1. TYLKO PATRZĘ
Halina miała czterdzieści jeden lat, stałą pracę, męża, który od siedemnastu lat zostawiał mokry ręcznik na drzwiach łazienki, i komputer służbowy z internetem szybszym niż ten w domu. W biurze pachniało kawą z automatu.
O dziesiątej trzydzieści zamknęła arkusz z rozliczeniem delegacji i weszła na Facebooka bez żadnego planu. Człowiek przecież czasem musi zobaczyć, czy inni mają gorzej.
Na pierwszej stronie ktoś wrzucił zdjęcie obiadu, ktoś inny dzieci; dalej był kot i reklama odkurzacza. Halina przewinęła.
Grupa nazywała się „Bez Cenzury po Czterdziestce”. Nazwa była głupsza niż zawartość, ale tylko trochę. Były tam żarty, memy, zdjęcia, pytania w rodzaju: „Co jest ważniejsze: technika czy fantazja?” i komentarze ludzi, którzy najwyraźniej nie mieli ani jednego, ani drugiego.
Halina czytała od kilku tygodni, najczęściej dla śmiechu. Czasem ktoś napisał coś bezczelnego, a czasem miło było zobaczyć, że kobiety po czterdziestce nie zostały jeszcze oficjalnie wyłączone z obiegu.
Pod jednym z postów napisała:
„Technika bez wyobraźni to instrukcja obsługi pralki.”
Po minucie dostała siedemnaście reakcji, trzy głupie odpowiedzi i jedną wiadomość prywatną. Czarny Kot. Profilowe: mężczyzna w czarnej koszuli, bokiem do aparatu. Twarz częściowo w cieniu. Nie wyglądał jak ktoś, kto po pięciu zdaniach zapyta o rozmiar biustu. To już stawiało go wysoko ponad średnią grupową.
„Dobre. Ale z pralką też można mieć wyobraźnię.”
Halina parsknęła śmiechem. Kawa była letnia i gorzka, ale po tej wiadomości przestało jej to przeszkadzać.
Odpisała:
„Zależy od wirowania.”
I wróciła do Excela. Po trzech minutach sprawdziła, czy odpisał.
2. CZARNY KOT
Odpisał.
„1200 obrotów potrafi zmienić człowieka.”
Halina uśmiechnęła się do monitora.
— Co tam masz? — zapytała Anka z drugiego biurka.
— Fakturę.
— Śmieszną?
— Bardzo.
Anka kiwnęła głową, jakby widziała już wiele rzeczy w księgowości, łącznie z zabawnymi fakturami. Rozmowa z Czarnym Kotem wracała przez resztę dnia między przelewami, telefonami do dostawców i przerwą na lunch.
Nie pytał od razu, czy jest wolna. Najpierw napisał, że pracuje „w handlu”, co mogło znaczyć wszystko i nic, a Halina nie dopytywała. On zapytał, czym się zajmuje.
„Księgowość.”
„Czyli lubisz, jak wszystko się zgadza?”
„Nie wszystko musi.”
„Brzmi obiecująco.”
Halina popatrzyła chwilę na ekran.
Następnie napisała:
„Mam męża.”
Miało załatwić sprawę: ustawić granicę i pokazać, że wie, gdzie stoi.
„Ja nie pytałem.”
To ją rozbawiło.
„To teraz już wiesz.”
„I co z tego wynika?”
„Że nic.”
„To dobrze. Lubię jasne zasady.”
Halina odłożyła telefon ekranem do dołu. Po chwili jednak podniosła go z powrotem.
W domu Janusz naprawiał zawias w szafce kuchennej.
— Kupisz jutro mleko? — zapytała.
— Kupię.
— I kawę.
— Jaką?
— Tę samą co zawsze.
— Nigdy nie wiem, która jest ta sama co zawsze.
— Brązowa paczka.
— Wszystkie są brązowe.
— Te, które kupuję, są.
Halina zdjęła buty.
— To kup tę z kobietą.
— Z jaką kobietą?
— Na opakowaniu.
— Aha. To już wiem wszystko.
Telefon zawibrował w torebce. Halina nie wyjęła go od razu.
— Nie odbierasz?
— Wiadomość.
— To odbierz wiadomość.
— Wiadomości się nie odbiera.
— No widzisz. Człowiek się uczy całe życie.
Poszła do łazienki z torebką. Janusz został przy zawiasie.
3. WŁAŚCIWIE NIC
Pierwszego wieczoru napisali może dwadzieścia wiadomości. Drugiego więcej. Trzeciego Halina wiedziała już, że Czarny Kot ma pięćdziesiąt lat, jest rozwiedziony, lubi góry, czerwone wino i kobiety, które potrafią się śmiać z samych siebie. Przynajmniej tak pisał.
Nie powiedział, gdzie dokładnie pracuje. „Handel, logistyka, trochę transportu.” Brzmiało wystarczająco szeroko, żeby wyobraźnia mogła zrobić swoje. Zdjęcie profilowe pomagało.
Na zdjęciu była czarna koszula i fragment samochodu w tle. Halina była niemal pewna, że BMW. Nie przyszło jej do głowy, że fragment samochodu może nie należeć do niego.
— Z kim piszesz? — zapytał Janusz któregoś wieczoru.
Leżeli w łóżku. On oglądał wiadomości, ona trzymała telefon pod kołdrą.
— Z Anką.
— O jedenastej?
— Anka nie przestaje istnieć po dwudziestej drugiej.
— Szkoda.
Halina szturchnęła go łokciem, Janusz wrócił do telewizora, a chwilę później telefon zawibrował.
„Twój mąż jest obok?”
Halina zerknęła na Janusza.
„Tak.”
„To ryzykowne.”
„Co?”
„Pisanie ze mną.”
Chciała odpisać, że przecież nic nie robią. Napisała to.
„Przecież nic nie robimy.”
Czarny Kot odpisał prawie natychmiast.
„Jeszcze.”
Krótkie ciepło przebiegło jej pod mostkiem i po karku, jak wtedy, gdy ktoś obcy patrzy sekundę dłużej, niż powinien. Zablokowała ekran.
— Idę się kąpać — powiedziała.
— Teraz?
— A kiedy?
— Nie wiem. Pytam.
Zamknęła drzwi łazienki, nalała wody do wanny i położyła telefon na pralce. Para szybko osiadła na lustrze. Ciepła woda szczypała skórę na łydkach, a telefon zawibrował na metalowej pokrywie tak głośno, jakby specjalnie chciał donieść Januszowi. Przez kilka minut naprawdę się kąpała. Potem zrobiła zdjęcie swoich nóg pod pianą, obejrzała je i skasowała. Przy drugim zatrzymała się dłużej. Na tym było widać kolano, kawałek uda i pianę zasłaniającą resztę.
„Nie widać niczego” — pomyślała, bo tak było najwygodniej.
Wysłała i odłożyła telefon, gdy przez dwie minuty Czarny Kot nie odpowiadał. Po następnej minucie podniosła go znowu.
„No dobrze. Teraz już coś robimy.”
Potem usłyszała z korytarza:
— Halina, kawa jutro ta z kobietą czy bez kobiety?
— Z kobietą!
— Wiedziałem.
Halina szybko wygasiła ekran.
4. JANUSZ TEŻ MIAŁ INTERNET
Janusz należał do ludzi raczej ufnych. Po siedemnastu latach małżeństwa wiedział jednak, że Halina ma kilka rodzajów „nic”. Prawdziwe, niepewne, odłożone na później, ostrzegawcze i to najgorsze — wypowiedziane spokojnie. Od kilku dni Halina mówiła spokojnie.
Z czystego przyzwyczajenia zauważył też telefon Haliny. Przez tyle lat wiedział, gdzie go szukać, lepiej niż własnych kluczy: stół, kanapa, parapet, czasem lodówka. Teraz leżał ekranem do góry, jak martwy karaluch. Nic nie powiedział. Sam też miał w internecie swoje tajemnice.
Na przykład stronę „Poznań nocą”, którą czasem oglądał po pracy, jeszcze w roboczej koszulce śmierdzącej potem. Nie pisał ani się nie umawiał. Zresztą oglądanie zupełnie mu wystarczało.
Lalunia była ruda, Minka brunetką, a Myszka miała profil tak przesadzony, że Janusz regularnie sprawdzał, czy przypadkiem nie przesadziła jeszcze bardziej. Znał wyłącznie ich pseudonimy, co według niego stanowiło istotną różnicę. Tamtego wieczoru Halina siedziała przy stole i pisała coś na telefonie.
— Kto wygrał? — zapytał.
— Co?
— Bo wyglądasz, jakbyś dostała wiadomość o wynikach zakładów sportowych.
— Anka wysłała mi głupi filmik.
— Ta Anka ma ostatnio bardzo bogate życie.
Halina podniosła wzrok.
— O co ci chodzi?
— O nic.
Teraz ona popatrzyła na niego uważniej.
— Jakie nic?
— Normalne.
— U ciebie nie ma normalnego nic.
Janusz uśmiechnął się.
— Widzisz? Jednak się znamy.
Telefon Haliny zawibrował. Odwróciła go ekranem do dołu. Janusz przeniósł wzrok z telefonu na Halinę.
5. ZDJĘCIE NUMER DWA
Następnego dnia Czarny Kot napisał o dziewiątej.
„Ładna wanna.”
Halina odpisała:
„Tylko wanna?”
Patrzyła na własne zdanie i miała ochotę je usunąć. Było za późno.
„Resztę zasłoniłaś.”
„Może miało być zasłonięte.”
„Może.”
Minęło kilkanaście sekund.
„A może nie.”
Halina odłożyła telefon. Otworzyła arkusz, wpisała kwotę, skasowała ją i wpisała jeszcze raz. Anka podniosła głowę.
— Wszystko dobrze?
— Od pięciu minut wpisujesz tę samą fakturę.
— Bo jest wyjątkowo ciekawa.
— Ta też śmieszna?
— Masz dzisiaj dużo roboty?
— Widzę, że mniej niż ty.
Po lunchu zabrała telefon do toalety i stanęła przed lustrem, świadoma, że robi coś idiotycznego. Poprawiła włosy. Pierwsze zdjęcie wyszło zbyt zwyczajnie, na drugim wyglądała zbyt poważnie. Trzecie spodobało jej się na tyle, że je wysłała.
„To już bardziej ty?”
„Nie wiem, jaka jestem dla ciebie.”
„Mogę powiedzieć.”
Znów wróciło to samo ciepło. Przyszła kolejna wiadomość.
„Ale chciałbym zobaczyć trochę więcej.”
Nie odpowiedziała. Przez następne dwie godziny nie napisał nic a jego milczenie zaczęło ją drażnić. Po dwóch godzinach sprawdziła kilka razy, czy jest aktywny. Był.
Wieczorem Janusz siedział przy komputerze, kiedy Halina weszła niespodziewanie do pokoju.
Na ekranie zdążyła zobaczyć kobietę w czerwonej bieliźnie, zanim Janusz kliknął krzyżyk.
— Co to było?
— Reklama.
— Czego?
— Nie wiem. Zamknąłem.
— Szybko.
— Bo mnie nie interesowała.
— Jasne.
— A ciebie co tak interesuje ostatnio w telefonie?
Halina pierwsza odwróciła wzrok.
— Nic.
Janusz kiwnął głową.
— No to oboje mamy szczęście.
Tej nocy Halina wysłała Czarnemu Kotu zdjęcie, którego poprzedniego dnia nie wysłałaby nikomu. Przed wysłaniem czuła suchość w ustach; po wysłaniu zrobiło jej się gorąco, choć w sypialni kaloryfer był zakręcony.
Rano, zanim wstała z łóżka, skasowała rozmowę. Szkło ekranu było chłodne, a ruch kciuka trwał sekundę. Wystarczyło, żeby zniknęła cała noc.
6. NIE MA O CZYM MÓWIĆ
Następnego ranka Czarny Kot napisał zwyczajne: „Dzień dobry.” Halina zobaczyła wiadomość przy firmowym automacie do kawy i uśmiechnęła się do ekranu. Odpisała dopiero po kilku minutach.
Kilka zwyczajnych zdań później Czarny Kot zapytał:
„Mąż wie, że ze mną piszesz?”
Halina odsunęła dłonie od klawiatury. Tego pytania nie dało się załatwić emotikonem.
„Wie, że mam Facebooka.”
„Sprytna odpowiedź.”
„Prawdziwa.”
„Nie o to pytałem.”
Nie odpisała przez kilkanaście minut. W końcu wysłała: „Nie mamy obowiązku zdawać sobie raportu z każdej rozmowy.” Czarny Kot odpowiedział tylko: „Jasne.” I z jakiegoś powodu to „jasne” zirytowało ją bardziej niż pytanie. Po południu sama zaczęła rozmowę.
„A twoja żona?”
Odpowiedź przyszła.
„Nie mam.”
„Dziewczyna?”
„Też nie.”
„Czyli możesz sobie pisać z kim chcesz.”
„Ty też możesz.”
Halina zamknęła okno rozmowy. Pięć minut później otworzyła je ponownie.
Wieczorem Janusz robił jajecznicę. W kuchni śmierdziało przypaloną cebulą, choć on uparcie nazywał ją „zeszkloną do końca”.
— Spalona — powiedziała, zaglądając na patelnię.
— Zeszklona.
— Jest brązowa.
— Bo się zeszkliła do końca.
— Janusz, ona już ma testament.
— Chcesz jeść czy prowadzić sekcję?
Usiadła przy stole. Telefon położyła obok talerza ekranem do dołu. Janusz postawił przed nią jajecznicę i przez sekundę patrzył na telefon. Usiadł naprzeciwko. Halina spróbowała jajecznicy.
— Cebula?
— Nie żyje, ale reszta dobra.
Janusz parsknął i przez kilka minut jedli spokojnie. Kiedy telefon zawibrował, Halina natychmiast położyła na nim dłoń. Mąż przestał jeść.
— Co? — zapytała znowu.
— Nic.
— Znowu nic?
— Dzisiaj mam dużo niczego.
Odczekała chwilę, odwróciła telefon i zobaczyła powiadomienie z aplikacji bankowej.
— Bank.
— Gratuluję.
— Chcesz zobaczyć?
— Nie.
— No to o co ci chodzi?
Janusz odłożył widelec.
— Wcześniej, jak telefon pikał, patrzyłaś, co przyszło. Teraz najpierw patrzysz, czy ja patrzę.
Złość ukłuła ją, a pod uszami zrobiło się gorąco. Głównie przez to, że miał rację.
— Wymyślasz.
— Możliwe.
— I nie rób z tego jakiejś afery.
Janusz znowu odłożył widelec.
— Z czego?
— No. Z niczego.
— Halina, ja jeszcze żadnej afery nie zrobiłem.
— Ale już masz minę.
— Jaką?
— Taką swoją.
— Mam jedną.
— Nie. Masz kilka. Ta jest śledcza.
Janusz rzeczywiście wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Zamiast tego wstał i zaniósł patelnię do zlewu.
— To ja ją schowam, zanim zabezpieczysz materiał dowodowy — powiedział.
Halina się roześmiała. Trochę za głośno.
Następnego dnia Czarny Kot wysłał jej swoje zdjęcie.
Stał przy ciemnym samochodzie, w koszuli i okularach przeciwsłonecznych. Samochód i miejsce ginęły w tle, za to jego było widać doskonale. Halina powiększyła fotografię. Potem jeszcze raz.
„Ładnie” — napisała.
„Tylko ładnie?”
„Nie będę cię rozpieszczać.”
„Wczoraj rozpieszczałaś.”
Zauważyła otwarte drzwi biura, więc wstała, przymknęła je i wróciła do komputera.
„Wczoraj był wypadek przy pracy.”
„Możemy powtórzyć.”
„Nie.”
„Dobrze.”
I znowu nie naciskał. O dwunastej dwanaście wysłała mu zdjęcie sama. Nie było nagie. Miała na sobie białą koszulę i siedziała przy biurku. Tyle że rozpięła jeden guzik więcej niż zwykle. Po wysłaniu od razu poczuła się głupio. Po jego odpowiedzi przestała.
„Cholera. Ty naprawdę nie wiesz, co robisz z facetem.”
Halina przeczytała wiadomość trzy razy. Potem zapięła guzik.
Wieczorem Janusz siedział jak zwykle przy swoim komputerze.
Halina niby przypadkiem przechodziła za nim z praniem, kiedy zobaczyła znajomy układ strony: zdjęcia kobiet i pseudonimy. Janusz zminimalizował okno.
— Znowu reklama? Ta reklama, co cię nie interesuje?
— Czytam forum motoryzacyjne.
— Motoryzacyjne? W czerwonych majtkach?
— Była reklama obok.
— Bardzo duża.
— Mam duży monitor.
Halina postawiła kosz z praniem na podłodze.
— Pokaż.
Janusz obrócił się na krześle.
— Co mam ci pokazać?
— To forum.
— Po co?
— Z ciekawości.
— Od kiedy interesują cię amortyzatory?
— Od kiedy mają czerwone majtki.
Janusz westchnął.
— Halina, oglądałem głupoty. Tyle.
— Kobiety?
— Tak.
— Tylko patrzysz?
— Tylko.
— Nie piszesz?
— Nie.
Poczuła ulgę. Skoro Janusz oglądał obce kobiety, jej rozmowy od razu wydały się mniejsze. Każde z nich miało swoje „tylko”. I na razie obojgu bardzo ono pasowało.
W piątek Czarny Kot zapytał, czy mogą porozmawiać przez telefon.
Halina odpisała: „Nie.”
„Bo?”
„Bo to już głupie.”
„Pisanie nie jest głupie?”
„Pisanie jest inne.”
„Dlaczego?”
Nie wiedziała. W pisaniu można było odłożyć telefon, skasować rozmowę i udawać, że druga osoba mieszka gdzieś po drugiej stronie ekranu i właściwie nie jest częścią normalnego życia. Głos byłby bardziej realny.
„Nie dzisiaj” — napisała.
Wieczorem Janusz oglądał mecz, a Halina siedziała obok z telefonem.
Wtedy Czarny Kot wysłał kolejną wiadomość: „Szkoda.” Odpisała: „Przeżyjesz.”
„Nie wiem.”
„Dramatyzujesz.”
„Chciałem tylko usłyszeć, czy masz taki sam głos, jak sobie wyobrażam.”
Halina zerknęła na Janusza. Patrzył w telewizor.
— Idę pod prysznic — powiedziała.
— Mhm.
W łazience odkręciła wodę. Usiadła na zamkniętej desce sedesowej i zadzwoniła. Czarny Kot odebrał po pierwszym sygnale.
— Cześć.
Jego głos był niższy, niż się spodziewała. Halina odruchowo się uśmiechnęła.
— Masz pięć minut.
— Prysznic tyle trwa?
Spojrzała na drzwi.
— Skąd wiesz, że jestem pod prysznicem?
— Słyszę wodę.
Halina zamilkła. Po drugiej stronie też zrobiło się cicho.
— Halina?
— Jestem.
— Ładny masz głos.
Banał. Została w łazience siedemnaście minut. Kiedy wyszła, Janusz uniósł głowę znad pilota.
— Długi prysznic.
— Musiałam umyć włosy.
Janusz popatrzył na jej suche włosy. Halina też na nie popatrzyła.
— Miałam umyć — poprawiła się.
— Ale?
— Nie chciało mi się.
— Przez siedemnaście minut?
— Liczyłeś?
— Mecz leci. Zegar jest na ekranie.
— Janusz, serio?
— Nic nie mówię.
— Ale znowu masz tę minę.
— Tę jedną?
— Śledczą.
Janusz wyciszył telewizor.
— Z kim rozmawiałaś?
Odpowiedź „z nikim” pojawiła się w głowie szybciej niż jakakolwiek inna. To ją przestraszyło.
— Z koleżanką.
— Którą?
— Z pracy.
— Jak ma na imię?
— Co to jest, policja?
— Nie. Pytanie.
— Anka.
Janusz skinął głową.
— Dobra.
Włączył dźwięk. Halina weszła do sypialni i zamknęła drzwi. Serce waliło jej szybciej, niż powinno. Najbardziej przestraszyła ją Anka.
Anka siedziała dwa biurka dalej i nie miała pojęcia, że została alibi. W księgowości awans bez zgody zainteresowanej zdarzał się rzadko. Halina usiadła na łóżku. Telefon zawibrował.
„Fajnie było cię usłyszeć.”
Miała ochotę odpisać, żeby więcej nie dzwonił.
Zamiast tego napisała:
„Mi ciebie też.”
I dopiero po wysłaniu zobaczyła, że Janusz stoi w drzwiach.
7. NIKT
Janusz stał oparty o framugę.
— Co?
Halina odruchowo obróciła telefon ekranem do materaca. Pościel stłumiła stuknięcie. Dopiero wtedy dotarło do niej, jak podejrzanie wyglądał ten odruch. Janusz popatrzył najpierw na nią, potem na telefon.
— Nic.
— Nie pytałem, co robisz.
— To po co stoisz?
— Przyszedłem po ładowarkę.
— Jest w kuchni.
— Moja jest tutaj.
Podszedł do szafki. Halina siedziała bez ruchu, z dłonią położoną na telefonie. Janusz wyjął kabel.
— Anka?
— Co Anka?
— Fajnie było ją usłyszeć?
Zrobiło jej się gorąco aż po uszy.
— Nie czytaj mi przez ramię.
— Nie czytałem. Stałem w drzwiach.
— To na jedno wychodzi.
— Nie bardzo.
Nie trzasnął drzwiami ani nie zrobił awantury; po prostu wyszedł, zostawiając Halinę samą z telefonem. Podniosła go. Czarny Kot był aktywny, więc napisała: „Janusz prawie zobaczył.” Odpowiedź przyszła natychmiast.
„To może dzisiaj już nie pisz.”
Patrzyła na ekran. Rozsądna odpowiedź, jakiej oczekiwałaby od człowieka, który szanuje jej małżeństwo. Po kilkunastu sekundach pojawiła się druga wiadomość.
„Chociaż będzie mi brakowało.”
Halina uśmiechnęła się. Nie odłożyła telefonu.
Następnego dnia Janusz wstał pierwszy.
Kiedy Halina weszła do kuchni, kawa już stała na stole.
— Obraziłeś się?
— Nie.
— To czemu się nie odzywasz?
— Odzywam się.
— Janusz.
— Halina.
Usiadła naprzeciwko.
— Nie lubię, jak robisz takie ciche dni.
— To nie jest cichy dzień. Jest siódma z minutami.
— Wiesz, o co mi chodzi.
Janusz posmarował chleb masłem.
— Anka ma męski głos?
Halina znieruchomiała.
— Słucham?
— Nic.
— Nie, powiedz.
— Słyszałem kawałek rozmowy, jak wychodziłaś z łazienki.
— Podsłuchiwałeś mnie?
Janusz odłożył nóż.
— Nie da się podsłuchiwać człowieka, który idzie przez przedpokój z telefonem przy uchu.
— To był filmik. Z Anką.
— Znowu to twoje „nic”.
— Dobra. To był filmik.
— Z Anką.
— Odczep się.
Janusz ugryzł kanapkę.
— Odczepiam się.
Halina wstała.
— Wiesz co? Naprawdę czasami jesteś niemożliwy.
— A ty ostatnio bardzo możliwa. Tylko nie wiem dla kogo.
Zatrzymała się. Przez sekundę oboje patrzyli na siebie. Pierwszy raz padło zdanie, którego nie dało się schować pod żartem.
— Przesadzasz.
— Możliwe.
— Nic się nie dzieje.
Janusz skinął głową.
— To dobrze.
Halina poszła do łazienki. Ale telefon miała w kieszeni szlafroka.
W pracy nie weszła na grupę do dziesiątej trzydzieści.
Była z siebie dumna mniej więcej do dziesiątej trzydzieści jeden. Czarny Kot zostawił jej wiadomość o ósmej siedemnaście.
„Żyjesz?”
O dziewiątej cztery:
„Czy mąż skonfiskował telefon?”
O dziesiątej dwanaście:
„Jak nie odpiszesz do południa, uznam, że Anka cię porwała.”
Parsknęła śmiechem. Anka podniosła głowę znad monitora.
— Co?
— Nic.
— Od tygodnia ciągle masz jakieś „nic”.
— Ty też zaczynasz?
— Kto?
— Nieważne.
Anka przyjrzała jej się.
— Masz kogoś?
— Zwariowałaś?
— Nie.
— To po co pytasz?
— Bo się uśmiechasz do telefonu jak moja córka.
— Czyli?
— Głupio.
Halina rzuciła w nią zszywaczem. Anka złapała go w locie.
— Czyli mam rację.
— Nie masz.
— Żonaty?
— Anka!
— Wolny?
— Nikogo nie mam.
— To czemu się czerwienisz?
— Bo mnie wkurzasz.
Anka odłożyła zszywacz.
— Dobra. Tylko jakby co, nie mów potem, że cię nie ostrzegałam.
— Przed czym?
— Nie wiem. Jeszcze mi nie powiedziałaś, przed czym mam cię ostrzec.
Halina wróciła do monitora.
Napisała Czarnemu Kotu:
„Żyję. Ale przez ciebie mam przesłuchanie w domu.”
„Przeze mnie?”
„Nie udawaj niewinnego.”
„Ja tylko piszę.”
Halina przeczytała to dwa razy.
„Ja też.”
Wysłała i ucieszyła się bardziej, niż powinna. Po południu Czarny Kot przysłał jej zdjęcie samochodu.
Czarna maska, kawałek kierownicy, zegarek na nadgarstku. Kadr był zrobiony tak, żeby wyglądało, że wszystko do siebie pasuje.
„W trasie.”
Halina powiększyła zdjęcie.
„Ładny.”
„Zegarek czy samochód?”
„Nie schlebiaj sobie.”
„Czyli zegarek.”
Dopiero później zauważyła, że na zdjęciu nie było znaczka samochodu. Mogło to być BMW. Mógł to być Mercedes. Mógł to być równie dobrze samochód kolegi. Nie miało znaczenia. W jej głowie Czarny Kot dostał czarne BMW. Janusz wrócił z pracy brudny, zmęczony i zły na Wartburga.
— Znowu?
— Znowu.
— Co tym razem?
— Nic.
— Sam widzisz.
— Co?
— Też mówisz „nic”.
— Bo w samochodzie naprawdę nic nie działa.
Zdjął buty.
— Akumulator?
— Akumulator jest dobry. Samochód ma charakter.
— Po tobie.
— I jeszcze z nim jestem.
Halina uśmiechnęła się mimo wszystko. Kiedy Janusz wszedł do kuchni i otworzył lodówkę, znów przez chwilę było normalnie.
— Co na obiad?
— Jest bigos.
— Z wczoraj?
— Nie. Z przyszłego wtorku.
— Pytam tylko.
— To z wczoraj.
Janusz wyjął garnek, gdy telefon Haliny zawibrował na stole. Oboje spojrzeli, ale Halina była szybsza: wzięła go i wsunęła do kieszeni. Janusz nic nie powiedział.
— Co?
— Nic.
— Widzisz.
— Co?
— Patrzysz.
— Mam oczy.
— Kiedyś też miałeś.
— Kiedyś telefon leżał na stole.
Znowu zrobiło jej się gorąco.
— Teraz też leżał.
— Przez pół sekundy.
— Janusz, naprawdę zaczynasz mieć obsesję.
— Możliwe.
— Nie mam kochanka.
— Nie pytałem.
— Ale myślisz.
— Teraz już tak.
Janusz postawił garnek na kuchence.
— Jak ma na imię?
— Kto?
— Ten, którego nie masz.
— Jesteś chory.
— Możliwe.
— Powtarzasz się.
— Ty też.
Halina wyszła z kuchni i dopiero w łazience wyjęła telefon. Czarny Kot napisał:
„Wieczorem będziesz?”
Odpisała:
„Nie wiem.”
„On coś podejrzewa.”
„To przestańmy.”
Halina patrzyła na te dwa słowa. Powinna była napisać: „Tak będzie najlepiej.” Zamiast tego zirytowała się na myśl, że Czarny Kot mógłby po prostu zniknąć.
„Łatwo ci powiedzieć.”
Trzy kropki pojawiły się i zniknęły.
„Nie chcę ci rozwalić małżeństwa.”
Halina odpowiedziała od razu:
„Nie rozwalasz. Mam dobre małżeństwo.”
Przeczytała własne zdanie.
Potem dopisała:
„Lubię z tobą pisać.”
Wieczorem Janusz siedział przy komputerze. Podkoszulek z dziurkami słabo maskował bujne włosy na jego plecach.
Halina przeszła za jego fotelem i zobaczyła, jak szybko zamknął okno przeglądarki. Zatrzymała się.
— Co zamknąłeś?
— Nic.
— Janusz.
— Co?
— Pokaż.
— Co mam ci pokazać?
— To, co zamknąłeś.
Odwrócił się na krześle.
— A dlaczego?
— Bo pytam.
— To jest komputer, nie komisariat.
— Bardzo śmieszne.
— Dzięki.
Halina wyciągnęła rękę do myszy. Janusz odsunął ją.
— Ej.
— No co?
— Moje.
— Co twoje?
— Nic.
Halina zmrużyła oczy.
— Masz kogoś?
Janusz aż się roześmiał.
— Ja?
— A czemu nie?
— Nie wiem. Może przez to, że po robocie wyglądam jak człowiek znaleziony pod betoniarką. A w kieszeni mam tylko na piwo.
— To niczego nie wyklucza.
— Dziękuję.
— Pokaż historię.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo nie.
— Czyli coś ukrywasz.
— Ciekawe zdanie.
Halina od razu zrozumiała, do czego pije.
— Nie zmieniaj tematu.
— To co oglądałeś?
— Stronę.
— Stronę? Janusz!
— Halina!
Mierzyli się wzrokiem. W końcu Janusz wstał.
— Idę pod prysznic.
— A komputer?
— Nie ucieknie.
— Hasło zmieniłeś?
Zatrzymał się.
— Nie.
Halina usiadła przed monitorem. Janusz wrócił dwa kroki.
— Tylko nie rób czegoś, czego potem nie będziesz chciała wiedzieć.
— Co to ma znaczyć?
— Dokładnie to, co powiedziałem.
Poszedł do łazienki. Halina miała przed sobą komputer męża. W kieszeni telefon z wiadomościami od obcego faceta. Przez kilka sekund sytuacja wydała jej się nawet zabawna. Potem kliknęła historię przeglądarki.
Pierwsze strony historii były nudne: części do Wartburga, pogoda, wyniki meczu. Dopiero przy profilu „LaluniaPoznan” Halina przestała oddychać i kliknęła. Strona otworzyła profil kobiety w czerwonej bieliźnie. Na ekranie pojawiły się zdjęcia i krótki opis.
Złość ścisnęła ją w żołądku tak mocno, że zapomniała o Czarnym Kocie, wannie, zdjęciach i całej własnej części internetu. Wróciła do historii.
Potem weszła na „Minka_69”, profil brunetki, a następnie na „MyszkaVIP”, gdzie zobaczyła blondynkę. „KiciaWild” otworzyła już bez wahania.
— No proszę — powiedziała do pustego pokoju.
W łazience szumiała woda. Halina przewijała historię. Nie było wiadomości ani czatów, niczego, co wskazywałoby, że Janusz pisał do tych kobiet. Najczęściej wracał do Myszki. Lalunię i Minkę również odwiedzał po kilka razy.
— Myszka — powiedziała cicho. — No pięknie.
Telefon zawibrował jej w kieszeni. Wyjęła go. Czarny Kot:
„Śpisz?”
Halina zerknęła na Myszkę na ekranie komputera i na wiadomość od Czarnego Kota.
Odpisała:
„Nie. odkryłam, że mój mąż jest świnią.”
Janusz wyszedł z łazienki w ręczniku. Halina czekała.
— Kto to jest Lalunia?
Zatrzymał się.
— Co?
— Lalunia.
— Jaka Lalunia?
— Ta z Poznania.
Janusz odwrócił się od komputera do Haliny.
— Grzebałaś?
— Kto to jest?
— Nikt.
— Oczywiście. Same „nikt”. Lalunia, Minka, Myszka.
Przy Myszce Janusz zrobił minimalnie inną minę. Halina natychmiast to zauważyła.
— O! Myszka.
— Co Myszka?
— Ulubiona?
— Nie mam żadnej ulubionej.
— Czyli znasz.
— Przecież przed chwilą przeczytałaś nazwy.
— Ja przeczytałam. Ty pamiętasz.
— Profile dorosłych kobiet.
— Widzę, że dorosłych. Niektóre bardzo dorosłe.
— Oglądałem. I tyle.
— Aha.
— I tyle.
— Tylko oglądałeś?
— Tak.
Halina skrzyżowała ręce.
— Jak długo?
— Nie wiem.
— Tydzień?
— Dłużej.
— Miesiąc?
— Dłużej.
— Rok?
Janusz milczał.
— O kurwa.
— Nie dramatyzuj.
— Ja dramatyzuję?!
— Nic z nimi nie robiłem. Tylko oglądałem.
— Do Myszki wracałeś bardzo często.
— Nie pamiętam.
— Ale jak powiedziałam „Myszka”, zrobiłeś minę.
— Jaką?
— Myszkową.
Janusz parsknął śmiechem. Halina próbowała utrzymać złość, ale przez sekundę prawie się uśmiechnęła.
— To nie jest śmieszne.
— Wiem.
— Co tam robiłeś?
— Nic.
— Znowu „nic”.
— Oglądałem zdjęcia.
— Po co?
Janusz popatrzył na nią jak na człowieka, który zapytał, po co ludzie jedzą.
— Janusz!
— No co mam ci powiedzieć? Są ładne.
— I przez to wracałeś?
— Czasem.
— Do Myszki?
— Halina, przestań z tą Myszką.
— Czyli jednak Myszka.
— Jezus Maria.
Halina wstała.
— I ty mnie przesłuchujesz o telefon?
Janusz przestał się uśmiechać.
— To są dwie różne rzeczy.
— Oczywiście.
— Ja z nikim nie piszę.
— A ja…
Urwała. Janusz patrzył na nią.
— Ty co?
Telefon ciążył jej w kieszeni.
— Nic.
— Widzisz.
Tej nocy położyli się plecami do siebie. Janusz zasnął pierwszy, Halina nie mogła. Telefon leżał na szafce ekranem do dołu. O pierwszej siedemnaście sięgnęła po niego. Czarny Kot odpisał na jej wiadomość.
„Co zrobił?”
Halina napisała:
„Ogląda dziwki w internecie.”
Skasowała „dziwki”.
Napisała:
„Ogląda laski w internecie.”
Czarny Kot:
„To jeszcze nie zbrodnia.”
Halina zmarszczyła brwi.
„Bronisz go?”
„Nie. Tylko mówię.”
„Zna je po nickach.”
„Ty znasz mnie po nicku.”
Halina zamarła. Spojrzała na plecy Janusza i sterczące z niego na wszystkie kierunki włosy. Potem na ekran.
Czarny Kot dopisał:
„Tylko że ty ze mną piszesz.”
Odpisała dopiero po kilku minutach. Pierwszy raz od początku tej znajomości zamiast przyjemnego napięcia pojawił się ciężar w brzuchu. Moralność miała z tym niewiele wspólnego; bardziej uwierała ją niewygodna symetria. Przyszła następna wiadomość.
„Nie chciałem cię urazić.”
Halina odłożyła telefon. Po minucie znowu go wzięła.
„Nie uraziłeś.”
„To dobrze.”
„Dobranoc, Halina.”
Nigdy wcześniej nie napisał jej imienia. Zawsze była „K.”, „księgową”, czasem „panią z wanny”. Teraz zobaczyła własne imię.
„Dobranoc, Kocie.”
Wysłała. Kiedy Janusz poruszył się obok, natychmiast zgasiła ekran.
Dwa dni później Czarny Kot poprosił o kolejne zdjęcie.
„Nie.”
„Okej.”
„Tak po prostu?”
„A co mam zrobić?”
„Nie wiem.”
„Namawiać?”
„Nie.”
„To nie namawiam.”
Halina siedziała przy biurku i patrzyła na rozmowę. Po pięciu minutach poszła do toalety, poprawiła włosy przed lustrem i rozpięła guzik bluzki. Zaraz go zapięła, po czym rozpięła ponownie.
— Idiotka — powiedziała do swojego odbicia.
Skasowała dwa pierwsze zdjęcia twarzy. Dopiero kolejne zostawiła. Nie było w nim niczego, czego nie mogłaby pokazać na Facebooku. Zrobiła je jednak specjalnie dla niego. Gdy wysłała, Czarny Kot odpowiedział po kilkunastu sekundach.
„Piękna.”
Schowała telefon i wróciła do biurka.
— Byłaś się wysikać czy zrobić sesję?
Zatrzymała się.
— Co?
— Włosy masz poprawione.
— Ty naprawdę nie masz roboty?
— Mam. Ale twoje życie jest ostatnio ciekawsze niż faktury.
Halina usiadła.
— Nic się nie dzieje.
Anka pokiwała głową.
— Oczywiście.
— Naprawdę.
— Halina.
— Co?
— Jak kobieta trzy razy dziennie mówi, że nic się nie dzieje, to zwykle już się coś dzieje.
Halina otworzyła arkusz.
— Nie zdradzam Janusza.
Anka nie odpowiedziała od razu.
— Ja nie powiedziałam, że zdradzasz.
Anka wywróciła oczami i wróciła do monitora. Jej słowa nie dawały Halinie spokoju do końca dnia.
Wieczorem Janusz leżał na kanapie z telefonem. Z dziurawej skarpetki wystał duży palec.
Halina przeszła obok.
— Myszka?
Janusz nawet nie podniósł głowy.
— Części do Wartburga.
— Jasne.
— Chcesz zobaczyć?
Wyciągnął telefon. Halina nie wzięła.
— Nie muszę.
— To po co pytasz?
— Tak sobie.
— A ty z kim piszesz?
— Z nikim.
Janusz popatrzył na nią, a Halina wytrzymała jego wzrok. Kiedy telefon w jej dłoni zawibrował, Janusz przeniósł spojrzenie na ekran.
— Ten nikt jest punktualny.
— Przestań.
— Nic nie mówię.
— Mówisz.
— Dobra.
Wrócił do swojego telefonu, a Halina poszła do kuchni. Wiadomość była od Czarnego Kota.
„Jutro będę w Poznaniu.”
Przeczytała raz. Potem drugi.
„I?”
Trzy kropki.
„Nic. Tak mówię.”
Halina czekała.
„Może kawa?”
Serce uderzyło jej mocniej. Przez moment nie mogła trafić kciukiem we właściwą literę, a w ustach jej zaschło. Przez kilka sekund nie pisała.
Potem:
„Nie.”
„Okej.”
Jego „okej” ją zirytowało.
„Nie możesz trochę powalczyć?”
Odpowiedź przyszła szybko.
„Halina, masz męża.”
Spojrzała w stronę salonu. Janusz leżał na kanapie i oglądał dalej coś w telefonie. Nie widziała co.
„Wiem.”
Czarny Kot:
„To po co mam walczyć?”
Halina zaczęła pisać, skasowała, spróbowała jeszcze raz i znów skasowała. W końcu wysłała tylko:
„Nie wiem.”
Czarny Kot odpisał:
„Ja też nie.”
Halina stała w kuchni z telefonem w dłoni. Za ścianą Janusz zaklął.
— Co się stało? — zawołała.
— Wartburg!
— Co z nim?
— Alternator kosztuje więcej niż samochód!
Halina parsknęła śmiechem.
— To kup alternator i wyrzuć samochód!
— Bardzo śmieszne!
— Dzięki!
Spojrzała znowu na ekran.
„Jutro o trzynastej będę niedaleko Starego Rynku.”
Halina nie odpisała; schowała telefon, ale po minucie wyjęła go znowu.
„Mam przerwę o trzynastej.”
Tym razem Czarny Kot nie odpowiedział od razu. Halina czekała minutę, potem drugą i trzecią. Dopiero wtedy dotarło do niej, że od kilku dni na to czeka najbardziej. Nie na wiadomości ani na jego odpowiedź. Telefon zawibrował.
„To tylko kawa.”
Halina przeczytała.
W salonie Janusz zawołał:
— Halina! Gdzie jest ładowarka?
Odwróciła telefon ekranem do dołu.
— W kuchni!
I odpisała:
„Tylko kawa.”
8. TYLKO KAWA
Następnego dnia o dwunastej pięćdziesiąt siedem Halina stała przed lustrem w firmowej toalecie i przekonywała samą siebie, że nie poprawia włosów. Czuła własne perfumy, których rano użyła trochę więcej niż zwykle. Poprawiała. I poprawiała bluzkę, choć od ósmej rano leżała dokładnie tak samo. Anka weszła bez pukania.
— A ty dokąd?
— Na przerwę.
— W toalecie?
— Potem na przerwę.
Anka oparła się o umywalkę.
— Kawa?
— Tak.
— Z kim?
— Z człowiekiem.
— To już postęp. Wczoraj nikogo nie było.
— Anka.
— No co? Interesuję się koleżanką.
— Niepotrzebnie.
— Żonaty?
— Nie wiem.
— Przystojny?
Halina wzruszyła ramionami.
— Normalny.
— Jak go poznałaś?
Sięgnęła po torebkę.
— W internecie.
Anka milczała.
— Aha.
To „aha” było znacznie gorsze niż wszystkie wcześniejsze żarty.
— Tylko kawa.
— Oczywiście.
— Naprawdę.
— Halina, ja cię nie zatrzymuję.
— Brzmisz, jakbyś zatrzymywała.
— Nie. Zastanawiam się, po co kobieta, która ma dobrego męża, idzie w czasie pracy na „tylko kawę” z facetem poznanym na erotycznej grupie.
— Skąd wiesz, że z erotycznej?
Anka się uśmiechnęła.
— Teraz już wiem.
— Jesteś wredna.
— Jestem księgową. To zawód oparty na wyłapywaniu brakujących informacji.
Halina wyszła. Wróciła.
— Jak Janusz zadzwoni…
— To?
— Nic.
— Halina.
— Powiedz, że wyszłam po coś.
Anka uniosła brwi.
— Po co?
— To wymyśl.
— To już nie jest kawa.
— Co?
— Jak trzeba alibi, to już nie jest kawa.
Halina otworzyła drzwi.
— Nie potrzebuję alibi.
— To po co mam kłamać?
— Nie kłamać. Tylko…
— Mijać się z prawdą?
— Dokładnie.
— Bardzo księgowe.
Halina pokazała jej środkowy palec i wyszła. Czarny Kot wybrał kawiarnię niedaleko Starego Rynku. W środku pachniało waniliowym syropem. Halina przyszła cztery minuty wcześniej i przez trzy z nich zastanawiała się, czy wejść. W czwartej dostała wiadomość.
„Siedzisz?”
„Stoję.”
„To usiądź, bo ludzie pomyślą, że czekasz na kochanka.”
Halina rozejrzała się odruchowo.
„Bardzo śmieszne.”
„Stolik przy oknie.”
Weszła. W kawiarni było ciepło, a pasek torebki uwierał ją w ramię. Poprawiła go, szukając wzrokiem stolika przy oknie.
Poznała go od razu, choć na żywo wyglądał trochę inaczej. Na ekranie był głównie cieniem; tutaj miała przed sobą drobną zmarszczkę przy oku i ręce człowieka, który naprawdę coś nimi nosił. Nie gorzej, tylko mniej internetowo.
Na zdjęciach miał zawsze dobry kąt, ciemne światło, lekko zmrużone oczy i minę człowieka, który wrócił z Monako albo zaraz tam jedzie. Przy stoliku siedział facet po czterdziestce w zwykłej koszuli. Wstał.
— Halina?
— Czarny Kot?
Uśmiechnął się.
— W dowodzie mam inaczej.
— Rozczarowanie.
— Możesz jeszcze wyjść.
— Dopiero weszłam.
Usiadła. Kelnerka podeszła.
— Co podać?
— Czarną — powiedział.
— Serio?
— Co?
— Czarny Kot pije czarną.
— Mogłem zamówić mleko, ale straciłbym markę.
Halina się roześmiała. Było aż za normalnie. Łyżeczka dzwoniła o filiżankę, ekspres syczał, ktoś przy sąsiednim stoliku jadł szarlotkę. Internetowy Czarny Kot okazał się człowiekiem, który po kawie zostawiał na ustach odrobinę pianki.
Nie siedział naprzeciwko niej internetowy zboczeniec, oszust ani groźny uwodziciel. Siedział facet, z którym rozmowa szła równie łatwo jak przez telefon.
— Denerwujesz się? — zapytał.
— Nie.
— Kłamiesz.
— Trochę.
— Ja też.
— Ty?
— Myślałem, że nie przyjdziesz.
— Ja też.
— To dlaczego przyszłaś?
Halina spojrzała przez okno.
— Kawa.
— Oczywiście.
— Nie zaczynaj.
— Nic nie mówię.
— Wszyscy ostatnio nic nie mówią.
— Mąż?
— Nie rozmawiajmy o nim.
Czarny Kot odchylił się na krześle.
— To jest chyba pierwsza rzecz, która brzmi niebezpiecznie.
— Dlaczego?
— Bo jak pisaliśmy, mówiłaś o nim normalnie.
— I dalej mówię normalnie.
— Teraz powiedziałaś, żebyśmy o nim nie mówili.
Halina wzięła filiżankę.
— Jesteś psychologiem?
— Nie.
— To dobrze.
— Handluję.
— Czym?
Zawahał się pół sekundy.
— Różnymi rzeczami.
— Bardzo konkretnie.
— Warzywa. Owoce. Dostawy.
— Serio?
— A co, liczyłaś na broń?
— Nie.
— Narkotyki?
— Nie.
— Diamenty?
— Trochę.
— Marchew też jest pomarańczowa.
Parsknęła kawą.
— Idiota.
— Wreszcie jestem sobą.
Nie zapytała o samochód ze zdjęcia. Rozmawiali czterdzieści minut, potem godzinę. Halina przestała czuć twardą krawędź krzesła. Dopiero z bliska poczuła kawę na jego oddechu. Dwa razy sprawdziła godzinę, za trzecim przestała się pilnować. Nie działo się nic, co można by opowiedzieć jako zdradę. Bez pocałunku, dotknięcia kolana czy choćby przesunięcia krzesła bliżej.
Teraz siedział naprzeciwko niej, realny. Nie dotknął jej ani razu, a spotkanie i tak było bardziej intymne niż zdjęcie z wanny.
Przed wyjściem powiedział:
— Nie będę pytał, czy się jeszcze zobaczymy.
— Dlaczego?
— Bo jak zapytam, będziesz musiała odpowiedzieć.
— A jak nie zapytasz?
— Będziesz myślała.
Halina przewróciła oczami.
— Jednak psycholog.
— Marchew.
— Co?
— Przypominam zawód.
Na ulicy poszli w przeciwnych kierunkach. Po dziesięciu krokach telefon zawibrował.
„Ładniejsza niż na zdjęciach.”
Halina nie odwróciła się.
Odpisała:
„Ty trochę mniej.”
„Wiedziałem.”
Wróciła do biura dwadzieścia minut po końcu przerwy z tą irytującą lekkością, której nie dało się wpisać w koszty reprezentacyjne. Anka spojrzała na zegar.
— Dobra kawa.
— Kolejka była.
— Do czego?
— Do kasy.
— W kawiarni?
— Anka.
— Pytam.
Halina usiadła.
— Nic się nie wydarzyło.
— Nie pytałam.
— Wiem.
— To dlaczego mówisz?
Halina włączyła komputer. Anka nachyliła się nad biurkiem.
— Ładny?
— Normalny.
— Czyli ładny.
— Odczep się.
— Pocałował cię?
— Nie!
— Dotknął?
— Nie.
— To dobrze.
— I co teraz?
— Nic.
— Znowu to słowo.
— Naprawdę nic.
Telefon zawibrował, Halina odwróciła ekran, a Anka westchnęła.
— Jasne.
Kiedy o piętnastej zadzwonił Janusz, Halina przez chwilę patrzyła na jego imię, zanim odebrała.
— Cześć.
— Gdzie jesteś?
— W pracy.
— Wiem.
— To po co pytasz?
— Dzwoniłem wcześniej.
— Byłam na przerwie.
— Gdzie?
Halina automatycznie spojrzała na Ankę. Anka pokręciła głową.
— Na mieście.
— Sama?
— Z Anką.
Anka zamknęła oczy, Halina odwróciła się od niej, a po drugiej stronie zapadła cisza.
— Z Anką?
— Tak.
Janusz powiedział tylko:
— Dobra.
— Co „dobra”?
— Nic.
Rozłączył się. Halina odłożyła telefon.
— Ja cię zamorduję.
— Co?
— Byłaś ze mną?
— No teraz już tak.
— Halina!
— Przecież Janusz do ciebie nie zadzwoni.
Telefon Anki zadzwonił; obie spojrzały na ekran, a Anka powoli go podniosła.
— Janusz.
— Nie odbieraj.
— A dlaczego?
— Bo jesteś zajęta.
— Czym?
— Pracą.
— Przed chwilą podobno piłyśmy kawę.
Telefon dzwonił. Halina zrobiła krok w jej stronę.
— Anka, proszę.
Anka odebrała.
— Cześć, Janusz.
Halina zamarła.
— Tak, jest.
Pauza.
— Nie, nie przeszkadzasz.
Halina gestykulowała rozpaczliwie. Anka patrzyła jej prosto w oczy.
— Kawa?
Przyłożyła ręce jak do modlitwy.
— A, kawa.
Wstrzymała oddech.
— Nie, dzisiaj nie mogłam. Mam zamknięcie miesiąca.
Opuściła ręce. Anka uśmiechnęła się słodko.
— Ale może Halina była z kimś innym. Zapytaj ją.
Rozłączyła się.
— Ty idiotko!
— Ja?
— Po co to powiedziałaś?!
— Bo nie lubię, jak ktoś wpisuje mnie do fałszywych faktur.
— Mogłaś powiedzieć, że zapomniałaś.
— Ja nie zapominam kawy.
— Świetnie.
Zadzwonił telefon Haliny. Na ekranie pojawiło się imię Janusza; Halina patrzyła na nie, a Anka spokojnie wróciła do pracy.
— Odbierz. Może chce zapytać o pogodę.
Halina odebrała.
— Tak?
— Z kim byłaś?
— Janusz…
— Proste pytanie.
— Z kolegą.
— Jakim kolegą?
Halina milczała.
— Jak ma na imię?
— Nie znasz.
— To poznajmy się.
— Nie rób scen.
— Jeszcze nie robię.
— To była kawa.
— Z kim?
Halina spojrzała na telefon, jakby odpowiedź mogła pojawić się na ekranie.
— Z człowiekiem z internetu.
Po drugiej stronie zrobiło się bardzo cicho.
— Z kim?
— Poznałam kogoś na grupie.
— Jakiej grupie?
— Takiej.
— Jakiej?
— Internetowej.
— Halina, do cholery.
— Nie krzycz.
— Nie krzyczę.
Nie krzyczał.
— Jak się nazywa?
— Nie wiem.
— Spotkałaś się z facetem, którego nazwiska nie znasz?
— Wiem, jak ma na imię.
— Jak?
Halina zawahała się. Imię, które podał jej Czarny Kot, niewiele dotąd dla niej znaczyło. W ich rozmowach był Kotem.
— Piotr.
— Piotr jaki?
— Nie wiem.
Janusz odetchnął.
— Świetnie.
— Nic się nie stało.
— Wiem.
— Skąd?
— Bo wszystko, co się ostatnio nie dzieje, musisz przede mną chować.
Rozłączył się.
Wieczorem w mieszkaniu panowało napięcie.
W mieszkaniu pralka zagłuszała telewizor. Wartburg pod oknem wydał z siebie jakiś metaliczny trzask, choć nikt go nie dotykał. Ale między Haliną a Januszem było cicho. Janusz siedział przy stole, kiedy Halina zrobiła herbatę i postawiła przed nim kubek.
— Pogadajmy.
— Dobrze.
Usiadła.
— To naprawdę była tylko kawa.
— Wierzę.
— Serio?
— Tak.
— To o co chodzi?
— O to, że najpierw był telefon ekranem do dołu. Potem łazienka. Potem Anka. Potem okazało się, że Anka nie była Anką. Teraz kawa z facetem z internetu.
— Nie zrobiłam z nim nic.
— Wiem.
— To?
— Halina, czy ty naprawdę nie rozumiesz?
— Rozumiem, tylko…
— Tylko co?
— Ty też masz swoje rzeczy.
Janusz westchnął.
— Lalunia.
— I Myszka.
— Wiedziałem, że Myszka wróci.
— Bo masz minę.
— Nie mam mysiej miny.
— Masz.
O mało się nie roześmiali. Ale Janusz nie poszedł za tym.
— Ja je oglądałem.
— Super.
— Nie pisałem.
— Jeszcze lepiej.
— Nie spotkałem się z żadną na kawie.
Halina zacisnęła usta.
— Czyli jak się nie spotkam, wszystko jest okej?
— Nie powiedziałem tego.
— Ale tak brzmi.
— A jak brzmi wysyłanie zdjęć?
Halina znieruchomiała.
— Jakich zdjęć?
Janusz popatrzył na nią. Za długo.
— Nie wiem — powiedział. — Pytam.
— To nie pytaj w ten sposób.
— W jaki?
— Jakbyś coś wiedział.
— A mam coś wiedzieć?
Halina wstała.
— Nie będę się przesłuchiwać we własnym domu.
— Ja też nie chciałem.
— To przestań.
— Dobrze.
Janusz wziął kubek.
— Jaki ma nick?
Halina zatrzymała się.
— Co?
— Ten Piotr.
— Nie ma znaczenia.
— Ma.
— Dlaczego?
— Bo skoro nie znasz nazwiska, to chyba jakoś go zapisujesz.
— Janusz.
— Jak?
Halina nic nie odpowiedziała. Telefon leżał na blacie; oboje na niego spojrzeli i wiedzieli już, o czym myśli drugie. Janusz wstał.
— Pokaż.
— Nie.
— Pokaż telefon.
— Nie masz prawa.
— Nie mam.
To ją zaskoczyło.
— Co?
— Powiedziałem: nie mam prawa.
Podszedł do przedpokoju.
— Dokąd idziesz?
— Do garażu.
— Po co?
— Wartburg przynajmniej jak coś ukrywa, to cieknie.
Kiedy drzwi się zamknęły, Halina została sama. Przez kilka minut chodziła po mieszkaniu, po czym wzięła telefon.
Czarny Kot wysłał wcześniej:
„Wszystko okej?”
Nie odpisała.
Kolejna wiadomość:
„Halina?”
Napisała:
„Janusz wie, że byliśmy na kawie.”
„Przepraszam.”
„Nie wiem. Tak się chyba mówi.”
Halina usiadła na kanapie.
„Pyta o ciebie.”
„To mu powiedz.”
„Co?”
„Prawdę.”
Zirytowała się.
„Łatwo ci mówić.”
„Nie chcę być powodem awantury.”
„Nie jesteś.”
Tym razem sama zobaczyła absurd tego zdania. Skasowała je.
Napisała:
„Już jest awantura.”
Czarny Kot długo nie odpowiadał.
W końcu:
„Może powinniśmy skończyć.”
Wróciło to samo ukłucie co wcześniej.
Napisała:
„Nie.”
Odpowiedź nie przyszła.
„Nie chcę.”
W końcu:
„Czego?”
Nie wiedziała. Chodziło o rozmowy? O to uczucie? O powrót do świata, w którym telefon był tylko telefonem, a wiadomość od Janusza brzmiała „kup chleb”?
Napisała:
„Nie chcę, żebyś znikał.”
Wysłała. I dopiero potem zrozumiała, że powiedziała więcej niż przy zdjęciu z wanny. Janusz wrócił po godzinie. Śmierdział benzyną. Na palcach miał czarne półksiężyce, których mydło nie brało za pierwszym razem.
— Naprawiłeś?
— Nie.
— Co mu jest?
— Wszystko.
— To po co przy nim siedzisz?
— Bo samochody nie kłamią.
— Akurat Wartburg kłamie codziennie, że odpali.
Janusz prawie się uśmiechnął, po czym poszedł umyć ręce. Halina specjalnie zostawiła telefon na stole ekranem do góry. Kiedy wrócił i usiadł, telefon zawibrował. Oboje spojrzeli.
Na ekranie pojawiło się:
CZARNY KOT:
„Nie zniknę.”
Oboje przeczytali wiadomość i przez kilka sekund siedzieli bez ruchu. Janusz w końcu wskazał telefon.
— Czarny Kot?
Żołądek podszedł jej do gardła.
— Tak.
Janusz pokiwał głową.
— Piotr?
— Tak.
— Handluje czym?
Halina zamrugała.
— Co?
— Skoro już się poznajemy.
— Warzywami.
— Żartujesz.
— Nie.
— Czarny Kot handluje warzywami?
— I owocami.
Janusz oparł się o krzesło. Pierwszy raz od kilku dni roześmiał się naprawdę. Halina patrzyła na niego oburzona.
— Co jest śmiesznego?
— Nic.
— Janusz.
— Przepraszam. Po prostu… Czarny Kot.
— No i?
— Myślałem, że przynajmniej przemyca diamenty.
Sama zaczęła się uśmiechać.
— Też tak powiedziałam.
Janusz przestał się śmiać.
— Czyli dobrze się bawiliście.
Uśmiech zniknął.
— Janusz…
— Pokaż mi jego zdjęcie.
— Po co?
— Chcę zobaczyć człowieka, z którym moja żona tylko pije kawę.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo zrobisz coś głupiego.
— To pokaż.
Halina wzięła telefon, zawahała się, a potem otworzyła profil. Zdjęcie Czarnego Kota było jednym z tych najlepszych: ciemna koszula, zegarek, fragment samochodu, twarz ustawiona pod odpowiednim kątem. Podała telefon Januszowi. Janusz patrzył.
— To on?
— Tak.
Powiększył zdjęcie.
— To nie jest jego samochód.
— Skąd wiesz?
— Nie wiem. Ale człowiek, który wozi marchew, nie robi sobie zdjęcia tak, żeby było widać tylko trzy centymetry kierownicy.
— Zazdrosny jesteś.
— O kierownicę?
— O niego.
Janusz oddał telefon.
— Jeszcze nie wiem.
— Co to znaczy?
— To znaczy, że najpierw chciałbym zobaczyć resztę samochodu.
Dwa dni później Janusz zobaczył go przypadkiem przy hurtowni na obrzeżach Poznania. Był w busie z Jarkiem, kiedy w smrodzie przegniłych warzyw mignął mu znajomy zegarek.
Najpierw rozpoznał zegarek, potem profil, a na końcu faceta dźwigającego skrzynkę pomidorów, jakby zszedł z własnego zdjęcia profilowego do dużo tańszej rzeczywistości. Janusz zwolnił.
— Co jest? — zapytał siedzący obok Jarek.
— Nic.
— To jedź.
Janusz patrzył, jak facet stawia skrzynkę przy starym, kremowym Żuku. Z otwartej paki ciągnęło cebulą. Na plandece ktoś kiedyś namalował zieloną paprykę; wyblakła tak, że wyglądała jak chora gruszka. Janusz zatrzymał busa.
— Co ty robisz?
— Chwilę.
— Tu nie wolno stać.
— Chwilę.
Facet od pomidorów otworzył drzwi Żuka. Janusz porównał zdjęcie z facetem stojącym obok Żuka.
— O kurwa.
Jarek wychylił się.
— Co?
Janusz pokazał ekran.
— Widzisz tego?
— No.
— I tego?
Wskazał mężczyznę. Jarek popatrzył.
— No.
— To ten sam?
— Chyba.
Janusz jeszcze raz spojrzał na zdjęcie.
— Gdzie tu jest to BMW?
— Jakie BMW?
— Nieważne.
Czarny Kot zamknął pakę Żuka i obszedł samochód. Janusz otworzył drzwi busa. Jarek złapał go za rękaw.
— Gdzie idziesz?
— Zapytać.
— O BMW?
— Między innymi.
— Janusz.
— Co?
— Masz minę.
— Jaką?
— Taką, po której człowiek później mówi policji, że to był nieszczęśliwy wypadek.
Janusz wysiadł. Na telefonie Czarny Kot miał czarną koszulę, zegarek i trzy centymetry luksusowej kierownicy. Przed Januszem stał człowiek wśród pomidorów i Żuk, któremu luksus mógł się co najwyżej przyśnić. Czarny Kot wkładał kluczyk do drzwi Żuka.
— Piotr?
Facet odwrócił się.
— Tak?
Janusz podszedł bliżej.
— Czarny Kot?
Piotr znieruchomiał i zerknął na Janusza, a potem na stojącego kilka metrów dalej Jarka.
— Zależy kto pyta.
Janusz wyjął telefon, otworzył zdjęcie i podsunął je Piotrowi pod nos.
— A.
— „A”?
— No.
— Ty jesteś ten ze zdjęcia?
Piotr wzruszył ramionami.
— Zależy którego.
Janusz popatrzył na Żuka. Potem znowu na zdjęcie.
— A gdzie samochód?
Piotr zerknął na Żuka.
— Tu.
— To jest Żuk.
— Też na „ż”.
— Innego nie mam.
Janusz nie wiedział, czy ma się śmiać, czy go uderzyć. Zacisnął szczękę, a Piotr najwyraźniej zauważył jego wahanie.
— Ty jesteś Janusz?
Janusz podszedł jeszcze pół kroku. Wolałby, żeby ten Kot wyglądał jak na zdjęciach. Łatwiej nienawidzi się faceta przy luksusowym samochodzie niż człowieka, który przenosi skrzynki z warzywami.
— Skąd znasz moją żonę?
Piotr otworzył usta, zamknął je i spojrzał na Jarka.
— Może kolega sobie pójdzie?
Jarek pokręcił głową.
— Kolega bardzo chętnie by sobie poszedł, tylko przyjechał tym samym samochodem.
Janusz nie odwrócił wzroku od Piotra.
— Skąd?
— Z internetu.
— Wiem, że nie z biblioteki.
Piotr westchnął.
— Pisała do mnie.
Janusz poczuł ciepło pod kołnierzem.
— Ona pisała do ciebie?
— Ja do niej też.
— Ale zaczęła?
Piotr zawahał się. To pół sekundy wystarczyło.
— Nie pamiętam.
— Pamiętasz.
— Janusz, naprawdę nie chcę…
— Nie mów do mnie „Janusz”.
— Sam powiedziałeś, że jesteś Janusz.
Jarek przetarł twarz dłonią.
— Panowie, może od początku ustalmy, jakich słów dziś nie używamy.
Nikt go nie słuchał.
— Zdjęcia też ci sama wysyłała? — zapytał Janusz.
Piotr spojrzał w bok. Zrobiło się sucho w ustach.
— Jakie zdjęcia? — zapytał Jarek.
— Żadne — odpowiedzieli jednocześnie Janusz i Piotr.
Jarek kiwnął głową.
— Dobrze. To już coś wiem.
Janusz złapał Piotra za koszulę. Materiał był cienki i wilgotny od potu. Pod palcami Janusza napiął się kark obcego mężczyzny.
— Pokaż telefon.
— Zwariowałeś?
— Pokaż.
— Nie.
— Janusz — powiedział Jarek.
— Nie teraz.
— Teraz.
Piotr odepchnął Janusza na tyle mocno, że ten cofnął się na skrzynkę z pomidorami. Plastik chrupnął, trzy pomidory potoczyły się po asfalcie. Jeden zatrzymał się przy bucie Janusza, który zerknął na niego.
— No i po pomidorach — powiedział Jarek.
Pierwszy cios nie wyglądał jak cios. Bardziej jak źle wykonana próba odsunięcia komuś twarzy. Piotr dostał w policzek, zachwiał się i natychmiast oddał. Janusz poczuł smak krwi na dolnej wardze.
— O kurwa — powiedział Jarek.
Drugi cios był już normalny. Potem przez kilkanaście sekund żaden z nich nie wyglądał jak dorosły człowiek. Szarpali się między Żukiem a skrzynkami, ślizgali na rozgniecionym pomidorze i próbowali zachować resztki godności, której na tym etapie już nie było. Piotr trafił Janusza barkiem w pierś, ale ten go odepchnął. Cofając się, Piotr postawił piętę na mokrym kartonie, który odjechał mu spod nogi. Kolano niedoszłego kochanka również. Głowa Piotra uderzyła o metalową krawędź otwartych drzwi Żuka. Rozległ się tępy trzask i zapadła cisza.
Czarny Kot osunął się na asfalt i nie wyglądał już jak Czarny Kot. Janusz stał z uniesionymi rękami.
— No.
— Co „no”? To był pojedynek.
— Teraz już chyba warto używać słowa „problem”.
Janusz uklęknął przy Piotrze i przyłożył palce do jego szyi. Skóra była ciepła, ale pulsu nie potrafił znaleźć. Nigdy wcześniej nikomu go nie mierzył; z filmów kryminalnych pamiętał jedynie, że człowieka łapie się przy gardle. Przesuwał nerwowo palce, usiłując coś wyczuć.
— Żyje? Puść go! Dusisz go!
— Nie duszę. Puls mu sprawdzam.
— To co ma czarne na szyi?!
Zerknął na szyję Piotra.
— To już miał.
— Jasne. Sam sobie zrobił?
Potarł palcem ciemny ślad i przyjrzał się łańcuchowi.
— Od tego.
— I jeszcze mu łańcuch zabierasz?!
— Nie zabieram.
— To po co go zdejmujesz?
— Chciałem sprawdzić.
— Co?
— Czy złoty.
— I?!
Janusz obejrzał ogniwo.
— Nie jest.
— Skąd wiesz?
— Bo złoto raczej człowieka nie farbuje.
Jarek wypuścił powietrze.
— To świetnie. Bardzo poprawiłeś sytuację. Nie dość, że go dusiłeś, to jeszcze go okradłeś. Chyba już w ogóle się nie rusza.
Na włosach pokonanego pojawiła się krew. Ciemna, lepka, prawie jak w filmie. Janusz wyciągnął telefon.
— Dzwonię po karetkę.
— I co powiesz?
— Prawdę.
— Dobrze. Przećwiczmy.
— Zamknij się.
— „Dzień dobry, pobiłem faceta, który pisze z moją żoną, potem wpadł głową w Żuka. Te ślady na szyi już miał, a odciski palców na szyi i łańcuchu nie są moje. Sam sobie to zrobił. Jesteśmy przy pomidorach.” Bardzo wiarygodne.
— On sam upadł.
— Jeszcze lepiej. Udusił się też sam. Cholernie żywotny gość.
Telefon zadzwonił mu w dłoni. Na wyświetlaczu pojawiła się Halina. Zawahał się, ale odebrał.
— Co?
— Gdzie jesteś?
Spojrzał na nieprzytomnego Czarnego Kota, na Żuka i na rozdeptanego pomidora przy własnym bucie.
— Kochanie — powiedział. — Chyba zabiłem twojego Czarnego Kota.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Co?
— Przyjedź.
— Janusz, co ty powiedziałeś?
— Może żyje. Albo nie. Chyba.
— „Chyba”? !
— Przyjedź.
— Gdzie?
Podał adres.
— I weź Wartburga.
— Po co?
— Nie wiem. Ale coś czuję, że się przyda.
Halina przyjechała dwadzieścia minut później. Wartburga było słychać wcześniej, niż było go widać. Silnik kaszlnął przy skręcie, potem zawył, a na końcu samochód wtoczył się między hurtownie, śmierdząc spalinami. Halina wysiadła tak szybko, że nie zamknęła drzwi.
— Gdzie on jest?
Janusz wskazał asfalt.
— O Jezu.
— Myślę, że żyje.
— Skąd wiesz?
— Sprawdzałem.
— Jak?
— Normalnie.
— Co to znaczy „normalnie”? ! To ślady duszenia.
— Myślałem, że tam gdzieś głębiej miał puls. W filmie widziałem jak tak się robi.
Halina uklęknęła przy Piotrze, obok otwartej skrzynki cebuli. W internecie wyglądał zupełnie inaczej. Dotknęła jego policzka.
— Piotr?
Janusz natychmiast spojrzał na nią.
— Piotr?
— No przecież wiesz, jak ma na imię.
— Wiem. Ale jak ty to powiedziałaś.
— Jak?
— Tak.
— Człowiek leży nieżywy, a ty analizujesz ton głosu?
— Bo człowiek leży nieżywy przez ten ton głosu.
Jarek podniósł rękę.
— Przepraszam, że przerywam terapię małżeńską, ale on krwawi. Może po prostu jest nieprzytomny? Jak się wykrwawi, to dopiero będzie nieżywy.
— Karetka?
— Jeszcze nie.
— Dlaczego?
— Dyskutowaliśmy.
— O czym?
— O wiarygodności.
Halina zamknęła oczy.
— Janusz, dzwoń po karetkę.
Piotr jęknął, a cała trójka zamilkła.
— Piotr? — Halina pochyliła się.
Janusz zacisnął szczękę.
— Znowu ten ton.
— Zamknij się.
Piotr otworzył oczy.
— Co…
— Nie ruszaj się — powiedziała Halina.
— Janusz mnie…
— Sam się przewróciłeś — powiedział Janusz.
Piotr spróbował usiąść.
— Ty mnie uderzyłeś.
— A ty mnie.
— Panowie — powiedział Jarek. — Proponuję zostawić rekonstrukcję na czas, kiedy wszyscy będą przytomni.
Piotr dotknął tyłu głowy. Zobaczył krew na palcach.
— Niedobrze mi.
Zwymiotował obok skrzynki z ogórkami. Halina odskoczyła. Janusz spojrzał na ogórki.
— No pięknie.
— Co?
— Nic. Warzywa mają dzisiaj ciężki dzień.
Piotr odmówił karetki. Odmówił też policji.
— Zawieźcie mnie tylko gdzieś, żebym usiadł.
— Do szpitala — powiedziała Halina.
— Nie.
— Masz rozbitą głowę.
— Nie chcę policji.
Janusz parsknął.
— Pierwsza rozsądna rzecz, jaką dziś powiedziałeś.
Halina odwróciła się do niego.
— Ty się naprawdę postaraj teraz nic nie mówić.
Jarek wskazał Wartburga.
— To może nim?
Wszyscy spojrzeli na samochód. Wartburg stał z otwartymi drzwiami i pracował nierówno, jakby sam nie chciał brać w tym udziału.
— Z tyłu — powiedziała Halina.
Janusz otworzył tylne drzwi. Na siedzeniu leżała torba, dwa kartony, kurtka robocza, reklamówka z pustymi butelkami i stary odkurzacz, który miał pojechać do naprawy trzy miesiące wcześniej.
— Nie wejdzie.
— To wyjmij rzeczy.
— Gdzie je położę?
— Janusz!
Piotr znów jęknął, kiedy Janusz otworzył prawie pusty bagażnik. Halina popatrzyła na męża.
— Nie.
— Nic nie powiedziałem.
— Widzę, co pomyślałeś.
— Tylko do szpitala.
— Nie wsadzimy człowieka do bagażnika.
— Z przodu się nie mieści.
— To nie jest argument!
Jarek spojrzał na Piotra, potem na bagażnik.
— Technicznie jest.
— Pan też się zamknie.
Piotr próbował wstać. Zrobił dwa kroki i osunął się Januszowi na ramiona. Janusz poczuł ciężar całego ciała i ciepłą wilgoć krwi na rękawie.
— No i co teraz?
— Tylko do szpitala.
— Mówiłem.
— Ani słowa.
Halina chwyciła Piotra pod nogi, Janusz pod pachy, a Jarek szerzej otworzył klapę.
— Ja tylko pomagam logistycznie.
— Nie używaj tego słowa — syknęła Halina.
— Jakiego?
— Żadnego.
Przenieśli Piotra kilka metrów. But jednego z nich zahaczył o próg. Piotr jęknął.
— Przepraszam — powiedziała Halina odruchowo.
— Za co go przepraszasz?
— Bo walnęliśmy nim o samochód!
— „Walnęliśmy”?
— Janusz!
Ułożyli go w bagażniku. Piotr otworzył jedno oko.
— To jest Wartburg?
— Tak — powiedział Janusz.
Piotr zamknął oko.
— Dobij mnie.
Halina zatrzasnęła klapę.
— Nie pomagaj.
Żadne z nich nie zauważyło kamery nad bramą hurtowni. Kamera nie nagrała początku bójki ani tego, jak Piotr poślizgnął się na mokrym kartonie. Nie nagrała też jego chwilowego odzyskania przytomności. Nagrała za to Halinę i Janusza niosących bezwładnego mężczyznę do bagażnika Wartburga. Bardzo wyraźnie. Wartburg odpalił za trzecim razem.
— Jedź — powiedziała Halina.
— Jadę.
— Szybciej.
— To jest Wartburg.
— To gazuj.
— Gazuję.
Silnik zawył, samochód drgnął i ruszył z godnością starej lodówki pchanej po schodach. Jarek został na placu.
— Zadzwonicie? — krzyknął.
Janusz wychylił głowę przez okno.
— Jak przeżyjemy!
Jarek zerknął na krew na asfalcie i kamerę.
— O kurwa — powiedział drugi raz tego dnia.
Do szpitala nie dojechali. Pięć minut później z bagażnika rozległo się walenie. Halina podskoczyła.
— On żyje!
— No przecież już to ustaliliśmy. Nawet się odzywał. To duszenie było przypadkowe.
— Jakie duszenie? Zatrzymaj się!
Janusz zjechał na pobocze i otworzył klapę. Piotr usiadł gwałtownie, blady i wściekły.
— Wyście mnie wsadzili do bagażnika?!
— Na chwilę — powiedziała Halina.
— Człowieka się nie wsadza „na chwilę” do bagażnika!
Janusz wzruszył ramionami.
— Nie mieściłeś się z przodu.
— Ty jesteś pojebany.
— A ty piszesz do cudzych żon.
— Janusz! — Halina uderzyła dłonią w dach samochodu. — Czy możemy mieć jedną rozmowę bez powrotu do zdrady?
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią. Halina zacisnęła usta.
— Dobra. Głupie pytanie.
Piotr wygramolił się z bagażnika. Zatoczył się, ale utrzymał na nogach.
— Jedziemy do szpitala — powiedziała Halina.
— Nigdzie z wami nie jadę.
— Masz krew na głowie.
— Mam też resztki godności. Chciałbym zachować chociaż jedno.
— Piotr…, Czarny Kocie, Kotku.
Janusz chrząknął. Halina odwróciła się do niego.
— Nie zaczynaj.
Piotr wyciągnął telefon. Ekran był pęknięty.
— Świetnie.
— Zapłacę — powiedziała Halina.
— Nie zapłacisz — powiedział Janusz.
— Dlaczego?
— Bo nie będziemy finansować Czarnego Kota.
Piotr zamknął oczy.
— Ja naprawdę chciałem tylko kawy.
— I zdjęć z wanny — powiedział Janusz.
Piotr otworzył oczy. Halina pobladła. Janusz spojrzał najpierw na niego, potem na nią.
— Czyli były.
Woń benzyny z pracującego Wartburga nagle zrobiła się dla Haliny mdląca.
— Janusz…
— Jakie?
— Nie tutaj.
— A gdzie? W domu? Przy albumach rodzinnych z babcią?
Piotr zrobił krok do tyłu.
— Ja chyba pójdę.
Janusz wskazał go palcem.
— Ty zostajesz.
— Nie zostaję.
— Janusz, daj mu odejść.
Janusz odwrócił się do Haliny.
— Jeszcze pięć minut temu woziłem go w bagażniku, żeby ratować mu życie, a teraz mam go grzecznie puścić?
— Tak.
— Dobrze.
Piotr ruszył poboczem. Po kilku krokach odwrócił się.
— Halina.
Janusz zrobił krok.
— Nie.
Piotr podniósł dłonie.
— Nic nie mówię.
— Powiedziałeś jej imię.
— Janusz!
Piotr odszedł. Stali obok Wartburga, który wyglądał jak eksponat muzeum techniki po przejściach. Halina spuściła wzrok i nie patrzyła na męża.
— Jakie zdjęcia? — zapytał.
— Jedźmy do domu.
— Jakie?
— Janusz.
— Z wanny?
Halina milczała.
— No pięknie.
— Nic nie było widać.
Janusz roześmiał się krótko, bez humoru.
— Oczywiście.
— Naprawdę.
— To po co wysyłałaś?
Halina spojrzała na niego, nie znajdując dobrej odpowiedzi, więc Janusz przestał pytać.
W domu pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było otwarcie bagażnika.
Na wykładzinie została ciemna plama.
— Krew — powiedziała Halina.
— Widzę.
— Myjemy czy to zostawić?
— Po co?
— Nie wiem. Jakby policja…
Oboje zamilkli.
— Jaka policja? — zapytał Janusz.
— Żadna.
— O to chodzi.
Przyniósł wiadro, szczotkę i środek do tapicerki.
— Co robisz?
— Sprzątam.
— Krew.
— Halina, to powiedziałaś.
— Po człowieku, którego wsadziliśmy do bagażnika.
Janusz zanurzył szczotkę w wodzie.
— Przecież nie będę zostawiał syfu.
Płyn do tapicerki pachniał truskawkowo. Halina patrzyła, jak różowa piana spływa po gumowej uszczelce.
— Janusz.
— Co?
— To wygląda bardzo źle.
— Co?
— Mycie krwi.
Janusz zatrzymał szczotkę.
— Teraz już tak.
Telefon Haliny zawibrował. Oboje spojrzeli, a ona wyjęła go powoli. To była Anka, nie Czarny Kot.
„I jak kawa?”
Halina patrzyła na wiadomość. Janusz zerknął przez ramię.
— Odpisz.
— Co?
— Że się przeciągnęła.
Po sekundzie oboje wybuchnęli śmiechem.
Następnego dnia Czarny Kot milczał aż do wieczora.
Halina sprawdziła Facebooka ze dwadzieścia razy. Profil nadal istniał, ale bez zielonej kropki. Janusz zauważył to za którymś razem.
— Nie pisze?
— Nie.
— Może marchew wozi… Albo się wykrwawił po drodze.
Halina nie odpowiedziała.
Wieczorem napisała:
„Wszystko okej?”
Wiadomość została dostarczona, ale pozostała nieprzeczytana. Drugiego dnia profil przestał być aktywny. Żart Janusza o wykrwawieniu przestał bawić. Halina dorzuciła jeszcze, że człowiek w przypływie adrenaliny potrafi przez jakiś czas funkcjonować całkiem sprawnie, co wcale nie poprawiło sytuacji.
Januszowi natychmiast stanął przed oczami jakiś stary film wojenny, w którym radzieccy żołnierze, mimo że po niemieckiej serii wyglądali już niemal jak sito, biegli dalej, dopóki nie wykonali zadania, a umierali dopiero po wszystkim. Trzeciego zadzwonił telefon Janusza. Nieznany numer.
— Halo?
— Pan Janusz?
— Tak.
— Komenda Policji. Chcielibyśmy z panem porozmawiać.
Janusz spojrzał na Halinę siedzącą przy stole z telefonem ekranem do góry. Po raz pierwszy od wielu dni nie miała ochoty go odwracać.
9. JEDNASTKA
Na komisariat mieli przyjechać na siedemnastą. O szesnastej trzydzieści Wartburg odmówił współpracy. Janusz przekręcił kluczyk. Rozrusznik jęknął jak człowiek, który usłyszał wysokość raty kredytu, i umarł.
— Jeszcze raz — powiedziała Halina.
— On nie odpali od motywacji.
Janusz spróbował ponownie, ale Wartburg odpowiedział suchym kliknięciem. Halina spojrzała na zegarek.
— Spóźnimy się na policję.
— Pierwszy raz w życiu samochód próbuje mnie ratować przed przesłuchaniem.
— Autobus.
Janusz popatrzył na Wartburga.
— Zdrajca.
— Nie mów dzisiaj o zdradzie.
Spojrzeli na siebie.
— Dobra — powiedział.
W autobusie było gorąco. Mokre kurtki parowały, a plastikowe siedzenie kleiło się Halinie do uda. Usiedli obok starszej kobiety z siatką.
— Powiesz, że go nie znałaś — mruknął Janusz.
— Ale go znałam.
— Nigdy go wcześniej nie widziałaś.
— To nie znaczy, że go nie znałam.
Starsza pani lekko odwróciła głowę. Janusz ściszył głos.
— Wysłałaś mu zdjęcia.
— Nie wszystkie.
— To mnie uspokoiło.
— A ty oglądałeś Lalunię.
— Nie zaczynaj z Lalunią w autobusie.
— Ty zacząłeś od zdjęć.
— Bo jedziemy na policję przez twojego Czarnego Kota.
Starsza pani spojrzała już całkiem otwarcie.
Halina syknęła:
— Nie mojego.
— Jasne.
— I nie wiadomo, czy coś mu jest.
Janusz popatrzył przez szybę.
— Twój Czarny Kot chyba zdechł i narobił nam problemów.
— Nie mój. I kot nie zdycha. Umiera.
Janusz odwrócił się do niej.
— Jadę na policję jako podejrzany o zabójstwo i najważniejsze jest, żeby kot umarł poprawnie językowo.
Starsza pani poruszyła się niespokojnie. Halina otworzyła usta, ale tym razem głos miała cichszy.
— A jeżeli naprawdę go zabiłeś? On faktycznie mógł się wykrwawić. Do tego dusiłeś go.
Janusz nie odpowiedział. Autobus zatrząsł się na dziurze. Słychać było tylko silnik i szelest reklamówki starszej pani. Kobieta nachyliła się do nich.
— Przepraszam.
— A jak pies umarł rok temu, to też trzeba zgłaszać?
Janusz zamrugał.
— Co?
— Pies. Mikuś.
— Zakopałam go w ogródku — wyjaśniła kobieta. — To źle?
Janusz, wciąż myślami przy Piotrze, odpowiedział:
— Teraz to już chyba za późno.
Starsza pani pobladła. Halina kopnęła Janusza w kostkę.
— Au!
— Co ty jej mówisz?
— Przecież pytała.
Kobieta przycisnęła siatkę do kolan.
— Czyli nie powinno się zakopywać ciała?
Janusz spojrzał na nią. Dopiero teraz naprawdę usłyszał pytanie.
— Jakiego ciała?
— Mikusia.
Drzwi autobusu się otworzyły.
— Wysiadamy — powiedziała Halina.
— Ale…
— Teraz.
Wstali.
Za plecami usłyszeli jeszcze:
— A do rzeki można?
Halina złapała Janusza za rękaw.
— Nie odwracaj się.
— Nie zamierzałem.
— I już nikomu nic nie doradzaj.
— Ja jej nic nie doradziłem.
— Tego się boję.
10. JEDENAŚCIE
Na komisariacie waliło w nozdrza środkiem do podłogi. Policjant prowadzący sprawę miał przed sobą monitor.
— Pan Janusz?
— Tak.
— Pani Halina?
— Tak.
— Usiądźcie.
Usiedli. Na ekranie zatrzymany był obraz z kamery. Halina i Janusz nieśli bezwładnego Piotra.
— To pan? — zapytał policjant.
— Ja.
— A to Czarny Kot?
— Piotr.
— Pytam, czy to człowiek używający pseudonimu Czarny Kot.
— No… on.
Policjant uruchomił nagranie. Na ekranie Janusz otworzył bagażnik.
— Co pan robi?
— Wkładam go do bagażnika.
— Widzę. Pytam dlaczego.
Janusz zastanowił się.
— Nie mieścił się z przodu.
Halina zamknęła oczy. Policjant też na chwilę je zamknął.
— Panie Januszu.
— No?
— Proszę mi pomagać.
— Staram się.
— Nie zauważyłem.
Przewinął nagranie.
— Tutaj kamera traci samochód.
— Pojechaliśmy.
— Dokąd?
— Do domu.
— Z nieprzytomnym człowiekiem w bagażniku?
— On się potem obudził.
— Gdzie?
Janusz zawahał się.
— Po drodze.
— I?
— Wysiadł.
— Z bagażnika?
— Tak.
Policjant oparł dłonie na biurku.
— Sam?
— Pomogłem mu.
— Bardzo uprzejmie.
Halina wtrąciła:
— Naprawdę wysiadł.
— I od tej chwili nikt go nie widział.
— Ja też nie — powiedziała.
— Wiem.
Kliknął coś.
— Na miejscu znaleźliśmy krew. Laboratorium potwierdziło, że należy do Piotra W.
Skóra na karku zrobiła się zimna.
— Ale on żył.
— Być może.
— Nie „być może”. Rozmawiał.
— Mamy świadka?
Janusz pokręcił głową.
— Kamera?
— Nie.
— Telefon?
Halina spojrzała na Janusza. Policjant to zauważył.
— Co z telefonem?
— Nic — powiedzieli jednocześnie.
Policjant westchnął.
— Państwo naprawdę lubią to słowo.
11. TELEFON
Telefon Haliny leżał w przezroczystym woreczku i wyglądał niewinnie, wręcz obraźliwie. Policjant wskazał go długopisem.
— Musimy zabezpieczyć urządzenie.
— Po co? — zapytała Halina.
— Kontaktowała się pani z zaginionym.
— On nie jest zaginiony. On tylko nie odpisuje.
Janusz odwrócił głowę.
— Od ilu dni?
— Trzech.
— I gdzie jest?
— Nie wiem.
— Czyli jest zaginiony.
Halina zacisnęła usta.
— Są tam prywatne rzeczy.
— Rozumiem.
— Bardzo prywatne.
Janusz chrząknął.
— Janusz.
— Nic nie mówię.
Policjant wyjął formularz.
— Zdjęcia?
Twarz oblało jej gorąco.
— Między innymi.
— Jakie zdjęcia?
— Prywatne.
— Nagość?
— Nie.
— Piana się liczy?
— Zamknij się.
Policjant zapisał coś.
— Zdjęcie w wannie?
— To nie było nagie zdjęcie.
— Nie oceniam.
— Wszyscy tak mówią przed ocenianiem.
Telefon zabrano. Halina patrzyła, jak znika za drzwiami. Miała wrażenie, że ktoś wynosi z pokoju jej bieliznę w przezroczystej torbie. Janusz siedział obok.
— Nie patrz tak.
— Jak?
— Jakbyś chciał powiedzieć „a nie mówiłem”.
— Nie muszę. Policja ma telefon.
— Laluni nie mają.
— Jeszcze.
Halina odwróciła się do niego.
— Co „jeszcze”?
— Nic.
Policjant podniósł wzrok znad papierów.
— Naprawdę. To słowo zaczyna mnie drażnić.
12. OCENA
Chwilę później telefon Haliny leżał już w innym pokoju. Młody policjant przewijał zabezpieczone materiały razem ze starszym kolegą. Nie powinien był komentować. Skomentował.
— O.
Starszy podszedł.
— Co?
— Nic.
— Jak nic, to pracuj.
Młody odsunął ekran.
— Zdjęcie.
— Jakie?
— Podejrzanej.
Starszy spojrzał. Na ekranie Halina siedziała w wannie. Piana zakrywała tyle, ile trzeba, żeby formalnie niczego nie było widać, i wystarczająco mało, żeby człowiek patrzył dłużej niż powinien.
— To materiał w sprawie — powiedział starszy.
— Wiem.
— Nie oceniaj.
— Nie oceniam.
Pauza.
— Dziesięć?
— Jedenaście.
Obaj zamilkli. Do pokoju wszedł trzeci policjant.
— Co macie?
Młody szybko zamknął podgląd.
— Jedenastkę.
— Co?
— Nic.
— Jaką jedenastkę?
Starszy wskazał monitor.
— Materiał numer jedenaście.
Tak było łatwiej, choć zdjęcie miało numer czternaście i nikt tego nie sprawdził.
Godzinę później ktoś zapytał przez telefon:
— Ta kobieta od Kota jak się nazywa?
Młody, zajęty kopiowaniem danych, odpowiedział:
— Jedenastka.
— Ksywa?
— Co?
— Pytam, czy to ksywa.
Młody spojrzał na starszego. Starszy wzruszył ramionami.
— Niech będzie.
I w ten sposób Halina, księgowa, która trzy dni wcześniej martwiła się, czy zdjęcie z wanny nie pokazuje za dużo uda, dostała pierwszy pseudonim operacyjny w życiu.
13. MIKUŚ
Starsza pani z autobusu miała na imię Genowefa. Do domu wróciła z przekonaniem, że dowiedziała się czegoś, czego nie chciała wiedzieć.
Zdjęła płaszcz, postawiła torebkę na krześle i przez kilka minut stała w kuchni bez ruchu. Na stole leżała serweta w czerwone maki. Obok cukiernica. Na parapecie stygnęła pelargonia, której Genowefa od trzech lat obiecywała większą doniczkę. Wszystko było na swoim miejscu. Tylko Mikuś od roku leżał w ogródku pod porzeczką. Genowefa sama go tam zakopała.
Zawinęła w koc, włożyła do kartonu po odkurzaczu i urządziła pogrzeb na dwie osoby, z czego jedna już nie żyła. Do tej pory uważała, że zrobiła dobrze. Potem spotkała w autobusie Halinę i Janusza.
Usłyszała o martwym kocie, policji, bagażniku i czymś, czego najwyraźniej nie należało zgłaszać za późno.
A kiedy zapytała o psa, Janusz powiedział:
„Teraz to już chyba za późno.”
Genowefa usiadła przy stole.
— No pięknie — powiedziała do cukiernicy.
Cukiernica nie pomogła, więc Genowefa zadzwoniła do Zdzisławy, która odebrała po dziewiątym sygnale.
— Co się stało?
— Skąd wiesz, że coś się stało?
— Dzwonisz po dwudziestej drugiej.
— Muszę wykopać Mikusia.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Po co?
— Bo może nie wolno.
— Czego?
— Mieć go w ogródku.
— Od roku tam jest.
— O to chodzi.
— I dopiero teraz ci przeszkadza?
— Mnie nie. Policji może.
Zdzisława odetchnęła ciężko.
— Była u ciebie policja?
— Nie.
— To skąd wiesz?
— Z autobusu.
— Genia.
— Co?
— Nic.
— Nie mów do mnie „nic”. Dzisiaj już słyszałam za dużo „nic”.
Genowefa zadzwoniła jeszcze do Ireny. Irena miała balkonik rehabilitacyjny po operacji biodra i uważała, że skoro lekarz kazał jej chodzić, to należy chodzić wszędzie.
— O której? — zapytała.
— O jedenastej.
— Wieczorem?
— A kiedy chcesz wykopywać psa? W południe?
— W południe lepiej widać.
— I to jest problem.
Irena zastanowiła się.