Powieść dedykuję przyjaciołom,
którzy dodawali mi otuchy
Małgorzacie, Ani, Piotrowi i Bartkowi
OD AUTORA
Minęło półtorej dekady od chwili, kiedy pokazałem komuś swoje pierwsze opowiadania. Tak powstał zbiór SPLOT, który określiłem podtytułem „opowiadania parakryminalne”. Rzeczywiście, nie wszystkim zawartym tam tekstom przysługiwała kategoria „kryminału”, który miałem dopiero w planach. Ostatecznie do „poważnego pisania” zabrałem się w 2012 roku i po kilku miesiącach powstał mocno zaawansowany szkic powieści. Książkę uznałem za prawie kompletną w 2013 roku, ale jak wiadomo, „prawie” czyni często sporą różnicę.
Jeden z producentów muzycznych powiedział kiedyś, że nie istnieją miksy ukończone, są tylko miksy porzucone. W istocie w muzyce, ale też w innych dziedzinach, niekoniecznie związanych z pracą twórczą, jest tak, że zawsze jest możliwość zrobienia czegoś lepiej, albo inaczej. Przerywanie pracy nad utworem z powodu uznania jego niedoskonałości staje się zmorą twórców. Prawdopodobnie właśnie dlatego tak niewielu autorów piosenek decyduje się na debiut. Czemu? Ponieważ to wiąże się z koniecznością uznania pewnej pracy za wykonaną na tyle poprawnie, że można już pokazać ją światu. Dobrowolne poddanie się, czasem bardzo brutalnej, weryfikacji nie jest rzeczą łatwą. Nie lubimy porażek, chociaż to z nich płynie ponoć największa nauka.
Czy podobny mechanizm dotyczy pisania? W jakiejś mierze na pewno tak. Powieść „KLESZCZ”, którą zdecydowałem się w końcu wydać, przeleżała w szufladzie ponad dekadę. Istniała obawa utraty jej aktualności, bo przecież rozwój techniki, także dochodzeniowej, czy możliwości weryfikowania faktów, zmienił się i wciąż, podobnie jak w innych dziedzinach naszego życia, większość rzeczy podlega coraz bardziej dynamicznym zmianom. Czy zawsze na lepsze? Chyba nie. Dlatego uznałem, że przynajmniej odrobinę ważniejsze są kwestie, które pewnie jeszcze długo pozostaną aktualne. Świat się zmienia szybciej, niż my, a walkę ze złem można prowadzić różnymi metodami i niekoniecznie „samotny wilk” wyposażony w sztuczną inteligencją okaże się najlepszym wzorcem. Zresztą Sherlock Holmes też miał swojego Watsona. ;)
Chciałem Wam opowiedzieć pewną historię, która, choć nie jest oparta na faktach, będzie możliwie blisko trzymać się życia, jednocześnie łamiąc niektóre schematy. Nie będę spojlował, bo mam nadzieję, że bez względu na to, czy należysz do grupy Czytelników, którzy mieli okazję sięgnąć po zbiór moich opowiadań, lub publicystykę, czy też nie, zdecydujesz się przeczytać tę pozycję. Obiecuję, że będzie to „pełnokrwisty kryminał”, jeśli wolno mi tak napisać, ale też z elementami, które posiadają potencjał, aby kogoś czasem rozbawić, albo wzruszyć. Jeśli tak się stanie rzeczywiście, uznam, że książka spełniła swoje zadanie.
Prawda jest taka, że teraz już tylko do Ciebie należy decyzja, czy podejmiesz próbę zmierzenia się z powieścią debiutanta. Bez uprzedzeń i z nienajwyższym progiem oczekiwań, przynajmniej spróbuj!
Aby ułatwić życie Czytelnikom, którzy nie lubią czytać książek „od deski do deski”, umieściłem na końcu listę postaci. Z doświadczenia wiem, że wracając do czytania po kilku dniach przerwy, można się zgubić nawet w niewielkim gąszczu nazwisk i faktów. Wówczas taka „ściąga” bywa pomocna. Z dzieciństwa pamiętam, że niektórzy autorzy umieszczali w swych tekstach ilustracje, plany sytuacyjne, czy mapy. Tak daleko nie poszedłem, za co z góry przepraszam.
Właśnie… Zawsze coś można zrobić lepiej, albo inaczej. Mimo to, z nadzieją, że lektura nie okaże się katorgą, zachęcam do przeżycia przygody z komisarzem Piotrem Starzyńskim i jego przyjaciółmi, opisanej najlepiej jak potrafię.
.
Krzysztof Sowik 27.11.2025
1—FANTAZJA
3 lipca 17:57
Paweł podniósł oczy znad lupy mikroskopu i spojrzał na stary elektroniczny zegar ścienny, pamiętający jeszcze czasy późnej komuny. Dochodziła osiemnasta. Pewnie jak zwykle się późni, pomyślał i zaczął powoli zbierać rzeczy. Zdjął fartuch i wyłączył mikroskop. Wydawało mu się, że zapomniał o czymś ważnym, ale teraz nie miał już czasu, żeby wrócić na miejsce, co często pomagało w podobnych sytuacjach. Przerzucił kurtkę przez ramię i zamknął pracownię.
Drogę do szpitala przebył w kwadrans. Miał nadzieję porozmawiać po obchodzie z lekarzem. To było teraz najważniejsze. Kilka minut przed siódmą wiedział już wszystko i spokojnie zajął miejsce przy łóżku Marty. Nadal była nieprzytomna. Przyglądał się tabliczce z wykresem temperatury, kiedy do sali zajrzała siostra Beata. Najładniejsza na oddziale i chyba najbardziej wyrozumiała. Pozwalała mu wejść do Marty nawet bez decyzji lekarza.
— Wie pan, że nie może pan tu siedzieć zbyt długo? To jednak jest OIOM — uśmiechnęła się.
— Pan doktor się zgodził — zaoponował.
— Tak, ale warunkowo. Z pewnością nie przez cały wieczór. Zresztą, za chwilę tu wracam.
— Będę czuwał. — Paweł mrugnął porozumiewawczo do dziewczyny, która zniknęła w pokoju pielęgniarek.
W niewielkiej salce stało pięć łóżek. Dwa z nich były puste, przy pozostałych monitory pokazywały zapis pracy serca pacjentek, a może odmierzały czas, jaki jeszcze im pozostał.
Marta oddychała miarowo. Lekarz nie ukrywał, że stan jest ciężki i kolejne dwie, trzy doby mogą być decydujące. A jeszcze w sobotę było znacznie lepiej. Temperatura nieco spadła i zamienił z żoną kilka słów. Podpisała też pozostałe dokumenty. Była słaba, nie do końca przytomna. Dziś nie otworzyła oczu nawet na chwilę. Starsza pani, leżąca w drugim końcu pokoju, bliżej okna, spała z otwartymi ustami i co jakiś czas wydawała z siebie dźwięki przypominające pompowanie piłki. Czasem miał wrażenie, że przestała oddychać. Spoglądał wtedy, czy na monitorze nie pojawiła się linia prosta. Nie czuł niepokoju. Raczej ciekawość. Śmierć wpisana była przecież w funkcjonowanie tego oddziału. Przyglądał się śpiącej żonie. Wciąż atrakcyjnej, mimo czterdziestki, do której zostało jej kilka miesięcy. Nie walczyła z upływem czasu. Nie zamierzała zmieniać niczego. Dziecko, na które starał się ją namówić od pięciu lat, nigdy nie było priorytetem. Dwie firmy, które prowadziła równolegle, zastąpiły wszystko, czego może pragnąć większość normalnych kobiet. A co dziś jest normą? Może miała rację? Sukces, pieniądze, a potem… Czy będzie jeszcze jakieś potem? Ciągle podkreślała, że dzięki temu co robi, może płacić swoje rachunki i stać ją na dobry urlop. On nie mógł tego powiedzieć o sobie. Z pensji w instytucie z trudem opłaciłby kawalerkę i kupił jakieś dwudziestoletnie truchło, żeby nie jeździć tramwajami. Tak. Musiał przyznać, że jej pogląd na te kwestie był uzasadniony. Czy czterdziestoletni mężczyzna może mieć żonę, której nie potrafi zapewnić niczego? Czy to w ogóle jest poważne podejście do życia? Choć z drugiej strony, czy każdy musi traktować życie poważnie?
Rozmyślania przerwała pielęgniarka, instalując na stojaku Marty kroplówkę.
— Jak się skończy, pan mnie zawoła, dobrze?
— Oczywiście. Dziś też będą dwie? — spytał.
— Tak. Ale do końca drugiej raczej nie chciałabym tu pana widzieć — zażartowała.
— OK. Wyjdę trochę wcześniej, obiecuję. Kiedy przymknęła drzwi, spojrzał na zegarek.
Przed dwudziestą pierwszą dotarł do Marka. Jedyny kumpel, z którym utrzymywał kontakty. Może dlatego, że mieszkali niemal obok siebie. Lubił posiedzieć z nim przy piwie, najlepiej kiedy grała Barca, albo Lech. Miał sentyment do Poznania. W końcu tam się urodził. Pewnie, gdyby nie wyjechał na studia do stolicy, nie poznałby Marty i wszystko potoczyłoby się inaczej. Ochroniarz znał go dobrze, więc szybko minął budkę, pozdrawiając go skinieniem głowy. Drzwi wejściowe były uchylone. Wbiegł po schodach na drugie piętro i wdusił przycisk dzwonka.
— Coś się stało? — Marek patrzył na gościa, jakby zobaczył ducha. Paweł często odwiedzał go bez zapowiedzi. Nie musiał się obawiać, że zastanie tu jakąś kobietę. Samotnik. Wieczny kawaler, nieśmiały wobec płci przeciwnej aż do granic śmieszności. Sam też nie posiadał cech Casanovy, ale potrafił przynajmniej zachowywać się normalnie, kiedy chciał nawiązać znajomość. Marek „łapał raka” już na samą myśl, że kobieta może go o coś poprosić, albo próbować skłonić do konwersacji.
— Masz jakieś piwo?
— Myślałem, że ty przyniesiesz, skoro wpadasz o tej porze. Ale jest herbata — uniósł do góry trzymany w ręce kubek.
— Dobra. Zamówimy flaszkę. Przywożą szybko.
— Spokojnie. Coś się znajdzie. — podniósł w górę dłoń w uspokajającym geście. — Jak Marta?
Paweł wzruszył ramionami. Usiadł w głębokim fotelu i założył ręce za głowę.
— Powiesz coś? — dopytywał Marek.
Nie zdążył odpowiedzieć, kiedy w kieszeni zadzwonił mu telefon.
— Przepraszam. Tak? To niemożliwe. Kiedy? Jak to się stało? Zaraz będę. Czemu jutro? Rozumiem. O ósmej. Dobrze.
— Czy coś…? — Marek stał zdezorientowany. Z przechylonego kubka kapnęła na podłogę resztka płynu.
— Marta nie żyje — powiedział Paweł i opadł na fotel, wpatrując się bezmyślnie w telewizor. Przedmeczowe studio. Powtórka finału. Od jutra zacznie się mój mecz — pomyślał.
***
9 lipca 15:46
Starzyński parzył właśnie herbatę, kiedy rozległ się dzwonek miejskiego, ustawiony tak, że umarły zerwałby się na równe nogi. Niechętnie podniósł słuchawkę, wylewając przy okazji nieco wrzątku na stos akt walających się po biurku.
— Komisarz… — nie dokończył, bo Stefan wpadł mu w słowo.
— Tak, tak inspektorku. Dzwonię na miejski, bo jest taniej — zaśmiał się — chyba mam coś dla ciebie. Tylko się nie podniecaj.
— Od dawna się już nie podniecam. Pamiętaj, że dobijam niedługo do magicznej połówki.
— Połówkę, to powinniśmy w końcu wypić. Jeszcze nie oblałeś ze mną swojego awansu — żartował.
— Nie przyszedłeś na imprezę, toś sam sobie winien. Mów co tam masz, bo właśnie zalałem przez ciebie akta.
— To je wywal. I tak umarzacie dziewięćdziesiąt procent.
— O i tu się właśnie mylisz. Odkąd cię nie ma, jest akurat odwrotnie.
— Mhm… dyrdymały, to możesz prasie opowiadać. Słuchaj! Mam tu gościa, który właśnie realizuje dwie polisy.
— Też mi wydarzenie. Sam też mam dwie. Syn się ucieszy, jak mnie w końcu ktoś kropnie. — Starzyński przełożył słuchawkę do drugiej ręki i próbował papierowym ręcznikiem osuszyć akta.
— Dużej straty by nie było. A teraz serio. Gość przyniósł polisy, gdzie jedna z umów, na ponad trzysta tysięcy była zawarta miesiąc wstecz, a w tej drugiej zmiana uposażonego pięć dni temu. Czujesz?
— I co?
— No i nic… Małżonce się zmarło. Za dużo na razie nie wiem, ale mam nie najlepsze przeczucia. Będziemy sprawdzać, co w trawie piszczy. Może byś też się włączył jakoś?
— Oj, Stefan. Widzę, że ci odbija w tych ubezpieczeniach. Trzeba było jednak zostać w policji. Dobrze, że fantazja przynajmniej nie idzie w parze z rozumem i cię nie opuszcza — Starzyński wyrzucił mokry ręcznik do kosza i usiadł wreszcie w wysłużonym fotelu, który dostał w prezencie właśnie od Stefana na dziesiątą rocznicę pracy w psiarni.
— Już ty mi nie mów o rozumie. Wreszcie jakieś pieniądze zarabiam, bo z gołej psiej emeryturki, to wiesz, co można?
— Inni mają gorzej. Nie narzekaj.
— Nie skarżę się. A z tym gościem, mówię serio, warto się nim zająć.
— Oszalałeś chyba. Kto mi da zgodę na wszczęcie? Przecież nic na niego nie masz.
— Właśnie, że mam. Sprawdziłem. Są przynajmniej jeszcze dwie polisy w innych towarzystwach. Wszędzie uposażonym jest ten sam facet. To nie jest, stary, fantazja agenta ubezpieczeniowego.
— To, co? Myślisz, że kropnął żonę? — Starzyński zanurzył usta w wyszczerbionym kubku z napisem „WARTA”
— Nie. Ona zmarła w szpitalu mokotowskim. Podobno KZM.
— Co takiego?
— Kleszczowe zapalenie mózgu, łosiu!
— Nie jestem lekarzem.
— I całe szczęście, bo jakbyś tak leczył, jak wypełniasz te papiery, to tylko akty zgonu by ci przyrastały.
— No, toś teraz wymyślił. I co? Mam gościa zapytać, jak został kleszczem? Albo jak wytresował kleszcza, żeby ugryzł żonę?
— Słuchaj. Nie wiem, ale mam przeczucie, że to nie był zgon naturalny. Pracuję w branży kilka lat i trochę się nasłuchałem. Pamiętasz sprawę tego mistrza, który ubezpieczył żonę w pięciu towarzystwach na kilka baniek i wysłał ją do Anglii, a za stówkę załatwił akt zgonu?
— Tak, ale on był co najwyżej wicemistrzem, bo zapomniał o drobnym szczególe. Nie zabezpieczył grobu, a dobrze, jak nieboszczka ma jakieś miejsce pochówku, kiedy się chce łyknąć taką kasę.
— Fakt. Może ten się zabrał do przekrętu lepiej. — W słuchawce zapadła na moment cisza. Po chwili usłyszał ponownie głos Stefana. — Coś mi tu śmierdzi bracie. Zrobisz, jak zechcesz. Mogę za gościem trochę połazić i dam ci znać. Spróbujesz z nim pogadać?
— Niby na jakiej podstawie?
— Coś wymyślisz. Jak piszesz te swoje umorzenia, to jesteś przecież kreatywny — zaśmiał się — kończę, bo mam klienta. Wyślę ci informacje mailem.
— Niczego nie obiecuję.
Starzyński dopił herbatę i z niesmakiem zabrał się do pisania umorzenia w sprawie Sosnowskiego. Był niemal pewien, że złamas doprowadził żonę do samobójstwa, ale sąsiedzi konsekwentnie milczeli. Nikt się w małżeńskie sprawy wtrącać nie chciał. Kiedy ją katował, pewnie podkręcali nieco głośniej telewizory, żeby nie słyszeć. Tak jest najłatwiej. Sprawdził swoją skrzynkę. Stefan przesłał informacje. Kiedyś go wypieprzą z tej firmy za naruszenie zasad ochrony danych osobowych, pomyślał. Chociaż z drugiej strony, może się okazać, że działa jednak w ich interesie. Spojrzał na zegarek. A gdyby przynajmniej pogadać z tym gościem o polisach? Może jutro. Wyłączył komputer.
***
10 lipca 19:04
Marlena nieśmiało uchyliła drzwi pokoju lekarskiego. Doktor Krzemiński drzemał w fotelu. Ocknął się, kiedy niesmarowane od lat zawiasy wydały charakterystyczny dźwięk podobny do skrzypienia starej szafy.
— Słucham panią? — próbował zatuszować zmieszanie. Chwile kradzione z dyżuru, norma w zawodzie, a jednak czuł się winny.
— Przepraszam, panie doktorze. — Marlena zarumieniła się, ale w mroku gabinetu nie mógł tego zauważyć. — Ja tylko na chwilę. Chciałam zapytać o mojego męża, Henryka Sitarskiego.
— Tak. Chwileczkę. — Krzemiński włożył okulary i wstał. — Proszę, niech pani wejdzie — zaprosił Sitarską ruchem ręki.
— Pani mąż cierpi na bradykardię. To schorzenie dość popularne w dzisiejszych czasach. Można by powiedzieć, że to nawet w pewnym sensie filozoficznie zrozumiałe. Wszystko przyspiesza, a serduszko odwrotnie. Zwalnia — próbował żartować — ale opanowaliśmy sytuację. Mąż jest w dobrych rękach i myślę, że za kilka dni będzie już mogła się pani nim nacieszyć w domu.
Nacieszyć. Tak powiedział. Jak bardzo ludzie są niezgrabni w tym swoim zadufaniu, że zawsze wiedzą lepiej, pomyślała Marlena. Przecież to wreszcie chwila oddechu. Brak cierpienia, ciągłych awantur. Przynajmniej już mnie nie uderzy. Długo. Oby nigdy. Tak. Życie nie zawsze układa się zgodnie z przysięgą małżeńską. Mogło być przecież inaczej. Starała się. Rzuciła studia. Próbowała zajść w ciążę. Wszystko dla niego. Nie udało się. Może to jej wina? Tak mówił. I powtarzał w kółko, kiedy bił po raz pierwszy. Wybaczyła. Był pijany. Kłopoty w firmie. Wtedy starała się zrozumieć. Wierzyła, że jednak ją kocha, chociaż czy tak wygląda miłość? Potem bił częściej. Nie tylko, gdy był nietrzeźwy. W końcu zaczął ją dręczyć regularnie. Nawet kiedy się wyprowadził. Najgorsze rany tworzyły się gdzieś w środku. W duszy. Ciało uwalniało się od sińców w dwa tygodnie, czasem nieco dłużej.
— Rozumiem — powiedziała bez przekonania. Odwróciła się i bez pożegnania opuściła pokój.
***
10 lipca 19:07
Kilka minut po siódmej Starzyński zatrzymał samochód przed szlabanem ochrony osiedla. Pokazał blachę i po chwili stał przy domofonie. Portier nawet nie dyskutował.
— Halo! — usłyszał głos z lekkim metalicznym przydźwiękiem.
— Pan Paweł Wolański?
— Tak.
— Komisarz Piotr Starzyński, czy możemy chwilę porozmawiać?
— A o co chodzi?
— Mogę wejść?
— Proszę. Czwarte piętro.
Drzwi otworzyły się niemal bezszelestnie. Winda przemawiała kobiecym głosem, a sterylna klatka schodowa przypominała komisarzowi o jego szarej rzeczywistości w starej mokotowskiej kamienicy. Ciekawe, kiedy u nas wreszcie pomalują, pomyślał, naciskając przycisk dzwonka.
— Widzi pan, jest bałagan… — gestykulował nerwowo Wolański, wpuszczając niezapowiedzianego gościa do pokoju. W pośpiechu zbierał walające się na kanapie koszule.
— Nic nie szkodzi. Nie zajmę zbyt wiele czasu.
— W takim razie słucham.
Gospodarz spojrzał wyzywająco na Starzyńskiego i skrzyżował ręce na piersi. To zdaje się w NLP nazywa się „pozycja zamknięta”, przypomniał sobie komisarz. Chyba nie dowiem się zbyt wiele, ale próbować trzeba, więc zaczął najłagodniej jak potrafił.
— Wiem, że nie spodziewał się pan tej wizyty, powinienem pana uprzedzić.
— Tak byłoby lepiej.
Wolański nieco rozluźnił się i sięgnął po szklankę z wodą. — Napije się pan czegoś?
— Nie, dziękuję. Proszę sobie nie robić kłopotu. Chciałem zapytać o pańską małżonkę.
— Nie mam małżonki. To znaczy żona zmarła w zeszłym tygodniu — dodał szybko.
— Tak. Słyszałem, bardzo mi przykro.
— Mnie bardziej.
— Oczywiście. A czy mogę wiedzieć, co się stało?
— Pewnie już pana poinformowali, więc po co te podchody?
— Nie. Źle mnie pan zrozumiał. To nie są żadne podchody. Prowadzimy postępowanie w pewnej sprawie, która być może wiąże się z pana żoną. Chciałbym to sprawdzić.
— W jakiej sprawie?
Wolański ponownie sięgnął po szklankę.
— Pozwoli pan? To ja pierwszy zadałem panu pytanie.
— Dobrze, więc to było zapalenie mózgu. Jeśli pan nie rozmawiał z lekarzem.
— Żona na coś chorowała?
— Wróciliśmy z krótkiego urlopu na Mazurach. Ugryzł ją kleszcz. Wie pan, taka głupota, ludzie to lekceważą, a zdarzają się powikłania.
— I tak się właśnie stało?
— Tak, najpierw zapalenie opon mózgowych, a potem… Lekarze robili, co mogli, ale się nie udało.
— To bardzo przygnębiające. Pan z zawodu jest?…
— Jestem biologiem. Może mi pan w końcu powiedzieć, o co chodzi?
— Tak, oczywiście. To delikatna sprawa. Pana małżonka była ubezpieczona, prawda?
— Jasne. To chyba jest dozwolone?
— Nawet pożądane.
— Do czego pan zmierza?
— W firmach ubezpieczeniowych zdarzają się nieprawidłowości, które powodują różne komplikacje.
— Ale żona nie pracowała w firmie ubezpieczeniowej.
Wolański odstawił szklankę i zaczął bawić się długopisem.
— Oczywiście, że nie, ale była klientką. Sprawdzamy pewien wątek związany z polisami tego towarzystwa.
— Obawiam się, że żona państwu nie pomoże.
— Istotnie, ale liczę na pana. Przepraszam, że zająłem czas. Odezwę się jeszcze, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu?
— O ile będę mógł pomóc — wzruszył ramionami bez przekonania.
Starzyński spojrzał na migający wyświetlacz wyciszonego telefonu.
— Przepraszam, odbiorę. Będziemy w kontakcie. Do widzenia.
Podał rękę Wolańskiemu i pospiesznie opuścił mieszkanie. Dzwonił Stefan.
— No i co? — w głosie słychać było wyraźne zniecierpliwienie.
— Wapno — uciął krótko.
— Gadałeś z nim?
— Tak. Stary, to jest normalny facet. Po prostu zmarła mu żona. Fakt, że jeszcze młoda, ale to się zdarza, prawda?
— Nieprawda. Sprawdziłem, pogrzeb jest pojutrze o czternastej na Wolskim. Będziesz?
— Stefan, ty przestań brać prochy, może się przerzuć na coś. Nie wiem… W każdym razie nie wybieram się.
— Posłuchaj, czy kochający mąż próbuje zrealizować polisy, zanim żona jeszcze dobrze nie wystygła? Dał tylko jeden nekrolog. Oszczędny niezwykle…
— Może chce to po prostu mieć za sobą?
— Widzę, że ty też?
— Najchętniej. Brak punktu zaczepienia. Może cię to zdziwi, ale ludzie czasem umierają śmiercią naturalną.
— Poproś Jurka, ja już z nim rozmawiałem. Jest chętny, żeby trochę pogrzebać. Pójdź jutro na ten pogrzeb. Ja też będę.
— Pogrzebać, pogrzeb… — przedrzeźniał Stefana — najpierw musiałbym mieć zgodę starego. Wiesz, ile spraw leży? Nie wiem, w co mam ręce włożyć, a ty mi zawracasz głowę jakimś kleszczem, zapaleniem mózgu i co tam jeszcze.
— To załatw. Ile razy do ciebie dzwoniłem w takich sprawach?
— Nie przypominam sobie.
— No, widzisz? Zaufaj mi chociaż raz. Ten facet ma coś na sumieniu. Mówię ci.
— Każdy ma. OK. Pogadam ze starym. W czwartek o czternastej mam akurat lukę w kalendarzu. Podjadę. Tylko sobie zbyt wiele nie obiecuj, Sherlocku.
— Tak jest, drogi Watsonie. To do zobaczyska na Wolskim. Ciao.
Stefan dopiął swego i się rozłączył. Zawsze miał talent do bajerowania. I co tu z nim zrobić? — pomyślał Starzyński.
***
12 lipca 10:28
Agnieszka przycisnęła guzik domofonu i wpuściła Marlenę do sekretariatu.
— Henryk prosił, żeby mu stąd coś przynieść — próbowała wytłumaczyć nagłą wizytę w biurze.
— Pomogę pani — zadeklarowała, otwierając drzwi gabinetu.
— Dziękuję. Poradzę sobie. — Sitarska spojrzała chłodno na Agnieszkę i weszła do pokoju. Może pani zamknąć i przygotować kawę — rzuciła jakby od niechcenia. Nie znosiła Agi. Zawsze podejrzewała ją o romans z Henrykiem. Szefowie często molestują swoje asystentki. Zwłaszcza kiedy osiągają ten niebezpieczny wiek. Czterdziestoparolatek. Stary satyr. Pewnie przespałby się z każdą. Wystarczyłoby, żeby miała nieco większe cycki. A może nawet i ten atrybut kobiecości nie był mu potrzebny. Wystarczyło, że była inna. Szczuplejsza, zgrabniejsza, młodsza. Aga miała tego wszystkiego w nadmiarze. Marlena rozglądała się po pokoju, nie wiedząc dokładnie co miałaby tu znaleźć. Przestawiła na półce kilka książek. Ekonomia, zarządzanie, coaching. Odruchowo przekrzywiła głowę, żeby łatwiej przeczytać nazwiska autorów. Joe Vitale, Robert Kiyosaki, Napoleon Hill i kilka innych motywacyjnych pozycji. Tak, był mistrzem nakręcania się. Fiksowania na wynik. Osiągania celów. Bez względu na cenę. Wyjęła z torebki kluczyk, który znalazła w jego marynarce, zabranej do domu z izby przyjęć. Biurko czy sekretarzyk? Oceniła właściwie. Na dnie niemal pustej szuflady leżała duża koperta. Zajrzała do środka.
***
12.07 13:59
Lipcowa „letnia” pogoda nie rozpieszczała żałobników. Lało prawie przez całą ceremonię. Starzyński stał z boku i przyglądał się nielicznej grupie osób, nie bardzo wiedząc, po co właściwie tu przyszedł. Stefana nie było. Wolański, jak na świeżo upieczonego wdowca, zachowywał się w sposób wyważony. Nie widział łez, ale przecież chłopaki nie płaczą, zwłaszcza w obecności pań, a tych przybyło nieproporcjonalnie więcej. Przy trumnie stały trzy kobiety. Jedna w wieku mocno średnim i dwie młodsze, przed trzydziestką. Płakały. Starzyński zastanawiał się, czy namawiać „starego” do ewentualnego wszczęcia postępowania. Fakt, że ktoś ma dobrze zabezpieczoną żonę, to trochę mało. Trudno przekonać szefa, kiedy sam nie dostrzegł na razie żadnych, w miarę prawdopodobnych, cech przestępstwa. Kogo i o co pytać? Wolański pewnie powie, że była zapobiegliwą kobietą i kupiła kilka polis. Może miała zły sen? Kondukt wyruszył z kaplicy i wtedy poczuł ukłucie w lewym boku. Nie były to bynajmniej oznaki zawału, tylko parasol Stefana.
— I jak? — spytał, jakby oczekiwał oceny jakości ceremonii.
— Zajebiście — syknął Starzyński — znów dałem się wkręcić. Masz szczęście, że cię lubię, ale nie przeginaj — uśmiechnął się.
— Gadałem z Jurkiem. Młody wdowiec przed pogrzebem zdążył już odwiedzić notariusza i biuro podróży.
Końcówkę zdania wypowiedział na tyle głośno, że Starzyński ścisnął go w nadgarstku.
— Ciszej. Jurka mi nie wyrywaj, bo ktoś musi pracować. Porozmawiamy później.
Co on sobie, kurwa myśli, jeszcze nie ma wszczęcia, a ten mi pół firmy zaraz skieruje do badania jakiejś swojej fantasmagorii, zżymał się w duchu. Po kilkunastu minutach trębacz zagrał „Ciszę” i żałobnicy powoli zaczęli się rozchodzić. Przed cmentarzem spostrzegł w samochodzie Jurka, który dyskretnie fotografował wychodzących i numery rejestracyjne aut.
Deszcz osłabł. Starzyński zwinął parasol i wciągnął Stefana do wysłużonej lancii.
— Czy tobie całkiem odjebało? — zaczął. — Ściągnąłeś na pogrzeb pół firmy, w której od dawna nie pracujesz i myślisz, że będę zachwycony?
— Uspokój się. Wszystko jest pod kontrolą. Dzwoniłem do Metela. Powiedziałem, o co chodzi. Da zgodę na wszczęcie. — Stefan puścił oko do Starzyńskiego — No, nie dąsaj się już.
— Naprawdę ci odwaliło. Widzę, że pomyślałeś o wszystkim. Może sam to poprowadzisz? Metel się zgodzi. Przecież cię lubi. Najlepiej od razu wróć do firmy. Biurko ci chętnie odstąpię.
— No, już dobrze. Chodź, zapalimy — powiedział pojednawczo Stefan.
***
13 lipca 14:20
— To, co my tu w końcu mamy? — Starzyński pochylił się nad papierami i popatrzył znacząco na Jurka.
— Poczekaj. Zrobię kawę, OK? — Jurek włączył czajnik i wyjął z szafki kubki. — Nie mówiłem ci, bo byłeś dziś zalatany, ale sprawdziłem notariusza. Wiesz, że zmarła miała siostrę?
— Pewnie ta starsza przy trumnie? — mruknął Starzyński.
— Tego nie wiem, bo siedziałem w aucie, ale nazywa się Anna Pawłowska, czterdzieści siedem lat, mieszka w Poznaniu. Dostała w spadku połowę majątku. Ale — Jurek zawiesił głos, zalewając kawę — z polis nic! Rozumiesz?
— Co tu rozumieć? Po prostu pani Marta uznała, że mąż jest ważniejszy. — Starzyński zwinął dwa segregatory, żeby zrobić miejsce na biurku.
— Ale z czterech polis? Nic? Zgoda. Może i tak, tylko czemu ostatnie dwie dyspozycje zostały zrobione kilka dni przed śmiercią? Już w szpitalu zmieniła uposażonego? Hm?
Jurek postawił kawę i usiadł z notatkami naprzeciw Starzyńskiego z zagadkową miną.
— Sugerujesz, że to nie była do końca świadoma decyzja Marty Wolańskiej?
— Właśnie to należałoby sprawdzić.
— Jej już nie zapytamy. Można zbadać podpisy.
— Mmm. — Jurek zaprzeczył ruchem głowy. — Tu chyba nie będzie niespodzianek. Porównałem z poprzednimi, wyglądają podobnie.
— Masz kserokopie polis?
— Oczywiście, jestem przygotowany — uśmiechnął się Jerzy, przekrzywiając przekornie głowę w stronę Starzyńskiego.
Lubił z nim pracować. Zawsze uśmiechnięty, konkretny. Nie sprawiał nigdy problemów, nawet kiedy trzeba było tyrać kilkanaście godzin na dobę przez parę tygodni, jak przy sprawie „Strzelca”. Tropili psychola, który ranił wybrane osoby na peryferiach miasta. Na szczęście nikogo nie zabił, ale cały czas było takie zagrożenie. Strzelał z długiej broni do starszych facetów. Sporo czasu strawili, nim doszli do tego, jaki był motyw „polowań” i ustalili z zaprzyjaźnionym profilerem krąg potencjalnych sprawców. Żmudna robota zakończona brawurową akcją Jurka. Wysportowany, szczupły, ale przy swoich stu siedemdziesięciu dwóch centymetrach wzrostu, wydawało się, że nie sprawi w pojedynkę problemów blisko dwumetrowemu, uzbrojonemu osiłkowi. A jednak obezwładnił go, zanim nadeszło wsparcie. To była niedziela. Akcja nie należała może do najbardziej przemyślanych. Opieprzył go wtedy, ale w sumie chyba działałby podobnie. Gość próbował strzelać do osiemdziesięcioletniego dziadka w parku. Być może Jurek uratował mu życie.
— I jest jeszcze coś. — Jerzy otworzył zeszyt z notatkami — Ustaliłem, że Wolańska miała w zasadzie jedną przyjaciółkę, a dokładniej bliską koleżankę, bo według pań, które ją znały dłużej, była osobą raczej chłodną.
— Teraz jest całkiem zimna — zażartował głupio Starzyński i ugryzł się w język.
— Baardzo śmieszne. — Jurek nie dał się wybić z rytmu. — No, więc ta koleżanka nazywa się Justyna Krzemińska i mam jej adres.
— Kawę też masz już zimną — komisarz spróbował zatroszczyć się o kolegę.
— Nie szkodzi. — zamoczył usta w kubku i kontynuował. — Wygląda na to, że nie ma więcej spadkobierców. Aha, jest jeszcze ktoś, z kim trzeba koniecznie pogadać. Marek Milewski, najlepszy kumpel Wolańskiego.
— Zrobiłeś niezły wywiad — Starzyński odstawił kubek i zaczął skręcać papierosa w holenderskiej maszynce do tytoniu. Tak było zdecydowanie taniej. Wiedział, że dawno powinien rzucić to świństwo, ale wciąż tłumaczył sobie, że może za rok dwa. Jakiś nałóg przecież można mieć.
— Starałem się. Wyszło nieźle, bo trafiłem na pomocnych ludzi. — Jerzy wypił kawę duszkiem — a poza tym mam świetnego nauczyciela — mrugnął porozumiewawczo.
***
13 lipca 21:20
Głośny sygnał telefonu wyrwał Starzyńskiego z nieplanowanej wieczornej drzemki. Zanim odebrał, próbował się zorientować gdzie się znajduje i która jest godzina. Ze zdziwieniem spostrzegł, że leży we własnym łóżku w opakowaniu. W sypialni panowała duchota mimo uchylonego okna. Mogłem odpiąć smycz, choć na kwadrans, pomyślał. Jeszcze ten pieprzony, tradycyjny dzwonek, który tak spodobał mu się, kiedy bawił się aparatem w salonie. Dźwięk stawał się coraz bardziej natarczywy. Włączył wiatrak i z ociąganiem wcisnął wreszcie przycisk z zieloną słuchawką.
— Zbudziłam cię?
— Nie, Asiu. I tak musiałem wstać, bo dzwonił telefon.
Nigdy nie miała wyczucia. Zawsze, kiedy był zmęczony, pisał właśnie pilny raport, albo umówił się z kobietą, co zdarzało się zresztą coraz rzadziej, telefonowała w jakiejś niezwykle pilnej sprawie. Przeważnie było to coś, co spokojnie mogło poczekać nawet kilka tygodni, ale przecież jako starszy brat, nie mógł odmówić pomocy.
— Bardzo zabawne — tym razem głos Aśki był nieco zmieniony — miałam zadzwonić jutro, ale może uda ci się coś z tym zrobić jeszcze dziś. Nie wiem. To chyba ważne…
— Powiesz wreszcie, o co chodzi? — przerwał brutalnie Starzyński.
— Zmarł jeden z pacjentów.
— Nic nadzwyczajnego w szpitalu? — próbował kpić.
— Słuchaj, to naprawdę nie jest śmieszne. Miałam akurat dyżur i wiem, że facet był do wypisu, a nagle się przekręcił i wygląda, jakby ktoś mu w tym pomógł.
— A skąd takie przypuszczenie?
— Nie wytłumaczę ci tego teraz. W każdym razie gość się zatrzymał, tak jakby przedawkował lek nasercowy. Jutro będzie wynik sekcji, ale ja swoje wiem, bo rozmawiałam z nim godzinę wcześniej i wszystko było ok. Na pewno nie jest, znaczy, nie był typem samobójcy.
— Uspokój się i odpocznij. Jesteś przemęczona. Może poczekaj na wynik sekcji, ok.?
— Ty, to umiesz pocieszyć, naprawdę.
Aśka pociągnęła nosem i westchnęła. Dawno nie była tak przejęta. Starzyński poczuł się winny. Chyba potraktował ją nie najlepiej. Mogła mieć rację, w końcu kończyła staż. Może wkrótce będzie mnie leczyć? — pomyślał i uśmiechnął się do siebie. — Chcesz wpaść? — próbował się zrehabilitować.
— Nie. Położę się wcześniej. Masz rację, jestem wykończona. Zadzwonię rano.
***
13 lipca 21:25
Marlena wyjęła z torby kopertę i rzuciła ją na stół. Wszystko wydawało się takie nierzeczywiste jak w jakimś kiepskim filmie reżyserowanym przez amatora. Przysłali wiadomość ze szpitala. Nie wiedziała, że takie są procedury. Przecież jutro chcieli wypisać Henryka. Musiałaby jakoś żyć… Udawać troskliwą żonę. I czekać. Teraz już nic nie musi. Jest wolna. Czy to możliwe? Dowód kolejnej zdrady stał się tylko nieprzyjemną pamiątką. Wysunęła zdjęcia z koperty i przyglądała się przez chwilę nagiej dziewczynie. Miała nie więcej niż dwadzieścia lat. Nie potrafił sobie odmówić — pomyślała. Nigdy sobie nie odmawiał. Nosił wilk razy kilka. Ciekawe ile zapłacił, żebym tego nie dostała? Szkoda tych pieniędzy. Mógł po prostu powiedzieć. Baran.
***
16 lipca 10:12
Starzyński wyszedł z gabinetu Metelskiego nieco poirytowany. Szef oficjalnie zgodził się na prowadzenie dochodzenia w sprawie oszustwa ubezpieczeniowego, ale to nie rozwiązywało problemu. Przecież polisy wyglądały dobrze, a w rzeczywistości chodziło o … właśnie, o co? Czy Wolański mógł w jakiś sposób skłonić żonę do zmiany uposażonych? Czy mogła mieć miejsce groźba? Nonsens. Z dwóch polis, zawartych kilka lat wcześniej miał już ponad trzysta pięćdziesiąt tysięcy. Do tego połowa udziałów w firmie. Tego mógł nie wiedzieć. Ale czy podejrzewał, że biznes zapisała siostrze? Co takiego musiałoby się wydarzyć, żeby nagle Wolańskiemu zaczęło zależeć na pieniądzach i na wolności? Czy w ogóle miał jakiś motyw? Dużo tych pytań. Postanowił znaleźć odpowiedź przynajmniej na kilka z nich. Zadzwonił do Milewskiego.
16 lipca 16:15
Spotkali się w kawiarni na Starówce. Wysoki blondyn w okularach, typ naukowca, może dlatego Wolański znalazł w nim bratnią duszę. Witając się, sprawiał wrażenie mocno przestraszonego.
— Proszę, niech pan siada. Czego się pan napije? — próbował nieco rozluźnić rozmówcę Starzyński.
— Może małą czarną.
— Dobry wybór — komisarz uśmiechnął się i skinął na kelnerkę.
— Więc o czym będziemy rozmawiać? — Milewski nerwowo masował palce lewej dłoni.
— Raczej o kim. Dobrze pan zna Pawła Wolańskiego? — spytał.
— Ach, więc o niego chodzi? Coś się stało? Mówił pan, że o jakieś sprawy ubezpieczeniowe i pomyślałem, że to pomyłka, bo ja mam tylko ubezpieczenie grupowe w pracy.
— Widzi pan, w pewnym sensie sprawa dotyczy ubezpieczeń, ale najpierw chciałem zadać panu kilka pytań, OK? Pan Wolański ma się całkiem dobrze, więc możemy kontynuować?
— Proszę. — Milewski nieco się rozluźnił.
— Długo się znacie panowie?
— O wieki całe, można by rzec. Studiowaliśmy razem, potem nasze drogi trochę się rozeszły. Paweł został w zawodzie, ja nie. Musiałem znaleźć lepiej płatną robotę niż na uczelni.
— A pana kolega? Nie zależało mu na pieniądzach?
— Nie… To znaczy, nie wiem. — Milewski zawahał się. — Nie rozmawialiśmy wtedy o tym. Po prostu chciał być biologiem, pisać prace naukowe itd. Wie pan, ludzie mają różne ambicje.
— Oczywiście. Ale potem nawiązaliście ponownie relacje?
— Taak — popatrzył na komisarza podejrzliwie. — Paweł odezwał się do mnie jakieś trzy lata temu. Okazało się, że jesteśmy sąsiadami i od tego czasu widujemy się częściej. Ale nadal nie bardzo wiem, w czym mogę panu pomóc.
— Chodzi mi o relacje Pawła Wolańskiego z jego żoną.
— Marta zmarła przed tygodniem. Straszna tragedia.
— Znał ją pan?
— Niezbyt dobrze. Paweł wpadał zwykle sam. U nich byłem w ciągu trzech lat kilkakrotnie. Zaprosili mnie na imprezę, chyba w rocznicę jego pracy w Instytucie. Innym razem czterdziestka Pawła, jakiś grill. To wszystko.
— Zapamiętał pan coś szczególnego?
— Wie pan, niezręcznie mi o tym mówić. Paweł wie o naszym spotkaniu?
— Nie i prosiłbym o zachowanie dyskrecji.
— Czy on jest o coś podejrzany?
— Na razie prowadzimy postępowanie w sprawie, nie przeciwko komukolwiek, ale to się może zmienić, więc chciałbym, aby ta rozmowa została między nami.
— Właściwie, to rozmawiamy jakiś czas, a nie wiem, czy ma pan jakiś dokument, rozumie pan…
— Oczywiście. — Starzyński położył legitymację na stole, przykrywając ją dyskretnie gazetą.
— Proszę. Niech pan obejrzy, nie pokazałem jej przy wejściu, żeby nie robić scen. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zauważy. Mógłbym pana zaprosić do komendy, ale mam wrażenie, że tu jest przyjemniej.
— Dobrze. Więc, co pan chciałby jeszcze wiedzieć? — Milewski sprawiał wrażenie, jakby zaczął się nagle spieszyć.
— Chodzi mi o stosunek Wolańskiego do małżonki. Czy zauważył pan coś szczególnego?
— Nie. To był chyba normalny związek. Oczywiście, o ile normalne jest, że kobieta pracuje trzy razy więcej od męża, a zarabia kilkanaście razy więcej.
— Tak? — udał zdziwienie Starzyński.
— Bardzo go to frustrowało. Najgorzej, że w trakcie imprez, przynajmniej tych, w których miałem okazję uczestniczyć, Marta nie potrafiła ukryć tej swojej emancypacji. Podkreślała, że Paweł jej nie utrzymuje. Mówiła, niby żartem: „Co ty byś beze mnie zrobił Pawełku?”, czy coś w tym stylu. To było trochę żenujące, ale ludzie wstawieni pewnie nie zwracali na to uwagi. — Milewski nerwowo poprawił włosy opadające na oprawkę okularów. — Mnie to wkurzało. Szkoda mi go było. Cały czas się dla niej poświęcał. Gotował obiadki, robił zakupy, sprzątał. Taka „Marysia” w spodniach. A przecież mógł też zająć się bardziej swoją karierą. Może nie dla takiej kasy, ale zawsze. Opowiadał mi nie raz o swojej pracy. Miał ciekawe pomysły. Mógł coś opatentować, pisać książki… Wie pan, o co mi chodzi?
— Jak przyjął wiadomość o śmierci żony?
— Był wtedy u mnie. Zadzwonili ze szpitala. Nawet nie zdążył się rozgościć. Chciał wracać.
— Przyjechał do pana ze szpitala?
— Tak. Od kilku dni, kiedy stan się pogorszył, siedział przy niej po pracy. W końcu byli małżeństwem, może nie wzorowym, ale… — Milewski szukał właściwego słowa, rozglądając się po sali.
Starzyński postanowił nie podpowiadać. Miał wrażenie, że usłyszał coś ważnego. Powoli zaczynał rysować się przed nim obraz Wolańskiego jako cierpiętnika uzależnionego od żony pod każdym względem, także emocjonalnym. Tylko, czy to mógł być motyw zbrodni? Jakiej zbrodni? Może i miał czasem ochotę ją zabić, ale przecież nie miałby odwagi. Pantoflarze nie zabijają. Prędzej siebie. Tak, to było mało prawdopodobne. Prawie tak samo, jak kleszcz jako narzędzie. Bzdura. Uśmiechnął się do Milewskiego i podziękował za spotkanie.
— Będziemy w kontakcie.
— Nie powiedział pan, w jaką sprawę zamieszany jest Paweł.
— Chodzi o polisy pewnego towarzystwa ubezpieczeniowego. Pani Marta była również klientką. Badamy kilka wątków, ale to zbyt skomplikowane, żebym mógł teraz panu wyjaśnić. Mogę obiecać, że dowie się pan, jeśli coś ustalimy.
— Bardzo pan tajemniczy, komisarzu. — Milewski całkowicie odzyskał rezon. Nawet głos miał znacznie silniejszy niż na początku spotkania.
— Taki zawód. Mam nadzieję, że pan rozumie. Aha, gdyby coś ważnego Pan sobie przypomniał, albo chciał się ze mną skontaktować, to proszę, to jest numer do mnie — komisarz położył na stoliku swoją wizytówkę. Do zobaczenia.
***
16 lipca 17:55
Starzyński przedzierał się przez miasto zakorkowane o tej porze jeszcze bardziej niż zwykle. Wizyta polityków z Brukseli była oczywiście ważniejsza od zamówionej wizyty u dentysty jakiegoś tam komisarza policji. Żeby tylko chodziło o niego. Bruksela w Warszawie zawsze była zdecydowanie bardziej priorytetowa od setek wizyt zwykłych ludzi w szpitalach, urzędach, bankach, przedszkolach i gdziekolwiek indziej. Scenariusz powtarzał się co kilkanaście tygodni, bo przecież wypadało przyjąć też gości z innych krajów. To się nazywa prawdopodobnie „polska racja stanu”, pomyślał i zaklął, głośno uderzając pięścią w kierownicę. Mógł wystawić na dach syrenę i byłoby szybciej, ale postanowił cierpieć. W zasadzie skończył pracę na dziś, a nie lubił korzystać z przywilejów wbrew regulaminowi. Nie dlatego, że obawiał się przełożonych. Przecież nikt nie powiedziałby mu złego słowa. Naoglądał się takich zachowań w ciągu blisko czternastu lat pracy w firmie. Brzydziło go tanie szpanerstwo i podwójne standardy. Uważał, że to jeden z powodów, dla których ludzie nie lubią policji. Sznur samochodów znów zatrzymał się na dobre. Ktoś przed nim wysiadł z auta, żeby ocenić sytuację. Przypomniał sobie film „Upadek”. Zastanawiał się, czy mógłby się doprowadzić do podobnego stanu. Stwierdził, że chyba jednak potrafi zachować więcej zimnej krwi, ale oglądając znakomitego Michaela Douglasa, identyfikował się z graną przez niego postacią. Patrząc na setki aut uwięzionych na kolejne kwadranse w pułapce, nabierał przekonania, że i u nas ktoś kiedyś wysiądzie, zostawi samochód i zacznie strzelać. Najgorsze, że najprawdopodobniej celem staną się zupełnie nie te osoby, które powinny. Może przydałyby się w sprzedaży tarcze z podobiznami polityków? Spojrzał na zegar. Dochodziła siedemnasta. Nie miał szans, żeby dostać się na Żoliborz w ciągu kwadransa. Zadzwonił, żeby odwołać wizytę. Zjechał z ronda i stanął na chodniku. Zapalił papierosa i wybrał numer Jurka.
— Właśnie się zastanawiałem, gdzie jesteś?
— Wyszedłem trochę wcześniej. Spotkanie z Milewskim i wizyta u dentysty, to znaczy miałem mieć.
— Coś się stało?
— Pieprzona wizytacja brukselki zablokowała miasto. Normalka. Powiedz mi, czy jest protokół sekcji Wolańskiej?
— Nie rozmawiałem z lekarzem. Podobno śmierć była naturalna.
— Jeśli tak, to czego my tu jeszcze szukamy?
— Sprawdzamy wątek oszustwa ubezpieczeniowego, o ile pamiętam.
— Walić oszustwo. Nie po to stary się zgodził na wszczęcie, żebyśmy zaniedbali coś poważniejszego.
— Nie poznaję pana komisarza — kpił Jerzy. — To jednak kleszcz został wynajęty?
— Trzeba porozmawiać z lekarzem i sprawdzić protokół sekcji, jeśli jest.
— Mam pojechać jutro?
Starzyński spojrzał na zegarek.
— Może podjadę tam teraz. A nuż będzie miał dyżur.
— Daj znać, jeśli będą jakieś kleszczowe rewelacje.
— Mhm. Zadzwonię. Do jutra.
Zgasił papierosa i wsiadł do samochodu. Właściwie, to należało od tego zacząć, pomyślał.
***
16 lipca 19:10
W szpitalach nigdy nie czuł się dobrze. Może raz, kiedy Agata zmusiła go, żeby się przebadał, dało się wytrzymać. Oddział po remoncie, miły personel. Żona zawsze dbała o jego zdrowie znacznie bardziej niż on sam. W wieku trzydziestu pięciu lat miał incydent z dusznością, który okazał się zwykłą nerwicą. Zrobiło mu się słabo i coś ścisnęło mu klatę, jakby dostał się pod prasę hydrauliczną. Powiedział jej. Pewnie niepotrzebnie, bo od razu wezwała pogotowie. Zrobili EKG. Było w porządku, ale Agata nie dała za wygraną i następnego dnia znalazł się w szpitalu na Banacha pod troskliwą opieką kolegi małżonki. Nagle zyskał dużo wolnego czasu. Mógł czytać do woli i spać bez umiaru. Włóczyć się po korytarzach. Słuchać opowieści pacjentów, podpatrywać zachowania lekarzy, flirtować z pielęgniarkami. Taka ilość leniwie płynących godzin stwarzała nowe możliwości. Zaczął się na przykład zastanawiać czy docent, który tak troskliwie się nim zajmował, sypiał z Agatą, zanim się poznali. Gorzej, przecież mógł z nią sypiać nawet później. Nie, niemożliwe. Ona by mu tego nie zrobiła. Pewnie miał rację, ale nie był całkiem przekonany. A gdyby go po prostu zapytać? W końcu od studiów minęło dziesięć lat. Był jednak tchórzem. Nie potrafiłby. Może wolał nie wiedzieć? Agata wspominała, że się w niej podkochiwał kolega z medycyny, ale czy akurat ten? A jeśli było ich kilku? Tak, leżenie w szpitalnym łóżku miało plusy, ale dawało też szansę, żeby kompletnie oszajbować. Wtedy był zazdrosny, chociaż ufał. Bez sensu. Przecież skoro ufał… Teraz nie miało to już znaczenia. Agata nie żyła od ponad trzech lat, a jemu wciąż wydawało się, jakby to było wczoraj. Wypadek tuż przy przejściu dla pieszych. Nie miała szans. Pędził jak wariat, ponad sto trzydzieści niemal w centrum miasta. Gdyby wyszła chwilę później albo chwilę wcześniej. Gdyby nie wyskoczyła z pracy na szybkie zakupy, gdyby nie starała się przejść prawidłowo przez jezdnię… Gdyby… gdyby… Takie rozważania nie miały sensu. Widać ktoś na górze uznał, że już nacieszyli się sobą i wystarczy.
Starzyński doszedł do końca korytarza i zatrzymał się przed pokojem ordynatora. Patrzył na godziny przyjęć, kiedy drzwi nagle się otworzyły i stanął w nich szpakowaty mężczyzna z sumiastym wąsem, w okularach z oprawkami Bugatti. Sam kiedyś myślał o takich, ale z policyjnej pensji wydatek siedmiuset euro był trudny do zaakceptowania. Biały kitel, coraz rzadziej spotykany, od kiedy na oddziałach zaczęła dominować zieleń oraz błękit, dodawał stosunkowo młodemu jeszcze profesorowi powagi. Tak na oko był przed pięćdziesiątką i pewnie miał młodą żonę. Natłok refleksji, które nasunęły się komisarzowi, ordynator przerwał mocnym wysoko postawionym głosem.
— Pan do mnie?
— Profesor Górski?
— Tak. Słucham pana — cofnął się do gabinetu i zapraszającym gestem pokazał Starzyńskiemu, żeby wszedł. Energicznym ruchem zamknął za nim drzwi. Komisarz wyjął blachę i przedstawił się.
— Chciałbym porozmawiać o pani Marcie Wolańskiej.
Górski zmarszczył brwi i sprawiał przez chwilę wrażenie nie do końca przytomnego. Jego wewnętrzny komputer przeszukiwał intensywnie bazę danych.
— Ach tak! — znalazł wreszcie w pamięci właściwy rekord. — Oczywiście. KZM. Przykra sprawa.
— Jeśli dobrze zrozumiałem, przyczyną śmierci było kleszczowe zapalenie mózgu? — próbował popisać się nowo zdobytą wiedzą Starzyński.
— No, nie do końca. Były powikłania — profesor usiadł przy komputerze i próbował otworzyć dokument z epikryzą. — Wie pan, to się zdarza. Chociaż nie powinno. Pani Wolańska była stosunkowo młodą osobą. Miała statystycznie spore szanse na wyleczenie.
— Co się stało, że zmarła? — komisarz oparł się o biurko i pochylił lekko w kierunku profesora.
— Nastąpiła niewydolność oddechowa. Próba reanimacji nie dała efektu.
— Jak długo pacjentka przebywała na oddziale?
— Chwileczkę. — Górski zdjął okulary i przysunął twarz do monitora. — Muszę w końcu zmienić na progresywne. — powiedział. — W sumie dziewięć dni. Krótko.
— Przepraszam, że o to spytam, może to zabrzmi głupio, ale czy został wykluczony udział osób trzecich?
— W czym? — żachnął się profesor.
— W tym zdarzeniu. To znaczy w zejściu z tego świata Marty Wolańskiej.
— Panie komisarzu — w głosie Górskiego dało się wyczuć nutę politowania połączonego z lekką irytacją. — Chora leżała na OIOM-ie, pod stałą opieką. Z tego, co wiem, każdą wolną chwilę spędzał z nią mąż…
— Właśnie. Czy nic nie rzuciło się panu profesorowi w oczy?
— Musiałby pan porozmawiać z lekarzem prowadzącym, dr Zacharską, ale gdyby coś było nie tak, otrzymałbym z pewnością informację.
— Rozumiem. Zapytam jeszcze, czy rozpoznanie uznał pan profesor za diagnozę w stu procentach pewną?
— Wie pan. Pewna na tym padole jest tylko śmierć i podatki. Opieram się na danych medycznych i rozmowie z lekarzem prowadzącym oraz oczywiście z pacjentem, o ile jest przytomny.
— A pani Wolańska nie była?
— Z tego, co wiem, została przywieziona z wysoką temperaturą. Z wywiadu wynikało, że może to być KZM. Badania potwierdziły diagnozę. Przy czym był to rzadki przypadek. Został zaatakowany mózg i rdzeń. Takie objawy łącznie występują u około dziesięciu procent pacjentów z KZM.
— I co państwo zrobiliście?
— Wydrukuję panu epikryzę. Proponuję też porozmawiać z dr Zacharską. Leczenie było jak najbardziej prawidłowe. Wie pan, są pewne standardy…
— A co wykazała sekcja zwłok?
Górski wziął głęboki oddech i powtórnie zmarszczył brwi.
— Nie było sekcji.
— Jak to nie było? — Starzyński udawał zdziwienie.
— Czasem na prośbę rodziny odstępujemy, oczywiście poza wypadkami, które to wykluczają.
— To znaczy?
— Panie komisarzu, pan przecież wie, że właśnie przy możliwym udziale osób trzecich, czy w sytuacjach, kiedy zgon ma charakter gwałtowny…
Górski żywo gestykulował, ale Starzyński dostrzegł w jego twarzy pewne napięcie. Może jednak zasiał jakiś niepokój?
— Jeśli dobrze pana profesora zrozumiałem, to tutaj wątpliwości co do naturalnego charakteru przyczyny zgonu, nie było? — dopytywał dalej. Na czole profesora pojawiły się kropelki potu.
— Absolutnie nie. Zresztą, koleżanka zaproponowała małżonkowi pacjentki przeprowadzenie sekcji, ale prosił, żeby tego nie robić, o ile nie jest to konieczne.
— A co musiałoby się wydarzyć, żeby lekarz uznał, że taka niewydolność oddechowa jest czymś dziwnym?
— Proszę się nie gniewać. Myślę, że ma pan w tym przypadku zbyt bujną wyobraźnię.
— Panie profesorze, niech mi pan powie, ale tak szczerze, jaką decyzję podjąłby pan w kwestii sekcji zwłok, mając informację, że kilka osób mogło być zainteresowanych śmiercią pacjentki?
Górski sięgnął do drukarki i podał epikryzę Starzyńskiemu. Spuścił na chwilę wzrok, po czym zaatakował.
— A kto mógłby być zainteresowany?
— Pan wybaczy profesorze, ale dobro śledztwa… Czy naprawdę sądzi pan, że niepokoiłbym pana profesora bez powodu?
Zapadła cisza. Górski wyjął ze stojącej na stole patery ze słodyczami minicukierka i zaczął powoli obierać go z opakowania.
***
16 lipca 20:01
Po wizycie w szpitalu przypomniał sobie o Aśce. Miała telefonować rano. W samochodzie wyjął z kieszeni komórkę i zamierzał wybrać numer, ale zrezygnował. Rzucił niedbale aparat na półkę nad schowkiem i zamknął oczy. Zmęczenie dawało się we znaki. Zastanawiał się, czy Jurek przesłuchał świadków w sprawie Rosickiego. To było z pewnością samobójstwo. Denat, alkoholik, którego szósty raz wyrzucili z pracy, miał do spłacenia prawie trzydzieści tysięcy. Próbował odegrać dług w kasynie pożyczonymi od szwagra pieniędzmi. Bez powodzenia. Widział już tylko jedno wyjście. Nie wiadomo skąd wziął pistolet. Broń była nierejestrowana. Starzyński niechętnie sięgnął po telefon.
— Widzę, że nie dasz mi dziś spokoju. Nawet się napić nie można — Jerzy udawał rozdrażnienie.
— Napić możemy się razem. Właśnie zakończyłem na dziś. Powiedz mi tylko co z Rosickim.
— Nadal nie żyje — żartował Jurek.
— No tak. To nie potrzebnie dzwonię — utrzymał się w konwencji poczucia humoru kolegi.
— Przesłuchałem dwóch jego kumpli z poprzedniej pracy i siostrę. Wszyscy uważają, że był trochę porąbany. Nie byli specjalnie zdziwieni, że się zabił. Siostrzyczka nawet miała za złe, że tak późno. Od niej też pożyczał. W sumie ponad dwanaście tysięcy. Oczywiście, nie zwrócił. Kiedy była w szpitalu operowana na serce, nawet jej nie odwiedził.
— No, no. Kawał sukinsyna, ale nie powinno się mówić źle o zmarłych. — Starzyński uchylił drzwi auta i zapalił papierosa.
— Ale jest jeszcze coś, co mnie zaniepokoiło — kontynuował Jerzy — balistyk przestrzelił mi tę broń i okazuje się, że kropnęli z niej przed miesiącem dwie osoby w kantorze we Wrocławiu.
— Mógł ją kupić od handlarza.
— Wątpię. Oni nie puszczają wariatom trefnych klamek. Zawsze jest ryzyko, że jakiś baran, ratując własną dupę powie od kogo kupił.
— Może sprzedawca nie znał całego obrazu. Mógł mu ktoś po robocie oszczędzić szczegółów.
— Ale trzeba sprawdzić, czy nie da się połączyć Rosickiego z tamtym zabójstwem.
— Ok. To co, idziesz na tę wódkę? — Starzyński strzepnął popiół i zaciągnął się mocno.
— Nie. Chyba dziś posiedzę z Baśką. Inaczej nigdy się nie ożenię — roześmiał się Jerzy.
— No to wal się.
— Kto wie, kto wie? — zachichotał Jurek.
Starzyński rozłączył się i wybrał numer Aśki.
2—RODZINA
17 lipca 19:17
W zadymionym pubie, przy dużym Guinnessie poczuł się znacznie lepiej. Spojrzał na zegarek. Spóźniała się już ponad kwadrans. Nie był zdziwiony. Punktualność nigdy nie była jej mocną stroną. Odkąd wyprowadził się z domu szesnaście lat temu, jego relacje z siostrą znacznie się ociepliły. Wcześniej bywało różnie. Teraz różnica wieku przestała mieć znaczenie. Traktowała go po trosze jak ojca, który opuścił ich, akurat wtedy, kiedy Aśka go najbardziej potrzebowała. Chociaż, czy jest w ogóle dobry czas, żeby odejść? Wiele myślał o tym, jak sam by się zachował? Czy potrafiłby tak po prostu powiedzieć cześć i zerwać kontakty z najbliższymi? Ojciec próbował stwarzać pozory, że można żyć normalnie, widząc się z dzieciakami raz na dwa tygodnie, potem co miesiąc, a w końcu tylko przed świętami. Matka nie potrafiła wybaczyć. Odcinała skutecznie próby kontaktów, ale przecież mógł walczyć. Przynajmniej o Aśkę. Miała osiem lat. Dałoby się to poukładać inaczej. On, zbuntowany nastolatek, stał po stronie matki. Też zawalił mu się świat. W dodatku musiał udawać, że coś się zmieni na lepsze. Pocieszał ją, chociaż przeczuwał, że to już koniec. Nic nie będzie wyglądało tak samo. Przyglądał się z żalem, jak z roku na rok mamuśka więdnie, przestaje dbać o siebie, gorzknieje. Chciał jej pomóc, ale nie wiedział jak. Mógł tylko spełnić marzenia. Skończył studia prawnicze. Nadal trenował judo, nawet z umiarkowanymi sukcesami. Była z niego dumna. Próbował pozostać w zawodzie, ale się nie udało. Poszedł do psiarni. Potraktowała to jako porażkę, ale starała się go wspierać. Tłumaczył, że przecież oficer dochodzeniowy, to ciekawa praca, a może wcale nie byłby dobrym sędzią, czy adwokatem. Aśka dostała się na medycynę. Za trzecim razem. Matka zawsze mówiła, że córki są bardziej zaradne. Jeśli ktoś miałby sobie poradzić, to właśnie ona, a nie ukochany synek. Kobieca solidarność. Kiedy postanowił się usamodzielnić, coś w niej pękło. Poczuła się niepotrzebna. Nie potrafiła korzystać z życia. Wyjechać gdzieś, poznać kogoś, zmienić coś w nudnej do bólu rzeczywistości. A potem przyszła wiadomość. Rak trzustki. Zostały jej niecałe dwa miesiące. Miał zaległy urlop. Załatwił zwolnienie i został przy niej do końca. Aśka nie umiała sobie z tym poradzić. Była wdzięczna, że nie zawiódł. Jak ojciec.
Smukła dwudziestolatka z okrągłym identyfikatorem przypiętym dość niestandardowo, na wysokości bioder, wyrwała go z zamyślenia. Mimowolnie spuścił wzrok i przeczytał imię wypisane ozdobną czcionką BEATA. Nie mógł się oprzeć i taksował dalej. Całkiem niezłe nogi zakończone czarnymi czółenkami z kokardką. Dziewczyna sprawnie zebrała kufle z sąsiedniego stolika.
— Podać coś jeszcze?
— Na razie dziękuję. Czekam na kogoś. — przykrył odruchowo dłonią szklankę. Kiedy kelnerka odeszła postanowił zapalić. Starał się rzucić, ale na razie udało mu się jedynie utrzymać nałóg w rozsądnych granicach. Wrócił po kilku minutach. Zdążył usiąść i spojrzał na drzwi.
Aśka stanęła w progu, bezradnie rozglądając się po sali. Podniósł rękę. Spostrzegła go i krokiem modelki podeszła do wieszaka. Zdjęła powoli jasny, letni płaszcz. Szczupła, z ciemnymi włosami pozostającymi zawsze w lekkim nieładzie, wyglądała ślicznie. Poczuł delikatny zapach Kenzo. Niezła laska — pomyślał. A dopiero co była rozwrzeszczanym bachorem, Anią z Zielonego Wzgórza, niezdarną nastolatką z mikroskopijnym biustem. Przytulił ją mocno, jakby chciał wyrównać zaległości kilku miesięcy. Kiedy studiowała w Krakowie, nie widywali się prawie wcale. Teraz już nie było przeszkód, a jednak niewiele się zmieniło.
— Przepraszam, nigdy nie wiem, kiedy skończę dyżur. Przywieźli mi chłopaka z rozwaloną czachą. Pojedynek przed pubem zaowocował ostrym mordobiciem. Przeciwnik poszedł na całość i sprawdził wytrzymałość butelki na głowie nieszczęśnika. Masakra.
— Będzie żył? — spytał cynicznie.
— Chyba tak, ale nie wyglądał dobrze.
— Miał szczęście. Mnie przeważnie wzywają do przypadków, w których zamiast butelki ktoś użył noża, albo broni palnej. Zjesz coś? — spytał z troską w głosie.
— Chętnie. Na kolację w domu będzie za późno. — popatrzyła mu w oczy i położyła rękę na dłoni. — Przepraszam, że cię wtedy obudziłam, ale wciąż nie mogę dojść do siebie. Gość był ewidentnie do wypisu i nagle coś takiego…
— Nic się nie stało. A co z sekcją. Jest już wynik? — nakrył jej dłoń swoją — dobrze, że wreszcie jesteś. — Mów co u ciebie, oprócz tego pieprzonego szpitala.
— Wynik będzie rano. Chciałam cię prosić, żebyś wpadł do mnie, jeśli okaże się, że miałam rację.
— OK. A teraz powiedz wreszcie coś o sobie — roześmiał się, dając znak dziewczynie za barem, że będzie kolejne zamówienie.
— Nie mam czasu myśleć o życiu. Robota, robota, robota…
— Masz kogoś?
— A co to za pytanie? — żachnęła się. — Nagle stałeś się o mnie zazdrosny?
— Troszczę się o siostrzyczkę. Po prostu. Dziwisz się?
— Trochę. Ostatnio nie miałeś dla mnie czasu — spojrzała na brata sarnimi oczami z wyrzutem.
— Ty też nie. Ale nie odpowiedziałaś. — nie dawał za wygraną.
— A jeżeli mam? — przekrzywiła filuternie głowę.
— To dobrze. Poznam go? — udawał, że zaakceptuje każdy wybór, choć wiedział, co to oznacza. Ich kontakty staną się jeszcze bardziej powierzchowne. Własna rodzina, dzieci… Przestanie być kimś wyjątkowym. Ale czy teraz faktycznie się liczył? Czy mogła polegać na bracie, z którym można się spotkać tylko na czacie, albo przesłać mu sms-a?
— Sama nie wiem — wzruszyła ramionami — może powinieneś go zobaczyć, nie jestem pewna, czy to dobry wybór.
— Świetnie. Doradzę ci, zanim będzie za późno — roześmiał się. Anka poprawiła włosy. Sprawiała wrażenie lekko zmieszanej. — No, co? Żartowałem — trącił ją lekko w łokieć — chyba pójdę do pani, bo tu nigdy nie dotrze. Uniósł się, spoglądając w kierunku baru. Kelnerka dała znak, że już podchodzi.
— Kiedy naprawdę, nie wiem. Znamy się prawie pół roku, ale ostatnio jest… tak dziwnie. — Aśka wbiła wzrok w stół jak uczennica przyłapana na ściąganiu.
— Pamiętaj, że nie dam cię skrzywdzić — spoważniał i uścisnął jej nadgarstek.
Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
— Wiem. Poznam cię z nim. Może wpadniesz w niedzielę na obiad? Nie mam dyżuru.
— Chętnie. Ostatnio nie jadłem niczego dobrego. Masz już jakiś plan? No i powiedz przynajmniej, jak Romeo ma na imię.
— Rafał.
— Może być. — odwrócił się w stronę kelnerki, która wreszcie podeszła do stolika. Kątem oka dostrzegł, że przy sąsiednim usiadło dwóch mężczyzn. Jednego już z pewnością gdzieś widział. Tylko gdzie? Zresztą czy to ważne. Jakaś zawodowa obsesja zwracania uwagi na szczegóły pomyślał.
***
18 lipca 10:26
Starzyński siedział w pokoju Krzemińskiego z lekkim bólem głowy i obserwował jak doktor miota się pomiędzy dzwoniącym telefonem a komputerem z dokumentacją. Wczorajszy Guiness był pyszny, nawet ten czwarty, ale skumulowane zmęczenie dawało znać o sobie. Aśka miała rację. Henryk Sitarski zmarł wskutek przedawkowania glikozydów. Wewnętrzne procedury nie wykazały błędu pielęgniarki czy lekarza. Wszystko wskazywało na to, że pacjent posiadał własne leki, albo…?
— Przepraszam pana komisarzu. Jeszcze chwilkę. — Krzemiński zakrył na moment dłonią słuchawkę i popatrzył błagalnym wzrokiem na Starzyńskiego. — Muszę to załatwić.
Komisarz machnął od niechcenia ręką, na znak, że nie ma za złe. W końcu obaj byli w pracy.
Krzemiński potwierdził, że dokumentacja i postępowanie personelu nie budziło zastrzeżeń. Aśka była tego samego zdania. Miała przecież dyżur. To ona rozmawiała z Sitarskim tuż przed jego śmiercią. Nie, nie jako ostatnia. W sali siedziała żona pacjenta. Wyszła przed dziewiętnastą. Zgon nastąpił mniej więcej godzinę później. Patolog nie stwierdził żadnych śladów, które wskazywałyby na udział osób trzecich. Przedawkowanie może mieć różne przyczyny. Tym razem jednak pomyłka była wykluczona. Rozmowa z pacjentem, który w tym czasie leżał dwa łóżka dalej, nie wniosła niczego interesującego. Był jeszcze jeden, pod oknem, ale w południe opuścił szpital. Starzyński wrócił do biura.
18 lipca 12:18
Na korytarzu wpadł na Jerzego.
— Mamy kolejną sprawę — powiedział cicho, nie wiedząc za bardzo jakiej reakcji oczekuje.
— No? — Jerzy spojrzał pytająco na kolegę z pokoju.
— Co, no? Jest trup w szpitalu. Raczej nie samobój.
— Znaczy, śmierć naturalna? — uśmiechnął się Jurek.
— Naturalnie — rozłożył ręce Starzyński — jak to w szpitalu. Wiesz, bo leżałeś. Ludzie umierają.
— Mnie się udało przeżyć — żartował Jurek, przekręcając klucz w zamku ich skromnego królestwa, zagraconego dodatkowo wysłużonym sprzętem komputerowym, który miał ktoś zabrać do domu dziecka kilka tygodni temu.
— To w nagrodę posłuchasz kilku osób.
— Kogo? — Jurek potknął się o stojący na podłodze monitor. — Psia mać, może wreszcie to zabiorą. Pytałeś Metela?
— Nie. Ale spytam. Trzeba sprawdzić kontakty niejakiego Sitarskiego. Komórkę zabezpieczyłem. Zgrać zawartość, przejrzeć, zresztą co cię będę uczył, Jerzy, zobacz jego rzeczy osobiste, pogadaj z pielęgniarkami. Dokumenty masz tutaj.
— Oj tak, oj tak. Ładne chociaż? — Jerzy utrzymywał się wciąż w konwencji, chociaż Starzyńskiemu dziś humor nie dopisywał.
— A ja — kontynuował komisarz — wypiję kawkę i pojadę do jego firmy. Pogadam z sekretarką.
— Ładniejsza od personelu w szpitalu? — nie poddawał się Jerzy.
— Tego nie wiem, ale myślę, że przynajmniej od większości lekarzy. Poza tym pielęgniarki już widziałem — uśmiechnął się w końcu Starzyński. — Aha, a co z tą Justyną?
— Jaką Justyną? — wyraził zdziwienie Jurek.
— O ile pamiętam, Wolańska miała przyjaciółkę. Justynę Krzemińską, tak?
— Wow, jaka pamięć do nazwisk panie komisarzu. W tym wieku, no, no… — drwił Jerzy.
— Akurat rozmawiałem z gościem o tym samym nazwisku i tak mi się skojarzyło. Pewnie jesteś rozczarowany? To, co z nią? — nie dawał za wygraną Starzyński.
— Nie odbiera. Nagrałem się na pocztę. Może będziesz miał więcej szczęścia. Numer jest u mnie w bazie pod nazwiskiem ofiary.
Jerzy miał dobry zwyczaj wpisywania kontaktów w tabelkę, którą zakładał dla każdej sprawy. Dzięki temu zawsze można było szybko sprawdzić, kto jest kim dla kogo, jakie są relacje oraz podstawowe dane, miejsca pracy, pobytu, telefony etc. Było to przydatne, zwłaszcza kiedy powtarzały się nazwiska. No i nie trzeba było sięgać do papierów, żeby szybko do kogoś zadzwonić. Czasem tabelka stawała się punktem wyjścia do ułożenia drabinki powiązań ofiary i potencjalnych sprawców, co przydawało się przy tworzeniu kolejnych wersji śledczych.
***
18 lipca 14:05
Biuro Sitarskiego sprawiało wrażenie wnętrza zaprojektowanego w każdym calu. Drogie meble po renowacji, która musiała kosztować fortunę, fotografie na ścianach, bibeloty i gustowne gadżety dyskretnie wyznaczające na biurku teren dostępny tylko dla właściciela.
— Agnieszka Ostrowska — przedstawiła się sekretarka, wysoka, niebieskooka blondynka, stawiając przed Starzyńskim szklankę wody. — Przepraszam, że musiał pan czekać — dodała.
— Dziękuję. Nic nie szkodzi.
Komisarz przyglądał się smukłej sylwetce pracownicy Sitarskiego, która pochyliła się, aby otworzyć szafkę skrywającą zestaw słodyczy i alkoholi dla specjalnych gości. Rozcięcie niezbyt długiej spódnicy odsłoniło na chwilę opalone udo sekretarki. Ciekawe, czy była jego kochanką? — zastanawiał się przez chwilę.
— To straszne, co się stało. Ciągle nie mogę to uwierzyć. Sądzi pan, że ktoś szefa zabił?
Postawiła przed Starzyńskim talerz z herbatnikami i czekoladkami miętowymi.
— To z pewnością dla pani smutna chwila, ale chciałbym zadać kilka pytań. Skąd pomysł, że to mogło być zabójstwo? Ktoś szefowi groził? — nie bez przyjemności patrzył na wydęte w lekkim grymasie niezadowolenia wargi atrakcyjnej kobiety.
— Chyba inaczej by tu pana nie było, prawda? — sekretarka zignorowała pytanie i przekrzywiła głowę, oczekując potwierdzenia.
— Nie wiemy na razie, czy zgon nastąpił z przyczyn naturalnych, ale nie da się niczego wykluczyć.
— Panie komisarzu — przerwała mu Agnieszka — może jestem blondynką, ale jeśli pan tu przyszedł, to chyba istnieje poważne podejrzenie, że ktoś mógł zrobić panu Sitarskiemu krzywdę. Czy się mylę?
— Za wcześnie, żeby to stwierdzić w tej chwili, ale oczywiście badamy różne wersje. Proszę mi powiedzieć, jak wyglądał ostatni tydzień pracy pani szefa? Czy może zauważyła pani coś niepokojącego albo coś, co w jakiś sposób odróżniałoby zachowanie pana Sitarskiego w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami? Czy mógł się czegoś albo kogoś obawiać?
— Nie. Chyba nie — Agnieszka zmarszczyła czoło — chociaż może… Henryk, to znaczy pan Sitarski był niespokojny… Podminowany, tak jakby czymś się martwił. Zwróciłam na to uwagę, bo był pedantem, a ostatnio nie przywiązywał wagi do tego, gdzie stawiał teczkę. Rozrzucał gazety, dokumenty zostawiał na biurku w nieładzie, choć wcześniej zawsze wszystko składał i nie wyszedł z biura, jeśli nie schował papierów. Nawet jak nie miał czasu, to prosił o to mnie, a w zeszłym tygodniu był… taki trochę nieobecny.
— Może ma pani jakąś koncepcję skąd ta zmiana? Coś się wydarzyło?
— Nie. Nic szczególnego, co bym zapamiętała.
— Prowadził firmę sam? — Starzyński spojrzał badawczo na sekretarkę. Faktycznie była znacznie ładniejsza, niż wydała mu się w pierwszej chwili, kiedy wszedł do biura. Musiała się podobać klientom.
— Z panem Adamiakiem. To znaczy, ja nie wiem, czy powinnam…
Starzyński skinął głową, zachęcając Agnieszkę do dokończenia zdania.
— Bo, Bronek jest w zasadzie takim cichym wspólnikiem.
Komisarz podniósł brwi, udając, że kompletnie nie rozumie, o co chodzi.
— No, bo firma, to znaczy MazBudEx i ta druga, są… były w stu procentach własnością szefa, ale on przecież musiał sobie jakoś z tym radzić, więc miał Bronka, znaczy Bronisława Adamiaka i to był taki trochę nieformalny układ.
— Nieformalny?
— Pan tego nie wykorzysta, prawda?
— Pani Agnieszko, nie zaszkodzi już pani Henrykowi Sitarskiemu, ale może pani pomóc wyjaśnić co się stało. Każda informacja jest ważna.
Po godzinie Starzyński wyszedł z notatkami, które wydawały się raczej zaciemniać obraz niż prowadzić w jakimś kierunku. Adamiak miał pełnomocnictwa prawie do miliona złotych. To mógł być jakiś trop. Może się pokłócili i obawiał się, że szef zrezygnuje z jego usług? Może zrobił coś, czego nie dało się odkręcić i wiedział, że Sitarski to odkryje? Hipotez mogło być znacznie więcej. Miał wrażenie, że Agnieszka nie powiedziała mu o czymś naprawdę ważnym. Czuł, że powinien spotkać się z nią ponownie i nacisnąć trochę mocniej.
***
18 lipca 15:40
Jurek siedział w jego fotelu i gapił się w monitor. Nawet nie uznał za stosowne oderwać wzroku od ekranu kilka minut po tym, jak Starzyński wszedł do pokoju. Rzucił komórkę na biurko, nastawił wodę i usiadł obok.
— I co tam masz. Opowiadaj.
— Poczekaj chwilkę. Skończę maila — popatrzył na Starzyńskiego z tajemniczą miną — kilka informacji cię pewnie zaskoczy, ale daj mi trzy minutki.
Starzyński zalał torebkę sagi wrzątkiem. — Chcesz coś?
— Nie, dzięki. Piłem przed chwilą. Chociaż, jeśli masz zimne piwo?
— Mhm, cały kontener — mruknął Starzyński.
Jurek wykonał kawał rzetelnej roboty. Ustalił, że Sitarski zostawił polisy. W jednej uposażył niejaką Patrycję Jordan na sumę ponad trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych. Najciekawsza była jednak inna informacja.
— Zgadnij, co znalazłem w komórce Sitarskiego? — Jurek wyszczerzył zęby, jakby udawał wampira.
— Węgiel? — spytał nieśmiało Starzyński.
— Prawie. Węgiel to będziesz musiał użyć, jak ci opowiem.
— Zaryzykuję.
— To posłuchaj treści dwóch SMS-ów. — Jerzy otworzył zeszyt i interpretował z niemałym talentem lektorskim: „Nie będzie do czwartku pieniędzy, będą kłopoty”, a potem kolejny. „Żarty się skończyły. Jutro przesyłka ze zdjęciami dotrze do adresata. Zostało Ci kilka godzin”.
— I jak ci się to podoba? — Jurek położył nogi na krawędzi biurka i odchylił głowę do tyłu.
— Niezłe, niezłe… ale ściągnij płetwy z mojego miejsca pracy. Myślisz, że go ktoś szantażował? Kto?
— Sprawdziłem. Żadna większa suma zdaniem księgowej nie wypłynęła w ostatnim czasie. To znaczy od dwudziestego kwietnia. Taka jest data pierwszego SMS-a.
— Może nie zdążył zapłacić? Albo to był głupi żart.
— Jest jeszcze jedna możliwość — Jurek postawił nogi na podłodze i oparł się łokciami o biurko — mógł mieć w domu gotówę. Przecież nie wiemy jaka suma zadowalała ewentualnego szantażystę. Może chciał dwa, trzy tysiące?
— Proszę cię… Tyle to musiał zapłacić fotografowi. A rozmawiałeś z Sitarską?
— Nie, no przecież kobiety zostawiam tobie. Pielęgniarki też sobie odpuściłem.
Cholera, znów szpital i polisy. Czy przestępcy nie mogliby być bardziej oryginalni? — zastanawiał się Starzyński.
— Komóra ci dzwoni — zauważył Jerzy — mógłbyś przynajmniej wibrator włączyć.
Faktycznie, świecił panel wyciszonego aparatu.
— Sam sobie włącz wibrator i … — Starzyński nie zdążył dokończyć propozycji, gdy w słuchawce odezwał się Stefan.
— I jak? Masz coś?
— No. Mieszkanie, samochód…
— Nie żartuj. Co z Wolańskim? — Stefan nie wydawał się skory do żartów.
— A o co ci konkretnie chodzi?
— Po prostu pytam. Bo nie rozmawialiśmy od kilku dni.
— Wiesz, że obowiązuje mnie tajemnica śledztwa? — komisarz przeciągał strunę.
— Jasne. Powiesz coś?
— Coś. Nic jeszcze nie wiemy. — Starzyński spoważniał. — Nie było sekcji. Chociaż zdaniem lekarzy zgon wygląda na naturalny, ale pewnie i tak nie uwierzysz?
— Właśnie znalazłem kolejną polisę Wolańskiej. Tylko tym razem uposażonym jest ktoś inny.
***
18 lipca 17:30
Jadąc, myślał o tym, co powiedział Stefan. Fakt, że Wolańska miała kilka polis, nie był niczym dziwnym. W końcu prowadziła dwie firmy. Była odpowiedzialna. Zawsze wszystko planowała starannie. Bizneswoman. Ciekawe, czy Wolański wiedział, że opłacała jeszcze inne polisy? A właściwie, do czego potrzebna by mu była taka wiedza? Chyba że był zazdrosny. Gdyby znalazł polisę wystawioną na kochanka żony, pewnie nie byłby szczęśliwy. A może było mu wszystko jedno? Trzeba by go jeszcze raz odwiedzić. Złapał się na tym, że czasami zachowuje się jak Columbo. Nęka świadków, podejrzanych, prokuratorów. Wszystkich. Pewnie dlatego nie przepadają za nim. Nikt nie kocha takich upierdliwców. Zaparkował przed „wypasioną” willą utrzymaną w stylu staropolskiego dworu. Do wejścia prowadziła szeroka, zadrzewiona aleja, o tej porze roku zielona, podobnie jak starannie przycięta trawa w kolorze przypominającym korty Wimbledonu. Rozmowa z Sitarską nie należała do przyjemnych. Miał wrażenie, że jest spięta i stara się coś ukryć. Kiedy spytał, jak ocenia małżeństwo z Henrykiem zaczęła nagle szlochać i wybiegła z pokoju. Udało mu się ustalić, że Sitarski utrzymywał dwa domy, ten drugi w Juracie sto metrów od morza. Miał też kawalerkę na Żoliborzu, którą wynajmował. Oczywiście Marlena Sitarska nie musiała pracować, więc sporo czasu spędzała na siłowni, basenie i u kosmetyczki. Raczej nie miał wrogów, o ile w biznesie to możliwe. W dniu śmierci Henryka była w szpitalu i kiedy wychodziła, nic nie wskazywało na to, że stan jej męża się pogorszy. Starzyński starał się być delikatny, ale podjął próbę ustalenia, czy Sitarska mogła mieć jakiś motyw. Żachnęła się i wycierając jedwabną chusteczką wilgotne oczy, zapytała.
— Chyba nie myśli pan, że zabiłam własnego męża?
Przyglądał się jej przez chwilę z uwagą.
— Nie wykluczam na razie również takiej wersji — odpowiedział.
— Nonsens. Przecież Henryk zapewniał mi wszystko. Niczego nam nie brakowało.
— Czasem wystarczy, że brakuje miłości — uśmiechnął się z ironią, obserwując jej reakcję. Odwróciła się i oczyściła nos.
— Przepraszam, ale jestem już spóźniona. Mam wizytę u lekarza.
— Oczywiście. Dziękuję za rozmowę. Będziemy w kontakcie. — Położył na stole wizytówkę — Gdyby przypomniała sobie pani coś ważnego, proszę o telefon.
Wychodząc, minął ogrodnika, który strzygł tuje. Czy było coś, co spowodowało, że Marlena zapragnęła prócz majątku odzyskać wolność?
***
19 lipca 14:30
Jechał do firmy, stojąc w korkach. O tej porze to norma. Przyhamował ostro przed kolejnymi światłami, oceniając, że nie zdąży opuścić skrzyżowania. Usłyszał za sobą pisk opon. W lusterku zobaczył wykrzywioną twarz kierowcy. Nic się nie stało. Czarny Lexus minął go chwilę później. Przynajmniej temu klima pewnie działa bez zarzutu — uśmiechnął się do siebie. Żar lał się z nieba bez litości. Docierając do biura, poczuł radość, że może wydostać się wreszcie z metalowej puszki.
Na biurku znalazł kartkę od Jurka. Oczywiście komórka szantażysty była prepaidem. Bez szans na ustalenie jej właściciela. Adamiak nie odpowiadał, a sekretarka Sitarskiego też nie miała z nim kontaktu. Jerzy ustalił adres i numer telefonu Patrycji Jordan, ale nie odbierała. Starzyński postanowił próbować dalej, efekt był ten sam. Oficer dyżurny przyniósł niewielką kopertę. W środku znajdował się pendrive. Przez chwilę zastanawiał się, czy to przypadkiem nie jest próba zawirusowania policyjnych komputerów, ale z koperty wypadła karteczka. Odczytał tytuł pisany drukowanymi literami: 20.04.2012 — NAGRANIE Z DOMU MARLENY SITARSKIEJ. Włożył gumową rękawiczkę i ostrożnie wcisnął pendrive w slot USB. Plik otworzył się bez problemu. Dźwięk nie był idealny, ale do lekkiego pogłosu przyzwyczaił się szybko. Całość trwała około dziesięciu minut. Trudno było ocenić, czy to montaż, czy wycięto autentyczny fragment awantury, jaka miała miejsce w domu Sitarskich. Padły słowa, które stanowiły odpowiedź na jego wątpliwości: „Zostaniesz tylko w jednym pokoju na Pradze. Nie zobaczysz nigdy moich pieniędzy, a rozwodu ci też nie dam. I nie skacz, bo dostaniesz w papę jeszcze raz. Masz mnie słuchać, rozumiesz!?” W zasadzie reszty nagrania mogłoby nie być. Sitarska zdecydowanie nie miała lekkiego życia. Czy jednak było ją stać na tak radykalną zmianę?
Wszedł Jurek spocony jak mysz. Rzucił aktówkę na biurko.
— Zdycham. Chyba jednak wolę zimę.
— Zobaczymy, co powiesz przy minus dwadzieścia. — ironizował Starzyński.
— Że trzeba się rozgrzać czymś mocniejszym. Przeczytałeś?
— Tak. Przyszła przesyłka, a w niej taki o to plik. Posłuchaj, a ja wejdę do szefa, bo mnie jeszcze dziś nie widział. Potem zapakuj to ładnie w kopertę i niech chłopaki zdejmą odciski. Aha, tylko żeby jeszcze sprawdzili całość pod kątem dźwięku. Czy mogło być montowane? Czy nas w jakieś maliny ktoś nie wpuszcza? Dobrze by było nagrać próbkę głosu Sitarskiej. Wezwiemy ją może tutaj, żeby złożyła zeznania. Tam nie ma za wiele jej głosu, ale coś się zarejestrowało i trzeba sprawdzić. Gość mógł przecież równie dobrze grozić swojej kochance, a nie małżonce, prawda?
— Mało prawdopodobne, ale możliwe — zgodził się Jerzy.
Po krótkiej reprymendzie opuścił pokój Metela z silnym postanowieniem, że nie będzie odgrywać się na Jurku. Czasem trzeba znieść kompletnie bzdurne uwagi, czy zastosować się do kolejnych zmian idących w kierunku zwiększenia liczby raportów. Hydra biurokracji podnosiła głowę coraz wyżej.
— I jak ci się podoba? — spytał Starzyński.
— Super! Właściwie wszystko już mamy. Podejrzaną, motyw, potwierdzenie. Aresztujesz Sitarską?
— Zwariowałeś? Nic nie mamy oprócz kolejnej hipotezy. To, że ktoś się kłóci z mężem, nie oznacza, że za kilka miesięcy go zabije. Chyba że masz jakieś zaskakujące dane na ten temat? — A poza tym — Starzyński zawiesił głos — należałoby ustalić, kto nam to przysłał.
— Domyślam się, że nie Sitarska? — zauważył Jerzy.
— Właśnie. Jej mąż też raczej nie. Trzeba jeszcze przesłuchać tę… no jak jej tam?
— Patrycję. Nie wiem, czy mamy dobry numer, bo ode mnie też nie odbiera.
— Adamiaka sprawdziłeś?
— Tak. Faktycznie w papierach firmy jest tylko pełnomocnictwo. — Jurek przelał do szklanki resztkę wody mineralnej, która pozostawała w butelce. — I rzeczywiście miał możliwość zaciągania zobowiązań nawet do bańki. Sporo, nie?
— Sitarski musiał mieć do niego zaufanie.
— Właśnie. Może rzeczywiście musiał? Jest kilka dalszych pytań. Dlaczego nie uczynił go udziałowcem nawet na minimalny procent, skoro traktował Adamiaka jak wspólnika? A może to nie było zaufanie, tylko strach? — Jerzy mnożył możliwe wersje. — A jeśli zaufanie, to czy go nie stracił? Adamiak mógł się obawiać, że cofnie mu pełnomocnictwo, a skoro nic więcej formalnie nie łączyło go z firmą, zostałby na lodzie.
— Zaraz, zaraz, ale przecież musi być jeszcze jakaś umowa? Chyba nie był pełnomocnikiem społecznie? Jakieś pieniądze powinien dostawać? — Starzyński włożył rękę do marynarki w poszukiwaniu zapalniczki.
— Nie ma. Chyba że ktoś to wyciągnął z dokumentów wcześniej, albo on sam. Zresztą, Sitarski siedział w biznesie ponad dwadzieścia lat. Pewnie nie raz płacił pod stołem. Tyle że to bez sensu, bo takie wynagrodzenie mógł spokojnie wrzucić w koszty. Przynajmniej część, nawet jeśli dokładał jakieś lewe premie.
Jerzy odstawił pustą szklankę na biurko i zdjął krawat. — Muszę się chyba wykąpać stary, bo nie dam rady przetrwać do wieczora.
Kiedy Jurek wyszedł, zadzwonił telefon.
— Masz jakieś pieniądze w domu? — syn nigdy nie owijał próśb w bawełnę. — Wiesz, bardzo mi zależy. Wytłumaczę ci później.
— O jakiej kwocie rozmawiamy? — Starzyński starał się być jak zawsze precyzyjny. Próbował od lat bezskutecznie nauczyć młodego człowieka szacunku do pieniędzy i starannego wyrażania myśli. Może po prostu był słabym nauczycielem.
— No z pięć dych przynajmniej.
— Człowieku, gdybym miał pięć dych, to bym sobie inaczej życie ułożył — zażartował, ale jedynakowi wyraźnie nie przypadł do gustu dowcip.
— Mam zobowiązanie. Dług honorowy, nie mogę teraz o tym gadać…
— Dobrze. Sprawdź ten ciemny płaszcz, który zostawiłem na wieszaku. Tam coś powinno jeszcze zostać i może w dresie, bo ostatnio wychodziłem w nim do sklepu. — próbował ratować awaryjną sytuację. Najgorsze było to, że awarie zdarzały się częściej, a wraz z wiekiem rosły wymagania. — Chyba będę musiał zmienić robotę, jak tak dalej pójdzie. Wypakowałeś przynajmniej zmywarkę? — Starzyński starał się ugrać coś dla siebie.
— Nie, ale wrócę o siódmej, to wypakuję. Muszę lecieć.
Zawsze tak samo. Żeby chociaż raz mnie zaskoczył i posprzątał bez targów. Gdyby miał piętnaście lat, można by powiedzieć, że prawo wieku, ale dwadzieścia dwa, to całkiem sporo. A może jednak nie? Zastanawiał się, jak to było z nim. Przede wszystkim miał siostrę. Dziewczyny potrafią rozwiązać wiele problemów. Oczywiście, nie licząc tych, które same tworzą. Gdyby przynajmniej miał dla niego więcej czasu. Może układałoby się lepiej.
Wybrał numer Justyny Krzemińskiej. Znów sekretarka. Pech.
Jerzy wrócił do pokoju wyraźnie odświeżony, w lepszym humorze.
— Może lato nie jest wcale takie straszne — zaczął od progu. — Łazienka wolna. Tobie też polecam, żebyś prezentował się jakoś u tych podejrzanych. — wysunął wskazujący palec do góry. Wyglądał jak belfer, który grozi niegrzecznym dzieciom. Dobrze, że to z nim przyszło mi pracować — pomyślał Starzyński. Trudno o bardziej bezkonfliktowego faceta. Jestem szczęściarzem. Temperatura faktycznie zachęcała do kąpieli. Kiedy zaczął myśleć o tym coraz bardziej serio, zadzwonił telefon.
— Przepraszam, ktoś łączył się z tego numeru — niski kobiecy głos z lekką chrypką brzmiał trochę jak skrzyżowanie Chylińskiej z Brianem Adamsem.
— Tak. Komisarz Starzyński. Czy rozmawiam z panią Krzemińską?
— Ach, to pan. Odsłuchałam informację na sekretarce, ale byłam za granicą. Jestem w kraju od wczoraj. A o co chodzi?
— Zadzwoniłem do pani w sprawie Marty Wolańskiej. Czy zechciałby się pani ze mną spotkać. Najlepiej jeszcze w tym tygodniu?
W słuchawce zaległa cisza. Wyczuł, że to może być dla koleżanki zmarłej trudny moment.
— Żeby nie sprawiać kłopotu, mogę gdzieś podjechać — dodał.
— Dobrze… — powiedziała z lekkim wahaniem w głosie — jutro około południa, to dobry termin?
Starzyński spojrzał w kalendarz. — O trzynastej. Gdzie się spotkamy?
— Będę w okolicach Galerii Mokotów. Może gdzieś tam?
— Świetnie. Proponuję Coffee Heaven.
— Więc jesteśmy umówieni — zakończyła Krzemińska.
— Tak. Dziękuję za telefon i do zobaczenia.
— Pani Justyna? — upewnił się Jerzy.
— Oczywiście. Widzisz, same oddzwaniają.
— Ty to jesteś… Kobiety szaleją i żadna nie odmawia — żartował, poprawiając kołnierz koszuli niestarannie założonej po kąpieli.
— No widzisz? A ty masz Baśkę. I też ci pewnie nie odmawia — Starzyński puścił oko do kolegi.
Jurek zaczął się kiwać i układając usta w ciup „strzelił karpia” — Zostawmy ten temat…
Roześmiali się.
20 lipca 12:46
Do Galerii dotarł kwadrans wcześniej. Usiadł blisko wejścia i uświadomił sobie, że nie ustalili żadnego znaku rozpoznawczego. Ale dysponowała przecież jego numerem telefonu, więc nie powinno być problemu. Rozłożył gazetę, zaczynając jak zwykle od informacji sportowych, które miały tę wadę, że zwykle były mocno spóźnione, albo brakowało tych najważniejszych, jak choćby z meczów tenisowych na drugiej półkuli. Wyniki znane były już po zamknięciu numeru. Czytał komentarze i zastanawiał się często czy dziennikarze na pewno oglądali te same spotkania piłkarskie co on? Albo, czy w ogóle widzieli mecz, który komentują. Justyna Krzemińska pojawiła się punktualnie. Stanęła w drzwiach, nieco bezradnie lustrując twarze przy stolikach. Wstał i uśmiechnął się szeroko. Odwzajemniła uśmiech i podeszła bliżej.
— Piotr Starzyński — przedstawił się.
Miał szczęście. Ocenił właściwie. Średniego wzrostu czterdziestoletnia szatynka z lekko falującymi włosami, w dobrze skrojonej garsonce tuszującej pewne niedostatki figury. Przypomniał sobie żenującą historię, kiedy kilka lat wstecz umówił się z kimś na spotkanie w imieniu Agaty. Przyszła jej współpracownica, to znaczy tak mu się wydawało. Spytał, czy pani Grażyna? Potwierdziła i zaczęli rozmawiać. Dopiero po pięciu minutach zorientował się, że to nie ta Grażynka, o której mówiła małżonka.
Kiedy usiedli, zapytał, co zamówić. Krzemińska poprosiła o czarne espresso. On jak zwykle wybrał latte.
— Dziękuję, że pani przyszła. — starał się być miły i nie podkreślać, że przecież mógł ją wezwać do firmy.
— A miałam wybór? — uśmiechnęła się — nie wiem, czy będę mogła pomóc?
— Oczywiście, wie pani, że zdarzyło się nieszczęście…
— Tak, byłam na pogrzebie — przerwała — w końcu z Martą byłyśmy dość blisko. Tylko nie rozumiem skąd zainteresowanie policji? Nie zmarła śmiercią naturalną?
— Szczerze mówiąc, tego nie wiemy. Oficjalnie przyczyną śmierci były powikłania po KZM. Pojawiły się jednak pewne wątpliwości i chcielibyśmy je sprawdzić. Wiem, że panie utrzymywałyście kontakt. — Starzyński powoli wsypywał do kawy drugą saszetkę trzcinowego cukru. — Długo się znałyście?
— Oj, chyba ze dwanaście lat. Właściwie od chwili kiedy Marta rozkręciła swój pierwszy większy biznes. Wie pan, kosmetyki, to nie jest łatwa branża, a jej szło świetnie. Zaczęła od małego importu, potem doszła do wniosku, że można produkować. Inwestowała każdą złotówkę. Ale miała trochę szczęścia, więc nie musiała zaciskać pasa długo. Niecałe dwa lata dały jej już ten komfort, że miała stałych odbiorców. Potem wylansowała markę, a trafiła się okazja, żeby zrobić biznes na parafarmaceutykach, więc otworzyła drugą firmę. Wtedy jej pomagałam i nasze kontakty były bardzo intensywne. Można powiedzieć, że widywałyśmy się niemal codziennie.
— Miała pani swoją firmę?
— Tak, ja zaczęłam mniej więcej w tym samym czasie tworzyć sieć drogerii i to wszystko razem zagrało. — Krzemińska podniosła do góry kubek z kawą. — Zresztą, wie pan, to były trochę inne czasy. Dziś już jest trudniej.
— A jak pani odbierała relacje pani Marty z mężem.
— Relacje? — roześmiała się — to nie był związek oparty na relacjach. To znaczy, proszę mnie źle nie zrozumieć, oczywiście szanowałam jej wybór. Ale Marta sama doskonale wiedziała, że ma męża, delikatnie mówiąc, pierdołę.
— Czemu? — Starzyński udawał, że jest zaskoczony.
— No, bo co to za facet, który całymi dniami ślęczy nad mikroskopem i nie potrafi nawet wesprzeć żony w najprostszych sytuacjach. — ponownie wypiła mały łyk — Bo widzi pan, nie o to chodzi, że ktoś ma taki, czy inny zawód. Rozumiem, że można pasjonować się rozwojem pająków czy jakiejś rośliny. Badać szkodniki, po to, żeby można je było łatwiej tępić. To są pożyteczne prace. Tylko że do tego trzeba też znaleźć czas na dyskusje z własną żoną o jej planach, o wspólnych wyjazdach, inwestycjach itd.
— A on nie znajdował? — wtrącił prowokacyjnie Starzyński.
— Może miał czas, ale brakowało chęci. Sporo podróżowali. Ale to ona zawsze wyszukiwała i rezerwowała hotele, układała plan zwiedzania, organizowała dodatkowe atrakcje. Jemu było wszystko jedno.
— A dzieci?
— Co dzieci? — poczuł, że chyba trafił w czuły punkt.
— Nie wszyscy muszą mieć dzieci. Nie każda kobieta jest do tego stworzona. Marta nie była. Owszem, starała się. Czasem mówiła o tym, że może już czas i takie tam… Ale sądzę, że nie traktowała tego serio. W końcu prowadziła poważny biznes, a w partnerze życiowym nie znajdowała oparcia. Czy uważa pan, że kobieta urodzi dziecko mężczyźnie, który myśli tylko o sobie?
— Trudno powiedzieć. Ale chyba dość często tak się zdarza. W przeciwnym razie świat by się dość szybko wyludnił — Starzyński starał się być dowcipny i nieco rozluźnić atmosferę. Dopijał kawę. Zawsze wyrzucał sobie, że nie może się opanować. Herbatę pił spokojnie, a w kawie latte było coś takiego, że najchętniej wypiłby ją duszkiem.
— Spotykałam się z nimi kilkakrotnie. To i tak cud, bo on nie chciał prowadzić żadnego życia towarzyskiego. Starałam się go jakoś naprowadzić. Wie pan, niezbyt nachalnie, żeby tego nie odebrał jak ingerencję w prywatne sprawy, ale żal mi jej było. Znosiła to nie najlepiej. Niby twarda kobieta, ale coś nie zagrało w tym związku.
— Chyba miała nadzieję na poprawę, bo przecież się nie rozwiodła? — komisarz rozważał zamówienie kolejnej kawy, ale obawiał się, że przy tym upale może mu skoczyć ciśnienie.
— Ona była… lojalna. To chyba właściwe słowo. Chciała się odnaleźć w tym związku. Pewnie liczyła, że to się może udać.
— Przepraszam, że zadam to pytanie — Starzyński pochylił się w kierunku swojej rozmówczyni — panie byłyście dość blisko. Czy w tej frustrującej dla Marty sytuacji, według pani wiedzy, pożycie państwa Wolańskich było wystawione na jakieś poważne próby?
— Chodzi panu o to, czy go zdradzała?
— Może nie ona, tylko on? — spytał prowokacyjnie.
— On? Nie wydaje mi się. Generalnie… straszna ciapa. Chociaż… różnie bywa. Czasem w domu fajtłapa, a na zewnątrz ogier. Ale to chyba nie Paweł. Ona… owszem. Były jakieś przelotne romanse. Sporo podróżowała służbowo. To pewnie nie było łatwe, zwłaszcza kiedy mieli coraz większy kryzys… — Krzemińska poprawiła włosy i zaczęła rozglądać się, jakby kogoś szukała. Starzyński uniósł głowę i przez chwilę wydawało mu się, że zobaczył za szybą twarz mężczyzny, którego gdzieś widział wcześniej. Tylko gdzie? Chyba jestem przewrażliwiony, skonstatował.
— Domyślał się? — zapytał, jakby to było oczywiste.
— Nie wiem. Nie sądzę. Ona naprawdę w domu była bardzo troskliwą żoną. Tylko ten brak czasu…
— Zna pani Pawła Wolańskiego dość długo. Czy mógłby zabić swoją żonę? — pytanie było mocne i spostrzegł, że Krzemińską jakby wbiło w fotel. Lubił czasem szokować swoich rozmówców. Często robił to na początku, żeby zobaczyć reakcję. To dawało mu przewagę w trakcie przesłuchania. Łatwiej wyczuwał potem fałsz. Tym razem nie skorzystał ze swojej metody. Chciał po prostu wiedzieć, czy negatywny stosunek Justyny Krzemińskiej do męża swojej serdecznej koleżanki ma jakieś realne podstawy, czy opiera się tylko na opowieściach Marty Wolańskiej.
— A czy w ogóle jest taka możliwość? — odpowiedziała pytaniem.
— Zawsze trzeba brać pod uwagę nawet najmniej prawdopodobne warianty — uśmiechnął się — no więc?
— Nie wiem. Nie chciałabym być niesprawiedliwa, ale kiedy się nad tym zastanawiam, to… wydaje się to możliwe.
***
24 lipca 8:10
Po kilku chłodniejszych dniach wróciły upały. Starzyński szykował się do kolejnej odprawy u Metelskiego. Nie miał dobrych wieści. Postępowania ślimaczyły się, co było w zasadzie normą, ale szef miał na to własny pogląd. Zanim komisarz dopił poranną kawę, zadzwonił miejski.
— I jak tam? Co tam? Masz jakieś rewelacje? — Stefan wyraźnie nie mógł się doczekać newsów.
— Jeszcze nawet nie zdążyłem się wyspowiadać Metelowi. A ty co? Spać nie możesz?
— Wiesz, że kto rano wstaje… — Stefan był wyraźnie pobudzony.
— Miałeś dobry seks od rana, czy coś wziąłeś? — Starzyński nie podzielał entuzjazmu kolegi.
— Wszystko w normie. A ciebie co ugryzło?
— Nic. Nie mam żadnych rewelacji ani dla Metela, ani tym bardziej dla ciebie.
— A czemu tym bardziej? — dopytywał Stefan, nie przeczuwając, że igra z ogniem.
— Stary, ty sobie wyobrażasz chyba, że my tu nic nie robimy, tylko zajmujemy się twoim Wolańskim?
— Jakim tam moim? Powinieneś być wdzięczny, że pomagam.
— Nie pomagasz, tylko stwarzasz problemy — Starzyński umoczył usta w kubku.
— Przesadzasz. Poza tym spełniłem obywatelski obowiązek. Dostałeś info o możliwości popełnienia przestępstwa i tak się odwdzięczasz? — Stefan próbował żartować.
— No. Uprzejmie doniosłeś i twoja rola się na tym kończy. Zajmij się swoimi klientami, żeby ci polis przybywało.
— Właśnie. Przybywa cały czas i to również w twojej sprawie. Masz chwilkę po południu?
— Może? — Komisarz odstawił pusty kubek i zerknął na zegarek.
— To umówmy się na kawę tam gdzie zwykle. O drugiej?
— Ok. Kończę, bo idę na dywan.
— To powodzenia.
***
24 lipca 8:40
— Powiedz mi co tak naprawdę mamy w sprawach Wolańskiego i tego drugiego …
— Sitarskiego — podpowiedział Starzyński.
— Właśnie. Masz jakiś pomysł na szybkie zakończenie tych postępowań? — Metelski jak zwykle najpierw analizował wskaźniki, a dopiero potem dawał sobie coś wytłumaczyć.
— Wiesz, że to nie są sprawy na kilka dni.
— A na ile? Według Stefana ten Wolański to ewidentny przekręt.
— Tak ci powiedział? Niech on nie będzie taki mądry. Mógł tu zostać. Fałszowanie polis wykluczyliśmy, ale sprawdzamy jeszcze inne możliwości.
— To znaczy?
— Zabójstwo. Nie było sekcji…
— Więc masz coś?
— No właśnie nie mam. Trochę za mało, żeby zażądać ekshumacji. A twój genialny Stefan twierdzi, że Wolański zamordował żonę. Tylko szkoda, że nie musi się z tym bujać.
— A możesz to umorzyć z powodu braku cech przestępstwa? Wiesz, dałem wam zielone światło, bo miało być szybko, łatwo i przyjemnie. No i plusik w papierach.
— To pewnie też wersja Stefana. Na razie chcę wszystko sprawdzić. Nie wygląda zbyt rozwojowo, ale właśnie wypłynęła kolejna polisa wystawiona kilka tygodni temu. Prawdopodobnie na kochanka. Potrzebuję czasu.
— A Rosicki? — przełożony przesunął linijkę na liście prowadzonych spraw o jedną pozycję niżej i popatrzył Starzyńskiemu w oczy.
— To już kończymy. Ewidentny samobój.
— Szkoda. Lepiej by było, żeby go ktoś kropnął — uśmiechnął się Metel.
— A my złapaliśmy go na gorącym. Jasne. Wiem, czego ci trzeba — żartował Starzyński.
— No! To skończ coś z sukcesem, bo ostatnio mamy same porażki. A ja to wysyłam dziś do centrali. — Metelski potrząsnął teczką z raportem — I mnie wkurwia, że nie możemy się niczym pochwalić. Zrób coś z tym. Potrzebujecie wsparcia? Mogę dać wam Hankę.
— Poradzimy sobie.
Po zakończeniu „przesłuchania” u szefa energicznie otworzył drzwi pokoju. Jurek odskoczył w ostatniej chwili.
— No, no… Taka śmierć na służbie to już by była przesada — próbował żartować, rozcierając łokieć.
— Sorry, wszystko ok.?
— Może być. — Jerzy sięgnął po teczkę. — Słuchaj, muszę lecieć. Rozmawiałem z tą twoją Agnieszką.
— Jaką Agnieszką?
— Sekretarką Sitarskiego.
— Przecież moje kobiety miałeś zostawić mnie? — Starzyński zamknął drzwi i podszedł do komputera.
— Ale dzwoniła tu wczoraj, więc podjechałem.
— Stało się coś?
— Znalazła jeszcze jakieś papiery. Okazuje się, że Adamiak też miał polisę. Widać był cenny dla Sitarskiego.
— Ciekawe.
— Mhm. Zwłaszcza kwota. Półtorej bańki. Kolejna ciekawostka, to, że również w firmie Stefana — zaśmiał się.
— No proszę, a agenci narzekają, że ludzie nie chcą się ubezpieczać — zaśmiał się Starzyński, klikając na ikonkę poczty.
— Fajna ta Agnieszka.
— No! Uważaj, bo powiem Baśce.
— Coś ty. Myślałem o tobie. Jadę do notariusza i księgowej Sitarskiego. Mamy decyzję sądu. Można będzie zobaczyć resztę dokumentów. Może jest tam jeszcze coś ciekawego. Pomyśl o tej sekretarce. Aga — brzmi całkiem nieźle.
Ostatnie zdania wypowiedział, cofając się do pokoju z korytarza. Puścił do komisarza oko.
— Nie ma jak dobry kolega. Idź już!
Jerzy ponownie otworzył drzwi. — Muszę dbać o ciebie, bo długo tak sam nie pociągniesz. Zadzwoń do niej — zaśmiał się. Starzyński wykonał ruch, jakby chciał rzucić w kierunku drzwi linijką. Po wyjściu Jerzego pomyślał, że istotnie nie miał ostatnio czasu na żaden romans. Od śmierci żony prowadził się nienagannie. Nie licząc kilku wyskoków alkoholowych. Na kobiety patrzył przez pryzmat Agaty. Żadna nie wydawała się zbyt atrakcyjna w takim zestawieniu. Owszem, podobały mu się dziewczyny, ze zgrozą zauważał, że coraz młodsze, ale miały jedynie zewnętrzne atrybuty kobiecości. Zwykle, kiedy próbował zamienić z nimi kilka słów, czar pryskał. Czy w łóżku jest przymus rozmawiania? — zastanawiał się. Może Jurek miał rację. W końcu kiedyś powinien rozładować napięcie w miłym towarzystwie, a nie sam, jak nastolatek. Zdrada? Czy to byłoby coś w tym rodzaju? Przecież nigdy nie spał z inną od chwili kiedy się pobrali. Jakoś nie bardzo widział siebie z nową kobietą. Potrzebuje więcej czasu. Tak. Na wszystko trzeba zdecydowanie więcej czasu. Odruchowo spojrzał na ścienny zegar. W kalendarzu miał zaplanowaną wizytę w instytucie oraz odszukanie Patrycji Jordan. Należało też wreszcie porozmawiać z Adamiakiem. Tylko jak go namierzyć? Może w międzyczasie kontaktował się z sekretariatem swojej firmy? Doczytał korespondencję, wypijając duszkiem mineralną. Dochodziła jedenasta. Chyba przyjdzie skorzystać z rady Jurka — pomyślał, wybierając numer Agnieszki Ostrowskiej.
3—AGNIESZKA
25 lipca 11:20
Sekretariat MazBudExu wyglądał jak w czasie przygotowań do remontu. Na środku sterta książek i pudła z dokumentami. Jedna z zasłon walająca się pod oknem. Pół firany odczepionej z „żabek”. Agnieszka stała na ostatnim szczeblu aluminiowej drabiny, próbując pokonać kolejną część żmudnego zadania. Jerzy miał rację. Wyglądała naprawdę efektownie. Zwłaszcza teraz, kiedy stojąc niżej, mógł zobaczyć o wiele więcej. Ciemna spódnica, choć spełniała jeszcze warunki stroju biznesowego, nie należała do najdłuższych. Zgrabne, długie nogi przyciągnęłyby uwagę większości facetów nawet o kilka szczebli niżej. Starzyński, stojąc w uchylonych drzwiach, chrząknął, chcąc zachować pozory przyzwoitości. Sekretarka wykonała gwałtowny ruch i drabina zachwiała się niebezpiecznie, ale dzielny komisarz przemierzył pokój dwoma susami i już stabilizował urządzenie, udając, że patrzy w górę wyłącznie z konieczności. Zanim doszło do konwersacji, zobaczył czerwone stringi opinające kształtne pośladki.
— O, pan komisarz. Nie zauważyłam, kiedy pan wszedł — schodząc powoli z drabinki, Agnieszka Ostrowska usprawiedliwiała się, jakby zrobiła coś złego.
— Przepraszam, powinienem był zapukać — starał się ukryć zmieszanie.
— W każdym razie uratował mi pan życie — uśmiechnęła się zalotnie, poprawiając spódnicę.
— W końcu, od czego jest policja — żartował. — Pani Agnieszko, pewnie przeszkadzam, ale chciałbym zadać jeszcze kilka pytań.
— Nie, nie… przecież uprzedzał pan, że wpadnie dzisiaj. Po prostu być może będziemy się musieli stąd wkrótce wynieść i rozumie pan…
— Czemu? Przecież firma…
— Pani Sitarska zdecydowała, że nie będzie jej dalej prowadzić.
— Ale czy to znaczy…
— Podobno znalazła kogoś, kto przejmie MazBudEx, a biuro nie będzie już potrzebne.
— Rozumiem. Tylko że tak nagle?
— Właśnie. Też się zdziwiłam, bo przecież nie minęły nawet dwa tygodnie… Szkoda słów. Napije się pan czegoś?
— Poproszę małą kawę, jeśli to nie sprawi kłopotu. A co z panią?
— Nie wiem. Na razie nie mam pomysłu — włączyła elektryczny czajnik i wyjęła z szafki dwie filiżanki. — Trzeba czegoś poszukać.
— Może porozmawiać z nowym właścicielem? — Starzyński próbował pomóc bez przekonania, a najgorsze było to, że własne słowa kłuły go w uszy. Co za paranoja — pomyślał — przecież nie przyszedłem tu, żeby udzielać porad z zakresu HR. Żal mu było dziewczyny. Wyglądała na uczciwą, chociaż nieźle zakręconą. Ciekawe ile ma lat? — Długo tu pani pracuje? — złapał się na tym, że zadaje pytania, które nie bardzo przybliżają go do wyjaśnienia sprawy, ale przynajmniej dowie się więcej o Agnieszce.
— Cztery lata. Nie wiem, czy to długo. — poprawiła włosy, przesuwając niesforny kosmyk za ucho. Wyjęła z szuflady łyżeczki. Mocną? — spytała.
— Nie, jedna wystarczy.
Miał coraz większą ochotę dokończyć tę rozmowę w jakimś bardziej przytulnym miejscu. Cholera, że też człowiek nie jest młodszy. Wypadałoby zaprosić ją gdzieś na drinka. Uspokój się — przemawiał do siebie głosem wewnętrznym — jesteś na służbie, a ona mogłaby być pewnie twoją córką. Czajnik wyłączył się i Agnieszka zaczęła zalewać kawę.
— Może przejdziemy do konferencyjnej — zaproponowała — tutaj taki bałagan.
— Oczywiście — zgodził się od razu.
Kiedy usiedli przy okrągłym stoliku, spojrzała mu w oczy, a on poczuł, że chyba dzieje się z nim coś niedobrego. Podobała mu się coraz bardziej. Prawdopodobnie już zdążyła się zorientować. Psia krew, że też nie przysłałem Jurka — pomyślał, ale w duchu cieszył się, że przyjechał sam.
***
25 lipca 11:45
— Dobrze, że pan już jest, bo mam za pół godzinki klienta — notariusz Świerczyński przetarł okulary i wskazał Jerzemu miejsce przy biurku — proszę. Mam nadzieję, że to nie potrwa długo.
— Postaram się. Czy mogę zobaczyć te dokumenty? — zapytał dość stanowczym tonem, kładąc na stole „blachę”. — Przepraszam, ale nie wylegitymowałem się przy wejściu.
Notariusz podniósł słuchawkę. — Pani Aniu, czy długo mam czekać na tę teczkę Sitarskiego. Pan komisarz siedzi już tutaj kilka minut — w głosie słychać było wyraźne zniecierpliwienie.
Sekretarka weszła po chwili i położyła segregator na biurku. — Proszę się nie gniewać — zwróciła się w stronę Jurka — mieliśmy tu dzisiaj sądny dzień, a za chwilę kolejni klienci. Skinął głową ze zrozumieniem i uśmiechnął się. Miał wrażenie, że już gdzieś ją wcześniej spotkał. Zadbana czterdziestolatka, która doskonale wiedziała, o co chodzi. Kiedy na nią spojrzał, odwzajemniła uśmiech. Notariusz chyba też udawał zagniewanie dla pozoru. Widać było, kto tak naprawdę dba o porządek w firmie. Zorientował się zaraz po wejściu do biura, kiedy pani Anna strofowała młodą aplikantkę. Świerczyński wyciągnął z segregatora kilka kartek.
— Czy przygotowała pani wypis, pani Aniu? — zapytał współpracownicę, która chwytała właśnie za klamkę.
— Tak. W tych koszulkach na wierzchu. Przepraszam, ktoś przyszedł.
— Mhm — mruknął Świerczyński i poprawił się w fotelu. Spory brzuszek nie pozwalał mu przysunąć się do biurka bliżej. — Proszę, niech pan spojrzy — podał dokument Jerzemu.
— To dyspozycja Sitarskiego? — komisarz patrzył na wypis z niedowierzaniem.
— Tak, sprzed ponad trzech miesięcy. O ile sobie przypominam, to Henryk, znaczy pan Sitarski, prosił o przygotowanie aktu nawet nieco wcześniej, tylko nie miał czasu przyjść z panią Patrycją.
— Rozumiem. Czy w kwestii własności firmy są jeszcze jakieś dyspozycje albo może słyszał pan o planach? — Jerzy próbował dowiedzieć się od notariusza czegoś więcej.
— Nic mi na ten temat nie wiadomo. Zresztą wie pan. To jest zawód zaufania publicznego. Nie mam zwyczaju dzielić się takimi informacjami. Sąd wyraził zgodę na przekazanie dokumentów. W kwestii MazBudExu sprawa jest klarowna. Pozostałe pięćdziesiąt procent dziedziczy małżonka, o ile oczywiście właściciel nie sporządził testamentu, w którym by to wykluczał. U mnie nie ma takiego zapisu, ale wie pan, że może być gdzieś w domu czy w biurze…
Chociaż, jak znam, a właściwie jak znałem zmarłego, to był w tych sprawach dość skrupulatny i raczej zostawiłby to w kancelarii.
***
25 lipca 11:50
— Czy od mojej ostatniej wizyty coś się zmieniło? — spytał ostrożnie Starzyński, mrużąc przy tym oczy, jakby chciał ukryć, że nie potrafi opanować natarczywych myśli. Nie mógł uwolnić się od planu, który sprowadzał się do tego, żeby znaleźć w końcu sensowny pretekst do bardziej intymnego spotkania. W rzeczywistości zamierzał ją uwieść. Co tam uwieść, to takie staroświeckie. Po prostu zaciągnąć bez ceregieli do łóżka. Przecież teraz kobiety są zdecydowanie mniej pruderyjne, zwłaszcza młode. Oceniał ją na jakieś dwadzieścia sześć, może osiem, ale z pewnością nie przekroczyła magicznej bariery, która oddziela dziewczynę od kobiety. Wprawdzie dla facetów oscylujących wokół wieku Chrystusowego poprzeczka ustawiona jest co najmniej pięć lat niżej, ale on nie miał aż takich wymagań. Wielokrotnie zdarzało mu się podziwiać urodę i wdzięk dam, które niebezpiecznie zbliżały się do czterdziestki, ale oglądał się też za nastolatkami, wyrzucając sobie, że chyba ma coś z pedofila. A może każdy facet ma, a tylko niektórzy potrafią się przyznać, choćby przed samym sobą, że kręcą ich koleżanki córek. Przeczuwał, że coś się wydarzy, bo Agnieszka też zmrużyła oczy. Odsunęła się lekko od stolika i podobnie jak on założyła nogę na nogę. Spódnica niebezpiecznie pojechała do góry. To nawet nie było NLP, bardziej prowokacja. A może w tym momencie każdy jej gest potraktowałby jako zachętę. Musiał jednak wciąż zachowywać pozory.
— Panie komisarzu… — zamachała rzęsami i odruchowo poprawiła spódnicę — nie wiem, czy to ważne — nachyliła się w jego kierunku, jakby chciała powiedzieć coś w tajemnicy. — Bronek, to znaczy Adamiak, pytał o pana. On — zawiesiła głos i popatrzyła mu głęboko w oczy — chyba też się czegoś obawia.
Miał ochotę, żeby przechylić się bardziej i ją pocałować. To nie był dobry pomysł. W każdym razie z pewnością nie w tym momencie. Coś mnie jednak opętało, pomyślał i szybko odchylił się, sięgając po filiżankę.
— A z czego pani wywnioskowała, że pan Adamiak mógłby czuć się zagrożony?
Położyła dłonie na stoliku, prawie dotykając jego przedramienia.
— Bo, widzi pan, ja znam Bronka dość dobrze. My kiedyś… no, wie pan…
— Byliście parą? — próbował ułatwić Starzyński, chociaż dopowiedział to z pewnym rozczarowaniem. Chyba niepotrzebnie, ponieważ właśnie uzyskał cenną informację, że kobieta lubi starszych panów, a w każdym razie kilkunastoletnia różnica wieku nie robi na niej wrażenia.
— Krótko — spuściła oczy, jakby czuła się winna — ale wystarczająco długo, żeby wiedzieć takie rzeczy. On nie należał nigdy do tych strachliwych. Przeciwnie, nawet potrafił dać w mordę, kiedy nas kiedyś zaczepili jacyś kibice wracający z meczu. W interesach też nie był owieczką. Czasem się stawiał ostro w rozmowach z kooperantami. Nawet szefowi potrafił wygarnąć…
— A co takiego? — zainteresował się Starzyński.
— No, wie pan… ludzie, prowadząc wspólny biznes czasem się kłócą. Różnica zdań, temperamentów.
— Może przypomina sobie pani jakieś szczegóły? — czuł, że instynkt myśliwego bierze jednak górę. Nie chodziło o polowanie na dziewczynę, tylko wyciągnięcie informacji. Adamiak wydawał się być niezwykle tajemniczą osobą. Nie odbierał, chociaż komisarz próbował dzwonić z różnych telefonów. Może po prostu nie chciał się z nikim spotykać. Depresja? Chyba raczej poczucie zagrożenia.
— To nie było nic szczególnego. Po prostu panowie ścięli się w sprawie jakiejś umowy. Nie pamiętam, o co dokładnie chodziło. Bronek krzyczał wtedy, że trzeba być ciotą, żeby tak się bać.
— Ciotą? Tak dokładnie powiedział?
— Oni nigdy nie przebierali w słowach. Czasem lepiej było zatkać uszy… A kiedy jeszcze do gorących głów dotarł alkohol, to… sam pan rozumie, Wersal się kończył.
— Ta kłótnia, o której pani wspomniała, miała miejsce w ostatnim czasie?
— Tak… to znaczy jakiś miesiąc temu. — Agnieszka przyglądała się komisarzowi z coraz wyraźniejszym zainteresowaniem. Podnosząc filiżankę, trąciła go niby przypadkiem i natychmiast pobiegła po serwetki stojące na dużym stole konferencyjnym. — Przepraszam bardzo, jestem taka niezręczna — usprawiedliwiała się, zbierając niewielką strużkę herbaty płynącą wolno w kierunku Starzyńskiego. Podeszła do stolika z jego strony, choć nie było takiej potrzeby. Nachyliła się tak, żeby mógł dokładnie obejrzeć, co nosi pod bluzką.
Czuł, że chyba dłużej tego nie zniesie, chociaż przecież starał się. Przemawiał opanowanym głosem, a może tylko tak mu się zdawało. Powinien jednak kończyć to spotkanie, zanim stanie się coś nieprzewidywalnego. Najgorsze, że dowiedział się niewiele. Musi jeszcze chwilę wytrzymać i nie dać się prowokować. Ze zdumieniem spostrzegł, że nawet nie ma ochoty zapalić, chociaż zwykle, gdy się stresował, była to naturalna potrzeba.
— Pani Agnieszko zaczął nieco zmienionym głosem — zupełnie mi odbiło, pomyślał i ugryzł się w język, zamiast oficjalnego tonu jeszcze poufałości.
— Oczywiście, panie komisarzu — sekretarka wrzuciła serwetki do kosza i stanęła niezdecydowana przy stoliku. — Może jeszcze coś podam?
— To poproszę kaczkę na słodko — zażartował. Wiedział już, że raczej nic nie będzie z dzisiejszego „przesłuchania”. Może należało ją zaprosić do firmy albo oddać Jerzemu. Pewnie zrobiłby to lepiej. Chwila. Co znaczy lepiej? Nie, nie… Nic z tego. Zrobi wszystko sam i będzie bardzo dobrze. Tymczasem czuł się jak piętnastoletni sztubak na pierwszej randce, chociaż teraz chłopcy w tym wieku są już pewnie często znacznie dalej… — A tak na serio, bardzo chciałbym, żeby opowiedziała mi pani szczerze o relacjach między panem Adamiakiem a szefem i… — spojrzał jej prosto w oczy — proszę się nie gniewać, ale także o pani relacjach z panem Bronisławem. — próbował być bardziej oficjalny.
— Kiedy ja… staram się, naprawdę. Niewiele szczegółów pamiętam, a zresztą oni przeważnie rozmawiali w gabinecie dyrektora przy zamkniętych drzwiach. Skąd miałam wiedzieć, co może być ważne, przecież nikt nie przewidywał, że … — zawiesiła głos i kolejny raz poprawiła kosmyk włosów, który wysunął się zza ucha.
Nie ulegało wątpliwości, że jest śliczna. Ciekawe czy Sitarski też się do niej dobierał. A może to jest właśnie jakiś trop? Dwóch czterdziestolkilkulatków zadurzonych w jednej pannie. Jeszcze trochę czasu i okaże się, że trzech — uśmiechnął się do swoich myśli.
— Doskonale rozumiem, pani Agnieszko — przechylił się w jej stronę i mimowolnie chwycił za nadgarstek — ale w tej sytuacji wszystko może mieć znaczenie.
Kobieta nie cofnęła ręki — gdyby okazało się, że ktoś mógł być zainteresowany śmiercią pani szefa — kontynuował — będzie pani jedną z niewielu osób, które w kwestii ostatnich tygodni życia Henryka Sitarskiego mogą mieć kluczowe informacje. No i zna pani dobrze pana Adamiaka…
— Ale to nie jest tak, jak pan myśli. — Ostrowska wydęła wargi, jakby poczuła się dotknięta. — Byliśmy parą bardzo krótko i to ponad dwa lata temu. Chciałam się nawet zwolnić, ale szef mnie zatrzymał. Powiedział, że powinien wyrzucić Bronka na zbity pysk. To był bardzo dobry człowiek.
Starzyński puścił dłoń Agnieszki. Przypomniał sobie nagranie, które mu dostarczono oraz SMS-y szantażysty. Gdyby mu przyszło oceniać Henryka Sitarskiego pewnie to, że był dobrym człowiekiem, przyszłoby mu do głowy jako ostatnia rzecz. Cóż, nikt nie jest doskonały, pomyślał.
— A co się dzieje obecnie z panem Adamiakiem?
— Nie wiem. Nie było go w biurze przez ostatni tydzień.
— Miał gdzieś wyjechać? — Starzyński bawił się pustą filiżanką.
— Nie wspominał, ale on zawsze był trochę postrzelony, a po tym wszystkim…
— Po czym?
— No, to znaczy po śmierci szefa, wpadł tu tylko dwa razy i to na krótko. Nie odbiera telefonu. Wie pan, jednak czasem ktoś musi podejmować decyzje, przecież firma jeszcze nie jest zamknięta. Nie wiem, co odpowiadać. Dzwonią kontrahenci. Czasem kierownik budowy. Pani Sitarska też… jakby miała to wszystko w nosie. — Może jeszcze herbaty, albo przyniosę coś zimnego? — zaproponowała.
— Nie, dziękuję. Mam zaraz kolejne spotkanie — skłamał — ale gdyby pani przypomniała sobie dokładnie kilka ostatnich tygodni, może nawet miesięcy w biurze. Coś, co mogło mieć związek z firmą, z jakimś trudnym klientem i oczywiście z pani przełożonymi. Albo jakieś informacje o ich osobistych relacjach, o czym pani usłyszała choćby przez przypadek. Czasem coś całkiem nieistotnego nabiera nagle innego znaczenia, gdy wydarza się tragedia. Wie pani, o czym mówię? — komisarz spojrzał na swój telefon i schował aparat do wewnętrznej kieszeni marynarki.
— Nie wiem, jak długo tu jeszcze będę — powiedziała ze smutkiem w głosie.
— Rozmawiała pani z Sitarską?
— Konkretnej daty rozwiązania umowy mi nie podała, jeśli o to pan pyta. Powiedziała, że wkrótce, a ja mam miesiąc wypowiedzenia i niewykorzystany urlop za poprzedni rok, więc to może być praktycznie z dnia na dzień. Trochę przykro.
— Jasne. Przyzwyczajamy się do swojej pracy, do miejsca, doskonale panią rozumiem. — Po raz kolejny dotknął jej dłoni i jakby się przestraszył. Wstał szybko i dodał — oczywiście, gdyby to nie było możliwe tutaj, albo wolałaby pani inne miejsce… Możemy się spotkać u mnie w firmie albo gdzieś poza biurem. — Starzyński starał się, żeby zabrzmiało to jak najbardziej naturalnie, ale chyba się nie udało.
— To dobry pomysł — podchwyciła Agnieszka — zadzwonię. Zadzwonię na pewno. Mam pana wizytówkę — uśmiechnęła się szeroko i zalotnie przekrzywiła głowę.
***
26 lipca 7:16
Komórka od siódmej podskakiwała jak szalona. Najpierw szef, że odprawa pół godziny później, potem Aśka, a na końcu Stefan. Próbował go spławić, ale wiedział, że to prawie niemożliwe.
— I jak postępy dochodzenia?
— Stefan daj spokój. Nie dzwoń w środku nocy.
— Nie przesadzaj. Jest już po siódmej.
Uważał jak zwykle, że każda pora jest dobra, jeśli tylko ma w tym jakiś swój interes.
— Może i siódma, ale rano, Stefan, R A N O! Czy to do ciebie dociera?
— Przecież i tak musisz zaraz jechać do firmy — nie dawał za wygraną.
— Właśnie Metel dał mi pospać dłużej…
— Ale ja ci nie dam — roześmiał się — widzisz jak dobrze, że mnie nie awansowali? Teraz mamy kontakt rzadziej, więc dbaj trochę o kolegów.
— Odpieprz się. Nic się nie zmieniło. Oddzwonię później. — Starzyński miał ochotę rzucić słuchawką, ale to by nic nie dało, a telefonu wyłączyć nie mógł. Co za kretyńska, pojebana robota — zaklął.
— No, dobra. Tylko nie zapomnij. — Stefan tym razem odpuścił i rozłączył się.
Starzyński nie zdążył dobrze przyłożyć głowy do poduszki, kiedy odezwał się, nastawiony standardowo na siódmą dwadzieścia, budzik. Odruchowo wcisnął drzemkę, ale wiedział, że to mu już w niczym nie pomoże. Powoli usiadł na łóżku. Czuł się fatalnie. Zanim pozbierał myśli, wysłużona Nokia zaczęła ponownie podskakiwać na stoliku. Zrezygnowany sięgnął po słuchawkę.
— Jedziesz? — Jurek bardziej stwierdził, niż pytał.
— Tak, nawet mam już na sobie majtki. Tylko czapkę włożę i będę gotów.
— No i po co ten sarkazm? Gdybyś wiedział co mam, byłbyś bardziej miły dla kolegi z pokoju.
— Wyście chyba dziś wszyscy powariowali. Sorry, ale posłucham rewelacji za pół godziny. Muszę się ogarnąć. — Starzyński wyciszył telefon. Zdjął bieliznę z suszarki i powlókł się do łazienki. Marzył o urlopie albo chociaż jakimś dłuższym weekendzie. Dopiero środa, skonstatował. Najgorsze, że niewiele mamy dla Metela. Wczorajsze spotkanie z Agnieszką uznał za zawodową porażkę. Od dawna nie zmarnował tyle czasu. Właśnie, czy całkiem bez sensu? Sięgnął po szczoteczkę i nałożył Aquafresh. Lubił tę pastę, odkąd usłyszał dowcip, jak do Putina zgłosili się przedstawiciele Coca-Coli i zaproponowali powrót do czerwonej flagi, na której za olbrzymie pieniądze umieściliby niewielki napis firmowy. Prezydent opierał się, ale po ich wyjściu wezwał ministra finansów i zapytał, kiedy kończy się umowa z Aquafresh?
Bawiły go takie abstrakcyjne kawały. Spojrzał w lustro i stwierdził, że się starzeje. Cztery dychy stuknęły nie wiadomo kiedy. Tylko mentalnie, gdzieś w głębi serca, a może bardziej mózgu, czuł się wciąż nastolatkiem. Może wszyscy faceci to mają, tylko w różnym stężeniu? Coś jednak przecież odróżnia mężczyzn od chłopców. Dlaczego czasem podobał się młodszym kobietom? Przecież nie z powodu urody. Chociaż, cholera wie. One mają swój własny tok rozumowania, którego nawet po kilkunastu latach związku z Agatą nie potrafił do końca przeniknąć. A czy przypadkiem nie o to właśnie chodzi? Czy nie pociąga nas w nich inny sposób widzenia świata? I to nie ciało u młodszych przedstawicielek gatunku jest najważniejszym magnesem. W każdym razie z pewnością nie wystarczającym, żeby wpaść po uszy. Musi być coś więcej. Z upływem lat nabierają rutyny w zawłaszczaniu. Często nie zostawiają żadnej wolnej przestrzeni. Przekonane, nie bez uzasadnienia, że chłop musi mieć zorganizowane życie, starają się wypełnić mu je aż do bólu. Wsadził głowę pod kran i kontynuował rozważania. Zerknął na komórkę, ale nic się nie zmieniło. Wycierając włosy, pomyślał znów o Agnieszce. Jaka ona jest? Nie w łóżku. To akurat nie było najważniejsze, choć bardzo długi post czasem mu dokuczał. Miał zasady, których starał się przestrzegać. W obecności kobiet żartował, że się tak łatwo nie oddaje. Trzeba z nim trochę pochodzić. Najzabawniejsze, że tak było naprawdę. Agata stanowiła wzór niczym ten pod Paryżem. Przykładał go do każdej, która miała szansę zostać kandydatką na… No właśnie. Na co? Małżeństwo, zwłaszcza przy jego trybie życia, stanowiło spore wyzwanie. Dobrze zapamiętał trudne rozmowy. Miała dość i mówiła, że odchodzi. Nie zdarzało się to często, ale wiedział, jak jest jej trudno. Zwłaszcza kiedy wstawał o trzeciej, żeby spotkać się z informatorem. Albo w czasie weekendu wpadał na pół godziny lub dzwonił, że trzeba coś dokończyć, dorwać kolejnego skurwysyna, żeby nikogo więcej nie zabił, albo nie zgwałcił. To była część jego życia. Jasna dla przełożonych i kompletnie ciemna dla rodziny. Płakała. Kochała go mimo wszystko i bała się, że kiedyś zadzwoni zamiast niego ktoś inny. To przecież mogło się zdarzyć. Dwóch kumpli pożegnało się z tym światem. Jednego odstrzelili, drugi nie dał rady i powiesił się sam. Czy ma prawo zorganizować taką jazdę kolejnej dziewczynie? Pośpiesznie wsypał kawę do ekspresu i wcisnął guzik. Chwilę potem zorientował się, że warto by było jeszcze nalać wody. Minęło dwadzieścia minut. Szczęśliwie do firmy miał niecały kwadrans. Zdąży jeszcze zjeść kanapkę, którą przezornie zrobił wczoraj i wcisnął w folii do lodówki. Wskoczył błyskawicznie w ciuchy i jak zwykle wstawił opróżniony do połowy kubek do zlewu zamiast do zmywarki. Syn i tak był w tej konkurencji nie do pobicia. Zostawiał wszystko na stole. Teraz smacznie spał, więc znów nie będzie szansy, żeby z nim pogadać. Kiedy wróci, pewnie nie zastanie go w domu. Zatrzasnął drzwi i zbiegając z trzeciego po kilka stopni, zastanawiał się co też za rewelacje ma dla niego Jerzy.
***
26 lipca 8:11
— Miałeś być przed ósmą — Jurek położył szczególny nacisk na słowo „przed”.
— Nie marudź. Czasem jesteś gorszy niż moja osiemdziesięcioletnia ciotka — Starzyński nie wykazywał chęci do odpowiadania na zaczepki. — To, co za newsy przygotowałeś od rana?
— W zasadzie od wczoraj, ale nie dzwoniłem.
— A to czemu?
— Wiesz, Baśka… Chciała, żeby wieczór choć raz był miły, zwłaszcza w jej urodziny. I bez telefonu. Pomyślałem, że do rana wiadomość się nie zestarzeje.
— No, to wal. Śmiało.
— Sitarski przepisał połowę firmy Patrycji Jordan.
— Nieźle, nieźle… I co dalej?
— To chyba jesteśmy bliżej domu, co? — zaśmiał się Jerzy.
— Ale ja tam bym się jeszcze nie witał z gąską — komisarz był sceptyczny — myślisz, że to ona pomogła mu zejść z tego padołu?
— To by było dość logiczne. Mogła się obawiać, że zmieni zapis. A nawet jeśli nie, to przecież nie miała wciąż dostępu do kasy. Pijemy coś? — zapytał Jerzy, wskazując palcem parujący czajnik, na którym właśnie zgasła czerwona lampka.
— Możesz zrobić jakąś szybką herbatę. Kawę łyknąłem w domu.
— Załóżmy, że była jego kochanką od dawna — kontynuował, nalewając wodę do kubków — mogło coś przestać trybić. Albo miała kogoś i nie chciała wiązać życia z szefem MazBudExu.
— Nawet z właścicielem — poprawił Starzyński — ale przecież mogła odsprzedać udziały bez takich drastycznych środków.
— Tylko wtedy on musiałby się dowiedzieć. A przecież była jeszcze polisa. Ty nie zmieniłbyś uposażonego, jakby ci kobitka wycięła taki numer? — spytał retorycznie, stawiając przed komisarzem napar.
— Chyba nie. — Starzyński teatralnie przeciągnął ostatnią sylabę — raczej bym ją ubezpieczył, a potem… — zawiesił głos.
— Zabił? — dopowiedział Jurek.
— Kto tu mówi o zabijaniu? Zakopałbym ją żywcem — sparodiował Lindę. Wybuchnęli śmiechem.
— Stary przesunął operatywkę na dziewiątą, więc mamy chwilę. Uporządkujmy wszystkie informacje — zaproponował Starzyński — ale dokończ, bo to wygląda sensownie.
— Jest jeszcze coś. — Jurek siorbnął, co zostało mu wybaczone, jako że trudno elegancko pić wrzątek — ten notariusz.
— Co z nim? — komisarz nie pozostał dłużny i również pociągnął z kubka niewielki łyk, wydając bulgoczący odgłos.
— Odniosłem wrażenie, że znali się dość długo.
— Odniosłeś? Może trzeba było po prostu spytać — zauważył Starzyński.
— Może. W każdym razie byli po imieniu.
— I co z tego? Przecież często korzystamy z usług znajomych.
— Fakt — Jerzy próbował utrzymać kubek, nie korzystając z wyszczerbionego uszka, ale zrezygnował. Syknął, łapiąc się sparzonymi palcami za płatek własnego. — Chodzi mi o to, że jeśli się dobrze znali, to być może różnych dziwnych zapisów było więcej.
— Musiałoby to znaleźć jakieś odzwierciedlenie w dokumentach spółki.
— Jasne, ale często z opóźnieniem.
— Myślisz, że Sitarski mógł starać się wyprowadzić z firmy jakieś pieniądze?
— Pojęcia nie mam. — Jerzy podjął kolejną próbę opróżnienia kubka — ale tak sobie myślę, że ze znajomym notariuszem zawsze łatwiej coś wykręcić…
— Nie wydaje mi się. A jak on się nazywa?
— Świerczyński.
— Sprawdź w Internecie, może coś znajdziesz na potwierdzenie swojej tezy. A w sprawie Wolańskiego. Jakieś zmiany?
— Nic mi o tym nie wiadomo. Obejrzałem pielęgniarki. Bez rewelacji — mrugnął porozumiewawczo.
— Które? — Starzyński zmarszczył brwi.
— Czujny jesteś. Te od Sitarskiego. Ale jeśli na tym oddziale gdzie leżał Wolański, są lepsze…
— Możesz sobie darować — przerwał komisarz. Po coś tam polazł?
— Chciałem pogadać z patologiem osobiście.
— I udało się?
— Strasznie był oficjalny i powiedział, że wszystko znalazło się w protokole…
— To jeszcze krótko co z księgową?
— Nic. Wiesz, ja chyba nie mam natury audytora. Cholera, nie znam się na tym. Powiedziała, że dokumenty są w porządku. Ale która księgowa by zeznała, że nie były? Przecież to na jej łbie jest, żeby wszystko hulało jak należy, prawda?
— Ale czy on nie dawał jakichś sygnałów, że coś jest nie tak, że się obawia…
— Pytałem. — Jerzy dopił wreszcie swoją herbatę. — Nie zauważyła. I nic dziwnego, bo on tam przychodził niechętnie.
— Pewnie też nie czuł się audytorem — podsumował Starzyński. — Dobra, to szybciutko wypiszmy co mamy, żebym jakoś tego Metela mógł obłaskawić, bo nam dziś nogi z dupy powyrywa.
Kończyli listę, kiedy wszedł Metelski.
— To co panowie, gotowi? Możemy zacząć. Ciebie też Jurku poproszę.
— Za dziesięć minut? — zapytał Starzyński.
— OK.
— Chyba to nie jest dobry dzień — zauważył Jerzy, kiedy drzwi się zamknęły.
— Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Niewiele mamy na razie, ale walczymy.
Metel faktycznie był podenerwowany i czepiał się szczegółów.
— Jak w takim tempie będziemy prowadzić postępowania, to mi urwą to i owo w centrali. Pan prokurator też zamierza się włączyć bardziej, bo zanosi się na kolejne umorzenie.
— Więcej optymizmu, Roman — Starzyński zwrócił się po imieniu do szefa, co nie zdarzało mu się często w obecności współpracowników. — Mamy jednak sporo ustaleń. Jeśli to były zabójstwa, to motywy są dość czytelne. Duża szansa, że postawimy zarzuty, ale to wymaga czasu. Uspokój Lewandowskiego, niech się zajmie czymś pożytecznym. Powiedz mu, że my tu nie leżymy brzuchami do góry, a spraw jest pełna szafa.
— I właśnie Przemek chciałby coś z tym zrobić. On nie jest naszym wrogiem. Sami wiecie, że współpracuje się znośnie. W porównaniu z poprzednikiem nawet więcej niż znośnie.
— Cóż. Może każdy ma takiego prokuratora, na jakiego sobie zasłuży — żartował Starzyński.
— Właśnie, a co z pozostałymi sprawami. Co z Famułą?
Jerzy chrząknął i włączył się do rozmowy.
— Famule przedstawiliśmy zarzuty. Zatłukł kolegę w ewidentnych okolicznościach. Był pijany, to prawda, ale to go nie tłumaczy. Mamy trzech świadków. Możemy pisać akt oskarżenia. Tu Lewandowski powinien nas pochwalić.
— A dalej?
— Kilka spraw posuwa się wolno. — Jerzy próbował tłumaczyć Starzyńskiego — ponieważ albo świadkowie nie chcą zeznawać, albo musimy działać ostrożnie. Podejrzewam, że w sprawie Kocięby jest jakiś informator. Bo co innego wyjaśniałoby takie hamowanie postępowania? Gość się prawie przyznał do zabójstwa dilera.
— Prawie czyni wielką różnicę, Jerzy. Wiesz, o co chodzi? Tu musimy być elastyczni, bo jak Kocięba pójdzie siedzieć, to dostanie rok, a dostawcy pozostaną na wolności.
— No, więc dobrze mówię. Jest wtyka. Tylko chyba powinniśmy o tym wiedzieć, nie? Jak mamy normalnie pracować? Niech ekipa od kwasów daje cynk, przynajmniej, że coś robią w sprawie, bo może się nagle okazać, że im kogoś wytniemy.
— Macie jakiś plan w sprawie Wolańskiego i …
— Sitarskiego — podpowiedział Starzyński. — Mamy. Zaraz Ci Jurek przeczyta. Jesteśmy wyjątkowo, to znaczy, jak zwykle przygotowani — puścił oko do Jurka, nie kryjąc tego przed przełożonym.
— Dobra, daj. Popatrzę.
Metelski zanurzył się w lekturze, ale trwało to dosłownie półtorej minuty. Potem wstał, okrążył obszerny gabinet i zatrzymał się przed Starzyńskim.
— Już wiem. Dam wam Hankę.
— Jednak? — komisarz protestował bez przekonania. — Oczywiście, lubimy Hanię, ale powiedz Roman szczerze, chcesz ją gdzieś podłączyć, żeby nabierała doświadczenia?
— To też, ale myślę, że może was odciążyć. Nawet jak zrzucisz na nią kilka ogonów, to da wam oddech.
— A nie wydaje ci się, że to będzie koło w czoło? Czy my potrzebujemy teraz małolatę zadającą setki pytań? OK, wiem, że musi się gdzieś nauczyć, ale zlituj się…
— Piotrek, daj jej szansę. Jak wam za bardzo zalezie za skórę, to ją zabiorę, zgoda?
— Tylko musimy się zdecydować, czy to jest wydział zabójstw, czy ochronka.
— Gdybym cię nie znał, to powiedziałbym, że jesteś jakimś pieprzonym mizoginistą. Hanka naprawdę jest niezła. Kaczmarek ją miał i nie narzekał.
— Zabrzmiało interesująco, chociaż ja zostanę przy swojej Baśce. — Jerzy uśmiechnął się od ucha do ucha.
— Feministki miałyby używanie — dołożył Starzyński.
— Nie róbcie sobie jaj, dobrze wiecie, o co chodzi — denerwował się Metel.
— Generalnie tak. Przeważnie o pieniądze, ewentualnie o seks — Jurek już nie mógł się powstrzymać, ale widząc grymas twarzy przełożonego, szybko spoważniał i dodał — Ale ja już nic nie mówię. Osobiście nie mam nic przeciwko Hani.
— Dobra, dawaj ją — powiedział Starzyński pojednawczo.
— No, to cieszę się, że się porozumieliśmy. Teraz do roboty. Z Hanką spotkamy się wszyscy jutro rano. Przygotujcie coś, żeby jej przekazać, a dziś z nią pogadam. I uprzedzę, że ma być pomocna, a nie upierdliwa, dobrze?
— Mhm — mruknął Starzyński.
***
26 lipca 12:40
Numer Adamiaka nadal nie odpowiadał. Patrycji Jordan nie było w domu, a Aśka telefonowała z pretensjami, że nie oddzwonił.
— Przepraszam cię siostrzyczko, ale mamy tu lekki kocioł. Coś się stało?
— Mieliśmy się spotkać na obiedzie w niedzielę.
— No, tak… — próbował przypomnieć sobie Starzyński.
— Właśnie, tylko że chodziło o poprzednią niedzielę.
— Cholera. Ale mogłaś zadzwonić.
— Mogłaś to, mogłaś tamto — przedrzeźniała go Aśka. — Wiem. Tylko liczyłam, że jednak choć raz będziesz pamiętał o rodzinie.
— Czyli mam kolejny minus. Wypadło fatalnie? — spytał, oczekując wyroku.
— Nic nie wypadło, bo w zeszłą sobotę się rozstaliśmy. Miałam nadzieję, że wejdziesz i pogadamy. Potrzebowałam cię, ale już wiem, że …
— Asiu, przepraszam… Strasznie mi przykro. Mogę wejść dzisiaj wieczorem.
— To wejdź. Tylko nie o północy, bo mam jutro dyżur.
— Dobrze. Będę na pewno. Ściskam cię. — przez chwilę obracał komórkę w dłoni.
Co za świat. Fajna laska i wciąż ma jazdy z facetami. Może gdybym był lepszym bratem? Tylko czy to by coś zmieniło? Dochodziła trzynasta. Przypomniał sobie, że miał się skontaktować z kierownikiem instytutu, w którym pracował Wolański. Przy ogólnej mizerii, jaką ostatnio notowali w kolejnych postępowaniach, pozytywne zakończenie tych dwóch spraw wydawało się priorytetem. Jak zwykle każdy szczegół mógł być istotny. O ile koncepcja Jurka w kwestii motywów Patrycji Jordan nie była pozbawiona sensu, to przecież żona Sitarskiego również pozostawała w kręgu podejrzanych. Nagranie było lekko montowane. Jakby ktoś chciał koniecznie zarejestrować głos Sitarskiej, żeby uniknąć wątpliwości, z kim on rozmawia. To oznaczało, że nagrywający dobrze wiedział o podwójnym życiu Sitarskiego. Kto miałby rzeczywistą korzyść z aresztowania jego żony? Czy liczył, że potraktujemy nagranie jako dowód? A może tylko chciał zyskać na czasie? Po co? Prawdopodobnie istniał gdzieś pełny zapis rozmowy Henryka i Marleny.
W obu sprawach występowała kwestia ubezpieczeń. Polisy mnożyły się jak króliki. Czy to przypadek, czy może coś łączyło obie sprawy? Dwa dziwne zgony w różnych szpitalach w krótkim odstępie czasu. Oczywiście, ludzie nie zawsze umierają w naturalny sposób. Niezamierzona koincydencja była znacznie bardziej prawdopodobna. Wciąż niepokoiło go jednak nieco dziwaczne zachowanie Wolańskiego. No i ta zmiana uposażonych w ostatnich dniach życia jego małżonki. Przyczyna śmierci w obu przypadkach była całkiem inna. Być może mam jakąś paranoję, skoro wszędzie szukam zbieżności, pomyślał Starzyński, wsiadając do samochodu. Zamierzał dodzwonić się do szefa Wolańskiego i pojechać wcześniej do domu. Kiedy szukał numeru, który otrzymał od Jerzego, zadzwonił telefon. Po chwili ciszy usłyszał:
— Dzień dobry panie komisarzu — kobiecy głos był trudny do zidentyfikowania. Jakość połączenia pozostawiała wiele do życzenia.
— Słucham — odpowiedział machinalnie, chyba niezbyt grzecznie.
— Czy wie, pan kto mówi? — coś zaczynało mu świtać, ale nadal nie był pewien. — Przepraszam, ale może ja przeszkadzam? — już wiedział. Agnieszka Ostrowska, jak mógł nie poznać i do tego zachować się jak gbur.
— Ależ tak, poznaję. Dzień dobry pani Agnieszko. Przepraszam, ale mam tu nie najlepszy odbiór.
— To może zadzwonię później?
— Nie, nie. Słucham. Już jest OK. — zaczął mówić głośniej, żeby przekonać rozmówczynię, że mówi prawdę.
— Obiecałam, że zatelefonuję, więc…
— Bardzo dobrze, że pani dzwoni — wciął się bez sensu, zamiast cierpliwie poczekać.
— Tak, a coś się stało?
No to masz bałwanie, pomyślał, jak nie chciało się posłuchać kobiety, to teraz się tłumacz. Wyjął z kieszeni paczkę i próbował wydłubać jedną ręką papierosa. — Mam nadzieję, że nie — improwizował, ale czekałem na pani telefon.
— Pomyślałam, że może jeszcze jest coś, o czym powinniśmy porozmawiać.
— Oczywiście, kiedy możemy się zobaczyć? — ucieszył się i miał nadzieję, że do spotkania dojdzie możliwie szybko. Najlepiej jeszcze dziś. Papieros nie dawał za wygraną.
— Czy piątek byłby dobry? — spytała nieśmiało Agnieszka.
— To znaczy jutro? — upewnił się. Stuknął odwróconą paczką o kolano i wreszcie mógł cieszyć się międleniem Camela w palcach.
— No, tak… chyba że pan nie może.
— Chwilkę, zaraz sprawdzę — zełgał, bo przecież nawet nie miał pod ręką kalendarza. — Czy może być po osiemnastej?
— To nawet dobrze. Może porozmawiamy spokojnie poza biurem.
Proszę, jaka rozsądna dziewczyna, pochwalił w myślach, a głośno potwierdził:
— Zapraszam panią na kawę do Filmowej. Wie pani, gdzie to jest?
— Chyba tak. Zresztą znajdę w necie.
— To osiemnasta trzydzieści?
— Dobrze. Będę. Do zobaczenia.
— Do zobaczenia. A może panią zabiorę z pracy? — nagle przyszło mu do głowy, że może nie mieć auta i tłukłaby się przez pół Warszawy. Wyczuł z drugiej strony wahanie.
— To żaden problem pani Agnieszko. Naprawdę.
— Nie chciałabym robić kłopotu.
— Ależ nie ma żadnego kłopotu. Będę w okolicy około szóstej, więc możemy się zdzwonić i podjadę — skłamał po raz kolejny. Całkiem mi odbiło, pomyślał.
— Dobrze, będę czekała na telefon. Do widzenia.
— Do jutra… I dziękuję, że pani zadzwoniła.
Spokojnie mógł odszukać zapalniczkę i po chwili zaciągnąć się głęboko. Cały czas miał zamiar rzucić i wciąż się nie udawało, choć ilości wypalanych fajek były już teraz zdecydowanie mniejsze. W takich chwilach jak ta cieszył się, że ma przy sobie paczkę. Skręcanie w maszynce było dobre, ale zajmowało zbyt wiele czasu. Uśmiechał się do siebie na myśl, że jutro ją zobaczy. I nie przejmował się wcale tym, że być może właśnie zadurzał się w potencjalnym świadku. Przecież jej zeznania mogły być w wielu kwestiach bardzo ważne. Tak, jestem idiotą, ale przecież nie ja jeden, próbował znaleźć jakieś usprawiedliwienie. Woody Allen zakochał się w pasierbicy, a to jest jednak obca osoba. I do tego starsza, ale pewnie wcale nie mniej atrakcyjna od przysposobionej córki aktora, rozmarzył się. Może jednak ta praca ma jakieś plusy. Przynajmniej można czasem poznać fajną laskę. Oczywiście, musi być profesjonalny i wyciągnąć z rozmowy ile się da. A potem… Któż to wie, co się wydarzy? Rozważania przerwał dzwonek telefonu. Rozmówcy nie było na liście. Odebrał.
— Pan komisarz Starzyński? — odezwał się ochrypły głos w słuchawce.
— Tak, słucham — zaciągnął się wypalonym do połowy papierosem.
— Chyba chciał się pan ze mną spotkać?
— A kto mówi?
— Bronisław Adamiak.
— Tak, rzeczywiście próbowałem pana złapać.
— No, to już pan ma ten problem z głowy. Chętnie się z panem zobaczę. Mam kilka informacji, które być może są dla pana ważne.
Zabrzmiało tajemniczo. Starzyński pociągnął jeszcze raz i wcisnął niedopałek do uchylonej popielniczki.
— Kiedy możemy się spotkać?
— Nawet dziś. Najlepiej jeszcze dzisiaj — dodał.
Komisarz wyczuł w głosie pewne podenerwowanie. Obawę, że może odmówić i zaproponować inny termin. Czekał tak długo, więc teraz postanowił zagrać va bank.
— Nie wiem, czy to się dziś uda. Może lepiej jutro?
— Wie pan, jak to mówią — jutro będzie futro…
Miał rację, Adamiak wyraźnie dążył do szybkiego spotkania.
— Przyjechałby pan do mnie, do biura około siedemnastej? — zapytał Starzyński, starając się wypaść jak najbardziej „służbowo”.
— To nie jest dobry pomysł komisarzu, ale może pan mógłby wejść do mnie po południu. Wie pan, jakoś nie mam serca do policyjnych biurowców. Wolałbym bardziej kameralny klimat.
— Dobrze. O ile pamiętam, to mieszka pan w Rembertowie?
— Tak. Nic się nie zmieniło. Ulica Strycharska czternaście. Będę czekał od piątej.
— Więc jesteśmy umówieni.
Zadzwonił do Jerzego. Był ciekaw, czy coś drgnęło w zaległych sprawach. Potwierdził, że będzie w biurze za godzinę, to zdążą chwilę pogadać. Wrócił w myślach do jutrzejszego spotkania z Agnieszką. Zastanawiał się, jaki będzie miało przebieg. O co powinien dopytać. Czy ona faktycznie ma coś ważnego, czy może chce się po prostu z nim spotkać? Uznał, że chyba przesadza z wysoką samooceną. Powinien się jak najlepiej przygotować i tyle. Wybrał numer instytutu. Zgłosiła się centrala. Poprosił z docentem Magnuskim. Umówił się na piątek przed południem. Wreszcie coś drgnęło, uśmiechnął się do siebie i uruchomił silnik. Powoli przebijał się przez centrum. Spoglądał w lusterko znacznie częściej, niż uczą na kursach. Nawyk gliny? Włączył radio. Prognoza pogody na najbliższy tydzień nie była zachwycająca. Może gdyby miał urlop. Ale zdecydowanie nie znosił upałów. Jutro trzydzieści. Trzeba przetrwać. Sierpień ma być chłodniejszy. Ponownie spojrzał w lusterko. Twarz kierowcy pojazdu stojącego za nim wydała mu się znajoma. Chwilę szukał w pamięci. Tak, to ten gość z pubu, gdzie spotkał się z Aśką. Ale już go gdzieś wcześniej widział. Zbieg okoliczności? W końcu Warszawa, to nie Rio, ani nie Londyn nawet. Uśmiechnął się. Nie był pewien, czy tamten go rozpoznał. Jakie to ma znaczenie. Zapaliło się zielone. Ruszył szybciej, tym razem był pierwszy, więc mógł zaszaleć. Przynajmniej jakieś trzysta metrów. Sprawdził markę auta jadącego za nim. Czarny, hybrydowy Lexus. Kolejny? No, proszę. Ludziska mają kasę. Cholera, ten sam gość, którego widział w Galerii, kiedy spotkał się z Krzemińską. Podobno nie ma przypadków, pomyślał i w tej samej chwili został wyprzedzony. Sięgnął po ołówek wciśnięty w plastikowy, tandetny zestaw z notesikiem na przyssawkę. Nietrafiony prezent, ale czasem, mimo wątpliwej urody, przydawał się, kiedy trzeba było szybko coś zanotować w trakcie jazdy. Zapisał numer rejestracyjny.
Dojechał do firmy po przeszło pół godzinie. Jurka jeszcze nie było. Nalał do szklanki ciepłej mineralnej i ponownie zatęsknił za wolnymi dniami. Byle do piętnastego sierpnia, pomyślał. Święto wypadało we wtorek. Gdyby mu Metel dał dwa dni, miałby pełnych pięć i kawałek czwartku. Mógłby wyskoczyć nad morze albo przynajmniej zaszyć się pod Łodzią w lesie u znajomych. Często ich domek na działce stoi pusty. Nie mają kiedy pojechać. Wyścig szczurów. Znak czasów. Pewnie taki weekend to dla nich też wydarzenie, skonstatował, odstawiając szklankę. Sprawdził pocztę. Jurek wszedł cicho i rzucił teczkę na biurko.
— Masakra stary.
— Wiadomo, kto zabił? — spytał zaczepnie Starzyński.
— Na razie nie ma ofiar, ale w naszej firmie będę pierwszą, jak to potrwa dłużej. Straszna grzałka.
— Fakt. I to się nie zmieni w najbliższym czasie. Masz coś ciekawego?
— No. Dowiedziałem się, że nie zamykamy Kocięby. — Jurek rozpiął górne guziki błękitnej koszuli.
— A czemuż to?
— Dlatego, że ponieważ… Siedzą mu na ogonie i czekają. Podobno ma być jakiś duży przewał. Coś przyleci lada dzień z Kolumbii czy skądś tam. Chłopaki od kwasów prosili, żeby dać im czas. Na razie przejmują gościa, więc to mamy z głowy.
— Mhm, już widzę. Jeśli nie zgarną transportu, to za chwilę będziemy mu mogli wszyscy skoczyć. Pomijając drobny fakt, że ktoś go kropnie, albo zrobi jakieś lewe papiery i ptaszek nam wyfrunie z gniazda — skomentował Starzyński.
— Może aż tak źle nie będzie. W końcu to nie Al Capone, tylko płotka. No, powiedzmy świnka — pochwalił się doświadczeniem wędkarskim Jerzy, śmiejąc się przy tym. — A ty coś taki nadęty?
— Nie… Tylko mnie wkurza, bo w razie sukcesu śmietankę będą spijać chłopcy z narkotykowej, a jak coś będzie nie halo, to w dupę dostaniemy my.
— Jak to mówią biednemu zawsze… — podsumował Jurek.
— A co z Patrycją? — komisarz schylił się, żeby wygrzebać z szafki jakiś czysty arkusz papieru.
— Gdzie tam wlazłeś? — żartował Jerzy — papier się skończył. Nie będziemy drukować. — rozłożył bezradnie ręce.
— Nie zgłaszałeś do sekretariatu?
— A po co. I tak nie ma na takie fanaberie pieniędzy. Drukareczki, wydruczki, może jeszcze w kolorze? Chamstwo i drobnomieszczaństwo — żartował udając Kobuszewskiego.
— Chyba przyniosę z domu — poddał się Starzyński.
— O! I to jest obywatelska postawa. Przekażę przełożonym. Na pewno dostaniesz order.
— Z ziemniaka. No, to co z tą Patrycją Jordan?
— A… Nie, nic nowego. Podjechałem, kartki w drzwiach nie było, więc przeczytała. Chyba że kto inny przeczytał… — Jerzy wytrzeszczył oczy, wpatrując się z uśmiechem w Starzyńskiego.
— Tak i ją od razu stuknął, żeby się z nami nie spotkała. — dołożył sarkastycznie komisarz.
— To też jest całkiem uprawniony sposób rozumowania drogi Sherlocku. No, bo niby czemu nas unika? Przecież oficjalnie ma niewiele na sumieniu. Zresztą, może nawet nie mieć sumienia, co by ułatwiało sprawę. — Jerzy wyraźnie był rozbawiony faktem, że nie udało mu się spotkać z Patrycją.
— Możesz sobie żarty stroić, ale na razie nic nie mamy oprócz kilku polis i jak tak dalej pójdzie, to sukcesu nie będzie. Lewandowski umorzy, a szef nam urwie jaja, bo statystyki mu to nie poprawi.
— Będziemy się dzielnie bronić. — Jurek protekcjonalnie położył rękę na ramieniu Starzyńskiego. — W każdym razie ja sobie niczego urwać nie dam — zachichotał, przyjmując pozycję piłkarza w murze.
— Umówiłem się w laboratorium Wolańskiego.
— Z szefem?
— Tak. Może czegoś się dowiem. Po południu jadę do Rembertowa. Swoją drogą, to dziwne, że Adamiak sam zadzwonił. Sprawiał wrażenie, jakby był czymś wystraszony.
— Wow. Może ma to jednak związek z Patrycją? — Jurek usiadł i otworzył puszkę coli. — Chcesz trochę? Kupiłem z lodówki, bo tu przecież nigdy nie wiadomo co działa…
— Nie, dzięki. Przesadzasz. Lodówka akurat jeszcze zipie. — Starzyński postanowił na wszelki wypadek sprawdzić, czy się nie pomylił i zajrzał do środka niewielkiego simensa, którego przywiózł kilka lat temu z działki. — No, wszystko jest ok. Tylko jak się pije wodę, a coś zostanie, to trzeba tutaj wstawiać. Pokazał palcem wnętrze.
— Coś sugerujesz?
— Musiałem wypić ciepłą mineralną dzisiaj.
— A to sorry. Widocznie się śpieszyłem. — Jurek podniósł ręce, jakby się poddawał i przy okazji wylał na biurko trochę napoju. — Cholera. Zawsze musisz zastawić jakąś pułapkę?
— Masz szczęście, że nie spytałem o godzinę. Wtedy wylałbyś połowę — zaśmiał się komisarz.
— Baaardzo śmieszne.
Jurek starł biurko chusteczką i popatrzył badawczo na kolegę.
— Ubrudziłem się? — spytał, udając zaniepokojenie Starzyński.
— Nie. Zastanawiam się, czy nie powinniśmy do Rembertowa pojechać razem.
— Już lepiej zajmij się Baśką.
— Po co, przecież od jutra będzie Hania — żartował Jerzy.
— OK., to ja z nią porozmawiam.
— Z Hanią?
— Nie. Z Baśką. A do Adamiaka pojadę sam. Może się chłopina spłoszyć, jak zobaczy dwóch funkcjonariuszy.
— Zaraz tam funkcjonariuszy. Powiesz, że wpadłeś z kolegą i tyle. Tak na wszelki wypadek proponuję, bo wiem, że jesteś Zosia Samosia. Tylko uważaj na siebie Sherlocku.
— A ty sprawdź tę Patrycję. Może ma profil na Facebooku albo na jakimś Badoo. Chociaż byś zobaczył czy ładna — komisarz puścił oko do kolegi.
— Masz rację. Baśka się na pewno ucieszy, kiedy zacznę oglądać laski w necie. Tylko tego jej właśnie brakuje. To na razie — Jurek skinął głową i cicho zamknął drzwi.
4—NA KRAWĘDZI
26 lipca 15:42
Przed szesnastą Starzyński zaczął się zbierać. O tej porze dojazd mógł potrwać dłużej, a nie lubił się spóźniać. Jurek wyszedł nieco wcześniej. Chciał jeszcze wpaść do zakładu medycyny sądowej w sprawie Famuły. Wciąż wracał myślami do Agnieszki. Wyrzucał sobie, że nie zachowuje się profesjonalnie, ale przecież na razie nie zrobił niczego złego. Właśnie, na razie. Więc jednak miał zamiar. Czuł, że nie wolno mu się angażować, a jednak nie zaproponował Jurkowi, żeby go zastąpił. Rozejrzał się po pokoju. Miał wrażenie, że o czymś zapomniał. Po chwili już wiedział. Broń. Nie nosił jej zwykle przy sobie, ale tym razem postanowił, że weźmie. Może Jerzy miał rację i powinni jechać tam razem? Nonsens. Przecież to tylko rozmowa, po której zbyt wiele się nie spodziewał. Pewnie Adamiak będzie się starał wcisnąć jakiś kit, żeby odwrócić od siebie podejrzenia. Oficjalnie jeszcze nikt nie wie, że Sitarskiemu ktoś pomógł w zejściu z tego świata. Ale skoro Agnieszka się domyśliła, to najbliższy współpracownik też mógł mieć jakieś podejrzenia. Tym bardziej, jeśli miałby motyw. A Adamiak mógł mieć nawet kilka. Komisarz przypiął pas z kaburą ukryty pod marynarką. Zastanawiał się tylko jakim magicznym sposobem wytrzyma przejazd przez miasto w marynarce. Niby jest klima, ale tak jakby jej nie było, bo nienabijana od dwóch lat. Będzie wyglądał nieco dziwnie. Rozebrał się i zdjął cały rynsztunek. Postanowił, że uzbroi się na miejscu.
26 lipca 17:20
Willa Adamiaka wyglądała raczej skromnie. Piętrowy dom z poddaszem otoczony zielenią. Kilka drzew. W ogrodzie zadbane klomby z kwiatami. Przy furtce trzy gazony z czerwonymi kocankami ustawione wzdłuż alei dojazdowej. Fajny pomysł. Na jesień można jeszcze je zasuszyć pomyślał Starzyński, wspominając Agatę, która znała się na roślinach jak mało kto i miała do nich rękę. Kiedyś zrobiła mu nawet wykład na temat kocanki. Zaprojektowała znajomym cały ogród. Uwielbiała to i zawsze mówiła, że na starość chciałaby mieć takie zajęcie. Szkoda, że się nie udało. Wcisnął dzwonek. Czekał cierpliwie około minuty. Ponowił. Nikt nie otwierał. Spojrzał na zegarek. Dochodziła siedemnasta trzydzieści. Przycisnął przycisk jeszcze raz i sięgnął po telefon. Nie odbierał. Może wyszedł na chwilę do sklepu albo musiał coś załatwić? -pomyślał. Oparł się o furtkę i omal się nie przewrócił, bo drzwi bez problemu ustąpiły. Nie spodziewał się, że mogą być otwarte. Postanowił wejść do środka. Adamiak mógł się przecież zdrzemnąć, czy być w toalecie, a komórkę zostawić w innym pomieszczeniu. Oj, w takim domu jest na pewno sporo zakamarków. Nie czuł się jednak komfortowo, wchodząc bez zaproszenia na teren cudzej posesji. Doszedł do drzwi, do których prowadziły schody z boku, w lewej części domu. Wysoki parter. Nawet niezwykle wysoki, ocenił. Obok wejścia znajdował się sporej wielkości taras, który prawdopodobnie miał swój dalszy ciąg od strony zalesionej części działki z tyłu. Dziwny projekt, pomyślał. Ale pewnie dość funkcjonalny. No i nie jest łatwo dostać się do środka niepowołanym gościom. Kiedy pokonał ostatni stopień, odruchowo sięgnął ręką pod marynarkę. Nagle uświadomił sobie, że uprząż zostawił na tylnym siedzeniu, a pistolet wrzucił do schowka. Uśmiechnął się do siebie. To ciekawe, jak pracuje w takich chwilach wyobraźnia. Przecież nic mu nie grozi. Jest wczesne sierpniowe popołudnie, wokół sporo ludzi, a on z powodu otwartej furtki doznał jakiegoś dziwnego stanu podniecenia. Poczuł się, jakby szedł na jakąś akcję. Za chwilę wejdzie do domu i ktoś powinien go ubezpieczać. Tak jest często w filmach. Pokręcił głową z niedowierzaniem jak bardzo człowiek może dać się wkręcić, jeśli za wiele się naoglądał. Ale przecież i w swojej pracy miał kilka traumatycznych doświadczeń. To nie był film. Strzelali do jego kumpli. Jeden zginął. Takie rzeczy się zdarzają. Nie jemu. Nie teraz. Z przekonaniem nacisnął klamkę i wszedł do środka. Wewnątrz panowała cisza. Mieszkanie było dobrze wytłumione.
— Pan Adamiak? — powiedział głośno Starzyński. Nic się nie wydarzyło, więc ponowił :
— Panie Bronisławie, czy jest pan tam?
Może nie było to mądre, ale z pewnością zbliżające do jak najszybszego wyjaśnienia kwestii, czy gospodarz, albo ktokolwiek jest w domu. Co do drugiej części pytania, nie spodziewał się tak błyskawicznej odpowiedzi. Starzyński zajrzał do kuchni, której drzwi przylegały do wejścia. Korytarz, a właściwie hol o powierzchni około czternastu metrów był wyłożony bardzo pięknym, bukowym parkietem. Ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi do salonu uchylone nieznacznie, pozwalały już od progu zobaczyć wiszące na ścianach obrazy i portrety przodków. Vis a vis salonu znajdowały się szerokie schody prowadzące na pierwsze piętro. Starzyński nie dawał za wygraną. Zaczął wspinać się do góry powtarzając dwukrotnie „Panie Bronisławie, czy może pan się tu pojawić”? Kiedy znalazł się na wysokości pół piętra, usłyszał niemal równocześnie szuranie obuwia i charakterystyczny szczęk metalu. Instynktownie pochylił się i zrobił krok w kierunku poręczy. Padły dwa suche strzały. Pierwszy roztrzaskał donicę z araukarią stojącą w rogu. Drugi przeleciał obok głowy Starzyńskiego i utkwił w ramie obrazu wiszącego nad schodami. Jeszcze raz sięgnął odruchowo do nieistniejącej kabury. Strzały padły z dołu. Dwoma susami pokonał pozostałą część schodów. Znalazł się na piętrze w korytarzu obok drzwi do jakiegoś pomieszczenia. Kilka wersji zdarzenia przemknęło mu przez głowę. Pierwsza, że został zwabiony przez Adamiaka, ale to nie miało sensu. Druga, że właśnie jest świadkiem włamania, ale przecież takie rzeczy zdarzają się znacznie częściej po zmroku albo kiedy wiadomo, że gospodarza nie ma w domu. Tym razem miał być. W końcu korytarza dostrzegł drabinkę prowadzącą na strych. Mógł spróbować przedostać się na dach albo nacisnąć klamkę i sprawdzić co znajduje się za drzwiami. Na lewo od schodów było wejście do jeszcze jednego pokoju. Lekko uchylone drzwi i brak gwarancji, że strzelający przyszedł tu w pojedynkę, ograniczał chęć przemieszczania się. Jeśli napastnik jest sam, może nie wejdzie na górę. Nie może mieć przecież pewności, że nie mam broni, myślał. Przycupnął pod całkiem nieźle zadbanym fikusem. Cisza. Zastanawiał się, co się dzieje na dole i ile ma czasu. Sięgnął po komórkę i wyłączył dźwięk. Odszukał błyskawicznie treść SMS-a ratunkowego zaczynającego się od słów „Potrzebne natychmiast wsparcie”. Dopisał adres i zdanie „Ktoś do mnie strzelał. Jestem na piętrze”. Wysłał do Jurka. Może zauważy. Odpowiedź przyszła błyskawicznie „Działam. Czekaj spokojnie. Mogłeś mnie zabrać ; -)”
Na dole usłyszał nagle dziwne skrzypienie. Jakby ktoś mocował się z zamkiem. Postanowił jednak zaryzykować. Delikatnie podniósł się i nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły. Powoli przesunął się i wszedł do środka. W pokoju, który prawdopodobnie służył Adamiakowi jako gabinet, panował półmrok. Okno do połowy zasłonięte. Na biurku otwarty laptop z wygaszonym ekranem. W rogu zauważył około półtorametrowy, metalowy przyrząd do przesuwania żabek w karniszach. Wprawdzie nie broń palna, ale zawsze coś. Znajdował się teraz dokładnie nad pokojem, z którego prawdopodobnie padły strzały. Przyszedł kolejny sms. „Chłopaki już jadą. Będą za kilka minut. Ja za pół godziny. Pisz co się dzieje”. Przesunął się ostrożnie w kierunku zasłony. Teraz słyszał wyraźnie, że ktoś na dole szarpie się z drzwiami. Spróbował wyjrzeć przez okno. W tym momencie dotarło do niego, że chodziło o drzwi balkonowe. Zobaczył sylwetkę mężczyzny biegnącego w kierunku bramy. Otworzył okno i krzyknął „Stój, bo strzelam!”. Natychmiast zdał sobie sprawę, jaką właśnie zrobił głupotę, ale koniecznie chciał zobaczyć twarz uciekającego. Mężczyzna nie odwrócił się. Wybiegł na ulicę przez uchyloną furtkę. W tym samym momencie przed bramą zatrzymał się czarny samochód. Starzyński wyskoczył z gabinetu i zbiegł po schodach. Kilkoma susami zbliżył się do furtki. Liczył, że może jeszcze zobaczy numery rejestracyjne auta, na co szansa była niemal zerowa, chyba że uległoby poważnej awarii. Kiedy wybiegał przed furtkę, został nagle powalony na ziemię i błyskawicznie zakuty w kajdanki przez dwóch rosłych mężczyzn.
— No i co kotku? — zagaił prowokacyjnie wyższy i bardziej napakowany.
— Nic myszko. Znowu pudło — odparował Starzyński.
Policjant mocniej ścisnął mu rękę powyżej łokcia. Zabolało.
— Bardzo słusznie. Pudło i to pewnie na dłużej — uśmiechnął się szeroko.
— Nie sądzę. Ale talent do psucia macie duży panowie pudlarze. Może jednak kiedyś uda się kogoś zapudłować. Mimo wszystko — wycedził. — No, dobra. Dość tej zabawy. Komisarz Piotr Starzyński. Z zabójstw. Blacha jest w prawej kieszeni.
Widział, jak uśmiech zastyga na ich twarzach. Wyższy wsadził rękę do kieszeni marynarki i sprawdził. Natychmiast zwrócili mu wolność. Próbowali przepraszać.
— OK. — podniósł rękę Starzyński — już i tak jest dupa, bo gość odjechał jakieś pół minuty przed waszym atakiem.
— Nie wiedzieliśmy. Sorry. Trzeba było od razu powiedzieć. — Starszy aspirant Adam Rokita — przedstawił się wyższy, wyciągając dłoń w przepraszającym geście grzbietem do dołu.
— Bez znaczenia — ocenił komisarz, ściskając zawieszoną przez chwilę w powietrzu rękę — Chodźmy do środka, bo prawdopodobnie mamy tam jakiś pasztet.
— Sierżant Waldemar Anioł — przedstawił się drugi.
— Od razu widać, że zespół o szerokim spectrum działania — zaśmiał się Starzyński, wprowadzając funkcjonariuszy do domu. Pchnął ostrożnie drzwi pokoju, z którego padły strzały. Oczom policjantów ukazał się makabryczny widok. Pod sufitem wisiały głową w dół zakrwawione zwłoki Bronisława Adamiaka. Przestrzelona w dwóch miejscach klatka piersiowa. Jedna z kul przeszyła serce. Na czole wyraźny ślad po uderzeniu. Otwarte oczy i twarz zastygła w grymasie bólu. W tej pracy widział już sporo trupów, a jednak skoczyło mu ciśnienie. Uświadomił sobie, że gdyby pojawił się wcześniej, być może udałoby się zapobiec takiemu zakończeniu życia wspólnika Sitarskiego. Ale mogło się zdarzyć, że to jego zwłoki znaleziono by gdzieś obok. I po co on ten hak wkręcił prawie po środku salonu? — zastanawiał się Starzyński, spoglądając w górę.
— Pewnie wieszał to, żeby potrenować. — Rokita, jakby czytając w myślach komisarza, wskazał stojący w rogu pokoju sporej wielkości worek bokserski.
— Nie spodziewał się, że ktoś z niego zrobi sobie worek — dodał Anioł.
— To, co? Dzwonimy po ekipę — podsumował Starzyński, wybierając numer. — I ostrożnie, żeby nie zatrzeć śladów — zwrócił się na wszelki wypadek do chłopaków.
Jurek dojechał rzeczywiście błyskawicznie. Pozwolili się odmeldować sympatycznemu zespołowi piekło-niebo i w oczekiwaniu na specjalistów wyszli przed budynek. Starzyński zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął.
— No, to za wiele się nie dowiedziałem.
— Ale żyjesz. Powiedz, jak to się stało?
— Co, że żyję? — zażartował.
— Wystraszyłeś mnie nieźle tym SMS-em.
— Miałeś rację. Gdybyśmy byli we dwóch pewnie dorwalibyśmy skurwiela. Sam nie miałem szans.
— Nie próbowałeś go trafić?
— Nie uwierzysz, ale odjęło mi rozum i nie wziąłem broni — przypomniał sobie właśnie, że pistolet nadal jest w aucie. — Poczekaj. Zaraz wrócę — rzucił do Jurka i szybkim krokiem skierował się do samochodu. Włożył uprząż i wyjął ze schowka „klamkę”. Przynajmniej będę wyglądał profesjonalnie, kiedy przyjadą technicy i prokurator, pomyślał. Przyglądał się willi i zastanawiał, czy sprawca był tu wcześniej. Czy znał rozkład pomieszczeń. Wrócił do Jurka i zaproponował, że się trochę rozejrzy. Tak, jak przypuszczał, z domu było kilka wyjść. Przez garaż i z kuchni na taras. Zatem zabójca nie musiał szarpać się z oknem, mógł przejść spokojnie przez kuchnię. Drugi wariant był bardziej ryzykowny, bo wymagał przedostania się do zejścia przy schodach. Nie był pewien, czy nie obserwuję tego miejsca z góry, albo po prostu nie wiedział, że jest taka możliwość. Czy to na pewno był zabójca? Może wszedł do Adamiaka po coś i zastał zwłoki. Wpadł w panikę. Miał broń, więc z niej skorzystał. Sprawców mogło być kilku. Wyglądało na to, że go torturowali. Nie wiesza się przecież kogoś głową w dół tylko po to, żeby go zastrzelić. Czy ktoś sam dałby radę go tam wciągnąć? Chyba że go ogłuszył. Jak długo to trwało? Trzeba będzie poczekać na wyniki sekcji. Spojrzał na zegarek. Było dobrze po dwudziestej, kiedy podjechał wreszcie samochód z technikami.
— Myślałem, że tam zasnąłeś — powiedział Jurek, ziewając. — Coś się chłopcy nie spieszyli za bardzo.
— Dobrze, że są. O widzę, że prokurator Lewandowski też się pofatygował. — mruknął Starzyński. — Informowałeś go?
— Nie, ale gadałem ze starym. To on przysłał miejscowych policjantów i pewnie zdali mu relację. Jeszcze jutro będzie się pieklił, że nie dzwonimy.
— Pewnie tak pięknie rozpoczęty wieczór nam się nieco przedłuży. — skonstatował Starzyński. — Chodź, przywitamy się.
Ekipa rozpoczęła czynności, a on relacjonował przebieg zdarzenia Lewandowskiemu. Podszedł na chwilę do techników, żeby nie zapomnieli wyjąć kul z ramy i ze ściany. Około dwudziestej drugiej uświadomił sobie, że miał się dziś spotkać z Aśką. Psia krew. Zawsze muszę zawalić. Ale przecież mogli mnie zastrzelić, więc chyba jestem trochę usprawiedliwiony. Sięgnął po komórkę. Spróbował dwukrotnie. Nie odebrała.
***
27 lipca 8:30
Poranek u szefa nie należał do najmilszych. Z jednej strony mieli wreszcie sprawę rozwojową, a z drugiej obraz, zamiast się rozjaśniać stawał się bardziej zagmatwany. Hanka dołączyła do zespołu i potraktowała to zupełnie naturalnie, a Starzyński wobec wczorajszych zdarzeń nie miał już argumentów, że będzie niepotrzebna. Przeciwnie, zastanawiał się, czy nie powinni dostać jeszcze kogoś. Szukali już nie tylko potencjalnych sprawców zabójstw Wolańskiej i Sitarskiego. Metelski przestał mieć wątpliwości, że to nie są proste sprawy wyłącznie pączkujących polis. Paradoksalnie, kolejne zabójstwo dawało większy kredyt sił i środków, a przede wszystkim czasu. Nikt już nie będzie się wściekał, że nie ma wyników natychmiast. Tylko co z tego, skoro wciąż brakowało mocnego punktu zaczepienia, a hipotezy mnożyły się wraz z ilością trupów. Do tej pory myśleli, że Adamiak mógł mieć interes w śmierci Sitarskiego. Wydawało się to dość oczywiste. Ale przecież to Sitarski ubezpieczył swoją „prawą rękę” w biznesie. Nie mógł już skorzystać z przeniesienia się cichego wspólnika do wieczności. Właśnie. Skoro on nie, to kto? Starzyński wybrał numer komórki Stefana. Telefon nie odpowiadał. Zszedł na dół, żeby zapalić. Przypomniał sobie o Aśce. Chyba mi nie wybaczy. Może postanowiła nie odbierać programowo. Ale trzeba to sprawdzić. Sygnał zajętości dawał pewną nadzieję. Była w pracy, więc może w końcu odbierze. Czekał na wyniki sekcji Adamiaka. Umówił się z patologiem, że prześle mu protokół, najszybciej jak to będzie możliwe. Zapalił i zaciągnął się, spoglądając na tak zwany „park maszynowy” wydziału. Nie wyglądało to imponująco, ale i tak nie można było narzekać. Inni mieli zdecydowanie gorzej. Ponownie wybrał numer Aśki. Tym razem miał więcej szczęścia.
— I co tym razem braciszku? — spytała dość ciepłym głosem, co kompletnie go zaskoczyło.
— Przepraszam Asiu. Miałem wczoraj trupa, a nie wiele brakowało, żebym do niego dołączył. Skończyliśmy późno. Dzwoniłem, ale…
— Wiem. Widziałam. Nie gniewam się. I w ogóle jest super! — roześmiała się.
— Wzięłaś jakiś Prozac, czy coś palisz? — spytał zaniepokojony.
— Przestań. Wczoraj zadzwonił i …
— Znów jesteście razem, tak?
— No, właśnie. Dokładnie tak. I nic nie mów, żeby tego nie popsuć.
— Nawet nie miałem zamiaru siostrzyczko. — skłamał. Ściągnął dosłownie z końca języka coś o odgrzewanych kotletach, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, nic dwa razy się nie zdarza itd. W zanadrzu miał jeszcze jakieś cytaty z seriali i dobre rady psu na budę. Przypomniał sobie dla równowagi, że stara miłość nie rdzewieje i zamknął się, żeby nie pogarszać swojej sytuacji. — Znaczy, chcesz powiedzieć, że to nawet lepiej, że wczoraj nie dotarłem?
— No… w zasadzie tak — przyznała z rozbrajającą szczerością.
Proszę, jak to strzelanie do niewinnego człowieka może uratować czyjś związek, pomyślał.
— To może uda się zjeść ten obiad w trójkącie… to znaczy we troje — poprawił się szybko.
— Dobra. Możesz wejść w niedzielę? — roześmiała się. — W tę niedzielę — dodała uszczypliwie.
— Jasne. Jeżeli sielanka dotrwa aż do niedzieli — nie pozostał dłużny.
27 lipca 15:10
Spojrzał na zegarek. Do osiemnastej było jeszcze daleko. Postanowił przygotować się do spotkania z Agnieszką. Tym razem zrobił listę pytań. Był ciekaw, czy już wie o śmierci Adamiaka. A jeśli tak, to skąd? Czy mówiła dotąd prawdę, czy też może coś ukrywała? Powinna przecież wiedzieć znacznie więcej. Sekretarki i asystentki słyszą często to, czego nie powinny usłyszeć nigdy. Czasem daje im to pozycję nie do podważenia. To dlatego szefowie nie spieszą się z wymianą kadr. Zastanawiające jest, w jak wielu firmach funkcjonują panie w wielu balzakowskim, choć przecież mogły być dawno wymienione na młodsze, ładniejsze, bardziej dyspozycyjne. To osoby z zewnątrz oceniają, że taka zamiana powinna być możliwa, albo wręcz pożądana. Faktycznie żadna alternatywa nie istnieje, bo szef musi zachować status quo, jeśli nie chce, żeby wspólnicy, klienci, a częściej po prostu małżonka, poznała niewygodne fakty. Dyrektorzy nie dostrzegają plusów w wyzwoleniu przez prawdę. I to jest norma. Ale dzięki temu lepiej lub gorzej poprowadzony sekretariat daje zawsze pewną stabilizację zatrudnienia. Dobra sekretarka to prawdziwy skarb. Zdarza się, że cenny do tego stopnia, że chciałoby się go zakopać… Czy Agnieszka po kilku latach pracy w MazBudEx-ie miała wiedzę, o którą ktoś mógł być zazdrosny? A może potrafiłaby odpowiedzieć na pytanie, czemu Adamiak musiał zginąć? I czy naprawdę musiał? Zabójstwo nie wyglądało na przypadkowe. Sprawca lub sprawcy raczej nie torturowali ofiary, żeby wydobyć szyfr do sejfu. Nawet nie upozorowali włamania. O co zatem mogło chodzić? Pytanie, czy w ogóle ujawniać na tym etapie fakt śmierci cichego wspólnika Sitarskiego? Do masy wątpliwości dochodziła jeszcze ta, która ze śledztwem miała najmniej wspólnego. Jak poradzić sobie z afektem? Jak rozmawiać z nią w pełni obiektywnie i profesjonalnie, kiedy czuje, że się przy niej rozkleja? Może nawet więcej, rozpada. Dawno nie działała na niego w ten sposób żadna kobieta. Rozważania przerwał brutalnie Jerzy, który wpadł do pokoju, jakby go ktoś gonił.
— Stało się coś? — zaniepokoił się Starzyński.
— Mam za chwilę okazanie w sprawie Kocięby, a potem już tu nie wracam, bo jeszcze wizyta w areszcie u Famuły i chcę pogadać z Hanką. Ona powinna się jednak czegoś dowiedzieć, jeśli mamy mieć z niej pożytek.
— Bardzo słusznie. Porozmawiaj z nią.
— O! Był nawet taki film.
— Proszę. Ekspert od kultury się znalazł. A pamiętasz chociaż czyj? — próbował przyłożyć koledze Starzyński.
Jurek wyglądał, jakby się zawiesił. Pochylony nad biurkiem z pakietem papierów w ręce. — Kurczę, zabiłeś mi klina. Teraz będzie mnie to męczyć.
— Nie będzie. Pedro Almodovar — rozwiał wątpliwości komisarz.
— Zawsze musisz popsuć zabawę. A miałem na końcu języka — żołądkował się Jerzy.
— Być może, ale chyba nie na tym końcu — podsumował złośliwie Starzyński.
Kiedy współpracownik opuścił pokój, postanowił zadzwonić do Patrycji Jordan. Miał przeczucie graniczące z pewnością, że to ona jest kluczem do rozwiązania zagadki. Nic się nie zmieniło. Jak zwykle telefon milczał. Musimy ją znaleźć. To pierwszoplanowa postać dla śledztwa, pomyślał i zadzwonił do Hanki.
— O to ty, a umówiłam się na dziś z Julkiem — powiedziała, a właściwie zaszczebiotała wysokim, dziecięcym głosikiem. Zanim odruchowo spytał jakim Julkiem uświadomił sobie, że ich nowy „nabytek” ma lekką wadę wymowy. Wyraźny kłopot z „r”. Jak na złość obaj mieli w imieniu tę literę.
— No, widzisz od razu niespodzianka. Wiem, Jerzy mi wspominał. On ci oczywiście przekaże niezbędne informacje, ale chciałbym, żebyś się pilnie zajęła jeszcze jedną sprawą.
Po kilku minutach rozmowy wszedł do Metelskiego.
— Możesz mi dać jeszcze jakiegoś chłopaka do obserwacji? — spytał od progu.
— A co będziecie obserwować? — Metel odłożył kanapkę, którą właśnie zamierzał napocząć.
— Musimy zlokalizować tę Patrycję Jordan. Ona bywa w domu albo ktoś jej przekazuje wiadomości, bo pozostawione kartki znikają.
— Nie pomyślałeś, że też mogła zniknąć? Tak jak Adamiak, tylko gdzieś poza domem? A może trzeba sprawdzić, czy przypadkiem nie ma jej w środku? — zasugerował.
— Myślałem o tym, ale nie wiem, czy nie przesadzimy. W końcu ludzie mają prawo wyjechać na kilka tygodni. Jest lato. Gdyby była nadal w domu, chyba sąsiedzi by tego nie wytrzymali — uśmiechnął się Starzyński.
— No, chyba że ma dużą zamrażarkę — zażartował Metel — przepraszam cię, ale będę jadł, bo rano się nie udało, a juf cztermasta — kończył zdanie z pierwszym kęsem w ustach.
— Dobra. To ci nie siedzę na głowie. Tylko daj mi tego chłopaka. A właściwe Hance, bo jej zleciłem odszukanie Patrycji Jordan.
— OK. Weźcie Tomka Michalskiego. Tylko żeby to nie trwało tygodniami.
— Mam nadzieję. — zakończył Starzyński wychodząc z gabinetu.
***
27 lipca 17:44
Pod biurem Agnieszki wylądował kwadrans wcześniej. Nie mógł się doczekać. Zachowywał się jak gimnazjalista przed pierwszą randką, a przecież to miało być ważne spotkanie służbowe. Sięgnął po notes i przejrzał raz jeszcze pytania. Postanowił nie informować Ostrowskiej o śmierci Adamiaka. A może ona coś jednak wie? Kilka minut przed osiemnastą zadzwonił, że już jest. Pojawiła się szybko, jakby czekała na jego telefon, a może tylko tak mu się zdawało. Poruszała się z wdziękiem. Wydała mu się wyższa, pewnie dlatego, że miała na nogach szpilki. Granatowa, elegancka sukienka. To chyba jednak nie był mimo wszystko strój biznesowy. Przebrała się? Dla niego? Faceci są strasznie próżni, pomyślał, wysiadając z auta. Przywitali się. Otworzył jej drzwi i zamknął, kiedy usadowiła się na wygodnym fotelu jego dziesięcioletniej lancii. Stara szkoła. Młodzi nie zamykają. Nawet rzadko zdarza im się otwierać. Chyba że popsuje się zamek. A przecież nawet feministki lubią, gdy mężczyzna jest szarmancki. Kiedy ruszyli, próbował zabawiać ją rozmową i nie zerkać na odkryte do połowy zgrabne nogi, choć czasem było to silniejsze, niż sądził. Zorientowała się i uśmiechnęła, ale nie był to zwykły uśmiech. Raczej coś z zakłopotania pomieszanego z zadowoleniem, a nawet nutą bezwstydu. Wiedziała, że jest atrakcyjna, a już z pewnością wyczuwała, że mu się podoba. Być może w jakiś sposób doceniała też jego urok osobisty, choć starała się to dziś ukryć. Odpowiadała zdawkowo na pytania, jak minął dzień, czy ma jakieś plany związane ze zmianami w firmie. Czy wydarzyło się coś nowego od czasu ich ostatniego spotkania i gdzie planuje urlop, jeśli jednak wszystko ułoży się dobrze? Jakiś czas milczeli. Włączył radio, bo dojazd do Filmowej przedłużał się, choć szczyt ruchu w stolicy powoli tracił impet. Wyrzucał sobie, że nie zawiózł jej gdzieś bliżej, ale stało się i chciał dotrzymać słowa.
— To, czego się pani napije? — spytał, kiedy zajęli wreszcie miejsca przy stoliku.
— Zapraszał mnie pan na kawę, to może poproszę latte.
Sala o tej porze była niemal pusta. Lubił to miejsce. W samym centrum, a zawsze było gdzie usiąść. Stonowana muzyka pozwalała spokojnie rozmawiać.
— Może coś pani zje? — zaproponował, widząc zbliżającego się kelnera — na pewno jest pani głodna po całym dniu pracy — stwierdził z ojcowską troską w głosie.
Wyczuła to doskonale. Uśmiechnęła się i pokręciła przecząco głową, a kosmyk włosów tak jak wtedy w biurze przesunął się w kierunku jej oczu. Założyła wyćwiczonym ruchem włosy za ucho.
— Nie. Naprawdę dziękuję. Jadłam lunch. Mamy obok biura catering. Czasem się udaje wyskoczyć.
— Dwie kawy latte poproszę — wyprzedził pytanie obsługi.
— A mogę zaproponować coś do zjedzenia?
— Dziękujemy — z przekonaniem oświadczył komisarz.
— To może jakiś deser? — młody kelner nie dawał za wygraną.
Kogo oni tu zatrudnili, zastanawiał się Starzyński. Nigdy nie było takiego namolnego gościa.
— Pani Agnieszko — spojrzał z uśmiechem na Ostrowską — może ciasteczko?
— Albo lody? — wciął się po raz kolejny — mamy bardzo dobre z owocami, mogą być z likierem…
— Nie, nie — przerwała — to nie jest dobry pomysł.
Pewnie dba o linię, pomyślał. I to całkiem skutecznie. — Poprosimy pana. — popatrzył znacząco na kelnera wzrokiem bazyliszka. Ten chyba wreszcie zrozumiał, że źle ocenił sytuację i skinął głową. — To ja zostawię państwu jedną kartę — zawalczył bez przekonania, po czym oddalił się, co Starzyński przyjął z wyraźną ulgą.
— Pani Agnieszko — spojrzał dziewczynie w oczy — cieszę się, że możemy porozmawiać, mam nadzieję, w spokojnych warunkach. Chyba że za chwilę wróci, żeby zostawić nam kolejną kartę.
Roześmiali się.
— Chciała się pani ze mną spotkać. Ale w samochodzie powiedziała pani, że nie wydarzyło się ostatnio nic ciekawego. Czy to znaczy, że coś pani sobie przypomniała? — przyglądał się Agnieszce i nabierał przekonania, że znów dzieje się z nim coś niedobrego. Mimo że nie minął kwadrans, czuł narastające napięcie, podobne do tego w biurze.
Przez chwilę milczała, uśmiechając się tylko. Jakby zastanawiała się nad wariantem odpowiedzi. Przecież nie mogła powiedzieć wprost, że jej się podoba i zwyczajnie chciała, żeby ją poderwał. To chyba nie było w jej stylu.
— Taak — zaczęła powoli jak mała dziewczynka zmuszona do niewygodnej odpowiedzi. — Właściwie są dwa powody. I…
Starzyński spojrzał w głąb sali. Kelner najwyraźniej uporał się z zamówieniem i niósł na tacy dwie duże kawy. Agnieszka zawiesiła głos, w oczekiwaniu aż pan odejdzie od stolika. — W zasadzie obydwa są ważne — podniosła oczy i uśmiechnęła się, sięgając po łyżeczkę. Komisarz usłużnie przysunął cukiernicę. Pokręciła przecząco głową. — Ale panu zależy przede wszystkim na informacjach dotyczących mojego szefa — zamieszała kawę i zamoczyła usta w piance.
Starzyński milczał. Nie chciał jej przerywać. Cieszył się, że przywiózł ją tutaj. Cały czas miał nadzieję, że to nie będzie ich ostatnie spotkanie. Cholera, przecież każde śledztwo kiedyś się kończy. Może ona nie ma tak naprawdę niczego ważnego do powiedzenia i nie będzie świadkiem. Nie wolno mu złamać zasad.
— Nie powiedziałam panu o czymś ważnym — wyrwała go nagle z zamyślenia. — Może to nie ma znaczenia, skoro szef już nie żyje. Po co niszczyć jego dobre imię? No, bo wie pan, potem są plotki…
Więc jednak miała z nim romans, pomyślał. Poczuł się zawiedziony. Prawie tak, jakby go zdradziła. Przecież to bez sensu. W końcu jest młodą, pełną życia kobietą, a Sitarski mógł wywierać presję. Wiadomo… Nie każda kobieta da sobie z tym radę. Zależało jej na tej robocie, próbował usprawiedliwiać Agnieszkę. Widocznie nie miała wyjścia. Bzdura. Zawsze jest wyjście. A już byłem gotów się zakochać, przyznał z rozczarowaniem.
— Więc nie chciałam o tym wspominać — kontynuowała — ale to może być dla pana jakaś informacja, dlatego postanowiłam, że powiem. Szef miał romans.
Starzyński miał na końcu języka pytanie z kim i jednocześnie pojawiło się wątłe światełko, że to jednak nie ona jest podmiotem opowiadania. Dzielnie wytrzymał.
— Patrycja. Słyszał pan?
— Patrycja Jordan?
— Tak. Więc już pan wie? — wyraziła rozczarowanie.
— Nie do końca. Miałem informację, że się znali i że — zastanawiał się, czy może nie zdradza tajemnicy śledztwa, ale postanowił być szczery — on ją uposażył na jednej z polis.
— Ach tak? — zainteresowała się Agnieszka.
— Ale to jest informacja tylko dla pani. Nie powinienem tego powiedzieć, ale skoro jest pani ze mną szczera, to spytam, jak długo to trwało?
— Ten romans? Myślę, że co najmniej półtora roku. Chyba nawet dłużej.
— Od kiedy? — Starzyński złapał się na tym, że jednak instynkt gliniarza pozostał bez względu na atrakcyjność jego rozmówczyni.
— No, właśnie. Poznał ją na około dwa lata przed śmiercią. Może wcześniej. W każdym razie wtedy pojawiła się w biurze. To ważne? — znów spojrzała mu w oczy i nagle uświadomił sobie, że w takich sytuacjach nie chce być gliną.
— Żona się domyślała?
— Chyba tak. To bardzo oschła osoba. Czasem nieprzyjemna. Wie pan — roześmiała się — ona sądziła, że Henryk ma romans ze mną. Wyobraża pan sobie?
— Romans z panią? — przyjrzał się Agnieszce z pewną ulgą. Jednak się mylił. Chciał ją nawet przeprosić, że mógł coś takiego pomyśleć.
— Ze mną? To znaczy, że on mógł mieć… No wie pan — była wyraźnie zmieszana.
— Tak. Akurat jemu bym się nie dziwił. W ogóle chyba trudno się dziwić, że jakiś facet chciałby mieć z panią romans — wypalił nagle.
Agnieszka osłupiała, ale po chwili odzyskała rezon.
— Ale chyba nie myśli pan, że ja mogłabym… Z szefem? Jednak są pewne zasady.
Chciał spytać, czy tak samo myślała, romansując z Adamiakiem. W końcu był cichym wspólnikiem Sitarskiego, więc trochę też jej zwierzchnikiem, ale to nie miało sensu. Najwyraźniej nie otrzymała informacji o śmierci swojego dawnego kochanka. Pomyślał, że być może w tej sytuacji powinien jednak powiedzieć, co się stało i spróbować wyciągnąć z niej coś więcej. Może miałaby jakieś sugestie co do osoby sprawcy?
— A czy sądzi pani, że polisa dla Patrycji Jordan to był jakiś wyraz wdzięczności?
Zawahała się, czy odpowiedzieć od razu. Zauważył to i dodał — ale tak szczerze. Być może to właśnie jest najistotniejsza informacja.
— Chyba nie o to chodziło — powiedziała po namyśle.
— A o co?
— Bo… Kiedyś usłyszałam pewną rozmowę. Oczywiście, jak zwykle nie powinnam jej słyszeć, ale wie pan… To nie jest łatwe, bo kiedy ktoś krzyczy, to nawet zamknięte drzwi nie pomagają — poprawiła włosy i wypiła łyk napoju, który już dawno stracił walory ciepłej kawy.
— Czego dotyczyła ta rozmowa? — Starzyński miał ochotę siorbnąć resztę pianki wypełniającej długą szklankę niemal w połowie, ale zarzucił pomysł i tylko bawił się słomką.
— Chodziło o dziecko.
— Dziecko? — zdziwił się.
— Tak. Ich dziecko. Była w ciąży. A on się pieklił, że wybrała sobie zły moment. Ona, że mógł uważać, a on, że będą musieli zmienić swoje życie, ale dodał, że on chce tego i w końcu ją przytulił. Kiedy mi pan powiedział o tej polisie, to pomyślałam, że przecież on mógł chcieć zabezpieczyć własne dziecko.
— Jasne. Pewnie tak było — przyznał Starzyński.
Zapanowała nieco krępująca cisza. Zerkał na Agnieszkę, bawiąc się pustą szklanką. Nawet jeśli już nic nie doda, to i tak zyskał pewność, że musi jak najszybciej odnaleźć Patrycję. Pytań, które sobie zapisał, nie musiał już zadawać. Dotyczyły relacji z Patrycją i z Sitarską. Najważniejszą informację właśnie otrzymał. Przemknęło mu przez głowę, że może gdyby powiedział o Adamiaku, zyskałby szansę, żeby dowiedzieć się czegoś interesującego o denacie. Czy mogło być coś, o czym nie chciałaby mówić, wiedząc, że on żyje? W końcu byli parą. Nawet jeśli krótko, to opowiadanie o nim mogło być dla niej niezręczne albo związane z obawą. Zwłaszcza jeśli wiedziała lub podejrzewała, w jakim towarzystwie się obracał.
— A Bronisław? — spróbował zapuścić sondę.
— Co Bronisław? — spłoszyła się.
— Jaki był jego stosunek do tego romansu. Rozmawialiście o tym?
Pokręciła przecząco głową. Po chwili spojrzała mu w oczy i powiedziała.
— Tak. Raz doszło do takiej rozmowy. Wrócił wściekły z miasta i … On się bał, że to może mieć wpływ na jego pozycję w firmie. Na pieniądze, to znaczy na decyzje finansowe szefa. W końcu miał sporo do stracenia, a oficjalnym wspólnikiem nie był. Może obawiał się, że Henryk może zakończyć z nim współpracę.
— Sądzi pani, że to było możliwe?
— Chyba tak… Bardzo zaangażował się w ten związek z Patrycją. Miała na Henryka duży wpływ. No i jeszcze ta ciąża…
— Kiedy urodziła? — spytał.
— Nie urodziła.
— Coś się stało?
— Chyba po prostu poronienie. Nie wiem. Nie rozmawialiśmy z szefem na ten temat.
— No, tak. — Starzyński postanowił jednak zaryzykować. — Pani Agnieszko, pewnie będzie to dla pani przykre… Zastanawiałem się, czy powinienem o tym mówić, zwłaszcza że obowiązuje mnie tajemnica śledztwa.
Dziewczyna przechyliła z niepokojem głowę i lekki uśmiech zniknął z jej twarzy.
— Wczoraj po południu Bronisław Adamiak został zamordowany — przyglądał się Agnieszce uważnie, oczekując jakiejś reakcji. Może nawet złości, że nie powiedział jej wcześniej, wypytując o niego. Nic takiego się nie wydarzyło. Ostrowska przyjęła informację spokojnie. Pomyślał, że mogła już wiedzieć. Jeśli tak, świetnie udawała.
— Jak to się stało? — spytała bez emocji.
— W jego domu. Został zastrzelony. Wcześniej ktoś prawdopodobnie chciał wyciągnąć od niego jakieś informacje. Może ma pani jakieś przypuszczenia — kto lub o co mogło chodzić?
Agnieszka bezradnie rozejrzała się po sali.
— Może coś jednak zamówię. Do jedzenia albo jakiś deser? — próbował wyprzedzić jej oczekiwania.
— Nie. Jeśli byłby jakiś sok, to chętnie…
— Oczywiście — skinął na kelnera, który czujnie zerkał co jakiś czas na ich stolik.
Sam zdecydował się tym razem na herbatę. Ciepłe napoje lepiej gaszą pragnienie. Tak mówiła jego babcia. Pamiętał, kiedy zziajany po piłce wpadał do kuchni i otrzymywał kubek dobrze osłodzonej herbaty. Po dwóch pragnienie go opuszczało. Może coś w tym jest, pomyślał.
Poczekał, aż kelner się oddali i ponowił pytanie.
— Wie pan… Bronek miał tak liczne kontakty, że bardzo trudno powiedzieć, kto mógłby być zainteresowany jego śmiercią. Wrogów miał mniej więcej tylu, co przyjaciół.
— To ważne. Zależy mi osobiście, żeby dorwać sukinsyna — ugryzł się w język. Starał się nie używać brzydkich słów w obecności kobiet.
— Czemu, jeśli mogę spytać? — Agnieszka nieco się ośmieliła.
— Taka praca. Poza tym strzelał do mnie. Wprawdzie nie wiemy na pewno czy to on zabił, ale są mocne poszlaki. Nie mogę rozmawiać z panią o śledztwie w szczegółach. Proszę mnie zrozumieć.
— Rozumiem. Też chciałabym, żebyście go złapali. — odstawiła szklankę po kawie na sąsiedni stolik. — Bronek nie miał zwyczaju się zwierzać. Nawet kiedy byliśmy bliżej. On taki po prostu jest, to znaczy był — poprawiła się. Lekki uśmiech ponownie zagościł na jej twarzy.
Kelner zrealizował zamówienie. Na szczęście odpuścił sobie dalsze działania marketingowe.
— Czy w ostatnim czasie, to znaczy już po śmierci Sitarskiego, nie odniosła pani wrażenia, że… zaczął zachowywać się inaczej? Może coś zmienił w sposobie bycia, w swoich przyzwyczajeniach?
Agnieszka ponownie poprawiła włosy i przesunęła krzesło bliżej stolika. Starzyński przez moment zastanawiał się, czy tym razem zamierza oblać go sokiem, ale chyba sobie pochlebiał. Po prostu było jej niewygodnie. W końcu nie każde zachowanie kobiety, nawet zainteresowanej mężczyzną, musi mieć jakiś podtekst erotyczny. Nie mógł wiedzieć, jak ona to odbiera, ale sam chciał być jak najbliżej. Wykorzystał okazję i sięgając po cukier, musnął jej dłoń. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
— Nie wydaje mi się. Chyba tylko trochę się przejął, jak my wszyscy. Myślę, że cenił Henryka, nawet jeśli się nie zgadzali w wielu sprawach. No i wiedział, że kończy się pewien rozdział w życiu. Nie był przecież rzeczywistym wspólnikiem. To go musiało zaboleć. Może to zabrzmi śmiesznie, ale czuł się pewnie trochę tak, jak ja, kiedy się dowiedziałam, że Sitarska sprzedaje firmę.
— No, to akurat jeszcze nie jest takie pewne… — wtrącił Starzyński, chociaż wiedział, że nie powinien sobie pozwalać na takie uwagi.
— Czemu? — Agnieszka przyglądała mu się z uwagą, oczekując wyjaśnienia.
No i się doigrałem, pomyślał. Jednak jestem baranem. A przynajmniej przy niej tak się zachowuję. Masakra. Należało jakoś zjeść tę żabę.
— Może to nie jest ostateczna decyzja — odpowiedział wymijająco.
— Ale pan coś wie na ten temat? — nie dała łatwo za wygraną.
— Pani Agnieszko, nawet gdybym wiedział, nie mógłbym o tym mówić.
— Rozumiem. Bardzo chciałabym … — zawahała się, ale po chwili ciągnęła dalej — to dla mnie ważne, bo nie wiem co ze sobą zrobić. Gdyby była szansa pozostania w MazBudEx-ie, to chyba zostałabym. Nawet wiedząc, że Sitarska za mną nie przepada.
— Trzeba być dobrej myśli, ale sądzę, że nie będzie pani miała kłopotu ze znalezieniem pracy. Ma pani spore doświadczenie, a zmiany często są korzystne. Nowe możliwości, kontakty, wyzwania. Boimy się zmian i wybieramy chętniej to, co dobrze znamy. To daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Jest pani bardzo młodą osobą. Z pewnością poradzi sobie pani w każdej firmie. — słodził, wypowiadając kolejne mądrości niemal jednym tchem. Słuchała tego z wyraźnym zadowoleniem.
— Panie Piotrze, czy mogę się do pana tak zwracać?
— Oczywiście, będzie mi miło.
— Jest pan bardzo… — odwróciła na chwilę głowę, jakby szukając gdzieś za sobą właściwego słowa — jest pan bardzo sympatyczny i potrafi dodać otuchy. Pewnie byłby pan dobrym managerem.
Odwróciła się po raz kolejny i sięgnęła do torebki. Zauważył, że po policzku płynie jej łza. Cholera, pomyślał, chyba przesadziłem. Skąd mogłem wiedzieć, że się tak łatwo wzrusza.
— Przepraszam — wytarła chusteczką twarz. — pewnie się rozmazałam — nachyliła się w jego kierunku i spojrzała, oczekując potwierdzenia. Nie potrafił się powstrzymać i starł małą czarną plamkę poniżej lewego oka. Cofnął natychmiast rękę i przeprosił.
— Nie. Tylko ta mała kropka — dodał i spuścił wzrok.
— Proszę się nie gniewać. Rozkleiłam się. To wszystko na raz i ta wiadomość o Bronku… Dziękuję, że pan tu jest — chwyciła go za nadgarstek i uścisnęła, po czym wstała, sięgając po torebkę. — Przepraszam na chwilę — udała się w kierunku toalety.
Starzyński starał się ochłonąć. Reakcje dziewczyny wydały mu się szczere i żałował, że nie może jej powiedzieć o udziałach Patrycji w firmie. W rzeczywistości to nie zapowiadało większej zmiany. Czy nowa właścicielka spróbuje dogadać się z Sitarską, czy raczej chętnie odsprzeda udziały? Była to ostatnia rzecz, którą by się interesował, gdyby nie miała wyraźnego związku ze śledztwem. O ile w przypadku żony było w miarę oczywiste, że nie chce mieć już nic wspólnego z firmą męża, w której pewnie domyślali się, że traktował ją jak szmatę, o tyle motywy Patrycji Jordan nadal pozostawały tajemnicą. Agnieszka szła właśnie w kierunku stolika. W dyskretnym oświetleniu lokalu wydała mu się jeszcze bardziej atrakcyjna. A może po prostu działała wciąż wyobraźnia i efekt wcześniejszych spotkań w biurze? Wiedział, że powinien jej pomóc i że chce przebywać w jej towarzystwie jak najdłużej. Usiadła bliżej niż poprzednio. Poczuł delikatny zapach perfum. Zadzwonił telefon. A mogło być jeszcze bardziej romantycznie, pomyślał ze złością.
— Są wyniki autopsji — zaczął bez wstępów Jerzy.
— Coś ciekawego? — spytał Starzyński, nie ukrywając specjalnie braku entuzjazmu.
— W zasadzie nie. Wyłączając guza mózgu.
— Co takiego?
— No, prócz obrażeń, które widzieliśmy. Taki bonus — zaprezentował czarny humor Jurek. — Śmierć nastąpiła między szesnastą trzydzieści a osiemnastą. Bezpośrednia przyczyna to ten strzał w serce. A gdzie ty jesteś?
— Mam jeszcze spotkanie. Jeśli są jakieś dalsze rewelacje, to oddzwonię.
— Nie. Chyba że o czymś nie wiem? Ale pewnie mi jutro opowiesz — zaśmiał się Jerzy.
— Baardzo śmieszne. Trzymaj się — zakończył Starzyński. — Przepraszam — zwrócił się do Agnieszki.
— Panie Piotrze, czy pan zawsze jest w pracy? — zapytała, filuternie przekrzywiając głowę.
— Nie… To znaczy, sypiam czasami, jeśli o to chodzi. Niestety, nie za długo, a telefon przeważnie jest jednak włączony. Taka krótka smycz — rozłożył bezradnie ręce.
— Powiedziałam panu, że są dwa powody, dla których chciałam się z panem spotkać.
— To prawda — przypomniał sobie początek rozmowy.
— Pewnie będzie się pan śmiał, a może nawet to pana rozzłości, ale postanowiłam, że muszę to powiedzieć.
— Tak? — komisarz był lekko zaniepokojony.
— Bo, kiedy przyszedł pan wtedy do biura… — zaczęła nieśmiało — to było takie… dziwne.
Ciekawe co dziwnego jest w mojej pracy, zastanawiał się. Nawet w słabym oświetleniu było widać, że dziewczyna się rumieni.
— Przychodzi wiele osób i… proszę mnie źle nie zrozumieć, ale zwykle w bardziej przyjemnych sprawach niż śmierć szefa, czy jakieś przesłuchanie… ale… i to jest właśnie dziwne, z nikim mi się tak dobrze nie rozmawiało. Chyba jestem nienormalna. Po prostu bardzo chciałam z panem kolejny raz pogadać. Nie wiem czemu. Niech mnie pan nie pyta.
Zamurowało go. Może to właśnie nazywamy chemią pomiędzy płciami? Albo czymś na kształt pokrewieństwa dusz. Pokrewieństwo to nie był dobry termin. Nie podobał mu się, bo afekt nie przypominał w żadnym razie uczuć brata, który po latach poznał swoją siostrę. Nawet wręcz przeciwnie, jeśli miałby to do czegoś porównać, to raczej do pierwszego tańca ze śliczną dziewczyną na mazurskim obozie chyba w drugiej licealnej. Piękne czasy.
— Głupia jestem, prawda? — mimo wszystko czekała, że zaprzeczy.
— Nie. Na pewno nie — zrobił coś, czego absolutnie nie powinien zrobić oficer na służbie, zwłaszcza w stosunku do potencjalnego świadka — pochylił się, chwycił ją za dłoń i pocałował w policzek. — Dziękuję. Jest pani bardzo miła.
Wstał szybko i podszedł do kelnera uregulować rachunek.
Agnieszka lekko zmieszana poprawiła sukienkę i postawiła torebkę na stole. Starzyński wrócił i zapytał, czy ma jeszcze na coś ochotę. Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się.
— Tego niestety nie ma w karcie.
Udał, że nie usłyszał.
— Odwiozę panią. Trochę się zasiedzieliśmy.
— Ale przecież pan wykonywał swoje obowiązki? — zauważyła nieco zgryźliwie.
— Ten akurat był wyjątkowo miły.
Skinął głową kelnerowi przy wyjściu, przepuszczając Agnieszkę w drzwiach. Szli w kierunku parkingu w milczeniu. Wiedział, że nie najlepiej wywiązał się z zadania. Zakończenie spotkania całkiem go przerosło. Ponownie zadbał, żeby dziewczyna zajęła miejsce w aucie. Uruchomił silnik. Trochę się obawiał, że zdarzy się coś niespodziewanego. A może, właśnie jak najbardziej oczekiwanego. Starał się nie patrzeć na nią, co było usprawiedliwione, bo włączał się do ruchu.
— Dokąd panią zawieźć? — spytał. Zabrzmiało nienaturalnie.
— Do Zakopanego — zażartowała.
— A nie lepiej nad morze w taki upał? — wcisnął hamulec. Musiał przepuścić kilka samochodów. Nie mógł się powstrzymać, żeby nie spojrzeć przynajmniej na jej nogi. Co za kretynizm. Przecież dziewczyna daje wyraźne sygnały, a on… Nie wolno mu. Nie powinien. Przypomniał sobie stary dowcip z czasów komuny. Kilka definicji literackich. Co to jest dramat? — Jak jest z kim, a nie ma gdzie. Co to jest tragedia? — Kiedy jest gdzie, a nie ma z kim. A co to jest komedia? — Kiedy jest i gdzie i z kim, a trzeba iść na zebranie partyjne. Wydawało mu się, że znalazł się jakby w tej trzeciej sytuacji, mimo że nie należał do żadnej partii… Żeby przynajmniej była brzydsza, szukał dodatkowych wymówek, ale jakoś nie potrafił znaleźć niczego sensownego. — A tak serio pani Agnieszko, dokąd panią podrzucić?
— Zawsze jest pan taki oficjalny? — zmieniała temat, a on czuł, że się rumieni. Na szczęście chyba nie mogła tego widzieć.
— Co zrobić. Taka praca — wzruszył ramionami.
— A czy stałoby się coś złego, gdybyśmy mówili sobie po imieniu? — próbowała dalej.
Tak… niezbadane są taktyki i strategie kobiet, kiedy chcą osiągnąć jakiś cel. Przestał mieć wątpliwości, że Agnieszka go po prostu rwie. Nie czuł się z tym idealnie, chociaż musiał przyznać, że jego ego specjalnie nie ucierpiało. Wręcz przeciwnie. Z drugiej strony od jakiegoś czasu stąpał po kruchym lodzie, a przy tych temperaturach stawało się to coraz bardziej niebezpieczne.
— Pewnie będzie jeszcze okazja — odpowiedział wymijająco. Nie chciał jej urazić, a taka odmowa musiała zaboleć, więc szybko dodał — pani Agnieszko, jest pani uroczą kobietą i proszę mi wierzyć, że… byłbym ostatnim facetem, który potrafiłby odmówić takiej prośbie.
Ale pani nadal może być powołana na świadka w sprawie Sitarskiego i dlatego, niech mi pani nie weźmie za złe, ale na razie pozostanie tak, jak jest.
— Przecież nie miałam zamiaru mówić do pana po imieniu w obecności innych — wydęła wargi, trochę jak mała dziewczynka, której odmówiono kolejnego ciastka.
Jestem jednak kretynem, pomyślał. Wciąż stali przy dworcu centralnym. Wreszcie zmieniło się światło, a on nadal nie wiedział, dokąd ma jechać. W końcu miał już dosyć przekomarzania. Poddał się.
— Dobra, Aga. Mów mi Piotrek. I powiedz wreszcie dokąd cię zawieźć?
Tym razem była wyraźnie zaskoczona.
— Fajnie. Mieszkam na Ursynowie — powiedziała, wpatrując się w niego jak w obraz.
***
30 lipca 7:21
Ostry dźwięk komórki wyrwał Starzyńskiego z letargu. Budzik zadzwonił wcześniej, ale zwykle korzystał z drzemki, podczas której często pojawiały się jeszcze senne majaki. Zdarzało się nawet kontynuować jakiś przerwany sen. Wiedział, że to Stefan, bo ustawił jako sygnał jego ulubiony kawałek kapeli Metallica.
— Serca nie masz Stefan. W połowie drzemki…
— Oj tam, oj tam… Ale to twoja wina.
— A niby czemu? — bełkotał Starzyński.
— Obiecałeś zadzwonić dwa dni temu i co? Jak dochodzenie?
— Nie wiem jak u ciebie. Ja jeszcze nie doszedłem — komisarza nie opuszczał wisielczy humor.
— To nie dobrze — wyraził troskę Stefan — a miałem nadzieję, że jednak… Taka fajna laska.
— Jaka laska? — oprzytomniał nagle.
— Ty mi powiedz. Przecież jej nie znam. Widziałem cię w piątek na Ursynowie. Chyba że pożyczyłeś komuś furę? Miałem nawet zadzwonić, ale… odłożyłem to na dziś. A ty co? Niewdzięcznik. Nawet nie chcesz zdradzić żadnych szczegółów.
— Bo nie ma.
— Czego nie ma?
— Stefan, proszę cię…
— No dobra. Opowiesz przy okazji. To dokończ drzemkę, ale oddzwoń koniecznie.
— Wal się. Już po spaniu. Też ci kiedyś tak zrobię. Zobaczysz. — odłożył słuchawkę.
Zapowiadał się podobnie upalny dzień jak wczoraj. Żeby tylko jeden, ale było niczym w hutniczym piecu, już ponad tydzień. Powoli usiadł na łóżku. Miał dziś mieć spotkanie z szefem Wolańskiego. Może coś drgnie w kolejnej sprawie? — wsunął stopy w klapki i pomaszerował do łazienki. Myjąc zęby, przyglądał się sobie w lustrze. Mocno zarysowane zakola posuwały się niestety co roku w tym samym kierunku. Przynajmniej czupryna nadal wyglądała nie najgorzej, zwłaszcza na tle niektórych rówieśników. Może faktycznie nie jestem jeszcze taki stary? — pocieszał się.
30 lipca 8:40
W firmie przejrzał kopię wyników sekcji Adamiaka. Zasadniczo nie było tam niczego, o czym nie powiedziałby mu Jurek. Zatrzymał się nad rozpoznaniem guza mózgu. To była postać glejaka. Praktycznie wyrok. Czy mógł wiedzieć wcześniej albo przynajmniej podejrzewać? To mogło też stanowić drugie dno polisy na życie wykupionej przez Sitarskiego. Chociaż gdyby wiedział, że jest chory, musiałby to podać w ankiecie medycznej. Z tą postacią raka z pewnością nie otrzymałby polisy w żadnym towarzystwie. Zatajenie? Wątpliwe. Szansa, że przeżyje trzy lata, raczej nie wchodziła w rachubę, a tylko wtedy uposażony mógłby otrzymać świadczenie. Może po prostu nie miał pojęcia, że jest chory. A nawet jeśli, to przecież nie wciągnął się sam na linie pod sufit, żeby strzelić do siebie kilka razy i w końcu trafić w serce. Chociaż, przy takich akrobacjach na linie precyzyjny strzał istotnie mógłby być utrudniony. Uśmiechnął się do swoich idiotycznych myśli i zadzwonił do Jurka. Nie było żadnych newsów, więc sprawdził, czy Hanka zaczęła działać i przygotował notatkę dla Metelskiego.
5—TEORIA
30 lipca 12:58
W instytucie pojawił się punktualnie. Docent Magnuski czekał w swoim gabinecie. Poczęstował go wyśmienitą kawą. Nie bardzo mógł zrozumieć, dlaczego Starzyński chce koniecznie rozejrzeć się po pracowni Wolańskiego. Komisarz nie chciał powiedzieć, co też mu chodzi po głowie. Ściemniał, że w takich sytuacjach należy wykluczyć udział osób trzecich, w tym zwłaszcza małżonka, żeby towarzystwo mogło wypłacić świadczenie. Blefował, zakładając, że Wolański nie pochwalił się pieniędzmi uzyskanymi z polisy. Widocznie trafił, bo po kwadransie znaleźli się w miejscu, w którym jeszcze do niedawna mąż denatki spędzał większą część życia. Teraz był na urlopie. Prawdopodobnie miał okazję oglądać kolejne plaże w Brazylii. Nie było nawet cienia szansy, żeby go zatrzymać, ale przecież jeśli nie ma się czego obawiać, z pewnością wróci. Starzyński zapytał o ostatnie prace Wolańskiego.
— Doktor ma u nas sporo swobody. Realizuje badania własne, ale oczywiście nie zaniedbuje tych, za które płacą kontrahenci.
— A czym się ostatnio państwo zajmowaliście? — próbował uściślić komisarz.
— Oj, zakres badań jest szeroki, a nie ukrywam, że niektóre z nich prowadzone są bez ujawniania zleceniodawcy. To stanowi tajemnicę handlową. Mogę tylko powiedzieć, że w przeważającej większości zleceniodawcami są małe firmy farmaceutyczne, których nie stać na prowadzenie na szerszą skalę badań własnych, albo je właśnie zrobili, a potrzebują weryfikacji wyników — docent poprawił fartuch, który wydawał się o co najmniej dwa numery za duży.
— A pan Paweł Wolański czym się konkretnie zajmował? — indagował dalej.
— To było spore zlecenie od węgierskiej firmy. Ale co to ma właściwie do rzeczy?
— Czy mieliście państwo jakieś prace związane z kleszczami?
Magnuski wydawał się zaskoczony.
— Nie przypominam sobie — potarł palcami czubek nosa — ach tak, ale to prawie rok temu. Przyszło takie zapytanie z Ministerstwa. Chodziło o weryfikację zakażeń chorobami odkleszczowymi w województwach Polski północnej.
— Jak rozumiem, zajmował się tym doktor Wolański.
— Oczywiście. Chociaż nie sam.
— Jeśli dobrze odczytałem, to pan Paweł ma swój zespół?
— Nie. To znaczy, nie do końca tak jest. Po prostu niektóre badania wymagają więcej pracy i wówczas tworzy się grupę.
— Sprawa kleszczy była poważna? — uśmiechnął się Starzyński.
— Powiedzmy, wymagała również wyjazdów, a wówczas każde ręce do pracy są cenne.
— Czy mógłbym spojrzeć? — komisarz wskazał na przeszkloną szafkę, w której leżały poukładane preparaty mikroskopowe.
— A coś konkretnie pana interesuje? — w tonie głosu docenta wyczuł ironię.
— Wie pan, kiedyś, jeszcze jako młody chłopak interesowałem się trochę biologią. Niestety, nie było wówczas tak zaawansowanych technologicznie mikroskopów. Mogłem sobie popatrzeć na drożdże, czy jakiś plankton. Proszę się nie dziwić. Dla pana to chleb powszedni, a dla mnie spora atrakcja.
— To prawda. Postęp także w tej dziedzinie jest kolosalny. Coś panu pokażę — Magnuski otworzył drzwiczki i zaczął przeglądać preparaty. Cofnął się i włączył mikroskop. Wrócił do szafki i wyjął pojemnik. Przejrzał też opisy. Starzyński starał się coś przeczytać, choć nie było to łatwe. Trochę jak z receptami. Aptekarze mają wprawę w rozszyfrowywaniu tego, co akurat miał na myśli lekarz. Wiedza i doświadczenie plus dopytanie pacjenta, na co został przepisany lek i przeważnie się udaje. Czasem zdarza się, że ktoś łyknie jakiś inny preparat, ale w dobie problemów z refundacją częściej odejdzie z kwitkiem od okienka, bo pani magister woli nie ryzykować. Zapamiętał, że najpopularniejszy kleszcz w Polsce nosi nazwę Ixodes ricinus, ale to nie był chyba dobry moment na popisywanie się wiedzą. Kiedy Magnuski wkładał do mikroskopu pierwszy preparat, zadzwonił mu w kieszeni telefon. Przeprosił Starzyńskiego, zachęcając gestem, żeby zerknął w lupę, a sam opuścił pracownię. Komisarz przez moment skorzystał z propozycji docenta, ale bardziej koncentrował się na szansie, która właśnie się otworzyła. Rozłożył wszystkie preparaty na stole i zrobił szybko dwa zdjęcia. Przekartkował też notes, który leżał na biurku. Wpisów nie było zbyt wiele, ale jeden zwrócił jego szczególną uwagę. Pod datą 05.V zapisane było hasło „Ixodes” dwukrotnie podkreślone. Z tego, co mówił docent, badania nad kleszczem prowadzili ponad rok temu. Skąd więc wpis sprzed około dwóch miesięcy? Przez moment zawahał się, czy nie zabrać notesu, ale to może byłaby przesada. Zrobił szybką fotkę strony. Potem jeszcze kilku dalszych z maja i czerwca. Wybierał tylko te, na których widniały notatki. Zachowywał się jak szpieg, ale wciąż słyszał strzępy rozmowy docenta na korytarzu. W końcu uznał, że to zbyt ryzykowne i schował telefon. Ponownie popatrzył w lupę. Na fantastycznie oświetlonym ekranie znajdowało się coś, co przypominało dziwny statek kosmiczny. Połączone ze sobą trzy jakby spłaszczone cygara, z których środkowe, nieco grubsze, wysuwało się do przodu. Zastanawiał się właśnie, co to może być, kiedy Magnuski wrócił i chowając komórkę do kieszeni przeprosił, że zostawił go samego.
— Nic się nie stało. Obejrzałem preparat, ale nie mam pojęcia, co też to mogłoby być.
Docent pochylił się nad mikroskopem. — Oj, rzeczywiście. W opisie jest X3, ale to kolega w skrócie całą serię tak zaznaczył. Na pudle jest pod tym numerkiem dokładna nazwa. I co? Ma pan jakąś koncepcję komisarzu? — uśmiechnął się szeroko, podnosząc głowę znad urządzenia.
— Gdybym musiał zgadywać na lekcji biologii, pewnie byłoby trudniej. Tutaj mogę strzelić, że to jakiś szkodnik. Może bakteria?
— Zimno, ale częściowo pan trafił. To właśnie kleszcz, o którego pan pytał na początku rozmowy.