E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
42.45
Kocie Królestwa

Bezpłatny fragment - Kocie Królestwa

wydanie zbiorcze


Objętość:
345 str.
ISBN:
978-83-8245-914-2
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 42.45

Pobierz bezpłatnie

Tom 1

Królewski ślub

O oprawie tego wydarzenia nie było warto wspominać. Było dokładnie tak, jak być powinno: słońce ogrzewało ziemię ciepłym, promienistym uśmiechem, wiosenny wiatr starał się jak mógł, by dostojnym gościom Królewskiego Ogrodu nie zabrało tlenu, ptaki śpiewały ptasie trele, zaś soczyście zielona, świeżo skoszona trawa szeptała coś cicho w sobie tylko znanym języku. A w każdym razie właśnie o tym następnego dnia pisały wszystkie dzienniki.

Jednak tak naprawdę to, co najciekawsze, nie działo się na oczach dziennikarzy. Nie, to nie był przypadek, że z całego olbrzymiego kompleksu ogrodów królewskich pod lokalizację zaślubiska wybrano właśnie ten poczciwy trawnik, a nie na przykład majestatyczne wnętrze królewskiej palmiarni czy choćby tak lubiany przez świętej pamięci starą królową ogród różany. Powszechnie jest wszak wiadome, iż najciemniejszy las to las modrzewiowy, a właśnie taki rósł obok trawnika. „Gdzie, jeśli nie pod tym lasem, będzie najlepiej skrryć nasze oddziały na wypadek, gdyby czarrny scenarriusz się sprrawdził i pod potrzebą stanęłaby nasza interrwencja” argumentowała dowodząca wojskami Zachodniego Królestwa Kotów Generał Polinezja i książę chcąc nie chcąc ugiął się pod jej argumentami.

Tak więc teraz, gdy ku uciesze gości ptaki śpiewały, trawa szeptała, zaś słońce uśmiechało się od ucha do ucha, teraz właśnie w ciemnym-mrocznym lesie modrzewiowym trwała narada, a w zasadzie: „narrada”.

„Krra, nie muszę wam przypominać, jak siarrczyście ważna jest dzisiejsza orroczystość i jak wielu warriatom może leżeć w interresie zakłócenie jej i przerrwanie. Zarrównie nasz krról jak i przyszła krrólowa mogą znaleźć się pod stanem zagrrożenia i naszym prriorrytem powinno być zaprrowadzenie nad nimi pieczy”.

„Tak jest, pani generał!”

„Kartacze i Petardy” „I Petajdy, i Petajdy!”

„Musimy być zwarrte i gotowe, by w każdej chwili móc zarreagować, krra! Nie życzę sobie żadnego rrozleniwienia, ma być pełna dyscyplina, zrrozumiano?”

„Pełna dyscyplina, pani generał!”

„Kartacze i Petardy” „I Petajdy, i Petajdy!”

„A na rrazie wszystkie nasze oddziały zostają w krzakach. I nie chcę słyszeć ani krraknięcia, krra, ani pisknięcia, krra, ani najcichszego trzepnięcia skrzydłem. Nikt z gości nie powinien, krra, powiem więcej, nie może wiedzieć o naszej obecności. Pełna konspirracja!”

„Zrozumiano, pani generał!”

„Kartacze i Petardy” „I Petajdy, i Petajdy!”

Ścisły sztab dowodzący Papuzią Armią zatrudnianą przez kocich władców z Zachodniego Królestwa składał się z pięciu papug. Oprócz głównodowodzącej Poli Chce Krakersa, zwanej też Generałem Polinezją, była tam jeszcze zasłużona kombatantka Lotka, zwana Nielotką, od kiedy wykonując bardzo niebezpieczną misję straciła oba skrzydła, a także dwie jednomyślne papużki-nierozłączki, „prawe skrzydła” Generała Polinezji: zielonopióra Kartaczka i niebieskopióra Petarda. Tej parce grubych papużysk asystowała od niedawna niebieskopióra nowicjuszka zwana ze względu na swoje podobieństwo do Petardy Małą Petardą.

„Dopierro na mój wyrraźny rrozkaz zerrwiemy się do szturrmu i wydziobiemy dziurry we łbie wszelkim napastnikom, jacy zechcą zakłócić te wielkie orroczystości”.

„Rozumie się, pani generał!”

„Kartacze i Petardy” „I Petajdy, i Petajdy!”

W tym momencie między modrzewie wpadła cała zziajana pałacowa służka, pingwinka Konfacela.

„Pani Generał… uf-uf… mamy problem… potrzebujemy pani pomocy!”

„Co takiego?! Czyżby jakiś parrszywy wrróg na nas napadł?!”

„Nie… ale… uf-uf… książę… książę Kłębuszek w swej wielkiej miaukliwości odmawia… uf-puf… odmawia wzięcia udziału w uroczystości”.

„Co takiego, krra?! Już ja nauczę obowiązkowości tego futrzaka!”

Niebo nad trawnikiem spłynęło czerwono-błękitną strzałą i już po chwili Generał Polinezja siedziała na parapecie okna w królewskiej komnacie.

„Nie, nie będę się ubierał, miau, schowajcie sobie te kokardki ślubne” miauczał jego miaukliwość książę Kłębuszek na pałacową służbę „nie idę na żaden ślub, dopóki nie dacie mi więcej śledzików i mleczka dla mojego najśliczniejszego brzuszka na świecie i dopóki nie pogłaszczecie mnie po mojej najśliczniejszej szyjce na świecie”.

„Wasza królewska mość zaszczycił nas zjadając już dzisiaj wszystkie śledzie i wypijając wszelkie mleko z pałacowej spiżarni” szczekał kamerdyner Mocart, wielki biało-brązowy buldog. „Musimy zaczekać, aż…”

„Nie chcę czekać, miau” biadolił książę „jestem głodny, miau. Dlaczego jakiś głupi ślub miałby być ważniejszy od mojego brzuszka!? Dajcie mi…”

W tym momencie Poli wylądowała księciu Kłębuszkowi na najśliczniejszej główce na świecie, wczepiła się pazurami w książęce kudły i siłą bojowej papugi zaczęła dziobać gdzie popadnie.

„Od tego ślubu zależy los krrólestwa, krra! Jeśli ślub się nie odbędzie, dynastia Mrruczkoidów wymrze, a Zachodnie Krrólestwo Kotów upadnie! I nie będzie już żadnego mleczka!”

„Miau, miau, miauauau! Moja główka! Zejdź z mojej główki!” szlochał książę wyginając się na wszystkie strony i próbując zrzucić napastniczkę.

„Dobrze, ale tylko pod jednym warrunkiem, krra! Natychmiast założysz wstążkę weselną i zejdziesz na ślub, zrrozumiano?!”

„Tak, tak, miau, tylko zejdź z mojej główki! Moja biedna główka! Jak boli!”

„Ciesz się, że nie dorrwałam się do ogona” rzuciła Poli i puściła księcia.

„Boli, ojej, moja główka, miau, jak boli!” biadolił książę.

Tymczasem ze wschodu w mlecznobiałej karocy nadjeżdżała już przyszła żona księcia Kłębuszka, mlecznobiała, puszysta kotka imieniem Mleczna.

„Windegardzie, czy daleko jeszcze?” spytała.

„Już dojeżdżamy, jaśnie pani” odparł ciągnący karetę koń.

„Windegardzie, czy widać już zamek?”

„Tak, najjaśniejsza pani, ale w oddali. Teraz zmierzamy do zamkowych ogrodów”.

„Windegardzie, czy droga, po której jedziemy, jest usłana poduszkami, tak jak prosiłam?”

„Oczywiście, najjaśniejsza pani” odparł Windegard.

„A jakiej są barwy?”

„Czerwonej, najjaśniejsza pani”.

„Biada mi, co za dziki kraj!” miauknęła żałośnie księżna „przecież wyraźnie prosiłam, by miały kolor rubinu z odcieniem karmazynowym”.

„Windegardzie, czy widać już girlandy nad wejściem do ogrodu?”

„Widać, najjaśniejsza pani”.

„Zdradź mi, proszę, jakiej są barwy”.

„Niebieskiej, najjaśniejsza pani”.

„A serpentyny?”

„Zielonej, najjaśniejsza księżno Mleczno”.

„Biada mi, biada!” jęczała księża „serpentyny miały być szmaragdowe, a girlandy koloru lapis-lazuli!”

„Windegardzie, czy tłumy gości wiwatują na moją cześć?” Było to zbyteczne pytanie, gdyż wiwaty i salwy armatnie trwały nieprzerwanie od momentu, gdy kareta księżnej przekroczyła granice Zachodniego Królestwa.

„Wiwatują i strzelają z armat na cześć najjaśniejszej pani” zarżał posłusznie Windegard.

„Dzicz” miauknęła księżna. „Przecież prosiłam wyraźnie, żeby najpierw strzelali z armat, a potem wiwatowali. Dlaczego w tym dziwnym kraju wszystko robią na odwrót…”

Po chwili kareta stanęła. Rozległy się fanfary.

„Windegardzie, czy już dojechaliśmy?” spytała księżna.

„Tak, najjaśniejsza pani”.

„No trudno, jak to mówią, nie raz się żyje, nie raz kotu śmierć” pomyślała księżna „zawsze zostaje osiem żywotów w zapasie”. I otwarłszy oczy zeskoczyła ze swojej niezadaszonej karocy na jedną z leżących na trawniku czerwonych poduszek. Rozejrzała się po ogrodzie, dokładnie zlustrowała wszystkie kolory, twarze i kształty, po czym jeszcze raz miauknęła w duchu „jest gorzej, niż myślałam, trawa jest nierówno przycięta, owczarek tybetański z trzeciego rzędu ma przekrzywioną muszkę, ten lis, co w orkiestrze gra na puzonie, nie uczesał kity, a co najgorsze w jednym wianku koło zaślubiska jest siedemnaście niezapominajek, a przecież wyraźnie mówiłam, że w każdym wianku ma być parzysta ilość kwiatków”.

W tym momencie otwarły się wrota pałacu i wyprowadzono stamtąd czarnego kocura, który wyrywał się i coś bełkotliwie miauczał. Od tyłu poganiała go dziobem mała, z wyglądu wredna papuga, za łapę ciągnął go buldog, a przed nim biegła spanikowana pingwinka. „Czy to jakiś stajenny?” pomyślała z obrzydzeniem księżna. „Na chłostę go prowadzą za podjadanie koniom trawy, czy co? Nie mieli lepszego czasu, miau? Przecież to nam zakłóci cały przebieg wesela”. Księżna szybkim i pełnym gracji susem wskoczyła na podium zaślubiska, zajęła należne sobie miejsce na puchowej poduszce i stamtąd dalej obserwowała poczynania kociego farmazona. „Dobre sobie, ten koci przybłędas ma na sobie królewskie kokardki ślubne. Czyżby podwędził je mojemu przyszłemu mężowi?”

Prawda miała się jednak okazać znacznie trudniejsza do przełknięcia dla księżnej.

„Ale obiecajcie mi, miau, że to nie potrwa długo” miauczał tymczasem książę.

„Im mniej będziesz się wierrcił, tym krrócej zajmie” odwarknęła Poli i wepchnęła Kłębuszka na podium zaślubiska. Księżna Mleczna nie dała po sobie poznać, jak bardzo zaskoczył ją i zniesmaczył taki obrót sprawy.

Jako ostatnia na podium wspięła się stara kretka Gwizdzelda, dworska mistrzyni ceremonii.

„Ludu tu obecny, mieszkańcy obu Kocich Królestw, arystokraci, mieszczanie i plebsie, zebraliśmy się tu dzisiaj nie tylko po to, aby być świadkami połączenia tych dwojga ogoniastych istot, ale też by zobaczyć historyczną chwilę połą…”

W tym momencie kretka zniknęła.

„Co to za sztuczka, miau, ja też chcę umieć robić się niewidzialny” wypalił książę. Księżna tymczasem zjeżyła się cała. „Szalejot” miauknęła.

„Żadnego ślubu nie będzie!” rozległ się krzyk głośny jak grzmot. „Jakem Szalejot, nie pozwalam!” I na ziemię wprost z nieba spadł wyliniały, brązowy kocur. Brakowało mu jednego ucha i sporego kawałka jednej łapy. „Siostro” zwrócił się przybysz do księżnej. „Od pokoleń my, Miauczkoidzi ze Wschodniego Królestwa Kotów walczyliśmy z naszym największym wrogiem, Mruczkoidami z Zachodniego Królestwa. Dziś jesteśmy już o krok od zwycięstwa, albowiem pozostał nam do unicestwienia jeszcze tylko jeden, ostatni, parszywy Mruczkoida, a ty chcesz się z nim… hajtać?!” wciąż krzyczał, ale jego głos nie brzmiał już tak donośnie jak wtedy, gdy lewitował w niebie. W tej chwili nie używał już mocy superkota dla dodania sobie animuszu.

„Nie rozumiesz, głupolu, nigdy tego nie rozumiałeś! Ta wojna całkowicie wyniszczyła też naszą dynastię! Jeśli nie połączymy się z Mruczkoidami, czeka nas wymarcie!” odpowiedziała stanowczo Mleczna. Kłębuszek tymczasem korzystając z nieuwagi Szalejota zaczął ostrożnie cofać się w tył do krawędzi podestu…

„Nie, albowiem ja, Szalejot, superkot, mogę objąć tron i rządzić nim wiecznie! Czas się mnie nie ima!”

…w tle dało się słyszeć głośne gruchnięcie. To książę Zachodniego Królestwa spadł z zaślubiska na swoją najśliczniejszą pupcię na świecie.

„Ale nawet ty, bracie, nie jesteś niezniszczalny, miau! Poza tym znam twoje zapędy, byłbyś okrutnym tyranem!”

„Nieprawda!” odkrzyknął Szalejot supergłosem i rzucił w Mleczną różowopurpurową kulą kasującą, której dobył nie wiadomo skąd. Kotka ledwie odskoczyła. Kula trafiła w jej poduszkę i poduszka zniknęła tak, jak wcześniej kretka.

„Rruszamy” wrzasnęła Poli nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń.

I spośród modrzewi wypadła cała zgraja bojowych papug.

Nazajutrz wszystkie dzienniki doniosły, że w promieniach jaśniejącego słońca, w akompaniamencie wiosennego wiatru i śpiewu ptaków, wśród rozkosznych, sielskich krajobrazów Królewskiego Ogrodu, gdzie soczyście zielona, świeżo skoszona trawa szeptała coś cicho w sobie tylko znanym języku, odbył się ślub księcia Zachodniego Królestwa Kotów z księżną Wschodniego Królestwa Kotów, dając tym samym początek słynnej dynastii Kłębuszkoidów, władającej dumnym i szczęśliwym Zjednoczonym Kocim Królestwem.

W bajorze, wśród paszczy

Bycie królem to ciężka, trudna i wymagająca praca. Z pewnością wie o tym każdy, komu choć raz zdarzyło się zarządzać jakimś królestwem. A co dopiero, gdy zrządzeniem losu na głowę małego, pluszowego kota spada olbrzymie, kocie imperium, takie jak Zjednoczone Królestwo Kotów!

„Nudzę się, miau! Jest mi bardzo, bardzo nudno” biadolił król Kłębuszek, wylegując się na swoim puszystym, miękkim, królewskim łożu.

„Czy mam zawoołać trefnisia” zameczała królewska pokojówka, młoda owca imieniem Belena.

„Powiedziałem, że się nudzę, miau, a nie, że mam ochotę na jeszcze większą porcję nudy. Ten trefniś wcale nie jest śmieszny, miau!”

„Moożee wasza miaukliwość jest głoodny”.

„Zjadłem już wszystkie śledzie z królewskiej spiżarni i wypiłem trzy cysterny mleka” zamruczał król. „Cały dzień ciężko leżałem, jadłem, przeciągałem się, leżałem, jadłem i potem znów leżałem. I od tego ciężkiego, znojnego leżenia aż się zmęczyłem. Już mi się znudziło leżenie, teraz chcę zrobić coś nowego, odkrywczego, coś, czego nigdy nie robiłem…”

„To może wasza miaukliwość pragnie udać się z wizytą do szanownej małżonki?” szczeknął królewski kemerdyner, buldog Mocart.

Król Kłębuszek podskoczył jak oparzony. „Nie, tylko nie to, miau!” miauknął przerażony.

Owca Belena nie mogła powstrzymać śmiechu. Było tajemnicą poliszynela, że król z małżonką widział się dwa razy w życiu — na ślubie i w noc poślubną, czego efektem były dwa kociątka, królewicz Podglądaczek i królewna Czerwona Kokardka.

„To wcale nie było śmieszne” burknął król. „Niech mnie ktoś pogłaszcze po moim najśliczniejszym ogonku na świecie, a ja za ten czas wymyślę jakąś naprawdę ciekawą przygodę. Może… hmmm… pójdę do ogrodu… nie, nie, wtedy musiałbym wstać z łóżka, a ono jest takie wygodne… albo zjem makrelę… nie, bez sensu, przecież wolę śledzie… a może…”

„…a może ogłoszę stan własnej abdykacji, krra, i wylecę z krraju na dobrrowolne wygnanie!” zakrakała dowódczyni papuziej armii, generał Poli Chce Krakersa, otwierając drzwi i wpadając jak burza do królewskiej sypialni na czele całego oddziału papug.

„...może…” miauknął rozmarzonym głosem król Kłębuszek „...ale nie, to bez sensu, bo na wygnaniu nie będę miał mojego mleczka… może więc zorganizuję turniej klakierski albo zawody w polowaniu na nakręcane myszy, albo…” w tym momencie król nagle usiadł na łóżku i wbił przerażony wzrok w stojące w drzwiach papugi. „O jakiej ty kraczesz abdykacji, miau!? Co to za najście!? Nie widzicie, że jestem bardzo zajęty!” miauknął. „Omawiam teraz ważne sprawy wagi państwowej, w dodatku państwowe sprawy, o!”

Papugi nie wyfrunęły, a co gorsza otoczyły królewskie łoże. Kolejny szwadron papug wleciał do komnaty przez okno.

„To jest zamach” krakała z przejęciem Poli. „Orrganizuję zamach stanu!”

„A czy zamach stanu to coś do zjedzenia?” spytał niepewnie koci władca, po czym pożałował, gdyż Poli spiorunowała go wzrokiem.

„Przez długie lata tolerrowałam waszą kocią ignorrancję w sprrawach wagi państwowej, przymykałam oko na waszą totalną, absolutną niekompetencję, wasze ciągłe, bezwarrtościowe, egoistyczne kaprrysy, waszą futrzastą, mentalną impotencję” krakała Poli coraz szybciej, maszerując wte i wewte przed królewskim łożem i wymachując skrzydłami z wyrafinowaną gestykulacją. „Posyłałam moje podkomendne, dzielne, bohaterrskie papugi, na bój z tym psychopatą Szalejotem, nadstawiałam własny kuperr dla waszego bezpieczeństwa, dbałam o arrmię i o bezpieczeństwo krrólestwa, gdy wy wylegiwaliście się nie dbając o nic. Wy, koty, nawet nie ponosicie świadomości, ile papug zostało rraz na zawsze wykasowanych z Zabawy walcząc o wasze dobrro. Ale terraz miarrka się przebrrała! Ten mały kociak wyrrwał mi piórrko z mojego ogona, a taka obrraza nikomu i nigdy nie zostanie ode mnie darrowana”.

„Królewicz Podglądaaczek jest bardzo cieekawski” beknęła owca Belena.

„Na pewno nie chciał celowo urazić pani generał” szczeknął kamerdyner Mocart.

„Zakrryć dzioby!” kraknęła Poli, a klika papug złapało się skrzydłami za dzioby. „Nie dzioby, tylko pyszczki” poprawiła się Poli zażenowana reakcją swoich podwładnych. „Zamknijcie pyszczki, krra! Wasze słowa nie są w mocy zmienić cokolwiek. Piórrka zostały wyrrwane! Skrzydło zapadło! Nie unikniecie skarrania. To krres dynastii Kłębuszkoidów. Od dziś zaczyna się erra papug! Pokłońcie się generrałowi Polinezji, nowej imperratorr tej krrainy i całej Zabawy!”

„O, przypomniałem sobie, miau, że ogon mi wpadł pod łóżko, znaczy nie ogon, tylko ta… piłeczka… i muszę go poszukać, bo bez ogona głupio wyglądam… zaraz wracam” miauknął kłębuszek i niezgrabnie zeskoczył z łóżka, a w zasadzie stoczył się z niego, po czym podwinął ze strachu ogon i dał nura pod łoże. A właściwie nie dał, gdyż okazał się za gruby i zaklinował się w połowie.

„Nie trzeba było tyle żrreć, krra!” wyszydziła go Poli. „Wyciągnąć go i zabrrać stąd!” rozkazała.

Dwie silne papugi złapały króla za tylne kończyny, a trzecia za ogon. Jednym pociągnięciem wyciągnęły go spod łóżka i — nie rozluźniając szponów — wyleciały z nim przez okno na dziedziniec. Posadziły go koło wielkiej, obwiązanej sznurkiem kupy potarganych, białych kłaków.

„Jak śmiesz mnie dotykać, ty prostaczko!” miauczała kupa kłaków do jednej z papug głosem królowej Mlecznej. „Natychmiast mnie rozwiąż! Nie pozwoliłam żadnej pospolitej papudze tak traktować mojej szlachetnej, wysoko urodzonej osoby! To urąga mej godności i…”

„Zakneblujcie ją!” wykrakała rozkaz Lotka Nielotka, prawe skrzydło generała Polinezji, która najwyraźniej dowodziła szwadronem papug zebranych na placu.

„Bl bl bl bl…” protestowała dalej królowa.

„Mój ogonek, mój najśliczniejszy na świecie ogonek, jak te papużyska mogły mnie tak potraktować” biadolił król Kłębuszek.

„Przestań miauczeć, bo ciebie też każę zakneblować!” kraknęła Lotka. „Powinieneś się cieszyć, że nie musiałyśmy cię wiązać”.

Drzwi prowadzące na dziecinną wieżę otwarły się i wyszły z nich trzy papugi: dwie większe i trzecia mniejsza. Te większe niosły dwa małe zawiniątka.

„Przepraszacze i przepraszardy” pokrakiwały Kartaczka i Petarda do małych kociąt, które najwyraźniej nie zdawały sobie sprawy z powagi sytuacji. „I przepraszajdy, i przepraszardy” wtórowała im Mała Petarda.

„Mamo, tato, ułożyłam nową piosenkę, chcecie posłuchać?” pomiaukiwała wesoło Czerwona Kokardka. „Odkryłem nowy gatunek komara, nazwę go krwiopijcus podglądaczkus” radował się Podglądaczek.

„Połóżcie je obok rodziców” zakomenderowała Lotka. „Cała rodzina jest już w komplecie, teraz czekamy na dalsze rozkazy generał Polinezji”.

Jak na zawołanie na dziedziniec przyleciała także nowa imperator.

„Widzę, że misja została wykonana” rzuciła Poli do Lotki.

„Tak jest, pani generał… to znaczy pani imperator” odparła tamta. „Musiałyśmy związać jej miaukliwość… to znaczy dawną królową, bo nie chciała się nam poddać dobrowolnie”.

„Barrdzo dobrze, krra! A terraz porra na mój werrdykt. Postanowiłam nie mieć dla was litości! Spotka was coś znacznie gorrszego, niż śmierrć, a nawet niż wykasowanie, krra!”

* * *

Buch! Cała rodzina królewska wylądowała na ziemi.

„Miauauau, mój ogonek” biadolił Kłębuszek. „Jak one śmiały” burczała wściekła Mleczna, której w połowie drogi udało się zerwać knebel z pyska.

„Misja wykonana! Zawracamy!” zakomenderowała Lotka i chmara papug odleciała, pozostawiając cztery koty w nieznanym im miejscu.

„Co to za dziwne krajobrazy, chyba ułożę o nich piosenkę” zamiauczała radośnie Czerwona Kokardka.

„Nie znasz się” ofukał ją Podglądaczek. „To busz. Jesteśmy w buszu” stwierdził tonem znawcy. „Te przedstawicielki gatunku papugajus wrednokterus zabrały nas w naturalne siedlisko takich zwierząt jak antylopus tchórzofretkus, wielkogrzywus kotożercus i…”

„Co, tu są kotożercy, miau! O nie, zabierzcie mnie stąd!” rozmiauczał się spanikowany Kłębuszek.

„Nie dość, że te aroganckie prostaczki potraktowały mnie jak zwykłego dachowca, nie dość, że wyrzuciły mnie w tę dziką okolicę, która chyba nigdy nie widziała ogrodnika, to jeszcze jestem skazana, ach, miau, o tak, jestem skazana na towarzystwo tego impertynenckiego, prostackiego, nonszalanckiego i nieuczesanego kocura, o ja nieszczęsna!” i Mleczna zalała się łzami.

„Mama i tata się kłócą” wyjaśnił Podglądaczek siostrze z poważną miną.

„Kotożercy, o nie, miau, ja nie chcę być zjedzony” pomiaukiwał wciąż Kłębuszek, nie zwracając uwagi ani na żonę, ani na kocięta. „O nie, patrzcie tam, to kotożerca! Trzech kotożerców!”

Zza krzaka wyszły trzy włochate stworzenia, jedno białe, drugie czarne, a trzecie brązowe.

„Nie zjadajcie mnie, proszę, jestem zbyt piękny, aby umierać” wrzeszczał Kłębuszek. „Zjedzcie kogoś innego, tam macie dwa przepyszne kociątka i wielką, białą zakąskę, ich zjedzcie!” miauczał próbując wskoczyć pod krzak, ale rzecz jasna okazał się na to za gruby i utkwił między gałęziami jak mucha w pajęczynie.

„Łucha chucha, ty śmierdziucha” odezwało się jedno z tajemniczych zwierząt.

„Ty tchórzucha tak jak mucha” dodało drugie.

„Łucha chucha, kto ty bucha?” spytało trzeci

„To koczkodanus łapserdakus” oznajmił Podglądaczek. „Psotne małpy. Nie zrobią nam krzywdy”.

Kłębuszek przestał się szamotać. Mleczna wystąpiła na przód, podnosząc dumnie głowę.

„Jesteśmy kotami. A dokładniej kocią rodziną królewską, pochodzimy z wyższych sfer” wyjaśniła głosem pełnym dostojeństwa. „Ja jestem królowa Mleczna, a to są…”

„Łucha chucha, ty śmierdziucha”.

„Łucha chucha, kot głupiucha”.

„Łucha chucha, burczy mucha”.

„Co za gbury, jak można w ten sposób zwracać się do królowej” napuszyła się Mleczna. „Dzieci, mężu, idziemy stąd, nie pozwolę, by mówiono do mnie takim tonem”.

Na przekór słowom matki Czerwona Kokardka podeszła do małp. „Cześć, jestem Czerwona Kokarda, a wy jak się nazywacie?” miauknęła wyciągając łapkę.

„Łucha chucha, Psotka bucha”.

„Śmieszka bucha, kot miłucha”.

„Łusia siusia, ja Figlusia”.

„My mieszkucha na drzewucha”.

„Chodź z namucha, pokażucha”.

I cała rodzina kotów wraz z nowo poznanymi małpami ruszyła ku drzewu…

„Miau, a ja!? Wyplączcie mnie!”

...to znaczy, gdy już udało się wspólnymi siłami wyplątać Kłębuszka z gałęzi, cała gromada kotów i małp ruszyła ku wielkiemu drzewu pośrodku buszu, gdzie mieszkały małpy. Na drzewie czekała na nich czwarta towarzyszka, dzierżąc w łapach olbrzymi becik dla niemowlaka.

„To być Kokosanka, bucha” oznajmiła Psotka, a Kokosanka nie puszczając zawiniątka oplątała gałąź ogonem, zwiesiła się z niej i wisząc do góry nogami podała jedną łapkę Czerwonej Kokardce.

„Miło mi, jestem Czerwona Kokardka, a to moja rodzina. Jesteśmy kotami” oznajmiła mała kotka wyciągając łapkę do mały.

„Łucha, chucha, kot fajnucha” odpowiedziała Kokosanka i — wspinając się po własnym ogonie –powróciła na gałąź. Potem splunęła trzy razy celując wprost przed siebie. Jeden z pocisków trafił w królową Mleczną

„Co za grubiaństwo, co za impertynencja, jakie to obsceniczne i prostackie” oburzała się Mleczna.

Kokosanka jednak nie przejęła się jej opinią. „Łucha chucha, kłak kupucha” powiedziała i wydęła dolną wargę.

„Jeszcze nikt nigdy mnie tak nie obraził” miauknęła Mleczna. „Kupa kłaków, ja! Pożałujesz tych słów! Ja ci zaraz pokażę, zobaczysz! Kłębuszku, domagam się, byś wystąpił w obronie mego honoru”.

„Ale dlaczego ja, miau” zamiauczał zdziwiony Kłębuszek. „Poza tym ona ma rację”.

„Mama i tata znów się kłócą” oznajmił Podglądaczek.

„Łucha chucha, kot śmiesznucha” stwierdziła Kokosanka i rzuciła w Mleczną bananem. „Prezentucha” wyjaśniła, po czym wyciągnęła jeszcze jednego banana i zaczęła go jeść. Pozostałe trzy małpy wspięły się na drzewo i zaczęły przeskakiwać między gałęziami, wyciągając z dziupli ukryte banany, kokosy i inne przysmaki.

Na znak protestu przeciw urągającemu jej arystokratycznej godności taktowaniu Mleczna zwinęła się w kłębek i zaczęła płakać, a tymczasem Kłębuszek wraz z kociętami pożerali wszystko, co zrzuciły im małpy.

„Drogie małpki, a nie wiecie, jak możemy stąd wrócić do domu?” spytała w końcu Czerwona Kokardka.

„Nie wieducha, dalekucha” stwierdziła Kokosanka.

„Kot dobrucha, zostać bucha” zawołała Psotka.

„Na drzewucha być fajnucha” dorzuciła Figlusia.

„Zabawucha cały dniucha” krzyknęła Śmieszka i zaczęła żonglować ananasami.

„Ale ja chcę wrócić do domu” miauknęła Czerwona Kokardka.

W tym momencie z becika trzymanego przez Kokosankę wysunęła się głowa piątej małpki.

„Ta okolica to Małpi Raj, nie znamy innego świata, nie potrafimy wam pomóc. Wiemy tylko, że głęboko, głęboko w dżungli jest Papuzia Kraina, do której małpki mają zakaz wstępu, po drugiej zaś stronie Małpiego Raju ciągnie się bezkresny busz, za nim step, a jeszcze dalej pustynia”.

„A o Kocim Królestwie nie słyszałyście?” spytał zdziwiony Kłębuszek.

„Nie, nigdy” odpowiedziała tajemnicza małpka z becika. „A, i zapomniałam się przedstawić, jestem Wiercipiętka. Jestem jeszcze niemowlakiem, dlatego nie umiem mówić tak ładnie, jak inne małpki. Na razie tylko gaworzę”.

„Aha” miauknął Kłębuszek lekko skonsternowany.

„Znamy za to legendę o Mrocznym Bagnie, gdzie żyje zły potwór” ciągnęła Wiercipiętka.

„Potwór?” spytał z przerażeniem Kłębuszek.

„Tak, potwór, cała armia potworów, ale żadna małpka nigdy nie śmiała zapuszczać się w tamtą okolicę”.

„To straszne” miauknął Kłębuszek.

„To wspaniałe!” rozległo się głośne chrumknięcie i na polanę pod Małpi Rajem wyszedł wielki prosiak w czarnej kurtce motocyklisty. „Mój pan, wielki Szalejot, będzie zaszczycony mając takich sprzymierzeńców. Wreszcie strącimy z tronu tego uzurpatora Kłębuszka”.

Małpy pośpiesznie skryły się w koronie drzewa, a Kłębuszek zaczął się rozglądać za kryjówką, do której wreszcie mógłby się zmieścić.

„Zły?!” miauknęła z niedowierzaniem Mleczna. „Skąd się tutaj wziąłeś?”

„Tak, to ja, prosiak Zły z Bandy Szalejota, miło mi, że nawet w te wertepy dotarła moja sława. Mój pan, Szalejot, przysłał mnie tu z misją szpiegowania Małpiej Wyroczni”.

Chrumkoryjkus zawalidrogus, jaki dorodny osobnik” uciszył się Podglądaczek.

„Mamo, boję się tego pana” zakwiliła Czerwona Kokardka.

„A teraz, Małpia Wyrocznio, zdradź mi… ej, co jest? Gdzie się podziała wyrocznia?” Zły zaczął rozglądać się na wszystkie strony, szukając wzrokiem Wiercipiętki. „No nie, zwiała mi. I co ja teraz powiem szefowi? Przecież nie wejdę za nią na drzewo”.

„Może poszuka pan innej wyroczni” zasugerowała Mleczna.

„Może…” zaczął się zastanawiać prosiak. „Ej, chwileczkę, czy ty nie jesteś królową Mleczną, siostrą mego pana Szalejota?”

„Ależ skąd” zaoponowała Mleczna.

„A czy to nie są królewskie dzieci, Wściubiuch i Różowa Wstążeczka?”

„Stanowczo się pan myli, miau” stwierdziła Mleczna.

„Mam na imię Kokardka, nie Wstążeczka, i nie Różowa, tylko Czerwona” obraziła się Czerwona Kokardka.

„A czy ten koci ogon wystający zza drzewa nie przypomina ogona króla Kłębuszka? Pamiętam, że sam deptałem po tym ogonie, gdy kiedyś złapaliśmy rodzinę królewską w zasadzkę”.

„Stanowczo zaprzeczam” miauknął Kłębuszek schowany za drzewem. „Mnie tutaj nie ma. Poza tym tamtym razem złapaliście nas nieuczciwie. A Poli z papugami i tak pogoniły wam kota. To znaczy pogoniły wam człowieka”.

„Czy wy mnie macie za głupka?” spytał Zły.

„No… tak” odpowiedziały zgodnym chórem koty.

„Ha-ha, cała królewska rodzina kotów w moich łapach, Szalejot będzie dumny” wrzasnął Zły. „Zaraz was powystrzelam pociskami z mojego ryjka!”

Kocięta skuliły się przerażone wokół matki, a Kłębuszek skryty za drzewem zrobił się jeszcze bielszy od Mlecznej.

W tym momencie zaszeleściły krzaki i na polanę wyskoczyły kolejne trzy zwierzaki.

„A to kto?” zdziwili się zgodnym chórkiem wszyscy.

„Jeleń Mateusz”.

„Dzik Szczecina”.

„Łoś Wieńczysław”.

„Przybyliśmy uratować bohaterów tej bajki”.

„Ale jelenie, dziki i łosie nie mieszkają w klimacie zwrotnikowym” miauknął Podglądaczek.

„Wiedziałem, że o czymś zapomnieliśmy” zarżał jeleń. „W krzaki!”

I cała trójka znów skryła się w krzakach. Po chwili na polanę wyskoczyły trzy nowe zwierzęta.

„A to kto?” zdziwili się zgodnym chórkiem wszyscy.

„Antylopa Mateusz”.

„Guziec Szczecina”.

„Mrówkojad Wieńczysław”.

„Przybyliśmy uratować bohaterów tej bajki”.

„O nie, trzy wielkie i silne zwierzaki” prosiak Zły złapał się za głowę. „E-e… właśnie sobie przypomniałem, że mam umówionego masarza, to znaczy… tego no… dentystę… muszę już lecieć, pa!” I rzucił się do ucieczki.

„Czy ten wielki, zły prosiak Zły już sobie poszedł?” spytał Kłębuszek, wychylając się zza drzewa. „Poszedł, uff. Ha-ha, pogoniliśmy go! A uciekaj sobie, ty różowy, chrumkający tchórzu!”

„Dziękujemy za pomoc, miau!” powiedziała królowa Mleczna.

„Drobiazg” odpowiedzieli zgodnym chórem trzej przybysze. „Jesteśmy Czarodziejami-Bajkodziejami, dbamy, by bajki dobrze się kończyły” wyjaśnił Mrówkojad.

„A wiecie, co zrobić żebyśmy odzyskali nasze królestwo?” spytali zgodnym chórem Kłębuszek i Mleczna.

„Wskażemy wam drogę, ale dalej musicie sami przeżywać swoje przygody” odparł antylopa Mateusz.

„Za mną” krzyknął Guziec i cała grupa odeszła spod wielkiego, samotnego drzewa.

„Pa pa, bucha, kot fajnucha” krzyczały na pożegnanie małpy.

* * *

„Bagno?! Wielkie, brudne bagno?!” Oburzyła się Mleczna.

„Nie bagno, tylko bajoro” poprawił ją Podglądaczek.

„Myślicie, że to o nim mówiła małpia legenda?” spytała cichym miaukiem Czerowna Kokardka.

„Panowie Czarodzieje, co mamy robić?” Kłębuszek odwrócił się do swoich przewodników, ale tamci zniknęli. Na brzegu bagna…

„Bajora!”

Tak, Podlgądaczku, na brzegu bajora zostały już tylko cztery koty.

„I co my teraz zrobimy, miau!” załamał się Kłębuszek.

„Jak to co?” odparła Mleczna. „Wejdziesz tam i zbadasz sprawę”.

„Ale dlaczego ja, miau?”

„Bo jesteś dorosły i bo jesteś mężczyzną. Poza tym ja tam nie wejdę, bo pobrudziłabym sobie łapki i futerko tym paskudnym, brudnym, ordynarnym i pospolitym szlamem”.

„I tak jesteś cała brudna, miau!”

„Wskakuj do wody, bez dyskusji!”

„Tym razem mama i tata naprawdę się kłócą” orzekł Podglądaczek.

Niestety najczarniejsze wizje Kłębuszka sprawdziły się. Woda była mokra. I to bardzo. W dodatku trudno się pod nią oddychało. I pływało. Tym bardziej, że Kłębuszek nie umiał pływać. Całe jego najśliczniejsze na świecie futerko zrobiło się mokre. Woda wlewała mu się nawet do jego najśliczniejszych na świecie uszek. Dobrze, że przynajmniej oczka miał zamknięte i brudna woda nie wlała mu się pod powieki. Jak stwierdził, była to najstraszniejsza chwila w jego życiu, jeśli nie liczyć innych najstraszniejszych chwil. Był głody, był zmęczony, był mokry i nawet nie miał go kto podrapać pod szyjką.

„Dziękuję, miau” powiedział król, gdy czyjaś ręka jednak go podrapała. „Jeszcze za uszkiem, o tak, o dobrze, a teraz niech mnie ktoś pogłaska po ogonku, o tak, miau, miau, miau. Miau, chwila, kto tutaj jest. I dlaczego nie tonę, skoro miauczę pod wodą”. Król otworzył na chwilę jedno oko. Obok niego stało jakieś wielkie, szare stworzenie. „O nie, to potwór, miau, łysy kocur, ratunku, miau!”

„Jeszcze w życiu nie widziałem tak owłosionego hipopotama” ziewnął tymczasem potwór.

„Nie jestem hipopotamem, miau, jestem kotem” wytłumaczył Kłębuszek. „Mam na imię Kłębuszek i jestem królem Zjednoczonego Królestwa Kotów”.

„Dziwne, nigdy nie słyszałem o takim miejscu jak Zjednoczone Królestwo Kotów. Czy król to jakaś ważna osoba w takim królestwie”.

„O tak, miau, najważniejsza. Król włada królestwem”.

„To zupełnie jak sułtan, który włada sułtanatem. Ja mam na imię Faras an-Nahr, o tak, ziew, poczciwy Faras an-Nahr herbu Wielka Paszcza, do usług waszej królewskości. Pracuję jako wielki wezyr Hipopotamiego Bajora, jestem więc prawym kopytem sułtana”.

„Nigdy nie słyszałem o Hipopotamim Bajorze, miau, zawsze myślałem, że Kocie Królestwa to cała Zabawa, a za Papuzim Gajem nic już nie ma”.

„Zabawne, ziew, my zawsze myśleliśmy, że Zabawa rozpościera się tak daleko, jak nasze piękne Bajoro, a za Małpim Rajem i Papuzią Dżunglą nic już nie ma, ziew, oj tak, tak”. Hipopotam podrapał się po głowie. „A co sprowadza tutaj gościa z tak odległej krainy?”

„To długa historia, miau”.

„To może wasza królewskość życzy sobie opowiedzieć ją na audiencji u jego sułtańskości, naszego sułtana, czcigodnego Su Ajgyrego III? Możemy wyprawić ucztę na cześć tak znamienitego gościa” wezyr aż się oblizał.

„Ucztę, miau? Tak! Jedzonko, miau!”

* * *

„Tato, tato, nie uwierzysz, oni tu mają na dnie bajora wesołe miasteczko” podskakiwała Czerowna Kokardka. „Ułożyłam nawet o tym piosenkę”.

„Nie teraz, dziecko, miauf, tatuś układa sobie, miauf, mowę dla sułtana” odpowiedział Kłębuszek z ustami pełnymi jedzenia, po czym rzucił się na następny półmisek łakoci.

„A mówiłem, że to nie bagno, tylko bajoro” mądrzył się Podglądaczek.

„Jak te gruboskurne rzeczne konie śmiały wciągnąć mnie pod wodę” biadoliła Mleczna.

„To nie rzeczne konie, tylko hipopotamy” poprawił ją podglądaczek. „Gatunek konius rzecznus tłustozadus”.

„Mamo, mogę ci zaśpiewać…”

„Nie teraz, Czerwona Kokardko, nie widzisz, że mamusia liże sobie futerko”.

Nagle rozległ się dźwięk gongu.

„A teraz na salę wejdzie Sułtan Hipopotamiego Bajora, czcigodny Su Ajgyry III” krzyczał sułtański paź, mały, różowy hipopotam imieniem Hugo. „Pokłońmy się wszyscy naszemu władcy”.

I na salę wdreptał nieśpiesznie wielki, krągły hipopotam na krótkich nogach.

„Ja, Su Ajgyry Krótkonogi, pozdrawiam was, moim poddani oraz was, o przybysze, cieszcie się i ucztujcie na moją cześć”.

* * *

„To co was do mnie sprowadza?” spytał hipopotami sułtan, gdy uczta dobiegła już końca. Cztery koty zaczęły w chaotyczny sposób opowiadać o swoich perypetiach — o papugach, małpach, prosiaku, o trzech dobrych Czarodziejach i o złym Szalejocie, który od lat zagraża ich królestwu. Opowiadały o swoim sprawiedliwych rządach („zawsze dbałem o poddanych, miau i też urządzałem dla nich uczty”), o dzielnych przodkach („czy wspominałam już o moim szlachetnym pochodzeniu”), o zainteresowaniach („gatunek superkotus bezkoronus jest blisko spokrewniony z dachowcus posolitus” „oj, Podglądaczku, nie przeszkadzaj”) i ulubionych zabawach („chciałabym zaśpiewać moją najnowszą pio…” „nie teraz, Czerwona Kokardko, mama i tata rozmawiają z panem sułtanem”). Wszystkiego tego pilnie i z zainteresowaniem słuchali Wezyr i Sułtan. Na koniec zaś przemówił ten drugi.

„Ja, Su Ajgyry Ziewający, rozumiem wasze położenie i bardzo mi, ziew, przykro z powodu tej strasznej papuziej rebelii. Zaiste, ziew, prawi władcy powinni wspierać się w potrzebie. Dlatego serce me pragnie wesprzeć was w boju z papugami. Jednak nie przekonam mych poddanych, by ruszyli walczyć w tak dalekie strony, jeśli nie przyniesie to żadnych korzyści dla rodu hipopotamów, przeto pytam, jak nasi koci przyjaciele mogliby się nam odwdzięczyć”.

„Król tak wspaniałej krainy, jak moja, ma mnóstwo do zaoferowania” wyrwał się Kłębuszek. „Mogę wam dać dwa śledzie z mojej spiżarni, albo nawet trzy. I całą beczkę mleka”.

„Nasz sułtan ma pod dostatkiem jedzenia” stwierdził wezyr an-Nahr.

„To może damy wam złoto, albo klejnoty” zaproponowała Mleczna.

„Hipopotamy nie potrzebują złota” odparł sułtan Su Ajgyry.

„A może dam wam moją lupę” powiedział Podglądaczek, ale i ten dar okazał się nieprzydatny dla hipopotamów.

Zapadła niezręczna cisza.

„To może ja zaśpiewam” zaproponowała Czerwona Kokardka i nie czekając na odpowiedź zaczęła śpiewać

Pływa jak wieloryb i człapie jak słoń.

Nie jest chucherkiem, to on — rzeczny koń.

Prawdziwszy afrykański król.

Jest pulchny i brzuchaty, lecz i tak słodki, uroczy.

To hipopotam, ten najmilszy z miłych stwór.

Choć ciut zbyt pulchny i brzuchaty, lecz i tak taki słodki, uroczy.

To hipopotam, ten najmilszy z miłych stwór.

Jest pulchny i brzuchaty, lecz i tak słodki, uroczy.

To hipopotam, ten najmilszy z miłych stwór.

Choć ciut zbyt pulchny i brzuchaty, lecz i tak taki słodki, uroczy.

nigdy go nie zapomnę, mów sobie co chcesz,

powtórzę raz jeszcze, jak zwie się ten zwierz

bardzo kocham Hipopo-T-A-M-U-S-a!

„Brawo” klaskał w kopyta sułtan. „Brawo, takiej piosenki jeszcze nie mieliśmy. Od dziś będzie ją śpiewać całe królestwo. A teraz wezyrze każ trębaczom trąbić, bo wyruszamy pomóc naszym kocim przyjaciołom w kłopotach”.

* * *

„Ale jak dostaniemy się do Kociego Królestwa?” spytał wezyr, gdy przygotowania do wyprawy szły już pełną parą.

„No właśnie, ziew” ziewnął sułtan. „Przecież po drodze jest dżungla, a hipopotamy nie prześlizną się między drzewami. Zaklinujemy się i co będzie?”

„Nie jest miło być zaklinowanym” zgodził się Kłębuszek.

„Mam pewien pomysł” miauknął Podglądaczek. „Poniekąd podrzuciły mi go same papugi”.

* * *

„Jak to, krra, poddani się buntują?! Bzdurra, to jakieś szpicle Szalajota”.

„Melduję posłusznie, pani generał, że poddanym nie podobają się nowe prawa. Chcą powrotu na tron dynastii Kłębuszkoidów”.

„Też coś, krra, nie rrozśmieszaj mnie, Lotko, przecież te rrozleniowne koty już dawno został zeżarrte przez sępy albo inne zwierzęta”.

„Miau!” „Ziew!”

„Co to za zamieszanie, krra?”

Do sypialni królewskiej, która aktualnie została przerobiona na główną bazę operacyjną imperium, wpadły Kartaczka i Petarda.

„Co jest, krra, kazałam wam stać na warrcie! Mam was ukarrać za niedopilnowanie obowiązków?!”

„Kotacze i kotardy, kotacze i kotardy” krakały tamte bez ładu i składu.

„I hipopotamajdy, i hipopotamajdy” dodała Mała Petarda, która jak zwykle przyleciała po swoich starszych koleżankach.

Poli wyjrzała przez okno i aż zjeżyły jej się piórka. Na dole na osiodłanym hipopotamie siedział czarny kocur. Ten czarny kocur. Co gorsza, hipopotamów było mnóstwo

„To ja, Kłębuszek, przybyłem odebrać swój tron. Poddaj się, Poli, jesteś otoczona”.

„Nigdy w życiu, krra! Papugi, do ataku”.

Na niebie zaroiło się od bojowych papug, w odpowiedzi hipopotamy zaczęły… buczeć i terkotać. Buczały i terkotały coraz głośniej aż wzbiły się w powietrze.

„Co to, krra!?”

„Śmigła, one mają śmigła!?” krzyczała Lotka. „Jak mój lotkolot, tylko jeszcze większe. Latające hipopotamy!”

„To hipoloty, mojego autorstwa” miauczał z dumą królewicz Podglądaczek.

„Odwrrót, krra, zarządzam taktyczny odwrrót!”

„A uciekaj sobie, ty wredna papugo” krzyczał na dole Kłębuszek wymachując groźnie łapkami.

„Wrrócę tu, krra, a wtedy mnie popamiętasz” wycedziła przez dziób Poli.

Od tamtego dnia król Kłębuszek już nigdy nie mówił, że się nudzi. Tak na wszelki wypadek.

Miauleolit

Siedząc na poduszkowym tronie w sali zgromadzeń i delektując się świeżymi śledziami król Kłębuszek słuchał jednym uchem corocznego raportu o stanie państwa wygłaszanego przez królewskich ministrów. Minister oświaty (a może środowiska?) ględził coś o połowach dorszy (czy tam o budowie ekspresowego traktu z Kocimiętkowa do Kotowic — kto by za tym nadążył?) i o związanych z tym reformach, deformach i innych dziwnych formach, a król ziewał i leniwie przeciągał się na poduszce.

W Zjednoczonym Królestwie Kotów trwała właśnie piękna, idylliczna epoka. Tego Kłębuszek był pewien. W otoczonej pieczą kociej rodziny królewskiej krainie, pod mądrym i troskliwym panowaniem jego własnej, najśliczniejszej na świecie osoby wreszcie zapanowały powszechny pokój, ład i dobrobyt. Słońce świeciło, wiatr wiał, kwiaty kwitły, handlarze handlowali, podróżnicy podróżowali, rybacy łowili ryby, malarze malowali, poborcy ściągali podatki, mieszczanie mieszkali w miastach, chłopi doglądali pól, rabusie rabowali, biedacy biedowali, żołnierze tłumili papuzią rebelię, a szpiedzy szpiegowali. Wszystko było na swoim miejscu i wszystko było takie jak należy! Oj, jakież szczęśliwe czasy nastały, czasy ładu i porządku! Trwaj chwilo, jesteś piękna!

I właśnie w tej chwili Kłębuszek usłyszał dźwięk. Najstraszliwszy dźwięk, jaki może usłyszeć kotek, który dzięki zrządzeniu dobrego losu włada własnym królestwem. Oczywiście istnieje wiele strasznych dźwięków — jak odgłos gromu z jasnego nieba, cichy syk towarzyszący uderzeniu kuli kasującej, burczenie w brzuchu albo nowoczesna muzyka — ale ten był najgorszy. Cichy, niemal nieuchwytny szmer dobiegający od strony drzwi, jakby pukała w nie wyjątkowo mała łapka.

Ministrowie zamilkli, a król schował się za tronem.

„Dzień dobry, czy zastaliśmy króla Kłębuszka?” zapytał cienki głosik zza drzwi.

„Nie ma mnie, miau, poza tym chwilowo abdykowałem, no i jestem chory na kocią grypę, więc nawet jakbym był, to nie moglibyśmy rozmawiać, bo jestem na zwolnieniu lekarskim” odmiauczał król rozpaczliwie. „Może idźcie do mojej żony”.

„Już byliśmy u małżonki waszej miaukliwości, ale jej puszystość najjaśniejsza królowa Mleczna również twierdzi, że jest nieobecna” odparł drugi, równie efemeryczny głosik.

„Odesłała nas do waszej miaukliwości” zawtórował głos pierwszy. „Powiedziała, że jeśli wasza miaukliwość również okaże się dotknięty absencją, to osobiście pomoże nam go odnaleźć”.

„W porządku, miau” jęknął Kłębuszek wracając na swój tron „Niech ktoś otworzy im drzwi. Starczy mi jednego kłopotu na głowie. Nie muszę jeszcze oglądać swojej żony”.

Do sali zgromadzeń weszli dwaj mrówkowie. Obaj nosili na głowach jednakowe, czarne cylindry, a na wysokości przedtułowia mieli jednakowe, czerwone muszki. Poruszali się z wdziękiem i gracją, na dwóch tylnych parach odnóży, w przedniej parze zaś dzierżyli miniaturowe megafony, dzięki którym ich głosy w ogóle mogły być słyszalne. Przy tym byli tak mocno wyperfumowani, że cała sala od razu wypełniła się zapachem runa leśnego.

Mrówkowie równocześnie skłonili się przed królem uchylając kapeluszy, a ministrów powitali skinieniem głowy.

„Dzień dobry, zapewne wasza królewska miaukliwość mnie pamięta, ale na wszelki wypadek się przedstawię, jestem Zdzisław, a to mój partner Zdzisław”.

„Reprezentujemy kancelarię prawną Zdzisław&Zdzisław”.

„Przybywamy do waszej łakomości…”

„…powodowani poczuciem obywatelskiego obowiązku”.

Kłębuszek zbladł. „Obywatelski obowiązek”. To oznacza kłopoty.

„Otóż studiując wraz z moim partnerem Zdzisławem…”

„…historyczne kodeksy kocich praw…”

„...trafiliśmy na dokument z epoki średniokociej…”

Kłębuszek zaczął ze strachu tarmosić własny ogon. Dokument. Bardzo stary. Czyli jest bardzo źle.

„...sygnowany przez ówczesnego regenta Zachodniego Królestwa Kotów Bonifacego III…”

„…oraz królową Wschodniego Królestwa Kotów Filemonę IV Mruczymordkę…”

Prawo międzynarodowe. Kłębuszek skulił się na tronie, a ministrowie spuścili głowy.

„...dotyczący organizacji obchodów…”

„...trzecich ćwierćurodzin…”

„...królewskich kociąt”.

„Prawo to najwyraźniej zostało już…”

„…dawno zapomniane ale…”

„...jego moc nie wygasła gdyż…”

„...na mocy ustawy o…”

„Moglibyście się trochę streszczać, mamy tu ważną naradę państwową?” rzucił ze zniecierpliwieniem minister administracji, masywny czarny rotwajler Hajdeger, ale po chwili tego pożałował i ze strachem podwinął ogon pod piorunującym spojrzeniem mrówków.

„Rzecz w tym, że musi wasza miaukliwość urządzić przyjęcie urodzinowe dla swoich kociąt z okazji ukończenia przez nie dziewięciu miesięcy i co za tym idzie uzyskania pełnoletności”.

Kłębuszek nagle się rozluźnił.

„Tylko tyle, miau? Już się bałem, że znów wpakujecie mnie w jakieś problemy, tak jak z tym prawem do samostanowienia gatunków albo z tym podatkiem od odtłuszczonego mleka”.

„I w trakcie tego przyjęcia musi wasza królewskość…”

„...albo jego małżonka…”

„…osobiście pomóc swojemu dziecku…”

„…w realizacji największego marzenia z dzieciństwa”.

Król zachwiał się na tronie.

„No i masz kocie myszę!” miauknął żałośnie.

* * *

W samym sercu wielkiej, zielonej dżungli, na sękatym konarze starego figowca siedziało pięć papug. Trzy z nich, papużki-nierozłączki, ewidentnie się nudziły, kiwały się w przód i w tył, poprawiały piórka w ogonach i przeskakiwały co jakiś czas z łapki na łapkę. „Kartacze…” wyrwało się cicho jednej z nich. „Milczeć, krra, jesteśmy pod narradą!” okrakała ją czwarta papuga i papużka-nierozłączka posłusznie zamilkła. Pozostałe dwie papugi — jedna mała, niebiesko-czerwona, z monoklem na dziobie, druga zielona i bezskrzydła, za to ze śmigłem na plecach — pochylały się w skupieniu nad czymś niewielkim. Czymś tak małych rozmiarów, że można by je wręcz nazwać mrówczymi.

„…ostatecznie ustaliliśmy więc, że obchody urodzin królewskich dzieci odbędą się osobno” mówił cichutkim głosikiem mrówek Zdzisław, nerwowo tarmosząc cylinder.

„Osobno, krra? Jakim prrawem?” obruszyła się Poli.

„Kocim prawem” odparł wymijająco Zdzisław. Po chwili jednak spróbował rozwinąć myśl. „W dokumencie nie było mowy, że tak nie wolno”.

„W dokumencie, który sfałszowaliście?” spytała kąśliwie Lotka.

„Tak, w tym” odrzekł spokojnie Mrówek.

„Partacze! Mogliście przewidzieć taką sytuację i zawczasu umieścić tam odpowiednią klauzulę”.

„Spokojnie, Lotko” przerwała jej Poli. „Ze strrategicznego punktu widzenia to żadna rróżnica, krra. Zastosujemy rrozwiązanie taktyczne w postaci przegrrupowania”. Zatrzepotała w miejscu skrzydłami, wydrapała szponem rysę w konarze i poprawiwszy monokl ponownie pochyliła się nad Zdzisławem. „Z którrym kocięciem będzie ten przybłęda Kłębuszek?” spytała ze złowrogim błyskiem w oku.

„Z królewiczem Podglądaczkiem. Będą prowadzić wykopaliska w Dolinie Pięciu Stawów”.

„Wyśmienicie, krra, wyśmienicie. Ten zapchlony krrólewski bufon i jego syn-piórrkorrwajca wrreszcie wpadną wprrost w moje pazurry”.

„Lotka!” zakrakała stanowczo.

„Tak jest, pani generał!”

„Lecisz ze mną, krra. Karrtaczka, Petarrda i Mała Petarrda zajmą się pod tym czasem krrólową i krrólewską córką”.

„Kartacze i petardy!” „I petajdy, i petajdy!”

„A terraz, krra, niech ktoś poleci po obiecaną zapłatę dla naszego inforrmatorra. Dwa worrki igieł i ściółki orraz worrek złota”.

„Interesy z waszą pierzastością to sama przyjemność” skłonił się Zdzisław.

„Tylko prroszę pamiętać, żeby nikomu nie zdrradzać naszych planów”.

„Tak jak mówiłem, zapewniam pełną dyskrecję”.

„Ani żeby nikomu więcej nie mówić o tym, że Kłębuszek wrreszcie wychyli nos z pałacu. Chcę go mieć na wyłączność”.

„Zapewniam, że ja, Zdzisław nie wspomnę o tym nikomu ani słówkiem” odparł Zdzisław z uśmiechem,

* * *

„Koncert, powiadasz… Moja kudłata siostrzyczka wybiera się na koncert”.

„Tak jest, proszę waszej szaleńczości”.

Głęboko pod ziemią, po obskurnym, dusznym i słabo oświetlonym pomieszczeniu stanowiącym najwyraźniej połączenie gabinetu z laboratorium lewitował swobodnie brązowy kocur. A w zasadzie brązowy strzępek kocura, gdyż brakowało mu sporej liczby fragmentów ciała. Na stojącym pod ścianą biurku — jednym meblu w pomieszczeniu niezastawionym mnóstwem bulgoczących fiolek, podejrzanych narzędzi i zapisanych nieczytelnym pismem papierów — stała zaś maleńka postać w cylindrze, dzierżąca maleńki megafon.

„A jej mąż, ten… Mruczkoida?” ostatnie słowo kocur wycedził z głęboką nienawiścią.

„Jedzie z synem na wykopaliska” wyjaśnił szybko Zdzisław. „Pańska siostra nie chciała brać w nich udziału, gdyż wiązałoby się to z ryzykiem zabrudzenia futerka, więc oddelegowała na nie męża”.

„Doskonale, miau, doskonale. Pierwsza faza mojego genialnego planu została zakończona, udało się wywabić tych uzurpatorów na zewnątrz. Teraz pora na fazę drugą: eliminacja. A ściślej wykasowanie” Szalejot zatoczył w powietrzu pętlę i prychnął. „Moją zdradziecką siostrzyczkę usunę osobiście, a Kłębuszkiem zajmą się moi najlepsi agenci: Zezowaty Kurz i Prosiak Zły”.

„Pozostaje jeszcze kwestia zapłaty” stwierdził cicho Zdzisław.

„Dwa worki ściółki i zbutwiałych liści za sfałszowany dokument i wywabienie Mlecznej oraz worek złota za milczenie. To rozsądna cena” mruknął Szalejot i nie ruszając się z miejsca sięgnął do sąsiedniego pomieszczenia. Jego łapki wydłużyły się przy tej okazji dziesięciokrotnie, a następnie stopniowo powróciły do pierwotnej długości. „Proszę, oto twoja zapłata, mości Zdzisławie. Ale pamiętaj, to wszystko zostaje pomiędzy nami”.

„Ma pan słowo mrówki, panie Szalejocie, że ja, Zdzisław nikomu nie pisnę ani słówkiem o tym, co tutaj dziś ustaliliśmy” odrzekł Zdzisław z uśmiechem.

Pomieszczenie zalał warkot niczym z silnika odrzutowca. To Szalejot zaczął mruczeć.

* * *

Ani wybitna strateg Generał Polinezja, ani certyfikowany geniusz zbrodni superkot Szalejot nie wiedzieli, że w Kancelarii Zdzisław&Zdzisław pracuje dwóch identycznych Zdzisławów.

* * *

„Dobre było to jedzonko” miauknął Kłębuszek i poklepał się po brzuchu. „Możemy już wracać do pałacu, miau?”

„Ale tato, mieliśmy razem robić wykopaliska i odkryć nowy gatunek prehistorycznego pluszaka, żebym mógł go nazwać na swoją cześć”.

Królewska karota stała zaparkowana na skraju wielkiej, niezamieszkałej doliny, u podnóża wielkiej, stromej góry, tuż przed wejściem do wielkiej, czarnej groty. Dwie kozy, które przyciągnęły ją w to miejsce aż z królewskiego pałacu (wszystkie konie zarekwirowała królowa Mleczna, argumentując, iż nada to jej powozowi dostojeństwa adekwatnego do jej statusu), rozpięły uzdy i odeszły na bok skubać małą, zieloną trawkę, pozostawiając dwóch czarnych kocurów sam na sam z ich wielkimi, królewskimi sprawami.

„Podglądaczku, miau, naprawdę nie wystarczy ci uczta?” spytał Kłębuszek tonem ojcowskiej pobłażliwości. „Przejechaliśmy się, najedliśmy, pobyliśmy jak ojciec z synem, to teraz możemy wracać”.

„Nie, miau, nie wystarczy. Mieliśmy realizować moje marzenie. Zresztą ja nie miałem żadnej uczty, bo sam wszystko zjadłeś po drodze. Nawet na własny tort ćwierćurodzinowy się nie załapałem”.

„Był bardzo dobry, miau, nie mogłem pozwolić mu czekać. Jeszcze by go ktoś zjadł przede mną” oburzył się Kłębuszek.

„A ja nie mogę pozwolić czekać mojemu odkryciu. Bo jeszcze je ktoś odkryje przede mną. I wtedy to już nie byłoby moje odkrycie”.

„To co innego” stwierdził stanowczo król. „Nawet jest takie powiedzenie, o: odkrycie nie myszka, nie ucieknie.”

„Oj, tato” jęknął Podglądaczek załamując łapki. „Wiesz co? Mogę nazwać ten nowy gatunek na twoją cześć” zaproponował.

„Co? Na moją cześć, miau? Na moją najczcigodniejszą cześć na świecie? No dobrze, miau, to chodźmy odkryć ten mój nowy gatunek. Znaczy się twój” miauknął radośnie Kłębuszek. „Tylko zróbmy to szybko, bo zmęczyło mnie to ucztowanie i chciałbym już wracać na drzemkę”.

Dwa czarne kocury zeskoczyły z wozu, jeden z entuzjazmem i gracją, drugi niezgrabnie i ociężale, a następnie obaj wśliznęli się do jaskini. Po chwili tą samą drogą przemknęły w ślad za nimi dwie niewielkie, ptasie sylwetki, z których jedna miała na plecach śmigło.

* * *

Sala festiwalowa była wypełniona po brzegi. Królowa Mleczna zajęła miejsce w królewskiej loży. Uszy miała zatkane skrojonymi na miarę, perłowymi zatyczkami o mlecznobiałej barwie dobranej tak, aby z daleka nie odróżniały się od jej futerka. Skoro największym marzeniem jej córki był koncert na festiwalu w Miauczopolu, to zamierzała obejrzeć ten występ z godnością. Nie zamierzała go jednak słuchać, gdyż przeszkadzałoby jej to w skupieniu.

* * *

„Zmęczyłem się, miau, bolą mnie moje najśliczniejsze łapki na świeci” poskarżył się Kłębuszek przerywając marsz. „Chodzimy po tych grotach od dobrych piętnastu minut, miau, i jeszcze nie spotkaliśmy żadnego prehistorycznego gatunku, żebym mógł go odkryć i nazwać”.

„Ale tato, to już trzecia przerwa w przeciągu kwadransa, jak będziemy dalej tak ciągle przystawać, to nigdy nic nie znajdziemy. A jestem pewien, że te groty są pełne skamielin, które tylko czekają na odkrycie” ponaglał Podglądaczek.

„Nic tego, miau, moje łapki dalej nie pójdą” stwierdził Kłębuszek. „Zresztą w tych tunelach nic nie ma, same skały i wilgoć i ani żywej duszy. Czy tam skamieniałej”.

„Przecież ty nawet nie rozglądasz się w poszukiwaniu skamielin”.

„Nie rozglądam się, miał, bo moje najśliczniejsze oczka na świecie nie lubią ciemności”.

„Tato, jesteś kotem. Należysz do gatunku kocikrólus arystokratus. A przedstawiciele kotów bardzo dobrze widzą po ciemku. Poza tym tutaj wcale nie jest aż tak ciemno, miau”.

„Ależ ja bardzo dobrze widzę po ciemku, miau! Najlepiej na świecie!” uniósł się dumą Kłębuszek. „Tylko… tylko… tylko nie lubię korzystać z tej umiejętności, o, miau, właśnie, miau, nie lubię z niej korzystać, bo jestem na to zbyt skromny, miau”.

„To ty tu poczekaj, a ja pójdę dalej sam” miauknął ze zrezygnowaniem królewicz.

„Proszę bardzo, miau” odrzekł król zwijając się w kłębek. „Pora na drzemkę” ziewnął. „Szkoda, że ta jaskinia jest taka twarda, miau…”

Podglądaczek ruszył do przodu, a Kłębuszek zerwał się jak oparzony.

„Ej, miau! Chwila! Co ty robisz!? Nie zostawiaj mnie tu samego, w tej zimnej, ciemnej jaskini” miauknął król i pobiegł za synem.

W tym momencie drogę zastąpił mu ciemny kształt.

„Przeklęte koty, od świtu czatujemy na was w tej jaskini, a wy nawet nie możecie się porządnie rozdzielić, żeby ułatwić nam zadanie” warknął przybysz.

„Dzień dobry, miau, czy jesteś może skamieliną nieodkrytego gatunku pluszaka?” spytał z właściwą sobie rezolutnością Kłębuszek. „Bo jeśli tak, to chciałbym nazwać cię Kłębuszkozaurus Najpiękniejszonaświecius”.

„Tato, miau, to nie jest skamielina, skamieliny nie mówią” miauknął tonem eksperta Podglądaczek. „Sądząc po posturze to raczej zapchlonykundlus pospolitus. A ten drugi, który skrada się za tobą, to Chrumkoryjus zawalidrogus”.

„Mam cię, chrum, tym razem mnie nie przechytrzysz. Pora na strzał z ryjka!” wrzasnął tajemniczy głos i w plecy Kłębuszka uderzył pocisk kleistej mazi.

„Strzał laserami z oczu”, zaskowyczał drugi napastnik, odwracając się w stronę Podglądaczka i wypuszczając z oczu dwie strugi czerwieni.

„To my, Prosiak Zły i Zezowaty Kurz” krzyknęli obaj tryumfalnie. „Zostaniecie pojmani na rozkaz naszego pana, wielkiego Szalejota”.

„Nie tak szybko, krrra, to nasze ofiarrry” zaskrzeczał nagle jakiś głos od strony stropu jaskini.

„Właśnie, pani generał słusznie prawi” zawtórował drugi głos.

„Czyżby to Generał Polinezja?” spytał Prosiak Zły.

„Nie, barrranie, Święty Mikołaj i Wróżka Zębuszka” odskrzeczał głos.

„A, to przepraszam państwa najmocniej” odkwikał Prosiak.

„Co za imbecyl, oczywiście że to ona” zawył Kurz. „Ona i ta jej przykuprzyca Lotka. Czego tu szukacie, pierzaste przybłędy?”

„Doskonale wiesz, po co przyleciałyśmy, krrra!”

„Nic z tego, myśmy ich pierwsi zaatakowali”.

„Ale myśmy ich dłużej śledziły”.

„Ale myśmy pierwsi się na nich zaczaili”.

„Ale my bardziej chcemy ich rozszarpać!”

„A my bardziej wytarmosić!”

„Pani generał” zakrakała nieśmiało Lotka. „Nie terrraz, krra, muszę utrzeć nosa temu kundlowi!”

„Eee, Kurz, chrum…” zaczął Prosiak Zły. „Cicho bądź, jeszcze nie skończyłem z tą kupą pierza!”

„Pani generał, oni…” „Nie terrrraz!”

„Rzecz w tym, chrum, że oni…” „Siedź cicho!”

„…uciekają” stwierdzili jednocześnie Lotka i Zły.

„Co?!” warknęli symultanicznie Poli i Kurz.

„O, nie, miau, znów nas zauważyli” jęknął Kłębuszek.

Jaskinię zalały odgłosy szlamowych wystrzałów, laserowe światła, świst papuziego lotu, łoskot dziobania, odgłosy warczenia, chrumkania i rozpaczliwe, kocie miauki. Pod wpływem wstrząsów zaczął się sypać strop, potem pod naporem uderzeń i wystrzałów zaczęła pękać podłoga, aż nagle cała grota zawirowała i posypała się w dół.

* * *

„Windegardzie, czy występ mojej córki już się zaczął?” spytała siedzącego obok starego konia królowa Mleczna wyciągnąwszy na chwilę jedną z zatyczek.

„Na razie zespół Wrzeszczaki rozgrzewa publiczność, najjaśniejsza pani” odparł koń.

„Wyśmienicie” prychnęła królowa i z powrotem wepchnęła zatyczkę na miejsce.

* * *

„Co się stało, miau, czy ci źli degrengolaci już sobie poszli?” spytał Kłębuszek.

„Mówi się degeneraci” poprawił Podglądaczek.

„O tak, miau, pokonałem ich w boju. Pomimo przewagi liczebnej po ich stronie, miau!”

„Cicho bądź, krra, bo nie rręczę za siebie” zakrakała Poli. „Aj, moje skrzydło, chyba je sobie nadwyrrężyłam”.

„A mnie skończyły się naboje w ryjku” biadolił Prosiak Zły.

„Jak Szalejot się o tym dowie, to nas wykasuje” stwierdził sucho Zezowaty Kurz. „Znów mieliśmy Kłębuszka na tacy i znów nie udało się nam go schwytać”.

„Gdzie my w ogóle jesteśmy?” spytała Lotka.

„O to samo chciałem spytać” wtrącił Kłębuszek.

„Są trzy opcje” oznajmił wesoło Podglądaczek. „Albo cofnęliśmy się w czasie, albo trafiliśmy do podziemnego świata, który pozostawał w izolacji od eonów, albo trafiliśmy do innej Zabawy”.

Odpowiedziała mu cisza.

„No co, kiedy wy leżeliście nieprzytomni na tej stercie zwalonych kamieni, ja wyszedłem na zewnątrz przez ten tunel i pozwiedzałem okolicę” wskazał łapką tunel, na którego końcu majaczyło dzienne światło. „I w oparciu o moją wiedzę stwierdzam, że trafiliśmy do epoki miauleolitu”.

„Ja chcę do domu, miau” jęknął Kłębuszek.

„Nie histerryzuj, krra”.

„Skąd pewność, że jesteśmy w miauleolicie?” dopytywała Lotka.

„O to samo chciałem spy…” zaczął Kłębuszek, ale Poli uciszyła go szturchnięciem skrzydła.

„Miauleolityczna fauna, miauleolityczna flora, miauleolityczny klimat, miauleo…” zaczął wyliczać królewicz.

„Nie uwierzę, jeśli nie zobaczę” zachrumkał Zły i pobiegł ku wyjściu z jaskini. Po chwili wrócił chwiejnym krokiem. „Kociak ma rację” wydusił z siebie i opadł na kamienie.

„Drodzy państwo, jako czarnemu charakterowi z krwi i kości z trudem przechodzi mi to przez gardło, ale chyba w obliczu zaistniałej sytuacji powinniśmy zawrzeć czasowy rozejm” wycharczał Kurz.

„Dorraźnie jestem skłonna przystać na takie rrrozwiązanie” zakrakała Poli.

„Hura, wreszcie nie będziecie dla mnie niemili” zawołał radośnie Kłębuszek. Odpowiedziały mu pełne wrogości spojrzenia. „Znaczy się ten, miau, podzielam zdanie przedmówców, o”.

Z boku całej scenie przyglądały się trzy jaskiniowe pluskwy. „Mieliśmy świetny pomysł, żeby przenieść bohaterów tej bajki w to miejsce, drodzy bracia” stwierdziła jedna. „Wreszcie pojawiła się szansa, że porzucą oni dawne waśnie”. „Obyś się nie mylił, bracie” mruknęła druga, „obyś się nie mylił”.

* * *

Epoka miauleolitu okazała się zimna. I niezbyt bogata w pożywienie. Nigdzie nie było sklepów, straganów ani nawet obwoźnych handlarzy. Generalnie nie było żadnych pojazdów ani zabudowań. Nie było też pól ani dróg. Jedynie wielka, zimna, niekończąca się tundra urozmaicana od czasu do czasu kępami krzewów albo zbiornikiem wodnym.

„Zimno mi, miau. A mój najśliczniejszy brzuszek na świecie jest głodny”.

„Przestań biadolić, krra! Przynajmniej nie jesteś ptakiem trropikalnym” zaskrzeczała Poli.

„A ja nie marznę, bo wziąłem kurtkę” chrumknął z dumą Prosiak.

„Zawsze ją na sobie nosisz” wycedził Kurz.

„No właśnie, chrum, a teraz wreszcie się przydała”.

„Jeść, miau, dajcie mi jeść, taki śliczny kotek jak ja nie powinien chodzić głodny”.

Wtem Kłębuszek dostrzegł kępę krzaczków obrośniętych dorodnymi, fioletowymi jagodami.

„Jedzenie, miau!” zawołał Kłębuszek i rzucił się ku najbliższemu krzakowi.

„To Kocitrupus niejadalnus, trujące dla kotów” stwierdził z miną fachowca Podglądaczek.

Łapka Kłębuszka zatrzymała się o centymetr od jego pyszczka. „Mało ich nie połknąłem, miau! Czy w tej epoce nie ma nic jadalnego?” spytał.

„Owszem jest: wy, wrrr” rozległ się donośny ryk i zza krzaka wprost na Kłębuszka wyskoczył gigantyczny kocur.

„Ej no, wyskakiwanie znienacka to nasz patent” szczeknął Kurz.

„Właśnie” przytaknął Prosiak. „Kradziej jeden”.

Przybysz był biały, z czarnymi pasami, wzrostem pięciokrotnie przewyższał najdorodniejsze koty, a jego kły były tak długie, że sięgały niemal ziemi. Jedną łapą przygniótł szamoczącego się Kłębuszka do ziemi, a następnie pochylił nad nim głowę.

„Szpiegujecie dla Warczkoidów, co?” spytał.

„Nie wiem, o czym wasza straszliwość mówi” miauknął Kłębuszek.

„Nie drocz się waść ze mną. I nie kręć. Nie rozszarpałem waści jeszcze gardła tylko dlatego, że chcę wiedzieć, kto was przysłał” odparł napastnik.

„Nie powinniśmy go bronić?” spytał cicho Kurz.

„Ja bym raczej zwiewał” odszepnął Prosiak.

„Wrrr! Cicho tam!” ryknął wielki kot. „Nie myślcie sobie, że was nie słyszę. Albo że zdołacie przede mną uciec. Cały czas mam was na oku”.

„To najprawdziwszy Długozębus wymarlakus, znany też jako tygrys szablozębny” nie posiadał się z radości Podglądaczek.

„Ten szablozębus, czy jak mu tam, zaraz zrobi z nas szynkę” stwierdził Prosiak.

„Chyba z ciebie, krra!”

„Cicho! Powtarzam pytanie po raz trzeci i ostatni, wrrr: kto was przysłał? Albo dostanę odpowiedź, albo zagryzę was wszystkich, poczynając od tego karłowatego tygrysa tutaj”.

„Nie jestem tygrysem, miau, jestem kotem. W dodatku bardzo niesmacznym, miau” wycedził Kłębuszek. „Ale mój syn na pewno jest tygrysem, więc jeśli chcesz zjeść tygrysa, to…”

Tygrys ryknął i podniósł łapę, aby zadać cios. W tym momencie coś małego i bardzo szybkiego uderzyło go z boku w pysk. Zachwiał się i nie trafił Kłębuszka. Odwrócił się, by złapać napastnika, ale czerwono-niebieski obiekt latający już zdążył zawrócić w powietrzu i ruszyć do ponownego natarcia. A w zasadzie natarrcia.

„Zostaw go, krrra!” zaskrzeczała Poli wpadając z impetem na tygrysa. „On jest mój” zakrakała wzbijając się w powietrze. Zatoczyła koło nad zdezorientowanym olbrzymem, przeleciała mu przed nosem, dziabnęła w ogon, aż wreszcie siadła na głowie, wczepiła pazury w sierść i zaczęła dziobać gdzie popadnie. „Po… wygaśnięciu… rrrozejmu… sama … wytarrmoszę… tego… przeklętego kocurra…, ale narrrazie… warrra od niego, krra!” charczała nie przerywając dziobania.

„Tak jest, papugi górą” zakrakała Lotka i uruchomiła lotkolot.

„Ej, nie bijcie go, miau, to wymarły gatunek” zawołał za nimi Podglądaczek.

„Ładnie mi wymarły” szczeknął Kurz i wbił wzrok w tygrysa. „Ej, czemu moje lasery nie działają?”

„Jesteśmy w prehistorii, pewnie dlatego” zachrumkał Prosiak. „Ale papugi świetnie radzą sobie, chrum, bez naszej pomocy”.

„Nie, tylko nie moja błyszcząca, jasna sierść, wark. Nie moja najśliczniejsza sierść na świecie. I nie mój śliczny, jasny ogonek” biadolił tygrys. „Niech ktoś zdejmie ze mnie te wstrętne papugodaktyle, wrrr”.

„A masz za swoje, ty wstrętny tygrysie, miau, nie będziesz już ze mną zadzierał” cieszył się Kłębuszek.

„Proszę, wark, będę dla was miły, tylko zdejmijcie te praptaszyska z mojej ślicznej główki” płakał tygrys.

* * *

„Czyli nie jesteście papugodaktylami, tylko tymi, wrrr, jak to było…”

„Papugami, krra”.

„No właśnie”.

„A ja jestem kotem, miau, kotem, a nie karłowatym tygrysem, w dodatku najśliczniejszym kotkiem na świecie” wtrącił się Kłębuszek.

„Ja zaś jeszcze raz przepraszam najmocniej, że wziąłem waszą miłość za szpiega ze Wschodniego Kaganatu. To z powodu waści wzrostu — jest waść tak mały, że mógłby się wcisnąć w każdą szczelinę” odparł tygrys.

Jak się okazało, tygrys szablozębny miał na imię Kiełek i był kaganem Zachodniego Kaganatu Tygrysów Szablozębnych, a także ostatnim przedstawicielem dynastii Ryczkoidów. Jego kaganat od pokoleń toczył wyniszczającą wojnę z Wschodnim Kaganatem Tygrysów Szablozębych, rządzonym obecnie przez kagankę Drapkę z dynastii Warczkoidów.

„Nie moglibyście po prostu wziąć ślubu i połączyć dwa kaganaty w jeden? To by zakończyło wojnę” zaproponował Kłębuszek.

„Nie mam mowy, wrrr, nie chcę się żenić z jakąś pedantyczną tygrysicą” obruszył się Kiełek.

„Ani ja z jakimś narcystycznym tygrysem, takim jak waszmość” rozległ się wark i zza krzaka wyskoczył kolejny tygrys szablozębny, tym razem o żółtej sierści.

„No nie, to już się robi niesmaczne” burknął Zezowaty Kurz do Prosiaka Złego, „ile razy jeszcze będą nas plagiatować?”

„Przybyłam tu, aby stoczyć z waszmością, wark, ostateczny bój o dominację nad Tygrysimi Kaganatami” kontynuowała Drapka, „a spotykam waszmość mazgającego się w otoczeniu tych, tych… czym wy właściwie jesteście?”

„Jesteśmy kotami”

„I papugami”

„Ja jestem cynoidem. W sensie psim androidem”

„A ja świnią z supermocami”

„Miniaturowe tygrysy, skarlałe papugodaktyle, zezowaty wilk i różowy dzik? Czy to jest twoja świta, Kiełku?” szydziła Drapka.

„Nie waż się waśćka mówić do mnie na ty” ryknął Kiełek zrywając się do boju.

Dwa olbrzymie tygrysy zaczęły krążyć, obserwując się wzajemnie, warczały na siebie i ryczały, kilka razy wydawało się, że zaraz jeden rzuci się na drugiego, aż wreszcie oba jednocześnie zerwały się do skoku, zwarły się w walce, a w ruch poszły kły i pazury.

Mniejsze zwierzęta usunęły się na bok.

„Kto tym razem przerywa ich walkę?” spytała Lotka. „Mój lotkolot jest już rozładowany”.

Popatrzyli po sobie.

„Tym rrazem interrwencja nie leży w moim zakrresie” stwierdziła sucho Poli. „Poprzednio to była sprrawa honorru”.

„Moje lasery wciąż nie działają” stwierdził Kurz. „Zresztą nigdy nie były zbyt celne, bo mam zeza”.

„Ja jestem głodny, miau” jęknął Kłębuszek.

„Ja uważam, że powinniśmy pozwolić im walczyć dalej. To zgodne z ich naturą” oświadczył Podglądaczek.

„Dobrze, już, dobrze, ja to zrobię” stwierdził wreszcie Prosiak.„Tylko dajcie mi trochę brudu, żebym napełnił ryjek”.

* * *

„Jak on śmiał, jak ten dzik śmiał zabrudzić moja śliczne, żółte, pasiaste futerko?” biadoliła Drapka. „Czy on nie zdaje sobie sprawy, z jak dostojnego rodu pochodzę?”

„Moje najśliczniejsze na świecie, jasne futerko” wtórował jej Kiełek. „Całe zapaćkane na ciemno”.

„Nie na ciemno, tylko na brązowo, wark” poprawiła go Drapka. „I nie jasne, tylko białe. Jakim trzeba być gburem i prostakiem, żeby nie znać nazw kolorów?”

„Ależ ja znam nazwy kolorów” obruszył się Kiełek. „Jasny, ciemny i pstrokaty!”

„Cóż za dzicz” jęknęła Drapka.

W tym momencie do rozmowy wtrąciła się Poli.

„Przeklęte tygrrrysy, krra. Czy wy nie rrozumiecie powagi sytuacji? Natychmiast porzućcie te czcze dygrresje o kolorrach, oświadczcie się sobie i wołajcie krreta, czy kto tam zajmuje się udzielaniem ślubu w tej epoce, albo osobiście powyrrywam wam wszystkie kłaki z ogonów, krra!”

„Ale ja nie chcę brać z nią slubu, wark”.

„Ani ja z nim, wark”.

„Obawiam się, że nie jesteście pod wyborrem. Kiełku, prroś Drrapkę o łapkę, pókim dobrra, krra!”

„Drapko, wyjdziesz za mnie, wark?” spytał niechętnie tygrys.

„Chyba nie mam wyboru” zaskomlała tygrysica.

* * *

„Miłość, miłość wszędzie wokół nas, miłość, to miłości piękny czas; dobroć, dobroć zawsze dobra jest, przyjaźń, zawsze ma dobry efekt. Kochaj, kochaj wszystkich, bo miłość ma moc, miau!”

Cała sala festiwalowa falowała, skakała i śmiała w rytm piosenki Czerwonej Kokardki. Koty mruczały w takt muzyki, psy poszczekiwały, konie rżały, owce beczały radośnie i nawet nasłane przez Generał Polinezję papuzie komando dało się porwać melodii i całkowicie zapomniało o bojowej misji.

„Miłościacze i miłościardy” „i miłościajdy, i miłościajdy” „kochacze i kochardy” „i kochajdy, i kochajdy”.

Jedynie dwa koty nie dały się porwać muzyce: królowa Mleczna siedziała w swej loży z miną najwyższego dostojeństwa i tylko od czasu do czasu wznosiła łapkę w geście uprzejmego pozdrowienia poddanych (którzy i tak woleli patrzeć na scenę niż na nią), zaś jej brat, superkot Szalejot w panice przeciskał się ku wyjściu.

„Jakem Szalejot, nie, nie, przestańcie! Tylko nie miłość! Nie zniosę tej piosenki ani sekundy dłużej! Ta broń jest zbyt okrutna. Powinno się zakazać” miauczał do siebie. Wreszcie udało mu się wydostać z sali koncertowej. Szybko wybiegł z budynku, a potem ze świstem wzbił się w powietrze i odleciał.

„Tym razem wygrałaś, siostro, ale jeszcze cię dopadnę” krzyknął na odchodnym, ale nikt go nie słyszał. Wszystkich porwała piosenka o miłości.

* * *

Na zaimprowizowanym naprędce zaślubisku pośrodku miaulelitycznej pustki stały dwa tygrysy szablozębne. Ponieważ żadne z miauleolitycznych zwierzątek nie zgodziło się poprowadzić ceremonii, zbyt mocna bały się bowiem pożarcia, w roli mistrza ceremonii wystąpiła Lotka. Źli słudzy Szalejota zostali druhami, koci król z synem powołani zostali na świadków, a Poli czuwała nad bezpieczeństwem uroczystość.

„Ogłaszam was mężem i żoną, możecie się podziobać. Czy co tam robią w takich sytuacjach wymarłe tygrysy” ogłosiła wreszcie mistrzyni ceremonii.

„Dziesięć, dziewięć, osiem…” zaczął odliczać pod ryjkiem Prosiak Zły.

„Co robisz?” spytał go Kurz, ale Prosiak liczył dalej nie przerywając.

„Pięć… cztery…”

Zza krzaków wyskoczyły trzy nowe zwierzęta.

„Kto to?” zdziwili się wszyscy. No, prawie wszyscy.

„Tyranozaur Mateusz, triceratops Szczecina, albertadromeus Wieńczysław” przedstawili się przybysze. „Przybyliśmy uratować bohaterów tej bajki”.

„Wiedziałem, wiedziałem, że zaraz ktoś jeszcze wyskoczy zza krzaków” tryumfował Zły. „Choć po prawdzie, to liczyłem raczej, że Drapka ma brata-supertygrysa, który będzie chciał przerwać ślub”.

„Nigdy więcej wyskakiwania znienacka” zaskomlał Kurz. „Obiecuję”.

„Chwila moment, coś mi tu nie gra, miau. Tyranozaury, triceratopsy i albertadromeusy żyły w miauleozoiku, a mamy miauleolit” stwierdził Podglądaczek.

Przybysze popatrzyli po sobie tępo. Następnie odwrócili się i wskoczyli za krzaki. Po chwili zza krzaków wyskoczyły trzy nowe zwierzęta.

„Kto to?” zdziwili się wszyscy.

„Mamut Mateusz”.

„Australopitek Szczecina”.

„Hipopotam polarny Wieńczysław”.

„Przybyliśmy uratować bohaterów tej bajki”.

„Zasadniczo to urratowaliśmy się sami, krra”.

„Właśnie, miau, powinniście byli przyjść, kiedy Kiełek groził, że mnie rozszarpie, miau”.

„No niby tak, ale kto pogratuluje ślubu tygrysom?” spytał Australopitek.

„I kto wam pokaże, gdzie znajduje się portal czasowy do teraźniejszości” dorzucił mamut.

„A ja przyniosłem ciasteczka dla Kłębuszka, żeby już nie płakał, że jest głodny” dodał radośnie hipopotam polarny.

* * *

„To tutaj, w tej jaskini znajdziecie portal do teraźniejszości” stwierdził mamut.

„Tylko uważajcie na pluskwy na ścianach” zachichotał australopitek i mrugnął porozumiewawczo.

„I spróbujcie tym razem wkroczyć do portalu bez zawalania jaskini. Strasznie trudną ją potem odtworzyć” pouczał hipopotam polarny.

„Chwila moment, krra, czy to nie jest ta sama grrota, przez którrą tu trrafiliśmy?” spytała Poli. „I skąd czerrpaliście wiedzę o porrtalu, krra?”

„O, patrzcie, czy to nie papugodaktyle?” zawołał australopitek wskazując na niebo. Zwierzęta popatrzyły we wskazanym kierunku, ale nikogo nie zobaczyły. Gdy odwróciły wzrok, tajemniczych nieznajomych już nie było.

„No nic, krra, porrra wrrracać”.

„Już nie mogę się doczekać powrotu do swojego pałacu, miau. Czeka tam na mnie tyle dobrego jedzonka” uśmiechnął się Kłębuszek.

„W przyszłości wreszcie powróci mój laserowy wzrok” skakał z radości Zezowaty Kurz.

„Ale przyznacie, miau, że fajnie było już się nie kłócić i nie walczyć z sobą” stwierdził Kłębuszek.

„Osobiście nie mogę się doczekać, aż znów będziemy wrrogami, krra”.

„Właśnie, chrum, ciekawe, jak nasz pan Szalejot radzi sobie z atakiem na królową Mleczną. Prawdopodobnie już dawno ją wykasował”

„Oby” miauknął rzewnie Kłębuszek.

„To w drrrogę, krra” zakomenderowała Poli.

„Ja zostaję” oświadczył nagle Podglądaczek.

„Co?” zatkało wszystkich.

„Idźcie beze mnie, miau. Nie chcę być księciem, wolę być badaczem. I odkrywcą. Niech Kokardka dziedziczy sobie tron, miau. Tu w przeszłości jest tyle niezbadanych, wymarłych gatunków do odkrycia. Zostaję i już, miau”.

Pozostała piątka popatrzyła po sobie.

„W porządku, miau, jak chce, to niech zostanie” wzruszył łapkami Kłębuszek.

„Twój wybórr, krra. Ale i tak zemszczę się na was za to wyrrwane piórrko”.

„To miłego odkrywania, chrum, jak znajdziesz jakiś nowy gatunek dzika, to nazwij go na moją cześć”.

„Komu w drrogę, temu krra” zakrakała Poli.

I piątka pluszaków ruszyła w drogę ku współczesności.

Stareńku, jestem myszą

Królowa Mleczna spędzała dzień wyjątkowo pracowicie. Od rana przylizywała swoje mlecznobiałe, puszyste futerko tak, aby każdy kłaczek leżał idealnie równo, tępiła pazurki na specjalnym, pozłacanym drapaku uszytym z aksamitu i jedwabiu, przymierzała ozdobne wstążki i ćwiczyła przed lustrem dostojne miny i pozy. Była to niezwykle ciężka i żmudna praca, ale — jako królowa — musiała dbać o utrzymanie odpowiedniego fasonu i należytej prezencji, nie mogła więc sobie pozwolić nawet na najmniejsze uchybienie. Tym bardziej, że na wieczorny bankiet miał przylecieć ambasador Hipopotamiego Sułtanatu we własnej opasłej osobie, a właśnie interwencji zbrojnej hipopotamich sił zbrojnych koci władcy zawdzięczali przegnanie z pałacu zbuntowanych papuzich wojsk. Dlatego wszystko musiało być przygotowane idealnie, a przy tym ze smakiem.

Królowa przymierzyła wstążkę koloru szafranowego i zrobiła do lustra minę uprzejmego zaciekawienia, następnie odegrała lekkie zdziwienie i zwieńczyła całość pogodnym uśmiechem. „Nie, miau, za jasna ta wstążka, za słabo kontrastuje z moim futerkiem” stwierdziła i sięgnęła po seledynową wstążkę z chabrowymi wzorkami. Znów spojrzała do lustra. Jej pyszczek przybrał kolejno wyraz niezachwianej dumy, radosnej kokieterii i głębokiej odrazy. Przygładziła łapką kosmyk niesfornych kłaczków i sięgnęła łapką do koszyczka po kolejną wstążkę do wypróbowania, gdy nagle wśród tych akcesoriów coś się poruszyło i wysunęła się spośród nich główka małego zwierzątka.

***

Król Kłębuszek również pracował tego dnia bardzo ciężko: najpierw spał, potem jadł, potem się przeciągał, następnie znów spał, a teraz leżał na łóżeczku i zajadał śledziki popijając mlekiem. Gdzieś między tymi czynnościami znalazł chwilę czasu, aby przyjąć na audiencji ministra spraw zagranicznych, ale z całej jego szczekaniny zrozumiał tylko tyle, że wieczorem ma gdzieś być jakiś bankiet. A przecież na bankiet nie wypada przychodzić z pustym brzuszkiem.

Król sięgnął po wiszący obok łoża sznurek od dzwonka i zadzwonił trzykrotnie, a potem jeszcze trzy razy. Zgodnie z prastarym dworskim protokołem był to sygnał alarmowy „król w opałach”, jednak od czasu koronacji Kłębuszka oznaczał raczej „królowi kończy się prowiant”. Do komnaty weszła pokojówka, owca Belena. „Dokładka śleeeeedzików i mleeeka dla waszeeeej królewskieeeej moooości” zameczała kładąc na stoliku srebrną tacę z pokrywą, skłoniła łeb przed władcą i skierowała się ku wyjściu. Kłębuszek zdjął pokrywę i już miał się brać za jedzenie, gdy zobaczył wśród śledzi coś małego i szarego, co wpatrywało się w niego spokojnym i inteligentnym wzrokiem.

„Cześć stareńku, co robisz?” spytało tajemnicze zwierzątko piskliwym głosem.

„Nakarmiam mój najśliczniejszy brzuszek na świecie” odparł Król. „Poza tym nie jestem stary, miau, tylko młodziutki. Jestem najmłodsiejszym kotkiem na świecie”.

„Stareńku, ależ ja wszystkich nazywam stareńkami. Nawet na własne dzieci mówię stareńki” zapiszczało zwierzątko i zeskoczyło na podłogę. „Mogę się przysiąść?”

„Oczywiście, miau, tylko nie wyjedz mi wszystkich śledzików”.

„Spokojnie, stareńku, ja nie jadam ryb” odpowiedział mały szary stwór i wspiął się po prześcieradle na kłębuszkowe łoże. „Wskoczyłem na ten półmisek, bo szukałem sera albo zbóż, ale tu straszna bida, same ryby” wyjaśnił zajmując miejsce obok króla.

„Rybki to najlepsze jedzenie świata” zaprotestował Kłębuszek. „Oczywiście jeśli nie liczyć mleczka, miau. Ale nie martw się, miau, zaraz zadzwonię po służbę i każę przynieść zboże”.

„Dziękuję, stareńku, to bardzo miłe” odpiszczał gość i już po chwili obaj delektowali się przysmakami z królewskiej kuchni.

„Tak w ogóle, to Kłębuszek jestem” przestawił się Kłębuszek. „Król Kłębuszek I z dynastii Kłębuszkoidów”.

„A ja mam na imię Mom” odparł przybysz z pyszczkiem pełnym prosa.

„Dziwne imię, miau”.

„To skrót”.

„Skrót? Od czego, miau?”

„Od Mężny Obrońca Myszy”.

„Aha, miau. To ciekawy skrót. Obrońca myszy…” zadumał się Kłębuszek. „Ciekawe, miau, czy myszy naprawdę istnieją? To znaczy widziałem już nakręcane myszki, gumowe myszki, rysunkowe myszki i pierniczki w kształcie myszek, oj tak, miau, pierniczki były dobre, ale prawdziwej, żywej, pluszowej myszy jeszcze nigdy nie widziałem”.

„Stareńku, ale ja jestem myszą”.

„Naprawdę, miau?” zdziwił się koci król. „Ale taką prawdziwą, najprawdziwszą?”

„Stuprocentową, stareńku, z mysim ogonkiem, mysimi łapkami, mysim pyszczkiem i mysimi uszkami”.

„To nie do wiary, miau. Niby znam parę kotków, które mówiły, że kiedyś widziały myszki, a nawet je goniły, ale zawsze myślałem, że to tylko przechwałki, a myszki istnieją tylko w bajkach. No i w powiedzonkach. No wiesz, miau, takich jak no i masz kocie myszę albo lepszy myszon w łapce niż wróbel na dachu. I jeszcze jakieś jedno było… złapał kocur wieprzowina, a wieprzowin za mysz trzyma… nie, miau, chyba coś pomieszałem…”

„Zapewniam cię, stareńku, że jestem prawdziwy. Równie prawdziwy jak ty”.

„Aha, miau” stwierdził Kłębuszek i przypomniawszy sobie, że ma brzuszek do wypełnienia, wrócił do jedzenia śledzi. „Rozumiemf, że ten wieczorny bankietf, miauf, to na twoją cześć?” spytał z pełnym pyszczkiem.

„Chyba nie, stareńku, słyszałem co prawda jakieś rozmowy o bankiecie, gdy myszkowałem w kuchni, ale to miał być bankiet na cześć jakiegoś amba…”

Dalszą część zdania zagłuszyło głośne miauknięcie. Był to miauk tak niebywale donośny, tak gromki, a przy tym tak pełen odrazy i oburzenia, że wstrząsnął całym zamkiem, wybił kilka szyb, wymiótł kurze z zakamarków, a jego echo szalało po korytarzach jeszcze długo po tym, jak on sam umilkł. A składało się na niego jedno słowo: „MYSZ”.

„Ojej, miau, to jest was więcej?” ucieszył się Kłębuszek. „Zresztą nieważne, miau, lepiej się schowaj” zreflektował się po chwili. „To moja żona”.

***

Królowa wpadła do komnaty króla z impetem, którego mogłyby jej pozazdrościć nawet najlepsze bojowe papugi z armii Generał Polinezji. Jej misternie ulizane futerko w jednej chwili zamieniło się w nieokiełznaną burzę kłaków, precyzyjnie dobrane wstążki i kokardki zwisały smętnie pod najdziwniejszymi kątami, a pyszczek wyrażał tylko jedną emocję: niepochamowaną wściekłość.

„Mężu, w mojej komnacie jest mysz. Kategorycznie żądam, abyś zajął się tym problemem, miau” oświadczyła głosem nieznoszącym sprzeciwu.

„Czemu ja, miau?” spytał nieśmiało król.

„Bo jesteś mężczyzną” odprychnęła królowa. „Poza tym tak wysoko urodzonej damie jak ja nie przystoi rozwiązywać tak pospolitych spraw, jak myszy chodzące samopas po zamku”.

Do uszu Kłębuszka dotarł ledwie słyszalny głosik. „Stareńku, nie rób tego” piszczał.

„Rozwiążesz ten problem, albo się z tobą rozwiodę, wrócę do Wschodniego Królestwa i wypowiem ci wojnę” straszyła królowa.

„Stareńku, proszę” piszczał głos.

„Pokaż wreszcie, że jesteś mężczyzną” naciskała królowa.

„Pokaż, że też jesteś mężnym obrońcą myszy” kusił cichy głosik.

„Ja, miau, tego…” zaczął Kłębuszek. „Ja… miau… jestem zajęty, o, miau, mam dzisiaj bardzo ważne spotkanie z takim jednym moim starym znajomym… znaczy tym, dietetykiem, o”.

Mleczna zaniemówiła, a jej oczy zapłonęły wściekłością. Po chwili opanowała się i odmiauczała zimnym tonem:

„W porządku, miau, sama to załatwię. A kucharzom przekażę, żeby ze względu na twoją die-tę zaserwowali na wieczorny bankiet odpowiednio die-te-tycz-ne menu”.

Co rzekłszy uniosła wysoko pyszczek, odwróciła się i wyszła ceremonialnie.

„Dzięki, stareńku” zapiszczał Mom wychodząc spod prześcieradła.

„Ja też dziękuję, miau, nie sądziłem, że kiedykolwiek zdołam jej odmówić”.

***

Królowa Mleczna rozpoczęła rozwiązywanie mysiej kwestii od poprawienia swojego wyglądu przed wiszącym na korytarzu zwierciadłem. Na niewiele się to jednak zdało, gdyż chwilę później znów cała się rozczochrała uciekając w panice przed dwiema myszami, które minęły ją w drzwiach jednej z komnat. Wściekła skierowała kroki do kuchni, aby osobiście wydać kucharzom nowe instrukcje odnośnie do posiłków, które mieli podać w trakcie bankietu jej mężowi, jednak kuchnia okazała się pełna biegających po blatach i półmiskach myszy oraz spanikowanych pingwinich kucharzy bezskutecznie próbujących odgonić gryzonie od jedzenia. „To jakiś gryzońgedon” jęknęła królowa i z przerażeniem zatrzasnęła drzwi. W panice pobiegła ku głównemu holowi tratując wszystkich, których spotkała po drodze. Aż wreszcie zderzyła się ze starym kamerdynerem, buldogiem Mocartem.

„My-szy, miau, w całym zamku jest pełno my-szy” wyrzęziła.

„Wiem o tym, najjaśniejsza pani” odszczekał Buldog. „Właśnie pędziłem do kuchni, by sprawdzić sytuację. Pingwiny donoszą, że myszy jest coraz więcej i więcej”.

„Trzeba je zniszczyć, wygnać, wypędzić” prychała królowa z szaleństwem w oczach.

„Nie znam się na tym” odparł drżącym głosem Mocart.

„Każ zawołać dworskiego szczurołapa. Czy tam myszołapa” rozkazała Mleczna.

„Obawiam się, że nie mamy na dworze takiej funkcji” zaskomlał cicho buldog.

„Jak to, miau?!”

„Jesteśmy w kocim zamku. A koty łapią myszy. Dlatego myszy… nigdy… nigdy…” buldog ze strachu podwinął ogon, położył uszy po sobie i przyłożył łeb do ziemi „..nigdy się tu same nie zapuszczają. A już na pewno nie w takiej liczbie” wydusił wreszcie z siebie.

„Sugerujesz, że miała bym sobie pobrudzić łapki, moje piękne, zadbane, arystokratyczne łapki uganianiem się za jakimiś pospolitymi, ordynarnymi, polnymi gryzoniami?” spytała Mleczna głosem tak zimnym, że kamerdyner miał wrażenie, jakby cały grzbiet pokrył mu się szronem.

„N-n-n-n-nie” wyjąkał.

„Słusznie” stwierdziła królowa z satysfakcją. „A teraz doradź mi, jak rozwiązać ten kryzys”.

„J-j-ja n-n-nie znam się na m-m-myszach, ale b-b-być może w b-b-bibliotece znajdzie wasza miaukliwość j-j-jakieś inform-m-macje” wyjąkał pies wciąż kuląc się ze strachu.

„Biblioteka, miau? To tu jest biblioteka?” Mleczna przez chwilę wydawała się oszołomiona. „No tak, miau, biblioteka! To jest to, miau! Sługo, zaprowadź mnie do biblioteki!”

***

„A jak właściwie się dostałeś do mojego zamku?” spytał Moma Kłębuszek, przeciągając się leniwie i głaszcząc się po brzuszku.

„Wszedłem przez dziurkę w ścianie, stareńku” odpiszczał myszon. „No wiesz, stareńku, tę dziurkę, na którą wskazywał drogowskaz”.

„Jaki drogowskaz, miau?”

„Ten z rysunkiem myszy i napisem TĘDY DOTRZECIE DO KOCIEJ SPIŻARNI. P.S. TEGO NA PEWNO NIE PISAŁEM JA, PROSIAK ZŁY NA POLECENIE MOJEGO PANA SZALEJOTA”.

„Dziwny napis, miau”.

„Na wcześniejszych były jeszcze dziwniejsze, stareńku. I tak przez całą trasę”.

„Całą trasę, miau? To musiałeś przyjść z bardzo daleka, miau”.

„E, wcale nie z tak daleka. Przyszedłem tu z pól za miastem” stwierdził spokojnie myszon.

„Zza miasta, miau? Pieszo? Ależ to bardzo daleko, miau” stwierdził Kłębuszek. „To nawet więcej niż dziesięć kroków, miau. Mnie by się tyle nie chciało chodzić”.

„My nie mieliśmy wyboru, bo nasze norki zniknęły. Rano były na swoim miejscu, a wieczorem nie został po nich ślad. Tak zwyczajnie ostały się, jakby ktoś je zasypał. Na ich miejscu znaleźliśmy tylko te tabliczki ze strzałkami: WASZE DOMY ZOSTAŁY WYKASOWANE. ALE — JAKEM SZALEJOT — KLNĘ SIĘ, ŻE NIE PRZEZE MNIE albo JAK NIE CHCECIE UMRZEĆ Z GŁODU, TO IDŹCIE DO ZAMKU MOJEJ SIOSTRY I JEJ GŁUPIEGO MĘŻĄ. P.S. JA, SUPERKOT SZALEJOT TEGO NIE NAPISAŁEM. Zatem poszliśmy za tabliczkami, a ja jako prezydent kroczyłem na czele prowadząc mój lud”.

„Hm, miau” Kłębuszek zamyślił się. „Gdyby nie te dopiski w postskriptach, to pomyślałbym, że to kolejna sprawka tego dywersanta Szalejota. Ale skoro to nie Szalejot, to nie wiem, kto za tym stoi, miau. Może powinienem powiedzieć o tych tabliczkach mojej żonie?” zadumał się. „Ale nie, miau, łóżeczko jest tak miękkie, że nie chce mi się z niego wstawać. Zresztą na pewno sama już wszystko załatwiła, miau”.

***

Królowa Mleczna sapała ze zmęczenia, ale niestrudzenie brnęła pod górę. Pałacowa Biblioteka Zachodniego Królestwa znajdowała się na samym szczycie jednej z zamkowych wież. Jak opowiadał kamerdyner Mocart była ona też nazywana Biblioteką Warbudzińską na cześć swojej fundatorki, świętej pamięci królowej Warbudki I Krągławej, a najstarsze ze zgromadzonych w niej łapkoskryptów pamiętały jeszcze mityczną epokę Pięciu Wiewiórzych Mędrców. Pies tłumaczył coś jeszcze w kwestii zasad gromadzenia księgozbioru i przytaczał jakieś skomplikowane statystyki ilości woluminów, jednak królowa nawet nie próbowała udawać, że słucha jego szczekaniny.

Wreszcie dotarli na właściwe piętro. Mocart pośpieszył otworzyć drzwi królowej, ale ta wstrzymała go gestem łapki, przysiadła na schodach i zaczęła się lizać. „Nie myślałeś chyba, że wejdę w nowe miejsce cała zmierzwiona, miau? To by zrobiło fatalne wrażenie” stwierdziła z wyrzutem. Gdy już skończyła pobieżną toaletę pozwoliła słudze się zaanonsować i dumnie wkroczyła do biblioteki. Szybko omiotła spojrzeniem całe pomieszczenie, a na jej pyszczku pojawił się wyraz niesmaku.

Wszystko w bibliotece było stare. Stare i używane. Książki były zakurzone i nosiły ślady świadczące o tym, że ktoś je już kiedyś czytał. Niektóre miały nawet powycierane grzbiety, inne zaś pozaginane rogi. A co najgorsze nie były ułożone według koloru ani kształtu, tylko wedle jakichś dziwnych numerków wypisanych na grzbietach. „Trudno, nie dla książek tu przyszłam” pomyślała królowa i zaczęła szukać wzrokiem bibliotekarza. „Jest tu kto, miau?” zawołała. „Mocarcie, miałeś mnie zaanonsować” stwierdziła z wyrzutem.

„Zaanonsowałem” odparł pies. „Ale szeptem, bo tego wymaga wewnętrzy protokół bib…”

„Chcę natychmiast rozmawiać z kierownikiem tej rupieciarni” zawołała głośno królowa.

„Ciiii, nie tak głośno, tu jest biblioteka” rozległ się szept i spomiędzy regałów wysunął się ptasi dziób. „W czym mogę państwo pomóc?”

„Nareszcie, miau” ucieszyła się Mleczna. „To sowa. A sowy polują na myszy” wyjaśniła na stronie Mocartowi, po czym wydała głośny rozkaz „Mówi królowa! Proszę przepędzić myszy z zamku!”

„Ciii, proszę nie krzyczeć” odrzekł ptak i cicho zatrzepotał skrzydłami wzbijając się do lotu. „No i obawiam się, że zwalczanie myszy nie należy do moich zadań. Ale zawsze mogę waszej królewskości polecić jakąś dobrą książkę o gryzoniach”.

Przed Mleczną wylądowała zielona dzięciolica z czerwoną główką.

„Królewska bibliotekarka, dzięciolica zielona Kasia, do usług waszej głośności” skłoniła się uprzejmie.

„Co takiego, miau?” oburzyła się Mleczna. „Używane książki jakoś zniosłam, na kurz i nieporządek również przymknęłam oko, ale na miłość kocią dlaczego nie zatrudnili w bibliotece sowy, tylko jakiegoś dzięcioła? Przecież w każdej porządnej bibliotece powinna być sowa”.

„Sowy w bibliotece spotyka się tylko w bajkach” odparła z żurawim spokojem dzięciolica.

„No i tego sobie właśnie życzę, miau, żeby mój zamek był niczym z bajki” uniosła się królowa. „Ty, ty wiedziałeś, że tu pracuje jakiś dzięcioł?” zwróciła się do Mocarta.

„Tak, najjaśniejsza królowo Mleczna, ale myślałem, że szukamy książek, nie sowy” wyskomlał pies z podkulonym ogonem

„W prawdziwych bibliotekach zawsze zatrudnia się dzięcioły, żeby wyjadały mole książkowe” wyjaśniła królowej dzięciolica nie tracąc zimnej krwi.

„Chodźmy stąd, miau, nic tu po nas” zakomenderowała Mleczna. „Nie będę brudzić sobie łapek książkami, które wcześniej czytał ktoś inny, miau”.

I w tym momencie jedna z książek spadła jej na główkę.

„Wybaczcie, bracia, celowałem w podłogę” zachrobotał siedzący na szafie mól książkowy do swoich towarzyszy, kornika i termita.

„Oj Wieńczyławie, Wieńczysławie, straszna z ciebie oferma” odchrobotał kornik.

„Grunt, że zwróciliśmy jej uwagę na właściwą książkę. A teraz znikajmy stąd, nim bibliotekarka nas zauważy, bo będzie z nami krucho” pogonił pozostałych termit i trzy robaczki pośpiesznie wyśliznęły się poza granice tej opowieści.

***

„A kto to właściwie jest ten prezydent?” spytał z ciekawości Kłębuszek.

„Prezydent to jest przywódca, który stoi na czele Myszypospolitej Polnej, czyli państwa należącego do całej mysiej społeczności. Taki trochę król, stareńku, tylko wybierany w wyborach, przez cały mysi naród. To się nazywa myszokracja”.

„Myszokracja? Nigdy o czymś podobnym nie słyszałem, miau. Słyszałem za to o dekoracji, kolokacji i kooperacji, miau, choć nie pamiętam już, które co znaczyło”.

***

Mała, cienka książeczka dla kociąt nosiła tytuł „Bajka o trzech myszkach”. Napisała ją kocinka Inka, a zilustrowała rysica Ryszarda. Okładka przedstawiała trzy myszy w kapeluszach zmierzające pod osłoną nocy w nieznanym kierunku. Tyle królowa była w stanie stwierdzić sama. Niestety dalsze zgłębianie treści wymagałoby przewrócenia kartek, a to oznaczałoby, że królowa musiałaby dotknąć pożółkłego papieru własnołapnie. Z drugiej strony książka traktowała o myszach, mogła więc zawierać przydatne rady w kwestii tego, jak skłonić kłopotliwe gryzonie do odejścia.

„Mocarcie, otwórz tę książkę na pierwszej stronie” rozkazała królowa.

„Tak jest, najjaśniejsza pani” szczeknął buldog i przewrócił łapą kartkę.

„Dzięciolico, odczytuj” zakomenderowała przysiadając obok drzwi, a zielony ptak sfrunął na podłogę i powoli zaczął czytać. Czytając zaś kiwał się w przód i w tył uderzając dziobem w strony książki przy każdym kolejnym słowie, przez co rytm wiersza zlewał się w jedno z rytmem dzięciolego stukania.

Biała myszka, szara myszka i myszka brązowa

W ślad Koziołka chciały wybrać się do Pacanowa,

Gdyż od mamy, czarnej myszy te słyszały słowa:

„W Pacanowie myszy kują — głosi wieść ludowa”.


Spakowały trzy tobołki, w nich mysie manatki:

Ser, pszenica, żyto, jęczmień, zabawki i kwiatki.

Pożegnały się z kocurem, co grał w koci-łapki

I ruszyły w świat szeroki nie zabrawszy mapki.


„Na Pacanów droga prosta” — biała myszka rzecze,

„Trz’a podążać za instynktem, najzwyczajniej w świecie”.

Poszły w lewo, poszły w prawo — ile dróg w powiecie,

Tyle razy zawracały, jak spam w internecie.


„Może lepiej złapać stopa” — druga poradziła

(Ta brązowa, której podróż strasznie się znużyła)

„Autostopem jechać raźniej, tam przyjaciół siła”.

Lecz okazja złapać stopa się nie nadarzyła.


„Kompas, sekstant i busola” — rzecze myszka szara

„To metoda jest sprawdzona, stara ale jara”.

Spróbowały, wędrowały, przeszły przez kraj cara,

Przez kraj chana, kraj Mongoła — taki efekt starań.


Prześliznęły się po murze i do Chin dotarły.

„Pacanów stąd dość daleko, marny nasz los, marny”

Tymi słowy biadoliły, lecz los — gość figlarny

Zesłał myszkom nowy transport w formie misia pandy.


„Zbieg to losu wprost przedziwny” — rzekła panda myszom

„Właśnie szłam do Pacanowa, seryo, mogę przysiąc

Bo słyszałam od prababki, co ma lat gdzieś z tysiąc,

Że tam robią smycze pandom, srokom oraz rysiom”.


Dojechały aż do celu na grzbiecie u miśka,

Myszka biała, myszka szara i brązowa myszka.

Tam podkuli je kowale, z pieców ogień tryskał

I od tego czasu myszki chodzą jak koniska.

„Bez sensu” orzekła królowa, gdy bajka dobiegła końca. „Nie rozumiem tej bajki. Jakieś Mongoły, internety, powiaty… przecież w języku kocim nie ma nawet takich słów! No i co to niby są te Chiny? Albo ten Pacanów, miau? Widziałam mapę Zabawy w gabinecie ministra kartografii i jestem przekonana, że nie było tam takich miejsc! Każdy kociak wie, że pandy nie mieszkają w Chinach, ale w królewskim ogrodzie, gdzie zajmują się pielęgnacją drzew, miau”.

„To fantastyka” wyjaśniła dzięciolica Kasia. „Akcja rozgrywa się w wymyślonym świecie”.

„Nie lubię fantastyki, miau” stwierdziła królowa. „Chociaż jako koneserka literatury muszę przyznać, że od strony lirycznej wiersz prezentuje się całkiem zgrabnie, miau” stwierdziła i zwinnym susem wskoczyła na fotel. „Poczytaj mi coś jeszcze” miauknęła zwijając się w kłębek.

***

„Stareńku, jaki stąd piękny widok” zapiszczał Mom wspiąwszy się na parapet Kłębuszkowej sypialni. „Nie sądziłem, że kiedyś będę tak wysoko, żeby patrzeć na drzewa z góry. Chyba że złapałby mnie jastrząb. Albo sokół. Albo gryf”.

„To za oknem rosną jakieś drzewa?” zdziwił się Kłębuszek. „W sumie dawno nie miałem powodu, żeby przez nie wyglądać, więc nie wiem”.

„Rosną, stareńku, rosną. Widać ich korony. I dachy domów. A na horyzoncie zachód słońca. Stareńku, jakie to piękne. Chodź wyjrzeć i sam zobacz”.

„Na pewno nie tak piękne, jak ja” stwierdził z dumą Kłębuszek nie przerywając wylegiwania się.

„Widać ogród zamkowy. I wieżę ratusza. I hipopotama lecącego na śmigle”.

„Nudy. Jakbyś zobaczył cysternę z mlekiem, to daj znać” wymruczał Kłębuszek.

„Stareńku, ten hipopotam właśnie zniża się do lądowania na dziedzińcu twojego zamku. Chyba masz gościa, stareńku”.

„Daj mi spokojnie pospać, miau, zmęczyłem się całodziennym czekaniem na ucztę” wymiauczał król. „Właśnie, miau, kiedy wreszcie ta uczta? Nie jadłem nic od dwudziestu minut, miau. Mój najśliczniejszy brzuszek na świecie jest głodny”.

„A to nie jest czasem ten cały amba…”

Trzask drzwi zagłuszył jego słowa. Do królewskiej komnaty wpadła cała zziajana i spanikowana pingwinka Konfacela.

„Amba… uf-puf… ambasador przybył” wyjęczała z trudem. „Przybył ambasador, zaraz powinien zacząć się bankiet, a tymczasem kuchnia jest pełna myszy, a my nigdzie nie możemy znaleźć królowej Mlecznej… uf-uf…. ani kamerdynera Mocarta… uf-uf…”

„No nareszcie, miau, będzie uczta” ucieszył się Kłębuszek.

„Obawiam się, wasza najśliczniejszość, że w tych warunkach będziemy zmuszeni odwołać ucztę” odparła pingwinka.

„Co, miau? Odwołać? Nigdy! Nie zgadzam się!”

„Stareńki, ja chyba mogę wam pomóc” zapiszczał cicho Mom.

***

Ambasador wylądował pośrodku dziedzińca, obok pomnika króla Mruczka I. Wyłączył hipolot, złożył śmigła, a następnie udał się w kierunku ogrodów, gdzie opłukał kopyta w sadzawce i starannie wytarł je o trawnik. Jako kulturalny i dobrze wychowany dżentelhip nie zamierzał udawać się w gości z brudnymi kopytami. Gdy wrócił na dziedziniec, czekał tam na niego koci król z orszakiem powitalnym.

„Mam zaszczyt powitać waszą otyłość na ziemiach Zjednoczonego Królestwa Kotów, miau. Jestem król Kłębuszek” oznajmił król.

„Miło mi poznać waszą futrzastość, ziew, jestem Begemot Hroch, przyjazny Begemot Hroch herbu Twarde Kopyto, oj tak, ziew, nowy ambasador Hipopotamiego Bajora” odrzekł przybysz i nisko skłonił przed gospodarzem swój potężny kark.

„Przygotowaliśmy ucztę na cześć waszej ambasadorskości, miau”.

„Jestem niezwykle, ziew, doprawdy niezwykle zaszczycony”.

„Ja zaś niezmiernie ubolewam, iż moja małżonka, królowa, nie będzie mogła wziąć udziału w bankiecie, gdyż pochłonęły ją obowiązki natury nagłej i niecierpiącej zwłoki”.

„Ja również żałuję, że nie będzie mi dane poznać szlachetnej małżonki waszej królewskości” odziewał hipopotam. „Proszę pozdrowić ją w imieniu moim i sułtana”.

„Takoż uczynię, miau, a tymczasem zapraszam na bankiet. Proszę podążać za mną, miau”.

I ambasador wraz z królem i jego świtą skierowali się w stronę zamku.

„Skąd ty znasz tyle trudnych słów?” zapytał Kłębuszek Moma, który cały czas siedział mu na ramieniu i szeptał do ucha.

„Demokracja, stareńku” odpiszczał myszon. „Żeby wygrać wybory musisz być dobrym oratorem”.

***

Uczta, pomimo początkowego chaosu i organizacyjnej improwizacji, okazała się wielkim sukcesem. Pingwiny naprędce przygotowały nowe dania z tego, czego myszy nie zjadły oraz z tego, co udało się znaleźć. Prezydent Mom przywołał do siebie wszystkich mysich obywateli i nakazał im rozejść się po pałacu i przemyszkować go od fundamentów aż po dachy: zajrzeć w każdą dziurę w ścianie, przejść przez każdą szparę w podłodze i sprawdzić każdy zakamarek. Wkrótce mysi zwiadowcy zaczęli przybywać z raportami. Przeszukujące zamkowe zakątki i zaułki myszki znalazły mnóstwo zagubionych szpargałów, a także spory zapas nagromadzonego przez wieki prowiantu, z którego co nieco było nawet wciąż jadalne. W jednej z piwnic odnalazł się słynny Mruczydrap, zaginiony przed wiekami miecz Mruczka I, założyciela dynastii mruczkoidów; w innej myszki znalazły gigantyczne złote jajo; w nieużywanym od wieków pomieszczeniu gospodarczym odnalazły cały zapas suszonych daktyli, a przez jedną ze szpar w ścianie dotarły do tajnego pokoju pełnego wykwintnych, wiekowych win. Sporo prowiantu udało się też wygrzebać z najróżniejszych kątów kuchni. Pod szafami znaleziono mnóstwo spinaczy, pinezek, kokardek, papierków i kocich zabawek, w tym kilka nakręcanych myszek. W szufladzie starego biurka ukryty był cały plik dokumentów z epoki średniokociej, które Kłębuszek natychmiast nakazał ukryć z powrotem w obawie, że mogą znajdować się wśród nich akta prawne. „A prawo to same problemy, miau. Za każdym razem, jak Zdzisławy coś znajdą, to kończy się to tarapatami. Dlatego lepiej prychać na zimne” tłumaczył.

Wyjaśniła się też kwestia nieobecności królowej — mysi szpiedzy donieśli, że zauważyli ją w towarzystwie śpiącego buldoga w jednej z zamkowych wież, gdzie słuchała bajek czytanych przez jakieś ptaszysko. „Baliśmy się podejść bliżej, pi-pi, bo to była biblioteka, a przecież w bibliotekach pracują sowy, pi-pi, straszne, wielkie, myszożerne sowy” piszczały myszy. „Biblioteka? To ja mam w zamku bibliotekę?” zdziwił się Kłębuszek. „A zresztą, nieważne, miau. Im dłużej moja żona tam posiedzi, tym lepiej. Nie będzie nam przeszkadzać w uczcie”.

Tymczasem hipopotami ambasador nie mógł nadziwić się mysim rozmiarom.

„Słyszałem, że koty są małe, ziew ale nie wiedziałem, że niektóre z nich są tak małe” śmiał się do rozpuku.

„Nie jesteśmy kotami, tylko myszami, stareńku” zaprotestował Mom, którego Kłębuszek na czas uczty usadził po swej prawicy.

„Myszami, ziew?” zdziwił się ambasador. „A to ci dopiero cudo! Myślałem, że nie ma mniejszych pluszaków niż koty”.

„A jednak jesteśmy, stareńku”.

Gdy uczta dobiegła końca, a ambasador Hroch udał się na nocleg do sali balowej (niestety żadna z kocich sypialń nie miała łoża dość dużego, by pomieścił się na nim dorosły hipopotam, zaimprowizowano więc posłanie z materaców w największej spośród zamkowych sal), Kłębuszek podziękował myszkom za pomoc.

„Drobiazg, stareńku” odrzekł Mom w imieniu swojego ludu. „I przepraszamy, że nagłym najściem zrobiliśmy wam taki bałagan, stareńki”.

„Przepraszamy, pi-pi, przepraszamy” zaczęły skandować pozostałe myszki.

„Nic nie szkodzi, miau, to nie wasza wina” odparł Kłębuszek. „Ale wiecie co, moglibyście tu zostać, miau, i służyć mi za tajnych wywiadowców. Tylko nie pokazujcie się mojej żonie, zgoda? W zamian dostawalibyście zboże i sery. I tak nie lubię zboża i serów, miau, więc to dla mnie żadna strata. Co wy na to, miau? Zostaniecie?”

„Zostaniemy, stareńku, zostaniemy” pisnął prezydent.

„Wiwat zboże, wiwat sery, wiwat król Kłębuszek” zaczęły skandować pozostałe myszy.

***

Królowa Mleczna nigdy nie sądziła, że książki mogą być tak ciekawe. Owszem, posiadała wiele książek: z Wschodniego Królestwa przywiozła ze sobą całą skrzynię z podręczną biblioteczką, ale jakoś nigdy nie pomyślała o tym, że mogłaby je tak po prostu czytać. Przecież wyjęcie książki z półki oznaczało narażenie jej na pobrudzenie, nie wspominając już o zaburzeniu harmonijnej kompozycji równo ułożonych grzbietów.

Tymczasem w tej chwili rozpościerały się przed nią coraz to nowsze i coraz ciekawsze historie. Historie pełne pięknych, rasowych kocich dam z rodowodem, dzielnych rycerzy o ostrych pazurkach i lśniącym futrze, ziejących ogniem smoków, groźnych kotołaków, zdradliwych much, podstępnych świń i wścibskich żyraf. Wysłuchała bajki o kotce Mai, która bardzo chciała zostać pszczółką. Poznała historię kocura Brunona, który od kocimiętki wolał imbir. Z zachwytem słuchała baśni Braci Miau i opowiadań Jana Pazuriana Miaumiausena. Drżała ze strachu, gdy przebrany za dziadka zły wilk usiłował pożreć Rudego Wąsika i cieszyła się, gdy nakręcana kotka Gattollina została prawdziwym pluszakiem. Bardzo współczuła legendarnemu królowi Popielatkowi, który, podobnie jak ona, panicznie bał się myszy. I miała dziwne poczucie, jakby skądś już znała tę historię, gdy zagubionym w ciemnym, mrocznym lesie Miausiowi i Miaugosi drogę powrotną do domu wskazało trzech czarowników ukrywających się pod postacią lisa, koguta i zająca. Aż wreszcie uśpił ją rytmiczny stukot dzięciolego dziobania.

Śniły jej się bajki. Niektóre były wesołe, inne straszne lub smutne, ale dzięki niezwykłym splotom wydarzeń wszystkie dobrze się kończyły.

Kot mrrojański

W zamkowych ogrodach nastał piękny, rześki poranek. Drobne kropelki porannej rosy radośnie skrzyły się na listkach, skryte wśród traw bławatki i pełniki nieśmiało wznosiły swoje szafirowe i złociste główki ku słońcu, drzewa szumiały po cichu, kolorowe ptaszki świergotały na dachu porośniętej dostojnym bluszczem altany, lekki, ciepły wietrzyk leniwie przepychał puchate chmurki po niebie, zaś uzbrojone w maleńkie sekatory zające w spodniach ogrodniczkach kicały nieśpiesznie po trawnikach i gdzieniegdzie przycinały bądź przygryzały zbyt wybujałe pędy.

„Windegardzie, każ ogrodnikom odkicać, a ptakom odlecieć. I upomnij drzewa, żeby nie szumiały zbyt głośno w mojej obecności. Chcę mieć dziś tę część ogrodów do swojej wyłącznej dyspozycji” zakomenderowała Królowa Mleczna, a poczciwy koń chcąc nie chcąc musiał spełnić jej życzenie.

Od pewnego czasu pasją królowej stało się czytanie książek, jednak ponieważ królowa uważała tę pasję za nie dość godną i arystokratyczną (wszak czytać mógł byle zawszony pluszak), to starała się utrzymać ten kłopotliwy fakt w sekrecie. Nigdy też nie zniżała się do czytania książek osobiście, gdyż dotykanie papieru nie przystawało damie jej pokroju, zamiast tego zlecała to zadanie komuś ze swoich zaufanych sług. Jednak akurat tego dnia bibliotekarka Kasia została wezwana na jakąś przyziemną i mało ważną zapewne naradę wojenną, a kamerdyner Mocart miał przeprowadzić niezwykle ważną inspekcję w królewskiej pralni (zeszłej nocy pod jedną z poduszek królowa wyczuła ziarnko grochu, które najwyraźniej trafiło tam na skutek karygodnego i niedopuszczalnego zaniedbania kogoś ze służby), więc królowa zdecydowała się wtajemniczyć do sprawy zaufanego konia Windegarda, który towarzyszył jej wiernie od czasów, gdy była jeszcze księżną Wschodniego Królestwa.

„Windegardzie, czy książka jest otwarta na stronie tytułowej, tak jak prosiłam?” spytała królowa po tym, jak zajęła miejsce w altanie, umościła się, zwinęła się w kłębek i przymknęła oczy.

„Tak jest, najjaśniejsza pani” odrzekł koń.

„A czy trzymasz książkę stronami do góry, a grzbietem do dołu, zgodnie z moimi wytycznymi?”

„Ojej, chyba trzymam ją odwrotnie, najmocniej przepraszam waszą sprężystość, już poprawiam” zarżał zażenowany koń.

„Gdy skończysz, upewnij się jeszcze, że litery nie są do góry nogami. A potem zacznij czytać” nakazała władczyni.

Po kilku nieudanych podejściach koń uporał się wreszcie z kwestią właściwego ułożenia książki i rozpoczął lekturę. Z początku nie szło mu to zbyt dobrze, z przyczyn zawodowych nie był bowiem przyzwyczajony do obcowania z literaturą bardziej skomplikowaną niż szyldy uliczne, mapy i znaki drogowe, ale w końcu zaczął pomagać sobie wystukując rytm, dzięki czemu opowieść ruszyła z kopyta.

Książką, którą królowa Mleczna wybrała sobie do poczytania tym razem, był starokoci poemat epicki pod tytułem „Pazuriada”. Zaczynał się od scen porwania najpiękniejszej kotki na świecie, księżnej Mruleny ze Wschodniego Królestwa Kotów na rozkaz księcia Miaurysa z Zachodniego Królestwa, który pragnął wziąć ją sobie za żonę.

„Biedaczka” miauknęła do siebie królowa. „Mieć księcia z Zachodniego Królestwa za męża to zaiste straszna niedola”.

Miaurys uwięził Mrulenę w zachodniokociej twierdzy noszącej majestatyczne imię Mrroja. Dalsza część akcji „Pazuriady” opisywała wysiłki kotów ze Wschodniego Królestwa starających się zbrojnie odbić księżną z łapek kotów z zachodu. Występowało tam wielu dzielnych kocich herosów, z których najdzielniejszy był Drapchilles. Ów pozornie niepokonany wojownik miał jednak jedną słabość — tracił wszystkie swoje nadkocie siły, jeśli tylko nadepnęło mu się na ogon.

„Ojej, miau, czyli to dlatego o czyjejś słabości mówi się czasem, że to jego ogon Drapchillesa” skojarzyła królowa ze zdziwieniem.

Wojna mrrojańska trwała przeszło dziesięć miesięcy i obie strony poniosły w niej olbrzymie straty. Połamanych pazurków, wyrwanych kłaczków, postrzępionych uszu i przydeptanych ogonów nikt już nie liczył. A twierdza Mrroja wciąż pozostała niezdobyta. W końcu młody książę ze wschodu, Podglądyseusz (królowej Mlecznej przeszło przez myśl, że dawno już nie widziała swojego syna, Podglądaczka, może więc powinna do niego zajrzeć?) zaproponował, żeby spróbować zdobyć Mrroję podstępem.

* * *

Prace nad budową kota mrojańskiego postępowały sprawnie. Drzewa raz po raz padały z hukiem na ziemię, następnie ogołocone z kory i pozbawione gałęzi pnie trafiały do zaimprowizowanego tartaku, gdzie przerabiano je na starannie wyszlifowane deski, zaś będący zwieńczeniem wszystkich tych wysiłków pusty w środku, nienaturalnie wielkich rozmiarów drewniany kocur rósł jak na drożdżach przy akompaniamencie nieprzerwanego warkotu i stuku. A wszystko to odbywało się bez udziału pił, młotów, siekier, gwoździ czy innych narzędzi.

„Doskonale, krra, doskonale. Już wkrrótce cała Zabawa zobaczy, do czego jest zdolna i co potrrafi zbudować potęga naszych dziobów, szponów i skrzydeł”.

Głównodowodząca papuziej armii generał Poli Chce Krakersa obserwowała postępy budowy z punktu obserwacyjnego założonego w koronie wielkiego baobabu. Była z siebie wyjątkowo dumna, bo chociaż jej podwładne nie nawykły do wykonywania zadań innych niż bojowe, to w ostateczności do pracy nad repliką kota mrrojańskiego udało jej się zmobilizować wszystkie bojowe papugi pozostające pod jej komendą.

No, prawie wszystkie.

„Kartacze i petardy”. „I petajdy, i petajdy”. „Potęgacze i potęgardy”. „I potęgajdy, i potęgajdy” rozległo się za jej plecami.

„A co wy tu jeszcze rrobicie, krra? Marrsz do tarrrtaku szlifować deski!”

„Już idacze i już idardy”.

„Marrsz na skrzydłach, krra, nie pieszo”.

„Już latacze i już latardy”.

Speszone groźnym spojrzeniem generał Kartaczka i Petarda nieporadnie wzbiły się do lotu, a po chwili w ślad za nimi poleciała też Mała Petarda. Poli odwróciła się w stronę budowy. Wszystkie papugi pracowały w pocie piórek. Już wkrótce drewniany kolos będzie gotowy.

„Tak, Kłębuszku, to już krres twoich niekompetentnych rządów, krra” zakrakała radośnie.

* * *

„Czy naprawdę muszę iść na tą naradę, miau? Jestem bardzo głodny. Nie mógłbym najpierw pójść coś zjeść?” biadolił swoim zwyczajem Kłębuszek.

„Wasza wyyyyskokość dopieeeero co zjaaaadł objad” zabeczała owca Belena.

„Ale to było dziesięć minut temu, miau. Od tamtej pory zgłodniałem” obruszył się król.

„To chyba coś poważnego, stareńku. Minister wojny był bardzo przestraszony, jak się o tym dowiedział” szepnął Kłębuszkowi na ucho Mom.

„Uf-puf, uf-puf, musimy się śpieszyć” dyszała pingwinka Konfacela.

Król Kłębuszek przemierzał zamkowe korytarze popychany od tyłu przez spanikowaną pingwinkę i ciągnięty z przodu przez poddenerwowaną owcę. Narada wojenna miała odbyć się w gabinecie ministra kartografii, gdyż tam wisiała najdokładniejsza mapa Zabawy, jaką dysponowało Zjednoczone Królestwo Kotów. Oczywiście mapa kończyła się na Papuzim Gaju i nie obejmowała ani położonego za Gajem buszu, ani Małpiego Raju, ani Hipopotamiego Bajora. W końcu obie służki wepchnęły króla do gabinetu i szybko wycofały się. W środku czekali już pochylony nad mapą minister kartografii, pekińczyk Humbolt i kiwająca się na żerdzi stara bibliotekarka, dzięciolica Kasia. Kłębuszek rozluźnił się nieco uznawszy, że zanosi się na krótką naradę, jednak po chwili znów się spiął, gdyż dojrzał na stole dwie niemal niezauważalne postaci w cylindrach, a do jego nozdrzy dotarła woń lasu, igieł i liści. Jako ostatni do gabinetu wszedł minister wojny. A dokładniej najpierw wszedł jego przód, potem długo, długo nic, a w końcu tylne łapki i ogon, minister wojny był bowiem niezwykle długim jamnikiem. A nazywał się Bismark.

Minister zatoczył koło po gabinecie, szukając możliwie wygodnej pozycji, a w końcu zabrał głos.

„Szanowne zwierzęta, drogie pluszaki” zaszczekał doniośle. „Wezwałem was tu dzisiaj, gdyż za sprawą naszych nowych, tajnych informatorów…” (ukryty za uchem Kłębuszka Mom poruszył się niespokojnie i szepnął „Stareńku, to o nas. O myszkach”) „…dotarły do mnie smutne wieści. Otóż dowiedziałem się, że nasi przeciwnicy, zbuntowane papugi z armii Generał Polinezji budują kota mrrojańskiego, którego najprawdopodobniej zamierzają podarować Zjednoczonemu Królestwu”.

„Budują kota? Na prezent dla mnie? To znaczy dla mojego królestwa, miau. To bardzo miło z ich strony” ucieszył się Kłębuszek.

„Wasza wysokość nie zdaje sobie sprawy z powagi zagrożenia” zaszczekał minister wojny.

„Co może być złego w prezentach, miau?” spytał Kłębuszek, nie tracąc radosnego nastroju.

„Kot mrrojański to niezwykle potężna broń, groźna i niebezpieczna, a przy tym niezwykle skuteczna” zaszczekał minister wojny.

„Tylko tak bezwzględny i genialny strateg jak generał Polinezja mógłby posunąć się do wykorzystania tak drastycznych środków” zawtórował mu minister kartografii.

„Miau, ja już nic nie rozumiem” miauknął król.

„Nie martw się, stareńku, ja też nie” zapiszczał głosik przy królewskim uchu.

„Dlatego właśnie wezwaliśmy na naradę bibliotekarkę Kasię, która jest z wykształcenia historykiem” stwierdził minister wojny, a dzięciolica nie przerywając kiwania zaczęła opowiadać.

* * *

Po trzech dniach i trzech nocach wytężonej pracy kot mrrojański był gotowy. Gigantyczny, wysoki na niemal dwa metry kocur mógł pomieścić w swym pustym wnętrzu niewielki oddział kocich wojowników. Wśród śmiałków, którzy ukryli się w brzuchu drewnianej bestii, znalazł się sam książę Podglądyseusz. Koty ze wschodu przyciągnęły drewnianego kolosa pod bramy Mrroi i pozostawiły go tam, następnie zaś spakowały swój obóz i przeprawiły się z powrotem przez graniczną rzekę Wąsicę na terytorium Wschodniego Królestwa. Uradowane pozornym zwycięstwem koty z zachodu uznały statuę za łup wojenny i wciągnęły ją za mury miasta, następnie zaś przystąpiły do świętowania. Mleko i śmietana lały się strumieniami, a radosnemu mruczeniu nie było końca. Jednak wieczorem, gdy już wszyscy mieszkańcy Mrroi zasnęli opici…

„To można się upić śmietaną?” zdziwił się koń Windegard.

„Nie upić, tylko opić, miau. I najwyraźniej można. A teraz czytaj dalej, miau” miauknęła królowa.

...gdy już wszyscy mieszkańcy Mrroi zasnęli opici, armia Wschodniego Królestwa zakradła się z powrotem pod mury miasta, a ukryci w brzuchu sztucznego kota wojownicy wyszli z niego i otwarli bramy miasta od środka. I tak dzięki przebiegłości kotów ze wschodu upadła potężna, niezdobyta twierdza Mrroja. Uwolniono księżną Mrulenę, a księcia Miaurysa wzięto do niewoli, gdzie żył długo i szczęśliwie, póki go nie odbito. Koniec.

Zgromadzona wokół altany służba ogrodowa zaczęła klaskać.

„O nie, miau, kiedy oni się tu wszyscy zeszli? Przecież wyraźnie prosiłam, żeby zostawili mnie tutaj samą” pomyślała zawstydzona królowa.

* * *

„Bardzo śmieszna historyjka, miau” orzekł Kłębuszek, gdy Kasia doszła do momentu zdobycia Mrroi. „Znasz jeszcze jakieś fajne legendy?”

„To nie legenda, wasza futrzastość, to fakty historyczne: poświadczone przez kronikarzy i udokumentowane na dokumentach znajdujących się w Królewskich Archiwach Wschodniego Królestwa” odrzekła wyniośle bibliotekarka. „Sęk w tym, że jest to pierwszy zaświadczony przypadek użycia wyjątkowo groźnej broni. Niezawodnej i niepowstrzymanej broni, która pozwalała niewielkim kosztem zdobywać całe miasta!” wykrzyczała trzepocząc skrzydłami.

„To były też inne takie koty?” spytał król z autentycznym zaciekawieniem.

„Oczywiście, że były. Dwa lata później Zachodnie Królestwo zbudowało podobnego kota, by z jego pomocą odbić Mrroję i uwolnić Miaurysa. Potem Wschodnie Królestwo zbudowało drewnianą kotkę, z pomocą której zajęto twierdzę Miausk. Następnie para drewnianych kociąt posłużyła Zachodniemu Królestwu do zdobycia Miaudomy i Mrumory. W analogiczny sposób padły Czterołapki, Ogonkowo, Mrumruczany i Zamrucz. Samo tylko Kocimiętkowo było zdobywane i odbijane pięciokrotnie w przeciągu jednej wiosny”.

„Super, miau, ja też tak chcę! Bardzo fajna ta gra”.

„To nie gra, to wojna” szczeknął ponuro minister wojny.

„Wojna nie wojna, miau, wreszcie brzmi ciekawie” odmiauczał Kłębuszek nie tracąc rezonu. „Opowiadaj dalej, jak to się skończyło, miau. Chcę wiedzieć, kto wygrał”.

„Nikt nie wygrał” odrzekła bibliotekarka. „Wojna między królestwami zaczęła się na długo przed bitwą o Mrroję i toczyła się nieprzerwanie aż do ślubu waszej miaukliwości”.

„A no tak, miau, rzeczywiście. Zapomniałem o tym” wyburczał Kłębuszek.

„Natomiast same koty mrrojańskie zostały uznane za broń nazbyt niebezpieczną i zakazano ich użycia” dodała dzięciolica zielona.

„Szkoda” miauknął król.

Po chwili ciszy głos zabrał minister wojny.

„Nasza droga koleżanka historyczka poruszyła bardzo ważną kwestię. Koty mrrojańskie są bronią masowego rażenia, bronią wyłączoną z użytku i zakazaną. W związku z tym pozwoliłem sobie zaprosić tutaj ekspertów od prawa międzynarodowego” spojrzał na dwie małe figurki stojące na stole. „Panowie Zdzisławowie, czy mogliby nam panowie przybliżyć pokrótce dokładny status prawny kotów mrrojańskich?”

Mrówkowie podnieśli przednie pary kończyn i wyciągnęli megafony.

„Bardzo dziękujemy za oddanie nam głosu” odezwał się pierwszy mrówek. „Zapewne wszyscy państwo nas znają, ale na wszelki wypadek przedstawimy się jeszcze raz. Ja jestem Zdzisław, a to mój partner Zdzisław…”

„...Reprezentujemy kancelarię Zdzisław&Zdzisław”.

Skłonili się przed słuchaczami uchylając cylindrów.

„Nasza kancelaria podjęła olbrzymi trud…”

„…i przeszukała wiele archiwów…”

„...by dotrzeć do oryginalnego dokumentu w sprawie kotów mrrojańskich…”

„…podpisanego własnołapnie przez królową Zachodniego Królestwa Kotów Warbudkę I Krągławą…”

„…i króla Wschodniego Królestwa Kotów Miauczka V Lśniące Futerko…”

„...dokument ten stanowi…”

„…iż żaden kot…”

„...nigdy nie zbuduje ani nie użyje kota mrrojańskiego…”

„...przeciw innemu kotu”.

„Czyli generał Polinezja nie ma prawa podrzucić kota mrrojańskiego Zjednocznemu Królestwu?” spytał z nadzieją minister Bismark i odruchowo zamerdał ogonem.

„Obawiamy się, że ma prawo…” odparł pierwszy Zdzisław.

„...gdyż wedle naszego stanu wiedzy nie jest kotem, tylko papugą, a przepis nie ma zasięgu międzygatunkowego” wyjaśnił drugi.

Jamnik smętnie spuścił głowę i podwinął ogon.

„Jesteśmy zgubieni” zaskomlał.

W tym momencie do ucha Kłębuszka dotarł cichy szept.

„Stareńku, to może nie przyjmujcie tego drewnianego kota. Wtedy nikt by was nie podbił”.

„Tak sobie pomyślałem, miau…” odezwał się głośno Kłębuszek. „Tak sobie myślałem, a jak wiadomo jestem bardzo mądrym kotkiem, miau, wręcz najmądrzejszym na świecie i bardzo lubię myśleć, no więc tak sobie sam, samodzielnie pomyślałem, że może moglibyśmy, miau, moglibyśmy może po prostu nie przyjąć od papug tego kota”.

„Ale jak to nie przyjąć?” zdziwili się wszyscy.

„No zwyczajnie, miau, skoro doskonale wiemy, że to podstęp, to zostawmy go w skrzydłach papug”.

Pięć par oczu wbiło się w króla z nieskrywanym niedowierzaniem.

„To jest…” zaczął minister wojny.

„To jest genialne!” ubiegł go minister kartografii.

I obaj ministrowie zaczęli biegać po gabinecie skacząc radośnie i merdając ogonami.

„No, miau, a teraz, skoro już rozwiązałem problem, to niech mnie ktoś nakarmi i pogłaszcze pod szyjką” stwierdził król. „Zabierzcie mnie do mojej komnaty i przynieście beczkę mleka” zarządził, po czym, gdy ciche chrząknięcie dotarło do jego uszu, dodał jeszcze „i najdroższy ser, jaki znajdziecie w spiżarni”.

„Dziękuję, stareńku” szepnął Mom.

* * *

Chwilę po tym, jak wszyscy uczestnicy narady wojennej rozeszli się do swoich spraw, klamka w gabinecie ministra Humbolta poruszyła się ponownie. Do środka wśliznęła się puszysta, biała kotka, a za nią niezdarnie wlazł nienawykły do ciasnoty pałacowych pomieszczeń koń.

„Mrroja, Mrroja…” mruczała kotka do siebie pod wąsem, oglądając mapę. „Wedle książki to powinno być gdzieś nad Wąsicą, po stronie zachodniej… O, jest! Ruiny Mrroi. Zobacz, Windegardzie, to tutaj, całkiem niedaleko współczesnego Traktu Królewskiego” wskazała łapką. „Zabierzesz mnie tam?”

„Jeśli wasza mlecznobiałość sobie tego życzy” odparł posłusznie koń Windegard.

* * *

„Jak to, krra, nie przyjmą!? Jak nie przyjmą!?” generał Polinezja kipiała z oburzenia. „Nie mogą mi tego zrobić! Nie mogą i basta, krra! Dokładnie przestudiowałam wszystkie księgi historrryczne i podrręczniki do nauk taktycznych i jestem pod głębokim przekonaniem, że jeszcze nigdy w historrrii żaden kot nie oparrrł się od pokusy, jaką stanowi kot mrrrrojański pozostawiony u wrrót twierrdzy, krra!”

„Obawiam się, że jednak mogą” odrzekł chłodno Zdzisław. Stał na gałęzi baobabu, obok osiodłanej, błyszczącej muchy, na której grzbiecie przyleciał tu wkrótce po opuszczeniu zamku. Na czas ich rozmowy Poli zmuszona była nakazać wstrzymanie prac wykończeniowych nad kotem mrrojańskim, gdyż w zgiełku budowy nie zmogłaby usłyszeć jego słów. „A w każdym razie nie istnieje prawo, które zabraniałoby im tego”.

Poli aż nastroszyła piórka ze złości.

„Czyj to pomysł?” spytała, a w jej głosie było słychać groźbę. „Niech ja no tylko dorrwę tego mądrralę w swoje szpony, krra…”

„No właśnie to jest najdziwniejsze. Pomysł wyszedł od króla”.

„Co, krra? Od krróla? Kociego krróla?” pytała generał z coraz większym niedowierzaniem.

„W rzeczy samej. Od króla Kłębuszka. Mnie również nie chce się w to wierzyć. Ja i…” tu mrówek zawahał się nieznacznie „… i pozostali pracownicy mojej kancelarii podejrzewamy, że ktoś musiał mu pomagać. Co więcej, minister wojny wyszczekał się nieopatrznie, że o samej budowie kota mrrojańskiego Królestwo dowiedziało się za sprawą jakichś nowych szpiegów”.

„To pewnie srroki, krra, albo wrróble. Nigdy ich nie lubiłam, krra, są za mało kolorrrowe. Dobrry ptak powinien być barrwyny, krra, jak papuga. Albo jak paw. Albo te wścibskie żyrrafy, z tymi ich długimi szyjami. Zrresztą, nieważne, krra, szpiegami zajmiemy się później. A na rrazie muszę wprrowadzić w rruch plan awarryjny. Lotka!” zakrakała na cały głos.

„Tak jest, pani generał” dobiegło z dołu i już po chwili bezskrzydłe prawe skrzydło generał Polinezji wefrunęło na szczyt baobabu na śmigłach lotkolotu.

„Weź Karrtaczkę, Petarrdę i Małą Petarrdę, krra, i lećcie do najbliższego sklepu budowlanego po farrbę. Mamy strrategiczne zapotrzebowanie na tuzin wiaderr czarrnej farrby, pięć wiaderr białej orraz jedno zielonej. Zrrozumiano?”

„Tak jest, pani generał”.

„Doskonale, krra, wykonać. A panu, panie Zdzisławie, należy się nagrroda za przekazanie tych niezwykle cennych inforrmacji, krra. Niech ktoś przyniesie worrrek dżunglowego torrfu” krzyknęła z góry na podwładne.

„Kancelaria Zdzisław&Zdzisław zawsze do usług waszej pierzastej generalskości” odrzekł cicho mrówek uchylając kapelusza.

* * *

Ukończony i pomalowany kot mrrojański zajechał przed bramę Kłębuszkowego pałacu na platformie z kołami, przyciągnięty z dżungli przez oddział najsilniejszych bojowych papug, jakie służyły w szeregach Papuziej Armii. Dociągnąwszy kota na miejsce papuzie strongparrotki zasalutowały i odleciały, pozostawiając przy drewnianym kocie tylko Lotkę Nielotkę, której powierzona została rola dyplomatyczno-konferansjerska.

„Szanowne koty i inne zwierzęta, mieszkańcy i obrońcy stołecznej twierdzy Kłębuszkowo, zwracam się do was w imieniu mojej dowódczyni, Generał Polinezji oraz całej Papuziej Armii. Przybyłam tu dzisiaj nie jako papuga bojowa, lecz jako gołąbek, zwiastun pokoju…”

Zza murów wychyliło się dwóch strażników — lis i wilk. Spojrzeli na drewnianego kota, potem na wiszącą w powietrzu śmiglastą papugę, a w końcu popatrzyli na siebie wzajemnie.

„Ty, zrozumiałeś coś z tego?” spytał wilk lisa.

„Nic a nic”.

„Leć po dowódcę straży” zakomenderował wilczur, po czym zwrócił się do Lotki przepraszającym tonem: „Pani chwilę poczeka, przyjdą przełożeni, to z nimi pani porozmawia”.

Po chwili na mur wbiegł przebierając co sił krótkimi nóżkami dowódca straży, mops Sziler, za nim wśliznął się przód ministra wojny, a po pewnym czasie dołączył do niego jego tył, na końcu zaś popychany i ciągnięty przez lokajów i pokojówki zjawił się sam król we własnej, ślicznej osobie.

„Czego tu chcesz, zdradziecka papugo?” zaszczekał z góry mops.

„No więc tak jak mówiłam, przybywam tu w pokojowych zamiarach. My, papugi, chcemy zakończyć wojnę, dlatego też zbudowałyśmy tego oto drewnianego kota, którego pragniemy przekazać wam w darze na znak zgody i w dowód przyjaźni” odparła Lotka.

„Próżne twoje krakanie, Lotko” odezwał się minister wojny. „Nie przyjmiemy tego kota, gdyż doskonale wiemy, że to podstęp. Stary trik z kotem mrrojańskim, podręcznikowy wręcz. W środku ukrywają się wasi zwiadowcy, którzy opuszczą go w nocy i otworzą bramy od środka, a wtedy wy weźmiecie nas szturmem. Ale nie z nami te numery. Musicie się bardziej postarać”.

„Jesteście pewni? Może chociaż pozwólcie królowi rzucić okiem na ten nasz mały, skromny pomnik? To wyjątkowo piękne dzieło sztuki, rzekłabym wręcz, że najśliczniejsze na świecie” kusiła Lotka słodkim głosem.

„Ja jestem najśliczniejszy na świecie” zareagował odruchowo Kłębuszek, wychylając się przez mur. I wtedy zobaczył kota mrrojańskiego. „Ależ to ja, miau! To moja podobizna! Ma łapki jak ja, ogonek jak ja, czarne futerko jak ja i biały brzuszek. I nawet oczy ma zielone, zupełnie jak moje” ucieszył się. „Zmieniłem zdanie, miau, przyjmujemy ten podarek!”

„Wasza królewska mość raczy żartować” wyrwało się ministrowi wojny.

„Stareńku, nie rób tego, przecież to pułapka” pisnął Mom.

„Ja tu jestem królem, miau, i jak mówię, że przyjmujemy, to przyjmujemy. Taki piękny podarek nie może się zmarnować”.

Krata w bramie podniosła się do góry i dwaj gwardziści wyszli przed zamek, a następnie z mozołem wepchnęli podarek do środka i ponownie zamknęli bramy.

Na rozkaz Kłębuszka ustawiono kota mrrojańskiego na głównym dziedzińcu, aby wszyscy mogli go podziwiać.

„Kartacze…” dobiegło z wnętrza drewnianej budowli.

„Cicho, krra, pełna konspirrracja”.

„Wiemy, że tam jesteście, miau”.

„Wiemy, że wiecie, krra, ale i tak nie zmienia to sytuacji. Prrędzej czy później zaśniecie, a wtedy my otworzymy brramy. Oddziały szturrmowe już czekają w bezpiecznej odległości”.

„Możemy ustawić straże i trzymać wartę dzień i noc” stwierdził minister Bismark.

„Wasi strażnicy są głupi i niezdarrni, krra, z łatwością ich przechytrzymy. Albo pokonamy”.

„Przyznaję, punkt dla pani, pani generał” odrzekł jamnik i zaczął obchodzić drewnianą statuę dookoła. „Ale ciekaw jestem, na jak długo starczy wam tam w środku jedzenia i wody. Dużo was tam w ogóle jest?”

„Właśnie, miau, bez jedzenia i picia jest dość smutno” wtrącił się Kłębuszek. „Niech mi ktoś przyniesie jakiś prowiant, zgłodniałem od tych wszystkich rozmów”.

„Nie wasza sprrawa, ile nas tu jest i jakie mamy zapasy, krra. Marrtwcie się lepiej o siebie, nie o nas. Wpuściliście za murrry kota mrrrrojańskiego. Wiesz równie dobrze jak ja, drrogi ministrze Bismarrku, co to oznacza”.

„Wiem, wiem doskonale, szanowna pani generał, również studiowałem starożytną taktykę” odparł powoli pies. Wciąż krążył dookoła drewnianej budowli, coraz szybciej i szybciej, a że był niezwykle długi nawet jak na jamnicze standardy, to jego pysk stale znajdował się tuż za jego ogonem. „Koty mrrojańskie to najskuteczniejsza broń, jaką kiedykolwiek wynaleziono. Pozornie nikogo nie ranią, nie szkodzą nikomu, są tylko przykrywką, kamuflażem dla żołnierzy, niczym więcej. A jednocześnie doprowadzają do upadku całych miast, za jednym zamachem kładą na kolana całe twierdze. Zawsze mnie fascynował ten paradoks, że taka niepozorna broń… nawet nie broń, niepozorna zabawka, bo bronią trudno to nazwać, otóż taka niepozorna zabawka jest w użyciu groźniejsza niż komando bojowych papug, olbrzymia machina oblężnicza czy nawet kula kasująca”.

„Tak, krra, przed kotem mrrrrojańskim nie ma rratunku. Prrędzej czy później ta twierrdza upadnie. I jest to kwestia godzin. A wtedy ten uzurrpatorr Kłębuszek i jego zapchlona rrodzina trrafią na banicję w takie miejsce, że żaden hipopotam ani inny parzystokopytny zwierz mu nie pomoże”.

„Znudziłem się, miau, rozmawiajcie dalej beze mnie, idę do swojej komnaty powylegiwać się i poparzyć na moją najśliczniejszą na świecie podobiznę z góry” oświadczył „uzurrpatorr”. „Jak mam iść na jakąś balicję, to muszę oszczędzać siły”.

„Banicję, krra, nie balicję. To nie bal, tylko wygnanie”.

„Wszystko jedno, miau, jestem głodny”.

„Głodnacze i głodnardy” „i głodniajdy, i głodniajdy” dobiegło z wnętrza gigantycznej podobizny Kłębuszka.

„Cicho bądźcie, krra, nie zdrradzajcie wrrogowi naszej liczebności” warknęła Poli.

„Coś mam wrażenie, że drewnianemu Kłębuszkowi również burczy w brzuchu” zachichotał złośliwie minister Bismark, po czym wiedziony myśliwskim odruchem rzucił się do przodu i ugryzł się we własny ogon. „Ajajaj” zajęczał.

„Durrny kundel, krra”.

* * *

„Windegardzie, czy jesteś przekonany, że pamiętasz z mapy lokalizację ruin Mrroi?”

„Pamiętam, najjaśniejsza królowo Mleczna. Może i jestem dyslektykiem, ale pamięć do map mam dobrą”.

„Bardzo dobrze, miau. A czy jesteś pewien, że przy moim powozie przypięte są wszystkie konie z królewskiej stajni?”

„Absolutnie wszystkie, najdroższa pani”.

„Doskonale. A teraz sprawdź jeszcze, proszę, czy wszystkie mają założone wyjściowe, złote podkowy i równo uczesane grzywy. Nie mogę udać się w miejsce legendarnej bitwy, w której brali udział moi szlachetni, wysoko urodzeni przodkowie bez należytej oprawy adekwatnej do pozycji, jaką zajmuję”.

„Tak jest, jaśnie pani” zarżał koń Windegard i posłusznie udał się na inspekcję.

* * *

„To kiedy atakujemy?” spytała ze zniecierpliwieniem czerwonopiórka papuga. „Nuży mi się to czekanie, chcę już szarpać, dziobać, łupić i grabić”.

„Psst, cierpliwości, słońce chyli się już ku zachodowi. Akcja zacznie się, gdy zapanuje mrok i gdy otworzą się bramy do serca Kociego Królestwa” wyjaśniła Lotka głośnym szeptem. Oddział papug pozostający na czas akcji pod jej dowództwem stacjonował w przydrożnym zagajniku, ukryty wśród koron sosen, stanowiących dogodny punkt do obserwacji bram zamku i Królewskiego Traktu. Jako że sosny dawały mało cienia, zaszczyt prowadzenia obserwacji przypadł papugom o zielonym upierzeniu, gdyż te najlepiej się kamuflowały, zaś ich bardziej pstrokate koleżanki zmuszone były wycofać się w głąb lasu, na mniej widoczne z zewnątrz konary i tam czekać na sygnał. „Na razie musimy pozostać w ukryciu” dodała Lotka w sposób, w którym mieszały się ze sobą smutna nuta przeprosin i stanowczy ton rozkazu.

* * *

„Długo jeszcze będziesz tak krrążył wokół tego kota, Bismarrku? Obserrwuję twoje poczynania przez dziurrkę i znajduję je nadwyrrraz komicznymi” przekomarzała się Poli.

„Pani generał raczy wybaczyć, ale jestem psem myśliwskim, a ofiara sama wleciała mi w łapki, dlatego instynkt nie pozwala mi spocząć” odrzekł dumnie minister.

„A krrąż sobie, krrąż” mruknęła pod dziobem Poli. „Nie przewidziałeś, mistrzu taktyki, krra, że wyposażyłam tego kota w dwa wyjścia, górne i dolne. I kiedy ty będziesz krrążył przy dolnej klapie, to ja wymknę się górrnym. Skrzydła górrą”.

„Głodnacze i głodnardy” odpowiedziało jej echo.

* * *

„Melduję, najjaśniejsza królowo Mleczna, że wszystkie konie są przygotowane”.

„Doskonale, miau. W takim razie, Windegardzie, zajmij miejsce na przedzie i każ strażom podnieść kraty bram, bym mogła wyruszyć w najromantyczniejszą podróż życia” uradowała się królowa.

* * *

„Jak to podnieść kraty?” lis wartownik ze zdziwieniem podrapał się po kicie. „Dopiero co dostaliśmy bezwzględny rozkaz, żeby do odwołania nikogo nie wpuszczać”.

„Tamto był rozkaz ministra, a teraz to rozkaz królowej” wyjaśnił wilk. „W każdym razie tak twierdzi jej koń”.

„Czyli podnosimy?”

„Chyba nie mamy wyboru. Ja tam wolę mieć na głowie choćby i całą radę ministrów, niż zadzierać z królową”.

„No to podnosimy” stwierdził lis i obaj wzięli się do roboty.

* * *

„Nareszcie, miau, podnoszą kraty. Już nie mogę się doczekać, aż wjadę do Mrroi i na własne oczy zobaczę miejsca z tych pięknych, starokocich legend” mruczała radośnie królowa wskakując na swój powóz.

„Nareszcie, kra, podnoszą kraty. Już nie mogę się doczekać, aż wlecę do zamku i własnymi pazurami rozszarpię jakiegoś kota” rozkrakała się radośnie jedna z papuzich wartowniczek.

„Co jest, kto pozwolił podnieść kraty?!” zawył z trwogą minister Bismark.

„Krraty, krra? Podnoszą krraty? Już terrraz, krra!? Beze mnie?! Jakim prawem?! Przecież to ja miałam obezwładnić strraże i podnieść krraty!” zakrakała Poli.

* * *

Skończywszy podwieczorek król Kłębuszek podszedł do okna swej sypialni, by wyjrzeć stamtąd na dziedziniec. Normalnie nie chciałoby mu się pokonywać tak długiej trasy — musiał bowiem wstać z łóżka i przejść trzy kroki — tym razem jednak chciał popatrzyć na swój najśliczniejszy na świecie pomnik podarowany przez papugi.

Jego oczom ukazał się przedziwny widok. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca zobaczył, jak w plecach jego najśliczniejszej podobizny na świecie otwiera się klapa, przez którą wylatuje Poli, a za nią kolejne trzy papugi. Wszystkie one wzbiły się w powietrze i skierowały lot ku bramie zamku. Tuż pod nimi w tą samą stronę biegł na swych krótkich łapkach minister Bismark. Jednocześnie ku bramie zmierzał rozpędzający się coraz bardziej powóz królowej Mlecznej ciągnięty przez szwadron koni w galowych strojach, a z drugiej strony pikowała bojowa formacja papug.

„Stójcie, krra, stójcie, to jeszcze nie porrra na szturm. Sama dam sygnał do ataku” krakała Poli, ale tętent kopyt zagłuszył jej słowa.

„Wasza królewska mość, proszę zawrócić” ujadał rozpaczliwie minister, ale również nie było go słychać.

Armia bojowych papug wpadła wprost na zgrupowanie rozpędzonych koni. Rozległ się huk, któremu towarzyszyło pełne trwogi rżenie i rozpaczliwe krakanie. A sierść, piórka, drzazgi z królewskiego powozu i złote podkowy rozsypały się wokół drogi.

„Karrramba, krra, karrrambol, karrrambol” krzyczała Poli latając nad pobojowiskiem.

„Straże, straże! Wzywam straże!” szczekał minister. „Kto żyw, niech śpieszy na pomoc!”

„Odwrrót, krra, zarządzam odwrrót” krakała dalej generał Polinezja.

„Po pierwsze, ratujcie królową!” rozkazał minister przybyłym na miejsce ratownikom.

Z góry całe to zamieszanie obserwował król Kłębuszek.

„To była najfajniejsza kraksa, jaką w życiu widziałem, miau” miauknął do siebie, odchodząc od okna.

Złote jajo

Dworska skarbniczka kura nioska Doka dokonywała rutynowego obchodu królewskiego skarbca. Otarła skrzydłem kurz z marmurowych popiersi dawnych królów i królowych, wypolerowała złote i srebrne puchary, starannie policzyła nagromadzone przez długie wieki sznury pereł, diamentowe broszki i wysadzane drogocennymi kamieniami diademy, sprawdziła pieczęcie na skrzyniach zawierających nieużywane od pokoleń królewskie insygnia, odruchowo zagdakała trzy razy i przystąpiła do liczenia złotych pieniążków. Każdą czynność skrzętnie odnotowywała w kajeciku, jednak — ponieważ była kurą, a swoje notatki sporządzała pazurem — nie należały one do najczytelniejszych dokumentów.

„Jeden pieniążek, dwa ziarenka, trzy pieniążki, cztery ziarenka…” gdakała do siebie przekładając pieniądze z miejsca na miejsce. „Dwanaście ziarenek, trzynaście ziarenek…” Po każdych czterystu ziarenkach, a nie, wróć, po każdych czterystu pieniążkach stawiała w kajeciku jedną kreskę i zaczynała liczyć kolejną czterysetkę od zera. „Siedemnaście pieniążków, osiemnaście pieniążków, dziewiętnaście ziarenek…” Taki sposób liczenia wynikał stąd, że gdy jeszcze była uczennicą w kwoczej szkole, poszła na wagary szukać pieniążków, to znaczy szukać ziarenek akurat tego dnia, gdy jej klasa omawiała liczenie ziarenek w przedziale od czterystu do pięciuset. I w efekcie nie była pewna, jak nazywa się ta liczba ziarenek, którą otrzymuje się po dodaniu do czterystu ziarenek jeszcze jednego…. „Trzydzieści trzy ziarenka, trzydzieści cztery pieniążki, trzydzieści pięć złotych monet…”

Jeśli pominąć kłopotliwą kwestię liczebnika czterysta, to samo liczenie pieniążków… czy może ziarenek… a nie, jednak pieniążków było całkiem łatwą i przyjemną czynnością. „Czterdzieści dziewięć złotych ziarenek, pięćdziesiąt złotych ziarenek…” Dużo łatwiejszą niż na przykład znoszenie albo wysiadywanie jajek, czym Doka zajmowała się zawodowo wcześniej. „Pięćdziesiąt trzy złote jajeczka… pięćdziesiąt cztery złote jajeczka…” Jednak od pewnego czasu, a dokładnie od dnia, gdy w zamku pojawiły się myszy, a do skarbca trafiło wielkie, złote jajo… „pięćdziesiąt osiem złotych jajeczek…” …jedna myśl… „pięćdziesiąt dziewięć złotych jajeczek…” …nie dawała spokoju naszej bohaterce… „sześćdziesiąt złotych jajeczek…”.

„Kokkoda-dokdoka, no nie mogę” zagdakała w końcu Doka, przerywając liczenie. „Jak mam się skupić na cyfrach, ko-ko, gdy to złote jajo jest takie kuszące, takie owalne i błyszczące. Siądę na nim na chwilę, do-do, w końcu jest ze złota, nic mu się przecież nie stanie”.

Jak powiedziała, tak zrobiła. A gdy tylko jajeczko trochę się ogrzało, coś poruszyło się w jego wnętrzu, a na skorupce pojawiło się pęknięcie.

* * *

Powrót do pełni sił po gigantycznej kraksie z udziałem sił bojowych papuziej armii zajął królowej Mlecznej sporo czasu. O ile same obrażenia nie okazały się zbyt poważne — w porównaniu do obitych końskich boków i nadwyrężonych papuzich skrzydeł można je było nazwać wręcz trywialnymi — to jednak królowa nie zamierzała opuszczać skrzydła szpitalnego, póki nie odrośnie jej kępa straconych w wypadku kłaczków i póki złamany pazurek u lewej łapki nie będzie równie długi i ostry jak kiedyś.

„Jak ja się pokażę poddanym w takim stanie? Królowa powinna wyglądać godnie, a więc perfekcyjnie i nienagannie” argumentowała. Lekarze, dwa stare krety i niedźwiedzica musieli ugiąć się pod ciężarem tego argumentu.

Zamiast więc wrócić do swoich monarszych obowiązków, królowa spędzała dnie leżąc leniwie w nienagannie czystej, białej pościeli i przyjmując posłańców z kwiatami i laurkami od zatroskanych zdrowiem swojej najukochańszej władczyni i życzących jej szybkiego powrotu do zdrowia poddanych. Pojawiły się nawet zagraniczne delegacje, a ściślej jedna, jednopluszakowa delegacja w postaci ambasadora Sułtanatu Hipopotamiego Bajora, gdyż z innymi zagranicznymi krainami Zjednoczone Królestwo Kotów nie utrzymywało stosunków dyplomatycznych.

Sielankowy powrót do zdrowia zmuszony był przerwać królowej minister skarbu, wielki i puszysty bernardyn Rokefeler, który zapukał nieśmiało nosem do zajmowanej przez królową komnaty, a następnie wkroczył ze spuszczonym łbem i podwiniętym ogonem. Z tyłu za nim dreptała bardzo podenerwowana kwoka.

„Wasza miaukliwość wybaczy, że zmuszony jestem ją nachodzić w tak niestosownym momencie” zaskomlał nieśmiało. „Ale w skarbcu miał miejsce pewien, jak by to ująć, incydent”.

„Nie możesz tego załatwić z moim mężem, miau?” spytała zimno królowa. „Nie wiesz, że jestem ciężko poszkodowana po tragicznym wypadku? Złamałam sobie pazurek”.

„Wasza mlecznobiałość osobiście mi nakazała, bym w sprawach dotyczących drogocennych przedmiotów zwracał się w pierwszej kolejności do niej, z pominięciem osoby najjaśniejszego króla Kłębuszka”.

„A, rzeczywiście, miau” przyznała królowa. „A cóż to w takim razie za incydent”.

„Być może zabrzmi to dziwnie, ale…” zaczął pies.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 42.45

Pobierz bezpłatnie