E-book
19.98
drukowana A5
39.99
drukowana A5
Kolorowa
59.09
Kobiecość przez wielkie K

Bezpłatny fragment - Kobiecość przez wielkie K


5
Objętość:
80 str.
ISBN:
978-83-8245-211-2
E-book
za 19.98
drukowana A5
za 39.99
drukowana A5
Kolorowa
za 59.09

Wstęp

Odkąd pamiętam, kochałam w sobie wszystkie kobiece cechy. Już w przedszkolu uwielbiałam nosić sukienki i spódniczki. Jako sześciolatka potrafiłam zrobić wielką awanturę, gdy mama chciała, bym założyła do przedszkola spodnie. Obserwowałam mamę i bardzo podobało mi się wszystko, co było związane z byciem kobietą. Kobiece ruchy, perfumy, kosmetyki i kobieca wrażliwość. Marzyłam, że kiedy dorosnę, będę mamą w domu, gdyż wydawało mi się to niezwykle piękne, ważne i wspaniałe. Odkąd pamiętam, chciałam założyć rodzinę, urodzić dzieci i dbać o nie. Było to dla mnie naturalne.

Później okazało się, że dla wielu ludzi taki plan na życie wydaje się absurdem. Poświęcenie się bez reszty rodzinie w dzisiejszych czasach to podobno szaleństwo. Przez długi czas nie miałam takich dylematów, gdyż niemal do trzydziestego roku życia pozostawałam singielką. Pracowałam, uczyłam się i korzystałam z życia pełną parą. Jednak nawet w pracy często spotykałam się ze zdziwieniem, że nie wstydzę się swojej kobiecości. Ludzie często pytali mnie, dlaczego codziennie zakładam sukienki. Gdy odpowiadałam, że lubię je nosić, otwierali szeroko oczy ze zdziwienia. Nikt za to nie dziwił się kobietom zakładającym codziennie jeansy. To, co dla mnie było naturalne, budziło u innych zdumienie.

Przyjrzałam się temu zjawisku bliżej i zauważyłam, że stosunkowo mało jest wokół mnie kobiecych kobiet. Takich, które lubiłyby swoją płeć i cieszyły się nią. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy delikatność i wrażliwość stały się passe? Co spowodowało, że kobiety zaczęły bardziej dbać o to, by stać się równe mężczyznom, niż cieszyć się z przywilejów bycia kobietami?

Napisałam tę książkę dla tych z was, które chciałyby wyruszyć ze mną w podróż do naszej kobiecej natury. Odkryjcie w sobie wewnętrzne piękno i prawdziwą siłę. Odważcie się być sobą w pełnym tego słowa znaczeniu i cieszcie się życiem, jak nigdy wcześniej.


DLACZEGO ZDECYDOWAŁAM SIĘ NAPISAĆ TĘ KSIĄŻKĘ?


Od zawsze wiedziałam, że jeśli będzie taka możliwość, będę chciała zostać na urlopie wychowawczym ze swoim dzieckiem. Pod pojęciem możliwości miałam na myśli taką sytuację finansową, która pozwalałaby mojej rodzinie zaspokoić podstawowe potrzeby.

Kiedy w końcu, mając 29 lat, poznałam swojego obecnego męża, pojawiły się pierwsze pytania od osób z zewnątrz o mój stosunek do małżeństwa, dzieci oraz o moje podejście do zostania dłużej w domu z dzieckiem. Jeszcze nie mając dziecka, zetknęłam się z niezrozumieniem, a nawet hejtem, gdy mówiłam o tym, że moim marzeniem jest zostanie w domu z dzieckiem przynajmniej do momentu pójścia przez nie do przedszkola. Moje argumenty mówiące o tym, że rodzina jest dla mnie najważniejsza, a pierwsze lata życia dziecka uważam za najcenniejsze, nie przemawiały do zbyt wielu ludzi.

Usłyszałam wówczas, że nie mam ambicji, brak mi wyobraźni, jestem nieodpowiedzialna i pozbawiam się niezależności.

Zaczęłam się zastanawiać, skąd ta agresja u ludzi z zewnątrz w stosunku do mnie i dlaczego tak ostentacyjnie próbują przekonać mnie do swoich racji? Osobiście, nigdy nie próbowałam sprowadzać na „jedyną słuszną drogę”, żadnej kobiety, która chciała szybko wrócić do pracy. Uważam bowiem, że każda z nas ma święte prawo do decydowania o sobie i swojej rodzinie. Jestem za wyborem i nie gloryfikuję żadnej z decyzji. Tak samo, jak i nie uważam, że każda z nas musi być mamą. Każda z nas ma inne marzenia, cele i ma do tego prawo.

Intuicyjnie bardzo pragnęłam być w domu, opiekować się swoją rodziną przez pierwsze lata życia mojego dziecka. Moja mama zrezygnowała z pracy zawodowej po urodzeniu mnie i mojego brata, i wiem, że nigdy tego nie żałowała, wręcz przeciwnie. Ma z tatą świetną relację, pełną bliskości i zrozumienia, a nasza rodzina jest ze sobą bardzo blisko. Uważam jednak, że jeśli któraś z nas kobiet, miałaby być nieszczęśliwa, rezygnując z pracy zawodowej, więcej byłoby z tego szkody niż pożytku. Jest wśród nas też wiele kobiet, które bardzo chciałyby być mamami na pełny etat, ale nie mają takiej możliwości.


NIE BÓJ SIĘ ZDECYDOWAĆ POZOSTAĆ W DOMU Z MAŁYM DZIECKIEM


Pomyślałam sobie, że może jest tak, że czasem ktoś, kto krytykuje mnie za to, że zostaję w domu z moim dzieckiem, podświadomie mi tego zazdrości, gdyż nie ma takiej możliwości lub sam sobie nie daje takiego przyzwolenia.

Zrozumiałam też, jak trudno jest w dzisiejszych czasach kobiecie zdecydować się na taki krok. Dlaczego? Ponieważ wiąże się to z piętnem części społeczeństwa, które jest przekonane, że jedynie kobieta godząca posiadanie dzieci z karierą zawodową i przynoszącą pieniądze do domu, jest wartościowa.

Z drugiej strony bardzo rzadko słyszałam z zewnątrz (od męża owszem) słowa uznania za zajmowanie się domem i dzieckiem. Rzecz jasna nie oczekiwałam za to złotego medalu, ale miło byłoby od czasu do czasu usłyszeć szczere słowa kogoś, kto wierzy, że praca w domu ma sens i jest ważna tak samo, jak praca zawodowa. Było to dla mnie z jednej strony frustrujące, a z drugiej postanowiłam, że zacznę mówić głośno o tej nieprzyjemnej sytuacji, w której znajduje się sporo kobiet.

Kobiety, dobrze wiemy jak trudno w dzisiejszych czasach spełniać się w rolach, które są nam nierzadko narzucane. Nie wiedzieć dlaczego, od nas zawsze wymaga się więcej. Zwykle to my też jesteśmy bardziej oceniane, czy jesteśmy dobrymi żonami, mamami i gospodyniami. Mężczyźni bez wątpienia w mniejszym stopniu spotykają się z taką presją.

Pamiętam, że niedawno, robiąc codzienne zakupy spożywcze w osiedlowym sklepie, usłyszałam pytanie od sprzedawczyni, czy chciałabym mieć drugie dziecko. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, ekspedientka skierowała następne słowa do mojego półtorarocznego synka: „Ty pewnie chciałbyś rodzeństwo, ale to zapewne mama nie chce”. Zamurowało mnie. Zrozumiałam, że ta pani musiała już wcześniej się zastanawiać nad tematem mojej kolejnej ciąży i ocenić mnie jako tę, która z pewnych względów nie chce drugiego dziecka.

Tak się składa, że ja akurat chciałam już wtedy mieć drugie dziecko, ale z pewnych względów nie mogłam się na nie zdecydować. Czy gdybym jednak nie chciała, znaczyłoby to coś złego? Co za pytanie! I dlaczego mężczyźni są oszczędzani w tej kwestii, a nam się zwykle obrywa? Absurdem jest to, że to kobiety są zwykle najbardziej wredne względem siebie i choć nie zawsze tak jest, to jednak wciąż stanowczo za często. Jaką mam na to radę? Nauczyć się odpuszczać. Ale tak serio. Naprawdę dojść do tego poziomu, by te czy inne uwagi mieć w nosie. Zaś w momencie, gdy nasze granice zostaną przekroczone — asertywnie reagować. Grzecznie, ale zawsze. Nie milczeć, nie przepraszać, za to, że żyjemy. Bądź pewna siebie i miej odwagę żyć po swojemu. No właśnie — po swojemu. Ciesz się z tego życia, jakim żyjesz. Nie przejmuj się malkontentami, a z toksycznymi ludźmi zerwij kontakt. Im szybciej, tym lepiej.

Stop unifikacji płci

Ponieważ od zawsze czułam się wspaniale w skórze kobiety, naprawę trudno mi zrozumieć, dlaczego dzisiejszy świat dąży do unifikacji płci. Ponad wszystko dążenie do tego, by wszystko było „pół na pół”. Nawet, jeśli konkretna kobieta nie chce dążyć do kariery, do zarabiania dużych pieniędzy, zawsze znajdzie się wiele osób twierdzących, że to źle, że tylko niezależność finansowa da jej prawdziwe szczęście. A co, jeśli tej kobiecie szczęście da bycie mamą i żoną na pełny etat? Nawet, jeśli zdecyduje się na tego rodzaju życie przez jego cały okres? Oczywiście może być też tak, że zdecyduje się na pozostanie w domu na okres najmłodszych lat dziecka, by później wrócić do pracy i tę karierę zrobić. Ważne, aby kobieta mogła zdecydować, by miała wybór i nie bała się opinii innych ludzi tak bardzo, by zrezygnować z tego, czego naprawdę chce.

Pozwól sobie na to

Kochana Czytelniczko, zastanów się proszę, czy dajesz sobie szansę na czas tylko dla siebie, po to, by wsłuchać się w swoje myśli? Czy dajesz sobie szansę na życie takie, jakiego ty sama pragniesz? Czy dajesz sobie prawo do popełnienia błędów? Czy kochasz siebie na tyle, by codziennie dbać o to, by żyło ci się pięknie? Tylko ty możesz to zrobić. Nie oczekuj tego od nikogo, a już na pewno nie od swoich najbliższych. Sama sobie możesz to wszystko dać. Zastanów się, jak. Odpowiedź jest w tobie.

Wracając do pozostania w domu z dziećmi, ja jestem bardzo szczęśliwa, że obecnie jestem już drugi rok w domu z moim synem. Ten okres jest jednym z najpiękniejszych w moim życiu.

Świadome rodzicielstwo

Nie wyobrażam sobie nawet teraz zostawić dwuletniego synka na wiele godzin w żłobku czy też z opiekunką. Wiem, że wiele osób zachwala „instytucję dziadków” i to też jest dla mnie kontrowersyjnym tematem. Po pierwsze i najważniejsze dlatego, że według mojej opinii, decydując się świadomie na posiadanie dziecka, pragnę sama je wychować. Bardzo ważne jest dla mnie przekazanie mu wartości, które są dla mnie ważne, ale i dawanie mu co dnia ogromu miłości, którą do niego czuję. Ta matczyna miłość i cierpliwość są według mnie nie do odtworzenia przez inną osobę poza tatą dziecka, to wiadome. Po drugie zaś, boli mnie właśnie to, że dziadkowie są nazywani tą „instytucją” i niejednokrotnie czują presję, by opiekować się wnukami na pełny etat. Bądźmy szczerzy — opieka nad dzieckiem codziennie przez 8 lub więcej godzin to harówka. Dla młodej osoby to ciężka praca, a co dopiero starszej? Ponadto nasi rodzice już wychowali swoje dzieci i dobrze by było, by mieli też przestrzeń na emeryturze do odpoczynku, podróży i czas na swoje pasje. Uważam, że dla dziadków opieka nad wnukami może być ogromną przyjemnością, ale wtedy, gdy są zachowane zdrowe proporcje. Nie chcę tu generalizować, być może są rodziny, u których taki podział doskonale się sprawdza, ale ja osobiście sobie go nie wyobrażam.

Nie mogłabym mieć wówczas również pretensji, że dziecko zostaje wychowywane według zasad dziadków. Będąc z dzieckiem codziennie, to ja mam wpływ na to, co je, co robi w ciągu dnia, jaki świat poznaje.

Wiecie, co jeszcze? Mój syn co dnia pokazuje mi, że to ja i mój mąż jesteśmy najważniejszymi osobami w jego życiu. Kiedy w nocy śni mu się koszmar woła właśnie mamę czy tatę — nie babcię, ani nianię. Codziennie mam mnóstwo dowodów na to, że czas poświęcony synowi, procentuje. Pamiętajcie jeszcze o jednym, kochane kobiety — często dopiero po fakcie, gdy dziecko jest duże, mama żałuje, że za wcześnie wróciła do pracy, powierzając swoje dziecko w inne ręce. Jak wiemy, czasu nie można cofnąć, a w życiu są rzeczy bezcenne.

Różne drogi życia i wybory — wywiady z bliskimi mi kobietami

Mam to szczęście, że spotkałam na swojej drodze wiele wspaniałych kobiet. Najważniejszymi z nich są moja mama i babcie. Moja mama mnie wspiera, zawsze pozwalała mi dokonywać samodzielnie wyborów i nigdy nie usłyszałam od niej, ani słowa krytyki.

Mam również wspaniałe przyjaciółki, koleżanki i znajome, które są bliskie mojemu sercu i każdą z nich podziwiam oraz doceniam za wybory, których dokonały, pomimo, że są one tak różne.

Uwielbiam kobiety, które świadomie kreują swoje życie. Są szczęśliwe, bo żyją według własnych zasad nie oglądając się na świat i oczekiwania innych.

Rozmowy z niektórymi z nich znajdziesz w dalszej treści, gdyż uważam je za niezwykle inspirujące i budujące. Pokazują, że każda z nas ma inne marzenia i cele. Można być szczęśliwą bezdzietną bizneswoman w fantastycznym związku z mężczyzną, który również z wyboru nie chce mieć dzieci. Inna kobieta, jak ja szczęście odnajduje w macierzyństwie i zgodnym małżeństwie. Jeszcze inna nigdy nie stawiała na piedestale bycia mamą, ale to macierzyństwo dopełniło jej życie i dało spełnienie.

Zapraszam Cię serdecznie do poznania ich historii.

Katarzyna Ficek-Wojciuch

Kobieta dinozaur, od 30 lat z jednym mężczyzną. Od 23 lat w szczęśliwym związku małżeńskim. Mama trójki dzieci. Zawodowo długoletni finansista, autorka kilku publikacji naukowych. Specjalizuje się w restrukturyzacji miast przemysłowych, bezrobociu i wykluczeniu społecznym, a także projektami infrastrukturalnymi. Doktorant Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Członek zarządu i współwłaściciel Spółki. Chwilowo porzuciła swoje pasje, by rozwijać je u dzieci — taniec towarzyski, gitara i piłka nożna. Zajmuje się społecznie sprawami miasta, prowadzi swój blog i lokalną gazetę.


Czym jest dla ciebie kobiecość?


Kobiecość to pojęcie bardzo szerokie i wydaje mi się, że dziś należałoby ten termin zdefiniować na nowo. Inaczej kobiecość postrzega mała dziewczynka, która marzy o czerwonych ustach i wysokich czerwonych szpilkach. Inaczej rozumie kobiecość młoda, piękna kobieta, która bardziej skupia się na zewnętrznych walorach. Inaczej kobieta dojrzała, jaką jestem ja. Ten piękny wygląd z wiekiem przestaje mieć znaczenie; wiesz, że ciało po porodach nie jest już takie samo, jak przed. Przybywa zmartwień i zmarszczek. To jest naturalne, ale ja dostrzegam coś innego w kobietach, co sprawia, że stają się piękne. To przeżycia, które są ukryte w oczach, bo przecież oczy są zwierciadłem duszy. To doświadczenia nadają nam mądrość życiową. Dlatego o kobiecości, w moim przeświadczeniu, na dziś świadczy moje serce i moja dusza. Kiera Cass powiedziała: „Przyjrzyj się jej rano, zaraz po przebudzeniu. Bez makijażu, bez wymyślnej fryzury, jak ją Bóg stworzył. Jeśli jest naprawdę piękna, to i wtedy będzie”. Chciałabym, aby moje córki o tym pamiętały, bo dziś jakby o tym się zapomina. Coraz częściej dla młodych dziewczyn stają się autorytetami celebrytki, które nakładają filtry, robiąc tysiące zdjęć, by wybrać to najlepsze. Używają Photoshopa, by wydłużyć nogi, zniwelować zmarszczki. Botoks, kwas hialuronowy, stymulatory tkankowe, medycyna estetyczna — to wszystko jest dla ludzi. Ważne jednak, aby używać z umiarem i do końca zostać sobą. Nie stać się fikcją lub niezbyt udaną kopią samej siebie. Nie sprzedawać tandety na pokaz, a tak dziś jest. I jeszcze, podsumowując, kobiecość to radość z życia, ale nie oparta na przyklejonym uśmiechu do twarzy, lecz objawiająca się właśnie tymi radosnymi iskierkami w oczach, które pojawiają się, kiedy się uśmiechasz.


Czym jest dla ciebie kobieca przyjaźń i kobieca solidarność?


Myślę, że prawdziwa kobieca przyjaźń nie istnieje. Może to być przyjaźń na zasadzie wspólnego, chwilowego celu, typu: mąż zdradza, źle się dzieje w małżeństwie, problemy w pracy, z dziećmi. Kobiety z natury sobie zazdroszczą. Są pełne złośliwości.

Są przyjaźnie szkolne czy licealne, one są trwałe, ale potem jakoś to się rozmywa. Nie jest szczere, bezinteresowne. Trudno bowiem znieść jednej kobiecie czyjś sukces, radość. Zawsze są zazdrosne o siebie, wygląd koleżanki, o pozycję materialną czy zawodową bądź rodzinną. Kobiety, jak się spotykają, to często obgadują inne. Zawsze mówiłam mężowi, że mężczyźni mają lepiej. Oni pogadają na ciekawe tematy, a baby jak się spotkają, to albo siebie nawzajem obmawiają, albo się użalają. Rzadko spotyka się kobiety, które potrafią się wznieść ponad to. Ale może tylko ja to tak postrzegam, bo jestem zadaniowcem i mam, wydaje mi się, mało takich typowych cech kobiecych. Zresztą, jak badania pokazują, najgorszym szefem dla kobiety jest kobieta-szef.

Jestem też bardzo silna psychicznie, problemy jakby napędzają mnie do działania; nie panikuję, tylko działam. Nie muszę się nikomu żalić, prosić o radę. Sama staram się szukać rozwiązania. Nie lubię też się zwierzać ze swojego życia, bo czasami może być to potem wykorzystane przeciwko mnie. Czy to nieufność? Może bardziej ostrożność. Tego nauczyło mnie dzisiejsze życie.

Co zaś tyczy się solidarności babskiej, myślę, że ile kobiet, tyle historii. Jednoznacznej odpowiedzi trudno szukać. Często słyszymy, że najczęstszym wrogiem kobiety jest druga kobieta. Kobieta postrzega inną kobietę jako rywalkę. Zadajmy pytanie: czy kobieta pomoże innej kobiecie w robieniu kariery?

Kobiety z natury intrygują i jeśli wbije ci ktoś w życiu szpilę, to z reguły jest to kobieta. Czyli tak naprawdę wracamy do punktu wyjścia: kobiety są solidarne, gdy mogą się wzajemnie wyżalić; gdy jesteś słabsza, masz problemy, to chętnie cię wesprą. Ale jak się już odbijesz od dna i, nie daj, Boże, wiedzie ci się lepiej, to cię już nie znają.


Z jakimi problemami według ciebie boryka się współczesna kobieta?


Wydaje mi się, że współczesna kobieta wykonała ogromny postęp cywilizacyjny. Jest dobrze wykształcona, dobrze wygląda, godzi różne role — matki, żony; realizuje się zawodowo. Z uwagi na fakt, że wykonała taki skok do przodu, mężczyźni zostali w tyle. I teraz taka kobieta ma problem, bo jak jest w domu, to jest kurą domową; jak realizuje się zawodowo, to mówi się, że jest zimna i wyrachowana, bo dba o siebie — egoistka. I tutaj powstaje dysonans. Czy można gdzieś znaleźć złoty środek? Wydaje się to z mojego punktu widzenia trudne. Bo z jednej strony, żadna z nas nie chce być tą przysłowiową kurą domową, a z drugiej, chcemy być zawodowo aktywne. A co w tej sytuacji z mężczyznami? Oni też się pogubili, bo z jednej strony udajemy silne, z drugiej chcemy, by się nami opiekowali. Jak to rozwiązać? Może trzeba trochę odpuścić, pokazać, że czasami w życiu tak jest, że trzeba być kurą domową, ale tak nie do końca. Ja, wyłączając się z aktywnego życia zawodowego, rozpoczęłam studia doktoranckie, otworzyłam przewód, napisałam kilka artykułów naukowych. Postawiłam na samorozwój. Ale gdyby ktoś 15 lat temu powiedział mi, że będę mamą trójki dzieci, wyśmiałabym go. Jak to, ja?! Ale póki co, niczego nie żałuję, mam świetne dzieci, męża, rodziców. Mam azyl i poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Teraz nadszedł czas dla mnie, aby zacząć myśleć o sobie i wrócić do pełnego życia zawodowego.

Wracając jednak do pytania, obawiam się jednego, że dzisiejsze kobiety są tak silne i samowystarczalne, że mają problem ze znalezieniem drugiej połówki. Tym się martwię, patrząc na swoje dorastające córki.


Czy od zawsze wiedziałaś, że chcesz zostać mamą i żoną?


Jako małe dziewczynki przeważnie bawimy się w dom, mamy i dzieci. A wynika to z tego, że naśladujemy wzorce dorosłych. Dzieci przecież też mówią do pewnego momentu językiem rodziców bądź dziadków, którzy je wychowują. Potem przychodzi wiek dojrzewania i to zaczyna się zmieniać. U mnie ten proces zachodził w sposób bardzo naturalny z jednej strony, a z drugiej bardzo szybko. Swojego męża poznałam, mając niecałe 17 lat. W zasadzie nie miałam doświadczenia, jak to być w innym związku, z innym chłopakiem czy mężczyzną. „Chodziliśmy” ze sobą 7 lat, bo to były takie czasy. Potem nadszedł czas, by podjąć decyzję, co dalej. Były oświadczyny, planowana data ślubu, przygotowania, wicie gniazdka, czyli urządzanie pierwszego mieszkania. Oboje pracowaliśmy, zarabialiśmy w miarę dobrze, więc po ślubie zamieszkaliśmy w dobrze urządzonym, 3-pokojowym mieszkaniu z kuchnią i łazienką. Co zaś dotyczy dzieci, to początkowo byłam straszną pracoholiczką, bałam się ciąży, tego, że strasznie przytyję, jak moja mama. Chciałam pracować, rozwijać się zawodowo. Do tego mój mąż nigdy nie przepadał za dziećmi i minęło 5 lat, zanim pojawiła się Laura. Wiele osób w rodzinie i znajomych postawiło już na nas krzyżyk. Ale nasza decyzja do bycia rodzicem była świadoma i podchodziliśmy do tego ostrożnie, z rozsądkiem. Laura oczywiście wywróciła nasze życie do góry nogami. Mąż nie miał i do dzisiaj nie ma problemu, żeby zaopiekować się dziećmi. Po 2 tygodniach od porodu został sam z małą i pech chciał, że przyszli w tym czasie na odwiedziny jego rodzice i siostra. Przypuszczam, że nie rozumieli sytuacji, jak matka mogła takie maleństwo zostawić i pojechać na zakupy. 6 tygodni, połóg, nie wolno wtedy było wychodzić z domu. Ale ja uwielbiałam łamać wiele prawideł i zasad, więc zostałam wyrodną matką… Każdej nocy mąż też wstawał, przygotowywał butelkę każdemu z dzieci. Ja karmiłam. Potem chciałam wrócić na pół etatu do pracy, ale były to jeszcze czasy, kiedy niestety nie wspierało się tak macierzyństwa i tacierzyństwa. Wybrałam więc urlop wychowawczy, bo nie wyobrażałam sobie z kolei, żeby niania wychowywała nam dziecko. Jednak na urlopie wychowawczym otworzyłam swoją działalność gospodarczą. Zawsze chciałam robić coś swojego, choć nie zawsze też to wychodziło, jak w życiu. Także to pytanie, czy chciałam zawsze — nie, był to jakiś mój cel sam w sobie, nie spędzało mi to snu z powiek. Myślę, że gdyby życie potoczyło się inaczej, też bym to przyjęła na klatę i odnalazła się w innej roli.


Jak wyobrażasz sobie swoje życie, gdyby los potoczył się inaczej i nie byłabyś mamą?


To jest trudne pytanie, bo do tego trzeba dwojga. Jak wspomniałam wcześniej, 5 lat po ślubie nie mieliśmy dzieci i był to nasz świadomy wybór. Mój mąż nigdy by nie zaadoptował dziecka, więc tutaj nie mogłabym na nim tego wymóc. Choć ja sama bym zaadoptowała, bo lubię w życiu wyzwania i chciałabym tutaj nie być źle zrozumiana, że używam słowa „wyzwanie”, ale chodzi o to, że mogłabym dać szczęście, dom, ciepło tym, którym życie tego nie dało. Jak każda kobieta, jestem zdolna do poświęceń i tak bym to potraktowała. Potrafiłabym takie dziecko pokochać, mój mąż nie. Więc gdyby złożyło się tak, że nie mielibyśmy własnych dzieci, to przypuszczam, że wiedlibyśmy też fajne życie zawodowe, towarzyskie, dużo byśmy podróżowali. Myślę, że nie nudzilibyśmy się w swoim towarzystwie. Bo lubimy ze sobą spędzać czas, naszym rytuałem od lat jest poranna kawa przygotowana oczywiście przez męża.


Ilu dzieci jesteś mamą?


Dwóch fantastycznych nastolatek i małego mężczyzny.


Jakie wartości chcesz przekazać swoim dzieciom?


Wychowanie dzieci to jest megatrudne zadanie, ale też fascynująca przygoda, kiedy widzisz, jak z dnia na dzień dziecko się rozwija. Jak kwiat. Najważniejszy jest przykład, bo dzieci nas naśladują, podpatrują i zachowują się jak my, dorośli. Z pewnością mają szanować drugiego człowieka, nieważne, czy o tym samym kolorze skóry czy poglądach. Uczę ich empatii, otwartości na świat. Jak mawiał śp. profesor Bartoszewski — trzeba być przyzwoitym. W ogóle uważam, że dzieciństwo w całym naszym życiu jest najważniejsze — dlatego ważne, by dziecko było szczęśliwe, miało możliwość wyboru. Ja tak wychowuję, jestem liberalną mamą. Moje dzieci mają dosyć dużą swobodę. Podejmują decyzje same w wielu sprawach; muszą też umieć nauczyć się ponosić porażki. Życie to nie tylko sukces, a tak mi się wydaje, że dziś wielu rodziców wyręcza swoje dzieci. Traktuje jak księcia i księżniczkę. To dobrze, ale dziecko ma też wiedzieć, że sukces zdobywa się pracą, a czasami, mimo wysiłku, nie udaje nam się uzyskać wymarzonego rezultatu. Dla mnie ważne było, żeby dzieci miały pasję. Wtedy są bardziej wartościowymi ludźmi. Dużo z dziećmi staram się rozmawiać, dużo przytulać, by były wrażliwe. Ja sama pochodzę z rodziny o tradycjach śląskich i wyniosłam z domu tzw. „zimny chów”. Ale staram się to u siebie zmieniać, choć nie jest łatwo. Jak stajesz się dorosłym, to potem widzisz te swoje słabości, kompleksy i widzisz, że mają podłoże w dzieciństwie. Z pewnością popełniam błędy, jak każdy, ale o tym dowiemy się dopiero, jak one będą dorosłe. Póki co, cieszę się, że lubią z nami spędzać czas. Lubią siąść w kuchni przy stole i pogadać. Dzielą się swoimi radościami i porażkami.

Na koniec dodam, że kiedyś taka znajoma pani z butiku, w którym byłam stałą klientką, dała mi taką radę — „świat dziś jest trudny, pełen pokus, ale proszę pamiętać, proszę zawsze rozmawiać z dziećmi, mówić, tłumaczyć. One będą się buntować, będą to czasem krytykować, ale po czasie to do nich dotrze i wysłuchają”. Tak staram się robić… w świecie obrazków, piktogramów, nowoczesnych technologii, rozmawiam i oczekuję, aby dziecko zawsze mi wytłumaczyło daną sytuację. Dla mnie odpowiedź „bo tak / bo nie”, nie jest odpowiedzią. Oczekuję pełnej wypowiedzi, zdań złożonych (śmiech).


Na jakie kobiety wychowujesz swoje córki?


Staram się im nie podcinać skrzydeł. Chciałabym, aby je rozwijały. Nie chcę też z nimi konkurować (dlatego chodzą w moich torebkach, zegarkach, ubraniach, pozwalam im robić paznokcie czy makijaż). Dlaczego? Bo wiele moich znajomych koleżanek traktuje swoje dorastające córki jak rywalki. Upiększają się na siłę, dominują nad nimi. Ja tego nie chcę. Nie chcę iść ulicą i wyglądać jak ich koleżanka, co nie znaczy, że nie mam dbać o siebie. Ale z godnością trzeba przyjmować swój wiek. A nie na siłę się odmładzać. Chcę, żeby były mądre, żeby w życiu robiły to, co kochają. Nie miały kompleksów. Nie próbowały się komuś przypodobać na siłę. Miały swoje zdanie, ale umiały je obronić argumentami. Miały znajomych, ale nie dały się wmanipulować. Dziś niestety tak jest, że ulegamy ciągłym manipulacjom.

Mam dwie córki, są bardzo różne i dlatego staram się je wychowywać indywidualnie. Nie stosuję schematu; to, co działa na jedną, nie działa na drugą i odwrotnie. Mają być silne i mądre, cieszyć się życiem. Każda z nich ma swoje pasje, staram się im pomóc je rozwijać; kibicuję i wspieram. Wydaje mi się, że poświęciłam dużą część siebie by je wychować. Mam nadzieję, że to kiedyś w ich dorosłym życiu zaprocentuje. Póki co, cieszę się, że mi się zwierzają, przychodzą pogadać, radzą się, co w danej sytuacji zrobić. Jak mam czasami doła, to zrobią pyszny obiad czy kawkę. Razem też chodzimy na shopping. W sumie to ja nie potrzebuję już koleżanek. No i zapomniałabym o najważniejszym — chciałabym, by nie rywalizowały ze sobą, ale by się wspierały. Póki co, tak jest. Co będzie, gdy znajdą życiowych partnerów i zaczną żyć na swój rachunek? Czas pokaże…


Na jakiego mężczyznę chciałabyś wychować syna?


Zawsze chciałam mieć córkę. Potem, żeby była druga. Zawsze wydawało mi się, że jak jest rodzeństwo jednej płci, to jest lepiej, ma się więcej wspólnych rzeczy do zrobienia. Kiedy byłam w pierwszej ciąży, doktor najpierw na USG powiedział, że będzie córka, zresztą tak się do tego przygotowywałam. Dieta, test owulacyjny… miała być córka. Na drugim, że syn. Wtedy pierwsza myśl, która mi się pojawiła na tej kozetce, gdzie leżałam, to — jak ja go wychowam? Okazało się później, że jednak będzie córka. No i trzecia ciąża i od początku na USG wychodziło, że chłopak. Mąż zdumiony, jak to po dwóch córkach syn? No i jest Marceli — synek mamusi. Jak mawia mąż — jedyny facet, który cię owinął wokół palca. Coś w tym jest. Bo ma więź taką ze mną, że to jest niewiarygodne. Nie wiem, czy wszystkie mamy tak mają, ale mój syn świata poza mną nie widzi. Jednak wychować go trzeba. Ale tutaj większą rolę pokładam w mężu, bo syna musi wychowywać ojciec. Pokazać, jak być z jednej strony mężczyzną, a z drugiej, przynieść dziewczynie kwiaty, rano kawę do łóżka. Ale takiego tatę widzi na co dzień, więc myślę, że wzorzec ma. Wychowuje się z dziewczynami, więc wie też, jak to jest: kosmetyki, ubrania, dieta, zdrowe odżywianie itp. Tak, jak u córek, chcemy, by miał swoje zainteresowania, swoją przestrzeń, żeby tę energię pożytkował w sposób właściwy. Póki co, ma być szczęśliwym dzieckiem i takim jest: uśmiechniętym, miłym i ciepłym małym facetem, który poza mną świata nie widzi, ale mam nadzieję, że do czasu.


Jaki jest według ciebie sukces na długie i szczęśliwe małżeństwo?


Bardzo szerokie pytanie i wieloaspektowe, na które trudno jest tak głęboko i jednoznacznie odpowiedzieć. Ale moim zdaniem, tak naprawdę nie ma jednego rozwiązania i jednej recepty na długi i szczęśliwy związek. Nie musi być przecież sformalizowany, dziś tym bardziej. Można żyć bez tak zwanego „papierka” czy przysięgi złożonej przed Bogiem i być szczęśliwym. A można być związanym sakramentalną przysięgą i żyć w nieszczęśliwym małżeństwie. Natomiast z mojego, ponad 20-letniego doświadczenia bycia żoną, mogę powiedzieć, że dwie strony muszą chcieć i to na każdym etapie naszego życia; na każdym etapie, w którym aktualnie znajduje się związek. Bowiem małżeństwo, jak wszystko, przechodzi różne etapy, albo może lepiej fazy. Inne są potrzeby, pragnienia i cele małżeństwa / związku młodego, bez dzieci, inne z małymi dziećmi, dorastającymi i potem inne — które uważa się za najtrudniejsze dla związku — czyli efekt pustego gniazda, kiedy to znów partnerzy / małżonkowie muszą chcieć nauczyć się żyć razem ze sobą.

Zawsze uważałam jednak, że to loteria, czy się uda, czy nie. Dlaczego? Bo każdy z nas ewaluuje i to, co łączy nas w jednym momencie życia, nie musi łączyć nas w innym. Czasami bowiem jedna strona się rozwija, a druga zatrzymuje i już jest blokada, rosnąca bariera do szczęścia i droga do nieporozumień. Każdemu też z wiekiem zmienia się psychika, inne nim kierują emocje i pragnienia. Nabywa przecież też doświadczenia życiowego. Czasami te nasze cele i pragnienia stają się tak odmienne, że nie da się tego skleić w jedno. Jak w piosence Budki Suflera: „bo do tanga trzeba dwojga, zgodnych ciał i chętnych serc”. Dlatego uważam, że muszą chcieć dwie osoby, muszą się chcieć nauczyć pewnych rzeczy nie widzieć, nie słyszeć. Spośród wad, które każdy z nas ma, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie — czy wady, które ma mój partner, są takie, że ja je jestem je w stanie zaakceptować, czy jednak nie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.98
drukowana A5
za 39.99
drukowana A5
Kolorowa
za 59.09