E-book
15.75
drukowana A5
68.85
Kompania bez Imienia

Bezpłatny fragment - Kompania bez Imienia

tom 1


Objętość:
445 str.
ISBN:
978-83-8440-915-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 68.85

Opowiedz nam historię

18. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Krwawe Łąki, Laref

Dzieci krzyczały, radośnie zbierając się wokół ogniska. Dorośli uśmiechali się pobłażliwie, przyglądając się im od czasu do czasu.

— Opowiedz nam historię! — zawołała kilkuletnia dziewczynka, ciągnąc za rękaw przepoconej koszuli zmęczonego staruszka.

— Jestem dziś zmęczony — odpowiedział, lecz dziecko nie dawało za wygraną.

— No to tylko jedną!

— Ale…

— Jedną!

Do dziewczynki natychmiast dołączyły pozostałe dzieci. Jedne próbowały robić groźne miny, inne patrzyły zapłakanymi oczami. Staruszek nie ustępował. Naprawdę był tego dnia zmęczony. Lato przyszło ciężkie, upalne jak na tę część świata. Owszem, przeżył już bardziej dokuczliwe słońce i stąpał po bardziej spalonej ziemi, ale wtedy był młodszy — nie musiał dbać o plony, martwić się o zwierzęta ani o dobro rodziny.

— Pjosze — poprosił cicho trzyletni chłopiec o pucołowatej buzi i ogromnych oczach zielonych jak soczysta trawa porastająca polany Sur Amar.

Staruszek westchnął. Do tego dzieciaka miał słabość. Ta zieleń i dziecięca czystość przypominały mu najlepsze lata życia. Dziś jednak przywodziły też na myśl, jak bardzo się postarzał.

— Nie dziś… jutro albo…

— Tylko jedną? — zapytał z nadzieją młody chłopak, podając staruszkowi miskę rozwodnionej zupy. — Proszę, dziadku.

To był cios poniżej pasa. Jak miał odmówić ukochanemu wnukowi? Staruszek posłał gniewne spojrzenie siedzącemu nieopodal synowi i pogroził mu palcem. Tamten wzruszył ramionami i roześmiał się wesoło.

— Wnukowi odmówisz? — zapytał, unosząc brwi.

— Tehor klak nur — zaklął cicho starzec, wiedząc, że nikt z obecnych nie włada językiem kibar.

Syn roześmiał się jeszcze donośniej, lecz nic nie odpowiedział. Staruszek niechętnie przeniósł spojrzenie na wnuka. Chłopak był już w wieku, w którym powinien powoli rozglądać się za żoną, a nie słuchać bajęd przy ognisku.

— Nie jesteś na to wszystko za stary? — zapytał szorstko.

— A czy mój ojciec jest? Albo Krzywy Pat? Oni też cię uważnie słuchają. Wszyscy cię słuchają. Mama i siostra też. Nawet Stara Lenka.

— Nie jestem taka stara, ty wiejski ciulu! — wrzasnęła wymieniona kobieta, groźnie wymachując laską.

— Też jesteś ze wsi, Lenka, więc nie obrażaj mi chłopaka — odparł staruszek, kręcąc głową i przewracając oczami.

Stara Lenka prychnęła i wróciła do zaplatania warkocza swojej praprawnuczce.

— To opowiesz? — zapytał ponownie chłopak.

Starzec westchnął ciężko, lecz w końcu skinął głową. Dzieci zapiszczały z zachwytem i szybko usiadły jak najbliżej. Dorośli również przyciszyli rozmowy albo całkiem je przerwali, choć każdy znał te opowieści na pamięć. Nie chodziło jednak o to, co było mówione, lecz jak. Słowa pozwalały im na chwilę zapomnieć, kim są i gdzie się znajdują, zobaczyć oczami wyobraźni krainy, do których nigdy nie dotrą, stać się tym, kim nigdy nie będą. Przez moment mogli wszystko. Tylko to się liczyło.

— Nie dacie starcowi odpocząć — warknął, po czym odchrząknął, splunął w bok i westchnął ciężko. Wreszcie zaczął opowiadać. — Byłem wtedy młody i głupi, ale gdybym taki nie był, nigdy bym się nie zaciągnął…

Nazywali nas Kompanią bez Imienia

157. dzień lata, 9080 r. miary unickiej. Okolice Yatha, Gidha.

Nazywali ich Kompanią bez Imienia, bo nigdy nie mieli oficjalnej nazwy. Nie potrzebowali jej, tak jak ich Dowódca nie potrzebował żadnych tytułów. Gdy gdzieś docierali, wszyscy i tak wiedzieli, kim są. Gdy się zatrzymywali, mało było głupców gotowych zakłócić ich spokój albo odmówić spełnienia grzecznej prośby.

Gdy pierwszy raz o nich usłyszał, uznał to za plotki. Gdy usłyszał o nich drugi raz, nie mógł uwierzyć w ich rzekome dokonania. Gdy trzeci raz dotarło do niego, co podobno zrobili, zrozumiał, że chce do nich dołączyć. Nie. Właściwie nie chce. On musi do nich dołączyć i przekonać się na własnej skórze, czy choć część z tych legend jest prawdą.

Był zwyczajnym chłopakiem ze wsi. Niezbyt bystrym, niezbyt przystojnym, niezbyt wygadanym. Przeciętnym pod każdym względem i całkiem pewnym, że nic się w tym nie zmieni. Miał wspaniałą matkę i ojca pijaka, który regularnie go bił. Nie tylko jego zresztą bił. Bił ich wszystkich. Matkę, jego i siódemkę rodzeństwa. Był sukinsynem, a nikt we wsi nie odważył się zrobić z nim porządku. Wszyscy się go bali.

I właściwie od niego wszystko się zaczęło.

Agresywny, pijany i gotowy do wszczęcia kolejnej burdy, wytoczył się z domu, uprzednio uderzywszy płaczącą matkę i niemal wybijając kolejny ząb najmłodszej córce. Stanął na ulicy i zastąpił drogę obcej kobiecie w dziwnej zbroi. Spojrzała na niego obojętnie. Nie spodobało mu się to, ale jego zdanie nie miało znaczenia. Chwilę później leżał martwy w kałuży własnej krwi. Kobieta była szybka i brutalna. Wycierając ostrze noża o koszulę dogorywającego drania, oznajmiła obojętnie, że werbuje do Kompanii. Nic więcej. Żadnych wyjaśnień. Zero.

A jednak wszyscy wiedzieli. Wszyscy, także on.

Jeszcze tego samego dnia, mimo błagań matki, zaciągnął się, uciekając od swojej przeciętności. Tego dnia wyrzekł się również swojego imienia, którego teraz już nawet nie pamiętał. W Kompanii dostał nowe. Lepsze. Mniej… przeciętne. To zapamiętał. I to zostanie z nim do samego końca.

Gdy nadejdzie jego czas, na płycie nagrobnej wyryją je wielkimi literami:


„Kasel niech płaszczem swym otoczy Nudziarza”.


Ale nie o to teraz chodzi. Czas przejść do rzeczy.


Kompania dzieliła się na drużyny, a każda z nich podróżowała oddzielnie. Był to dziwny system, ale w jakiś pokrętny sposób działał wystarczająco dobrze, by utrzymywać go od lat. Największą renomą cieszyła się oczywiście drużyna samego Dowódcy. Dowódcy, którego imię brzmiało… Dowódca.

Nudziarz miał jednocześnie zaszczyt i pecha trafić właśnie do tej elitarnej bandy morderców. Szkoliła go sama Skórka — morderczyni jego ojca, prawa ręka Dowódcy i najcichsza kobieta, jaką kiedykolwiek spotkał. Stanowiła miłe przeciwieństwo podróżującego z nimi Czarnego Maga.

— O czym tak myślisz, Nudziarz? — zapytał Kołek, ich drużynowy kucharz.

— Zamyśliłem się… — zaczął odpowiadać, gdy oberwał drewnianą łychą w głowę.

— To, kurwa, widzę, ale nie widzę obranych pierek.

— Ziemniaków — poprawił go odruchowo Nudziarz i natychmiast dostał kolejne uderzenie.

— Moja matula mówiła na to pierki, moja babula mówiła na to pierki i ja też, ty pieprzony matkojebco, będę mówił na to pierki. A teraz, ty cholerny owcojebco, ruszaj się i obieraj to gówno, bo nic dziś na kolację nie będzie, jak nie dostanę pełnego gara tych… Dzień dobry, panie Dowódco!

Nudziarz nie musiał się nawet rozglądać. Usłyszał zmianę tonu i zrozumiał wszystko. Rzucił nóż i ziemniaka, zerwał się na równe nogi i zasalutował. Dowódca spojrzał na nich obojętnie, skinął głową i chwilę później zniknął w swoim namiocie.

— Ten to wie, jak zabić rozmowę — mruknął kucharz, drapiąc się nerwowo po głowie. Nagle krzyknął: — Obrałeś mi te pierki, ty cholerny siostrojebco?!

— Nie spałem z nikim z mojej rodziny i nie…

Urwał, bo znowu oberwał łychą. Dziś nie był dzień na kłócenie się z kucharzem. W zasadzie nigdy nim nie był, dziś szczególnie.

— Co wy tak mordy prujecie od rana? — dobiegł ich zaspany głos.

Obaj zbledli i spojrzeli po sobie niepewnie, nie wiedząc, czy lepiej się odwrócić, czy od razu brać nogi za pas.

— Zadałam wam pytanie, wy niedojebani koneserzy własnych rodzin.

Jak na komendę obrócili się na pięcie i zasalutowali. Przed nimi stała niska postać owinięta wieloma warstwami czarnych szmat. Głęboki kaptur niemal całkowicie skrywał twarz, tak jak strój ukrywał resztę ciała. Sławna na cały świat Czarny Mag we własnej osobie; niech wszyscy bogowie wszystkich religii mają w opiece tego, kto odważy się użyć żeńskiej formy jej tytułu.

— Melduję posłusznie, że jest już popołudnie — odpowiedział kucharz.

Słodkawy, duszący zapach otaczający Maga był słaby, lecz wyraźny. Oznaczał jedno: jej umysł nie był stabilny. W takie dni nic nie było pewne, a nikt bezpieczny. Każde słowo, każdy oddech stawały się chorą loterią.

Czekali. Długo. Albo tylko im się tak dłużyło.

W końcu Czarny Mag wzruszyła ramionami i ruszyła dalej. Dopiero gdy zniknęła w namiocie Dowódcy, obaj odetchnęli.

— Zawsze wiedziałem, że nie zginę od noża ani miecza — mruknął Kołek. — Ja się kiedyś po prostu przekręcę ze strachu. Znajdziecie mnie zasranego przy garach, trzymającego się za serce.

— Raczej zasranego na śmierć po twoim kolejnym kuchennym eksperymencie — odparł Nudziarz, uchylając się przed kolejną łychą.

To był ostatni raz, gdy z nim rozmawiał. Nie zabił go strach. Zabiła go spadająca z nieba krowa, a właściwie jej nadpalona, tylna część. Konał jeszcze trzy godziny, nim Skórka skróciła jego cierpienie. Ale nie ma co wyprzedzać faktów.


Rano, tuż po ćwiczeniach, wszyscy mieli zebrać się przed namiotem Dowódcy. Minął tydzień od ostatniej roboty. Wystarczająco długo, by zaczęło im się nudzić, lecz nie dość długo, by zatęsknili za brudzeniem rąk. Powietrze nie było więc przesycone chorą ekscytacją. Nie słychać było szeptanych zakładów ani zgadywanek.

Minuty mijały. Dowódca zwykle nie kazał im czekać tak długo. Zanim jednak niepokój zdążył narosnąć, poły namiotu się rozsunęły.

— Dzień dobry, moje panienki! — zawołał dźwięczny głos Czarnego Maga.

Bez słowa zasalutowali. Jeśli Czarny Mag nazywała cię panienką, to byłeś pierdoloną panienką i tyle w temacie, mówiono każdemu nowemu rekrutowi, bo w końcu nie była to kwestia doboru słów, lecz samego życia bądź śmierci. Właśnie dlatego wszystkie paskudne, brodate i niedomyte panienki wyprężyły teraz dumnie pierś, nie mówiąc ani słowa.

— Widzę, że dziś też nie jesteśmy dość odważni, by mnie poprawić? — zadrwiła, wbijając w nich spojrzenie.

No cóż. Skoro nie byli dość odważni, to nie byli i tyle w tym temacie. Dlatego milczeli. Kobieta, znudzona, w końcu wzruszyła ramionami.

— Szkoda. Mam teorię do sprawdzenia i liczyłam na przymusowego ochotnika.

Skinęli głowami. Ostatni, który próbował jej wytłumaczyć, że nie istnieje coś takiego jak przymusowy ochotnik, został nim bardzo szybko. Jego krzyki było słychać jeszcze w sąsiedniej wiosce.

— Jesteście uparci, widzę. No trudno. Znajdę w końcu kogoś, ale może po robocie. Jak wiecie, nie zabraliśmy was tu dziś po to, żebyście się nawdychali własnego smrodu. Wczoraj mieliśmy gościa, a ten gość miał mieszek z wystarczającą ilością kosztowności, żeby nas zainteresować. Nastąpiło coś, co nazywam zasadą trzech „P”. Posłuchaliśmy, ponegocjowaliśmy, podpisaliśmy kontrakt. Robota nie wydaje się szczególnie trudna, ale cuchnie na kilometr. Idiota by się zorientował, że to pułapka, a wiecie, co robimy z pułapkami?

Pokazała palcem na jednego z niedawno zrekrutowanych chłopaków, którego imię czas wymazał z pamięci Nudziarza.

— Ignorujemy? — odpowiedział niepewnie biedny głupiec.

Czarny Mag uśmiechnęła się szeroko, a gdy tylko białe zęby błysnęły pod kapturem, chłopak popuścił ze strachu.

— No, no, no. Chyba mam pierwszego kandydata na swojego przymusowego ochotnika. Zawal coś przy robocie, a dostaniesz fuchę swojego życia, dzieciaku. — Po tych słowach klasnęła w dłonie i głośniej dodała: — Pułapki rozbrajamy, wy skretyniałe maminsynki!

— Ty w nie zawsze włazisz — powiedział siedzący na pobliskim drzewie chowaniec maga.

Wielkie bydlę wyglądało, jakby ktoś stado kruków wystrzelił z katapulty prosto w mur, a potem zeskrobał i nadał temu imię. Biedny drań był nieśmiertelny, jak długo żyła jego pani, więc brzemię, jakie stanowiła jego fizyczna powłoka, miało mu ciążyć jeszcze całkiem długo.

— Ja w nie nie włażę, tylko je taranuję, bo i tak nie stanowią dla mnie zagrożenia, a to szybsze niż tracenie czasu na neutralizowanie czegoś tak prostackiego.

— Też bym tak mówił, jakbym we wszystkie właził.

Uśmiech na twarzy Maga przygasł lekko. Chowaniec zaskrzeczał, po czym pokręcił łebkiem.

— Już zamykam dziób.

— Też tak myślę. — Odwróciła wzrok od karykatury żywej istoty i znów skupiła się na żołnierzach. — Rozdzielamy się na trzy grupy. Kapi dowodzi pierwszą, Wszarz drugą, a Mustang trzecią. Rozdzielcie się sensownie i po równo, a potem naszych szczęśliwych wybrańców zapraszam do namiotu po szczegóły ściśle tajnej operacji zniweczenia planów naszych wrogów.

Wszyscy przytaknęli skwapliwie. Chwilę później Mag zniknęła w swoim namiocie. Nudziarz, nie zastanawiając się długo, zgłosił się do drużyny Mustanga. Akurat podchodził do mężczyzny, gdy usłyszał, jak ten mówi do Młotka:

— Sprawa jest poważna.

— Dlaczego tak myślisz?

— Spuścili jej parę ze łba. Musi być źle, skoro Dowódca potrzebuje jej na chodzie.

A tak. Nudziarz nie zwrócił na to uwagi, ale faktycznie zniknął gdzieś ten charakterystyczny, słodkawy odorek. Zawsze znikał, gdy Mag była potrzebna w pełni swych sił umysłowych. Nazywali to spuszczaniem pary, ale nikt dokładnie nie wiedział, o co w tym chodzi. Po prostu co jakiś czas Mag szła się odmeldować do Dowódcy, a potem wychodziła zupełnie inna. Niektórzy mieli na to swoje teorie obejmujące pewne części ciała jej i Dowódcy, ale mało kto dawał temu wiarę. Nikt nie był dość głupi, by chcieć brać sobie do łóżka samego Czarnego Maga. Nie ze względu na jej temperament, ale na to, co skrywały jej szaty — fragmenty cudzych ciał, które kazała sobie regularnie wykopywać i nazywała swoimi „częściami zapasowymi”.

— Może to tylko profilaktycznie…?

— Może profilaktycznie idź wsadź kutasa w mrowisko.

— Nie musisz być od razu taki…

Rozmowa została przerwana. Poły namiotu Dowódcy uchyliły się, a ze środka wyszła Skórka. Był to sygnał, którego nikomu nie trzeba było tłumaczyć. Wybrana trójka ruszyła natychmiast odmeldować.

***

157. dzień lata, 9080 r. miary unickiej. Okolice Yatha, Gidha.

Nudziarz nie wiedział, co dzieje się w namiocie. Nie wiedział też, co dzieje się dookoła, ale miał pewność, że coś się dzieje. Na pobliskim wzgórzu widać było ludzi. Coś robili, wyglądali na wojsko. Po drugiej stronie, niezbyt udolnie, skradali się czyiś zwiadowcy. Może właściwie robili to udolnie, ale Czarny Mag rozstawiła czujki daleko, więc nie mieli szans umknąć przed jej wzrokiem. Z trzeciej strony panowała podejrzana cisza, zbyt głęboka jak na jego gust. Z czwartej mieli klif opadający prosto do wzburzonego morza. Dobre miejsce na budowę zamku, słabe do bronienia się przed siłami liczniejszymi od własnych.

Ta myśl była niepokojąca. Męczyła nie tylko Nudziarza.

— Śmierć od miecza albo utonięcie — szepnął Ząbek, śmiejąc się nerwowo.

Nikt nie miał takiego zgryzu jak on. Nikt. Można było mieć krzywe zęby, ale to przekraczało wszelkie oczekiwania.

— Nie będzie tak źle. Mamy w końcu Czarnego Maga.

— O tak, bardzo mnie uspokoiłeś — parsknął Ząbek. — Czarny Mag zadba o Dowódcę i Skórkę. Reszty ratować nie będzie, jeśli nie dostanie rozkazu. Dlaczego w ogóle rozbiliśmy tu obóz?

— Dowódca wie, co robi.

— Albo nie wie, ale dobrze udaje.

Nudziarz poczuł dreszcz. Takich rzeczy się nie mówiło.

— Wie, co robi — syknął Klemens, który pojawił się obok nich niemal bezgłośnie. — A jak chcesz żyć, to stul mordę i nie pieprz takich farmazonów. On ma uszy wszędzie. Nie jesteś z nami dość długo, żeby wiedzieć, co potrafi.

— A ty wiesz? — warknął Ząbek.

Nudziarz wstrzymał oddech.

— Wiem — wycedził Klemens, chwytając Ząbka za fraki i przyciągając go tak blisko, że niemal stykali się czołami. — I modlę się, żeby nie zobaczyć tego ponownie. Byłem pod Krus Deremis. Pod Ousterus. Pod Nissanuss. Wiem, skąd Czarny Mag ma swoje nici i czym one są. Wiem, do czego się szykują. I wiem jeszcze jedno. Od dwóch dni nie widziałem Braci. Coś się szykuje. Coś dużego. A ja jestem na to za stary.

Ząbek uniósł dłonie w geście poddania.

— Tworzy swoje nici, splatając energię śmierci, cierpienia i bólu — odezwał się starzec, którego Czarny Mag nazwała Igorem. — Na jeden witek potrzeba około setki bolesnych zgonów. Im dłużej konają i im bardziej się boją, tym lepiej. Masowe rzezie nie mogą trwać bez końca, dlatego każda nić jest oszczędzana. Bez nich Kompania byłaby słabsza.

Uśmiechnął się zimno dodając po chwili:

— Z jednym masz rację. Priorytetem jest Dowódca, Skórka i Bracia. Reszta jest opcjonalna. Dla niej jesteście tylko mobilnym źródłem surowców. Niczym więcej.

Klemens przytaknął niechętnie. Cokolwiek widział, czegokolwiek był świadkiem ten brzydki sukinsyn, musiało robić wrażenie. Nudziarz odnotował w pamięci, by o to nie pytać. Lubił swoje kości takimi, jakie były: w jednym kawałku.

Starzec odszedł, a Klemens puścił Ząbka i pozwolił mu od siebie uciec. Nudziarz sam też szybko się oddalił. Tak było bezpieczniej.


Narada w namiocie nie trwała tak długo, jak spodziewali się tego inni, jednak wystarczająco, żeby Nudziarz policzył wszystkich znajdujących się w obozie. Drużyny liczyły sobie na ogół piętnaście osób, czasem dwadzieścia. Tak było zawsze po podziale. Potem, gdy Dowódca rozsyłał je w różnych kierunkach, zaczynały werbować. Zdarzało się, że gdy wracały, liczyły sobie i kilka setek. Tak mówili mu inni, ale on sam widział najwyżej setkę. Obecny stan drużyny Dowódcy wynosił piętnastu żołnierzy i trzydziestu rekrutów, którzy dopiero zaczynali szkolenie. Niezbyt optymistyczna informacja. Przynajmniej podzielili się po równo. Dwa tygodnie temu było ich prawie osiemdziesięciu, ale sporo ze szkolonych nie przeżyło ostatniego zlecenia. Nudziarza to nie dziwiło. Dziwiło go za to, że sam jakoś zawsze dawał radę to wszystko przetrwać.

— Kiedyś szczęście mnie opuści — mruknął.

Nie żałował, że się zaciągnął. Żałował kilku rzeczy, które potem zrobił, ale samego wyrwania się z domu? Nigdy. Lubił takie życie, lubił walkę i świadomość, że o niczym nie musi decydować, bo zawsze ktoś inny wyda mu odpowiedni rozkaz. Przerażała go jednak wizja końca z poderżniętym gardłem i tego, że nic po sobie nie zostawi. Z Kompanii bez Imienia się nie odchodziło. Tu nikt nie przechodził na emeryturę ani nie zostawał zwolniony na stałe do domu. Tu się zaciągało, tu się żyło, tu się umierało. Ci, którzy tego nie rozumieli, którzy próbowali zdezerterować… No cóż. Bracia zawsze w końcu ich znajdywali. Zawsze.

Z ponurych myśli wyrwał ich przenikliwy gwizd. Taki dźwięk potrafił wydobyć tylko Kapi. Narada dobiegła końca, zadania rozdzielono, a teraz każdy z wyznaczonych liderów miał zadbać o to, żeby jego ludzie nie potykali się o własne nogi. Przy takiej ilości rekrutów nie będzie to łatwe.

Nudziarz znalazł Mustanga. Inni też już zaczęli się gromadzić dookoła. Chwilę później Mustang ich przeliczył, a potem poprowadził kawałek za obóz, żeby mogli spokojnie porozmawiać, nie przekrzykując się z innymi liderami.

— Mamy rozkazy — zaczął zmęczonym głosem. — Ślepi nie jesteście, więc wiecie, że coś się dzieje. Oficjalnie zapłacono nam za wystawienie się i stoczenie walnej bitwy z przeciwnikami księcia władającego tymi ziemiami, czy kogo oni tam mają.

— Ksi Artus. Artus jest ksi tego trento — odezwał się cicho jeden z młodszych rekrutów, którego niedawno zwerbowali w okolicy.

Mustang spojrzał niechętnie na chłopaka, po czym wzruszył ramionami.

— Nieważne, jak ich tam sobie nazywacie. Facet nie jest lubiany i ma wrogów, którzy zebrali wojsko, żeby go obalić. My mamy to wojsko pokonać i utrzymać faceta na tronie.

— My nie mamy tronów. W naszej kulturze…

— Jeszcze słowo, a osobiście zaszyję ci usta, a pierdolona szwaczka ze mnie jest słaba — warknął, łapiąc chłopaka za fraki.

Ten, wystraszony nie na żarty, momentalnie umilkł.

— Odpuść Mustang i gadaj szybciej. Srać mi się chce — oznajmił z rozbrajającą szczerością Kikut, drapiąc się po brodzie damską ręką doszytą mu przez Czarnego Maga.

O dziwo podziałało. Mustang rozluźnił uchwyt i wrócił do mówienia.

— Podobno tamci mają jakieś dwa tysiące wystawionych do walki, w tym dwieście to elitarna kawaleria.

— Trochę dużo jak na bunt — zauważył Nudziarz.

— Trochę mi się tu nic nie zgadza. Szefostwu też. Dwa tysiące to przesadzona liczba. Bracia mówią, że jest tam około tysiąca pięciuset. Nie ma też żadnej kawalerii. Większość z nich prawdopodobnie nigdy nie walczyła, bo nie potrafią nawet trzymać broni. Po coś jednak ich wystawiono. Podobno mają oddział saperów. Być może to wielka zasłona dymna dla ukrycia ich obecności, ale raczej mają jeszcze jakiegoś asa w rękawie. Ktoś dojechał w zamkniętym powozie. Obstawiamy maga. Powóz jest zabezpieczony i maskuje pole magiczne. Czarny Mag nie potrafi określić, co jest w środku. Może być to blef, ale Dowódca potraktował sprawę poważnie. Kapi ma się tym zająć. Rzekomą konnicę wziął na siebie Wszarz. My obstawiamy trzeci front, więc naszym zadaniem jest zająć się ukrytymi saperami. Tyle ogółem, a szczegółem to czekam na raport. Bracia wybrali się na mały rekonesans, Mag wypuściła swoje kruki. Jak się czegoś dowiedzą i zechcą nam o tym powiedzieć, to dopiero wtedy wkroczymy do akcji. Na ten moment rozdzielam role i chcę, żebyście przygotowali sobie sprzęt. Złapcie coś do jedzenia, prześpijcie się czy co tam chcecie. Oficjalnie zaczynamy o wschodzie słońca.

— To samobójstwo — powiedział nagle jeden z rekrutów, którego imienia nikt nie raczył zapamiętać. — Jak mamy pokonać dwa tysiące…

— Tysiąc pięćset.

— ...przeszkolonych…

— Wątpię.

— …żołnierzy…

— Raczej przebranych chłopów.

— …uzbrojonych i gotowych do walki na otwartym terenie? Do tego mając jeszcze za plecami klif i pewną śmierć?

W tym momencie podniósł nieśmiało rękę chłopak, którego Mustang wcześniej skutecznie uciszył. Tym razem dostał pozwolenie na zabranie głosu.

— Ksi Artus ma pięciuset żołnierzy. Ksi Ursel około siedmiuset, a Ksi Ashan czterystu. Razem daje to tysiąc sześćset, ale skoro ktoś chce obalić Artusa, to jego sił raczej nie powinniśmy w to wliczać. Ursel nienawidzi Artusa, ale Ashan jest w stanie wojny z Herosel, więc nie przysłałby tu nikogo. Zostaje siedmiuset. Nasze prawo zabrania przyuczania się do władania bronią bez zezwolenia pana ziem, więc nie mamy zbyt wielu band do wynajęcia. To nie są moi ludzie, albo jeśli są, to nie umieją walczyć.

Mustang pokiwał głową, analizując słowa chłopaka, po czym klepnął go lekko po ramieniu.

— Widzisz? Jak chcesz, to umiesz gadać z sensem. Czyli to wieśniacy…

— Albo porządnie przeszkoleni najemnicy — powiedział Nudziarz z niepokojem, patrząc na słabo ukrywające się siły domniemanego wroga.

— Lepiej, żebyś nie miał racji, bo ci łeb upierdolę — warknął Kikut.

Nudziarz westchnął ciężko, nic więcej nie mówiąc. To, że był przeciętny, nie oznaczało, że był głupi.

— No ale nawet jeśli to tylko chłopi, to przecież nas jest tylko garstka. Zaleją nas… — Zaczął znów ten drugi rekrut.

Mustang przewrócił oczami.

— To wszystko. Rozejść się — warknął, ręką dając dyskretnie sygnał, by pełnoprawni członkowie drużyny zostali.

Wszyscy ruszyli w swoje strony, ale piątka dziwnym trafem nie odeszła zbyt daleko. Udając, że rozmawiają o dziwkach i nowym sprzęcie, przystanęli na skraju obozu. Mustang podszedł chwilę później.

— Marnie to widzę — powiedział cicho Kikut, głośniej rzucając jakąś uwagę na temat usług oralnych oferowanych w pobliskim mieście.

— Zaleją nas masą — dodał Nudziarz.

— Dowódca ma plan — powiedział cicho Mustang szeptem. — Dostaniemy wsparcie.

— Jakie?

— Dokładnie nie wiem, ale ściągają posiłki. Nie mówicie młodym. Do końca ma to wyglądać tak, jakby udało im się nas zaskoczyć.

Przytaknęli, a potem uważnie wysłuchali, czego naprawdę oczekiwał od nich Dowódca.


Nim wstało słońce, Skórka skutecznie wyciągnęła ich z łóżek. Jak zwykle zrobiła to, nie używając choćby jednego słowa. Jeśli ta kobieta mówiła, to tylko wtedy, gdy musiała i tylko tyle, ile musiała. A szkoda. Nudziarz zawsze uważał, że ma piękny głos. Mimo wszystko ciepły, miły dla ucha, ostry, choć delikatny. Prawda była taka, że podziwiał ją nie tylko za głos. Była przeciwieństwem wszystkich kobiet, z jakimi miał do czynienia. Wysoka, szczupła, dobrze zbudowana. Pod względem fizycznym była doskonałym żołnierzem. Ostre rysy twarzy i skupione spojrzenie dodawały jej charakteru, a włosy związane w gruby, długi warkocz ciekawie kontrastowały z wygolonymi bokami. Do tego ta zbroja… Nigdy takiej nie widział. Wyglądała dziko, a jednocześnie fascynująco. Podkreślała jej gibkie ruchy. Szkoda, że zakładała ją tak rzadko.

— Widziałeś to? — spytał Mustang, podchodząc do Nudziarza. — Skórka ma zbroję na sobie. Będzie się działo.

— Dobrze w niej wygląda — odpowiedział rozmarzonym głosem Nudziarz.

— Człowieku, to facet w przebraniu. Nie ma cycków, nie ma bioder, nie ma tyłka. Same mięśnie i fiksacja na punkcie noży.

— Jest dzika i piękna.

Wszyscy wiedzieli, że Nudziarz podkochuje się w Skórce. Wszyscy. Nawet Czarny Mag docinała mu z tego powodu. Skórka też wiedziała, ale nigdy nie poruszyła tego tematu. Nie traktowała Nudziarza ani trochę inaczej. Było jej to tak obojętne, że aż przykro było na niego patrzeć, ale cóż. Serce nie sługa, jak to mawiała jego matka, robiąc okłady na podbite przez męża oko. Może to było we krwi? Masochizm i potrzeba bycia krzywdzonym? Tego nie wiedział, ale wiedział za to doskonale, że Skórka nie była kobietą dla niego. Nie przeszkadzało mu to jednak śnić na jawie o niej w ustronnym miejscu.

— Nudziarz, pajacu, zaczynasz się ślinić. Przestań się na nią gapić — upomniał go cicho Mustang.

— Co jest, matkojebcy? — spytał Kikut. Podszedł do dwóch mężczyzn; w ręku miał kubek parującego napoju, który podobno był jakąś imitacją kawy. — Nudziarz znowu się spuścił w porty, bo Skórka jest w zbroi?

— Mówi, że jest dzika i piękna — Mustang nie krył drwiny w głosie.

Kikut przez chwilę przyglądał się Nudziarzowi z niedowierzaniem, po czym pokręcił głową.

— Tak, jest dzika. To fakt. Tylko że ona nie jest dzika jak dzikie klacze, które łapiesz, ujeżdżasz i bierzesz pod siodło. Ona jest dzika jak pierdolony pożar lasu, jak jebany sztorm na morzu albo cholerne trzęsienie ziemi. Ona jest zniszczeniem.

— Tak — zgodził się Nudziarz. — Właśnie o tym mówię. Jest piękna.

— Jak go nie zabiją w starciu, to ja to zrobię — warknął Kikut, patrząc z obrzydzeniem na kolegę.

— Wyświadczysz mi przysługę. Wstawię się potem za tobą — zapewnił Mustang, po czym poszedł zebrać resztę swoich ludzi.

Skórka weszła do namiotu Dowódcy. Nudziarz westchnął z rozczarowaniem, a potem z zazdrością patrzył, jak Mustang i pozostali idą wysłuchać raportów Braci.

Ile by dał, żeby być tam w środku…


Trzy grupy pomaszerowały w trzech różnych kierunkach. Miało być ich po piętnastu, ale w nocy kilku spanikowało i próbowało zdezerterować. Ich ciała sterczały teraz nabite na pale przy namiocie Czarnego Maga. Nim Bracia je tam dostarczyli, wyłupali im oczy, odcięli języki, a potem wypalili na czołach piętno dezerterów. Kompania była rodziną, a ta rodzina nie wybaczała zdrady. Czego nie zrobili Bracia, dokończyła Czarny Mag, a potem wystawiła na widok pozostałych. Oficjalnie ku przestrodze, ale nieoficjalnie, by pochwalić się swoim dziełem.

— Idioci — powiedział Mustang, patrząc na to, co zostało z tych młodych chłopaków.

Może to i lepiej, pomyślał Nudziarz. Przynajmniej nigdy nie staną się tacy jak my.

— Daleko jeszcze? — spytał Kikut.

— Do czego? — warknął Mustang. — Do wroga? W chuja daleko, jak sam widzisz. Do pierwszego wybuchającego gówna? Nie wiem. Bo pewnie jest, kurwa, zakopane.

Kikut prychnął.

— Tu jest za dużo skał. Musieliby się wkuwać, a to byśmy zauważyli. Jedyne wgłębienie, gdzie mogliby coś zrobić pod osłoną nocy i tak, żebyśmy się nie połapali, jest za następnym wzniesieniem. Pewnie zamontowali tam…

— Jak to wiesz, to po chuj mnie pytasz?

Nudziarz nie był do końca pewny, dlaczego sam zgłosił się do Mustanga, wiedząc, że on, Kikut i Krzywa Nóżka są obecnie jedynymi saperami w ich drużynie.

— No chyba że mają tam jednak maga. Mogli wtedy wystrzelić z procy te czarne kulki, co wybuchają dopiero, jak coś żywego na nie nadepnie.

— Śmierć wroga, czy jak to się tam nazywa? — spytał Mustang.

— No o tym.

— To drogie jest — stwierdził Kikut. — Nie sądzę, żeby chcieli w to inwestować. To się kupuje, jak naprawdę chcesz wygrać wojnę. Na starcie z grubymi rybami i takie tam.

— A znasz rybę grubszą od Dowódcy? — spytał Krzywa Nóżka.

— No nie — przyznał Kikut, po czym krzyknął do pozostałych: — Wypatrywać wgłębień w ziemi i nie deptać żadnych czarnych kulek.

Wszyscy zaczęli nerwowo patrzeć pod nogi. Pewnie byłoby im łatwiej, gdyby ta cholerna trawa nie sięgała im kolan.


Rozkazy były proste: iść przed siebie, a gdy Czarny Mag zacznie działać, natychmiast wycofać się do obozu. Nic trudnego. Był tylko jeden, mały problem. Lada moment wejdą prosto pod ostrza wrogich mieczy, a Czarny Mag dalej nic nie zrobiła.

— K… k… k… kulka! — krzyknął któryś z rekrutów.

Mustang, Krzywa Nóżka, Kikut i Nudziarz natychmiast uklęknęli tam, gdzie stali, i spróbowali osłonić głowy najlepiej, jak potrafili. Ktoś, chyba Mustang, wrzasnął jeszcze, żeby nikt się nie ruszał.

Oczywiście nie posłuchali.

Ktoś się poruszył, rzucił do ucieczki, a potem nadepnął na kulkę. Wybuch nie był duży, ale wystarczająco silny, by zabić trzech stojących najbliżej. Kikut oberwał kamieniem. Padł nieprzytomny na ziemię. Mustang podszedł do niego ostrożnie, ale chwilę później wstał, kręcąc głową.

Czterech. Została ich dziewiątka.

— Nikt się nie rusza — warknął Krzywa Nóżka, po czym padł martwy, gdy grot strzały wbił mu się w tył głowy.

Mustang zawył wściekle. Instynkt kazał uciekać, ale rozkazy były jasne. Wydobył miecz. Nudziarz zrobił to samo. Rekruci zaczęli uciekać, i tylko przypieczętowali swój los. Ładunków było więcej. Ci, którzy przeżyli, zamarli, wpatrując się z niedowierzaniem w starszych żołnierzy.

— Przed. Siebie. Marsz — wycedził przez zęby Mustang.

Ruszyli.

Łucznicy nie sili się z celowaniem. Po co marnować strzały, skoro można zaczekać? W końcu jakim zagrożeniem może być siódemka głupich żołnierzy? Nawet jeśli są dobrzy, przecież w końcu się zmęczą.

— Kurwa, kurwa, kurwa… — szeptał Nudziarz.

Ani przez chwilę nie wątpił w plan Dowódcy. Sukinsyn zawsze wiedział, co robił. Problem z jego planami był jednak taki, że dla niektórych okazywały się sukcesem trochę za późno.

— Kasel, jeśli płaszczem swym masz mnie dziś otoczyć… — zaczął cicho recytować modlitwę wpojoną przez matkę.

— ODWRÓT! — ryknął Mustang.

Nudziarz poderwał głowę i zobaczył kłębowisko czarnych nici.

Czarny Mag weszła do gry.

Nagle usłyszał histeryczny śmiech ulgi. To on się śmiał. Śmiał się, biegnąc, ile tylko miał sił w nogach, nie dbając ani trochę o porozrzucane kulki. Przypomniał sobie o nich, gdy usłyszał kolejny wybuch za swoimi plecami.

Oby nie Mustang, pomyślał, spoglądając przez ramię.

— Kurwa — jęknął, widząc upadające kawałki ciała i rozpoznając mundur.

Stracili wszystkich saperów. Dowódca nie będzie zadowolony. To nie był jednak jego problem. Jego problemem było to, że Mustang wisiał mu pieniądze, i to niemałe. Wiedział, że sukinsyn w końcu wymiga się od spłaty.

— Co się dzieje?! — krzyknął nagle jakiś cudem ocalały rekrut.

Nudziarz poderwał głowę i zobaczył formującą się ogromną bramę. To nasze posiłki, pomyślał z zimną satysfakcją. Och, co tu się będzie działo, gdy tylko pojawi się wsparcie i…

Potężna kula ognia uderzyła w formujące się przejście i zniszczyła je.

— Co? — spytał z niedowierzaniem Nudziarz, niemal stając w miejscu.

Nikt nigdy nie zniszczył dzieła Czarnego Maga. Sukinsyny sprowadzili tu samego mistrza magii z Atoli, pomyślał z goryczą, przyspieszając.

Gdy wpadł do obozu, zobaczył, że łącznie została ich może piętnastka.

— Jest źle — szepnął sam do siebie.

— Nawet nie wiesz, jak bardzo — odezwał się stojący za jego plecami Wszarz.

Nudziarz spojrzał na kompana i zobaczył, że ten nie ma jednego oka. Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, usłyszał mrożący krew w żyłach śmiech Czarnego Maga.

No cóż. Przynajmniej ona bawiła się tu całkiem dobrze.

Coś nagle uderzyło Nudziarza w tym obrazie. Nie to, że przeżyła ich tylko garstka ani nie zniszczenie dzieła Czarnego Maga. Nie, było to coś zupełnie innego. Dowódca i Skórka stali tuż za Magiem w pełnych zbrojach. Nudziarz nigdy, absolutnie nigdy nie widział ich stojących w ten sposób. Gdy do tej trójki dołączyli jeszcze Bracia w swoich białych strojach i maskach, mających podobno przypominać pyski lisów, Nudziarz zrozumiał, że oto będzie świadkiem jednego z tych osławionych, wielkich starć Kompanii bez Imienia. Na jego oczach wydarzy się coś, co z całą pewnością przejdzie do historii, i niech mu wszyscy bogowie świadkami, nie cieszyła go ta myśl ani trochę.

— Mamy go — warknęła Czarny Mag.

Obnażyła zęby. Nikt nie musiał tego widzieć, było to słychać w jej głosie. Jeszcze trochę i zacznie warczeć jak dzika bestia, pomyśleli nawet niektórzy. Zanim jednak do tego doszło, niebo rozświetliła łuna potężnego ognia.

— Co się dzieje? — spytał spokojnie Dowódca.

— Przyzywa sferę ognia. Będzie próbował nas nią spalić.

— Wiesz, kto to?

— Nie muszę zaprzątać sobie głowy imionami trupów — szczeknęła w odpowiedzi, po czym wysyczała: — Cisza. Muszę się skupić.

Dowódca zmierzył ją zimnym spojrzeniem, ale nie powiedział nic. Czarny Mag była ich największym atutem. Była też obłąkanym, rządnym krwi wynaturzeniem, ale jak długo utrzymywała ich przy życiu, tak długo nikt nie mówił tego otwarcie.

Skórka spojrzała na Braci. Ci spojrzeli na nią. Gdy Dowódca skinął głową, jeden z nich odezwał się cicho:

— Mag z Atoli. Podobno absolwent Najwyższej Akademii Magii. W ubiegłym roku otrzymał tytuł Mistrza Magii Ognia. Jeden z silniejszych w swojej dziedzinie. Pretenduje do tytułu samego Mistrza Mocy.

Nudziarz poczuł, jak po plecach spływa mu strużka zimnego potu. Mag z Atoli. Mistrz Magii Ognia. Pretendent do tytułu przyznawanego najpotężniejszym z najpotężniejszych. Gorzej trafić nie mogli.

— Nie patrz tak — warknął stojący obok Wszarz. — Biedny pajac nie ma z nią szans. Zamiast bać się o wynik starcia, bój się, żeby nie przerobiła nas w te swoje nici.

Nudziarz spojrzał na w towarzysza broni i nic nie powiedział. Może chciał uwierzyć w jego słowa. Może nie chciał się kłócić. A może po prostu wiedział, że to wszystko prawda. Tylko Słuchająca Wiatru znała ich los.

Ogromna sfera ognia zaczęła się materializować w połowie drogi między nimi a wrogim magiem.

— Jeszcze chwila — powiedziała Czarny Mag z fascynacją.

Dowódca uniósł prawą rękę. Palce wskazujący i środkowy miał wyprostowane, resztę luźno przygięte. Celował w niebo, ale to miało się zaraz zmienić.

— Już — syknęła Czarny Mag.

Dłoń opadła. Bracia natychmiast ruszyli.

— Do obozu dotarli ostatni ocalali żołnierze i rekruci — zameldowała Skórka.

Dowódca spojrzał na niewielką, okrwawioną grupkę.

— Możesz zaczynać — powiedział spokojnie.

Mag zasalutowała prześmiewczo, po czym z dzikim okrzykiem radości zrobiła to, o czym opowiadały tylko legendy, puściła w ruch swoje nici.

Dla Nudziarza wszystko stało się jednocześnie, choć przecież było to niemożliwe. Po prostu nie miał dość bystrego oka, by dostrzec właściwą kolejność, albo strach aż tak bardzo wpłynął na jego postrzeganie świata. Myślał, że czas złagodzi lęk, jaki wtedy poczuł, i że wszystko w końcu poukłada się w jego głowie, ale tak się nigdy nie stało. Nawet na stare lata przyszło mu o tym śnić, a w każdym z tych snów wszystko znów działo się w tej samej chwili. Wszystko.

Niebo zapłonęło żywym, pulsującym ogniem, lecz niemal natychmiast przecięło go kłębowisko czarnych nici płynących z dłoni Czarnego Maga. Gdy tylko nici dotknęły ognia, ten zaczął je trawić, a one, wchłaniać jego moc. Przez krótką chwilę starcie wydawało się wyrównane, lecz wtedy nici zaczęły się mnożyć, a ogień przygasać. Jedno mrugnięcie później ognia już nie było.

Jego miejsce zajęło światło.

Wyglądało to tak, jakby właśnie dochodziło do potężnej implozji zasysającej wszystko dookoła, lecz nici pozostały niewzruszone. Płynęły prosto do samego środka, gdzie cięły bezlitośnie i… wchłaniały. Tak. Po latach tyle chociaż Nudziarz zrozumiał, Czarny Mag absorbowała moc tamtego.

Światło zgasło, a wraz z nim umarł drugi mag. Nie zabiło go samo starcie z Czarnym Magiem, lecz podstępny cios sztyletem. Bracia byli szybcy i cisi. Tyle wystarczyło.

Implozja przerodziła się w eksplozję, wyrzucając na zewnątrz wszystko, co wcześniej zostało wessane. Zwęglone odłamki poszybowały we wszystkich kierunkach. Kawałek spalonej krowy poleciał prosto w Czarnego Maga, lecz w ostatniej chwili jedna z nici pocięła zwierzę w powietrzu i jego fragmenty minęły drobną postać, nie czyniąc jej żadnej krzywdy.

Inni nie mogli powiedzieć tego samego. Zwłaszcza Kołek.

Kiedy mag umarł, Czarny Mag przystąpiła do tego, do czego od początku dążyła. Nacierające wojska wroga były zbyt liczne, by można było sprawnie przeprowadzić odwrót, a panika tylko pogarszała sytuację. Gdy nici zaczęły ciąć ciała biednych głupców, ich wrzaski wypełniły uszy Nudziarza, prześladując go potem przez długie lata. Wtedy dotarło do niego znaczenie słów Igora. Ona naprawdę pozwalała, by nowe nici rodziły się z cierpienia, bólu i śmierci. Gdy jedne wygasały, na ich miejsce pojawiały się kolejne. I kolejne. Bez końca. Było ich tak wiele, że zniknęło niebo i zniknęło wszystko dookoła. Zostały tylko czerń, wrzaski konających oraz głuchy świst wirujących, śmiercionośnych narzędzi wynaturzonej istoty zwanej Czarnym Magiem.

Ile to trwało? Całą wieczność. Całą wieczność, podczas której Nudziarz nie był w stanie wypuścić powietrza z płuc i zaczerpnąć kolejnego oddechu. Gdy umarł ostatni wrogi żołnierz i narodziła się ostatnia potworna nić, Czarny Mag przyzwała swoje narzędzia do siebie, po czym jakimś cudem zwinęła je w niewielki kłębek i ukryła między połami swojej dziwnej szaty.

— Niech wszystkich bogów wszystkich religii szlag pierdolony trafi — jęknął cicho Wrzód.

Nudziarz zamrugał, nie wierząc własnym oczom. Przed nimi nie było nic poza trupami. Nie, tego nawet nie można było nazwać trupami. To było zmasakrowane mięso. Nic więcej. Tylko mięso, pomyślał, padając na kolana i wymiotując raz za razem, aż nie miał już ani czego zwrócić, ani siły, by utrzymać się na rękach. Ledwie przytomny osunął się na ziemię, wciąż czując, jak ciało szarpie mu kolejnymi skurczami.

Czyjś but trącił go lekko w bok.

— Nie było tak źle, panienko — powiedziała Czarny Mag, szeroko się uśmiechając.

Z tej pozycji widział jej twarz skrytą pod kapturem. Była ładna, choć toporna w swojej prostocie. Wiejska dziewczyna, jakich pełno. Podobna do jego matki, albo może bardziej do drugiej siostry…

Skurcz żołądka wrócił gwałtownie. Zaczęło nim szarpać jeszcze mocniej. To była twarz dziewczyny, która kilka dni wcześniej sprzedała mu ser, gdy zatrzymali się w jednej z okolicznych wiosek.

— Jaki wrażliwy… — zadrwiła Czarny Mag, przymykając oczy niczym zadowolony kocur grzejący się na słońcu.

Nie patrzył na nią. Nie chciał widzieć, jak bardzo ta mina nie pasuje do twarzy potwora.

Ktoś podszedł i przystanął przy nim. Czarny Mag umilkła, znudzona widokiem jego cierpienia. Chwilę później odeszła, mówiąc coś do kogoś, lecz Nudziarz nie dosłyszał ani słowa. Pewnie do Wrzoda, żeby poszedł z nią do namiotu po nowe oko.

— Wstawaj z ziemi, żołnierzu.

Prosty rozkaz, wypowiedziany cichym głosem, który tak skrycie kochał.

Jęknął. Ze wszystkich osób to właśnie musiała być ona?

Oddychając ciężko, zmusił się, by chociaż uklęknąć i spojrzeć jej w oczy. Skórka stała cierpliwie. Nie tego się spodziewała. Jęcząc cicho, zaczął się podnosić. Gdy spojrzał w te obojętne, znudzone, może nawet lekko rozczarowane, oczy, jeden raz w życiu okazał się dość bystry i dość szybki.

Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążyłby. Zamiast tego szeroko otworzył oczy.

To jej wystarczyło.

Błyskawicznie odwróciła się na pięcie. Nawet nie wiedział, kiedy dobyła noży ani jak zdołała ciąć, lecz zabójca, który pojawił się znikąd za jej plecami, padł martwy.

W obozie zapadła doskonała cisza.

Dowódca, który właśnie wchodził do swojego namiotu, rzucił intruzowi krótkie, obojętne spojrzenie i zawrócił. Dowódca niemal nigdy nie zawracał.

Podszedł powoli do ciała, spojrzał na Skórkę. Ona spojrzała na niego. O nic nie spytał. Ona nic nie powiedziała. A jednak jej wzrok przesunął się ku Nudziarzowi, a chwilę później to samo zrobił Dowódca.

Nudziarz natychmiast zapomniał o mdłościach. Ba, zapomniał nawet, jak się oddycha.

— Dziękuję — powiedział Dowódca.

Nie ufając własnemu głosowi, Nudziarz zasalutował niemrawo.

Czarny Mag wyszła z namiotu, zobaczyła ciało i lekko zmarszczyła brwi. Słysząc słowa Dowódcy, spojrzała ponownie na Nudziarza.

— No proszę — mruknęła, po czym podeszła bliżej, klepnęła go po ramieniu i zwróciła się do Skórki: — Mam cię opatrzyć?

— Zrób to — polecił Dowódca.

Dopiero teraz Nudziarz zauważył, że z lewej ręki kobiety płynie krew. Osłoniła się odruchowo przed ciosem. Rana nie była głęboka, ale jeśli ostrze było zatrute…

Zwymiotował ponownie. Na szczęście nie na niczyje buty.

— Zabawny z niego idiota — zaśmiała się cicho Czarny Mag, znów trącając go lekko nogą. — Jak już ci się znudzi rzyganie, to przyczołgaj się do mnie, kretynie.

Nie odpowiedział.

Chwilę później stracił przytomność.


Nudziarz obudził się obolały, ale opatrzony. Leżał na pryczy w jednym z namiotów przekształconych w tymczasowy szpital polowy. Obok niego siedział i rozmawiał z kimś Wrzód. Pusty oczodół nie był już pusty, tkwiło w nim zielone oko, ostro kontrastujące z jego własnym, szarym.

— …sukinsyn wyczekał, aż Bracia będą poza obozem. Prawie mu się udało ją zajść. I tak pewnie by nie przeżył walki z nią, ale gdyby ten pierwszy cios wyprowadził dobrze… To chyba pierwszy raz, kiedy widziałem, żeby ktoś ją zaszedł — mówił ten drugi, stojący obok Wrzoda.

— To oko tego rekruta, co rzeźbił? — spytał słabym głosem Nudziarz.

Wrzód przerwał rozmowę i spojrzał na niego niechętnie.

— Chyba tak, ale nie dopytywałem. A teraz wstawaj na tych swoich koślawych nóżkach. Jak trzeba, zaprzyj się o mnie i zapierdalamy dziarsko do namiotu Dowódcy. Góra chce cię widzieć.

Wstał więc. Chwiejąc się i zataczając, podtrzymywany przez Wrzoda i tego drugiego, którego nie był w stanie rozpoznać po tym, jak Czarny Mag pozszywała mu twarz, dotarł wreszcie do namiotu Dowódcy.

Próbował się wyprostować i zasalutować, lecz Dowódca, nie odrywając wzroku od czytanego raportu, nakazał gestem dłoni posadzić go od razu na przygotowanym krzesełku. Oczywiście Skórka była tuż obok. Jak zawsze. Nudziarz westchnął na jej widok, a potem pozwolił sercu boleśnie się zacisnąć, widząc w jej oczach tę samą, odwieczną obojętność. Nie liczył na nic z jej strony nawet po tym, co się stało, ale… mimo wszystko… choć trochę…

— Zostać. Będziecie świadkami — padł zwięzły rozkaz.

Wrzód i Kapi, którego Nudziarz rozpoznał dopiero teraz po charakterystycznym cmoknięciu, zostali, nie zadając żadnych pytań.

Dowódca odłożył wreszcie dokument, uniósł wzrok i spojrzał Nudziarzowi prosto w oczy.

— W ramach podziękowania za twoją czujność daję ci możliwość poproszenia o jedną rzecz. Jeśli tylko będzie to możliwe, dostaniesz to, czego chcesz.

Wrzód i Kapi wciągnęli głośno powietrze. Nudziarz zachłysnął się własną śliną. Kaszląc i dusząc się, próbował pojąć to, co właśnie usłyszał.

Dowódca czekał.

— Ja…

Zaczął niepewnie, lecz widząc spokój w zimnych oczach sukinsyna siedzącego za biurkiem, urwał. Spojrzał na Skórkę. Ledwie zauważalnym skinieniem głowy pośpieszyła go, by mówił.

Zirytowany jej obojętnością, wyczekującym spojrzeniem Dowódcy, a przede wszystkim własnym niedowierzaniem w szczęście, którego przecież nigdy nie miał, wyrzucił z siebie słowa, których potem wielokrotnie żałował.

— Proszę zwolnić mnie ze służby i pozwolić przejść na emeryturę, panie Dowódco.

W namiocie zapadła głucha cisza.

Nudziarz był pewien, że zaraz skończy z poderżniętym gardłem. Nic takiego się jednak nie stało. Dowódca wrócił do dokumentów, przejrzał pobieżnie dwa, po czym sięgnął po trzeci. Skreślił kilka słów, przybił pieczęć i podał go Skórce. Ta złożyła swój podpis, po czym przekazała dokument Nudziarzowi.

— Jesteś wolny. Masz tydzień na dojście do siebie i uregulowanie zaległych spraw z innymi żołnierzami. Potem opuścisz obóz — powiedział spokojnie Dowódca.

Jesteś wolny, powtórzył w myślach Nudziarz, wpatrując się w dokument poświadczający zwolnienie go ze służby i rozwiązanie kontraktu z Kompanią bez Imienia.

— Wyjść — rozkazał Dowódca chwilę później, salutując.

Nudziarz odpowiedział salutem, czując się dziwnie wzruszonym. O Dowódcy można było wiele powiedzieć, ale nie to, że łamał raz dane obietnice.

Tydzień później Nudziarz opuścił Kompanię bez Imienia i ruszył prosto do miejsca, którego kiedyś tak bardzo nienawidził.

Wracał do Krwawych Łąk.

Do swojego domu.

Nudziarz, prawda i rodzinne tendencje

18. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Krwawe Łąki, Laref

Nudziarz zakończył swoją historię. Wszyscy dookoła przyglądali mu się w milczeniu. Chyba nigdy wcześniej nie opowiedział im, jak odszedł z Kompanii bez Imienia. Nigdy też nie powiedział wprost, co robiła Czarny Mag i dlaczego była gwarantem zwycięstwa.

Byli głupi, naiwni i czyści w swoim zacofaniu, a on to lubił. W jego ocenie nie potrzebowali tego wszystkiego, dlatego zwykle pomijał drastyczne fragmenty.

Nie dziś.

Dziś chciał, żeby się bali. Dziś chciał, żeby zrozumieli, jakim był sukinsynem, jakimi sukinsynami byli wszyscy, którzy nosili barwy Kompanii. Nie po to, żeby mogli go ocenić. Nie dbał o ich zdanie. Dbał o zdanie wnuka. O to, co ten dzieciak zrobi ze swoim życiem. I właśnie dlatego zależało mu, żeby zrozumiał.

— No to teraz już wiecie, czemu czasem budzę się z krzykiem albo zamieram, gdy przelatują kruki — powiedział zmęczonym tonem. — Muszę odpocząć. Te stare kości mają już dość wysiłku.

Wstał, nie czekając, czy ktoś go pożegna. Odchodząc, spojrzał prosto w oczy wnuka. Chłopak siedział z lekko otwartymi ustami, a szok miał wypisany na twarzy. Przynajmniej na chwilę zniknęła ta głupia fascynacja, którą Nudziarz znał z własnej młodości, ilekroć ktoś wypowiadał tę magiczną nazwę.

Kompania bez Imienia.

Przygody. Pieniądze. Dalekie kraje.

Ha. Co za bzdura.

Kompania bez Imienia była synonimem brutalności, okrucieństwa, śmierci i zepsucia w każdym możliwym aspekcie. Była bandą pozbawionych moralności, chorych synów kurew i stręczycieli. Zbieraniną najgorszych z najgorszych, trzymaną krótko przez jeszcze gorszego.

Nudziarz westchnął ciężko.

To była jego prawdziwa rodzina. Prawdziwsza od tej, którą miał wcześniej, i prawdziwsza od tej, którą założył później. Najlepsza, jaką miał.

Do cholery.

— Nie tęsknisz za nimi ani za waszymi przygodami, tylko za młodością i emocjami, jakie wtedy przeżywałeś — warknął do siebie.

Tylko że wiedział aż za dobrze, że to też nie była prawda. Najbardziej tęsknił za widokiem Skórki i poczuciem bycia niemal nieśmiertelnym, gdy nad jego zdrowiem czuwał Czarny Mag.

Wszedł do niedużej chatki, którą kiedyś zbudował dla siebie i żony. Ile lat minęło od jej śmierci? Nie pamiętał. Tak samo jak nie potrafił już przywołać rysów jej twarzy. Była dobrą kobietą. Porządną. Dbała o niego i o dzieci, wybaczała zdrady, a jego brak problemu z piciem chwaliła na głos. Nie sięga po kieliszek jak inne chłopy, mawiała z dumą. Uśmiechnął się na to wspomnienie. Nigdy jej nie powiedział, że nie pił, bo nie mógł się spić. Nie po Sur Amar, gdzie grot włóczni przebił go na wylot, a Czarny Mag wymieniła mu połowę flaków.

Sur Amar.

Łzy zakręciły się w jego starych oczach. Jak tęsknił za tamtym miejscem. Za tym rajem na ziemi, zielonymi łąkami i cudownymi kobietami.

Gdyby mógł umrzeć i trafić tam jeszcze na jeden dzień.

Z zamyślenia wyrwało go pukanie. Zignorował je. Ktokolwiek pukał, odszedł.

Tak było lepiej.

***

19. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Krwawe Łąki, Laref

Poranek był chłodny, ale słońce już zaczynało rozgrzewać ziemię. Nudziarz wiedział, że nie będzie tu upałów jak na pustyni, jednak dla miejscowych dzień pewnie i tak okaże się ciężki.

Westchnął cicho.

Ostatnio coraz częściej wracał myślami do minionych lat. Wiedział, co to oznacza. Był już stary i zaczynał żyć przeszłością. Czas było zbierać się z tego łez padołu.

— Dzień dobry, dziadku! — zawołał radosny głos.

Nudziarz skrzywił się lekko, ale od razu zapanował nad twarzą.

— Jeszcze nie wiem, czy będzie dobry, ale oby był — odpowiedział, patrząc na zbliżającego się wnuka. — Kto ci oko podbił, dzieciaku?

Chłopak dotknął zapuchniętej części twarzy.

— A to ważne? Nieważne, dziadku. Ważne, jak ty się dziś czujesz. Wczoraj nie wyglądałeś najlepiej.

Prawie uwierzył, że gnojek się przejął.

— Nie jestem już ani taki młody, ani taki sprawny. Wspominanie przeszłości bywa miłe, ale przypomina ci o starym ciele, w którym jesteś uwięziony.

Wnuk pokiwał ze zrozumieniem.

— Bez babci musi ci być ciężko. Nie chcesz wprowadzić się do nas? Albo ja mógłbym się wprowadzić do ciebie i zadbać o twoje zdrowie. Rodzice się martwią. Szczególnie tata.

— Szczególnie on by się o mnie nie martwił, ale miło, że dla mnie kłamiesz.

Chłopak roześmiał się, zawstydzony.

Nudziarz przyjrzał mu się uważnie. Nie był ani ładny, ani brzydki. Ani szczególnie dobry, ani zły. Na pewno nie za mądry, choć też nie za głupi. Był taki jak on, dawno temu. Tylko piaskowe włosy po matce odróżniały ich od siebie. Oczy miał po ojcu, który miał je po nim. Oczy bezdennie głupiego poszukiwacza przygód, gotowego popełnić największy błąd, na jaki ten wiek pozwala.

— Mógłbyś mnie wreszcie nauczyć porządnie ostrzyć noże albo wyplatać sieci.

— Nie potrzebujesz ani tak ostrych noży, ani sieci. Te kałuże dookoła nie nadają się na porządne sieci i dobrze o tym wiesz.

— To może gotować. Cerować ubrania.

— To będzie ci robić żona. Uwierz mi, zrobi to lepiej od ciebie.

— To poopowiadałbyś mi historie ze swojej młodości.

— Ojciec mnie bił, a matka opatrywała. Co tu więcej mówić?

— Historie o czasach Kompanii bez Imienia? — podsunął niepewnie.

Nudziarz mógł mieć swoje lata, ale nie zdziadział na tyle, żeby nie trzymać jeszcze paru asów w rękawie. Nim wnuk zdążył mrugnąć, złapał go. Wykręcił mu rękę. Uderzył nim z całej siły o najbliższą ścianę. Potem bezceremonialnie rzucił chłopakiem o ziemię i przycisnął nogą jego klatkę piersiową, falującą od strachu i zaskoczenia.

To był dobry pokaz, choć kosztował go więcej, niż chciałby przyznać. Miał tylko nadzieję, że gdy złość minie, ból nie okaże się zbyt mocny, a stare mięśnie nie pękną na dobre.

— Ty cholerny, głupi gówniarzu! — warknął. — Myślisz, że jestem ślepy? Że nie widzę, jak zachłannie słuchasz? Nigdy, nigdy ich nie szukaj. Rozumiesz? Nigdy.

— Ale…

— Wynoś się stąd! — wrzasnął.

Drzwi trzasnęły.

Wiedział, że go poniosło, ale nie potrafił inaczej. Kochał chłopaka nad życie. Bardziej niż własnego syna. Przeceniał go, wiedział o tym, a mimo to nie był ślepy na realne możliwości idioty.

Nie przeżyłby miesiąca w Kompanii.

Nie po tym, jak Czarny Mag odeszła.


Chłopak oddalał się od chaty dziadka niechętnie. Wciąż był wystraszony wybuchem, a jeszcze bardziej tym, że pierwszy raz w życiu dziadek podniósł na niego rękę. Z każdym kolejnym krokiem strach zmieniał się jednak w irytację. A może w złość.

Rano pokłócił się z Lenym. Dupek był wielki, silny i skończony pajac, ale nie wiadomo czemu miał posłuch u innych. Zaczął gadać, że jego dziadek nigdy nie dostał żadnego zezwolenia i jest zwykłym dezerterem, albo w ogóle nigdy się nigdzie nie zaciągnął. Pewnie kradł gdzieś dalej, a jak się nakradł dość, to wrócił.

Same pierdoły.

Bronił dziadka, ale Leny okazał się silniejszy. Upokorzył go przy dziewczynach z wioski. Uciekając z podkulonym ogonem, nie myślał o nich. Myślał o reputacji dziadka i o Kompanii. Pobiegł do domu, opowiedział wszystko ojcu, licząc, że chociaż on stanie po stronie syna.

— Głupi jesteś. Dziadek nie potrzebuje twojej pomocy — warknął ojciec i wymierzył mu solidny cios w głowę.

Matka potem poprawiła mu. Wspaniale.

— Ooo! Toż to wnuczek tego głupiego dezertera! — krzyknął Leny, kiedy znów go dopadł.

— Leny, daj mu spokój — odezwała się cicho jedna z dziewczyn.

Lula była miła, choć niezbyt urodziwa. Była też łatwa do zakrzyczenia. Sam fakt, że się odezwała, już był zadziwiający.

— Cicho bądź, głupia — warknął Leny.

Lula umilkła.

— Daj jej spokój.

Chłopak zignorował zaczepkę o dziadka. Skoro cała jego głupia rodzina uważała, że nie ma po co się kłócić, to proszę bardzo. Nie będzie.

— Ooo! To teraz bronisz jej zamiast dziadunia? Pewnie też wiesz, że to głupi kłamca.

— Dziadek nie kłamie. Widziałem jego blizny.

— Oczywiście — przeciągnął Leny, a potem uśmiechnął się podło. — I pewnie dziadunio ma też papier, co? To dobrze. Przyda mu się, bo wiesz, kto przyjechał w nocy i rozbił obóz na pobliskich łąkach?

Chłopak zamarł, szeroko otwierając oczy.

— Dokładnie. Niebawem przyjdą werbować. Jak myślisz, co zrobią ze starym dezerterem? O ile chociaż tym jest.

— Nie odważysz się — warknął.

Nie wiedział kiedy, ale znów dostał po twarzy.

— Wiesz, że jeśli twój dziaduś kłamał, to go dziś zabiją?

— Dziadek nie kłamie — odpowiedział, gotując się na utratę zębów.

— Och, tak? A może…

Leny uniósł rękę.

— Opuść tę rękę na mojego wnuka jeszcze raz, synu, a wybiję ci wszystkie zęby, żebyś mógł mi lepiej obciągnąć.

Młodzież zamarła. Dziewczyny zaczerwieniły się ze wstydu. Leny zbladł ze złości.

Chłopak od razu rozpoznał głos dziadka.

— Ty stary…

Leny nie dokończył. Kamień rzucony zbyt celnie omal nie wybił mu oka.

— Połamałem twojemu ojcu łapy, gdy dobierał się do mojej córki. Głupota jest u was, jak widzę, rodzinna. Tatuś się nie chwalił, dzięki komu i z jakiego powodu nie może się teraz sam podpisać? Heh. Pewnie nie. Bo jeszcze musiałby przyznać, że jest analfabetą.

— Ty pieprzony…

Znów nie dokończył. Ktoś uderzył go tak celnie, że Leny runął na ziemię.

— Won, psie — odezwał się obcy głos.

Chłopak odwrócił się i spojrzał w pooraną bliznami twarz nieznajomego. Dreszcz przebiegł mu po plecach, lecz szybko zastąpiło go słodkie uczucie nadchodzącego triumfu.

— Jesteś z Kompanii? — wyrzucił z siebie.

— Leny! — pisnęła Lula, ale tamten jej nie słuchał.

Nieznajomy złapał chłopaka za fraki i jednym ruchem zmusił go do stanięcia na palcach.

— A jeśli jestem, to co z tego, ty obciągający kutasy wieśniaku?

Chłopak skrzywił się, ale nie skomentował. Nie był aż tak głupi, by nie wiedzieć, z kim nie ma żadnych szans.

— Bo mamy w wiosce kogoś, kto podaje się za waszego emerytowanego żołnierza.

Nieznajomy skrzywił się.

— Z Kompanii bez Imienia się nie odchodzi. Gdzie jest ten kłamliwy kurwi syn?

Wszyscy spojrzeli na staruszka. Wszyscy poza Lenim, który ochoczo wskazał go głową.

— Nie jestem kłamliwym synem kurwy, ty pierdolony pomiocie suki i byka — warknął Nudziarz.

— Och, tak? A jak niby…

— Nocz ash napu nes — powiedział Nudziarz w języku, którego niemal nikt już nie znał.

— Ty psie… — Obcy nie krył zdziwienia. Rozpoznał ulubione powiedzenie Dowódcy, choć słyszał je z jego ust tylko dwa razy. — Skąd niby…

— Napu nes lera nocz — odezwał się kobiecy, silny, choć cichy głos.

Wszyscy spojrzeli na kolejną obcą. Była wysoka, wyższa od części mężczyzn z wioski. Dobrze zbudowana, o ostrych rysach i spojrzeniu, które nie tolerowało sprzeciwu.

Nudziarz westchnął.

Była doskonała. Dokładnie taka, jak ją zapamiętał. Nic się w niej nie postarzało.

— Witaj, Skórko — powiedział, ledwie wyduszając słowa przez ściśnięte wzruszeniem gardło. — Pewnie nie pamiętasz…

— Nudziarz — odpowiedziała spokojnie. — Jedyny, któremu osobiście podpisaliśmy z Dowódcą dokumenty zwalniające ze służby.

— Tak — szepnął. Łzy spłynęły mu po policzkach. — To ja. Nic się nie zmieniłaś.

Uniósła brew.

— Ty też nie.

Odwróciła się, jakby miała odejść, ale przystanęła. Odchyliła głowę i spojrzała na niego kątem oka.

— Miałeś dobre życie?

Nie ufał już własnemu głosowi. Skinął tylko.

Uśmiechnęła się minimalnie, ledwie unosząc lewy kącik ust. Nic więcej.

Nudziarz pomachał jej, nie dbając o cichy szloch, który wyrwał mu się z gardła. Nie spytała, czy żałował. Dobrze. On też nie chciał znać odpowiedzi. Nie teraz.

— No, no, no — odezwał się cicho żołnierz, puszczając Lenego. — Legenda Kompanii. Sam Nudziarz.

Wyprostował się i zasalutował starcowi. Nudziarz odpowiedział tym samym. Potem obaj wykonali gest dłoni, pozdrowienie, którego nikt spoza Kompanii nie znał.

Nieznajomy uśmiechnął się.

— Szrama.

— Nudziarz.

— Wiem — zaśmiał się Szrama i ruszył w kierunku, w którym odeszła Skórka.

Chłopak patrzył to na dziadka, to na obcych. Wierzył w historie, ale czasem wątpliwości wracały. Teraz zrobiło mu się wstyd. Chciał to powiedzieć na głos, lecz zauważył, że dziadek zniknął. Chwilę później oberwał od Lenego. Nawet tego specjalnie nie poczuł.

Kompania bez Imienia była w okolicy. Werbowała.

Dziadek mówił prawdę.


Skórka weszła do namiotu Dowódcy. Jak zwykle pochylał się nad stertą dokumentów, których nigdy nie ubywało. Stanęła po jego prawej stronie i nie odezwała się ani słowem. Czekała, patrząc na poły namiotu.

— Ktoś ciekawy? — spytał po dłuższej chwili, odkładając papiery i pocierając zmęczone oczy.

Wzruszyła ramionami.

— Ktokolwiek, kogo da się zwerbować?

Skrzywiła się. Dowódca spojrzał wreszcie na nią i skinął, żeby usiadła.

— A jednak coś ciekawego udało ci się znaleźć.

Nie pytał. Prawie nigdy nie pytał. Stwierdził fakt, a ona przytaknęła.

Gdy spojrzał wyczekująco, powiedziała:

— Spotkałam Nudziarza.

Dowódca skinął głową, po czym wrócił wzrokiem do dokumentów. Nagle znów spojrzał na Skórkę, jakby dopiero coś sobie przypomniał.

— Postarzał się.

— Mocno.

— Szkoda.

— Był dobrym żołnierzem. Niezbyt bystrym ani szybkim, ale dobrym w swym byciu przewidywalnym.

— Tak — zgodził się. — Poza nim?

— Jego wnuk.

Uniósł brew.

— Taki sam jak dziadek, gdy był młody.

Dowódca sięgnął po kolejny dokument.

— Szkoda. Bez Czarnego Maga raczej nie pożyje długo.

Skórka przytaknęła. Wyciągnęła z pochwy ulubiony nóż i zaczęła czyścić nim paznokcie.

***

20. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Krwawe Łąki, Laref

Nudziarz cały dzień nie wychodził z chaty. Pozwolił sobie pogrążyć się we wspomnieniach i choć na chwilę zapomnieć o prozie codzienności. Przypomniał sobie nie tylko przygody, ale też tygodnie leżenia w błocie, brodzenia przez bagna i skwierczenia pod ostrym słońcem pustyni. Przypomniał sobie strach, gdy Czarny Mag stawała się nieobliczalna i szukała ofiar do swoich eksperymentów. Oglądał swoje blizny, te, o których wiedziała tylko żona. Choćby tę przy lewym jądrze, pamiątkę po pijawce wielkości jego ramienia. Przypomniał sobie głód. Zimno. Wieczny katar. Smród niemytych ciał. Wreszcie sięgnął pamięcią do chwil, do których nigdy nie przyznałby się przed rodziną. Do dnia, gdy po raz pierwszy wziął kobietę siłą, a potem poderżnął jej gardło, bo wiedział, że to i tak lepszy los niż spalenie żywcem za utratę czystości. Do dnia, gdy zmiażdżył dziecku główkę, bo nie mógł już znieść jego wrzasków.

Krzyki kapłanów ze spalonej świątyni.

Pisk zarzynanej uzdrowicielki, która nie chciała wskazać drogi do wioski.

Puste oczy dziewczyny, którą gwałcili tak długo, aż skonała im na rękach.

— Tato! — krzyk wyrwał go z zamyślenia.

Nudziarz zadrżał, przygnieciony ciężarem własnych grzechów. Właśnie dlatego odszedł z Kompanii. Nie z powodu okrucieństwa innych. Z powodu własnego. Nie był od nich lepszy. Zaczynał to lubić. Wiedział, że pewnego dnia zatraci się w tym całkowicie. Nawet teraz, gdy wspominał, jakaś jego część śmiała się bez pamięci.

— Tato! — drugi krzyk zmusił go do rozejrzenia się po sieni.

Ranne światło… Był już ranek.

Spróbował się ruszyć. Zesztywniałe kończyny nie chciały współpracować.

— Wejdź! — odkrzyknął.

Za drzwiami stała synowa. Wpadła do środka, jakby dom się palił. Nie musiał pytać.

— Nie ma go! Nigdzie go nie ma!

Skrzywił się na jej oskarżycielski ton.

— Nie krzycz.

— Wiesz, gdzie poszedł, i to twoja wina! Nagadałeś mu głupot! To przez ciebie zniknął i…

— Milcz! — wrzasnął i uderzył pięścią w stół.

Umilkła.

Przez chwilę nie kłóciła się ze starcem. Kłóciła się z żołnierzem, którym dawniej był. Zadrżała. Przypomniała sobie słowa męża, który zawsze ostrzegał ją przed denerwowaniem teścia. Śmiała się z tego, bo przecież był taki spokojny. Teraz zrozumiała.

— Nie rycz — warknął z odrazą.

Płakała. Nawet nie była tego świadoma. Otarła łzy i spojrzała na niego niepewnie.

— Jest dorosły. Jeśli złożył przysięgę, to i tak nic już nie zrobisz. Co na to mój syn?

Zacisnęła usta.

— No więc widzisz, że jesteś jedyną, która tego nie szanuje — ciągnął, wciąż zły. — Przestań być nierozsądną. Musiał kiedyś wyrwać się spod twoich skrzydeł.

— Nie mów tak do mnie — odpowiedziała cicho, zaciskając pięści. — To twoja wina. Idź i sprowadź go z powrotem.

Pokręcił głową, ale po chwili ruszył z miejsca, zmuszając stare ciało do posłuszeństwa. Kiedy mijał ją przy drzwiach, spytała z nadzieją:

— Idziesz po niego?

— Nie — odpowiedział. — Idę wykopać dla niego grób, żebyśmy mogli go symbolicznie pożegnać.

— On jeszcze żyje! — wrzasnęła.

— Ale i tak już nie wróci.

Kolana ugięły się pod nią. Zwyczaj był jasny, wiedziała o tym. Nie zgadzała się. Nie potrafiła.

To był jej syn.


Dowódca wyszedł z namiotu i spojrzał na trzech młodych chłopaków ustawionych przed nim. Uniósł brew, ale nie powiedział nic. Skórka miała rację. Żaden z nich nie był dość dobry. Patrzyli na niego z przerażeniem. Minął ich bez słowa i zatrzymał się przy czwartym. Ten patrzył na niego z fascynacją.

Wnuk Nudziarza.

Nikt nie musiał mu tego mówić. To spojrzenie pełne uwielbienia było u nich, jak widać, dziedziczne.

Szrama dał znak. Wszyscy kolejno wypowiedzieli proste słowa przysięgi. Dowódca odebrał je w milczeniu. Na koniec zasalutował im wszystkim i wrócił do namiotu. Nie było potrzeby tracić na nich czasu. Jeśli choć jeden przeżyje dłużej niż sto dni, pozwoli sobie poczuć się zaskoczonym.

— Nie sądzę, żebyśmy znaleźli kogoś lepszego w tej okolicy — powiedziała Skórka, stając u jego boku.

— Ja też nie, ale nie po to pierwotnie tu przyszliśmy — odparł, biorąc do ręki pierwszy dokument.

Przytaknęła. Werbowanie było tylko dodatkiem. Celem było znalezienie kogoś, kto zna się na leczeniu. Bez Czarnego Maga śmiertelność w Kompanii wzrosła drastycznie.

— Ostatni nie był taki zły — zauważyła.

Dowódca przytaknął.

Ich ostatni medyk był dobry. Szkoda, że miał swoje lata i nie wytrzymał podróży przez bagna.

— Walczył do samego końca — powiedział po chwili. — Nie widziałem, żeby człowiek tak długo przeżył po zarażeniu krwawą gorączką.

— Mam nadzieję, że następny będzie równie dobry albo jeszcze lepszy — odparła. — Przydałby się nam mag.

— Atole nikogo nam nie przyślą z oczywistych względów.

Skórka uśmiechnęła się na wspomnienie ich ostatniej wizyty w stolicy magów. Tak, Atole nie pomogą. Tego mogli być pewni. Magowie trafiali się jednak też poza Atolami.

— Jeśli szczęście dopisze…

Urwała.

Dowódca uśmiechnął się pod nosem. Nigdy nie zostawiał niczego szczęściu. Nigdy. Ona wiedziała. Ktoś poprosił o wejście. Posłaniec z pilną wiadomością. Dostał zgodę, wszedł, podał kopertę i natychmiast wyszedł, właściwie uciekł.

Dowódca otworzył list, przeczytał go uważnie i odłożył na blat.

— Na pobliskich bagnach jest znachor. Jeśli nie on, to w Spokojnym Mieście jest podobno młody mag szukający pracy.

— Kto? — spytała Skórka, wsuwając nóż do pochwy.

Nie pytała o tożsamość maga. Pytała o informatora. Imię, które usłyszała, uspokoiło ją.

— Kiedy ruszamy?

— Jutro rano. Przekaż Szramie.

Skinęła głową i wyszła.


Szrama podszedł do Skórki, czekając na rozkazy. Patrzyła przed siebie dłuższą chwilę, po czym powiedziała:

— Jutro rano.

Skinął głową i odszedł. Więcej informacji nie potrzebował.

Skórka prawie się uśmiechnęła. Może nie mieli Czarnego Maga, ale weterani wiedzieli, czego się od nich oczekuje. Przeszli swoje, a brak poczucia nieśmiertelności potrafił zdziałać cuda.

— Czy ja, kurwa, mówię niewyraźnie?! Jak trzymasz ten pieprzony miecz?! To kurwa nie cep, ty pierdolona ofiaro!

A więc już zaczęli trening. Dziś prowadził go Wrzask. Szrama dobrze wybrał. Wrzask dużo wrzeszczał, ale mało bił, a bez kogoś od składania kości było to ważne.

— Ty! Marzyciel! Na kogo się, kurwa, gapisz?!

Skórka spojrzała na chłopaka czerwonego ze wstydu. Wnuk Nudziarza. No tak.

— Przepraszam — bąknął.

— Nie przepraszaj, tylko machaj tym pierdolonym kawałkiem drewna. Marzyciel w dupę jebany.

Marzyciel, powtórzyła w myślach Skórka. Pasowało.

— Co się, psie, mówi?!

— Tak jest!

— No właśnie, śmieciu jeden! A teraz bierz do ręki broń i kurwa zapierdalaj z machaniem! Mięśnie ci się z dupy nie pojawią, no chyba że dupą chcesz tu zapracować na żarcie, jebany nierobie! Tu mamusia nie poda ci nic pod mordę, nie otrze łezki, jak sobie kurwa łapę od machania łyżką nadwyrężysz! Tu nie…

— Szrama! — krzyknął Łamkości. — Jakaś niedojebana panienka chce się jeszcze zapisać!

— Nie jestem… — zaczął chłopak, ten sam, który wcześniej bił Marzyciela.

Skórka uśmiechnęła się pod nosem. Stał z udawaną pewnością siebie. Kilka sekund później już nie stał. Leżał. Złamany nos i niedowierzanie na twarzy.

— Czy ja cię pytałem o zdanie? — warknął Łamkości, masując prawą dłoń.

Dobrze, że gnojek miał twardy łeb. Inaczej odesłaliby go do domu ze wstrząśnieniem mózgu. Albo jutro ktoś znalazłby go w rowie.

Szrama podszedł do przyszłego rekruta. Zadał cicho pytanie. Odpowiedź mu się nie spodobała. Kopniak skorygował złe podejście chłopaka. Jeszcze jedno pytanie. Potem Łamkości zawlókł go na plac. Szrama z wyraźnym niezadowoleniem podszedł do Skórki.

— Jeszcze jeden do przysięgi.

— Niech czeka. Dowódca jest zajęty.

Szrama przytaknął, po czym powiedział bardziej do siebie:

— Przychodzą tu zwabieni naszą legendą. Wierzą, że będą rycerzami w lśniących zbrojach. Nie mają pojęcia, na czym polega żołnierskie życie. Kilka tygodni to najmniej, ile potrzebują, żeby nauczyć się czegokolwiek użytecznego.

— Każ pilnować obozu. Z Kompanii się nie odchodzi.

Zrozumiał.

Rano na placu ćwiczeń stawiła się tylko dwójka rekrutów.

Reszta skończyła z poderżniętymi gardłami i znakami dezercji wyciętymi na czołach.

Nowe Rozkazy

21. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Masuay, Flalea

Mokry miał dość własnego życia. Był zmęczony, obolały i powoli zaczynał wierzyć, że gorzej być już nie może.

— Co ty, kurwa, taki przybity? — spytał przechodzący obok Prawa Ręka.

— Życie mi obrzydło — odpowiedział Mokry niechętnie.

— To siedź z dupą w namiocie i nie obrzydzaj go innym — warknął tamten, idąc dalej.

Drużyna była jak jedna, wielka, wspaniała, wyrozumiała rodzina. Gdyby Mokry wiedział o tym wcześniej, nigdy nie uciekłby z domu po to, żeby zaciągnąć się do Kompanii. Jego prawdziwa rodzina liczyła przynajmniej tylko osiem worków pełnych gówna, a tutaj miał ich aż trzydzieści sześć — i to on za nich wszystkich odpowiadał.

— Mokry, Prawa Ręka znowu przypierdala się do nowych — powiedział Pyskaty, przysiadając obok Mokrego.

— Czemu miałoby mnie to obchodzić? — spytał tamten obojętnym tonem.

— Bo ty dowodzisz?

— Nie widzę związku.

— Co ty taki nie w sosie?

Mokry spojrzał na towarzysza broni siedzącego obok i odpowiedział całkowicie szczerze:

— Tak sobie myślę, że jak mnie Dowódca oddelegował do dowodzenia wami, to trzeba było tego dnia ze sobą skończyć, a nie się zgadzać.

— Zaczynam wierzyć, że się rano potknąłeś, dupą usiadłeś na pochwę od noża i ci się spodobało, więc teraz przeżywasz jakiś wewnętrzny kryzys.

— Ja zaczynam wierzyć, że masz obsesję na temat wsadzania wszystkiego wszystkim do dupy. Następnym razem powiem Dowódcy, żeby cię oddelegował do Ciepłego. On ci z tym raz na zawsze pomoże.

Pyskaty uśmiechnął się wrednie i pokręcił głową.

— Nie jestem w jego typie, ale dzięki za troskę.

— Ja się, kurwa, nie troszczę o żadnego z was.

— Jasne, jasne. Co z nowym w takim razie?

— Powiedz Prawemu Ręce, żeby się od nich odjebał.

Żołnierz skinął głową, wstał i odszedł przekazać wiadomość. Mokry westchnął ciężko. Naprawdę, ten dzień nie mógł być już gorszy…

— Ptak! — usłyszał nagle ryk Echa.

— No i chuj — syknął sam do siebie. — Jednak zawsze może być gorzej.

Wstał z zajmowanego do tej pory kawałka drewna, otrzepał spodnie i ruszył w stronę swojego namiotu. Przed wejściem czekał niewielki ptak z maleńkim plecaczkiem przytroczonym do pleców. Mokry nie wiedział, ile prawdy było w pogłoskach na temat zwierzęcia, ale wolał nie ryzykować. Grzecznie mu się pokłonił, po czym kulturalnie uchylił połę namiotu, wpuszczając posłańca przodem. Było w tym coś uwłaczającego, przynajmniej w jego mniemaniu, ale nie zamierzał się nad tym rozwodzić. Miał ważniejsze sprawy na głowie niż ciągłe uświadamianie sobie, jak niewiele znaczy w tym wielkim świecie i że w hierarchii stoi niżej niż zasrany, skrzydlaty drań.


Ślepy poprawił opaskę zasłaniającą pusty oczodół i spojrzał na Ślada z rozbawieniem.

— Równie dobrze możesz kazać Echo się tym zająć i liczyć, że naprawdę to zrobi.

— Twój wkład w tę sprawę jest nieoceniony. Pierdol się.

— Echo! — ryknął Ślepy.

— No?!

— Ślad chce, żebyś przyprowadził do nas Liczydło.

— Liczydło! — powtórzył Echo i gdzieś sobie poszedł.

— Koń go kopnął w łeb czy co? — spytał zirytowany Ślad. — On naprawdę umie tylko wszystko powtarzać i nic poza tym. Zastanawiam się, czemu my go tu w ogóle tolerujemy.

— Dobrze walczy — odpowiedział po chwili namysłu Ślepy.

— Jak każdy z nas.

— Lepiej od większości z nas.

— Szczegół. Czemu niby jeszcze?

— Bo jak coś się dzieje, nie traci głowy i robi, co ma robić.

— Jak my wszyscy.

— Jak tylko niektórzy z nas.

— Dalej. Coś poza tym?

— Całkiem nieźle gotuje.

— Każdy umie wrzucić żarcie do garnka.

— No nie ty.

Ślad rzucił Ślepemu mordercze spojrzenie.

— Coś jeszcze?

— Mam mówić o tobie czy dalej o Echo?

— O Echo.

— Umie nieźle opatrywać.

Ślad zmarszczył brwi, po czym oznajmił:

— Muszę się wreszcie nauczyć to robić i wtedy będę mógł mu z czystym sumieniem poderżnąć gardło.

Ślepy nie znalazł na to mądrej odpowiedzi. Pokiwał głową z udawanym zrozumieniem i wrócił do obierania warzyw.

— Kogo chcecie zabić?

Podniósł głowę i spojrzał ze zdziwieniem na Liczydło.

— A co ty tu robisz?

— Echo powiedział, że mam do was iść.

Ze Śladem wymienili spojrzenia pełne niedowierzania.

— Echo? — upewnił się Ślad.

— No.

— Ten Echo? — dopytał Ślepy.

— Innego na szczęście nie znam. A co?

Ślepy parsknął cicho śmiechem. Ślad zaklął siarczyście.

— Czyli on jednak nie jest przygłupi i potrafi wykonać polecenie, zamiast je tylko powtórzyć. Tym więcej powodów, żeby poderżnąć mu gardło.

— No ale tylko on na razie umie…

— Nie kończ — uciął Ślad. — Bo ciebie też dopiszę do mojej czarnej listy.

Liczydło wzruszył ramionami.

— To czego ode mnie chcieliście?

— Chodzi o nowy namiot…

— Nie. Zacerujcie, co się da, albo kupcie sobie sami. Wiecie, jak sprawy stoją, więc nie wiem, po co w ogóle pytacie.

— Uznaliśmy, że dziś jest dzień cudów i warto spróbować. Skoro nawet Echo okazał się choć odrobinę pożyteczny…

— Jasne — przerwał mu Liczydło. — W sumie nic mnie to nie obchodzi, więc nie musisz się wysilać z dalszą częścią wywodów.

Odwrócił się na pięcie i odszedł. Ślepy zagwizdał cicho.

— Nie żebym nie mówił, ale…

— Zamknij się — odpowiedział mu zmęczonym głosem Ślad.

Naprawdę potrzebował nowego namiotu.


Mokry uważnie przeczytał wiadomość przyniesioną przez ptaka, po czym od razu na nią odpowiedział. Starannie złożył kartkę, by zmieściła się do plecaczka posłańca.

— Czy mogę umieścić to w twoim… plecaku? — spytał grzecznie.

Ptak przekrzywił łepek, po czym łaskawie obrócił się bokiem. Mokry wsunął zwitek i zawiązał rzemień.

— Dziękuję.

Ptak skinął energicznie głową i bez zwłoki ruszył ku wyjściu. Mokry pośpieszył uchylić mu połę namiotu.

Dobrze, że nie miał normalnej rodziny. Już widział te rozczarowane miny żony i dzieci, gdyby przyznał się, że on — żołnierz Kompanii, człowiek z krwią na rękach — bał się cholernego ptaszka. I to wcale nie była metafora.


Liczydło szedł właśnie do namiotu Mokrego, gdy minął maszerującego ptaka. Zszedł mu z drogi i przezornie życzył miłego dnia. Mógłby przysiąc, że to małe draństwo go wyśmiało, ale ostatecznie skinęło łaskawie główką, jakby odpowiadało: „wzajemnie”.

— Moje życie to żart — mruknął, ruszając dalej.

Słyszał plotki. Wolał ich nie sprawdzać, choć czuł się jak skończony kretyn, okazując więcej szacunku pierzastemu gównu niż własnym towarzyszom broni.

— E! Liczydło! Bo mam sprawę do ciebie! — krzyknął Mokasyn.

— Na szczęście dla mnie chuj mnie ona obchodzi! — odkrzyknął, nie zwalniając kroku.

No i tak sobie tu żyjemy, pomyślał, patrząc w błękitne niebo.


Pyskaty spojrzał na Echo i wzruszył ramionami.

— Ja tam nie wiem, ale na twoim miejscu bym uważał.

— Uważał — powtórzył Echo zamyślony.

— On naprawdę się na ciebie szykuje. Wie, że Mokry się wkurwi, ale co zrobi? Zabije go za zabicie ciebie? To nas osłabi, a ciebie i tak już nie wskrzesi.

— Wskrzesimy — powtórzył Echo.

— Wiesz, że jak tak robisz, to wydajesz się niedorozwinięty?

Echo urwał, spojrzał z irytacją na Pyskatego.

— Na razie tylko ja umiem nastawić złamaną kość i dobrze oczyścić, a potem zszyć ranę. Nie ruszy mnie.

— Jeszcze — mruknął Pyskaty, zerkając w stronę Ślada. — To się może szybko zmienić.

— Mokry by się wściekł.

— I właśnie o tym mówię. Ty mnie w ogóle słuchałeś?

— Niezbyt — przyznał Echo. — Patrzyłem na ptaka.

— Ptaka? Jakiego, kurwa…

Urwał, gdy zrozumiał.

Liczydło właśnie wchodził do namiotu Mokrego.

— O jasna pizda — szepnął.

— Chyba szef sobie o nas przypomniał — stwierdził Echo.

— Stul mordę i nie zapeszaj — syknął Pyskaty.

Kilka godzin później Mokry oznajmił krótko, że ruszają w stronę drużyny Dowódcy.

Nikt nie był zadowolony.

Nikt też nie był dość głupi, żeby powiedzieć to na głos.

Dziennik: ptaki

Poświęcone obserwacji miesiące, a właściwie już lata, przynoszą wreszcie efekty. Udało się potwierdzić, że Czarnego Maga nie ma w tej parszywej kompanii najemników. Od lat. Oficjalnie Dowódca podtrzymuje wersję, że jest na urlopie, jednak nic nie wskazuje na to, aby z tego urlopu miała kiedykolwiek wrócić. Iluzję jej ciągłego wsparcia mają zapewnić kursujące dniem i nocą ptaki przenoszące rozkazy. Jest ich wiele, jednak to tylko ptaki. Dzięki nim Dowódca wie, co się dzieje w poszczególnych oddziałach i jest w stanie kontrolować nie tylko gdzie są jego żołnierze, ale też w jakim są stanie. Muszę przyznać, iż to proste rozwiązanie zrobiło na mnie wrażenie. Nie tylko ma ono wymiar czysto praktyczny, ale też propagandowy, bowiem wiele osób — w tym samych żołnierzy kompanii — wierzy, że są to nie tylko bezmyślne zwierzęta, ale same awatary Czarnego Maga bądź, w najlepszym wypadku, jej własne chowańce.

Trudno mi uwierzyć w te brednie, jednak moje plany nie pozostawiają miejsca na żadne błędy, więc w najbliższym czasie planuję osobiście zająć się tą kwestią i sprawdzić, czy faktycznie jest w nich coś magicznego. Do tego czasu ograniczę się jednak do faktów.

Mimo licznych prób nie udało mi się ustalić, jak licznym stadem dysponuje Dowódca. Nie umiem też powiedzieć, kto zajmuje się ich szkoleniem, więc dopuszczam możliwość, że w grę wchodzi jednak jakaś forma magii. Kompania werbuje, kogo się da i gdzie się da. Na ten moment nie udało mi się potwierdzić, aby nawiązali lub przymusili do współpracy innych magów, ale wśród zaprzysiężonych leczących jest kilku, których można w przypływie dobrego nastroju nazwać szamanami. Ich moc jest słaba, jednak obecna i wyczuwalna. Echo dwóch z nich daje mi podstawy, by przypuszczać, że byliby w stanie w jakiś sposób narzucić pochwyconym ptakom swoją wolę. Na pewno nie jest to złożona forma kontroli, ale być może chodzi o wpojenie potrzeby przemieszczania się od jednego obiektu do drugiego. Ten rodzaj zaklęcia nie jest trudny i mógłby zostać opanowany nawet przez kogoś ich pokroju, jeśli urodzili się z odrobiną prawdziwej mocy.

To wyjaśniałoby, jak ptaki zawsze odnajdują właściwą drogę. Mogę jedynie domniemywać, że Dowódca i dowodzący drużynami mogą być w posiadaniu artefaktów przyciągających zaklęte zwierzęta. Do czasu pochwycenia jednego z nich nie jestem jednak w stanie zweryfikować swojej hipotezy.

Kolejną kwestią do sprawdzenia będzie możliwość ich zabicia. Doniesiono mi, że są one podobno nieśmiertelne, jak sama Czarny Mag. Nie wierzę w to ani trochę. Ani w ich nieśmiertelność, ani w jej. Potrzeba udowodnienia tego sprawia, że staję się niecierpliwy.

Spokój. Muszę zachować spokój i rozwagę. Na tym etapie nie mogę sobie pozwolić na jakiekolwiek błędy.

Miłość w Kompanii

22. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Bakair, Polopia

Było już dość późno. Wszyscy powoli szykowali się do snu, poza kilkoma pechowcami pełniącymi tego dnia wartę. W obozie panował spokój, a ciche rozmowy powoli dobiegały końca.

— Będzie padać — powiedział nagle Wrażliwy, patrząc w niebo.

— Kurwa, zawsze, kiedy ja mam akurat wartę — warknął wściekły Głodny.

— Matka zawsze mówiła, że jeśli kogoś dopada pech, to znaczy, że zrobił w życiu coś złego i teraz świat domaga się zadośćuczynienia — włączył się do rozmowy Wierzący.

— Wierzący, ja nie wiem, jak mam ci to powiedzieć, żeby ci tego twojego jebanego serduszka nie zmiażdżyć, ale jesteśmy z Kompanii. My robimy praktycznie same złe rzeczy. Jakby to, co mówiła twoja matulka, było prawdą, to byśmy wszyscy byli największą bandą pechowców — oznajmił z irytacją Głodny.

— Wiem — odpowiedział Wierzący spokojnie. — To kolejny dowód na to, że bogowie nie istnieją. Gdyby istnieli, Dowódca już dawno utraciłby przywilej oddychania, a Czarny Mag nigdy nie postawiłaby nogi na tym świecie.

— Może — odpowiedział Wrażliwy, ale po chwili dodał: — Albo te sukinsyny są tak potężne, że nawet bogowie się ich boją.

— To…

— Nie macie co, kurwa, robić w wolnym czasie? — usłyszeli nagle za sobą głos, którego usłyszeć nie chcieli.

— Mamy — odpowiedział pośpiesznie Głodny. — Możesz iść spać, Ciepły. Nie obudzimy cię.

— Nie idę jeszcze spać — odpowiedział tamten z szerokim uśmiechem na ustach.

Nie czekając, aż ktoś mu coś na to odpowie, wielki, potężny w barach mężczyzna ruszył do swojego namiotu.

— Kto tym razem jest szczęśliwcem? — spytał cicho Wrażliwy.

— Ten nowy blondyn — rzucił ktoś szeptem.

— Biedny dzieciak.

— Mów tak dalej, a zajmiesz jego miejsce — warknął Głodny.

Nikt już się nie odezwał. Wszyscy pośpiesznie rozeszli się do swoich namiotów. Wiedzieli, że jeśli szybko nie usną, później mogą mieć z tym poważny problem.

***

23. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Bakair, Polopia

Ciepły wyszedł ze swojego namiotu jak nowo narodzony. Z zadowoleniem poszedł się obmyć w pobliskim strumyku. Od razu było widać, że humor mu dopisuje. Przynajmniej jemu.

— Myślałem, że deszcz trochę to zagłuszy — powiedział cicho Wrażliwy.

— Ty przynajmniej mogłeś wsadzić łeb do własnej dupy w swoim namiocie. Ja musiałem co chwila mijać jego namiot na obchodzie — syknął Głodny, upewniając się, że Ciepły ich nie usłyszy.

— Przynajmniej dzisiaj nie będzie się do nas przypierdalał… — do rozmowy wtrącił się Wierzący. — No, chyba że go Oczko zaraz czymś wkurwi.

— Ciebie zaraz wkurwię, chuju niemyty — powiedział zmęczonym głosem mijający ich Oczko.

Nastał stosunkowo ładny dzień. Słońce świeciło, niebo było błękitne, wiatr zelżał, a powietrze rześkie. Żeby jeszcze tylko wszystko szybko wyschło, a to cholerne błoto, otaczające ich z każdej strony, zniknęło, wszyscy byliby całkiem szczęśliwi.

Ciepły wrócił znad strumienia i, pogwizdując cicho, podszedł do Oczka.

— Ładny dzień, co?

— Skoro do mnie podchodzisz, to mniemam, że chłopak żyje.

— Żył, jak wychodziłem, i raczej nie wyglądał mi na takiego, którego życie miałoby się lada moment skończyć.

— To ciekawe. Wzięło cię wczoraj na czułe ruchanie czy co?

— Oczko — powiedział Głodny, podchodząc do leczącego, przyjacielsko zarzucając mu rękę na ramię, a potem przykładając nóż do policzka — stul, kutasie, mordę.

— Jak mnie potniesz, to następnym razem zostawię cię na pewną śmierć, niemyty chuju.

— Widzę, moje panienki, że obóz wypełnia sama miłość. Załatwcie to między sobą, ale najpierw, Oczko, opatrz mi mojego nowego misia do przytulania — rozkazał Ciepły, prostując się i splatając potężne ramiona na piersi.

To było jedyne ostrzeżenie, na jakie ktokolwiek mógł kiedykolwiek liczyć ze strony Ciepłego. Obaj żołnierze przytaknęli odruchowo, natychmiast się od siebie odsuwając. Oczko ruszył w kierunku namiotu Ciepłego. Głodny przyglądał mu się przez chwilę, po czym spojrzał na dowodzącego ich drużyną i spytał:

— Myślałeś, żeby ich zacząć kneblować?

— Nie — odpowiedział tamten szczerze.

— A pomyślisz o tym dla dobra wszystkich pozostałych?

— Nie. Sram na wasze dobro.

Innej odpowiedzi się nie spodziewał. To była Kompania. Tu nikt nie dbał o innych, dopóki nie stali razem na polu bitwy, a już na pewno nie przejmował się czyimkolwiek komfortem.

— Warto było spytać — powiedział Głodny, ruszając po swoje śniadanie.

Zje i prześpi się choć chwilę. Przynajmniej nie będzie musiał wysłuchiwać do poduszki tego całego darcia się i błagania. Po plecach przeszedł mu nieprzyjemny dreszcz na myśl o tym, co robi Ciepły z młodymi chłopakami w swoim namiocie. Sprzątał ciała kilku z nich. Wolał skończyć z poderżniętym gardłem niż z dupą w takim stanie.

— Polubiłem go nawet, wiesz? — powiedział nagle Ciepły.

— Nie chcę tego wiedzieć.

— Myślę, że go sobie zostawię na dłużej.

Głodny zatrzymał się natychmiast, po czym spojrzał z niedowierzaniem na Ciepłego.

— Poważnie?

— Wie, co robi.

— To czemu się tak darł jak pojebany? Myślałem, że już po nim.

— Myślałem, że nie chcesz znać szczegółów.

Głodny skrzywił się wymownie, po czym machnął ręką i odszedł. Naprawdę nie chciał znać tych szczegółów.


Oczko wszedł do namiotu Ciepłego, po czym spojrzał na leżącego na brzuchu, nagiego chłopaka.

— Bardzo źle? — spytał, podchodząc do niego i rozchylając mu pośladki.

— Bywało gorzej — odpowiedział tamten głosem napiętym od bólu.

— Bywało gorzej czy mogłoby być gorzej.

— Bywało…

Oczko nie planował dopytywać. Każdy w Kompanii miał swoją przeszłość. Inni nie byli od jej oceniania.

— Opatrzę cię i zrobię, co mogę. Wiesz, co sam masz z tym robić, prawda?

— Wiem.

— I tak ci z tym nie ufam. Jak skończę, to i tak, dla pewności, wszystko ci powiem. Nie wiem, jaki cię wcześniej konował składał — odpowiedział, biorąc się do roboty.

Chłopak nie skomentował tego w żaden sposób. Zamiast tego cierpliwie wykonywał wszystkie polecenia i starał się nie wydawać przy tym żadnych dźwięków. Wiele o Oczku można było powiedzieć, ale na pewno nie to, że był delikatny i cierpliwy, więc zachowanie pacjenta budziło nawet w nim odrobinę szacunku.

Gdy skończył, tak jak obiecał, wyjaśnił dla pewności wszystko jeszcze raz. Tamten wysłuchał go uważnie i powtórzył po nim najważniejsze informacje. Leczący uśmiechnął się pod nosem, po czym spytał:

— Ty tu tak na dłużej?

— A mam opcję wypisania się z tego układu?

— Każdy ma — stwierdził Oczko, dając jasno do zrozumienia, że mówi o samobójstwie.

— Podziękuję — odpowiedział zdecydowanie tamten.

— Powiedziałbym, że wybierasz chujowe życie, ale daruję sobie ten żart.

— Wciąż lepsze niż do tej pory.

Oczko uniósł lekko brwi. To była jego jedyna reakcja na to zapewnienie. Może wysiliłby się na coś więcej, gdyby choć odrobinę go to obchodziło, ale w gruncie rzeczy akurat to nie obchodziło go wcale. Interesowało go za to coś innego.

— Planujesz szybko umrzeć?

— Co? Nie. Niby dlaczego… — oburzył się, ale Oczko nie dał sobie tak łatwo wejść w słowo.

— A być miłym dla Ciepłego?

Chłopak nie odpowiedział od razu. Wyraźnie wolał się nad tym pytaniem dobrze zastanowić. Po chwili ciszy, z pełną determinacją, oznajmił:

— Tak. Nie dam się tak łatwo zastąpić.

— Mimo tego? — spytał Oczko, kiwnięciem głowy wskazując na tyłek pacjenta.

— Dopilnuję, żeby więcej się to tak nie skończyło.

— Jak?

— Kurwy mają swoje sposoby.

Oczko roześmiał się, słysząc to zapewnienie. Poklepał chłopaka po ramieniu, po czym powiedział tylko:

— Powiem Ciepłemu, żeby się na kilka dni od ciebie odpierdolił. Uważaj na siebie, Kochanie.

— Nie lubię…

— To polub, bo to twoje nowe imię — oznajmił dobitnie Oczko, wychodząc z namiotu.

Kochanie nie protestował. Pierwsze, czego się o leczącym dowiedział, to że sukinsyn zabił tyle samo osób w drużynie, ile uratował. Na ten moment zaliczał się do grona szczęśliwców i zamierzał zrobić wszystko, żeby tak pozostało.


Ciepły właśnie kończył jeść śniadanie, gdy dosiadł się do niego Oczko.

— Poskładałem, co się dało, ale jeśli jeszcze się nim nie znudziłeś, to trzymaj się od jego dupy z daleka, dopóki nie uznam, że wszystko się wygoiło.

— A jak odmówię?

— To będziesz sobie musiał szukać kolejnego.

Ciepły przytaknął, po czym spytał:

— Mówimy tylko o dupie?

— Tak, ale nie polecam nim rzucać ani robić nic, co mogłoby doprowadzić do ponownego otworzenia się ran.

— Głupi nie jestem.

— Nikt głupi nie dowodzi pod rozkazami Dowódcy. Ale „brutalny” i „sadystyczny” to już słowa, którymi całkiem łatwo da się ciebie opisać.

— Masz szczęście, że leczysz.

— Gdybym tego nie umiał, to nie byłbym tu dziś z wami.

Ciepły skrzywił się lekko, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Nawet jeśli chciał, to nie zdążył. Z głębi obozu dobiegł przeraźliwy krzyk, który błyskawicznie zakończył prowadzoną rozmowę.

— Ptak!

— Kurwa — syknął wielki żołnierz, połykając ostatnie kęsy w biegu i ruszając w kierunku źródła krzyku.

Wierzący spojrzał na Wrażliwego, a potem na stojącego przed nimi ptaka.

— Więc co słychać u szefa? — spytał niepewnie ten pierwszy.

Ptak przekrzywił łepek, przyglądając się uważnie rozmówcy, a potem wydał z siebie dźwięk łudząco podobny do śmiechu.

— Przyznam szczerze, że nie wiem, jak to odczytać, więc uznam, że dobrze. Lada moment przybędzie Ciepły, więc…

— Jestem — powiedział Ciepły, dopadając do nich i od razu oznajmiając: — Z przyczyn ode mnie niezależnych mój namiot nie nadaje się obecnie do prowadzenia jakiejkolwiek rozmowy, więc zapraszam do namiotu medycznego.

Ptak ruszył pewnym krokiem. Nikogo nie zdziwiło, że od razu wiedział, dokąd ma się udać. Ciepły karnie pomaszerował za nim.

— Ty myślisz, że z tym ptakiem to tak serio? — spytał cicho Wrażliwy.

— Nie wiem — odpowiedział szczerze Wierzący. — Ja nawet nigdy Dowódcy na oczy nie widziałem.

— Ja też nie. Mało z nas go widziało.

— Głodny go widział. Służył pod nim bezpośrednio. Z Ciepłym razem.

— Myślisz, że jak go spytam…?

Wierzący wzruszył ramionami, zerkając bezwiednie w stronę namiotu Głodnego.

— Możesz spróbować, ale on raczej też niewiele wie.

— Pytałeś?

— Nie tylko ja.

Wrażliwy westchnął, wyraźnie rozczarowany taką odpowiedzią.

— Ciekawe, czy kiedyś poznamy prawdę.

— Nie wiem i nie wiem nawet, czy ja na pewno chcę ją poznawać — powiedział po chwili namysłu Wierzący.

Wrażliwy nic mu na to nie odpowiedział, choć głęboko w środku przyznał mu rację. Jak się tak głębiej nad tym zastanowić, świat był lepszym miejscem, gdy o wielu rzeczach zwyczajnie się nie wiedziało. Na przykład o tym, co robił Ciepły w swoim namiocie i dlaczego czasem kończyło się to śmiercią innych.

— Kto dziś ma dyżur przy garach? — spytał, mało dyskretnie zmieniając temat.

— Fekalia chyba.

— Wreszcie coś dobrego będzie.

— Powiedziałem „chyba”.

— Daj mi mieć nadzieję — warknął Wrażliwy.

Wierzący parsknął cicho pod nosem, ale nic już więcej nie powiedział.


Głodny właśnie usypiał, gdy jakiś kompletnie niedojebany kretyn musiał się wydrzeć na całe gardło, że przyleciał ten jebany ptak. Wściekły na cały świat usiadł, potarł twarz dłońmi, a potem, klnąc we wszystkich znanych mu językach, zaczął zakładać buty. Ten pieprzony, pierzasty drań zawsze zwiastował kłopoty. Nie było sensu się łudzić, że tym razem będzie inaczej.

— Wyśpię się po śmierci — powiedział cicho sam do siebie, wychodząc z namiotu.

— Już się wyspałeś? — spytał go przechodzący właśnie obok Fekalia.

— Już ci, kutasie, życie zbrzydło? — warknął w odpowiedzi.

Drugi żołnierz nie odpowiedział. Zwyczajnie zaśmiał się pod nosem i nawet nie przystanął. Bezczelny, pomyślał Głodny, odnotowując w pamięci, by się odegrać przy najbliższym treningu. Nikt nie będzie bezkarnie śmiał się z jego nieszczęścia. Nikt, poza Ciepłym oczywiście, bo honor honorem, ale nie był przecież samobójcą, prawda? Czekał cierpliwie. Nie żeby mógł robić coś innego. Siedział, patrzył w niebo i starał się nie myśleć, bo im więcej myślał, tym był bardziej wściekły.

— Nie pospałeś za długo, co? — spytał Oczko, przysiadając się obok.

— W ogóle — odpowiedział chłodno, po czym spytał: — Jak chłopak?

— Kochanie? Planuje zostać na dłużej. Jeśli Ciepły da mu trochę spokoju, to nawet będzie wykonalne.

Głodny nie próbował nawet ukryć zdziwienia.

— Czyżby nasz miłościwie tu panujący miał ubiegłej nocy ludzkie odruchy?

— Raczej tamten zna się na rzeczy i się przygotował.

— O proszę — odpowiedział Głodny z cieniem uśmiechu na ustach. — No i wreszcie jakiś jebany pozytyw w tym posranym dniu.

— Też to sobie mówię. Drugie, co sobie powtarzam jak pierdoloną mantrę, to że lepiej nie wkurwiać Ciepłego, nawet jeśli traktuje mój namiot jak swój zapasowy.

Leczący był wyraźnie zirytowany i bardzo, bardzo starał się nad sobą panować. Jego towarzysz niedoli rozumiał go aż za dobrze. Poklepał go przyjacielsko po ramieniu, po czym dobitnie oznajmił:

— On nie uznaje, że to twój namiot. On uznaje, że to nasz mały lazaret.

— No, kurwa, już bo. Żadnego z was tam nie opatruję.

— Nie da się ukryć, że to zauważyliśmy. Nie da się też ukryć, że to największy namiot, jaki mamy w drużynie, i Ciepły dał ci go, żebyś nas właśnie tam opatrywał.

— Ten namiot to przywilej przysługujący tym, którzy wiedzą, jak wam życie ratować. Nic więcej.

— Powiedz to Ciepłemu.

— Mówię to tobie i na pewno nie powtórzę tamtemu. Masz mnie za idiotę? Mam spieprzone jedno oko. Drugie jest mi potrzebne.

Głodny obojętnie wzruszył ramionami. Problemy Oczka nie były jego problemami, więc dlaczego miałby się czymkolwiek przejmować? To nie była jego sprawa.

Poły namiotu uniosły się i z wnętrza wymaszerował ptak. Dwójka siedzących obok żołnierzy zasalutowała mu odruchowo. Ciepły, który wyszedł tuż po małej istocie, zrobił to samo. Chwilę później otoczonego złą sławą posłańca już nie było. Wszyscy odetchnęli z ulgą, choć nie na długo. Posłaniec przynosił rozkazy, a te nigdy ich nie cieszyły. Tym razem było tak samo.

— Zwołaj wszystkich — powiedział Ciepły do Głodnego.

Nie musiał powtarzać dwa razy. Chwilę później dziki wrzask postawił wszystkich na nogi i zmusił do zebrania się w centrum obozu. Ktoś nawet pomógł dowlec się tam Kochaniu. Wszyscy w milczeniu czekali na to, co powie im Ciepły. Potężny mężczyzna wyprostował się, podrapał z wyraźnym niezadowoleniem po brodzie, po czym oznajmił:

— Drużyna Lepkiego postanowiła działać na własną rękę. Wiecie, co to znaczy. Przyszły rozkazy od samego Dowódcy. Jesteśmy najbliżej nich, mamy się tym zająć.

Najpierw obóz wypełnił cichy szmer zdziwienia, potem pierwsze głosy niedowierzania, aż w końcu wybuchł prawdziwy chaos. Ciepły dał swoim ludziom chwilę, po czym ryknął, że mają się zamknąć.

— Jeszcze, kutasiarze, nie skończyłem! — warknął wściekły. — Posłaniec przyniósł mapę z zaznaczonym dokładnym położeniem obozu tamtych. Lepki na tym etapie musi wiedzieć, że Dowódca ogłosił już jego i jego ludzi dezerterami, więc zapewne właśnie w tym momencie zbierają swoje bety i ruszają w chuj wie jakim kierunku, żeby się przed nami ukryć. Im mniej damy im na to czasu, tym większa szansa, że obędzie się bez wielkich strat po naszej stronie. Wiecie, co to oznacza.

Wiedzieli. Bez słowa rzucili się do pakowania swoich rzeczy i składania namiotów. Wszyscy poza Kochaniem, który z trudem podszedł do Ciepłego.

— Ciepły, ja w tym stanie nie dam rady maszerować — powiedział cicho, z niemym błaganiem w głosie.

Wielki żołnierz spojrzał na niego z niezadowoleniem, po czym spytał tylko:

— Czego ode mnie chcesz?

— Pozwól mi jechać na wozie. Proszę. Poskładam najszybciej, jak tylko dam radę, swoje rzeczy i namiot, a jeśli będę za wolny, to zostawię to…

— Jak planujesz sobie poradzić, jeśli okaże się, że prawie nic nie zdążyłeś spakować?

— Nie wiem, ale dam sobie radę. Coś wymyślę.

— Okradniesz kogoś?

— Nie jestem złodziejem — powiedział tamten, urażony do żywego. — Gdybym był, to nie skończyłbym tak, jak skończyłem, i tej nocy też bym nie przeżył.

Ciepły przyglądał mu się uważnie, po czym nagle uśmiechnął się szeroko, oznajmiając na głos:

— Oczko! Masz nowy, prywatny namiot!

Leczący zamarł z niedowierzaniem, spoglądając na Ciepłego.

— A co z Kochaniem? To po to mu dupę składałem, żebyś mu teraz gardło poderżnął?

— Kochanie? — spytał Ciepły, patrząc z rozbawieniem na swojego ledwie trzymającego się na nogach kochanka. — Podoba mi się. I nie, Oczko, nie planuję go zabić. Od dziś Kochanie śpi ze mną.

Cichy szmer wypełnił obóz. Ledwie słyszalne głosy pełne były zadowolenia. Nikt nie powiedział nic głośniej, ale nikt też nie krył ulgi, jaką wszyscy w tym momencie odczuli. Ich tyłki na jakiś czas były bezpieczne. W tym momencie kilku z nich, którym Ciepły przyglądał się ostatnio bliżej, mogłoby przysiąc, że tylko tyle było im potrzeba do osiągnięcia stanu absolutnego szczęścia. Choć akurat Oczko do nich nie należał, z szerokim uśmiechem na twarzy oznajmił:

— Słyszeliście, chuje?! Miłościwie nam panujący właśnie podarował nam prawdziwy namiot medyczny!

— Nie, dał ci zwykły namiot. Ten duży…

— Duży jest mój. Jak ci się nie podoba, to następnym razem mogę cię szyć na zewnątrz.

— Zawsze to robisz.

— I w twoim wypadku będę to robił dalej — syknął Oczko.

Głodny nie miał czasu na takie bzdury.

— Do roboty, skurwysyny! — ryknął, sam zapinając uważnie własny plecak i biorąc się do składania namiotu. — Fekalia! Skoro omija cię przywilej gotowania dla nas, pilnujesz wozu.

— Ale…

— Nie pierdol, tylko pakuj na niego bety, a na koniec posadź tam ostrożnie Kochanie. Nic ma z niego nie spaść, jasne? A już na pewno nie nasz nowy, ulubiony towarzysz broni!

— Tak jest!

Kochanie patrzył na tę scenę z niedowierzaniem. Nie potrafił ocenić, czy się w tym momencie cieszy. Nie wiedział nawet, czy właśnie dopisało mu szczęście, czy dopadł go najgorszy pech, ale jednego był pewien. Chciał żyć, a oni mu na to pozwolili. Tylko to się liczyło. No i teraz należał do Ciepłego. Być może to nic nie znaczyło dla wielkiego żołnierza, ale miał całkiem silne wrażenie, że sprawy będą się miały zgoła inaczej dla tych, którzy go ścigali. Być może po raz pierwszy od dawna naprawdę był bezpieczny.

Uzdowiciel z bagien

25. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Krwawych Łąk, Laref

Szrama z niechęcią rozejrzał się dookoła. Kolejny przymusowy postój, bo Łazęga sprawdzał drogę. Nienawidził bagien. Nienawidził wilgoci. Nienawidził przymusowych postojów.

Skórka podeszła do niego cicho. Jak ona to robiła? Prawie nigdy nie było jej słychać. W dodatku nie wyglądała w ogóle na zmęczoną. W co ona się, do cholery, zmieniła?

— Łazęga sprawdza drogę, ale marnie to widzę. Owady tną jak popieprzone. Cichy mówi, że idzie deszcz. Jeśli nie wykończy nas jakiś bagienny syf, to może nas potopić.

— Czekamy na powrót Łazęgi — odpowiedziała spokojnie, po czym wyjęła nóż i zaczęła nim czyścić sobie paznokcie.

Szrama nienawidził, jak to robiła. Było w tym coś cholernie przerażającego. Jakby całe życie nie robiła nic innego, tylko zawodowo podrzynała gardła i wbijała te noże w plecy ludzi mających pecha. Jakby nic poza tymi nożami nie znała i…

— Kurwa — zaklął cicho, gdy dotarło do niego, że tak właśnie pewnie jest.

Uniosła wzrok, ale nie spytała o nic. Wzruszył ramionami, wskazując wszystko dookoła. Odpowiedziała podobnym wzruszeniem ramion. Po chwili schowała nóż. Przynajmniej jeden problem mniej, pomyślał z wdzięcznością.

Chwilę później zobaczył, że zbliża się do nich Dowódca. Jako jedyny jechał na swoim wielkim koniu bojowym. Nie miał pojęcia, jak bydlak to robi, że zawsze wie, gdzie stawiać te wielkie kopyta, ale sukinsyn ani razu się nie potknął ani nie zapadł.

— Kierujcie się na wschód. Tam znajdziecie polanę. Zatrzymajcie się na niej i przeczekajcie deszcz.

Zasalutował, po czym niepewnie spytał:

— Panie Dowódco, daleko jeszcze do tego uzdrowiciela? Może posłać po niego tylko kilku naszych, a reszta…

— Idziemy do Spokojnego Miasta — odpowiedział obojętnie Dowódca. — Ja ze Skórką znajdziemy uzdrowiciela i wrócimy do was.

Zasalutował, o nic więcej nie pytając. Chwilę później Skórka dosiadła się na konia Dowódcy i razem ruszyli w sobie tylko znanym kierunku. Szrama zaklął cicho.

— A oni gdzie? — spytał podchodzący powoli Wrzask.

— Po uzdrowiciela.

— A to my nie po niego się tu pchamy? Nie lepiej byłoby…

— Jedziemy do Spokojnego Miasta.

— Tędy?!

— Jego spytaj, nie mnie — warknął Szrama.

Wrzask momentalnie się uciszył, po czym, zamyślony, stwierdził tylko:

— Pewnie to jakiś skrót, którego nie znamy.

Szramie jakoś nie chciało się w to wierzyć, ale cenił własną skórę zbyt wysoko, by kwestionować rozkazy.

Godzinę później zaczął padać delikatny deszcz. Tempo marszu jeszcze spadło. Po półtorej godziny znaleźli polanę. Każdy dostał po kilka łyków wina na rozgrzanie i polecenie przetrwania. Nic więcej, bo nie wiedzieli, kiedy wróci Dowódca ani czego dokładnie będzie po nich oczekiwał.


Skórka rozejrzała się dookoła. Nie powiedziała nic. Dowódca również milczał. Tych dwoje znało się wystarczająco długo, żeby nie musieli używać zbyt wielu słów.

Kobieta zsiadła z konia, ponownie się rozglądając. Trafili na fragment bagien, który sprawiał wrażenie stabilnego i bezpiecznego. Teren został ogrodzony powiązanymi kijami. Od razu widać było, że konstrukcja jest czysto symboliczna. Nawet dziecko by ją sforsowało, a co dopiero dzikie zwierzę albo dorosły człowiek. Równie symboliczne były fetysze i kawałki kości zwisające z niemal każdej gałęzi. Mniej symboliczna, ale dużo bardziej wymowna była ludzka czaszka wbita na niszczejącą dzidę, ustawiona tuż przy drzwiach wejściowych prowadzących do ledwie trzymającej się chaty.

— Typowe — powiedziała niemal bezgłośnie Skórka, na co Dowódca niemal się uśmiechnął.

Kobieta zapukała głośno do drzwi, po czym odsunęła się i cierpliwie czekała. Wiedziała, że uzdrowiciel, kapłan, szaman czy jak też tam nazywał sam siebie mężczyzna w środku, usłyszał ją i teraz przygląda jej się przez zamaskowaną dziurę z boku drzwi. Sekundy mijały. Po jakichś trzydziestu Skórka uniosła obie ręce, pokazując, że nie ma w nich broni. Zasuwa się przesunęła, drzwi wreszcie ustąpiły.

Wbrew otoczeniu, w jakim mieszkał, uzdrowiciel okazał się wyjątkowo zwyczajnym człowiekiem i nie raczej nie posiadał za grosz mocy. Nie zdziwiło ją to. Wielu leczących udawało uzdrowicieli, by przyciągnąć do siebie więcej potrzebujących. A on? Średniego wzrostu, koło czterdziestki, o popielatych włosach i cynicznym spojrzeniu. Definitywnie wyglądał na kogoś, kto potrafił wykorzystać moc niedomówień.

— Po coście przyszli? — spytał, uważnie obserwując Skórkę.

— Szukamy kogoś, kto umie leczyć — odpowiedziała tamta.

— Kogoś, kto umie leczyć? — parsknął. — Nie wyglądacie na rannych.

— Faktycznie. Ty jesteś uzdrowicielem?

Skrzywił się nieprzyjemnie, jakby właśnie napluto mu w twarz.

— A co? Jestem zbyt przeciętny i nie wpasowuję się ze swoim wyglądem w wasze gusta? Jestem zbyt nijaki? Wolelibyście kogoś z kośćmi wplecionymi we włosy, cuchnącego wywarami z żab i innych paskudztw, wróżącego z krwi i rzucającego na wszystkich przekleństwa?

Gdy mówił, jego głos ociekał jadem, ale żadne z przybyłych nie zwróciło na to najmniejszej uwagi. Oboje po prostu przyglądali mu się obojętnie, czekając, aż skończy. Skończył więc i umilkł, czując się nagle wyjątkowo nieswojo. Przywykł do różnych dziwactw, ale taki spokój go niepokoił. Widział wystarczająco wiele, żeby go rozpoznać. To był spokój zawodowych morderców, a tych dwoje miało na sobie mundury, jakich nigdy wcześniej nie widział. W dodatku dalej uparcie milczeli. Niepewnie odchrząknął.

— Tak. Jestem.

— Uzdrowicielem, czy leczącym?

— Potrafię leczyć. A wy kim jesteście?

Skórka spojrzała na Dowódcę. Ten odwzajemnił spojrzenie, po czym odpowiedział mężczyźnie:

— Jestem Dowódcą.

— Dowódcą, kurwa, czego?

— Kompanii.

Leczący zaśmiał się nieprzyjemnie.

— Każda kompania ma swojego dowódcę. Nic mi to nie mówi. No chyba że wasza kompania jest bez imienia…

Mężczyzna aż zachłysnął się własną śliną. Zakaszlał kilka razy, obserwując Dowódcę załzawionymi oczami. Gdy odkaszlnął ostatni raz, szepnął tylko cicho przez zaciśnięte gardło:

— Niemożliwe.

— Dlaczego? Jestem zbyt przeciętny i nie wpasowuję się ze swoim wyglądem w twoje gusta? Jestem zbyt nijaki? Wolałbyś kogoś, kto najpierw pali ci dom, a dopiero potem pyta, czy chcesz do nich dołączyć?

Leczący odchrząknął nerwowo. Nie spodziewał się, że jego własne słowa zostaną mu zwrócone w takiej formie. Przez chwilę milczał, po czym nagle poderwał głowę i z niedowierzaniem spytał:

— Dołączyć?

— Tak. Przybyliśmy zaproponować ci miejsce w naszych szeregach — wyjaśniła Skórka.

Leczący chwilę skakał wzrokiem między dwójką obcych, w końcu dla pewności spytał jeszcze raz:

— Ja? Dołączyć do Kompanii?

— Tak — odpowiedzieli jednocześnie.

Kompania bez Imienia, największa żywa legenda i postrach w jednym. Każdy może dołączyć, ale nikt nie może odejść. Niepokonani, ale i nieznający żadnych granic. Jeśli podpiszesz kontrakt i zapłacisz, zrobią wszystko. Diabły zostawiające po sobie jedynie spaloną ziemię. Potwory bez serc wypełniające moralną pustkę kieszeniami pełnymi pieniędzy…

— Zabieram torbę z narzędziami i już jestem gotów do drogi! — krzyknął, wbiegając do wnętrza domu i łapiąc swoją zawsze gotową torbę podróżną. — Już!

— A ubrania? Książki? — spytała Skórka.

— Wszystko, czego potrzebuję, mam w głowie albo w torbie. Reszta to graty mojego mentora. Obejdę się bez nich. Naprawdę.

Dowódca skinął głową, po czym zawrócił konia.

— Tylko tyle? Żadnych przysiąg? Żadnych paktów?

Skórka uniosła lekko brwi, nie kryjąc zdziwienia i rozbawienia.

— Może później — odpowiedziała, ruszając za Dowódcą. — Na ten moment mamy bagno do przejścia.

Ruszył więc bez słowa. Szedł ramię w ramię z kobietą, o której słyszał więcej historii niż o własnych bogach. Miał wrażenie, że popełnia błąd, dołączając do Kompanii, ale nie dbał o to ani trochę. Nawet jeśli. Pieprzyć to. Wreszcie coś się w jego życiu zaczęło dziać. Wreszcie miał szansę wyrwać się z tej zapyziałej nory i nie słyszeć na każdym kroku, jak to Stara Lenka zna się lepiej, ma większe doświadczenie, a do tego bierze mniej i jeszcze rzuca uroki. Wolność. Aż miał ochotę krzyczeć z radości. Nawet błoto, deszcz czy nadchodzący powoli zmrok nie przeszkadzały mu ani trochę.


Szrama rozejrzał się dookoła. Zrobiło się już niemal zupełnie ciemno. Kilka maleńkich, cudem rozpalonych ognisk dawało mało światła i jeszcze mniej ciepła. Robactwo zaczynało coraz bardziej dawać się we znaki.

— Każ rozbić obóz — powiedział stojący obok Wrzask.

— Każę rozbić, a oni wrócą i zażądają natychmiastowego wymarszu.

— Nawet jeśli wrócą, to nie będą nas ciągnąć po zmroku przez te parszywe bagna.

— Nie byłby to pierwszy taki raz.

Wrzask zacisnął pięści, zirytowany uporem Szramy. Spojrzał lekko w bok. Nadchodził Łazęga. Może miał jakieś informacje o Dowódcy, a jeśli nie, to może przemówi temu idiocie do rozumu i namówi go do rozbicia obozu.

— Co robicie, matkojebcy? — spytał Łazęga, przystając przy pozostałej dwójce.

— Mówię mu, żeby kazał rozbić obóz — warknął Wrzask.

— A kiedy Dowódca ma wrócić? — Łazęga zwrócił się do Szramy.

— Nie wiem. Nie mówił mi.

— A kazał czekać w gotowości?

— Nie.

— A kazał rozbić obóz?

— Też nie.

Wrzask spojrzał wyczekująco, ale Łazęga tylko wzruszył ramionami.

— Ja tam bym dalej tak czekał. Wróci, to może nam kazać od razu ruszyć.

— Bagnami?! — Wrzask nie wytrzymał i podniósł głos. — Pierdolonymi bagnami w nocy?!

— A dokąd idziemy?

— Do Spokojnego Miasta podobno — odpowiedział Szrama.

— Tędy?! — spytał Łazęga z niedowierzaniem.

— Tak — zapewnił go niechętnie Szrama.

— To może być jakiś skrót — stwierdził cicho Wrzask.

— Taki skrót, jak ja mam pizdę — warknął Szrama.

— Masz pizdę i ja nic o tym nie wiem? — Łazęga uśmiechnął się głupkowato, po czym jak gdyby nigdy nic odmaszerował.

Szrama spojrzał na Wrzaska, ale nim ten zdołał się odezwać, pierwszy mężczyzna na migi pokazał mu, co z nim zrobi, jeśli tamten jeszcze coś powie. Przekaz okazał się jasny i wystarczający. Wrzask ruszył bez słowa do jednego z ognisk.

Szrama stał tak jeszcze kilka długich minut, licząc na to, wręcz cicho modląc się o to, że Dowódca wyłoni się wreszcie spomiędzy drzew i powie, co mają robić. Niebo stawało się z każdą chwilą coraz ciemniejsze. Naprawdę byłoby lepiej, gdyby mogli wreszcie rozbić ten pieprzony obóz.


Marzyciel skulił się najmocniej, jak tylko mógł. Zimno przeniknęło mu już pod ubrania. Drżał na całym ciele i miał problemy ze złapaniem oddechu. Drugi rekrut, którego nowego imienia nie pamiętał, podszedł do niego, podając mu kubeczek ciepłego wina. Marzyciel przyjął go z ogromną wdzięcznością. Powoli wziął pierwszy łyk. Paliło, ale dało się przeżyć, a rozlewające mu się po wnętrznościach ciepło było wręcz nie do opisania. Cudowne uczucie, jedyne w swoim rodzaju.

— Dzięki — szepnął, dalej się kuląc.

Rekrut przysiadł się obok niego i niepewnie go objął. Marzyciel miał go już odepchnąć, gdy dotarło do niego, że tamten też cały drży.

— Wolał… bym już… maszero… wać — powiedział z trudem.

— Ja… też — odpowiedział tamten, ledwie panując nad swoimi sinymi ustami.

Jeden ze starszych żołnierzy spojrzał na nich z głupim uśmieszkiem, ale nie powiedział nic. Zamiast tego naciągnął mocniej kaptur swojego ciężkiego, skórzanego płaszcza. Marzyciel zazdrościł mu go tak bardzo, że aż go znienawidził za samo posiadanie tak wspaniałej rzeczy. Gdyby tylko był teraz w domu… To o tym mówił dziadek, pomyślał dalej, próbując nie żałować swojej decyzji. Mówił o zimnie i trudzie, których nigdy nie doświadczy się w domu. Ale to nic. On to wytrzyma. Stanie się legendą jak sam dziadek.


Szrama spojrzał w niebo.

— K’che nail nos — wyszeptał przekleństwo w rodzimym języku, którego nie używał już od lat.

Słowa dziwnie układały mu się na języku. Jakby umysł pamiętał, ale ciało zapomniało, jak akcentować, jak wymawiać. Nie przejął się tym zbytnio. Nie spieszyło mu się do rodzimych stron, więc dlaczego powinien dbać o wymowę? Miał ważniejsze sprawy na głowie. Na przykład kwestię zadbania o swoich ludzi.

Jeszcze raz spojrzał w niebo. Jak nic, gdy tylko wyda ten cholerny rozkaz, to oni przyjadą i każą wszystkim ruszać. Jak nic. Z drugiej strony zaczynało się już robić późno. Jeśli Dowódca wróci i okaże się, że ludzie pół nocy byli bez namiotów i nie złapali nawet odrobiny snu, a przed nimi dzień marszu…

— Pierdolić to — warknął, po czym głośniej krzyknął: — Słuchać mnie, syny kurew i cudzych mężów! Raczej już dziś nigdzie nie ruszymy, więc macie rozbić…

Dokładnie w tym momencie urwał, bo dostrzegł ruch w pobliskich krzakach.

— Wiedziałem — powiedział wściekły, po czym pokręcił głową.

Pełniący straż żołnierze natychmiast się zerwali, sięgając po broń. Chwilę później opuścili dłonie. Wielki koński łeb pojawił się pierwszy i tyle im wystarczyło. Tej bestii nie dało się z niczym pomylić. Zasalutowali, rozstępując się szybko.

Szrama ruszył w kierunku Dowódcy. Nie zdziwił go widok idącego za nim mężczyzny. Oto był ich nowy leczący. Nie wyglądał jakoś specjalnie, ale nie musiał. Ważne, żeby potrafił leczyć.

— Rozkazy? — spytał, podchodząc do wielkiego konia i salutując jeźdźcowi.

— Ruszamy — odpowiedział Dowódca.

Wiedziałem, pomyślał Szrama, odwracając się na pięcie i już wykrzykując rozkazy. Żołnierze, przeklinając, na czym świat stoi, zaczęli zbierać swoje rzeczy i szykować się do marszu. Nie zajęło to długo. Chyba każdy, poza rekrutami, od początku się z tym liczył.

— Łajza, dogaś ogniska! — krzyknął Szrama, pilnując, żeby wszystko przebiegło jeszcze sprawniej.

— Sam sobie je, chuju, dogaś! Przecież i tak pada!

— Wyjmuj ze środka, demonie, płomyki! To gówno nie rośnie na drzewach — krzyknął wściekły Łazęga.

Łajza zamrugał, po czym przyjął do wiadomości to, co właśnie usłyszał, i biegiem rzucił się do ognisk, ostrożnie wyjmując specjalnie zaklęte przez magów kamienie umożliwiające utrzymanie ognia nawet w deszczu. Poradził sobie z tym szybko, ale i tak oberwał od Szramy pięścią w brzuch za pyskowanie.

— Nie zapominaj, kim jestem.

— Synem owcy i owcojebcy — warknął Łajza, po czym z trudem zasalutował, mówiąc: — I pierwszym po Skórce. Trochę za dużo wypiłem.

— Trzeba było tak od razu — odpowiedział Szrama z uśmiechem, tym razem uderzając tak, aby Łajza zwymiotował wszystko, co tego wieczoru włożył do ust. — To powinno pomóc.

Dwóch innych podeszło do Łajzy. Dali mu chwilę, ale potem złapali pod ramiona i siłą postawili. Prowizoryczny obóz został zwinięty, a ludzie byli gotowi do drogi. Skórka podeszła do Szramy.

— Za Dowódcą — powiedziała tylko.

Przytaknął.

— Jeden za drugim i grzecznym wężykiem napierdalamy w podskokach za Dowódcą, jasne?! Żadnych pierdolonych wycieczek w bok! Nie wyławiamy żadnego kutafona, nie zatrzymujemy się dla żadnego miłośnika kąpieli w bagnie! Jest mi zimno i chcę już się wysuszyć przy porządnym ogniu, więc poucinam wam kuśki za każde opóźnienie, jasne?! Nasz wspaniały pochód zamyka Łazęga. Doniesie mi, dla kogo mam naostrzyć swój nóż! A teraz jazda, wy psojebcy! Szybciej!

Głosy niezadowolenia nie rozbrzmiały wcale tak głośno, jak Szrama się spodziewał. Być może dlatego, że wszystko było lepsze od siedzenia na tej polanie, a być może z powodu czujnego wzroku Dowódcy. Niezależnie od powodów kompania ruszyła i tylko to się liczyło.

***

26. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Krwawych Łąk, Laref

Marsz był trudny, ale po godzinie przestało padać, a po dwóch wszyscy wreszcie wyszli z lasu. Przed południem obóz został porządnie rozbity i większość już spała. Szrama jak zwykle obszedł cały, żeby sprawdzić, jak się sprawy mają. Zmokli, wymarzli, pogryzły ich owady, ale nie było źle. Weterani byli już zaprawieni w tego typu wycieczkach krajoznawczych. Pozostali byli dość młodzi i silni, by to przeżyć. Gorzej z rekrutami. Ci źle znieśli swoją pierwszą wizytę na bagnach.

— Jest kiepsko — powiedział wychodzący z ich namiotu leczący, potwierdzając tylko domysły Szramy. — Już mają wysoką gorączkę. Jutro nie będą zdolni do marszu. Podałem im napar wzmacniający i dałem do żucia zioła, ale nic nie obiecuję.

— Nic więcej nie możesz zrobić?

— Przeciwko temu? Raczej nie. Jeśli do jutra rana im się nie poprawi, to do następnego wieczora obaj będą mieli wszystkie objawy krwawej gorączki.

Szrama zaklął szpetnie. leczący jedynie wzruszył ramionami, po czym poszedł spać do swojego namiotu. Żołnierz odprowadził go wzrokiem, a potem spojrzał na namiot Dowódcy i wreszcie na zarys murów znajdujących się jakieś pięć godzin spokojnego marszu od nich. Spokojne Miasto.

— Pierdolony jednak znał skrót — szepnął cicho Wrzask, podając Szramie butelkę.

— I kazał nam maszerować po nocy — warknął tamten. — Dobrze, że nie kazałem wam rozbić obozu.

— Ano.

— Ano? Tylko tyle?

— Ano, nie moja sprawa — odpowiedział Wrzask, idąc do swojego namiotu.

Szrama, zmęczony, potarł twarz dłońmi. Przydałaby mu się solidna kąpiel i porządne pieprzenie. Może gdy dotrą do Spokojnego Miasta… Spojrzał tęsknie raz jeszcze na odległe budynki. Może, pomyślał, sam wreszcie ruszając do własnego namiotu.

Gorsza od nich wszystkich

26. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Okolice Ellasad, Oluga

Nienasycona rozejrzała się dookoła. Była jedyną kobietą w oddziale Okrutnego i drugą w całej Kompanii. To o czymś świadczyło i powinno dać do myślenia.

— Zadam wam jedno pytanie. Wiem, że marnuję czas, ale niech stracę. Czy wy macie świadomość tego, że służę pod Okrutnym?

Piątka mężczyzn, która ją otoczyła, roześmiała się wulgarnie na te słowa.

— Pod nim… — powtórzył jeden, niemal się śliniąc.

Nienasycona westchnęła ciężko. Czas płynie, a ludzie nigdy się w gruncie rzeczy nie zmieniają.

— Wolałam się upewnić — powiedziała bardziej do siebie niż do nich.

Któryś coś powiedział, ale ona już nie słuchała. Nie było potrzeby marnować więcej czasu. Nie na nich. A szkoda, bo jeden z tej grupy nawet wpadł jej w oko. Gdyby byli odrobinę mądrzejsi, dałaby im to, czego od niej chcieli, i to w takiej ilości, że błagaliby, by już skończyła. Oni jednak woleli przemoc. No cóż, nie jej to oceniać. Koniec końców seks i przemoc podniecały ją w równym stopniu, ale tylko wtedy, gdy to ona kontrolowała sytuację.

— A dopiero co doprowadziłam ubrania do porządku — westchnęła, sięgając po przytroczony do boku krótki miecz.

Byli rośli i całkiem spasieni jak na tak małą wiochę, ale jako broń wybrali głupie pałki. Kto przychodzi na walkę na miecze z pałką? Do tego byli silni i umieli się bić, ale nie walczyć. Potrafili dawać sobie po mordzie, przepychać się, czasem wyprowadzić kilka miernych ciosów i solidnie pieprznąć kogoś pięścią po ryju, ale nic więcej. Nie potrafili zabijać. Może i z ich perspektywy wyglądało to tak, jakby mieli szansę, a może nawet przez chwilę w to uwierzyli, ale Nienasycona była żołnierzem, złożyła przysięgę i służyła w Kompanii bez Imienia. To zobowiązywało.

Była wysoka, a lata ćwiczeń sprawiły, że ukryte pod ubraniem mięśnie stały się twarde niczym stal. Wrodzona szybkość działała tylko na jej korzyść. Na treningach dostała w skórę dość razy, by nauczyć się unikać ciosów. Nie mogła równać się z męską siłą. Nie, jeśli mężczyzna był rosły. Nikt jednak nie mówił, że miała się z nim siłować. Gdy tylko jej dłoń wylądowała na rękojeści miecza, jeden z napastników uniósł pałkę. Jedyny, który myślał albo rozumiał, że nie podda się im bez walki. Reszta okazała się wystarczająco ociężała umysłowo, żeby się tylko głupio śmiać. Taka okazja nie mogła zostać zmarnowana. Bez większego problemu uniknęła wymierzonego w nią ciosu. Kolejny błąd. Trzeba było celować w głowę. Rozumiała, dlaczego tego nie zrobił. W końcu mało kto lubi pieprzyć trupy, ale nie planowała im tego tłumaczyć. Tak samo jak tego, dlaczego nie odskoczyła do tyłu, a w bok.

Jęknięcie pełne niedowierzania zostało zagłuszone przez wrzaski jego kompanów. Dziwne. Co jest dziwnego w tym, że ostry miecz bez problemu może wbić się w ludzkie ciało? Przecież po to został wykonany, by zadawać nim śmierć. Wyszarpnęła broń błyskawicznie, skupiając się na kolejnym mężczyźnie. Jego przerażony wzrok był jedyną reakcją świadczącą o tym, że zrozumiał, co go czeka. Gdy jelita wypłynęły z rozciętej jamy brzusznej, po prostu patrzył na nie, jakby nie potrafił pojąć, co się właściwie stało.

Nienasycona roześmiała się radośnie. Ci ludzie nigdy nie widzieli śmierci zadanej przez innego człowieka, a mimo to rzucili jej wyzwanie? Czy oni w ogóle słyszeli o pierdolonej Kompanii? Reszta tej walki to był banał. Nienasycona cieszyła się z tego. Nie należała do tych, którzy szukają bezsensownego wyzwania. Lubiła swoje życie.

— Znowu? — usłyszała czyjś obojętny głos.

Wzięła głęboki oddech, czując, że dopiero teraz ma realne kłopoty. Bez słowa odwróciła się na pięcie i zasalutowała, wiedząc aż za dobrze, kto za nią stoi.

— Powoli zaczynam rozważać zaszycie ci cipy — warknął Okrutny, splatając ramiona na piersi.

Nienasycona wzruszyła ramionami, mówiąc tylko:

— Nie prosiłam się o to.

— Słowami? Na pewno. Czynami? Wątpię.

— Co masz na myśli? — spytała, wyraźnie zirytowana.

— To, że niemożliwe jest, żeby w każdej jednej pierdolonej wiosce ktoś postanawiał się na ciebie rzucić w taki sposób.

— A myślałeś o tym, że zwyczajnie jestem ładna?

Parsknął nieprzyjemnie, słysząc te słowa.

— Jesteś żołnierzem Kompanii.

— To odbiera mi prawo do bycia ładną?

Pokręcił głową, a potem z brutalną szczerością odpowiedział:

— To odbiera ci wszystko. Ładna byłaś, jak do nas dołączałaś. Teraz jesteś zwyczajnie zużyta.

Wszystko w niej krzyczało, żeby do sukinsyna doskoczyć i wydrapać mu oczy, ale jedno wiedziała na pewno: nie miała z nim najmniejszych szans. Nie w chwili, gdy wyraźnie spodziewał się jej ataku. Poza tym miał rację. Spanie w przeciekających namiotach, ciągłe ćwiczenia, regularne nocne warty… Wszystko to, co było normalnym, codziennym życiem ich małej drużyny, odciskało na każdym z nich piętno. Na niej najmocniej, bo w końcu była kobietą. Jej skórę spaliło słońce, przestała być tak cudownie miękka. Dłonie pokryły odciski. To cena, którą chętnie zapłaciła za umiejętność władania bronią. Zniknęły krągłości. Trudno o nie, gdy nie miało się praktycznie w ogóle tłuszczu w swoim ciele. Jedyne, co pozostało, to włosy. Nie dała ich sobie ściąć. Nigdy nie da. Wiedziała, że to głupie, ale to była jej decyzja. Nie planowała się z niej nikomu tłumaczyć.

— Czegoś ode mnie potrzebujesz? — spytała w końcu, wyrzucając z myśli to, jak piękną kobietą kiedyś była.

— Potrzebowałem, ale teraz muszę zmienić wszystkie swoje plany. Znowu.

Uśmiechnęła się pod nosem.

— Przykro mi to słyszeć.

— Domyślam się — warknął wściekle, po czym zagwizdał donośnie.

Kilku żołnierzy wyszło zza rogu. Spojrzeli na mężczyzn konających u stóp Nienasyconej i zaklęli cicho.

— Jedna cipa, a tyle problemów — warknął Smutny.

— Pierdolona nimfomanka — syknął Świnia.

— Ja was też — odpowiedziała, szeroko się uśmiechając.

Zadrżeli. Uwielbiała ich strach. Mogła nie być najsilniejszą ani najzwinniejszą, ani najszybszą, ale miała nad nimi władzę, jakiej nie miał nawet Okrutny. I nie, nie widziała nic złego w delektowaniu się tym rodzajem kontroli. Seks był przyjemny. Oni chlali, ona ich rżnęła. To było dokładnie to samo.

— Nie gadać, tylko brać się do roboty. Szybki, poinformuj resztę, co się stało.

— Tak jest — odpowiedział ich najmłodszy kompan i pognał w kierunku obozu.

Gdy wzięła go pierwszy raz do swojego namiotu, płakał jak dziecko, błagając ją, by dała mu spokój. Był słodki, gdy osmarkany i zaśliniony jęczał, że już naprawdę nie może. Ostatecznie rozczarował ją mocno i zawiódł całkowicie pokładane w nim nadzieje, ale… Ale dalej śmieszyło ją, jak bardzo nadal się jej bał.

— Do obozu — warknął Okrutny.

Wzruszyła obojętnie ramionami, ale bez słowa ruszyła za nim. Wiedziała, że niezależnie od okoliczności i tak by się o wszystkim dowiedział, a potem i tak by się na nią wściekł, ale… Ale zawsze robiła to samo. Przynajmniej w ten sposób zyskiwała nad nim choć odrobinę kontroli.

W obozie panował spokój. Pesymista nie wątpił, że Nienasycona da radę coś z tym zrobić. Gdy było za dobrze, za cicho, za miło, coś głęboko w jej wnętrzu zaczynało się nieprzyjemnie wić i domagać zniszczenia pasującego wszystkim ładu. Tym razem na pewno nie będzie inaczej.

— Jak myślisz o Nienasyconej, to przestań. Zapeszysz — warknął Przesądny.

— Tu nie ma co zapeszać.

— Sam sprowadzasz na nas nieszczęście.

— Ona jest nieszczęściem. Nie muszę go sprowadzać. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale głupia pizda jest z nami w drużynie.

— Mam na myśli…

Przesądny nie dokończył swojej myśli, bo zobaczył Szybkiego wyłaniającego się zza rogu z bardzo, ale to bardzo niezadowoloną miną.

— No i chuj mi w dupę — warknął Pesymista. — Mówiłem.

— Trzeba było nie mówić.

— To by nic nie zmieniło.

— To mogło zmienić wszystko.

— Stulcie mordy! — ryknął Drażliwy. — Niektórzy tu próbują w spokoju warzywa obierać!

Dwaj kłócący się wcześniej żołnierze umilkli. Drażliwy miał wredny zwyczaj rzucania w każdego tym, co właśnie trzymał w ręce, a że trzymał w tym momencie wyjątkowo wielką, trudną do zidentyfikowania, ale wyglądającą na ciężką bulwę…

— Okrutny kazał wam się przygotować, bo… — Szybki zaczął mówić, gdy tylko do nich dopadł, ale uciszyła go błyskawicznie bulwa Drażliwego, która trafiła go prosto w środek czoła.

— I co się drzesz, kutafonie?

— Pojebało cię?! Co ja ci kurwa zrobiłem?! W dupę sobie to… to… to kurwa coś wsadź.

— To coś jest dziś na obiad — powiedział Drażliwy w wyraźnie lepszym humorze.

Czasem do szczęścia nie było trzeba wiele. Drażliwemu wystarczyło na przykład idealne trafienie w cel, który mógł stać nawet tuż obok niego.

— Gówno mnie to obchodzi! Ja mam rozkazy do przekazania! Od samego Okrutnego!

— A od kogo innego miałyby być? — spytał Pesymista, kręcąc przy tym głową. — Bez sensu. Tak samo bez sensu jak to, co chcesz nam powiedzieć, więc lepiej nic nie mów.

— Nie ma takiego wała! Jak wam tego nie przekażę…

— Rozczochrany! — krzyknął nagle Przesądny. — Dawaj knebel!

Rozczochrany przerwał na chwilę czyszczenie swoich butów, podniósł głowę, zobaczył, kto go woła i kto jeszcze koło niego stoi, po czym bez słowa wrócił do przerwanej czynności.

— A to chuj — syknął Przesądny.

Szybki wykorzystał chwilę nieuwagi pozostałych i błyskawicznie od nich odskoczył, krzycząc na całe gardło:

— Nienasycona znowu to zrobiła! Szykujcie się! Zaraz będzie tu Okrutny!

Kilka kwiecistych wiązanek upewniło go, że wywiązał się ze swojego zadania. Z wyraźną ulgą wziął wreszcie głębszy oddech, gdy nagle poczuł pięść uderzającą go prosto w splot słoneczny. Ból wypełnił jego umysł, ale nie na długo. Chwilę później osunął się na ziemię nieprzytomny. Nikt, absolutnie nikt się nim nie przejął.


Okrutny i Nienasycona szli w milczeniu. Na co dzień mało było słów, które chcieli ze sobą wymieniać, więc w takich sytuacjach z oczywistych względów mieli sobie do powiedzenia jeszcze mniej. Właściwie milczenie było nawet całkiem wskazane.

Weszli do obozu, ale nim zdołali przejść więcej niż kilka kroków, Pesymista stanął im na drodze, oznajmiając:

— Ptak.

Okrutny zaklął, ruszając szybko do swojego namiotu. Nienasycona patrzyła, jak ten się oddala, po czym spojrzała prosto w oczy Pesymisty.

— Ładny dzień, co?

— Żaden nie jest ładny, gdy mam świadomość, że wleczesz z nami swój jebany tyłek.

— To nie było zbyt miłe.

— Wiesz, co nie jest miłe? To, że zawsze musimy po tobie sprzątać.

Kobieta wzruszyła ramionami, uśmiechając się przy tym niewinnie. Pesymista pokręcił głową, mamrocząc tysiące obelg w swoim ojczystym języku.

— Znasz zasady Kompanii. Gdybyście naprawdę tak mnie nienawidzili, to już miałabym poderżnięte gardło — powiedziała wyraźnie z siebie zadowolona.

Żołnierz przewrócił oczami, odchodząc bez słowa. Na niektóre kwestie zwyczajnie szkoda było czasu. Oboje wiedzieli, tak jak wiedział to każdy w ich oddziale i niemal każdy w Kompanii, że suka walczyła lepiej od większości mężczyzn. Była problematyczna, ale jeszcze bardziej była przydatna. Tylko to ją chroniło. Jeszcze.


Okrutny spojrzał na ptaka siedzącego na niewielkim, składanym stoliku, po czym zasalutował mu bez słowa. Podszedł do niego, rozwiązał rzemień niewielkiego plecaczka i wyjął ze środka złożoną w kostkę kartkę. Uważnie ją rozłożył, przeczytał otrzymane od Dowódcy rozkazy, po czym usiadł ciężko na stojącym obok stołku.

— To kawał drogi stąd — powiedział w końcu.

Ptak przekrzywił łepek, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku.

— Rozkaz to rozkaz — westchnął ciężko Okrutny. — Powinniśmy wyruszyć od razu, ale mamy jedną sprawę do załatwienia. Dokładnie tę samą, co zawsze.

Ptak zamachał skrzydłami, jakby chciał w ten sposób oznajmić, że absolutnie nic go to nie obchodzi. No cóż. Jego obchodziło to całkiem sporo.

— Potrzebuję jednego dnia — oznajmił wreszcie.

Zwierzę spojrzało wymownie na kartkę w dłoni mężczyzny. Okrutny nie zareagował. Wyraźnie nad czymś myślał, ale posłaniec nie miał ochoty dłużej czekać. Zamachał skrzydłami w geście wyraźnego zniecierwienia. Okrutny jeszcze raz spojrzał na rozkazy, po czym uśmiechnął się szeroko.

— Mówią, że nie jesteś zwykłym ptakiem i jestem skłonny w to uwierzyć. Słyszałem, jak ktoś kiedyś powiedział, że twoimi oczami patrzy na nas ktoś inny. Nie będę wnikał, kim jesteś. Twoja sprawa. Wiem jednak aż za dobrze, że rozumiesz każde wypowiedziane do ciebie słowo, więc posłuchaj mnie uważnie. Załatwimy sprawy tutaj i od razu ruszymy w drogę. Nie będę ci jednak dawał żadnej odpowiedzi. Moją odpowiedź zaniesie Dowódcy sama Nienasycona i weźmie od niego przeznaczony dla mnie pakunek.

Ptak wyraźnie rozważał przez chwilę usłyszane słowa, po czym wreszcie skinął energicznie łebkiem. Wyglądał na rozbawionego. Nie spodobało się to Okrutnemu, ale nic nie powiedział na ten temat. Zamiast tego zasalutował i wyprowadził swojego gościa z namiotu.

— Nowe rozkazy? — spytała Nienasycona, stojąca cały czas nieopodal i patrząca, jak ptak odlatuje.

— Kilka — odpowiedział jej niechętnie.

— Dużo roboty?

Po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się szeroko i nie spodobało się to absolutnie nikomu, kto tylko ten uśmiech zobaczył.

— Dla ciebie — odpowiedział głosem ociekającym zadowoleniem.

— Dla mnie? — powtórzyła niepewnie Nienasycona. — Tylko dla mnie?

— Aż tyle? Tak. Tylko dla ciebie.

— No ale…

— Rozkaz to rozkaz — warknął Okrutny, natychmiast tracąc cały dobry humor.

Zasalutowała. Tak, miał rację. Rozkaz to rozkaz.

— Do namiotu.

Weszła posłusznie do środka i nie śmiała nawet usiąść bez pozwolenia. Dziś zdenerwowała go już wystarczająco. Jeśli chciała dożyć jutra, mądrze było okazać odrobinę pokory.

— Mam dla ciebie zadanie, które myślę, że ci się spodoba.

— To sarkazm, prawda? — spytała szybciej, niż zdążyła pomyśleć.

Spojrzał na nią obojętnym wzrokiem, który nigdy nie zwiastował nic dobrego.

— Mam wiadomość do przekazania innej drużynie…

— A nie mamy od tego tych głupich ptaków?

Okrutny westchnął ciężko, po czym podszedł do kobiety i błyskawicznie uderzył ją z całej siły pięścią w brzuch. Nogi się pod nią ugięły, a to, że nie zwymiotowała, było prawdziwym cudem.

— Przerwij mi jeszcze raz, a kolejne, co będziesz miała w swojej pierdolonej cipie, to mój nóż — warknął.

Nic na to nie odpowiedziała. Nawet gdyby chciała, sprawiłoby jej to poważną trudność, zważywszy że dokładnie w tej chwili walczyła o złapanie oddechu.

— Dostaniesz wiadomość i ją dostarczysz. Czy tym razem wyraziłem się jasno?

Przytaknęła, wreszcie pokonując samą siebie i nabierając haust powietrza.

— Doskonale. Wyruszysz natychmiast.

Powoli podniosła się z kolan i zasalutowała. Nie odważyła się powiedzieć ani słowa. Jednak to, co myślała, malowało się wyraźnie na jej twarzy. Była to groźba, której Okrutny nie planował zignorować, dlatego jego dłoń natychmiast spoczęła na przytroczonym do pasa krótkim mieczu. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż Nienasycona wyraźnie się rozluźniła, dając tym samym do zrozumienia, że zaatakuje, gdy będzie się tego najmniej spodziewał.

— Że też moja własna matka cię tu sprowadziła — warknął, opuszczając rękę.

— Nawet nie wiem, kim była twoja matka.

— Nie musisz wiedzieć.

— To jak niby miała mnie do ciebie sprowadzić?

Okrutny pokręcił głową z wyraźną złością.

— Gdy się zaciągnąłem, powiedziała, że nigdy mi tego nie wybaczy. Gdy Kompania ruszała w dalszą drogę, stanęła na skraju drogi i wypowiedziała słowa przekleństwa, które prześladuje mnie do dziś.

— Dalej nie wiem, co to ma wspólnego ze mną.

Zaśmiał się, choć w jego śmiechu nie było nawet odrobiny radości.

— Ty jesteś uosobieniem tej klątwy. Jesteś wszystkim, co mnie najgorszego w życiu spotkało.

Uśmiechnęła się szeroko i zalotnie puściła Okrutnemu oczko.

— Nie myślałam, że żywisz do mnie aż tak gorące uczucia. Schlebiasz mi, ale nie obraź się. W łóżku jeszcze trochę ci brakuje, żeby…

Wiedziała, że skończy się kolejnym ciosem. Próbowała go uniknąć, ale nie dała rady. Tym razem okazał się od niej szybszy. Przynajmniej miał na tyle przyzwoitości, żeby nie bić po twarzy.

— Na twoim miejscu nie marnowałbym czasu. Czeka cię długa droga.

Zaklęła soczyście w myślach, znów walcząc o oddech. Sukinsyn pewnego dnia właśnie tak ją zabije. Zada o jeden cios za dużo i coś tam w końcu w środku pęknie. Do diabła z tym, pomyślała, uśmiechając się pod nosem. Jeśli nawet tak się stanie, to trudno. Przynajmniej umrze, robiąc to, co całkiem lubi. W końcu wkurwianie go było jej pierwszym, zaraz po seksie oczywiście, ulubionym zajęciem.

— Komu mam dostarczyć tę wiadomość? — wycharczała z trudem.

— Do rąk własnych Dowódcy — powiedział, sięgając po czysty arkusz papieru i siadając przy swoim niewielkim stoliku.

— Oni są na drugim końcu tego pierdolonego kontynentu — powiedziała, siadając na ziemi i trzymając się za obolały brzuch.

— Nie do końca, ale to już twój problem, nie mój.

Nic na to nie odpowiedziała. W końcu rozkaz to rozkaz.

Biały Mag

27. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Spokojne Miasto, Laref

Wysoki, szczupły, o jasnych włosach i zielonych oczach, a do tego delikatnych dłoniach człowieka, który nigdy nie pracował fizycznie. Wiedział, jak wygląda, i zdawał sobie sprawę z własnego braku tężyzny. Białe, długie szaty maga też nie pomagały. Wyglądał w nich dostojnie, ale dla wielu w tym zacofanym kraju również zniewieściale. Jego mistrz powtarzał zawsze, że do wszystkiego idzie się przyzwyczaić. Miał rację. Idzie się przyzwyczaić nawet do chamskiego, prostackiego, wulgarnego zachowania bandy kmiotów, których nie powinno się wypuszczać z domu.

— Myślisz, że to facet czy baba? Mówią, że facet, ale widziałeś ino kiedy u faceta takie dłonie? — kpił lokalny rzeźnik, prężąc przy tym własne mięśnie.

Obok niego stał chłop z pobliskiej wioski, który przywiózł swoje świnie na targ. Rosły, ale przygarbiony przez trudy życia. Spokojny typ, który nie chciał nikomu wadzić, dlatego też nic nie odpowiedział, a jedynie wzruszył ramionami.

— Pewno taki delikatny, bo kobiety nigdy nie miał. Ja słyszałem, że tam na Atolach…

— O, na łaskę najświętszej Ekurii! — wrzasnął mag, nie wytrzymując dłużej. — Nie macie kobiet we własnych domach?! To idźcie do nich i im te bzdury gadajcie!

Spojrzeli na niego, zaskoczeni gwałtownością wybuchu. Przez chwilę może nawet trochę się wystraszyli, ale nie dość, jak widać, bo kilka uderzeń serca później po prostu przyglądali mu się z rozbawieniem.

— Złość piękności szkodzi — powiedział rzeźnik, szeroko się uśmiechając.

Mag zadrżał na widok brudnych zębów. Czy w tym kraju ktokolwiek miał w zwyczaju dbać o higienę jamy ustnej? Czy świeży oddech i zdrowe zęby też były zbyt zniewieściałe, żeby w ogóle zawracać sobie nimi głowę? Spokojne Miasto będzie dobrą szkołą życia, mówili mu. Jeśli poznasz tamtejszych ludzi i dasz sobie z nimi radę, to dasz sobie radę wszędzie, gadali. Zapomnieli tylko dodać, że to zapyziała wiocha bez krzty szacunku dla mocy, wiedzy i umiejętności innych niż służących zabijaniu. Banda analfabetów myślących tylko o chędożeniu kobiet. Całkowita pogarda dla jakiejkolwiek formy piękna. To nie było państwo. To było cholerne piekło.

Odwrócił się gwałtownie i postanowił zakończyć tę nieprzyjemną interakcję. Nałożył opatrunek na nogę starszego mężczyzny, po czym odebrał od niego bardzo symboliczną zapłatę i życzył mu miłego dnia. On, wykwalifikowany biały mag, uczeń samego mistrza magii leczącej Akantii, absolwent Najwyższej Akademii Magii, leczył cholerne kurzajki. Aż mu się płakać zachciało.

Zebrał swoje rzeczy i planował udać się do gospody, w której miał wynajęty pokój, gdy drogę zastąpił mu wielki typ z twarzą pooraną bliznami. Mag przyjrzał mu się uważnie, oceniając wielkość i układ blizn, a także ogólną kondycję skóry. Można powiedzieć, że było to spaczenie zawodowe. Zanim zorientował się, co robi, dotarło do niego, jak jest niekulturalny, i szybko spuścił wzrok. Ostatnie, czego potrzebował w tym momencie, to złamanego nosa. Na szczęście mężczyzna minął go bez słowa. Nawet niespecjalnie mu się przyglądał.

Mag poderwał głowę. Na ogół robił większe wrażenie na innych. Nie był próżny, ale takie jawne zignorowanie faktu, że w zapomnianym przez bogów Spokojnym Mieście pojawił się ktoś z samych Atoli, nie poprawiło mu wcale nastroju.

— Żryj błoto — szepnął, patrząc na plecy mężczyzny.

Miał dość tego miejsca. Jeszcze tydzień, odbierze cholerne listy polecające od lokalnych możnych, których leczył, a potem wraca do siebie. Nie zdzierży dłużej oglądania kolejnych wrzodów i ropiejących ran u niedomytych wieśniaków. Z całych sił bronił się przed pozostaniem na uczelni i wyborem kariery akademickiej. Uważał, że to niegodne, aby taka moc jak jego marnowała się niewykorzystana w celu niesienia ulgi potrzebującym. Teraz wiedział, że są rzeczy bardziej niegodne. Na przykład mechaniczne usuwanie marchwi z odbytu człowieka, który powinien prawnuki na kolanie bujać, albo wyrywanie połamanych zębów idiotom, których nie sposób przekonać, że orzechy się łupie narzędziem, a nie własną szczęką.


Szrama wrócił do obozu w trochę lepszym nastroju, niż się obudził. Gdy tylko dotarli do miasta, wypił kufel porządnego piwa, wykąpał się w lokalnej łaźni, a potem nawet zaszedł na szybki numerek. Przy okazji udało mu się znaleźć białego maga i na czas dać sygnał Łazędze, żeby go śledził, na wypadek gdyby Dowódca zechciał się z nim spotkać, na przykład jeszcze dziś wieczorem.

— Jak tam wypad do miasta? — spytał Wrzask.

— Nie przesadzaj z tym optymizmem. Tej wiochy miastem bym nie nazwał, ale tak czy inaczej poszło lepiej, niż myślałem. Dają całkiem znośne piwo, a dziwki mają nawet kilka zębów.

— Nie wierzę. Sam muszę to sprawdzić. Mogę? — spytał z nadzieją w głosie.

Szrama spojrzał na niego pustym wzrokiem, ale widząc, że Wrzask nie ustępuje, odpowiedział:

— Spytaj Dowódcy o pozwolenie. Ja jestem tu tylko od tłumaczenia monosylab Skórki na żołnierski.

— Chuj z ciebie — warknął Wrzask, ale bez specjalnej złości.

Nim zdołał odejść, Szrama go zatrzymał, pytając o rekrutów.

— Jeden nie żyje, drugi ledwie się trzyma.

— Który ma szansę?

— Szansę? Żaden. Ale jeśli pytasz o to, który dycha, to Marzyciel.

Szrama skinął głową i ruszył w kierunku namiotu oddanego do dyspozycji leczącego.


Marzyciel nie do końca rozumiał, co się z nim dzieje. Było mu zimno i gorąco jednocześnie. Chciało mu się pić, ale miał trudności z przełykaniem. Był przykryty skórami, lecz to nic nie dawało. Pocił się obficie, a szmatka, którą go ocierano, wydawała się podejrzanie ciemna.

Świadomość przychodziła i odpływała falami. Otwierał oczy, widział nad sobą obce twarze, zamykał je z powrotem. Ktoś coś do niego mówił, ale słowa nie miały sensu. Miał wrażenie, że czas się rwie.

Śniło mu się, że ktoś obok umarł i wynieśli go, klnąc głośno, że nikomu nie chce się sprzątać trupów. Potem śniło mu się, że jakiś obcy tłumaczy mu spokojnie, że ma krwawą gorączkę. Co za bzdura. Przecież na to się umiera, a on żyje. Chyba żyje.


Łazęga spojrzał na nazwę gospody, potem na maga. Zagwizdał cicho. Idący obok niego Cichy ugryzł kawałek kupionej po drodze kiełbasy.

— Jak kocham mamusię, to nie chcę wiedzieć, co jest w tym flaku.

— A co? Niedobre?

— Dobre. Za dobre. Nie rozpoznaję smaku.

Łazęga zaśmiał się, spoglądając na towarzysza z rozbawieniem.

— Może jakieś lokalne zwierzę.

— Przypominam ci, że się wychowałem niedaleko. Znam lokalne zwierzęta.

— Przyprawy?

Cichy zamyślił się poważnie, po czym wzruszył ramionami i oznajmił dobitnie:

— Może być i dupa mojej babci. Jebie mnie to. Jest smaczne i tyle.

Tym oto wielkim wyznaniem zamknęli temat, który w ich odczuciu został wyczerpany. Spojrzeli jeszcze raz na gospodę, potem dyskretnie się rozejrzeli i weszli do środka. Mag nie wyglądał na kogoś, kto w ogóle dopuszcza do siebie myśl, że ktoś go może śledzić. Poza tym kilka głębszych też im się czasem należało. Jedyny gościu w białych szatach raczej nie przemknie im przed nosem niezauważony, prawda?


Leczący uniósł głowę i spojrzał prosto w oczy Szramie. Nic nie powiedział. Po prostu przyglądał mu się uważnie.

— Mam coś na twarzy? — spytał w końcu zirytowany żołnierz.

— Blizny, ale pewnie to już wiesz — odpowiedział obojętnie leczący, po czym dodał: — Czekam, aż mi powiesz, na co mam ci dać maść.

— Jaką maść?

— Wysypka przy kuśce? Swędzenie? Pękająca skóra między palcami stóp? Okrągłe plamy na udach? Złażące paznokcie? Swoją drogą myślałem, że takie sprawy nie imają się Kompanii bez Imienia.

Szrama westchnął ciężko.

— Kompanii. My mówimy po prostu Kompanii. I tak, imają się nas, odkąd nie ma z nami Czarnego Maga.

— Słyszałem, że wam go… ubyło.

— Nam, lezcący. Nam. Jesteś już jednym z nas. Przywyknij.

Leczący spojrzał na niego dziwnie, ale ostatecznie nic nie odpowiedział. Zamiast tego zmienił temat.

— Beren. To moje imię.

Szrama roześmiał się na całe gardło.

— O nie. Ty jeszcze swojego imienia nie dostałeś, chłopie. Poczekaj tylko. W jednej chwili ktoś coś za tobą krzyknie, a w następnej okaże się, że to twoje imię i to już na dobre. Mnie matka też nie wołała Szrama.

— Ej, Szrama! — Łamkości wpadł do namiotu z wrzaskiem. — Szrama, ty matkojebco! Kto dziś rekrutów szkoli?

— Morda! — wrzasnął leczący. — Gdzie mi w namiocie dla chorych drzesz japę?!

Szrama otworzył szerzej oczy, a Łamkości nawet cofnął się o krok. Szybko jednak odzyskał rezon, uśmiechnął się od ucha do ucha i powiedział:

— Zaskoczyłeś mnie, Kogucik. Nieźle, nieźle, jak na takie cherlawe ciałko. A teraz cicho siedź. Weterani rozmawiają.

— No i dostałeś swoje imię — powiedział Szrama do leczącego, po czym zwrócił się do Łamkości: — Jakich rekrutów? Jeden już nie żyje, a drugiemu niewiele brakuje.

Łamkości namyślił się przez chwilę, spojrzał na Marzyciela, po czym wzruszył ramionami.

— Znaczy, że mam wolne?

— Znaczy, że prowadzisz zwykłe ćwiczenia.

— No ale…

— Mamy już kogoś, kto poskłada gnaty po tobie, ale nie przesadzaj. Nie dostaliśmy tu żadnego zlecenia, więc nie zostaniemy zbyt długo. Kogokolwiek dorwiesz, ma mieć całe nogi i móc chodzić.

Łamkości zasalutował prześmiewczo i wyszedł z namiotu. Szrama spojrzał na Kogucika.

— Co z dzieciakiem?

— Nie będziecie mnie nazywać Kogucik, jasne? Jak mnie tak będziecie nazywać, to was wszystkich potruję.

— Jasne, nie ma sprawy, Kogucik. A teraz odpowiedz mi na pytanie.

Trudno było zastraszyć faceta wyższego od siebie, większego w barach, z mordą, jakby ktoś sprawdzał na niej ostrość cholernej siekiery, i który w dodatku w ogóle nie traktował cię poważnie. Kogucik rozważył wszystkie możliwe scenariusze dalszej rozmowy i odkrył, że w każdym z nich kończy ze złamanym karkiem. Westchnął ciężko i pokręcił głową. Tyle z jego wielkiego bronienia honoru.

— Dzieciak ma krwawą gorączkę. Jest źle. To, że jeszcze się trzyma, to jakiś cud. Zrobię, co będę mógł, ale…

— Rozumiem.

Szrama spojrzał na Marzyciela i skierował się w stronę wyjścia. Kogucik patrzył za nim z niedowierzaniem. Tylko tyle? Żadnych gróźb? Żadnych żądań? Nic?

— Wygląda jak chuj, ale ma dobre serce — odezwał się żołnierz leżący na pryczy obok, który trafił do namiotu ze zwichniętą kostką.

— Naprawdę? — spytał z niedowierzaniem leczący.

— Nie — odpowiedział tamten i zaczął się histerycznie śmiać. Gdy się uspokoił, dodał: — Umie zmiażdżyć komuś gardło jedną ręką. Nie drażnij go. Dostał swoją fuchę na pewno nie za piękną buzię.

— A jaki dokładnie ma stopień?

— Stopień? No co ty, Kogucik… Tu nie ma stopni. Jest pierwszy po Skórce. I to ci powinno powiedzieć wszystko.

Kogucik. Już znienawidził swoje nowe imię, a nie nosił go nawet cholernej godziny.

— Świetnie — warknął, podchodząc do Marzyciela i przemywając mu czoło chłodną szmatką. — Biedny dzieciak. Długo to raczej nie potrwa.


Był już wieczór. Mag rozejrzał się po swoim pokoju i westchnął ciężko. Wyruszając w tę podróż, która miała być przygodą jego życia, nie zabrał ze sobą zbyt wielu rzeczy. Spodziewał się trudów drogi, walki z naturą i ciągłego ruchu, a w tym wszystkim wielkie toboły raczej wadzą.

Wyobrażał sobie, że gdy tylko przybędzie do Spokojnego Miasta i odpowiedni ludzie się o nim dowiedzą, kolejki do niego nie będą miały końca. Może nawet zostanie poproszony o objęcie funkcji oficjalnego medyka na dworze? Oczywiście wtedy odmówi, bo jego talent nie może się marnować, zamknięty w złotej klatce i… bla, bla, bla.

Ależ był głupcem.

Powinien był uważniej słuchać cudzych rad. Może nie utknąłby w zapyziałej dziurze, w której wierzy się w każdy cholerny zabobon, ale nie w to, że licencjonowany mag może zrobić coś więcej niż wyleczyć pieprzoną kurzajkę.

Wziął głęboki oddech. Musiał się uspokoić. Owszem, nie wszystko poszło tak, jak się spodziewał… w zasadzie nic nie poszło tak, jak się spodziewał.

— Tylko dostanę te listy polecające. Tylko je dostanę i wynoszę się stąd. Wszędzie będzie mi dobrze, byle nie tu.

Uniósł głowę i wyjrzał przez okno. Czy on właśnie stracił pół dnia na użalaniu się nad sobą? W brzuchu głośno mu zaburczało. Tak. Definitywnie stracił pół dnia. Zaraz zapuka córka właściciela i poda mu tacę z obiadem.

— O niej mowa — mruknął, słysząc ciche pukanie do drzwi.

Wstał, przemierzył pokój trzema szybkimi krokami i nacisnął klamkę. Dziewczyna jak zwykle patrzyła na niego ze szczerym uwielbieniem. Odebrał tacę, podziękował i zamknął drzwi. Pierwszego dnia ten wzrok był przyjemnym komplementem. Teraz nie znaczył nic. Zwłaszcza gdy zauważył, że dziewczyna patrzy w ten sposób na każdego, kto ma choć trochę pieniędzy.

Ponowny odgłos pukania wyrwał go z zadumy.

— Kto to? — szepnął, choć za cicho, by osoba po drugiej stronie mogła go usłyszeć.

Znów otworzył drzwi. Tym razem nie była to córka właściciela. Na progu stał wysoki, chudy, tyczkowaty żołnierz w czarnym mundurze. Miał małe, kaprawe oczy i nieprzyjemny uśmieszek. Czuć było od niego alkohol, choć nie wyglądał na pijanego.

— Witam — powiedział, przyglądając się magowi zbyt intensywnie.

— W czym mogę pomóc? — spytał niechętnie.

Nieznajomy zaśmiał się cicho i wręczył mu zaplombowaną kopertę. Mag nie rozpoznał ani symbolu odciśniętego w wosku, ani munduru żołnierza. Nigdy wcześniej się z nimi nie zetknął. Ktokolwiek używał takiego papieru i wosku, musiał mieć zasobny mieszek. A sam znak… był bogato zdobiony, zawiły, jakby należał do wyjątkowo starego rodu.

— Od kogo to? — spytał.

— Od Dowódcy — odpowiedział żołnierz.

Do najbystrzejszych to on nie należy, pomyślał mag, przyjmując kopertę.

— Masz zaczekać na odpowiedź?

— Mam zaczekać na ciebie, jakbyś się zdecydował — wzruszył ramionami żołnierz. — Jestem na dole, przy barze, jak uznasz, że masz ochotę skorzystać z eskorty. Jak nie, to trudno. Płakać nie będę.

Odwrócił się i odszedł. Mag jeszcze długą chwilę patrzył za nim z niedowierzaniem.


Na parterze gospody Łazęga spojrzał na Cichego, po czym dopił swoje piwo.

— Damy radę wypić po ostatnim? — spytał od razu.

— Raczej tak. Wyglądał na dość zaskoczonego.

— Nie poznał munduru?

— Nie. A przynajmniej nie wyglądał na maga, który rozpoznałby mundur Kompanii. Pewnie ma to coś wspólnego z tym, że nie mamy jednolitego umundurowania, ale co ja tam wiem — Cichy wzruszył ramionami, po czym z wrednym uśmiechem dodał: — Niezbyt bystry, ale bierzemy, co możemy.

— A jak nie możemy, to i tak bierzemy — odpowiedział tamten, dając jednocześnie znać barmanowi, żeby podał im kolejny raz to samo. — Myślałem, że wszyscy na Atolach śnią o nas w swoich najgorszych koszmarach.

— Ja też. Widać się pomyliliśmy — odparł Cichy, łapiąc za kufel.

Pobyt w Spokojnym Mieście zaczynał im się naprawdę podobać.


Szrama spojrzał na Łamkości, po czym po prostu pokręcił głową.

— Nie wszystko załatwimy siłą.

— Ale zasadniczą większość, i dobrze o tym wiesz — odpowiedział tamten. — Mówię ci, zamiast posyłać tamtych patałachów, trzeba było wziąć mnie, duży kufer i kogoś do pomocy przy dźwiganiu. Ta pizda w białym wdzianku już byłaby u Dowódcy.

— Nie dostałem rozkazu sprowadzenia go, tylko dopilnowania, żeby otrzymał list.

— A po liście powinien się tu stawić, więc w sumie na jedno wychodzi, nie?

Z Łamkości był jeden problem. Był brutalnym idiotą, który tak bardzo wierzył we własną nieomylność, że zaczynał przekonywać do niej innych. Szrama wiedział, że jeśli zaraz nie zakończy tej rozmowy, to sam da się przekonać, weźmie kufer, a potem będzie się gęsto tłumaczył Skórce.

— Jak poszedł trening? — spytał, próbując zmienić temat.

— Ano dobrze, dobrze. Będziesz zadowolony. Tylko dwie lewe ręce poleciały. Nic wielkiego. No ale nie zmieniaj mi tu tematu, dobra? To iść po ten kufer?

— Komu złamałeś łapy?

— Ech, znowu to robisz? Konusowi i Łajzie. Kufer jest…

— Co Łajza robił na treningu? Nie miało go tam w ogóle być. Miał pełnić straż, pilnując…

— No pilnował — wszedł mu w słowo wyraźnie zirytowany Łamkości. — Pokazałem na nim, dlaczego żołnierz zawsze musi być czujny i że skradanie się jest sztuką. Dał się zajść, to cierpi.

— Dał się zajść?! On jest z nami, Łamkości!

— Lewa łapa to nic wielkiego. Przecież…

— Jest leworęczny, ty niedojebany pomiocie osła!

Łamkości wzruszył ramionami.

— Teraz już wiem, ale wtedy nie wiedziałem.

— Jak mogłeś tego nie wiedzieć?! Przecież służymy razem od dobrych kilku lat!

— Zapomniało mi się.

Szrama przymknął oczy, nie wierząc w to, co słyszy. Lepiej, żeby Kogucik naprawdę był dobry, bo inaczej marnie widział kolejny zlecony włam.

— Jak mogłeś złamać rękę naszemu najlepszemu specjaliście od wytrychów?

— Szybko? — spytał szczerze zdziwiony Łamkości.

Szrama zamrugał, po czym zwyczajnie odmaszerował w tylko sobie znanym kierunku. Jeszcze chwila dłużej, a to, co mówił ten kretyn, wyda się całkiem rozsądne.


Mag ostrożnie złamał plombę, po czym rozłożył dokument. Zobaczył jedno z najstaranniej wykaligrafowanych zaproszeń, jakie kiedykolwiek widział. Każde słowo było wspaniałe, każda litera kształtna. Nie spotkał się nigdzie z taką techniką zapisu poszczególnych znaków. Autor musiał być nie tylko bogaty, ale też pochodzić z wyjątkowo dobrego domu. Byle kogo nie uczy się takiego pisma.

Treść była prosta. Pozdrowienie, kilka zwyczajowych grzecznościowych zwrotów, prośba o spotkanie, propozycja pracy dla Kompanii, przy czym słowo „Kompania” zapisano wielką literą. Albo był to zwykły błąd, albo próba podkreślenia wagi… Wagi czego? Nieważne. Facet pewnie się pomylił. „Kompanii” nigdy nie pisze się wielką literą, chyba że na początku zdania albo wtedy, gdy jest częścią pełnej nazwy. Jak na przykład „Elitarna Kompania Królewska Spokojnego Miasta”.

— Dlaczego ja w ogóle o tym myślę? — skarcił się cicho, raz jeszcze przebiegając wzrokiem po dokumencie.

Nie pierwszy raz dostał tego typu propozycję. Do tej pory nie był zainteresowany żadną współpracą. Wojsko nie było czymś, co go pociągało. Chciał leczyć ludzi, a nie składać morderców, którzy po wyleczeniu wrócą do bezsensownego zabijania, nazywanego przez głupców wojną. Z drugiej jednak strony nie chciał też leczyć kolejnych infekcji, których można było uniknąć, zwyczajnie dbając o higienę.

Spokojne Miasto wiele zmieniło w jego sposobie myślenia. Zaczynało mu też wypaczać system wartości, skoro w ogóle rozważał spotkanie z kimś, kto jak ostatni pajac podpisał się „Dowódca”.

Odłożył zaproszenie, ale wciąż nie mógł oderwać od niego wzroku. W treści pojawiła się informacja o krwawej gorączce. Na krwawą gorączkę nie ma leku, a jego zdolności na niewiele się zdadzą, jeśli chory ma już wszystkie objawy, ale odmówienie pomocy…

— Po prostu przyznaj, że chcesz tam iść, i tyle — warknął sam do siebie, po czym wstał od stolika. — Idę przekonać sam siebie, że to strata czasu. Co za absurd.

Wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi na klucz i chowając go do jednej z ukrytych kieszeni szat.


Cichy dopił piwo.

— Nie umiesz się nim delektować, co? — spytał całkiem pijany Łazęga.

— Zaraz przyjdzie — odpowiedział Cichy, wzruszając ramionami.

— Nie wydaje mi się, żeby w ogóle… — Łazęga urwał, patrząc na schody prowadzące na piętro gospody. — O chuj. Miałeś rację.

Jednym szybkim haustem opróżnił kufel i wstał, gotowy do wyjścia. Cichy zaśmiał się złośliwie, ale ostatecznie nic nie powiedział. Mieli zadanie do wykonania. Na nim należało się skupić. Naprawdę skupić, bo inaczej zaczną się zataczać, a to już mogłoby kogoś poważnie zirytować.

— Chodźmy — powiedział, gdy tylko mag podszedł bliżej.

Tamten skinął głową. Nie musiał nic mówić. Wystarczyło, że poszedł za nimi.


Dowódca spojrzał na Skórkę, która znów uważnie przyglądała się połom namiotu. Nie pytał o nic. Kobieta jeszcze przez chwilę nie odrywała wzroku od wyjścia, wymownie marszcząc brwi. W końcu jednak wyraźnie się rozluźniła i wróciła do zabawy swoim ulubionym nożem. Dowódca odczekał kilka sekund, ale gdy nic nie powiedziała, wrócił do czytanych wcześniej dokumentów.

Do namiotu ktoś zapukał. Uniósł wzrok, a Skórka w tym samym momencie dotknęła nożem policzka. Szrama. Zezwolił na wejście.

Żołnierz wsunął się do środka i zasalutował. Wyglądał na zdenerwowanego. Niepewnie przestąpił z nogi na nogę, co u tak rosłego mężczyzny wyglądało niemal komicznie. W końcu odchrząknął i spytał:

— Czy będzie potrzebne ponaglenie dla maga? Albo jakaś forma pomocy w podjęciu decyzji o przyjściu do nas?

Dowódca przyjrzał mu się uważnie, odkładając na chwilę trzymany w dłoni dokument. Milczał, więc Szrama nerwowo podrapał się po głowie.

— Nie, nie sądzę — odpowiedział w końcu. — Jeśli mój list nie wystarczy, odwiedzę go osobiście, ale myślę, że nie będzie takiej konieczności.

Szrama ponownie zasalutował. Gdy w namiocie byli inni żołnierze, czuł się spokojniejszy. Gdy jednak musiał być z Dowódcą i Skórką sam na sam, nie potrafił zapanować nad nerwami. Wyglądał jak mysz w potrzasku. Było to nawet zabawne, zważywszy na to, że żadne z tej dwójki nigdy nie zrobiło mu nic złego.

— Cichy nie przekazał wiadomości na temat maga — wyrzucił z siebie szybko rosły żołnierz, czując, że musi choć na chwilę zabić ciszę.

— Nie wydałem takiego rozkazu. Nie uchybiłeś w niczym, więc przestań się denerwować i skup się na swoich obowiązkach. Mag jest moim problemem, nie twoim.

— Dziękuję, panie Dowódco!

Dowódca skinął głową i wrócił do czytania.

— Możesz odejść. Złożyłeś już zamówienia i dopilnowałeś wszystkiego, co miałeś zrobić. Odpocznij.

— Tak jest!

— I powiedz Łamkości, że jeśli w jakikolwiek sposób złamana ręka Łajzy utrudni nam wykonanie kolejnego kontraktu, to osobiście wpakuję go do tej pierdolonej skrzyni — powiedziała spokojnie Skórka.

Szrama zbladł, ale widząc cień uśmiechu na ustach kobiety, sam zaśmiał się nerwowo. Zasalutował po raz ostatni i szybko opuścił namiot.

Skórka spojrzała na Dowódcę. Ten machnął ręką, jakby odganiał natrętnego insekta. Pokręciła lekko głową, on przytaknął, choć nawet na nią nie patrzył. Rozmowa dobiegła końca.


Cichy spojrzał na Szramę wychodzącego z namiotu dowodzenia. Podszedł spokojnym krokiem i spytał cicho:

— Jakieś problemy?

Szrama spojrzał na niego, potem na eskortowanego gościa i wyraźnie odetchnął z ulgą.

— Nie. Wszystko gra.

— Na pewno? Blady trochę jesteś.

— Łamkości złamał lewą rękę Łajzy.

Cichy zagwizdał z niedowierzaniem i pokręcił głową.

— Sukinsynowi chyba życie zbrzydło. Co na to szef?

— Nie jest zadowolony, ale teraz bardziej interesuje go mag.

Cichy zaśmiał się i kiwnął głową.

— Łapię. Już go dostarczam.

Szrama klepnął go po ramieniu i szybko odszedł do własnego namiotu. Musiał chociaż przez chwilę pobyć sam. Maga minął bez słowa, ignorując jego baczne spojrzenie. Wiedział, że tamten go rozpoznał. Mało kto ma tak przeoraną mordę jak on.


Mag przyglądał się uważnie wszystkim żołnierzom, których mijał. Nie wywarli na nim dobrego wrażenia. Byli wielcy, szpetni i źle im z oczu patrzyło. Formacje wojskowe, z którymi miał dotąd do czynienia, wyglądały inaczej. Miały w sobie więcej tej dziwnej sztywności i więcej dumy. Ci natomiast sprawiali wrażenie ludzi, którzy zabijają nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że potrafią. Najgorszy był ten z bliznami na twarzy. Nie dość, że wyglądał na kogoś, kto dla zabawy podrzyna dziecku gardło, to jeszcze miał błysk inteligencji w oczach, a brutalność z inteligencją nigdy nie były dobrym połączeniem dla otoczenia.

— Jak się wasza kompania nazywa? — spytał w końcu swojego przewodnika.

— Kompania — odpowiedział tamten, wzruszając ramionami.

— No ale czyja? Jaka?

— Dowódcy o to pytaj — powiedział, wskazując głową poły namiotu. — Czeka na ciebie.

Nie pytał o nic więcej. I tak nie dostałby żadnej odpowiedzi. Zaraz zresztą wszystkiego się dowie, więc po co strzępić język, kłócąc się z pijanym kretynem?

Weszli do namiotu. Nie, to nie była prawda. On został wpuszczony do namiotu, a jego eskorta bardzo szybko i chętnie go opuściła. Nie przeszkadzało mu to. Wszedł pewnym krokiem.

W środku siedział za biurkiem mężczyzna czytający jakiś dokument, a po jego lewej stronie, na niedużym, składanym krzesełku, siedziała kobieta czyszcząca sobie paznokcie nożem. Był to dziwny widok. Raczej nie jeden z tych, do których zdążył przywyknąć. Przyjrzał się uważniej mundurom i znów dał się zaskoczyć. Jego fasonu za nic nie mógł rozpoznać, a jej… Ona miała na sobie dopasowane spodnie i cienką, skórzaną kurtkę. U żadnego z nich nie dostrzegł choćby jednego świadectwa rangi. Nie było blaszek, medali, przypinek. Kompletnie nic.

Mimo tego od razu było jasne, że to oni tu rządzili. Nikt nie musiał mu tego mówić. To po prostu się czuło.

— Cieszę się, że przyjąłeś nasze zaproszenie — powiedział mężczyzna, odkładając trzymany w dłoni dokument. — Obawialiśmy się, że nie zechcesz się z nami spotkać. Usiądź, proszę.

Wskazał krzesełko, ale nie próbował podać ręki. Mag usiadł sztywno. Było w jego rozmówcy coś dziwnego. Miał wyjątkowe rysy twarzy. Im dłużej mu się przyglądał, tym trudniej było mu określić, skąd właściwie pochodzi. Podobny problem miał z jego towarzyszką. Na pierwszy rzut oka wszystko było normalne, ale im dłużej oko szukało cech charakterystycznych, tym szybciej umysł dochodził do wniosku, że po prostu ich tam nie ma.

— Z kim mam przyjemność? — spytał w końcu, zmuszając się do skupienia.

— Mówią na mnie Dowódca. Dowodzę tą kompanią.

Mag parsknął, zirytowany. Facet wyglądał na kogoś z bardzo bogatego rodu, kogo nawet trudy wiecznego marszu i prowadzenia bitew nie zniszczyły na tyle, by zatrzeć świadectwo luksusu z pierwszych lat życia. Może gdzieś tam był znany, może i ta jego kompania też, ale zakładanie, że słyszał o nim cały pieprzony świat, było czystym narcyzmem.

— Czy nikt nie może mi się normalnie przedstawić i podać pełnej nazwy tej cholernej kompanii? Dowiem się w końcu, pod kim służycie albo skąd jesteście? Dowiem się tu czegokolwiek? Po co to całe zaproszenie, jeśli nie mogę uzyskać ani jednej odpowiedzi i…

Umilkł, gdy siedząca niedaleko kobieta zaśmiała się cicho. Nie był to zwykły śmiech. Był kontrolowany, zimny, przyprawiający o ciarki. Mag zerknął na nią ostrożnie. Coś było z nimi bardzo nie w porządku. Powinien po prostu wstać i wyjść. I to natychmiast.

— Jeśli teraz wstanę i wyjdę… to co się stanie?

Dowódca spojrzał na niego spokojnie, po czym ledwie zauważalnie wzruszył ramionami.

— Wyjdziesz na deszcz. Właśnie zaczyna padać.

Jakby w odpowiedzi na te słowa usłyszał pierwsze, nieśmiałe krople uderzające o płótno namiotu.

— Tak po prostu? I mogę sobie iść?

— Poproszę Szramę, żeby wyznaczył kogoś do odprowadzenia cię. Dotarłeś tu bezpiecznie i bezpiecznie wrócisz.

Nie uwierzył ani przez chwilę. Było coś w tym człowieku, co przerażało go bardziej niż widok noża w dłoni jego towarzyszki. Magowie nie byli nieśmiertelni. Jeden dobrze wymierzony cios…

— Mam posłać po eskortę? — spytał Dowódca.

— Słucham?

— Chcesz już wracać?

— Tak — odpowiedział odruchowo, ale zaraz dodał: — Nie. Najpierw chcę wiedzieć, jak nazywa się ta kompania i kim ty jesteś, że zachowujesz się tak, jakby wszyscy powinni cię znać.

Kobieta zaśmiała się ponownie, tym razem niemal rozbawiona. Dowódca również pozwolił sobie na cień uśmiechu.

— Ta kompania nie ma imienia — powiedział w końcu.

Mag zacisnął zęby.

— Jak może…

— Nigdy go nie dostała — dodał Dowódca.

— Jedyna kompania, która naprawdę nigdy nie potrzebowała imienia i o której wszyscy słyszeli, to Kompania bez Imienia — wyrzucił z siebie mag. — I przewodził jej Dowódca. Widzę, kim się inspirowaliście, ale radzę wam przestać. Jeśli prawdziwy Dowódca się o tym dowie…

— Czarny Mag jest na urlopie — przerwał mu spokojnie Dowódca. — Dlatego potrzebujemy kogoś, kto zna się na leczeniu.

Mag poderwał się z krzesła. Tego było już za wiele.

— Jeśli naprawdę jesteście tą Kompanią, to powinniście wiedzieć, co Czarny Mag zrobiła na Atolach. Po tym, jak spaliliście pół Akademii…

— Trzy kwestie — powiedział Dowódca, odkładając dokument. — Po pierwsze, to nie spaliła, a zburzyła. Pożar wybuchł później. Po drugie, nie jeden z nas, a jedna z nas. Po trzecie, nie mieliśmy tam kontraktu, więc dlaczego mielibyśmy się wtrącać?

Mag zamilkł.

— Jaki był prawdziwy powód zniszczenia Akademii? — spytał cicho.

— Czarny Mag nie toleruje, gdy nazywa się ją „maginią”.

Usiadł ciężko. To była prawda. Wiedział o tym. Wiedział od dawna.

— To się nie dzieje naprawdę…

— Możesz odejść — oznajmił Dowódca.

Skórka uchyliła poły namiotu. Chwilę później do środka wszedł Szrama.

— Odprowadź naszego gościa i dopilnuj, żeby nic mu się nie stało.

Żołnierz spojrzał nieprzyjemnie na maga, ale zasalutował i nie powiedział nic. To jedyna szansa, żeby stąd uciec, pomyślał tamten, wystraszony nie na żarty. Już miał wstać, gdy do głowy przyszła mu inna myśl. Dowódcy się nie odmawia. Wszyscy o tym wiedzieli. A co, jeśli on odmówi i jego eskorta wcale nie odprowadzi go do gospody? Co, jeśli to są ostatnie chwile jego życia? Spanikowany, spojrzał na Dowódcę.

— Czego ode mnie naprawdę chcesz? — spytał cicho.

— Żebyś nas leczył.

— Dobrze — powiedział po długiej chwili. — Zostanę waszym uzdrowicielem.

Dowódca podał mu kontrakt. Przeczytał go dokładnie. Obowiązki były jasne. Leczenie. Nic więcej. Podpisał, czując, jakby właśnie popełnił największy błąd życia.

— Witamy w Kompanii — powiedział Dowódca. — Szrama odprowadzi cię do namiotu. Jutro przygotujemy dla ciebie własny. Jeśli czegokolwiek będziesz potrzebował, mów. Za kilka dni opuszczamy Spokojne Miasto, więc to ostatnia szansa na uzupełnienie zapasów.

— Jutro mam złożyć sławną przysięgę? — spytał.

Dowódca spojrzał mu prosto w oczy, odpowiadając:

— Nie jesteś żołnierzem. Oni recytują przysięgę, ty ją podpisujesz. Wychodzi na to samo. No chyba że nalegasz.

— Nie. Dziękuję — odpowiedział, wstając.

Dowódca skinieniem głowy pożegnał go bez słowa. Mag wyszedł, a tuż za nim żołnierz.

— Chodź — powiedział do niego, prowadząc go raptem kilka metrów dalej. — Na razie zatrzymasz się tutaj.

Spojrzał na namiot, po czym wszedł do niego niepewnie. Zwykły namiot, nic specjalnego. W środku kilka prycz, ale wszystkie puste.

— Nie mam swoich rzeczy.

— Jak chcesz, to każę po nie posłać. Jak wolisz je odebrać sam, to wyznaczę kogoś, żeby z tobą poszedł. Optymalnie byłoby jednak, gdybyś zaczekał z tym do jutra.

— Dlaczego?

— Bo, kurwa, pada. Dlatego.

No tak. Faktycznie. Deszcz uderzał o materiał namiotu coraz mocniej. Jeszcze chwila, a zacznie się prawdziwa ulewa.

— To jak? Dziś czy może jednak zaczekać?

— Powiedz mi coś szczerze — poprosił cicho, zmieniając na moment temat.

— No? — odpowiedział tamten zniecierpliwionym tonem.

— Miałeś poderżnąć mi gardło w obozie czy za nim?

— Miałem cię stąd odprowadzić.

Zaśmiał się, słysząc to zapewnienie, ale potem spojrzał w oczy żołnierza i z niedowierzaniem odkrył, że tamten nie żartował ani nie próbował kłamać.

— Żartujesz — jęknął.

Tym razem to żołnierz zaśmiał się i nie było w tym nic miłego ani przyjemnego.

— Nie. Nigdy nie kazał mi zabić nikogo tylko dlatego, że odmówił dołączenia do nas.

— No ale to Dowódca! Jemu nikt nie odmawia!

— Owszem. Ty też tego nie zrobiłeś.

Mag nagle zrozumiał, w czym tkwiło sedno problemu.

— Niech to Nraf pochłonie! — warknął.

— Nie jesteś zbyt bystry jak na maga, co? Wkopać tak samego siebie.

Kpina w głosie Szramy zapiekła do żywego.

— Nie jesteś zbyt bystry jak na żołnierza, co? — warknął w odpowiedzi. — Denerwować w ten sposób jedynego człowieka znającego się na leczeniu.

Szrama parsknął, po czym pokręcił lekko głową, mówiąc:

— Nie jesteś jedyny, chłopie. Wczoraj zgarnęliśmy jeszcze jednego.

— To po co posłaliście po mnie?

— Bo nasi leczący mają na ogół krótki termin ważności.

Mag usiadł ciężko na pryczy. Czyli sam zapisał się na przejażdżkę po piekle i to takim, w którym podrzynało się gardła tym, którzy mieli cię wyleczyć. Wspaniale.

— Jak zabiliście ostatniego? — spytał z rezygnacją.

— Nie zabijamy swoich leczących, kretynie. Aż tak głupi nie jesteśmy — warknął szczerze urażony żołnierz. — Ostatni był z nami kilka ładnych lat, ale zabiła go krwawa gorączka. W międzyczasie zwerbowaliśmy trzech i puściliśmy do innych oddziałów, ale wszyscy już nie żyją. Jeden zaraził się martwotą i po miesiącu kopnął w kalendarz, drugi złapał czerwone larwy i go wyżarło od środka, a trzeci… No dobra. Trzeciego zabiliśmy, bo był pieprzonym dezerterem, a próba ucieczki zawsze karana jest śmiercią. Z tego co wiem, to pierwszych dwóch już zastąpiono, ale nie wiem do końca kim, a trzeci oddział nie ma nikogo, więc pewnie jeden z was u nich wyląduje. Na twoim miejscu robiłbym wszystko, żeby nie padło na ciebie.

— Czemu?

— Jakby to prosto ująć… Dowódcy oko leczącego tuczy. Każdy, kto umie leczyć, jest u nas na wagę złota i krzywda mu się nie stanie, ale widziałeś go… Z nim się nie pogrywa. Jeśli otoczy cię opieką, to nikt obcy nie spojrzy na ciebie krzywo. Poza tym nie wiem, jak to robi, ale kasa mu się nie kończy, więc dostaniesz zawsze wszystko, o co poprosisz, jeśli da się to kupić. Nie próbuj robić go w chuja, a będziesz sobie żył jak lis w kurniku, jak mawiała moja babka.

Zanim mag zdążył odpowiedzieć, ktoś wrzasnął:

— Szrama! Kogucik mówi, że dzieciak umiera!

Szrama ruszył biegiem.

Mag pobiegł za nim bez wahania. Nie obchodziło go żadne wkradanie się w łaski Dowódcy. Ktoś umierał i ktoś potrzebował pomocy, a on właśnie po to był szkolony na Atolach: aby udzielać takiej pomocy, a nie leczyć pieprzone wrośnięte paznokcie u stóp.


Skórka odczekała, aż Dowódca odłoży czytany dokument, ale zanim sięgnął po następny.

— Co o nim myślisz? — spytała cicho.

— Wyrobi się — odpowiedział, spoglądając na kobietę obojętnym wzrokiem.

Skinęła głową w odpowiedzi, po czym stwierdziła:

— Też tak myślę. Czarnego nie zastąpi, ale będzie dużym wsparciem.

— Czarnego Maga nikt nie zastąpi. Nikt jej nie dorówna w skuteczności. Na szczęście dla nas także w obłędzie i destrukcji.

Przytaknęła. Spojrzał jej prosto w oczy, po czym uniósł lekko brew. Jeśli chciała coś jeszcze powiedzieć, to była jej chwila. Potem wróci do pracy i rozmowa się skończy.

— Nie myślałam, że da się tak namówić — powiedziała w końcu, korzystając z okazji, by przedłużyć tę krótką wymianę zdań.

— Ja również, choć nie wiem, czy można to nazwać „namówieniem”.

— Mam wrażenie, jakbyśmy go oszukali, zmuszając do dołączenia.

— Nie oszukaliśmy. Jeśli już, to sam siebie oszukał, a za to nie możemy ponosić moralnej odpowiedzialności.

Przytaknęła. Przez kilka sekund patrzyli na siebie, po czym bez słowa wrócili do swoich zajęć. To była wyjątkowo długa rozmowa jak na tę dwójkę.


Kogucik otarł czoło dzieciaka. Biedny, młody głupek. Chowany w ciepłym, spokojnym domu na wsi… Po co w ogóle tu dołączał? Chciał się wyrwać? Zwiedzić świat? Przeżyć kilka przygód? No cóż. Jego jedyna przygoda skończyła się złapaniem śmiertelnej krwawej gorączki.

— Poszło szybko, co? — powiedział, cicho płucząc szmatkę.

— Nie boisz się, że się zarazisz? — spytał żołnierz ze skręconą kostką.

— Leczącego nigdy nie łapią krwawej gorączki — odpowiedział.

Była to jego ulubiona bujda. Kochał wciskać ją innym. Żołnierz łyknął ją bez problemu, ale po chwili się skrzywił.

— Ej, czekaj. Nasz ostatni leczący umarł na krwawą gorączkę.

— Czyli był tylko od leczenia, a nie prawdziwym leczącym.

Żołnierz zawahał się, po czym wzruszył ramionami, uznając wyższość argumentów specjalisty nad własnym doświadczeniem.

— Pewnie tak.

Jeśli chciał coś dodać, to nie zdążył. Do namiotu wszedł Szrama, prowadzony przez Wrzaska.

— Jestem — powiedział ten pierwszy, od razu kierując się do pryczy chłopaka.

— Przykro mi — szepnął Kogucik, znów zmywając krew z czoła Marzyciela.

— Życie — odpowiedział mu wielki żołnierz.

Przysiadł i czekał. Nic więcej nie mówił. Cel jego obecności był wystarczająco jasny. Miał być towarzyszem ostatniej drogi.

— Żołnierz umiera w samotności — powiedział Kogucik, przypominając sobie słowa wypowiedziane rano przez jednego ze swoich nowych pacjentów.

— On nie jest żołnierzem — oznajmił Szrama, dając tym samym do zrozumienia, dlaczego ktoś przy nim jest i będzie, gdy nadejdzie jego czas.

Do namiotu wszedł ktoś jeszcze. Wszyscy spojrzeli w kierunku nowo przybyłego. Mag, speszony, uniósł lekko dłoń i pomachał nią niepewnie.

— Dzień dobry…? — wyjąkał, lecz gdy tylko zobaczył Marzyciela, natychmiast zapomniał o skrępowaniu.

Podbiegł do chłopaka. Krew wypacana przez niego nie pozostawiała żadnych wątpliwości ani co do choroby, ani co do stanu pacjenta. Mag obejrzał go jednak uważnie, po czym szybko, drżącymi dłońmi, zaczął otwierać torbę.

Kogucik złapał go za rękę.

— To koniec — powiedział cicho.

Mag wyszarpał dłoń i mimo wszystko zaczął czegoś szukać. Drugi leczący westchnął. W namiocie zapadła cisza, a w tej ciszy nagle, nienaturalnie głośno, rozbrzmiał dźwięk głębokiego oddechu.

Mag zamarł. Pozostali opuścili wzrok, szepcząc modlitwy w różnych językach. Chłopak odszedł.

— Odchodzą i nic na to nie poradzisz — powiedział Kogucik, ściskając go za ramię w geście, który miał dodać otuchy.

— Życz mu dobrej drogi — warknął Szrama.

Mag natychmiast pochylił głowę, nie tylko wypowiadając słowa pożegnania, ale też odprawiając szybki rytuał odesłania duszy. Szrama skinął głową z wyraźną wdzięcznością, po czym bez słowa wstał.

— Był kimś ważnym? — spytał Kogucik, zanim rosły żołnierz wyszedł.

— Był wnukiem legendy — odpowiedział tamten.

Nie miał ochoty wyjaśniać szczegółów. W ogóle nie miał ochoty rozmawiać z kimkolwiek. To nie pierwszy rekrut, którego stracił, nie będzie też ostatnim, ale… to był wnuk samego Nudziarza i zasłużył chociaż na jedną wartą zapamiętania przygodę.

— Dokąd idziesz? — spytał Wrzask.

— Do namiotu Dowódcy. Skórka powinna się o tym dowiedzieć ode mnie, nie z plotek.

— Jak ją znam, to już wie.

— Bez znaczenia.

Wrzask przytaknął.

Szrama wyszedł, nie żegnając się z nikim, a chwilę później w jego ślady poszedł Wrzask. Mag dalej przyglądał się w ciszy ciału chłopaka. Kogucikowi aż zrobiło się go szkoda.

— Pierwszy, którego straciłeś? — spytał, zasłaniając dzieciakowi umęczoną twarz.

— Ja…

— Nie dasz rady wszystkich uratować. Ja też nie. Może gdybyśmy byli Czarnym Magiem, ale…

Mag wstał powoli, zmusił się do oderwania wzroku od ciała. Spojrzał Kogucikowi prosto w oczy, po czym wyciągnął w jego kierunku dłoń.

— Dziękuję za twoje słowa. Jestem Justus Valis Meren, mag z Atoli.

Kogucik uścisnął mu dłoń, po czym roześmiał się nieprzyjemnie.

— Nie, nie jesteś. Dopiero nadadzą ci imię. Ja do wczoraj byłem kimś innym, ale teraz jestem Kogucik. Miło mi cię poznać, magu. Zajdź do mnie, jak już nadadzą ci nowe imię.

Mag z zaskoczeniem i niedowierzaniem przyglądał się przez chwilę drugiemu leczącemu, po czym powiedział:

— Nikt mi nic nie mówił o takiej tradycji.

Namiot wypełnił rechot żołnierza, o którego istnieniu wszyscy zapomnieli. Spojrzał na maga, jakby był skończonym kretynem, po czym oznajmił tonem znawcy:

— Bo to tak nie działa. Ktoś coś powie i już tak zostanie. Zobaczysz. Nie walcz z tym, tak to tu po prostu działa.

Magowi nie spodobała się taka odpowiedź, ale nie miał ochoty dyskutować z kimś, kto nie wyglądał na zbyt rozgarniętego. Kogucik wzruszył ramionami, potem bez słowa zabrał się za obmywanie ciała. No tak, pomyślał ze zdziwieniem mag. Leczący zajmowali się żywymi, nie martwymi, ale tu nie było nikogo, kto obmyłby zwłoki. Gdy to do niego dotarło, odłożył torbę i podwinął rękawy.

— Pobrudzisz się, chłopcze — zażartował cicho Kogucik.

— Może wreszcie powinienem — odpowiedział, słabo się uśmiechając.

Tamten zrozumiał i nic więcej nie dodał. Nie było potrzeby. Skupili się na swoim zadaniu, w ciszy przygotowując Marzyciela do jego ostatniej drogi.


Szrama spojrzał Skórce prosto w oczy. Nie spodziewał się niczego ani niczego nie oczekiwał i dokładnie nic od niej nie otrzymał. Nie powiedziała słowa, choć wysłuchała go uważnie. Tak to wyglądało. Byli, żyli, walczyli, potem umierali. Nic więcej. Nie meldował jej o każdym zgonie, chyba że był to ktoś z kluczowymi umiejętnościami. Nie oczekiwała tego od niego. Śmierci Marzyciela też nie powinien meldować, ale…

— Dokonał wyboru — powiedział nagle Dowódca, jakby odczytując myśli Szramy.

Ten zadrżał lekko, ale szybko nad sobą zapanował. Dowódca rzadko się odzywał. Jego melodyjny, silny głos zawsze zaskakiwał i niepokoił żołnierza. Ten nigdy nie wiedział, czy wolno mu odpowiedzieć.

— Każdy z nas dokonuje wyboru — zgodziła się z nim Skórka.

Szrama poczuł, że popełnił błąd, w ogóle przychodząc do tego namiotu. Już miał wyjść, gdy Dowódca coś mu podał. Przyjął dokument ostrożnie.

— Wyślij to jak najszybciej.

Zaskoczony, spojrzał na zaplombowany list, potem odczytał imię adresata. Wyprężył się i dumnie zasalutował.

— Tak jest!

— Możesz odejść — odpowiedział Dowódca, wracając do swoich spraw.

Szrama wyszedł z namiotu, po czym ostrożnie ukrył list w wewnętrznej kieszeni swojego uniformu. Jutro osobiście uda się do miasta i dopilnuje, by kondolencje dotarły do Nudziarza jak najszybciej.


Mag wszedł do swojego namiotu, odłożył ostrożnie torbę, a potem rzucił się na pierwszą z brzegu pryczę. Jego pierwszy dzień w nowej pracy i pierwszy zgon na dobry początek.

— Miałeś się wykazać, a nie pogrążyć — warknął sam do siebie.

Spisał się, nie ma co. Nic nie mógł zrobić, ale nie w tym był problem. Spanikował. Pierwszy raz miał do czynienia z krwawą gorączką i naprawdę spanikował. Szrama na pewno doniesie o tym Dowódcy. Wybiorą bardziej doświadczonego uzdrawiającego.

— Wspaniale, Justus. Wylądujesz na jakimś kompletnym zadupiu z bandą niedomytych barbarzyńców, którym będziesz masowo doszywał kończyny. Kariera godna ciebie, idioto.

Senność przyszła szybko. Zanim zasnął, pomyślał tylko, że to przynajmniej nie były wrzody na tyłku. Chociaż tyle dobrego.

Dziennik: mag

Kompania znów ma maga w swoich szeregach. Sprawdziłem to osobiście. Nie ukrywam, że gdy tylko wyczułem źródło mocy w centrum obozu tej hołoty, serce omal mi nie stanęło. Na szczęście to nikt inny jak sam Justus Valis Meren. Głupiec przepełniony ideałami. Nie dołączył do Dowódcy dobrowolnie. Chciałbym myśleć, że został oszukany, ale w życiu spotkałem go raz i ten jeden raz pozwala mi domniemać, że Justus sam oszukał siebie.

Właściwie wszystko to nie ma większego znaczenia. Liczy się tylko fakt, że nie umie on poza leczeniem nic więcej. Żadnych zaklęć ofensywnych, defensywnych ani niczego, co utrudniłoby mi osiągnięcie mojego celu.

Nastroje w oddziale Dowódcy uległy zmianie. Żołnierze czują się pewniej, mając po swojej stronie maga. Wielu z nich nie rozumie, że Justus — nieważne, jak bardzo by chciał — nigdy nie dorówna Czarnemu Magowi. To przykre, ale nie dorówna jej nawet w kwestii leczenia. Jestem ciekaw, jak się czuje, żyjąc już w jej cieniu. Czy w ogóle to zauważył?

Będzie ich leczył. Będzie robił to jak najlepiej, a do tego będzie wiedział, gdy zacznie się z nimi dziać coś złego. To istotna niedogodność. Rozważałem na pewnym etapie zatrucie wody na trasie ich przemarszu, ale teraz jest to bezcelowe. Nie potrzebuję nikogo, kto wskaże Dowódcy palcem niewygodny fakt. Ten dureń i tak nie wiedziałby, kto to zrobił, ale wystarczyłaby sama informacja o istnieniu potencjalnego wroga, a moje ręce nagle stałyby się mocno związane.

Nie. Nazywano mnie różnie, ale nigdy głupcem.

Drugą niedogodnością jest to, że od teraz nie mogę się zbliżyć do oddziału Dowódcy tak, jak robiłem to do tej pory. Nie wiem, na ile wrażliwy jest Meren, ale wiem, że jak skończony idiota poleci w te pędy do Dowódcy, by donieść mu, gdy tylko wyczuje choćby cień cudzej obecności. To właśnie problem z ludźmi jego pokroju. Są nie tylko łatwowierni, ale też zbyt obowiązkowi.

Podpisał kontrakt i teraz, nawet jeśli Kompania bez Imienia jest uosobieniem wszystkiego, czego nienawidzi i czym się brzydzi, będzie czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo tych ludzi. Będzie leczył, tak jak chciał. Przynajmniej to jedno mu się udało. Opuścił Atole, odstąpił od wygodnego życia i teraz może się całkowicie skupić na ratowaniu innych.

Ciekawe, czy już tęskni za wygodnym łóżkiem i żałuje z całego serca dnia, w którym sprzeciwił się swojemu mistrzowi i odszedł, szukać bardziej potrzebujących. Osobiście mam tylko nadzieję, że szybko spotka go nieszczęśliwy wypadek, bo nie chciałbym mieć na rękach krwi swojego rodaka.

Nowe zlecenie

29. dzień lata, 9132 r. miary unickiej. Konah, Cytha

Zdrajca spojrzał na swoich ludzi jedzących śniadanie i zmarszczył brwi, jakby coś go wyraźnie niepokoiło.

— Nie myśl tyle, bo się zesrasz — warknął mijający go Konar.

— Dawno nie było u nas ptaka — odpowiedział Zdrajca, odruchowo drapiąc się po brodzie.

Konar zatrzymał się, odwrócił na pięcie, podszedł do dowodzącego ich oddziałem, spojrzał mu prosto w oczy i oznajmił:

— Jak masz za mało problemów, to je sobie dotwórz, a nie funduj je nam wszystkim. Im dłużej tego pierzastego sukinsyna nie ma, tym lepiej. Czego ty w tym nie rozumiesz?

Zdrajca pokręcił głową, wyraźnie rozczarowany jego postawą.

— Nic nie rozumiesz. Nie chodzi o to, czego ja nie rozumiem, tylko o to, czego wy nie rozumiecie. Ptak stanowi potwierdzenie, że wciąż jesteśmy częścią Kompanii…

Konar przewrócił oczami.

— Ty mówisz to poważnie, prawda? Matka cię na łeb upuściła po porodzie czy co? Dowódca nie zapomina o swoich. Nieważne, jakbyśmy bardzo tego chcieli i jak bardzo byśmy się starali, on nie zapomina. I to jest w tym wszystkim najbardziej tragiczne. Nie wiem, po co ci jakiekolwiek potwierdzenie czegoś, co jest absolutnie pewne. Zdrajca, jeśli tylko usłyszę, że tym swoim pierdoleniem ściągnąłeś do nas tego jebanego…

— Ptak! — wrzasnął ktoś.

Konar spojrzał przed siebie pustym wzrokiem, zaciskając pięści tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. Żuchwa chodziła mu ze złości, ale rozsądek wziął górę. Odstąpił od Zdrajcy bez słowa. Wolał nie ryzykować otwierania ust w tym momencie.


Kudłaty podrapał się po łysej głowie, wpatrując się z rosnącą podejrzliwością w swoją miskę pełną… śniadania.

— Ktoś w ogóle wie, co my dzisiaj jemy? — spytał po chwili wewnętrznej walki.

— Złe pytanie — odpowiedział siedzący obok Niedźwiedź. — Prawidłowe brzmi, czy to w ogóle da się zjeść.

— Też źle — wtrącił się Słowik. — Najważniejsze pytanie to, kto to śniadanie robił.

Zrozumieli się bez słowa i zaczęli jeść. Nikt nie odważył się odwrócić. Wiedzieli, kto stoi za nimi. Czuli na plecach jego pełen nienawiści wzrok.

— Moczara, masz jeszcze na dokładkę? — spytał podchodzący do ogniska Bezsmak. Zatrzymał się jednak w pół kroku i niepewnie spojrzał na jedzących w napięciu towarzyszy. — Coś się stało?

— Nie — odpowiedzieli wszyscy jednocześnie.

Zza ich pleców wyszedł niski, wrednie wyglądający, wysuszony mężczyzna, ubrany w najdziwniejszy strój, jaki tylko można było sobie wyobrazić. Był obwieszony fetyszami i zasuszonymi główkami małych zwierząt, o których istnieniu większość żołnierzy nawet nie wiedziała. Rzucił im mordercze spojrzenie, jasno świadczące o tym, że słyszał każde słowo, po czym zwrócił się do Bezsmaka:

— Oczywiście. Dla ciebie jest.

— Super. To daj jeszcze trochę.

— Tylko ty doceniasz mój kulinarny kunszt. Dlatego będziesz żyć, jak długo będę miał w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia. Reszta może zdychać, ale tobie pomogę.

Bezsmak spojrzał na uzdrowiciela niepewnie, po czym poklepał go delikatnie po chudym ramieniu i powiedział tylko:

— Jasne.

Oddał Moczarze miskę, poczekał, aż ten ją napełni, a potem momentalnie zapomniał o całej rozmowie i zadowolony odszedł w stronę swojego namiotu.

— On to na pewno je? — spytał szeptem Słowik.

Moczara odwrócił się w jego stronę niczym rozjuszone, dzikie zwierzę i wydał z siebie dźwięk, który trudno było opisać inaczej niż jako wyjątkowo nieudolne syczenie.

— Mam przesrane, co nie? — spytał z rezygnacją.

Reszta nic nie odpowiedziała, ale poklepała go po ramieniu w sposób, który mówił wszystko.

Tak, miał przesrane.


Zdrajca wpuścił ptaka do swojego namiotu, po czym sam usiadł na niewielkim, składanym krzesełku. Ptak rozejrzał się dookoła i z wyraźnym niezadowoleniem pokręcił głową.

— Stolik nie przetrwał ostatniej przeprawy przez bagna — powiedział Zdrajca niechętnie, po czym dodał: — Przepraszam.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 68.85