E-book
27.3
drukowana A5
55.74
Knut

Bezpłatny fragment - Knut


Objętość:
206 str.
ISBN:
978-83-8221-392-8
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 55.74

Wstęp

Jak wszystkim wiadomo rzeka Odra płynie z południa na północ. Z prawej strony jej leniwych wód rozciąga się potężne chrześcijańskie państwo Burysława. Potężne bo nawet cesarze: niemiecki i bizantyjski wolą go mieć za przyjaciela. Po jej lewej stronie znajdują się ziemie zamieszkałe przez wiele luźnych plemion słowiańskich zwanych Wieletam, bądź Lutykami. Choć oni sami wolą aby zwać ich Wilkami. Rozległe ziemie rozciągające się między Odrą, a Łabą i granicą duńską na północy tylko pozornie wydają się bezbronne z racji swej bezpaństwowości, bo Wieleci nie raz dawali przykład konsolidacji gdy w obronie swej ziemi i wiary pogańskiej musieli dawać odpór najazdom niemieckim, duńskim, czy polskim. Wracając jednak do rzeki Odry, kończy ona swe życie w wodach zatoki, za którą to wydawałoby się jest już tylko otwarte morze zwane Bałtykiem od słowa „blato” oznaczającego w językach słowiańskich wielką słoną wodę. Ta jego część jednak zwana jest Mare Rugianorum– Morze Rugijskie. Nazwę swą zawdzięcza wyspie Ranie — Rugii i jej mieszkańcom przesławnym słowiańskim piratom i wprawnym szkutnikom znanym w tym fachu ze swego mistrzostwa nie tylko w Winlandii i wśród Wieletów. Prace ich potrafią docenić i Normanowie szwedzcy, duńscy czy norwescy. Ci ostatni szczególnie bo ich król Olaf Tryggvason zamówił kiedyś u nich swą wielką, ale zarazem zwinną łódź zwaną Długim Wężem, która to była postrachem mórz północy aż do jej zatonięcia podczas bitwy pod Svold. Wracając ponownie do rzeki Odry, zatoki i morza. Nie spotykają się one bezpośrednio, jest między nimi coś co je rozdziela. Jest to wyspa zwana Wołyniem.

W jasny, piękny i rześki poranek do portu miasta zwanego Jomsborg leżącego właśnie na Wołyniu wpłynął królewski drakkar. Jarl Palnatoki poznał go z daleka po proporcu na szczycie masztu. Jakież było jego zdziwienie gdy po trapie na ląd zaraz po cumowaniu trzymając za nogi i ręce zniesiono z jego pokładu króla Danii Haralda Sinozębnego założyciela przesławnego Jomsborga. Król Harald jeden z najpotężniejszych władców owych czasów podziurawiony licznymi ranami od mieczy, toporów i strzał w dni kilka później oddał ducha na rękach wiernego jarla i wśród ogólnego ze złości zgrzytania zębami wszystkich Jomswikingów. Co jednak stało się takiego strasznego, że pan mórz północy zakończył swe życie tak nagle i tragicznie? Został zdradzony i pobity, ale nie przez swych wrogów zaciekłych Sasów, podstępnych Anglów, nie przez norweskiego jarla Hakona, czy szwedzkiego Eryka Zwycięskiego. Został zdradzony przez własnego syna Swena Widłobrodego i zazdrosnych o jego władzę możnych duńskich. Aby zrozumieć jak do tego doszło musimy cofnąć się w czasie. Niestety naszym wyznacznikiem czasowym znów będzie śmierć. Tym razem śmierć Gorma Starego ojca króla Haralda.

***

Gorm Stary uważany jest za pierwszego króla Danii założyciela dynastii Jelling. Na scenie dziejów pojawił się pozbawiając władzy Gnupę i rozpoczynając proces konsolidacji kraju co nie było łatwe ze względu na opór wielu lokalnych duńskich elit. Pierwszy król Danii po śmierci swej żony Tyry usypał w Jelling rozległy kopiec, gdzie złożono jej ciało i postawiono wielki kamień runiczny, na którym to pierwszy raz w historii użyto nazwy Dania. Harald po odejściu do Walhalli swego ojca Gorma wzniósł drugi kopiec i postawił drugi kamień runiczny mówiący o przyjęciu przez niego chrześcijaństwa. Po pewnym czasie między kopcami zbudował kościół i do niego później przeniósł doczesne szczątki swych rodziców.Przejęcie władzy po ojcu musiało równać się dla niego z jej umocnieniem. Harald Sinozębny podjął w tym kierunku wiele działań. Jak każda władza tak i jego legitymizowała się armią i architekturą. Zbudował w Danii sieć obozów wojskowych zwanych Trelleborg od nazwy pierwszego z nich powstałego w mieście o tej właśnie nazwie na wyspie Zelandii. Pozostałe wzniósł w Fyrkat, Aggersborg, Nonnebakken na wyspie Fyn i jeden u wybrzeży Skanii. Wszystkie na planie koła otoczone wałem z czterema bramami i dwiema pod kątem prostym przecinającymi się arteriami. Wielkie grody centra wojskowo administracyjne reprezentujące władzę królewską. Po za tym największy w Danii most w Ravning Enge nad rzeką Elje o długości siedmiusetsześćdziesięciu i szerokości pięciu metrów. Założył również Jomsborg perłę w swej koronie. Tuż nad głową wielkiego i groźnego Burysława władcy Winlandu. I o ile Harald Sinozębny był bardzo zdolnym administratorem, zarządcą i budowniczym o tyle do wojaczki nie miał szczęścia. Nie żeby był nie uzdolnionym przywódcą bo był. Brakowało mu gwiazdy takiej jakie świecą wielkim wodzom i wojownikom. Co prawda uzależnił od siebie Norwegię wspierając Haralda syna Eryka Krwawego Topora w jego wojnach z Hakonem Dobrym, ale późniejsze wojny i bitwy związane z utrzymaniem Norwegii doprowadziły i tak do jej utraty o wizerunku samego króla wśród jego poddanych nie mówiąc. Wojny szwedzkie jakie prowadził z Erykiem Zwycięskim wspierając militarnie jego bratanka Styrbjorna również zakończyły się klęską szczególnie po przegranej bitwie w Uppsali nad rzeką Fyris. Ta wojna zaowocowała dodatkowo jeszcze zawarciem strategicznego porozumienia zawartego pomiędzy Erykiem Zwycięskim a Mieszkiem I wymierzonego przeciw Danii. Gwoździem do trumny okazało się popieranie w konflikcie o tron cesarski po śmierci Ottona I księcia bawarskiego Henryka Kłótnika zamiast Ottona II. Nowy cesarz po objęciu tronu ruszył na Danię i pewnie rozjechał by ją kopytami swego konia albo przynajmniej uzależnił ją dla cesarstwa gdyby nie wchodzący właśnie na scenę dziejów syn króla czyli Swen Widłobrody. Ten bronił kraju tak dzielnie i skutecznie, że zmusił wojska Ottona II do wycofania się daleko na południe, a przy okazji odzyskał bogate miasto Hedeby z pod saskiej okupacji pozostające pod nią od sześćdziesięciu lat kiedy to jeszcze Gnupa poddał je cesarstwu. Gwiazda wielkiego wojownika, której Harald nigdy nie miał zaczęła nagle świecić jego synowi. W państwie duńskim tymczasem wzrastała niechęć do króla Haralda. Możni i elity nie chcieli więcej płacić na jego nie udane wyprawy wojenne. Część z nich nie mając za co już żyć od nowa łupiła Anglię. Bunt rósł, a Sinozębny stawał się coraz mniej popularny. Na czele buntu stanął syn króla, nie miał wyjścia. Powstanie i tak zmiotłoby z tronu jego ojca. Harald Sinozębny po przegranej bitwie odpłynął ciężko ranny na jedynym okręcie jaki mu pozostał z wielkiej floty z najwierniejszymi sobie wojami. Odbił po raz ostatni i na zawsze od brzegów swej ukochanej Danii i dotarł do Jomsborga, gdzie zmarł.

Tymczasem gwiazda Swena zgasła. Najechany przez szwedzkie wojska Eryka Zwycięskiego salwował się ucieczką do Anglii, gdzie odbywał wiele lokalnych wojen wraz z przyszłym królem Norwegii Olafem Tryggvasonem. Tron Danii odzyskał dopiero po śmierci Eryka Zwycięskiego, zawierając pokój z jego synem Olafem Skotkonungiem i żeniąc sie z jego matką czyli wdową po Eryku — Sygrydą Storradą jak zwali ją Normanie. Sygryda Storrada czyli Świętosława była siostrą Bolesława Chrobrego, córką Mieszka I i Dobrawy.

W sierpniu 1013 roku Swen Widłobrody znów powrócił do Anglii, tym razem jednak na czele floty inwazyjnej, która wylądowała w Sandwich. Następnie najeźdźcy skierowali się na północ wybrzeżem Anglii Wschodniej. Wpłynęli w rzekę Trent i dotarli nią do Gainsborough. Tak znaleźli się w Northumbrii. Mylili się jednak spodziewając się zajadłej obrony. Na przeciw Swenowi wyszli dwaj angielscy możni Uhtred i Morcar, poddali kraj bez walki i zaopatrzyli jego armię w dodatkowy prowiant i konie. Następnie duńczycy ruszyli na południe zajmujac po kolei Mercię, Oxford, Winchester. Oblegli Londyn, który walczył i się nie poddawał zapewne dlatego iż ukrył się w nim król Ethelred. Skierowali się więc ku Wallingford i Bath gdzie eldorman Devonu Ethelmar poddał im cały południowy zachód Anglii. Ostatni poddał się w końcu Londyn, z którego były już król Anglii Ethelred uciekł przez kanał La Manche do Normandii do swego szwagra Ryszarda II i już od roku przebywającej tam z synami królowej Emmy.

Ostatecznie gwiazda Swena Widłobrodego rozbłysła nad całą Europą. Wszędzie dziwiono się z jaką łatwością zdobył królestwo, ba on sam był zaskoczony swoim sukcesem. Nie dane mu było jednak cieszyć się nim długo bo trzeciego lutego tysiąc czternastego roku zmarł. Armia bez króla, w obliczu wielkiej niechęci Anglików niższych stanów i w dobie powrotu Ethelreda na wyspę nie dała rady utrzymać Anglii w posłuszeństwie, nawet wspierana przez młodego, walecznego i znanego już w świecie syna Swena Widłobrodego– Knuta. Wnuka Mieszka I i siostrzeńca Bolesława Chrobrego.

Rozdział I

Wiatr, dął silny północny wiatr. Gonił chmury z północy na południe, a wraz z nimi masy zimnego powietrza. Gdy zbiły, skłębiły i zczepiły się w bratobójczym uścisku siąpił z nich lekki deszcz. Gdy rozerwały się nie mając już siły dalej walczyć ze sobą deszcz ustępował, a w jego miejsce pojawiało się blade światło księżyca, który i tak miał zaprzestać swe panowanie tej nocy w krótce, gdyż ta miała się ku końcowi. Pierwsze ledwo widzialne promienie, a właściwie cienka delikatna smuga żółtoróżowego światła pojawiła się na wschodzie. Zbyt jednak nadal było ciemno, aby zobaczyć cokolwiek. Choć od czasu do czasu zabłyszczało coś jasnego oświetlonego ostatnimi refleksami rzucanymi przez księcia ciemności. Minęło jeszcze trochę czasu, mniej więcej tyle ile trzeba aby zmówić poranny różaniec, a księżyc znikł i w jego miejsce ukazało się słońce. Górna część jego korony wyjrzała z głębin morskich i od razu wyjaśniła zagadkę co i raz błyskających i ginących powierzchni. Były to szczyty fal groźnie ukazujące swe spienione grzywy, ale tylko na chwilę bo zaraz potem ginęły gdzieś w odmętach szarości wody.

Chociaż był już początek maja i sezon wiosennych sztormów na południowych akwenach Morza Północnego dobiegł końca to dzień dzisiejszy jasno i dobitnie pokazywał jak bardzo zmienną pogoda potrafi być na morzu. Wiedzieli o tym Wikingowie płynący na łodziach po tych wzburzonych falach i choć wszyscy byli już chrześcijanami to nie jeden wspominał teraz z przerażeniem Jormunganda wielkiego węża morskiego opasującego swym cielskiem całą Mirgard czyli Ziemię. Wąż nie ukazał się jednak, żółta wielka kula za to podniosła się znacznie wyżej i jakby chciała przejąć świat we władanie, przegnała chmury i uspokoiła wiatr nieco. Dzięki niej chyba fale też zaczęły się wydawać strudzonym wojom jakby mniej groźne. Oświetliła cały horyzont ukazujący szarość wód morza, a na nim flotylle snek, skeidów i wielkiego drakkara na ich czele. Flotylla liczyła ogółem siedemdziesiąt jednostek oraz cztery i pół tysiąca wojów na ich pokładach. Całość pruła wzburzone morze w kierunku wschodnim. I czy był to przypadek, czy zamierzone działanie statki ułożyły się w ten sposób, że na czele płynął wielki drakkar, a wszystkie też duże, ale jednak mniejsze od niego jednostki rozchodziły się promieniście za nim. Gdyby Jormungand naprawdę istniał i gdyby zechciał sprężyć swe cielsko i wystawić swój wielki łeb wysoko nad wodę spostrzegłby motyla, albo raczej ćmę podąrzającą ku światłu na wschodzie. Dzień tymczasem zrobił się już zupełny. Jasność wprawiła tysiące wojowników o zaciętych twarzach w lepszy humor. Niektórzy poczęli uśmiechać się, niektórzy z cicha rozmawiać, a jeszcze inni podśpiewywać stare wikińskie pieśni. I choć strudzeni byli i głodni po całonocnym wiosłowaniu żaden grymas złości bądź zniecierpliwienia nie ukazał się na ich twarzach. Dane im jednak było odpocząć wkrótce, bo oto na drakkarze, tuż za jego smoczym łbem powstał pewien człowiek i zadął silnie w róg. Sygnał ten powtórzyły inne jednostki za nim i jak na komendę wiosła na wszystkich statkach zatrzymały się, a z góry na dół spadły rozwijając się żagle. One teraz stanowiły napęd wikińskiej flotylli, a strudzone ręce wojów mogły odpocząć i zająć się porannym jadłem. Zanim jednak to nastąpiło z czterech i pół tysiąca ust wyrwał się dziękczynny pomruk, który niesiony powierzchnią wody dotarł do drakkara, na którym mężczyzna zakończywszy dawać sygnał usiadł na poprzecznej belce łączącej dwie burty jego łodzi. Usiadł i westchnął ciężko jak to często mają w zwyczaju starzy ludzie. Nie był jednak stary. Twarz jego była młoda, nawet bardzo młoda. Zarostu na niej nie było wcale. Szerokie czoło natomiast pokrywała długa blond grzywka spadająca aż na niebieskie źrenice i przykrywająca je czasami. Oczy te wtedy zamykały się na chwilę, a właściciel niesfornych włosów wcale nie trudził się ich odgarnięciem jakby wiedząc, że wiatr przegna je niebawem. I tak w istocie działo się co chwilę. Włosy opadały, źrenice znikały pod powiekami, po czym wiatr kończył ów rytuał. W przerwach jednak pomiedzy podmuchami wiatru nad oczami ukazywały się brwii. Dwa wielkie łuki zrośnięte ze sobą nadawały tej wydawałoby się trochę pucołowatej twarzy o małym nosie wyrazu drapieżcy.

W pewnym momencie do młodzieńca z boku podszedł starszy człowiek o siwych długich włosach, których rzadkie kosmyki spadały aż na ramiona. Ubrany był w długie wąskie spodnie i sandały na stopach z rzemieniami opasującymi mu łydki aż do kolan. Stroju jego dopełniała krótka tunika ściągnięta na biodrach pasem, o krótkich rękawach ukazujących ramiona nie mniej mocarne od żeglarskich lin przy maszcie kilkanaście metrów za nim. Jedną ręką przytrzymywał się burty, w drugiej niósł drewnianą misę pełną mięsiwa, którą to podał młodzieńcowi intensywnie przy tym wciagając zapach jadła swym długim nosem.

— Nie frasuj się panie, zjedz coś — rzekł chwiejąc się to w lewo to w prawo z powodu fal atakujących dziób drakkara jakby teraz zacieklej.

Młodzieniec wpatrzony w dal i zamyślony bardzo nie zauważył go. Westchnął raz jeszcze silnie i oparł swą jasną głowę o pięść prawej dłoni pod brodą.

— Królu jeść musisz– bardziej stanowczo rzekł przybysz raz jeszcze, a do tego głośniej bo myślał, że szum wiatru i ryk fal sprawia iż siedząca postać go nie słyszy.

— A to ty Niklot– młody człowiek odwrócił głowę i wyciągnął rękę po misę dymiącego mięsiwa, dopiero co zagrzanego specjalnie dla niego gdzieś z tyłu drakkara.

— O czym tak myślisz królu? — zagadnął Niklot.

— Daj spokój z tymi tytułami– żachnął się król– Jak długo mi służysz?

— Od zawsze– odpowiedział stary– od kiedy twoja matka odpłynęła do Polski.

— To, więc iż zostałem królem raptem trzy miesiące temu nie znaczy, że musisz mówić do mnie tak oficjalnie.

— Nawet publicznie? — upewnił sie Niklot.

— Nawet– odpowiedział król.

— Dobrze Knucie, więc będę mówił tak jak zawsze. A zacznę od tego, że martwię się o ciebie. Przestań tyle mysleć, zjedz w końcu, a ja w tym czasie przyniosę wina– to powiedziawszy sługa oddalił się chwiejnym krokiem.

Król Knut tymczasem wprawdzie zaczął spożywać swój posiłek powoli lecz myśleć nie przestał. O czym myślał? Głównie o tym co było, ale i o tym co będzie. Nie dalej jak rok temu żeglował po tych wodach tylko, że w odwrotnym kierunku. Wtedy był pełen nadziei, dziś zwątpienie targało mu duszę. Myśli o przeszłości wciąż plątały się z planami na przyszłość, która rysowała się w wielu odcieniach niepewności. „Ach gdyby był tu ojciec” — myślał czasami, ale jego już nie było. Zmarł nagle w sile wieku nie wiadomo dlaczego. Już wolałby aby go zamordowano. Byłoby na kim wywrzeć zemstę. Kogo gonić, kogo nienawidzić, a tak pustka, tylko pustka. I tu myśli z południowej Anglii czyli z Wessex gdzie zmarł jego ojciec Swen powędrowały na północ do Northumbrii. Twarz młodzieńca rozjaśniła się. Pojawił się uśmiech, a policzki zarumieniły na wspomnienie Elgifu i czasu z nią spędzonego. Wiedział iż jej ojciec eldorman Elfhelm zamordowany w dworskim spisku na dworze króla Ethelreda pewnie nie miałby nic przeciw ich związkowi tak jak nic nie mieli jej opiekunowie eldorman Sigeferth i jego brat Morcar. Ba sami przyprowadzili mu dziewczynę licząc na to, że się nią zainteresuje. I rzeczywiście zainteresował się nią i ona nim, ale nie w sposób w jaki możni Northumbrii myśleli, że to nastąpi. Mówiąc krótko pokochali się i połączyła ich miłość, a nie zwierzęce żądze. Stało się to zaraz po tym jak wraz z całą flotą wpłyneli rzeką Trent do Gainsborough w środkowej Anglii, która poddała się zaraz za pierwszym rzutem oka na duńskie siły. Ojciec ustanowił go natychmiast earlem całej Northumbrii, uzupełnił zapasy żywności, pobrał konie i ruszył na południe. Potem już tylko dobre wieści było o nim słychać. Padła Mercia, Wessex, Devon, Sussex, Kent. Co prawda Londyn się nie poddał, ale Ethelred były już król Anglii uciekł do Normandii. Biskupom na wyspie nie pozostało nic jak tylko koronować Swena Widłobrodego na swego króla. I ta nagła straszna wiadomość — ojciec nie żyje. Na początku nie wierzył, myślał iż to jakieś sztuczki podstępnych Anglików. Był przekonany iż chcą aby jak najszybciej ruszył armię czyli wszystkich, którzy płyną z nim teraz z powrotem do Danii. Był pewny, że ich planem było, aby skierował się na południe i wpadł w jakąś zasadzkę, którą mu przygotowali. Zapewne myśleli że młody, że krew się w nim wzburzy, że rozum zapała chęcią zemsty i zamiast myśleć jasno wygubi swe wojsko. Armia, właśnie armia i Elgifu trzymały go jeszcze przez trzy miesiące po śmierci ojca w Gainsborough. Armia ogłosiła go królem, następcą wielkiego Swena mimo jego młodego wieku, to było ogromne zaufanie. Przecież było wśród nich tak wielu sławnych wojów, niektórzy odprawiali wojny jeszcze z jego dziadem Haraldem w Norwegii czy Szwecji. Ludzie o wielkim doświadczeniu, mężni, można powiedzieć niezwyciężeni, a jednak wszyscy razem cztery i pół tysiąca duńskich Wikingów wykrzyknęli jego imię pod angielskim niebem uznając go za króla i przysięgając mu wierność. Nie mógł ich zawieść dlatego czekał. Nie mógł też zawieść jej. Ojciec zmarł trzeciego lutego, a Elgifu urodziła mu syna w dwa tygodnie później. Angielscy możni dali mu ją jako nałożnicę. On pokochał ją jednak, a swemu pierworodnemu dał na imię Swen po ojcu. Tak ich też nie mógł zawieść dlatego czekał. Ile jednak czekać można było? Z południa nie dochodziły żadne wieści, a jeśli dochodziły to mrożące krew w żyłach. Ethelred powrócił z Normandii, gromi armię nieżyjącego Swena w Wessex, odbił Londyn, idzie przez Mercię. Duńczycy co prawda stawiali zacięty opór, ale bez króla byli jak ślepi i głusi. Chcieli ale nie mogli. Co prawda w ich szeregach byli Olaf Haraldson i Porkell, ale ci zdradzili. Olaf przeklęty Norweg zdobył wszystkie mosty na Tamizie w Londynie. Praktycznie rzucił miasto na kolana przed Ethelredem mimo zaciętej duńskiej obrony. Porkell natomiast, och gdyby dostał go w swoje ręce. Ten najwięcej namawiał ojca na tę wyprawę, obiecywał pomoc i wsparcie. Trzymał od lat na angielskiej ziemi w Greenwich setkę łodzi pełnych wojowników. To była pokaźna siła, której żadna ze stron konfliktu nie mogła ignorować. Po przybyciu armii inwazyjnej nagle Porkell zmiękł i zaczął swą pomoc uzależniać od podarków Swena, od nadań ziemskich i tytułów, które ten mu podaruje po zwycięskiej wojnie. Zarówno Swen za życia jak i Knut teraz nie wiedzieli iż Porkell stosował taką samą praktykę po drugiej stronie sporu, bo u Ethelreda wymuszał tyle samo jeśli nie więcej.

— Wino dzieciaku — usłyszał nagle głos tuż obok, a kiedy odwrócił głowę w prawo zobaczył Niklota z dzbanem i kielichem w jednym ręku, bo drugą trzymał się burty.

— Dziękuję odparł — odbierając z rąk sługi obydwa naczynia wciąż zamyślony król nie zwracając nawet uwagi na to iż ten nazwał go dzieciakiem.

— A wypij wszystko na frasunek — zostawię cię samego abyś bić się mógł w spokoju ze swymi myślami, ale będę w pobliżu, gdybyś mnie potrzebował — to mówiąc zaczął ostrożnie wycofywać się do tyłu bo wiatr wiał i huczał znów silnie nad pokładem drakkara.

— Dziękuję — powtórzył Knut i znów zatopił się w swoich myślach.

Przypomniał sobie dwudziesty piąty kwietnia, dzień odjazdu, aż serce ścisnęło się w nim na to wspomnienie. Pożegnał wtedy na nabrzeżu w Gainsborough swą Elgifu i nowonarodzonego syna. Nie zostawił ich jednak na pastwę losu, a raczej Ethelreda. Uzgodnił z Uthredem i Morcarem, że schowają ich głęboko na wsi jako zwykłych wieśniaków. Poczekają, aż resztki wciąż unikającej pogromu armii Swena dotrą na północ i jeśli on nie wróci to wyślą wszystkich razem do Danii. Bardzo chciał aby dziewczyna płynęła z nim, nie było to jednak możliwe ze względu na jej stan zdrowia. Po porodzie nastąpiły jakieś komplikacje. Medycy zalecali spokój i odpoczynek. Do tego robili wywary z ziół, które rosły tylko w Anglii i tylko w tej jej części. Pewnie koloryzowali trochę bo za opiekę płacił im złotem, więc na pewno chcieli zajmować się dziewczyną jak najdłużej. Zdawał sobie z tego sprawę, nie chciał jednak ryzykować gdyby miało okazać się innaczej. Ruszył więc armię z Gainsborough. Z nurtem rzeki Trent płynąc szybko znaleźli się na morzu. Potem wzdłuż Anglii Wschodniej na południe do Sandwich. Będąc w dobrych stosunkach z miejscowymi, którzy wspierali ojca już podczas jego wcześniejszych wypraw nie obawiał się zdrady. Tu jednak dowiedział się całej prawdy o sytuacji w jakiej się znajduje. Zaprzyjaźnieni mieszkańcy miasta uzmysłowili mu jak bardzo Ethelred posunął się w procesie odzyskiwania władzy, jak wiele ziem odbił i jak wielu możnych i eldormanów, którzy rok temu przysięgali wierność Swenowi dziś zdradzili i są znowu po przeciwnej stronie. Wsród nich najbardziej znienawidzony Porkell. Cóż było robić? Wypłynął na pełne morze w kierunku Danii.

Wiatr znów dął niemiłosiernie, znów przygnał chmury z północy, które przesłoniły słońce i ziąb okrutny zapanował na nowo. Fale wzmogły się i bujały drakkarem w lewo, prawo, górę i dół, a wielkie ilości wody przewalały się nad jego pokładem. Król Knut, zaledwie osiemnastoletni wódz tej armii Wikingów wstał nagle nie bacząc na to wszystko, wrzucił do morza pusty dzban, wypił ostatni kubek wina mocno odchylając głowę do tyłu, potem również cisnął go w rozhukaną szarą spienioną wodę i grożąc pięścią w kierunku zachodnim zakrzyknął:

— Jeszcze tam wrócę!!!

A za nim gromkim głosem zakrzyknęła załoga drakkara:

— Jeszcze tam wrócimy!!!

Za drakkarem zaczęła krzyczeć następna łódź i następna i następna. Echa okrzyku długo unosiły się po falach i gdyby mogły dotrzeć do uszu Ethelreda, który znów zasiadł na tronie Anglii, ten zadrżałby na pewno ze strachu.

Rozdział II

U zachodnich wybrzeży królestwa Danii znajduje się miasto Ribe. Sławne swą sławą nie tylko w kraju, ale również u Normanów szwedzkich i norweskich. Bogate i ludne bo tu właśnie krzyżowały się zawsze drogi handlarzy trzodą, winem, odzieżą, bronią i zbożem. Miasto od wieków było centrum ściąganych do niego towarów z całej Skandynawi i wysyłanych drogą lądową do cesarstwa lub morską do Fryzji i Anglii. Towary nie miały jednak kierunku tylko południowego i zachodniego. Wiele ich przypływało z różnych podbitych przez Wikingów duńskich terytoriów do miejscowego portu, gdzie były rozładowywane i trafiały później w najdalsze zakątki Danii, Szwecji czy Norwegii. Co było błogosławieństwem miasta, było również jego przekleństwem. Bogactwo, którym cieszyli się jego mieszkańcy było solą w oku wielu. Szczególnie lubili napadać na nie Wieleci i Obodrzyce choć ci ostatni zaprzestali swych łupieżczych wypraw po układach jakie zawarł z nimi Swen Widłobrody. Oprócz Słowian Połabskich miasto upodobali sobie również Niemcy. Ci jednak zamiast wpaść, poszumieć trochę i wrócić do swych pieleszy jak robili to tamci, łakomym okiem patrząc chcieli gród i jego port podporządkować sobie na stałe najlepiej z Hedeby, drugim silnym i bogatym ośrodkiem miejskim cieszącym się nie mniejszą sławą od Ribe. Nie dziwi więc iż miasto otoczone było wysokim wałem obronnym i palisadą tak wysoką, że wieżyczki bramne obserwowane z dołu wydawały się jakby trochę przy małe. Najciężej jednak mieszkańcom było chronić port, którego przecież nie da się szczególnie od morza oddzielić palisadą. Dlatego więc już dawno temu wyprosili jeszcze u króla Haralda Sinozębnego, aby w porcie stacjonował dodatkowy garnizon wojów, którego zadaniem będzie strzec tylko jego. Gdzie najprędzej spodziewano się wrogiego ataku. Król Harald wysłuchał mieszkańców miasta i przyznał im rację. Od tamtej pory zaraz przy nabrzeżu znajdują się trzy długie domy otoczone również wałem i palisadą stanowiące jakby drugie mniejsze miasto. Jest to garnizon armii, ochrona portu. Wojowie nie gnuśnieli nigdy, zawsze ich uzbrojone patrole wędrowały po porcie pytając załogi przybyłych okrętów kim są, skąd są, jaki towar przywieźli, ewentualnie dokąd płyną. Wiedzieli wszystko, taka była ich praca. Dziś jednak oprócz swych normalnych codziennych obowiązków mieli dodatkowe zadanie. Przyjąć i ugościć u siebie właśnie przybyłą stu osobową drużynę wojów, straż przyboczną samego króla Haralda. Z początku służbiści ochroniarze portu zobaczywszy zbliżającą się w kurzu i porannym słońcu, dumnie bujającą się na końskich grzbietach drużynę, z jej proporcem dumnie powiewającym nad głową „złotego męża” — jak go nazwali, przestraszyli się sądząc, iż sam młody król jedzie. Jak okazało się później była to tylko asysta królewska przybyła z Jelling by kogoś odebrać z portu. Ktoś ważny, bardzo ważny miał wkrótce stać się gościem miasta.

„Złoty mąż” tymczasem o imieniu Lars słusznie złotym mógł być mianowany, bo jego półpancerz na piersi i nagolenniki oraz hełm istotnie pokryte były złotem i w porannym słońcu rozsiewały okrutne blaski wokół niego. Zeskoczywszy lekko mimo swej wielkiej postury ze słusznych rozmiarów konia wydał rozkaz setce Wikingów z nim przybyłych aby roztasowali się w koszarach będąc czujni bo gość po którego przyjechali może ukazać się na swej łodzi w porcie, w każdej chwili. Udał się następnie do dowódcy garnizonu, którego siedziba znajdowała się w małym domku tuż przy zachodniej palisadzie. Niedoszedłszy jednak jeszcze zaobserwował jak drzwi jego się otworzyły i wprost na niego biegiem wypadł równie wielki jak on sam, lecz znacznie grubszy jegomość. Z otwartymi ramionami biegnąc krzyczał :

— Ile to lat, ile to już lat?

— Będzie ze trzy Ebbe — odrzekł otwierając swe szerokie ramiona, w które wpadł z impetem dowódca garnizonu.

Jak na Wikingów i ludzi północy w ogóle było to przywitanie dość serdeczne. Nie dziwiłoby jednak kogoś kto wiedział iż obaj mężowie odprawiali razem wojny z byłym królem Swenem w ziemii Obodrzyców, a jeszcze wcześniej przeciw Niemcom pod Hedeby. Ebbe spoważniał jednak zaraz jakby przypomniawszy sobie cel wizyty Larsa i spytał po jeszcze kilku uściskach:

— Spodziewasz się więc naszego gościa dzisiaj?

— Podobno były jakieś sztormy na morzu, ale tak dzisiaj, a najpóźniej jutro — odpowiedział Lars.

— Posłuchaj, ja tu mam jeszcze kilka rozkazów do wydania, chcę aby wszystko było gotowe na jego przyjęcie. Nie wiem czy będzie chciał odpocząć chwilę tylko, czy dzień, bo więcej się nie spodziewam. Muszę jednak zachować czujność i być przygotowanym nawet na tygodniowy jego postój tutaj. Spotkajmy się więc u Ollego — zaproponował Ebbe.

— Więc ta karczma nadal istnieje — zapytał Lars.

Istnieje, istnieje, w tym samym miejscu– roześmiał się rubasznie Ebbe wspominając jak wiele wina wspólnie wypili tam kiedyś.

— Nie śpiesz się więc — odparł Lars — zanim tam zajdę wstąpię najpierw do kościoła. Jeśli przyjdziesz pierwszy czekaj, jeśli ja będę pierwszy będę czekał na ciebie.

— Dobrze — krótko odparł Ebbe po czym otworzył swe ramiona raz jeszcze i dwaj przyjaciele uściskali się ponownie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 55.74