sen
My pussy tastes like Pepsi Cola (ooh, ah)
Elizabeth Woolridge Grant
Siedziałam na nim, unosiłam się i opadałam, falowałam i odpływałam. Zerkał na wiszące przy drzwiach cztery podłużne lustra w białych, podrapanych ramach. W odbiciu widział moje miękkie plecy, pachnące balsamem kokosowym, jasną skórę, swoje wielkie stopy i czarne, owłosione nogi, mokre i posklejane od potu. Wpuściliśmy trochę słońca. Wpadało przez rozchylone zasłony po burzowym poranku. Po parapecie za oknem chodził czarny ptak i co chwila stukał w szybę, lecz odgłosy te ginęły w poezji śpiewanej, płynącej z trzeszczącego magnetofonu z kolorowymi diodami. Rozbrzmiewała ballada o przemocy. Za moment miała się skończyć nasza ulubiona kaseta, strona B.
Na ścianie pod sufitem straszyła beżowa tapeta w godne politowania chabry, gdzieniegdzie już odchodząca, modna jakieś dwie dekady temu. Na łóżku leżała kremowa pościel w drobne maki, jedyna rzecz w pomieszczeniu pachnąca czymś świeżym. Obok stała lampa z promocji, prosta i biała. Zaduch. Zamknięte okno. Pokój niewietrzony od kilku dni, bez konkretnego powodu. Kilka czarnych, siedmiocalowych płyt winylowych przybitych gwoździkami do belek sufitowych. Dwie duże donice z dorodnymi kaktusami, białe (jakże inaczej?) biurko z szufladkami, również jakby celowo podrapane, podłużny czarny smartfon i butelka wody mineralnej. Książki ułożone jedna na drugiej. Jeszcze nie zdążyłam ich uporządkować, poświęcić im trochę czasu. Starałam się nie patrzeć w tamtą stronę, chcąc znaleźć dla nich miejsce najsampierw w głowie.
podnieś się podaj mu dłoń przytul go pocałuj skroń
dotykaj pieść spojrzeniem wznieś
widzi jak patrzysz wie czego chcesz
pragniesz by zaczął podejdź i weź
Poleciałam do tyłu, gwałtownie szarpnięta, i uderzyłam plecami o ścianę, podczas gdy on, szczęśliwy i zalany perłową strużką własnego nasienia, nie spostrzegł, jak łóżko zaczyna się pruć i złowieszczo skwierczeć. Grube sprężyny wystrzeliwały z materaca, wkręcały się w jego skórę i rozrywały ciało na drobne kawałki, podrzucane ku sufitowi niczym popcorn w rozgrzanym garnku. Wkrótce stał się bordową farbą dekorującą ten nudny pokój. Kruk zaczął natarczywie uderzać w lichą, zakurzoną szybę, aż cały się pobrudził. Uderzał dziobem, ocierał o nią głową, raz po raz walił w szkło grzbietem, by w końcu, po tym wariackim tańcu, skręcić sobie kark i runąć bezwładnie na parapet.
Za blokowiskiem wyrastały płonące żołędzie na jamistych trzonach, z których żył sączyła się czarna ropa. Najprawdziwsze żołędzie, a jednak podpalone. Zmieniały barwę, roztaczając po mieście trupią woń, która unosiła się ku słońcu. Po chwili były już magmowe, doszczętnie wypalone, a smród stawał się niemiłosierny. Tymczasem zbierałam się z podłogi, kalecząc palce o fragmenty jego pleców. On zarósł sprężynami niczym zapuszczone grządki chwastami. Chciałam go poskładać, pozszywać i naprawić, lecz zanim znalazłam igłę i szpulkę nici, przebudziłam się z rykiem. Przez kilka długich chwil nie potrafił mnie uspokoić.
Miasto stało się labiryntem, którego korytarze, utrwalone w pamięci jako jednakowe i jednolite, pozostawały żywe i wyraźne. Nie wykracza się poza te ulice, gdyż nasze ruchy ogranicza wola autora. Ograniczają je również kolory. Obszar, po którym będę się poruszać, jest niczym innym jak zbiorem kalek i obrazów. Możesz nazwać je wspomnieniami.
Tymczasem na gwarnej ulicy budził się kolejny dzień. Za oknem rozpościerała się mgła, z której przy każdym spojrzeniu sięgającym nieco dalej niż poprzednie wyłaniała się znajoma przestrzeń. Znałam ją doskonale. Och, jakże dobrze ją znałam! To był mój Szczecin. Ale czy wówczas zdawałam sobie z tego sprawę? Chcę ci o tym opowiedzieć. Na skrzyżowaniu dwóch gęsto okopconych ulic pojawiło się kilka znaków, cięższych od powietrza, a jednak spokojnie lewitujących. Sześć matowych liter sunęło w moją stronę, by po chwili zniknąć gdzieś za granicami świadomości…
Kochaj
kolacja
Kochaj… Tylko nie powiedzieli, co albo kogo i przede wszystkim — dlaczego. Nie raczyli też uściślić, kiedy. Tyle że ja nie mam czasu! A może należałoby zapytać: od kiedy? Nic. Przyjaciele mówią mi Lila, ale ty także możesz. Przysięgłabym, że przez kilka chwil widziałam za oknem ów napis, jakbym była częścią czegoś wielkiego, a może zupełnie banalnego. Z tej odległości nie byłam jednak w stanie określić, co dokładnie przedstawiał. Rozpłynął się tak szybko, jak się pojawił, również w mej pamięci. Tego dnia miałam na głowie cały dom, poniemiecki, niedawno odrestaurowany gmach. Zostawili mi go rodzice. Był to swego rodzaju prezent na wypadek, gdyby rozwiedli się wcześniej, niż planowali. Gdyby się dobrze zastanowić, bodaj pierwszy raz miałam zostać w nim sama na tak długo. Tutaj zawsze ktoś się kręcił, szczególnie podczas remontów, a teraz rodzice wyjechali za granicę w poszukiwaniu pracy, żeby spłacać swój wspólny pomysł na dom z ogródkiem, miejsce do kochania. Gdzieś po drodze miłość się zgubiła i musieli zamieszkać osobno.
Sobotę zaplanowałam już w czwartek, krok po kroku, na nudnym wykładzie, w trakcie którego profesor rzucał w moim kierunku serdeczny uśmiech za każdym razem, gdy zauważał, że notuję. Zrobiłam listę zakupów, wyznaczyłam strategiczne miejsca do posprzątania, żeby wywrzeć tak zwane pierwsze dobre wrażenie, a przy tym specjalnie się nie zmęczyć. Dopisałam też kilka innych bzdur. Po godzinie czwartej wstawiłam pierwsze pranie i ze słuchawkami w uszach zaczęłam przecierać wilgotną szmatką kuchenne meble. Dzień był mglisty i duszny, a zza mlecznej zasłony za oknem wyłaniał się trawnik. Kilka ciężkich, brązowych rolet pozostawiłam zasuniętych, więc w domu panował półmrok. W kuchni paliło się światło pod okapem. Igor lada chwila miał zadzwonić do drzwi. To dla niego przygotowywałam kolację. Pomyślałam, że zacznę gotować najwcześniej pół godziny przed jego przyjściem, żeby danie było świeże i gorące. Wszystko rozpisałam sobie na kartce podczas wykładu. Jak dobra żona.
Umówiliśmy się na wieczór, miałam więc jeszcze trochę czasu. Coś jednak nie pozwalało mi skupić się na dalszym sprzątaniu. Pozostawało zagłuszyć durne myśli telewizorem nastawionym na cały regulator. W kuchni znajdował się kremowy telewizorek w stylu retro, z masywną obudową, który miał dodawać uroku pomieszczeniu wyłożonemu prawdziwym drewnem i pachnącemu świeżymi ziołami rosnącymi w doniczkach, o które dbałyśmy razem z mamą. Jaki to był dziwny sen minionej nocy. Trochę zboczony, trochę surrealistyczny, jak z Psa andaluzyjskiego. Ale czy na pewno kochałam się z Igorem? Nie mieszkam nawet w bloku, a jednak za oknem widziałam to obskurne blokowisko. I to ptaszysko. Nie lubię ptaków. Nie pamiętałam twarzy mężczyzny ze snu, mogłam jedynie przypuszczać, że był nim właśnie Igor. Nie wiem, skąd u mnie ta niepewność.
Z zamyślenia wyrwał mnie widok tasaka wielkości ludzkiej głowy, który rozłupał czyjeś udo. Mężczyzna na ekranie zawył z bólu. Znałam ten film, ale nie miałam czasu na skakanie po kanałach. Wyjęłam z lodówki opakowanie z trzema filetami z indyka, opłukałam je pod bieżącą wodą, oczyściłam i pokroiłam w kostkę. Inny mężczyzna z ekranu w tym samym czasie zrobił coś podobnego z solidną porcją mięsa swojej ofiary. Obrócił w palcach niewielką kostkę i wepchnął ją sobie do ust. Rozłożyłam na blacie trzy ząbki czosnku, oberwałam kilkanaście listków bazylii z plastikowej doniczki, a najładniejsze podarłam nad bambusową miseczką. Do szklanej miski wrzuciłam mięso i oprószyłam je odrobiną papryki, pieprzu cytrynowego i roztartej soli morskiej. Z małych głośniczków dobiegały jęki powoli konającego mężczyzny. Kogoś mi przypominał. Prawdopodobnie widziałam go w jakiejś mało ambitnej produkcji albo kinowym przeboju ostatnich miesięcy. Na pewno. Bez nogi wyglądał jakoś inaczej.
Do naczynia dodałam trzy drobno pokrojone ząbki czosnku, zamknęłam je szczelną pokrywką i energicznie wstrząsnęłam. Ktoś uważnie mi się przyglądał. Filmowy morderca utkwił we mnie wzrok, przynajmniej przez chwilę tak mi się wydawało, ale zaraz potem z uśmiechem zajadał mięso swojej ofiary, a ja odstawiłam swoje do lodówki. Rozgrzałam patelnię, a chwilę później wlałam na nią oliwę. Nastawiłam wodę na ryż i zaczęłam smażyć mięso. Kuchnię wypełnił zapach czosnku. Z telewizorka dobiegała przyjemna muzyka towarzysząca napisom końcowym. Woda zaczynała wrzeć, Igor miał się wkrótce zjawić. Indyka zalałam osiemnastoprocentową śmietaną, wcześniej wymieszaną w słoiczku z odrobiną wody, ziół prowansalskich i pieprzu. Chwilę później dodałam pokrojony w kosteczkę ser z błękitną pleśnią i bazylię. Pochyliłam się nad patelnią. Uwielbiałam ten zapach. Moi przyjaciele także, a i tobie pewnie by posmakowało.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Zmniejszyłam płomień pod patelnią i wybiegłam z kuchni. Spojrzałam przez judasz, lecz to, co zobaczyłam, niezupełnie odpowiadało moim oczekiwaniom. Za drzwiami stało dwóch chłopaków, mniej więcej w naszym wieku. Jeden z nich trzymał coś małego i białego. Drugi bezczeInie zaglądał prosto w judasz. Wycofałam się na palcach, bezszelestnie sunąc w skarpetkach po drewnianej podłodze, i wyjęłam telefon z kieszeni fartuszka. Chciałam napisać Igorowi, żeby dał znać, kiedy będzie już blisko. Bateria była rozładowana. Znając życie, zaraz sobie pójdą — pomyślałam. Drzwi były zamknięte, ale i tak nie mogłam sobie darować, że przez pół dnia frywolnie i beztrosko podskakiwałam po domu ze słuchawkami na uszach. Weszłam do salonu i sięgnęłam po bezprzewodowy telefon domowy. Wystukałam numer matki. Po trzecim sygnale odezwał się ciepły, wesoły głos sekretarki. Nie było powodu do niepokoju. Chciałam tylko sprawdzić, jak się ma. Po kolacji z Igorem wystarczyło przecież wstawić naczynia do zmywarki, a następnie podejść do klawiatury umieszczonej po prawej stronie drzwi, na wysokości klatki piersiowej, i wprowadzić czterocyfrowy PIN, uruchamiając alarm na całym parterze.
Igor mnie wyśmieje, bo doskonale wie, że rzadko bywam sama, właściwie tylko wtedy, gdy śpię. Chyba że śpimy razem, choć ostatnio zdarza się to coraz rzadziej. Rozległ się kolejny dzwonek i tym razem za drzwiami rzeczywiście stał Igor. Ryż był idealny, sos jak zawsze genialny, mięso miękkie i soczyste, bo niemrożone. Zjedliśmy, wypiliśmy dwie butelki niedrogiego białego wina i powspominaliśmy minioną noc. Opowiedziałam mu także, co mi się przyśniło, pomijając oczywiście wątpliwość, czy mężczyzna ze snu rzeczywiście był nim.
— Chcesz, żebym dzisiaj został? Nie mam już nic do zrobienia. Jestem styrany, ale nie chcę wracać taki kawał. Zapalimy razem.
— Nie, chcę odpocząć. Wyspać się porządnie. Ciągle szukam tematu pracy magisterskiej. Jak o tym myślę, skręca mnie w żołądku — odpowiedziałam. To miał być wstęp do naszego końca. Końca naszego związku.
— Nie boisz się spać sama? W wielkim, pustym, starym domu? Jeszcze nie znasz wszystkich jego sekretów. Swoją drogą, nie był wcale tak tani, jak myślałem. Twoi rodzice włożyli w niego trochę kasy, prawda? A teraz nie mogą się nim nawet cieszyć. Do dupy takie coś. Nie chciałbym tak żyć, na odległość.
— Nie pierwszy raz śpię sama w swoim pokoju. Rodzice włożyli w ten dom tyle serca, że wyczerpali przy tym całą swoją miłość. Miłość to takie głupie słowo… Teraz oboje mieszkają za granicą, ale każdy osobno. Może na dobre im to wyszło. Przerwali wszystko, zanim zdążyli znienawidzić się na amen.
— Nie naciskam. Jutro i tak muszę wcześnie wstać. Obiad był naprawdę genialny i dzięki za zaproszenie. Niedługo walentynki. Może dostaniesz jakąś książkę, która zainspiruje cię do pracy magisterskiej. Chyba powinnaś pospać.
Igor sprawiał wrażenie zmieszanego, jakby coś w sobie tłumił. Chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, czy to odpowiedni moment.
— Nie mam do tego głowy.
— Mogę pomóc ci rozebrać łóżko — zaproponował.
— Pościeliłam je przed odkurzaniem — odparłam z uśmiechem. — Nie mam głowy do pracy magisterskiej. Już dawno powinnam coś wymyślić. Muszę znaleźć sobie dobrego autora, człowieka, którym można się zająć, którego nie przesłoni mi teoria literatury.
— Tak mało dziś mówiłaś. Ostatnio mało rozmawiamy, a wcześniej sama tego wymagałaś. Eee… uczyłaś mnie rozmawiać. A teraz mniej wymagasz… To trochę… jakbyś nie była sobą. Jesteś zła przez rodziców?
— Nie wiem, może już się nagadałam. Jestem zmęczona… dniem, tym dniem. Cieszę się, że ci smakowało, ale uciekaj już. Potrzebuję snu.
— Masz jeszcze kilka butelek wina, wyluzuj. Będziemy przecież w kontakcie.
Za oknem było już ciemno. Przewietrzyłam pokoje i wdrapałam się po schodach do swojego pokoju.
bliźniaki
Obudziłam się w środku nocy, co nie zdarzało mi się często. Neonowozielony zegarek migotał cyframi 3:31, a odtwarzacz Blu-ray łypał na mnie groźnie białymi diodami w pogrążonym w ciemności pokoju. Nawet nie zorientowałam się, kiedy samodzielnie opróżniłam dwie kolejne butelki wina i owinięta pościelą odpłynęłam, utrwalając w pamięci kilka ostatnich, przygnębiających kadrów. Nie zdążyłam wytrzeźwieć, ale bardzo potrzebowałam wody. Równie silnie chciało mi się wymiotować. Jednak w moim starym domu, jak mogłoby się wydawać, ktoś właśnie doskonale się bawił.
Co tu robicie? Kim jesteście i jak tu weszliście? Od samego zadawania sobie tych pytań rozbolała mnie głowa. Byłam chyba zbyt zmęczona, by dopuścić do siebie prawdziwe zdenerwowanie czy przerażenie na widok dwóch młodych chłopców w pustym domu. Tych samych, których widziałam przez judasz. Zresztą podejrzewam, że wtedy było mi wszystko jedno.
— Za dużo pytań, braciszku, oj, za dużo, głównie takich… niepotrzebnych!
Na dywanie w saloniku siedzieli dwaj młodzieńcy. Nie mogli mieć więcej niż dwadzieścia lat. Byli identyczni. Bliźniacy. Mieli na sobie zabawne garnitury w biało-bordową kratę. Wpatrywali się w błękitny ekran telewizora i uśmiechali. Jeden z nich ściskał białego, pluszowego zająca. Akcentowali słowa w zabawny, nieco teatralny sposób.
— Chciałabym, żebyście już sobie poszli — powiedziałam z zadziwiającym spokojem, jakby w gruncie rzeczy było mi wszystko jedno. W tamtej chwili nawet trochę mnie to rozbawiło.
Jeden z nich nagle obruszył się i nie odrywając wzroku od telewizora, nakazał mi milczenie ruchem dłoni. Drugi spojrzał mi w twarz z niekrytą wściekłością. Cofnęłam się nieco i przywarłam do futryny. Bliźniak ponownie skierował wzrok na ekran i co chwila wybuchał śmiechem. Obaj byli jakby androgyniczni, nie z tej ziemi. Twarze mieli jak z portretu, o ostrych rysach, starannie i z namysłem naszkicowanych. Wybiegłam do kuchni. Tam bliźniacy siedzieli przy stole, pod którym leżały chyba wszystkie noże, jakie miałam — od małych, przeznaczonych do obierania warzyw czy krojenia steków, aż po siedemnastocentymetrowy tasak. Kroili coś na drewnianej desce.
— Mamy czas — odezwał się jeden z nich. Jego głos był drażniący i piskliwy, z domieszką arogancji, której dawno już nie słyszałam.
— Mamy go bardzo dużo, tak jak powiedziałeś, braciszku. — Drugi miał najwyraźniej w zwyczaju potwierdzać każde słowo dziwnego brata niczym echo albo otępiała papuga. Zresztą sam również sprawiał wrażenie nieco otępiałego.
— Czego chcecie ode mnie?
— A co chciałabyś nam dać? Zgłodniałaś?
— Nie mam ochoty na zabawy. Co jest grane? — Co tu jest, kurwa, grane? Tak zabrzmiałoby może nieco bardziej stanowczo. Może osiągnęłabym jakiś efekt, czegoś się dowiedziała, ale było już za późno, by naprawić błąd. Powtórzyć się? A na co mi histeria w środku nocy?
— Braciszku, chyba mógłbyś opłukać ten nóż? — burknął jeden z bliźniaków, wykrzywiając twarz. Na jego błyszczącej skórze odmalowało się zniecierpliwienie.
— Jasne, w tej chwili opłuczę nóż, ten nóż właśnie.
Chłopak wstał i podszedł do zlewu.
— Nie usiądziesz z nami? Czuj się jak u siebie.
— Jestem u siebie!
— Bądź pewna. Bądź pewna! — zawył jeden z bliźniaków, po czym podziękował bratu za umyty nóż i wrócił do starannego krojenia pluszowego zajączka.
Pluszowego zajączka kroją! Chyba powiedziałam to na głos. I chyba trochę za głośno. Czy zdążę dobiec do alarmu bez tasaka w plecach?
Rozległ się dzwonek do drzwi, a ja nie przestawałam przyglądać się pracy chłopców.
— No, otwórz. Mamy brudne ręce — warknął z pretensją ten, który kroił zajączka.
— I ręce peeeeeełne roboty, braciszku. Tak jak powiedziałeś. Więc otwórz drzwi, Lila.
Odwrócili się i uśmiechnęli szeroko. Zapamiętałam ich smutne twarze, na krótką chwilę rozjaśnione uśmiechami. Pobiegłam otworzyć drzwi. Nikogo nie było. Ulica świeciła pustkami. Chyba nikogo nie zastałam już także w kuchni ani w saloniku. Wdrapałam się na górę, żeby położyć się spać. Kiedy pogasiłam wszystkie światła, zauważyłam na ścianach przedpokoju słabe, różnobarwne refleksy i usłyszałam radosne głosy bliźniaków, którzy znów oglądali telewizję. Zakryłam uszy kołdrą. Za jakie grzechy? To niemożliwe. Musiało mi coś zaszkodzić, ale przecież nie miałam w ustach niczego podejrzanego. To nie mogło dziać się naprawdę. Przecież zamknęłam drzwi. Nikt się nie włamał. Za chwilę przebudzę się ze snu. Zamknęłam oczy. Czułam, że stoją przy łóżku i patrzą. Zasnę, a jutro o wszystkim zapomnę.
Mój telewizor nagle włączył się. Obraz był ziarnisty, jak w przypadku niekodowanego kanału. Poderwałam się i zaczęłam śmiać. Śmiałam się, choć byłam wściekła. Coś strzeliło i telewizor zgasł. W całym domu ponownie zrobiło się ciemno. Wsunęłam stopy w kapcie i zeszłam powoli na dół. Nie miałam latarki. Bliźniaki stały pod oknem. Odwrócone do mnie plecami, wpatrywały się w nocną ulicę.
— Masz ochotę się z nami pieprzyć? Lubisz takie rzeczy, prawda?
— Nie boję się. Wcale — powiedziałam tak trzeźwo, jak tylko potrafiłam.
— Wcale, ani trochę, powiedziała.
— Lubię się pieprzyć, ale nie lubię pierdolenia. — To mi się udało.
— Nie boję się. I w tym tkwi problem.
— Tak jak mówisz, braciszku. Boi się nie tego, czego powinna, a to błąd. A wiesz dlaczego? Powiedz jej.
— Zostałaś, chcąc nie chcąc, zaprojektowana, by kochać…
— Wcale nie. Nie macie o mnie pojęcia.
— …stworzona, by kochać…
— Ani trochę!
— …zaprogramowana, by kochać… Każdy ten beznadziejny kawałek, jeden po drugim.
— Całe mnóstwo kawałeczków… beznadziejnych, braciszku.
Rozpłakałam się. Jeśli to sen, chciałam przestać śnić. Miałam już dosyć. Miłości przede wszystkim…
— Może tak jest — przyznałam w końcu cicho.
— …a mimo to nie dajesz sobie rady.
— Bingo! Wcale. Och, jak ona sobie nie radzi, braciszku! Ty to masz głowę!
Ktoś złapał mnie za ramię. To był Igor. Wszedł, używając po raz ostatni zapasowych kluczy. Po bliźniakach nie było śladu.
— To był sen na jawie, pewnie lunatykowałaś. Czemu tu tak ciemno? — powiedział chwilę potem i wymienił spaloną żarówkę w holu.
Później kochaliśmy się w salonie do świtu, krzycząc jak opętani (ja, usiłując jednocześnie tłumić łzy). Nie zdążyłam zapytać, co robił u mnie o tak wczesnej porze. Mówił, że musi wcześniej wstać. Dla mnie? Musiał tęsknić, może coś przeczuwał. Nie podejrzewał, co planowałam. Od miesięcy nosiłam w sobie pragnienie zmiany. Teraz jednak poddawałam się przyjemności, oddawałam jej bez reszty, pociłam się razem z nim i po raz kolejny tej nocy odpływałam. Później wymiotowałam po białym winie. Igor wyszedł do pracy po piątej, a ja ze łzami w oczach znów uciekłam do snu, słysząc jeszcze cichy, lecz niezwykle wyraźny głos:
— Po niespodziewanej eksplozji radości zostają zgliszcza. Prawdziwy syf. Ależ to durna dziewczyna, braciszku!
zgoda
My anaconda don’t, my anaconda don’t
My anaconda don’t want none unless you got bunz, hun
Onika Tanya Maraj
No, dobrze. Ostatnio szukałam więc w kulturalnych rozrywkach po prostu ucieczki od tematu, który co jakiś czas powracał. Zbliżały się walentynki i z każdym dniem coraz bardziej pragnęłam zakończyć swój związek z Igorem. Najpierw zwyczajnie się nim znudziłam, choć w planach miałam również nienawiść, która znacznie ułatwiłaby sprawę. Pozostawała jeszcze kwestia seksu, którego potrzebowałam. Dobrego seksu, z którego musiałabym zrezygnować, przynajmniej na jakiś czas. Dlaczego podjęłam taką decyzję? Nie było to do końca oczywiste, ale czułam, że tak być powinno. Mieliśmy już jedną przerwę. To było jesienią, a może wtedy, gdy kończyłam licencjat. Byłam zajęta uczelnią i nauką. Mogłam sobie na to pozwolić. Na rezygnację z kilku przyjemności, na nieoglądanie tej samej twarzy każdego dnia. Na miłość boską, znaliśmy się od szkoły podstawowej!
Przerwa była krótka, a powrót dość przebojowy. Zaczęło się od wiadomości, jak to zwykle bywa. Bez zbędnej wylewności, choć z wyraźnymi śladami tłumionej namiętności. Igor mieszkał już w akademiku, w jednym pokoju z kolegą. Niewiele o nim wiedziałam. Tego pamiętnego dnia spędziłam na uczelni kilka godzin, ale około szóstej wieczorem wciąż rozpierała mnie energia, jakbym przeczuwała, co nastąpi. Zaproszenie było krótkie, zawarte w zwyczajnej wiadomości. Widziałam to wyraźnie. Napisał:
CHCIAŁBYM SIĘ Z TOBĄ POGODZIĆ.
ZAPRASZAM DO MOJEGO POKOJU.
Przejechałam dwa przystanki tramwajem. Drżałam z tęsknoty i jednocześnie się bałam. Zgoda, zgoda… Starałam się nie myśleć o niczym szczególnym. Nie zastanawiać się, czy ta przerwa była potrzebna, czy dobrze zrobiłam. Czy dobrze robię teraz, niemal biegnąc w stronę akademika? Co z nienawiścią? Miałam znienawidzić i zapomnieć. Po okazaniu legitymacji studenckiej na portierni wjechałam windą na ósme piętro. Zapukałam do szarych drzwi i nieśmiało przywitałam się z Igorem i… jego kolegą.
Tego się nie spodziewałam. Myślałam, że godzenie się przybierze starą, dobrą, to znaczy łóżkową formę. Nie spodziewałam się także otwartej wódki i zapachu gotowanych parówek. Igor był wtedy zagorzałym wegetarianinem. Sam to wymyślił.
— Myślałam, że nie jesz mięsa. Po tylu miesiącach wyrzeczeń…
— To tylko parówki. Jesteśmy przed wypłatą — odpowiedział kolega Igora.
Było w nim coś prostego i nieuchwytnego. Wkrótce mieliśmy spędzić ze sobą znacznie więcej czasu. Nie było drugiego takiego bystrzaka, oczytanego w najstarszych i najbardziej spleśniałych tomiszczach, który potrafiłby w jednym zdaniu zmieścić kopę kurw.
Był wysoki i szczupły, starszy od nas. Jak się okazało, studiował jakiś nowy kierunek, który spokojnie można by zaliczyć do tych pozostawiających absolwentom wyłącznie piękne wspomnienia, uzależnienia i nikłe szanse na znalezienie pracy. Miał ciemne włosy i młodzieńcze, ujmujące spojrzenie. Uśmiechał się tajemniczo, nalewając pierwszy kieliszek wódki. Zastanawiałam się, czy chcę dziś pić. Był przecież poniedziałek.
— Nie piję drinków, musisz mi wypłukać swój kieliszek — powiedziałam, zanim zdążył otworzyć usta. Zareagował jeszcze szerszym uśmiechem.
Igor wszedł do łazienki. Zniknął na chwilę, ale równie dobrze mógłby zniknąć na zawsze. Krok po kroku odkrywałam uroki jego nowego współlokatora.
— Jak masz na imię? Zdążyłam już zapomnieć, wybacz.
— Wiktor, jestem Wiktor. Wprowadziłem się kilka dni temu. Przeniosłem się tutaj z Berlina.
Co mnie to obchodzi? Znałam już imię, to ważne. Można o kimś myśleć, marzyć, nie znając jego imienia? Wyobrażać go sobie codziennie przed snem, nie sprowadzając tej postaci do konkretnego punktu? Do jednego sygnału, który mózg musi zapamiętać, a odtąd czcić i pieścić? Wiktor, jestem Wiktor. Możesz być Wiktorem, dopóki będzie dla ciebie miejsce w mojej głowie.
— Wyglądasz na zmęczoną. A może po prostu zamyśloną?
— Myślałam, że chcesz się pogodzić? — zwróciłam się do Igora, kiedy wrócił z łazienki.
— Pogodzimy się. Jeśli chcesz, Wiktor…
— Mamy wygonić twojego kolegę z pokoju, który wynajmuje? Mogłeś wymyślić coś lepszego. Trochę inaczej to zaplanować. Bardziej się postarać!
— Rozmawialiśmy i jeśli chcesz… Wiktor może nam pomóc się pogodzić.
Tego się nie spodziewałam. Strzelił i nie chybił. Musiałam się pilnować, ważyć słowa, żeby nie zdradzić, jak bardzo chciałam pogodzić się również z Wiktorem, z którym przecież nigdy nie byłam, nie kłóciłam się ani nie robiłam sobie przerwy w związku.
— Okej.
To było najlepsze, co wymyśliłam. No co? Proste, zrozumiałe, niepozostawiające miejsca na domysły czy niedopowiedzenia. Okej znaczy: chcę tego. Serce biło mi mocniej. Od czego zaczniemy i kto zrobi pierwszy krok? Wiktor był ubrany, miał na sobie dżinsy i czarny T-shirt, Igor jedynie zielony ręcznik. Wystarczyłoby, żeby go zrzucił. Zawsze to jakiś wstęp. Pozostawały tylko dwie kwestie. Po pierwsze, z Igorem nie będzie tak łatwo. W końcu nie bez powodu postanowiłam od niego odejść. A nawet jeśli nie potrafiłam wskazać żadnego konkretnego powodu, nie mogło się obyć bez rozmowy. Drugą kwestią pozostawał wciąż nieznany, wciąż obcy i, co gorsza, ubrany Wiktor. To jego byłam ciekawa. Jaki kochanek krył się za tym uśmiechem? Czemu Igor w taki sposób chciał się pogodzić? Czy traktował to poważnie, a może był to początek zabawy? Zwykłej zabawy.
Za oknem panował hałas. Trwały prace budowlane przy ulicy Bohaterów Warszawy. Igor nie zdjął ręcznika, na plecach miał jeszcze kilka kropli wody. Podeszłam do niego i starłam je dłonią. Wiktor zbliżył się do nas i usiadł na łóżku. Igor najpierw mnie pocałował, po czym odsunął się nieco, żeby Wiktor mógł zrobić to samo. Zamknęli drzwi? Czy zamknęli te cholerne drzwi, za którymi słychać było podniecone rozmowy hiszpańskich studentów? Na pewno zamknęli. Już nie chciałam myśleć o tym, co właśnie miało się stać. Ani o Igorze, ani o naszym rozstaniu. Pierwszy raz brałam udział w czymś takim. Jeszcze rano planowałam na kolację wyłącznie jajecznicę na boczku, a tymczasem całowałam dwóch młodych mężczyzn. Igor dołączył do kolegi. Z początku niepewnie. Czułam trzy języki, w tym własny, które spotykały się i drażniły nawzajem, jakby dla całej naszej trójki było to czymś zupełnie zwyczajnym. Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam, wszyscy byliśmy już nadzy, a dwa jednoosobowe łóżka stały zsunięte ze sobą. To miał być mój najpiękniejszy dzień w życiu. Tak wtedy myślałam. I tak właśnie było.
Podejrzewałam, że Wiktor nie zawiedzie. Igor, cały gorący, szybko zaczął pachnieć potem. Czułam zapach włosów na jego klatce piersiowej. Leżał z zamkniętymi oczami i trzymał mnie za uda. Patrzyłam na Wiktora. Uśmiechał się, nie spuszczając ze mnie wzroku. Czytałam z niego jak z dobrej książki. Już wszystko wiedziałam. Kochając się z Igorem, nie mogłam przestać całować jego współlokatora. Narastała we mnie złość, którą musiałam stłumić. Jeszcze nie teraz. Nie wolno mi było pozwolić, żeby się ujawniła. Coś zaczynało się dziać. Igor chwycił mnie za mokre włosy i przyciągnął do swojej klatki piersiowej, a Wiktor zaczął zlizywać z mojego brzucha słony pot. Obróciłam głowę w stronę drzwi. Jęknęłam z uśmiechem na twarzy.
Wtedy przyszło mi do głowy, że mógłby pojawić się jeden z bliźniaków. Tych, którzy nawiedzili mój umysł w starym domu, kilka przystanków stąd. Ile? Kto to liczył, kto to teraz pamięta? W mojej wyobraźni bliźniak powoli, z chirurgiczną precyzją, zdejmował twarz z nowego kolegi, żeby podarować mi ją na pamiątkę. Tak go pragnęłam. Tak drastyczne obrazy przemykały mi przez głowę. Jego tajemniczy uśmiech powracał z każdym oddechem, który czułam na piersi, a jego oczy ani na moment nie odrywały się od moich. Czekałam, aż staniemy się jednym.
Nikt nic nie mówił, każdy zajęty był swoją pracą. Było nam przyjemnie jak nigdy wcześniej. Choć Igora czułam doskonale, na chwilę zupełnie o nim zapomniałam… Po wszystkim leżeliśmy na złączonych łóżkach i patrzyliśmy w sufit. Trzymałam Igora za rękę, a Wiktora ściskałam za nadgarstek. Bałam się, że jutro stracę wszystko. Będę musiała być grzeczna dla Igora, żeby móc jeszcze zbliżyć się do jego kolegi. Może był to jakiś warunek. Zupełnie postradałam zmysły. Możliwe, że nie zwróciłabym na Wiktora uwagi, mijając go na ulicy. Być może także przypadkowy seks nie pozostawiłby we mnie śladu… Zatem czy nie potrzebowałam Igora?
— Potrzebowałam was obu — wydusiłam w końcu z siebie.
W pewnym sensie, bo to o Wiktorze nie mogłam przestać myśleć przez kolejne dni. Jadąc tramwajem na konwersatoria, uśmiechałam się mimowolnie, co nieraz wprawiało mnie w zakłopotanie. Wiktor, jestem Wiktor. Jezu, jak dobrze, że znałam jego imię. Mogłam je bez końca powtarzać. Dopasowywać do uśmiechu, oczu, twarzy, zawadiackiej czupryny i wielkiego penisa. Oooo! To był dodatkowy atut, którego nie mogłam pominąć. Byłam… oj, tak… przez tę krótką chwilę byłam naprawdę szczęśliwa. Jednocześnie nie miałam wyrzutów sumienia. Nie chciałam myśleć o Igorze. Zapewniłam mu przecież względny spokój. W końcu to był jego pomysł. On to rozpoczął. Jego wina. To on nas do siebie zbliżył. On chciał zgody. No to się pogodziłam!
zajączek
We need love (love, love, love, love, love)
Madonna Louise Ciccone
Od tamtej pory wszystko zaczęło się sypać. Nie tyle między mną a Igorem, ile w mojej głowie. Tam posypało się dosłownie wszystko. Aż do teraz, gdy wciąż oficjalnie nie zakończyłam tej farsy. Jakbym nie potrafiła albo, Boże uchowaj, czuła się winna. Tylko czego? A może miłość uciekała mi sprzed nosa? Nie lubię tego słowa. Piszę do przyjaciółki:
LILA: Nie nadaję się do tego. Nie umiem kochać. Nie ma żadnych podstaw, żeby ktokolwiek mógł mi zaufać. Igor sądzi, że wszystko między nami jest w porządku, a ja nie mam czasu na nic, przede wszystkim zaś na poskładanie do kupy własnych myśli.
OLA: Pamiętasz, jak zerwaliście? Jak poszłyśmy do marketu, a ty byłaś bez makijażu?
LILA: Pamiętam.
OLA: Pamiętasz, co ci powiedziałam? Zobaczyłaś go przy kasie i wystraszyłaś się. A ja ci na to: „Ale on cię nieraz widział bez makijażu… bez wstydu i bez niego z innym w łóżku!”.
LILA: Wtedy nawet udało ci się mnie pocieszyć. Ale co to ma do rzeczy?
OLA: Przejmujesz się czymś, co nie jest istotne. Masz superchłopaka.
LILA: To czemu go nie chcę i jestem nieszczęśliwa? Boję się, że powtarzam błąd matki.
OLA: Nie porównuj, tym bardziej że macie zupełnie inny układ. Kochaliście się… Nie wiem. Może to jest to, od czego warto zacząć. Kochasz go i kochasz seks. Więc kochajcie się częściej. Może wreszcie otrzeźwiejesz.
Nie powiedziałam Oli o tym, co wydarzyło się między mną, Igorem i Wiktorem. Znamy się od piaskownicy, ale nawet samej siebie nie znałam na tyle dobrze, żeby ocenić, czy wtedy postąpiłam właściwie. Skorzystałam jednak z jej rady. Kilka nocy przepłakałam, poniosłam jakieś tam emocjonalne koszty — lub koszta, jak mawia babcia. Poświęcałam mu swój wolny czas. Chyba nawet mógł czuć się kochany. Tymczasem moje myśli wciąż zaprzątały zupełnie inne sprawy. Nie dawałam tego po sobie poznać. Ostatniej nocy, po naszej kolacji, Igor również wydawał się jakiś inny. Czasem przychodził także Wiktor.
Leżałam pijana, naga i zapłakana. Wiem, jak żałośnie to brzmi. Stał nade mną jeden z bliźniaków i ostentacyjnie wciągał w nozdrza zapachy unoszące się w pokoju. Był rozjuszony i złowieszczo zaciskał usta.
— Pachnie mi tu orgią — powiedział w końcu, wymachując palcem. — W pośpiechu tuszowaną, przypuszczalnie tylko. Nie żebym miał pretensje.
Tak było ostatnim razem, a mój kontakt z W. urwał się po kilku tygodniach. Najpierw Igor przyłapał nas razem w łóżku. Mogłam wyhodować w sobie kolejne ziarenko nienawiści, zupełnie nieplanowane. Mogłam przelać gniew z jednego na drugiego. Co za różnica? Sama nie wiedziałam przecież, czego chciałam. Teraz na sam dźwięk słowa wino robiło mi się niedobrze. Tej nocy trunek porządnie wymęczył moje wnętrzności. Zasnęłam z miską przy łóżku, ale obudziłam się jeszcze przed czwartą. Coś gryzło mnie w gardle. Wypiłam łyk wody, zakrztusiłam się i oplułam pościel. Znów chciałam wymiotować, ale z moich ust wydostało się coś, czego się nie spodziewałam — coś gęstego, mokrego i wyjątkowo nieprzyjemnego. Oczy miałam załzawione i rozszerzone ze zdumienia.
— Ty, stary! Wyrzygała tego pluszowego zająca! Pazerność ją zgubi, oj, zgubi! — wrzasnął podniecony bliźniak i trzasnął drzwiami.
opowieść z ostatniego talerza
W moim poniemieckim domu były talerze ze swastyką. Znalazłam je w starym kredensie, który pachniał wilgocią i trutką na myszy. Ten symbol budzi w człowieku niepokój, drażni, przywołuje poczucie rzeczywistego zagrożenia. W sanskrycie słowo to oznacza coś, co przynosi szczęście, a sam znak znany jest od najdawniejszych czasów, obecny choćby w hinduizmie i buddyzmie. Talerzy było dwanaście. Pokrywała je cienka warstwa kurzu. Były lepkie, choć na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie czystych. Pod kilkoma znalazłam drobne, martwe pająki. Nawet pajęczyny wyglądały, jakby wymagały remontu. Ostatni talerz był podpisany okrągłym, dziecięcym pismem. Widniało na nim pięć słów:
Fingerspitzengefühl
Leidenschaft
Sehnsucht
Weltschmerz
Zeitgeist
Później sprawdziłam ich znaczenie. Nie uczyłam się niemieckiego w szkole. Ten język zawsze mnie omijał. Od przedszkola miałam zajęcia z angielskiego, potem dwa lata francuskiego, dwa semestry włoskiego i łacinę. Der Finger to palec, die Finger — palce. Tyle domyśliłam się sama. Fingerspitzengefühl oznaczało wyczucie, umiejętność postępowania z taktem, delikatnością i empatią w kontaktach z ludźmi oraz rzeczami. Pasowało do talerza, do posiłku i dzielenia się chwilą.
Leidenschaft to z kolei namiętność, wykonywanie czynności z pasją, dążenie do celu nawet resztkami sił. W końcu samo Leiden znaczy cierpienie. Wciąż pasowało mi to do kuchni, gotowania i rodzinnego stołu. Do starań, gorących posiłków i dyskusji przy grzanym winie. Sehnsucht oznacza tęsknotę, bolesne pragnienie czegoś odległego, nostalgię. Czułam, jakby w mojej głowie powoli rysowała się żywa historia poprzednich właścicieli. Może w tych pięciu rzeczownikach zaszyfrowano historię domu, kochanków i ich losów? Suchen znaczy szukać, podpowiedział mi słownik, a oni stali obok mnie. Odwróceni plecami. Nagle poczułam się tutaj jak gość.
Weltschmerz też rozpoznałam. Welt znaczy świat. Schmerztabletten zalegały wciąż w gnijącym regale w łazience. Miałam się wkrótce pozbyć tego mebla.
Ból.
Uczucie, jakby cały świat zadawał ból. Dyskomfort istnienia. Ona trzyma go za dłoń, kładzie swoją na jego zaciśniętej pięści. Siedzą na twardych krzesłach przy drewnianym stole. Cień nakłada na ich głowy czarne worki. Potem kobieta kroi chleb i podaje mu pajdę ze smalcem, białym, gęstym smarowidłem z cebulką i skwarkami. Mężczyzna powoli delektuje się chlebem. Kobieta podaje mu szmatkę, którą wyciera palce i usta. Wstaje, wyciąga z kredensu butelkę wódki. Nalewa dwa kieliszki i wypijają je duszkiem. Płaczą, na pewno płaczą. Muszą…
Pozostał duch epoki, Zeitgeist, pojęcie obecne w niemieckiej refleksji filozoficznej XVIII wieku, rozwijane między innymi przez Herdera. Duch czasu. Tutaj nieco zgłupiałam, a moi wymyśleni kochankowie rozpłynęli się i nigdy więcej nie wrócili. Nie mogli powrócić. Ani ich twarze, ani historia. Może to właśnie historia ich stąd przepędziła, wyrwała z tego miejsca i rzuciła w nieznane. Zaniosłam podpisany talerz do swojego pokoju. Wywierciłam w nim niewielki otwór i powiesiłam na ścianie.
zaufanie
Igor nie wychodził z kumplami na piwo czy kręgle. Wolał zostać ze mną, wypić wino albo cztery. Pamiętam, jak stawał w cieniu drzew i palił papierosy. Najpierw jednego, po czym przez chwilę obserwował bezdomnych wygrzewających się w pierwszych promieniach wiosennego słońca. Wyciągał drugiego i w milczeniu wracał do domu. Zdawałam sobie sprawę, że tkwiła w nim niezrozumiała do końca potrzeba wypełnienia jakiejś pustki. Potrzebował mnie tak, jak ja potrzebowałam jego. Delikatnie mówiąc, można by to nazwać potrzebą bliskości. Niczego jednak to nie wyjaśnia, chyba że dodamy: zbliżenia i penetracji. Szybko jednak przestało mnie to dręczyć. Nie zastanawiałam się już nad tym.
Może kluczem był tu ból, potrzeba jego odczuwania. Nie sposób było go nie kochać za to, jak bardzo potrafił się poświęcać. Z drugiej strony stanowiło to rodzaj dopełnienia, niemal patologiczną potrzebę, widoczną w sposobie, w jaki mnie pochłaniał. Zawsze imponował mi szczerością. Ja natomiast walczyłam sama ze sobą, nie potrafiąc uzewnętrznić tego, co naprawdę czułam.
Bywał tutaj prawie codziennie. Lgnęliśmy do siebie jak szczeniaki, jak zakochane gówniarze, którym świat wydawał się za mały. Kiedy przechodziłam obok, muskał moją dłoń swoją ciężką, młodą ręką. Miałam suchą skórę. Patrzył, jak balsamuję ciało i wyglądam przez okno, śledząc kota goniącego gołębia. Brzydkiego, szarego ptaka, który próbował napić się deszczówki ze starego garnka. Mój ojciec był inny. Chciałam widzieć w Igorze opiekuna. Lepszego ojca. Było to oczywiście tylko moje wyobrażenie, choć przecież wyobrażenia nieustannie podlegają metamorfozom. Dla niego wszystko wydawało się jasne, dopóki nie uświadamiałam mu, że wcale takie nie jest, że mam własne zdanie.
Kiedy myślę o dobrych czasach, przypominam sobie również więź, jaka między nami istniała. Mogliśmy pozwolić sobie na wiele, ponieważ znaliśmy się doskonale. Swoje czułe punkty, słabości, drażliwe miejsca i humory. Mimo młodego wieku byliśmy jak starzy, bezwstydni kochankowie. On mówił, że jest moją zdzirą, i upajał się upokorzeniem. Niekiedy przybierało ono postać czerwonych pręg wijących się na jego plecach. Pytał grzecznie, jak chcę go wziąć. Nosił kaganiec. Ot, studenci. Nigdy nie dalibyśmy po sobie poznać, co robimy za zamkniętymi drzwiami. Kochaliśmy się najpierw za dnia. Szkoda było nocy, bo dobry sen zawsze pozostawał ważny. Chłopiec z przedmieścia, o różowej, raczej bladej cerze, owłosiony jak małpiszon, umięśniony. Ja, słodka i rumiana, najzwyklejsza ładna dziewczyna ze zmarszczką na czole, wiecznie zamyślona.
Nie podobało mu się jedynie, kiedy… Ach! Nie mogę przecież wszystkiego powiedzieć. To ta moja nieśmiałość.
Chociaż nie przyznał się do tego nawet przed samym sobą, podczas jednej z kar uderzył mnie nieco mocniej niż zwykle. Potem chciałam mu włożyć długopis w cewkę moczową, ale miał tylko jeden, a nazajutrz czekało go kolokwium. Nie golił się przed zabawą, co zupełnie mi nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Niekiedy musiałam rzucać mu banknoty na pośladki, płacić za machanie pupą. Wymierzyć kilka klapsów. Sprawiało nam to radość.
Wierzyliśmy, że poza tym pokojem jest już tylko gorzej. Zamykaliśmy się przed światem, w sobie i dla siebie.
Seks był i jest naprawdę ważny, wspaniały. Stanowił nasz prywatny kosmos, wymiar oderwany od rzeczywistości, zupełnie inny świat. Nawet jeśli zmienialiśmy miejsce, wychodziliśmy w plener albo robiliśmy to na dachu, czego nie lubiłam, ponieważ wiecznie było mi zimno. Żyjąc z kimś i w kimś, żyje się jakby dwa razy. Jednocześnie. Myślisz o przyjemności, o zaspokajaniu potrzeb, a może właśnie je spełniasz… W tle rozbrzmiewał rześki, radosny śpiew. Oboje kochaliśmy przecież kochać się przy dobrej muzyce. Sińce, zadrapania, śliwki, lima, stłuczenia, rany i szramy. Wszystko z czasem staje się mniej zauważalne, mniej istotne. W codziennym życiu, zdaje się, mieliśmy większe zmartwienia. Raz musiałam wziąć zwolnienie lekarskie z powodu urazu barku. On opowiadał o bójce w jednej z dyskotek, choć w rzeczywistości biłam go po twarzy jego czepkiem pływackim, a on w odpowiedzi rzucał się na mnie jak wściekły pies. Ból tylko przez chwilę pozostawał tym, za co go uważaliśmy. Można się do niego przyzwyczaić, a nawet za nim tęsknić, jednocześnie się go lękając. Musi być jednak zadawany przez osobę, co do której ma się pewność, że cię nie zabije. O ile taką pewność w ogóle można mieć.
Pozwalał mi na wszystko, więc i ja pozwoliłam mu poczuć ten komfort posiadania wszystkiego.
Patrzyłam na niego inaczej. Och, jak lubiłam na niego patrzeć! Miał takie ulubione spodnie dresowe, jasnoszare, i bluzę z długimi rękawami, dajmy na to, właśnie podciągniętymi. Za nim gąszcz gałęzi z siedzącymi na nich białymi ptakami odcinał się od bordowego tła. Miałam kiedyś podobną tapetę na ścianie. Zmieniłam ją, kiedy uznałam, że jest zbyt ciemna, a pokój przypomina stary burdel. Wybraliśmy szarość.
dziury w rajstopach
You better work bitch
Britney Jean Spears
Kochanie zawsze kojarzyło mi się z posiadaniem. Odkąd pamiętam, chciałam mieć kogoś, czuć czyjeś ciepło i wiedzieć, że należy tylko do mnie. Moje wyobrażenie o miłości zmieniło się w chwili, gdy sama poczułam się jak czyjaś własność. Pojawił się problem, ponieważ nagle miłość mi zbrzydła. Nie potrafiłam określić, czego chcę. Nagle nie umiałam już niczego: myśleć, działać ani się cieszyć. Winiłam innych, ale winiłam także siebie. Przestałam się kochać, zaczęłam nienawidzić, odczuwać obrzydzenie. Przestałam na siebie patrzeć.
A Igor również nie wytrzymał. Bańka pękła. Było to dla mnie przykre zaskoczenie. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Stało się u mnie, podczas domówki. Bawiliśmy się świetnie, wódka lała się strumieniami. Nie była to impreza w amerykańskim stylu, takim z seriali i komedii, w których pijane pary nagle lądują w łóżku rodziców, a z laptopa sączą się mdłe przeboje poprzedniej dekady. Choć mam duży dom, nasi przyjaciele są wspaniali i potrafią się zachować. Nie pamiętam, jak do tego doszło, ale pokłóciliśmy się w kuchni. Za to doskonale pamiętam, co zrobił Igor. Podszedł do mnie wściekły, mocno chwycił za brodę, odwrócił tyłem do reszty towarzystwa i szepnął: „Wypłacz się i za moment ogarnij”. Nie puszczał mnie, jakby czekał, aż wykonam polecenie. Jakby miał nade mną pełną władzę. Jakby zamierzał później odprowadzić mnie na miejsce, niczym skruszoną dziewczynkę odsyłaną do kąta.
Wyrwałam się i kazałam mu znikać. Chyba nikt tego nie zauważył, ale ja zauważyłam, jak w jednej chwili wszystko się zmieniło. Ten jego wzrok. To tak, jakby nagle zobaczyć zupełnie innego człowieka. Nie znałam go takiego. Coś w nim zabiłam. Potem trwało to jeszcze kilka dni. Pierwszego udawałam, że nic się nie stało. Kolejne okazały się męczarnią. Nie przychodził już do mnie, żeby wspólnie spędzać czas. Zjawiał się pijany. Niekoniecznie po to, żeby się ze mną kochać. Czasem tylko leżeliśmy obok siebie. W tak krótkim czasie pokazał mi więcej, niż kiedykolwiek mogłabym się spodziewać. Jakby ktoś namawiał go, żeby pokazał mi, jak należy pokutować za zdradę. Tyle że ja nie uważałam tego za zdradę. Przecież to on poznał mnie z Wiktorem. A może wcale nie o to chodziło? Może o W. już nawet nie pamiętał. Kiedy z kolei to ja miewałam humory, przyglądałam się, jak narasta w nim agresja. Wiem, jak nienormalnie to brzmi! Czasami miałam wrażenie, że sama swoimi zachowaniami ją wywołuję. Jakby był moim wychowankiem, w którym cierpliwie kształtuję złość. Nie czułam się winna, to nie tak. Po prostu lubiłam na niego patrzeć.
Ostatniego dnia Igor, Igorek, pokazał swoją prawdziwą twarz. Mama nawet go lubiła. Każdy go lubił. Wydawało mi się, że nikt nie zna go lepiej ode mnie. Z nikim nie było mu tak dobrze jak ze mną. Z żadnym innym mężczyzną nie przeżyłam równie pięknych chwil. To było nasze. Na zawsze. Wiem jedynie, że później spowiadał się przed kolegą. Dowiedziałam się o tym od Oli, choć skąd ona miała takie informacje, nie mam pojęcia. Zwierzył się Wiktorowi, a ich rozmowa mogła wyglądać mniej więcej tak:
— Wczoraj nie byłem sobą. Muszę ci o czymś powiedzieć. Pewnie słyszałeś, że czasem zdarza mi się wypić więcej, niż powinienem. Być może Lila już o tym wspominała. Tylko że nie pamiętam momentu, w którym straciłem nad sobą panowanie i ją uderzyłem. Nie tak jak zwykle. Zauważyła różnicę. A przecież było nam tak dobrze. Tak dobrze nam się piło.
— Dotarło do mnie, choć nie od niej, że wczoraj nie byłeś sobą. Przez moment miałem ochotę cię rozszarpać. A dziś jestem pierwszą osobą, do której przychodzisz.
— Pamiętam wszystko, co działo się później. Gdzieś mi zniknęła. Ręka mnie piekła i nie wiedziałem, co z nią zrobić. Zrobiło mi się gorąco, potrzebowałem powietrza, ale na zewnątrz było zbyt zimno. Wróciłem i zrobiłem coś, czego do tej pory nie potrafię wyjaśnić. Nagle miałem na sobie jej podarte rajstopy, jej obcisłą spódniczkę, błyszczącą i czerwoną jak moja piekąca ręka. Na brudny T-shirt założyłem coś zielonego. Nie mam pojęcia, co to było, ale przyjemnie się tego dotykało. Wyobrażasz sobie? Założyłem karnawałową perukę i pomalowałem usta szminką. Musiałem wyglądać koszmarnie. Wyglądałem koszmarnie.
Wiktor milczał. Spróbował wyobrazić sobie mocne, owłosione nogi uwięzione w czarnych, elastycznych rajstopach i całą resztę tego osobliwego przebrania.
— Spojrzałem w lustro i byłem przerażony. Wiesz, ta spódniczka była tak cholernie obcisła. Czułem się żałośnie. Wyszedłem na miasto w poszukiwaniu jakiejś imprezy. Było mi wszystko jedno. Ulice były puste, nienaturalnie puste. Minęły mnie może dwa samochody. Niczego właściwie nie widziałem. Zapomniałbym nawet o przebraniu, gdyby nie chłodna noc i ta ciasna kiecka.
— Przebrałeś się za kobietę, uznając to za najlepszą pokutę?
— Nie za kobietę. To byłem ja! Byłem skończoną dziwką. Było w tym coś upokarzającego, choć wtedy wcale się nad tym nie zastanawiałem. Chciałem się wystawić, żeby ktoś mnie skrzywdził. Jakbym miał bezczelną pewność, że w ten sposób wszystko pójdzie łatwiej. Spotkałem się jednak wyłącznie z obojętnością. Piłem przy barze w jakimś klubie karaoke. Włosy gdzieś zgubiłem. Nikt nie umiał mi pomóc… w znalezieniu peruki. No i narobiłem kilka oczek w rajstopach. Tylko pulowerek pozostał cały, choć śmierdział potem.
Igor spojrzał Wiktorowi w oczy z przerażeniem.
— Myślisz, że to koniec? Że nie będę potrafił z tym walczyć? Nie mogę jej obiecać, że to się nie powtórzy. Nic już nie wiem, ale nie chcę jej krzywdzić.
Wtedy zrobił coś równie niespodziewanego jak poprzedniej nocy. Chwycił Wiktora za szyję i pocałował.
— Co się dzieje? — zapytał Wiktor.
— Sam widzisz. Nie mam pojęcia.
Z tego, co później dopowiedział mi Wiktor, ich rozmowa mogła wyglądać właśnie w ten sposób. Ufaj mojej narracji.
rytm
Nasze kochanie było jak trans. Kiedyś odrysował na ścianie kontury mojego ciała czarnym węglem, a później wsadził mi palce w usta. Z konturów zaczął sączyć się czarny śluz, spływając po tapecie. Obrazek z Matką Boską Bez Nadziei spadł na podłogę. Popiskiwałam z zamkniętymi oczami, stojąc na palcach. Może to był tylko sen? Przy nim nie bałam się niczego.
LILA: Kładliśmy się obok siebie pijani i był to ostatni powód, dla którego do tego dochodziło. To była bliskość niechciana, ale jedyna, jaką potrafiłam zaakceptować. Nie wiedziałam, jak długo potrwa i do czego nas doprowadzi.
OLA: Bałaś się miłości?
LILA: Nie, nie wierzę w miłość. Nieznośne słowo. Czegoś na pewno chciałam, ale nie umiałam tego nazwać.
OLA: Może właśnie tak powinnaś. Może to było prostsze, niż ci się wydawało.
LILA: A może równie niepotrzebne?
OLA: Wydaje mi się, że oszukujesz. Przynajmniej próbujesz okłamywać samą siebie na głos, zapominając, że znam cię zbyt dobrze. Po co?
LILA: Więc uważasz, że bałam się kochać.
OLA: O, nie. Raczej desperacko potrzebujesz kochać i być kochana. Im bardziej zaprzeczasz, tym bardziej ci zależy. Zależy ci na porządku, na kontroli uczuć. Łatwo można się na tym przejechać…
LILA: A może to ten alkohol.
Tyle że „on mnie uderzył” staje się nieme. Niewymawialne. Nagle nikt mnie nie rozumie. Niełatwo się pozbierać. Osądzić, czy jestem sama sobie winna. Jednego dnia już go nie potrzebuję i cieszę się, że tak się stało, bo dokładnie tego chciałam, o tym myślałam. To właśnie nie dawało mi żyć przez dłuższy czas. A potem znów myślę o nim. Czy było nam źle? Czy można kochać na zawsze? Nie mogę mieć ich obu. Co to miało znaczyć? Chcieli się pobawić? To nie Igor. Znamy się zbyt długo. Nie wiem, co go podkusiło. Ale czy to właśnie Wiktor był tym, który wszystko rozpoczął? Całą tę lawinę nieszczęść? Pragnął nas obu? Kto wzbudził agresję w moim pyszczku? Kto mnie wtedy uderzył?
No, Igor. Tak sobie tylko myślę.
Bo on też coś we mnie obudził. Coś, co spało od lat. No tak, ile ja mam lat? Dwadzieścia parę. Tyle że Igor nie wiedział. To nie było częścią naszego kosmosu. Nie musiał o tym wiedzieć, a ja nie musiałam go informować. Tak się po prostu nie robi. Sam powinien nad sobą panować. Kiedy miałam cztery latka, zobaczyłam coś, czego nijak nie można porównać z horrorami, które dziś uwielbiam. Wydaje mi się, że czterolatka, którą wtedy byłam, dostała porządną lekcję odróżniania fikcji od rzeczywistości. Fikcją była nasza rodzina. Rzeczywistość parzyła tak małą istotkę. Pamiętam to doskonale. Obudziły mnie krzyki w naszym poprzednim, gorzowskim mieszkaniu. Przeszłam przez ciemny przedpokój do dużego pokoju, w którym paliło się światło. Tata krzyczał na starszą siostrę. Coś o papierosach i chłopaku. Jakimś chłopaku.
Ale nie to było najgorsze. Wprawdzie mama nieraz powtarzała: „Jesteś mądrą kobietką. Wiesz, że nie można mieć wszystkiego. Staram się, żeby tobie i twojej siostrze niczego nie brakowało. Ale w bajce jest dużo fikcji. Fikcja to nieprawda. Tak, kochanie, fikcja jest dla zabawy. Fikcja to zabawa. Żyjemy sobie tutaj i teraz, a wszystko, co poza domem, to fikcja. Bajka, książeczki…”. I tej nocy uwierzyłam. Zobaczyłam potwora, prawdziwą bestię. Ojciec przycisnął twarz siostry do blatu stołu i kilkakrotnie nią uderzył, wydając przy tym okrutnie dziwne odgłosy. Wystraszona pobiegłam do swojego pokoju. Nigdy nie przyznałam się, że to widziałam. Wtedy po raz pierwszy mężczyzna wydał mi się agresywnym zwierzęciem, nieświadomym tego, że krzywdzi. To moja śmiała teoria. Nie jest świadome. Rzeczywistość potrafi więc brutalnie sprowadzić człowieka na ziemię, a instynktowne zachowania bywają niebezpieczne. Dziś wiem, że miłość nie jest tym samym co posiadanie.
piwnica
So comfortable, we live in a bubble, a bubble
So comfortable, we can’t see the trouble, the trouble
Katheryn Elizabeth Hudson
Budzę się i jestem szczęśliwa. Spędziłam noc z przyjaciółmi. Jedliśmy sernik, piliśmy dużo wódki, zagryzaliśmy kanapkami ze świeżego chleba ze smalcem i kiszonymi ogórkami. Zamówiliśmy pizzę, rozmawialiśmy o polityce i całowaliśmy kolegów naszych kolegów. Ja chyba też. Ponoć grzecznie wsiadłam do taksówki i dotarłam do domu. Chłodny poranek, ale głowa cała. Gdzie są moje chabry, gdzie maki, mój magnetofon? Powoli dociera do mnie, że jednak wszystko mnie boli. Jestem w obcym pomieszczeniu. Nie potrafię pojąć, co to za miejsce. Budzę się wśród starych gratów. Powietrze jest ciężkie i wilgotne, nieprzyjemnie tu pachnie. Cztery ściany i drzwi naprzeciwko mnie. Leżę na kartonie, otoczona regałami z kompotami, workami ziemniaków i cebulą wiszącą nad głową. Jestem w piwnicy.
Nie mam pojęcia, czy należy do moich znajomych, ale do kogo innego mogłaby należeć? Nie pamiętam, żebym gdzieś zbłądziła. Wydawało mi się, że wsiadłam do taksówki i pojechałam do siebie.
kiszone ogórki
Nie krzyczę. Wolę spokojnie zrozumieć, co się wydarzyło. Dlaczego jestem zamknięta w piwnicy bez okna? Do kogo należy to miejsce? Coś mnie blokuje i zrezygnowana siedzę w kącie. Z moim ciałem wszystko w porządku. Trochę boli mnie głowa, chce mi się wymiotować. Normalne. Widzę odpływ w podłodze, taki, jaki na pewno widziałeś w starych piwnicach, na przykład w peerelowskich blokach. Nie podejrzewałam wtedy, że spędzę w tym miejscu znacznie więcej czasu, a odpływ stanie się moją toaletą. Cała ta piwnica to jeden wielki PRL. Z otwartej szafy wystają stare, szare płaszcze i sukienki, a pośrodku wisi kwadratowe, niemodne już futro z lisów. Wokół unoszą się mole. Bez paniki. Jest też mnóstwo konfitur i kompotów z najróżniejszych owoców, większość w słoikach z pordzewiałymi nakrętkami. Kiszone ogórki pokrywa biały puch.
Na niewielkiej ściance, za którą prawdopodobnie biegnie rura, wisi plakat przedstawiający różowo-błękitne niebo. Kolory zlewają się ze sobą pośród chmur, a na ich tle widnieje przetarty, biały napis: AŻ KOCHAJ. W oddali majaczy słaby blask słońca. Nie zwróciłam wtedy na to większej uwagi. Samo hasło wydało mi się nie na miejscu. Nie rozumiałam, gdzie jestem, jak tu trafiłam i ile właściwie wypiłam poprzedniego wieczoru.
Zero okien, zero dźwięków… Kilka kartonów, skrzynek, książek, słoików i, jak odkryłam po kilku dniach, bańka z winem domowej roboty. Sama. Pewnie pomyślisz, że żartuję. Naprawdę nie panikowałam. Nie jestem typem histeryczki. Uwielbiam horrory, ale wtedy nawet nie przyszło mi do głowy, że ktoś mógł zamknąć mnie tutaj celowo. Postanowiłam poczekać. Dokładnie tak było. Siedziałam grzecznie, a kiedy mi się znudziło, zaczęłam przyglądać się pomieszczeniu i zgromadzonym w nim przedmiotom. To nie była piwnica pełna zakonserwowanych części ludzkiego ciała, jak w jakimś obrzydliwym thrillerze. Czułam się trochę jak u siebie. Paliło się światło. Ze światłem miało zresztą wkrótce bywać różnie, szczególnie kiedy słuchałam radia i prowadzący właśnie zamierzał powiedzieć, jaki mamy dzień. Ale nie bałam się. A może tylko dziś odnoszę takie wrażenie.
Nie czułam telefonu w kieszeni spodni. Przez chwilę nawet mnie to zmartwiło. Zaczęłam czytać jakąś krótką książeczkę zatytułowaną „Chłopczyk z fotografii”. Leżała na stosie innych, grubszych tomów i podobnie jak one miała ziemisty zapach. Była wilgotna i chłodna. Nie był to najszczęśliwszy wybór. Książeczka budziła we mnie niepokój. Potem chyba na chwilę zasnęłam.
chwile
Trudno określić upływ czasu, kiedy jest się zamkniętym w takim miejscu. Nie możesz sobie tego wyobrazić, bo nie krzyczę, nie płaczę i mam wrażenie, że wcale się nie boję. Zrezygnowałam z odmierzania czasu. Nie był mi potrzebny. Miałam nadzieję, że za chwilę wszystko się wyjaśni. Ktoś zejdzie na dół i mnie wypuści. Nie mogę wyglądać źle. Nie chcę być przerażona. W końcu jestem w dobrym towarzystwie. Mam siebie. Przez kilka ostatnich miesięcy miałam tylko siebie. Gdy Igor zaczął wariować, gdy zostałam sama w wielkim, nowym domu. Jakoś to przeżyłam.
Dom nie był nowy, ale porządnie odremontowany. Stara niemiecka konstrukcja w sercu Szczecina, jeśli za serce można uznać okolice ulicy Ku Słońcu, nieopodal cmentarza. No, może trochę dalej. Udo Szczecina, za to zgrabne, malownicze i spokojne. Słabo u mnie z orientacją w terenie. Kilka razy krzyknęłam coś w rodzaju „Halo!”, „Halo, halo!” albo „Hej!”, ale mój głos wydał mi się na tyle żałosny, że przestałam. Wtedy zgasło światło. Po raz pierwszy.
Odtąd gasło i zapalało się w różnych odstępach czasu. Czasem miałam wrażenie, że ledwie zmrużyłam oczy, a czasem budziłam się i długo czekałam na jasność. Uznałam to za awarię. Może za drzwiami znajdował się czujnik, a mysz albo jakiś robaczek powodowały włączanie światła. Nadal brzmi to nieprawdopodobnie? Nie znasz jeszcze całej historii. O mnie przecież także nie masz pojęcia. Dwukrotnie wymiotowałam do odpływu. Czułam się chora na całym ciele. Co ja wtedy wypiłam? Pewnie znów za dużo spaliłam. Może byłam w ciąży. Na samą myśl oblał mnie zimny pot.
Prawie jej nie zauważyłam. Leżała przy drzwiach, ale dałabym sobie rękę uciąć, że wcześniej jej tam nie było. Musiała pojawić się, kiedy spałam. Przecież patrzyłam już na te drzwi. Dotykałam ich, próbowałam otworzyć. Teraz leżała pod nimi karteczka. O, kurwa, zaczyna się — pomyślałam i wówczas po raz pierwszy łzy napłynęły mi do oczu. Niepotrzebnie. Na karteczce ktoś niezgrabnym pismem nagryzmolił:
Popatrz w lewo.
Spojrzałam. Stary regał, te same widoki, które już opisałam. I jedna nowość. Szklanka z wodą. Dziękuję, pomyślałam. Nie byłam specjalnie zadowolona. Ale na karteczce znajdowała się jeszcze jedna notatka:
Czego potrzebujesz?
ołówek