje się pewnie, odkąd usłyszał o magu, a Pierdolnięty dźga go osranym patykiem, chuj wie po co.

— Ja nawet nie trzymam patyka — oburzył się saper, jakby to miało udowodnić jego niewinność.

— Tak mi się powiedziało. To była… no ta…

— Przenośnia — podpowiedział uprzejmie Wściekły, po czym zastanowił się nad całą sprawą i po chwili dodał: — Poczekajcie.

Podszedł na skraj obozu, po czym wyszukał wzrokiem Szramę.

— Szrama! — ryknął na całe gardło.

Zawołany zatrzymał się, rozejrzał, po czym odkrzyknął:

— No?!

— Macie sapera u siebie?!

— Tak!

— Dobrego?!

— Chujowego! Chcesz go sobie wziąć?!

— Nie! Chciałem wam oddać swojego, ale nie dostałem pozwolenia!

— To świetnie, bo drugi nam niepotrzebny!

Po tych słowach Szrama wrócił do swoich rzeczy, a Wściekły do swoich ludzi.

— Proszę bardzo — powiedział z dumą.

Pozostali spojrzeli na niego jak na skończonego idiotę.

— Czy ja jestem głupi, czy on jest dumny z tego, że nic nie zrobił? — spytał niepewnie Sadło.

— Ty jesteś głupi, ale tym razem masz rację — odpowiedział powoli saper.

Wściekły zirytował się.

— Pierdolnięty, jeśli ktoś powinien się tu czuć źle, to ty, nie Nić. Odjeb się od niego i skup się na sobie.

Saper podrapał się po głowie, spojrzał na leczącego, po czym niepewnie spytał:

— Czemu ja się mam czuć źle?

Nić pokręcił głową.

— Może to stres po spotkaniu z Dowódcą.

Tym razem to Wściekły spojrzał na nich, jakby to z nimi było coś nie tak.

— Czego wy w tym wszystkim nie rozumiecie?

— Wszystkiego? — spytał uprzejmie Pierdolnięty.

Najgorsze nie było to, że ominął ich całkowicie sens tego, co zrobił, ale że mówili do niego w ten powolny, wyraźny sposób, w jaki mówi się do skończonego idioty. Kluczem jednak w całej sprawie było coś innego — proste pytanie, które brzmiało: czy go to powinno obchodzić. Odpowiedź była przecząca.

— Mam was w dupie w sumie — powiedział, ruszając dalej.

— Zbadaj go w wolnej chwili — poradził saper leczącemu. — Najpierw tak normalnie, a potem daj mu jakieś patyki i sprawdź, czy z jego głową jest wszystko dobrze.

— To nie na moje kompetencje — odpowiedział Nić, drapiąc się po brodzie. — Trzeba pogadać z tamtym magiem. On zrobi to lepiej.

— To weź do niego jutro zagadaj.

— Dlaczego ja?

— No bo jesteś leczącym. Wiesz, swój człowiek. Jak będzie gadał mądrze, to tylko ty go zrozumiesz.

Nić przemyślał szybko te słowa, po czym uśmiechnął się szeroko.

— Racja — przytaknął zadowolony z siebie.

Ludzie są dziwni, pomyślał Sadło, w gruncie rzeczy zadowolony, że kryzys został zażegnany i leczący znów był sobą.


Przy drugim ognisku Szrama usiadł z miską parującego gulaszu i właśnie miał zacząć rozmowę z Wybuchem, gdy zobaczył jego minę.

— Czego? — spytał uprzejmie.

— Wiesz, że głuchy nie jestem, prawda?

— No i?

— Słyszałem ten komentarz na mój temat.

— No i? — powtórzył pytanie Szrama. — Nie powiedziałem nic, czego nie mówiłbym ci prosto w twarz od samego początku.

Saper przewrócił oczami.

— Wiem. Nieważne też, jak często mi to powiesz i w jaki sposób, dalej będę na to srał.

— No to w czym problem?

— Że to kwestia kultury osobistej.

Szrama nabrał gulaszu łyżką, po czym podmuchał chwilę na niego, wsunął jedzenie do ust, przeżuł je ostrożnie, przełknął i w końcu zadał swoje ulubione pytanie raz jeszcze:

— No i?

Wybuch pokręcił głową, wracając do swoich spraw. Gdyby miał się przejmować każdą pierdołą, którą inni mówili na jego temat, to ten pierdolony oddział już dawno przypadkiem by się zdetonował.


Wściekły właśnie kończył posiłek i już miał iść do swojego namiotu, gdy w obozie wybuchło jakieś dziwne poruszenie. Natychmiast odstawił miskę i wstał, kładąc rękę na broni.

— Co jest? — spytał, ruszając w kierunku krańca obozu.

Nikt nie musiał mu odpowiadać. W ich stronę szła grupa uzbrojonych mężczyzn, którzy nie wyglądali ani trochę przyjaźnie. Jego ludzie stali gotowi do walki. Fantastycznie, ale służył dość długo, żeby wiedzieć, że z tymi sukinsynami nie mieli najmniejszych szans. Służył też dość długo, żeby poznać swoich. Gwizdnął i za chwilę usłyszał odezwę.

— To nasi — powiedział do reszty.

— Nasi są za naszymi plecami — odpowiedział Miękki.

— I teraz też przed nami — warknął Wściekły.

Obcy podeszli bliżej. Jeśli wcześniej samym swoim pojawieniem zasiali panikę, to teraz prawie udało im się doprowadzić niektórych do zesrania się. Na czele szedł ktoś, kogo Wściekły wcale nie miał ochoty oglądać. Łamkości. Że też ten chuj jeszcze oddychał.

— Wściekły! Jak miło cię widzieć! — ryknął Łamkości.

Teoretycznie powinno to potwierdzić wcześniejsze zapewnienie Wściekłego i uspokoić jego oddział, ale stało się dokładnie na odwrót. No cóż. Łamkości właśnie takie wrażenie wywierał na ludziach, więc trudno było się komukolwiek dziwić.

— Bez wzajemności — odpowiedział tamten, dalej trzymając rękę na broni.

— Nic się nie zmieniłeś, kutasie, co nie? — powiedział Łamkości z uśmiechem, który nie był ani ciepły, ani życzliwy.

Każdy w oddziale Dowódcy go znał. To był uśmiech zwiastujący kłopoty, ale tym razem, po raz pierwszy w życiu, Wściekły ani trochę się nim nie przejął.

— Zmieniłem. Teraz jestem dowodzącym i mam swój oddział — oznajmił.

Dla innych mogło to zabrzmieć jak głupia przechwałka, ale prawda była inna. Był to subtelny sposób przypomnienia temu wielkiemu synowi kurwy, że ruszenie go będzie niosło za sobą poważne konsekwencje. Oczywiście Łamkości zrozumiał przekaz i ani trochę się nim nie przejął.

— Bycie odrobinę milszym nie zabiłoby cię — powiedział, splatając ręce na szerokiej piersi, na co od razu usłyszał:

— Właściwie dokładnie to by zrobiło. Gdybym był choć odrobinę milszy, to już byłbym trupem. Dzięki tobie.

— Stare dobre czasy!

— Tylko dla ciebie.

Łamkości przyjrzał mu się uważnie, po czym ten zimny uśmiech zastąpił szczery. Wściekły nie planował nawet próbować zrozumieć, co się właśnie zadziało. To nie miało sensu. Kiedy tamten podszedł bliżej i wyciągnął wielką łapę przed siebie, dowodzący po prostu ją uścisnął, a potem wykonał gest powitania. Sprawy osobiste były sprawami osobistymi. Poza nimi byli towarzyszami broni, a przynajmniej tak mieli myśleć jego ludzie.

— Mam coś dla was — oznajmił Łamkości z zadowoleniem. — Prezent od Dowódcy na miłe powitanie. Pewnie lepiej byłoby wam to dać za dnia, żebyście mogli wszystko zobaczyć, no ale…

— Co to niby jest? — spytał podejrzliwie Wściekły.

Łamkości machnął ręką i spośród pozostałych żołnierzy, którzy wcześniej z nim przyszli, wysunęła się dwójka niosąca całkiem pękaty wór.

— Proszę bardzo — powiedział, dając sygnał.

Wór został odwrócony, a jego zawartość bezceremonialnie wysypana prosto na ziemię. Krzyki przerażenia i niedowierzania wyrwały się ze stanowczo zbyt wielu gardeł, ale było to zrozumiałe. W końcu właśnie dlatego spotkali się z oddziałem Dowódcy. Żeby pomóc tym piszczącym zmężnieć.

— Co to, kurwa, ma być? — warknął Wściekły.

— Wasz ogon — odpowiedział Łamkości, doskonale się bawiąc.

Teraz zapadła cisza. Taka pełna strachu i napięcia, wyjątkowo nieprzyjemna cisza.

— Ogon? — spytał Wściekły.

— Tak.

— Nasz?

— Tak.

— …ten?

— Innego w okolicy nie było, ale jak chcesz, to możesz sprawdzić.

Dowodzący po prostu patrzył na odcięte głowy, wyraźnie przeżywając poważny wewnętrzny konflikt.

— Musiałeś to zjebać na środek obozu?

— Tak — odpowiedział Łamkości radośnie.

Wściekły westchnął ciężko, po czym lekko pokręcił głową.

— Sadło, Pierdolnięty, Nić. Macie za dużo wolnego czasu. Wypieprzyć te łby z obozu.

— Nosz kurwa, zawsze ja — warknął Pierdolnięty, biorąc się od razu do roboty.

Zawsze padało na niego, więc od razu wiedział, kto to będzie sprzątał. Właściwie już nawet stanął bliżej. Im szybciej skończy, tym lepiej.

— Dzięki — powiedział Wściekły, ignorując sapera i zwracając się do Łamkości. — Wam wszystkim.

Jego ludzie, nie mając najmniejszego pojęcia, co powinni zrobić, zasalutowali. Łamkości i stojący za nim żołnierze odpowiedzieli, bo dziwnie byłoby tego nie zrobić.

— No to tyle, panowie! — krzyknął Łamkości. — Do obozu, zjeść coś i spać. Zapracowaliśmy na odpoczynek!

Po tych słowach wszyscy zaczęli się rozchodzić. Łamkości spojrzał jeszcze raz na Wściekłego. Dowodzący cmoknął z niezadowoleniem, ale po chwili podał mu rękę, mówiąc:

— Jestem zobowiązany.

— Powinieneś — powiedział cicho Łamkości. — To nawet nie byli najemnicy.

— A ja nie miałem nawet jednego dobrze przeszkolonego człowieka — warknął w odpowiedzi.

— Wymówki — szepnął Łamkości, a potem, puszczając jego rękę i klepiąc go przyjacielsko po ramieniu, dodał: — Dobrej nocy. Jutro czeka nas kawałek drogi do przejścia. Śpijcie dobrze, żebyście mieli siłę maszerować.

Odszedł. I dobrze, bo Wściekły naprawdę zaczynał rozważać rozwalenie mu łba. Mieli przecież maga z Atoli. Na pewno by go poskładał.

— Wściekły — z zamyślenia wyrwał go głos Sadła. — A gdzie my mamy to gówno dawać?

— Wywalcie dalej od ognia. Chyba że chcecie z tym spać tutaj.

Nie chcieli. Domyślał się, że tak wybiorą. On też nie chciał. W końcu to nie był najmilszy widok.

Gdy głowy zostały uprzątnięte i wszyscy znowu zebrali się przy ognisku, rozmowy były ciche i rwały się ciągle. Wściekły widział w oczach swoich ludzi strach. Nie taki, jaki widział przez ostatnie dni. Nie, to było coś zupełnie innego. Wcześniej bali się, bo wróg deptał im po piętach. Teraz bali się swoich. Powoli zaczynało do nich docierać, jak sami będą wyglądali i zachowywali się za kilka lat.

— …z tym, mówię ci, trzeba się urodzić. No takim nie da się tak po prostu stać…

— …i te legendy jednak…

— …zaczynam rozumieć, dlaczego się ich wszyscy boją. Nas. Kompanii…

Znał to wszystko aż za dobrze. Gdy sam się zaciągnął, wyglądało to tak samo i takie same myśli kłębiły się w jego własnej głowie.

— …nigdy nie byłem dobry, ale żeby tak z zimną krwią…

— …nie wiem, czy chcę tak skończyć…

Spokojnie, pomyślał Wściekły z lekką goryczą. Większość z was nie będzie żyła dość długo, by się takimi stać.

***

83. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Khundum, Sokchnguk.

Poranek nastał tak, jak powinien. Świat się nie zmienił, nie zatrzymał się nawet na chwilę. Takie życie, pomyślał Wściekły, czekając, aż jego ludzie zwiną obóz.

Z samego rana, gdy tylko się obudził, ruszył do namiotu Dowódcy oficjalnie podziękować za rozwiązanie problemu. Nieoficjalnie poszedł sprawdzić, czy tamten nie ma do niego pretensji o dokładanie mu roboty. Jak bezsensownym było to pomysłem, przekonał się od razu. Nawet za sto lat nie byłby w stanie odczytać jakichkolwiek emocji z tej kamiennej maski będącej twarzą siedzącego za biurkiem mężczyzny. No cóż. Miło było przez chwilę się łudzić.

— Spisaliście się dobrze. Przeżyliście — powiedział Dowódca w pewnym momencie.

Więc się domyślił, pomyślał Wściekły, odpowiadając:

— Dziękuję.

— Możesz odejść.

No to wyszedł. Załatwił to, co miał załatwić, i nie było potrzeby zawracać dłużej głowy Dowódcy.


Szrama jadł śniadanie, gdy Lizus spytał go, czy tamten widział gdzieś Cichego.

— Na zwiadzie — odpowiedział tamten, nabierając kolejną łyżkę gulaszu.

— Na jakim zwiadzie? Tu nie ma czego zwiedzać — oburzył się Lizus.

Szrama westchnął ciężko, po czym przełknął kęs jedzenia.

— Ty, swoją drogą, zauważyłeś, że ostatnio coś często wchodzimy w kontakt z innymi oddziałami?

— Zauważyłem.

— No a wiesz, co spieprzył Wściekły, że tu jest?

Wzruszył ramionami, upijając łyk naparu, który przygotował mu wcześniej Biały, a który podobno miał mu trochę pomóc na zszargane nerwy.

— Nic nie spieprzył. Stracił weterana i nie ma nikogo, kto by mu nowych szkolił. A przynajmniej tak słyszałem.

— Od kogo niby? Brzmi jak zwykłe pierdolenie.

— Od Dowódcy.

Lizus spojrzał na Szramę z wyrzutem. Jego mina wyraźnie mówiła: mogłeś mnie uprzedzić. Szrama tylko się uśmiechnął w odpowiedzi.

— Mało kto do nas dołącza bez wcześniejszego spartolenia czegoś.

— No on sam o to prosił.

Lizus pokiwał głową ze zrozumieniem, zastanawiając się jednocześnie, kogo tym razem Dowódca oddeleguje do roboty. Miał nadzieję, że Wybucha, ale to było niemożliwe. Nie dopóki nie zwerbują kolejnego na jego miejsce.

— Ej, Szrama — usłyszeli obaj głos Mikrusa.

Szrama nawet nie drgnął. Nie było potrzeby. Niższy żołnierz i tak zaraz się dosiądzie i powie, o co mu chodzi. Nawet jeśli Szrama wcale nie miał ochoty tego słyszeć. Lizus natomiast odwrócił się od razu w stronę mówiącego i, lekko marszcząc brwi, stwierdził:

— A ty nie pod namiotem Dowódcy?

Mikrus zatrzymał się, zmierzył gotującego zimnym spojrzeniem, po czym spokojnie spytał:

— A ty nie w dupie Dowódcy?

Szrama parsknął cicho. Choć błyskawicznie się opanował, to i tak za późno, aby nie zarobić bardzo brzydkiego spojrzenia ze strony gotującego.

— Nie od tego mam swoje imię — warknął tamten.

— Wiem. Słyszałem tę historię. Komentarz nie był w nawiązaniu do niej.

— A niby… — Lizus spojrzał na Mikrusa, po czym machnął ręką. — Nie będę się kłócił z debilem.

Niski żołnierz nic na to nie odpowiedział. Przysiadł przy Szramie, spojrzał przed siebie, po czym spytał:

— Wiadomo, kogo oddelegują?

— Nie mnie — odpowiedział Szrama.

— Jakieś typy?

— Boisz się, że padnie na ciebie?

— Luźno się zastanawiam.

Szrama pokręcił głową.

— Nie ja o tym decyduję i nie pytam o takie sprawy, ale jeśli spędza ci to sen z powiek, to mogę ci tylko powiedzieć, że na szczycie listy raczej nie jesteś.

— Raczej… — powtórzył Mikrus, wyraźnie niezadowolony z pojawienia się tego jednego słowa. — Dlaczego „raczej”?

Kątem oka zobaczył, jak drugi żołnierz wzrusza ramionami od niechcenia.

— Bo na ogół w pierwszej kolejności lecą ci, którzy mają kosę z Łamkości albo Wrzaskiem, ale są dobrzy w robocie.

— Nie mam z nimi kosy.

— No właśnie.

Mikrus milczał przez chwilę, po czym spytał:

— A w drugiej kolejności?

— Tacy, co mają kosę z kimś innym i mogliby długo nie pożyć, a są dobrzy w robocie.

Niższy żołnierz myślał przez chwilę, zanim powiedział:

— Nie mam z nikim takiej kosy.

— No właśnie.

Znów chwila ciszy i:

— A w trzeciej?

— Ci, którzy są naprawdę potrzebni tam, a nie u nas.

— Czyli?

— Tak jak było z Kogucikiem.

Szrama wziął łyżkę gulaszu. To było naprawdę dobre żarcie. W takich chwilach cieszył się, że jest niedaleko po Dowódcy. Miało to swoje ogromne wady, ale żarcie…

— A w czwartej?

— Widzimisię Dowódcy — warknął, mając już dość tej rozmowy. — Idź i zgłoś się na ochotnika, jak tak bardzo chcesz.

— Nie wiem, czy chcę, bo nie znam Wściekłego, a jak pójdę i potem się rozmyślę, to co wtedy?

— Nie mam pojęcia i nic mnie to nie obchodzi — oznajmił dobitnie.

Mikrus siedział jeszcze przez chwilę, wyraźnie nad czymś myśląc, po czym wstał i ruszył przed siebie.

— A czemu chcesz iść do innego oddziału w ogóle? — spytał go na odchodnym Szrama.

— Nie mam pojęcia. A czy to ważne? — odpowiedział tamten, nawet się nie zatrzymując.

— Jaki on jest pojebany — warknął Lizus, patrząc za odchodzącym, na co usłyszał w odpowiedzi:

— I jaki bystry, że go Dowódca dalej toleruje.

Skrzywił się tylko. Bystry czy nie, był pojebany i tyle.


Jeszcze dobrze Wściekły nie ruszył w kierunku namiotu Dowódcy, a saper już zaczął się nerwowo kręcić i rozglądać na wszystkie strony. Minęło kilka minut i wszyscy wiedzieli już na pewno, że tamten wyraźnie coś kombinuje. Leczący spojrzał na niego raz, potem drugi, a potem nie wytrzymał nerwowo i warknął:

— Wściekły kazał nam siedzieć na dupach.

— Jedna mała wycieczka…

— Widziałeś tego całego Cichego? Widziałeś Łamkości albo ludzi, którzy z nim przyszli? Możesz z tej jednej wycieczki nie wrócić.

— Ale…

— Idź — powiedział Nić, odwracając się do niego plecami. — Udam, że nic nie widziałem.

Pierdolnięty zgłupiał. Niepewnie rozejrzał się dookoła, po czym podrapał po brodzie. Coś tu było nie tak.

— Mam iść?

— Twoja sprawa. Użeram się z tobą na co dzień, nie planuję tego robić też tutaj. Nieważne, co ci powiem, i tak tam poleziesz, więc nie mój kurwa problem.

Saper pokiwał głową niepewnie. Chciał iść, ale… Spojrzał na kręcących się ludzi z drugiego oddziału. Przyjrzał im się uważnie. Bardzo uważnie. A potem przypomniał sobie, że ma namiot do złożenia.

— Nieźle go podszedłeś — pochwalił Sadło.

— Ja go nie próbowałem podejść, tylko zachęcić — odpowiedział mu cicho Nić.

Sadło zmarszczył brwi.

— Do czego niby? — spytał równie cicho.

— Do tego, żeby sobie polazł i został zabity.

Wielki żołnierz cmoknął, kiwając głową.

— No to poszło ci chujowo.

— Wiem. Zauważyłem — warknął Nić, sam też biorąc się do składania namiotu.

Sadło zaśmiał się nieprzyjemnie i odszedł, zostawiając leczącego ze swoimi myślami, a tych nie było wiele. Nie udało się, ale to nic. Nie dziś, to może jutro. W końcu ktoś tego pajaca zabije i oby tylko zrobił to, nim sam Nić umrze po drodze. Tylko o to prosił.


Nim Wściekły wrócił do swoich ludzi, postanowił zajść w jeszcze jedno miejsce. Wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu do wymarszu, ale nie przypuszczał, aby miało mu to długo zająć. Tym bardziej że bez najmniejszego problemu znalazł właściwy namiot praktycznie od razu. Jedno trzeba było przyznać: w oddziale Dowódcy wszystko zawsze działało tak, jak powinno. Nawet namiot leczącego stał zawsze w tym samym miejscu. Miał wrażenie, że wrócił do domu po bardzo długiej podróży i wreszcie znalazł się w miejscu, gdzie wszystko pachnie swojsko i każdy kąt jest znajomy. Nie zastanawiając się ani chwili, wszedł do środka, a potem zamarł z niedowierzaniem, patrząc na stojącego przed nim młodego mężczyznę ubranego w biały strój i trzymającego w rękach przedmioty, których nigdy na oczy nie widział, ale które definitywnie nie były bronią.

— Ja… — powiedział niepewnie.

— Słucham — odpowiedział mu tamten pewnym siebie głosem.

— Wściekły, dowodzący — wyrzucił z siebie, nie wiedząc, co innego miałby powiedzieć.

Sam nie wiedział, kogo niby spodziewał się w środku. Chyba kogoś starszego, bardziej… wyglądającego na maga? Może. A może kogokolwiek, kto nie był szczylem z mlekiem matki pod nosem.

— Coś się dzieje? — spytał tamten ostrożnie, odkładając trzymane przedmioty.

— Nie — odpowiedział Wściekły, biorąc głęboki oddech.

Powoli zaczynał rozumieć… wszystko. I ani trochę mu się nie podobały wnioski, do jakich zaczynał dochodzić. O jego wewnętrznym kryzysie nie wiedział jednak stojący przed nim młody mężczyzna, który ewidentnie zaniepokoił się stanem potencjalnego pacjenta.

— Gdzie cię boli? Gdzie są rany?

— Nie jestem ranny.

Tamten skrzywił się lekko, po czym zmarszczył brwi, wyraźnie obserwując Wściekłego.

— Na to wygląda. Nie jesteś też chory.

— No nic mi o tym nie wiadomo — stwierdził dowodzący, sam też teraz mrużąc podejrzliwie oczy. — Skąd to wiesz?

— Bo jestem uzdrowicielem.

— No tak słyszałem.

Zapadła długa, bardzo niezręczna, wyjątkowo krępująca cisza, którą w końcu przerwał mag, niepewnie oznajmiając:

— Jestem Biały.

— Miło mi — odpowiedział Wściekły, podając mu rękę. — Szrama mi o tobie wspomniał. Nie wierzyłem mu, ale…

— To teraz się przekonałeś, że mówił prawdę. Czy poza tym coś jeszcze chcesz?

Wściekły uśmiechnął się szeroko.

— Zadać jeszcze jedno małe pytanko, chociaż chyba znam odpowiedź.

— Śmiało.

— Ty przygotowałeś szkatułkę z lekami dla nas?

Biały speszył się lekko i uciekł wzrokiem, nerwowo poprawiając swoją już całkiem mało białą szatę.

— Tak. Czy był z nią jakiś problem?

— Problem? — zaśmiał się Wściekły. — Człowieku, ty nam nią kurwa wszystkim uratowałeś życie. Przyszedłem podziękować.

Biały przez chwilę patrzył na dowodzącego, jakby kompletnie nie zrozumiał właśnie usłyszanych słów, po czym zamrugał szybko, uśmiechnął się szczerze i oznajmił:

— Proszę bardzo.

Wściekły pokiwał głową z uznaniem.

— Prawdziwy mag z Atoli, co? Wiesz, ile twój prezent jest wart z dala od tej waszej magicznej stolicy?

— Sporo? — spytał Biały niepewnie.

— Tyle że nigdy by mnie na niego nie było stać. Nawet jakbym podpierdolił żołd wszystkich moich ludzi. Mam u ciebie dług. Pamiętaj o tym, jakby co.

— Cieszę się, że mogłem pomóc, i miło mi to słyszeć, ale nie jesteś mi nic winien — zapewnił mag skromnie.

Wściekły podumał chwilę, po czym odpowiedział:

— No dobra. Skoro tak mówisz.

Biały od razu zapomniał o skromności i zawstydzeniu. Martwym wzrokiem spojrzał na szeroko uśmiechającego się Wściekłego. W swoim umyśle odnotował kluczową wskazówkę dla starszego siebie: nigdy, ale to nigdy nie próbować być przesadnie skromnym. Nigdy.

— Ty, a jak my już sobie tak rozmawiamy, to sprzedasz mi historię, jak do nas trafiłeś?

— To nie był mój najlepszy dzień ani najlepsza decyzja, ale jakoś się z pewnymi sprawami pogodziłem i już mam się tu nawet dobrze — odpowiedział uzdrowiciel chłodno. — Dziękuję, że pytasz.

— No nie bądź taki. Opowiedz mi tę historię. Tylko tak w wersji skróconej, bo zaraz pewnie będziemy się składać.

— A muszę? — spytał zirytowany tamten.

— No… tak — odpowiedział z pełną powagą Wściekły.

Biały sporządził w swoim umyśle kolejną ważną notatkę mentalną: nigdy nie zadawać retorycznych pytań, na które nie chce się usłyszeć konkretnych odpowiedzi.

— Dostałem list z propozycją dołączenia do oddziału najemników. Chciałem zobaczyć głupca, który nie potrafi podpisać się nazwiskiem, tylko próbuje podszywać się pod legendarnego Dowódcę. Gdy go spotkałem osobiście i przekonałem się, że jedynym głupcem jestem ja sam, przypomniałem sobie wszystkie historie o Kompanii bez Imienia i o tym, jak to się Dowódcy nie odmawia. Podpisałem kontrakt. Dożywotni.

— Wiesz, że… — zaczął Wściekły, ale Biały już wyraźnie zły warknął tylko:

— Teraz już tak.

Wściekły pokiwał głową ze zrozumieniem.

— Też bym podpisał. Nie przejmuj się.

Biały zaśmiał się gorzko.

— Marne pocieszenie, ale dzięki.

Wściekły nic na to nie odpowiedział. Po prostu poklepał maga po ramieniu i wyszedł, dalej uśmiechając się szeroko pod nosem.


Nim ruszyli w dalszą drogę, Szrama zebrał oba oddziały i kazał czekać. Chwilę później ze swojego namiotu wyszedł Dowódca, a chwilę po nim Skórka. Dowódca powitał ich zdawkowym skinieniem głowy i oznajmił:

— Gruby, Patałach i Szum, przechodzicie pod rozkazy Wściekłego. Wściekły, maszerujecie z nami do Yut’rir, potem rozdzielimy się. To wszystko.

Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku swojego konia.

— To wszystko? — spytał ktoś szeptem.

— To wszystko — odpowiedział Wściekły, uśmiechając się pod nosem.

Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniały.

Wskazane miejsce

82. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Haterpleak, Penkahap.

Niedospany dokończył śniadanie, dopił lurowatą kawę, po czym westchnął ciężko, wiedząc, że pora brać się do roboty. Wyjątkowo jednak nie miał problemu z tym, że musiał zapracować na swój żołd, a raczej z tym, że owa praca niebawem miała się skończyć. Jak to mawiała jego ciotka: do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja. Miała rację.

Byli w Haterpleak już ponad trzydzieści dni. Przybyli, żeby pomóc w oczyszczeniu okolicy z grasujących dookoła band. No cóż, kontrakt jak każdy inny. Szybko jednak przekonali się, że tak do końca nie jest. Wysoko postawione urzędasy z miasta poczuły się zobowiązane do lepszego ich potraktowania i załatwiły im w mieście cały budynek. Mieli swoje prywatne koszary, codziennie dostarczane jedzenie, proste, ale wygodne łóżka i, co prawda z zimną wodą, natryski. Żyli jak cywilizowani ludzie. Aż go korciło, żeby tych kilka band nagle stało się nieuchwytnymi… No, ale to nie wchodziło w grę. Każdego jednego dnia uczciwie tropili, ścigali i wybijali w pień kolejnych sukinsynów liczących na prosty zarobek.

Dlaczego?

Och, to akurat było proste, pomyślał, patrząc na siedzącego na stole kruka, który właśnie zaglądał do pustego kubka, jakby upewniał się, że śniadanie dobiegło końca i ktoś tu ruszy wreszcie dupę.

— Tak, już skończyłem — powiedział zmęczonym głosem Niedospany.

Odstawił talerz na stół, po czym rozłożył mapę okolicy. Ptak od razu zaczął jej się uważnie przyglądać. Dowodzący szybko wskazał palcem dwa miejsca, oznajmiając:

— Niedobitki sprzed pięciu dni znaleźliśmy w tej pieczarze. To była szybka robota. Tutaj za to — powiedział, wskazując okoliczne bagna — znaleźliśmy tych nowych. Właściwie trudno powiedzieć, że to my ich zabiliśmy. Byli w tak opłakanym stanie, że sami by pomarli w ciągu kolejnych dziesięciu dni. Swoją drogą chłopaki wróciły i każdy szorował się prawie do krwi. Mówili o larwach pod skórą. Mokradła dał im coś do wypicia, zarzekając się, że po tym nic im nie będzie. Składam podanie o możliwość zajebania tego kurwiego syna, jeśli kłamał.

Ptak skrzeknął, obszedł mapę, po czym podszedł do tego samego punktu, do którego podchodził już wiele razy. Niedospany nawet nie krył zmęczenia tym tematem.

— Zaraz przyjdzie — powiedział tylko.

Pierzasty posłaniec popatrzył na niego, przechylił kilka razy łepek na boki, po czym przedreptał i przycupnął tuż obok leżącej na blacie stołu torby Niedospanego. Nagle jego ciało zwiotczało, jakby ulotniło się z niego wszelkie życie. Dowodzący poczuł się aż słabo, patrząc na zalegającego obok małego trupa. Nie dlatego, że przejmował się truchłem, w końcu do ich widoku już przywykł, ale dlatego, że wiedział aż za dobrze, co się za chwilę stanie.

Ptak ożyje jak gdyby nigdy nic.

Obrzydliwe.

Śmierć była naturalna. Dobrze mu znana, sprawiedliwie okrutna i obojętna. Była nieodzownym elementem jego fachu. Ale takie wracanie do życia… Nie. To nie było naturalne. Tak nie powinno być i tyle.

Do pomieszczenia wszedł Mokradła. Szybko rozejrzał się po kantynie, namierzając wzrokiem Niedospanego. Co najmniej tak, jakby tamten nie siedział codziennie dokładnie w tym samym miejscu. Gdy go znalazł, ruszył w jego kierunku szybkim krokiem.

— Czego chcesz? Zajęty jestem — warknął, stając przy stole.

— Ja też, ale skoro nikt nie chce tego uszanować, to nie wiem, dlaczego ja powinienem uszanować to, co ty sobie tam radośnie do mnie teraz pierdolisz.

Mokradła cmoknął w ten charakterystyczny sposób, w jaki starzy ludzie cmokali, ssąc puste miejsce po zębie. Absolutnie obrzydliwe. Fakt, że w gębie w ogóle został mu jeszcze jakikolwiek ząb, był prawdziwym cudem, patrząc na jego pomarszczoną twarz.

— Sadzaj dupę przede mną albo chociaż podejdź bliżej. Mam tylko jedną sprawę do ciebie.

— No to wal. Nie będę się przemęczał, podchodząc.

— Ile jeszcze mam czekać, żebyś sprawdził to, co kazał nam sprawdzić ptak?

— Już to sprawdziłem. Ze trzy razy. Tam nic nie ma. Nic. Mówiłem ci o tym.

— To dlaczego za każdym razem, kiedy ptak przylatuje, wskazuje to miejsce?

Mokradła wzruszył niedbale ramionami.

— A skąd mam wiedzieć? Jego pytaj. Mnie to pierdoli. Ja wiem swoje: tam nic nie ma. Jak ma we łbie nasrane, to jego sprawa. Może upierdoliłeś tam coś i ten mały móżdżek myśli, że to robak. Nie mam pojęcia. To tylko ptak.

Niedospany nagle stwierdził, że rozmowa poszła o niebo lepiej, niż się spodziewał. Ale przecież zawsze da się coś poprawić, prawda?

Właśnie dlatego powiedział:

— Inaczej mówisz, jak jest w okolicy.

— Nie wiem, co ty mi tu, kurwa, matczyny cycku, insynuujesz. Że co? Ptaka się boję? To tylko ptak. Widziałem kozie dupy straszniejsze od niego. Jak ci mówię, że tam nic nie ma, to nic nie ma. Ptak może sobie stukać, co mu się podoba. Mój kutas ma więcej rozumu niż to pierzaste gówno.

Nawet przez chwilę Niedospany nie wierzył, żeby ptak — mimo swojego aktualnego stanu — nie rejestrował, co się dzieje w otoczeniu. Jakby na potwierdzenie tych domysłów ptak zerwał się na równe nogi i rozdarł tak przeraźliwie, że Niedospany spadł z zajmowanego krzesełka, a Mokradła odskoczył, stracił równowagę i klapnął prosto na ten kościsty tyłek.

— Na fiuty moich przodków, co on tu robi?! — ryknął przerażony.

— Czekał na ciebie. Chyba — odpowiedział niepewnie Niedospany, podnosząc się z podłogi i ponownie siadając na krześle.

— Czemu żeś mi nie powiedział, że on tam jest?!

— Bo to tylko ptak. Dlaczego się nim przejmujesz?

Mokradła wpadł w panikę. Byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie wyglądał jak zasuszony trup drgający spazmatycznie. Niedospany miał dość oglądania fałszywych trupów. Przynajmniej na ten dzień.

— To… ja…

Ptak skrzeknął jeszcze raz, po czym zamaszystym krokiem podszedł do mapy i jeszcze raz stuknął w miejsce, w które stukał od samego początku. Potem uniósł łepek, rzucając Mokradle spojrzenie przepełnione czystą pogardą.

Mokradła dopadł do mapy, spojrzał we wskazane miejsce, po czym pełnym pokory głosem powiedział tylko:

— Sprawdzę i czwarty raz, ale byłoby mi łatwiej, jakbym wiedział, czego dokładnie szukam.

Ptak zamachał energicznie skrzydłami, wydając z siebie serię dźwięków, jakby właśnie narzekał z całych sił na leczącego. Na swój sposób wyglądało to tak, jakby zwierzę łajało Mokradłę, że nie spytał od razu i teraz nie planuje mu z niczym pomóc. Widać odczucia Niedospanego w jakiś sposób pokrywały się z odczuciami leczącego, bo głosem pełnym strachu zaczął tłumaczyć:

— Myślałem, że to pomyłka, że…

Dopiero teraz ptak się obruszył. Z tej całej złości zaczął podskakiwać w miejscu. Mokradła aż się zaślinił z nerwów.

— No, ale naprawdę… ja… bo…

Ptak przerywał mu kolejnymi skrzeknięciami, aż poziom stresu u Mokradły osiągnął punkt krytyczny i wykrzyczał:

— Podniosę każdy kamień i przepytam każdego napotkanego czerwia, ale błagam! Ja nic złego nie zrobiłem!

Ptak umilkł, po czym pokręcił łebkiem i wziął głęboki oddech. Potem skrzydełkiem wykonał ruch, który do złudzenia przypominał gest poderżnięcia gardła.

— O pierdolony — wyrwało się z ust Mokradły.

Niedospany na chwilę zaniemówił. Takiej reakcji ze strony posłańca się nie spodziewał. Teraz poważnie się zastanawiał, czy ta stara małpa nie wpakowała całego oddziału na minę, bo jeśli tak…

Mokradła padł na kolana i zaczął bić głową o podłogę.

— Już biegnę! Już! Podniosę każdy kamień, przesieję każdą kupkę piasku, sprawdzę każdy liść! Nie skończę, póki nie znajdę tego, co mam znaleźć, czymkolwiek by to nie było! Obiecuję! Daję na to moje słowo! To będzie znalezione!

Ptak prychnął z pogardą.

Ptak.

Ptak prychnął.

Niedospany potrząsnął głową. Nie dość że mieli przesrane, to nawet nie wiedzieli u kogo. Z dużym prawdopodobieństwem jednak u Czarnego Maga.

Doskonale.

Teraz modlił się, żeby nigdy nie wróciła do Kompanii, bo nie miał najmniejszej ochoty sprawdzać, co z nimi zrobi. Dzięki Mokradle. Dlaczego nie dał go wtedy spalić żywcem?

Nim te radosne myśli opuściły jego głowę, ptak z pogardą odwrócił się i odleciał, a Mokradła pędem pobiegł sprawdzić jeszcze raz wskazany obszar. O ile w ogóle go wcześniej sprawdził.

Niedospany rozejrzał się dookoła i uśmiechnął, gdy napotkał wzrokiem dopijającego swoją kawę z obojętnością Zmacerowanego.

— Zmacerowany — powiedział niemal uroczystym tonem.

— Domyślałem się, że na mnie trafi. Dopiję kawę i pójdę. Zostaw mi tylko mapę — powiedział tamten beznamiętnie.

Może to było kluczem do szczęścia, pomyślał Niedospany. Być obojętnym na wszystko i niczego się nie spodziewać. Może ludzie sami się unieszczęśliwiają, mając wobec życia jakieś… oczekiwania.

Może.

— Mapa jest twoja. Jakbyście dalej nic nie znaleźli, to mi to odmelduj. Wtedy jutro wyślę połowę chłopaków na przeczesanie tamtego terenu.

— Jak chcesz — odpowiedział, dalej powoli pijąc kawę.

Żadnych oczekiwań, pomyślał Niedospany, wyglądając przez okno.

***

82. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Haterpleak, Penkahap.

Namiestnik sprawdził kolejny raport z niedowierzaniem. Gdy tylko go pobieżnie przeczytał, przeniósł spojrzenie na pozostałych członków rady miejskiej.

— Kolejna banda wybita. Tak po prostu. Prawie piętnaście trupów. Przypomnijcie mi proszę jeszcze raz, dlaczego zatrudnianie Kompanii bez Imienia to zły pomysł?

Nikt na to nie odpowiedział. Wszyscy udawali, że są zbyt zajęci rozłożonymi przed nimi dokumentami. Namiestnik westchnął ciężko.

— Poproszę o przedstawienie raportu dotyczącego przestępstw.

— Kompania dopuściła się wszczęcia burd w dwóch burdelach i trzech karczmach. Do tego w nocy zabili kolejne dwie osoby.

Na chwilę salę wypełnił pomruk niezadowolenia.

— Ile osób zginęło w burdach? — spytał namiestnik.

— Nikt…

— Ilu rannych łącznie?

— Pięciu…

— Kogo zabili na mieście?

— Dwóch mężczyzn, rdzennych mieszkańców naszego miasta.

Kolejny pomruk.

— Kogo? — spytał jeszcze raz namiestnik.

— Naszych rodaków.

— Kogo dokładnie?

— No przecież powiedziałem…

— To kogo zabili?

Radny, który o owych morderstwach doniósł, umilkł, kręcąc się nerwowo. Wyręczył go siedzący po drugiej stronie stołu inny radny, mówiąc:

— Dwóch złodziei recydywistów.

— A tak — powiedział bardziej sam do siebie niż do innych namiestnik. — A w jakich okolicznościach, wiadomo?

— Próbowali okraść żołnierzy kompanii, grożąc im bronią.

— Nie możemy wierzyć w wersję tych morderców! — obruszył się pierwszy radny.

Namiestnik poważnie rozważył podpisanie kolejnego kontraktu z Kompanią bez Imienia. Tym razem na ubicie tego kretyna. Och, jak wiele problemów by to rozwiązało.

— Skąd to wiemy?

— Od świadków.

— Świadków? Czyli kilku osób?

— Jedna z prób miała miejsce przy wejściu na bazar. Zeznawało ponad dziesięciu kupców.

— Kupcom nie można ufać — warknął pierwszy radny.

Namiestnik przewrócił oczami.

— Czy poza tym ktoś ma coś jeszcze do dodania?

Pozostali pokręcili głowami, udając, że naprawdę przemyśleli to pytanie.

— Doskonale, w takim razie przejdźmy dalej. Zgodnie z otrzymanym od pana Niedospanego raportem łączna liczba band w okolicy została zredukowana do dwóch. Niedobitki trzech kolejnych są właśnie ścigane. Czas domknięcia kontraktu zbliża się wielkimi krokami. Nasze miasto nigdy wcześniej nie było tak bezpieczne, a co za tym idzie, tak dobrze prosperujące. Kupcy przybywają chętniej, towary przestały znikać, kasa miasta wypełnia się w coraz szybszym tempie. Aż nie chcę myśleć, jak bardzo uszczupliły się portfele niektórych z was. Spytałbym, z kim te dwie ostatnie grupy są powiązane, ale oczywiście żadne z was i tak mi szczerze nie odpowie. Chciałem tylko przypomnieć, że jeśli znajdę dowód takiej współpracy kiedykolwiek, to karą za coś takiego dla radnych jest śmierć przez publiczne powieszenie na krótkim sznurze. Pamiętajcie, żeby zbytnio nie wierzgać, gdy pętla będzie się powoli zaciskać na waszym gardle. To nie przystoi radnym, prawda?

Odpowiedziała mu kolejna, wyjątkowo wymowna cisza.

Zabawne. Odkąd Kompania ubiła pierwszą grupę, spotkania rady stały się takie… bezdźwięczne. Pomyśleć, że rok temu nie słyszał tu własnych myśli, a teraz? Teraz musiał ich nakłaniać do zabrania głosu. Co za zmiana! Gdyby tylko mógł sobie pozwolić na zatrudnienie tego oddziału na stałe, byłby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. To były pieniądze naprawdę dobrze wydane. Chyba najlepiej w historii całego miasta.

***

82. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Haterpleak, Penkahap.

Zmacerowany dopił kawę, wziął mapę i ruszył. Niedospany patrzył chwilę za nim, mając dziwną pewność, że tym razem to się znajdzie, czymkolwiek owo „to” by nie było. Ptak będzie zadowolony. Miał tylko nadzieję, że wystarczająco, żeby dać im dalej żyć w spokoju.

— Ej, Niedospany — usłyszał głos za sobą.

Chwilę później do stołu przysiadł się Racjonalny. Dowodzący skinął mu głową, żeby po prostu mówił, a sam dopił ostatni łyk kawy.

— Odnośnie tej jednej bandy, której nie możemy namierzyć od kilku dni.

— Tak?

— Gadałem z Kulasem. Chuje się chyba rozpłynęły w powietrzu, bo nie wiem, jak inaczej wyjaśnić, co się z nimi niby stało. Nigdzie ich nie ma. Nigdzie nie ma śladu po nich. Znamy okolicę na pamięć już i nie ma opcji, żeby się przed nami tak łatwo ukryli. Rozumiem, że mogą znać jakąś zasraną pieczarę, której nie odkryliśmy, ale tyle czasu już przeczesujemy teren, że nie ma opcji, żeby z niej choć raz nie wyleźli po zapasy, a jeśli wyleźli, to…

— Zostawiliby ślady.

— No dokładnie. A żadnych nie ma.

— Co sugerujesz?

— Że albo są pierdolonymi wirtuozami zacierania śladów…

— Albo?

— Że siedzą w mieście — powiedział z pełnym przekonaniem Racjonalny.

Niedospany odruchowo skrzywił się. Jeśli tak naprawdę było, to sprawy się mocno komplikowały. W mieście mogli być wszędzie. Na pewno nie siedzieli na dupach w kupie.

— Jeśli są w mieście, to mamy problem. Miasto też już nieźle poznaliśmy. Jeden człowiek może się tu łatwo ukryć. Kilku też, ale nie banda.

— No popatrz. To samo pomyślałem. Znam już wszystkie kurwy w okolicy i ciężko mi uwierzyć, że przy tym, jakim im groszem sypnąłem, to dalej im się usta nie rozwiązały. No oczywiście zawsze zostaje opcja, że mamy do czynienia z bandą rżnących się w dupę pedałów siedzących w piwnicy, ale tak jakoś statystyczna szansa, że aż tylu się ich zebrało w jednym miejscu, jest całkiem mała. Tak mi się przynajmniej wydaje. A jeśli to odrzucimy, to tak sobie miarkuję, że jest jeszcze jedna opcja.

Istniały granice tego, jak można było się skrzywić z niezadowolenia. Fizyczne granice. Takie, których mięśnie twarzy nie są w stanie przekroczyć. Niedospany wiedział o tym i sam nie rozumiał, dlaczego jego własne ciało uznało, że należy chociaż spróbować. Wiedział tylko, że aż zabolał go cały ryj.

— Nie chcę myśleć o tej opcji — powiedział, masując sobie czoło.

— No ja też nie, ale ponieważ to mi kazałeś ich namierzyć, to moim zasranym obowiązkiem jest wskazać ci taką możliwość — warknął Racjonalny niechętnie, po czym zaczął mówić: — Obstawiam, że są w mieście. I to nie byle gdzie. Nie ma ich w dzielnicach biedoty ani w tych częściach normalniejszych.

— Wiem — powiedział zmęczonym głosem Niedospany. — Banda musi siedzieć w domu któregoś z tych rządzących buców. Nie wejdziemy do nich tak łatwo.

— No nie. No bo jak nawet mielibyśmy to zrobić? Dzień dobry, panie namiestniku. Jest sprawa. Wiemy, że już dzięki nam ma pan ostrą kosę ze swoimi radnymi, ale musimy im trochę w tych ich kurwidołkach pogrzebać, więc da pan pozwolenie na chwilę, co? Obiecujemy nic przy okazji nie zajebać. No czuję to. Zesra się ze szczęścia.

Niedospanego nagle nawiedziła całkiem szalona myśl. Pomysł Racjonalnego był tak absurdalny, że czysto teoretycznie mógł zadziałać…

— Nie. Nie myśl o tym na poważnie — powiedział siedzący przed nim żołnierz, widząc zamyśloną minę dowodzącego. — Nie cały świat jest tak pojebany jak my. To nie zaskoczy.

— A masz lepszy pomysł?

— Dołapać i dobić pozostałych, a potem systematycznie czesać teren po cichu, wystawiając czujki przy posiadłościach możnych. Jak dość długo będziemy siedzieć na dupie, to w końcu coś tam znajdziemy. Nikt nie będzie ich trzymał w piwnicy w nieskończoność, prawda? No ja bym tak nie zrobił.

— Nie. Ja też nie. Ale wiesz, co bym zrobił?

— Nie…

— Gdyby dotarło do mnie, że dookoła robi się całkiem gorąco, zatrułbym ich żarcie, a potem kazał powsadzać w beczki i ładnie zamarynować. Jakby sprawa ucichła, zakopałbym ich i po sprawie.

W pomieszczeniu zapadła dziwnie krępująca cisza. Racjonalny przez dłuższy moment obserwował z dziwnym błyskiem niepokoju w oczach Niedospanego, aż ten wreszcie nie wytrzymał i grzecznie spytał:

— Słucham? Masz jakiś problem?

— Często czujesz wewnętrzną potrzebę marynowania ludzi?

Dowodzący westchnął ciężko. I kiedy już człowiek zaczyna wierzyć, że współpracuje z inteligentnymi nawet ludźmi, słyszy coś takiego.

— Nie. Nigdy… — urwał, widząc minę Racjonalnego. Z jawną irytacją pokręcił głową, oznajmiając: — Ciągłe przemieszczanie się z miejsca w miejsce nie służy rozwijaniu moich zainteresowań. Masz mnie. Spuszczam się na myśl o waszych brzydkich, głupich ryjach ukrytych raz na zawsze przed całym światem.

Racjonalny jeszcze przez chwilę po prostu na niego patrzył, po czym zapytał:

— A chociaż marynować umiesz?

— Nie — przyznał szczerze od razu.

— Tak myślałem.

— Co to niby ma znaczyć?

— Nic — zapewnił Racjonalny, dodając: — Dobrze, że dowodzisz. Dzięki temu nie masz czasu na żadne swoje pasje.

Znów zapadła ta krępująca cisza, podczas której toczyli irracjonalną, ale całkiem zaciekłą wojnę spojrzeń. Racjonalny przegrał, nie wytrzymując napięcia.

— Wygrałeś — oznajmił, dodając: — Tak długo w cudze oczy to mogę patrzeć, tylko jak mi kurwa obciąga.

— Romantyk z ciebie.

— No niech dziwki też mają swoje pięć minut. A skoro już przy pracy jesteśmy, to wracam do sprawdzania lasu. Powiem pozostałym, co mają robić, twierdząc, że ty to wymyśliłeś, a ty kombinuj, jak sprawdzić ewentualnie jeszcze te posiadłości, bo musi być na to sposób.

Niedospany skinął głową. Zasadniczo ten jeden gest był prostszy niż prowadzenie jakiejkolwiek dalszej dyskusji. Poza tym jeśli Racjonalny miał rację, musiał istnieć sposób na sprawdzenie, czy tamci są jakimś cudem w mieście.

— Na cipę Utari — powiedział cicho, masując skronie.

Czuł nadchodzący ból głowy. Czemu zawsze coś musiało się spierdolić? A to mogła być taka ładna, prosta robota…

Codzienne problemy

83. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Obszar pomiędzy Oxli a Canhi, Zakroti.

Niewierny spojrzał na swoich ludzi obojętnym wzrokiem. W takiej sytuacji zasadniczo nie ma nic, co można byłoby powiedzieć innym, a czego oni już by nie wiedzieli. Chciałby, żeby było inaczej, no ale tak właśnie wyglądało życie.

— Niewierny! — krzyknął Topór.

Dowodzący spojrzał w niebo, jakby spodziewał się ujrzeć na nim podpowiedź. Oczywiście nic tam nie było poza paroma chmurami. Że też akurat w taki dzień musiała być ładna pogoda.

— Walczymy do samego końca! — ryknął. — Zabieramy tylu kurwich synów z nami, ilu tylko możliwe. Dowódca dokończy robotę!

Bo dokończy. To nie była zwykła wiara, ale pewność. Ptak zaniesie wiadomość, Dowódca ją odbierze, a potem wyruszy osobiście. Zawsze wyruszał osobiście, gdy w grę wchodziło pomszczenie jego własnych ludzi. Rozpęta piekło na ziemi. Kompania będzie palić i grabić na skalę niepojętą zwykłym ludziom, aż nie zostanie nic na drodze, którą przeszli. Wiadomość zawsze musi być jasna.

Raz, dawno temu, gdy jeszcze się wszystkiego uczył, sam szedł pomścić kogoś innego. Szkoda, że teraz nie mógł być znowu w tej drugiej grupie.

— A musimy umierać? — spytał Idiota wyraźnie niezadowolony.

— A wolisz się poddać?! — warknął z niedowierzaniem Niewierny.

— Nie. Wolę wypierdolić ładunek w tamten nawis — odkrzyknął, pokazując palcem skalną formację znajdującą się po ich prawej stronie.

Saperzy, pomyślał Niewierny. Same z nimi problemy. Nawet umrzeć w spokoju nie dadzą.

— No to wypierdalaj!

— No to potrzebuję dobrego łucznika, bo ja chujowo strzelam!

Strzelać też nie umieją. Czy oni cokolwiek potrafią zrobić dobrze? Idiota nawet umrzeć nie potrafi. Tyle razy, ile wyłaził spod gruzów po wybuchu źle zamontowanego ładunku…

— Łucznik!

— Nie ma mowy! Nie zbliżę się do jego jebanego plecaka, bo…

— I tak umrzesz, i tak, więc nie pierdol!

— Ale umrę, walcząc, a nie rozerwany i rozrzucony po całej okolicy!

No to był całkiem dobry argument. Szkoda, że Niewierny nie mógł go na spokojnie przemyśleć. Ptaki zaczynały nad nimi krążyć. Nie padlinożercy, ale ich ptaki. Jeśli jakimś cudem mieli przeżyć, to na pewno nie po to, żeby te małe ścierwa doniosły, że się w kluczowym momencie zawahali.

— Wypierdalaj do Idioty i mnie nie wkurwiaj! To jebany rozkaz!

— W dupę sobie wsadź ten swój pierdolony rozkaz! — ryknął Łucznik, biegnąc do Idioty.

Gdy to się skończy, jeśli którykolwiek z nich przeżyje, to będą musieli poważnie porozmawiać na temat kultury udzielania odpowiedzi, pomyślał Niewierny. I była to ostatnia myśl, jaka zawitała do jego umysłu, nim świat spowiła gęsta ciemność.


Morda patrzył na rumowisko z niedowierzaniem.

— Ktoś mi powie, co teraz robimy? — spytał stojących obok niego żołnierzy.

— A ja kurwa wiem? — odpowiedział mu Mały. — Ty tu służysz najdłużej z nas, więc ty dowodzisz.

Morda spojrzał na pozostałych, a ci szybko pokiwali głowami.

Niech to szlag trafi, pomyślał.

— Mogę się sam zdegradować?

— Możesz co najwyżej zdezerterować, ale uprzedzam, że ubijemy cię od razu — warknął Zły.

Towarzysze broni… Jak zawsze wspierający.

— Dobra, rozgrzebujemy to pierdolone rumowisko i dobijamy, kogo trzeba, a wyciągamy, kogo się da — powiedział, drapiąc się niepewnie po głowie.

— Co niby mamy zrobić? — spytał wyraźnie zirytowany Całun.

— No to, co kazałem.

— Czyli co? Wyciągamy, kogo damy radę sami odkopać, a resztę zabijamy? A co z Idiotą?

Morda przemyślał wydany przez siebie rozkaz i dotarło do niego, że wyraził się zbyt mało precyzyjnie. Postanowił naprawić swój błąd.

— Rozgrzebujemy kamienie i jeśli między nimi trafi się ktoś z naszych, to go w miarę możliwości wyciągamy i ratujemy. No chyba że ewidentnie nie żyje.

— Co znaczy ewidentnie nie żyje? — spytał Głupi.

— No a co to, kurwa jebana mać, może twoim zdaniem oznaczać? — syknął Morda.

— No, że jak wygrzebię na przykład Cofniętego i dziwnym trafem będzie miał mój nóż w oku, to że…

— Nie. Jeszcze nie rozliczyliśmy kontraktu, niedojebany ośle.

— Ale robota jest skończona…

— Całun, pierdolnij mu po łbie — poprosił Morda i z zadowoleniem patrzył, jak jego polecenie zostało natychmiast wykonane.

— Ej! — ryknął Głupi, ale nikt się nim nie przejął.

To całe dowodzenie może jednak nie było takie złe? Na pewno miało już pierwszą zaletę, a pewnie było ich więcej.

— Jeszcze raz, żebyście nie mieli głupich pomysłów! — powiedział donośnym głosem. — Jak znajdziecie któregokolwiek z naszych, który oddycha, to go ratujecie. Jak nie oddycha, to sprawdzacie, czy można mu pomóc zacząć oddychać. Jak nie, no to tak było im pisane i idziecie dalej. Jak odkopiecie wroga, to go od razu dobijacie.

— A jak nie będzie oddychał? — spytał Głupi.

— To nóż w oko dla pewności, bo ci w chuj nie ufam.

— Coś się rusza przed nami — powiedział Całun, wskazując palcem miejsce, w którym kamienie same zaczęły się poruszać.

— Jak nic to Idiota — powiedział Morda.

— Mamy go dobić? — spytał Głupi.

— Chciałbym, ale dalej mamy kontrakt…

Spod kamieni wystrzeliła ręka, potem druga, a potem pojawiła się głowa. Wszyscy, jak jeden mąż, jęknęli, nie kryjąc niezadowolenia.

— Pomożecie mi, pierdolone cioty, czy nie?! — ryknął Idiota, wyraźnie przygłuchy po wybuchu.

— Mamy mu pomóc? — spytał niepewnie Głupi.

— Nie.

— No, ale…

— Jak się sam nie wygrzebie, to znaczy, że los tak chciał.

Całun pokręcił głową.

— Jakby los chciał, to on już byłby trupem.

— No to może los potrzebuje odrobiny wsparcia, bo jest nieśmiały — wyjaśnił uprzejmie Morda.

Pozostali spojrzeli niepewnie najpierw na Mordę, potem na Całuna, a na końcu na Idiotę. Żaden z nich się nie ruszył.

— A on nie stał blisko Niewiernego? — spytał nagle Mżawka.

Wszyscy zaklęli i ruszyli w kierunku znienawidzonego sapera. Morda szedł na czele. Jeśli ten cholerny saper przeżył, to oznaczało tylko, że on jest najstarszy stażem i to on dowodzi, a nie po to przeżyli wybuch, żeby dać się zabić obłąkanemu kretynowi.


Niewierny był w fatalnym stanie, ale oddychał. Większość, która stała niedaleko, nie miała takiego szczęścia.

— Skąd miałem wiedzieć, że pójdzie pęknięcie i pieprznie też w nas? — spytał zirytowany Idiota.

— Jesteś jebanym saperem. Powinieneś wiedzieć takie rzeczy.

— Niewierny jest jebanym dowodzącym, a dał się wciągnąć w pułapkę.

— To co innego — warknął Morda.

— Jak niby? Z czym?

— Z tym, że jego szanuję, a ty mnie wkurwiasz.

Saper cmoknął pod nosem, ale nie powiedział nic więcej. Dyskusja na tym poziomie mijała się z celem. I tak wiedział aż za dobrze, jaki wszyscy mają do niego stosunek, więc nie planował się zbytnio wysilać. Może gdyby nie miał pełnej świadomości, że sobie sam na to wszystko zasłużył… No ale życie jest serią testów i nie każdy da się zdać śpiewająco. Czasem popełnia się błąd i wtedy Niewierny jest wściekły, a Morda do końca życia wypomina, że się przez przypadek zredukowało ilość kolegów w okolicy do jednej czwartej… Na swoje usprawiedliwienie pragnął jednak dodać, że naprawdę był to wypadek. Nie tak, jak rok wcześniej, gdy celowo upuścił nieduży ładunek i to dziwnym trafem akurat wtedy, gdy domknęli kontrakt. No ale wtedy to była kwestia życia i śmierci. Wolał, żeby to pierwsze zostało jego, a to drugie trafiło do kilku bardzo, bardzo wkurwionych na niego ludzi.

— Tak się tylko zastanawiam — zaczął mówić potwornie zmęczony Całun — czy będziemy musieli przekopać dokładnie całe to rumowisko. Bo naprawdę nie mam już siły nawet się wysrać.

— Ja też, ale gdzieś tu powinien być jeszcze Delikatny.

— Szansa na to, że żyje…

— Wiem, ale co innego mamy robić? — warknął Morda.

Sam też był już naprawdę zmęczony. Wszyscy byli. Przez ostatnich kilka godzin nie robili nic innego, jak tylko przerzucali gruz i wygrzebywali kolejne trupy. Oczywiście wiedzieli, że była to cena ich zwycięstwa, ale…

Była ona wysoka. Cholernie wysoka.

— Morda! Chyba go mamy — krzyknął znajdujący się nieopodal Wodopój.

Pozostali, na ile tylko byli w stanie, rzucili się na pomoc i faktycznie chwilę później spod gruzów udało się wydostać Delikatnego.

— Żyje?! — spytał Morda szybko.

Odpowiedziała mu cisza.

— Kurwa — syknął Całun.

Ci, którzy wyciągnęli Delikatnego, ostrożnie ułożyli go na ziemi i niepewnie na niego patrzyli. Nagle pomiędzy nich wpadł Idiota, rozepchnął ich, przyklęknął przy leżącym ciele, a potem go dotknął.

— Jeszcze ciepły — powiedział, pochylając się i przykładając ucho do ust tamtego.

— Ty wiesz, co robisz? — spytał ktoś.

— Nie, ale widziałem, jak on tak robił — odpowiedział Idiota, po czym uderzył pięścią w klatkę piersiową tamtego.

— Nie masz się na czym wyżywać?! — wściekł się Morda, gdy nagle usłyszał cichy jęk. Z niedowierzaniem powiedział: — No kurwa, nie wierzę…

Delikatny uniósł powoli drżącą dłoń do swojej klatki piersiowej, a potem boleśnie zakaszlał.

— Dajcie mu wody — powiedział ktoś. Ktoś inny szybko dodał:

— Odciągnijcie od niego Idiotę, zanim go zabije!

— Ja go uratowałem, wy niewdzięczne sukinsyny! — krzyknął wyraźnie urażony oskarżeniem saper.

— No już bo… — wycharczał Delikatny, patrząc na towarzysza broni z wyrzutem.

— Jak się czujesz? — spytał Morda. — Co mamy robić, żebyś przeżył?

Leżący nie był w stanie przez dłuższą chwilę nic na to odpowiedzieć. Pokazał tylko, żeby ktoś pomógł mu się napić, a potem, żeby go znów położono na ziemi.

Leżał tak, patrząc na ciemniejące nad nim niebo, i zastanawiał się poważnie, czy naprawdę powinien się cieszyć, że go sukinsyny uratowały.


Było już ciemno, gdy Delikatny wreszcie się podniósł.

— Jeśli jeszcze raz pozwolicie temu pajacowi się do mnie zbliżyć, gdy będę nieprzytomny, to stracicie swojego leczącego. Bądźcie tego świadomi — syknął.

— Ej no! Uratowałem cię! Zrobiłem to, co ty zawsze robisz, i dzięki mnie zacząłeś znowu oddychać — oburzył się szczerze Idiota.

— Ja cały czas oddychałem. Mało brakowało, a byś mi, ty koński kutasie, zatrzymał to serce!

Dookoła zapadła cisza, a kilka par oczu skupiło swój nieprzyjemny wzrok na saperze.

— Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że jestem lepszym saperem niż leczącym.

— No kurwa widać — warknął Całun, wskazując na stertę trupów, którzy jeszcze rano byli ich towarzyszami broni.

Idiota przewrócił oczami.

— I tak byliśmy już martwi, więc w czym problem? — spytał, splatając ręce na piersi.

No właśnie w tym, że miał rację, pomyśleli wszyscy, całkowicie zdeterminowani nie dać mu tego nigdy do zrozumienia. Każda grupa musiała mieć swojego chłopca do bicia. U nich był to Idiota.

— Co z Niewiernym? — spytał Delikatny, sięgając po leżący obok bukłak z wodą.

— Nieprzytomny — odpowiedział Morda.

— A jaki jest ogólny stan?

— Nie przegrzebaliśmy całego rumowiska, ale na ten moment z pięćdziesięciu czterech zostało nas dwudziestu ośmiu.

— Pod koniec wyciągnęliście jeszcze kogoś żywego?

— Nie. Same trupy.

Delikatny nie chciał mówić tego, ale ktoś musiał.

— Przerywamy szukanie pozostałych.

— Tak jest — odpowiedzieli.

Westchnął ciężko. Był leczącym, nie dowodzącym. Nie powinien musieć wydawać im rozkazów. Leczący nie dowodzili oddziałami. U nich od tego był Niewierny, nie on. Ale Niewierny uciął sobie długą drzemkę, z której może się w ogóle nie wybudzi, a on był jedynym weteranem w tym momencie. I nawet jeśli by to zignorował, pozostawała jeszcze inna kwestia. Po nim był od razu ten cholerny saper, a jemu na pewno nie pozwoli decydować o swoim życiu, więc…

No cóż. Zacisnął zęby i godnie przyjął swoją nową rolę.

— Pomóżcie mi podejść do Niewiernego. Chcę go zbadać.

Morda i Całun od razu znaleźli się tuż obok i pomogli mu przejść do posłania nieprzytomnego. Delikatny usiadł ciężko na ziemi obok, a potem, nie zwlekając ani chwili, przystąpił do badania. Wnioski, jakie z niego wyciągnął, nie napawały go optymizmem, jednak nie podzielił się nimi z pozostałymi.

— Wyżyje? — spytał Morda cicho.

— Jeśli los tak będzie chciał — odpowiedział spokojnie. — Przynieś mi torbę. Zrobię, co będę w stanie.

Żołnierz posłuchał go i bez słowa wstał. Chwilę później podał mu jego wypchaną po brzegi torbę. Ten sięgnął do jej wnętrza i wyjął niewielkie pastylki. Jedną z nich umieścił pod językiem nieprzytomnego.

— Czekamy — oznajmił, rozglądając się dookoła. — Kto jeszcze do leczenia?

— Mogą poczekać do rana — odpowiedział Morda spokojnie. — Ci, z którymi było źle, już się przekręcili.

Obym i ja doczekał do rana, pomyślał leczący, kiwając głową.

— Więc do rana niech czekają.

— Odpocznij i nabierz więcej sił — poradził Morda. — Jeśli cokolwiek ci się stanie, będziemy bez ciebie w czarnej dupie.

Zaśmiał się cicho pod nosem. Miło było być docenianym, ale szkoda, że musiał najpierw tak ostro oberwać.

***

84. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Obszar pomiędzy Oxli a Canhi, Zakroti.

Ranek przyniósł ze sobą nieprzyjemny chłód i dwie niespodzianki. Niewierny otworzył oczy i, przeklinając wszystko, co żywe, oznajmił dobitnie, że wraca do świata żywych. Delikatny za to usnął na zawsze.

Kompania nie chowała zmarłych, ale tym razem pozwolono sobie na małe odstępstwo od zasady i ułożono ciało leczącego pośród rumowiska, przykrywając je kilkoma sporymi kamieniami.

— Mogłeś jeszcze trochę poczekać, kretynie jeden — pożegnał go Niewierny, salutując.

Pozostali zrobili to samo. Z poważnymi minami pożegnali jedynego leczącego, jakiego w tej chwili posiadali, i zrobili to z pełną świadomością, o ile cięższe stanie się teraz ich życie.

— Wiedział, że jest z nim źle — powiedział Całun, gdy odchodzili od rumowiska. — Nie wziął ani jednej z tych swoich małych drażetek, które nam zawsze wciskał. Domyślał się, że nie dociągnie do poranka.

— Stało się, jak się stało — przerwał mu Niewierny. — Nie pierwszy leczący, którego straciliśmy, i pewnie nie ostatni. Idiota! Do mnie.

Saper podbiegł niechętnie, spodziewając się, że zostanie obwiniony o wszystko, ale dowodzący zaskoczył go, mówiąc:

— Uratowałeś nas. Mogłem cię posłuchać i puścić przodem, żebyś zaminował tę pierdoloną okolicę. Więcej tego błędu nie popełnię.

Idiota przytaknął, nic na to nie odpowiadając. Może później, kiedy ktoś znów mu coś zarzuci, może wtedy im powtórzy te słowa, ale nie teraz. Teraz mieli ważniejsze sprawy na głowie.

— Odbierzmy pieniądze i zabawmy się, Niewierny — poprosił tylko cicho.

Reszta przytaknęła. Mieli swój prywatny zwyczaj, małą tradycję. Nie chowali poległych, ale pili ich zdrowie i bawili się za nich, gdy ci już nie mogli. Teraz też to zrobią. Pójdą do karczmy, zamówią wino i dobre jedzenie, a potem będą pić i śmiać się, opowiadając sobie o tych, których już nie ma, tak długo, aż ciężar na ich sercach stanie się odrobinę bardziej znośny.

— Całun, musimy się zebrać i rozbić gdzieś dalej obóz. Nie mam ochoty wąchać trupów, a nie nadaję się jeszcze na powrót do miasta — powiedział dowodzący.

Całun zamyślił się na chwilę, ale szybko przytaknął.

— Chyba wiem, gdzie będzie dobre miejsce — stwierdził.

— Prowadzisz w takim razie. Kłykieć?

— Tak? — odezwał się od razu młody chłopak, którego zwerbowali kilka miesięcy wcześniej.

— Przejmujesz torbę Delikatnego. Jeśli dasz radę kogoś opatrzyć, to zrób to. Tylko ty wiesz choć trochę, po co były te małe, obrzydliwe gówna.

— Zrobione — zapewnił chłopak ze wzruszeniem, dociskając do piersi niesioną torbę jeszcze bardziej. — Dam z siebie wszystko.

— Daj trochę mniej, żebyśmy i ciebie nie zostawili po drodze — powiedział zmęczonym głosem Niewierny.

Resztę drogi do nowego obozowiska przeszli we względnej ciszy. Planowali pierwotnie ruszać od razu dalej, ale kilku z nich nie było w najlepszym stanie i naprawdę potrzebowali odpoczynku. Szczególnie Niewierny. Widzieli to wszyscy. Nikt nie musiał nic mówić, bo bladość jego skóry i zalewający go zimny pot wystarczały.

— Ptak! — krzyknął nagle Parchaty.

Niewierny zaklął cicho, ale usiadł względnie prosto i gestem dłoni kazał pozostałym się odsunąć. Pierzaste draństwo wylądowało nieopodal, rozejrzało się spokojnie, po czym zakrakało z niezadowoleniem.

— Myślałeś, że już po nas, co? — spytał Niewierny z cieniem złośliwego uśmiechu na ustach.

Ptak pokręcił łebkiem, po czym nagle zerwał się, podskoczył do Kłykcia i zamachał skrzydłami. Przestraszony chłopak odskoczył, ale Całun złapał go za ramię, zmuszając, by ten się zatrzymał.

— Przyklęknij — rozkazał starszy żołnierz.

Chłopak wykonał polecenie, a ptak podszedł do torby i zaczął ją dziobać. Zrozumiał. Otworzył ją. Małe oczka przez chwilę uważnie przyglądały się zawartości, po czym ptak wyciągnął najmniejsze zawiniątko, chwycił je w dziób i zaniósł do Niewiernego. Ten przyjął je, ostrożnie rozsupłał materiał chroniący leczące pastylki, a potem zamarł. Mała łapka ujęła jedną kulkę i odrzuciła ją w jego kierunku. Zrozumiał. Połknął ją bez słowa.

Ptak skinął głową, a potem spojrzał na Kłykcia, jakby oczekiwał czegoś od niego.

— Raz na dobę, prawda? — spytał niepewnie chłopak.

Ptak przytaknął i wreszcie odwrócił się tak, by umożliwić Niewiernemu rozsupłanie rzemieni wiążących jego plecaczek. Dowodzący zrobił to niechętnie. Domyślał się, co będzie w środku, i gdy tylko wyjął dokument i zapoznał się pobieżnie z jego treścią, skrzywił się, klnąc pod nosem.

— Co jest? — spytał Całun szybko.

— Dowódca wie, że spartoliłem robotę. Jest niezadowolony. Mamy odebrać pieniądze i ruszyć w kierunku jego oddziału — powiedział niechętnie tamten.

Wszyscy spojrzeli po sobie bez słowa. Jeśli do tej pory myśleli, że utrata leczącego była problematyczna, to teraz wiedzieli na pewno, że zawsze może być gorzej. O wiele gorzej.

Ptak zakrakał, jakby śmiał się wniebogłosy. Wyraźnie komentarz ten wprawił go w dobry nastrój. Nikt nie śmiał nic na ten temat powiedzieć. Nie każdy wierzył w powiązanie pierzastego drania z Czarnym Magiem, ale większość wolała i tak nie ryzykować. Poza tym właśnie te drobne sytuacje dawały najwięcej do myślenia. Na przykład kwestia wygrzebania leków z torby. Skąd to dziadostwo wiedziało, które zawiniątko wybrać? Skąd wiedziało, że Niewierny go potrzebuje? Za dużo pytań dla prostych żołnierzy. Mogli nie znać na nie odpowiedzi, tak samo jak mogli nie być pewni, czym ta istota do końca jest, ale jedno wiedzieli na pewno: woleli nie mieć w niej wroga.

— Odpoczniemy chwilę, żeby mi ludzie do siebie doszli, i ruszamy — zapewnił Niewierny. — Nowy kontrakt?

Ptak pokręcił energicznie łebkiem.

— Dowódca jest kawał drogi…

Ptak znów zaskrzeczał, jakby się śmiał. Mały skurwiel na pewno ich rozumiał i miał czelność dobrze się bawić ich kosztem, wiedząc, że nic mu nie zrobią. Życie było niesprawiedliwe, pomyślał Niewierny, żałując, że ładunek Idioty go nie zabił.

— Czyli zostajemy na podstawowym żołdzie aż do momentu, gdy dogonimy oddział Dowódcy i…

Ptak pokiwał głową.

— Wspaniale — szepnął dowodzący, podczas gdy wszyscy inni klęli, na czym tylko świat stoi.

Zasalutował pierzastej istocie, a ta, uprzednio skinąwszy mu łebkiem, wzbiła się do lotu.

— Trochę przejebane — powiedział Całun cicho.

— Trochę bardzo — dodał ktoś inny.

Niewierny westchnął ciężko, ale sam nic nie powiedział. Nie pierwszy raz spieprzył sprawę, pewnie nie ostatni. Na swoje usprawiedliwienie mógł jedynie powiedzieć, że nigdy nie popełniał tego samego błędu dwa razy… Ale Dowódcy pewnie to nie będzie obchodziło. No nic. Dogoni go, odmelduje mu się, a potem zobaczy, co będzie dalej.

Jeden krok na raz, pomyślał, czując się nagle potwornie zmęczonym.

Dziennik: trudne wyzwanie

Odebrałem wszystkie komponenty i sprawdziłem każdy z nich z osobna. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Wydane pieniądze były tego warte. Jeden problem został wykreślony z listy, ale szybko zastąpił go inny. Nie mogę zlecić nikomu wykonania pułapki. Muszę zająć się tym osobiście i choć wiem, że posiadam odpowiednią wiedzę i umiejętności, to jednak ten rodzaj mechanizmu należy do najbardziej złożonych. Nie mogę nic poradzić na to, że zaczynam się denerwować. Jedno drgnięcie ręki, jeden najmniejszy błąd i wszystko, nad czym tak długo i ciężko pracowałem, pójdzie na marne. Nie mogę na to pozwolić. Gdyby tylko istniała możliwość przerzucenia tej odpowiedzialności na kogoś innego… Oczywiście mam pełną świadomość faktu, iż nie jestem jedynym człowiekiem na całym globie, który potrafi ten mechanizm złożyć. Są ode mnie lepsi, ale nie w tym rzecz. To moja misja, moja zemsta, a potem moja chwila triumfu. Jeśli sam popełnię błąd, będę mógł winić tylko siebie. Jeśli ktoś inny go popełni… Nie. Zajmę się tym sam. To zbyt kluczowa kwestia, by dopuścić do niej kogokolwiek innego.

W porównaniu z koniecznością złożenia całego mechanizmu reszta spraw wydaje się banalnie prosta. Scena jest gotowa. Mówiono mi zawsze, że ludzi ambitnych u władzy należy się bać, ale to nieprawda. Ludzi ambitnych i mądrych należy się bać. Ludzi ambitnych i głupich łatwo wykorzystać. Wystarczyło znaleźć jednego z nich, najbardziej banalny przykład prostackiego utracjusza, głupca, który wierzy w swoją nietykalność. Nie było to takie trudne. Nie w kraju piasku i złota, gdzie tytuły się dziedziczy, a ilość spożywanego cukru tępi umysł każdego dnia. Ostatecznie wybrałem najmłodszego ze wszystkich wytypowanych przeze mnie głupców. Jego wiek działał na moją korzyść, a może raczej powinienem napisać, że działała na nią jego niezachwiana wiara we własną nieśmiertelność. Zresztą, czy to ważne, co to było? Wystarczyło wspomnieć, że Kompanię da się pokonać, a on już przebierał nogami, wyobrażając sobie siebie, lwa salonowego, który będzie zachwycał wszystkich historiami o swoim wielkim zwycięstwie. Kimże jestem, by niszczyć tak wielkie marzenia? W końcu jeśli mu się poszczęści, to kto wie? Może jednej osobie uda mu się pochwalić? Choć i tego nie jestem pewien. Jeśli natomiast mi się poszczęści, to cały świat dowie się, że rdzeń Kompanii bez Imienia nie jest wcale nieśmiertelny, jak wierzono, i można rzucić im wyzwanie. Tyle wystarczy. Na ten moment przynajmniej.

Ruszamy w drogę

84. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Latarpe, Cytha.

Możny z ekscytacją wyglądał przez okno, wyczekując przybycia żołnierzy Kompanii bez Imienia. Oczy mu lśniły, na ustach błąkał się cień uśmiechu, a policzki lekko się rumieniły. Przypominał podniecone dziecko spodziewające się wymarzonego prezentu, a nie dorosłego oddelegowanego w podróż, na którą nawet nie miał ochoty. Fascynujące, pomyślał asystent, wcale nie czując się zafascynowanym.

O tym, że młody pan — jeśli w ogóle można nazywać tak kogoś po trzydziestce — będzie zobowiązany wyjechać, wiedział od dawna. Dlaczego jednak nikt nie poinformował go, że owa podróż będzie obowiązkowa również dla niego? Nie podobało mu się to. Nie powiedział nic, bo i co by jego skargi zmieniły? Ale był zirytowany i rozżalony. Nie po to piął się po szczeblach kariery z mozołem i wytrwałością, nie po to doszedł do pozycji asystenta młodego pana, aby teraz podróżować z bandą brudasów słynących z okrucieństwa. To miała być ciepła posadka w bezpiecznym środowisku… Co takiego zrobił, że sobie na to wszystko zasłużył?

— Ktoś idzie! — powiedział możny z napięciem w głosie.

Tylko piętnasty raz, odkąd przykleił się do okna, pomyślał asystent, nie zwracając najmniejszej uwagi na potok słów wylewający się z ust możnego. Spojrzał na zegarek. Teoretycznie nikt nie był jeszcze spóźniony, ale jakoś trudno mu było uwierzyć, że ich eskorta przyjdzie na czas. Robiąc wczoraj zakupy, nasłuchał się dość o tym, ile alkoholu w siebie wlali. Jeśli dziś byli w ogóle w stanie się ruszyć…

— Weszli do nas na posesję! To oni! — Możny nerwowo przestąpił z nogi na nogę, dodając: — Jacyś inni niż ostatnio.

Pewnie tamci jeszcze trzeźwieli, pomyślał z niesmakiem asystent.

— Schodzimy?

Miał powiedzieć, że nie. Przecież ktoś przyjdzie tu po nich ze służby, więc po co mieli gnać do tych drzwi? Z drugiej jednak strony możny już łapał za klamkę i powstrzymywanie go na tym etapie i tak nie miało sensu. Westchnął ciężko, ruszając za synem swojego pracodawcy.

Nagle zdał sobie z czegoś sprawę. Chyba się bał. Bał się podróży, bał się ich eskorty, bał się tego, co pewnie spotka ich w trasie. Skąd to wiedział? Bo droga do drzwi wejściowych posiadłości jeszcze nigdy nie wydawała mu się tak długa. Zabawne. Prawie się zaśmiał na myśl o walącym mu w klatce piersiowej sercu. Czy mógł jeszcze zrezygnować z tego wszystkiego?

— Panie, jacyś… — zaczął niepewnie odźwierny.

Przynajmniej uprzedzony wcześniej nie potraktował ich gości źle, a to już coś.

— Tak, wiem. Wpuść — powiedział możny, przyspieszając kroku.

Asystent uczynił to samo. Nie mógł zostać w tyle, ale jego duma nie pozwalała mu też biec.

— Nie ma sensu, żebyśmy wchodzili, jak zaraz i tak wyjdziemy — powiedział jeden z obcych żołnierzy, na co drugi dodał od razu:

— Wiór, oddział Zdrajcy, Kompania bez Imienia. Razem z Matołem mamy was doprowadzić do naszego obozu. Wszyscy już czekają.

— Szalenie mi miło, panowie! Jestem Ailean z rodu Hylan, a to jest Cathalan. Oddajemy się pod waszą opiekę.

— Dobrowolnie? — zdziwił się Matoł. — Ja bym tego nie robił.

Nim zaskoczony możny zdołał cokolwiek odpowiedzieć, uprzedził go Wiór, mówiąc:

— Stul, kurwa, mordę. Nikogo nie obchodzi, co masz do powiedzenia. Ciebie nie chroni kontrakt.

— No w sumie… Ale i tak wolałbym się trzymać od nas z daleka.

— No od ciebie to każdy by wolał — mruknął pod nosem Wiór, głośniej dodając: — Gdzie wasz wóz?

Możny spojrzał niepewnie na asystenta, na co ten odchrząknął i stwierdził:

— Stoi jeden jedyny.

— Czyli ten, tak? — upewnił się Wiór, wskazując na ów jeden jedyny wóz zapakowany do połowy. — Tak mało gratów? Dobrze. Będziecie mieć więcej miejsca dla siebie. To po pierwszym dniu marszu robi się kurewsko ważne.

— Ja będę maszerował z wami — oznajmił dumnie możny.

Wiór spojrzał na niego. Jego towarzysz już otwierał usta, ale ten od razu warknął:

— Jedno słowo i po kontrakcie upierdolę ci język.

Matoł natychmiast zamknął usta, uśmiechając się do możnego szeroko.

— Mogę spytać, co on chciał powiedzieć? Bo teraz zrobiłem się dziwnie niespokojny — poprosił możny niepewnie.

Wiór westchnął ciężko.

— No dobra, mów — warknął, dodając: — Im szybciej się nauczą, że nie warto z większością z nas rozmawiać, tym lepiej dla nich.

— Ja tylko chciałem powiedzieć, że mamy do przejścia kawał drogi i maszerowanie jest zabawne tylko do pierwszych otarć, które, patrząc na te buty, pojawią się jeszcze do południa.

— Mówi z sensem — zauważył asystent.

— I zabija wasz entuzjazm. Jak go pozabija jeszcze trochę, to od razu wsiądziecie na wóz, a ja się założyłem o cały następny żołd, że wczołgacie się na ten wóz dopiero po pierwszej połowie dnia.

— Zakładacie się o takie rzeczy? — spytał możny szczerze zaskoczony.

— O wszystko się zakładamy. Jak nie ma kurew na wyciągnięcie ręki, to trzeba sobie jakoś dawać radę z nudą, co nie?

Asystent zmierzył wzrokiem obu żołnierzy, po czym nagle dotarło do niego, że jeśli to są ci bardziej rozgarnięci, to nie jest pewien, czy chce zobaczyć tych mniej… I oni odpowiadali za ochronę ich życia. Najgorszy żart, jaki kiedykolwiek usłyszał.

— Długo służycie? — spytał, chyba tylko po to, żeby stracić resztki szacunku do nich i tego ich całego dowodzącego.

— No… nie wiem — przyznał Wiór. — Trochę. Tak myślę. Matoł krócej ode mnie. Ze trzy lata? Cztery?

— To niedługo.

— W normalnych okolicznościach, no faktycznie. W Kompanii? No to już prawie jestem weteranem.

Asystent wymienił niepewnie spojrzenie z możnym.

— Macie dużą śmiertelność u siebie? — spytał, zastanawiając się, czy dobrze robi, drążąc temat.

— No jakby nasz leczący odpierdolił się od gotowania, to pewnie byłaby mniejsza — odpowiedział Wiór, na co Matoł dodał:

— Jak macie jakieś jedzenie swoje, to za nic, absolutnie za nic go nie odsprzedawajcie. Serio wam się przyda.

— Czemu wasz leczący gotuje?

— No i to jest kurewsko dobre pytanie — powiedział, wzdychając przy tym ciężko, Wiór. — Podobno dlatego, że lubi, ale jeśli mnie pytasz, to raczej jest zwyczajnym pierdolonym sadystą.

Po tych słowach zapadła chwila ciszy. Wiór i Matoł podeszli do wozu, szybko sprawdzili ciężar poszczególnych kufrów, stan wozu, jakość zwierzęcia. Możny w tym czasie uśmiechnął się nerwowo do asystenta, ale ten udał, że tego nie widzi. Miał już dość na swojej głowie.

— No dobra, wszystko wygląda dobrze. Ruszamy — stwierdził Wiór, podchodząc do osła.

— Osoba, od której nabyłem zwierzę, uprzedziła, że jest ono zdrowe i silne, ale charakterne, więc…

— Wiór ma rękę do zwierząt — zapewnił Matoł. — Nie macie się co martwić. Ubił ich tyle, że chyba to zostawiło jakiś trwały ślad i teraz inne się słuchają, bo wiedzą, co je czeka.

Asystent zmarszczył brwi, nie bardzo wiedząc, co ma na to odpowiedzieć. Wiór jednak nie planował komentować całej sprawy w żaden sposób. Spojrzał osłowi głęboko w oczy, złapał go za grzywę i grzecznie poprosił:

— Rusz dupę.

Osioł wydał z siebie dźwięk do złudzenia przypominający żałosne zawodzenie, ale potem grzecznie ruszył przed siebie. Możny otworzył szeroko oczy, niczym urzeczony magiczną sztuczką chłopiec.

— Widziałeś to?! — szepnął pełnym ekscytacji głosem.

— Owszem.

— Jak?!

— Mam wrażenie, że zostało to przed chwilą wyjaśnione. Może w mało racjonalny sposób, niemniej jednak na lepsze chyba nie mamy co liczyć.

— Ale…?!

— Skupmy się na drodze przed nami.

— Prowadziłeś tego osła do nas prawie trzy razy dłużej, niż po niego szedłeś! A teraz on tak po prostu ruszył!

— Tak, zaprawdę fascynująca sprawa.

Możny spojrzał na swojego asystenta i zobaczył błysk irytacji w jego oczach. Uśmiechnął się pod nosem. Po latach znajomości i kilku momentach nawet owocnej współpracy wiedział jedno: to był błysk irytacji spowodowany poczuciem zazdrości o cudze kompetencje. Widział go może ze trzy razy do tej pory. Nie spodziewał się zobaczyć go ponownie akurat w trakcie wyprawy.

— To będzie ciekawa podróż — powiedział bardziej do siebie niż do niego.

— Oby taka nie była — odpowiedział tamten, szczerze na to licząc.

Możny uśmiechnął się pod nosem, nic więcej na to nie odpowiadając. Nie było potrzeby pogarszać humoru kogoś, kto był dla niego niemal przyjacielem.


Zdrajca spokojnie patrzył, jak jego ludzie zwijają obóz, gdy nagle podszedł do niego Moczara.

— Cokolwiek powiesz, zastanów się dobrze. Mam dobry humor. Nie chcesz tego spierdolić — uprzedził dowodzący od razu.

— Ty matczyny wysrywie jeden, nie przychodzę z tobą gadać dla przyjemności, tylko dlatego, że muszę. Ojciec na twoją mordę nie chciał patrzeć, a ty myślisz, że ja chcę?

— Przedwczoraj wpieprzyłeś mi się do namiotu, mówiąc, że jestem jak twój syn i musimy porozmawiać od serca, bo tylko ze mną możesz sobie tak po prostu porozmawiać. Chcesz to wyjaśnić?

Moczara zmrużył oczy.

— Wymyśliłeś to teraz, prawda?

— Nie.

Leczący rozejrzał się dookoła, po czym złapał przechodzącego obok Konara, pytając:

— Co robiłem przedwczoraj?

— A czy ja ci wyglądam na kogoś, kogo to obchodzi? — warknął Konar, idąc dalej.

— To ważne — syknął Moczara, łapiąc go swoją żylastą ręką boleśnie za ramię. — Skup się, bo inaczej twój fiut sam odpadnie po kolejnej wizycie w burdelu.

Konar spojrzał na wysuszonego, starego człowieka, potem na Zdrajcę, a potem spytał:

— Chodzi o to, jak wlazłeś Zdrajcy do namiotu?

— Po co?

— A myślisz, że sprawdzałem? — warknął Konar, wyrywając się z uścisku leczącego i ruszając dalej. — Może mu chciałeś na chuja wskoczyć, mnie nie pytaj.

Kilku się zaśmiało. Mało rozważnie, zdaniem Moczary, który w myślach odnotował ich imiona. Czas zemsty nadejdzie niebawem, ale teraz miał ważniejszą sprawę na głowie. Spojrzał znowu na Zdrajcę, językiem grzebiąc w pustym miejscu po zębie.

— Mówiłem ci, żebyś tego przy mnie nie robił. Obrzydza mnie widok tego oślizgłego robala, którego masz w ustach.

— To język.

— Ty tak twierdzisz.

Moczara przewrócił oczami, po czym przypomniał sobie, po co przyszedł.

— Torbę u kurwy zostawiłem — powiedział, nawet nie próbując ubrać sprawy w delikatniejsze słowa.

Zdrajca przez chwilę po prostu stał i patrzył na niego, jakby nie pojmował znaczenia usłyszanych słów. Wreszcie jego umysł zaskoczył i dowodzący z głośnym plaśnięciem uderzył się w czoło. Kilku stojących najbliżej żołnierzy spojrzało na niego z niepokojem.

— Nie przesłyszałem się, prawda?

— No nie…

Moczara nie dokończył. Urwał swoją błyskotliwą ripostę, gdy tylko zorientował się, że wisi w powietrzu, trzymany za fraki przez całkiem wściekłego Zdrajcę.

— To po nią pójdziesz. Teraz. Znajdziesz ją, sprawdzisz, czy wszystko w niej jest, a potem biegiem przywleczesz do nas swoją chudą dupę. I miej świadomość, że nie będziemy na ciebie czekać ani minuty. Możny do nas dotrze, a my ruszymy w drogę, więc dobrze ci radzę się spieszyć, bo jeśli przed zmrokiem nas nie dogonisz, to poinformuję Dowódcę o twojej dezercji.

— Ale…

— Nie marnuj czasu. Dobrze ci radzę — powiedział lodowatym tonem Zdrajca, odstawiając Moczarę na miejsce.

— Mogę kogoś ze sobą…

— Nie.

Moczara spojrzał na Zdrajcę z najszczerszym wyrzutem, ale potem grzecznie rzucił się biegiem do miasta.

— A temu co? — spytał Konar, idący tym razem w przeciwnym kierunku niż ostatnio.

— Torbę zostawił u kurwy. Kazałem mu po nią zapierdalać i uprzedziłem, że jak do nocy nie wróci, to zgłaszam dezercję.

— O — wyrwało się z ust szczerze zaskoczonego Konara. — Mówisz poważnie?

— Jak najpoważniej — odpowiedział dowodzący.

Żołnierz pokiwał głową, po czym uniósł lekko prawą rękę, w której miał akurat coś, co dziwnym przypadkiem wyglądało zupełnie jak charakterystyczna torba leczącego.

— No to trzymam cię za słowo.

— Skąd to masz? — spytał Zdrajca, unosząc wysoko brwi.

Konar wzruszył ramionami.

— Kazałeś go pilnować, to posłałem za nim chłopaków. Jak mi donieśli, że jest sztywny jak bela, ale jeszcze nie padł, to sam poszedłem i osobiście go pilnowałem. Polazł na kurwy, więc wiedziałem, że albo teraz coś odjebie, albo zrobi swoje i padnie. Padł, ale wcześniej wylazł z pokoju w gospodzie, pierdoląc coś o spaniu pod gołym niebem, jak matka natura przykazała. Coś mi w nim nie pasowało, więc podumałem chwilę i zorientowałem się, co dokładnie. Zaszedłem do uprzejmej pani kurwy, popatrzyłem, po czym jeszcze uprzejmiej wyjaśniłem jej, że jak natychmiast nie odłoży wszystkiego do tej jebanej torby i nie zamknie jej, to osobiście zaszyję jej pizdę, a szwaczka ze mnie marna. Posłuchała i nawet mi tę torbę podała — wyjaśnił radośnie, po czym dodał: — Tylko pamiętaj. Po zmroku zmieniamy mu status na dezertera.

Zdrajca wysłuchał całej historii w skupieniu, po czym przytaknął, powtarzając:

— Po zmroku status dezertera.

Uśmiechnęli się szeroko i podali energicznie dłonie. Umowa została przypieczętowana.


Możny zobaczył obóz, lub raczej to, co z niego nie zostało jeszcze złożone, i poczuł nową falę ekscytacji. Spojrzał szybko na swojego asystenta, ale ten usilnie udawał, że tego nie zauważył.

— Znam ten trik. Pracuję z tobą dość długo, żeby wiedzieć, kiedy mnie ignorujesz.

Asystent westchnął ciężko, po czym odpowiedział:

— Jeśli tak naprawdę jest, to dlaczego pan upiera się przy dalszym zawracaniu mi głowy, a nie po prostu zrezygnuje z prób angażowania mnie w swoje sprawy?

Możny dał się zaskoczyć. Nie spodziewał się tego rodzaju odpowiedzi, no ale z drugiej strony nie był też dzieckiem, które miałoby się obrazić za szczere słowa. No, przynajmniej nie z tych ust. Współpracował z tym człowiekiem od lat i czy się to temu drugiemu podobało, czy nie, stał się w życiu możnego ważną figurą. To miało swoją cenę.

— Bo jesteś moim asystentem i niejako jest to w twoich obowiązkach. Poza tym to ty mi praktycznie organizujesz całe życie, więc z kim mam rozmawiać?

— Po powrocie postaram się zorganizować panu też towarzyszkę życia — zapewnił asystent.

— Mam wrażenie, że mój ojciec już o to zadbał, więc nie marnuj czasu — burknął możny w odpowiedzi.

Idący obok mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. I cyk, rozmowa dobiegła końca. Z jednym tamten miał rację. Pracowali już ze sobą tak długo, że znali się całkiem dobrze. Może i możny wiedział, kiedy jest ignorowany, ale asystent wiedział, jak szybko zakończyć rozmowę, co zresztą niniejszym uczynił, zyskując tym samym chwilę spokoju, którą mógł poświęcić na dalsze użalanie się nad sobą. Bo jego naprawdę nie powinno być na tej całej eskapadzie…

Donośne gwizdnięcie omal ich obu nie ogłuszyło. Zirytowani spojrzeli na źródło przenikliwego dźwięku.

— Co? — spytał Wiór obojętnie.

Asystent nic nie odpowiedział, uznając, że lepiej będzie pilnować swoich spraw, zanim ktoś go o to niekoniecznie grzecznie poprosi. Inaczej było jednak z możnym, który nawet nie planował się niczym specjalnie przejmować. No cóż, o tyle był w życiu szczęśliwszy i o tyle, zdaniem swojego towarzysza, bliżej śmierci.

— Czemu gwizdnąłeś? — spytał od razu.

— Dawałem sygnał.

— Sygnał?

— Że jesteśmy blisko.

— Dlaczego? Wychodzimy z miasta. Widzą nas doskonale.

— I tak, i nie.

— Nie rozumiem…

Wiór westchnął ciężko.

— Spytaj Zdrajcę. On ci to lepiej wyjaśni.

Przez chwilę był pewien, że jego mały wybieg nie zadziała i znów zostanie zasypany serią pytań, ale nie. Możny tylko pokiwał głową i skupił wzrok na miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu był ostatni namiot.


Zdrajca usłyszał sygnał. Nie żeby go potrzebował, ale pewne nawyki były dobre, zdrowe, ratowały życie i nie było sensu robić nic, co mogłoby sprawić, że w jakimś momencie by zanikły. Zadowolony, że inni szanują jego rozkazy w tej kwestii, wrócił do przerwanego zadania, jakim było obserwowanie pracy innych podczas jednoczesnego delektowania się własnym czasem wolnym. Niestety nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Wóz dojechał, możny dotarł, obozu nie było. Czas brać się do roboty.

— Witamy w naszym skromnym gronie — powiedział, rozkładając ręce.

— Witamy — odpowiedział możny z szerokim uśmiechem, po czym od razu spytał: — Dlaczego potrzebny jest sygnał, skoro widać wyraźnie, kto idzie?

Zdrajca był gotowy na tego typu zachowanie. Właściwie się go całkowicie spodziewał, więc od razu i z pełną powagą odpowiedział:

— Sygnał informuje nas, kto idzie i czy idą razem z nim kłopoty.

— Jakie kłopoty? Nie rozumiem.

— I niech tak zostanie. Sygnał nie jest jeden, a zdradzanie, co znaczy i na jakiej zasadzie działa, stanowi potencjalne zagrożenie dla mojego oddziału, więc jak długo się nie zaciągniesz… Przykro mi.

Oczy możnego zalśniły.

— Czyli macie taki swój wewnętrzny język i to nie tylko sygnał, że swoi idą?

— No, w dużym skrócie.

— Słyszałeś to? — spytał podekscytowany asystenta. — To fantastyczne rozwiązanie!

O dziwo asystent też tak uznał, ale okazał to w mniej wylewny sposób. Zdrajca puścił mu oczko, bo znał to spojrzenie. Facet miał ich za patałachów, którzy nie znają się do końca na swojej robocie. Nie miał mu tego za złe. Wielu tak ich odbierało. Całe lata uczył swoich ludzi, jak mają się zachowywać, żeby właśnie tak było. Nie ma nic lepszego niż niedoceniający przeciwnika wróg. Po co miał sobie utrudniać życie, jeśli mógł być postrzegany jako idiota prowadzący bandę kretynów i być bagatelizowanym przez wszystkich? Sianie postrachu było zawsze fajne tylko do momentu, gdy okazywało się, że cel jest okopany, uzbrojony po zęby, a do tego przygotowany nawet na niemożliwe.

— No dobra, jakieś jeszcze pytania? Bo jak nie, to możemy ruszać.

— Nie!

Ten entuzjazm był powalający. Zdrajca już miał go dość.

— Wiór, wóz i zwierzę sprawdzone, tak?

— Kufry wagowo też. Nie grzebałem w środku.

— Świetnie — odpowiedział dowodzący.

Zagwizdał kilka razy. Ludzie bez słowa ruszyli. Spojrzał na możnego i uśmiechnął się szeroko. Jeśli wcześniejsza informacja zrobiła wrażenie, to ten mały pokaz absolutnie go zachwycił.

— Gdzie powinniśmy iść? — spytał szybko.

— Możecie koło mnie — odpowiedział Zdrajca.

— A pan… — Możny zawahał się, po czym, pamiętając pierwsze spotkanie z żołnierzem, szybko się poprawił: — A ty nie idziesz na przedzie?

Odruchowo rozejrzał się dookoła, jakby spodziewał się, że ktoś zaraz będzie oburzony jego bezczelnym zwracaniem się w tak poufały sposób do ich dowodzącego. Nikt nie był. Nikt nie zwracał właściwie na niego najmniejszej uwagi. Było mu z tym dziwnie przyjemnie.

— Na przedzie? — spytał zdziwiony Zdrajca.

— No tak.

— A czemu miałbym tam iść?

— No… bo prowadzisz?

Kilku dookoła się roześmiało. Nie było to najmilsze, ale możny nie skomentował tego w żaden sposób i okazało się to całkiem dobrym rozwiązaniem, bowiem chwilę później przekonał się, jak mylnie zinterpretował tę reakcję.

— On prowadzi? Jakby on prowadził, to byśmy skończyli tam, gdzie psy dupami szczekają — rzucił ktoś od niechcenia.

Reszta się roześmiała, przytakując.

Zdrajca cmoknął niezadowolony, informując ich uprzejmie:

— Przynajmniej umiem mapy czytać.

— Przynajmniej nie wiesz, z której strony słońce wstaje.

Dowodzący spojrzał na możnego, westchnął ciężko, po czym machnął ręką, nie planując dalej tego tematu ciągnąć. Nie musiał, bo zrobił to za niego Słowik, mówiąc:

— Zdrajca skrobie palcem po mapie i wylicza, ile tych skrobnięć się tam zmieści i ile będziemy potrzebowali czasu na przejście, ale fizycznie nie prowadzi. — Widząc absolutny brak zrozumienia na twarzy możnego, dodał: — Wskazuje kierunek, mówi, gdzie idziemy docelowo, jak jest kto z okolicy, to mówi, jak tam szybko dojść. Jak nie, to maszerujemy, modląc się, żeby mapy były aktualne. Przodem idą zwiadowcy.

— Teraz też?

— Zawsze.

Możny pokiwał głową.

— Fascynujące.

— Tak samo robią nasze siły — wtrącił asystent, już mając dość tej wyprawy.

— Tak, ale nasze siły… W sumie to, co chciałem powiedzieć, nie ma najmniejszego sensu. Masz rację.

Asystent pokiwał głową. Jedynym pozytywem całej sytuacji było przekonanie się, że przynajmniej ta banda zachowuje choć pozory profesjonalizmu. Westchnął cicho. Prawda była taka, że sam nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć. Widział na własne oczy to, co widział, i ani trochę mu się to nie podobało, ale z drugiej strony legendy nie biorą się z niczego. Pamiętał aż za dobrze pierwsze spotkanie ze Zdrajcą. Nie wyglądał na człowieka głupiego, a to oznaczało, że większość z nich pewnie głupia też nie była, tylko… No właśnie. Miał nadzieję, że nie przekona się, co wszyscy ukrywali pod maską braku kompetencji.


Szli cały dzień. Droga była dobra, a tempo umiarkowanie spokojne, ale nawet mimo tego wszystkiego w południe możny poczuł, o czym mówili rano wysłani po niego żołnierze. Jego nogi zaczynały boleć. Nie mięśnie, och nie. Bolała go otarta pewnie już do krwi skóra. Każdy krok był coraz trudniejszy do postawienia i z każdą kolejną minutą coraz gorzej szło udawanie mu, że jest inaczej.

— Właź na wóz — powiedział Zdrajca w pewnym momencie.

— Ale…

— Odciski i otarcia cię nie zabiją. Zabije cię, jeśli już tam nie masz skóry i wda się zakażenie. Jesteśmy dobrzy w tym, co robimy, ale nie jesteśmy cudotwórcami. Nie damy rady za ciebie walczyć z czymś takim.

— Ale…

— To rozkaz — warknął Zdrajca.

Możny uradowany zasalutował koślawo, po czym od razu zaczął wdrapywać się na wóz. Niedługo później dołączył do niego asystent. Bez rozkazu. Reszta drogi minęła spokojnie. Trochę porozmawiali, choć nie za dużo, trochę udało się podsłuchać rozmowy prowadzone dookoła, a nawet chwilę zdrzemnąć, co okazało się fatalną decyzją, bo po wspomnianej drzemce bolały ich już nie tylko stopy. Niemniej jednak pierwszy dzień minął absolutnie spokojnie. Rozbili obóz, ktoś rozłożył dla nich namiot. Zwykła krzątanina, którą możny obserwował z ciekawością, a asystent z niepokojem. Ten drugi zwrócił uwagę na coś, co umknęło jego towarzyszowi: nikt na siebie nie wpadał. Ci ludzie robili wszystko niechlujnie i jakby nie mieli pojęcia, po co mieliby się wysilać, ale… Ale nie był głupcem. Każdy znał tu swoje miejsce i każdy dokładnie wiedział, co ma robić. Kilka chwil i ogień płonął, a nad nim ustawiono gar. Ktoś do niego podszedł, a reszta zaczęła wiwatować. Ogólna radość z całkowicie nieznanego asystentowi powodu wypełniła cały obóz. Nie trwała ona jednak zbyt długo, bowiem do grupy dołączył ktoś, kogo wcześniej z nimi nie było. Stary, pomarszczony człowiek przypominający bardziej łyse zwierzę niż istotę ludzką wpadł między żołnierzy i zaczął przeraźliwie wrzeszczeć w języku, jakiego asystent nawet nigdy wcześniej nie słyszał na własne uszy.

— Niech ktoś mu przypierdoli, żeby się uspokoił — powiedział donośnie Zdrajca.

Chętnych w momencie znalazło się kilku, ale tamten nie tylko sprytnie i szybko uniknął jakichkolwiek ciosów, ale potem błyskawicznie sam przeszedł do natarcia, okładając ich kijem, na którym wcześniej się opierał. Wybuchł ogólny chaos, który jednak został natychmiast uciszony, gdy Konar podszedł i szybkim ruchem wyrwał tamtemu broń.

— Ty! — zawył rozbrojony.

— Co ja! — warknął Konar.

— On! — ryknął Moczara, pokazując palcem tamtego. — On zabrał mi torbę!

W obozie zapanowała cisza. Żadna złowroga, po prostu wszyscy chcieli zobaczyć wielki finał tego starcia. Ktoś szepnął coś, co zasadniczo jasno świadczyło o wcześniej dokonanych zakładach.

— Nie zabrałem ci torby, tylko ją odebrałem!

— Odebrałeś mi torbę!

— Nie tobie, tylko kurwie, którą jebałeś!

Moczara umilkł na chwilę, drapiąc się po brodzie. Musiał widocznie coś przemyśleć, bo gdy tylko opuścił rękę, od razu wrócił do poprzedniego tonu.

— Ukradłeś mi kurwę i torbę!

— Zdrajca, zaraz go zabiję i nawet nie będziesz mógł mieć do mnie pretensji.

— Ale i tak je będę miał — odpowiedział Zdrajca, ale potem zwrócił się do Moczary, mówiąc: — Jeśli schlałeś się na pałę i nic nie pamiętasz, to chociaż nie rzucaj tak bezsensownych oskarżeń.

— Nie są bezsensowne! Przez niego musiałem wrócić do miasta, obejść wszystkie burdele, wypytać wszystkich o torbę, żeby w pewnym momencie usłyszeć, że ktoś już ją zabrał. Dobrze, że poznałem po opisie! A potem jeszcze biegiem, żeby przed nocą wrócić do was!

— Też nad tym ubolewamy — powiedział dziwnie szczerze Zdrajca.

Moczara na chwilę aż zaniemówił. Niepewnie rozejrzał się dookoła, jakby nagle zwątpił, gdzie jest i z kim rozmawia.

— O co ci chodzi? — spytał podejrzliwie.

— O to, co powiedziałem.

— Że jest ci przykro przez to, co musiałem przez ciebie przejść?

— Nie — stwierdził Zdrajca, kręcąc przy tym głową. — Że zdążyłeś wrócić. Przed zmierzchem. Naprawdę liczyliśmy, że ogłosimy cię dezerterem i zarżniemy jak prosiaka. Wreszcie moglibyśmy jeść normalne żarcie.

Moczara uspokoił się, wyprostował, a potem spojrzał martwym wzrokiem na Zdrajcę i spytał tylko:

— Wy wiecie, że jestem waszym leczącym?

— Tak.

— Wolałem się upewnić — warknął, kręcąc głową.

— Nie musiałeś. Moczara, tylko dlatego żyjesz. Nikt, kto mi wyciął takie numery, nie służy dalej z nami. Twój dzisiejszy wyskok to nawet byłby zabawny przy innych. Zabijałem niektórych za połowę mniej.

Leczący pomyślał chwilę, przypomniał sobie najgorsze rzeczy, jakie udawało mu się robić, ile razy w ciągu tylko ostatniego roku doprowadził dowodzącego do dzikiej furii… No może było w tym trochę prawdy.

— Następnym razem powiedzcie, że macie moją torbę — oznajmił już całkiem spokojny.

— Następnym razem trzymaj ją przy dupie — warknął Zdrajca.

— I właśnie dlatego źle sypiasz po nocach. Byś umiał odpuszczać, jak ja, to byś spał jak niemowlę.

Dowodzący potarł twarz dłońmi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 91.39