WERSJA POLSKA — POLISH VERSION
Znasz moje imię
Jest cienka linia
pomiędzy tym co prawdziwe
a tym co oczy cieszy
Są tacy którzy widzą symbole
Są tacy którzy znudzoną leniwą powieką
ignorują wszytsko
Biegnę samotnie błagając
o pomoc
Czy mogę wejść do twego
umysłu by napić się mleka (?)
To jak dziecko które oderwane od piersi
Kołysze się samotnie
Martwe wnętrzności (!)
Jest cienka linia
pomiędzy tym co zwą absolutem
a tym co jest trucizną dla duszy
Jest tylko jedna prawda co się
cieszy własną wartością
Wszystsko jest martwe kiedy
zabijasz nadzieje
Życie jest tam gdzie księżyc
nie stawia granic
Biegnę samotnie próbując
zrozumieć
Kim jesteś i jaki jest adres do ciebie
Mam tyle pytań o nicość
O przestrzeń
O wszechświat
O małego człowieka
którego serce choć tak wielkie
Nie pojmie czym pokrywa się…
W i e l k o ś ć
Witaj córeczko
Witaj córeczko okryta poduszeczką
Witaj córeczko w świetle nagich prawd
Nie myśl że nienawidzę cię/nie myśl że życzę ci źle
Tylko jedna jest prawda/zła prawda o świecie
Tak bardzo nieczuły/zadaje ból
Witaj córeczko zaoszczędzić chcę ci tego
Dlatego miłości ci nie dam bo przyzwyczaisz się (kto wie?)
Witaj córeczko okryta pierzyną jeszcze
Mam nadzieję że zrozumiesz kiedy odejdę
Jak bardzo kochałam ciebie
I dlatego nigdy nie dałam ci mleka
Witaj córeczko żyjąca w świecie niepohamowanej rozkoszy
Uwierz że świat cię zaskoczy
I kiedy stanie przed tobą naga prawda
Moja złośliwość/moja zgryźliwość… powiesz że to tylko nauka!
Witaj córeczko ja naprawdę nie mam serca płakać
(nad twoją marną uciechą)
I tak świat zrani cię mocno
Widzisz!… córeczko… śpisz…
Pod rozerwaną/śmierdzącą poduszeczką
Dlaczego nie widzisz że w czystej jesteś
P o ś c i e l i (?!)
Gałgańskie dzieło
Chciałabym oszukać myśl byle jaką
I nocą zasnąć w pokoju ze świata
bezsmakiem
Chciałabym zrozumieć żal sieroty
co pustką pokryty
Owiany w porwane szaty
Zatapiam się w głuchą samotność
Znikam
Umieram w twym cierpieniu
I pytam
Czyj jest ten świat?
Słodko tu a nadmiar cukru
Zwymiotował strach
Popatrz w oczy
Popatrz i zatop się w tym
Czego powiedzieć nie chcą
Popatrz i zrozum tak wiele
Czego świat w stanie nie jest
Zaśpiewaj na sen
Wyszeptaj ten dźwięk
Ojcze za tobą płaczę
Bo bólu pozbawić nie mogę cię
Chronię
To czego nie chcą ci powiedzieć
Jest pewna niedorzeczność
W trzepocących skrzydłach motyla
Dla jednego to nicość
Dla innego głębia odwieczna
I nim zapytam jak żyć
W świecie bez nazwy
Przebiją serce sztyletem
Nim zasnę
Nim zaśniesz…
COMA
Brakuje mi pięknych umysłów
Brakuje mi snów
Roztapiam się w kryształowej przestrzeni
Myśląc że/ marząc że uratuje mnie
Jej bezdźwięczny bieg/ pozorny sens
Chcę być blisko ciebie
Chcę najeść się twym umysłem
Chcę wypić twoją krew
Czy zechcesz być światłem moich wad???
Brakuje mi kolorowych świateł
Brakuje mi nas
Umieram za dnia w nicości swych warg
W prze- masturbowanej rzeczywistości
W firanie zawiści i zazdrości
Chcę oddychać
Chcę podziwiać
Chcę nakarmić serca wrak
Czy zechcesz być przyjacielem mym za dnia???
Lalka za tania
Lalka bez głowy
Lalka za tania
Może pobawimy się
Jeśli odżyjesz
Jeśli wrócisz
OBIECUJĘ!
Pobawimy się
Nogę ci sprawimy
I sukieneczkę
I bluzeczkę
Nieważne że inni odejdą
Popatrzą obojętnie
Ja wiem że ty ze mną zostaniesz
Poszukamy twojej głowy
Doklejona!
Pobawimy się zaraz
Nieważne że nie patrzą na nas wcale
Pobawimy się sami
Tylko uśmiechnij się
Pomóż mi!
Uśmiechnij się i
udawaj że dobrze się bawisz
Pajęcza nić
Nie ma takiej osoby
bez której nie można żyć
Choć życie takie martwe w uścisku
I teraz wiem
Nie ma/ o tak!
Ale kiedy sięgam do serca
W mych dłoniach widzę go
I żal ściska
Bo osoba mi bliska
A tak zraniła
Nie ma takich róż
których kolce nie bolą
Choć kwiaty piękne w swej
woni i kolorze
Nie ma takich róż!
I żal ściska
Bo marzy się kwiat
Taki czysty/taki niewinny
Każdy musi wypić trochę mazi/
przeklętej mazi!!!
Każdy musi kiedyś odejść
Każdy musi kiedyś zejść…
A w głowie mojej pląta się myśl
(wciąż taka sama)
Myśl niby…
Niby pajęcza nić,
Myśl, że nie ma na świecie tak drogiej osoby,
Bez której nie można żyć
SAMOTNIE ŁKAJĄC
Nigdy nie pojmiesz czym okrywa się
Szklana łza
Dopóki sama nie wypijesz goryczy
Smak co zabija
W bólu człowiek jest sam
W bólu człowiek tonie za dnia
I choć podadzą ci rękę
Uczynią jedynie martwy gest
Powieka opadnie
Zwiędnie chwast
Zostaniesz sam
Nigdy nie pojmiesz czym okrywa się ich łza
Popłyniesz błędnie
Omijając wołających o pomoc
W bólu człowiek tonie
W bólu człowiek krzyczy nieprzytomnie:
„Nakarm mnie!”
Umieramy głodni
Z każdym dniem kradnie nas zapomnienie…
Balerina
O Anno!
Na czerwonym dywanie
Złamałam nogę
Już nie zatańczę
Nie będę najlepsza
Tracę kontrolę!
Zwymiotowałam oszustwem dnia
Sukces i sukcesu brak
To wszystko jest w głowie
J a d ł o w s t r ę t!
Anna okrutna!
Daj mi koronę (!!!!!!!!!)
Krzyczę!
W baletkach białych
Jak łabędź na wodzie
Wołam Cię Panie
Bo już nie mogę
I czy w ludziach
Znaleźć można oparcie
Wątpię!
Szkieletor
Włóknem postać przyodziana
Ciągle ja/ o mnie/ tak bardzo w sobie zakochana
Tracę kontrolę…
Kiedy o śmierci myślę Twej Mamo!
Łzy same do oczu mi płyną
Kiedy o śmierci Twej myślę Mamo
I wiem jedno
Już nikt na tym świecie nie pojmie
Już nikt na tym świecie nie wesprze mych ramion!
Jest godzina dwunasta
Klękam zatem pokornie
I choć w nic już nie wierzę
To modlę się
Mój Boże!
Dać chciałam Ci wszystko
Blask swój
Wiarę i… Dumę
Lecz nie zdążyłam
Zbyt wcześnie powitałaś trumnę!!
Łzy same do oczu mi płyną
Choć żyjesz Mamo
Kiedy o śmierci Twej myślę
Pragnę na zawsze spleść
Cię do serca mych ramion
I zaśpiewać Tobie
z nadzieją
Wyszywanka
We mgle kolor swój traci
W deszczu rozpływa się
samo
I nim dotkną prawdziwej wiary
Marzą....baśnie tworzą
Źdźbło trawy tak wielkie w swej
nicości
Dlatego onieśmiela ich oczy
I choć pragną słowem wyrazić
To każde ułomnym się staje
Sukieneczkę haftowaną
spłodziła mi czarownica!!!
W kolorze czerni umiera
W sercu pustką się
pokrywa
I nim usłyszą prawdziwą historię
Fałszują… uczą się śpiewać
Jej dłoń naga onieśmiela swoją
prostotą
Dlatego ból połykają
I choć pragną go zwymiotować
To każda próba na nic się zdaje
Sukieneczkę haftowaną
spłodziła mi czarownica!
W bordowej rozpaczy
W agonii
I nim zobaczą
Stracą całą nadzieję
A lalki śpiewają
la la la la
I damy wzdychają
och uff och uff
I fałszem pokryte
niemalże wszystko!
Sukieneczkę haftowaną
spłodziła mi czarownica!
Do kogo o pomoc
mam wołać
P a n i e (?)
Wybór
Hermetycznie zamknięte hybrydy
Pięść bolesna
Zmierzająca do pierwszeństwa
Pokłon w stronę nie-ugięcia
Pokłon w stronę szaleństwa
Przecież nie to jest najważniejsze!
Sprzedaj wszystko
Nie spoglądaj wstecz
Biegnij aż do utraty tchu
Aż do ugięcia
Szmaciana lalka
czy
Marionetka
(Co jest najdroższe?)
Twarz błazeńska…
Układanka przeklęta
A jej części
I stara piosenka
Znana od dawna
Hermetycznie zamknięte hybrydy
(Co jest lepsze?)
Biel a może czerń…
Sama nie wiem już!
Tabletka szczęścia a może złoty strzał (?!)
Pokłon w stronę nie-ugięcia
Pokłon w stronę szaleństwa
Przecież nie to jest najważniejsze
Bezbarwna bladość
Za cieniem idzie dusza
Niebytem a bytem… w co wierzyć(???)
Płonie w mych dłoniach
Bezbarwna bladość
Zagrała mi matka na skrzypcach
A może na fortepianie
Zgubiłam tożsamość (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!)
Za berłem idzie chciwość
Skarby a godność… czego pożądać(???)
Pragnę ze wszystkich sił
Uczyła mnie matka
To jest dobre a tamto nie
A może na odwrót
Zgubiłam cel (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!)
Za cieniem idę
Obłąkana
We flanelowej sukience
I płaczę
I płace za… cieniem
Próżnia
Postanowiłam pomodlić się dzisiaj
do Boga
Boga którego nie ma
Albo Boga który tak bardzo pyszny
i dumny odtrąca mnie swoją wielkością
Krzyczałam głośno (!)
Tak jak krzyczy człowiek zepsuty
Do kości szpiku
Tak jak krzyczy człowiek zraniony
Zdławiony/doprowadzony do ostateczności
I nim uzyskałam jakąkolwiek odpowiedź usłyszałam
śmiech… ale nie jego
Tylko ludzi
I czy on istniejąc bądź nie
Skrzywdziłby mnie swoją bezbarwną
Powieką
Cisza głucha…
Podeszłam do lustra
Obejrzeć swą błazeńską twarz
Pełną złota i purpury
Malowideł i pachnideł
Co się rozkoszują ludzką tylko uciechą
I oto dusza (bo ciało uciekło w sen)
zaczęła płakać dziecięcą rozterką
Mądrość która okazała się głupotą
Też nie pomogła
Choć starania podjęła
Postanowiłam pomodlić się dzisiaj
do Boga
Pełna zarozumiałości i pretensji
Schowałam to do szuflady
I nawet zmazałam ozdoby
I zapach (choć piękny)
Ale przytłaczał
Wyrzuciłam go więc by mnie nie
Zdusił
Przestałam dbać o formę
Bo czymże ona w Boskich oczach
Dostrzegłam w tym wszystkim
niewinną skrajność
Więc i tym razem nie dorosłam (!!!)
Maska
Jestem aktorem
W teatrze zgwałconych lalek
Z oberwaną ręką
I chorą głową
Nie zaśpiewam dziś
Bo dziś jest czas na płacz
Jestem aktorem
W teatrze ludzkich wyobrażeń
Próżnych
Czasem trochę chorych
Dziś umrę
Bo dziś jest czas na żałobę…
I chociaż dostałam złotą koronę
O Akte!
Płaczę po tobie…
Wciąż brakuje mi czegoś
Nazwać nie umiem tego
I tak bardzo się boję
Że tylko ja czuję…
Płaczem maluję
Naiwność moich pragnień…
Komercyjna huśtawka
Może mógłbyś płynąć niewinnie jak dziecko
Lecz maszyna co gwałci umysł
Zagubiła koło które napędza marzenia
Teraz mam pewność w sobie i idę
z podniesioną głową
Moja piękna moc/ mój potencjał
Zabije ich pyszną dłoń
Zdławi oddech
I już się nie boję…
I teraz znowu się rodzę
Komercyjna huśtawka
Zaśpiewaj mi o tym jak tata
Buja cię/buja/płynie bujawka (!)
A przed oczami opowieść nowa
I wciąż taka sama
Ludzie których rozkoszą jest berło
Płoną w swojej nicości
A ich pseudo rozkosz gorsza od
śmierdzącej próżności
Pokrytej pyłem martwym
Może mógłbyś zdobyć cały świat
Lecz maszyna co spełnia marzenia wyczerpała
nieskończoną baterię
Pobujaj/pobujaj/moją obolałą głowę (!)
SŁABOŚĆ
SPRZEDAJ ODROBINĘ NIEPOWTARZALNOŚCI
BYM NIE STAŁA SIĘ WYPŁOWIAŁA
W ZAMRAŻALCE NOWOCZESNOĆI LEŻY
MOJE SERCE
ODPADA GŁOWA
ZWISA RAMIĘ
OCZY NA KREDYT
GŁOS WYSIADA(!)
PROSZĘ…
PRZYTUL MOCNO
ALE TAK BY NIE WIDZIAŁ ŚWIAT
WIESZ ONI MAJĄ TAK DROGI UŚMIECH
WIESZ ONI MAJĄ TAK DUŻO
I WCIĄŻ CHCĄ WIĘCEJ…
SPRZEDAJ ODROBINĘ SWEGO DYSTANSU
BY NIE POPĘKAŁA GŁOWA
NA TAŚMIE ZNALAZŁAM ZNAJOME TWARZE
W FABRYCE MARZEŃ
W BAŚNIOWEJ KRAINIE…
PROSZĘ…
PRZYTUL MOCNO
ALE TAK BY NIE WIDZIAŁ ŚWIAT
Przyjaciel
Noc może odejść
Noc może się rozpłakać
Noc może zamknąć oczy
Ale oni…
Oni rosną nie zwracając na nic
Dzień może być święty
Dzień może być tym jedynym
Dzień może nie-być
Ale oni…
Oni są obrzydliwi
Stań się uszczęśliwionym mordercą
I we własnych snach
kalecz przyjaciela
Przecież zdarza się to każdemu
Owiń się w szaty
Zabłyśnij jak gwiazda
To twoja meta
Wrażliwość może być śmieszna
Wrażliwość może być bezużyteczna
Noc goni dzień
By splatać świata bezsens
I w bezdźwięcznej otchłani
beznadziejności
Otulić okaleczenie
Witaj fiolecie
Nikt nie był winien temu
Mam rację fiolecie?
Zgubiłeś swoje wnętrze
i jest ci z tym dobrze
Czujesz się samotnie
Ale wygodnie
Przełączasz kanał!
To cię cieszy
więc chcesz być tu
Lubisz zmiany
A samotność
już nie przeszkadza
Następny kanał!
Witaj fiolecie
Płakać mam do ciebie?
Nie! Ja już nie poddam się
Choćby świat miał cierpieć
Już się nie poddam
Witaj fiolecie!
To co było chore
Seksualność i potrzeba
To co było zdrowe
Uczucie i potrzeba
W nich już wygasło
A ja nie poddam się
Będę kwitnąć
Choćby świat umarł
Ja żyć będę bo czuwa
nade mną fiolet…
Kochana Anoreksja
Rośniesz w umyśle
Tyję… tyję od powietrza
Powieki mdleją na widok jedzenia
Chodź… zjedz moją wątrobę
Chodź… napij się krwi zepsutej
Rośniesz w brzuchu
Jestem wielka
Znowu rządzę światem
Mam władzę!
Mam nadzieję!
Ukryję przed nimi słabość
Zwymiotuję brudem dnia
I o świcie oszukam się
promieniem koślawym
Mama zaśpiewa kołysankę
W końcu zaśpiewa
tylko dla mnie
A kiedy nie dojrzę w sobie
spojrzenia szaleńca
Pójdę spokojnie spać
Rośniesz w sercu
Zakrwawione/zgwałcone
wszystkie potrzeby
Marzenia
Tyję… z braku spełnienia
Umieramy ponownie
Dotyk może zabić
Dotyk może zranić
Oczy przebijają serce
Gorące słowa z fałszem bolą
Umieramy ponownie i
przychodzi po nas dobry anioł
Umieramy ponownie i
wreszcie czujemy szczęście
Kocham cię moja niespełniona auro
Kocham cię mój przyjacielu
Dotyk może zniszczyć drugą rękę
Dotyk może wykorzystać przyjazne
powitanie
Oczy zabijają swoją mocą
Prawdziwe słowa ranią
Umieramy ponownie i
przychodzi po nas
biały anioł
Umieramy ponownie by