Rozdział 1. Ta, która czekała
Pięć lat wcześniej mały pokój na piętrze trzymał w sobie dym z pieca, który Zofia rozpaliła jeszcze przed świtem. Nocny wiatr od zatoki zostawił chłód w ścianach i pościeli; nawet mundur Royal Navy wiszący na drzwiach szafy zdawał się cięższy niż zwykle. Mosiężne guziki łapały blade światło z okna i gasły, kiedy Adam przechodził przed nimi.
Ubierał się powoli, choć zegarek mówił mu, że powinien już schodzić. Dwa razy poprawił kołnierz, przesunął dłonią po kieszeniach płaszcza, znalazł zapałki, mimo że od miesięcy nie palił, i położył je na komodzie. Czapka leżała dobrze od pierwszej próby. Zdjął ją jednak, przeczesał włosy palcami i założył ponownie. Każdy z tych ruchów był zwyczajny, a przez to trudniejszy do zniesienia. Hanna znała je wszystkie. Wiedziała, jak mocno pociąga za pasek zegarka, jak marszczy nos przy zbyt sztywnym kołnierzu, jak odruchowo sprawdza lewą kieszeń, choć niczego w niej nie nosi.
Siedziała na brzegu łóżka ze skórzanym notesem na kolanach. Dostała go od Adama kilka miesięcy po ślubie, kiedy oboje zrozumieli, że gest, spojrzenie i kilkadziesiąt angielskich słów nie wystarczą na małżeństwo. Pierwsze strony wypełniały rzeczy potrzebne do życia: chleb, piec, lekarz, port, wrócić. Dalej były nazwiska mieszkańców Marren, daty, zdania zapisane w jej języku i to, czego nie potrafiła przenieść na dłonie. Tego ranka metalowa klamra pozostawała zamknięta.
Wolała patrzeć na ręce męża. Na bliznę przy prawym kciuku, na paznokieć wyszczerbiony tuż przy skórze, na jasny ślad po obrączce, gdy na moment ją przekręcił. Zapamiętywała drobiazgi, bo wielkie rzeczy miały zły zwyczaj znikać pierwsze. Adam zerknął na zegarek.
— Powinniśmy już jechać.
Klamra notesu kliknęła. Hanna otworzyła go na czystej stronie i napisała jedno słowo.
DOKĄD?
Przeczytał. Odpowiedź nie przyszła od razu. Za oknem wiatr szarpał nagimi gałęziami jabłoni, a przy kamiennym murze stał samochód Grega, cały w drobnych kroplach. Silnik jeszcze milczał. To milczenie spod domu było gorsze od pośpiechu.
— Nie mogę powiedzieć.
Niżej pojawiło się:
DALEKO?
— Prawdopodobnie.
Zmarszczenie między jej brwiami pogłębiło się. Ołówek wrócił do papieru.
JAK DŁUGO?
Materac ugiął się, kiedy Adam usiadł obok. Nie dotknął jej od razu. Uniósł dłoń na wysokość jej ramienia, pokazując zamiar, i czekał. Dopiero po skinieniu Hanny objął jej palce.
Ten odruch mieli wyuczony. W pierwszych miesiącach małżeństwa zdarzało się, że budziła się przy zapalonym świetle, z gardłem ściśniętym tak mocno, że każdy wdech przypominał przeciąganie drutu przez ranę. Wtedy Adam siadał na podłodze przy łóżku. Nie pytał, nie brał jej w ramiona, nie udowadniał, że jest bezpiecznie. Czekał, aż sama poda rękę. Nauczył się, że dla niej dotyk mógł być ratunkiem albo gwałtem, a różnicę czasem wyznaczało kilka sekund cierpliwości.
— Tego też nie wiem.
Ołówek naciskał skórę jej palca coraz mocniej.
— To tylko rejs — dodał.
Hanna podniosła oczy. Torba przy ścianie była zbyt ciężka jak na zwykły rejs, a mundur przygotowany zbyt starannie. Przy pasku torby wisiała niewielka zawieszka z wojskowym oznaczeniem, które odwrócił do ściany. Adam zobaczył, gdzie patrzy. Przejechał językiem po suchej wardze.
— Wiem, jak to brzmi.
Nie napisała nic.
— Gdybym mógł powiedzieć więcej, powiedziałbym.
Jej twarz nie złagodniała. Nie lubiła zdań, w których wszystko zależało od słowa „gdyby”. Zbyt wiele razy słyszała kiedyś podobne obietnice od ludzi, którzy na końcu robili dokładnie to, czego się bała. Adam ścisnął jej palce tylko raz.
— Wrócę.
Notes zsunął się na kołdrę. Prawą dłonią dotknęła jego piersi, potem własnej, a na końcu wskazała drzwi. Ten gest należał do nich od początku, jeszcze z czasu, kiedy wspólny język składał się z prostych słów, cierpliwości i zgadywania. Wróć do mnie.
— Wrócę.
Powtórzył to ciszej, bez wojskowej pewności, jak prywatną obietnicę. Pocałował ją w czoło. Przy pocałunku Hanna poczuła wodę kolońską i czyste mydło; metal sprzączki został chłodem przy jego mundurze. Hanna zamknęła oczy tylko na moment. Kiedy je otworzyła, wciąż siedział obok, lecz jego plecy były już wyprostowane jak przed meldunkiem. Wzrok znów uciekł ku zegarkowi. Torba zaszurała po podłodze. Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze raz.
— Czekaj na mnie.
Palce Hanny zacisnęły się na skórzanej okładce. To zdanie zabolało ją bardziej niż „wrócę”. Mówiąc o powrocie, Adam mówił o sobie. Jej zostawiał czekanie. Chciała otworzyć notes, ale Adam stał już z torbą w ręku, spóźniony i bezradny wobec wszystkiego, czego nie wolno mu było powiedzieć. Poruszył ustami, szukając lepszych słów.
— Będę tęsknił.
Na dole odezwał się Greg. Drewno schodów zaskrzypiało, potem trzasnęły drzwi. Po pewnej chwili silnik zakaszlał dwa razy i podjął pracę. Hanna nie zeszła. Stanęła przy oknie i patrzyła, jak Greg siada za kierownicą, a Adam obok niego, z torbą między nogami. Kiedy samochód ruszył, koła rozcięły płytką kałużę przy murze. Tuż przed zakrętem Adam odnalazł ją wzrokiem i uniósł rękę. Przyłożyła dłoń do zimnej szyby. Samochód zniknął za mokrym żywopłotem. Zapach spalin wisiał jeszcze chwilę w powietrzu, po czym zabrał go wiatr.
W pokoju stygnęła pościel po dwóch osobach. Na komodzie zostały zapałki. Hanna podniosła je, potrzymała w dłoni i odłożyła dokładnie w tym samym miejscu. Posłuchała Adama i czekała.
Po pięciu latach mieszkańcy Marren przestali pytać, po co każdego dnia schodzi na plażę. Na początku próbowali. Rybacy wołali do niej z brzegu, kobiety zatrzymywały się z koszami pod pachą, dzieci bezwstydnie patrzyły na usta, z których nie wychodził głos. Jedni brali ją za głuchą, inni za obcą, która niczego po angielsku nie rozumie. Słyszała bardzo dobrze. Język znała coraz lepiej. Głos straciła na długo przed tym, zanim Adam zniknął podczas służby.
Z czasem stała się częścią zatoki, czymś tak zwyczajnym jak zielony śluz na falochronie i stare liny rozwieszone na hakach przy magazynie. Ludzie przestali przyciszać rozmowy, kiedy przechodziła, i dzięki temu słyszała o sobie więcej, niż chciała.
Przed świtem stawała przy kamiennym murku. Zimno wchodziło przez podeszwy, wiatr wciskał sól pod kołnierz płaszcza, a port budził się ciężko i brudno. Żelazne wózki do ryb skrzypiały po bruku. Ktoś kaszlał przy silniku. Z wnętrza magazynu ciągnęło olejem i rybimi wnętrznościami. Kiedy odpływ cofał wodę, między czarnymi kamieniami zostawały wodorosty, martwe kraby i kawałki drewna wybielone przez morze. Kciuk Hanny przesuwał się po palcach, gdy kolejne jednostki odchodziły od brzegu.
Jedna. Druga. Trzecia.
Każda łódź miała własny dźwięk. „Grace” schodziła na wodę ciężko i szeroko, „Rosemary” podskakiwała na krótkiej fali, a silnik „Marthy” kaszlał przy uruchamianiu jak człowiek, który za długo palił. Wieczorem Hanna wracała i sprawdzała, czy rachunek się zamknął.
Rybackie kutry nie miały nic wspólnego z Adamem. Wiedziała o tym. Jej mąż był oficerem Royal Navy, wypłynął z wojskowego portu na tajną misję i żaden z ludzi z Marren nie mógł przywieźć go na pokładzie między skrzynkami z dorszem. Rozum nie miał jednak wiele do powiedzenia przy rytuale, który pozwalał jej zasnąć. Osiem wypłynęło. Osiem wróciło. Morze przez jeden dzień zachowało się uczciwie. Kiedy brakowało jednej łodzi, Hanna zostawała nad wodą po ciemku.
Jakub zauważył ten zwyczaj niedługo po przeprowadzce do dawnej leśniczówki nad klifem. Dom kupił dla dużych okien i północnego światła, przy którym można było rysować przez kilka godzin bez ciągłego przesuwania stołu. Cisza miała być dodatkiem. Dopiero po pierwszych tygodniach zrozumiał, że wieczorami potrafi być cięższa od hałasu Plymouth.
Z górnego pomostu widział część zatoki. Przy porannej kawie czasem pojawiała się w dole szczupła sylwetka w ciemnym płaszczu. Innym razem mijali się na ścieżce pod urwiskiem. Unosił rękę. Odpowiedź bywała tak mała, że po kilku krokach zastanawiał się, czy rzeczywiście ją zobaczył. Imienia nie znał; w myślach nazywał ją kobietą od łodzi.
Tego popołudnia została na plaży dłużej niż zwykle. Od zachodu szły ciężkie chmury. Najpierw zmieniło się światło: żółte domy przy porcie poszarzały, mokry piasek zrobił się prawie czarny, a na kamieniach przy odpływie połyskiwała tłusta, zielona warstwa. Później uderzył wiatr, niosąc od magazynów ropę i gnijące wodorosty. Mewy poderwały się znad wody. Pusta skrzynka przewróciła się przy ścianie i potoczyła po bruku. Rybacy zdążyli wrócić; ostatnia jednostka leżała już wysoko na piasku a ich silnik stygł pod brezentem. Hanna jednak wciąż patrzyła w stronę otwartego morza.
Jakub stał na pomoście przy domu i sprawdzał poluzowaną deskę. Pod palcami drewno było tłuste od wody, a fale zaczynały walić w skały pod klifem głębokim, brudnym hukiem.
— Proszę wracać! — krzyknął.
Wiatr rozdarł słowa. Pierwsze ciężkie krople rozbiły się o schody. Przypływ wchodził szybko; plażowa ścieżka do Marren zniknęła pod szerokim jęzorem wody, zanim Hanna odwróciła się od morza. Z jednej strony miała fale, z drugiej klif. Nad nią wisiały schody Jakuba — wąskie, strome, miejscami przybite do skały jak coś tymczasowego, co z rozpędu przeżyło zbyt wiele zim. Przy pierwszym stopniu wisiała tablica: TEREN PRYWATNY. PRZEJŚCIA NIE MA. Minęła ją bez wahania.
— Na górze jest las! — zawołał Jakub. — Droga do wioski idzie inaczej!
Ciemny płaszcz przesuwał się już wyżej, więc ruszył za nią. Deszcz mieszał piasek z ziemią. Stopnie zrobiły się śliskie, poręcz urywała się w połowie drogi. Jedna deska wysunęła się pod jego butem; zaklął, wcisnął ją z powrotem i na kilka sekund stracił Hannę z oczu. Na górze wiatr bił mocniej. Las zgęstniał od deszczu; żywica przebijała wilgoć kory i rozdeptanych paproci. Ścieżka była pusta. Jakub pobiegł ku domowi.
Kamienna leśniczówka wyłoniła się między sosnami. Pod gankiem, na najniższym stopniu, siedziała kobieta od łodzi. Błoto oblepiało nogawki. Na kolanach ciemniała krew, obie dłonie miała otarte, pełne piasku, drobnych kamieni i igieł. Kiedy zobaczyła gospodarza, poderwała się tak gwałtownie, że ból od razu ścisnął jej twarz.
— Jest pani ranna.
Plecy dotknęły mokrego kamienia ściany. Jej wzrok przeszedł po jego dłoniach, potem po otwartym podwórzu, lesie i drzwiach. Jakub nie znał tego układu, ale rozpoznał w nim lęk. Zwolnił i zatrzymał się kilka metrów od niej.
— Chcę pomóc.
Uniósł ręce, pokazując puste dłonie. Przy nodze Hanny leżał kamień. Schyliła się po niego szybciej, niż zdążył dokończyć zdanie.
— Dobrze. Zostaję tutaj.
Kamień trafił go nad lewym okiem. Biały błysk przeciął widzenie, a zaraz potem po skroni spłynęło gorące. Jakub przycisnął dłoń do czoła.
— Do diabła.
Drugi kamień był już w jej palcach. Usta otwierały się szeroko, lecz spod wiatru i deszczu dobiegał tylko nierówny oddech. Jakub cofnął się do drzwi. Zapalił światło w sieni, zostawił wejście szeroko otwarte i zniknął w kuchni. Rana była płytka. Woda w zlewie zabarwiła się różowo, plaster przykleił krzywo. Z metalowej szafki wyjął apteczkę, czysty ręcznik i stary wojskowy koc po poprzednim właścicielu domu. Ustawił wszystko na ganku obok kubka herbaty, a drugi zabrał do kuchni.
— Herbata — powiedział w stronę otwartych drzwi. — Nic więcej.
Odsunął się tak, żeby nie stać w przejściu. Długo słyszał tylko wodę spadającą z rynny. W końcu podłoga ganku skrzypnęła. Hanna podeszła do kubka i objęła go poranionymi rękami. Piła szybko, niemal łapczywie, z twarzą schowaną w parze. Kiedy Jakub zerknął ponownie, kubek stał pusty, apteczka zniknęła, a ciemny płaszcz oddalał się ku lasowi. Wyszedł na ganek.
— Proszę zaczekać.
Zatrzymała się. Jakub palcem narysował w powietrzu zakręty, wskazał drzewa, potem jej zakrwawione kolana. Chciał powiedzieć, że droga jest długa, że w deszczu można zgubić ścieżkę, że ma samochód. Gesty wyszły szerokie i rozkazujące. Widział, jak twarz Hanny twardnieje. Ruszyła dalej. Po kilku krokach noga ugięła się pod nią. Chwyciła słupek ogrodzenia. Jakub zszedł z ganku odruchowo. Poranione dłonie natychmiast podniosły się przed nią. Zatrzymał się. Deszcz wisiał między nimi jak zasłona.
Wskazał garaż, ułożył ręce na niewidzialnej kierownicy i pokazał w stronę Marren. Jej twarz pozostała zamknięta. Gdy zrobił jeszcze jeden krok, coś w niej gwałtownie się odwróciło. Las zniknął. Pod stopami wrócił chłodny kamień korytarza. W gardle dym i metaliczny smak. Ciężkie buty uderzały coraz bliżej. Jeden krok, drugi. Szarpnięcie. Gruba, spocona dłoń zamknęła się na nadgarstku tak mocno, że ból poszedł aż do łokcia. Huk zostawił wysoki pisk, który przykrył świat. Jakub wyciągnął rękę dokładnie w chwili, gdy kolano Hanny ponownie się załamało.
Uderzyła go w pierś. Paznokcie przeorały kark, pięść trafiła w ramię, potem w brodę. Próbował ją podtrzymać, bo widział tylko człowieka, który za moment runie w błoto. Każda próba utrzymania jej zwiększała panikę. W końcu objął ją pod ramionami i uniósł ku fotelowi na ganku. Z gardła wyrwał się chrapliwy, zduszony dźwięk. Głos nie przyszedł. Całe ciało rzuciło się za to do walki.
— Puszczam. Już. Puszczam.
But trafił go w twarz. Dach, sosny i światło z sieni obróciły się razem. Deski ganku uderzyły w policzek. Ciemność przyszła natychmiast.
Ocknął się od zimna. Szczęka bolała, jakby ktoś wcisnął w nią kawałek metalu, a krew nad okiem zaschła pod plastrem. Ganek był pusty. Wilgotny od nocnego deszczu koc nadal leżał na fotelu, a kubek stał na ławie.
Pierwszy przyszedł gniew — gorący, prosty, przez kilka sekund niemal wygodny. Pozwalał widzieć tylko rozciętą brew, obolałą szczękę i obcą kobietę, która uderzyła go kamieniem, a potem kopnęła w twarz. Później wróciły jej oczy. Nie patrzyły na niego. Patrzyły gdzieś za jego ramię, w korytarz, którego tutaj nie było. Pod językiem czuł krew. Wstyd przyszedł wolniej, ale został dłużej. Przypomniał sobie własne ręce na jej ciele i to, jak długo trzymał, przekonany, że wie lepiej, czego potrzebuje człowiek, który nie może mówić. Wstał, syknął od bólu i poszedł po kluczyki.
Land Rover uruchomił się za trzecim razem. W kabinie cuchnęło ropą. Reflektory przecięły las wąskimi, żółtymi pasami. Znalazł ją niecały kilometr od domu. Siedziała na zwalonym pniu, a apteczkę trzymała na kolanach. Palce ślizgały się po metalowym zamku, coraz bardziej czerwone od wysiłku. Błoto zaschło na policzku cienką skorupą; nowe łzy przecięły je jasnymi smugami. Jakub zgasił silnik kilka metrów dalej. Wysiadł powoli i usiadł na przeciwległym poboczu, zostawiając między nimi całą szerokość drogi. Dotknął własnego ucha.
— Słyszysz?
Skinęła głową, a kiedy przesunął palec ku ustom, zacisnęła wargi i pokręciła głową. Nie dopowiadał. Wyjął z kieszeni mały notes do pomiarów, narysował dom, drogę i samochód. Przy aucie postawił znak zapytania. Kartkę położył na błocie między nimi, po czym cofnął dłoń. Hanna zeszła z pnia z trudem. Podniosła notes. Ołówek drżał na początku, potem litery zrobiły się równe i ciasne.
MARREN.
Jakub narysował postać na tylnym siedzeniu i strzałkę prowadzącą do wioski. Długo patrzyła na otwarte drzwi Land Rovera, później na drogę, wreszcie na jego dłonie. Apteczkę położyła na ziemi. Wyjął gazę, nożyczki i płyn, rozłożył wszystko na poboczu i odsunął się. Mokra nogawka przywarła do rany. Hanna próbowała rozciąć materiał, lecz palce odmawiały posłuszeństwa. Nożyczki wypadły raz, drugi. Za trzecim razem przeklęła bezgłośnie; gniew napiął szczękę bardziej niż ból. Spojrzała na Jakuba. Potem na własne kolano. Uniósł ołówek, wskazał siebie i ranę. Czekał. Skinęła.
Podszedł powoli. Nożyczki rozcięły nogawkę od dołu. Skóra była zdarta szeroko, a wbite w nią ziarenka piasku świeciły czarno. Płyn do odkażania uderzył zapachem spirytusu. Przy pierwszym dotknięciu z gardła Hanny wyszedł krótki, ochrypły dźwięk; odwróciła twarz i zacisnęła palce na brzegu pnia. Jakub oczyścił oba kolana, założył opatrunki i od razu się cofnął. Dłonie opatrzyła sama. Do samochodu szła wolno. Usiadła z tyłu, tuż przy drzwiach, jedną rękę położyła na klamce, drugą na apteczce. Jakub uruchomił silnik i od początku trzymał obie dłonie na kierownicy.
— Marren?
Skinęła. Wycieraczki skrzypiały po szybie. Reflektory wyławiały kamienne murki, pnie i kałuże. Przy pierwszych domach Hanna pochyliła się do przodu, wskazując drogę. Kamienny dom Grega i Zofii stał przy krzywym płocie; w sieni paliła się lampa. Po zatrzymaniu Hanna otworzyła drzwi sama. Zeszła ostrożnie i chwilę stała przy samochodzie. Jakub wyjął notes, wskazał zapisane słowo „Marren”, potem na nią. Ołówek przeszedł w jej palce.
HANNA.
Drzwi domu otworzyły się, zanim dotarła do furtki. Niska starsza kobieta chwyciła ją za ramiona, zobaczyła opatrunki, błoto i mokre włosy. Jej palce mocniej zacisnęły się na rękawach. Dopiero po chwili zauważyła Land Rovera. Jakub uniósł rękę. Twarz kobiety stwardniała. W jej spojrzeniu Jakub zobaczył kłopot, który przyjechał za Hanną pod sam próg. Drzwi zamknęły się bez odpowiedzi.
Po północy burza odchodziła na wschód. Na ganku czekał pusty kubek. Jakub zabrał go do kuchni, przemył ponownie brew i usiadł przy stole. Piec zdążył już wygasnąć. Gdy dotknął szczęki, ból przeszedł aż pod ucho.
W notesie miał dwa nowe słowa: Marren i Hanna. Papier przy krawędzi był wilgotny i ubrudzony leśnym błotem. Z całej kobiety znał na razie kilka faktów. Liczyła łodzie. Słyszała. Nie mówiła. Bała się dotyku. W panice walczyła tak, jakby od tego zależało życie. Za oknem morze waliło w skały długo po odejściu deszczu. Między jednym uderzeniem a drugim dom zapadał w ciszę tak głęboką, że Jakub słyszał tykanie zegara i własny oddech. Zamknął notes, gdy zaczęło świtać.
Rozdział 2. Cisza za drzwiami
Lewe oko otworzyło się dopiero za drugim razem. Obrzęk ciągnął powiekę, szczęka była sztywna, a trzy zadrapania na karku piekły pod kołnierzem piżamy. Dom zdążył wychłodnieć; ogień wygasł przed świtem, wilgoć po burzy osiadła na szybach i weszła w pościel. Jakub usiadł na brzegu łóżka i chwilę czekał, aż podłoga przestanie lekko odpływać w lewo. W ustach miał smak zaschniętej krwi. Gdy przełknął ślinę, szczęka odpowiedziała tępym bólem. W lustrze zobaczył fiolet rozlewający się wokół oka, plaster przyklejony do włosów i nierówną opuchliznę na policzku.
— Dobrze ci tak.
Nie zabrzmiało to ani zabawnie, ani szczególnie sprawiedliwie. Bardziej jak informacja. Nowy plaster przykleił równie krzywo. Maszynka przejechała po prawym policzku raz; przy drugim ruchu napięta skóra zapiekła tak mocno, że odłożył ją do umywalki. W kuchni zastał czekającą wczorajszą herbatę, cierpką i z kożuchem na powierzchni. Notes leżał obok kubka, otwarty na dwóch słowach napisanych spokojnym, dokładnym pismem. Marren. Hanna.
Litery nie pasowały do obrazu kobiety siedzącej w błocie i płaczącej nad zamkniętą apteczką. A jednak papier okazał się jedyną rzeczą, przy której poprzedniej nocy oboje przestawali się siebie bać. Do Plymouth pojechał z notesem w kieszeni. Po sztormie droga była brudna od gałęzi i osuniętej ziemi. Na zakrętach samochód wchodził w kałuże, a słona woda wysychała na szybie w mlecznych smugach.
Pracownia mieściła się w dawnym magazynie portowym. Czerwona cegła trzymała chłód, wysokie okna wpuszczały szare światło. Od nabrzeża wchodził zapach diesla. Piotr siedział przy stole kreślarskim z papierosem przyklejonym do dolnej wargi. Margaret porządkowała teczki projektowe w szafie. Kiedy Jakub wszedł, Piotr podniósł głowę i zamarł z ołówkiem w dłoni.
— Dobry Boże.
— Dzień dobry.
— Co ci się stało?
Jakub odwiesił mokry płaszcz.
— Nic.
Piotr odłożył ołówek.
— Nic ma buty?
— Nie zdążyłem zapytać.
Margaret wysunęła się zza szafy. Spojrzała na oko, potem na plaster, na zadrapania wystające ponad kołnierz.
— Masz podbite oko, rozciętą brew i szyję jak po walce z kotem.
— Goliłem się.
Przez sekundę nikt nie mówił.
— Kark też? — zapytała Margaret.
— Mam szeroki zakres obowiązków.
Piotr parsknął, lecz zaraz spoważniał.
— Ktoś cię pobił?
Jakub wyjął z kieszeni notes i położył go obok planów.
— Kobieta.
— To przynajmniej brzmi jak początek sensownej historii.
— Nie brzmi.
Margaret przyjrzała mu się uważniej.
— Ta z plaży?
Jakub podniósł wzrok.
— Skąd wiesz?
— Od miesiąca widzę, jak wyglądasz przez okno za każdym razem, kiedy stoi przy murku.
— Nie wyglądam.
— Oczywiście.
Piotr zgasił papierosa w filiżance po kawie.
— Co się wydarzyło?
Jakub opowiedział skrótowo. Sztorm. Schody. Upadek. Kamień. Las. Apteczka. Kopnięcie. Nie wspomniał od razu o chwili, w której ją podniósł. Kiedy doszedł do tego miejsca, zawahał się.
— Złapałem ją, bo się przewracała.
— Złapałeś czy podniosłeś?
— Podniosłem.
— Pytałeś?
— Nie było jak.
— Było — odparł Piotr. — Mogłeś nie podnosić.
Jakub poczuł, jak pod opuchniętą skórą pulsuje brew.
— Miała rozwalone kolana. Padała na twarz.
— Wiem, co próbowałeś zrobić. Pytam, czy ona wiedziała.
— Nie mówi.
— To nie znaczy, że nie odpowiada.
W pracowni ucichł szelest papieru. Margaret nie wtrącała się. Od strony nabrzeża dobiegł niski ryk silnika i brzęk łańcucha ciągniętego po betonie. Jakub patrzył na własne dłonie. Wczoraj wydawały mu się narzędziem pomocy. W pamięci Hanny mogły być czymś zupełnie innym.
— Potem użyliśmy notesu — powiedział.
Piotr skinął na leżący obok zeszyt.
— I wtedy przestała cię kopać?
— Mniej więcej.
— To trzymaj się tego, co działa.
Margaret podsunęła Jakubowi kubek świeżej kawy.
— I kup jej coś, po czym nie będzie musiała pisać na odwrocie twoich pomiarów fundamentów.
Klej gryzł w nos, spod stosów nowego papieru podnosił się suchy kurz. Jakub długo stał przed półką z zeszytami. Wybrał granatowy, twardy, z mocnym grzbietem. W księgarni obok znalazł prosty słownik obrazkowy dla cudzoziemców — dom, jedzenie, ciało, droga, pogoda, czas, praca. Książeczka wyglądała dziecinnie. Prawie odłożył ją z powrotem.
Potem przypomniał sobie własne rozpaczliwe rysunki samochodu i domu. Kupił obie rzeczy.
Po południu nad Marren wisiały niskie chmury. Po sztormie ulice oddawały wilgoć kamienia i dym; brunatna piana została w rynsztokach po cofnięciu morza. Drzwi domu Grega i Zofii były ciemne od wilgoci.
Jakub zapukał. Zofia otworzyła niemal od razu. Była niższa, niż zapamiętał z poprzedniej nocy, lecz cała jej postawa zdawała się zajmować próg.
— To pan.
— Tak.
Jej wzrok zszedł na papierową torbę.
— Hanna śpi.
— Nie muszę jej widzieć. Chciałem tylko zostawić…
— Nie.
Drzwi zaczęły się zamykać.
— Pani… przepraszam, nie znam pani imienia.
— To niczego nie zmienia.
— Zgadzam się. Ale wczoraj zrobiłem coś źle. Chcę zostawić jej zeszyt. Może się przydać.
Twarz kobiety stwardniała.
— Ma zeszyty. Ma słowniki. Ma nas.
— Rozumiem.
— Nie rozumie pan.
Drzwi zamknęły się przed jego nosem. Jakub stał chwilę na mokrym stopniu. Na parapecie drżała od wiatru doniczka z martwym geranium. Z wnętrza domu nie dochodził żaden głos.
— Tędy.
Od strony podwórza wychylił się starszy mężczyzna w grubym swetrze. Miał na głowie czapkę, mimo że stał pod dachem.
— Pańska żona właśnie mnie wyrzuciła — powiedział Jakub.
— Zofia wyrzuca ludzi od trzydziestu lat. Nie wszyscy słuchają.
— Wolałbym jej nie drażnić.
— Za późno. Chodź pan.
Boczne drzwi prowadziły prosto do kuchni. Ciepło uderzyło Jakuba w twarz. Najpierw poczuł zbożową kawę i pieczony chleb; mokre ubrania parowały przy piecu. Na stole leżała gazeta.
— Greg.
— Jakub.
Greg nalał do dwóch kubków ciemnego napoju.
— Cukier?
— Dwie.
Greg wsypał pięć łyżeczek.
— To nie jest dwie.
— W tym domu dwie znaczy pięć, jeśli człowiek wygląda jak pan.
Zamieszał. Łyżeczka zadzwoniła o porcelanę.
— Zofia nie lubi obcych przy Hannie.
— Zauważyłem.
— Nie tylko pana.
Greg usiadł ciężko. Jego ręce były szerokie, popękane od soli i pracy. Paznokcie miał pożółkłe od tytoniu.
— Zanim Adam ją przywiózł, nie wiedzieliśmy, jak z nią rozmawiać. Potem też nie wiedzieliśmy. Człowiek się uczy. A jak się nauczy, zaczyna mu się wydawać, że tylko on potrafi.
Jakub objął kubek dłońmi.
— Adam?
Greg przez chwilę milczał. Wstał bez słowa i podszedł do kredensu. Z jednej z szuflad wyjął fotografię w prostym drewnianym obramowaniu. Mężczyzna na zdjęciu był młodszy niż Jakub, w mundurze Royal Navy. Stał przed kamiennym domem, z jedną ręką opartą o framugę. Obok niego Hanna. Młodsza, szczuplejsza, z włosami spiętymi wysoko. Nie uśmiechała się do aparatu. Patrzyła na Adama.
— Nasz syn — powiedział Greg. — Jej mąż.
Jakub poczuł coś nieprzyjemnego, małego i natychmiast wstydliwego. Nie zazdrość jeszcze. Raczej świadomość, że wszedł w cudzą historię przez boczne drzwi i dopiero teraz zauważył, że ściany były pełne zdjęć.
— Zaginął?
— Pięć lat temu. Tajna misja. Wypłynął z Devonport. Potem cisza.
— Wrak?
— Nie pokazali.
— Ciała?
Greg pokręcił głową.
— Raport?
— Tyle, ile wojsko uznało, że rodzina może wiedzieć. Że jednostka nie wróciła. Że poszukiwania zakończono. Że nie mogą powiedzieć, gdzie byli.
Palce Grega przesunęły się po krawędzi fotografii.
— Adam zawsze sądził, że jak coś obieca, świat będzie miał obowiązek dotrzymać za niego.
— Co obiecał?
Stary człowiek spojrzał na drzwi prowadzące do sieni.
— Że wróci.
Kawa zbożowa była za słodka. Jakub wypił ją mimo to.
— Hanna już wtedy nie mówiła? — zapytał.
— Nie mówiła, kiedy ją poznał. To nie jego zniknięcie zabrało jej głos. Nie pytaj pan o resztę. Jeśli będzie chciała, sama napisze.
Jakub skinął.
— Wczoraj ją podniosłem. Bez pytania.
Greg nie odwrócił wzroku.
— I dostał pan w twarz.
— Tak.
— To może się pan czegoś nauczy.
Jakub prawie się uśmiechnął, ale szczęka zaprotestowała.
— Liczy łodzie — powiedział po chwili.
Greg westchnął.
— Wiem.
— Po co?
— Jeśli osiem wypłynie i osiem wróci, morze przez jeden dzień nie kłamie.
Zdanie zostało między nimi. Z pieca strzeliła żywica. Na górze skrzypnęła podłoga. Jakub położył granatowy zeszyt i słownik na stole.
— Niech pan jej nie wciska tego do ręki. Proszę tylko zostawić.
Greg dotknął okładki.
— Sam jej pan nie da?
— Nie jestem pewien, czy chce mnie widzieć.
— To akurat mądra myśl.
Kiedy Jakub wyszedł, Zofia stała w sieni. Nie powiedziała nic. Jej spojrzenie zatrzymało się na pustych rękach, potem na zamykających się bocznych drzwiach.
Wieczorem granatowy zeszyt leżał sam na środku stołu. Zofia kroiła chleb. Greg czytał tę samą stronę gazety trzeci raz. Hanna stała przy piecu i patrzyła na okładkę.
— Nie musisz go brać — powiedziała Zofia.
Hanna nie ruszyła się.
— Ma słowniki. Ma nas.
Greg opuścił gazetę.
— Zosiu.
— Co? To prawda. Mężczyzna zobaczył problem i od razu kupił narzędzie. Mężczyźni lubią to uczucie.
Greg złożył gazetę.
— Wystarczy.
— Adam też chciał ją ratować.
Ramiona Hanny zesztywniały. Zofia zauważyła to, lecz nie cofnęła słów. Jej twarz pobladła, głos zrobił się cichszy.
— Kochał cię. Zrobił dla ciebie więcej, niż wiesz. A teraz przychodzi obcy z zeszytem, jakby pierwszy odkrył, że potrafisz pisać.
Pod ostrymi słowami drżał lęk. Każda nowa rzecz w życiu Hanny mogła zabrać trochę miejsca synowi. Zofia od pięciu lat pilnowała pamięci o Adamie tak, jak pilnuje się chorego — zbyt mocno, czasem aż do bólu. Hanna podeszła do kredensu, wyjęła ołówek i usiadła. Bandażowana dłoń opierała się o stół. Pisała długo. Ołówek czasem zatrzymywał się w połowie litery, bo skóra na knykciach ciągnęła. Kiedy skończyła, odwróciła zeszyt.
MAM WAS. NIE MAM SIEBIE.
Zofia pobladła jeszcze bardziej. Greg przestał udawać, że czyta. Hanna zamknęła zeszyt i przycisnęła go do piersi. Ruszyła ku schodom. Kolana wciąż bolały, więc każdy stopień brała osobno, wolno, lecz nikt nie wyciągnął ręki. Na półpiętrze zatrzymała się. W sieni paliło się światło. Zofia zostawiała je każdej nocy, choć w dzień potrafiła powiedzieć, że Adam zapewne nie wróci. Przez pięć lat każdy odgłos na ulicy mógł oznaczać jego powrót: silnik samochodu, kroki na kamieniach, pukanie. Dom nauczył się czekać razem z nimi. Hanna otworzyła granatowy zeszyt.
Pod pierwszym zdaniem napisała jedno imię.
JAKUB.
Patrzyła na litery długo, jakby samo zapisanie ich było wykroczeniem wobec nieobecnego człowieka. Potem poszła na górę.
W leśniczówce Jakub nie zapalił światła. Stał przy kuchennym oknie i patrzył przez drzewa na zatokę. Na wodzie kołysały się lampy łodzi przywiązanych do nabrzeża. Wszystkie były na swoich miejscach.
Hanna zapewne policzyła je wcześniej. W notesie, obok jej imienia, napisał jedno słowo:
ADAM.
Fotografia oficera nadal tkwiła mu pod powiekami. Mężczyzna przy framudze. Hanna patrząca na niego zamiast w obiektyw. Jakub zamknął notes i zgasił niedopałek lampy na stole. Morze uderzało o skały w tym samym rytmie, w jakim uderzało pięć lat wcześniej, kiedy Adam wyjeżdżał z domu Grega i Zofii.
Rozdział 3. Jedna łódź za mało
W kuchni Grega i Zofii paliła się przed świtem tylko mała lampa. Żółty krąg światła obejmował stół, piec i fragment kamiennej podłogi; reszta domu tonęła w chłodnym półmroku. Hanna była już ubrana. Granatowy zeszyt wsunęła pod płaszcz. Przy zginaniu prawego kolana ból ściągał jej usta, lecz poruszała się uparcie, z ostrożnością człowieka, który zna własne granice i nie lubi, kiedy ktoś wyznacza je za niego. Zofia stanęła przy drzwiach.
— Jeden dzień. Tylko jeden. Zostań w domu.
Hanna sięgnęła po klucz. Dłoń starszej kobiety przykryła go pierwsza. Przy stole Greg obejmował kubek zbożowej kawy; para osiadała mu na wąsach. Przez chwilę oceniał obie kobiety jak pogodę przed wyjściem w morze.
— Daj jej wyjść.
— Ledwo chodzi.
— I tak pójdzie.
— Wczoraj szła przez las jak obłąkana.
— Dziś pójdzie drogą.
Zofia zacisnęła szczękę.
— A gdy zamknę drzwi?
Greg przeniósł wzrok z Hanny na niewielkie okno nad zlewem.
— Będzie liczyła z okna. Później przez nie wyjdzie.
Zofia spojrzała na synową, czekając na poparcie. Hanna tylko wyciągnęła rękę. Klucz wrócił w jej palce. Otworzyła drzwi sama i zamknęła je spokojnie. Nigdy nimi nie trzaskała. Gwałtowne dźwięki wciąż przechodziły jej po plecach szybciej niż zimno.
Po sztormie kamienie Marren pociemniały od wody; od rynsztoków ciągnęły rybie wnętrzności i wodorosty wyrzucone aż pod progi domów. W rynsztokach płynęła brunatna woda. Na plaży leżała rozbita skrzynka, fragment sieci i martwa mewa z jednym skrzydłem rozłożonym ku morzu. Rybacy obchodzili ją bez uwagi, niosąc skrzynki i kanistry. Nad zatoką wisiała mgła, cienka i brudnoszara. Tego dnia miało wypłynąć osiem jednostek: „Grace”, „Martha”, „Saint Anne”, „Rosemary”, „Judith”, „Northern Star”, „Evelyn” i na końcu stara „Mercy” Owena Penrose’a, z poobijaną burtą oraz silnikiem, którego dźwięk znało pół wioski.
Przy „Mercy” pracował Daniel. Siedemnaście lat, za długie ręce, twarz wciąż chłopięca mimo ciemnego zarostu pod nosem. Tego dnia płynął z ojcem bez drugiego dorosłego. Niósł linę na ramieniu i udawał, że nie słyszy matki krzyczącej z nabrzeża, żeby włożył dodatkowy sweter. Hanna policzyła ich również. Nie ludzi. Łodzie. Przy czwartej jednostce dostrzegła Jakuba. Stał pod schodami z rękami w kieszeniach płaszcza. Siniak pod okiem zdążył zmienić kolor z fioletowego na żółtawy, lecz brew wciąż przecinał plaster. Nie podszedł. Po kilku sekundach Hanna wyjęła zeszyt.
NIE DOTYKAĆ
Jakub przeczytał z odległości. Skinął głową i wyjął własny notes. Dobrze. Ty decydujesz. Przesunęła wzrokiem po zdaniu dwa razy. Wsunęła zeszyt pod płaszcz. Stanął przy murku kilka kroków dalej. „Grace” ruszyła pierwsza. Potem „Martha”. Hanna stawiała na kartce krótkie kreski, po jednej dla każdej jednostki. Przy „Mercy” silnik zakaszlał, zamilkł i odezwał się ponownie. Daniel skoczył na pokład w ostatniej chwili. Owen zaklął na niego, lecz kiedy łódź oderwała się od brzegu, położył synowi dłoń na karku.
Ósma kreska.
— Teraz czekasz do wieczora?
Nie zrozumiała wszystkich słów. Pokazał słońce idące po niebie, potem łodzie wracające do zatoki. Skinęła.
— Codziennie?
Kolejne skinienie. Z jego twarzy zniknął ślad uśmiechu. Zrozumiał, że to nie zwyczaj spacerowy. Hanna sprawdzała rachunek, którego nikt inny nie prowadził.
Wieczorem morze przygasło pod warstwą chmur. Wiatr nie był silny, ale zrobił się zimny i mokry. Jedna po drugiej łodzie wracały do Marren, osiadały na piasku i oddawały ludzi oraz skrzynki. Od portu ciągnęło rybą.
Hanna kreśliła powroty.
Pierwsza. Druga. Trzecia.
Przy siódmej podniosła głowę. Czekała na dźwięk silnika „Mercy”. Znała go. Nierówny, twardy, z krótkim metalicznym stukiem przy zmianie obrotów. Nie przyszedł. Na plaży zaczęły się pytania. Najpierw spokojne. Kto widział Owena ostatni? Gdzie mieli łowić? Czy radio działało rano? Potem ktoś pobiegł do magazynu, ktoś pojechał po człowieka z radiostacją, dwóch rybaków zaczęło zrzucać skrzynki z „Northern Star”, przygotowując ją do ponownego wyjścia. Hanna stała przy murku z ósmą kreską niezamkniętą. Jakub pojawił się obok, ale nie za blisko.
— Hanna.
Wskazał na ciemniejące niebo, potem na jej płaszcz. Zrozumiała: zimno. Pokręciła głową. Owen i Daniel byli na morzu. Rachunek się nie zgadzał. W pierwszej godzinie poszukiwań ludzie mówili dużo. W drugiej mniej. Po trzeciej każde zdanie zaczynało brzmieć jak powtórzenie wcześniejszego. Ktoś widział światło dalej na zachód. Ktoś słyszał silnik. Ktoś był pewien, że „Mercy” schowała się w zatoce przy skałach. Nikt nie miał pewności.
Zegar na wieży wybijał kolejne godziny. Herbata w kubku Hanny wystygła, zanim zdążyła jej dotknąć. Wilgoć weszła pod płaszcz i przykleiła koszulę do pleców. Prawe kolano zaczęło pulsować zgodnie z sercem. Jakub siedział na skrzynce przy murku. Milczał; żadna obietnica nie mogła tego wieczoru oprzeć się faktom. Przed północą Zofia przyszła na plażę. Nie miała parasola. Chustka nasiąkła wodą, spódnica ciemniała od kolan w dół. Stanęła przed Hanną.
— Wracamy.
Hanna nie ruszyła się.
— Masz mokre ubranie do skóry. Tym staniem niczego nie zmienisz.
Hanna otworzyła granatowy zeszyt.
ONI MOGĄ WRÓCIĆ
Zofia przeczytała.
— Mogą.
ADAM TEŻ.
Starsza kobieta zamknęła oczy na sekundę. Deszcz osiadał na rzęsach.
— Adam jest gdzie indziej.
Hanna podniosła wzrok. W jej twarzy nie było pytania, tylko sprzeciw. Zofia usiadła na murku. Mokra spódnica przykleiła się do kolan.
— Pierwsze miesiące też przychodziłam na plażę — powiedziała. — Stałam przy magazynie, żeby nikt mnie nie widział. Człowiek wie, że syn był na wojskowym okręcie, a i tak patrzy na rybacki kuter i myśli: może wysiądzie. Głupie. Ale patrzyłam.
Hanna nie odwracała wzroku od morza.
— Potem zaczęłam bać się pukania do drzwi. Dwóch ludzi w mundurach, listonosz, sąsiad. Każdy mógł przynieść koniec. Przez jakiś czas bałam się nawet Grega wracającego za wcześnie, bo myślałam, że ktoś powiedział mu coś w porcie. W końcu przestali przychodzić. Wojsko napisało, co miało napisać. Ludzie uznali, co mieli uznać.
Zofia splótła dłonie między kolanami.
— Ty stoisz tutaj. Ja siedzę w domu. Tyle.
Hanna podała jej zeszyt.
TY TEŻ CZEKASZ. W DOMU
Litery drżały od wilgoci. Zofia przeczytała je dwa razy. Oddała zeszyt i usiadła odrobinę bliżej. Ramiona nadal się nie stykały. Została. Po drugiej nad ranem w ciemności pojawiło się światło. Punkt drżał nisko nad wodą, znikał za falą i wracał bliżej. Stary Trevelyan wszedł na skrzynkę i zasłonił oczy dłonią.
— „Mercy”.
Słowo przeszło po plaży szeptem. Nikt nie chciał powiedzieć go głośniej. Chwilę później usłyszeli silnik. Nierówny, metaliczny, co kilka sekund przygasający. Z ciemności wyszedł kadłub przechylony na lewą burtę; jedna lampa była rozbita. Ludzie ruszyli do wody. Owen stał przy sterze z twarzą białą od zimna. Daniel siedział przy rufie, dłoń miał owiniętą zakrwawionym płótnem. Na widok matki spróbował wstać i prawie się przewrócił.
Chłopak początkowo stał sztywno, kiedy kobieta dopadła do niego po kolana w wodzie. Potem schował twarz w jej mokrym ramieniu. Owen usiadł na skrzynce i zaczął drżeć, gdy przestał być potrzebny przy sterze. Ktoś podał mu kubek. Ktoś inny klepał go po plecach zbyt mocno. Śmiech i płacz mieszały się z sykiem mokrego silnika. Hanna otworzyła zeszyt na stronie z ośmioma znakami.
Ósma kreska została domknięta.
Wszystkie łodzie, które rano wypłynęły z Marren, ponownie stały na brzegu. Wokół niej rozlewała się ulga, lecz nie potrafiła jej przyjąć. Powrót „Mercy” otworzył coś, co przez pięć lat nauczyła się utrzymywać pod skórą. Owen i Daniel dostali tę chwilę, na którą ona nadal czekała. Matka mogła dotknąć twarzy syna, policzyć jego palce, poczuć na jego ubraniu ropę i sól. Hanna miała tylko pamięć o wodzie kolońskiej, metalu sprzączki i chłodzie na szybie. Odeszła od murku. Jakub ruszył za nią, ale zatrzymał się kilka kroków przed schodami.
— Hanna.
Odwróciła się. W oczach miała gniew, choć nie przeciwko niemu. Zeszyt otworzył się tak gwałtownie, że okładka uderzyła o dłoń. Litery wyszły poza linie.
DLACZEGO ONI WRACAJĄ?
Jakub nie znał odpowiedzi. Mógł napisać o szczęściu, awarii, pogodzie i przypadku. Żadne z tych słów nie wyjaśniało, dlaczego jeden człowiek wraca po kilku godzinach, a drugi znika na pięć lat. Sięgnął po ołówek, gdy Hanna mu go podała. Nie wiem. Oddał zeszyt. Pod jego odpowiedzią napisała:
ADAM NIE
Bez pytajnika. Jakub zostawił pocieszenie w spokoju. Nie wiedział, czy Adam może jeszcze wrócić, i nie miał prawa wyznaczać terminu cudzej żałoby. Pierwsza łza spłynęła po policzku Hanny. Starła ją rękawem tak mocno, że skóra poczerwieniała. Na plaży Zofia obejmowała Grega. Matka Daniela trzymała syna za twarz, jakby chciała sprawdzić, czy nie jest zrobiony z mgły. Owen nadal dygotał na skrzynce. Hanna pochyliła się nad zeszytem.
SAMOTNA.
Zamknęła go natychmiast, jakby zapisane słowo parzyło. Odeszła, a Jakub został przy schodach. Przy pierwszym domu Hanna zatrzymała się. Obejrzała przez ramię. Wciąż tam był, z rękami w kieszeniach, nieidący za nią. Wróciła kilka kroków. Gestami pokazała plażę, świt, potem jego. Zmarszczył brwi. Powtórzyła, tym razem wolniej. Jakub wyjął własny notes. Narysował słońce nad wodą i dwie postacie przy murku. Przy jednej postawił znak zapytania. Skinęła.
Pod rysunkiem napisał:
Przyjdę. Granatowy zeszyt wrócił pod płaszcz. Na piasku stała „Mercy”. Z rufy kapała woda, silnik jeszcze syczał od gorąca. Daniel był już w domu. Hanna ruszyła ulicą ku kamiennemu domowi Grega i Zofii. Za plecami miała osiem łodzi i morze, które tej nocy oddało wszystkich swoich ludzi z Marren. Jej człowieka nie było wśród nich.
Rozdział 4. Próg
Ranek po powrocie „Mercy” był blady i zimny. Mgła wisiała nad zatoką tak nisko, że falochron kończył się po kilkudziesięciu metrach, a dalej zaczynała się biała pustka. Z portu dochodził stuk skrzynek, kaszel silników i pojedyncze głosy. Ludzie pracowali ciszej niż zwykle. Noc siedziała im jeszcze w twarzach. Hanna stała przy kamiennym murku z granatowym zeszytem pod pachą. Metalową apteczkę trzymała przy udzie. Wiatr wciskał pod rękawy wilgotne zimno, a kolana bolały przy każdym przeniesieniu ciężaru.
Jakub zszedł ze schodów kilka minut później. Spał może dwie godziny. Pod językiem czuł gorzki smak zbyt mocnej herbaty, w mięśniach ciężar nieprzespanej nocy. Deski były mokre; stopa dwa razy ześlizgnęła mu się na zielonkawym nalocie. Hanna zauważyła go i przesunęła się o pół kroku, zostawiając miejsce przy murku.
— Dzień dobry.
Hanna otworzyła zeszyt na czystej stronie.
PRZYSZEDŁEŚ.
Jakub zapisał pod spodem: Powiedziałem, że przyjdę. Czytała dwa razy. Nie samą odpowiedź. Słowo „powiedziałem” miało dla niej ciężar, którego on jeszcze nie rozumiał. Na morze wychodziło tego dnia siedem łodzi. „Mercy” została na brzegu, podparta drewnianymi kozłami. W świetle poranka widać było pękniętą osłonę silnika i długie zadrapanie na lewej burcie. Hanna policzyła siedem. Podała Jakubowi apteczkę. Była czysta. Metal wyszorowano z błota, zamek nasmarowano. Na wierzchu leżała kartka wyrwana z granatowego zeszytu.
DZIĘKUJĘ
Niżej:
PRZEPRASZAM.
Jakub zatrzymał się przy drugim słowie.
— Nie za wszystko musisz przepraszać.
Nie zrozumiała. Wziął ołówek. Za kamień — trochę. Kącik jej ust drgnął.
Dopisał:
Ja też przepraszam. Dotknąłem cię bez pytania. Czytała wolniej. Palec przesunął się po słowie „dotknąłem”. Potem po „pytania”. Spojrzała na jego ręce. Jakub schował je do kieszeni płaszcza. Przez pewien czas stali przy murku bez potrzeby kończenia rozmowy. Morze było zasłonięte mgłą. Słychać je było wyraźniej, niż było widać: fale tarły o kamienie z chropawym szelestem, a gdzieś dalej boja odpowiadała pojedynczym metalicznym uderzeniem. Hanna wskazała schody.
— Dom?
Skinęła. Jakub uniósł brwi.
— Chcesz iść?
Kolejne skinienie. Nie ruszył pierwszy. Czekał, aż Hanna postawi stopę na najniższym stopniu. Dopiero potem wszedł za nią, zostawiając kilka metrów odległości. Na zakręcie przystanęła. Pamiętała błoto, krew, kamień, dłonie na własnym ciele. Drewniana poręcz była mokra i szorstka. Zacisnęła na niej palce, czując pod skórą stare otarcia. Jakub stanął niżej. Zamiast zapewnienia zostawił jej otwarte drzwi i własną obecność kilka kroków dalej. Hanna ruszyła dalej. Na ganku drzwi leśniczówki były otwarte. Jakub podparł je wcześniej kamieniem. Zatrzymała się na progu.
W środku czuć było drewno. Przy piecu trzymał się zimny popiół, na stole stygnęła herbata. Światło z dużych okien było łagodne, bez ostrych cieni. Z kuchni widziała sień, a z sieni zewnętrzne schody. Żadnych zamkniętych przejść. Jakub wszedł boczkiem, nie przecinając jej drogi.
— Herbata?
Narysował kubek w powietrzu. Skinęła. Przekroczyła próg sama. W pierwszej chwili nie zdjęła płaszcza. Usiadła na krześle najbliżej drzwi, z zeszytem na kolanach. Jakub napełnił czajnik. Metal zasyczał na płycie. Na stole kreślarskim leżał plan pensjonatu. Hanna patrzyła na niego dłużej niż na wnętrze domu.
— Pracuję — powiedział Jakub, wskazując siebie, ołówek i rysunek.
Podeszła bliżej. Plan przedstawiał parter: kuchnię, jadalnię, wąski korytarz, kilka pokoi, jedno główne wyjście. Hanna prowadziła palcem po liniach. Zatrzymała się przy końcu korytarza, potem spojrzała na prawą stronę budynku. Wzięła ołówek i dorysowała drzwi. Jakub przyjrzał się poprawce.
— Tutaj jest skarpa.
Nie zrozumiała. Naszkicował przekrój terenu i zaznaczył różnicę poziomów. Po krótkim namyśle przesunęła drzwi dalej, bliżej kuchni.
— Tam mogą być.
Napisał:
Możliwe.
Pod rysunkiem dopisała:
DWOJE DRZWI LEPSZE
— Bezpieczniejsze?
Skinęła głową. Jakub nie zapytał, przed czym. Czajnik zaczął szumieć. Wiatr poruszył gałęziami przy ścianie. Jedna uderzyła w skrzydło drzwi. Huk przeciął kuchnię. Ołówek wypadł Hannie z dłoni. Znieruchomiała. Palce zacisnęły się na krawędzi stołu, knykcie pobielały. Oddech stał się płytki i szybki. Zamknięte drzwi nagle nie były drzwiami leśniczówki. Były czymś innym: granicą, której ktoś kiedyś nie pozwolił jej przekroczyć. Jakub wstał, lecz nie podszedł. Obszedł stół szerokim łukiem, otworzył drzwi i podparł je ciężkim kamieniem. Potem wyszedł na ganek, zostawiając wolną drogę przez kuchnię i sień.
Chłód przenikał mu przez koszulę. Stał plecami do domu i patrzył na mokre drzewa. Z wnętrza dochodziło tykanie zegara i cichy szum czajnika. Hanna mogła wyjść, ominąć go i wrócić do Marren. Po kilku minutach usłyszał krok, potem drugi, ale nie wyszła. Stała w sieni przy otwartych drzwiach. Nacisnęła dłonią skrzydło, sprawdzając, czy kamień naprawdę je blokuje. Jakub pozostał na podwórzu, dopóki Hanna nie przywołała go gestem. Wskazał siebie, potem kuchnię. Skinęła. Wrócił do środka, ale zatrzymał się przy piecu. Dzieliła ich cała szerokość pomieszczenia. Hanna podniosła ołówek z podłogi.
DRZWI OTWARTE
— Tak.
Napisał:
Będą otwarte.
NIE LUBIĘ HUKU
Jakub zapisał odruchowo:
Rozumiem. Pokręciła głową. Odebrała mu ołówek.
NIE ROZUMIESZ
Przytaknął. Przekreślił własne zdanie i napisał: Nie rozumiem. Mogę pamiętać. Hanna przesunęła palcem po ostatnim słowie. Czajnik wygotował prawie połowę wody, zanim ktoś się nim zajął.
Herbata była mocna i gorzka. Jakub położył na stole chleb, ser, musztardę i słoik marynowanych cebulek. Hanna odsunęła cebulki jak coś niebezpiecznego.
— Nie lubisz?
Zmarszczyła nos. Jakub demonstracyjnie nabrał jedną na widelec.
— Doskonałe.
Wgryzł się. Ocet uderzył w nos tak mocno, że oczy zaszły mu wodą. Hanna natychmiast otworzyła granatowy zeszyt.
KŁAMIESZ.
Otarł oczy.
— Trochę.
Bezgłośny śmiech poruszył jej ramionami. Wszedł do kuchni łatwiej niż ona sama. Po jedzeniu wróciła do planu. Dorysowane drzwi nadal przecinały ścianę nośną. Jakub przesunął linijkę, przerysował fragment korytarza, skrócił spiżarnię. Pracował w ciszy, ale tym razem świadomość, że ktoś stoi za jego ramieniem, nie przeszkadzała. Hanna śledziła linię ołówka na planie.
ZOSTAWISZ?
— Tak.
Napisał:
Drzwi zostają. Przy wyjściu zauważyła chwiejny fragment poręczy. Nacisnęła drewno. Zaskrzypiało i odsunęło się od słupka o kilka milimetrów.
ZŁE.
— Wiem.
NAPRAW.
— Dzisiaj.
Uniósł rękę w stronę garażu.
Hanna zabrała ołówek i narysowała dwie postacie. Jedna trzymała młotek, druga deskę.
JUTRO.
— Ty?
Skinęła.
— Chcesz pomóc?
Odpowiedziała bez wahania.
JUTRO.
Jakub dopisał:
Dobrze. Założyła płaszcz i wyszła na ganek. Drzwi pozostawiła otwarte. Przy schodach odwróciła się raz, potem jeszcze raz przy pierwszym zakręcie. Kamień nadal tkwił przy progu. W kuchni został zapach mokrego płaszcza, dwa kubki i krzywo dorysowane drzwi na planie. Jakub usiadł przy stole kreślarskim. Dodatkowe wyjście oznaczało przesunięcie ściany, skrócenie spiżarni i tłumaczenie klientowi, że projekt stał się droższy, bo obca kobieta po jednym spojrzeniu zauważyła coś, czego architekt nie zobaczył. Przyłożył linijkę do kalki i zaczął liczyć.
Rozdział 5. Imiona
O siódmej rano na ganku uderzyła o kamień długa deska. Potem rozległ się metaliczny brzęk i ciężkie szuranie. Jakub odstawił kubek, odsunął plany i podszedł do drzwi. Na podwórzu stała Hanna w za dużym płaszczu Grega. Podwinęła rękawy tak wysoko, że odsłoniła gojące się otarcia na dłoniach. Pod pachą miała granatowy zeszyt, przy nodze płócienny worek. Z jego wnętrza wystawał trzonek młotka. Deska leżała na kamieniach, mokra od rosy i ciężka. Jej koniec był poobijany, jakby wcześniej należała do łodzi albo stodoły.
Hanna wysypała zawartość worka na ławę: gwoździe różnych długości, dwie zardzewiałe obejmy, kilka śrub i ciężki młotek z trzonkiem pociemniałym od dłoni.
GREG DAŁ
Jakub podniósł narzędzie. Ważyło prawie dwa razy tyle co jego.
— Tym można zabić fokę.
Nie zrozumiała. Wyjął notes i narysował fokę, młotek oraz człowieka z wytrzeszczonymi oczami. Foka przypominała ziemniak z wąsami. Hanna przyglądała się kilka sekund, po czym napisała:
TWÓJ ZA MAŁY
— To też Greg?
Skinęła.
ARCHITEKT MA OŁÓWEK
— Bardzo zabawne.
Przyjrzał się desce. Pęknięcie biegło niemal do połowy. Nacisnął drewno, szczelina otworzyła się z cichym trzaskiem i wypuściła zapach wilgotnej zgnilizny. Hanna zmarszczyła brwi.
GREG MÓWIŁ DOBRA
— Greg całe życie przybijał nowe deski do starych łodzi.
Narysował poobijaną łódź i łatę na burcie. Nad tonącą postacią Hanna dopisała:
JAKUB.
Ramiona poruszyły się od bezgłośnego śmiechu. Zeszli do schodów. Poręcz przy pierwszym zakręcie odchylała się od słupka. Drewno przy podstawie było miękkie i brunatne. Z rozpulchnionego wilgocią drewna szedł zapach grzyba; dłuto weszło niemal bez oporu. Hanna uklękła obok, paznokciem wydłubała kawałek zgniłego drewna, powąchała go i skrzywiła się.
— Widzisz? — Jakub pokazał miejsce cięcia. — Całość.
Nie rozumiała słów, więc narysował słupek, zaznaczył chorą część i przekreślił ją. Potem nowy kawałek drewna. Kiedy wrócił z garażu, gwoździe były już ułożone według długości, śruby osobno, wygięta obejma odsunięta na bok.
— Margaret byłaby z ciebie dumna.
Imię zwróciło uwagę Hanny. Jakub zapisał: Margaret. Pracuje ze mną.
Dodał:
Piotr. Też pracuje. Dużo mówi. Hanna podkreśliła „dużo”.
JAK ZOFIA?
Jakub parsknął.
— Gorzej. Piotr nie robi przerw na oddychanie.
Narysował człowieka z otwartymi ustami i strumieniem słów. Hanna dopisała obok:
ZOFIA WYGRYWA
Nowy słupek wszedł na miejsce ciasno. Żeby go ustawić, musieli pracować z dwóch stron poręczy. Jakub wskazywał, gdzie przytrzymać deskę, Hanna odpowiadała skinieniem. Za każdym razem, kiedy musiał przejść bliżej, czekał, aż odsunie ręce albo pokaże, że może. Po pewnym czasie ostrożność przestała wyglądać jak przedstawienie. Stała się rytmem pracy. Hanna uniosła ciężki młotek. Pierwsze uderzenie minęło gwóźdź o kilka milimetrów i zostawiło półksiężyc w drewnie. Jakub skrzywił się teatralnie.
— Greg powiedział, że umiesz?
Jej twarz stężała. Przy drugiej próbie trafiła w główkę gwoździa. Po trzecim uderzeniu metal wszedł do połowy, a kolejne brzmiały coraz pewniej. Uderzenia niosły się po zboczu; z każdą chwilą mniej przypominały huk, bardziej pracę — dźwięk, nad którym miała kontrolę. Kiedy skończyła, Jakub uniósł kciuk.
— Greg wygrał.
Zapisał:
Jego młotek lepszy. Odpowiedź przyszła od razu:
GREG ZAWSZE MA RACJĘ. GDY ZOFIA NIE SŁYSZY.
Śmiech Jakuba poleciał w dół schodów. Na plaży dwóch rybaków podniosło głowy. Jeden szturchnął drugiego i obaj spojrzeli ku zboczu. Hanna zauważyła ich wzrok. Uśmiech zgasł tak szybko, jak się pojawił. Usiadła na stopniu. Młotek położyła przy nodze. Otworzyła zeszyt na kolanie.
ZAWSZE PATRZĄ
Dopisała:
MYŚLĄ, ŻE NIE SŁYSZĘ
Jakub wskazał ludzi na dole, potem własne ucho.
— Co mówią?
Ołówek długo nie dotykał papieru.
MÓWIĄ, ŻE JESTEM DZIWNA
Kolejne słowa były mniejsze.
ŻE ADAM NIE WRÓCI.
Niżej:
ŻE POWINNAM ODEJŚĆ OD MORZA
Z wysokości schodów zatoka wyglądała spokojnie. Na brzegu schły sieci, a z otwartego magazynu ciągnęło rybą. Słońce przebiło się przez chmury i na kilka minut położyło na wodzie srebrną smugę. Dla człowieka z zewnątrz było tu niemal pięknie. Dla Hanny każdy powrót miał ostrą krawędź. Jakub narysował wojskowy okręt, zupełnie niepodobny do kutrów na plaży. Adam? Skinęła.
Dopisała obok postaci:
OFICER ROYAL NAVY
A pod spodem, mocniej:
NIE RYBAK.
Jakub przytaknął. Wiem. Zapytał o nazwę okrętu rysunkiem. Hanna pokręciła głową.
TAJNA MISJA. NIE POWIEDZIAŁ DOKĄD.
Ołówek zatrzymał się. Przez moment słyszała tylko skrzypienie sieci na dole i odległy krzyk mewy. Potem napisała dwa zdania:
MÓWIŁ: WRÓCĘ
MÓWIŁ: CZEKAJ
Jakub patrzył na słowa. Wiedział, jak łatwo je wypowiedzieć przy drzwiach, z torbą w ręku, kiedy człowiek wierzy, że wyjazd potrwa kilka tygodni albo miesięcy. Pięć lat później obietnica i prośba zmieniły się w coś podobnego do rozkazu. Adam zniknął, a polecenie zostało. Nie napisał tego. Wrócili do pracy. Nowy słupek umocowali czterema gwoździami i metalową obejmą. Przy wymianie poziomej deski ruchy Hanny stopniowo zwalniały. Skóra na dłoniach była świeża, różowa, miejscami pękała pod naciskiem drewna. Kilka razy otarła palce o nogawki.
— Dosyć.
Pokręciła głową, a Jakub wskazał jej dłonie. BOLĄ — napisał. Wzruszyła ramionami i odebrała ołówek.
MOGĘ.
Zabrał młotek, zanim po niego sięgnęła.
Na kartce napisał:
Schody jutro też tu będą. Przeczytała. Wypuściła powietrze nosem, zirytowana, ale usiadła na stopniu. Kiedy zaczął zbierać narzędzia, podała mu gwoździe bez dalszego sprzeciwu. Jeden utkwił w szczelinie pomiędzy deskami. Oboje pochylili się po niego i ich palce dotarły do metalu jednocześnie. Jakub cofnął rękę. Hanna została. Podniosła gwóźdź i potrzymała go chwilę. Potem położyła na jego otwartej dłoni. Opuszki przesunęły się po skórze przy kciuku. Kontakt był krótki. Bez czułości, bez obietnicy. Sprawdzenie. Dłoń Jakuba pozostała otwarta, dopóki sama nie zabrała palców. Gwóźdź trafił do pudełka.
W kuchni Hanna podparła drzwi kamieniem bez przypominania. Płaszcz powiesiła na krześle przy sieni, ale tym razem nie wybrała miejsca najbliżej wyjścia. Usiadła bliżej stołu kreślarskiego.
Jakub otworzył drzwiczki pieca, żeby dołożyć drewna. Powietrze zassało płomień i ogień wysunął się na moment poza żeliwną krawędź. Krzesło Hanny cofnęło się gwałtownie. Palce dotknęły szyi, tuż pod kołnierzem. Jakub natychmiast zamknął drzwiczki.
— Za dużo drewna — powiedział spokojnie.
Pytanie zatrzymał dla siebie. Hanna patrzyła na piec, potem na otwarte drzwi prowadzące na ganek. Oddech zwolnił dopiero po chwili. Na stole leżał poprawiony plan pensjonatu. Dodatkowe wyjście miało już prawdziwe miejsce. Jakub przesunął spiżarnię, zmienił fragment ściany i wyprowadził korytarz tak, by drzwi prowadziły na bezpieczny poziom terenu. Hanna poprowadziła palcem po nowych liniach.
ZROBIŁEŚ.
— Tak.
DLACZEGO?
— Bo miałaś rację.
Przyjrzała się planowi ponownie.
KLIENT WIE?
Jakub odchrząknął.
— Jeszcze nie.
Jej mina wystarczyła za komentarz.
KTO PŁACI?
— Klient.
Narysował mężczyznę trzymającego portfel i twarz pełną cierpienia.
Hanna napisała:
BĘDZIE ZŁY.
— Bardzo.
Chleb, ser i musztarda znalazły się na stole. Słoik cebulek Jakub demonstracyjnie odsunął na drugi koniec blatu. Hanna rozsmarowała musztardę na jego kromce grubą warstwą. Zbyt grubą. Zmrużył oczy.
— To zemsta za projekt?
Nie odpowiedziała. Zjadł. Musztarda uderzyła w nos i oczy. Sięgnęła po granatowy zeszyt.
KŁAMIESZ, ŻE DOBRE
Jakub otarł łzę spod zdrowego oka.
— Trochę.
Ramiona Hanny znów poruszyły się od śmiechu. Spoważniała. Na marginesie planu, między wymiarem okna a grubością ściany, napisała:
JAKUB.
Wskazała na niego.
— Tak.
Niżej:
HANNA.
Wskazała na siebie.
— Wiem.
Dopisała:
ADAM.
Ołówek zawisł. Nie wskazała morza. Dotknęła palcem własnej piersi, potem pustego miejsca po drugiej stronie stołu. Trzy imiona stały jedno pod drugim. Nie próbował nadać im znaczenia. Za wcześnie było na znaczenia. Hanna zamknęła zeszyt, wstała i założyła płaszcz. Przy drzwiach sprawdziła kamień stopą. Otwierały się bez oporu. Zanim wyszła, położyła dłoń na nowym słupku poręczy. Nacisnęła. Drewno nie drgnęło. Uniósł kciuk. Odpowiedziała tym samym gestem. Zeszła ku zatoce. Jakub został na ganku. Na dłoni czuł jeszcze miejsce, w którym opuszki Hanny dotknęły skóry, choć kontakt trwał ledwie sekundę.
Na dole rozległ się kaszel pierwszego popołudniowego silnika. Hanna zatrzymała się przy murku i zaczęła liczyć.
Rozdział 6. Dom z wieloma drzwiami
Przez dwa dni po naprawie poręczy Hanna nie przyszła do leśniczówki. Nie zniknęła jednak z zatoki. Przed świtem stała przy kamiennym murku jak zawsze, z granatowym zeszytem pod płaszczem i dłonią liczącą kolejne silniki. Wieczorem wracała na to samo miejsce, gdy łodzie wynurzały się zza falochronu ciężkie od ryb, wody i całodziennego chłodu. Ostatnia kreska znikała pod ołówkiem, zeszyt się zamykał i Hanna odchodziła do domu Grega i Zofii.
Jakub widywał ją z góry albo przy schodach. Dostawał czasem krótkie skinienie. Raz na marginesie zeszytu pojawiło się ZIMNO, innym razem JUTRO DESZCZ. Trzeciego ranka narysowała mu mewę tak źle, że przypominała rozgniecioną rękawiczkę, po czym wskazała ptaka próbującego wyrwać rybę z wiadra Owena. Jakub roześmiał się, Hanna uniosła brew i poszła w stronę portu.
Pierwszego dnia jej nieobecność w domu przyjął bez większego wysiłku. Miał pracę, telefon z Plymouth i zaległy kosztorys. Drugiego wieczorem rozłożył na stole rzuty pensjonatu Bella, przesunął popielniczkę, choć nie palił, ustawił lampę bliżej kalki i przez pół godziny prowadził linijkę między tymi samymi dwiema ścianami. Dom pracował wokół niego. Wiatr wciskał się pod dach, mokra gałąź skrobała o balustradę, a na schodach co jakiś czas odzywała się deska. Za każdym razem podnosił głowę.
Po czwartym takim ruchu poczuł irytację. Głównie na siebie. Przez lata potrafił wracać do pustego mieszkania i zauważać ciszę dopiero przy zdejmowaniu butów. Teraz rozpoznawał krok, którego jeszcze nie było. W Plymouth nie miał czasu długo się nad tym zastanawiać. Arthur Bell, właściciel pensjonatu pod Falmouth, wszedł do pracowni kilka minut po dziewiątej, przynosząc deszcz i fajkowy tytoń; pretensję miał gotową wcześniej niż powitanie. Mokry kapelusz rzucił na stół Margaret. Filc zostawił na kalce ciemny półksiężyc.
— Co to jest?
Palec zatrzymał dokładnie na nowych drzwiach. Jakub wysunął rysunek spod kapelusza i odłożył nakrycie głowy na parapet.
— Drugie wyjście z parteru.
— Wiem, jak wyglądają drzwi. Pytam, po co mi one tutaj.
Przy oknie Piotr odwrócił się plecami. W szybie było jednak widać, że się uśmiecha. Margaret pochyliła głowę nad kosztorysem, ale ołówek znieruchomiał w jej palcach.
— Korytarz ma ponad osiemnaście metrów — powiedział Jakub. — Przy pełnym obłożeniu wolę drugi kierunek wyjścia. Zwłaszcza nocą.
— W zeszłym tygodniu pan go nie potrzebował.
— W zeszłym tygodniu projekt był gorszy.
Bell otworzył teczkę z rachunkami.
— Gorszy czy tańszy?
— Jedno nie wyklucza drugiego.
— Ściana, drzwi, schodek, daszek, instalacja przy wyjściu. — Bell liczył na palcach. — To wszystko kosztuje. Ja nie buduję schronu przeciwlotniczego. Ludzie mają tu spać, jeść jajka i patrzeć na morze.
— Jeżeli kiedyś będą musieli wyjść w pośpiechu, będą wdzięczni za drugie drzwi.
— A jeżeli nigdy nie będą musieli?
Jakub przesunął kalkę tak, by zobaczyć cały parter. Jeszcze kilka dni wcześniej narysowałby ten budynek inaczej i nie miałby poczucia, że czegoś w nim brakuje. Teraz dostrzegał korytarz jak zamkniętą rurę. Jedno wejście na końcu. Okna, których w nocy człowiek mógł nie znaleźć. Krzesło postawione w złym miejscu. Drzwi zatrzaśnięte przez przeciąg.
— Wtedy pan straci pieniądze na drzwi — odpowiedział. — I będzie to najlepszy możliwy wynik.
Bell długo nic nie mówił.
— Coś panu ostatnio jest.
— Zawsze mi coś jest.
— Nie. Ostatnio jest panu drożej.
Piotr zakaszlał w dłoń. Margaret wróciła do pisania. Bell zamknął teczkę.
— Zostają, jeżeli znajdzie pan oszczędność gdzie indziej.
— Znajdę.
— Nie w mojej sypialni.
— Nie planowałem.
Klient zabrał kapelusz. Z mokrego filcu spadła na parapet kropla, potem druga. Kiedy drzwi pracowni się zamknęły, Piotr odwrócił się od okna.
— Ta kobieta z plaży projektuje już z tobą hotele?
Jakub złożył kalkę.
— Nie.
— Oczywiście.
— Zwróciła uwagę na rzecz, której nie zauważyłem.
— I od razu przesuwasz ścianę klientowi.
— Od tego jestem.
Piotr podszedł bliżej i oparł dłonie o stół. Pachniał kawą.
— Od przesuwania ścian czy od słuchania?
Jakub podniósł wzrok.
— Jedno i drugie byłoby niezłym początkiem.
Piotr nie żartował tym razem.
— Uważaj tylko, żebyś znowu nie uznał, że skoro coś zrozumiałeś, to już wiesz wszystko.
W pracowni odezwał się telefon. Margaret podniosła słuchawkę, a rozmowa skończyła się bez odpowiedzi.
Po południu Jakub wrócił do Marren później niż planował. Deszcz ustał, lecz wszystko było nim nasiąknięte. Kamienie przy drodze miały kolor starego żelaza. Z rowów podnosił się zapach mokrej ziemi. Zszedł na plażę jeszcze przed powrotem łodzi.
Hanna stała przy murku. Granatowy zeszyt leżał otwarty na kamieniu. Siedem pionowych kresek. Ósma miała dopiero wrócić.
— Bell zapłaci za drzwi — powiedział Jakub.
Wyjął własny notes i narysował człowieka z ogromnym portfelem, z którego wypadały monety, a obok drzwi większe od niego. Hanna pochyliła się nad rysunkiem, po czym napisała:
BIEDNY.
— Bardzo. Prawdopodobnie umrze z głodu.
Dopisała:
PRZEZ CIEBIE
— Przez ciebie.
Ołówek zatrzymał się. Hanna uniosła głowę. Jakub wskazał na nią, potem na siebie i na papier.
— Pomysł był twój.
Na stronie pojawiło się:
TY RYSUJESZ
— Czyli odpowiedzialność architekta. Słusznie.
Z portu dobiegł trzask skrzynki. Hanna drgnęła nieznacznie. Nie tyle od samego dźwięku, ile od jego nagłości. Przez moment ramiona ustawiły się wyżej, ciało przygotowało się do uderzenia, które nie nadeszło. Po kilku sekundach wróciła wzrokiem do zeszytu. Jakub nie powiedział nic.
Szli później wzdłuż nabrzeża, gdy pierwsze łodzie pojawiały się za falochronem. Przy magazynie dwóch ludzi niosło szeroką ławę. Musieli ją postawić w przejściu, żeby przepuścić wózek z sieciami. Hanna weszła między ścianę a ławę i zatrzymała się nagle. Z lewej strony drewno, z prawej mokry mur, przed nią plecy człowieka z wózkiem. Przejście miało może półtora metra, ale w jej oczach zwęziło się gwałtownie. Ręka z zeszytem opadła. Drugą przycisnęła do szyi. Jakub był dwa kroki za nią.
— Hanna.
Cofnął się i odsunął własne ciało z drogi, zostawiając Hannie wolne przejście.
— Możesz wrócić.
Mężczyzna przy ławie spojrzał przez ramię.
— Zaraz zabieramy.
Hanna próbowała zrobić krok w tył. Obcas zahaczył o kamień. Otworzyła usta, ale z gardła wyszło tylko powietrze. Palce zacisnęły się na okładce tak mocno, że zgięły jej róg. Jakub wskazał miejsce, z którego przyszli. Wolne. Szerokie. Bez ludzi. Cofnęła się tam sama. Dopiero gdy znalazła się na otwartej przestrzeni, oparła dłonie o mur. Oddech nie chciał zwolnić. Drżały jej palce i mięśnie przedramion. Morze biło o kamienie kilka metrów dalej, ciężko, z mokrym mlaskiem, a zapach smoły z sieci nagle stał się nieznośnie mocny.
Jakub został przy przeciwnej krawędzi nabrzeża.
— Nie musimy iść dalej.
Hanna otworzyła zeszyt. Pierwsza litera wyszła krzywo.
GŁUPIE.
— Co?
JA.
Jakub przeczytał. Zmarszczył brwi.
— Nie.
Napisała mocniej:
RĘCE NIE SŁUCHAJĄ
Dłoń trzymająca ołówek nadal drżała. Hanna patrzyła na własne palce z wściekłością, bezsilna wobec drżenia.
— Zostawimy przejście — powiedział.
Pokręciła głową, zirytowana prostotą odpowiedzi.
TO GŁUPIE
— Krzesło było głupio postawione. Ława też. Ty stoisz tutaj i oddychasz.
Spojrzała na niego ostro. Nie chciała pocieszenia. Chciała odpowiedzi, dlaczego własne ciało potrafiło odebrać jej decyzję szybciej niż człowiek. Jakub wyciągnął dłoń po ołówek i zaczekał. Kiedy mu go podała, napisał pod jej słowami:
JA TEŻ POWIEDZIAŁEM GŁUPIO.
Hanna przeczytała.
TAK.
Po chwili dopisała:
BARDZO.
— Dziękuję.
Usiedli na zimnym murku, zostawiając między sobą tyle miejsca, żeby żadne nie musiało się przesuwać. Kamień ciągnął chłód przez ubranie. Przy odpływie spod nabrzeża wyszedł pas czarnego piasku, oblepiony wodorostami i kawałkami muszli. Owen i Daniel przenosili skrzynki z „Mercy”. Chłopak odrzucił głowę ze śmiechem, kiedy ojciec powiedział coś, czego z tej odległości nie dało się usłyszeć. Bandaż z dłoni Daniela zniknął. Został tylko jaśniejszy pas skóry przy nadgarstku. Długo nie pisała.
Potem napisała:
NARYSUJ MI DOM
— Jaki?
DUŻY.
— To bardzo precyzyjne zlecenie.
DUŻO DRZWI.
Jakub oparł zeszyt na murku. Narysował prostokąt, dach i sześć absurdalnie wielkich drzwi w jednej ścianie. Były tak ciasno, że nie zostało miejsca na okna. Hanna prychnęła bezgłośnie.
GŁUPI.
— Klient zawsze ma rację.
Odebrała ołówek. Jej rysunek powstawał wolniej. Drżenie rąk jeszcze nie zniknęło, więc pierwszą linię poprawiła dwa razy. Potem ruch stał się pewniejszy. Szeroki hall. Dwa boczne skrzydła. Schody. Wejścia po obu stronach. Wewnętrzny dziedziniec. Przy głównych drzwiach dwie małe budki. Wysokie, wąskie okna. Jakub przestał żartować. To nie był dziecięcy szkic domu. Hanna pamiętała przestrzeń. Wiedziała, gdzie zaczynał się korytarz, którędy biegły schody, z której strony znajdowało się drugie wyjście. Jej palec zatrzymał się przy bocznych drzwiach.
— Znasz ten dom?
Ołówek zawisł. Skinęła.
DOM PRZED
— Przed Marren?
TAK.
Niżej napisała tylko:
TATA.
Zamknęła zeszyt. Jakub nie zapytał, gdzie stał dom, kim był jej ojciec ani dlaczego w pamięci zostało tyle drzwi. Za falochronem pojawiła się „Mercy”. Silnik niósł się po wodzie niskim, równym dudnieniem. Hanna otworzyła zeszyt jeszcze raz i przecięła ósmą kreskę. Pod nimi morze dawało sól i diesel; przy odpływie najmocniej ciągnęły gnijące wodorosty. Dom z wieloma drzwiami został na papierze między ich łokciami.
Rozdział 7. Zdjęcie z ambasady
Deszcz zaczął się w nocy. Do świtu znalazł drogę przez dach nad składzikiem Grega i kapał do metalowej miski ustawionej na skrzyni. Każda kropla uderzała w blachę z tą samą irytującą regularnością. Plink. Cisza. Plink. Po godzinie człowiek zaczynał czekać na kolejny dźwięk bardziej niż na sen. Zofia przenosiła słoiki, koce i pudełka na suchą stronę pomieszczenia, narzekając jednocześnie na dach, pogodę, Grega i trzydzieści lat jego prowizorycznych napraw.
— Gdybyś raz zrobił coś porządnie…
— Zrobiłem ciebie — odpowiedział Greg z drabiny.
Zofia uniosła głowę.
— Zejdź, zanim zostanę wdową z własnej winy.
— Wtedy będziesz miała spokój.
— Nie licz na to.
Na twarzy Grega pojawił się cień uśmiechu. Mokrą szmatę wetknął pod dachówkę i przesunął wiadro, jakby w ten sposób można było wygrać z Kornwalią. Hanna przestała ich słuchać przy otwartej skrzyni. Z wnętrza uderzył kwaśny zaduch pleśni. Pod kocem leżała skórzana walizka, ciemna, popękana przy zawiasach. Kciuk odnalazł nierówność na rogu, powstałą jeszcze przed Anglią, i mosiężny zamek wymagający zawsze dwóch naciśnięć. Palce pamiętały tę drobną wadę lepiej niż wiele twarzy.
Walizka przyjechała z nią do Anglii. Była jeszcze druga, mniejsza. Zniknęła podczas jednej z przeprowadzek, razem z kilkoma sukniami i książkami, których tytułów nie potrafiła już odtworzyć. Z roku na rok potrzebowała mniej miejsca na rzeczy ocalone z poprzedniego życia. Część zmieściła się w szafie, część w szufladzie, reszta została tutaj, pomiędzy narzędziami Grega a kocami pachnącymi morzem. Zamek puścił przy drugim naciśnięciu.
Na wierzchu leżała miękka teczka z dokumentami, niżej jedwabna chusta, para rękawiczek matki, mała srebrna puderniczka i fotografie. Papier był zimny. Na rogu jednej z kopert ciemniała wilgotna plama, która przez noc zdążyła przejść na dwie następne. Hanna usiadła na podłodze.
Pierwsze zdjęcie znała na pamięć. Rodzice przy stole na tarasie. Ojciec bez marynarki, z podwiniętymi rękawami. Matka zasłaniała dłonią oczy przed słońcem. W tle rosło drzewo, którego angielskiej nazwy nigdy się nie nauczyła. Fotografia zachowała ciepło dnia, którego ona nie potrafiła już przywołać w ciele. Pamiętała kolor stołu, lecz nie temperaturę powietrza. Ułożenie ust matki, lecz nie brzmienie śmiechu.
Drugie zdjęcie było oficjalne. Wielki hall, wysokie okna, flagi. Ojciec w ciemnym garniturze stał pośród kilku mężczyzn patrzących prosto w obiektyw. Matka miała jasną suknię i rękawiczki do łokci. Hanna, młodsza o kilka lat, stała przy schodach z miną człowieka, któremu ktoś kazał być gdzie indziej, niż chciał. Na odwrocie widniała data i nazwa miasta. Atrament rozlał się dawno temu, ale zapis nadal dawał się odczytać. Pod spodem ktoś inną ręką dopisał nazwę ambasady. Hanna przesunęła paznokciem po literach. Papier ugiął się lekko.
Zofia weszła z naręczem ręczników. Na widok otwartej walizki zatrzymała się przed progiem.
— Myślałam, że Greg wyniósł ją wyżej.
Hanna dotknęła mokrej koperty.
— Wezmę rzeczy do kuchni — powiedziała Zofia. — Tu wszystko nasiąknie.
Dłoń Hanny zacisnęła się na fotografii. Zofia zauważyła ruch. Jeszcze kilka tygodni wcześniej wyciągnęłaby ręce i zabrała papiery, kierowana najlepszą intencją. Tym razem powstrzymała się w połowie.
— Dobrze. Sama.
Odłożyła ręczniki na skrzynię. Przesunęła tylko miskę pod nową kroplę i wyszła. W kuchni fotografie przykleiły się do ceraty. Hanna rozłożyła je tak, żeby brzegi się nie stykały. Rękawiczki matki pachniały już wyłącznie starą skórą. Jedwabna chusta zostawiła na palcach chłodny, śliski dotyk. Puderniczka stawiała opór; zatrzask sczerniał i pod paznokciem zebrał się metaliczny pył. Kiedy wieczko wreszcie odskoczyło, uniósł się słaby, suchy zapach fiołków. Hanna znieruchomiała.
Najpierw nic nie zobaczyła. Zapach wszedł głębiej niż obraz. Skóra matczynej rękawiczki pod policzkiem. Ciepło dłoni przy karku. Potem pył pod paznokciami i dym osiadający na języku gorzką warstwą. Hall ze zdjęcia stracił światło. Alarm przeciął przestrzeń krótkimi seriami. Ktoś biegł po kamiennej posadzce; obcas poślizgnął się i uderzył twardo. Z ciemności przyszły głosy, za szybkie, by rozumieć słowa. Matka złapała Hannę za ramię. Palce zacisnęły się mocno, boleśnie. Pchnęła ją ku bocznym drzwiom. Klatka piersiowa Hanny ścisnęła się tak gwałtownie, że przez chwilę nie mogła nabrać pełnego oddechu.
Strzały były krótkie, suche. Pierwszy odebrał oddech. Drugi sprawił, że świat stał się wąski i biały przy krawędziach. Ktoś krzyczał jej imię. A może krzyczała matka. Pamięć nie chciała ułożyć twarzy, tylko dźwięk. Srebrne pudełko wypadło z dłoni. Uderzyło o stół. Wyschnięty puder rozsypał się na ceracie różowym pyłem.
— Hanna?
Zofia stała przy piecu. Nie podeszła. To kosztowało ją wysiłek; widać było po napięciu ramion i dłoni zaciśniętej na ścierce. Hanna patrzyła na puder. Jej własne palce były daleko, zbyt daleko, choć leżały przy brzegu stołu. Spróbowała nimi poruszyć. Najpierw jednym, potem drugim. Drewno pod przedramieniem było twarde. Cerata lepka od wilgoci. Od pieca dochodził zwykły dym z mokrego drewna. Za oknem deszcz bił w szybę. W Marren. W kuchni Grega i Zofii. Zofia położyła ścierkę na blacie.
— Jestem tutaj.
Hanna zamknęła oczy. Słowa nie usuwały pamięci, ale należały do teraźniejszości. Po kilku minutach oddech zaczął schodzić niżej. Drżenie nie ustąpiło. Zmieniło tylko miejsce: z barków przeszło do dłoni. Zofia wskazała czajnik.
— Herbata?
Hanna pokręciła głową.
— Dobrze.
Starsza kobieta odwróciła się do pieca i zaczęła mieszać coś w garnku, choć nic nie wymagało mieszania. Dała jej tyle prywatności, ile można było dać człowiekowi siedzącemu trzy metry dalej. Hanna zebrała rozsypany puder kartką. Nie wyrzuciła go. Wsypała pył z powrotem do srebrnego pudełka, razem z okruszkami kurzu i jednym włóknem z ceraty. Dopiero potem sięgnęła po fotografię z ambasady.
Wieczorem deszcz osłabł. Nad zatoką wisiała niska mgła, a morze miało kolor ołowiu. Jakub stał przy schodach, kiedy Hanna przyszła liczyć powroty. Zauważył fotografię wystającą z jej zeszytu, ale nie zapytał.
Siódma łódź weszła do portu przed piątą. Ósma była jeszcze za falochronem.
Hanna wyjęła zdjęcie i położyła na murku. Jakub przyjrzał się bez dotykania. Na fotografii młoda Hanna była niemal nierozpoznawalna. Włosy spięte, jasna sukienka, plecy proste, twarz twarda z irytacji. Za nią schody i wysokie drzwi.
— Ten dom?
Skinęła.
— Ten, który narysowałaś?
TAK.
— Ambasada?
TAK.
Palec Hanny dotknął mężczyzny w garniturze.
TATA.
Potem kobiety w jasnej sukni.
MAMA.
Jakub przyjrzał się jej twarzy. Nie było w niej prośby o dalsze pytania.
— Zofia widziała?
TAK.
Po chwili Hanna dopisała:
ONA WIE. NIE WIE ŻE TOBIE.
Jakub przeczytał jeszcze raz.
— Rozumiem.
Hanna pokręciła głową. Przypomniał sobie ich pierwszą rozmowę przy otwartych drzwiach i poprawił się bez uśmiechu.
— Dobrze. Nie rozumiem. Będę pamiętał.
Lekko skinęła. Ósma łódź pojawiła się za falochronem. Hanna przecięła kreskę, schowała fotografię pomiędzy kartki i poszła do domu. Zofia przygotowała na kolację ziemniaki i smażoną rybę. Na tłuszczu smażyła się cebula, szyby zaparowały od garnka. Greg jadł szybko, bo przez pół dnia stał na drabinie i twierdził, że praca na wysokości podwaja apetyt. Zofia powiedziała, że na tej konkretnej wysokości podwaja jedynie głupotę. Hanna siedziała ciszej niż zwykle.
Gdy zaczęło ciemnieć, Zofia wstała od stołu i zapaliła lampę w sieni. Zrobiła to bez spojrzenia na zegarek, jak odruch wypracowany przez lata.
— Idziesz liczyć? — zapytała, choć wiedziała, że już liczyła.
Hanna pokazała zeszyt.
— Pada.
Wzruszyła ramionami.
— Weź drugi szalik.
Po chwili Zofia wyjęła go z szuflady i położyła na krześle, zamiast owijać nim Hannę jak dawniej. Hanna wzięła go sama. Kiedy drzwi się zamknęły, Zofia poszła do kuchni. Na ceracie została różowa smuga pudru, niedokładnie starta przy szwie. Srebrne pudełko leżało krzywo obok fotografii rodziców. Dotknęła wieczka opuszkami. Nie otworzyła. Przez dłuższą chwilę patrzyła w stronę sieni, gdzie paliła się lampa dla człowieka, którego od pięciu lat nie było.
Rozdział 8. Głos
W sobotę Marren napełniło się ludźmi z Truro. Przyjechali dwoma samochodami, zbyt czystymi jak na drogę prowadzącą ku portowi. Dwie kobiety, dwóch mężczyzn i chłopiec w czerwonym swetrze zatrzymali się przy murku, gdzie Hanna zapisywała kolejną kreskę. Chłopiec patrzył bez skrępowania.
— Co pani robi?
Hanna wskazała łodzie.
— Liczy? — zapytał.
Skinęła. Jedna z kobiet uśmiechnęła się przepraszająco i pociągnęła dziecko za rękaw. Chłopiec wyrwał rękę, bardziej zaciekawiony niż niegrzeczny.
— A czemu pani nic nie mówi?
Palce Hanny zatrzymały się na ołówku. Matka chłopca zaczerwieniła się.
— Michael.
Hanna spojrzała na dziecko. W jego twarzy nie było litości, tylko ciekawość. Otworzyła zeszyt i napisała dużymi literami:
NIE MOGĘ
Chłopiec przeczytał powoli.
— Nigdy?
Pokręciła głową.
— To głupio.
— Michael!
Hanna uniosła kącik ust. Pod jego pytaniem napisała:
TAK.
Chłopiec przyjął odpowiedź z powagą, której nie mieli dorośli. Jeden z mężczyzn rozłożył mapę.
— Przepraszam, stary lighthouse? Latarnia? Tędy?
Hanna spojrzała na mapę, potem wskazała drogę w górę wsi i narysowała na marginesie dwa zakręty. Pod spodem napisała:
DWADZIEŚCIA MINUT
Mężczyzna przeczytał, a potem uśmiechnął się szeroko i pochylił ku niej.
— DZIĘ-KU-JĘ
Każdą sylabę wypowiedział głośno, przesadnie, jak do człowieka stojącego po drugiej stronie ulicy. Owen Penrose, który ciągnął skrzynkę po mokrym bruku, zatrzymał się.
— Ona słyszy.
Mężczyzna wyprostował się.
— Myślałem…
— No to się pan pomylił.
Słowa Owena miały tyle zwykłej pewności, że turysta zarumienił się bardziej niż po krzyku.
— Przepraszam.
Hanna wzruszyła ramionami. Kiedy chłopiec pomachał jej na pożegnanie, odpowiedziała. Owen przesunął skrzynkę dalej.
— Zimą jest lepiej — rzucił. — Mniej ludzi ma pomysły.
Hanna pokazała mu uniesiony kciuk. Piekarnia pani Hodge była tego ranka pełna. W środku panowało ciężkie, przyjemne ciepło. Szyby zachodziły parą. Pachniało świeżym chlebem. Hanna stanęła w kolejce po bochenek i sześć bułek dla Zofii. Przed nią dwie kobiety rozmawiały o cenie masła. Za ladą pracowała Joan, siostrzenica pani Hodge, młoda dziewczyna, która przyjeżdżała do Marren tylko na kilka tygodni w roku. Kiedy przyszła kolej Hanny, wskazała bochenek, potem sześć razy stuknęła palcem w ladę.
— Sześć? — zapytała Joan.
Hanna skinęła. Dziewczyna zaczęła wkładać bułki do torby. Kobieta stojąca z tyłu nachyliła się do znajomej.
— To ta od łodzi.
— Wiem.
— Biedactwo. Podobno nic nie słyszy.
Joan podniosła głowę.
— Naprawdę?
— Ani nie mówi, ani nie słyszy. Dlatego tak patrzy na usta.
Hanna poczuła, jak ciepło piekarni zmienia się w coś lepkiego. Na karku zebrał się pot. Dźwięk papierowej torby, przesuwanej po ladzie, zrobił się zbyt wyraźny. Joan położyła przed nią monety i zaczęła liczyć głośno, powoli.
— Jeden. Dwa. Trzy…
Kobieta z kolejki mówiła dalej, dwa kroki od pleców Hanny.
— Synowa Penrose'ów? Nie, nie ich. Tych od oficera. Podobno wciąż czeka. Pięć lat. Człowiek by oszalał.
Hanna spojrzała na Joan. Dziewczyna uśmiechała się z dobrym zamiarem, zupełnie nieświadoma, gdzie trafiły jej słowa. Położyła pieniądze na ladzie. Przeliczyła je sama, raz, dokładnie. Potem odsunęła monety w stronę dziewczyny.
— Reszta… — zaczęła Joan.
Hanna już się odwróciła.
— Bułki! — zawołała pani Hodge z zaplecza.
Dzwonek nad drzwiami uderzył ostro. Hanna wyszła bez papierowej torby. Na zewnątrz powietrze było zimne i wilgotne. Wciągnęła je zbyt głęboko. Drożdżowy zapach został w gardle, zmieszany ze wstydem i złością. Przez kilka sekund stała pod ścianą piekarni, czując pod palcami mokry kamień. Mogła wrócić. Otworzyć zeszyt. Napisać: SŁYSZĘ. Mogła położyć te dwa słowa na ladzie jak nóż. Nie wróciła. W południe pod dom Grega podjechał Land Rover Jakuba. Zofia wyglądała przez okno, ale nie wyszła. Hanna stała przy furtce z zeszytem pod pachą. Jakub opuścił szybę.
— Jadę do klienta niedaleko Plymouth. Stary dom. Pomiar. Chcesz zobaczyć?
Hanna spojrzała na samochód. Na przednie siedzenie, tylne drzwi, klamkę. Potem na drogę prowadzącą z Marren.
— Nie musisz — dodał. — Pytam.
Wyjęła zeszyt.
PO CO?
— Bo wczoraj narysowałaś dom lepiej niż połowa ludzi, z którymi pracuję.
Zmrużyła oczy.
— To miał być komplement.
Napisała:
SŁABY.
— Mam lepszy. Klient robi okropną kawę.
Hanna wskazała miejsce obok kierowcy.
— Z przodu?
Jakub wysiadł, otworzył drzwi pasażera i odsunął z siedzenia rulony. Sam nie pomagał jej wsiadać. Zatrzasnęła drzwi po sprawdzeniu klamki od środka. Droga do Plymouth pociemniała po deszczu, ale nie padało. Po obu stronach ciągnęły się kamienne mury, wrzosowiska i pola przyciśnięte niskim niebem. W kabinie czuć było ropę. Między rulonami papieru zbierał się suchy kurz. Silnik wibrował pod stopami. Jakub nie próbował wypełniać ciszy. Po kilku milach włączył radio. Głos spikera zniknął pod trzaskami zakłóceń. Hanna wyłączyła je sama.
— Słusznie — powiedział. — I tak kłamali o pogodzie.
Dom pana Curnowa stał za kamiennym murem, wśród mokrych buków. Był starszy od leśniczówki, szerszy i mniej przyjazny. Pastę do podłóg czuć było już w sieni; spod tapety wychodziła wilgoć chłodnego tynku. Curnow miał cienkie włosy, okulary w metalowej oprawie i sposób mówienia człowieka, który przepraszał, zanim jeszcze wiedział za co.
— Panie Whitmore. Dzień dobry. — Spojrzał na Hannę. — Pani jest żoną architekta?
Jakub odruchowo otworzył usta. Łokieć Hanny trafił go lekko w bok. Zamknął je. Na kartce pojawiło się:
NIE.
Curnow poprawił okulary.
— Aha. Przepraszam. Asystentka?
NIE.
— To kim pani jest?
Hanna spojrzała na Jakuba. Nawet nie drgnął.
HANNA.
Curnow czekał sekundę dłużej, niż było wygodnie, po czym skinął głową.
— Dobrze. Hanna. Proszę uważać na schodek przy spiżarni. Rusza się.
Curnow przyjął kartkę jak zwykły sposób rozmowy i ruszył przodem, pokazując zawilgocone ściany. Na parterze Hanna chodziła własnym tempem. Przy każdym pomieszczeniu najpierw odnajdywała drzwi i okno, dopiero później oglądała resztę. Jakub mierzył ściany, zapisywał wymiary, sprawdzał belki. Kiedy Curnow zaczął tłumaczyć, że chce wyburzyć fragment kuchni, Hanna stanęła pod ścianą, przyłożyła do niej ucho i zapukała kostkami.
— Gruba — powiedział Jakub.
— Ściana. Nie ty.
Hanna od razu otworzyła zeszyt.
WIEM.
Dopisała:
TY GŁUPI
Curnow udał, że nie przeczytał. Na piętrze weszła do małego pokoju na końcu korytarza. Jedne drzwi, jedno okno wychodzące na ogród. Powietrze było chłodniejsze; czuć było wilgotne drewno. Hanna sprawdziła klamkę okienną przed parapetem. Metal był zimny, drewno stawiało opór, potem puściło ze skrzypieniem. Przytrzymała skrzydło kilka sekund, czując chłód na twarzy. Potem rozejrzała się po pokoju jak ktoś oglądający ściany, a nie drogę ucieczki. Jakub mierzył przeciwległą ścianę.
— Chcesz wyjść?
Została do końca pomiarów. W samochodzie Curnow pomachał im z furtki. Jakub uruchomił silnik, ale Hanna nie zapięła jeszcze pasa. Podała mu zeszyt.
PRAWIE ODPOWIEDZIAŁEŚ ZA MNIE
— Prawie.
NIE RÓB.
— Dobrze.
Ołówek wrócił na papier.
OBIECASZ?
To słowo zatrzymało go dłużej niż inne. Obietnice bywały łatwe w ustach ludzi, którzy chcieli szybko zakończyć niewygodną rozmowę. Znał je z własnego małżeństwa. Jutro wrócę wcześniej. W sobotę będę wolny. Następnym razem pojedziemy razem. Zdania wypowiadane przy wkładaniu płaszcza, zanim telefon, budowa albo jego własny upór zabierały im znaczenie. Hanna miała jeszcze inną obietnicę. Wrócę. Jakub poprosił o ołówek dopiero po chwili.
BĘDĘ PRÓBOWAŁ. CZASEM ZROBIĘ ŹLE.
Hanna przeczytała powoli. Palec przesunął się po słowie PRÓBOWAŁ i zatrzymał na nim. Zamknęła zeszyt. Tę odpowiedź przyjęła. Po drodze do Marren minęli piekarnię. Hanna odwróciła twarz ku szybie. Jakub zauważył ruch.
— Chcesz się zatrzymać?
Pokręciła głową zbyt szybko. Powód zostawił jej. Kilka minut później, gdy wjeżdżali między pierwsze domy, Hanna położyła dłoń na tablicy rozdzielczej i wskazała zatokę. Dwa palce, potem morze.
— Za dwie godziny?
Skinęła.
— Na liczenie.
Drugie skinienie. Jakub zatrzymał samochód przed domem Grega i Zofii. Hanna wysiadła sama, wyjęła z tyłu teczkę z planami Curnowa i podała mu przez otwarte okno. Przez moment stali po dwóch stronach drzwi samochodu. Z domu patrzyła Zofia. Hanna pokazała jeszcze raz dwa palce i morze.
— Będę.
Land Rover ruszył. W lusterku Jakub widział, jak Hanna zostaje przy furtce z zeszytem pod pachą, a za szybą kuchni gaśnie twarz Zofii.
Rozdział 9. Zofia
Plotka dotarła do domu Grega przed obiadem. W Marren potrzebowała na to mniej czasu niż przypływ do falochronu. Pani Hodge przyszła z piekarni osobiście, niosąc papierową torbę z sześcioma bułkami, których Hanna rano nie zabrała. W sieni kapało z jej płaszcza. Mówiła szybko, jak człowiek, który chce przeprosić, zanim druga strona zdąży zdecydować, czy jest o co.
— Moja siostrzenica nie wiedziała. Ta kobieta z kolejki też nie. Próbowałam później znaleźć Hannę, ale już jej nie było. Powiedz jej, że pieniądze policzyliśmy dobrze. I że bułki są świeże.
Zofia wzięła torbę. Papier był ciepły przy dnie i wilgotny od deszczu na górze.
— Powiem.
Pani Hodge nadal stała w progu.
— Podobno pojechała potem z tym architektem oglądać jakiś dom.
Papier zaszeleścił w dłoni Zofii.
— Podobno.
— Ludzie mówią różne rzeczy.
— Zwłaszcza kiedy nie mają własnych.
Pani Hodge zaczerwieniła się, rzuciła krótkie „do widzenia” i wyszła szybciej, niż weszła. Greg siedział przy stole, rozbierając stary kołowrotek. Smar czernił mu paznokcie, a na ceracie leżały śrubki poukładane według rozmiaru. W piecu syczało mokre drewno. Z garnka szła kapusta doprawiona pieprzem.
— Nie zaczynaj — powiedział, zanim Zofia się odezwała.
— Nic nie mówię.
— Jak milczysz w ten sposób, wiem, że zaczynasz.
Położyła bułki na blacie.
— Pojechała z nim do obcego domu.
— Wróciła?
— Jeszcze nie.
— To poczekaj, aż wróci.
— Bardzo zabawne.
Greg wyjął zużyte łożysko i obejrzał je pod światło.
— Nie żartuję.
— Ludzie widzą.
— Ludzie widzieli też Trevelyana, jak w zeszłym roku zasnął w łodzi i przypłynął do własnego nabrzeża trzy razy, zanim się obudził. Nikt od tego nie umarł.
— Adam byłby zachwycony.
Kołowrotek ucichł w dłoniach Grega.
— Nie wiesz, co Adam by zrobił.
— Jestem jego matką.
— A ja ojcem. Nadal nie wiem.
Zofia odwróciła się do pieca. Pod żeliwną płytą drewno strzeliło żywicą.
— Pięć lat czekamy i teraz mamy udawać, że to nic?
— Co jest „to”?
Nie odpowiedziała. Poprawiła garnek, choć stał prosto. Potem pokrywkę. Potem ścierkę. Ręce znajdowały sobie zajęcie, bo słowa prowadziły w miejsce, do którego nie chciała dojść.
— On jest obcy — powiedziała w końcu.
— Był. Każdy kiedyś jest.
— Nie udawaj mądrego.
— Nie umiem. To twój dział.
Odwróciła się gwałtownie.
— Ona jest żoną naszego syna.
Greg położył łożysko na ceracie.
— I jest Hanną.
— Wiem, jak ma na imię.
— Czasem nie jestem pewien, czy pamiętasz.
Twarz Zofii zmieniła się. Przez moment była gotowa rzucić w niego pierwszym przedmiotem pod ręką. Zamiast tego zacisnęła dłonie na fartuchu.
— Każdego dnia myślę o Adamie.
— Ja też.
— Nie tak jak ja.
— Na szczęście.
Za oknem zaszumiały opony na mokrym bruku. Land Rover zatrzymał się przy furtce. Hanna wysiadła z przedniego siedzenia. Sama otworzyła drzwi, sięgnęła na tył i wyjęła teczkę z planami. Podała ją Jakubowi. Rozmawiali chwilę gestami. Na końcu Hanna pokazała dwa palce, potem stronę morza. Jakub skinął i odjechał. Zofia została przy oknie, dopóki samochód nie zniknął. Greg wrócił do śrubek.
— Nie mów nic głupiego.
— To też mój dom.
— Tego się boję.
Drzwi otworzyły się. Razem z Hanną do kuchni wpadł deszcz i chłód mokrego płaszcza. Zdjęła płaszcz. Włosy przy skroniach miała wilgotne, policzki zaróżowione od zimna. Ten ślad zatrzymał uwagę Zofii o sekundę za długo.
— Byłaś w Plymouth?
Hanna odwiesiła płaszcz na kołku.
— Pytam, gdzie byłaś.
Granatowy zeszyt wylądował na stole.
DOM.
— Czyj?
KLIENTA.
— Jakuba?
TAK.
— Po co?
Ołówek nie zawahał się.
CHCIAŁAM
Stuknął o stół. Zofia popatrzyła na Grega.
— Widzisz?
— Widzę kuchnię. Ciebie też niestety.
— Greg, wyjdź.
— To mój dom.
— Tym bardziej idź do szopy.
— Pada.
— Tym lepiej.
Hanna podniosła rękę. Oboje umilkli.
CO?
Zofia usiadła naprzeciwko niej. Torba z bułkami znalazła się między nimi. Papier torby oddawał ciepłą woń pieczywa; Hanna od razu wiedziała, skąd przyszła. Jej twarz stężała.
— Pani Hodge była. Przepraszała.
Hanna odsunęła torbę kilka centymetrów.
— Ludzie mówią o tobie i Jakubie — powiedziała Zofia.
Hanna wzruszyła ramionami.
— Mnie nie obchodzi, co mówią ludzie.
Greg odchrząknął, a Zofia posłała mu spojrzenie.
— Dobrze. Obchodzi mnie trochę. Nie o nich jednak chodzi.
Hanna czekała.
— Adam jest twoim mężem.
WIEM.
— Czasem, kiedy na ciebie patrzę, nie jestem pewna.
Twarz Hanny zamknęła się natychmiast. Ramiona cofnęły, plecy wyprostowały. To był odruch kogoś, komu odebrano prawo do własnej pamięci.
— Nie patrz tak. Ja też straciłam syna.
JESZCZE NIE WIESZ
— Wiem wystarczająco.
NIE.
— Pięć lat, Hanna.
Greg odłożył kołowrotek. Metal uderzył o ceratę.
— Zofio.
— Ty zawsze stajesz po jej stronie.
— Nie stoję po żadnej. Uważam tylko, że dorosły człowiek może wyjść z domu bez zgody komisji.
— A gdy Adam wróci?
W kuchni został tylko syk mokrego drewna. Hanna miała już ołówek przy papierze, lecz ręka zatrzymała się. Wszystko, co przez ostatnie tygodnie próbowała układać w osobne miejsca, zderzyło się jednym zdaniem. Jakub przy otwartych drzwiach. Adam przy drzwiach z torbą. Osiem łodzi. Jedna obietnica. Pięć lat. Spojrzała na Zofię jak ktoś trafiony czymś, czego sam używał przeciwko sobie przez długi czas. Starsza kobieta zobaczyła to i pobladła.
— Ja tylko…
Kartka odwróciła się w jej stronę.
A GDY NIE?
Pierwsze słowo było zapisane mocno. Przy drugim grafit prawie przebił papier, lecz litery wyszły słabsze. Zofia przycisnęła dłoń do ust. Greg wstał, ale żadnej z nich nie dotknął.
— Wystarczy.
— Nie — powiedziała Zofia. — To nie wystarczy.
Głos miała niższy niż zwykle.
— Każdego wieczoru zapalam to przeklęte światło. Każdego. Wiesz dlaczego? Bo raz, kiedy Adam miał dwanaście lat, wrócił po ciemku z łodzi Grega. Spóźnili się. Była mgła. Darłam się wtedy na Grega przez pół nocy, zanim jeszcze zobaczyłam ich z okna. Adam wszedł do sieni mokry, zmarznięty i wściekły, że robię przedstawienie. Powiedział, że z końca ulicy widział lampę. „Wiedziałem, że jesteście”. Tak powiedział.
Przełknęła ślinę. Na szyi drgał cienki mięsień.
— I od pięciu lat ją palę. Każdego wieczoru. Jak idiotka. Nawet kiedy mówię, że nie wróci. Nawet kiedy nikt nie idzie ulicą. Zapalam ją, bo może statek gdzieś przypłynie, ktoś go wsadzi do samochodu, wysadzi na rogu, a on zobaczy światło i będzie wiedział, że jesteśmy.
Głos pękł jej na ostatnim słowie. Hanna nie poruszyła się.
— A ty chodzisz do innego domu. Śmiejesz się. Ludzie widzą, że schodzisz z klifu. I ja wiem, że masz prawo… — Zofia zacisnęła palce na fartuchu. — Wiem. Tylko kiedy na ciebie patrzę, czasem myślę, że jeżeli ty przestaniesz czekać, to Adam naprawdę umrze.
Cisza po tym zdaniu była gorsza od krzyku. Hanna usiadła wolniej. Nadal była blada po pytaniu o powrót Adama. Ołówek długo nie dotykał kartki. Greg przesunął krzesło, ale został przy ścianie. Wiedział, że czasem próba pocieszenia dwóch ludzi naraz kończy się tym, że odbiera się im prawo do bólu.
Wreszcie Hanna napisała:
JA TEŻ SIĘ BOJĘ
Zatrzymała się. Dłoń bolała od nacisku.
LUBIĘ CHODZIĆ DO JAKUBA
Przy ostatnim zdaniu litery zrobiły się mniejsze.
ADAMA DALEJ CZEKAM
Zofia przeczytała trzy razy. Otarła policzek rękawem szybko i nieporadnie.
— Wiem.
Przeprosiny nie padły. Byłyby za małe i zbyt czyste wobec tego, co powiedziały sobie obie. Greg bardzo powoli wrócił do stołu. Wziął kołowrotek do ręki.
— Czy mogę już zostać we własnej kuchni?
Zofia prychnęła przez łzy. Hanna pokazała mu kciuk w dół.
— Niewdzięczne kobiety — mruknął.
Torba z bułkami nadal leżała między nimi.
Po południu Zofia rozcięła papier. Pieczywo zdążyło ostygnąć. Położyła sześć bułek w koszyku, ale Hanna nie wzięła żadnej.
Przed zmrokiem zeszła do zatoki. Wiatr od morza był ostry, wilgotny, z pierwszym smakiem nocnego chłodu. Osiem łodzi wracało jedna po drugiej. Hanna liczyła bez pośpiechu. Kiedy ostatnia weszła za falochron, nadal stała przy murku. Jakub pojawił się od strony schodów. Nie podszedł od razu. Zauważył po jej twarzy, że nie był to wieczór na pytania.
— Wszystkie?
Skinęła.
— To dobrze.
Hanna popatrzyła na niego, potem na schody. Uniosła rękę i wskazała w górę.
— To jest pytanie czy rozkaz?
Wskazała jeszcze raz.
— Rozumiem. Rozkaz.
Ruszyli na górę kilka stopni od siebie. Deski były mokre. Hanna trzymała poręcz naprawioną wspólnie kilka dni wcześniej. Jakub szedł tak, żeby nigdy nie znaleźć się bezpośrednio za nią.
Rozdział 10. Człowiek ze zdjęcia
Poniedziałek zaczął się pod niskim niebem; z podwórek ciągnął mokry węgiel. Po śniadaniu Zofia poszła na piętro, otworzyła drzwi małego pokoju i stanęła przed szafą. Mundur Adama wisiał pod płóciennym pokrowcem.
Pokój należał do niego jeszcze przed ślubem. Hanna i Adam spali później w większym, od strony ogrodu, ale tutaj zostały rzeczy, których Zofia przez pięć lat nie potrafiła przesunąć dalej niż o kilka centymetrów. Na półce leżał nóż żeglarski, dwa podręczniki nawigacji i model niszczyciela z odłamanym masztem. W szufladzie komody — skarpetki, zużyta szczotka do ubrania, pudełko spinek do mankietów. Drobiazgi człowieka, który miał wrócić po rzeczy i nigdy tego nie zrobił. Zofia zsunęła pokrowiec; spod niego wyszła naftalina i stara wełna. Przyciągnęła kołnierz do twarzy.
Kiedyś czuła na nim tytoń, mydło i skórę Adama. Czasem olej okrętowy, którego nie cierpiała, bo wchodził w materiał i trzymał się nawet po szczotkowaniu. Teraz z munduru szła już tylko szafa i środek na mole. To zabolało bardziej, niż gdyby nie pachniał niczym. Człowiek zniknął z tkaniny wcześniej niż z pamięci. Odwiesiła mundur szybko, niemal ze złością. Hanna stała w drzwiach. Przez kilka sekund obie udawały, że znalazły się tutaj z powodów praktycznych.
— Szukałam szczotki — powiedziała Zofia.
Szczotka leżała na komodzie od lat.
— Wiem, gdzie jest.
Zofia wzięła ją do ręki.
— Widzisz.
Minęły się w progu bez dotyku. Hanna została w pokoju. Było tu chłodniej niż w reszcie domu. Szyba od wewnątrz miała mleczny nalot, a deska pod oknem skrzypiała dokładnie tak samo jak pięć lat wcześniej. Hanna stanęła na niej celowo. Dźwięk przyszedł znajomy, prawie intymny. Na półce obok książek leżała fotografia Adama w cywilnym ubraniu. Miał może dwadzieścia pięć lat. Siedział na odwróconej skrzynce przy porcie z papierosem w ustach i uśmiechem zbyt szerokim jak na późniejszego oficera. Z tyłu Greg napisał: „Plymouth, po pierwszej prawdziwej wypłacie”. Hanna wzięła zdjęcie.
Pięć lat czekania przykleiło do Adama mundur, tajną misję i brak ciała. Ludzie w Marren pamiętali go coraz częściej jako oficera, który nie wrócił. Zofia mówiła o nim jak o synu, który zawsze pamiętał o urodzinach. Greg wspominał chłopca gubiącego wiosło. Dla Hanny był jeszcze człowiekiem, który zostawiał mokry ręcznik na łóżku, śpiewał fałszywie pod nosem przy goleniu, nie znosił skórki na mleku i potrafił przez pół godziny tłumaczyć jej coś, o co nie pytała. Dobry człowiek. Czuły. Uparty. Czasem zbyt pewny, że wie, czego potrzebuje.
Pamiętała dzień, kiedy w Plymouth urzędnik zadał jej pytanie. Adam odpowiedział zanim zdążyła otworzyć notes. Innym razem zamówił jej jedzenie, bo „to będzie łatwiejsze”. Kiedy spojrzała na niego ze złością, przeprosił. Potem zrobił podobnie jeszcze raz dwa tygodnie później. Miłość nie czyniła go bezbłędnym. Pięć lat nieobecności próbowało. Hanna wsunęła fotografię do granatowego zeszytu.
Po południu spotkała Jakuba przy zatoce. Powietrze było ostre. Odpływ odsłonił kamienie czarne od wilgoci; z magazynu ciągnęły smoła do sieci i ryby. „Grace” wróciła jako pierwsza. Hanna przecięła kreskę.
Jakub miał w rękach zwiniętą kalkę.
— Bell zgodził się na drzwi.
Hanna uniosła kciuk.
— Curnow zgodził się nie burzyć ściany.
Drugi kciuk.
— Margaret uważa, że to najlepszy tydzień mojej kariery.
Hanna napisała:
ONA MĄDRA
— Niestety.
Przez chwilę patrzyli na wodę. Wiatr podnosił cienkie pasma piany przy falochronie. Daniel stał na „Mercy” i wybierał linę z pokładu. Hanna wyjęła fotografię Adama, ale jeszcze jej nie podała; trzymała ją za rogi. Jakub zobaczył mężczyznę z papierosem.
— To on?
Skinęła. Fotografia wróciła na zeszyt. Hanna napisała:
TY O ŻONIE
Jakub odwrócił wzrok ku morzu.
— Co chcesz wiedzieć?
JAKA?
Pytanie było proste, ale odpowiedź nie. Przez lata opowiadał o swoim małżeństwie w kilku zdaniach: nie wyszło, rozeszliśmy się, pracowałem za dużo. Brzmiało to niemal jak awaria techniczna.
— Miała na imię Helen — powiedział. — Była cierpliwsza ode mnie. Co nie znaczy, że zawsze była cierpliwa.
Hanna czekała.
— Lubiła ludzi. Kolacje, kino, jeżdżenie gdzieś bez powodu. Ja lubiłem mieć powód. Najlepiej zapisany w kalendarzu.
Ołówek przesunął się.
KOCHAŁEŚ?
— Tak.
DLACZEGO ODESZŁA?
Jakub wsunął ręce do kieszeni płaszcza. Kamień murku był mokry, więc nie usiedli.
— Przez długi czas myślałem, że odeszła, bo pracowałem za dużo.
Hanna uniosła brwi.
— To prawda, tylko nie cała. — Przełknął ślinę. — Jak coś było źle w pracy, wiedziałem co robić. Linia jest zła, rysujesz drugi raz. Dach przecieka, szukasz miejsca i naprawiasz. Kiedy człowiek mówi, że jest samotny, nie ma przekroju, z którego wynika rozwiązanie.
NIE WIEDZIAŁEŚ?
— Wiedziałem. Tylko nic nie robiłem. Pracowałem więcej.
DLACZEGO?
Zastanowił się długo.
— Bo w pracy odpowiedzi przychodziły szybciej. W domu musiałbym przyznać, że jestem częścią problemu.
Wiatr przewrócił kartkę. Hanna przytrzymała ją dłonią.
— Kiedy odeszła, byłem na budowie. Zabrała połowę ubrań, kilka książek i ekspres, którego zawsze twierdziłem, że nienawidzę. Pierścionek zostawiła w kuchni, na spodku po filiżance. Najpierw zauważyłem ekspres. To chyba najgorsze, co mogę o sobie powiedzieć.
Hanna patrzyła na niego chwilę, jakby nie była pewna, czy powinno ją to rozśmieszyć.
SZUKAŁEŚ JEJ?
— Tak.
SPOTKAŁA SIĘ Z TOBĄ?
— Spotkała. Nie wróciła.
DLACZEGO?
Jakub wbił ręce głębiej w kieszenie.
— Powiedziała, że przez lata prosiła, żebym wrócił do domu, kiedy jeszcze w nim mieszkałem.
Hanna nie dopisała niczego. Na wodzie „Northern Star” przecięła linię falochronu. Kolejna kreska została zamknięta. Człowiek przy sterze pomachał Owenowi. W Marren wszystko wydawało się wracać według prostszego rachunku niż ludzie. Po dłuższej chwili Hanna napisała:
CZŁOWIEK NIE MOŻE CZEKAĆ ZAWSZE.
Jakub przeczytał.
— Ty możesz?
Ołówek zawisł. Twarz Hanny nie zmieniła się od razu. Najpierw zacisnęła usta. Później spojrzała na wejście do portu i długo nie odrywała od niego wzroku.
NIE WIEM, JAK PRZESTAĆ
Jakub nie napisał nic o czasie, żałobie ani nowym życiu. Takie słowa łatwo wyglądały dobrze na papierze, kiedy nie dotyczyły własnego ciała.
„Mercy” pojawiła się jako ostatnia. Silnik chodził równo. Daniel stał na dziobie i machał do kogoś przy nabrzeżu. Ósma kreska została przecięta.
Hanna zamknęła zeszyt. Przy początku schodów zatrzymała się i wyjęła fotografię Adama. Podała ją Jakubowi.
— Mam ją wziąć?
Skinęła. Nie wyciągnął ręki od razu.
— Po co?
CHCĘ, ŻEBYŚ GO ZNAŁ
Jakub spojrzał na mężczyznę siedzącego na skrzynce w Plymouth. Papier był lekko wygięty od noszenia, przy dolnym rogu miękki od palców. Adam miał nierówno zapiętą koszulę i minę kogoś, kto sekundę wcześniej powiedział coś głupiego. Nie przypominał fotografii oficera wiszącej w pamięci innych ludzi. Jakub pomyślał o Helen, o własnej skłonności do układania cudzej historii w prostszy kształt i o człowieku, którego nieobecność przez pięć lat zajmowała miejsce przy każdym stole w domu Grega i Zofii. Wziął zdjęcie za sam brzeg.
— Dobrze.
Hanna otworzyła zeszyt jeszcze raz.
DOBRY.
Niżej:
UPARTY.
Potem, po dłuższym wahaniu:
CZASEM ZA DUŻO ROBIŁ ZA MNIE.
— Chcę wiedzieć, jaki był — powiedział.
Dłuższe zdanie wymagało powtórzenia prostszymi słowami. Kiedy skończył, Hanna skinęła. Jakub oddał fotografię, gdy sama wyciągnęła po nią rękę. Schowała ją do kieszeni płaszcza. Na nabrzeżu kołysało się osiem łodzi. Lina „Mercy” skrzypiała o pachołek. Z kutrów spływała woda, mieszając się z błotem i łuskami ryb na bruku. Hanna ruszyła w stronę domu Grega i Zofii, nie oglądając się za siebie.
Rozdział 11. Bilet do Plymouth
Wtorkowy ranek był przejrzysty i zimny. Po nocnym deszczu na kałużach przy porcie ściął się cienki lód; pękał pod butami rybaków z suchym trzaskiem. Mokre sieci oddawały sól i starą rybę. Hanna policzyła osiem łodzi wychodzących z Marren Bay. Przy ostatniej jednostce zatrzymała kciuk na ósmym paliczku dłużej niż zwykle, wsunęła granatowy zeszyt pod płaszcz i ruszyła pod górę, ku przystankowi.
Śniadanie zostało w domu. W kieszeni miała kartkę z adresem w Plymouth, złożoną tyle razy, że zagięcia przecinały nazwę ulicy. Przepisała ją poprzedniego wieczoru z wizytówki Jakuba i nikomu nie powiedziała, dokąd pojedzie. Chciała najpierw dojść do autobusu, zanim cudza troska zdąży zamienić drogę w prośbę o pozwolenie. Zofia zobaczyła ją przez zaparowane kuchenne okno. Ciemny płaszcz przesuwał się między murami w stronę przeciwną do plaży. Odłożyła ścierkę, jeszcze mokrą od wycierania talerzy.
— Dokąd ona idzie?
Greg uniósł oczy znad gazety.
— Wygląda, jakby przed siebie.
— Bez śniadania?
— To już rzeczywiście powód do alarmu.
Zofia nie odpowiedziała. W sieni dopadła płaszcza i otworzyła drzwi, gdy Hanna mijała furtkę. Zimne powietrze weszło do domu; niosło mokry kamień i dym z sąsiedniego komina.
— Hanna.
Odwróciła się. Nie trzeba było powtarzać pytania. Hanna otworzyła zeszyt na czystej stronie.
PLYMOUTH.
— Z kim?
SAMA.
Napięcie na twarzy Zofii Hanna znała od lat. Zaczynało się od drobiazgów: szalika, godziny autobusu, monet w kieszeni. Potem pytania gęstniały. Zofia robiła to samo, co kiedyś Adam — zbierała możliwe nieszczęścia szybciej, niż druga osoba mogła zebrać własne odpowiedzi. Po zniknięciu syna ten odruch jeszcze stwardniał. Bezpieczeństwo stało się dla niej czymś, co trzeba było sprawdzać ręką jak kurek gazu przed snem.
— Po co?
PAPIER. OŁÓWKI. CHCĘ ZOBACZYĆ PRACOWNIĘ.
— Jakub wie?
NIE.
Zofia przesunęła językiem po dolnej wardze.
— Greg może cię zawieźć.
Hanna odmówiła ruchem głowy.
— Autobus jest pełen ludzi. W Plymouth jest tłok. Możesz źle wysiąść.
WIEM.
— Możesz się zgubić.
Grafit wbił się mocniej w papier.
JUŻ BYŁAM SAMA
Z kuchni dobiegł szelest składanej gazety. Greg pojawił się w drzwiach w samych skarpetach.
— I wróciła.
— Dwa razy przesiadła się wtedy nie tam, gdzie trzeba — rzuciła Zofia. — Adam szukał jej po całym Plymouth.
Nazwisko wystarczyło. Tamten Plymouth wrócił Hannie najpierw zapachem spalin i mokrego betonu. Wysiadła o jeden przystanek za wcześnie, później pomyliła ulicę i przez kilka godzin krążyła między magazynami, zbyt zawstydzona, by wejść do sklepu i pokazać kartkę z adresem. Adam znalazł ją przy nabrzeżu. Miał przemoczony kołnierz, czerwone oczy i oddech człowieka, który biegł. Zanim ją objął, ścisnął ramię tak mocno, że następnego dnia został siniec. Krzyczał ze strachu, choć wiedział, że słyszy każde słowo. Wieczorem przepraszał, klęcząc przy łóżku i trzymając dłonie przy sobie, dopóki sama ich nie wzięła. Kilka tygodni później opowiadał Gregowi tę samą historię przy stole jako dowód, że trzeba jej pilnować.
W obu wersjach kochał ją naprawdę. W żadnej nie zauważył, jak łatwo troska stawała się decyzją podjętą za nią. Zofia zobaczyła zmianę w jej twarzy. Sięgnęła po szalik wiszący przy drzwiach i podała go bez kolejnych argumentów.
— Jest zimno.
Hanna wzięła szalik. Szalik trzymał w sobie dym z pieca i mydło; kuchnia przylgnęła do wełny przez noc. Owinęła go raz wokół szyi. Obie ominęły podziękowanie i ostrzeżenie. Wystarczyło, by Hanna mogła odejść bez trzaskania furtką.
W autobusie guma gryzła się z papierosowym dymem; płaszcze parowały między siedzeniami. Na pierwszym zakręcie silnik zawył, metalowa rama przy oknie zaczęła drżeć, a szyby zaparowały od oddechów. Ktoś z tyłu rozwinął gazetę; papier szeleścił przy każdym przechyleniu pojazdu. Kobieta dwa siedzenia dalej trzymała na kolanach siatkę z porami i selerem, od których ciągnęła ziemista woń.
Hanna usiadła przy przejściu, dwa rzędy od tylnych drzwi. Nie przy samym wyjściu. Zauważyła to, gdy autobus ruszył, i przez chwilę patrzyła na metalową poręcz oddzielającą ją od drzwi. Mogła wstać i dojść do nich w kilka sekund. Nie musiała siedzieć z dłonią na klamce. Bilet do Plymouth trzymała w lewej dłoni, złożony na pół. W prawej miała kartkę z adresem. Na każdym większym skrzyżowaniu porównywała nazwy ulic z zapisanymi punktami. Nie robiła tego po to, żeby nie popełnić błędu. Robiła, bo jechała sama i sama chciała wiedzieć, gdzie jest.
Na jednym z przystanków wsiadło sześciu robotników z mokrymi torbami. Przejście wypełniły ramiona i płaszcze; tytoń stał ciężko między ludźmi. Mężczyzna stojący przy jej siedzeniu oparł dłoń o oparcie nad głową Hanny. Palce były spękane, paznokcie czarne od smaru. Ciało odpowiedziało szybciej od myśli: kark stwardniał, łopatki zeszły się pod płaszczem, oddech ugrzązł wysoko.
Nie spojrzała na drzwi. Skupiła wzrok na bilecie. Papier miał niebieską kreskę, numer i małe rozdarcie przy rogu. Pod kciukiem czuła jego włókna. Autobus zahamował. Robotnik przesunął rękę, żeby nie upaść, i po chwili wysiadł z pozostałymi. Kiedy robotnicy wysiedli, Hanna wypuściła powietrze. Zwycięstwo byłoby za dużym słowem. Dłonie miała zimne i spocone jednocześnie, lecz została na miejscu.
Plymouth uderzyło hałasem już przy wysiadaniu. Hamulce autobusów syczały, gdzieś pracował młot pneumatyczny, a z portu ciągnęło ropą. Ludzie mijali ją z obu stron, czasem ocierając się ramionami. Nad ulicą wisiał brudny dym, a metalowe znaki przy przystanku drżały od ciężarówek. Przy pierwszym przejściu przez jezdnię zawahała się za długo i straciła zielone światło. Mężczyzna za plecami mruknął coś niecierpliwie. Hanna cofnęła się na chodnik, poczekała na następną zmianę i przeszła sama. Nie obejrzała się, żeby sprawdzić, czy ktoś widział poprzednie zawahanie.
Nad dawnym magazynem portowym znalazła wąską tabliczkę z nazwiskiem Jakuba. Na ciemnych, startych schodach kurz mieszał się z wilgocią cegły; gdzieś wyżej ktoś palił tani papieros. Na półpiętrze stał rower, który zwężał przejście. Hanna zatrzymała się, oceniła szerokość, przesunęła kierownicę pod ścianę i poszła wyżej. W pracowni pierwsza zobaczyła ją Margaret. Siedziała przy stole pod oknem i ostrzyła ołówek nożykiem. Jasne wiórki spadały na kalkę.
— Hanna?
Piotr odwrócił krzesło tak gwałtownie, że popielniczka podskoczyła na blacie.
— Jakub cię przywiózł?
Hanna pokręciła głową i otworzyła zeszyt.
SAMA.
Margaret wstała, ale nie podeszła od razu. Jej spojrzenie przesunęło się ku drzwiom, jakby sprawdzała, czy za Hanną ktoś jednak wejdzie.
— Z Marren?
TAK.
Piotr gwizdnął cicho.
— To kawał drogi.
Hanna wzruszyła ramionami. W pokoju pachniało kawą. Na stołach leżały linijki, krzywiki, kalki przyciśnięte szklanymi ciężarkami. Ściana od strony podwórza miała drugie drzwi prowadzące na wąską klatkę schodową. Zauważyła je, ale nie zatrzymała na nich wzroku tak długo jak dawniej. Najpierw zobaczyła układ stołów, światło padające z północy i dużą deskę Piotra z przekrojem kamienicy. Margaret wskazała wolny stołek.
— Chcesz zobaczyć, jak robimy kopie?
Hanna usiadła. Przez następne pół godziny pracownia przestała być miejscem, do którego przyjechała za Jakubem. Margaret pokazała jej kalkę techniczną, sposób prowadzenia grafitu po stalowej krawędzi i oznaczenia drzwi na rzucie. Piotr przyciągnął arkusz z projektem magazynu i, z miną człowieka przekazującego tajemnicę państwową, wyjaśnił, że połowa pracy architekta polega na poprawianiu tego, co klient zepsuł w wyobraźni.
Hanna zapisała:
DRUGA POŁOWA?
— Udawanie, że pierwsza połowa była potrzebna — odpowiedział.
Margaret prychnęła.
— Nie słuchaj go. Druga połowa to poprawianie po Piotrze.
Hanna uniosła głowę. Bezgłośny śmiech pojawił się szybciej niż napięcie przy otwieraniu drzwi. Jakub wrócił z budowy tuż przed południem. Wszedł z rulonem planów pod pachą, mokrymi włosami i błotem na nogawkach. Zatrzymał się po dwóch krokach.
— Hanna?
Skinęła.
— Jak tu przyjechałaś?
Piotr zakrył usta dłonią. Margaret nawet nie próbowała. Hanna otworzyła zeszyt.
AUTOBUSEM.
— Sama?
TAK.
— Z Marren?
Milczała, aż Margaret powiedziała spokojnie:
— Jakub.
— Co?
— Za chwilę poprosisz ją o bilet do kontroli.
Jakub usłyszał własny ton. Najpierw zobaczył pełny autobus, tłum na dworcu, źle odczytaną ulicę, człowieka blokującego przejście. Chwilę później dostrzegł Hannę siedzącą przy stole Margaret z grafitem na palcu i kawałkiem kalki przed sobą.
— Dobrze. Przepraszam.
Na stronie pojawiło się:
NIE ZGUBIŁAM SIĘ
— Widzę.
TY ZGUBIŁEŚ SIĘ KIEDYŚ?
Piotr podniósł rękę.
— Bristol. Trzy godziny. Twierdził potem, że znalazł lepszą drogę.
— Nie trzy.
— Trzy i kwadrans.
— Była przebudowa ulic.
Margaret spojrzała na Hannę.
— Widzisz? Architekci gubią się zawodowo.
Hanna dopisała:
GŁUPI.
Jakub odłożył mokry rulon.
— To słowo masz już opanowane bardzo dobrze.
Piotr wskazał na niego ołówkiem.
— Zostaw ją. Zaczyna być pożyteczna.
— Nic jej nie robię.
— Robisz bardzo dużo niczego.
Rozmowa popłynęła dalej ponad stołem, z Hanną, a nie wokół niej. Kiedy czegoś nie rozumiała, Margaret zapisywała prostsze słowo na marginesie. Piotr rysował. Jakub czasem powtarzał wolniej. Brak głosu po raz pierwszy od dawna nie zmieniał jej w kogoś stojącego poza rozmową. Nie musiała być wdową Adama, niemą kobietą z Marren ani osobą, którą trzeba zaprowadzić w dobre miejsce. Przy stole była kimś, kto źle trzymał krzywik i poprawnie zauważył, że schody w projekcie Piotra kończą się zbyt blisko drzwi.
Przed wyjściem Margaret wsunęła jej pod rękę kartkę z adresem sklepu papierniczego.
— Trzy ulice stąd. Mają porządne ołówki. Nie te, które Piotr kupuje najtaniej.
— Moje są znakomite.
Margaret pokazała wyszczerbiony grafit leżący przy jego desce.
— Widzę.
Sklep papierniczy był wąski i ciepły. Po wejściu Hannę uderzyło świeżo temperowane drewno. Atrament i kurz nagrzany przy piecyku doszły chwilę później. Za ladą stał starszy mężczyzna w fartuchu z czarną plamą przy kieszeni. Nie mówił głośniej, kiedy zauważył zeszyt. Poczekał, aż napisze, czego szuka.
DWA OŁÓWKI. TWARDY GRAFIT. PAPIER DO RYSUNKU.
Pokazał trzy rodzaje. Hanna wybrała dwa grube ołówki stolarskie, niewielki szkicownik i małą metalową temperówkę. Monety liczyła powoli na drewnianym blacie. Jedna spadła, potoczyła się pod gablotę. Sprzedawca schylił się po nią i położył obok reszty bez westchnienia, bez pośpiechu, bez spojrzenia do kolejki, której nie było.
— Zgadza się — powiedział.
Temperówka stukała o monety w kieszeni, kiedy Hanna wróciła na ulicę. Ten drobny metaliczny dźwięk towarzyszył jej aż pod pracownię. Jakub stał przy Land Roverze. Papierosy Piotra musiały przejść na jego płaszcz, bo pachniał dymem mimo że sam nie palił.
— Mogę cię odwieźć.
Hanna pokręciła głową.
— Jadę do Marren.
JA TEŻ
— Mam samochód.
JA MAM BILET
Jakub oparł dłonie o dach Land Rovera i przez sekundę wyglądał, jakby zamierzał wyjaśniać przewagę samochodu nad biletem. Zrezygnował.
— Dobrze.
Hanna schowała zeszyt, ale zaraz wyjęła go ponownie.
WIECZOREM ŁODZIE
— Przyjdę.
JEŚLI CHCESZ
Słowa zatrzymały go bardziej niż odmowa podwiezienia.
— Chcę.
Autobus odjechał kilka minut później. Hanna usiadła przy oknie, tym razem dalej od drzwi niż rano. Nowy szkicownik otworzyła na pierwszej stronie. Narysowała trzy prostokąty: drzwi pracowni, tylne wyjście i wąski korytarz pomiędzy nimi. Potem dorysowała stół Margaret, deskę Piotra i okno. Na końcu zaznaczyła wyjścia. Nie sprawdziła, czy Jakub nadal stoi na przystanku.
Rozdział 12. Ręce
Nowe ołówki przez dwa dni leżały na kuchennym stole Grega, zaostrzone równo, z grafitem osłoniętym dłuższym kawałkiem drewna niż w zwykłym ołówku. Zofia przesuwała je przy każdym nakrywaniu do posiłku i odkładała w to samo miejsce. Trzeciego dnia jeden zniknął ze stołu razem z workiem narzędzi.
W leśniczówce Jakub wymieniał spróchniałą listwę przy kuchennym oknie. Stara farba odchodziła płatami; pod nią drewno miało kolor brudnego miodu i w jednym miejscu uginało się pod dłutem. W domu dominowały wilgotna deska i pył; kawa, którą Jakub zdążył wypić przed jej przyjściem, zdążyła już ostygnąć. Przez uchylone okno wchodził wiatr od zatoki, chłodny i słony, niosąc daleki klekot skrzynek z portu. Hanna położyła worek na stole. Wyjęła młotek Grega, obcęgi, miarkę i nowy ołówek. Jakub nacisnął dłutem na miękką listwę. Drewno rozpadło się pod ostrzem.
— Tego już nie uratujemy gwoździem Grega.
GREG MÓWI, ŻE WSZYSTKO MOŻNA.
— Greg uważa też pięć łyżeczek cukru za rozsądną porcję.
Hanna dopisała:
SZEŚĆ GDY ZIMNO
— Tego nie wiedziałem.
ZOFIA TEŻ NIE
— Czuję się wtajemniczony.
Pracowali przy otwartym oknie. Hanna mierzyła odcinek, Jakub odcinał starą listwę, później zamieniali się miejscami. Nowy stolarski ołówek zostawiał szeroki, ciemny ślad. Pierwszą linię Hanna przeciągnęła za daleko; skrzywiła się i starła ją palcem, rozmazując grafit na skórze.
— Nie ścieraj ręką. Będziesz miała cały plan na twarzy.
— Co?
Wskazała smugę pyłu przy jego nosie i własnym palcem narysowała w powietrzu długą kreskę.
— Ja pracuję profesjonalnie.
GŁUPIO.
— To osobna specjalizacja.
Zwyczajność przychodziła między nimi w kawałkach. Trwała krótko, lecz potrzebowała coraz mniej przygotowań. Hanna mogła stać po drugiej stronie stołu, kiedy Jakub ciął listwę. Mogła odebrać od niego miarkę położoną między nimi zamiast czekać, aż odsunie się kilka kroków. Gdy przechodzili obok siebie w wąskiej kuchni, jedno z nich czasem zatrzymywało się pierwsze, dając drugiemu przejście.
Po południu wiatr zmienił kierunek i zaczął wciskać drobny deszcz pod okap. Jakub przymknął okno. Hanna trzymała listwę na stole, żeby zaznaczyć kąt. Piła weszła w drewno ciężej, niż się spodziewał. Przy ostatnim ruchu ostrze zeskoczyło z nacięcia. Nie przecięło palca głęboko, ale skóra na kciuku rozeszła się natychmiast, a krew popłynęła szeroką, jasną linią.
— Cholera.
Odrzucił piłę na bok. Hanna była przy nim szybciej niż myśl. Dłoń uniosła się w stronę jego palców i zatrzymała kilka centymetrów od skóry. Jakub spojrzał najpierw na jej rękę, później na twarz. Granatowy zeszyt leżał na końcu stołu. Sięgnęła po niego drugą ręką.
MOGĘ?
Krew zdążyła spłynąć do nadgarstka.
— Tak.
Wyciągnął dłoń. Hanna ujęła go poniżej kciuka, lekko, bardziej podtrzymując ciężar ręki niż zaciskając palce. Skóra Jakuba była ciepła, jej dłonie chłodne od pracy przy oknie. Przez krótką chwilę oboje patrzyli na ten kontakt z uwagą, która mogłaby go popsuć, gdyby trwała dłużej. Potem Hanna odwróciła jego rękę ku światłu i zajęła się raną.
— Apteczka jest w szafce.
Skinęła. Puściła go, wyjęła metalowe pudełko i postawiła na stole. Zapach środka odkażającego przeciął woń drewna. Rozdarła opakowanie gazy, zwilżyła ją i ponownie spojrzała pytająco.
— Rób.
Pierwsze dotknięcie zapiekło.
— Delikatnie.
Hanna uniosła brew.
— To nie była krytyka.
Jej usta poruszyły się bez głosu w czymś, co wyglądało jak bardzo wyraźne kłamca. Oczyściła ranę dokładnie. Przy każdym ruchu trzymała jego dłoń stabilnie. Nie drżała. Gdy gaza została owinięta, Hanna zawiązała bandaż, sprawdziła nacisk i puściła rękę. Dotyk skończył się w chwili, w której przestał być potrzebny. Przez kilka sekund słychać było tylko deszcz przy szybie i tykanie zegara nad kredensem. Jakub obejrzał opatrunek.
— Lepszy niż mój plaster na brwi.
BARDZO.
— Dziękuję za skromność.
Hanna schowała resztę gazy. Metalowe zatrzaski apteczki kliknęły. To ten sam dźwięk, z którym kilka tygodni wcześniej walczyła w lesie, nie mogąc otworzyć pudełka poranionymi rękami. Teraz zatrzasnęła je spokojnie i wsunęła apteczkę na półkę. Zajęła się apteczką. Tamta noc pozostała między nimi bez komentarza.
Nowa listwa weszła na miejsce dopiero za trzecim dopasowaniem. Hanna wyszlifowała krawędź papierem ściernym, a Jakub przykręcał krótkie wkręty lewą ręką nieporadniej niż zwykle. Przy drugim śrubokręt ześlizgnął się z nacięcia.
Hanna wyciągnęła dłoń.
— Co?
Zabrała mu narzędzie i położyła obok właściwy śrubokręt z węższym grotem.
— Mogłaś powiedzieć.
— Dobrze. Zapomniałem.
Wzięła zeszyt.
TY TEŻ MOŻESZ PISAĆ.
— Nie będę prowadził całego życia na papierze.
JA TEŻ NIE
Odpowiedź przyszła bez złości. Jakub przeczytał ją ponownie. Hanna wróciła do listwy. Przy ostatnim wkręcie bandaż na kciuku zaczepił o metal. Hanna klepnęła go lekko w nadgarstek.
— Pilnujesz mnie?
Skinęła.
— To podobno niedobrze.
MOGĘ PRZESTAĆ
Jakub odłożył śrubokręt.
— Możesz.
Hanna zawahała się tylko chwilę.
NIE CHCĘ
Zdanie zostało na kartce obok plamy po herbacie. Hanna przesunęła zeszyt na bok i podała mu właściwe narzędzie. Jakub wziął je bez komentarza. Między nimi zostały trociny, farba, opatrzony kciuk i kubki po herbacie. Kiedy skończyli, Hanna umyła pędzel, a on zebrał wióry z podłogi. Zwykły porządek po pracy trwał prawie tyle samo co montaż. Przy stole ich ręce kilka razy znalazły się blisko siebie: po młotek, papier ścierny, szmatę. Za każdym razem oboje wiedzieli, gdzie kończy się ruch drugiej osoby. Przy wyjściu Hanna wskazała jego opatrunek.
JUTRO ZMIENIĆ
— Bandaż?
Skinęła.
— Tak, pani doktor.
NIE DOKTOR
— To akurat wiem.
Na ganku pojawił się Greg, który wspiął się niemal pod sam dom, dysząc z przesadą i opierając się o poręcz.
— Zofia wysłała mnie sprawdzić, czy Hanna żyje.
Hanna przewróciła oczami.
— Powiedziałem jej, że jeżeli nie żyje, wrócę sam i zjemy jej porcję kolacji.
TY ZJESZ WSZYSTKO
— To też powiedziała.
Greg zauważył bandaż Jakuba.
— Co zrobiłeś?
— Goliłem się.
Stary rybak obejrzał piłę, krew na gazie i nową listwę.
— Rozumiem. Technika idzie naprzód.
Schodzili powoli: Hanna pierwsza, Greg kilka stopni za nią, sapaniem komentujący każdą stromiznę. Jakub został na ganku. Biała gaza na kciuku trzymała ostry środek odkażający; spod niego przebijało świeżo cięte drewno.
Rozdział 13. Pokój na piętrze
W nocy temperatura podniosła się i deszcz wrócił. Rano szyby w domu Grega i Zofii były mleczne od pary, a ręczniki przy piecu przejęły wilgoć kamiennych ścian. Zofia otworzyła pokój Adama wyłącznie po to, by podstawić miskę pod nowy przeciek. Kropla spadła z sufitu na deskę, następna trafiła w drewniane ramię krzesła. Przy oknie rosła ciemna plama.
— Greg!
Z dołu odpowiedziało niewyraźne przekleństwo.
— Dach!
— Wiem, gdzie jest!
— Przecieka!
— To też wiem!
Hanna zatrzymała się na schodach. Za plecami Zofii stał ten sam ciężki zaduch co kilka dni wcześniej: naftalina i stęchłe drewno. Nie musiała ponownie oglądać wszystkich rzeczy Adama. Wiedziała, gdzie wisiał mundur, gdzie leżała szczotka i która deska skrzypiała przed komodą. Tym razem zobaczyła przede wszystkim wodę. Ciemna plama na suficie nie miała szacunku dla pamięci. Rozszerzała się nad krzesłem i kapała na podłogę, choć od pięciu lat w pokoju prawie niczego nie przesunięto.
— Greg zaraz pójdzie na dach — powiedziała Zofia, przesuwając miskę o kilka centymetrów. — Nie trzeba nic więcej.
Hanna weszła i położyła dłoń na klamce okna.
— Zostaw. Jest zimno.
Wyjęła zeszyt.
ŚMIERDZI.
Zofia spojrzała na zapis, jakby słowo dotyczyło Adama, a nie naftaliny.
— To na mole. Mundur musi być zabezpieczony.
WIEM.
— W takim razie po co otwierać?
Hanna wskazała mokrą ścianę, potem własny nos. Zofia zacisnęła usta. Dłoń napięła się na klamce, lecz po chwili przesunęła miskę jeszcze raz.
— Na pięć minut.
Okno ustąpiło z oporem. Drewno napęczniało od wilgoci i Hanna musiała docisnąć ramieniem. Kiedy skrzydło puściło, zimne powietrze wpadło do pokoju gwałtownie. Firanka uniosła się, na podłogę spadł kawałek zaschniętego tynku. Wraz z chłodem deszczu do pokoju wdarło się coś świeższego od naftaliny. Zofia odruchowo podeszła do munduru.
— Zamoknie.
Nie padało do środka. Hanna pokazała dłonią przestrzeń między oknem a szafą.
— Wiem, że nie pada — powiedziała Zofia. — Mówię tylko…
Urwała. W pokoju Adama każde tylko miało pięcioletni ogon. Na suficie zebrała się nowa kropla. Spadła obok miski. Hanna przesunęła naczynie dokładnie pod przeciek. Potem zdjęła z krzesła złożony koc i podała go Zofii. Krzesło trzeba było odsunąć od ściany. Starsza kobieta chwyciła za oparcie.
— Zostaw. Greg zrobi.
Hanna położyła dłonie na drugim boku krzesła.
— Powiedziałam…
Nie puściła. Przez kilka sekund stały naprzeciw siebie, obie trzymając ten sam mebel. Zofia pierwsza opuściła wzrok. Drewno zaskrzypiało po podłodze. Odsunęły krzesło razem. Pod nogą leżała cienka książeczka w skórzanej oprawie, częściowo wsunięta pod listwę. Krawędź była siwa od kurzu. Hanna znieruchomiała. Zofia schyliła się szybciej, podniosła zeszyt i otarła go rękawem.
— To twoje?
Hanna wyciągnęła rękę. Skóra była popękana przy grzbiecie, mniejsza niż granatowy zeszyt od Jakuba. Na pierwszej stronie znajdowało się jej nazwisko zapisane pięć lat wcześniej. Dalej angielskie słowa, zakupy, godziny autobusów, adresy i krótkie rozmowy prowadzone z Adamem wtedy, gdy ich wspólny język dopiero się budował. Zofia stała obok.
— Myślałam, że zabrałaś wszystkie.
NIE.
Hanna przewróciła kilka stron. Własne dawne pismo było większe, mniej pewne. Między listą produktów a adresem lekarza znalazła dwa zdania zapisane inną ręką.
„Wracam o szóstej. Nie wychodź sama do portu. Będzie sztorm.”
Niżej, jej odpowiedź, krzywa i zbyt mocno wciśnięta w papier:
„Mogę.”
Adam dopisał pod spodem:
„Wiem. Proszę.”
Hanna zatrzymała palec na tym słowie. Zofia przeczytała przez ramię.
— Martwił się.
Hanna skinęła.
— Zawsze się o ciebie martwił.
Kolejne skinienie.
— Czasami za bardzo.
Tym razem Hanna podniosła głowę. Zofia odeszła do okna. Zimne powietrze poruszało siwymi włosami przy jej skroni.
— Myślisz, że nie widziałam? — powiedziała. — Widziałam. Tylko łatwiej było uznać, że syn wie, co robi. Był oficerem. W mundurze ludzie zaczynają wierzyć własnym decyzjom trochę bardziej niż powinni.
Hanna znieruchomiała.
— Przy tobie też tak miał. — Zofia otarła dłonią parapet. — Chciał wszystko zabezpieczyć. Drzwi, drogę, pieniądze, ciebie. Jakby świat był okrętem i wystarczyło dobrze wydać rozkazy.
W ustach matki słowo rozkazy zabrzmiało źle. Zofia sama to usłyszała.
— Kochał cię — dodała natychmiast.
Hanna otworzyła zeszyt.
WIEM.
Zofia odwróciła się.
— Czasami myślę, że gdybym mówiła mu częściej, żeby przestał wszystkich ustawiać… — zaczęła. — Ale matka zawsze znajduje sobie pracę po fakcie.
Na dachu rozległ się stuk młotka, potem przekleństwo Grega.
— Słyszałem! — krzyknął z góry. — I nie ustawiam nikogo!
Zofia podniosła głowę.
— Przybijaj dach!
— Przybijam!
Hanna poruszyła ramionami. Bezgłośny śmiech przeszedł przez nią krótko i zniknął. Zofia usiadła na odsuniętym krześle. Po raz pierwszy od dawna mebel stał w innym miejscu. Ten drobiazg drażnił wzrok, ale nie poprawiła go.
— Po jego zaginięciu przestawiłam wszystko tak, jak było przed wyjazdem — powiedziała. — Greg przesunął książkę, włożyłam z powrotem. Raz chciał oddać model chłopcu Trevelyanów. Nie odzywałam się do niego dwa dni.
Hanna usiadła na brzegu łóżka. Stary zeszyt leżał na jej kolanach.
— Głupie — powiedziała Zofia. — Jakby Adam mógł wrócić po pięciu latach i pierwsze, co zrobi, to sprawdzić, czy model stoi po lewej stronie.
Hanna napisała:
GDYBY WRÓCIŁ, NIE WIEDZIAŁBY, GDZIE USIĄŚĆ.
Zofia przeczytała i spojrzała na krzesło odstawione pod inną ścianę.
— Pewnie by narzekał.
Hanna dopisała:
ZAWSZE.
— Nie zawsze.
Hanna uniosła brew.
— Dobrze. Często.
Przez kilka minut słuchały deszczu. Otwarty pokój powoli tracił zapach szafy. Od mokrego ogrodu szedł zapach gnijących liści. Mundur nadal wisiał na swoim miejscu, ale rękaw poruszał się lekko od przeciągu. Zofia patrzyła na niego z niepokojem.
— Jakub pytał cię o Adama?
Hanna skinęła.
— Co mu powiedziałaś?
DOBRY. UPARTY. CZASEM ZA DUŻO ROBIŁ ZA MNIE.
Zofia przeczytała długo.
— To uczciwe.
Dodała:
— I okrutne.
Hanna nie cofnęła zdania.
— Uczciwe rzeczy bywają okrutne — powiedziała Zofia. — Szczególnie o tych, których nie ma.
Palce starszej kobiety zacisnęły się na spódnicy.
— Bo oni nie mogą się obronić.
Hanna przesunęła zeszyt bliżej niej.
NIE ATAKUJĘ
— Wiem.
Zofia wzięła oddech, ale nie znalazła od razu następnego zdania. Z dołu dobiegło uderzenie młotka. Deszcz zaczął stukać o parapet, bo wiatr zmienił kierunek. Zamknęła okno.
— Gdybyś odeszła, ten dom byłby pusty.
Hanna popatrzyła na nią.
— Nie mówię, że masz zostać przeze mnie — dodała Zofia szybko. — Tylko…
Zdanie nie znalazło końca. Hanna położyła stary zeszyt na kolanach Zofii i otworzyła granatowy.
NIE CHCĘ TERAZ ODEJŚĆ
Starsza kobieta przeczytała. Jej palce zacisnęły się na popękanej skórze starej okładki.
— Teraz.
Hanna nie poprawiła tego słowa.
Wieczorem mundur wisiał już na krześle przy piecu w kuchni, daleko od ognia. Zofia czyściła rękaw miękką szczotką. Greg dostał zakaz palenia w domu i narzekał, że Royal Navy prześladuje go nawet pięć lat po zaginięciu syna.
W pokoju czuć było deszcz zamiast naftaliny. Krzesło zostało przy drugiej ścianie. Miska stała pod przeciekiem. Hanna zabrała stary zeszyt do siebie. Przed snem otworzyła go na ostatniej zapisanej stronie. Kończyła się dwa tygodnie przed wyjazdem Adama. Dalej było kilkanaście pustych kartek.
Rozdział 14. List bez adresu
Pierwszą pustą stronę Hanna ominęła. Drugą także. Na trzeciej zapisała datę. Pokój od strony ogrodu był chłodny. Wiatr szarpał rynną, pod drzwiami leżał wąski pasek światła z sieni, a z dołu dochodziło tykanie zegara i ciężkie przesuwanie krzesła Grega. Zofia jeszcze nie spała; od czasu do czasu brzękała filiżanką. Dom miał nocą własną listę dźwięków i Hanna znała ją lepiej niż większość rozmów.
Granatowy zeszyt leżał obok. Do listu wybrała jednak stary, skórzany. Papier był cieńszy i nosił ślady nacisku sprzed lat. Kiedy przesuwała opuszką po pustych miejscach, pod palcem czuła zagłębienia po zdaniach zapisanych na poprzednich kartkach. Dawne rozmowy pozostawiały odcisk nawet tam, gdzie słów już nie było widać.
Napisała:
Adam, Przez dłuższą chwilę nie potrafiła przejść dalej. Imię wyglądało jak adres do miejsca, którego nie było na żadnej mapie. Zaczęła od rzeczy prostych.
„Mercy nie wróciła na czas. Owen i Daniel byli całą noc na morzu. Potem wrócili. Daniel przeciął rękę.”
Przeczytała. Brzmiało to jak wiadomość, którą mogłaby mu opowiedzieć przy śniadaniu, gdyby wszedł do kuchni spóźniony i zmarznięty. Dopisała:
„Greg nadal pije zbożową kawę. Teraz sześć cukrów, kiedy jest zimno. Zofia nie wie.”
Kącik ust drgnął. Wyobraziła sobie, jak Adam patrzy na ojca, potem na cukiernicę, a Greg natychmiast oskarża synową o zdradę rodzinnej tajemnicy. Ołówek zatrzymał się nad papierem.
„Naprawiłam poręcz przy schodach na klif. Nie sama. Jest architekt. Ma na imię Jakub. Pierwszego dnia rzuciłam w niego kamieniem i kopnęłam go w twarz.”
To zdanie przeczytała trzy razy.
Niżej dopisała:
„Zasłużył trochę.”
Prawie usłyszała śmiech Adama. Pamiętała przede wszystkim sposób, w jaki podczas śmiechu spuszczał głowę i pocierał palcem nos. Obraz był wyraźniejszy od dźwięku i bolał. Hanna odłożyła ołówek. Oparła dłonie o uda, czekając, aż ucisk pod żebrami minie. Nie minął. Pisała dalej.
„Pojechałam sama do Plymouth. Znalazłam pracownię. Kupiłam ołówki. Wróciłam sama.”
Pięć lat wcześniej opowiedziałaby Adamowi szczegóły: gdzie wysiadła, ile kosztował bilet, kto stał obok niej, czy zgubiła drogę. Zapytałby, dlaczego nie powiedziała, że chce jechać. Najpierw byłby zły ze strachu. Potem objąłby ją mocno, jakby ramionami dało się zabezpieczyć wszystkie przyszłe pomyłki. Kochała to w nim i dusiła się od tego jednocześnie. Wtedy nie potrafiła nazwać obu rzeczy w tym samym zdaniu. Dotknęła gardła. Pod palcami czuła ciepło skóry i ruch przy przełykaniu. Znała tę ciasnotę; wracała przy bólu, strachu i czasem przy słowach, których nie umiała zapisać.
Nie próbowała wydobyć dźwięku.
Napisała:
„Jestem na ciebie zła.”
Litery wyszły zbyt duże. Zajęły prawie całą linię.
Pod spodem:
„Powiedziałeś: czekaj. Czekałam. Nie wiem, co miałeś na myśli. Miesiąc? Rok? Pięć lat?”
Grafit pękł przy ostatnim znaku zapytania. Hanna patrzyła przez chwilę na złamaną końcówkę. Nie cisnęła ołówkiem. Wyjęła mały nóż, ten sam, którego używała do ostrzenia narzędzi Grega, i spokojnie odsłoniła nowe drewno. Jasne wiórki spadły na koc.
„Nie wiem, czy żyjesz. Nie wiem, czy umarłeś. Najgorsze jest miejsce pomiędzy.”
Na dole Greg kaszlnął. Zofia powiedziała coś, czego Hanna nie zrozumiała przez drzwi. Potem czajnik stuknął o płytę pieca. Zwyczajny dom nie zgadzał się z wielkością słów na papierze. Może dzięki temu mogła pisać dalej.
„Kochałam cię wtedy.”
Zatrzymała się, ale nie skreśliła czasu przeszłego.
Dopisała:
„Nie wiem, jak mam napisać to teraz.”
Przez kilka minut nie poruszała ręką. Deszcz uderzał o parapet coraz drobniej. W ciemnym oknie odbijała się lampa, jej twarz i pusty fragment łóżka po drugiej stronie.
„Zofia czeka. Greg też. Ja…”
Trzy kropki zostały na końcu strony. Hanna odwróciła kartkę. Nie napisała nic więcej. List nie miał adresu. Nie wiedziała nawet, czy słowo list jest uczciwe wobec tekstu, który nie może zostać wysłany. Złożyła dwie zapisane kartki do środka starego zeszytu i zamknęła go klamrą. Granatowy zeszyt położyła na wierzchu. Nie spała długo. Kiedy zasnęła, nie śnił jej się Adam ani Jakub. Śniła korytarz z dzieciństwa, otwarte drzwi po obu stronach i światło na końcu, do którego szła bez pośpiechu. Obudził ją dopiero zapach smażonego chleba.
Greg siedział przy stole w koszuli bez kołnierzyka, z gazetą rozłożoną pod kubkiem. Zofia krzątała się przy piecu. Gdy odwróciła się po talerze, Greg wsypał szóstą łyżeczkę cukru.
Hanna zatrzymała się w drzwiach, a stary rybak przyłożył palec do ust. Zofia odwróciła głowę.
— Co robicie?
— Nic.
Hanna usiadła. Greg przesunął w jej stronę koszyk z chlebem.
— Niektórzy ludzie umieją dochować tajemnicy.
Zofia spojrzała na jego kubek.