E-book
12.6
Kolejny raz

Bezpłatny fragment - Kolejny raz


Objętość:
350 str.
ISBN:
978-83-8455-799-0

Prolog

Siedzę na zatłoczonym lotnisku, wpatrując się przez szklaną ścianę w migające w ciemności światła samolotów. Zawsze fascynowała mnie lekkość tych wielotonowych maszyn, które z niewyobrażalną swobodą odrywają się od ziemi i unoszą w niczym nieograniczoną przestrzeń. Pokonują setki lub tysiące kilometrów, zmieniając na chwilę lub na stałe życie siedzących w nich ludzi. Dla ilu z nich jest to powrót… a dla ilu ucieczka?

Prawdą jest, że w każdym przypadku ograniczeniem jest jedynie rozmiar i waga trzymanego w dłoni bagażu — walizka, która w żaden sposób nie przekłada się na wielkość naszych życiowych doświadczeń, nieustannie dźwiganych na naszych barkach. Gdyby tylko z taką łatwością i lekkością, z jaką unoszą się te maszyny ze skrzydłami, można było zrzucić ciężar, który przytłacza nasze myśli i serce…

Ja… dziś czekam na oderwanie, na uniesienie i początek nowego. Lądowanie może być twarde i bolesne, ale jeśli nie spróbuję, to przegram, a ból przeszłości mnie zabije. Trzymam w ręku bilet z nazwą miasta, które być może już jutro stanie się moim nowym domem. Miejscem, w którym zacznę wszystko od nowa…

— Pasażerów odlatujących do San Diego zapraszamy do wyjścia numer osiem.

Rozdział 1

— Marika! — Sara rzuciła się na moją szyję, a jej pełen ekscytacji głos zapiszczał mi w uszach.

— Udusisz mnie, wariatko! — odparłam żartobliwie i czekałam, aż przestanie mnie ściskać. Ona jednak objęła ramieniem także Lisę i Miję, które — podobnie jak ja — śmiały się i protestowały na znak jej euforii.

— Skoro jesteśmy w komplecie, idziemy do środka! — podskakiwała na swoich pięknych, czarnych szpilkach, pozostając w szaleńczym nastroju do zabawy.

Sara, Mija i Lisa — moje trzy przyjaciółki, które od kilku lat są również moją jedyną rodziną. Miałam to szczęście, że trafiłam na wspaniałe i lojalne osoby, którym mogę bezgranicznie ufać, bo wiem, że mnie nigdy nie zawiodą. Ich charaktery i temperamenty są swoistą mieszanką żywiołów. Ognista i nieustępliwa jest Sara — zawsze mierzy wysoko i, co najważniejsze, osiąga swoje cele. Wrażliwość, ale i zachowawczość Lisy często pomaga w chłodnym ocenieniu sytuacji. Natomiast Mija jest jak beztroskie i żywiołowe dziecko, którego bezpośredniość potrafi zarówno rozbawić, jak i zdumieć.

Zdecydowanie łączą nas nie tylko chwile radości, bo chyba o przyjaźni najwięcej można powiedzieć, gdy doświadcza nas niemoc, bezradność albo nieszczęśliwa miłość — wtedy najbardziej siebie potrzebujemy. Alarmująca konieczność posklejania na nowo pokruszonego serca była i jest czymś, co każda z nas przeszła nie raz. Wielokrotnie wydawało się nam, że to, co nas dotyka, jest nie do pokonania, a jednak siła przyjaźni potrafiła zadziałać jak czarodziejski eliksir.

Czy mając dwadzieścia pięć lat, potrafimy wyciągać wnioski i uczyć się na błędach? Myślę, że każde nowe doświadczenie jest lekcją, którą daje nam życie. Czasem jednak serce zagłusza rozum, a potrzeba bliskości staje się dużo silniejsza… wtedy o skutkach myślimy dopiero, gdy ból serca rozrywa nas na strzępy. Nie jedna, a setki historii splatają nasze dusze i sprawiają, że od dawna jesteśmy dla siebie jak siostry.

Dziś jest sobota, więc zamierzamy bawić się w jednym z klubów naszego miasta — San Diego. Mojego od trzech lat, dziewczyn od zawsze. Powszechnie znany i lubiany, również przez znane osobistości „Mont Blanc”, zarówno w tygodniu, jak i w weekendy staje się centrum życia towarzyskiego dla setek osób. Od dawna nie szalałyśmy razem na parkiecie, więc dziś chcemy nadrobić ten czas i poruszać się trochę w naszych nowych, seksownych kieckach. Cierpliwie czekamy w długiej kolejce, aż ochrona sprawdzi każdego gościa i w końcu pozwoli nam wejść do środka, by uczcić ten wieczór.

Lisa przez ostatni tydzień była na szkoleniu, więc teraz jej relacja z podróży skupiała całą naszą uwagę. Zapatrzone w ekran telefonu, na którym pokazywała zdjęcia z wieczorku integracyjnego, sprawiły, że nie zwróciłyśmy uwagi na gwar, który powstał wśród stojących wokół nas osób. Dopiero dźwięk, jaki wydały cztery czarne SUV-y parkujące pod wejściem, sprawił, że nasz wzrok padł w kierunku ich źródła. W powietrzu czuć było napięcie i unoszącą się ekscytację wywołaną u każdego, kto stał razem z nami w wolno posuwającej się kolejce. Ciekawość wszystkich skupiona była teraz na osobach, które zapewne za chwilę opuszczą wnętrza ekskluzywnych aut.

Zerknęłam przez ramię Sary, próbując cokolwiek dostrzec, ale mój niecały metr sześćdziesiąt skutecznie mi to utrudniał. Ochrona przesunęła tłum, by jako pierwsi mogli wejść goście specjalni, więc i my zrobiłyśmy kilka kroków w bok.

W powstałym zamieszaniu zrobił się spory prześwit, dzięki czemu mogłam dostrzec sylwetkę mężczyzny, który zdecydowanie wyróżniał się na tle innych osób opuszczających jeden z samochodów. Był niezwykle przystojny i dobrze zbudowany. Jego biała, opinająca mięśnie koszula z podwiniętymi w łokciach rękawami wspaniale kontrastowała z opalonym ciałem. Ciemne włosy i lekki zarost… Westchnęłam cicho. Ideał.

Przyciągał uwagę nie tylko moją, bo wokół słychać było wiele fascynacji i westchnień damskiej części towarzystwa. Kilka lat temu uwierzyłabym w szczerość intencji takiego mężczyzny, ale dziś wiem, że ideałami są zwykle tylko na zewnątrz. Przeważnie nazywani kolekcjonerami kobiet i ekstremalnych przygód, bo satysfakcję daje im zdobywanie, a nie… posiadanie. Przygodny seks i kilka miłych słów nie są niczym zaskakującym w dzisiejszym świecie. Dają kobietom chwilową uwagę mężczyzny, który tak naprawdę nie zapamięta nawet ich imienia.

Moje przyjaciółki wyciągały swoje długie szyje, wypatrując kolejnych przystojniaków opuszczających pozostałe luksusowe auta. Były w doskonałych nastrojach, więc nie obyło się bez sprośnych komentarzy. Sara wyjątkowo zaskakiwała dziś swoją spontanicznością — bez cienia skrępowania wyznała głośno, jak mokra zrobiła się jej bielizna…

Może gdybym była już po kilku drinkach, jej słowa nie wzbudziłyby we mnie zawstydzenia, które w tej chwili czułam, spoglądając w kierunku wejścia i patrząc na mężczyznę, który jako pierwszy mnie zainteresował. Nasze oczy przez kilka sekund się spotkały — to wystarczyło, by moje ciało zdążyło na niego zareagować. Nie byłam z nikim od dłuższego czasu, więc w pewnym stopniu rozumiałam to uczucie ciepła, które wypełniło moje podbrzusze. Ale to, jak szybko je we mnie wywołał jego wzrok, było zdecydowanie niepokojące.

Zanim zdążyłam się upewnić, czy to spotkanie spojrzeń było zwykłym przypadkiem, kolejka ruszyła i teraz jedynym obrazem, jaki przede mną pozostał, były plecy jakiegoś młodego chłopaka.

Z opaskami na rękach i w doskonałych nastrojach weszłyśmy do wnętrza szklanego tunelu prowadzącego do jednej z pięciu muzycznych sal. Ta różnorodność dawała możliwość odnalezienia dla siebie najlepszego gatunku i klimatu, w jakim chciałoby się spędzić wieczór. Korytarze łączące wszystkie te miejsca wyłożone były lustrami, co dawało złudne wyobrażenie, że mają setki metrów szerokości, a odbicia postaci — nieskończoną ilość. My — podobnie jak większość ludzi — przeważnie wybierałyśmy house.

Lisa trzymając mnie za rękę przepychała się przez tłum ludzi. Kierowałyśmy się do baru, by mieć czym świętować nasze dzisiejsze spotkanie.

— Zajebiście! Tak się cieszę, że w końcu możemy się razem pobawić! — Sara była najbardziej podekscytowana dzisiejszym wyjściem, czego nie ukrywała od pierwszych chwil naszego spotkania.

Barman postawił przed nami nasze zamówienie.

— Dla was Negroni, a dla ciebie, Marika, butelkowany Lord of Taste — powiedziała Sara, przesuwając drinka w naszym kierunku.

— Chodźcie, poszukamy wolnego stolika — Mija wskazała na część lokalu, gdzie na stołach nie było jeszcze plastikowych plakietek z napisem REZERWACJA.

Ruszyłyśmy za nią przez tłum, jednocześnie chroniąc nasze drinki przed utratą ich cennych kropel. Wysokie barowe hokery ustawione wokół stolika na podwyższeniu dawały świetną możliwość podziwiania całego parkietu.

— Kiedy ostatni raz się tu bawiłyśmy? — głos Lisy ledwo przebijał się przez głośną muzykę.

Spojrzałam na nią, a ona jakby pożałowała pytania. Wróciły wspomnienia z dnia, kiedy bawiłyśmy się tu na urodzinach Sary, i to właśnie wtedy… To od tego czasu unikam otwartych drinków z obawy, że ktoś inny będzie chciał przejąć kontrolę nad moim ciałem… Odtrąciłam szybko napływające myśli i uśmiechnęłam się do Lisy, dając jej do zrozumienia, że nie zamierzam już więcej do tego wracać.

Chwyciła moją dłoń w geście przeprosin, a ja przykryłam jej rękę swoją, swobodnie przywołując inne, przyjemniejsze wspomnienie.

— Byłyśmy tu chyba, gdy Mija zdała egzamin na prawko? — spojrzałam na przyjaciółkę, czekając na potwierdzenie.

— To prawda i nadal uważam, że narażanie ludzi na taki stres powinno być karane — zachichotała, unosząc drinka w geście uznania dla własnych słów.

Lisa upiła łyk Negroni i zwróciła się do Sary.

— A jak tam twoja praca?

Sara była kierowniczką działu projektowego w jednej z prestiżowych firm w mieście. Była bardzo oddana swojej pracy, przez co ciężko było jej złapać balans między obowiązkami a odpoczynkiem.

— Nie chcę się chwalić, ale całkiem dobrze! Mam szansę na kolejny awans! — klasnęła w dłonie z radości.

Spojrzałyśmy po sobie. W jej przypadku awans oznaczał tylko jedno — jeszcze więcej pracy. Rozwojowo była to wspaniała ścieżka, ale dla ewentualnego związku totalna niemożliwość. Sara szybko zorientowała się, że nie podzielamy jej entuzjazmu. Wiedziałyśmy bowiem, że obowiązki pochłoną ją bez reszty, a nasze spotkania ograniczą się do rozmów przez kamerkę.

— Ej… przestańcie. Naprawdę mam to pod kontrolą — zaczęła się bronić.

— Pod kontrolą? — spojrzałam na nią ze współczuciem. — Kochana, twoje życie zaczyna opierać się tylko na pracy. Boimy się, że nie tylko stracisz szansę na trwały związek, ale również zaniedbasz swoje zdrowie. Te ciągłe terminowe projekty potęgują tylko twój stres, a dodatkowo brak snu i żywność w postaci kawy wcale tego nie polepsza.

Patrzyłam na nią z głębokim uczuciem, chciałam, żeby zrozumiała, że jej poświęcenie idzie w złym kierunku.

— Dziewczyny, nic jeszcze nie podpisałam, więc nie wprowadzajcie tu grobowego nastroju. — Sara uniosła drinka i uśmiechnęła się szeroko. — Proszę, chwyćcie teraz za nasze puchary rozkoszy… — zaśmiała się, rozładowując napięcie — I wznieśmy toast za nasze spotkanie!

— Oj, Sara, Sara… — westchnęłam z uśmiechem i pokręciłam głową. Jej umiejętność odwracania uwagi od niewygodnego tematu zawsze była mistrzowska.

Lisa nagle chwyciła pasmo moich włosów i przesunęła je między palcami.

— Piękne masz te włosy, wiesz?

— Dziękuję — przechyliłam głowę bliżej jej ramienia, delikatnie się uśmiechając.

Moje włosy często wzbudzały ich zachwyt, ale to ich długość imponowała im najbardziej.

— Dziewczyny… — Mija gestem dłoni wskazała na parkiet. Środkiem przechodziła teraz ta sama grupa osób, która przed klubem wzbudziła tak liczną reakcję.

— Mówiłam Miji, kiedy stałyśmy przed wejściem, że dziś starszy syn Vincenta ma urodziny. To Max, ten, który idzie z tą blondynką, a obok nich, w czarnej koszuli, to Matthew, jego przyjaciel. Powinien być gdzieś jeszcze Patrick — Sara wytężała wzrok, próbując wypatrzeć go w tłumie — O, jest! Ten w szarym garniturze z tą czarną laską u boku.

Sara pracowała w firmie Vincenta Ferusolla, więc zdążyła poznać wszystkie wymienione osoby. Zapewniała jednak, że z żadnym z nich nie utrzymywała kontaktu innego niż służbowy. Matthew pracował w dziale, z którym ściśle współpracowała, dlatego jego znała najlepiej.

Patrzyłam na liczną grupę młodych ludzi kierującą się w stronę podium, które poziomem zrównane było z naszym, jednak złote słupki i czerwone sznury wyraźnie odznaczały zarezerwowaną dla nich strefę VIP. Jeden z ochroniarzy odpiął czerwony pasek i zezwolił na wejście do loży, w której na stołach ustawione były spore ilości jedzenia i alkoholu.

Teraz wiedziałam, że to Max był tym, który przykuł moją uwagę jeszcze przed wejściem do klubu. Dziś kończył dwadzieścia osiem lat, a obok niego stał o trzy lata młodszy Alex. Byli synami Vincenta, właściciela wielu nieruchomości i firm w naszym mieście. O samym panu Vincencie słyszałam już nie raz — był szanowanym i znanym biznesmenem — jednak jego synów nigdy osobiście nie spotkałam. Nie miałam więc pojęcia, że są tymi, o których tyle się mówi.

Przystojni, wysportowani, o urodzie godnej okładek światowych magazynów, otoczeni pięknymi kobietami — błyszczeli jak książęta. Starszy syn Vincenta uznawany był za bardzo pewnego siebie i zasadniczego — tak twierdziła Sara — za to młodszy był jego całkowitym przeciwieństwem.

Widać było, że obaj bracia mają świadomość, że są obiektem seksualnego i towarzyskiego pożądania kobiet. Najnowsze modele samochodów, ekskluzywne imprezy — to działało na większość tych „idealnych” kobiet. Obserwowałam, jak w doskonałych nastrojach zasiadają w loży, rozpoczynając celebrację dzisiejszego wieczoru.

Najwidoczniej mój wzrok zbyt długo zatrzymał się na solenizancie, bo w tym momencie nasze spojrzenia ponownie się spotkały. Speszona natychmiast odwróciłam głowę w stronę parkietu, udając, że kogoś wypatruję.

W idealnym momencie z tłumu wyłoniła się Mija, niosąc tacę z kolejnymi alkoholowymi napojami.

— No to, moje kochane… za wieczór, noc i może poranek! — uniosła swój kieliszek, więc i my dołączyłyśmy do toastu.

Zabawa rozkręciła się na dobre. Tłumy ludzi na parkiecie zaczęły napływać z każdą chwilą. Migające światła, które nadawały rytm każdemu utworowi, sprawiły, że wpadłyśmy na parkiet razem z innymi i pochłonięte muzyką tańczyłyśmy jak szalone. Intrygowało mnie miejsce i ludzie siedzący w odgrodzonej części, dlatego ciężko było mi wygrać z pokusą zerkania w ich kierunku. Alkohol lał się tam strumieniami, a kobiety w wyzywających strojach tańczyły prowokacyjnie, kusząc siedzących mężczyzn. Wyróżniali się na tle całego klubu, zapewne dlatego wzbudzali ciekawość i zainteresowanie.

Nie nadawałam się na celebrytkę. Nie lubiałam skupiać na sobie uwagi. Zawsze przejmowałam się oceną innych, przez co łatwo było mnie zranić. Życie dało mi porządną lekcję, która nauczyła mnie, że niczego nie można być pewnym. Dlatego dziś byłam zupełnym przeciwieństwem kobiet za czerwonymi linami…

Patrzyłam na moje trzy cudowne przyjaciółki, które jako jedyne przywracały mi wiarę w ludzi i w to, że można być dla kogoś ważnym, nawet z całym tabunem wad. Tańcząc obok nich, widziałam, jak bardzo są szczęśliwe i wyluzowane. Ich szaleństwo wywoływało uśmiech na mojej twarzy.

Przechyliłam głowę, by odgarnąć włosy, które przysłoniły mi twarz, i zobaczyłam, że przy brzegu podestu stoją Max z Matthew i Patrickiem. Obserwowali bawiący się tłum, upijając trzymane w rękach drinki. Max spojrzał w naszą stronę i kolejny raz przyłapał mnie na przyglądaniu się jego twarzy. Zaczynałam dawać mu niezbite dowody, że mnie interesuje, a przecież nie chciałam, żeby tak myślał. Speszona uciekłam wzrokiem i skupiłam się na szarpiącej moje ramię Lisie.

— Idziesz ze mną siku? — krzyknęła mi prosto do ucha.

— Byłam chwilę temu, ale mogę iść. — Złapałam jej dłoń, gotowa ruszyć przez tłum.

— Nie, zostań z Sarą, a ja wezmę Miję.

— Jak uważasz. Idźcie do łazienki w holu, bo wszędzie są duże kolejki — odkrzyknęłam, bo w tym momencie tłum wrzeszczał tekst ulubionego hitu.

Spojrzałam na Sarę, którą coraz bardziej pochłaniali bawiący się ludzie. Jej uwaga skupiona była teraz wyłącznie na tańczącym z nią przystojniaku. Zostałam sama, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Kołysałam się do rytmu muzyki i kolejny raz walczyłam z pokusą zerknięcia w stronę Maxa.

Chłopak naprzeciwko mnie próbował skupić na sobie moją uwagę. Widać było, że liczył na wspólny taniec. Nie był w moim typie, ale dlaczego miałabym nie wykorzystać okazji na parkietowe szaleństwo?

Być może alkohol, który od niego czułam, sprawiał, że stawał się coraz odważniejszy w swoich ruchach. Ja również nie byłam trzeźwa, ale zaczynało mi to przeszkadzać i mnie krępować. Próbowałam zachowywać dystans, gdy jego twarz zbliżała się do mojego ucha i szyi, a dłonie spoczywały na moich biodrach. On jednak najwyraźniej zupełnie nic sobie z tego nie robił. Tańczyliśmy już dłuższą chwilę, a ja za każdym razem miałam wrażenie, że pozwala sobie na coraz więcej…

— Idę do stolika — krzyknęłam mu do ucha.

Wydawało się to proste i zrozumiałe, jednak nie w jego ocenie. Uparcie zaczął zagradzać mi drogę, przytrzymując moje ramiona i biodra. Był wyższy i silniejszy ode mnie, dlatego przy mojej drobnej posturze nie stanowiło to dla niego żadnej trudności. Nie robiły na nim wrażenia moje protesty ani próby jego odepchnięcia. Byłam zdenerwowana i przestraszona. Setny raz szarpnęłam się mocniej i w końcu odpuścił.

W pośpiechu zaczęłam przeciskać się przez tłum, kierując się w stronę naszego stolika. Nerwowo poprawiałam swoją krótką, białą sukienkę, przeklinając jego zachowanie pod nosem. Usiadłam na hokerze, a drżące dłonie oparłam na blacie stolika. Wzięłam kilka głębokich oddechów i poczułam, że w końcu zaczynam przejmować kontrolę nad swoim ciałem.

Żadnej z przyjaciółek jeszcze nie było, więc nerwowo rozglądałam się na wszystkie strony, próbując je odnaleźć. Mój wzrok zatrzymał się dłużej na loży Maxa, bo tym razem to on jako pierwszy patrzył w moim kierunku. Mimo że dzieliło nas kilka metrów, widziałam, że obserwował mnie z niepokojem. Oparł łokcie na kolanach, a w dłoniach miażdżył coś, co przypominało puszkę… Powoli odwróciłam głowę i skupiłam się na parze tańczącej przede mną. Analizowałam uczucia, jakie we mnie wywołuje jego wzrok. Miałam wrażenie, jakby teraz to on się mną interesował? Przygryzłam policzek i zastanawiałam się, jaki sens miałoby uzyskanie odpowiedzi na to pytanie, skoro dla takich mężczyzn zainteresowanie często mija po pierwszej nocy…

Z moich rozmyślań wyrwał mnie idący w moją stronę ochroniarz. Spięłam się na jego widok, bo samą swoją prezencją wzbudzał strach.

— Przepraszam, że panią niepokoję. — Skoro to powiedział, zapewne dostrzegł przerażenie, jakie we mnie wywołał. — Widzieliśmy zajście na parkiecie. — Wskazał ręką miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą tańczyłam z tym napalonym szatynem. — Chcieliśmy się upewnić, że ten człowiek nie zrobił pani krzywdy.

Byłam zupełnie zaskoczona jego reakcją i tym, że ktoś w takim tłumie dostrzegł całą sytuację.

— Bardzo mnie pan zaskoczył… Nie… nie przypuszczałam — słyszał, że się denerwuję — że kogoś to zainteresuje? — Nerwowo przeskakiwałam wzrokiem po jego twarzy, bo trudno było mi uwierzyć, że byli w stanie to wyłapać.

— Tak, ma pani rację, nie jest to łatwe, ale w pani przypadku pomógł nam jeden z gości.

Nie ukrywałam zaskoczenia, jakie wywołały we mnie jego słowa. Nie rozumiałam też, kogo mogło zainteresować to, co wydarzyło się na parkiecie, dlatego cała sytuacja jeszcze bardziej mnie intrygowała. Rozejrzałam się dookoła, ale nikt — poza jednym, jedynym spojrzeniem… — nie patrzył na mnie. To ten sam wzrok, który mnie onieśmielał i sprawiał, że moje ciało zaczynało reagować. Już zrozumiałam, kto przysłał tu tego człowieka.

Spojrzałam ponownie z uśmiechem na ochroniarza i podeszłam do niego bliżej, by już nie przekrzykiwać głośnej muzyki.

— Dziękuję za zainteresowanie. — Uśmiechnęłam się delikatnie. — Jak pan widzi, jestem w nienaruszonym stanie, choć nie wiem, czy inna kobieta miałaby tyle siły, by się obronić lub tyle szczęścia, żeby ktoś ją dostrzegł.

Zrozumiał, co chciałam mu przekazać, bo skinął delikatnie głową i odszedł w stronę tłumu.

Moje przyjaciółki najwidoczniej zauważyły, że ochrona odchodzi od naszego stolika, bo w mgnieniu oka znalazły się przy mnie.

— Dziewczyny, spokojnie, wszystko gra. — Uniosłam dłonie, by zapobiec lawinie pytań, która zaraz miała ruszyć w moją stronę. — Naprawdę wszystko jest w porządku.

Ich spojrzenia przeszywały mnie na wylot, co oznaczało, że nie odpuszczą, dopóki im nie opowiem, co zaszło.

— Dobra, wygrałyście. — Uniosłam dłonie w geście poddania. — Jakiś dupek na parkiecie się do mnie przystawiał i dlatego zareagowali.

Mija próbowała coś powiedzieć, ale natychmiast jej przerwałam.

— Nic mi nie jest i nie chcę tego roztrząsać. Teraz zamierzam się z wami napić. — Uśmiechnęłam się, by rozluźnić atmosferę, którą i tak już wystarczająco zepsułam.

— Który to chujek?! Jaja mu urwę! — Sara nerwowo przetrząsała parkiet wzrokiem, a jej złość odbiła się na drżącej w jej dłoniach tacy z drinkami.

Przewróciłam oczami. Oczywiste było, że nie odpuszczą. Każda z nas czuła się odpowiedzialna za pozostałe, więc i tym razem nie mogło być inaczej.

— O nie… Nie dam się wam w to wciągnąć. — Chwyciłam za alkohol. — Za nas i za dzisiejszy wieczór! — Uniosłam butelkę w geście toastu i czekałam, aż dziewczyny do mnie dołączą.

Początkowo ich twarze zdradzały tylko niewielkie uśmiechy, ale po chwili wybuchnęły eksplozją radości. Wznosiłyśmy kolejne toasty, żartowałyśmy i śmiałyśmy się do utraty tchu.

Kilka razy zerknęłam w stronę loży Maxa, w której impreza trwała w najlepsze, jednak jego już tam nie było. Kolejny drink wypełnił mój pęcherz, co wiązało się z potrzebą skorzystania z toalety. Sara dołączyła do mnie w drodze do łazienki, która estetycznie wtapiała się w szklany korytarz lokalu. Weszła do środka pierwsza, żeby poprawić makijaż, a że było to wyjątkowo małe pomieszczenie, w którym stały już cztery dziewczyny, to uznałam, że poczekam na zewnątrz.

Ciekawił mnie ten szklany korytarz.

Spacerując, podziwiałam mieniące się w lustrach kolorowe szkiełka, które w połączeniu ze światłem tworzyły niesamowity efekt. Była trzecia nad ranem, więc tunelem przechodziły już tylko pojedyncze osoby — większość w stanie „totalnego zmęczenia”. Patrzyłam w lustro na swoją krótką, białą sukienkę, która kontrastowała z moim opalonym ciałem, i na długie, rozjaśnione blondem włosy. Podeszłam bliżej i przetarłam palcem lekko rozmazany tusz na powiekach…

Dziwny odgłos za mną sprawił, że momentalnie się odwróciłam. W moją stronę zbliżył się ten sam facet, który kilka minut wcześniej napastował mnie na parkiecie. Paraliż oblał moje ciało, a serce zaczęło bić mocniej. Wydawało mi się, że był jeszcze bardziej pijany niż wcześniej. Nerwowo spojrzałam w stronę łazienki, która była już kilkanaście metrów za mną. Na ucieczkę nie miałam żadnych szans, a dzieląca nas odległość malała z każdą sekundą. Spotkanie stało się nieuniknione… Mogłam już tylko czekać na to, co się wydarzy.

— Co, laleczko? Ładnie tak napuszczać na ludzi ochronę? — powiedział zaskakująco wyraźnie, jak na stan swojego upojenia.

— Ochronę?! Co ty bredzisz?! — krzyknęłam w jego stronę, nie mając pojęcia, o czym mówi. — Nie zbliżaj się do mnie! Bo tym razem będę krzyczeć! — uniosłam dłonie, próbując go powstrzymać, ale to tylko go rozbawiło.

— Krzyczeć?! Naprawdę? Hmm… — rozłożył ręce. — Rozejrzyj się. Nikogo tu nie ma… Nikt nie zwróci na nas uwagi, bo każdy… każdy pomyśli, że się zabawiamy… — przysuwał się coraz bliżej mojej szyi.

Zaczynałam panikować, bo wiedziałam, że ma rację. Wiele par bawiło się w podobny sposób, a głośna muzyka zagłuszała wszelkie głosy. Byłam przyparta jego ciałem do lustrzanej ściany, a jego oddech uderzał prosto w moją twarz. Robiło mi się niedobrze. Przestałam słuchać tego, co mówił, panicznie szukając w głowie sposobu na ratunek.

— No to jak? Zabawimy się? — dodał, unosząc jedną dłoń do moich piersi, a drugą gwałtownie wsunął pod sukienkę. Ból, jaki poczułam od zaciskania ud, rozszedł się po całym ciele. Jego twarz wpijała się w moją szyję, utrudniając mi oddychanie. W głowie mój krzyk był przeraźliwie głośny, ale na zewnątrz nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. Próbowałam go odepchnąć, ale to jeszcze bardziej go nakręcało. Sparaliżowana strachem i jego siłą, odwróciłam głowę i zamknęłam oczy, modląc się o cud… zanim mnie zgwałci.

— Wypierdalaj, złamasie! — usłyszałam głos dochodzący z końca korytarza.

— Zostaw ją, kurwa! — krzyczał ktoś inny.

Podziałało. Odsunął się od mojej szyi, a ja łapczywie zaczerpnęłam powietrza, próbując dotlenić serce i umysł. Natychmiast odwróciłam głowę w stronę swoich wybawców. Przez chwilowy brak tlenu nie byłam pewna, czy widzę dobrze, ale w moją stronę szedł Max razem z Matthew i Patrickiem. Dech mi zaparło, a dreszcze przeszły mi po całym ciele. Mimowolnie zaczęłam dygotać — nie wiedziałam, czy ze strachu, czy ze szczęścia.

Max miał minę mordercy. Jego szczęka zaciskała się coraz mocniej, a knykcie pobielały. Matthew i Patrick stali tuż za nim, przyjmując identyczne postawy i mając równie przerażające spojrzenia. Facet, który jeszcze przed chwilą próbował mnie skrzywdzić, odwrócił się w ich stronę, a w jego dłoni błysnął sprężynowy nóż.

Czułam, jak wtapiam się w ścianę. Przylgnęłam do niej tak mocno, jakby tylko ona była w stanie mnie ochronić. Max i jego kumple natychmiast przybrali bojowe postawy. Krzyczeli, by rzucił nóż na ziemię, kilkakrotnie ostrzegali, że to on na tym ucierpi. Groźby i wyzwiska mieszały się w powietrzu, a ja czułam, jak krew odpływa mi z głowy, coraz bardziej drżałam. Powstrzymywałam napływające łzy, wyobrażając sobie, że to tylko zły sen. Zamykałam i otwierałam oczy, ale nic się nie zmieniało. Nóż nadal błyszczał w jego dłoni, a on z każdą chwilą nabierał coraz większej odwagi. Zaczął wymachiwać ostrzem tuż przed twarzą Maxa. Bałam się. Coraz bardziej się bałam…

Mój umysł zamknął się na wszelkie dźwięki, jakie do siebie wykrzykiwali. Słyszałam jedynie moje galopujące serce i czułam, jak ktoś szarpie mnie za ramię. Teraz ostrze znalazło się przy mojej szyi, a ja stałam się tarczą dla tego psychopaty. Patrzyłam w oczy Maxa — i gdybym miała wybierać obraz przed śmiercią, to byłyby to właśnie jego oczy. Skupiłam się teraz na jego wzroku, który próbował mi coś przekazać.

Otumaniona krzykami i strachem, że za chwilę nóż przetnie moje gardło, nie rozumiałam jego sugestii. Czy powinnam się odsunąć? Schylić? Byłam na skraju paniki. Czułam, że to koniec. Nie miałam pojęcia, co on chce mi powiedzieć, bo łzy coraz większym strumieniem spływały mi po policzkach.

Kiedy napastnik przycisnął ostrze mocniej do mojej skóry, zachwiałam się na swoich szpilkach — i to był ten moment, w którym na chwilę oprzytomniałam. Zrozumiałam, co powinnam zrobić. Uniosłam nogę i z całych sił wbiłam obcas w stopę mojego oprawcy. Z jego gardła wydobył się krzyk bólu, a ramiona poluźniły uścisk. Odskoczyłam w stronę ściany, a wtedy Max, Matthew i Patrick rzucili się na niego, próbując go obezwładnić. Zanim jednak udało im się wytrącić nóż, zamachnął się i rozciął przedramię Maxa.

Z przerażenia głośno krzyknęłam. Dłońmi zakryłam usta, a moje ciało zaczęło drżeć bez kontroli na widok krwi spływającej po jego ramieniu. Z głębi korytarza wybiegła ochrona. Czterech ogromnych osiłków bez żadnego problemu obezwładniło psychola. Przed oczami zrobiło mi się ciemno i poczułam, jak zsuwam się po ścianie. Ktoś próbował mnie przytrzymać, jednak nie wiem, kim był, bo widziałam już tylko ciemność.


********************************************


Otworzyłam oczy, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Leżałam na czymś miękkim, a delikatne światło tworzyło półmrok. Ściany niewielkiego pomieszczenia obite były wygłuszającym, pięknie zdobionym materiałem. Byłam zamroczona i zdezorientowana. Uniosłam delikatnie głowę. Po przeciwnej stronie, na sofie, siedziała Sara.

— Gdzie my jesteśmy? — mój głos był zachrypnięty i ledwo słyszalny. Dotknęłam ręką szyi i wyczułam zaschniętą krew… Czyli to naprawdę się wydarzyło.

Sara natychmiast poderwała się z fotela i usiadła przy mnie.

— Kochana, nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałyśmy. Nic ci nie jest? Jak się czujesz? — otarła łzę i objęła mnie ramieniem, tuląc do siebie. — Był tu lekarz, dał ci coś na uspokojenie, dlatego położyliśmy cię w VIP Room. Dzięki Bogu, zacięcie nie jest groźne, więc jeśli chcesz, zaraz możemy jechać do domu — uśmiechnęła się delikatnie i wytarła z policzka kolejną łzę.

— Nic mi nie jest, przestań płakać — odparłam, próbując uwolnić się z jej uścisku.

— Jak mam przestać, skoro kolejny raz ktoś próbuje cię skrzywdzić w tym przeklętym klubie?! — powiedziała z rozpaczą i wściekłością.

— Co z Maxem?

Teraz moje myśli skupiły się wyłącznie na tym, kto i jak bardzo ucierpiał. Wszystkie wspomnienia na nowo ożyły, a ja znów zaczęłam dygotać. Sara przytuliła mnie jeszcze mocniej i próbowała uspokoić.

Dźwięk otwieranych drzwi i wchodzącego do środka Matthew sprawił, że zerwałam się z miejsca. Wyobraźnia podsuwała mi najgorsze obrazy. Czułam, jak serce obija się o moje żebra, jakby chciało wyskoczyć na zewnątrz.

— Co z Maxem?! — nie wytrzymałam i zapytałam go pierwsza. Matthew spojrzał na mnie badawczo, jakby chciał się upewnić, że wróciłam już do pełni sił.

— Stracił trochę krwi. Rana wyglądała groźnie, ale nie była głęboka. Ma tylko kilka szwów, więc spokojnie, będzie żył. — Delikatny, praktycznie niezauważalny uśmiech pojawił się w kącikach jego ust, a ja poczułam, z jaką ulgą wypuszczam powietrze, które najwidoczniej wstrzymywałam od chwili, gdy tu wszedł.

— Jest w szpitalu, tak? — nie mogłam się opanować.

— Nie, nie było takiej potrzeby. Lekarz zszył go na miejscu i Oliwia zabrała go do domu — przerwał na chwilę. — A ty, jak się czujesz?

— Ja… Ja, lepiej — odpowiedziałam, choć myślami wciąż byłam przy jego wcześniejszej odpowiedzi. Słysząc imię dziewczyny, poczułam dziwne ukłucie. Zdałam sobie sprawę, że chyba moja wyobraźnia za bardzo poddała się emocjom. Przecież on… Dlaczego pomyślałam, że może być inaczej?

— Matthew, dziękuję wam. Nie potrafię nawet tego wyrazić, jak bardzo jestem wam wdzięczna… za… — łzy same zaczęły wypływać z moich oczu, a silne dreszcze wzburzyły ciało. Otarłam łzy i próbowałam mówić dalej. — Gdyby nie wy, to nie wiem, jak mogłoby się to skończyć.

— Już po wszystkim. Postaraj się uspokoić, naprawdę nie musisz nam dziękować — mówił z troską i przejęciem. — Lekarz tu był, ale jeśli chcesz, możemy zabrać cię do szpitala.

— Nie… nie ma potrzeby, nic mi nie zrobił — przetarłam ręką szyję, w miejscu, gdzie twarz tego zboczeńca przyklejała się do mnie. Wypierałam myśli o jego dotyku, bo liczyło się tylko to, że do niczego nie doszło, a oni są cali.

— Max kazał mi zadbać o to, abyś bezpiecznie dotarła do domu, więc kierowca już na was czeka.

Patrzyłam na niego, myśląc, że się przesłyszałam. Max zadbał o nas? Ale z zamyślenia wyrwała mnie moja przyjaciółka.

— Marika, kochanie, idę po dziewczyny i pojedziemy, tak? — kiwnęłam głową, patrząc, jak wychodzi.

— Dobra, to transport mamy ustalony, ale jest jeszcze jedna prośba… — kontynuował Matthew. — Potrzebujemy twojego numeru, bo raczej będziesz musiała złożyć zeznania — mówił ostrożnie, jakby bał się mojej reakcji.

— Rozumiem.

Uzasadnienie podania numeru było zrozumiałe, dlatego też zrobiłam to bez zastanowienia. Nie miałam jednak pewności, czy podałam go w prawidłowy sposób, bo przez wydarzenia i podane leki miałam okropny mętlik w głowie. Matthew zapisał numer i wyszedł. Zostałam sama z narastającym coraz bardziej bólem w skroniach i tabunem myśli. Chyba jeszcze nie dochodziło do mnie, że dziś mogłam stracić życie.

Kręciło mi się w głowie, więc powoli wyszłam na zewnątrz, gdzie czekały na mnie przerażone dziewczyny. Widząc oczy Lisy, zauważyłam, że płakała. Bałam się, że na nowo i ja się rozpłaczę, więc spojrzałam błagalnie, by starały się opanować.

— Jedźmy już do domu, bo głowa mi pęka i mam wrażenie, że za chwilę odpłynę.

Chwyciły mnie pod ramiona i poprowadziły w kierunku wyjścia. Kierowca czekał na nas tak, jak mówił Matthew. Jechaliśmy w stronę domu, a ja czułam, jak ciężkie są moje powieki. Byłam pewna, że jak tylko uda mi się zasnąć, to będzie to bardzo długi sen…

Sygnał telefonu w mojej torebce sprawił, że jedną ręką wygrzebałam go z jej dna, odblokowałam i odczytałam wiadomość.

„Cieszę się, że z Tobą wszystko w porządku. Max.”

Serce zabiło mi tysiąc razy szybciej, krew na nowo zaczęła krążyć, a powieki zrobiły się lekkie. Wpatrywałam się w ekran telefonu, czytając to jedno zdanie kilka razy.

Kierowca zatrzymał się pod moim domem, a przyjaciółki pomogły mi wysiąść. Nie czułam się już tak źle, jak parę minut wcześniej. Podziękowałyśmy za podwiezienie i ruszyłyśmy w stronę bloku, w którym znajdowało się moje mieszkanie. Było małe, ale bardzo przytulne. Dwa pokoje, kuchnia i moje królestwo, czyli łazienka. Od dwóch lat mieszkam w nim sama, ale wcześniej miałam współlokatorkę, która wyjechała do innego stanu na kontrakt z firmą farmaceutyczną.

Dziewczyny otworzyły drzwi i wszystkie weszłyśmy do salonu. Usiadłyśmy pozbawione wszelkiej mocy, z rozmazanym makijażem i potarganymi włosami. Wykończone wydarzeniami, nie miałyśmy siły nawet zdjąć szpilek z naszych nóg. Pierwsza poderwała się Lisa i stwierdziła, że musi się wykąpać, bo inaczej nie zaśnie. Zegar pokazywał piątą trzydzieści, a na dworze robiło się już jasno. Mija zasnęła w fotelu, więc jedynie przykryłam ją kocem i odgarnęłam włosy, które przysłoniły jej twarz. Sara czekała na wolną łazienkę, więc w międzyczasie poszła do sypialni poszukać koszulki do spania… Ja natomiast, jeszcze raz wzięłam do ręki telefon. Otworzyłam ponownie wiadomość od Maxa i zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam mu odpisać? Wystukałam parę liter, po czym je skasowałam i spróbowałam ponownie… Pokonałam wiele prób, nim napisałam coś w miarę sensownego.

„Dziękuję za to, że dziś uratowałeś mi życie. Mam nadzieję, że twoja rana szybko się zagoi i wrócisz do zdrowia. Dałam Ci niezapomniany prezent urodzinowy. Przepraszam. Naprawdę chciałabym móc cofnąć czas i sprawić, żeby to się nigdy nie wydarzyło. Marika”

Kliknęłam „wyślij”. Niech się dzieje… Chciałam mu podziękować za uratowanie życia i za to, że nie przeszli obok mnie obojętnie… bo przecież mogli.

Z koszmarnych myśli wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi łazienki, z której wyszła Lisa, a jej miejsce szybko zajęła Sara. Przyjaciółka ze zmartwioną miną podeszła do mnie i kucnęła przy moich kolanach.

— Jak tam kochana? Wszystko na pewno jest ok? — jej wzrok był pełen obawy.

— Teraz, jak jestem już z wami w domu, wszystko wydaje się tylko złym snem — uniosłam dłoń i założyłam kosmyk jej włosów za ucho. — Dostałam wiadomość od Maxa — patrzyłam na jej reakcję, kiedy o tym wspomniałam.

— Tak czułam, że nie wszystko może być przypadkiem — uśmiechnęła się prawie niewidzialnie. — Marika jesteś świadoma tego, że to facet, którego określamy „zaliczam i spadam”? Że…

— STOP — przerwałam, przysłaniając jej usta swoją dłonią. — Lisa, nie jestem głupia. Mam dwadzieścia pięć lat i już trochę wiem o życiu. Nie myśl więcej, niż ja sama myślę. Napisał do mnie, bo brał udział w tym całym zdarzeniu, którego przyczyną stałam się ja. Dziś jestem zbyt zmęczona, żeby to wszystko analizować.

— Jeśli chcesz, to jeszcze dziś, jak się trochę prześpimy „przeanalizujemy” to we cztery? — zaproponowała z uśmiechem.

— Myślę, że nie ma o czym debatować. On napisał, ja odpisałam, podziękowałam i uważam temat za zamknięty — stwierdziłam stanowczo.

— Okej, nie zamierzam na ciebie naciskać — przytuliła mnie i poszła do sypialni.

Dziewczyny często u mnie nocowały — szczególnie w weekendy — dlatego każda z nich miała tu swoje ulubione miejsce. Dziś tylko Mija zasnęła w fotelu mimo, że zawsze śpi razem z Sarą na kanapie, a Lisa ze mną w sypialni. Sara wyszła z łazienki, więc teraz ja ostatkiem sił, zwlekłam się z kanapy i ruszyłam w jej kierunku — po drodze zrzucając z nóg swoje złote szpilki. Nalałam sobie wody do wanny i zmyłam makijaż. Zdjęłam z siebie sukienkę i zanurzyłam się w idealnej temperaturze wody. Było mi dobrze, czułam, jak opuszczają mnie wszystkie złe emocje, nagromadzone tej nocy. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się zapachem olejku dodanego do wody. Wzdrygnęłam się na dźwięk sygnału komórki, która zawibrowała, dając znać nadchodzącej wiadomości. Mokrą dłonią sięgnęłam po telefon i odczytałam tekst.

„Nie dziękuj, a tym bardziej nie przepraszaj. Mam jeden powód, dla którego ja, nie chciałbym cofnąć czasu…

P.S. Prezent na zawsze, bardzo mi się podoba.”

Uśmiechałam się do siebie, gdy czytałam co napisał. Miałam mętlik w głowie. O jakim powodzie myślał?

„Zdradź mi proszę ten powód.”

Wysłałam i odłożyłam telefon. Zanurzyłam się ponownie w wodzie, ale poczułam, że nie jest już tak przyjemnie ciepła — sięgnęłam po ręcznik i wyszłam, odprężona. Lisa już spała, więc cichutko wsunęłam się pod kołdrę i jeszcze raz zerknęłam na telefon, na który właśnie przyszła odpowiedź:

„Wyjaśnię Ci to jak się spotkamy…”

Patrzyłam na treść wiadomości i wiedziałam, że to nie może się wydarzyć. Spotkanie z nim oznaczałoby relację, a ja nie chcę się w nic angażować… nie z nim. My kobiety dużo częściej ulegamy uczuciom, dlatego muszę się chronić przed jego urokiem. Do końca życia będę mu wdzięczna za uratowanie życia i zapewne nigdy nie zdołam się za to odwdzięczyć. Jeśli się kiedyś zobaczymy, to jeszcze raz mu za to podziękuję.

Rozdział 2

Dźwięk mielonej kawy w ekspresie sprawił, że uniosłam ciężkie powieki. Czułam, jakby ktoś nasypał mi do oczu piasku — piekły i szczypały niemiłosiernie, ale mimo to starałam się je otworzyć. Przeciągnęłam się na łóżku i zaczęłam szukać zagubionego w pościeli telefonu. Wyczułam go wciśniętego między materac a zagłówek. Zerknęłam na wyświetlacz — dochodziła godzina czternasta.

— Lisa? — zwróciłam się do przyjaciółki, przekonana, że śpi tuż obok, jednak miejsce było już puste. Ikona na wyświetlaczu ukazywała trzy nieodczytane wiadomości. Przetarłam oczy i wyświetliłam ich treść:

„Mam nadzieję, że nie przestraszyłaś się tego, że chcę się z Tobą spotkać?”

„Skoro nie odpisujesz, to albo faktycznie się przestraszyłaś, albo zasnęłaś…”

„Dobrej nocy, a właściwie porannej drzemki.”

Kolejny raz wiadomości od Maxa sprawiły, że na moją twarz wdarł się lekki uśmiech. Choć nadal nie wierzyłam w spotkanie, to czułam delikatne podekscytowanie. Zastanawiałam się, czy powinnam mówić o tym przyjaciółkom i poddać się ich analizom, czy może lepiej zachować niewinne wymiany wiadomości dla siebie? Pierwsza opcja z pewnością wiązała się z dalece idącą diagnozą i zdecydowanym zaleceniem dalszego postępowania, czyli jednym słowem — ich kontrolą.

Zwlekłam się z łóżka i z ciężarem obolałych nóg poszłam w stronę kuchni, podążając za aromatem kawy wydobywającej się z jej wnętrza. Wszystkie trzy siedziały przy kuchennym blacie i patrzyły w moją stronę.

— Dziewczyny, czuję się dużo lepiej, więc proszę, nie wracajmy do wczorajszych wydarzeń. Błagam, zapamiętajmy z tego wieczoru tylko to, co dla każdej z nas było miłe… Proszę — złożyłam dłonie, by podkreślić moją prośbę.

Wszystkie odetchnęły z ulgą i jak przekupki zaczęły opowiadać jedna przez drugą, co każdą z nich spotkało w klubie. Sara wspomniała o blondynie z parkietu, z którym bawiła się praktycznie całą noc, a Mija opowiadała o przystojnym barmanie, który próbował ją podrywać — teraz stało się jasne, dlaczego to ona tak często chodziła po drinki. Lisa oznajmiła, że zdecydowanie częściej powinnyśmy wychodzić, bo pomimo trudnych chwil bawiłyśmy się znakomicie.

— Znajdziemy w mieście klub, w którym nie ma zagrożenia dla nas… a przede wszystkim dla naszej Mariki — Mija objęła mnie i oparła głowę o moje ramię.

Uśmiechnęłam się smutno, bo faktycznie od jakiegoś czasu prześladował mnie jakiś cholerny pech.

— Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało, a psychola wsadzą za kratki. Max nie odpuści. Złoży doniesienie, a ten koleś, oprócz tego, że zapłaci, pójdzie siedzieć na długie lata.

Wsłuchiwałam się w to, co mówiła Sara, i faktycznie miała rację — nikt nie powinien tego odpuścić.

— Dobra, koniec tych smutasów… Gdzie idziemy na obiad? Do Lunch&Dinner, czy jedziemy na wybrzeże? — Mija rzucała pomysłami na wspólne spędzenie popołudnia, więc teraz zaczęłyśmy się nad tym zastanawiać.

Upijałam właśnie łyk kawy, gdy rozdzwonił się mój telefon, przerywając naszą rozmowę. Zerknęłam na wyświetlacz — numer był obcy. Przez moment zastanawiałam się, czy powinnam go odebrać. Spojrzałam na twarze przyjaciółek, które zamilkły i czekały na moją reakcję. W słuchawce rozbrzmiał męski, dojrzały głos.

— Dzień dobry. Czy rozmawiam z panią Mariką Ramen?

— Tak, dzień dobry.

— Dzwonię do pani z komisariatu policji przy ulicy Hansona. W dniu wczorajszym wpłynęło do nas oskarżenie w sprawie zaistniałego zdarzenia w klubie Mont Blanc.

— Rozumiem.

— Konieczne jest, aby złożyła pani zeznania w tej sprawie, najlepiej dziś do godziny siedemnastej.

— Dobrze, postaram się przyjechać jak najszybciej. A może pan powiedzieć, kto wniósł oskarżenie? — Byłam ciekawa, czy faktycznie zrobił to Max.

— Oskarżenie wpłynęło od właściciela klubu, pana Vincenta Ferusolla, w sprawie poszkodowanego Maxa Ferusolla — zamilkł na chwilę, po czym dodał — Na dyżurce proszę podać moje nazwisko: Anthony Mails. Ktoś panią pokieruje do mojego gabinetu.

Pożegnałam się i rozłączyłam. Zaskoczyło mnie, że pan Vincent był właścicielem klubu Mont Blanc. Z tego, co mówiła Sara, miał wiele nieruchomości w naszym mieście, jednak nie sądziłam, że inwestuje również w sferę rozrywki.

Rozmowa z policjantem odbyła się przy moich przyjaciółkach, które najwidoczniej spodziewały się takiego obrotu sprawy, więc…

— Już po moim lunchu na wybrzeżu… — odłożyłam filiżankę na spodek. — Tak jak słyszałyście, muszę się zbierać, żeby złożyć zeznania.

— Chyba nie myślisz, że pojedziesz tam bez nas? — oburzenie Sary było widać nawet w jej oczach.

— Dziewczyny, to może potrwać nawet do wieczora, nie chcę, żebyście siedziały na komisariacie w tak piękne popołudnie — wskazałam dłonią na okno, za którym świeciło letnie słońce.

— Posłuchaj Marika… gówno nas interesuje słońce i wybrzeże. Nasza przyjaciółka jest w potrzebie i nie ma w tej chwili ważniejszej rzeczy niż ta. Jedziemy z tobą i koniec tematu — stanowczo podsumowała Sara.

— Mam nadzieję, że wiecie, jak bardzo was kocham — wzruszyłam się i posłałam w ich stronę tysiące całusów.

— A my ciebie — Lisa podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła. — Dobrze, że jesteś.

— Chyba menstruacja się nam zbliża, bo zdecydowanie za szybko się wzruszamy… — Mija zaczęła się śmiać, jednocześnie wycierając mokre oczy.

— Dobra, laski, zacznijmy się szykować, bo czas ucieka — Sara klasnęła w dłonie, pospieszając nas do wyjścia.

— Pamiętajcie, że oni też tam będą… Mam na myśli Maxa i chłopaków! — krzyknęła Mija, wchodząc jako pierwsza do łazienki.

Teraz dotarło do mnie, że spotkanie Maxa może być dużo szybsze, niż przypuszczałam. Wciągnęłam na siebie dżinsowe, krótkie szorty i białe body z dekoltem, do tego sandałki na koturnie, i byłam prawie gotowa. Szybki makijaż dopełnił całości i po chwili jechałyśmy już na komisariat.


********************************************


Niewielki budynek policji był solidnie ogrodzony. Dziewczyny postanowiły zostać na zewnątrz, a ja skierowałam się do wejścia. Na dyżurce podałam nazwisko policjanta, z którym miałam się spotkać. W odpowiedzi usłyszałam, że przesłuchania odbywają się w pokoju sto pięć. Przeszłam wąskim korytarzem kilka metrów, cały czas kontrolując numery na mijanych drzwiach.

Byłam na wysokości numeru sto, więc wszystko wskazywało, że idąc korytarzem w lewo, dojdę do właściwego miejsca. Byłam lekko zdenerwowana na myśl o tym, że ponownie będę musiała wrócić do tej historii z wczorajszej nocy. Dodatkowo to miejsce, choć nigdy wcześniej nie miałam z nim do czynienia, wywoływało we mnie lęk i strach. Kiedy wyszłam za zakręt, mój wzrok utkwił w jednym punkcie. Na ławce po mojej lewej stronie, razem z policjantem, siedział skurwiel, który był powodem, że musiałam tu dzisiaj przyjść. Kilka metrów dalej, przy kolejnych drzwiach, siedział Max, Patrick oraz pan Vincent.

Paraliż, jaki dopadł mnie na widok mojego oprawcy, sprawił, że nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. Czułam, jak w jednej chwili wracają wszystkie wspomnienia, a serce przyspiesza rytmu. Max musiał dostrzec moje zachowanie, bo podniósł się z ławki i ruszył w moją stronę. To, że zmierzał w moim kierunku, jeszcze bardziej spotęgowało moje zdenerwowanie. Potarłam dłońmi ramiona, starając się uspokoić. Max stanął naprzeciw mnie, ja jednak cały czas patrzyłam na tego, który wczoraj mógł mi zrobić niewyobrażalną krzywdę. Nawet kiedy usłyszałam głos Maxa, mój wzrok nie zmienił kierunku.

— On ci już nic nie zrobi, nie bój się — w jego głosie słychać było troskę i próbę dodania mi otuchy.

— Nienawidzę go… kiedy na niego patrzę, wszystko wraca… To, jak mnie trzymał, jak dotykał i groził… — powiedziałam łamiącym się głosem.

Moje ciało coraz bardziej drżało, a łzy napływały do oczu.

— Cii… chodź do mnie — otworzył szerokie, umięśnione ramiona i przyciągnął mnie do siebie.

Byłam na skraju rozpaczy i totalnej rozsypki, dlatego dałam się mu przytulić. Niewątpliwie potrzebowałam ukojenia. Max objął mnie mocno, a jego usta dotknęły mojego czoła. Prosił, żebym się uspokoiła, zapewniał, że jestem bezpieczna i że nikt nie waży się mnie już tknąć. Słuchałam jego głosu, zaciągając się jego zapachem i starając się nie myśleć, gdzie w tym momencie się znajdujemy.

Kiedy udało mi się opanować strach i drżenie ciała, lekko się od niego odsunęłam i wtedy usłyszałam, jak cicho westchnął. Spojrzałam mu w oczy, unosząc głowę do góry, i teraz jeszcze raz mogłam przyjrzeć mu się dokładniej. Jego oczy hipnotyzowały… Wyrażały tak wiele, a zarazem były tajemnicze i chłodne. Tym razem poczułam, jak przechodzi przeze mnie dreszcz, lecz nie był to strach, a ekscytacja i podniecenie. Jego oczy czytały moją twarz, jakby chciały zapamiętać jak najwięcej.

Głos policjanta, który wezwał do środka kolejną osobę, sprawił, że oboje spojrzeliśmy na wychodzącego z pokoju Matthew. Zupełnie wyluzowany, nie zawracający uwagi na nic, podszedł do Maxa i zaczął mówić o jakimś wydarzeniu. Wziął do ręki telefon, na którym obaj się pochylili i wspólnie zaczęli coś omawiać. Nie chciałam podsłuchiwać, więc wycofałam się i przeszłam w głąb korytarza. Odchodząc, usłyszałam coś o jakimś magazynie, złocie i ludziach…

Wyciągnęłam z kieszeni telefon i wybrałam numer Sary. Odebrała po pierwszym sygnale.

— I jak tam kochana, już po przesłuchaniu?

— Niestety nadal czekam na swoją kolej, więc nie wiem, czy jest sens, żebyście marnowały swój czas?

— Będziemy czekać na ciebie tyle, ile będzie trzeba — jej stanowczy ton nie pozostawiał złudzeń, że tak właśnie zrobią.

— Teraz zeznania składa Patrick, a potem nie wiem, kogo zaproszą? Może tego psychopatę, który także tu siedzi? — dodałam niepewnie.

— Jak to możliwe, że on jest w tym samym miejscu, co ty?! Jak mogą narażać cię na taki stres?! Co to za absurdalne procedury?! — uniosła głos, bo i ona uważała to za niedorzeczne.

— Nie znam przepisów, więc nie wiem. Siedzi przy nim policjant, ale i tak mnie paraliżuje, że w ogóle tu jest… — oparłam głowę o ścianę i zamknęłam oczy.

— Jeśli powiesz słowo, wejdziemy tam do ciebie, nawet kosztem aresztu — próbowała mnie rozbawić i faktycznie trochę się jej to udało.

— A Max i Matthew? — zapytała z ciekawością.

— Tak, są wszyscy, nawet pan Vincent.

— Więc jesteś bezpieczna. Czekamy na ciebie.

Rozmowa z Sarą sprawiła, że nie zauważyłam, kiedy na przesłuchanie został wezwany Max. Rozejrzałam się po korytarzu. Matthew i Patrick siedzieli, pochłonięci rozmową z panem Vincentem. Obawa, że musiałabym przejść obok tego zwyrodnialca, spowodowała, że do nich nie dołączyłam. Stałam pod ścianą z drugiej strony i czułam, jak ten psychol patrzy w moją stronę. Zupełnie bezmyślnie spojrzałam w jego kierunku i na sam jego widok ponownie zrobiło mi się niedobrze. Patrzył na mnie perfidnie, oblizując swoje wargi.

Zamknęłam na chwilę oczy, by jak najszybciej wyrzucić ten obraz z głowy, jednak on na tym nie poprzestał. Zaczął wiercić się na krześle i pocierać swoje krocze, szepcząc coś do siebie. Zakryłam usta ręką, by nie zwymiotować.

— Ostatnio nam przerwano, ale jeszcze go poczujesz w sobie laleczko! — Gdy to powiedział, podniósł się z krzesła…

Trzęsąc się, wbiegłam do łazienki, odkręciłam wodę i polewałam nią ręce oraz kark. Czułam, jak ciemność powoli zasłania moje oczy. Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi za sobą — byłam pewna, że temu psychopacie udało się tu dobiec. Nie zdążyłam odwrócić głowy, bo moje oczy zaszły całkowitą ciemnością, a nogi nie utrzymały ciężaru mojego ciała. Traciłam równowagę, więc spotkanie z ziemią było nieuniknione.

Nie poczułam jednak bólu upadku, bo czyjaś silna ręka przytrzymała mnie w pasie, a druga zaczęła delikatnie poklepywać po policzku. Unosiłam wciąż ciężkie powieki, starając się zmienić obraz w mojej wyobraźni na rzeczywisty. Max, który był jednocześnie wystraszony i wściekły, trzymał mnie mocno w ramionach, czekając, aż wrócę do pełni sił.

— Już… mi lepiej… dziękuję — odparłam, cedząc każde słowo.

— Skurwiel, jebany! Jak go kurwa pilnujecie?! — krzyczał na cały głos w stronę uchylonych drzwi.

Był tak wzburzony, jakby chodziło o niego, a nie o mnie. Słyszałam zamieszanie na korytarzu i widziałam, jak kilku policjantów biegło w stronę gabinetu. Matthew otworzył szerzej drzwi łazienki i podał mi kubek z wodą.

— Wzywali Marikę na przesłuchanie, więc jeśli da radę, to chodźcie — powiedział, a następnie odszedł w głąb korytarza.

— Dasz radę? — zapytał Max, wciąż uważnie obserwując moją twarz.

— Chcę mieć to już za sobą — odpowiedziałam, choć jego ramiona nadal nie zwalniały uścisku.

— Chodź, zaprowadzę cię.

— Nie, nie ma potrzeby, pójdę sama — oparłam dłoń o jego pierś, próbując wysunąć się z jego objęć.

— Nie ma mowy! Zaprowadzę cię i zaczekam, aż skończysz zeznawać — odparł stanowczo, nie dopuszczając sprzeciwu.

— Naprawdę nie ma takiej potrzeby. To była tylko chwilowa słabość… przez te wczorajsze i dzisiejsze wydarzenia.

Stałam już o własnych siłach, poprawiając podwinięty rękaw body.

— Na zewnątrz czekają na mnie przyjaciółki, więc jak tylko złożę zeznania, pojedziemy prosto do domu — odparłam, starając się utrzymać wzrok na jego idealnej twarzy.

Miałam wrażenie, że chciał coś dodać, jednak naszą rozmowę przerwał policjant, który pojawił się w drzwiach łazienki. Oboje spojrzeliśmy w jego kierunku, czekając, aż zaprosi mnie na przesłuchanie. Zanim jednak to zrobił, kilkakrotnie upewniał się, że czuję się już dobrze, a gdy ją zyskał, zabrał mnie ze sobą.

Max szedł obok, gotowy zareagować, gdybym ponownie źle się poczuła. Skinieniem głowy przywitałam się z jego ojcem i weszłam za policjantem do pokoju.

Przesłuchanie trwało około dwadzieścia minut. Opowiedziałam wszystko ze szczegółami, dodając również to, co wydarzyło się chwilę wcześniej na parkiecie klubu. Spisany i podpisany przeze mnie protokół zeznań policjant wpiął w teczkę z aktami sprawy. Oznajmił, że sprawa będzie kontynuowana, a o jej wyniku dowiemy się niebawem.

Miałam nadzieję, że dziś definitywnie zakończyłam temat zboczeńca i nożownika z klubu.

Kiedy wyszłam, na ławce przed drzwiami, dokładnie tak jak chwilę wcześniej, siedział Max, a obok niego Matthew i Patrick, którzy przeglądali swoje telefony. Brakowało jedynie pana Vincenta i ich adwokata. Max widząc, że wychodzę, wstał i podszedł do mnie. Jego wzrok analizował moją twarz, jakby upewniał się, czy przez te dwadzieścia minut nie stała mi się żadna krzywda. Obserwowałam jego oczy i sposób, w jaki na mnie patrzył. Nie ukrywał troski ani uczucia, przez co na moje ciało — tak wrażliwe na jego spojrzenia — spłynęła przyjemna fala ciepła. Najwyraźniej chciał o coś zapytać, jednak w tym momencie dołączyli do nas Matthew i Patrick.

Z tej dwójki zdecydowanie Patrick był najbardziej bezpośredni i bezczelny.

— Skoro nasza księżniczka jest już z nami, to ruszajmy! — zaśmiał się zarzucając rękę na moją szyję.

Spojrzałam na niego z zaskoczeniem i niesmakiem. Nie byłam jedną z tych „plastikowych” kobiet, którymi się otaczali, więc jego zachowanie było zupełnie nie na miejscu. Max widział, że jego kumpel pozwolił sobie na zbyt wiele, dlatego spiorunował go wzrokiem. Patrick natychmiast zabrał rękę z mojego ramienia, a po jego głupim uśmiechu nie było już śladu.

Ruszyliśmy wolnym krokiem w kierunku wyjścia. Max szedł obok mnie, cały czas kontrolując mój stan. Przed budynkiem, tak jak obiecały, czekały na mnie zniecierpliwione przyjaciółki.

— Marika! My tu od zmysłów odchodzimy! — Lisa złapała mnie za ramiona i zmartwiona patrzyła w moją twarz.

— Facet na dyżurce nie chciał nam nic powiedzieć, a ty przepadłaś jak kamień w wodę!

Mówiły jedna przez drugą, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć na lawinę tych pytań, dobrze mi już znany głos za mną odwrócił ich uwagę.

— Marika zasłabła w łazience! — przerażone oczy moich przyjaciółek przeskakiwały z niego na mnie. — Zjeb zrobił popis na korytarzu! A mundurowi, kurwa, zamiast trzymać psychola w areszcie, to…! — Max nie krył emocji, gdy opowiadał całe zdarzenie. — Prawnik się postara, żeby za to też zapłacił! — Najwyraźniej musiał rozładować nagromadzoną adrenalinę, bo zaczął krążyć wokół naszej grupy, zaciskając i prostując dłonie ze złości.

— Dziewczyny, już wszystko dobrze, moja wyobraźnia po prostu trochę namieszała i narobiłam zamętu — próbowałam je uspokoić i rozładować napiętą atmosferę.

— Max, już po sprawie, daj spokój stary. Zamknęli zjeba i szybko nie wyjdzie. Po co psuć sobie taki piękny wieczór? Chodź, pojedziemy na magazyn, rozluźnisz się trochę — Matthew klepnął Maxa w ramię, zachęcając do realizacji pomysłu.

Wyjął z kieszeni kluczyki i czekał na jego reakcję.

— Stary, to świetny pomysł! Dobrze wiesz, jakie korzyści może przynieść nagromadzona w tobie adrenalina — do namowy dołączył Patrick, z tym, że jego wyluzowanie bardzo kontrastowało z nastrojem Maxa.

Przysłuchiwałyśmy się ich rozmowie, choć tak naprawdę już dawno powinnyśmy być w drodze do mojego domu.

— Max, nie daj się prosić, wszyscy czekają — ciągnął dalej Matthew.

Max potarł ręką kark, jakby zastanawiał się, czy to na pewno dobry pomysł? Spojrzał w nasz stronę, dłużej zatrzymując wzrok na mnie.

— Dziewczyny, a może pojedziecie z nami?

Pytanie padło do nas, ale czułam, że odpowiedzi oczekuje jedynie ode mnie. Spojrzałam ukradkiem na Matthew, który cicho wciągnął powietrze, a jego mina sugerowała, że to chyba nie jest najlepszy pomysł. Byłam zaskoczona propozycją Maxa, więc spojrzałam na dziewczyny, szukając w nich wsparcia, ale one — podobnie jak ja — nie miały pojęcia, z czym wiąże się propozycja chłopaków.

— Dziewczyny, nie dajcie się prosić… — nalegał Patrick.

— Chwileczkę, ale co to jest ten magazyn i co się w nim odbywa? Bo jak czymś handlujecie, to my odpadamy.

Ostatnie słowa Miji spowodowały wybuch śmiechu, szczególnie u Patricka. Ona podobnie jak on była bardzo bezpośrednia i nie zawsze zastanawiała się nad słowami.

— No tak, handlujemy dobrą zabawą i adrenaliną — odezwał się Patrick, wciąż rozbawiony.

— Magazyn to punkt spotkań wszystkich zmotoryzowanych. Oprócz rozmów o pasji sprawdzamy też nasze maszyny na torze — wyjaśnił Matthew.

— Rozumiem, że to raczej nie jest legalne? — pytanie Sary nie wymagało odpowiedzi. Mina Matthew w zupełności wystarczyła.

— Ale zdajecie sobie sprawę, że rozmawiamy o tym pod komisariatem policji? — Sara wskazała dłonią na oświetlony budynek i w jednej chwili wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

Ostatecznie zgodziłyśmy się pojechać, ale ustaliłyśmy, że jeśli nam się nie spodoba, to wrócimy i pojedziemy na wybrzeże. Spojrzałam na zegarek — dochodziła dziewiętnasta, nie czekając dłużej wszyscy ruszyliśmy w kierunku swoich aut.

— Mam nadzieję, że spodoba ci się to, co tam zobaczysz — szept głosu Maxa przy moim uchu sprawił, że podniosłam na niego wzrok.

— Zobaczymy — uśmiechnęłam się delikatnie i nacisnęłam klamkę do drzwi samochodu Sary.

Jechałyśmy za autem chłopaków, bo żadna z nas nie miała pojęcia, gdzie znajduje się ów magazyn. Mercedes, który prezentował się wyjątkowo na tle naszego BMW, przez chwilę przyspieszył tak, że zniknął nam z oczu.

— Co oni wyprawiają? Przecież wiedzą, że jedziemy tam pierwszy raz i nie znamy drogi! — oburzyła się Lisa.

— Daję sobie głowę uciąć, że za kierownicą siedzi Patrick i to są jego durne pomysły — skomentowałam wściekła.

— Spokojnie, dziewczyny. Już ich widzę, zdaje się, że na nas czekają — uspokoiła nas Sara.

Przyłożyłam czoło do bocznej szyby i zatopiłam się w myślach. Jak mam rozumieć zachowanie Maxa? Czy to normalne, że tak szybko wzbudził we mnie zaufanie? Ta jego troska i zainteresowanie… Czy mogą być prawdziwe? Czy to tylko kolejny kaprys bogatego chłopaka, aby zdobyć nowe trofeum — którym miałam stać się ja?

Rozdział 3

Magazyn znajdował się na obrzeżach miasta. Droga była dość kręta i często prowadziła przez las. Dojechałyśmy do ogromnego placu, na którym stało już sporo samochodów, ale udało się nam znaleźć wolne miejsce. Głośna muzyka i ryk silników dobiegające z pobliskiego hangaru — nazwanego przez niektórych magazynem — przyciągał setki osób.

— Widziałyście gdzieś chłopaków? — pytanie Lisy sprawiło, że rozejrzałyśmy się wokół.

— Widziałam, jak wjeżdżali autem do środka — odparła Sara. — Ale myślę, że lepiej, jak zaparkujemy tutaj.

Miała rację. Byłyśmy w tym miejscu po raz pierwszy, nie znałyśmy ludzi ani panujących tu zwyczajów, więc bezpieczniej było stanąć na uboczu, by w razie potrzeby szybciej odjechać. Pokonałyśmy jakieś sto metrów i znalazłyśmy się w ogromnym hangarze, który już od wejścia wypełniony był sportowymi autami, motocyklami i wszelkiego rodzaju motoryzacją. Przy każdym modelu stały grupki osób, śmiejąc się i kołysząc w rytm muzyki. Tak jak mówił Patrick, „laleczki” były widoczne na każdym kroku. Mini spódniczki, skąpe bluzeczki, mocne makijaże — wszystko to sprawiało, że nie było mężczyzny, który by na nie nie spojrzał.

— Laski, chyba wyglądamy jak kopciuszki w tych naszych ciuchach — powiedziała Mija, zasłaniając usta, by ukryć uśmiech, który pojawił się na jej twarzy.

Nie było wątpliwości, że miała trochę racji — nie byłyśmy przygotowane na takie widowisko. Szłyśmy powoli wśród tych wszystkich maszyn z otwartymi maskami, pod którymi ukazywały się turbo silniki. Rozglądałam się w poszukiwaniu Maxa i chłopaków, ale tłumy ludzi przechodzących w różnych kierunkach skutecznie to uniemożliwiały. Mój wzrok zatrzymał się na kilku znajomych twarzach, wśród których był również on. A obok niego… ta sama kobieta, która była z nim w klubie. Nie było mowy o żadnym dystansie między nimi. Blondynka uwieszona na jego ramieniu zaznaczyła swój teren. Przygryzłam wargę i zmieszana spuściłam wzrok. Czy to możliwe, że na ten widok poczułam ukłucie?

Zrobiłam dwa szybkie kroki, żeby zrównać się z Sarą. Złapałam ją pod rękę, chcąc namówić na pójście w innym kierunku, jednak z tłumu wyłonił się Patrick i zabrał nas ze sobą. Plus był taki, że muzyka grała tak głośno, iż tylko parę osób stojących najbliżej zwróciło na nas uwagę. Reszta nadal była pochłonięta rozmowami i zabawą.

Dziewczyny włączyły się do rozmowy, a ja stanęłam w miejscu, z którego mogłam swobodnie obserwować Maxa. Kobieta nadal trzymała się jego ramienia, uśmiechając się do wszystkich, natomiast on wydawał się zdecydowanie bardziej bierny wobec jej wdzięków. Jedną rękę trzymał w kieszeni, a drugą przeglądał telefon. Kolejny raz miałam to samo wrażenie — gdy tylko pojawia się w swoim towarzystwie, przybiera postawę bossa, staje się niedostępny i władczy. Najwidoczniej nie miało już znaczenia, że zaprosił tutaj mnie i moje przyjaciółki.

Stałyśmy w gronie nowych znajomych dłuższą chwilę. Z każdą minutą potęgowało się moje zmęczenie i nieodparta ochota powrotu do domu. Lisa, stojąca obok mnie, również wydawała się ledwo żywa, więc nachyliłam się delikatnie do jej ucha.

— Lisa, ja chciałabym już wracać.

Popatrzyła na mnie z niepokojem.

— Źle się czujesz?

— Nie, spokojnie — uśmiechnęłam się, żeby jej nie przestraszyć.

— Ja też chętnie bym już wróciła. Dochodzi dwudziesta pierwsza, a jutro mam dyżur. Nie wiem tylko, co na to Sara i Mija… — spojrzałyśmy na dziewczyny. — Kto by pomyślał, że temat motoryzacji tak je pochłonie? — zachichotałyśmy cicho.

Musiałam zwrócić ich uwagę, więc chrząknęłam, przerywając zaciekłą rozmowę z dwójką innych osób. Pomogło — Sara i Mija spojrzały w moją stronę.

— Przepraszam, że wam przerywam, ale ja i Lisa chciałybyśmy już wracać do domu — wskazałam ręką na wyjście za mną.

— Już chcecie się zmywać?! Dziewczyny, za chwilę zaczną się wyścigi! Przegapić coś takiego to jakby w ogóle tu nie być! — odezwał się jeden z chłopaków.

Spojrzałyśmy na niego zaciekawione.

— Za magazynem, a dokładnie na jego tyłach, są pasy startowe starego lotniska — machnął ręką, wskazując kierunek. — Tam za chwilę wszyscy się przeniosą.

Rozejrzałam się dookoła i faktycznie — ludzie zaczęli zamykać maski swoich samochodów i robić przejścia dla ruszających aut. Wzrok zatrzymał mi się na mężczyźnie, który wdzięczył się do trzech kobiet, namawiając je, by wsiadały z nim do samochodu.

Zamieszanie w hali sprawiło, że moje przyjaciółki zniknęły w tłumie razem z ludźmi, z którymi jeszcze przed momentem rozmawiałyśmy. Stałam zagubiona i zdezorientowana, rozglądałam się w poszukiwaniu choć jednej znajomej twarzy. Wyglądało, jakby dziewczyny rozpłynęły się w powietrzu. Warkot maszyn skutecznie zagłuszał możliwość ich przywołania. Stałam w miejscu, licząc, że któraś z nich po mnie wróci. Wyjęłam z torebki telefon, by zadzwonić, ale oczywiście — jak to bywa w najmniej odpowiednich momentach — rozładowana bateria pozostawiała sprzęt bez-użytecznym. Przeklęłam pod nosem i wrzuciłam telefon do torebki. Magazyn pustoszał, większość osób była już na zewnątrz. Miałam dwa wyjścia — iść za nimi i liczyć, że w tej setce osób odnajdę dziewczyny, albo zostać z nadzieją, że to one po mnie wrócą.

Wzdrygnęłam się, gdy poczułam czyjeś dłonie na ramionach. Przestraszona natychmiast odwróciłam głowę. Za mną stał Max. Jakby nigdy nic, uśmiechał się zalotnie. Wyraz jego twarzy gwałtownie się zmienił, gdy zobaczył, jak bardzo mnie przestraszył.

— Wszystko okej? — zapytał zaniepokojony.

— Przestraszyłeś mnie — serce nadal biło mi dużo szybciej. — Nie myślałam, że jeszcze tu jesteś — odparłam i odsunęłam się od niego na tyle, że jego dłonie puściły moje ramiona.

— A gdzie niby miałbym być?

— Zapewne tam, gdzie wszyscy — wskazałam ręką na wyjście z magazynu.

— A ty się tam nie wybierasz?

— Ja właściwie… nie wiem, po co tu przyjechałam? Chyba wyobrażałam sobie to trochę inaczej — rozejrzałam się dookoła. — W moim zwyczaju jest tak, że jak się kogoś gdzieś zaprasza, to się o niego dba i zapoznaje z nowym miejscem — spojrzałam w jego piękne oczy, które w tym momencie skupione były na moich ustach, przez co odpowiedział dopiero po chwili.

— Rozumiem. Masz mi za złe, że się wami nie zająłem?

— Nie, nie mam ci za złe, każdy ma prawo zachowywać się tak, jak uważa. Skoro nie czułeś potrzeby, by o nas zadbać, to w porządku, najwidoczniej są ważniejsze osoby — słychać było w moim głosie kąśliwość, ale również obojętność.

— Posłuchaj… — zamierzał coś powiedzieć, ale mu przerwałam.

— Naprawdę nie chcę, żebyś mi się tłumaczył — uśmiechnęłam się zupełnie szczerze. — Masz w otoczeniu osobę, o którą dbasz i poświęcasz jej czas, i to jest wspaniałe… nic mi do tego. — Mój wzrok utkwiony był w dziewczynie stojącej przy jego samochodzie, więc rozumiał, co mam na myśli.

Spojrzał w kierunku kobiety i wrócił wzrokiem na mnie.

— Zanim ocenisz sytuację po swojemu, daj mi szansę coś powiedzieć — zbliżył się o pół kroku, więc uniosłam głowę, by utrzymać na nim swój wzrok. — Miałem kilka ważnych spraw do ogarnięcia, ale nie tych, o których myślisz… — nim zdążył dokończyć, stukot zbliżających się obcasów odwrócił naszą uwagę.

W naszym kierunku zmierzała długonoga blondynka, pewnie ta sama, która zadbała o Maxa, kiedy dostał nożem. Szła jak po wybiegu, patrząc w jeden punkt, którym był on. Ignorując mnie całkowicie, zwróciła się do chłopaka, jednocześnie wsuwając swoją idealną dłoń pod jego ramię.

— Kochanie, wszyscy na ciebie czekają! Nie wiem, co może być ważniejsze od dzisiejszego wyścigu? — spojrzała na mnie z nieukrywaną wyższością.

Uśmiechnęłam się ironicznie i potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Jak to możliwe, że takie lale mają dwadzieścia parę lat, a zachowują się jak trzynastki? Nie zamierzałam dłużej przyglądać się tej scenie, więc spojrzałam na Maxa i odparłam zupełnie spokojnie:

— Dobrej zabawy.

Odwróciłam się i ruszyłam w kierunku wyjścia z magazynu, który w międzyczasie niemal całkowicie opustoszał.

— Marika! Zaczekaj! — usłyszałam, jak zawołał.

Nie zamierzałam się odwracać. Nie wiedziałam, czy nadal tam stali, czy odeszli. Szłam przed siebie szybkim krokiem, pokonując kolejne metry.

Jedno z ostatnich sportowych aut, które przejeżdżało obok, zwolniło, a szyba od strony kierowcy powoli zaczęła się opuszczać. W środku siedziało dwóch wesołych kolesi.

— Witamy piękną panią.

Muzyka dudniła z ich głośników tak głośno, że ledwo ich słyszałam.

— Zapraszamy do nas. Jestem Viktor, a to jest Mark.

Spojrzałam w ich kierunku, próbując nie dać się wciągnąć w ich gierki.

— Szkoda tak pięknych nóg na chodzenie. Gwarantujemy podwózkę i nietykalność — dodał jeden z nich, a drugi parsknął śmiechem.

— Panowie, mam dziś przejebany dzień, więc proszę, jedźcie przed siebie i szukajcie szczęścia gdzie indziej! — wykrzyknęłam.

Najwyraźniej mój ton zrobił wrażenie tylko na mnie, bo oni nie zamierzali odpuszczać.

— Mamy coś, co pozwoli ci skutecznie zapomnieć o tym chujowym dniu. Daj sobie pomóc.

Potrząsnęli jakimś małym, przezroczystym woreczkiem z zagadkową substancją. Męczyła mnie ta dyskusja. Mój humor nie dorównywał ich nastrojom nawet w jednym procencie. Byłam już niedaleko wyjścia, gdy z mojej lewej strony nadjechał drugi samochód. Ten sam, za którym tu dziś przyjechałyśmy, więc wiedziałam, kto siedzi za jego kierownicą. Mercedes zatrzymał się z piskiem opon, jednak nikt z niego nie wysiadł. Przez opuszczoną boczną szybę usłyszałam wściekle rzucone słowa:

— Wsiadaj natychmiast do auta!

Max kipiał ze złości. Dłonie zaciskał na kierownicy tak mocno, że aż zbladły mu knykcie.

— Marika, powiedziałem… żebyś wsiadła do tego cholernego auta! — powtórzył nieco spokojniej, cedząc przez zęby każde słowo.

Stałam między dwoma maszynami jak wrośnięta w ziemię. Chyba jeszcze nie dochodziło do mnie, co właściwie się tu dzieje. Nie chciałam skorzystać z podwózki ani jednego, ani drugiego, ale dzisiejszy dzień dał mi już wystarczająco w kość. Rozsądniejszym rozwiązaniem wydawała się propozycja Maxa niż dwóch zupełnie nieznajomych kolesi, więc ruszyłam z miejsca, by złapać za klamkę przednich drzwi pasażera. Skupiona na czynności i wściekłej twarzy Maxa, dopiero po chwili zorientowałam się, że na tylnym siedzeniu, z ironicznym uśmiechem, siedzi jego kobieta. Nasze spojrzenia się spotkały. Jej pozycja wyrażała rozpoczęcie wojny, na którą tym bardziej nie miałam ochoty.

Zaskakując wszystkich, z lekkim uśmiechem zdjęłam dłoń z klamki. Nim jednak zdążyłam odwrócić się w stronę auta za mną, zobaczyłam zaskoczoną i jeszcze bardziej wściekłą twarz Maxa. On chyba nie rozumiał, że jego auto na nas dwie jest zdecydowanie za małe. Odwróciłam się na pięcie i szarpnęłam za klamkę samochodu chłopaków, którzy jako pierwsi proponowali podwózkę. Wskoczyłam do środka, ale nim zdążyłam je zamknąć, usłyszałam nerwowy ton Maxa.

— Marika… do kurwy nędzy, co ty wyprawiasz?!

I w tym momencie zatrzasnęłam drzwi. „Koledzy” siedzący z przodu mieli tak wielki ubaw z tego, co przed momentem się wydarzyło, że ledwo byli w stanie się opanować.

— No to jak, Marika? Dokąd jedziemy? — odezwał się Viktor.

— Chłopaki, na tych wyścigach są moje przyjaciółki, które muszę znaleźć.

— O kurde, masz przyjaciółki? Czyli więcej jest takich foczek jak ty? — Mark zachichotał.

Przewróciłam oczami, bo zachowywali się tak dziecinnie, że przestali we mnie wzbudzać jakikolwiek strach.

Tor wyścigowy był jakieś dwieście, może trzysta metrów dalej. Viktor i Mark cały czas żartowali, było widać, że są na niezłej bani.

Zaparkowali samochód obok innych czekających w kolejce do toru. Nim zdążyłam złapać za klamkę, drzwi gwałtownie się otworzyły. Max stał jeszcze bardziej wkurwiony niż pięć minut wcześniej. Czekał, aż wysiądę.

Przy oknie Viktora nachylał się Matthew, a Marka — Patrick. Wysiadłam i spojrzałam wściekle na Maxa, stając przed nim w odległości, którą można by określać w milimetrach. Doskonale widziałam, jak szybko oddycha, jak jego oczy, czarne jak smoła, strzelają piorunami. Jedną dłonią trzymał drzwi, a drugą naprzemiennie zaciskał i prostował. Już zdążyłam rozpoznać, że robił tak zawsze, gdy był wściekły.

— Max, czego ty ode mnie chcesz?! — wrzasnęłam, kłując go palcem w klatkę. — Natychmiast masz powiedzieć Matthew i Patrickowi, żeby odsunęli się od tego auta! — byłam wściekła.

Całe zajście wzbudzało coraz większą ciekawość i sensację wśród zgromadzonych wokół nas ludzi. Patrzyli to na mnie, to na Maxa. Dobrze go znali, wiedzieli, że nie odpuszcza, że jego złość ma tylko jedno ujście. Ja natomiast byłam dla nich zagadką. Widzieli mnie po raz pierwszy w takim miejscu i na dodatek sprzeciwiającą się najbardziej znanemu człowiekowi z całej setki obecnych tu osób.

Mimo moich krzyków Max nie powstrzymał chłopaków. Stali nadal przy drzwiach Viktora i Marka, więc jedynym wyjściem było zostawić ich samych sobie i odejść. Nie zdążyłam jednak wykonać żadnego ruchu, ponieważ dłoń Maxa znalazła się na moim nadgarstku, a on — zupełnie wbrew mojej woli — ciągnął mnie w kierunku swojego samochodu.

Jeśli on myśli, że ja wsiądę do tego auta razem z tą jego cizią, to albo jest szalony, albo nie traktuje mnie poważnie.

Szarpnęłam ręką, co zmusiło go, by się zatrzymał i spojrzał na mnie.

— Nie wsiądę do twojego samochodu! — powiedziałam, grożąc mu palcem.

Max zaskoczył mnie, bo zamiast jakichkolwiek słów, jego kąciki ust drgnęły w lekkim uśmiechu. Pokręcił głową, jakby właśnie coś zrozumiał, ale jednocześnie temu nie dowierzał. Podszedł do mnie bardzo blisko, schylił lekko głowę i patrząc mi prosto w oczy, cicho wyszeptał:

— Jesteś zazdrosna?

Gdyby nie to, że jego wzrok mnie hipnotyzował, od razu bym mu nawymyślała. W mojej głowie pojawiła się cała lista epitetów, które leciały w jego kierunku, ale moje usta milczały. Przysunęłam twarz jeszcze bliżej, na prowokująco niebezpieczną odległość.

— Chyba śnisz…

Czułam, jak bacznie mnie obserwuje, jak jego oczy wypełniają się pożądaniem. Czuł przecież mój oddech na swoich ustach. Dzielące nas milimetry były niewyobrażalną pokusą, jednak żadne z nas nie odważyło się jej ulec. Oderwałam od niego wzrok i odwróciłam głowę w stronę startujących właśnie aut. W rzeczywistości wszystko trwało kilka sekund, choć ja miałam wrażenie, że przyrosłam już do tego podłoża. Ktoś stojący obok nas krzyknął do Maxa, że teraz jego kolej na wyścig. Osłupiałam na dźwięk tych słów, bo nie spodziewałam się, że on również bierze udział w zawodach. Byłam przekonana, że jest jedynie kibicem i biernym obserwatorem. Spojrzałam na niego ponownie.

— Zaskoczona?

Myślę, że moja mina była wystarczającą odpowiedzią na jego pytanie.

— Ścigam się… dla zabawy i poczucia adrenaliny.

No tak — kolekcjoner przygód — pomyślałam w duchu.

— Lubię to robić. Czuję się wtedy wolny i oczyszczony z tego całego gówna, które dzień w dzień fundują mi jakieś palanty.

Tym razem zapewne nawiązywał do wydarzeń wczorajszej nocy.

— Naprawdę?! Potrzebujesz otrzeć się o śmierć, żeby poczuć, że żyjesz? — w moim głosie zdecydowanie słychać było zdumienie i niedowierzanie. — Nie sądzisz, że na świecie jest dużo więcej ciekawszych rzeczy, które dają nam możliwość poczucia tych wszystkich emocji?

Pokręciłam głową. Naprawdę nie sądziłam, że jest aż tak wielkim ryzykantem.

— To — wskazałam dłonią w kierunku startujących właśnie aut — to nie adrenalina. To brak wyobraźni.

Sądziłam, że moje argumenty są racjonalne, jednak Max pokręcił przecząco głową.

— Brak wyobraźni miała chwilę temu kobieta, która wsiadła do auta z dwoma zjaranymi typami.

Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Starałam się ukryć zawstydzenie, bo doskonale zdawałam sobie sprawę, że popełniłam błąd.

Chłopak, który wcześniej zawołał Maxa, tym razem podszedł bliżej nas i z niecierpliwością czekał, aż skończymy rozmowę.

— Musimy zaczynać — dodał i czekał, aż Max pójdzie za nim.

Serce zabiło mi mocniej.

— Mam nadzieję, że będziesz mi kibicować i nie znikniesz gdzieś w tłumie z kolejnymi debilami?

Przewróciłam oczami i uśmiechnęłam się delikatnie, jednak nie ruszyłam się z miejsca. Nie dał za wygraną. Cofnął się, chwycił mnie za rękę i zaczął przeciskać się przez tłum gapiów czekających na kolejny wyścig. Zatrzymał się dopiero przy swojej paczce znajomych, która na mój widok — a właściwie na widok naszych splecionych dłoni — nie odmówiła sobie cichych komentarzy. Szepty stojących dziewczyn z pewnością nie były pochlebne, bo patrzyły na mnie z odrazą i wyższością. Zmieszana ich reakcją, szybko wyswobodziłam dłoń z jego uścisku i dla rozluźnienia potarłam ramiona.

Rozejrzałam się i dostrzegłam znajome twarze Matthew i Patricka, a w głębi — nikogo innego jak Lisę, Sarę i Miję, które chichotały w towarzystwie czterech facetów.

Wspaniale się dowiedzieć, jak przyjaciółki się o mnie martwią! — pomyślałam ironicznie.

Max odwrócił się w stronę swoich kumpli i lekko szorstkim tonem oznajmił:

— Idę na wyścig. Zróbcie wszystko, żeby się więcej nie zgubiła.

Przewróciłam oczami na ten jego rozkaz, bo doskonale wiedziałam, że drugi raz nie będę ryzykować przejażdżki z ludźmi na bombie.

Max puścił do mnie oczko i poszedł w stronę Forda Mustanga, którego ryk silnika pobudzał wszystkie receptory w ciele człowieka. Tłum zaczął wiwatować i wykrzykiwać jego imię. Nie trzeba było być wielkim znawcą od wyścigów, żeby zauważyć, że był dla nich idolem.

— Uważaj na siebie! — krzyknęłam, choć mój głos ledwo przebił się przez wrzawę, jaka nadal unosiła się wokół.

Dreszcz przeszedł po moim ciele, a ekscytacja mieszała się ze strachem. Zacisnęłam kciuki i przyłożyłam je do ust. Nie chciałam oglądać tego wyścigu, bo jedyne, co w nim widziałam, to śmiertelne niebezpieczeństwo. Moje serce było zbyt delikatne na takie emocje, dlatego postanowiłam poczekać na jego finał w towarzystwie moich — niczym się nieprzejmujących — przyjaciółek.

Już ja im wygarnę.

Zdążyłam jednak zrobić zaledwie pół obrotu, gdy nagle ktoś o zapachu perfum Maxa złapał mnie od tyłu i splótł swoje ręce na moim brzuchu. Jego gorące usta przyległy do mojego ucha, a ciepły oddech spowodował mrowienie na całej długości mojej szyi.

Zawstydziła mnie jego reakcja. Niewątpliwie był czarujący i intrygujący, ale jego pozycja bardzo różniła się od mojej. On stał tu pewnie, na swoim kawałku ziemi, wśród swoich znajomych i przyjaciół, a ja? Byłam obca, niepewna i krucha. A przede wszystkim — nadal nie odpowiedziałam sobie na swoje pytanie: czy jestem gotowa zostać jedynie kolejnym trofeum? Jego gest, okazany na oczach tak wielu osób, dla niego mógł nie znaczyć nic, a dla mnie… wszystko.

— Zapomniałem zapytać — wyszeptał przy mojej twarzy — Jeśli wygram, zgodzisz się pojechać ze mną w jedno miejsce?

Starałam się uspokoić oddech i drżenie ciała na dźwięk jego głosu.

— Najpierw powinniśmy wyjaśnić sobie kilka kwestii… — powiedziałam z trudem panując nad głosem. — Mianowicie gdzieś w tym tłumie, za nami lub przed nami, jest twoja kobieta, więc jeśli uważasz, że…

— Nie jest moją kobietą.

Odsunął się ode mnie na tyle, by swobodnie odwrócić mnie do siebie twarzą.

— Nie jest moją kobietą — powtórzył, patrząc w moje oczy.

To mi wystarczyło. Po pierwsze — by nie czuć się jak zdzira, która wchodzi na trzeciego w związek. Po drugie — co było równie ważne w ewentualnej przyszłości — by mieć pewność, że mogę być nazwaną jego kobietą, a nie kochanką.

Uśmiechnęłam się delikatnie, bo w tym momencie dałam sobie ciche przyzwolenie na uchylenie drzwi do własnego serca.

— W takim razie… gdzie zamierzasz mnie zabrać, jeśli wygrasz? — zapytałam, przygryzając lekko wargę, by ukryć palące mnie od środka zawstydzenie.

Obserwował moje usta, jakby był w hipnozie, jakby czekał tylko na wydanie rozkazu. Położyłam dłoń na jego piersi i zbliżyłam swoje usta do jego twarzy, tak że teraz jego skupienie przeniosło się na moje oczy.

— A może… najpierw idź i to wygraj — rzuciłam prowokująco, posyłając mu zalotny uśmiech.

Nie obchodziło mnie już, że jesteśmy w centrum zainteresowania, że wszyscy wokół na nas patrzą i za chwilę staniemy się źródłem plotek i spekulacji.

Ujął w dłoń mój policzek i nie spuszczając ze mnie wzroku, wyszeptał:

— Wygram. Bądź tego pewna.

Przejechał delikatnie kciukiem po kąciku moich ust, jakby dotykał trofeum, które musi jeszcze zdobyć, po czym pobiegł w stronę nawołujących go osób. Dotknęłam miejsca, w którym jeszcze przed chwilą była jego dłoń, i uśmiechnęłam się do siebie, zawstydzona.

Plastikowe lale, które były jednymi z wielu świadków tej sceny, miały teraz o czym plotkować. Zdecydowanym krokiem ruszyłam w stronę moich dziewczyn. Pierwsza zauważyła mnie Sara.

— Jak tam gołąbeczki? — w jej pytaniu i tonie nie było ani grama troski, której się spodziewałam po tym, jak mnie zgubiły.

Lisa podeszła bliżej. Jej mina była poważna i oschła.

— Naprawdę nie wiem, kiedy zdecydowałaś się zainteresować tym facetem — zaczęła. — Mam duże obawy, że będziesz przez niego cierpieć.

Mija nie pytała o nic. Po prostu czekała na moją odpowiedź. Przeskakiwałam wzrokiem z jednej na drugą. Spodziewałam się, że będą się o mnie martwić, o to, że się zgubiłam, a nie o moją relację z Maxem! To ja powinnam mieć do nich pretensje, a nie one do mnie…

— Dziewczyny! Chwileczkę, bo ja chyba tu czegoś nie rozumiem! — oparłam dłonie na biodrach. — Po pierwsze, dlaczego zostawiłyście mnie samą w tym cholernym magazynie?! — machnęłam ręką w kierunku budynku. — Po drugie, dlaczego żadna z was nie pofatygowała się, żeby wrócić i sprawdzić, co się ze mną stało?! I w końcu po trzecie — nie jesteśmy z Maxem parą. Połączyło nas ostatnio wiele wydarzeń i może to jest powodem, że trochę się do siebie zbliżyliśmy?! — uniosłam głos, bo przecież nie byłam niczemu winna, a mimo to tak się czułam.

Gdy skończyłam mówić, dziewczyny zaczęły się tłumaczyć jedna przez drugą. Z ich chaotycznego bełkotu usłyszałam tylko kilka słów, które nie sklejały się w żadną sensowną całość. Podniosłam ręce w górę, dając im znak, by przestały mówić naraz. Pierwsza odezwała się Lisa.

— Marika, żadna z nas cię nie zostawiła — spojrzała na mnie przepraszająco. — Podszedł do nas Patrick i powiedział, że jedziemy z nim na tor, a ciebie zabiera Max.

Lisa spojrzała na dziewczyny, które przytaknęły na jej słowa.

— Matthew również nam to potwierdził, więc poszłyśmy z nimi do auta, pewne, że wiesz o wszystkim!

Ich twarze były przerażone, chyba z obawy, że im nie uwierzę.

— Dziwiło nas, że tak długo was nie ma, ale nie sądziłyśmy, że zostałaś tam sama! — Mija położyła dłoń na sercu, jakby chciała udowodnić, że mówi prawdę.

Oczywiście, że im wierzyłam. Były ostatnimi osobami, które chciałyby mojej krzywdy. Zastanawiało mnie tylko, kto i kiedy wpadł na pomysł, że pojadę z Maxem, skoro on przez cały czas był wobec mnie i dziewczyn zupełnie obojętny. Dziewczyny nie wiedziały o akcji z Viktorem i Markiem, więc postanowiłam oszczędzić im tej historii.

— W takim razie doszło do jakiegoś cholernego nieporozumienia — westchnęłam głośno. — Zapomnijmy już o tym.

Musiałam szybko zmienić temat, zanim zaczną obwiniać Matthew i Patricka.

— Wiedziałyście, że Max bierze udział w wyścigu? — uśmiechnęłam się delikatnie, widząc ich zaskoczone miny. — Gadacie z chłopakami i nikt wam nie powiedział, że teraz rozgrywa się wyścig wieczoru?

Mówiłam, ale ich wzrok nie padał na mnie.

— Halo laski? Co wam jest? — zapytałam już mniej rozbawiona.

Odwróciłam głowę, żeby sprawdzić, na co patrzą…

Moje oczy nie dowierzały temu, co widzą. Brakło mi tchu.

Nad głowami stojących osób unosiła się kłębiasta chmura dymu. Ludzie w panice zaczęli biegać — jedni w stronę magazynu, inni w kierunku toru. Ktoś krzyczał, że na torze wybuchł pożar! Że zapalił się silnik!

Czułam, jak krew odpływa mi z głowy. Ciemność przed oczami była tylko następstwem tego stanu… Nie próbowałam się przez nich przedrzeć, nie chciałam widzieć tego, co jest powodem tej paniki. Wystarczyło mi to, co krzyczeli.

Nie potrafiłam się ruszyć… Drżałam, tak mocno drżałam…

Ktoś wziął mnie pod ramię i próbował prowadzić.

Tłum się przerzedzał, ukazując cały pas wyścigowy, na końcu którego stało ledwo widoczne, dymiące się auto. Zakryłam dłonią usta, by powstrzymać krzyk, ale łez nie zdołałam już zatrzymać. Leciały ciurkiem po moich policzkach.

Podbiegł do nas Matthew. Chwycił mnie i kazał natychmiast się uspokoić, ale ja nie mogłam oderwać oczu od narastającego dymu.

— Marika, natychmiast się uspokój! — potrząsnął lekko moimi ramionami. — To nie było auto Maxa, rozumiesz? To nie Max!

Co on mówi? Nie Max? To nie jego auto?

Starałam się powstrzymać łzy, które nadal spływały bez kontroli… Rozglądałam się na wszystkie strony, by go zobaczyć, ale obraz pozostawał rozmazany. Ekipa Maxa stała jakieś dwadzieścia metrów od nas i widać było wśród nich poruszenie. Jedna z dziewczyn głośno piszczała, a czyiś okrzyk upewnił mnie, że on żyje.

— Stary, jak zawsze się nie dałeś! — kolejna osoba utwierdzała mnie w przekonaniu, że mówi o Maxie.

Mocno ścisnęłam swoje ramiona, bo nadal silnie drżałam, i wtedy go zobaczyłam…

Całowany i przytulany głównie przez kobiety… z których jedna przylgnęła do niego na nieco dłużej, więc na chwilę odwróciłam wzrok czując ukłucie w sercu.

Gdy zmusiłam się, by spojrzeć ponownie, jego oczy już na mnie czekały. Podbiegł do mnie, a ja ponownie zaczęłam płakać… Nie mogłam powstrzymać głupich łez, które płynęły jak wodospad.

Max objął mnie w pasie i uniósł lekko do góry. Tym gestem po raz kolejny pokazał wszystkim — mimo moich wielu obaw — że coś między nami się tworzy.

Nie rozumiałam swojej reakcji, bo moje zachowanie dawało dowód na to, że zaczynam dopuszczać do siebie uczucia, które okazane zbyt wcześnie mogą być dla mnie ogromną słabością.

— Nie lubię, kiedy płaczesz — powiedział szeptem, przykładając usta do mojego czoła.

Delikatnie postawił mnie na ziemi, ale nie zwolnił mocnego uścisku. Czuł, że drżę, a jego ramiona pomagały mi się uspokoić.

— Niestety, w ostatnim czasie mam wiele powodów — odparłam, zadzierając głowę i zatapiając wzrok w jego pociągających i pięknych oczach.

— Koniecznie musimy coś z tym zrobić — na jego twarzy pojawił się uśmiech, a oczy zabłyszczały radością. — Od dziś będziesz się tylko śmiać.

— Obiecujesz? — chciałam wierzyć w jego bajkowe słowa.

— Zrobię wszystko, żeby tak było.

Piękna romantyczna chwila… Ale każde z nas wiedziało, jak wygląda życie i pomimo wszystko, równowaga w nim musi zostać zachowana.

— Muszę jechać do domu. Ten dzień był zdecydowanie za długi i na dodatek z tak wielką huśtawką emocji… — zamknęłam oczy, licząc, że to pozwoli mi się uspokoić.

— Odwiozę cię — rozluźnił uścisk i ujął moją dłoń.

— Powinnam wrócić z moimi przyjaciółkami — rozejrzałam się dookoła, by sprawdzić, czy są gdzieś w pobliżu.

— Matthew i Patrick się nimi zajmą — zapewnił. — Przyjechałyście tu autem, więc one nim wrócą, a ja zadbam o ciebie.

Widziałam, jak Matthew rozmawia z dziewczynami. Sara pomachała do mnie, przesyłając buziaczka. Uśmiechnęłam się do nich, dając im do zrozumienia, że jestem już spokojna i bezpieczna. Poszły w kierunku parkingu razem z Matthew, Patrickiem i kilkoma innymi osobami.

Max wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer Matthew.

— Stary, przypilnuj, żeby dziewczyny bezpiecznie dotarły do domu, a w razie gdyby ktoś potrzebował podwózki, Piter i Hadi mają wolne auta.

Patrzyłam z podziwem, jak rozmawia z kumplem, troszcząc się o moje przyjaciółki. Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem, ciesząc się, że dba również o nie.

— Wszystko ustalone. Chodźmy do auta — powiedział, chowając komórkę do kieszeni.

— Max, a co z tym drugim uczestnikiem wyścigu? — W głowie wciąż żyły wspomnienia wypadku. — Nie widziałam żadnych służb ratunkowych.

— Wini jest cały. Zdążyliśmy go wyciągnąć, zanim ogień się rozprzestrzenił. Auto spłonęło, ale jemu nic się nie stało.

— A jednak miałam rację. To niebezpieczna zabawa z prędkością. Nadal uważam, że zachowania tych maszyn nikt nie jest w stanie przewidzieć — podkreślałam swoją wypowiedź gestami, bo wciąż kotłowało się we mnie mnóstwo emocji.

Max złapał mnie za obie dłonie i lekko przyciągnął do siebie.

— Wiem, że mówiłaś i że się martwisz. Ale takie sytuacje naprawdę zdarzają się bardzo rzadko — patrzył mi w oczy, szukając zrozumienia. — Postaraj się już o tym nie myśleć — dodał, zakładając kosmyk moich włosów za ucho i delikatnie się uśmiechnął. — Chodź.

Ujął moją dłoń i ruszyliśmy w kierunku jego znajomych, z których zostało już tylko kilka osób. Trzy dziewczyny, zajęte komentowaniem czegoś w swoich telefonach, uniosły wzrok na nasz widok. Poczułam się niepewnie i instynktownie próbowałam wyswobodzić dłoń z uścisku. Max natychmiast to wyczuł i zamiast ją puścić, jeszcze bardziej ją ścisnął. Spojrzał na mnie pytająco, ale zignorowałam go, skupiając się na dziewczynach, które nagle zamilkły.

— Ina, Kira, Ana — to jest Marika.

Max przedstawił mnie trzem pierwszym osobom ze swojej grupy. Dziewczyny podały mi swoje dłonie, choć ich twarze nie wyrażały zadowolenia.

— Max, tak się cieszę, że nic ci się nie stało. Oliwia wpadła w totalną rozpacz, nie mogłyśmy jej uspokoić. Felix zabrał ją do łazienki, żeby doprowadziła się do porządku… — odezwała się jedna z nich.

Oliwia. Więc tak miała na imię ta długonoga piękność.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy — to czy przypadkiem sama nie wyglądam jak z horroru? Przecież jeszcze chwilę temu łzy zalewały moją twarz, więc mój makijaż — choć wodoodporny — zapewne spłynął mi aż do samej brody. Lekko spanikowałam. Co powinnam zrobić? Jak sprawdzić, czy nie wyglądam jak straszydło? Myśl, Marika, myśl…

— Przepraszam was na moment, muszę wykonać jeden telefon — powiedziałam, wpadając na pomysł chwilowej ewakuacji.

Odeszłam na kilka metrów dalej i odwróciłam się do nich plecami. Dziękowałam Bogu, że kiedyś Mija namówiła mnie na lustrzane etui telefonu. Był środek nocy, więc gdyby nie światła oświetlające tor wyścigowy, wszędzie byłoby przerażająco ciemno. Tak naprawdę, przynajmniej wtedy nie musiałabym się przejmować swoim wyglądem.

Udawałam, że wykonuję połączenie, a moje długie włosy świetnie mi w tym pomagały. Parę kropek skruszonego tuszu i… nic więcej. Naprawdę byłam zaskoczona — kosmetyki zdecydowanie dawały radę.

Odwróciłam głowę w ich stronę i z oddali zobaczyłam, jak zbliża się Oliwia. Obok niej szedł chyba chłopak, o którym mówiły dziewczyny. Wyglądała całkiem dobrze, jak na osobę, która podobno przed chwilą płakała i była roztrzęsiona. Szła w naszym kierunku pewnym krokiem, z wysoko uniesioną głową.

Mój oddech przyspieszył, a serce zaczęło bić mocniej. Czułam, że podejdzie do Maxa, dlatego wariowałam od natłoku myśli. Czy powinnam tam podejść, czy dalej udawać, że rozmawiam? Odrzuciłam włosy z ramion i ruszyłam przed siebie. Dotarłam do Maxa i dziewczyn niemal w tym samym momencie co ona. Zerknął na mnie i przysunął się bliżej…

Oliwia w ostatniej chwili zmieniła kierunek i podeszła do samochodu Maxa. Otworzyła przednie drzwi pasażera i zaskakując wszystkich, krzyknęła w naszym kierunku:

— Max, zabierz mnie proszę do domu, jestem wykończona dzisiejszym dniem.

Weszła do środka, pozostawiając otwarte drzwi.

Max przez chwilę tylko patrzył, ale zaraz ruszył w jej stronę. Nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie zrobił.

Zostawił mnie samą w otoczeniu nieznajomych i niezbyt przychylnych mi lasek, by pójść i odwieźć do domu swoją byłą… a może jednak obecną kobietę? Mój przyspieszony, nerwowy oddech powodował, że kuło mnie w piersiach.

To, że nie było to przywidzenie, uświadomił mi cichy chichot trzech patrzących na mnie dziewczyn.

— Oni są nierozerwalni — powiedziała ta stojąca po prawej.

— Jeszcze się taka nie urodziła, która by ich rozdzieliła — dodała poetycko dziewczyna w czarnych włosach, chyba Ana.

Miały niezły ubaw z całej tej sytuacji.

Spojrzałam w kierunku stojącej przy aucie pary. Ich rozmowa była burzliwa. Oliwia krzyczała, gestykulowała i co chwilę przecierała dolne powieki, jakby znów płakała. Po chwili, przywołany gestem Maxa, podszedł do nich Felix. Max starał się coś mu wytłumaczyć, a twarz Oliwii robiła się coraz bardziej czerwona.

Byłam już okropnie zmęczona. To było zdecydowanie za dużo, jak na jeden dzień. Wyciągnęłam telefon, aby wybrać numer taxi. Jedyny problem polegał na tym, że nadal był rozładowany. Z resztą raczej i tak na nic by się nie przydał, bo przecież byłam w jakimś cholernym lesie. Zerknęłam w stronę magazynu z nadzieją, że znajdę tam jeszcze kogoś, kto pomoże mi wrócić do domu.

Ostatni raz spojrzałam w stronę, gdzie nadal trwała burzliwa rozmowa, w którą włączył się także Felix, po czym nie czekając dłużej, ruszyłam przed siebie. Szłam dość szybko, zostawiając za sobą tor, światła i Maxa… Marzyłam o ciepłej kąpieli i długim, bardzo długim śnie. Praktycznie nic dzisiaj nie jadłam, o czym przypominał mi coraz bardziej pulsujący ból głowy. Usłyszałam, jak ktoś za mną biegnie.

Wiedziałam, że to może być Max, ale nie miałam już siły na kolejne rozmowy. Dobiegł do mnie i złapał mnie od tyłu, otulając ramionami.

— Ej… ej… a dokąd ty się wybierasz? — Jego uścisk nie dawał mi możliwości na kolejny krok. — Nie pozwolę ci iść samej o tej porze!

— Puść mnie, proszę — byłam jednocześnie zła i rozżalona. — Nie zamierzam już dziś na nic, ani na nikogo czekać. Potrzebuję ciepłej kąpieli, jedzenia i snu, a ty, jak widać, masz tu jeszcze wiele niedokończonych tematów, więc ja pasuję… — uniosłam dłonie na znak poddania. — Może znajdę jeszcze kogoś, kto odwiezie mnie do domu…

W głębi duszy wiedziałam, że graniczy to z cudem, ale nie miałam wyboru.

— Wymyślę coś, ale nie zostanę tu już ani chwili.

Jego pierś, do której mnie przyciskał, uniosła się w głębokim oddechu.

— Upokorzyłeś mnie, kiedy poszedłeś do niej, zostawiając mnie samą. Dlatego daj mi, proszę, odejść, bo naprawdę ledwo trzymam się już na nogach.

On jednak ani na chwilę nie zwolnił uścisku. Zamknęłam oczy i odchyliłam lekko głowę opierając się o jego obojczyk.

— Max, puść mnie proszę — powtórzyłam swoją prośbę.

On jednak nachylił głowę i przycisnął swój policzek do mojego.

— Przepraszam cię za dzisiaj. Absolutnie nie chciałem cię upokorzyć. Obiecuję, że pozamykam wszystkie tematy, a teraz proszę, pozwól, żebym odwiózł cię do domu.

Odwrócił mnie przodem do siebie, nadal trzymając w uścisku i patrząc w moje, już bardzo zmęczone oczy.

— Nigdy nie zgodzę się na to, żebyś zrobiła to sama.

Oparłam głowę na jego piersi i zamknęłam oczy, analizując, jak ciepło i troskliwie zabrzmiały jego słowa. Dobrze mi było w jego ramionach — czułam się bezpiecznie.

— Zrobimy tak. Ty tu zaczekasz, a ja pójdę po samochód i za dwie minuty jestem z powrotem — przekonał mnie, więc kiwnęłam głową na zgodę.

Pobiegł w stronę samochodu, a ja odchyliłam głowę i spojrzałam w niebo. Były na nim miliardy gwiazd, które migotały jak drobne światełka. Patrzyłam i zastanawiałam się, jaka czeka mnie przyszłość. Czy naprawdę będę się już tylko śmiać, jak obiecywał Max? Czy może każde nasze spotkanie już zawsze będzie wywoływało burzę w moim życiu? Wiele pytań, ale odpowiedzi na nie mogła udzielić mi tylko przyszłość…


********************************************


Max podjechał Mercedesem i wysiadł, aby otworzyć mi drzwi. Odruchowo zerknęłam do środka, by sprawdzić, czy nie ma tam Oliwii. Najwidoczniej domyślił się, że jej wypatruję, bo spojrzał na mnie z uśmiechem.

— Spokojnie, jesteśmy sami.

Wsiadłam do środka, zapięłam pasy i czekałam, aż Max zajmie miejsce kierowcy. Ruszyliśmy w stronę miasta. Moje powieki robiły się coraz bardziej ociężałe, zmęczenie powoli przejmowało nade mną kontrolę.

— Chcesz jechać do mnie?

Jego propozycja sprawiła, że moje senne oczy otworzyły się szerzej. Spojrzałam na niego tak, jakby właśnie zaproponował mi małżeństwo.

— To tylko propozycja — dodał rozbawiony.

— Tak naprawdę znamy się dopiero od dwóch dni, więc dziś pojadę do siebie. Hawthorn St. 801, poproszę — odwzajemniłam uśmiech.

Poprawiłam się na fotelu i czekałam, aż dojedziemy. Max patrzył przed siebie, ale jego uśmiech, ukazujący idealnie proste i białe zęby, nie znikał z twarzy. Udzielił mi się jego nastrój, więc również się uśmiechnęłam.

Po około dwudziestu minutach byliśmy pod moją bramą. Ulice opustoszały, bo było już po drugiej. Max wysiadł, by otworzyć mi drzwi i pomóc wysiąść. Złapał moją dłoń i nie puścił jej aż do samych drzwi klatki schodowej.

— Odprowadzę cię na górę — powiedział, kiedy szukałam

kluczy w swojej niewielkiej torebce.

— Mieszkam tu od dwóch lat, więc naprawdę trafię pod swoje drzwi — uśmiechnęłam się do niego i lekko przygryzłam wargę.

Widziałam, jak zadziałał na niego ten widok. Złapał mnie jedną ręką za plecy, a drugą ujął mój policzek i w jednej chwili złączył nasze usta. Oparłam dłonie o jego pierś i drżąc, odwzajemniłam pocałunek. Czuł, jak przez moje ciało przeszedł dreszcz rozkoszy. Nie mogłam nad tym zapanować. Widocznie moja podświadomość czekała na tę chwilę. Max pogłębił pocałunek, a nasze języki idealnie się zgrały. Czułam jego pożądanie, jakby nie mógł się nasycić. Oparł moje plecy o drzwi i namiętnie całował.

Zapalone na klatce schodowej światło przerwało nasze zbliżenie. Max niechętnie oderwał się od moich ust i odsunął na kilka kroków. Drzwi klatki otworzyły się i wyszła z nich moja osiemdziesięcioletnia sąsiadka ze swoim ukochanym pieskiem.

Widać było, że była zaskoczona naszym widokiem. W jednej dłoni ściskała na piersi szlafrok, a w drugiej smycz swojego pupila.

— Dzieci, co wy tu robicie o tej porze? — zapytała podejrzliwie.

Spojrzałam na Maxa, który podobnie jak ja, uśmiechał się szeroko.

— Pani Dorothy, my właśnie… No, my właśnie… — zaczęłam się plątać. — Zamierzamy iść spać — dodałam szybko.

Max ledwo powstrzymał śmiech.

— Dobranoc, pani Dorothy — powiedziałam, zerkając zalotnie na Maxa.

Zacisnęłam usta w uśmiechu i delikatnie uniosłam dłoń na znak pożegnania.

— Do… bra… noc — patrzył na moje usta, jak pojedynczo, bezgłośnie wypowiadam sylaby.

Drzwi klatki zatrzasnęły się, a ja na drżących nogach wdrapałam się po schodach. Po tym jak otworzyłam drzwi mojego mieszkania, poszłam prosto do łazienki, marząc o długiej i relaksującej kąpieli. Nalałam wody do wanny, zmyłam resztki makijażu i zanurzyłam się w ciepłej wodzie, z której unosił się aromat moich ulubionych olejków.

Tyle się wydarzyło przez ostatnie dwa dni, że moja głowa pulsowała od nadmiaru emocji. Przywołując myśli o Maxie, poczułam ciepło w dole brzucha i mimowolnie się uśmiechnęłam. Co właściwie czułam? Niewątpliwie było to coś silnego, czemu trudno było nadać nazwę.

Ostatkiem sił powlokłam się do kuchni, by zrobić sobie chociaż kanapkę — mój żołądek skręcał się z głodu.

Gdy położyłam głowę na poduszce, zaledwie przez chwilę zdążyłam pomyśleć o Maxie, zanim sen całkowicie mnie pochłonął.

Rozdział 4

Promienie słońca wpadającego przez okno ogrzewały moją twarz, dlatego z trudem otworzyłam oczy i zerknęłam na zegarek. Wskazywał dwunastą w południe. Przeciągnęłam się leniwie i zaczęłam układać w głowie plan dzisiejszego dnia.

Był poniedziałek, więc miałam jeszcze trzy dni urlopu — idealny czas, by pozałatwiać wszystkie zaległe sprawy.

Salon samochodowy, w którym pracowałam od około dwóch lat, nie był może wymarzonym miejscem na zrobienie kariery, ale przerwane studia na wydziale architektury na razie wykluczały mnie z marzeń o pracy w zawodzie. Liczyło się to, że byłam niezależna i potrafiłam sama o siebie zadbać. Wiedziałam o życiu już znacznie więcej i bardzo doceniałam, że przez te kilka lat potrafiłam oszczędzić pieniądze — by nigdy więcej nie zostać z niczym…

Rozejrzałam się po pokoju, w którym wszędzie zalegały stosy rzeczy do prania i prasowania, a na szafkach zbierał się kurz. Zdecydowanie dziś, oprócz zakupów, muszę zająć się sprzątaniem. Nabycie nowych ubrań i kilku kosmetyków niewątpliwie było priorytetem dzisiejszego dnia. Zakopana w pościeli, sięgnęłam po telefon i napisałam do dziewczyn, proponując wspólny shopping. Na ekranie wyświetliły się trzy nowe wiadomości od Maxa, na których widok poczułam przyjemne podekscytowanie.

„Chciałbym powtórzyć wczorajszy wieczór.”

„Zabrać cię tam, gdzie mieliśmy jechać po mojej wygranej.”

„Liczę na to, że czytając to, uśmiechasz się tak zniewalająco jak zawsze…”

Miał rację. Uśmiechałam się do siebie, a w dole mojego brzucha rozchodziło się przyjemne ciepło. Przewróciłam się na plecy i ściskając telefon na piersi, zastanawiałam się, co mu odpisać.

„Zdecydowanie nie cały wieczór chciałabym powtórzyć. Jedynie końcówka była kusząca…”

„Dziś muszę ogarnąć kilka swoich spraw, więc raczej wyprawę w tajemnicze miejsce odłożymy na piątkowe popołudnie.”

„I tak… uśmiecham się, czytając wiadomości od Ciebie…”

Czuję też podniecenie, ale tego przecież nie mogę mu już napisać.

Zaraz po wysłaniu wiadomości do Maxa dostałam odpowiedź od Miji.

„Kochana, wyczytałaś to z moich myśli… Piszę się na dzisiejsze zakupy! Daj znać, o której. Do zobaczenia”

Kolejna wiadomość była od Lisy:

„Dziewczyny, ja dziś tyram w pracy… Ledwo żyję, bo bardzo krótko spałam. Buziaki i udanych łowów.”

Sara jeszcze nie odczytała wiadomości, więc wstałam z łóżka i napisałam do Miji, żeby była o czternastej w Fashion Valley. Szybko ogarnęłam poranną — a właściwie popołudniową — toaletę, zrobiłam delikatny makijaż i założyłam krótką zwiewną sukienkę wiązaną na szyi. W międzyczasie zjadłam lekkie śniadanie i wypiłam świeżo mieloną kawę, licząc, że doda mi energii po wyczerpującej nocy.

Zerknęłam na zegarek. Zostało mi jakieś dwadzieścia minut do wyjścia, więc zgarnęłam niewielką torebkę i ostatni raz przejrzałam się w lustrze.

Gdy tylko wyszłam z bramy, uderzyło we mnie gorąco letniego popołudnia. Ucieszyłam się, że nie zapomniałam przeciwsłonecznych okularów, które skutecznie chroniły moje oczy przed ostrym słońcem. Patrzyłam na przejeżdżające auta, wypatrując zamówionego wcześniej ubera, gdy nagle zza zakrętu — zamiast mojej taksówki — wyjechał dobrze mi znany czarny Mercedes.

Max zatrzymał auto, częściowo zagradzając pas jezdni. Zdjęłam okulary i patrzyłam zdumiona, jak pospiesznie wysiada i podbiega do mnie. Jego opalone ciało prezentowało się wspaniale w obcisłym T-shircie i białych krótkich spodenkach… Był jak model z pierwszych stron gazet. Przez chwilę jego wygląd odwrócił moją uwagę od powodu, dla którego znalazł się — właśnie teraz — przed moim domem.

— Cześć, piękna — przywitał się, a jego łobuzerski uśmiech i zniewalające spojrzenie sprawiło, że moje ciało na niego zareagowało. — Dokąd się wybierasz? — zapytał, podchodząc bliżej i nie spuszczając ze mnie wzroku.

Zdumienie tym, że go widzę, narastało z każdą chwilą, a to, że złączył nasze usta w subtelnym pocałunku, było prawdziwą eksplozją. Powoli odsunęłam się, onieśmielona tym zbliżeniem. Rozejrzałam się wokół, by sprawdzić, czy nasze zachowanie wzbudziło zainteresowanie przechodniów, jednak nikt — na dłużej — nie zatrzymał na nas wzroku. — Max, jakim cudem się tu znalazłeś? — rozłożyłam ręce, wciąż nie dowierzając. — Nie uwierzę, jeśli powiesz, że to przypadek.

Jego wspaniały nastrój ani na chwilę się nie zmienił.

— Powtarzam najlepszą końcówkę wczorajszego wieczoru — wyszeptał, nachylając się do mojego ucha.

Wrażliwość tego miejsca sprawiła, że poczułam dreszcz. Zdecydowanie zbyt szybko potrafił zawładnąć moim ciałem. Musiałam zrobić wszystko, by nauczyć się nad tym panować, bo w przeciwnym razie groziła mi katastrofa.

— Skąd wiedziałeś, że tu będę?

Zanim zdążył udzielić mi odpowiedzi, podjechał mój Uber. Kierowca opuścił szybę, a Max w jednej chwili znalazł się przy aucie, wręczył mu coś, co wyjął z kieszeni spodni, i po chwili auto odjechało. Zanim zdążyłam zareagować, po mojej taksówce nie było już śladu.

Max odwrócił się do mnie i wyciągnął swoją dłoń.

— Jesteś na mnie skazana — uśmiech nie znikał z jego twarzy. — Chodź, zabiorę cię do Miji.

Na dźwięk imienia mojej przyjaciółki aż się zakrztusiłam.

— Max, nie ruszę się stąd, póki nie powiesz mi, jak się tu znalazłeś i skąd wiesz, że spotykam się dziś z Miją?

Odgarnęłam kosmyk włosów, który przysłonił moją twarz. Max ponownie uśmiechnął się łobuzersko i podszedł bliżej.

— Nie odpuścisz, prawda?

— Jestem zbyt uparta.

Milczał przez chwilę, pochłaniając wzrokiem moją twarz. Wyglądał na zauroczonego, bo drugą dłonią odgarnął kolejny kosmyk z mojej twarzy.

— Mija rozmawiała z Patrickiem. Zdradziła mu wasz plan, więc pomyślałem, że będzie to świetna okazja, by cię zobaczyć… i powtórzyć wczorajszy wieczór.

Ostatnie słowa powiedział, ściszając głos, a ja znów poczułam, jak gorąco w podbrzuszu rozlewa się na niższe okolice mojego ciała. Matko, dlaczego on tak na mnie działa?! Muszę ochłonąć, bo dostanę orgazmu od samego gadania.

— W takim razie zastanowię się, czy być na nią zła… czy jej podziękować… — przygryzłam wargę, prowokująco.

Jego błądzące po mojej twarzy oczy wyczekiwały odpowiedzi, ja jednak zamierzałam zostawić go w tej niepewności. Chwyciłam jego dłoń i pociągnęłam w kierunku auta. Teraz to ja miałam nad nim przewagę.

Max zajął miejsce za kierownicą i z impetem ruszył w kierunku Riverwalk Drive. Spojrzałam na deskę rozdzielczą, gdzie na widełkach przymocowany był jego wciąż wibrujący telefon. Zerknęłam na niego — po wcześniejszym nastroju nie było już śladu. Oliwia nie dawała za wygraną. Nie miałam pojęcia, jaka tak naprawdę jest ich obecna relacja, ale chciałam wierzyć w to, co powiedział mi na torze. Spojrzał na mnie, jakby spodziewał się, że to skomentuję, lecz ja odwróciłam wzrok w stronę bocznej szyby, udając, że mało mnie to obchodzi.

— Od dawna nic nas nie łączy — przerwał niezręczną ciszę, więc spojrzałam na niego. — Powiedziałem jej o tobie — nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. — W końcu zrozumie.

Max wydawał się zupełnie spokojny, jednak ja nie wiedziałam, jak powinnam zareagować. Czułam jednocześnie radość i strach. Powiedział o mnie, więc traktuje mnie poważnie, ale czy ja jestem gotowa na związek z nim? Miałam mętlik w głowie, ale nie chciałam teraz rozmawiać o swoich obawach. Wydawało mi się, że jest na to za wcześnie.

— Zaskoczyłeś mnie, ale uważam, że każdy zasługuje na szczerość. Zaufanie i szczerość liczą się dla mnie najbardziej — powiedziałam, spoglądając na jego twarz, choć on patrzył już przed siebie.

To nie był najlepszy czas na poważną rozmowę, ale uważałam, że pewne zasady warto ustalać już na początku.

Zbliżaliśmy się do centrum handlowego Fashion Valley, więc nie kontynuowałam tematu odnośnie cech idealnego związku, jaki po różnych doświadczeniach rysował się w mojej głowie. Max zatrzymał auto przy deptaku prowadzącym do wejścia galerii i już bez konieczności skupienia uwagi na drodze, sięgnął po moją dłoń, zatrzymując na niej wzrok na dłużej.

— Dla mnie również jest to ważne i liczę, że omówimy te kwestie podczas kolacji — powiedział i uniósł moją dłoń do swoich gorących ust, pozostawiając na niej delikatny pocałunek.

Dreszcz, jaki wywołał tym gestem, poczułam na policzkach. Nie przypuszczałam, że potrafi być tak romantyczny.

Z każdą chwilą kolejny kawałek mojego ciała stawał się jego własnością.

— Bardzo chętnie zjem z tobą kolację — uśmiechnęłam się, przygryzając koniuszek dolnej wargi.

Wiedziałam, jak to na niego działa.

Pożądliwość jego wzroku narastała z każdą chwilą. Czułam, że mimo działającej w samochodzie klimatyzacji temperatura wynosi co najmniej pięćdziesiąt stopni. Zapewne w innych okolicznościach szybko byśmy ją ostudzili, jednak teraz pozostawała nam jedynie samokontrola… lub przyjaciółka, pukająca w moją szybę.

Natychmiast otworzyłam drzwi, bo miała prawo być zła — czekała na mnie już ponad czterdzieści minut.

Zanim jednak zdążyłam się usprawiedliwić, Mija ku mojemu zaskoczeniu, w świetnym nastroju odezwała się do Maxa.

— Maxi-taxi! — zachichotała z wymyślonej przez siebie rymowanki. — Co tak długo?! Mówiłeś, że zaraz ją przywieziesz. Czy ty wiesz, że ja się tu rozpuszczam na tym słońcu?! — mówiła do niego, gestykulując, by podkreślić swoje emocje. — A ty, piękna? — zwróciła się do mnie. — Zamierzasz jeszcze długo tak siedzieć w tym aucie?! Zdajesz sobie sprawę, że zostało nam tylko… sześć godzin na zakupy?!

Udawała, że jest zła, ale jej uśmiech ją zdradzał. Zaśmiałam się, podobnie jak Max, i wyszłam z samochodu.

— Chodź, ty moja niecierpliwa zakupoholiczko.

Obie wybuchnęłyśmy śmiechem, nie zwracając uwagi na osoby przechodzące obok nas.

— Naprawdę zamierzacie spędzić tu sześć godzin?! — Max krzyknął do nas z niedowierzaniem.

— Oczywiście! Zostaniemy, aż nas nie wygonią — odpowiedziała Mija, nadal w zabawnym tonie.

Spojrzałam na Maxa, który zdążył już spoważnieć. Widać było, że coś analizuje.

— Przyjadę po was.

— Damy sobie radę — powiedziałam, nie chcąc wpływać na jego, zapewne ustalone plany. — Zrobimy zakupy, coś zjemy i wrócimy taksówką.

Spojrzałam na Miję, która przytaknęła na moją propozycję.

— Czekam na telefon, jak skończycie.

Nie dał mi nawet szansy na dalszą dyskusję — po prostu zasunął boczną szybę i odjechał.

Stałyśmy zdumione, patrząc, jak znika w tłumie innych aut.

Czy to był przejaw potrzeby kontrolowania? Zaledwie chwilę temu mówiłam mu, jak ważne jest dla mnie zaufanie…

Mija widziała, że to analizuję.

— Czy on — wskazała ręką w kierunku, w którym odjechał — zamierza cię kontrolować?

W jej głosie słychać było niedowierzanie, a wzrok utkwiony w moją twarz wywiercił dziurę w oczekiwaniu na odpowiedź.

— Mija, ja naprawdę nie wiem… — wzruszyłam ramionami. — Wszystko dzieje się tak szybko, dopiero go poznaję. Jest intrygujący, ale wiem, że muszę być ostrożna. Być może w jego świecie kontrola jest nieodłącznym elementem, ale nie można jej mylić z brakiem zaufania — mówiłam, starając się wszystko sobie poukładać.

— Zdecydowanie masz rację — uniosła wskazujący palec. — Pamiętaj, żeby o tym pamiętać — dodała poważnym profesorskim tonem, co sprawiło, że ponownie wybuchnęłyśmy śmiechem.

— Chodźmy już do tego centrum, bo nam wszystko wykupią! — pociągnęłam ją za rękę w kierunku wejścia.


********************************************


Sklep za sklepem — bluzki, sukienki, bielizna, kosmetyki… Wybierałyśmy wszystko, szalejąc, śmiejąc się i wygłupiając. Obładowane torbami, ale szczęśliwe do granic, usiadłyśmy w pobliskiej kawiarni.

— Na co masz ochotę? — zapytała Mija, analizując leżące na stoliku menu.

— Myślę, że wezmę kawę i może sałatkę z ananasem? Nie, lepiej z kurczakiem. Tak, sałatkę z kurczakiem — odłożyłam menu na stolik i czekałam na wybór przyjaciółki, rozglądając się wokół.

— No, mi chyba też to najbardziej pasuje… — jeszcze przez chwilę analizowała spis dań, ale ostatecznie wybrałyśmy to samo. Kelner przyjmował właśnie zamówienie przy bocznym stoliku, więc cierpliwie czekałyśmy, aż podejdzie do nas.

— Max powiedział o mnie Oliwii — wspomniałam i sięgnęłam po torebkę, by wyjąć z niej lusterko. — Zapewniał mnie, że od dawna nic ich nie łączy, ale widać, że ona chyba nie do końca się z tym pogodziła.

— I tak by się o was dowiedziała — wzruszyła ramionami. — Ale w sumie dobrze, że usłyszała to od niego. Lepiej tak, niż z plotek.

— Też uważam, że uczciwość jest najważniejsza… — naszły mnie wspomnienia z przeszłości, której drzwi dawno temu zamknęłam i do której ponad wszystko nie zamierzałam wracać. Nie chciałam też obarczać tym moich przyjaciółek, więc starałam się nie dać po sobie poznać, że o tym myślę.

— Patrick mówił, że… — zaczęła Mija, jednak w tym momencie podszedł kelner.

Byłam bardzo ciekawa, co chciała powiedzieć, dlatego pospiesznie złożyłam zamówienie i czekałam, aż przyjmie je również od niej i odejdzie.

— I może… jeszcze dwa kieliszki białego, półwytrawnego wina, bo wie pan, lepiej się o was, facetach, rozmawia, jak człowiek się trochę znieczuli — dodała, wymownie unosząc brwi.

Mija jednym słowem potrafiła rozbawić każdego — głównie swoją bezpośredniością, a czasem lekkomyślnością. Była przy tym tak urocza, że mężczyźni w jej otoczeniu czuli się zupełnie swobodnie.

— Skoro tak, to od razu przyniosę paniom cztery kieliszki, dwa na mój koszt — kelner puścił jej oczko i odszedł, śmiejąc się pod nosem.

— Widzisz, kochana, jak to się robi? — Mija klasnęła w dłonie, podkreślając swoje zadowolenie.

Policzki bolały mnie od śmiechu. Ona naprawdę była szalona.

— Uwielbiam cię… — złapałam się za brzuch, bo poczułam przyjemny ból rozbawienia.

— Ze mną nie zginiesz… — puściła mi oczko. — Żadne tam Oliwie czy inne cizie nam nie podskoczą.

Kelner przyniósł nam wino, więc w geście toastu uniosłyśmy lampki.

— Wspomniałaś coś o Patricku… — upiłam łyk alkoholu i poczułam, jak rozgrzewa mnie od środka. Mija szybko wróciła do kontynuowania wątku.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.