E-book
4.1
drukowana A5
23.03
Koła żywotów

Bezpłatny fragment - Koła żywotów


5
Objętość:
128 str.
ISBN:
978-83-8221-227-3
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 23.03

Wezwanie Szlachetnej Bogini

zawsze podążam za Twoją gwiazdą

Złota Zorzo święcąca światom


błóż mi wszechmocna Bogów Miłości

umysł mój oczyść z ciemności


Tyś Wiedzą Słońc przebudzona

władczynią światów objawiona

Wicher dziejowy

na wielkiej równinie

wrzał śmiertelny bój

w „nieprawości” czynie

trwał wierny zastęp mój


nagle coś ustało

osłabł bitwy zgiełk

nieznanym powiało

drgnęło serce me


w „barbarzyńskim” szyku

przeciw wrogom mym

w nerwowym uniku

patrzyłem okiem „złym”


bezlitosny wiatr historii

zmiótł mnie z jej kart

triumf tamtej glorii

w „piekle” jednak trwa


z „bluźnierczym” ryknięciem

runął „pogański” ród

równany z bydlęciem

zatrzymał ten „cud”

Śmierć wiedzącej

z serca puszczy zrodzona

w żertwie światu ostawiona…


wygnana, bo prawdę swą niezłomnie siała

wyklęta, bo w oczy spojrzeć się nie bała

zniesławiona, bo ich załganie piętnowała

na stosie spalona, bo ich prawa złamała…


przez ludzką pamięć odrzucona

młotem na czarownice zgnieciona…

Zbawiciel

z nędznego rodu

spłodzony w głuszy

z obłoku smrodu

zrodzony bez duszy


do obskurnej nory

wygnany za grzechy

do cmentarnej stwory

przyjęty pod strzechy


pod batem tyrana

gnębiony kraj srodze

pod berłem kapłana

więdnący w trwodze


na trony wieloświatów

osadzony gwałtem

z nim wierny krąg katów

on panem wszechrzeczy — Czartem

Zza lasu po siedmiokroć groza

czarnym płaszczem pieścisz noc

wnet poznałeś czym jest zło

mroczny zamek, krwisty mur

zimne lochy, gnilny dur…


szarą sierścią karmisz strach

wnet poznałeś śmierci smak

stary szałas, ciężar chmur

ciemne drzewa, cichy bór…


kraj rozdarty między was

rozstrzygnięcia nadszedł czas

dumne grody, zbrojny chór

nędzne chaty — zewsząd Mór…


i ta dolina w łuku gór

świadek wiecznej wojny

wybrańców Mary cór

przyjmie od ich ból ogromny…


gdy nastanie czarów kres

rzeknie o nich świadectwo

krew, zło, gniew i śmierć

przeznaczeniem z nich każdego…


siedmiu władców, siedem plag

siedem znaków, siedem miast

siódma pieczęć, siódmy rok

siódmy syn — odwieczny mrok!


czarci jad, juchy smak

gwałtu brud, sumienia brak

łgarstwa trąd, prawdy miód

zgubny los i odrodzenia cud!

Dębowy gród

o przeklęty grodzie dębowy

wyrosły w pradawnej puszczy

sprzeciwiłeś się jej prawom

wyklęli cię nasi Bogowie!


zawierzyłeś Piastowi,

który w imię Gryfa

rozorał twego ducha szponami

i prochem zasypał ci oczy…


przyszły pomory i wojny

nieprawdziwi bracia pogrozili ci winą i karą,

a ty karnie ugiąłeś się w jarzmie

Bogowie nasi odwrócili twarze!


czarne słońce wypaliło twoje serce

wola twoja rozcięta

a duch zgnieciony

płaczą stare dęby…


krew ich woła do ciebie

żądasz żertw z życia

obrzydły jesteś naszym Bogom

nie proś Ich nigdy o nic więcej…


co chore i spaczone

musi zmarnieć i zginąć

czy odrodzisz się z pyłów?

Święty Ogień może ci powie…


Zielonooka Bogini walczy o tę ziemię

z przenikliwą zmarzliną

o Złotogłowa Pani czy warto?

Koło Życia już nie obraca się dla niej…


prochy Magiczów i Jowów wołają w milczeniu

czy usłyszych ich głos?

czy ujrzysz skrzącą się iskrę?

poczuj ten zew, przeklęta ziemio i odpowiedz…

U boru

na uschłym drzewie przysiadł kruk

nie był Duchem Rodu

we wszechzmarnieniu utkwi tu na zawsze…

spojrzał w pola zobaczył drzewa w oddali,

ale nie dojrzał nawet chęci wróżdy…

z korzeni kikutów wyzierała martwa woda

nie ujrzał w jej lustrze nikogo i niczego,

a wiatr rozpaczał tarzając się w kurzu zapomnienia

Bogowie przeklęli tę ziemię…

daleki bór wciąż szumi

przez zwiędłe liście swoje żale wylewając

igłami zaschłych łez…

Na rubieży jednego świata

wapień, korund, żelazo?

Trzechsyn by to wiedział…

wola woniąca jak jadło w dwojakach

gładkie złoto i szorstka zieleń

upojony polem i lasem szumię trawom spalonym szczytem Swaroga,

a one szepczą mi pieśń minionych żeńców

Trzygłowie mieniący się światłem, mrokiem i krwią

wejrzyj na mnie

nad głową szara ćma

wstanę, skrzeszę ogień na rozstaju dróg

na mą Dolę i Niedolę, Twoje Gody a me Dziady

trzebę złożę z plonów czarnej ziemi

jestestwo moje znika stąd

nie byłem — nie będę

nie jestem w Jawii skąd przyszedłem

czy z rubieży rodzimej?

czy ze świata?

Wy to wiecie

Ty go znasz

los mój wyczytany z przedwiecznych ksiąg

jakby mnie nie było — jakbym nie był

nigdy, nigdzie…

gwiazda moja zgasła

wypaliła się jak owe ziele

ostatniej wody woń

orzeźwia mnie chmurą, w oddali piorun

krzesi nową iskrę

znajdą mnie, już znaleźli

bogoburcy prawowierstwa

wróżdę zostawiam umarłym i mojej Bogini

nagle wzięła mnie za ramię

by przeniknąć z nią

do osnowy innych dziejów…

***

miłośnico skąpana w jantarze uniesień

rumieniec bezwstydu promieni Twoje lico

spójrz na mnie ostatni raz tej nocy

srebrne światło padło na Twe dłonie

zaraz ulecisz gdzieś w fale

w sprzężeniu i uścisku Czerni,

bo nie istniejesz ni Ty, ni ja

a Niejaźń wślizgnie się do Nicości…

***

plugawe gwiazdy rozświetliły mrokiem jeszcze żywą planetę

bezlitosny ucisk, poczucie winy i nieuchronność kary zgładziły jej ducha

łkające fale i ponure szczyty skarżą się w beznadziei istnienia

nieprzebyty bór milczy w niepokoju bezczynność

lecz trzewia ziemi pulsują w spazmach krnąbrności

rozpalając stos nadziei aż Jaźń otworzyła swe oczy

żeby choć raz spojrzeć na martwą już planetę

Czarnogłów uniósł przedsię prawe ramię

mierząc obumarłe niebo

spuścił zasię lewe ramię mierząc obumarłą ziemię

zwrócił wole rogi w górę mierząc nieruchome lody łez

spojrzał wężowym okiem w dół mierząc nieruchome wydmy pyłów

usiekł mieczem spękaną kopułę

przeszył włocznią zmurszałe odrzwia

kluczem jego żar pomsty

echem jego wycie wichrów

uszedł z ruin cień jedynowładztwa

z pustki zagorzało zarzewie rozumu, wolności, godności, miłości…

Zajaśnieli Swarożyc i Chors

złotem i srebrem ponownego Jestestwa,

a skromny Czarnogłów skrył się w otchłani człowieczej niepamięci

w bezmiar uszły nocne motyle

Modły sławskie

Modlitwa Mężów Słońca:

o Trzygłowie

ześlij ducha, wolę i serce


Białebogi

dajcie siłę, hart i ryt

Czarnebogi

dajcie myśl, moc i mit

Krasnebogi

dajcie rzemiosło, żony i byt


Modlitwa Żon Miesiąca:

o Trzygłowie

ześlij ducha, wolę i serce


Białebogi

dajcię dumę, gościnność i ryt

Czarnebogi

dajcie sztukę, ciekawość i mit

Krasnebogi

dajcie wiedzę, mężów i byt


Modlitwa Ludu Słowa:

o Trzygłowie

ześlij życie, śmierć i świat


Białebogi

dajcie ogień, wiarę i ryt

Czarnebogi

dajcie wodę, płodność i mit

Krasnebogi

dajcie ziemię, wolność i byt


o Jaźni

ześlij Słowo

Świątki

Koło Czasu obraca się powoli

nieprzerwanie

kruszy istnienia zmieniając żywioły

od zawsze

na zawsze

świętujmy!

już Dziki Gon pędzony przez Welesa

tratuje zaprzaństwo

od Godów

do Godów

wilki gonią kozy

przez osnowę Jawii,

a Jaźń obraca Kołem Życia

miażdżąc odszczepieńców, którym niesie kres

śmierć ducha narodzeniem ciała?!

płomień nie zmoże fali niemocnej go zagasić

żyzność zadrug przyniesie wolność

świętujmy!

złote i srebrne rydwany popędzą po widnokresie

puszcze i morza zagrają starą pieśń

garncem piwa i miodu wyprawiam przeszłe trzyzny

przyszłe kosopleciny

własne postrzyżyny

świętuję!

barwy Jaźni i stany Jestestw przesileniami

okrywają mego umęczonego ciałem ducha

pokrzepiają me duchem wycharsłe ciało

w świetle ciemności

w mroku jasności

składam żertwy z własnych myśli

wznoszę miecz i róg

o Bezmierny Czarnogłowie!

świętujmy!

Żona zadrużna

w splecionych koronach zbawczych drzew upajasz się wolnością

spojrzałaś tam…


w cienistych pniach zbawczych drzew upajasz się miłością

zawołałaś tam…


w omszałych korzeniach zbawczych drzew upajasz się radością

poczułaś tam…


i pojmując, miłując, wierząc — stworzyłaś…

Kryształy Śmierci

nierzmierzona przestrzeń

załamująca czas

zmieniająca widnokręgi zdarzeń

wpływająca na osnowy dziejów

lecę w niej

utrzymuje mnie tam płynnie parujący kamień

zmieniający wszystko

zwyciężający wszystkich

jego oparami oddycham

jego kroplami żyję

jego okruchami tworzę i niszczę

zbliżam się do chmary wrogów

nie widzą mnie — omijam ich z dala

mając w głowie cel, do którego dążę

czarne gwiazdy płoną w otchłani wieloświatów mroku

zstępuję na plugawą planetę

jej bluźniercze chramy błyszczą zaprzaństwem

rozbijam kryształy przebrzydłych żertw

brodzę pośród krwi, kości i prochów skąpanych w czerni geniusza duchów mroku

Śmierć jest tylko początkiem

drzazgi jej kryształów skruszonych Trójkołowrotem

ranią nowy świt, który odejdzie

kiedy szara ćma zatoczy nocą okręg nad płomieniem świecy i spłonie

w brzasku jej płomienia,

a Zorza tchnie jej popioły w nowy kryształ wpadający w źrenicę świata

powstałego już na zawsze

po zmierzchu odrzucenia

po świt przyjęcia

Przyczynek latopiśmienny do dziejów Ludów Słońca

z gór, z lasów i z rzek

wyszli ludzie o jaszczurczych oczach i w wilczych skórach

Neurowie

z bagien Meotydy i stepów Antii poszli za horyzont

Skołoci

elektronowym berłem rozbili zagony uzurpatorów

niepodzielnoprzeciwny elektr wiódł ich nieboskłonem

od Hiperborei

do Sklawinii,

a świątynie nad morzami, w górach i w puszczach

przyjęły bogomiłe trzeby

mieniące się barwnymi światłami,

a Ojciec Szlachetnych i Wybranka Bogów

ponieśli zarzewie Słowa w ziemskie żywioły i ludzkie żywoty

powstań i nie wahaj się za nie umrzeć…

zapadła ciemność

przemówiły duchy:

„głupotą jest…

lepiej zginąć…

nic więcej nam nie trzeba…”

***

prawowiercy Słowiańszczyzny powstają

z pyłów, z prochów, z kości umęczonej ziemi

z ruin upodlonych chramów

Peruń i Wełeś wznoszą dumne oblicza epatując światłem i mrokiem

Mokosz powstaje z sinego morza i szarych skał przywracając życie światu

siwa mgła rozrzedza się na styku wymiarów pod berłem Trzechsyna

Trzygłów wskrzesza, tworzy i wyznacza kres

i my powstańmy!

Ludu Słowa!

nie daj sobie znowu napluć w twarz

i dbaj o wszystkich pobratymców

niech otworzą się stare kurhany

niech Ziemia odda zapomnianego ducha

niech Bogi o Tobie nie zapominają

jak Ty zapomniałeś o nich…

Pieśń o Dragowicie

jakiż to wywód zebrał Joseph Bédier?

było to po Świątkach Mokszy

tylna straż wycięta w pień

gwałtownicy wybici do nogi

nie usprawiedliwiajmy Karola Wielkiego

krwawego jedynowładcę, który poszedł na równych sobie wrogów

proroków kłamstwa

pod Saragossą zebrały się chorągwie Dragowita

Milczanie niby porośnięci szczecią od lędźwi przez grzbiet do wielkich głów

Łużyczanie i Wilcy zebrani pod stanicami Jarowita i Trzygłowa

czy może Świętowita i Wołosa?

ruszyli Frankowie,

ale na kogóż to?

załgany Turold rzecze, że na Saracenów

a może na Basków?

wracaj na Połabie, Dragowicie!

wracaj na Zaodrze, Dapamorcie!

Karol wojuje już siedem lat, dość krwi przelanej i dębów wyciętych!

strzeż się niemych wrogów

strzeż się ich bogów gwałtu i wojny

Jehowy i Jezukrysta — czartów saskich!

wracaj Dragowicie w te puszcze, rzeki, bagna, wyspy

nie Twoja to wojna

pluńże na szubrawców i nie wykrwawiaj bez potrzeby zastępów prawowiernych

mury i wieże Saragossy i tak obrócą się w proch

wróć mężny witeziu!

Zorza

los mój

wydarty ze starych ksiąg

napisaliście go dla mnie, o Pradawni

uprzędłyście go z pogmatwanych wątków mojej osnowy, o Rodzanice

moje Dole i Niedole

szukam siebie we własnym przeznaczeniu

łuna moja jeszcze płonie

skrzy się krwawym odbiciem

tego co było, jest i będzie moim duchem

przedwieczny kruk być może zasiądzie na gałęzi mego rodu

gdzie go szukać?

Zorza rozpala nowy dzień

wstanę, pójdę

ruszę za Słońcem i Gwiazdą Północną

prowadź Jutrzenko

woła zew…

Twórstwo

w mroku zajaśniało

wybuch światła i ciemności otworzył nowe Wieloświaty,

a może to skłębiona Nicość wypluła ciemność i światło?

Jaźń rzuciła gorejąca iskrę w zimną pustkę,

a Jestestwa zeszły do jej trzewi poświęcając się żertwą własnych istnień

zapłonął ogień…

sinoszare zagęszczenie żywiołów oddało swe duchy

kształtując je wedle

swej woli z siwej mgły

z wolna unoszącej się znad pierwocin wiecznych

aktów i gestów trwających w nieskończoności

gdzie tworzenie — tam niszczenie

gdzie życie — tam śmierć

pod okiem oczyszczającego ognia trójbarwna krew

dokonuje wzniosłych czynów, które nie przeminą

trwać będą jej owoce mimo ludzkiej niepamięci…

zeszły Bogi i z Jestestw stworzyły Drzewo Życia,

a Jaźń była ich natchnieniem

przenikające się wymiary przemawiają do nas

wypatrujmy czarnych kruków pożerających szare ćmy w bezmiesięczne noce…

Niedole Wenedów

praojcowie szlachetni przeminęli

wyszli z gniazda w widłach rzek

mieniących się jasną tonią po kres spojrzenia

nad sine morze ponieśli Bogów

tam gdzie Mokosz prowadzi jantarowym blaskiem

a Swarożyc chowa swoją tarczę ognistą

postawili ołtarze złotosrebrne

przestało darzyć i zaparli się wiary

jakoż poddani jedynowładcom

nawet zwani inaczej

czy wrócą gdzie zorze płoną?

***

gdy nie wiesz gdzie i kiedy

zaczyna się i dokąd biegnie Twoja linia czasu

pomyśl o Nich

skąd przychodzili i dokąd zmierzali

najdrobniejsze okruchy pamięci mają swoją wagę

wydzieraj je z kruczych dziobów

przyj śmiało przez nici dziejów,

a znajdziesz coś, co mają nieliczni

czy dojdziesz do Sołunia zza Meocji przez Suroż

czy zwyciężysz Obrów i Sasów

spoglądaj wstecz po to aby ujrzeć przedsię

zbolały duch Twój nie opuści teraz tego czasu ani miejsca

jego zwierciadło odbija wielobarwne zorze

pióra Twoich myśli jak Siemargł zniżają się do żyznej toni Ziemi

Ogień Twój rozpali na nowo głód wyjścia z ciemności

za światłem Twoim pójdę skryty w mroku własnej nicości

Nad Ossą

wiosną…

łuna kłębiastych obłoków przeszła nad leśnym rozlewiskiem

borowy westchnął, a korzenie drzew poczęły się cofać znad omszałych brzegów jezior

Słońce świeciło lecz wnet czarne chmury pokryły sklepienie

wieszcz westchnął, a znak pewien przesłonił koronę puszczy

zbeszczeszczono święty gaj i jego owoce

wypuszczono siedem włóczni na pomstę

z obrzydliwego kałduna rzuconego psom spłynęła rdzawa posoka

tamtych odesłano precz jako niewolników niegodziwca

widzący ostrzegał:

„A po cóż nam wasza sól i żelazo? Wracajcie skąd przyszliście!”

król o dwóch diademach na dumnej głowie wykupił śmierdzące truchło

za wagę łysej pały i tłustego bandziocha

jesienią…

wieszcze i wiedzące trwali w borach i na rozlewiskach,

a rycerze rabujący ziemie i dusze zagrabili nawet miano

plugawym znakiem zhańbili kraje przodków

niech ten błękit się wylewa na płótno tej sinej zieleni, która nie zblaknie,

a niema czerń niech powróci na pustynię niebytu

niech nie składa hołdów

drugiego cudu w tym domu nie będzie

Klątwa umęczonego żyrzca

bądźcie przeklęci, o zaprzańcy

bądźcie wyklęci, wy zdrajcy

nie usłuchaliście pradawnej przepowiedni

daliście się podzielić jak stado nadciągającej watasze,

a wasze watry pogasły żałośnie

bądźcie zaszczuci, o wygnańcy

bądźcie zapomnieni, wy czartów posłańcy

już za późno by się wyzwolić

skaziliście całe rody i pokolenia

nikt już nie pochyli się nad wami

przepadnijcie w czeluściach niepamięci

***

świt oblał mnie złotą poświatą

srebro nocy udało się na spoczynek

przestało czuwać nade mną

krwistą poświatę przyniosł zmierzch

pojawiłaś się ponownie

prowadzisz mnie jak zawsze

do którego łoża mnie zawiedziesz?

do złotego, które będzie się wygaszać?

do srebrnego, które będzie się rozpalać?

i tak mnie zostawisz

spocznę na miedzianym

zostanie tylko wspomnienie

i puste pole głębokich bruzd…

Ze strzępów uwag raba jedynowładzy

z siwych mgieł przywiozły go wozy żelazne

w nich już natknął się na żeńskiego ducha Krasnobogiń

w opolu zobaczył jakby taniec rusałki z niedźwiedziem

poszedł w puszczę nienawistnik skostniały w głupocie

nie obronił go Welnias przed Perkunasem

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 23.03