E-book
9.56
drukowana A5
27.9
Klucz do winnicy serca

Bezpłatny fragment - Klucz do winnicy serca


Objętość:
145 str.
ISBN:
978-83-8155-192-2
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 27.9

„Życie człowieka jest jak winnica, zasadzona ręką Boga”
„Winnica, życie człowieka jest miejscem procesów”

o. Jakub Przybylski OCD

“Wino to światło, zatrzymane przez wodę”

Galileusz — odkrywca


Zamiast paru słów od autorki…

Nooo, tak prawie zamiast, gdyż parę słów od siebie umieścić tu jednak muszę. Moja dwunasta książka jest powiązana nieco ze „Stygmatem Złotej Gwiazdy”, na samym końcu pojawiają się nawet bohaterowie z tej wcześniejszej książki, by wspólnie dopowiedzieć coś i zamknąć pewną ważną całość. Oczywiście można przeczytać jedną i drugą książkę jako całkowicie oddzielne.

W tej mojej obecnej książce występują bohaterowie, odczucia, okoliczności, którzy/które mają coś wspólnego z moją osobą, nie znaczy to jednak, że opisałam dosłownie jakąś swoją przygodę, przeżycia. Bardziej sposób przeżywania jest taki „mój” i romantyczność okoliczności, także wizjonerskie sny są moimi prawdziwymi przeżyciami, jak we wszystkich poprzednich książkach. Owszem, oparłam wybrane przeżycia bohaterów na fragmentach mojego życia mniej, lub bardziej dosłownie, ale jak wspomniałam przed chwilą, nie opisuję swoich dosłownych przeżyć. Tworzę świat bohaterów oparty na nieco innych fundamentach, pod którymi ukryłam pewne subtelne w swej formie i silne w swym sensie duchowe przesłania. Również miejsce wydarzeń jest bardzo odległe od miejsca mojego zamieszkania, jednak Michał Archanioł czyni je bardzo bliskim, kto czytał lub przeczyta poprzednie książki, będzie wiedział o co chodzi. Umieściłam także wiersze z mojego tomiku, przypasowując je do okoliczności. Ta książka jest subtelnym romansem, nie pozbawionym momentami całkiem sporej dawki humoru, jest jednocześnie romantyczną, mistyczną przygodą, wręcz spektaklem między Niebem a Ziemią i to nie w przenośni, ale bardzo, bardzo dosłownie. W książce nie występuje ani jeden wątek fantastyczny. O ile sama akcja stanowi fikcję literacką, o tyle wszelkie prawdy i przesłania są faktami, którym nie można zaprzeczyć. Przedstawiam Czytelnikom, którzy nie są zorientowani w temacie, ale i tym zorientowanym również, potężne sprawy duchowe, które są ściśle sprzężone z naukowymi faktami. Moim marzeniem było, podobnie jak w poprzednich moich książkach odsłonięcie przed ludźmi spraw, o których wiedzieć powinni. Poruszam w niej tak przy okazji trudny w obecnych realiach temat wierności, prawdziwej miłości, gotowości na wyrzeczenie w imię wyższego dobra. To tyle, poniżej przedstawiam wykład, który bardzo pasuje do tematyki tej książki, bo życie człowieka to rzeczywiście winnica zasadzona ręką Boga, to wciąż trwające procesy i tylko od naszej świadomości zależy, jak nimi pokierujemy, jakie wyciągniemy wnioski z naszej życiowej lekcji…

Jabłka nie dojrzewają na drzewach przez jedną noc. Wino potrzebuje czasu, by mogło nabrać głębokiego smaku leżakowania. Potrzeba także upływu czasu, by mogły nastąpić zmiany w człowieku, nieraz potrzeba bardzo wiele czasu. Bóg jest miłośnikiem procesu, i tak stworzył ten świat, że wszystko wymaga czasu. Człowiek, który całe życie pił, nie przestanie pić z dnia na dzień. Oswobodzenie się ze zniewolenia jest procesem, który wymaga wiele czasu. Rany, jakie ludzie noszą na swym duchowym organizmie nie goją się z dnia na dzień. Odsłonić własną ranę Bogu, odsłonić ją przed samym sobą — to jedna rzecz. Doświadczyć jej zagojenia — to długi proces.

Życie człowieka jest jak winnica, zasadzona ręką Boga. Nie wszystko jest w niej doskonałe od samego początku. Nie wszystko jest dojrzałe i szlachetne. Ktoś nie radzi sobie z gniewem, ktoś inny z pożądaniem, jeszcze inny niedomaga w sferze relacji. I tak wielu ludzi nie godzi się na taki stan rzeczy. Po kilku nieudanych próbach wyrwania chwastów ze swego życia, rezygnują z dalszej pracy. Po kilku przegranych walkach, wycofują się z placu boju. Człowiek tak często nie godzi się na to, że życie, że przemiana serca, że zmiana — to proces, to nieraz bardzo długi proces. Bóg dając człowiekowi winnicę w dzierżawę dał mu też czas na zmianę. Nie jest jak totalitarny władca, czy bezwzględny pracodawca, który oczekuje na szybkie rezultaty i chciałby mieć to, czego żąda bez oczekiwania. To niestety syndrom ludzi, a nie Boga: nie potrafią czekać, chcą natychmiastowych rezultatów. Po krótkiej walce z nieczystością, z wulgaryzmami, z gniewem wycofują się, bo nie widzą rezultatów. Bóg tak nie postępuje. Bóg jest wobec człowieka cierpliwy, o wiele bardziej niż człowiek sam wobec siebie.

Winnica, życie człowieka jest miejscem procesów. Umiejętność godzenia się na taki stan rzeczy jest dziś szczególnie potrzebna. Umiejętność znoszenia swojej słabej kondycji, wytrwałego starania się o poprawę swego życia jest dziś bardzo potrzebna. Bez tej umiejętności, ludzie wycofują się zanim jeszcze przystąpią do walki i przekreślają drobne zwycięstwa w swoim życiu. Potrzeba wielkiej cierpliwości wobec samego siebie i wielkiej łagodności. Zamiast niszczyć drobne przejawy dobra, umacniać to, co kruche. Zamiast gasić nikły płomyk dobrych pragnień, osłaniać go. Zamiast burzyć sypiące się starania, chęci i gorliwość, docenić je i wykorzystać do podźwignięcia się z upadku. Zgodzić się na proces, cieszyć się z małych zwycięstw. Nie skupiać swej uwagi na porażkach, na tym, że mimo wielu starań i upływu czasu moja winnica, moje serce, moje życie nadal jest tak kruche.

W życiu duchowym ten, kto burzy upadającą ruinę swego wnętrza nigdy nie wybuduje duchowego gmachu. Braknie mu czasu na zaczynanie od zera po każdym uszkodzeniu. Ten, kto gasi przejawy dobra, nigdy nie zapłonie wielkim ogniem, bo nie zdąży go rozpalić. Ten, kto depcze zranione serce nigdy nie doświadczy miłosiernego uzdrowienia, bo Bóg leczy to, co chore, nie zaś to, co idealne. Potrzebny jest czas, a nieraz bardzo wiele czasu.

Bóg jest cierpliwy wobec biedy ludzkiej, jest cierpliwy ponad oczekiwaną miarę. Daje czas i co więcej nie zostawia człowieka samego w winnicy jego wnętrza, w winnicy jego życia. On sam zakasa rękawy i zabiera się z człowiekiem za wyrywanie chwastów, grzechów, dokłada wielu starań, by tę winnicę odmienić.

o. Jakub Przybylski OCD


Magiczne miasto zawieszone na gwieździe

W południowo-wschodnim regionie Włoch, zwanym Apulią, na górze Gargano, leży niemalże magiczne miasto Monte Sant’Angelo. Obecnie miasto zdawało się być zawieszoną na gwiazdach magiczną kołyską, która w aksamitną noc leciutko poruszała się, tuląc zatopionych w głębokim śnie szczęśliwych z powodu bycia obywatelami TAKIEGO właśnie miasta mieszkańców.


Nie ludzką ręką poświęcone

Znajduje się tu bowiem jedno z najsłynniejszych w Kościele katolickim sanktuariów ku czci świętego Michała Archanioła. Na szczycie góry wznosi się jedyna w swoim rodzaju bazylika. To niezwykłe miejsce położone w regionie, który stanowi „ostrogę” włoskiego buta, widnieje na wysokości 856 m n.p.m. Można tutaj dotrzeć dwiema drogami. Pierwsza, znacznie szybsza, prowadzi z oddalonego o nieco ponad 20 kilometrów San Giovanni Rotondo; inna, bardziej okrężna wiedzie na wzgórze wieloma serpentynami. Ta druga trasa, choć męcząca, rekompensuje nam trud wspaniałymi widokami.


Pierwsze objawienie

Początki tutejszego sanktuarium sięgają końca V i pierwszych dziesięcioleci VI wieku. Najstarsze źródła pisane świadczące o starożytności tego miejsca to dwa listy papieża św. Gelazego I pisane na przełomie 493 i 494 roku do biskupów oraz Liber de apparitione Sancti Michaelis in Monte Gargano z VIII wieku. W księdze tej opisane są objawienia św. Michała Archanioła.

Po raz pierwszy Archanioł objawił się w 490 r. biskupowi Sipontu św. Wawrzyńcowi. Zostało to poprzedzone takim wydarzeniem… Pewnemu bogatemu włościaninowi uciekł byk. Właściciel dostrzegł go na szczycie góry, klęczącego u wejścia do groty — w miejscu przyszłych objawień. Włościanin nie mógł tam dojść, więc w gniewie napiął łuk i wypuścił strzałę, by ukarać śmiercią nieposłuszne zwierzę. Ale, oto stała się rzecz dziwna. Strzała… obróciła się i trafiła go w nogę. Przestraszony, pobiegł opowiedzieć o tym niesamowitym zdarzeniu miejscowemu biskupowi. Ten niezwłocznie zarządził trzy dni publicznych modlitw i pokuty. Kiedy chylił się ku wieczorowi ostatni pokutny dzień, a było to 8 maja, św. Michał ukazał się biskupowi i powiedział: Ja jestem Archanioł Michał, stojący przed obliczem Boga. Grota jest mnie poświęcona; ja jestem jej strażnikiem… Tam, gdzie się otwiera skała, będą przebaczone grzechy ludzkie… Modlitwy, które będziecie tu zanosić do Boga, zostaną wysłuchane. Idź w góry i poświęć tę grotę dla kultu chrześcijańskiego.

Biskup ze strachu przed poganami, dla których Monte Gargano od niepamiętnych czasów było miejscem świętym, długo się wahał, zanim zdecydował się wypełnić polecenie Archanioła.


Znak zwycięstwa

Drugie objawienie św. Michała Archanioła, zwane „epizodem Zwycięstwa”, datowane jest na 492 rok. Sipont został oblężony przez Germanów pod wodzą Odoakra. W obliczu pewnej porażki, św. Wawrzyniec znowu zarządził trzy dni pokuty i publicznych modlitw, aż powtórnie ukazał mu się św. Michał Archanioł, obiecując zwycięstwo, jeśli mieszkańcy Sipontu natychmiast przystąpią do kontrataku. Rozentuzjazmowani obietnicą obrońcy wyszli z miasta i wzięli udział w zaciętej bitwie, której towarzyszyły trzęsienie ziemi, grzmoty i błyskawice. 29 września 492 roku całkowite zwycięstwo wojsk Sipontu stało się faktem.

Rok później, 8 maja, biskup wraz z całą ludnością Sipontu udał się na Monte Gargano, gdzie wszyscy usłyszeli dobywające się z groty, którą miał poświęcić, cudowne śpiewy anielskie. Przerażony i zdezorientowany św. Wawrzyniec zdecydował się poprosić o radę papieża, św. Gelazego. Po pozytywnej opinii Ojca Świętego biskup ­jeszcze bardziej utwierdził się w wierze, że objawienia nie były złudzeniami. Zaraz potem objawił mu się Archanioł i oznajmił: Zaniechaj myśli o poświęceniu groty, ja wybrałem ją na swoją siedzibę i już poświęciłem razem z moimi aniołami. Znajdziesz w niej znaki na skale i mój wizerunek, ołtarz, paliusz i krzyż. Wy tylko wejdziecie do groty i odmówicie przy mnie modlitwy. Jutro odprawicie dla ludu Najświętszą Ofiarę i zobaczycie, jak sam poświęcam tę świątynię.

Wszystko to i wiele innych cudów zdarzyło się dokładnie 29 września 493 r. Od tego dnia grota św. Archanioła na Monte Gargano cieszy się tytułem Niebiańskiej Bazyliki, gdyż jako jedyna świątynia na świecie nie została nigdy poświęcona ludzką ręką.

Ostatni raz św. Michał Archanioł ukazał się 25 września 1656 r. arcybiskupowi Pucciarellemu podczas epidemii dżumy i powiedział: Jestem Archanioł Michał. Każdy, kto dotknie kamieni z mojej groty, wyzdrowieje. Pobłogosław kamienie: wykuj na nich znak krzyża i moje imię.

Tak się stało. Odtąd ze wszystkich zakątków świata nadchodzą prośby o kamyki ze świętej groty. Do dziś sanktuarium, również ze względu na swoje piękne położenie, jest jednym z najbardziej znanych miejsc kultu na świecie.

W głębi, w prezbiterium, stoi zanurzona w półcieniu, wykonana z białego marmuru rzeźba św. Michała Archanioła, który zwycięża szatana. Posąg, zamknięty w srebrno-kryształowej urnie, umieszczono w grocie w 1507 roku. Obok ołtarza poświęconego św. Michałowi wznosi się imponujący tron biskupi z połowy XI w.

Po lewej stronie prezbiterium mamy ołtarz poświęcony Matce Bożej Nieustającej Pomocy, a jeszcze bardziej na lewo, ukryte w załomie skalnym, znajduje się miejsce zwane „Studzienką” lub „Kroplą”. Nie było tu nigdy żadnego źródła, a jedynie w naturalny sposób gromadziła się woda kapiąca ze skały: uważano, że ma ona cudowne właściwości.

Źródło informacji o regionie: Piotrskarga.pl, Bogusław Bajor

Mocny i nagły początek Boskiej Układanki…

Ruchoma kołyska zawieszona na gwiazdach zdawała się wraz z nadchodzącymi dość szybko oznakami świtu zwalniać, wybudzając teraz mieszkańców z hipnotycznego, zdrowego, głębokiego stanu snu, a jej eteryczne łańcuchy zawieszone na gwieździe rozmywały się, topniały lekko pod wpływem wschodu słońca, choć jego promienie nie posiadały jeszcze jakichś wyraźnie wyczuwalnych właściwości ogrzewających, były jak młode wino, zbyt młode wino…

Promienie słońca, wpadały przez częściowo szklany, elegancki dach romantycznego poddasza, pełnego pięknych okazów filodendronów, fikusów i innych cudownych mięsistych okazów świata flory. Poddasza przepięknej, romantycznej swym stylem i totalnie odnowionej kamienicy, gdzie mieszkała ze swoim psem Margherita. W ciekawy sposób padały one teraz na obrazy jej autorstwa, które za niedługi czas miały wziąć udział w ważnej wystawie. Poddasze pełne było kamieni półszlachetnych, kadzidełek, książek i czasopism o tematyce duchowej, romantycznych świec, porcelany całej w pęki róż, płyt z muzyką sakralną itd. Dwa ostatnie obrazy Margherity były bardzo podobne. Od jakiegoś czasu Margheritę prześladował pewien sen, w którym eteryczny starzec przechadzał się po nieskończenie rozległych winnicach i oceniał, oraz patrzył z ojcowską miłością na winorośle. Potem widok zawsze kończył się tak, że starzec rozpływał się zmieniając gęstość na subtelną i już po chwili z otworu w niebie wystawały tylko jego dłonie, które delikatnie muskały listki i winne grona, by wreszcie zniknąć w otworze...To właśnie przedstawiła na dwóch swoich ostatnich obrazach.

Pies Margherity ostatnio słabł z dnia na dzień, mało jadł, potem przestał w ogóle jeść, patrzył litościwym wzrokiem swych pięcioletnich oczu w oczy ukochanej właścicielki...To zaczęło się pamiętnego dla niej dnia, czternastego marca i powoli przybierało na sile. Co jest, mordo kosmata? Czemu jesteś smutny i robisz mi taką przykrość? Pies spał na posłaniu obok swojej pani, w nogach. Z początku w nogach, tuż przed spaniem, potem zawsze i tak lądował na poduszce, zajmując dużo miejsca poprzez wyszukane, bezczelne pozy, spychające jego panią na brzeg posłania, a każda jej delikatna propozycja zmiany jego pozycji spotykała się z lekkim ostrzegawczym warczeniem… Tak było za dobrych czasów. Obecnie Cezar spał w nogach i nie miał ochoty na dotychczasowe dzikie zabawy…

Andrea wybudził się tej soboty ze snu wcześnie, chociaż to był dzień wolny od pracy dla większości mieszkańców, no bo ci, którzy prowadzili własny handel, oraz pracownicy różnych służb i zawodów wymagających stałej obecności, do swoich miejsc pracy wybierali się także i dziś. Andrea prowadził własną klinikę dla małych zwierząt domowych, w miejscu oddalonym o 20 minut jazdy samochodem i włochaci, kudłaci, oraz pierzaści pacjenci z pewnością i dziś będą potrzebowali jego obecności. Andrea przekręcił parę razy niespokojnie złotą obrączkę na swym palcu… Obrączka wskazywać powinna na obecność w tym domu kochanej żony. Dzieci już nie, gdyż wiek w jakim był Andrea upoważniał do posiadania nawet niedużego wnuka. Czy magiczne pokręcenie obrączką coś zdoła przywrócić, wyczarować…??? Tymczasem w pięknym białym domu na wzgórzu, otoczonym małym gajem oliwnym i ogrodem „tysiąca róż” mieszkało milczenie i pustka. Wiatr wpadający pytaniem i krzykiem przez otwarte okna, biegnąc przez kolejne salony szukał ludzi, ale ich nie było… Tak, Andrea był w wieku, w którym dzieci — jeśli w ogóle się je posiada — ma się już tak dorosłe, że mają swoje własne związki małżeńskie, a nawet rodziny, albo chociaż są na etapie ich zakładania, jednak samemu jest się nadal w wieku bardzo, bardzo ciekawym pod każdym względem, umożliwiającym wiele spraw, wydarzeń, na które wcześniej nie było czasu, sposobności. Czy tak jednak było w jego przypadku? Co znaczyła obrączka, na którą nie było żadnego potwierdzenia czyjejś obecności…??? Co miał pokazać czas, okoliczności, ludzie, wydarzenia? To wciąż pozostawało tajemnicą. Andrea przymierzał się nie jeden raz do zdjęcia obrączki, jednak nie potrafił tego zrobić, jakaś siła wciskała mu ją z powrotem na palec, który pozbawiony jej wyglądałby niemal, jak uszkodzona część ciała. Gdyby istniała maszyna czasu, gdyby wszystko dało się cofnąć właśnie o jakiś czas...Skoro jednak wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło, widać tak już być musiało w boskim zamyśle, dla jakiegoś wyższego celu, planu, dla jakiejś lekcji. Jedynym łącznikiem z tamtym czasem pozostawał piaskowo-rudy, przepiękny, puszysty kot o oczach sokoła, które zdawały się dostrzegać wszelkie drzazgi w zakamarkach duszy swego pana, niczym właśnie oczy sokoła dostrzegające swą ofiarę, by się z nią rozprawić. Kot zdawał się mieć pretensje do swego pana za jego stan duszy, za oddalenie...Jednak pozorne oddalenie nie wypływało z niechęci dla ukochanego kota, ale ze świadomości, że wciąż przypomina mu inny czas… tamten czas...czas miniony, który nigdy nie wróci i nie przyniesie ze sobą ludzi, których nie ma teraz i tu...Andrea był wysokim przystojnym mężczyzną o głębokich ciemnych oczach, które teraz wpatrywały się w kota. Ej, przyjacielu, napełniłem ci miskę, nie bądź natrętny, pan spieszy się do pracy! Andrea ofuknął kota, który w dość bezczelny sposób domagał się adoracji, drapania, głaskania. Kot obrażony odszedł od pana z dumnie podniesionym okazałym ogonem, a Andrea pospiesznie wychodząc do samochodu zawołał: no, nie gniewaj się stary! Wrócę, to się pobawimy, ok.? Ale kot odwrócony był do pana swymi czterema literami i nie zamierzał nawet drgnąć. Andrea wyszedł do swego samochodu. A samochód nie był zwyczajnym autem. Andrea przymierzał się do jego kupna wiele lat, zbierał fundusze, marzył. Teraz go miał, od bardzo niedawna. On, Andrea miał swoje nadzieje, plany, a los prawdopodobnie swoje. INNE. Auto było „FORDEM T” z 1927 roku. Posiadało przepiękny brelok, mosiężny, duży, ciężki, z wizerunkiem samego auta, na odwrocie klakson z ozdobami. Sam klucz z kolei był kluczem co najmniej tajemniczym, jednak Andrea nic póki co o tym nie wiedział i traktował go jako zwykły, choć piękny, stary, SYMBOLICZNY klucz do równie starego i pięknego samochodu, gdyż prawdziwe kluczyki do tego samochodu wiszące obok na tajemniczym breloku były całkiem zwyczajne, małe… Odkrycie, czym jest duży mosiężny klucz dokonać się miało oczywiście w odpowiednim czasie i okolicznościach. A los chichotał za każdym razem, kiedy Andrea dotykał tego klucza… Tego dnia Andrea pojechał do pracy z dziwnym przeczuciem. Dzień to był dziwny… Wiatr, który zmienił imię na wichurę, strącał teraz całe kiście jemioły i rzucał ją ludziom i samochodom pod nogi i koła na szczęście. Szczęście miało dziś spotkać każdego, kto napotkał jemiołę na drodze. Jemiołę świeżą, zerwaną wichurą, jakby los celowo przygotował wybranym ludziom te dary. Czy je rozpoznają od razu? Czy dziś tylko wszystko się zacznie, jakimś wydarzeniem, nową znajomością? Wydarzenie i nowa znajomość czekały na niego u drzwi gabinetu. Kobietę w jego wieku błyskawicznie ocenił wzrokiem wizualnie na jedną z najwyższych ocen. Była jednak w złym stanie psychofizycznym, czekała spłakana i roztrzęsiona...Trzymała na rękach niedużego psa maści piaskowo-rudej, zupełnie jak jego kot. Doktorze, proszę go ratować, on nie przeżyje bez pana pomocy! Spokojnie, co się stało?! Wpadł pod samochód?! Nie widzę ran! Nie… on z dnia na dzień stawał się smutniejszy, coraz mniej jadł, aż wreszcie przestał jeść w ogóle. Nie pije, nie je, słabnie, śpi, jakby odchodził! I tak litościwie patrzy...Jeśli on odejdzie, to dalsze życie mnie nie obchodzi! Ja go kocham najbardziej na świecie! Prócz niego nie mam nikogo, a ja nie należę do takich ludzi, którzy wymienią go jak zużyty przedmiot na inny, bardziej sprawny. Ja nie przeżywam niestety życia mózgiem, tylko sercem...Doktorze, to może być tylko on, żaden inny, proszę go uratować, on nie jest jeszcze stary! Kiedyś godnie go pochowam, bez rozpaczy, kiedy przyjdzie czas, ale jeszcze nie teraz, on nie jest stary, jeszcze jakieś dziewięć kolejnych lat przed nim! To miara psiego wieku te 14 lat. Ma teraz właśnie tylko pięć! Wzięłam go cztery lata temu ze schroniska, gdzie aż ciężko i duszno od psiej depresji. Te psy trafiają „hurtowo” do schronisk w letnim sezonie, podobnie jak ludzie w sile wieku nagle lądują na grupowych zwolnieniach, lub starzy w domu opieki. To podłe, nieludzkie! Od kiedy dokładnie te objawy się zaczęły? Dokładnie od czternastego marca, pamiętam ten dzień… Andrea wzruszony wziął z rąk kobiety kilka kilogramów rudego, puchatego dramatu i odpowiedział: widzi pani, jeśli chodzi o długość ziemskiego życia, to czas jest rzeczą bardzo względną, dla każdego jest on inny… Zaś każde „porzucenie” może stać się furtką do szczęścia, do nowej sytuacji, lepszej od poprzedniej… Wiem, tak, świetnie to wiem, ja niczym tak się nie pasjonuję, jak wszystkim, co wykracza poza ten toporny fizyczny świat i jego okrutne prawa materii, więc wiem, ale serce nie sługa, rozum rozumem, ale ja za jego ratunek oddam wszystko, absolutnie wszystko, co mam. Andrea spojrzał na niewysoką kobietę o ciemnych falistych włosach i ciemnych oczach o tajemniczym spojrzeniu i zrobiło mu się jej żal, ale tak jakoś inaczej, jakoś dziwnie inaczej… Przepraszam, nie przedstawiłam się, mam na imię Margherita. Podała mu drżącą dłoń. A mój pies to Cezar, dodała szybko. Andrea pogłaskał biedaka i ułożywszy go na stole powiedział do niego: no, stary, nie możesz swojej pani zrobić czegoś takiego! Wracaj chłopie do życia! Sam bym chciał, żeby mnie ktoś tak kochał, jak ona ciebie, futrzaku! Pies podniósł na niego miłosierne oczy, jakby tłumacząc, że on nie da rady i za to przeprasza. Ale doktor Andrea po wstępnym zbadaniu rudego kłębka puchu oświadczył: zostawimy cię przyjacielu na obserwację na jedną dobę i dalsze szczegółowe badania, analizy, a twoja pani trochę przez ten czas odpocznie w swoim domu. Cooo?! Ja nigdzie się stąd nie ruszę, będę go pilnować, nie opuszczę go! Nigdy! Ja czuję to tak, że kiedy ja stąd odejdę, to on odejdzie też, tylko bezpowrotnie, pan wie, o czym mówię… No cóż...Mogę w takim razie zaproponować średnio wygodną sofę w holu, koc, herbatę, kawę, pierniczki, parę cukierków i dach nad głową! Dziękuję doktorze, dziękuję! Będę wtedy spokojna. Ja oczywiście po osiemnastej wracam do domu, droga pani, mój pracownik laboratoryjny dotrzyma pani towarzystwa, dwaj pozostali pracownicy też, laborant dziś ma dyżur nocny i mnóstwo pracy z wynikami na rano, a rano zastąpi go pani Olivia. Gdyby działo się coś niepokojącego, proszę dzwonić, natychmiast przyjadę do psa, to dwadzieścia minut drogi stąd. Dziękuję doktorze, bardzo panu dziękuję...Jest pan aniołem...Margherita odetchnęła, jakoś wierzyła w ratunek. Przekąsiła pierniki, napiła się herbaty, zaglądała do Cezara i przy okazji żałowała innych psich i kocich pacjentów, białego szczura, który ludzkim wzrokiem patrzył jej w oczy, oraz wielkiej osowiałej papugi, której zewnętrzna kolorystyka nie miała w danym momencie nic wspólnego z barwą jej wnętrza, ale na duszy było już Marghericie lżej, dużo lżej. Zauważyła jednak pewną różnicę. Jej serce było cięższe nagle o parę gram...Nie był to jednak ciężar przykry. Wręcz odwrotnie, był przyjemny, chociaż lekko kąsał serce, niby miodowe ukłucie pszczoły, ból słodki, dziwny…

Włożyłeś mi w serce białe, wilgotne róże

i chłodną mgłą natychmiast otoczył je mróz,

ścinający mróz mojej niewiary,

że mam do nich prawo.

I teraz chodzę z lodowym znieczuleniem,

choć ból czuję słaby, tak mi zimno przez ciebie.

/Autorka z własnego tomiku/

Nie umiała sobie odpowiedzieć racjonalnie nic na ten temat, jeszcze nie teraz. Nawet jeśli coś przeczuwała, wolała nie zdradzać się z tym nawet przed samą sobą. Zapadła w spokojny zdrowy sen, a noc kołysała ją pośród gwiazd w dziwnym ukojeniu, pewności i bezpieczeństwie, w mieście Archanioła. Cezar przeżyje, to wiedziała z całą pewnością.

Andrea po wejściu do domu nie zobaczył kota. Zwierz obraził się i tyle, nie pierwszy to przecież raz! Nagle na plecach poczuł ciężar i lekkie drapnięcie. Jesteś łachudro! Nie obraziłeś się?! Kot nie opuszczał pana, więc Andrea zagłębił dłonie w jego obfitym rudym futerku, które coś, a może kogoś mu przypominało… Kogoś i inny rudy kłębek...Gdyby jej dłoń głaskała kota teraz razem z nim, byłoby pięknie i miło…

Proszę pani! Proszę się obudzić! Pracownik laboratorium szarpał delikatnie, lecz zdecydowanie Margheritę...Co się stało?! Umarł?! Umarł?! Nie, spokojnie, ma się średnio, ale nic złego się nie dzieje. Są wyniki z jego krwi. Widzi pani… on ma niedobór pewnych pierwiastków i witamin i jest odwodniony, jeśli to naprawimy, wszystko będzie dobrze! Dzięki Bogu! Ale skąd ten niedobór?! Przecież karmię go najlepiej, jak tylko mogę, ma wszystko! Owszem, ma, ale czy on to zjada? Nooo… ostatnio nie bardzo. Nie ma ochoty. No właśnie! Doktor przyjedzie, damy kroplówkę i piesek będzie jak nowy! Aaa...bym zapomniał! Uciął mnie w palec, więc nie jest z nim tak źle. Był szczepiony, spokojnie, proszę się nie martwić, przepraszam za niego! Nic się nie stało, to dla mnie codzienność!

Andrea obudził się dziwnie podekscytowany i czym prędzej pojechał do psa...czy aby tylko do niego??? Spojrzał pospiesznie najpierw na Margheritę, potem poszedł do psa, odczytał wyniki i uśmiech rozpromienił jego twarz. Nooo, kolego, zaraz damy ci kroplówkę i wszystko się odmieni, a twoja pani będzie szczęśliwa! Pies jakby rozumiał i nieco się ożywił. Tylko mnie nie utnij w rękę, cwaniaku! Charakterek to ty masz podobny do mojego kota! Jak się spało w niewygodnych warunkach? Zapytał doktor Margheritę. Spojrzał na nią powłóczystym dziwnym wzrokiem, jakby okrywał jej postać subtelną materią swoich zachwytów, spostrzeżeń, niewypowiedzianych komplementów… jakby potwierdzał sam przed sobą coś, co prześladowało go od wczoraj, od ich spotkania i jakby chciał ukryć ją przed wzrokiem innych mężczyzn…

Doktorku! Dzień dobry! Wesoła pani Olivia, okrąglutka, zawsze uśmiechnięta i gotowa do pomocy każdemu, pracowała tu od dość dawna na emeryturze, wszyscy ją uwielbiali.. Aaa… witam pani Olivio! Doktorze, przez te zarzucone jemiołą drogi to aż trudno było dojechać dziś rano! Wiatr wczorajszy oszalał chyba rzucając ludziom tyle szczęścia jednorazowo pod nogi i koła! Tak. Coś było w tym nagłym zrywie wiatru, jakby coś musiało się wypełnić… Cezar po kroplówce uciął ot tak, profilaktycznie doktora w palec, jakby te częste gryzy stanowiły logo jego osobowości, stanął na nogi i ostro domagał się jedzenia, ale trzeba było trochę z tym odczekać po kroplówce, więc jego pani uspokojona pojechała do domu, umawiając się na wizytę popołudniem. Ucałowała ukochaną psinę prosto w pysk, zostawiła w pewnych dłoniach i uspokojona wsiadła do swego Lanosa...Nie...Nie odjechała. Przed jej samochodem stał oto Ford z roku 1927, a kluczyki, klucz i breloczek należały do...doktora!!! Obeszła samochód rodem ze snów i dopiero teraz odjechała swoim…

Włochy, ten sam czas, Grota Gargano. Jej grota, bo tam, u św. Michała Archanioła przyjęła wiele, wiele lat temu swoją pierwszą Komunię świętą… Wiele by oddała Margherita, by powtórzyć to wydarzenie, by bardziej świadomie przeżyć to wszystko jeszcze raz...Albo chociaż… OBEJRZEĆ TO WYDARZENIE W „COFACZU CZASU”, gdyby taki istniał! Stała teraz w grocie Gargano, u samego Archanioła i dziękowała za ratunek ukochanego psa, za spotkanie cudownego „psiego doktora”, któremu ten ratunek zawdzięcza i za coś jeszcze, nawet jeśli TO przyniesie jej cierpienie, ale do tego nie chciała przyznać się nawet sama przed sobą, a może przede wszystkim sama przed sobą. A na dnie jej duszy brzmiały anielskie melodie tamtego odległego dnia, kiedy stała tu w białej szatce i wianku, a w jej sercu zaszła przemiana nie tylko duchowa, ale genetyczna!!! Rozszczepienie nuklearne! Odnowa jej uszkodzonych człowieczych komórek serca i ciała poprzez komórki boskie, doskonałe stanem Miłości Najwyższej, tej prawdziwie boskiej! Tak...Margherita wiedziała i przeżywała o wiele, wiele więcej, niż większość ludzi i bardzo, bardzo stawała się przez to popularna i mile widziana, chętnie słuchana. Swoje życie po pewnym tragicznym przeżyciu z młodych lat poświęciła sprawom boskim, rozwojowi duchowemu, we wszelkich możliwych tego przejawach i nie zamieniłaby go na życie bardziej proste, schematyczne, byle tylko gonić za złudnym szczęściem. Szczęście i spełnienie ma wiele odmian, wiele twarzy, jej miało właśnie takie. Czy w duchu marzyła o jeszcze jednej odmianie tego szczęścia? Tej, z której tak dawno zrezygnowała i na którą pozornie było za późno? Gdzieś w najgłębszej głębi siebie z całą pewnością, ale to musiałoby być coś totalnie porażającego, pięknego, czystego w swej istocie, doskonałego, idealnego. Ona tego nie szukała z całą pewnością, ona wiedziała, że coś takiego po prostu się jeszcze wydarzy, lub już nie. Niestety, lub stety, wydarzyło się wczoraj JEDNOSTRONNIE w jej mniemaniu i dziś była tego pewna. Nie da się wymazać tego kogoś z pamięci, z życia, zjawił się, miał obrączkę, a ona wiedziała, że to ON, albo nikt inny i nigdy. Pochłonął całą jej duszę, zniewolił, unieruchomił, zahipnotyzował, trzymał na niewidzialnej uwięzi, a ona nie była w stanie funkcjonować. Czy on o niej chociaż myślał? Prawdopodobnie ma rodzinę i był tylko dla niej miły, uprzejmy, a ona oparła na tym wątłym fundamencie jakąś swoją głupią nadzieję. Jak mogła być tak naiwna i głupia w takim wieku?! W wieku równym wiekowi Andrei...To przecież niepoważne…

Nie...Nie przyzna się do niczego, będzie twarda. Musi, nie ma innego wyjścia. Nigdy się nie skompromituje, nie zdradzi, nie może!

Po psa pojechać miała dziś popołudniem, jednak stała teraz u wejścia do groty i rozmyślała. Nagle niebo jakby wyczuło jej myśli, poruszyło się dziwnie kłębowiskiem nagłych chmur i płytki chodnika, na którym stała zaczęły pokrywać się ogromnymi kroplami deszczu… Ruszyła do swego samochodu, jednak to co ujrzała w pobliżu garaży znajdujących się na terenie sanktuarium zmroziło ją… Tam leżał i pokrywał się deszczem BRELOK ZE STARYM SAMOCHODEM I DZIWNY KLUCZ oraz zwykłe małe kluczyki! Jak to?! To ON tu jest? Nie wierzyła, uspokoiła się, kiedy usłyszała dźwięk swojej komórki. To dzwonił ON, „pieskowy doktor” Andrea, w sprawie jej psa. Wszystko w porządku, piesek prawie doszedł do siebie, mam dla pani jego recepty, można go dziś odebrać, chyba tęskni. Nie tylko on, dodał doktor już w myślach sam do siebie. Dobrze, dziękuję bardzo, będę niebawem, ale...Doktor jednak się już rozłączył. Może to i dobrze, nie powie mu o breloku i kluczach, to będzie niespodzianka, zabierze je ze sobą do kliniki! Kiedy po niedługim czasie weszła ze skarbem w dłoniach do wnętrza kliniki i już chciała wręczyć doktorowi klucze, oniemiała! Klucze i brelok leżały spokojnie na pulpicie! A więc to nie jego klucze! Co ona zrobiła?! Komu zabrała?! Gdzie i komu je odda?! Odwiezie chyba do groty, nie ma innego wyjścia…

Póki co, aksamitne spojrzenie oczu Andrei w oczy Margherity zdradziły to, co on odczuwał i myślał względem niej. Zauważył jej reakcję i zmieszanie, tylko że powody były dwa. Jeden wiadomy, drugi to klucze. Margherita zabrała psa, uregulowała sprawy opłaty za wyniki, badania, podziękowała za ratunek, za nocleg, za wszystko i… wyszła, a ON jej nie zatrzymał. Zwalniała celowo kroku w nadziei, ze może...może… Kontrola za dwa dni! Gratisowa! Zawołał po chwili, a jej twarz rozjaśnił promienny uśmiech, jaki widzi się u osoby, której darowano wyrok. Zapamiętał ten widok i będzie musiał mu on wystarczyć do dnia spotkania. To cała wieczność te dwie doby! Margherita wyszła z psem na rękach, z brelokiem, kluczem i kluczykami w kieszeni i gorącym uczuciem w sercu, które ważyło najwięcej. Gdy wychodziła, jej serce zaścielał dywan róż, pachniały słodko, lecz kłuły do krwi… Oszałamiały… A pszczoły i motyle, które zdawały się krążyć z róży na różę, przenosiły słodki nektar i rozlewały go po całym sercu, po całym jej wnętrzu…

Tajemnicza zguba bramą do historii wielkiej i pięknej

Ojciec Livio, michalita z Groty Gargano miał zaraz wyruszać na arcyważną konferencję z biskupami do pobliskiej miejscowości, a tu...Jezus Maryja! Nie ma kluczyków do samochodu! Do jego Opla P4 z roku 1936! To niemożliwe! Przecież brelok jest tak ciężki, że gdyby spadł, słychać by było! Co teraz?! Co się stało?! Ojciec Adriano ruszył na pomoc i po chwili przeszukali razem cały teren, który według nich był terenem wchodzącym w grę. Niestety. Po breloku i kluczu oraz kluczykach ani śladu...No to koniec. Nooo, niezupełnie, niech ojciec weźmie moją zwyczajną brykę i tyle! Mogę?! Bóg zapłać! I po chwili współczesny Opel zabrał ojca Livio na konferencję o randze kosmicznej i nie ma w tym słowie przesady! Ooo, a co to? Wehikuł czasu ojcu się zepsuł, że przyjeżdża ojciec takim współczesnym gratem bez duszy? Gorzej! To znaczy, co?! Zgubiłem brelok, klucz i kluczyki. Coo?! I co teraz?! Nie wiem. Trzeba dorobić. Tamte były stare, prawdziwe, nowe byłyby podróbką. No… ale ktoś może wykorzystać to znalezisko! Nie sądzę… Ojciec Livio spoczął spokojnie za okrągłym stołem, weszli biskupi, oraz kilku braci zakonnych, zamknięto drzwi i rozpoczęła się konferencja NA SKALĘ KOSMICZNĄ, o której świat nie miał pojęcia…

Tajne konferencje, maszyna czasu, czyli jak powiedzieć ludziom?

Napisano 15 sierpień 2009 — 23:18

Czy w drugiej połowie XX wieku został skonstruowany swoisty magnetowid do odtwarzania akustycznej i optycznej ścieżki historii świata?

Podobno pracowano nad nim w ścisłej tajemnicy w latach 1950—1990. Koordynatorem tych działań miał być włoski benedyktyn, ojciec Alfredo Pellegrino Ernetti, czło­wiek o szerokich zainteresowaniach, z wykształcenia fizyk. Prototyp wehikułu czasu nazwano chronowizorem. Na po­czątku lat 70. ub. wieku rozpoczęły się pierwsze próby testowania tej niezwykłej maszyny.

Badacze, którym udało się odtworzyć historię owego wynalazku, twierdzą, że przy opracowywaniu konstrukcji i zasad funkcjonowania chronowizora brało udział 12 światowej sławy naukowców, działających w całkowitym ukryciu. Ten stan rzeczy trwał aż do chwili, kiedy oj­ciec Ernetti z niejasnych do dzisiaj po­wodów zdradził mass mediom, że jest w stanie podglądać przeszłość.

Wybuchła wówczas prawdziwa burza.

Czy możliwe jest „podglądanie” przeszłości na ekranie swego rodzaju „magnetowidu”?

Po złożeniu tego oświadczenia zakon­nik otrzymał od swych zwierzchników zakaz wypowiadania się na temat chro­nowizora. Watykan stał bowiem na sta­nowisku, że prace nad urządzeniem nie powinny być nagłaśniane. Ponadto chronowizorem interesował się wywiad ame­rykański, a także Rosjanie. Jak zapewniają świadkowie, w ostatnich latach swego ży­cia Alfredo Ernetti opuszczał klasztor wyłącznie w towarzystwie ochroniarzy ponieważ realna była groźba, że zostanie uprowadzony przez służby specjalne ob­cych mocarstw, które za wszelką cenę pragnęły poznać konstrukcję tajemnicze­go aparatu.

Z upływem lat pamięć o chronowizorze powoli zanikała. Jednak garstka dociekli­wych dziennikarzy nie rezygnowała z prób dotarcia do wynalazku. Ustalili oni, że po śmierci Ernettiego w roku 1994 Stolica Apostolska nakazała zdemontowanie urządzenia i przewiezienie wszystkich jego części do ar­chiwum watykańskiego.

Czy w jakimś innym kraju, np. w USA lub Rosji, w latach 80. i 90. również skonstruowa­no takie urządzenie?

Tego możemy się tylko do­myślać. Nie ulega natomiast wątpliwości, że chronowłzor należy do najbardziej niebez­piecznych wynalazków w historii. Z je­go pomocą można wszak odbierać obrazy dowolnych zdarzeń zachodzących w świe­cie, a nawet myśli określonych osób! Je­żeli aparat rzeczywiście istnieje, byłby doskonałym urządzeniem szpiegowskim -wszechobecnym okiem i uchem Wielkie­go Brata, mogącego podglądać świat dla własnych ceiów. Czymś, co raz na zawsze odebrałoby ludziom wolność działania i myślenia oraz -jak ujął to ojciec Ernetti — spowodowałoby powszechną tragedię.

Przez kilkanaście lat od śmierci włos­kiego zakonnika na światło dzienne nie wy­szły żadne nowe fakty. Ksiądz Francois Brune, od lat zajmujący się zjawiskiem transkomunikacji, czyli kontaktami z umarłymi za pomocą urządzeń elektronicz­nych, dobrze znał ojca Ernettiego i jest przekonany, że absolutnie nie był on ty­pem mitomana. — Nie wierzę w to, by po prostu wymyślił całą tę historię — powie­dział mi, gdy rozmawiali­śmy podczas jego wizyty w Polsce w grudniu 2008 roku, kiedy to redakcja Nie­znanego Świata przyznała mu swą roczną Honorową Nagrodę.

Ernetti nigdy nie twierdził, że sam skonstruował chronowizor, co mogłoby budzić pewne zastrzeżenia. Zasłaniając się złożoną uroczyście przysięgą, nie chciał jednak podać nazwisk osób żyją­cych, które w tym projekcie uczestniczy­ły. Ujawnił natomiast personalia naukow­ców już nieżyjących. Stąd wiemy, że w pracach nad chronowizorem brali udział m.in.: Enrico Fermi — noblista, świato­wej sławy fizyk jądrowy, Werner von Braun — inżynier urodzony w Wyrzysku pod Bydgoszczą, twórca rakiety V2, po wojnie pracujący dla Amerykanów, oraz ojciec Agostino Gemelli, lekarz i psycho­log, założyciel Katolickiego Uniwersytetu Najświętszego Serca w Mediolanie.

Powiedzmy w tym miejscu, że kontakty wszystkich wymienionych przed chwilą uczonych z włoskim zakonnikiem są bar­dzo prawdopodobne. Na przykład Fermi wielokrotnie bywał we Włoszech, gdzie wykładał na uniwersytetach; wiadomo też, iż von Braun oraz Fermi znali się i podzielali swoje naukowe fascynacje.

Jeśli chodzi o Gemellego, współpraco­wał on z Ernettim przy jego badaniach muzyki prepolifonicznej. Gdy 17 września 1952 roku usiłowali wyeliminować szumy z nagrań chorałów gregoriańskich, doszło do uzyskania pierwszego transkontaktu -utrwalenia głosu z zaświatów na taśmie magnetofonowej. Trzeba dodać, że o. Gemelli (jeden z fundatorów Kliniki Gemelii, w której leczony był Jan Paweł II) nie należał do ludzi łatwowiernych, wyzby­tych krytycyzmu. Do zakonu wstąpił po swym nawróceniu w wieku 25 lat, już po studiach medycznych, a w Kościele zaj­mował się między innymi badaniem stygmatów, które uznawał za efekt histerii (za­chowało się jego negatywne świadectwo na temat ran o. Pio). Ktoś taki z pewnością nie dawał się ponieść fantazji.

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie moż­na wykluczyć, że na początku lat pięćdzie­siątych odbyło się spotkanie Fermiego, von Brauna, Gemellego i Ernettiego i że omówiono na nim pomysł podglądania i podsłuchiwania przeszłości z pomocą swoistego wehikułu czasu.

Po dwudziestu latach intensywnych prac powstał prototyp retrospektywnej kamery. Wiedząc o zamiłowaniu ojca Ernettiego do muzyki prepolifonicznej, nie można się dziwić, iż najpierw zrekonstruował on sta­rożytną operę, której premiera odbyła się w roku 169 p.n.e. Dzięki chronowizorowi badacze mogli ujrzeć i usłyszeć przedsta­wienie, które wystawiono ponad 2000 lat temu w sąsiedztwie zachodniego zbocza rzymskiego Kapitolu, w Forum Holitorium.

— Widać było nie tylko mężczyzn i kobiety, ale także istniejące wówczas domy, drzewa i zwierzę­ta — zapewniał ojciec Ernetti. Z pomocą chronowizora odtwo­rzono tekst i muzykę zaginionej opery. Potem, jak ustaliła dziennikarka włoskie­go magazynu Oggi, z inicjatywy Ernettie­go partytura trafiła do rąk profesora Giuseppe Maraski.

Pierwsze udane próby zachęciły bada­czy do przeprowadzenia kolejnych ekspe­rymentów, i tak odtworzono sceny z życia Benito Mussoliniego, a potem całe życie papieża Piusa XII,

— Weryfikacja została przeprowadzona w oparciu o osoby najłatwiejsze do „uchwycenia”, ponieważ nie żyły od nie­dawna, i co do których istnieje szeroka historyczna dokumentacja — tłumaczył oj­ciec Alfredo Ernetti.

Krótko przed swą śmiercią zakonnik zdradził także, że chronowizora użyto pa­rę razy na prośbę włoskiej policji. Ilekroć urządzenie rejestrowało jakieś zbrodnicze zamiary badacze identyfikowali ewentualnych sprawców i w ten sposób uniemożliwiali im dokonanie zaplanowanych przestępstw.

Zrealizowano też projekt odtworzenia życia Jezusa Chrystusa, włącznie z Ostat­nią Wieczerzą, drogą krzyżową na Golgo­tę oraz zmartwychwstaniem. Przy tej oka­zji została potwierdzona autentyczność Całunu Turyńskiego. Wyszły na jaw także pewne różnice — np. Jezus ani razu nie upadł pod ciężarem krzyża! Zdaniem ojca Ernettiego, stacje krzyżowe, które to upa­miętniają, dodano, aby udramatyzować Pasję.

Wszystkie uzyskane w chronowizorze obrazy sfilmowano, a potem zaprezento­wano papieżowi, kardynałom oraz prezy­dentowi republiki. Podobno wspomniane grono dostojników było wyraźnie zasko­czone zbieżnością odtworzonych scen z tekstami Ewangelii synoptycznych.

W roku 1993 Stolica Apostolska popro­siła chorego na raka ojca Ernettiego, aby przedstawił wyniki swoich badań międzynarodowej komisji katolickich naukow­ców.

Był to wielki dzień zakonnika, który całe życie poświęcił retrospektywnej ka­merze, lecz jako osoba posłuszna władzy zakonnej swoje odkrycie musiał trzymać w tajemnicy. Wystąpienie w Akademii Papieskiej w Rzymie, jak twierdzi ksiądz Francois Brune, spotkało się z przychyl­nym przyjęciem. Zaproszeni naukowcy i kardynałowie szczegółowo zapoznali się z konstrukcją chronowizora oraz jego działaniem. Jednak kiedy siedem miesię­cy później ojciec Ernetti pożegnał się z życiem, aparat na polecenie Stolicy Apostolskiej rozmontowano. Podobno rozłożony na części spoczął on w niedo­stępnych archiwach Watykanu.

— Oczywiście wszystko to w dalszym cią­gu istnieje, ale gdzie się znajduje, tego nie wiem — mówi ksiądz Francois Brune.

— Trudno byłoby przypuścić, by ojciec Ernetti, watykański pełnomocnik do spraw rozwoju muzyki kościelnej, autor, który na­pisał m.in. 72 tomy o problematyce kultu muzyczno-liturgicznego, a także nagrał 50 płyt z muzyką antyku, chciał w złym zamia­rze wprowadzić w błąd innych uczonych — podsumował casus chronowizora Ernst Meckelburg, autor znakomitej książki Tunel w czasie.

Jeśli zaś taka właśnie jest prawda, po­zostaje tylko czekać na dzień, w którym Watykan podejmie decyzję o oficjalnym zaprezentowaniu światu wehikułu czasu.

Wojciech Chudziński / pisarz, publicysta, redaktor/

„Ojciec Ernetti widział też zmartwychwstanie, mówił księdzu Brune’owi o wyłaniającej się z Grobu Pańskiego świetlistej postaci utworzonej z materii przypominającej cieniutką jak mgiełka warstwę kryształu lub alabastru.” http://www.paranormalne.pl/topic/16603-chronowizor/

Odczyt dobiegł do końca, nie był niczym nowym dla zgromadzenia, jednak wciąż trwały kolejne jego odczyty i dyskusje na temat czy, kiedy i jak powiedzieć i pokazać wszystko to ludziom. Takich konferencji było ostatnio wiele w różnych zgromadzeniach zakonnych...Ludzkość w jakiejś swej części doszła do etapu, kiedy wiedza, doświadczenie własne, doznania, przeżycia są faktem namacalnym i nie da się już takim ludziom zamknąć ust, bądź spowodować ich strachu. Ludzkość doszła do momentu, w którym, ci, którzy myślą, czują i wiedzą więcej, są świadomi w pełnym tego słowa znaczeniu, zaś ci, którzy są ludźmi bez tej wiedzy, doznań, doświadczeń własnych, są bierni, stłamszeni, małej wiary, bądź odeszli od kościoła, gdyż stary sposób przekazywania ludziom wiedzy, a raczej jedynie niezrozumiałe do końca cytowanie i tłumaczenie Ewangelii spowodowały zniechęcenie jednych i kpiny drugich. Jedni rzucili się w nurt niebezpiecznej w pewnej swej części, a może raczej źle nazwanej i źle pojmowanej oraz źle wykorzystywanej tzw. ezoteryki, nawet magii, czarów, inni popadli w stan totalnego ateizmu i porzucenia wszelkich kodeksów moralnych, duchowych, źle pojmując wolność, jeszcze inni atakują Kościół instytucję, skupiając się wyłącznie na grupie kapłanów, która pobłądziła, nie zaś na tym, czym jest Msza św. oraz Ciało i Krew Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Ci, którzy wiedzą i czują, nie baczą na to, jaki jest ksiądz, który podaje im KOMÓRKI MACIERZYSTE JEZUSA CHRYSTUSA W POSTACI HOSTII, LECZĄCE, UPODABNIAJĄCE ICH WEWNĘTRZNE CIAŁO SUBTELNE DO JEGO BOSKIEGO CIAŁA, tylko biegną po Jego Ciało jak po najwyższe dobro! Bo nie sprzedawca chleba w danej piekarni jest najważniejszy, tylko sam chleb, który daje życie! Ci, którzy nie wiedzą, nie rozumieją i nie czują, baczą na sprzedawcę w piekarni i odchodzą głodni i chorzy, bo przekładają sprzedawcę i jego uprzejmość, czy nieuprzejmość nad chleb dający życie! A tak swoją drogą, nie przesadzajmy z tymi złymi kapłanami, to tylko ludzie, jak każdy z nas i jedni są tacy, drudzy inni. Są oni jednak sługami Jezusa Chrystusa, oczywiście to służenie jest zaszczytem, nie poniżeniem. Podobnie jak w stanie świeckim, tak i w kapłańskim wszelkie przejawy zła należy zauważać, demaskować i z nimi walczyć, zawsze dając jednak człowiekowi szansę na wyprostowanie swych ścieżek.

Tak więc powiedzieć i pokazać ludziom wszystko, włącznie z chronowizorem i komórkami macierzystymi, czy milczeć?! Co będzie lepsze dla ludzkości?!

PRAWDA. Ale podana w sposób odpowiedni. Głos ojca Oscara zabrzmiał stanowczo, lecz łagodnie. Konferencję tradycyjnie nagrywano i każdy zabierał ją ze sobą na pendrivie w ścisłej tajemnicy. Tak uczyniono i tym razem, ustalając datę kolejnego spotkania, aż papież zdecyduje po wszelkich wnioskach z dyskusji oficjalnie ogłosić światu wielki dzień prawdy… I również to ustalenie kolejnego spotkania z dokładną datą zostało nagrane.

Ojciec Livio wracał wieczorem do siebie pożyczonym współczesnym Oplem, czując ulgę, ale i dyskomfort, gdyż tylko w swoim Oplu z roku 1936 czuł się jak w wehikule czasu, który może wszystko, absolutnie wszystko. Dzisiejsza wyprawa tym współczesnym autem miała jednak swoją wymowę… Zapowiadała jakby WEJŚCIE Z CZYMŚ BARDZO STARYM I WAŻNYM W NOWE, ABY TO NOWE UZUPEŁNIĆ I PRZEMIENIĆ.

Ojciec Livio dotarł na miejsce, wprowadził wóz do garażu i oddał nowoczesne, zwykłe kluczyki koledze zakonnemu. Opel z roku 1936 stał nieruchomo w swoim garażu, nie było breloku z kluczem i kluczykami… Ojciec Livio próbował jeszcze schylić się tu i tam, kucał, obserwował, ale zguby widać nie było. Mało tego, doszła jeszcze kolejna zguba...Pendriv z płytkiej kieszeni wypadł bezszelestnie, kiedy zszedł do otwartej dziwnym trafem piwnicy-winiarni klasztornej w nadziei, że może tam znajdzie zgubę — klucz, kluczyki i brelok. Jednak o tej kolejnej zgubie ojciec Livio nie miał pojęcia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 27.9