E-book
6.83
drukowana A5
29.64
Kochankowie
ze Starych Babic

Bezpłatny fragment - Kochankowie ze Starych Babic


Objętość:
188 str.
ISBN:
978-83-8126-495-2
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.64

Od autora

Drogi Czytelniku,


akcja tej powieści obyczajowej rozgrywa się w autentycznych sceneriach małej podwarszawskiej miejscowości, ale także gminy, w której mieszkam od ponad piętnastu laty. Przez cały wcześniejszy okres żyłem po sąsiedzku na warszawskim Bemowie, skąd z okien mojego rodzinnego domu roztaczał się widok na kopułę starobabickiego kościółka. Tak więc mogę chyba napisać, że materia stanowiąca osnowę tej książki jest nie tylko osadzona w znanych mi realiach, ale i w pewnym sensie życiowo mi bliska.

Bohaterami „Kochanków ze Starych Babic” są zwykli ludzie, jakich każdy z nas spotyka na co dzień. Są to postacie całkowicie przeze mnie zmyślone, mimo że ich pierwowzory można by odnaleźć wśród moich najbliższych przyjaciół, uczestników „Babickiego forum internetowego”, ale także wśród innych for i blogów, na których często gościłem. Takimi postaciami są Caterina, Trazom i inni. Jednak moja inspiracja i „zapożyczenia” skończyły się na brzmieniu napotykanych nicków, czy nawet imion autentycznych internautów — dalej zaczynało się całkowite fantazjowanie. Dlatego dopatrywanie się ewentualnych podobieństw i analogii między losami bohaterów mojej powieści, a losami realnych postaci jest nieuprawnione, zaś ewentualne podobieństwa są tylko dziełem przypadku.

Drogi Czytelniku! Praktycznie los każdej postaci tej książki nie kończy się wraz z ostatnim jej rozdziałem. I wcześniejsze wydarzenia z ich życia, ale i te późniejsze można odnaleźć w licznych moich dotychczasowych opowiadaniach, które od ponad dwudziestu lat publikuję na prywatnej witrynie Janusz.Nizynski.pl. Niektórzy z nich są na przykład także bohaterami niedawno wydanej mojej innej książki pt.: „Trzydzieści krótkich opowiadań o miłości“. Niektórzy już zostali bohaterami kolejnych moich książek i opowiadań.

Drodzy Państwo, mam nadzieję, że powieść spodoba się, przypadnie do gustu, że będzie źródłem Waszych pozytywnych przeżyć i być może pogłębionych refleksji na temat najpiękniejszego uczucia świata, jakim jest miłość. Gdybyście po lekturze chcieli się ze mną podzielić swymi uwagami albo po prostu skomentować epizody z książki — to nic prostszego: możecie to uczynić na mej prywatnej witrynie Janusz.Nizynski.pl albo na moim FanPage'u na Facebooku, gdzie towarzyszy mi kilka tysięcy sympatyków i fanów. Zapraszając zatem do odwiedzin moich witryn, jeszcze raz życzę każdemu z Państwa ciekawej i inspirującej lektury!

Janusz Niżyński

Rozdział 1

Mówi się, że święto Wielkiej Nocy to najbardziej mistyczne święto świata. Tu — w Starych Babicach, podobnie jak i w wielu innych miejscach Polski, gdzie wnętrza domów w ten dzień zdobią cukrowe ptaszki, kurczaczki, zajączki, gdzie kwiatuszki, koszyczki, wazoniki, a przede wszystkim pisanki są nierzadko ręcznie preparowane przez samych domowników, jest tak z całą pewnością. W świąteczną niedzielę rodziny zbierają się przy suto zastawionych stołach do uroczystego posiłku. Każdy z każdym domownikiem składa sobie życzenia i wszyscy nawzajem obdarowują się dobrym słowem. Jest wokół miłość, jest troska i wzajemne zrozumienie.

Ten beztroski obrazek nie zawsze jednak bywa regułą, gdyż rzeczywistość czasem woli być inna niż w bajce, nie tak magiczna i nie zawsze jest w niej miejsce na miłość bliskich i zrozumienie. Gdy czyimś rodzicom pijany pirat drogowy nie zapanowawszy nad pojazdem w jednej sekundzie odbiera życie, cały świat przestaje być sielski, jak wcześniej. Po takim wydarzeniu ludziom, którym odebrano rodziców, pozostaje jedynie trwać przy nadziei, że Boża sprawiedliwość — to nie jakiś wydumany mit i że jeśli nie dziś, to może jutro Opatrzność okaże odrobinę najzwyklejszej przyzwoitości i przywróci zranionym sercom spokój. Ona — Wielisława — marzyła o takiej przyzwoitości już od kilku lat. Marząc — obmyślała życzenia na kolejne Wielkanocne Święta, wypuszczając z dłoni do nieba biedronki i prosząc je, aby przyniosły stamtąd ukojenie i przywróciły zwyczajne szczęście. Albo najzwyklejszą normalność.

On — jej dużo starszy brat Mieczysław — też marzył, lecz o czymś zupełnie innym. Po doznaniu rodzinnej traumy, z której (w przeciwieństwie do siostry) zdążył szybko się otrząsnąć, a zaraz potem — po porzuceniu go przez ukochaną dziewczynę, której nie potrafił przekonać do wizji prostego, rodzinnego szczęścia — musiał wziąć za żonę przypadkową kobietę, którą ledwie poznał na wiejskiej potańcówce. Postanowił się z nią ożenić, bo zaszła z nim w ciążę, a on był mężczyzną honorowym. I ożenił się. Ale będąc żonaty, wciąż wzdychał do tej, z którą spędził i przeżył tu, w Starych Babicach, swe najpiękniejsze młodzieńcze lata. Wciąż marzył, że kiedyś ją jeszcze spotka i wrócą do siebie, choćby tylko jako przyjaciele…

Mariola marzyła o czymś zgoła innym. O miłości, która pewnego dnia jak piękna kolorowa bańka prysła, gdy urodziła małą Halinkę i gdy mąż nadmiernie zajęty dyżurami w przychodni weterynaryjnej przestał na nią zwracać uwagę. A ona tak bardzo chciała być znowu kochaną, hołubioną, potrzebną. Potrzebną tak, jak przed ślubem.

I tylko Joanny marzenia były proste, zwyczajne, niewygórowane. Ma kochającego męża, spodziewają się dziecka. Chce, aby urodziło się zdrowe, a swoim przyjaciołom życzy, niech im się po prostu: poszczęści.

I wiesz co, drogi Czytelniku? Okazuje się, że jeśli ludzie czegoś bardzo pragną — Los przynajmniej niektórym z nich wyświadcza przysługę i spełnia marzenia co do joty. Na przykład podczas świąt Wielkiej Nocy…

Rozdział 2

Na stacji benzynowej „BP” w Starych Babicach po porannych przedświątecznych godzinach szczytu zapanował wreszcie względny spokój.

Liczba samochodów podjeżdżających pod stanowiska do tankowania wyraźnie zmniejszyła się. Dla nielicznej obsługi nadeszła właśnie ulubiona pora: czas wytchnienia, przeglądania świątecznych gazet, rozwiązywania krzyżówek. Podjeżdżających klientów każde z ich dwójki obsługiwało po kolei. Oczywiście, bywały od reguły wyjątki. Mariola, jako kobieta, chętniej przesiadywała przy ekspresie, parząc klientom kawę; Mieczysławowi, co zrozumiałe, zostawała do obsługi kasa i wystawianie rachunków za cały pozostały asortyment stacji, w tym za paliwo. Gdy zaś była potrzeba wyjść na zewnątrz, żeby wspomóc kierowców przy dystrybutorze — ten obowiązek praktycznie zawsze brał na siebie Mieczysław. Być może dlatego, iż jako dżentelmen chciał chronić koleżankę przed niewdzięczną, brudną robotą, a być może dlatego, że lubił z bliska oglądać samochody, nawet te najbardziej typowe, opatrzone po tysiąckroć. Każdy bowiem egzemplarz, twierdził, posiada własną duszę; a on — Mieczysław, po stanie samochodu potrafi ocenić także duszę jego właściciela.

Jeśli idzie o status rodzinny — u obojga był podobny. On — żonaty od trzech lat, ojciec trzyletniego Piotrusia. Ona — mężatka z czteroletnim stażem, mama trzyletniej Halinki. Oboje byli dla siebie wyrozumiałymi partnerami w pracy. Wzajemnie sobie pomagali, doradzali, zastępowali w różnych „awaryjnych” sytuacjach, a sporadycznie zachodzące między nimi nieporozumienia zawsze likwidowali w zarodku. W ten sposób zawczasu zażegnywali ewentualne konsekwencje nikomu niepotrzebnych niesnasek i fochów. Oczywiście — wszystko dla dobra ich relacji. Nie tylko zawodowych.

Ona — Mariola, starszemu o kilka lat koledze zazdrościła tylko jednego: wśród personelu stacji miał bratnią duszę ­– rodzoną siostrę. Skądinąd ongiś jej, Marioli, szkolną i bardzo dobrą przyjaciółkę. To nic, że Mieczysław i jego siostra Wika pracowali na różnych zmianach. Gdy któreś z nich potrzebowało szybko poradzić się drugiego w sprawach osobistych — czynili to choćby podczas przekazywania sobie obowiązków służbowych (gdy jedno kończyło zmianę, a drugie ją zaczynało). Ona — Mariola, nie tylko nikogo podobnego w pracy nie miała. Jedyną bratnią duszą, przed którą mogła się wyżalić i „być cierpliwie wysłuchaną” była jej malutka córeczka. Nikt więcej, bowiem mąż z uwagi na charakter pracy (lekarz w przychodni weterynaryjnej) bywał w domu sporadycznie. Tak czy siak — Mariola i Mieczysław jako para ekspedientów ze zmiany „B” doskonale ze sobą współpracowali, świetnie się rozumieli i w razie potrzeby nawzajem uzupełniali. Można by więc śmiało rzec: idealnie zgrani sprzedawcy.

Gdy oboje byli już po pierwszej porannej kawie i gdy Mariola zabierała się za rozwiązywanie kolejnej świątecznej krzyżówki — na stanowisko podjechała elegancka, jak mawia tutejsza młodzież: „wypasiona bryka”. Mówiąc krótko: seledynowy Jaguar cabrio z opuszczonym dachem. Za kierownicą — typowa w takich cacuszkach kobieta: platynowa blondynka o zgrabnym małym nosku i zmysłowych ustach. Jej oczy przesłaniały olbrzymie przeciwsłoneczne okulary, włosy owijała biała muślinowa chusta.

— Zobacz, Mariolko. Zerknij sobie w monitor na przedstawicielkę babskiego establishmentu. — Zaproponował koleżance Mieczysław.

— E tam!… Nie lubię takich platynowanych „Barbi”, przecież wiesz... Myśli sobie taka, że wszystko jej się od życia należy, bo ma bogatego męża albo sponsora. A ani się obejrzy, jak uroda przeminie i mąż znajdzie sobie młodszą. Poza tym nie lubię kobiet w czarnych okularach. To tak, jakby próbowały się przed kimś ukrywać. — Skomentowała Mariola, spojrzawszy od niechcenia w ekran monitorujący stanowiska z samochodami, a następnie na powrót zanurzyła nos w świątecznej prasie.

Tymczasem elegancka klientka, zatrzymawszy się pod dystrybutorem paliwa z numerem cztery, zgrabnie wyszła z auta, delikatnie za sobą trzaskając drzwiczkami. Prawdopodobnie miała zamiar dokonać jakiś drobnych sprawunków w sklepiku BP, gdyż oczy od razu skierowała w kierunku witryn pawilonu, oceniając jednocześnie zawartość półek. Kusa spódniczka i kolorowe luźne wdzianko w orientalne kwiatki subtelnie uwypuklały jej kobiece walory. A niewątpliwie do walorów należało także zaliczyć jej szczupłą talię, jędrnie zaokrąglony pod kostiumem biust i oczywiście piękne długie nogi. Mieczysław głośno westchnąwszy, wstał zza lady i uśmiechając się do koleżanki (okazując w ten sposób swą pobłażliwą wyrozumiałość dla wykładni na temat „platynowanych Barbi”) udał się na stanowisko klientki.

— Dzień dobry! — Grzecznie pozdrowił kobietę. Uprzejmość wobec klientów to jedna z najważniejszych zasad obowiązujących sprzedawców.

Dziewczyna żwawo odwróciła do niego głowę i zdjęła okulary. W jej oczach o kolorze koniakowym odmalowane było kompletne zaskoczenie.

— Coś mi się wydaje, że znam tego sympatycznego mężczyznę z blond czupryną. Mietek?

— Julia?! — Niespodziewanie, z kolei, odezwał się do kobiety Mieczysław.

Stali i patrzyli na siebie, jakby zapomnieli o całym bożym świecie. Czteroletnia rozłąka, nie tak od razu, ale jednak trochę ich odmieniła. Teraz oboje przyglądają się sobie z ciekawością. Oto on — Mieczysław: nieco zmizerniały, sfatygowany życiem, rodziną, pracą — stoi przed nią w nieznacznie zaoliwionym uniformie, tchnącym zapachem benzyny i spalin. A oto ona — Julia. Taka cała rozkwiecona, emanująca radością, pachnąca ekskluzywnymi, drogimi perfumami. Czy aby to ta sama Julia, z tamtych lat? Lata rozłąki nie zmieniły tylko jednego: nadal rozumieli się bez zbędnych gestów i słów.

— Spełniły się te twoje marzenia? — W końcu cicho zapytał Mieczysław.

— Nalej do pełna. — Zamiast odpowiedzi zaordynowała, a jej małe, zgrabne uszy nieznacznie poróżowiały. Najwidoczniej zaskoczona nieoczekiwanym „wpadnięciem” na swego niedoszłego ongiś męża i skrępowana towarzyszącymi okolicznościami ich niespodziewanego teraz spotkania, nie była skora do rozmów.

Dlatego gdy Mieczysław zajął się napełnianiem baku, ona — nie wdając się w dalszą konwersację, udała się do pawilonu po drobne zakupy. Wzięła z regału kilka kolorowych gazet, karmę dla kota i w dziale kosmetyków samochodowych jakieś wilgotne chusteczki. Uregulowawszy rachunek platynową kartą, bez specjalnego pośpiechu wróciła do auta. Mieczysław już czekał, przytrzymując na wpółotwarte drzwi jej seledynowej „bryki”. Widząc wracającą z kasy eks-przyjaciółkę, otworzył je na oścież, zapraszając, aby komfortowo usadowiła się w fotelu.

— Wesołych Świąt! — Kurtuazyjnie pozdrowiła kobieta swego dawnego chłopaka, wcześniej wygodnie zasiadając za kierownicą.

I nie czekając nawet na zdawkową odpowiedź, nie będąc w żadnym stopniu ciekawą tego, co ewentualnie miałby do powiedzenia jej niegdysiejszy „narzeczony” — odjechała z piskiem opon, zostawiając po sobie zapach perfum Chanel i jakiś irracjonalnie unoszący się w powietrzu smutek.

Mieczysław wrócił do siedziska za ladą dopiero po dziesięciu minutach. W ręku niósł małą odkorkowaną „małpkę” Smirnoffa. (Mariola nigdy wcześniej nie widziała, aby jej starszy kolega pił w pracy alkohol! Kupił tę buteleczkę w delikatesach, tuż obok stacji). Robiąc wielkie okrągłe oczy ze zdziwienia, spojrzała na partnera, ale postanowiła milczeć. Co zresztą miałaby mu powiedzieć? Prawić morały? Było jasne, że jej kolega nie będzie teraz skory do „rozmów”. Na szczęście chwilę później w drzwiach stacji pojawiły się Joanna i siostra Mieczysława — Wika.

— Wikuś, kochana. Cześć, skarbeńku! — Mariolka rzuciła się na szyję koleżance. — Dzień dobry, pani Joanno! Fajnie, że już jesteście, bo moja mała Haneczka na pewno nie może już się doczekać mamusi.

— Witaj, Mariolko! — odwzajemniła w ledwie niewielkiej części entuzjazm swej koleżanki Wika. — Cześć, braciszku. — I całując brata w policzek cicho dopowiedziała: — Wesołych świąt, Mietku. I tobie, wesołych świąt, Mariolko.

Przybycie zmienników oznaczało, że kolejny dyżur Mieczysława i Marioli dobiegał końca. Jeszcze tylko dziesięć minut na przekazanie zmiany, drugie dziesięć na szatnię i toaletę — i do domu! Witajcie święta! Witaj Wielkanoc!

Rozdział 3

— Wiko, ocknij się! — Joanna potrząsnęła ramieniem młodszej koleżanki, aż ta prawie podskoczyła, wyrwana z traumy wspomnień, które zaprzątały jej umysł nie tylko od początku zmiany, ale i od samego rana. — Wszystko w porządku, kochanie? Ta szklana witryna już prawie skrzypi z czystości. — Joanna uśmiechnęła się ciepło i położyła rękę na ramieniu przyjaciółki.

— Tak. Wszystko w porządku, trochę tylko się zamyśliłam. Znasz mnie…

— Czy coś u Mietka nie tak? Jakoś podejrzanie wyglądał, gdy przekazywał ci zmianę. Skarżył się może na coś, narzekał? Bo wobec mnie był jakoś dziwnie małomówny…

— Mietek? A nie. Mietek nic. On taki czasem bywa… To tylko ja co rusz daję się ponieść bezsensownym marzeniom. — Próbowała nawet zrobić radosną minę, wymuszając na twarzy prawie szczery uśmiech.

— Dlaczego bezsensowne? — Groźnie spojrzała na Wielisławę przyjaciółka, ale zaraz po chwili uśmiechnęła się. — Pomarzyć zawsze warto. Bo marzenia są jak modlitwa: gdy o czymś pięknie marzymy, czasem spełniają się. — Pocieszała. — Zobacz! Ja przecież od dawna myślałam, że już nigdy nie będę mogła mieć dziecka, choć bardzo o nim marzyłam. I co? — Pogłaskała się po swym ciążowym brzuszku. — Spełniły się?

— No, u ciebie, się spełniły…

— Jeśli pot­ra­fimy o czymś marzyć, to pot­ra­fimy także te­go dokonać. Zapamiętaj!

— Dobrze, Joasiu. Zapamiętam…

Robocza zmiana obu pań na stacji benzynowej w starych Babicach trwała już kilka godzin. Za oknami zdążyła zapaść typowa dla tej pory roku względnie wczesna wieczorowa szaruga. I nawet latarnie wzdłuż wylotówki na Sochaczew, ledwie co rozświetlały opustoszałą o tej porze drogę, sprawiając wrażenie pogrążenia małego pawilonu i zatoczki dla aut, jakby gdzieś na krańcu zabudowań i cywilizacji. Ale na co dzień okolice ich stacji benzynowej stanowiły naprawdę urokliwe miejsce. Usytuowane całkiem blisko gminnego ratusza, można by więc rzecz: niby na uboczu, ale jednak w samym środku miasteczka. Zwyczajne, przytulnie położone w pobliżu domki swym spokojem i kolorytem cieszą oczy po kończącym się dniu. Pięknie oświetlona kopuła kościółka tuż przy rynku, nastraja do zadumy i melancholii. Ale dla Wielisławy ulubioną i główną atrakcją Starych Babic jest lokalny cmentarz — zresztą położony całkiem niedaleko od ich stacji BP. To taka jej osobista, maleńka cicha przystań. Miejsce, gdzie można skryć się przed wszystkimi, gdzie można przebywać ze swymi myślami i nie martwić się, że ktoś może usłyszeć cichą rozmowę: jej — z samą sobą.

— Nadal nie nauczyłaś się kłamać. Moja droga. — Joanna pogłaskała swój brzuch, w którym spokojnie czekał na narodziny przyszły potomek rodziny Skórowskich (gotów do pojawienia się na świecie już za kilka tygodni). — Jeśli z takim wyrazem twarzy mówisz, że wszystko jest dobrze, to znaczy, że sprawy biorą w łeb. Kochanie, jutro Wielkanoc. Wyluzuj! Powiedz, co cię gryzie?

Wielisława przetarła zmęczone od niedosypiania oczy i skołowanym wzrokiem spojrzała na przyjaciółkę. Wiedziała, że Joanna nie odpuści, dopóki nie wyciągnie od niej właściwej i kompletnej odpowiedzi. Stanowcza, czasem szorstka i przepełniona sarkazmem kumpela — to typowe jej przeciwieństwo, choć mimo wszystko najbliższy człowiek ze wszystkich ostałych na tym niesprawiedliwym świecie ludzi. To ona wspierała ją i nadal wspiera w trudnych chwilach. To ona przygarnęła ją do siebie, pokornie czekając, aż jej nikczemne życie stanie się choć trochę szczęśliwsze.

— Joasiu, czy ty naprawdę nie rozumiesz, że po urodzeniu twojego dziecka będę musiała znaleźć dla siebie nowe lokum? — Westchnęła bezradnie, jak ktoś, kto doskonale rozumie całe swe niefortunne położenie. — Tylko jak najszybsze usamodzielnienie się może być dla mnie ratunkiem.

— Ze mną i z Piotrem możesz zostać tak długo, jak tylko zechcesz. Narodziny naszego potomka naprawdę nie będą tu żadną przeszkodą. Dlaczego nagle uznałaś, że zechcemy się ciebie pozbyć i że razem z tobą wystawimy twe rzeczy na ulicę? — I zwiększyła i tak już swe duże, niebieskie oczy, które pod dużymi rogowymi oprawkami okularów zawsze sprawiały wrażenie bardzo wielkich.

— Joasiu, mówisz serio? Proponujesz, abym całe swe życie spała u was kątem? I pałętała się pod nogami, gdy zaczną was przytłaczać obowiązki rodzicielskie?

— Dlaczego od razu pałętała? Przy małym dziecku zawsze przydadzą się dodatkowe ręce do pomocy…

— Gdy to samo zaproponował mi Mietek po narodzeniu ich synka, odmówiłam bez wahania, a przecież to mój brat. — Odstawiła krzesło od błyszczącej czystością witryny i wzięła się do pucowania następnej. — Nie, to nie życie…

— Nie przesadzaj. — Próbowała protestować przyjaciółka. — Jesteś jeszcze bardzo młoda, całe życie przed tobą. Masz stałą pracę, możesz wziąć kredyt w banku na mieszkanie. Dlaczego założyłaś, że nikogo już nie spotkasz i że wspólnie z tym kimś nie uwijecie gniazdka? — I uśmiechnęła się do Wielisławy serdecznie.

— Ty chyba nie rozumiesz, że jeśli będę tak stale siedzieć w jednym miejscu, na przykład u ciebie w domu, to tego całego mojego życiowego „shiet” nie ubędzie. Już wyrosłam z bajek o królewiczach na białym koniu, wybacz!

I westchnęła z irytacją. Oparła rękę o półkę, zakrywając oczy. Cała ta sytuacja przypominała jej czyiś okrutny żart lub paskudne oszustwo. Całe lata starała się uciec od tego koszmaru, udając, że wszystko jest w porządku. I nic. Bez skutku. Wciąż wspomina tę chwilę, gdy ujrzała leżące w kostnicy ciała rodziców ze strasznymi śladami licznych ran powypadkowych. Wciąż doświadczała bólu, tego nieznośnego uczucia, kiedy wnętrzności, dosłownie przerabiają się w żel i dążą do opuszczenia schronu. Gdy od tych wspomnień zbiera się na nudności — powietrze nie chce dostawać się do płuc. Gardło jest rozdarte od krzyku, przemieszanego ze łzami. Krzyku przeklinającego cały ten świat. Jak mogło do tego dojść, że jeden, jedyny pijany drań zdołał okaleczyć całe jej życie? Kto mu pozwolił wsiąść w takim stanie do samochodu i w konsekwencji zabić jej najukochańszych rodziców?… Tymczasem ten drań, który zabił jej rodziców przeżył wypadek. Nawet odzyskał w szpitalu przytomność. Zmarł jednak po kilkudziesięciu godzinach, mimo starań całego zastępu lekarzy. Dowiedziawszy się o tym na komisariacie, w myślach posłała do diabła całe swe wrażliwe sumienie i rozjaśniła twarz radosnym uśmiechem. Tak! Choć przez chwilę była szczęśliwa, jak dziecko cieszące się z nowej zabawki. Cieszyła się, że i tamten w końcu odprawił się w podróż do piekła, w którym od początku powinien się znaleźć. Nawet wiedząc, że jego śmierć nie zwróci jej rodziców, nawet i zdając sobie sprawę, że nienawiść i gniew tylko zatruwają krew i przeszkadzają w pogodzeniu się samej ze sobą… cieszyła się. A tymczasem cała tak skrupulatnie zaplanowana przez nią przyszłość legła w totalnych gruzach. Dom, który kupili na kredyt rodzice przejął bank (bo ani ona, ani Mieczysław nie byliby w stanie opłacać bardzo wysokich rat i odsetek), a jej zagraniczne studia zakończyły się niemal w dniu, w którym zaczęły, bo i na nie pieniędzy nie było. Pieniądze. W naszym świecie wszystko opiera się tylko na pieniądzach. Jeśli masz ich wystarczająco dużo i przy okazji jeszcze doskonałą pracę — jesteś królem. Jeśli w twych kieszeniach jedyne co znajdujesz — to chusteczki do ocierania łez, jak w jej przypadku, musisz czekać na króla. Pozostało jej coś innego? Może więc warto, aby przywróciła sobie wiarę w bajki?

— Chyba masz rację — jej przyjaciółka znów odezwała się po chwili milczenia — to niezupełnie to, czego ci trzeba. Ale, Wiko, zaczynać od zera jest zawsze trudno. I na to trzeba być przygotowaną. Spójrz na swego Mietka. On też, jak i ty, przeżył traumę po śmierci waszych rodziców. Mało tego, niedługo po tym strasznym wydarzeniu zostawiła go ukochana kobieta, chłopak był bliski depresji. Gdy ty przez kilka miesięcy po pogrzebie przebywałaś u cioci w Słubicach, on był totalnie sam. I tak jak ty teraz — nie potrafił znaleźć dla siebie w życiu miejsca. Ale przynajmniej wiedział i rozumiał, że jedyną dla niego szansą jest stanąć na nogi, pozostać w pracy i utrzymywać kontakty z żywymi ludźmi. I to go ocaliło. Pamiętam, jak prosił szefa, aby dawał mu jak najwięcej nadgodzin, a potem, jak spędzał tu, na stacji dosłownie całe noce i dnie. To był dla niego sposób otwierania się na ludzi, poprzez pracę z ludźmi i dla ludzi. I co? I wkrótce życie się do niego na powrót uśmiechnęło. Poznał ukochaną kobietę, ożenił się, na świat przyszedł synek. A ty? — wzruszyła ramionami i po chwili dodała: — Ty boisz się pozabliźniać ran, więc i twe rany są wciąż tak świeże, jakby zadane nie kilka lat temu, a kilka dni temu. Bo niby cóż z tego, że wciąż pracujesz i bywasz między ludźmi, skoro się przed nimi chowasz? A gdy jeszcze wyprowadzisz się ode mnie, gdy zamieszkasz gdzieś w wynajętym małym pustym mieszkanku — nie uwierzę, że cokolwiek w twym życiu zadzieje się pozytywnego. Jeszcze bardziej poczujesz się na uboczu. Zastanów się, Wiko. Znam trochę lepiej życie niż ty…

— A czy nie sądzisz, że nawet i przebywając razem z wami, nadal nie będę odczuwała samotności? Będę. To jest jak mgła, zakradająca się w każde miejsce, w którym się tylko przebywa. — Głos Wielisławy zadrżał zdradziecko — W takim rytmie, pewnego ranka zbudzę się i uświadomię sobie, że przespałam całe życie. Nie chcę tak!

— Rozumiem. A możemy pomyśleć o tym kiedy indziej, dobrze?

— Dobrze. — Zgodziła się i zarzuciła wilgotną szmatkę na ramię — Jak Scarlet O’Hara: pomyślę o tym jutro.

Joanna pozapinała guziki swego beżowego płaszcza i poprawiła różowy beret.

— Czy jesteś pewna, że chcesz tu zostać do końca zmiany? — Uśmiechnęła się przepraszająco — bo jak chcesz, to mogę ściągnąć z dyżuru pana Leona. Poradzi sobie przy kasach sam. Klientów i tak nie ma, i pewnie niewielu już dzisiaj będzie. Chodźmy, więc! Wracajmy razem do domu, odgrzejemy kolację i spróbujemy mimo wszystko cieszyć się świąteczną sobotą, jak wszyscy.

Co do odwiecznego prawa podłości (Mieczysław brat Wielisławy nazywa je bardziej fachowo: prawem Murphiego) — ledwie rzekła, a pod dystrybutor numer dwa majestatycznie zajechał ciemnobrązowy Jeep. Wysiadł z niego postawny mężczyzna i nie czekając na kogokolwiek z obsługi sprawnie rozpoczął tankowanie. Po chwili elektroniczny buczek — nadzorca otwieranych drzwi — zaterkotał. Do pawilonu wszedł przystojny, wysoki mężczyzna o smutnych zielonych oczach i spojrzeniu typowym dla samotnego podróżnika. Stanął naprzeciwko Wielisławy i uśmiechnął się melancholijnie, jakby potwierdzając jej własną teorię, że to szczególne wielkanocne świętowanie wcale nie jest tak doskonałe, jak się wszystkim wmawia. Od przybysza emanowało chłodną świeżością wieczoru i drogą wodą kolońską z nutą palonej kawy, która przyjemnie łaskotała po nosie.

— Płacę za „dwójkę” i jeszcze podwójną cappuccino poproszę i… — rozejrzawszy się chwilę po nielicznych półkach z produktami spożywczymi, dorzucił: — i jeszcze tę puszeczkę piwa plus kanapka z łososiem — leniwym, nieco ochrypłym głosem zamówił, przerywając tym samym panujące od kilkunastu sekund w pomieszczeniu milczenie.

Na widok jego pożądliwych i spragnionych ust, które za chwilę wchłoną podwójna porcję kawy, przez Wielisławę mimowolnie przeszedł emocjonalny dreszczyk podziwu. Okazuje się, że w takie świąteczne wieczory jak ten, są jeszcze ludzie, którzy przyjeżdżają na stację benzynową nie tylko po paliwo.

— Proszę bardzo! — Kiwnęła głową i, w odpowiedzi na pełne wyrzutu spojrzenie Joanny, wzruszyła ramionami. — No co? Miałam gościa spławić i nabajdurzyć coś o popsutym ekspresie? — Szepnęła przyjaciółce do ucha i udała się w kierunku automatu do kawy.

— Uniwersalna, czarcia niesprawiedliwość — mruknęła w odpowiedzi niemal bezgłośnie Joanna i delikatnie pchnęła Wielisławę łokciem, przechodząc obok. — Jutro sama przychodzę na zmianę, a ty… Ani się waż! Masz się wreszcie wyspać, jak Pan Bóg przykazał i nawet nie myśl o tym, aby się budzić przed dziesiątą rano. Zrozumiano?

Nie pozostało jej nic innego, jak tylko skinąć głową i zaakceptować wspaniałomyślną propozycję przyjaciółki, i zarazem kierowniczki zmiany. Odpoczynek naprawdę jej się przyda. Po pięciu kolejnych dniach, jej naturalny autopilot gdzieś wewnątrz już migał diodami, ogłaszając absolutorium. Joanna nieustannie zachęcała ją do zgarniania wszystkich pieniędzy świata, proponując niekończące się nadgodziny. Nie rozumiała jej prawdziwych motywów, dla których ona, Wika, przystawała na to. Tamta ma dach nad głową, kochającego męża i świetlaną przyszłość, która mieszka, póki co, w jej zaokrąglonym brzuszku. A ona? Ona, co? Szczerze mówiąc: nic. Nie ma nic oprócz dwóch półek z ubraniami i kilku fotoramek ze zdjęciami ongiś szczęśliwej rodziny. To wszystko co pozostało z dawnego życia. Wszystko, co przypomina o tym, że kiedyś było lepiej niż dziś, dziś — czyli w przede dniu kolejnej samotnej Wielkiej Nocy.

Rozdział 4

Wielisława zręcznie odmierzyła podwójną porcję cappuccino, zaciągając się narkotycznym aromatem. Dorzuciwszy do spodeczka saszetki z cukrem, wypełnione kawą naczynko podała gościowi. Ten — zachowywał się cicho i spokojnie. Wolno i w zamyśleniu popijając kawę, rozglądał po świątecznym wystroju pawilonu, jakby szukał w nim jakieś ważnej odpowiedzi na odwieczne pytania o sens życia. Tacy goście nie są tu rzadkością, zwłaszcza wieczorami. Szczególnie tak zwani samotnicy, to jest: samotni kierowcy. Wika poznała takich mnóstwo. I zna ich maniery bardzo dobrze. Niektórzy z nich, po jednej, dwóch kawach zaczynają wywlekać z siebie wszystkie ciężary swego pokomplikowanego życia, wierząc, że osoba za ladą jest jedynym człowiekiem, który cierpliwie i z wyrozumiałością ich wysłucha do samego końca. Gdy w końcu dopiwszy napitek, wracali do swych samochodów — cieszyła się. Cieszyła, bo słuchać opowieści o uczuciach innych, zranionych przez życie ludzi, przepuszczać je przez własną duszę, jak przez sito, w tak trudnym dla niej czasie — było zadaniem ponad jej siły.

— Wie-li-sła-wa… — wycedził pomału mężczyzna, nie odrywając oczu od identyfikatora przypiętego pod jej prawym ramieniem.

Zmrużył oczy i prawdopodobnie starał sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek podczas swego niespełna pięćdziesięcioletniego życia spotkał się z podobnym imieniem? Chyba nie! Nawet nie przypuszczał, że jest takie imię. Tymczasem ona spojrzała na mężczyznę zmęczonymi oczyma i bezszelestnie usunęła się w kierunku stanowiska z laptopem, w którym miała obowiązek na bieżąco ewidencjonować stan zapasów i rozchody artykułów ze sklepiku.

— Piękne, niebanalne imię… — odezwał się na tyle głośno, aby dobrze go usłyszała.

— Nie wiem, czy piękne? Ale wiem, że dla klientów i nowych przyjaciół kłopotliwe… — najpierw jakby wbrew samej sobie odpowiedziała, a potem zdziwiła się, że odpowiedziała w ogóle.

— Tak, a dlaczego? — Chętnie podjął rozmowę nieznajomy.

— Nikt z nich nie wie, jak należy je zdrabniać.

— Hmm… A ja nawet gdybym wiedział i tak zawsze zwracałbym się pełnym imieniem. Jest przecież takie ładne.

— Rzadko odzywają się do mnie pełnym imieniem. — Przyznała, podchodząc bliżej — Ja każdemu radzę mówić po prostu: Wika. Tak jest o wiele prościej.

— No cóż, rozumiem… — Zielone oczy błyszczały od wypitej kawy i przed chwilą dopitej puszki piwa, jakby igrało w nich maleńkie szaleństwo — Naprawdę bardzo podoba mi się pani imię. Takie oryginalne, niecodzienne. Bardzo słowiańskie. Mogę tylko powtórzyć: ja bym je wypowiadał zawsze i tylko w pełnym brzmieniu. Bo ono samo w sobie rozbrzmiewa jak jakaś czarodziejska, pełna tajemniczej nadziei obietnica.

Słysząc pod swym adresem tak niezwykłe słowa, serce Wielisławy dosłownie podskoczyło i pod piersiami rozlało się ciepłe, wdzięczne uczucie, porównywalne do waty cukrowej roztapiającej się na języku. Co może rozkładać kobieta po takich słowach? Prawidłowo: skrzydła. Duże skrzydła, srebrzyste i unoszące ją gdzieś wysoko w puszyste chmury. Po takich słowach naprawdę trudno się nie zauroczyć tym, kto je wypowiada. Bo po takich słowach nie da się zapomnieć z czyich ust uleciały. Pomimo faktu, że faceta się absolutnie nie zna, że nikłe są szanse, aby kiedykolwiek jeszcze raz się tutaj zjawił, a mimo wszystko… Oto widzi się gościa po raz pierwszy i od razu rozumie, że spotkanie z nim jest jednym z najważniejszych w życiu. Niczym zapłata za wszystkie traumatyczne doznania. Niczym zapłata za absurdalną śmierć rodziców, za brak dachu nad głową, za niemożność studiowania na wymarzonej uczelni. Oto one — przeprosiny bezdusznego wszechświata. Oto stoi naprzeciwko niej facet, uśmiecha się słodko i kręci w swych niewyobrażalnie pięknych dłoniach już do połowy pustą, kolejną filiżanką.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.64