E-book
17.75
drukowana A5
26.55
Kochaj

Bezpłatny fragment - Kochaj


Objętość:
160 str.
ISBN:
978-83-8245-722-3
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 26.55

.

Wszystkie postaci i miejsca tej książki są wytworem mojej wyobraźni, a ich ewentualne podobieństwo do osób realnie żyjących i miejsc istniejących jest przypadkowe.

.

Dedykuję kobietom.

sen

My pussy tastes like Pepsi Cola (ooh, ah)

Elizabeth Woolridge Grant


Siedziałam na nim, unosiłam się i opadałam, falowałam i odpływałam. Zerkał na wiszące przy drzwiach cztery podłużne lustra w białych, podrapanych ramach. W odbiciu widział moje miękkie plecy, pachnące balsamem kokosowym, jasną skórę; swoje wielkie stopy i czarne, owłosione nogi — mokre, posklejane od potu. Wpuściliśmy trochę słońca, wpadało przez rozchylone zasłony, wyszedłszy po burzowym poranku. Po parapecie, za oknem, chodził czarny ptak i stukał co chwila do pokoju, zagłuszonego poezją śpiewaną, wypływającą z trzeszczącego magnetofonu z kolorowymi diodami, balladą o przemocy. Za moment miała skończyć się nasza ulubiona kaseta, strona B.

Na ścianie przy suficie straszyła, gdzieniegdzie już odchodząca, beżowa tapeta w godne politowania chabry, modna jakieś dwie dekady temu, na łóżku kremowa pościel w drobne maki, jedyna w pomieszczeniu, pachnąca czymś świeżym i lampa z promocji, prosta i biała. Zaduch, zamknięte okno. Pokój niewietrzony od paru dni bez konkretnego powodu. Kilka czarnych siedmiocalowych płyt winylowych przybitych gwoździkami do belek na suficie. Dwie duże donice z dorodnymi kaktusami, białe (jakże inaczej?) biurko z szufladkami, też jakby celowo podrapane; podłużny czarny smartfon i woda mineralna. Książki ułożone jedna na drugiej. Jeszcze nie zdążyłam ich uporządkować, poświęcić temu trochę czasu. Starałam się nie patrzeć w tamtą stronę, chcąc znaleźć im miejsce najsampierw w głowie.

podnieś się podaj mu dłoń przytul go pocałuj skroń

dotykaj pieść spojrzeniem wznieś

widzi jak patrzysz wie czego chcesz

pragniesz by zaczął podejdź i weź

Poleciałam do tyłu, silnie szarpnięta, rozbiłam plecy o ścianę, podczas gdy on, szczęśliwy i zalany perłową stróżką własnego nasienia, nie spostrzegł, jak łóżko pruje się i skwierczy złowieszczo. Grube sprężyny zaczęły wystrzeliwać z materaca i, wkręcając się w jego skórę, rozrywały go na drobne kawałki, podrzucane do sufitu, jak popcorn w gorącym garnku. Wkrótce stał się bordową farbą dekorującą ten nudny pokój. Kruk zaczął natarczywie uderzać w lichą, zakurzoną szybę, aż cały się pobrudził. Uderzał dziobem, ocierał główką i natarczywie atakował plecami, by w końcu po tym wariackim tańcu, skręcić sobie karczek i upaść jak długi na parapet.

Za blokowiskiem wystawały płonące żołędzie na jamistych trzonach, z sączącą się z żył czarną ropą, najprawdziwsze i podpalone. Zmieniały swój kolor, niosły trupią woń po mieście, ku słońcu. Zaraz były magmowe, wypalone, a smród niemiłosierny. Ja zbierałam się z podłogi, kalecząc przy tym palce kawałkami z pleców. On zarósł sprężynami jak zapuszczone grządki. I jego chciałam poskładać, pozszywać i naprawić, lecz zanim znalazłam igłę i szpulkę, przebudziłam się z rykiem! Uspokoić mnie nie mógł przez kilka dłuższych chwil.

Miasto stało się labiryntem, którego korytarze, utrwalone jako jednakowe, jednolite, pozostawały żywe i wyraźne w mojej pamięci. Nie wykracza się poza te ulice, gdyż nasze ruchy ograniczone są wolą autora. Ruchy te ograniczają także kolory. Obszar, w którym będę się poruszać, to nic innego jak zespół kalek i obrazów. Możesz je nazwać wspomnieniami.

Tymczasem na gwarnej ulicy wstawał kolejny dzień, za oknem rozpościerała się mgła, z której to, z każdym spojrzeniem rzuconym dalej od poprzedniego, wysuwała się znajoma przestrzeń. Znałam ją doskonale. Och, jakże ją poznałam! To był mój Szczecin. Ale czy wówczas zdawałam sobie z tego sprawę? Chcę tobie o tym opowiedzieć. Na skrzyżowaniu dwóch ulic, gęsto okopconych, pojawiło się kilka znaków, cięższych od powierza, a jednak lewitujących spokojnie; sześć matowych liter sunących w moją stronę i znikających gdzieś za granicami świadomości…

Kochaj

kolacja

Kochaj… Tylko nie powiedzieli, co albo kogo i przede wszystkim, dlaczego. Nie raczyli uściślić, kiedy. Tyle, że ja nie mam czasu! A może tak, od kiedy? Nic. Przyjaciele mówią mi Lila, ale ty także możesz. Przysięgłabym, że przez kilka chwil, widziałam za oknem wspomniany napis, jakbym była częścią czegoś wielkiego, a może zupełnie banalnego. Z tej odległości nie byłam jednak w stanie określić, co przedstawiał. Rozpłynął się tak szybko, jak się pojawił, także w mej pamięci. Tego dnia miałam na głowie cały dom, poniemiecki, odrestaurowany niedawno gmach. Zostawili mi go rodzice. To swego rodzaju prezent, w razie, gdyby rozwiedli się szybciej. Jakby dobrze pomyśleć, bodaj pierwszy raz miałam zostać w nim sama na tak długo. Tutaj zawsze ktoś się kręcił, szczególnie podczas remontów, a teraz rodzice wyjechali za granicę, za pracą, by spłacać swój wspólny pomysł, o domu z ogródkiem, miejscu do kochania. Gdzieś po drodze miłość się zgubiła i musieli zamieszkać osobno.

Sobotę zaplanowałam już w czwartek, krok po kroku, na nudnym wykładzie, w trakcie którego profesor rzucał w moim kierunku serdeczny uśmiech za każdym razem, kiedy widział jak notuję. Zrobiłam listę zakupów, miejsca strategiczne, w których wypada posprzątać, aby zrobić, tak zwane, pierwsze dobre wrażenie i specjalnie się przy tym nie zmęczyć oraz kilka innych bzdur. Po godzinie czwartej wstawiłam pierwsze pranie i z słuchawkami w uszach, zaczęłam wycierać zwilżoną szmatą meble kuchenne. Dzień był mglisty i duszny, z mgły wysuwał się trawnik za oknem. Kilka ciężkich, brązowych rolet miałam zasuniętych, więc w domu panował półmrok. W kuchni świeciła się lampa pod okapem. Igor lada chwila miał zadzwonić do drzwi, tego dnia dla niego gotowałam. Pomyślałam, że zacznę najwcześniej pół godziny przed jego przyjściem, danie miało być świeże, gorące. Wszystko sobie rozpisałam na kartce podczas wykładu. Jak dobra żona.

Umówiliśmy się na wieczór, miałam jeszcze trochę czasu. Coś jednak nie pozwalało mi skupić się na dalszym sprzątaniu. Pozostało zagłuszyć durne myśli głośnym telewizorem. W kuchni znajdował się kremowy retro-telewizorek z grubym tyłem, który dodać miał uroku temu pomieszczeniu, wyłożonemu prawdziwym drewnem i pachnącemu świeżymi ziołami w doniczkach, o które dbałam z mamą. Jaki to był dziwny sen tej nocy. Trochę zboczony, trochę surrealistyczny, jak z Psa andaluzyjskiego. Ale czy na pewno kochałam się z Igorem? Nie mieszkam nawet w bloku, a jednak za oknem widziałem to obskurne blokowisko. I to ptaszysko. Nie lubię ptaków. Nie pamiętałam jego twarzy, mogłam podejrzewać, że to był właśnie Igor. Nie wiem, skąd u mnie ta niepewność.

Z zamyślenia wyrwał mnie tasak wielkości ludzkiej głowy, który rozłupał na pół kawał uda, a mężczyzna przede mną zawył z bólu. Znałam ten film, ale nie miałam czasu na skakanie po kanałach. Wyjęłam z lodówki opakowanie z trzema filetami z indyka, które opłukałam pod bieżącą wodą, oczyściłam i pokroiłam w kostkę. Inny mężczyzna z ekranu, w tym samym czasie, zrobił podobnie z solidną porcją mięsa swej ofiary, okręcił w palcach kosteczkę i wepchnął w usta. W tym czasie rozłożyłam na blacie trzy ząbki czosnku, oskubałam kilkanaście listków bazylii z plastikowej doniczki, a najładniejsze, naddarłam nad bambusową miseczką; do szklanej wrzuciłam mięso i przysypałam odrobiną papryki, pieprzu cytrynowego i zmiażdżoną solą morską. Z małych głośniczków wypływały jęki konającego powoli mężczyzny. Kogoś mi przypominał, prawdopodobnie widziałam go w jakiejś mało ambitnej roli, kinowym przeboju ostatnich miesięcy. Na pewno. Bez nogi wyglądał jakoś inaczej.

Do naczynia dosypałam trzy drobno pokrojone ząbki czosnku, zamknęłam specjalną pokrywką i wstrząsnęłam energicznie. Ktoś na to uważnie spoglądał. Filmowy morderca utkwił we mnie wzrok, przynajmniej przez chwilę tak wyglądało, ale po chwili z uśmiechem zajadał mięso swojej ofiary, a ja odstawiłam swoje do lodówki. Patelnię rozgrzałam i polałam oliwą chwilę później. Wstawiłam w garnku wodę na ryż, po czym zaczęłam smażyć. Kuchnię wypełnił zapach czosnku. Z telewizorka grała przyjemna muzyka, towarzysząca napisom końcowym, woda zaczynała wrzeć, Igor miał się wkrótce zjawić. Indyka zalałam śmietaną osiemnastoprocentową, strzepaną w słoiczku z odrobiną wody, ziół prowansalskich i pieprzu. Chwilę później dodałam pokrojony w kosteczkę ser z błękitną pleśnią i bazylię. Pochyliłam się nad patelnią. Uwielbiałam ten zapach. Moi przyjaciele także, a i tobie by posmakowało.

Rozległ się dzwonek do drzwi. Zmniejszyłam ogień palnika i wybiegłam z kuchni, spojrzałam przez judasz i to, co zobaczyłam nie do końca przypominało to, co chciałam. Za drzwiami stało dwóch chłopaków, może w naszym wieku. Jeden z nich trzymał coś małego i białego. Drugi jakby bezczelnie zaglądał w judasz. Po cichu wycofałam się, sunąc cicho w skarpetkach po drewnianej podłodze i wyjmując z fartuszka telefon. Chciałam napisać Igorowi, by uprzedził, kiedy będzie blisko. Bateria rozładowana. Znając życie, zaraz sobie pójdą — pomyślałam. Drzwi były zamknięte, ale i tak nie mogłam sobie darować, że skakałam frywolnie i beztrosko w słuchawkach przez pół dnia. Weszłam do salonu i sięgnęłam za bezprzewodowy telefon domowy. Wystukałam numer do matki. Po trzecim sygnale odezwał się ciepły, wesoły głos sekretarki. Nie było powodu do niepokoju. Chciałam tylko sprawdzić, jak się ma. Po kolacji z Igorem wystarczy, że wstawię naczynia do zmywarki i po prawej stronie od drzwi, na wysokości swojej klatki piersiowej, wystukam na klawiaturze czterocyfrowy pin, włączając alarm na całym parterze.

Igor mnie wyśmieje, bo doskonale wie, że rzadko bywam sama, wyłącznie, gdy śpię. Chyba, że śpimy razem, choć ostatnio nieczęsto. Kolejny dzwonek do drzwi i tym razem to faktycznie on. Ryż był idealny, sos jak zawsze genialny, mięso miękkie i soczyste, bo niemrożone. Zjedliśmy, wypiliśmy dwie butelki niedrogiego białego wina i powspominaliśmy minioną noc. Opowiedziałam mu także, co mi się przyśniło, pomijając oczywiście dylemat, czy aby na pewno kochałam się z nim.

— Chcesz, żebym dzisiaj został? Nie mam już nic do zrobienia. Jestem styrany, ale nie chcę wracać taki kawał. Zapalimy razem.

— Nie, chcę odpocząć. Wyspać się porządnie. Ciągle szukam tematu mojej pracy magisterskiej. Jak o tym myślę, skręca mnie w żołądku. — odpowiedziałam. To miał być wstęp do naszego końca. Końca naszego związku.

— Nie boisz się spać sama? W wielkim, pustym, starym domu? Jeszcze nie znasz jego wszystkich sekretów. Swoją drogą, nie był wcale tak tani, jak myślałem. Twoi rodzice włożyli w niego trochę kasy, prawda? A teraz nie mogą nawet się nim cieszyć. Do dupy takie coś. Nie chciałbym tak żyć, na odległość.

— Nie pierwszy raz śpię sama w swoim pokoju. Rodzice włożyli w ten dom tyle serca, że wyczerpali przy tym całą swoją miłość. Miłość to takie głupie słowo… Teraz więc mieszkają za granicą, ale każdy osobno. Może na dobre im to wyszło, przerwali to, zanim znienawidzili się na amen.

— Nie naciskam, jutro i tak muszę wcześnie wstać. Obiad był naprawdę genialny i dzięki za zaproszenie. Niedługo walentynki, może dostaniesz książkę, która zainspiruje cię do pracy dyplomowej. Chyba powinnaś pospać.

Igor sprawiał wrażenie zmieszanego, jakby coś dusił, chciał powiedzieć, ale nie wiedział, czy to dobry moment.

— Nie mam do tego głowy.

— Mogę pomóc ci rozebrać łóżko — zaproponował.

— Pościeliłam je przed odkurzaniem — uśmiechnęłam się. Nie mam głowy do pracy magisterskiej. Już dawno powinnam coś wymyślić. Muszę znaleźć sobie dobrego autora, człowieka, którym można się zająć, od którego teoria literatury mnie nie odsunie.

— Tak mało dziś mówiłaś. Ostatnio mało rozmawiamy, wcześniej tego wymagałaś. Eee… uczyłaś mnie rozmawiać. A teraz mniej wymagasz… To trochę… jakby nie ty. Jesteś zła przez rodziców?

— Nie wiem, może już się nagadałam. Jestem zmęczona… dniem, tym dniem. Cieszę się, że ci smakowało, ale uciekaj już. Potrzebuję snu.

— Masz jeszcze kilka butelek wina, wyluzuj. Będziemy przecież w kontakcie.

Za oknem było już ciemno. Przewietrzyłam pokoje i wdrapałam się do siebie na górę.

bliźniaki

Obudziłam się w środku nocy, co nie zdarza się często. Neonowo zielony zegarek migotał cyframi 3:31, a odtwarzacz blu-ray łypał na mnie groźnie białymi diodami w ciemnym pokoju. Nawet nie zorientowałam się, kiedy samodzielnie opróżniłam dwie kolejne butelki wina i owinięta w pościel odpłynęłam, utrwalając w pamięci kilka ostatnich, przygnębiających kadrów. Nie zdążyłam wytrzeźwieć, ale bardzo potrzebowałam wody. Podobnie, jak wymiotować. Jednak w moim starym domu, zdawać by się mogło, ktoś dobrze się bawił.

Co tu robicie? Kim jesteście i jak tu weszliście? Od tych pytań rozbolała mnie głowa. Byłam chyba zbyt zmęczona, by dopuścić do siebie szczere zdenerwowanie czy przerażenie na widok dwóch młodych chłopców w pustym domu. Tych samych, których widziałam przez judasz. Zresztą, podejrzewam, że wtedy było mi wszystko jedno.

— Za dużo pytań braciszku, oj za dużo, głównie takich… niepotrzebnych!

Na dywanie w saloniku siedzieli dwaj młodzieńcy, nie mieli więcej niż dwadzieścia lat i byli identyczni, bliźniacy. Mieli na sobie zabawne garnitury w biało–bordową kratę. Wpatrywali się w błękitny ekran telewizora i uśmiechali. Jeden z nich ściskał białego, pluszowego zająca. Zabawnie, trochę teatralnie, akcentowali słowa.

— Chciałabym, żebyście już sobie poszli — powiedziałam z zadziwiającym spokojem, jakby w gruncie rzeczy było mi wszystko jedno. Troszeczkę mnie to rozbawiło w tamtej chwili.

Jeden z nich nagle obruszył się i nadal patrząc w telewizor, uciszył mnie ręką. Drugi spojrzał mi w twarz z niekrytą wściekłością. Cofnęłam się nieco i przywarłam do futryny. Bliźniak znów patrzył w odbiornik i co chwila wybuchał śmiechem. Obaj byli jakby androgeniczni, nie z tej ziemi. Twarze mieli jak z portretu, ostre i z namysłem naszkicowane. Wybiegłam w stronę kuchni. Tam bliźniacy siedzieli przy stole, pod którym leżały chyba wszystkie noże, jakie miałam — od małych do obierania warzyw czy do steków, aż po siedemnastocentymetrowy tasak. Kroili coś na drewnianej desce.

— Mamy czas — odezwał się jeden z nich. Jego głos był drażniący i piskliwy, z domieszką dawno niesłyszanej arogancji.

— Mamy go bardzo dużo, tak jak powiedziałeś, braciszku. — Drugi miał widocznie w zwyczaju wspierać dziwnego brata w jego wypowiedziach, niczym echo lub otępiała papuga. Sprawiał wrażenie otępiałego.

— Czego chcecie ode mnie?

— A co chciałabyś nam dać? Zgłodniałaś?

— Nie mam chęci na zabawy, co jest grane? — Co tu jest, kurwa, grane? brzmiałoby może nieco bardziej stanowczo. Może osiągnęłabym jakiś efekt, dowiedziała się czegoś, ale było już za późno, by naprawić błąd. Powtórzyć się? A na co mi histeria w środku nocy?

— Braciszku, chyba mógłbyś opłukać ten nóż? — burknął skrzywiony bliźniak. Na jego błyszczącej twarzy pojawił się ślad zirytowania.

— Jasne, w tej chwili opłuczę nóż, ten nóż właśnie.

Chłopak wstał i podszedł do umywalki.

— Nie usiądziesz z nami? Czuj się jak u siebie.

— Jestem u siebie!

— Bądź pewna. Bądź pewna! — zawyło jedno z bliźniąt, po czym podziękowało bratu za czysty nóż i wróciło do starannego krojenia pluszowego zajączka.

Pluszowego zajączka kroją! Chyba powiedziałam to za głośno. Czy zdążę dobiec do alarmu bez tasaka w plecach?

Rozległ się dzwonek do drzwi, a ja nie przestawałam patrzeć na pracę chłopców.

— No, otwórz. Mamy brudne ręce — warknął pretensjonalnie krojący zajączka.

— I ręce peeeeeełne roboty, braciszku. Tak, jak powiedziałeś. Więc otwórz drzwi, Lila.

Odwrócili się i uśmiechnęli szeroko. Zapamiętałam ich smutne twarze na chwilę rozerwane uśmiechami. Pobiegłam otworzyć drzwi. Nikogo nie było, pusta ulica. Chyba nikogo nie widziałam także w kuchni, ani w saloniku. Wdrapałam się na górę, aby położyć się spać. Kiedy pogasiłam już wszystko, zauważyłam rozsypane po ścianach przedpokoju słabe światła, migoczące różnobarwnie, i słyszałam radość bliźniaków znów oglądających telewizję. Zakryłam uszy kołdrą. Za jakie grzechy? To niemożliwe. Musiało mi coś zaszkodzić, ale przecież nie miałam niczego złego w ustach. To nie mogło dziać się naprawdę, zamknęłam przecież drzwi. Nikt się nie włamał. Za chwilę przebudzę się ze snu. Zamknęłam oczy. Czułam, że stoją przy łóżku i patrzą. Zasnę, a jutro o wszystkim zapomnę.

Mój telewizor włączył się, obraz był ziarnisty, jak na niekodowanym kanale. Poderwałam się i zaczęłam śmiać. Śmiałam się, choć byłam wściekła. Coś strzeliło i telewizor zgasł. W całym domu ponownie zrobiło się ciemno. Ubrałam papcie i zeszłam powoli na dół. Nie miałam latarki. Bliźniaki stały pod oknem. Obrócone do mnie plecami, patrzące w ulicę nocą.

— Masz ochotę się z nami pieprzyć? Lubisz takie rzeczy, prawda?

— Nie boję się. Wcale. — powiedziałam na tyle trzeźwo, na ile byłam w stanie.

— Wcale, ani trochę, powiedziała.

— Lubię się pieprzyć, ale nie lubię pierdolenia — To mi się udało.

— Nie boję się. I w tym tkwi problem.

— Tak, jak mówisz, braciszku. Boi się nie tego, czego powinna, a to błąd. A wiesz dlaczego? Powiedz jej.

— Zostałaś, chcąc nie chcąc, zaprojektowana, by kochać…

— Wcale nie. Nie macie o mnie pojęcia.

— … stworzona, by kochać…

— Ani trochę!

— … zaprogramowana, by kochać… każdy ten beznadziejny kawałek po kawałku.

— Całe mnóstwo kawałeczków… beznadziejnych, braciszku.

Rozpłakałam się. Jeśli to sen, chciałam przestać śnić. Miałam już dosyć. Miłości przede wszystkim…

— Może tak jest — przyznałam w końcu cicho.

— … a mimo to, nie dajesz sobie rady.

— Bingo! Wcale. Och, jak ona sobie nie radzi, braciszku! Ty to masz głowę!

Ktoś złapał mnie za ramię. To Igor, wszedł używając po raz ostatni zapasowych kluczy. Po bliźniakach nie było śladu.

— To był sen na jawie, lunatykowałaś zapewne. Czemu tu tak ciemno — powiedział chwilę potem i wymienił spaloną żarówkę w holu.

Później kochaliśmy się w salonie do świtu, krzycząc jak opętani (ja, tłumiąc łzy). Nie zdążyłam spytać, co robi u mnie o tak wczesnej porze. Mówił, że musi wcześniej wstać. Dla mnie? Musiał tęsknić, może coś wyczuć. Nie podejrzewał, co planowałam. To siedziało w mojej głowie od miesięcy — chęć zmiany. Teraz jednak trwałam w przyjemności, oddałam się całkowicie, spociłam się z nim i odpłynęłam kolejny raz tej nocy. Później wymiotowałam po białym winie. Igor wyszedł do pracy po piątej, a ja ze łzami w oczach znów uciekłam do snu, słysząc ciche, ale niezwykle wyraźne:

— Po niespodziewanej eksplozji radości zostają zgliszcza. Prawdziwy syf. Ależ to durna dziewczyna, braciszku!

zgoda

My anaconda don’t, my anaconda don’t

My anaconda don’t want none unless you got bunz, hun

Onika Tanya Maraj


No, dobrze. Więc w kulturalnych rozrywkach szukałam ostatnio po prostu ucieczki od tematu, który powracał co jakiś czas. Zbliżały się walentynki i z każdym dniem coraz bardziej pragnęłam zakończyć swój związek z Igorem. Zaczęłam od prostego znudzenia się nim, choć w planach miałam i nienawiść, co znacznie ułatwiałoby sprawę. Pozostawała jeszcze kwestia seksu, którego potrzebowałam; dobrego seksu, z którego musiałabym zrezygnować, przynajmniej na pewien czas. Dlaczego podjęłam taką decyzję? Nie było to do końca oczywiste, ale czułam, że tak być powinno. Mieliśmy już jedną przerwę. To było jesienią, a może kończyłam licencjat. Zajęta byłam uczelnią i nauką. Mogłam sobie na to pozwolić. Na brak kilku przyjemności, na zrezygnowanie z oglądania tej samej twarzy każdego dnia. Na miłość boską, znaliśmy się od szkoły podstawowej!

Przerwa była krótka, a powrót dość przebojowy. Zaczęło się od wiadomości, jak to zwykle bywa. Bez zbędnej wylewności, choć z niekrytymi śladami zduszonej namiętności. Igor mieszkał już w akademiku, w jednym pokoju z kolegą — niewiele o nim wiedziałam. Tego pamiętnego dnia spędziłam na uczelni kilka godzin, ale około szóstej wieczorem byłam pełna sił, jakbym przeczuwała, co nastąpi. Zaproszenie było krótkie, ujęte w prostej wiadomości. Widziałam to wyraźnie, napisał:

CHCIAŁBYM SIĘ Z TOBĄ POGODZIĆ.

ZAPRASZAM DO MOJEGO POKOJU.

Podjechałam dwa przystanki tramwajem, z tęsknoty drżałam i bałam się jednocześnie. Zgoda, zgoda… starałam się o niczym szczególnym nie myśleć. Nie zastanawiać się, czy przerwa była potrzebna, czy dobrze zrobiłam. Czy dobrze robię teraz, niemal biegnąc w stronę akademika? Co z nienawiścią? Miałam znienawidzić i zapomnieć. Po okazaniu legitymacji studenckiej na portierni, wjechałam windą na ósme piętro. Zapukałam do szarych drzwi i nieśmiało przywitałam się z Igorem i… jego kolegą.

Tego się nie spodziewałam. Myślałam, że godzenie się przyjmie starą, dobrą, to znaczy, łóżkową postać. Nie spodziewałam się także otwartej wódki i zapachu gotowanych parówek. Igor był wtedy zażartym wegetarianinem. Sam to wymyślił.

— Myślałam, że nie jesz mięsa, po miesiącach wyrzeczeń…

— To tylko parówki. Jesteśmy przed wypłatą. — odpowiedział kolega Igora. Było w nim coś prostego i nieuchwytnego. Wkrótce mieliśmy ze sobą spędzić więcej czasu. Nie było drugiego takiego bystrzaka, oczytanego w najstarszych i najbardziej spleśniałych tomiszczach, który by w jednym zdaniu zmieścił kopę kurw.

Był wysokim i szczupłym chłopakiem, starszym od nas. Jak się okazało, studiował jakiś nowy kierunek, który spokojnie można by postawić w rzędzie z kierunkami, po których pozostają tylko piękne wspomnienia, uzależnienia i brak szans na znalezienie pracy. Miał ciemne włosy, młodzieńcze i urokliwe spojrzenie. Uśmiechał się tajemniczo, kiedy polewał pierwszy kieliszek wódki. Zastanawiałam się, czy chcę dziś pić, był przecież poniedziałek.

— Nie piję drinków, musisz mi wypłukać swój kieliszek — powiedziałam zanim otworzył usta, na co zareagował jeszcze szerszym uśmiechem. Igor wszedł do łazienki. Zniknął na chwilę, a jakby zniknął na zawsze. Krok po kroku odkrywałam uroki nowego kolegi.

— Jak masz na imię? Zdążyłam już zapomnieć, wybacz.

— Wiktor, jestem Wiktor. Wprowadziłem się kilka dni temu. Przeniosłem się tutaj z Berlina.

Co mnie to obchodzi? Znałam już imię, to ważne. Można o kimś myśleć, marzyć, ale nie znać jego imienia? Wyobrażać go sobie codziennie przed snem bez sprowadzenia do konkretnego punktu? Sygnału, który mózg musi zapamiętać, który odtąd musi czcić i pieścić. Wiktor, jestem Wiktor. Możesz być Wiktorem, dopóki będzie dla ciebie miejsce w mojej głowie.

— Wyglądasz na zmęczoną, a może zamyśloną?

— Myślałam, że chcesz się pogodzić?

— Pogodzimy się. Jeśli chcesz, Wiktor…

— Mamy wygonić twojego kolegę z pokoju, który wynajmuje? Mogłeś wymyślić coś lepszego. Trochę inaczej to zaplanować. Postarać się!

— Rozmawialiśmy i, jeśli chcesz… może nam pomóc się pogodzić.

Tego się nie spodziewałam. Strzelił i nie chybił. Musiałam się pilnować, ważyć słowa, nie zdradzić, jak bardzo chcę pogodzić się także z Wiktorem, z którym nigdy przecież nie byłam, z którym nie kłóciłam się, nie miałam przerwy w związku.

— Ok.

To było najlepsze, co wymyśliłam. No, co? Proste, zrozumiałe, nie pozostawiające miejsca na domysły czy niedopowiedzenia. Ok, znaczy — chcę tego. Serce biło mi mocniej. Od czego zaczniemy i kto zrobi pierwszy krok? Wiktor był ubrany, miał na sobie jeansy i czarny T-shirt, Igor tylko zielony ręcznik. Wystarczyłoby, żeby go zrzucił, zawsze to jakiś wstęp. Pozostawały tylko dwie kwestie — nie będzie tak łatwo, w końcu nie bez powodu postanowiłam od niego odejść, a nawet jeśli bez takiego powodu, który łatwo wyjaśnić, to nie obejdzie się bez rozmowy. Drugą kwestią pozostawał wciąż nieznany, wciąż obcy i, co gorsza, ubrany Wiktor. To jego byłam ciekawa. Jaki kochanek krył się za tym uśmiechem? Czemu Igor w taki sposób chciał się pogodzić? Czy traktował to poważnie, a może był to początek zabawy? Zwykłej zabawy.

Za oknem hałas, trwały prace budowlane na Bohaterów Warszawy. Igor nie zdjął ręcznika, na plecach miał jeszcze kilka kropli wody. Podeszłam do niego i starłam je dłonią, Wiktor podszedł do nas i usiadł na łóżku Igora, który najpierw mnie pocałował, po czym nieco się odsunął, by to samo mógł zrobić Wiktor. Zamknęli drzwi? Czy zamknęli te cholerne drzwi, za którymi słychać było podniecone rozmowy hiszpańskich studentów? Na pewno zamknęli. Już nie chciałam myśleć o tym, co właśnie miało się stać. Ani o Igorze, ani o naszym rozstaniu. Pierwszy raz brałam udział w czymś takim. Od rana, w planach miałam tylko jajecznicę na boczku, na kolację, a tymczasem całowałam dwóch młodych mężczyzn. Igor dołączył do kolegi. Z początku niepewnie. Czułam trzy języki, w tym swój własny, łaskoczące się, jakby było to dla nich codzienne. Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam wszyscy byliśmy już nadzy, a dwa jednoosobowe łóżka złączone. To miał być mój najpiękniejszy dzień w życiu, tak wtedy myślałam. Tak było.

Podejrzewałam, że Wiktor nie zawiedzie. Igor, cały gorący, szybko zaczął trącić potem, czułam zapach jego włosów na klatce piersiowej. Leżał z zamkniętymi oczami i trzymał mnie za uda. Patrzyłam na Wiktora, uśmiechał się i nie spuszczał ze mnie wzroku. Czytałam z niego, jak z dobrej książki. Już wszystko wiedziałam. Kochając się z Igorem nie mogłam przestać całować jego współlokatora. Narastała we mnie złość, którą musiałam stłumić. Jeszcze nie teraz, nie wolno było jej się ujawnić. Coś zaczynało się dziać. Igor chwycił mnie za mokre włosy i pociągnął na swoją klatkę, a Wiktor zaczął zlizywać z mojego brzucha słony pot. Obróciłam głowę w stronę drzwi. Jęknęłam z uśmiechem na twarzy.

Wtedy przyszło mi do głowy, że mógłby pojawić się jeden z bliźniaków. Tych, którzy nawiedzili mój umysł w starym domu, kilka przystanków stąd. Ile? Kto to liczył, kto to teraz pamięta? Bliźniak powoli i z chirurgiczną precyzją ściągałby dla mnie twarz z nowego kolegi, na pamiątkę. Tak go pragnęłam, tak drastycznie migała mi w głowie. Jego tajemniczy śmiech wybuchał z każdym oddechem na mojej piersi, jego oczy skupione były na moich. Czekałam, aż staniemy się jednym.

Nikt nic nie mówił, każdy zajęty był swoją pracą. Było nam przyjemnie, jak nigdy wcześniej. Choć Igora czułam doskonale, zapomniałam o nim na chwilę… Po wszystkim, leżeliśmy na złączonych łóżkach i patrzyliśmy w sufit. Trzymałam za dłoń Igora, za nadgarstek ściskałam Wiktora. Bałam się, że jutro stracę wszystko. Będę musiała być grzeczna dla Igora, żeby móc jeszcze zbliżyć się z jego kolegą. Może był to jakiś warunek, postradałam zupełnie zmysły. Możliwe, że nie zwróciłabym na Wiktora uwagi, idąc ulicami miasta. Być może także przypadkowy seks nie zostawiłby we mnie śladu… Zatem, czy nie potrzebowałam Igora?

— Potrzebowałam was obu — wydusiłam w końcu z siebie.

W pewnym sensie, bo to o Wiktorze nie mogłam przestać myśleć przez kolejne dni. Jadąc tramwajem na konwersatoria, uśmiechałam się mimowolnie, co wprawiało mnie niejednokrotnie w zakłopotanie. Wiktor, jestem Wiktor. Jezu, jak dobrze, że znałam jego imię, mogłam je powtarzać. Dopasować do uśmiechu, oczu, twarzy, tej zawadiackiej czupryny i wielkiego penisa. Oooo! To był dodatkowy atut, którego nie mogłam pominąć. Byłam… oj, tak… przez tę krótką chwilę byłam naprawdę szczęśliwa. Jednocześnie nie miałam wyrzutów sumienia. Nie chciałam myśleć o Igorze, zapewniłam mu względny spokój. W końcu to był jego pomysł. On to rozpoczął, jego wina. Dotykał nas. On chciał zgody. No to się pogodziłam!

zajączek

We need love (love, love, love, love, love)

Madonna Louise Ciccone


Od tamtej pory wszystko zaczęło się sypać. Nie między mną a Igorem, ale w mojej głowie posypało się wszystko. Aż do teraz, kiedy to oficjalnie nie zakończyłam tej farsy. Jakbym nie potrafiła lub, Boże uchowaj, czuła się winna. Tylko czego? A może przed nosem uciekała mi miłość? Nie lubię tego słowa. Piszę do przyjaciółki:

LILA: Nie nadaję się do tego. Nie umiem kochać, nie ma podstaw by ktokolwiek mógł mi zaufać. Igor sądzi, że wszystko między nami jest w porządku, a ja nie mam czasu na nic, a przede wszystkim na poskładanie do kupy własnych myśli.

OLA: Pamiętasz, jak zerwaliście? Jak poszłyśmy do marketu, a ty byłaś bez makijażu?

LILA: Pamiętam.

OLA: Pamiętasz, co ci powiedziałam? Zobaczyłaś go przy kasie i wystraszyłaś się. A ja ci na to „Ale on cię nie raz widział bez makijażu… bez wstydu i bez niego z innym w łóżku!”.

LILA: I wtedy mnie nawet pocieszyłaś. Ale, co to ma do rzeczy?

OLA: Przejmujesz się czymś, co nie jest istotne. Masz superchłopaka.

LILA: To czemu go nie chcę i jestem nieszczęśliwa. Boję się, że powtarzam błąd matki.

OLA: Nie porównuj, tym bardziej, że macie całkiem inny układ, kochaliście się… Nie wiem. Może to jest to, od czego warto zacząć. Kochasz go i kochasz seks. Więc kochajcie się częściej, może otrzeźwiejesz.

Nie powiedziałam Oli o tym, co mnie spotkało z Igorem i Wiktorem. Znamy się od piaskownicy, ale sama nie znam się na tyle dobrze, by ocenić, czy postąpiłam wtedy właściwie. Skorzystałam jednak z jej rady. Kilka nocy przepłakałam, poniosłam jakieś tam emocjonalne koszty lub koszta, jak mawia babcia. Poświęcałam mu swój wolny czas. Chyba nawet mógł czuć się kochany. A moje myśli zakłócały wiecznie inne sprawy. Nie dawałam tego po sobie poznać. Ostatniej nocy po naszej kolacji i on był jakiś inny. Czasem przychodził także Wiktor.

Leżałam pijana, naga i zapłakana. Wiem, jak żałośnie to brzmi. Stał nade mną jeden z bliźniaków i ostentacyjnie zaciągał się zapachami pokoju. Był rozjuszony i groźnie zwężał usta.

— Pachnie mi tu orgią — powiedział w końcu wymachując palcem — w pośpiechu tuszowaną, przypuszczalnie tylko. Nie żebym miał pretensje.

Tak było ostatnim razem, a mój kontakt z W. urwał się po kilku tygodniach. Najpierw Igor nakrył nas razem w łóżku. Mogłam wyhodować nowe ziarenko nienawiści, zupełnie nieplanowane. Mogłam przelać gniew z jednego na drugiego. Co za różnica? Sama nie wiedziałam przecież, czego chciałam. Teraz na słowo wino wymiotowałam. Wymęczyło mi tej nocy wnętrzności. Zasnęłam z miską przy łóżku, obudziłam jeszcze przed czwartą. Coś gryzło mnie w gardle, wypiłam łyk wody, ale zakrztusiłam się i oplułam pościel. Znów chciałam wymiotować, ale z moich ust wyszło coś, czego się nie spodziewałam — gęste, mokre i wyjątkowo nieprzyjemne. Oczy miałam załzawione i wielkie ze zdumienia.

— Ty, stary! Wyrzygała tego pluszowego zająca. Pazerność ją zgubi, oj zgubi! — wrzasnął podniecony bliźniak i trzasnął drzwiami.

opowieść z ostatniego talerza

W moim poniemieckim domu były talerze ze swastyką, znalazłam je w starym kredensie, który pachniał wilgocią i trutką na myszy. Ten symbol budzi niepokój w człowieku, drażni, sprawia pozór faktycznego niebezpieczeństwa. To słowo w sanskrycie oznacza "przynoszący szczęście" i znane jest od czasów najdawniejszych, znane w religiach, choćby hinduizmie czy buddyzmie. Talerzy było tuzin, pokrył je nieznacznie kurz, były lepkie, choć sprawiały wrażenie czystych. Pod kilkoma znalazłam cienkie pajączki, były martwe. Pajęczyny też jakby do remontu. Ostatni talerz był podpisany okrągłym dziecięcym pismem. Odnotowano:

Fingerspritzengefühl

Leidenschaft

Sehnsucht

Weltschmerz

Zeitgeist

Potem sprawdziłam, co znaczą te słowa, nie uczyłam się języka niemieckiego w szkole. Zawsze mnie omijał. Od przedszkola miałam zajęcia z języka angielskiego, potem dwa lata francuskiego, dwa semestry włoskiego i łacina. Der Finger to palec, die Finger — palce. Tyle domyśliłam się sama. Fingerspritzengefühl oznaczało wyczucie, czynienie czegoś z czułością i empatią w kontaktach z rzeczami i ludźmi. Pasowało do talerza, do posiłku i dzielenia się chwilą.

Leidenschaft to z kolei namiętność, wykonywanie czynności z pasją, dążenie do celu resztkami nawet sił. W końcu samo Leiden znaczy cierpienie. Wciąż pasowało mi to do kuchni, gotowania i rodzinnego stołu; do starań, gorących posiłków i dyskusji przy grzanym winie. Sehnsucht oznacza tęsknotę, bolesną tęsknotę, nostalgię. Czułam, jakby w mojej głowie rysowała się żywa historia poprzednich właścicieli. Może w tych pięciu rzeczownikach zaszyfrowano historię domu, kochanków i ich losów? Suchen znaczy szukać, podpowiedział mi słownik, a oni stali koło mnie. Odwróceni plecami. Poczułam się tutaj jak gość.

Weltschmerz też rozpoznałam. Welt znaczy świat. Schmerztabletten zalegiwały wciąż w gnijącym paluszku w łazience. Miałam się wkrótce tego regału pozbyć…

Ból.

Uczucie, kiedy cały świat zadaje ból, dyskomfort istnienia. Ona trzyma go za dłoń, kładzie swoją na jego zaciśniętej pięści. Siedzą na twardych krzesłach przy stole z drewna. Cień kładzie na ich głowy czarne wory. Potem kobieta kroi chleb i podaje mu pajdę ze smalcem, białym, gęstym smarowidłem z cebulką i skwarkami. Mężczyzna delektuje się chlebem powoli. Podaje mu szmatę, wyciera palce i usta. Wstaje i z kredensu wyciąga wódkę. Nalewa dwa kieliszki i wypijają je duszkiem. Płaczą, na pewno płaczą. Muszą…

Pozostał duch epoki, Zeitgeist, pojęcie wprowadzone przez Herdera w 1769 roku. Umysł czasu. Tutaj nieco zgłupiałam, a moi wymyśleni kochankowie rozpłynęli się i nigdy więcej nie wrócili. Nie mogli powrócić, ani ich twarze, ani historia. Może ta ostatnia właśnie ich stąd przepędziła albo wyrwała i rzuciła w nowe. Zaniosłam podpisany talerz do swojego pokoju. Wykręciłam w nim dziurkę i powiesiłam na ścianie.

zaufanie

Igor nie wychodził z kumplami na piwo czy kręgle. Wolał zostać ze mną, wypić wino albo cztery. Pamiętam, jak stawał w cieniu drzew i palił papierosy. Najpierw jednego, po czym chwilę odczekał, obserwując bezdomnych opalających się w pierwszym słońcu. Wyciągał drugiego i w milczeniu wracał do domu. Zdawałam sobie sprawę z tego, że była w nim niezrozumiana do końca potrzeba wypełnienia. Potrzebował mnie tak, jak ja potrzebowałam jego. Delikatnie mówiąc, można by to nazwać potrzebą bliskości. Niczego jednak to nie zdradza, chyba że doda się — zbliżenia i penetracji. Szybko jednak przestało mnie to dręczyć, nie zastanawiałam się już nad tym.

Może kluczem był tu ból, potrzeba odczuwania bólu. Nie sposób było go nie kochać za to, jak się poświęcał. Z drugiej strony było to uzupełnienie, niemalże patologiczna chęć… zauważalna w tym, jak mnie pochłaniał. Zawsze imponował mi szczerością. Ja walczyłam w sobie, nie potrafiłam uzewnętrznić tego, co czuję.

Był tutaj prawie każdego dnia, jak szczeniaki lgnęliśmy do siebie, jak gówniarze. Kiedy przechodziłam obok, ocierał swoją ciężką, młodą dłonią o moją dłoń. Miałam suchą skórę. Patrzył jak balsamuję ciało i wyglądam za okno, śledząc kota goniącego gołębia. Brzydkiego i szarego, próbującego napić się deszczówki ze starego garnka. Mój ojciec był inny, chciałam widzieć w Igorze opiekuna. Lepszego ojca. To tylko moje wyobrażenie, choć często nasze wyobrażenia podlegają metamorfozom. Dla niego wszystko wydawało się jasne, dopóki ja nie uświadamiałam mu, że jest inaczej, że mam inne zdanie.

Kiedy myślę o dobrych czasach, myślę także o połączeniu, jakie między nami istniało. Mogliśmy sobie pozwolić na wiele, ponieważ znaliśmy się doskonale — swoje czułe, drażliwe punkty, swoje humory. Byliśmy, mimo młodego wieku, jak starzy, bezwstydni kochankowie. On mówił, że jest moją zdzirą i upajał się upokorzeniem. Przyjmowało ono niekiedy czerwone pręgi, wijące się na jego plecach. Pytał grzecznie, jak chcę go wziąć, nosił kaganiec. Ot, studenci. Nigdy nie dalibyśmy po sobie poznać, co robimy za zamkniętymi drzwiami. Kochaliśmy się najpierw za dnia. Szkoda było nocy, dobry sen zawsze był ważny. Chłopiec z przedmieścia, różowa cera, raczej blady, owłosiony jak małpiszon, umięśniony. Ja, słodka i rumiana — najzwyklejsza, ładna dziewczyna ze zmarszczką na czole, wiecznie zamyślona.

Nie podobało mu się jedynie, kiedy… Ach! Nie mogę wszystkiego powiedzieć (to ta nieśmiałość).

Chociaż się do tego nie przyznał, także przed samym sobą, podczas kary uderzył nieco mocniej niż zwykle. Potem chciałam mu włożyć długopis w cewkę, ale miał ostatni, a nazajutrz kolokwium. On nie golił się przed zabawą, a mnie to w niczym nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Musiałam niekiedy rzucać mu na pośladki banknoty, płacić za machanie pupą. Wymierzyć kilka klapsów. Sprawiało nam to radość.

Wierzyliśmy, że poza tym pokojem jest już tylko gorzej. Zamykaliśmy się na świat, w sobie i dla siebie.

Seks był i jest naprawdę ważny, wspaniały. To był nasz kosmos, wymiar oderwany od rzeczywistości, inny świat. Nawet, jeśli zmieniało się miejsce — kiedy wychodziliśmy w plener lub robiliśmy to na dachu (czego nie lubiłam, wiecznie było mi zimno). Żyjąc z kimś i w kimś, żyje się jakby dwa razy. Jednocześnie. Myślisz o przyjemności, zaspokajaniu potrzeb, a może właśnie je spełniasz… W tle rześki i radosny śpiew, oboje kochaliśmy przecież, kochać się przy dobrej muzyce. Sińce, zadrapania, śliwki, lima, obicia, rany, szramy. Wszystko z czasem staje się mniej zauważalne, mniej istotne. W życiu, zdaje się, mieliśmy większe zmartwienia. Wzięłam raz zwolnienie lekarskie, bo miałam coś z barkiem. On opowiadał o bójce w jednej z dyskotek, gdy biłam go jego czepkiem do pływania po twarzy, za co atakował jak wściekły pies. Ból był tylko przez chwilę tym, za co go uważaliśmy. Można się do niego przyzwyczaić, nawet tęsknić, lękając się jednocześnie. Musi być zadany przez osobę, co do której ma się pewność, że cię nie zabije. O ile taką pewność mieć w ogóle można.

Pozwalał mi na wszystko, więc i ja pozwoliłam mu czuć ten komfort posiadania wszystkiego.

Patrzyłam na niego inaczej, o jak lubiłam na niego patrzeć. Miał takie ulubione spodnie dresowe; jasne, szare. Bluzę z długimi rękawami, dajmy na to, podciągniętymi w tej chwili. Bordowemu tłu ustępował gąszcz gałęzi, na których siedziały białe ptaki. Miałam kiedyś podobną tapetę na ścianie. Zmieniłam ją, kiedy uznałam, że jest zbyt ciemna, a pokój przypomina stary burdel. Zmieniliśmy kolor na szary.

dziury w rajstopach

You better work bitch

Britney Jean Spears


Kochanie kojarzyło mi się zawsze z posiadaniem. Odkąd pamiętam chciałam mieć kogoś, czuć czyjeś ciepło, wiedzieć, że należy tylko do mnie. Moje myślenie o kochaniu uległo zmianie w momencie, w którym to ja poczułam się jak czyjaś własność. Pojawił się problem, bo nagle miłość mi zbrzydła. Nie potrafiłam określić, czego chcę. Nagle, nie umiałam już niczego — myśleć, działać i cieszyć się. Winiłam innych, winiłam i siebie. Przestałam się kochać, zaczęłam nienawidzić, czuć obrzydzenie. Przestałam na siebie patrzeć.

A i Igor nie wytrzymał. Bańka pękła. Było to dla mnie przykrym zaskoczeniem, nie spodziewałam się tego. To było u mnie, na domówce. Bawiliśmy się świetnie, wódka lała się strumieniami. Nie była to impreza w amerykańskim stylu — tym z seriali i komedii — że nagle pijane pary lądują w łóżku rodziców, kiedy laptop smęci mdłymi hitami z poprzedniej dekady. Choć mam duży dom, nasi przyjaciele są wspaniali i potrafią się zachować. Nie pamiętam, jak do tego doszło, ale pokłóciliśmy się w kuchni. Pamiętam dokładnie, co zrobił Igor. Podszedł do mnie wściekły i złapał mocno za brodę, obrócił tyłem do reszty i szepnął „Wypłacz się i ogarnij za moment”. Nie puszczał, jakby czekał aż to zrobię. Jakby miał pełną władzę. Jakby chciał tę moją twarz odprowadzić później na miejsce, jak skruszoną dziewczynkę do kąta.

Wyrwałam się i kazałam mu znikać. Chyba nikt tego nie zauważył, ale ja zauważyłam, jak zmieniło się wszystko. Ten jego wzrok. To tak, jakbyś zobaczył innego człowieka. Nie znałam go takiego. Coś w nim zabiłam. Potem trwało to jeszcze kilka dni. Pierwszego, udałam, że nic się nie stało. Kolejne były męczarnią. Nie przychodził do mnie, by spędzić wspólnie czas. Przychodził już pijany. Niekoniecznie kochać się ze mną. Czasem tylko leżeliśmy. W tak krótkim czasie pokazał więcej, niżbym się spodziewała. Jakby ktoś go namawiał, by pokazać mi jak się pokutuje za zdradę. Kiedy ja nie uznawałam tego za zdradę. To on poznał mnie z Wiktorem. A może nie o to chodziło… może o W. już nie pamiętał. Z kolei, kiedy to ja miałam humory, patrzyłam, jak rozwija się jego agresja. Wiem, jak nienormalnie to brzmi! Czasem miałam wrażenie, jakby działo się to za sprawą moich zachowań. Jakby był wychowankiem, któremu kształtuję złość. Nie czułam się winna, to nie tak. Po prostu lubiłam na niego patrzeć.

Ostatniego dnia Igor, Igorek pokazał swoją prawdziwą twarz. Mama nawet go lubiła. Każdy go lubił. Wydawało mi się, że nikt nie zna go lepiej ode mnie. Z nikim nie było mu tak dobrze jak ze mną. Z żadnym innym mężczyzną nie przeżyłam równie pięknych chwil. To było nasze, na zawsze. Wiem tylko, jak spowiadał się przed kolegą. Wiem od Oli, a skąd ona wie, tego nie wiem. Zwierzył się Wiktorowi, a rozmowa ta mogła wyglądać w ten sposób:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 26.55