E-book
23.63
drukowana A5
75.64
Kolejarze

Bezpłatny fragment - Kolejarze

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
282 str.
ISBN:
978-83-8455-022-9
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 75.64

PRZEDMOWA

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o sprawie, która stała się podstawą tej książki, nie mogłem w to uwierzyć. Siedziałem w niewielkiej kawiarni w Warszawie, naprzeciwko inspektora, który poprosił o spotkanie „w sprawie czegoś, co przekracza wyobraźnię”. Pamiętam, jak zamawiał trzecią kawę z rzędu, jakby kofeina mogła mu pomóc wypowiedzieć słowa, które uwierały go od miesięcy. A potem powiedział: „Przez trzydzieści lat, tuż obok nas, działała grupa ludzi, którzy wierzyli, że kolej jest żywym organizmem. I zabijali dla niej”.

To brzmiało jak scenariusz taniego horroru. Jak wymysł przepracowanego scenarzysty, który naoglądał się za dużo filmów o sektach. Ale gdy inspektor zaczął pokazywać mi dokumenty — raporty, zdjęcia, zeznania — zrozumiałem, że to nie fikcja. To rzeczywistość, która przez dekady ukrywała się w cieniu codzienności.

„Kolejarze” to książka o największej serii morderstw w historii Polski, której nikt nie zauważył, bo wszystkie ofiary były klasyfikowane jako samobójstwa. To opowieść o grupie ludzi — zwykłych konduktorów, maszynistów, księży, biznesmenów — którzy uwierzyli w absurdalną ideologię i przez trzydzieści lat systematycznie zabijali w imię czegoś, co nazywali „Systemem”. To historia śledztwa prowadzonego przez inspektora, który nie dał się przekonać prostym wyjaśnieniom i kopał głębiej, nawet gdy wszyscy wokół mówili mu, żeby odpuścił.

Ale przede wszystkim, „Kolejarze” to książka o tym, jak łatwo zwykli ludzie mogą uwierzyć w szaleństwo.

Piszę kryminały od dwudziestu lat. Opisywałem morderców wszelkiego rodzaju — psychopatów, socjopatów, seryjnych zabójców działających z zimną kalkulacją lub w afekcie. Ale nigdy nie spotkałem się z czymś takim: grupą inteligentnych, funkcjonujących społecznie osób, które przez lata prowadziły podwójne życie. Z jednej strony byli sąsiadami, kolegami z pracy, przyjaciółmi. Z drugiej — członkami sekty, która uważała morderstwo za świętą misję.

Jak to możliwe? Jak ktoś, kto rano odprawia mszę, wieczorem może pomóc wyrzucić człowieka z pędzącego pociągu? Jak konduktor, który przez lata uprzejmie kontrolował bilety, pewnego dnia postanawia zamienić pasażera w „ofiarę dla Systemu”? Jak biznesmen przekazujący pieniądze na cele charytatywne jednocześnie finansuje serię zabójstw?

Odpowiedź jest tak prosta, że aż przerażająca: manipulacja.

Każdy z nas — bez wyjątku — jest podatny na manipulację. Wystarczy odpowiedni moment w życiu, odpowiednia osoba, odpowiednie słowa. Kryzys egzystencjalny, samotność, poczucie bezsensu, potrzeba przynależności. To są luki, przez które wpełza ideologia. A gdy już uwierzymy, że nasze życie ma sens, że jesteśmy częścią czegoś większego, trudno jest się wycofać. Bo wycofanie oznaczałoby przyznanie, że się myliło. Że zmarnowało się lata. Że zrobiło się straszne rzeczy bez powodu.

Łatwiej jest wierzyć dalej.

W „Kolejarzach” zobaczycie ludzi, którzy stali się ofiarami własnych przekonań. Ale nie popełnijcie błędu litowania się nad nimi. Bo byli też sprawcami. Zabili prawie dwieście osób. Zniszczyli setki rodzin. I robili to świadomie, z pełną premedytacją, wierząc, że służą wyższemu celowi.

To właśnie czyni tę historię tak niepokojącą. Bo sprawcami nie byli potwory. Byli ludźmi. Takimi jak my.

Pisząc tę książkę, starałem się zachować równowagę między dokumentalną precyzją a literacką narracją. Wszystkie fakty — daty, miejsca, metody działania grupy, przebieg śledztwa — są oparte na rzeczywistych wydarzeniach i dokumentach, do których miałem dostęp. Ale dialogów, przemyśleń postaci, niektórych scen dramatycznych musiałem dokonać rekonstrukcji na podstawie zeznań i raportów. To nie jest suchy raport prokuratorski. To literacka opowieść, która ma nie tylko informować, ale też poruszać, prowokować do myślenia.

Chciałem, żebyście po przeczytaniu tej książki spojrzeli inaczej na świat. Żebyście zauważyli, jak cienka jest linia między normalnością a szaleństwem. Jak łatwo ludzie tworzą wspólnoty wokół absurdalnych idei. I jak ważna jest czujność — nie paranoja, ale zdrowa, krytyczna czujność wobec tego, co nam się mówi, w co kazano nam wierzyć.

Postacie w tej książce są uniwersalne. Inspektor Wolniewicz to każdy, kto kiedykolwiek walczył z systemem, który mówił mu „odpuść, to nie ma sensu”. To każdy, kto słuchał wewnętrznego głosu mówiącego „coś tu nie gra”, nawet gdy wszyscy wokół zapewniali, że wszystko jest w porządku. To symbol uporu w poszukiwaniu prawdy, nawet gdy prawda jest niewygodna, bolesna, niebezpieczna.

Przewodnik — Kazimierz Wroński — to archetypowy manipulator. Charyzmatyczny, inteligentny, przekonujący. Taki, który potrafi wyczuć słabości i wykorzystać je. Takich ludzi spotkacie wszędzie: w polityce, w biznesie, w religii, w życiu codziennym. Czasem stwarzają wielkie ruchy społeczne. Czasem małe sekty. Ale mechanizm jest zawsze ten sam: obietnica sensu w zamian za posłuszeństwo.

Ofiary — Sylwia, Piotr, Anna i pozostałe ponad dwieście osób — to my. Każdy z nas może znaleźć się w złym miejscu, o złym czasie. Każdy może paść ofiarą czyjegoś szaleństwa. I dlatego ważne jest, żeby o nich pamiętać. Żeby nie były tylko liczbami w statystykach. Ale ludźmi, z imionami, z rodzinami, z marzeniami.

A członkowie grupy — konduktorzy, księża, biznesmeni — to ostrzeżenie. Pokazują, jak zwykli ludzie, pod wpływem ideologii, mogą stać się mordercami. Nie przez zło wrodzone. Ale przez stopniowe ześlizgiwanie się w iluzję, wspierane przez wspólnotę, rytuały, język, który zmienia znaczenie słów. „Ofiara” zamiast „morderstwo”. „System” zamiast „szyny”. „Misja” zamiast „zbrodnia”.

Język ma znaczenie. Ideologia zaczyna się od słów.

Pisząc „Kolejarzy”, chciałem również oddać hołd tym, którzy nie dali się zwieść. Mariusz Tomczyk, który odszedł z grupy, mimo zagrożenia. Ojciec Tomasz, który w końcu zrozumiał, że służba Bogu nie może iść w parze ze służbą morderstwu. Dawid Kowalski, kleryk, który mimo nacisków odmówił rekrutacji. To są prawdziwi bohaterowie — nie ci, którzy nigdy nie popełnili błędu, ale ci, którzy pomimo błędu znaleźli odwagę, by go naprawić.

Ta książka nie ma szczęśliwego zakończenia. Sprawcy zostali skazani, ale ofiary nie wróciły. Rodziny dostały odpowiedzi, ale nie ukojenie. A pytanie, które nie daje spokoju — czy coś takiego może się powtórzyć? — pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.

Tak. Może się powtórzyć.

Ideologie nie umierają z ludźmi. Przekazywane są dalej, mutują, przybierają nowe formy. Dzisiaj może to być kolej. Jutro coś innego. Ale mechanizm będzie ten sam: obietnica sensu, wspólnota wiernych, stopniowa dehumanizacja tych, którzy są „poza” grupą.

Obroną jest wiedza. Krytyczne myślenie. Odwaga, by kwestionować. I pamięć o tym, czym kończy się ślepe podążanie za fałszywymi prorokami.

Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi napisać tę książkę. Inspektorom, prokuratorom, psychologom, którzy dzielili się swoją wiedzą. Rodzinom ofiar, które miały odwagę opowiedzieć swoje historie. I czytelnikom, którzy sięgną po tę książkę szukając nie tylko rozrywki, ale też zrozumienia.

Bo prawdziwe kryminały nie służą tylko zabawie. Służą prawdzie.

A prawda, choć bolesna, zawsze jest lepsza niż wygodne kłamstwo.

Witajcie w świecie „Kolejarzy”. Świecie, który jest przerażająco bliski naszej rzeczywistości.

Autor

Warszawa, grudzień 2025

ROZDZIAŁ 1: ZNIKNIĘCIE

Pociąg osobowy relacji Piła Główna — Kutno, numer 68142, opuścił peron o godzinie 22:47, z trzyminutowym opóźnieniem wynikającym z wymiany ostrzegaczy pożaru w lokomotywie. Maszynista, pięćdziesięciotrzyletni Zbigniew Kowalczyk, człowiek z dwudziestopięcioletnim stażem i reputacją wzorowego pracownika, zanotował w raporcie zmianowym, że skład liczy siedem wagonów typu 111A, wszystkie sprawne technicznie, oświetlenie działa bez zarzutu.

Temperatura tej październikowej nocy wynosiła zaledwie cztery stopnie Celsjusza. Na zewnątrz lał rzęsisty deszcz, który bębnił o metalowe dachy wagonów niczym setki palców niecierpliwego dziecka. Wewnątrz składu, w przedziale numer jedenaście wagonu czwartego, siedziała Sylwia Kucina.

Miała dwadzieścia osiem lat, ciemne włosy upięte w nieformalny kok i oczy koloru niezdecydowanego pomiędzy zielonym a szarym — takie, które zmieniały odcień w zależności od oświetlenia. Tego wieczoru nosiła czarny sweter z golfem, dżinsy i wygodne adidasy. Przy nodze stała niewielka walizka na kółkach, ciemnofioletowa z przyklejoną naklejką z jakiegoś włoskiego kurortu, a na siedzeniu obok leżała skórzana torebka, lekko sfatygowana, ale wyraźnie dobrej jakości. Na wierzchu torebki spoczywał jej telefon — Samsung Galaxy A52, w jasnoróżowym etui.

— Przepraszam panią, to miejsce jest wolne? — zapytał młody mężczyzna, wskazując na siedzenie naprzeciwko Sylwii.

Sylwia podniosła wzrok znad książki, którą trzymała w dłoniach — był to „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, wydanie z 1998 roku, z pożółkłymi już kartkami.

— Proszę bardzo — odparła uprzejmie, gestem wskazując miejsce.

Młody człowiek miał na sobie kurtkę North Face i nosił plecak typowy dla studenta. Wyglądał na jakieś dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata. Usiadł ciężko, wyjął ze słuchawki i zaczął przeglądać coś w telefonie. Nie wydawał się zainteresowany rozmową.

Kilka minut później do przedziału weszła para starszych ludzi — małżeństwo, sądząc po ich spoufalonym zachowaniu i złotym obrączkom na palcach. Kobieta miała sześćdziesiąt z czymś lat, farbowane na rudo włosy i charakterystyczne, mocne rysy twarzy. Mężczyzna był od niej o głowę wyższy, łysy, w staromodnych okularach w drucianych oprawkach.

— Jezu, ale leje — westchnęła kobieta, ściągając mokrą kurtkę. — Tadeusz, pomóż mi z tym bagażem.

— Zaraz, zaraz, Halina — burknął mężczyzna, szarpiąc się z ciężką torbą podróżną. — Mówiłem ci, żebyś nie pakowała wszystkiego jak na miesiąc.

— A co miałam zrobić? Przecież nie wiadomo, jaka tam będzie pogoda. Jak się człowiek nie przygotuje, to potem ma pretensje.

Udało im się w końcu umieścić bagaż na górnej półce. Halina usiadła obok Sylwii, Tadeusz naprzeciwko żony, koło studenta, który nawet na nich nie spojrzał.

— Dobry wieczór — powiedziała Halina, uśmiechając się do Sylwii.

— Dobry wieczór — odpowiedziała Sylwia, odkładając książkę.

Pociąg ruszył z lekkim szarpnięciem. Wagon zakołysał się rytmicznie — dwa krótkie kliknięcia na łączeniach szyn, potem chwila gładkiej jazdy, znowu kliknięcia. Każdy, kto kiedykolwiek podróżował polskimi kolejami, zna ten dźwięk na pamięć. Taki dźwięk, który albo usypia, albo denerwuje, w zależności od nastawienia.

— Daleko pani jedzie? — zapytała Halina. Była wyraźnie typem gadatliwej osoby, dla której cisza stanowiła niemal fizyczny dyskomfort.

— Do Konina — odpowiedziała Sylwia. — Jestem nauczycielką, wracam z szkolenia.

— O! Nauczycielka! — ucieszyła się Halina. — Tadeusz, słyszysz? Pani jest nauczycielką. Moja siostra też była nauczycielką, całe życie uczyła w szkole podstawowej w Gnieźnie. Teraz już na emeryturze, oczywiście, ale wie pan… to znaczy pani… jakie to było powołanie dla niej. Dzieci te wszystkie…

— Halina, może pani chce odpocząć, a nie słuchać twoich historii o Zosiu — wtrącił się Tadeusz.

— Nie, nic nie szkodzi — zapewniła Sylwia, chociaż w jej głosie można było wyczuć nutę grzecznego zmęczenia. — Miło spotkać kogoś do rozmowy. Podróż zawsze szybciej mija.

Student wciąż siedział z nosem w telefonie, kompletnie wyłączony z rzeczywistości. Na korytarzu przeszedł konduktor — młody facet, może trzydziestoletni, w granatowym uniformie z charakterystycznym żółtym pasem odblaskowym na ramieniu.

— Bilety do kontroli! — zawołał, wsuwając głowę do przedziału.

Wszyscy zaczęli szukać biletów. Sylwia wyjęła swój z kieszeni kurtki — był to bilet elektroniczny wydrukowany na domowej drukarce, lekko zwinięty w rogu. Konduktor przyjrzał mu się uważnie, poświecił na niego specjalną latarką UV — sprawdzał zabezpieczenia — po czym przebił go kompostownikiem.

— Dokąd pani podróżuje? — zapytał mechanicznie.

— Konin.

— Przyjazd planowy o 2:34 — wyrecytował. — Miłej podróży.

Małżeństwo Kowalczyków — bo tak właśnie się nazywali, chociaż nikt jeszcze nie dokonał formalnych prezentacji — jechało do Włocławka, do córki. Student, który w końcu podniósł wzrok znad telefonu na czas kontroli, miał bilet do Kutna. Podał go konduktorowi z wyraźną niechęcią, jakby ta czynność stanowiła niedopuszczalną ingerencję w jego prywatność.

— Dziękuję państwu — powiedział konduktor i zniknął w korytarzu.

Pociąg nabierał prędkości. Przez mokre okna przelatywały światła wiejskich domów, coraz rzadsze w miarę jak skład zagłębiał się w ciemność między stacjami. Halina Kowalczyk, wierząc swojej naturze, kontynuowała opowieść o siostrze Zosi, przeskakując bez wyraźnego związku logicznego na temat wnuków, wakacji nad morzem i problemów z sąsiadami w bloku.

Sylwia słuchała z grzecznym zainteresowaniem, wtrącając od czasu do czasu „tak”, „rozumiem” lub „naprawdę?”. Prawda była taka, że lubiła takie przypadkowe spotkania. Była osobą towarzyską, otwartą, choć jednocześnie potrzebującą chwil samotności. To właśnie dlatego wybierała nocne pociągi — można było poczytać, pomyśleć, popatrzeć w ciemne okno i zobaczyć w nim własne odbicie, lekko widmowe w świetle lamp sufitowych.

Była córką kolejarza. Jej ojciec, Ryszard Kucina, przez dwadzieścia lat pracował jako dyżurny ruchu na stacji Piła Główna, zanim poszedł na wcześniejszą emeryturę po wypadku — uszkodził sobie kręgosłup podczas próby ręcznego przestawienia zwrotnicy, która zaciągnęła się przez mróz. Sylwia wychowywała się w służbowym mieszkaniu tuż przy torach, zasypiając przy dźwięku przejeżdżających składów. Dla niej kolej nie była obcym środowiskiem — znała jej rytm, rozumiała jej język.

Wiedziała, co to jest semaforowe urządzenie samoczynnego blokowania linii, czym różni się rozjazd pojedynczy zwyczajny od krzyżownicy podwójnej, jak brzmi sygnał gotowości do odjazdu podawany gwizdkiem. Jako dziecko spędzała godziny w nastawni, patrząc, jak ojciec przestawia dźwignie, obsługuje telefon pociągowy, zapisuje numery składów w książce ruchu. Ten świat sygnałów, przepisów i precyzji wydawał jej się wtedy czymś pięknym — uporządkowanym, bezpiecznym.

Teraz, jadąc nocnym pociągiem przez deszcz i ciemność, czuła się dziwnie nostalgicznie.

Godzina 23:15. Pociąg zatrzymał się w Szubinie. Na peron wysiadło kilka osób, nikt nie wsiadł do ich przedziału. Student wciąż siedział w bezruchu, chociaż teraz już nie patrzył w telefon, tylko gdzieś w okno. Halina w końcu wyczerpała repertuar opowieści i pochyliła się do męża, szeptem mówiąc mu coś do ucha. Tadeusz pokiwał głową i też się odprężył.

Sylwia otworzyła książkę, ale nie mogła się skupić. Przeczytała ten sam akapit trzy razy, zanim się poddała. Myślała o jutrzejszym dniu — miała zaplanowane spotkanie w szkole, trzeba było oddać sprawozdanie ze szkolenia, przygotować materiały na lekcje. Uczyła historii w gimnazjum… a właściwie już nie w gimnazjum, bo gimnazja zlikwidowano reformą edukacji, tylko w szkole podstawowej, klasy siódma i ósma. Czasami trudno jej było nadążyć za zmianami w systemie. Ale lubiła swoją pracę. Lubiła widzieć, jak w oczach czternastolatków zapala się iskierka zrozumienia, gdy tłumaczyła im przyczyny wybuchu powstania styczniowego albo mechanizmy propagandy w PRL.

— Przepraszam — odezwała się cicho, patrząc na Halinę. — Muszę na chwilę wyjść. Będziecie państwo pilnować moich rzeczy?

— Oczywiście, kochanie — zapewniła Halina. — Wszystko będzie bezpieczne.

Sylwia wstała, ostrożnie przechodząc przez kolana studenta, który z niezadowoleniem podciągnął nogi. Wyszła na korytarz.

Było 23:28.

Wagon kołysał się miarowo. Korytarz był wąski, typowy dla starych wagonów osobowych — podłoga wyłożona gumową wykładziną w kolorze brudnej zieleni, ściany pomalowane na beżowo, co kilka metrów małe okienko z metalową ramą. Światło lamp jarzeniowych rzucało surowy, szpitalny blask. Sylwia ruszyła w stronę toalety.

Minęła kilka przedziałów. W jednym siedziała samotna kobieta z dzieckiem — małym chłopcem, który spał, oparty o jej ramię. W innym grupka młodych ludzi, prawdopodobnie wracających z jakiejś imprezy, śmiali się głośno i pili piwo z puszek. W trzecim starszy mężczyzna, sam, czytał gazetę.

Toaleta znajdowała się na końcu wagonu. Sylwia pchnęła drzwi — typowy zamek obrotowy, czerwono-zielona wskazówka pokazująca „wolne”. Wnętrze było małe, ciasne, pachnące mieszanką środka dezynfekującego i czegoś mniej przyjemnego. Lustro nad umywalką było pokryte drobnymi plamkami po wodzie.

Załatwiła potrzebę, umyła ręce. Spojrzała na siebie w lustrze. Wyglądała na zmęczoną — pod oczami ciemne cienie, skóra bledsza niż zwykle. To szkolenie było wyczerpujące, dwa dni wykładów o nowych metodach nauczania, warsztaty, dyskusje panelowe. Ale jutro niedziela, będzie mogła odpocząć.

Otworzyła drzwi toalety.

Na korytarzu stał konduktor. Ten sam, który kontrolował bilety.

— Dobry wieczór — powiedział, uśmiechając się lekko.

— Dobry wieczór — odpowiedziała Sylwia.

— Wszystko w porządku? Podróż wygodna?

— Tak, dziękuję.

To była dziwna wymiana zdań. Coś w tonie konduktora wydało jej się… nie tyle niepokojące, co niewłaściwe. Zbyt osobiste jak na służbową grzeczność. Ale może to tylko zmęczenie wpływało na jej percepcję.

Minęła go, wracając korytarzem. Czuła jego wzrok na plecach. Obejrzała się — konduktor stał w miejscu, patrząc za nią. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, znowu się uśmiechnął i ruszył w przeciwną stronę.

Sylwia dotarła do połowy korytarza, gdy pociąg gwałtownie zahamował. Nie było to normalne hamowanie planowe, stopniowe, z łagodnym zmniejszaniem prędkości. To był nagły szarpnięty — hamulec bezpieczeństwa. Sylwia straciła równowagę, uderzyła ramieniem w ścianę. Z jednego z przedziałów dobiegł kobiecy krzyk. Puszki z piwem sturlały się po podłodze.

Pociąg zatrzymał się całkowicie.

Przez chwilę panowała cisza — taka absolutna cisza, jaką można usłyszeć tylko wtedy, gdy coś, co normalnie hałasuje, nagle przestanie działać. Potem rozległy się głosy — pytania, przekleństwa, niezrozumiałe komentarze.

Sylwia wróciła do przedziału. Halina Kowalczyk wyglądała na przestraszoną.

— Co się stało? — zapytała.

— Nie wiem — odpowiedziała Sylwia. — Jakieś nagłe hamowanie.

— Może zwierzę wbiegło na tory — zasugerował Tadeusz. — Albo sygnał.

Student wyjął słuchawki i po raz pierwszy wyglądał na zainteresowanego.

— To trwało dość długo — stwierdził. — Normalnie jak hamują, to…

Nie dokończył, bo na korytarzu pojawił się konduktor. Ale nie ten sam, który wcześniej kontrolował bilety. To był starszy mężczyzna, okularach, z siwymi wąsami.

— Przepraszamy za niedogodności — ogłosił głośno. — Mamy awarię systemu hamulcowego. Maszynista wykonuje właśnie kontrolę. Prosimy o cierpliwość, będziemy stali około dziesięciu, piętnastu minut.

Rozległy się pomruki niezadowolenia.

Sylwia usiadła na swoim miejscu. Spojrzała na telefon — 23:41. Nie miała zasięgu — byli gdzieś w szczerym polu między Szubinem a Żninem. Postanowiła poczekać cierpliwie.

Minęło piętnaście minut. Dwadzieścia. Pociąg wciąż stał.

— To jakaś paranoja — mruknął student, po raz pierwszy odezwawszy się z własnej woli. — Mam połączenie w Kutnie. Jak się spóźnię, to…

— Młody człowieku, narzekać każdy potrafi — ucięła Halina. — Lepiej przyjąć to, na co nie mamy wpływu.

Student skrzywił się, ale nic nie odpowiedział.

W końcu, o 0:08, pociąg ruszył. Halina westchnęła z ulgą. Sylwia otworzyła książkę, ale znowu nie mogła się skupić. Za oknem ciemność była kompletna — żadnych świateł, żadnych punktów odniesienia, tylko czasami błysnęło odbicie własnej twarzy w szybie.

Dotarli do Żnina o 0:29 — ponad czterdzieści minut spóźnienia. Kilka osób wysiadło, nikt nie wsiadł. Konduktor — ten młodszy, ten sam, który tak dziwnie patrzył na Sylwię — przeszedł przez korytarz, sprawdzając coś w małym notesiku.

Pociąg ruszył dalej.

Około pierwszej w nocy Halina Kowalczyk zasnęła, opierając głowę o ramię męża. Tadeusz drzemał z przymkniętymi oczami. Student założył z powrotem słuchawki. Sylwia czuła, że powinna spać, ale nie mogła. Dziwny niepokój nie dawał jej spokoju. Coś było nie tak. Ale co?

Może to ten konduktor. Albo awaria. Albo po prostu zmęczenie.

O 1:23 znowu poczuła potrzebę skorzystania z toalety. Wstała cicho, starając się nie obudzić Haliny. Student nawet na nią nie spojrzał. Wyszła na korytarz.

Było pusto. Tylko w oddali słychać było śmiech tej grupy młodych ludzi, którzy najwyraźniej wciąż imprezowali. Sylwia ruszyła w stronę toalety, ale po kilku krokach zauważyła coś dziwnego.

Na podłodze, przy drzwiach jednego z przedziałów, leżał telefon. Zwykły smartfon w czarnym etui. Musiał komuś wypaść. Schyliła się, żeby go podnieść.

— Proszę pani.

Odwróciła się gwałtownie.

To był znowu ten młody konduktor. Stał jakieś trzy metry od niej, przy drzwiach prowadzących do następnego wagonu. W przyćmionym świetle korytarza jego twarz wydawała się dziwnie pozbawiona wyrazu.

— Tak? — zapytała Sylwia.

— Może pani zejdzie ze mną na chwilę? — zapytał. — Jest pewna… sprawa techniczna. Potrzebuję pokazać pani coś w magazynku bagażowym.

Sylwia zmarszczyła brwi.

— Magazynku bagażowym? W środku nocy? O co chodzi?

— To dotyczy pani walizki — wyjaśnił konduktor, zbliżając się o krok. — Podczas tej nagłej awarii niektóre bagaże… no wie pani, przesunęły się. Muszę to sprawdzić z pasażerami.

To nie miało sensu. Jej walizka była w przedziale, w zasięgu wzroku. Nie w żadnym magazynku.

— Moja walizka jest w przedziale — powiedziała spokojnie, choć serce zaczęło jej bić szybciej.

— Nie ta z przedziału — sprostował konduktor, zbliżając się jeszcze bardziej. — Ta, którą pani nadała. W deklaracji bagażowej.

— Nie nadawałam żadnego bagażu — odpowiedziała Sylwia, cofając się o krok.

Konduktor zatrzymał się. Przez jego twarz przemknął wyraz… czego? Irytacji? Frustracji?

— Może się pani pomyliła — powiedział łagodnie, znowu się uśmiechając. — Proszę ze mną.

— Nie — odpowiedziała stanowczo Sylwia. — Wracam do swojego przedziału.

Odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła z powrotem. Serce waliło jej w piersi. To było bardzo dziwne. Bardzo, bardzo dziwne. Konduktorzy nie zachowują się w ten sposób. Nie zatrzymują pasażerów w środku nocy, nie zmuszają do schodzenia do bagażowego.

Dotarła do swojego przedziału. Wszyscy spali. Usiadła ciężko na miejscu, starając się uspokoić oddech. Może to jednak zmęczenie? Może ten facet naprawdę miał jakąś służbową sprawę, a ona zinterpretowała to źle?

Nie. Nie. Jej instynkt mówił coś innego.

Spojrzała na telefon. 1:31. Wciąż bez zasięgu.

Postanowiła, że nie będzie już wychodziła z przedziału. Poczeka do Konina. To tylko godzina jazdy, może trochę więcej przez opóźnienie. Będzie bezpieczna, dopóki zostanie z ludźmi.

Próbowała czytać, ale słowa rozmazywały się przed oczami. Patrzyła w okno. Za szybą ciemność, deszcz, sporadyczne światła.

O 1:47 pociąg zwolnił, zbliżając się do Barcina. To było kolejne zatrzymanie na trasie.

I wtedy Sylwia popełniła błąd, który miał kosztować ją życie.

Zauważyła, że zostawiła swoją książkę w toalecie. „Mistrz i Małgorzata” — egzemplarz po babci, z dedykacją na pierwszej stronie. Nie mogła jej tam zostawić. To była bezcenna pamiątka.

— Zaraz wracam — szepnęła do śpiącej Haliny, choć ta jej nie usłyszała.

Wyszła na korytarz. Była 1:49.

Ruszyła szybko w stronę toalety. Korytarz był pusty. Z przedziału młodych ludzi teraz nie dochodziły już żadne dźwięki — pewnie też zasnęli.

Dotarła do toalety. Pchnęła drzwi. Książka leżała na półce przy umywalce, tam gdzie ją zostawiła. Wzięła ją, schowała do kieszeni kurtki.

Wyszła na korytarz.

I znowu go zobaczyła.

Konduktor stał przy drzwiach na końcu wagonu. Ale tym razem nie był sam. Obok niego stał drugi mężczyzna — wysoki, w ciemnym ubraniu, bez munduru.

Obaj patrzyli na nią.

Sylwia poczuła falę czystego, zwierzęcego strachu. Coś było bardzo, bardzo nie tak.

Odwróciła się i pobiegła.

— Pani! Proszę zaczekać! — zawołał konduktor.

Ale Sylwia nie czekała. Biegła korytarzem w stronę swojego przedziału, mijając drzwi, okna, lampy. Serce waliło jej jak młotem. Słyszała kroki za sobą — szybkie, zbliżające się.

Dotarła do drzwi prowadzących do następnego wagonu. Pchnęła je, przeszła przez kołyszące się pomosty między składami — metalowe płyty, gumowe harmonijki, hałas kół na szynach nagle stał się ogłuszający.

Wpadła do następnego wagonu. Ten był ciemny — wszystkie światła zgaszone, przedziały puste. To był wagon sypialny, nieczynny, prawdopodobnie ciągnięty do remontu albo jako rezerwowy.

Rozejrzała się gorączkowo. Gdzie się schować? Gdzie?

Kroki zbliżały się. Drzwi za nią otworzyły się.

Sylwia wpadła do pierwszego przedziału. Schowała się pod siedzeniem, zwijając się w kulkę, starając się oddychać jak najciszej.

Słyszała głosy na korytarzu.

— Gdzie ona jest?

— Nie wiem, gdzieś tu weszła.

— Musimy ją znaleźć. Szybko.

Kroki. Drzwi przedziałów otwierane jeden po drugim.

Sylwia zamknęła oczy. Modliła się po raz pierwszy od lat. Proszę, proszę, proszę…

Drzwi jej przedziału otworzyły się.

Widziała buty. Czarne, sznurowane, służbowe.

— Nie ma jej tutaj.

— Sprawdź dokładnie.

Latarka. Snop światła przesuwający się po podłodze, po siedzeniach…

I wtedy pociąg gwałtownie szarpnął — kolejne hamowanie. Mężczyzna stracił równowagę, latarka wypadła mu z ręki, potoczyła się po podłodze.

Sylwia wykorzystała ten moment. Wyskoczyła zza siedzenia i rzuciła się do drzwi. Wyminęła mężczyznę, który próbował ją złapać, ale potknął się o własne nogi.

Biegła korytarzem. Za sobą słyszała krzyki, przekleństwa.

Dotarła do drzwi wagonu. Pchnęła je. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz. Pociąg zwalniał, ale wciąż jechał — może czterdzieści, pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.

Zobaczyła drugi peron. Jakaś mała stacja, słabo oświetlona. Jedna lampa rzucająca blade światło na mokre płyty.

Mężczyźni byli tuż za nią.

Sylwia spojrzała w dół. Tory, podkłady, kruszywo.

Nie miała wyboru.

Skoczyła.


Tadeusz Kowalczyk obudził się o drugiej dwadzieścia siedem. Miał zdrętwiałą szyję od spania w niewygodnej pozycji. Halina chrapała cicho, oparta o jego ramię. Student wciąż siedział w słuchawkach, chociaż teraz jego głowa opadła na pierś — najwyraźniej też spał.

Tadeusz spojrzał na siedzenie obok żony.

Walizka była. Torebka była. Telefon był.

Ale Sylwii Kuciny nie było.

— Halina — szepnął, szturchając żonę. — Halina, obudź się.

— Co? Co się stało? — wymamrotała, podnosząc głowę.

— Ta pani… ta nauczycielka… gdzie ona jest?

Halina rozejrzała się, przecierając oczy.

— Nie wiem. Może wyszła do toalety?

— Ile można być w toalecie? — zapytał Tadeusz.

Rzeczywiście, minęło już sporo czasu. Godzina? Może więcej?

Tadeusz wstał i wyszedł na korytarz. Przeszedł do toalety. Zajęte. Zapukał.

— Jest tam kto? — zawołał.

Drzwi otworzyły się. Wyszedł z nich jakiś młody człowiek, wyraźnie zirytowany.

— Przepraszam — mruknął Tadeusz.

Wrócił do przedziału. Halina patrzyła na niego pytająco.

— Nie ma jej — powiedział. — Nigdzie jej nie ma.

— Może przeszła do innego wagonu? — zasugerował obudzony Student.

— Po co miałaby przechodzić? — zapytała Halina, teraz już wyraźnie zaniepokojona. — Wszystkie jej rzeczy są tutaj.

Tadeusz wziął do ręki telefon Sylwii. Ekran był zablokowany, oczywiście. Ale w powiadomieniach widać było kilka nieodebranych połączeń. Jedna wiadomość od kogoś zapisanego jako „Mama”.

— Musimy zgłosić to konduktorowi — zdecydował Tadeusz.

Wyszedł na korytarz i ruszył w poszukiwaniu obsługi pociągu. Znalazł konduktora w przedostatnim wagonie — tego samego starszego mężczyznę w okularach, który ogłaszał wcześniej awarię.

— Przepraszam — zwrócił się do niego Tadeusz. — Mamy problem. W naszym przedziale… była jedna pani, wyszła godzinę temu i nie wróciła. Zostawiła wszystkie swoje rzeczy.

Konduktor zmarszczył brwi.

— Godzinę temu? Jest pan pewien?

— No tak… może trochę mniej, ale długo. Jedziemy z żoną od Piły, ta pani wsiadła razem z nami. Powiedziała, że idzie do toalety, i zniknęła.

— Może przeszła do innego wagonu — zasugerował konduktor. — Może spotkała znajomych?

— Wszystkie jej rzeczy są w przedziale — powtórzył Tadeusz. — Telefon, torebka, walizka. Kto zostawia takie rzeczy?

Konduktor westchnął.

— Dobrze. Przeprowadzę kontrolę. Jak ta pani wygląda?

Tadeusz opisał Sylwię najlepiej jak potrafił. Konduktor zanotował to w notesiku i ruszył przez pociąg, sprawdzając każdy wagon, każdy przedział, każdą toaletę.

Nie znalazł jej.

O trzeciej czternaście pociąg dotarł do Konina. Tadeusz i Halina czekali na peronie razem z konduktorem i kierownikiem pociągu, który został wezwany z lokomotywy.

— Przeczesaliśmy cały skład — meldował konduktor. — Nie ma jej. Sprawdziliśmy wszystko dwa razy. To niemożliwe, żeby gdzieś się ukryła. Ona po prostu… zniknęła.

Kierownik pociągu, masywny mężczyzna o twarzy pobrużdżonej zmarszczkami, wyjął telefon.

— Muszę to zgłosić dyspozytorowi — powiedział. — I policji. To bardzo dziwna sprawa.

Halina Kowalczyk płakała cicho, trzymając się ramienia męża.

— Ta biedna dziewczyna — szlochała. — Co się z nią mogło stać? Boże, co się mogło stać?

Pociąg stał na peronie, oświetlony jaskrawymi lampami stacyjnymi. Pasażerowie wysiadali, zdziwieni całym zamieszaniem, pytali, co się dzieje. Nikt nie miał odpowiedzi.

W przedziale numer jedenaście wagonu czwartego leżały nietknięte: fioletowa walizka, skórzana torebka, telefon w jasnoróżowym etui.

I książka „Mistrz i Małgorzata”, wydanie z 1998 roku, z pożółkłymi kartkami i dedykacją na pierwszej stronie.

Sylwia Kucina zniknęła bez śladu.

Był 27 października, godzina trzecia dwadzieścia siedem nad ranem.

A to było dopiero początek.

ROZDZIAŁ 2: ODKRYCIE

Józef Szwung obudził się, jak zwykle, o piątej trzydzieści rano. Nie potrzebował budzika — jego wewnętrzny zegar, wyregulowany przez czterdzieści lat pracy na roli, działał z precyzją szwajcarskiego mechanizmu. Przez okno sypialni widział jeszcze ciemność, choć na wschodzie niebo zaczynało blednąć do koloru brudnej stali.

Jego żona, Krystyna, już krzątała się w kuchni. Słyszał brzęk garnków, szum wody w czajniku. Zapach świeżo parzonej kawy mieszał się z wonią chleba z wczoraj. Dom pachniał tak, jak powinien pachnieć dom na wsi — dymem z pieca, ziemią, życiem.

— Wstajesz? — zawołała Krystyna z kuchni.

— Wstaję — odkrzyknął Józef, siadając na łóżku i pocierając twarz dłońmi.

Miał sześćdziesiąt trzy lata, ale czuł się na więcej. Plecy bolały od wczorajszej pracy przy płocie, kolano — to od starej kontuzji jeszcze z wojska — pulsowało przy każdym kroku. Ale narzekać nie lubił. „Kto nie pracuje, ten nie je” — mawiał jego ojciec, i Józef wyznawał tę zasadę przez całe życie.

Ubrał się w ciepłą flanelową koszulę, stare robocze spodnie i kurtkę. Na nogi naciągnął gumowe kalosze — pole po wczorajszym deszczu będzie rozmokłe. Zszedł do kuchni.

Krystyna postawiła przed nim talerz z jajecznicą i dwie kromki chleba posmarowane smalcem.

— Zjesz — rozkazała tonem, który nie znosił sprzeciwu.

Józef nie protestował. Jadł w milczeniu, patrząc przez okno. Za szybą powoli rozjaśniało się. Mgła snuła się nisko nad polami, gęsta i mlecznobiała.

— Jedziesz na pole przy torach? — zapytała Krystyna.

— Tak — potwierdził, chlebem wycierając resztkę jajka z talerza. — Muszę sprawdzić ten rów odwadniający. Jak po takim deszczu zostanie woda, to zboże wiosną…

— Uważaj tam — przerwała mu. — Te tory to nie zabawka. Ile razy mówiłam, żebyś trzymał się z daleka.

— Krysiu, te tory są tam od pięćdziesięciu lat — westchnął Józef. — Znam je lepiej niż ty naszą piwnicę.

— Nie lubię tego miejsca — upierała się Krystyna, nalewając mu kawę do szklanki. — Coś w nim jest… nie wiem. Niepokojącego.

Józef tylko pokręcił głową. Jego żona zawsze miała skłonność do przesądów. Wierzyła w złe przeczucia, senniki, znaki. Ale po czterdziestu latach małżeństwa nauczył się po prostu kiwać głową i robić swoje.

Wypił kawę jednym haustem — gorącą, mocną, słodzoną dwiema łyżkami cukru — po czym wstał od stołu.

— Idę — oznajmił.

— Weź telefon — przypomniała Krystyna.

— Po co mi telefon?

— Na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo.

Józef westchnął, ale posłusznie wsunął do kieszeni starą Nokię 3310, która służyła mu od co najmniej piętnastu lat. Telefon przeżył upadki, wodę, mróz i upał. To był niezniszczalny sprzęt, nie to co te współczesne smartfony, które jego wnuki nosiły — jednym upadkiem ekran w drobny mak.

Wyszedł z domu. Powietrze było zimne, wilgotne, cuchnące ziemią i gnijącymi liśćmi. Mgła kłębiła się wokół stodoły, zacierając kontury. Józef ruszył w stronę garażu, gdzie stał jego ciągnik — stary Ursus C-360, wyprodukowany w 1982 roku, wielokrotnie naprawiany, łatany, wymieniany w części, ale wciąż działający.

Wsiadł do kabiny. Kluczyk w stacyjce, obrót. Silnik zakaszlał, zacharczał i w końcu zaskoczył z głębokim, sapliwym warkotem. Józef pozwolił mu się rozgrzać przez minutę, po czym włączył bieg i ruszył.

Jechał drogą gruntową, tą samą, którą jeździł od dziesięcioleci. Koleiny były głębokie, wypełnione wodą po deszczu. Ciągnik podskakiwał i kołysał się, ale Józef trzymał kierownicę pewnie. W oddali, przez mgłę, widział zarys torów kolejowych.

To była linia Piła — Kutno, ta sama, którą poprzedniej nocy jechała Sylwia Kucina. Tory przebiegały przez tę część województwa wielkopolskiego jak arteria przez ciało — regularne, stalowe, nieubłagane. Po nich kilka razy dziennie przejeżdżały pociągi towarowe, osobowe, czasem intercity.

Józef nie lubił być blisko torów, gdy przejeżdżał skład. Hałas był ogłuszający, a wibracje przenosiły się przez ziemię aż do fundamentów domu. Ale teraz, o tej porze, nie było żadnego pociągu. Linia leżała pusta, znikająca we mgle w obu kierunkach.

Dojechał do swojego pola. Zatrzymał ciągnik przy rowie odwadniającym i zgasił silnik. Cisza zapadła natychmiast — gęsta, wilgotna, przerywana tylko odległym krakaniem wron.

Wysiadł. Podszedł do rowu. Rzeczywiście, woda stała wysoko, prawie na brzegach. Trzeba będzie pogłębić, może położyć dodatkowe rury drenażowe.

Stał tak, patrząc w dół, gdy coś przykuło jego uwagę.

W oddali, może sto metrów od niego, przy torach, leżało coś ciemnego. Jakiś kształt, niewpisujący się w krajobraz.

Józef zmrużył oczy. Wzrok już nie ten co kiedyś — dwa lata temu dostał okulary do czytania, ale na odległość wciąż sobie radził.

To coś leżało między szynami, częściowo na torach, częściowo obok.

Jego pierwsza myśl była prozaiczna: pewnie ktoś wyrzucił worek ze śmieciami. Ludzie potrafią być bezmyślni — zamiast wywieźć odpady do punktu zbiórki, woleli wywalić je w polu, przy lesie, przy torach. Józef nieraz musiał sprzątać takie nielegalne wysypiska ze swojego gruntu.

Ale im dłużej patrzył, tym bardziej ten kształt wydawał mu się… nieregularny. Nie jak worek. Bardziej jak…

Poczuł dziwny ucisk w żołądku.

Ruszył w stronę torów. Trawa była wysoka, mokra od rosy i mgły. Kalosze chlupały w błocie. Wróbel zerknął na niego z krzaka, po czym odleciał z oburzonym świergotem.

Im bliżej podchodził, tym wyraźniejszy stawał się kształt.

To nie był worek.

Józef zatrzymał się dziesięć metrów od torów. Serce biło mu coraz szybciej. Oddech uwiązł gdzieś między gardłem a płucami.

To było ciało.

Ciało człowieka.

Leżało częściowo na prawej szynie, częściowo na podkładach i kruszywie. Ubrane w ciemne ubranie — spodnie, coś co kiedyś mogło być swetrem. Jedna ręka wyciągnięta w bok, druga podwinięta pod tułów. Głowa odwrócona w przeciwną stronę.

Józef poczuł, że robi mu się niedobrze. Żołądek podszedł do gardła. Przez chwilę myślał, że zwymiotuje.

Ale nie mógł zwymiotować. Musiał działać. Musiał…

— Kurwa mać — wyszeptał, a było to pierwsze przekleństwo, jakie wypowiedział od wielu miesięcy.

Podszedł bliżej. Drżącymi rękami. Powoli, jakby bał się, że to ciało może nagle wstać i do niego przemówić.

Z bliska widok był jeszcze gorszy.

Ciało było zmasakrowane. Prawa noga w nienaturalnej pozycji, wyraźnie złamana. Lewa ręka… Józef szybko odwrócił wzrok. Nie chciał patrzeć. Nie mógł patrzeć.

Twarz była odwrócona, ale widział ciemne włosy, splątane, zaschniętą krew.

Kobieta. To była kobieta.

Józef cofnął się o krok, oddychając płytko. Ręce trzęsły mu się tak, że ledwo mógł wyciągnąć telefon z kieszeni.

Wybrał 112. Czekał, słuchając sygnału połączenia. Raz. Dwa. Trzy razy.

— Centrala Powiadamiania Ratunkowego, słucham — odezwał się kobiecy głos, profesjonalny, spokojny.

— Ja… ja znalazłem ciało — wydukał Józef. — Na torach. Przy… przy moim polu.

— Proszę się uspokoić, panie — powiedziała spokojnie operatorka. — Gdzie pan dokładnie jest?

— Służewo — powiedział Józef, starając się opanować drżenie głosu. — Przy torach. Linia Piła-Kutno. Koło… koło mojego pola.

— Rozumiem. Czy ta osoba żyje?

Józef spojrzał znowu na ciało. Nie musiał się zbliżać, żeby wiedzieć.

— Nie — odpowiedział cicho. — Nie żyje. Nie ma możliwości.

— Czy dotykał pan ciała?

— Nie. Nie dotykałem niczego.

— Bardzo dobrze. Proszę odejść na bezpieczną odległość i czekać. Wysyłam patrol policji i pogotowie. Proszę nikogo nie wpuszczać w to miejsce. Rozumie pan?

— Rozumiem — potwierdził Józef.

Rozłączył się. Stał przez chwilę, trzymając telefon w ręku, patrząc na ciało. Mgła powoli się unosiła. Zaczynało być widniej.

W końcu odwrócił się i wrócił do ciągnika. Usiadł w kabinie, nie włączając silnika. Czekał.

Myślał o Krystynie. O jej przeczuciu. „Nie lubię tego miejsca”, mówiła. Może miała rację. Może niektóre miejsca naprawdę są przeklęte.


Inspektor Marek Wolniewicz dotarł na miejsce zdarzenia o ósmej piętnaście. Jechał z komendy w Koninie, pędziłem przez poranną mgłę, z kogutami na dachu i syreną włączoną tylko w mieście — na trasie między miejscowościami wyłączył ją, żeby nie budzić ludzi bez potrzeby.

Miał czterdzieści jeden lat, piętnastoletni staż w policji i reputację człowieka dokładnego, metodycznego, czasem nawet obsesyjnego. Koledzy żartowali, że Wolniewicz w wolnym czasie pewnie układa sobie skarpetki według kolorów i kataloguje książki według systemu dziesiętnego Deweya. To nie była prawda — Marek żył sam, jego mieszkanie graniczyło z chaosem, a jedynym hobby było wędkowanie — ale w pracy rzeczywiście lubił porządek.

Nienawidził spraw niejasnych. Nienawidził luk w dowodach. Nienawidził, gdy coś nie pasowało do logicznego schematu.

A ta sprawa od samego początku wyglądała na bardzo, bardzo niejasną.

Zatrzymał samochód służbowy — niebieską Skodę Octavię — przy barierach, które już rozstawili funkcjonariusze z lokalnej komendy. Wysiadł. Poranek był chłodny, mgła wciąż snuła się nisko, choć już się przerzedzała.

Zastępca komendanta z Konina, młodszy aspirant Damian Kosecki, czekał przy barierach.

— Dzień dobry, panie inspektorze — przywitał się.

— Dzień dobry — odparł Wolniewicz. — Co mamy?

— Ciało kobiety, prawdopodobnie dwadzieścia kilka lat. Znalezione przez miejscowego rolnika o szóstej rano. Leży na torach, ewidentnie przejechane przez pociąg. Wygląda na wypadek albo…

— Samobójstwo — dokończył Wolniewicz.

— Tak jest.

— Kto zabezpiecza miejsce?

— Dwóch funkcjonariuszy z rejonu i patrol z Konina. Technika jest w drodze, przyjadą za jakieś dwadzieścia minut. Lekarz pogotowia stwierdził zgon na miejscu.

— Gdzie jest ten rolnik?

Kosecki wskazał na stojącego z boku ciągnika. Przy nim stał starszy mężczyzna w kaloszy i kurtce, ze zmęczoną, pobladłą twarzą.

Wolniewicz podszedł do niego.

— Pan znalazł ciało?

— Tak — odpowiedział Józef Szwung cichym głosem. — Ja.

— Marek Wolniewicz, policja wojewódzka — przedstawił się inspektor, wyciągając rękę.

Józef uścisnął ją słabo.

— Józef Szwung. Mieszkam tutaj, w Służewie.

— Proszę mi opowiedzieć dokładnie, jak to było — poprosił Wolniewicz, wyjmując notes i długopis.

Józef opowiedział wszystko — obudzenie, wyjazd na pole, zauważenie ciała. Mówił powoli, zająkując się czasem, ale dokładnie.

Wolniewicz notował. Kiedy Józef skończył, inspektor zapytał:

— Czy dotykał pan ciała?

— Nie. W ogóle nie podchodziłem bliżej niż na jakieś trzy metry.

— Czy widział pan, żeby ktoś jeszcze tu był? Jakieś inne osoby, samochody?

— Nie. Nikogo. Tylko ja.

— O której pan dotarł na pole?

— Około wpół do szóstej. Może trochę później.

— A kiedy ostatni raz pan tu był?

Józef zawahał się.

— Przedwczoraj. W piątek po południu. Sprawdzałem ten rów — wskazał na rów odwadniający. — Nie było wtedy niczego na torach.

Wolniewicz pokiwał głową.

— Dobrze. Dziękuję panu. Będziemy jeszcze potrzebowali formalnego zeznania na komendzie, ale to może poczekać. Może pan jechać do domu.

Józef wyglądał na ogromnie wdzięcznego. Wsiadł do ciągnika i odjechał, wolno, jakby nagle zapomniał, jak się prowadzi.

Wolniewicz podszedł do torów.

Dwóch funkcjonariuszy w mundurach rozciągało taśmę ostrzegawczą, zabezpieczając teren. Fotograf z lokalnej komendy już robił zdjęcia z różnych perspektyw. Lekarz pogotowia — młoda kobieta w zielonym uniformie — stała z boku, rozmawiając przez telefon.

Wolniewicz zatrzymał się przy ciele.

Kiedyś, dawno temu, podczas jednego ze szkoleń kryminalistycznych, instruktor powiedział: „Najtrudniejsze w naszej pracy nie jest oglądanie martwych ciał. Najtrudniejsze jest zachowanie wobec nich obiektywizmu. Musicie patrzeć na nie jak na dowody, nie jak na ludzi.”

Wolniewicz nie do końca się z tym zgadzał. Uważał, że najważniejsze to właśnie pamiętać, że to byli ludzie. Że kiedyś żyli, oddychali, mieli plany, nadzieje, bliskich.

Ta kobieta też kiedyś żyła.

Miała na sobie ciemne dżinsy, czarny sweter. Jeden adidas wciąż tkwił na nodze, drugi leżał kilka metrów dalej, pomiędzy torami. Ciało było poważnie uszkodzone — efekt przejechania przez pociąg. Prawa noga złamana w kilku miejscach, lewa ręka częściowo oderwana, głowa…

Wolniewicz odwrócił wzrok. Nie potrzebował patrzeć na szczegóły. To zrobi patolog.

— Czy mamy jakieś dokumenty? — zapytał Koseckiego.

— Nie znaleźliśmy nic. Żadnej torebki, portfela, telefonu.

— Przeszukaliście teren?

— Wstępnie tak, ale czekamy na techników. Może coś jest w pobliżu, wyrzucone przez uderzenie.

Wolniewicz skinął głową. Podszedł bliżej, uważając, żeby nie nadepnąć na żadne ślady. Przyglądał się twarzy ofiary. Mimo zniekształceń spowodowanych urazami można było ocenić, że była młoda — może dwadzieścia kilka, trzydzieści lat. Ciemne włosy, teraz zbryzgane krwią i błotem.

— Ktoś już sprawdził zaginięcia? — zapytał.

— Dzwoniłem do dyspozytorni — odpowiedział Kosecki. — Mamy jedno zgłoszenie z wczoraj. Kobieta zaginęła z pociągu na trasie Piła-Kutno. Sylwia Kucina, dwadzieścia osiem lat.

Wolniewicz podniósł głowę.

— Z pociągu?

— Tak. Wsiadła w Pile, miała jechać do Konina. Około pierwszej w nocy wyszła z przedziału i nie wróciła. Współpasażerowie zgłosili zaginięcie w Koninie.

— Mamy opis?

Kosecki zajrzał do notesu.

— Dwadzieścia osiem lat, ciemne włosy, około sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Ubrana w czarny sweter i dżinsy.

Wolniewicz spojrzał z powrotem na ciało.

— To może być ona — stwierdził cicho.

— Wysłałem zapytanie o odciski palców — powiedział Kosecki. — Jeśli ma kartę dowodu w systemie, dostaniemy wynik w ciągu godziny.

— Dobrze. A co z tym pociągiem? Który to był skład?

— Osobowy 68142, relacja Piła-Kutno. Dotarł do Kutna o czwartej trzydzieści rano z półtoragodzinnym opóźnieniem.

— Półtoragodzinnym? Dlaczego?

— Zgłoszenie zaginięcia, przeszukiwanie wagonu, formalności. Normalka w takich sytuacjach.

Wolniewicz pomyślał przez chwilę.

— Potrzebuję rozmowy z obsługą tego pociągu. Maszynistą, konduktorem, kierownikiem. I ze wszystkimi pasażerami z przedziału, w którym siedziała ofiara.

— Już przekazałem dyspozycję. Maszynista jest dostępny, mieszka w Koninie. Konduktorzy…

— Konduktorzy? Liczba mnoga?

— Tak, było dwóch. Ryszard Nowak i Piotr Czeski. Nowak jest z Konina, Czeski z Poznania.

— Chcę ich obu dzisiaj. W komendzie, do protokółu.

— Tak jest.

Przyjechał samochód techniki kryminalistycznej — biały bus z niebieskimi pasami. Wysiedli z niego trzej technicy w białych kombinezonach. Wolniewicz się odsunął, robiąc im miejsce do pracy.

Obserwował, jak rozstawiają sprzęt, oznaczają teren, zabezpieczają każdy centymetr powierzchni. Robota była wolna, metodyczna. Dobre. Wolniewicz lubił dokładność.

Jeden z techników, starszy mężczyzna z siwą brodą, podszedł do ciała i zaczął robić szczegółowe fotografie. Każda rana, każdy szczegół ubrania, każdy element otoczenia.

— Inspektorze! — zawołał nagle młodszy technik, klęczący kilka metrów od torów.

Wolniewicz podszedł szybko.

— Co znalazłeś?

Technik wskazywał na coś leżącego w trawie. Coś małego, ciemnego.

— Książka — powiedział.

Rzeczywiście, to była książka. Leżała okładką do dołu, przemoczona, zabłocona. Technik ostrożnie ją podniósł pęsetą, odwrócił.

„Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow.

Wolniewicz poczuł dziwny dreszcz. Dlaczego ktoś miałby nosić ze sobą książkę, wychodząc z pociągu w środku nocy?

— Zabezpieczyć — rozkazał. — I wszystko w okolicy. Każdy skrawek materiału, każdy ślad.

— Tak jest.

Przyszedł drugi samochód — karetka pogotowia, która miała zabrać ciało do prosektorium. Lekarz sądowy miał przyjechać później, ale najpierw trzeba było przewieźć zwłoki do chłodni.

Ratownicy medyczni wyładowali nosze. Pracowali sprawnie, bez zbędnych słów. To nie była ich pierwsza ofiara wypadku kolejowego i na pewno nie ostatnia.

Wolniewicz odszedł na bok, wyjmując telefon. Wybrał numer do komendanta wojewódzkiego.

— Słucham — odezwał się głęboki głos Stanisława Bryka.

— Mówi Wolniewicz. Jestem na miejscu znalezienia ciała w Służewie.

— I?

— Wygląda na ofiarę wypadku kolejowego. Prawdopodobnie tożsamą z kobietą, która zaginęła wczoraj z pociągu osobowego.

— Samobójstwo?

— Zbyt wcześnie, żeby mówić. Ale… jest kilka dziwnych elementów.

— Jakich?

Wolniewicz zawahał się.

— Zaginęła z pociągu w okolicy pierwszej nad ranem. Ciało znaleziono około stu kilometrów dalej. To dość duża odległość.

— Mogła przejść.

— W środku nocy? W deszczu? Po torach?

Cisza po drugiej stronie.

— Czekam na wyniki sekcji — kontynuował Wolniewicz. — I chcę przesłuchać obsługę pociągu. Coś mi się tu nie zgadza.

— Dobrze. Trzymaj mnie na bieżąco. I Marek…

— Tak?

— Nie komplikuj. Ludzie wyskakują z pociągów. To się zdarza. Depresja, nieszczęśliwa miłość, finansowe problemy. Nie szukaj spisku tam, gdzie go nie ma.

— Rozumiem — odpowiedział Wolniewicz, choć tak naprawdę nie rozumiał.

Nie wierzył w proste odpowiedzi. Doświadczenie nauczyło go, że najprostsze wyjaśnienie rzadko jest prawdziwe.

Rozłączył się i wrócił do miejsca znalezienia ciała. Ratownicy właśnie kładli je na nosze, przykrywali czarnym workiem. Za chwilę zniknie w karetce, zostanie przewiezione, otwarte, zbadane. Stanie się dowodem. Materiałem.

Ale najpierw było człowiekiem.

Sylwią Kuciną. Nauczycielką. Córką kolejarza.


O trzynastej trzydzieści Wolniewicz siedział w swoim biurze w komendzie wojewódzkiej w Koninie. Przed nim leżały trzy teczki.

Pierwsza zawierała raport wstępny techników. Znaleziono książkę, jeden but, kilka fragmentów ubrania rozrzuconych wzdłuż torów. Żadnych śladów osoby trzeciej. Żadnych śladów walki. Teren wokół był wilgotny, ale nie znaleziono wyraźnych śladów stóp poza tymi należącymi do rolnika Józefa Szwunga.

Druga teczka zawierała informacje o Sylwii Kucinie. Tożsamość potwierdzono przez odciski palców — ciało rzeczywiście należało do nauczycielki z Piły. Nie miała kartoteki kryminalnej, żadnych problemów z prawem. Pracowała w Szkole Podstawowej numer 7 w Pile, uczyła historii. Nie była zamężna, nie miała dzieci. Mieszkała sama w wynajmowanym mieszkaniu. Rodzice żyli — matka Maria Kucina, ojciec Ryszard Kucina, oboje w Pile.

Trzecia teczka była najcieńsza, ale jednocześnie najbardziej intrygująca. Zawierała zeznania współpasażerów z przedziału, w którym siedziała Sylwia.

Małżeństwo Kowalczyków — Halina i Tadeusz. Oboje emerytowani nauczyciele, jechali do córki do Włocławka. Opisali Sylwię jako miłą, spokojną kobietę. Nie zauważyli żadnych oznak niepokoju czy depresji. Pamiętali, że czytała książkę. Nie pamiętali dokładnie, o której wyszła z przedziału, ale szacowali, że między pierwszą a drugą nad ranem.

„Powiedziała, że idzie do toalety”, zeznała Halina Kowalczyk. „I już nie wróciła. Myśleliśmy, że może poszła do innego przedziału, może spotkała kogoś znajomego. Ale zostawiła wszystkie swoje rzeczy. To było bardzo dziwne.”

Student — Michał Górski, dwudziestu trzech lat, student informatyki na Politechnice Poznańskiej. Jego zeznania były lakoniczne. Miał słuchawki, nie zwracał uwagi na innych pasażerów. Zauważył Sylwię, ale nie rozmawiał z nią. Nie widział, kiedy wyszła. W ogóle niewiele widział.

Wolniewicz przeczytał zeznania po raz trzeci. Coś go uwierało. Coś nie pasowało.

Kobieta wychodząca do toalety nie zabiera ze sobą książki. A przecież książka znaleziona przy torach pochodziła najprawdopodobniej od ofiary — technika potwierdziła obecność jej odcisków palców na okładce.

Czy mogła wziąć książkę do toalety? Może. Ludzie robią dziwne rzeczy.

Ale dlaczego książka była potem przy torach, sto kilometrów od miejsca zaginięcia?

Zapukano do drzwi.

— Proszę — rzucił Wolniewicz.

Wszedł Kosecki.

— Panie inspektorze, są konduktorzy. Czekają w sali przesłuchań.

— Obaj?

— Tak jest.

— Dobra. Zacznijmy od Nowaka.

Wolniewicz wziął teczkę i ruszył korytarzem. Komenda w Koninie była stosunkowo nowa — wybudowana dziesięć lat temu, funkcjonalna, bez zbędnych ozdób. Sale przesłuchań znajdowały się na parterze, w specjalnie wyciszonym skrzydle.

Wszedł do sali numer trzy. Siedział w niej mężczyzna po pięćdziesiątce, w cywilnym ubraniu — dżinsy, szara bluza. Miał zmęczoną twarz i okulary w grubych oprawkach.

— Ryszard Nowak? — zapytał Wolniewicz.

— Tak — potwierdził mężczyzna.

— Inspektor Marek Wolniewicz. Dziękuję, że pan przyszedł.

— Nie miałem wyboru, prawda? — Nowak uśmiechnął się blado.

— Formalnie to wezwanie było dobrowolne — odparł Wolniewicz, siadając naprzeciwko. — Ale doceniam pana współpracę. Chciałbym porozmawiać o wydarzeniach z nocy z dwudziestego szóstego na dwudziestego siódmego października. Pociąg osobowy 68142, relacja Piła-Kutno.

— Tak, pamiętam. To była… trudna noc.

— Proszę opowiedzieć, co pan pamięta.

Nowak westchnął, poprawiając okulary.

— Byłem konduktorem w tym składzie. Razem z kolegą Piotrem Czeskim. Zaczęliśmy służbę w Pile o dwudziestej drugiej czterdzieści. Standardowa kontrola biletów, wszystko bez problemu. Około pierwszej trzydzieści dostaliśmy zgłoszenie od pasażerów z wagonu czwartego — kobieta wyszła i nie wróciła.

— Kto dokładnie zgłosił?

— Starszy pan, Tadeusz Kowalczyk. Powiedział, że ta pani wyszła jakąś godzinę wcześniej, zostawiła wszystkie rzeczy. Myśleli najpierw, że przeszła do innego wagonu.

— Co pan zrobił?

— Przeszukaliśmy cały pociąg. Każdy wagon, każdą toaletę, przedziały, korytarze. Sprawdziliśmy nawet pomosty między wagonami. Nigdzie jej nie było.

— Jak to możliwe?

Nowak rozłożył ręce.

— Nie wiem. Po prostu zniknęła. Jakby… jakby rozpłynęła się w powietrzu.

— Czy pociąg zatrzymywał się między Piłą a momentem zgłoszenia?

— Tak. Normalnie, zgodnie z rozkładem. Szubin, Żnin. Plus jedna nietypowa przerwa.

— Nietypowa?

— Około dwudziestej trzeciej piętnaście, gdzieś między Szubinem a Żninem. Maszynista włączył hamulec bezpieczeństwa. Awaria systemu.

Wolniewicz wyprostował się na krześle.

— Awaria? Jak długo pociąg stał?

— Jakieś dwadzieścia minut. Może trochę dłużej.

— I nikt nie wysiadł?

— Teoretycznie nie. To znaczy, nie powinien. Ale…

— Ale?

Nowak zawahał się.

— Nie patrzę na każde drzwi przez cały czas. Gdyby ktoś naprawdę chciał wysiąść, mógłby. Szczególnie w nocy, przy takiej mgle.

Wolniewicz notował szybko.

— A po wznowieniu jazdy? Sprawdzał pan, czy wszyscy pasażerowie są na miejscu?

— Nie. Nie było takiej procedury. Awaria była techniczna, nie było powodu do ewakuacji. Pasażerowie zostali w wagonach.

— Rozumiem. Czy widział pan coś nietypowego? Kogoś podejrzanego? Jakieś dziwne zachowania?

Nowak pokręcił głową.

— Nic. Naprawdę nic. To był normalny, rutynowy kurs. Do momentu zgłoszenia zaginięcia.

Wolniewicz spojrzał na swoje notatki.

— Dziękuję panu. To wszystko na razie. Może będziemy potrzebowali pana zeznań jeszcze raz.

— Oczywiście — powiedział Nowak, wstając. — To straszne, co się stało. Ta biedna kobieta…

— Czy ją pan widział? Przed zaginięciem?

— Kontrolowałem bilety. Widziałem ją w przedziale. Wydawała się… normalna. Spokojna. Czytała książkę.

— Jaką książkę?

— Nie wiem. Nie zwróciłem uwagi.

Nowak wyszedł. Wolniewicz siedział przez chwilę w ciszy, przeglądając notatki.

Coś tu nie grało.

Pociąg zatrzymuje się w środku nocy. Kobieta znika. Nikt nic nie widzi.

A potem ciało znajduje się sto kilometrów dalej.

Jak to możliwe?


Przesłuchanie Piotra Czeskiego nie wniosło niczego nowego. Drugi konduktor powtórzył w zasadzie to, co powiedział Nowak. Awaria, zatrzymanie, zaginięcie, przeszukanie. Żadnych podejrzanych osób, żadnych dziwnych zdarzeń.

Wolniewicz zwolnił go po dwudziestu minutach.

Siedział sam w sali przesłuchań, wpatrując się w ścianę. Myślał.

Telefon zadzwonił. Wyciągnął go z kieszeni.

— Wolniewicz, słucham.

— Inspektor, tu prosektorium w Poznaniu — odezwał się męski głos. — Doktor Jankowski. Mam wstępne wyniki sekcji ofiary Sylwii Kuciny.

— Słucham.

— Przyczyna śmierci: rozległe obrażenia wielonarządowe spowodowane urazem tępym wysokoenergetycznym. Innymi słowy — przejechanie przez pociąg. Śmierć nastąpiła natychmiast.

— Porażenie?

— Najprawdopodobniej około drugiej, trzeciej nad ranem. Trudno powiedzieć dokładnie ze względu na warunki atmosferyczne i temperaturę.

— Coś jeszcze?

Jankowski zawahał się.

— Tak. Coś dziwnego.

Wolniewicz poczuł, jak włoski na karku jeżą mu się lekko.

— Słucham?

— Na nadgarstkach ofiary są ślady uciskowe. Mogły powstać przed śmiercią. Wyglądają jak… jak ślady po sznurze albo opaskach.

— Była związana?

— Nie mogę tego potwierdzić w stu procentach. Ale ślady są wyraźne. Ktoś albo coś trzymało ją mocno za nadgarstki. Krótko przed śmiercią.

Wolniewicz zamknął oczy.

— Dziękuję, doktorze. Proszę przesłać pełny raport jak najszybciej.

Rozłączył się.

Siedział w ciszy. Myślał.

Ślady na nadgarstkach.

Książka znaleziona przy torach.

Zaginięcie z pociągu.

To nie było samobójstwo.

To było morderstwo.

ROZDZIAŁ 3: SAMOBÓJSTWO?

Prokurator Rejonowy w Koninie, Tomasz Szyling, był człowiekiem, który wierzył w statystyki. Miał pięćdziesiąt dwa lata, dwadzieścia osiem lat stażu w prokuraturze i głębokie przekonanie, że większość spraw kryminalnych da się wytłumaczyć za pomocą liczb, prawdopodobieństw i precedensów.

— Samobójstwo — powiedział stanowczo, zamykając teczkę na swoim biurku. — To oczywiste samobójstwo.

Wolniewicz siedział naprzeciwko niego w skórzanym fotelu, który skrzypiał przy każdym ruchu. Był poniedziałek, dwudziesty dziewiąty października, godzina dziesiąta rano. Za oknem lał deszcz — ten sam uparty, jesienny deszcz, który zdawał się nie mieć końca.

— Panie prokuratorze — zaczął Wolniewicz spokojnie, choć w jego głosie dało się wyczuć napięcie — w raporcie sekcyjnym jest wyraźna adnotacja o śladach na nadgarstkach ofiary.

— Przeczytałem raport — odparł Szyling, sięgając po filiżankę kawy. — Doktor Jankowski pisze: „Ślady uciskowe na nadgarstkach, prawdopodobnie powstałe przed śmiercią”. Prawdopodobnie, inspektorze. Nie „na pewno”. Prawdopodobnie.

— Ale…

— Wie pan, ile osób rocznie ginie na torach kolejowych w Polsce? — przerwał mu prokurator. Nie czekał na odpowiedź. — Około trzystu. Z czego ponad połowa to samobójstwa. Ludzie skaczą przed pociągi, kładą się na torach, rzucają się z wiaduktów. To statystyczny fakt.

— Rozumiem statystyki, ale ta sprawa…

— Ta sprawa pasuje do schematu — kontynuował Szyling, otwierając ponownie teczkę i przeglądając dokumenty. — Kobieta podróżuje nocnym pociągiem, wychodzi do toalety, nikt nie widzi, co się dzieje dalej. Ciało znajduje się na torach. Nie ma świadków przestępstwa, nie ma motywu, nie ma podejrzewanego sprawcy. Wszystko wskazuje na to, że wyskoczyła z pociągu.

Wolniewicz zacisnął szczękę.

— A te ślady na nadgarstkach?

— Mogły powstać podczas upadku. Albo wcześniej, jeszcze przed podróżą. Może ktoś ją złapał za ręce, może nosiła ciasną bransoletkę. Może uprawiała jakiś sport, który…

— Sport? — Wolniewicz nie potrafił ukryć ironii w głosie.

Szyling zmarszczył brwi.

— Inspektorze, rozumiem, że chce pan dokładnie wyjaśnić tę sprawę. To pana zasługa, wręcz. Ale nie możemy kierować się jedynie przeczuciami. Musimy opierać się na dowodach. A dowody wskazują na samobójstwo.

— Dowody? Jakie dowody? — Wolniewicz starał się zachować spokój. — Nie mamy żadnych dowodów. Nie wiemy, co się stało w tym pociągu.

— Właśnie dlatego — odparł prokurator, podnosząc palec wskazujący — że nie wiemy, musimy przyjąć najprostsze wyjaśnienie. Brzytwa Ockhama, słyszał pan?

Wolniewicz westchnął wewnętrznie. Słyszał. Wielokrotnie.

— Najprostsze wyjaśnienie jest zazwyczaj prawdziwe — cytował Szyling tonem profesora wykładającego podstawy logiki. — Kobieta popełniła samobójstwo. To proste, spójne z dostępnymi faktami i nie wymaga konstruowania skomplikowanych teorii.

— Ale książka — upierał się Wolniewicz. — Dlaczego miałaby zabrać ze sobą książkę, skacząc z pociągu?

— Może czytała w toalecie. Może ją upuściła. Może…

— I sto kilometrów? — Wolniewicz przerwał mu ostro. — Zaginęła gdzieś między Szubinem a Żninem. Ciało znaleziono pod Służewem. To ponad sto kilometrów.

Szyling przeglądał mapy kolejowe, które leżały na biurku.

— Pociąg jechał dalej — powiedział logicznie. — Mogła wyskoczyć w dowolnym miejscu między Żninem a Służewem. Pasażerowie stwierdzili jej brak dopiero w Koninie, ale to nie znaczy, że zniknęła w Koninie. Mogła wyjść wcześniej, niezauważona.

Wolniewicz milczał przez chwilę. Musiał przyznać, że argument miał pewien sens. Ale wciąż coś go gryzło. Coś nie pasowało.

— Panie prokuratorze — powiedział w końcu — proszę mi dać tydzień. Jeden tydzień na sprawdzenie wszystkich szczegółów. Przesłucham ponownie obsługę pociągu, sprawdzę monitoring na stacjach, porozmawiam z rodziną ofiary.

Szyling spojrzał na niego uważnie.

— Po co?

— Bo jeśli to było samobójstwo, chcę być pewien. A jeśli to nie było samobójstwo… — zawiesił głos.

Prokurator westchnął, masując skronie. Wyglądał na zmęczonego. Miał przed sobą stos innych spraw, znacznie prostszych, bardziej jednoznacznych.

— Dobrze — zgodził się w końcu. — Tydzień. Ale nie angażuje pan w to dużych zasobów. Jeden, dwóch funkcjonariuszy maksymalnie. I jeśli po tygodniu nie znajdzie pan niczego konkretnego, zamykam sprawę jako samobójstwo. Zgoda?

— Zgoda — potwierdził Wolniewicz.

Wstał, uścisnął dłoń prokuratora i wyszedł z biura.

Na korytarzu czekał młodszy aspirant Damian Kosecki.

— I jak? — zapytał.

— Tydzień — odparł krótko Wolniewicz. — Mamy tydzień.


Maria Kucina mieszkała w bloku na osiedlu XXX-lecia w Pile. Typowy blok z wielkiej płyty, wybudowany w latach siedemdziesiątych, odnowiony jakieś dziesięć lat temu — nowa elewacja, wymienione okna, ale nadal z tą charakterystyczną, socjalistyczną architekturą, która sprawiała, że wszystkie takie budynki wyglądały identycznie od Szczecina po Lublin.

Wolniewicz i Kosecki dotarli na miejsce około czternastej. Jechali służbową Skodą, w milczeniu słuchając szumu deszczu na szybie.

— Nigdy nie lubię takich rozmów — powiedział Kosecki, parkując przed blokiem.

— Nikt nie lubi — odparł Wolniewicz.

Weszli do środka. Klatka schodowa pachniała czymś pomiędzy środkiem do mycia podłóg a kapustą. Na ścianach graffiti — przeważnie niewinne, nastoletnie bazgroły. Na trzecim piętrze zatrzymali się przed drzwiami z numerem dwadzieścia jeden.

Wolniewicz zapukał.

Po chwili drzwi otworzyła kobieta po sześćdziesiątce. Miała zmęczoną, zapłakaną twarz i ubrana była w czarną sukienkę. Oczy czerwone od płaczu.

— Pani Maria Kucina? — zapytał Wolniewicz łagodnie.

— Tak — wyszeptała.

— Inspektor Marek Wolniewicz, to jest młodszy aspirant Damian Kosecki. Bardzo nam przykro z powodu pani straty. Czy moglibyśmy porozmawiać?

Kobieta kiwnęła głową i wpuściła ich do środka.

Mieszkanie było niewielkie — dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Skromnie urządzone, ale czyste, zadbane. W salonie na ścianie wisiały rodzinne fotografie. Wolniewicz rozpoznał na jednej z nich Sylwię — młodszą, uśmiechniętą, w todze maturalnej.

Na kanapie siedział mężczyzna — wysoki, kościsty, z siwymi włosami przystrzyżonymi na jeża. Ryszard Kucina, ojciec Sylwii. Były kolejarz.

— Dzień dobry — powiedział Wolniewicz.

— Dzień dobry — odpowiedział Ryszard głosem chrypliwym, jakby przez ostatnie dni krzyczał lub płakał.

Usiedli wszyscy. Maria przyniosła kawę — nikt jej nie tknął, ale sam gest był ważny.

— Wiemy, że to bardzo trudny czas — zaczął Wolniewicz. — Ale musimy zadać państwu kilka pytań. To pomoże nam zrozumieć, co się stało.

— Co się stało? — powtórzył Ryszard z goryczą. — Moja córka nie żyje. To się stało.

Maria złapała go za rękę, ściskając mocno.

— Jak… jak to się mogło wydarzyć? — zapytała cichym głosem. — Sylwia nigdy nie… ona nie była osobą, która…

Nie dokończyła. Nie musiała.

— Czy córka miała ostatnio jakieś problemy? — zapytał Wolniewicz delikatnie. — Osobiste, zawodowe, finansowe?

— Nie — odpowiedziała Maria. — Nic takiego. Pracowała w szkole, lubiła swoją pracę. Uczniowie ją uwielbiają… uwielbiany — poprawiła się, łamiącym się głosem.

— A związki? Miała kogoś?

— Nie — odpowiedział Ryszard. — Rozstała się z chłopakiem pół roku temu. Jakiś informatyk z Poznania. Ale to było pokojowe rozstanie, obopólna decyzja.

— Jak miał na imię ten chłopak?

— Marcin — przypomniała sobie Maria. — Marcin Włodarczyk. Ale naprawdę, oni skończyli w dobrych stosunkach. Sylwia nawet mówiła, że czasem się jeszcze widzą, jako przyjaciele.

Wolniewicz notował.

— A depresja? Problemy psychiczne? Wizyta u psychiatry, psychologa?

— Nie! — Maria powiedziała to zbyt głośno, zbyt ostro. Opanowała się. — Przepraszam. Ale nie. Sylwia była zdrowa. Psychicznie i fizycznie. Nie brała żadnych leków, nie chodziła do żadnego terapeuty.

Ryszard wtrącił się:

— Moja córka nie popełniła samobójstwa. Nie wiem, co wam tam powiedzieli w prokuraturze, ale to nieprawda. Sylwia… ona kochała życie. Miała plany. Chciała pojechać na wakacje do Włoch w przyszłym roku, zapisała się na kurs języka angielskiego. Ludzie, którzy mają takie plany, nie skaczą z pociągów.

— Rozumiem — powiedział Wolniewicz. I rzeczywiście rozumiał. — Czy ostatnio córka zachowywała się jakoś dziwnie? Mówiła o czymś niepokojącym?

Maria i Ryszard spojrzeli po sobie.

— Nie — odpowiedziała w końcu Maria. — Wszystko było normalnie. Przyjechała do nas w niedzielę, tydzień przed… przed tym. Zjedliśmy obiad, rozmawialiśmy o szkole, o pogodzie. Normalnie.

— A to szkolenie, na które jechała? — dopytywał Wolniewicz. — Wie pani, czego dotyczyło?

— Nowych metod nauczania historii — wyjaśniła Maria. — W Pile, w Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli. Trwało dwa dni, piątek i sobota. Wracała w sobotę wieczorem.

— Czy rozmawiała pani z nią tego dnia?

— Tak. Zadzwoniła koło ósmej wieczorem, powiedziała, że kończy szkolenie i za godzinę wsiada do pociągu. Brzmiała normalnie. Trochę zmęczona, ale normalnie.

Wolniewicz myślał intensywnie.

— Czy wspominała o kimś, kogo poznała na szkoleniu? Albo w pociągu?

— Nie. Tylko że ten pociąg ma opóźnienie i będzie później niż planowała.

— Pani dzwoniła do niej później? W trakcie podróży?

Maria pokiwała głową, łzy napłynęły jej do oczu.

— Tak. Około północy. Chciałam sprawdzić, czy wszystko w porządku. Ale… nie odebrała. Pomyślałam, że śpi albo nie ma zasięgu. Nie martwiłam się. A powinnam. Powinnam…

Zaczęła płakać. Ryszard objął ją ramieniem.

— To nie pani wina — powiedział Wolniewicz cicho. — Proszę się nie obwiniać.

Siedzieli w milczeniu przez chwilę. W końcu Wolniewicz zadał ostatnie pytanie:

— Czy córka miała wrogów? Kogoś, kto mógłby chcieć jej zrobić krzywdę?

— Nie — odpowiedział stanowczo Ryszard. — Sylwia była dobrym człowiekiem. Pomagała ludziom. Uczniowie, rodzice, koledzy — wszyscy ją lubili. Nie miała wrogów.

Wolniewicz kiwnął głową. Wstał.

— Dziękuję państwu za rozmowę. Jeśli będzie coś jeszcze, skontaktujemy się.

— Inspektorze — odezwał się Ryszard, również wstając. — Proszę znaleźć prawdę. Nie wiem, co się stało mojej córce, ale wiem jedno — ona nie skoczyła z tego pociągu. Ktoś jej to zrobił. Musi pan to udowodnić.

Wolniewicz spojrzał mu prosto w oczy.

— Postaram się — obiecał.


W drodze powrotnej do Konina Kosecki prowadził, a Wolniewicz przeglądał notatki.

— Co o tym myślisz? — zapytał młodszy aspirant.

— Myślę, że rodzice mają rację — odpowiedział Wolniewicz. — To nie było samobójstwo.

— Ale prokurator…

— Prokurator patrzy na statystyki. Ja patrzę na ludzi. — Wolniewicz zamknął notes. — Ta kobieta nie miała powodu, żeby umierać. Żadnego.

— Może czegoś nie wiedzieli? Może miała jakiś sekret?

— Może — przyznał Wolniewicz. — Dlatego musimy sprawdzić każdy szczegół. Zaczynamy od tego byłego chłopaka, Marcina Włodarczyka. Sprawdź go w systemie, zdobądź adres i numer telefonu.

— Tak jest.

Jechali dalej w milczeniu. Deszcz nie ustawał. Wycieraczki miarowo przemieszczały się po szybie — lewa, prawa, lewa, prawa. Hipnotyzujący rytm.

Wolniewicz myślał o Sylwii Kucinie. O kobiecie, którą nigdy nie poznał, ale którą zaczynał rozumieć przez fragmenty jej życia, przez zeznania, raporty, fotografie. Była nauczycielką. Córką kolejarza. Osobą, która lubiła czytać rosyjską klasykę. Która miała plany na przyszłość.

I która nagle zniknęła z nocnego pociągu.

Nie. To nie było samobójstwo.


Marcin Włodarczyk mieszkał w Poznaniu, w apartamentowcu na Wildzie. Wolniewicz i Kosecki pojawili się pod jego drzwiami we wtorek rano, bez zapowiedzi.

— Kto tam? — zapytał głos przez domofon.

— Policja. Inspektor Wolniewicz. Chcielibyśmy porozmawiać.

Chwila ciszy.

— O co chodzi?

— O Sylwię Kucinę.

Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.

Marcin Włodarczyk był mężczyzną po trzydziestce, wysokim, szczupłym, w okularach i z zarostem na twarzy. Ubrany w dres i koszulkę z logo jakiejś gry komputerowej.

— Co z Sylwią? — zapytał, wpuszczając ich do środka. — Czy coś się stało?

Wolniewicz spojrzał na niego uważnie. Wyglądał na autentycznie zaniepokojony.

— Nie wie pan?

— Czego nie wiem?

— Sylwia Kucina nie żyje — powiedział Wolniewicz, obserwując reakcję.

Marcin zbladł. Dosłownie. Kolor spłynął z jego twarzy jak farba zmywana wodą.

— Co? Jak…?

— Zginęła w sobotę wieczorem. W wypadku kolejowym — wyjaśnił Wolniewicz, nadal nie spuszczając wzroku z Marcina.

Młody mężczyzna zachwiał się, oparł o ścianę.

— To niemożliwe — wyszeptał. — To jakiś żart, prawda? To nie może być prawda.

— Niestety, jest — potwierdził Kosecki.

Marcin potrzebował kilku minut, żeby się pozbierać. Usiadł na kanapie, głowę oparł na dłoniach.

— Boże — mówił cicho. — Boże, Sylwia…

Wolniewicz dał mu chwilę. Potem zapytał:

— Kiedy ostatni raz pan z nią rozmawiał?

— Jakieś… dwa tygodnie temu? Może trzy? Umówiliśmy się na kawę. Pogadaliśmy.

— O czym?

— O niczym specjalnym. O pracy, o życiu. Byliśmy przyjaciółmi, wie pan? Po rozstaniu. Nie było między nami żadnej złej krwi.

— Dlaczego się państwo rozstali?

Marcin wzruszył ramionami.

— Po prostu… nie pasowaliśmy do siebie. Ja jestem informatykiem, siedzę przed komputerem dwanaście godzin dziennie. Ona była humanistką, lubiła ludzi, rozmowy, wyjścia. Mieliśmy inne temperamenty. Po roku stwierdziliśmy, że lepiej być przyjaciółmi niż nieszczęśliwą parą.

— Czy Sylwia miała kogoś nowego?

— Nie, o ile wiem. Mówiła, że nie ma czasu na związki. Skupiała się na pracy.

— Czy wspominała o jakichś problemach? Zagrożeniach? Niepokojących sytuacjach?

Marcin zamyślił się.

— Nie. Nic takiego. Była… normalna. Szczęśliwa, nawet.

Wolniewicz podał mu telefon ze zdjęciem książki znalezionej przy ciele.

— Rozpoznaje pan to?

Marcin spojrzał na ekran.

— „Mistrz i Małgorzata”. Tak, Sylwia uwielbiała tę książkę. Przeczytała ją chyba ze dziesięć razy. Zawsze mówiła, że to najbardziej filozoficzna powieść, jaką zna.

— Czy był to egzemplarz po jej babci?

— Tak! — Marcin uśmiechnął się smutno. — Opowiadała mi, że dostała tę książkę od babci na osiemnaste urodziny. Z dedykacją i wszystkim. Nosiła ją wszędzie.

Wolniewicz skinął głową. Kolejny element układanki pasował.

— Gdzie pan był w sobotę wieczorem, dwudziestego szóstego października?

Marcin spojrzał na niego zaskoczony.

— Tutaj. W domu. Pracowałem nad projektem dla klienta. Deadline był w poniedziałek, siedziałem nad tym całą noc.

— Może to ktoś potwierdzić?

— Mój współlokator. I logi w systemie — pracowałem zdalnie, wszystko jest zapisane na serwerze z czasem dostępu.

— Będziemy potrzebowali tych danych — powiedział Wolniewicz.

— Oczywiście. Dam wam wszystko. Ale… naprawdę nie rozumiem. Co się stało? To był wypadek, tak?

Wolniewicz zawahał się.

— Prowadzimy śledztwo — odpowiedział wymijająco. — Jeśli przypomni pan sobie cokolwiek, co mogłoby być istotne, proszę dzwonić.

Podał mu wizytówkę.

Marcin wziął ją drżącą ręką.

— Znajdźcie tych, którzy to zrobili — powiedział cicho. — Jeśli to nie był wypadek… znajdźcie ich.


Środa. Wolniewicz siedział w swoim biurze, otoczony przez rosnącą stertę dokumentów. Sprawdził historię medyczną Sylwii — żadnych wizyt u psychiatry, żadnych leków antydepresyjnych, żadnych prób samobójczych w przeszłości. Sprawdził finanse — nie miała długów, konto bankowe było w porządku, żadnych podejrzanych transakcji.

Porozmawiał z dyrektorką szkoły, w której pracowała Sylwia. Pani Agnieszka Koźmińska, kobieta po pięćdziesiątce w eleganckim kostiumie, potwierdziła to, co mówili inni.

— Sylwia była wspaniałą nauczycielką — powiedziała przez telefon. — Zaangażowana, kreatywna, kochana przez uczniów. Nie miała żadnych problemów dyscyplinarnych, żadnych konfliktów. Straciłam w niej nie tylko pracownika, ale przyjaciółkę.

Wszystko to układało się w jeden obraz: Sylwia Kucina była normalną, szczęśliwą kobietą bez powodów do samobójstwa.

Ale prokurator Szyling nadal nie był przekonany.

— To wszystko bardzo ładnie, inspektorze — powiedział podczas kolejnego spotkania w czwartek — ale nadal nie ma pan żadnego dowodu przestępstwa. Żadnego świadka, żadnego sprawcy, żadnego motywu.

— Te ślady na nadgarstkach…

— Prawdopodobnie powstałe przed śmiercią — zacytował Szyling. — Prawdopodobnie. To nie jest dowód.

— A książka?

— Co z nią? Mogła ją upuścić.

— Sto kilometrów od miejsca zaginięcia?

Szyling westchnął, pocierając czoło.

— Inspektorze, dziś jest czwartek. Ma pan jeszcze trzy dni. Jeśli do niedzieli nie znajdzie pan czegoś konkretnego, zamykam tę sprawę. Rozumie pan?

— Rozumiem — odpowiedział Wolniewicz przez zaciśnięte zęby.

Wyszedł z prokuratury wściekły. Kosecki czekał w samochodzie.

— I jak? — zapytał.

— Trzy dni — rzucił Wolniewicz, wsiadając. — Mamy trzy dni.

— Co robimy?

Wolniewicz myślał intensywnie.

— Monitoring — powiedział w końcu. — Wszystkie stacje na trasie Piła-Kutno. Chcę zobaczyć każdy milimetr nagrań z tamtej nocy.


Piątek. Wolniewicz i Kosecki siedzieli w pomieszczeniu technicznym dworca w Żninie, przeglądając godziny nagrań z kamer monitoringu.

Stacje kolejowe w Polsce rzadko mają rozbudowane systemy monitoringu. Większość kamer jest przestarzała, nagrywa w niskiej rozdzielczości, a ich zasięg często nie obejmuje całego terenu. Ale coś zawsze lepsze niż nic.

— Tu — powiedział Kosecki, zatrzymując obraz. — Pociąg 68142 wjeżdża na peron o dwudziestej trzeciej dwanaście.

Na ekranie widać było rozmyty obraz peronu, na który wtoczyła się lokomotywa ciągnąca siedem wagonów. Pociąg zatrzymał się. Kilka osób wysiadło. Nikt nie wsiadł.

— Przewiń do momentu odjazdu — rozkazał Wolniewicz.

Kosecki przyspieszył nagranie. Pociąg stał na peronie przez dwie minuty, potem ruszył. Nic nietypowego.

— Dalej — powiedział Wolniewicz.

Sprawdzili monitoring z kolejnych stacji. Wszędzie to samo — standardowe zatrzymanie, kilka osób wysiada, pociąg odjeżdża.

Aż do Barcina.

— Zaraz, zatrzymaj — powiedział nagle Wolniewicz.

Kosecki wcisnął pauzę.

— Co?

— Cofnij. Do momentu zatrzymania pociągu.

Obraz cofnął się. Pociąg wjeżdżał na peron stacji w Barcinie. Była pierwsza czterdzieści osiem nad ranem. Peron był pusty, oświetlony jedynie kilkoma lampami.

Pociąg zatrzymał się.

I wtedy, przez ułamek sekundy, w kadrze pojawił się ktoś.

— Tam! — Wolniewicz wskazał palcem na ekran. — Widzisz to?

Kosecki zmrużył oczy.

— Ktoś wychodzi z pociągu?

— Przewiń klatka po klatce.

Obraz przesuwał się powoli. Na ekranie widać było postać — wysoką, w ciemnym ubraniu — wyskakującą z wagonu. Nie przez drzwi. Przez okno.

Postać upadła na peron, przewróciła się, podniosła i pobiegła w stronę wyjścia ze stacji. W ciągu trzech sekund zniknęła poza zasięgiem kamery.

— Kurwa — wyszeptał Kosecki.

— Zapisz to — rozkazał Wolniewicz, czując, jak serce przyspiesza mu bicie. — Zapisz i wyślij do techników. Niech powiększą obraz, poprawią jakość, zrobią wszystko, żeby zidentyfikować tę osobę.

— To mógł być ktokolwiek — zauważył Kosecki. — Nie musiała to być Sylwia.

— Ale mogła — odpowiedział Wolniewicz. — I jeśli to była ona, to znaczy, że żyła w Barcinie. O pierwszej czterdzieści osiem. A ciało znaleziono pod Służewem, trzydzieści kilometrów dalej.

— Jak się tam dostała?

— Tego właśnie musimy się dowiedzieć.


Sobota rano. Wolniewicz otrzymał wiadomość od techników. Obraz z monitoringu został powiększony i poprawiony najlepiej jak potrafili. Jakość nadal była kiepska, ale dało się dostrzec kilka szczegółów.

Postać nosiła ciemne ubranie — prawdopodobnie dżinsy i sweter. Była to kobieta, około metra sześćdziesięciu pięciu wzrostu. Ciemne włosy.

To pasowało do opisu Sylwii Kuciny.

Ale nie można było tego potwierdzić w stu procentach. Twarz była niewidoczna, żadnych wyraźnych cech rozpoznawczych.

Wolniewicz pojechał do Barcina. Rozmawiał z dyżurnym ruchu, z pracownikami stacji, z taksówkarzami czekającymi na postoju. Nikt nie pamiętał niczego nietypowego z tamtej nocy.

— Wie pan, ile osób przechodzi przez tę stację każdego dnia? — zapytał dyżurny, starszy mężczyzna w kolejarskim uniformie. — Setki. W nocy mniej, ale nadal sporo. Nie zauważam każdej osoby.

— Ale ktoś wyskakujący przez okno pociągu? — dociekał Wolniewicz. — To nie jest coś codziennego.

— O pierwszej w nocy siedziałem w nastawni — odparł dyżurny. — Nie wychodzę na peron, chyba że jest jakiś problem. A problemu nie było.

Ślad zniknął w Barcinie.

Wolniewicz wrócił do Konina sfrustrowany. Miał coś — tajemniczą postać na monitoringu — ale to było za mało. Nie mógł udowodnić, że to Sylwia. Nie mógł udowodnić, co się stało potem.

W niedzielę rano zadzwonił prokurator Szyling.

— Inspektorze, minął tydzień.

— Wiem — odpowiedział Wolniewicz.

— Znalazł pan coś?

Wolniewicz zawahał się. Mógł wspomnieć o monitoringu, o postaci wyskakującej z pociągu. Ale wiedział, co powie prokurator. „To nie dowód. To może być ktokolwiek.”

— Nie — przyznał w końcu. — Nic konkretnego.

— W takim razie zamykam sprawę — stwierdził Szyling. — Śmierć Sylwii Kuciny klasyfikuję jako samobójstwo. Przykro mi, inspektorze.

Wolniewicz chciał protestować. Chciał krzyczeć, walić pięścią w biurko, rzucić telefonem o ścianę.

Ale tego nie zrobił.

— Rozumiem — powiedział tylko. — Dziękuję za czas.

Rozłączył się i siedział w ciszy swojego biura, patrząc w okno. Za szybą szarość, deszcz, jesień.

Sprawa została zamknięta.

Ale dla Wolniewicza to dopiero początek.

Bo gdzieś w głębi wiedział — absolutnie, bezwzględnie wiedział — że Sylwia Kucina nie popełniła samobójstwa.

I ktoś za to zapłaci.

ROZDZIAŁ 4: SERIA

Jedenasty listopada, Święto Niepodległości. Cała Polska świętowała — marsze, koncerty, uroczystości państwowe. W Warszawie tłumy przechodziły ulicami z biało-czerwonymi flagami. W mniejszych miastach odbywały się skromniejsze obchody — apele, msze, defilady straży pożarnej i orkiestr dętych.

Inspektor Marek Wolniewicz spędził ten dzień w biurze.

Siedział nad aktami sprawy Sylwii Kuciny, które oficjalnie powinna była już trafić do archiwum. Sprawa zamknięta, samobójstwo, koniec. Ale Wolniewicz nie potrafił odpuścić. Przeglądał notatki, fotografie, raporty. Wpatrywał się w rozmyty kadr z monitoringu pokazujący postać wyskakującą z pociągu.

Telefon zadzwonił o czternastej dwadzieścia trzy.

— Wolniewicz — odebrał automatycznie, nie odrywając wzroku od dokumentów.

— Inspektorze, tu komenda w Łodzi — odezwał się kobiecy głos. — Mówi sierżant Monika Zawadzka. Dzwonię w sprawie potencjalnego powiązania z państwa śledztwem.

Wolniewicz wyprostował się na krześle.

— Jakim śledztwem?

— Sprawa Sylwii Kuciny. Mam tu notatkę, że prowadził pan to śledztwo przed zamknięciem. Prawda?

— Tak — potwierdził Wolniewicz, czując, jak serce zaczyna mu bić szybciej. — Co się stało?

— Wczoraj wieczorem znaleźliśmy ciało mężczyzny na torach kolejowych pod Koluszkami. Początkowo wyglądało na typowy wypadek, ale po sprawdzeniu w systemie zobaczyłam podobieństwa do państwa sprawy.

— Jakie podobieństwa?

— Ofiara zaginęła z pociągu — wyjaśniła Zawadzka. — Pociąg osobowy relacji Warszawa-Katowice. Mężczyzna wsiadł w Warszawie, miał jechać do Częstochowy. Około dwudziestej trzeciej wysłał SMS-a do żony, że jest w pociągu. Po tym kontakt się urwał. Żona zgłosiła zaginięcie w Częstochowie. Ciało znaleziono następnego dnia na torach, jakieś pięćdziesiąt kilometrów przed Częstochową.

Wolniewicz poczuł dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie.

— Tożsamość ofiary?

— Piotr Ząbek, czterdzieści dwa lata, inżynier z Warszawy. Żonaty, dwoje dzieci.

— Sekcja zwłok?

— Jeszcze nie mamy pełnego raportu, ale wstępne oględziny wskazują na śmierć wskutek przejechania przez pociąg.

— Czy były jakieś ślady na ciele? Siniaki, zadrapania, coś nietypowego?

Zawadzka zawahała się.

— Nie wiem. Musiałabym sprawdzić u patologa. Dlaczego pan pyta?

— Bo ofiara w mojej sprawie miała ślady uciskowe na nadgarstkach — wyjaśnił Wolniewicz. — Proszę sprawdzić, czy w waszym przypadku jest coś podobnego. I proszę mi przesłać wszystkie materiały ze sprawy.

— Dobrze. Dam znać, jak tylko będę miała wyniki sekcji.

Wolniewicz rozłączył się. Siedział przez chwilę w ciszy, myśląc intensywnie.

Jeden przypadek to tragedia. Dwa przypadki to zbieg okoliczności.

Ale jeśli będzie trzeci…

Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem z Włocławka.

— Inspektor Wolniewicz? Tu młodszy aspirant Krzysztof Baranowski z komendy we Włocławku. Dzwonię w sprawie ciała znalezionego na torach kolejowych.

Wolniewicz zamarł.

— Kiedy?

— Dzisiaj rano. Kobieta, około trzydziestu lat. Zaginęła z pociągu noc wcześniej.

— Chryste — wyszeptał Wolniewicz.

— Słucham?

— Nic. Proszę mi przesłać wszystkie materiały. Natychmiast.

— Ale to jeszcze wstępne śledztwo, nie mamy nawet…

— Natychmiast — powtórzył Wolniewicz ostro. — To rozkaz.

Rozłączył się i zadzwonił do komendanta wojewódzkiego Stanisława Bryka.

— Mamy problem — powiedział bez wstępu. — Duży problem.


Komenda Wojewódzka Policji w Poznaniu. Poniedziałek, dwunasty listopada, godzina dziewiąta rano.

W sali konferencyjnej na trzecim piętrze zebrało się dziesięć osób. Inspektor Wolniewicz stał przy tablicy, na której rozwiesił fotografie, mapy, notatki. Obok niego komendant Stanisław Bryk — masywny mężczyzna po sześćdziesiątce, z siwymi włosami przyciętymi na jeża i głosem jak tarka do sera.

Przy stole siedzieli przedstawiciele różnych komend: z Konina, Łodzi, Włocławka, Kutna, Piły. Wszyscy wyglądali na zmęczonych. Weekendy spędzili na zbieraniu informacji, przesłuchaniach, analizach.

— Panowie, panie — zaczął Bryk — zebraliśmy się, żeby omówić sytuację, która zaczyna wyglądać bardzo poważnie. Inspektor Wolniewicz przedstawi szczegóły. Proszę.

Wolniewicz kiwnął głową. Podszedł do tablicy.

— Od dwudziestego szóstego października do dziesiątego listopada mieliśmy trzy przypadki śmierci na torach kolejowych, które według oficjalnych raportów sklasyfikowano jako samobójstwa — zaczął. — Pozwólcie, że przedstawię je chronologicznie.

Wskazał na pierwszą fotografię — Sylwię Kucinę.

— Ofiara pierwsza: Sylwia Kucina, dwadzieścia osiem lat, nauczycielka z Piły. Dwudziestego szóstego października podróżowała pociągiem osobowym relacji Piła-Kutno. Około pierwszej w nocy zniknęła z przedziału. Ciało znaleziono następnego dnia pod Służewem, sto kilometrów od miejsca zaginięcia. Sekcja zwłok wykazała ślady uciskowe na nadgarstkach.

Przesunął wskaźnik na drugą fotografię.

— Ofiara druga: Piotr Ząbek, czterdzieści dwa lata, inżynier z Warszawy. Dziewiątego listopada podróżował pociągiem osobowym relacji Warszawa-Katowice. Około dwudziestej trzeciej wysłał ostatniego SMS-a do żony. Zaginął. Ciało znaleziono dziesiątego listopada pod Koluszkami, pięćdziesiąt kilometrów od Częstochowy. Sekcja zwłok… — zawiesił głos, patrząc na raport — również wykazała ślady uciskowe na nadgarstkach i kostkach.

Szmer przebiegł przez salę. Ktoś cicho gwizdnął.

Wolniewicz wskazał trzecią fotografię.

— Ofiara trzecia: Anna Nowicka, trzydzieści jeden lat, księgowa z Torunia. Dziewiątego listopada podróżowała pociągiem osobowym relacji Toruń-Poznań. Zaginęła między Włocławkiem a Koninem. Ciało znaleziono dziesiątego listopada… — sprawdził notatki — również z śladami uciskowymi na nadgarstkach.

Cisza.

— Trzech ludzi — powiedział w końcu Bryk — w ciągu dwóch tygodni. To już nie jest zbieg okoliczności.

— Dokładnie — potwierdził Wolniewicz. — Mamy do czynienia z seryjnym mordercą.

— Albo mordercami — wtrącił się przedstawiciel z Łodzi, inspektor Tomasz Krawczyk, chudy mężczyzna w okularach. — Może to grupa?

— Możliwe — przyznał Wolniewicz. — Na razie nie wiemy. Ale wiemy jedno: ten czy ci sprawcy operują w nocnych pociągach osobowych. Wybierają ofiary podróżujące samotnie. Jakoś zmuszają je do opuszczenia wagonów. A potem…

Nie musiał kończyć. Wszyscy widzieli zdjęcia z miejsc znalezienia ciał.

— Jak to robią? — zapytała przedstawicielka z Włocławka, młodsza aspirant Ewa Sobczak. — Jak można wyrzucić człowieka z pędzącego pociągu i nie zostać zauważonym przez innych pasażerów?

— To właśnie musimy ustalić — odpowiedział Wolniewicz. — Ale mam kilka teorii.

Podszedł do mapy kolejowej wiszącej na ścianie.

— Wszystkie ofiary zniknęły z pociągów osobowych, które jechały w nocy. W Polsce jest około pięćdziesięciu takich połączeń dziennie. Wagony są stare, słabo oświetlone, często półpuste. Ludzie śpią, słuchają muzyki, nie zwracają uwagi na innych.

— Ale obsługa pociągu? — dopytywał Krawczyk. — Konduktorzy, maszyniści?

— Przesłuchałem obsługę pociągu, którym jechała Sylwia Kucina — odparł Wolniewicz. — Twierdzą, że nic nie widzieli. I wierzę im. Konduktor ma pod opieką siedem, osiem wagonów. Nie może być wszędzie jednocześnie. Maszynista siedzi w kabinie lokomotywy, nie widzi, co dzieje się w składzie.

— A monitoring? — zapytała Sobczak.

— Większość starych wagonów nie ma monitoringu wewnętrznego — wyjaśnił Wolniewicz. — Są kamery na stacjach, ale ich zasięg jest ograniczony. Znaleźliśmy jeden kadr pokazujący postać wyskakującą z pociągu w Barcinie, ale jakość obrazu uniemożliwia identyfikację.

Bryk wstał i podszedł do tablicy.

— Jakie mamy wspólne elementy tych spraw?

Wolniewicz wskazał na notatki:

— Po pierwsze: wszystkie ofiary zginęły w nocnych pociągach osobowych. Po drugie: wszystkie miały ślady uciskowe na ciele, sugerujące użycie siły. Po trzecie: żadna z ofiar nie wykazywała wcześniej tendencji samobójczych. Po czwarte: w każdym przypadku ciało znaleziono kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zaginięcia.

— Czy ofiary się znały? — zapytał ktoś z tyłu sali.

— Sprawdziliśmy — odpowiedział Kosecki, który siedział z boku z laptopem. — Nie znaleźliśmy żadnych powiązań. Różne miasta, różne zawody, różne kręgi towarzyskie.

— Losowy wybór ofiar — stwierdził Bryk. — To najgorszy scenariusz.

— Niekoniecznie losowy — skorygował Wolniewicz. — Sprawca ma jakieś kryteria. Musimy je ustalić. Wiek? Płeć? Wygląd? Miejsce w pociągu?

— Dwie kobiety, jeden mężczyzna — zauważyła Sobczak. — Wiek od dwudziestu ośmiu do czterdziestu dwóch lat. Nie widzę wzoru.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 75.64