E-book
16.54
drukowana A5
105.71
Kleo I Krucza Skała

Bezpłatny fragment - Kleo I Krucza Skała


Objętość:
581 str.
ISBN:
978-83-8467-226-6
E-book
za 16.54
drukowana A5
za 105.71

PROLOg

Tej nocy góry milczały.


Nie było wiatru.


Nie było śnieżycy.


Nawet drzewa, które przez większość zimowych nocy skrzypiały pod ciężarem śniegu, stały nieruchomo. Ich ciemne korony ginęły wysoko nad polaną, a grube gałęzie uginały się pod białym ciężarem.


Cała dolina wyglądała tak, jakby ktoś przykrył ją ogromnym, białym płótnem.


Żadnego światła.


Żadnego dźwięku.


Żadnego ruchu.


Tylko śnieg.


I chłopiec, który szedł przez las.


Miał dziewięć lat..


Był drobny jak na swój wiek, a za duża zimowa kurtka sprawiała, że wyglądał jeszcze młodziej. Rękawy sięgały mu prawie do dłoni. Na głowie miał wełnianą czapkę, spod której wystawały kosmyki ciemnych włosów.


W jednej ręce trzymał starą latarkę.


Jej światło nie było mocne. Żółty krąg przesuwał się po śniegu, odsłaniając na chwilę kamienie, korzenie i nisko zwisające gałęzie, po czym natychmiast pochłaniała go ciemność.


Chłopiec co kilka kroków oglądał się za siebie.


Nie dlatego, że czegoś zobaczył.


Bał się tego, czego mógłby nie zobaczyć.

— Adam…


Zatrzymał się.


Głos był cichy.


Prawie jak szept.


Chłopiec powoli odwrócił głowę.


— Kleo?


Odpowiedziała mu cisza.


Adam uniósł latarkę.


Drzewa.


Śnieg.


Mgła.


Nic więcej.


Przez moment miał ochotę zawrócić.


Dom znajdował się niedaleko. Gdyby pobiegł, po kilku minutach znalazłby się przy ogrodzeniu.


Mama prawdopodobnie jeszcze nie spała.


Tata pewnie siedział przy kominku.

A Kleo…


Kleo spała.


Tak powinno być.


Właśnie to powtarzał sobie od chwili, kiedy wyszedł z domu.


Ale wtedy przypomniał sobie jej twarz.


Sześć lat.


Za mała, żeby zrozumieć, dlaczego budzi się każdej nocy z krzykiem.


Za mała, żeby wiedzieć, dlaczego czasami patrzy w stronę lasu, jakby kogoś tam widziała.


I zdecydowanie za mała, żeby opowiadać o miejscu, którego nigdy nie odwiedziła.


O czarnym lesie.


O zamku.


O drzwiach.


I o dziewczynce, która wyglądała dokładnie jak ona.


Adam ruszył dalej.


Nie powinien był tutaj przychodzić.


Wiedział o tym.


Mama zabroniła mu wychodzić po zmroku.


Tata wielokrotnie powtarzał, żeby nigdy nie zapuszczał się w północną część lasu.


— Tam nie ma nic ciekawego — mówił.


Ale kiedy Adam zapytał, dlaczego nie ma tam nic ciekawego, skoro ojciec tak bardzo nie chce, żeby tam chodzili, Adrian nie odpowiedział.


Po prostu spojrzał na niego.


Za długo.


Za poważnie.


Adam zapamiętał ten wzrok.


I właśnie dlatego tej nocy poszedł.


Bo kilka godzin wcześniej znalazł coś na strychu.


Książkę.

Starą, ciężką księgę pokrytą kurzem.


Leżała za skrzynią, której nikt chyba nie otwierał od wielu lat.


Adam znalazł ją przypadkiem.


A przynajmniej tak wtedy myślał.


Księga była dziwna.


Nie miała tytułu.


Nie miała nazwiska autora.


Na czarnej okładce znajdował się jedynie wytarty znak przedstawiający kruka.


Pod nim widniała cyfra.

8


Adam długo patrzył na ten symbol.


Nie wiedział dlaczego, ale poczuł wtedy nieprzyjemne mrowienie w dłoniach.


Otworzył książkę.


Pierwsze strony były puste.


Potem pojawiły się rysunki.


Najpierw góry.


Potem las.


Potem dolina.


A na kolejnej stronie zamek.


Wysoki, ciemny, stojący na samotnym zboczu.


Jego wieże były tak smukłe, że wyglądały, jakby mogły przebić chmury.


Na najwyższej wieży siedział kruk.


Adam przewrócił stronę.

Zobaczył drzwi.


Jedne.


Potem drugie.


Trzecie.


Czwarte.


Piąte.


Szóste.


Siódme.


Ósme.

Pod ostatnim rysunkiem ktoś napisał:


„Jeśli chcesz odzyskać to, co utraciłeś, musisz najpierw pozwolić temu odejść.”


Adam nie rozumiał tych słów.


Ale kilka stron dalej znalazł kolejne zdanie.


„Drzwi pojawiają się temu, kto naprawdę czegoś pragnie.”


Wtedy pomyślał o Kleo.


Od kilku tygodni jego młodsza siostra budziła się w środku nocy.


Czasami płakała.


Czasami krzyczała.


A czasami siedziała nieruchomo na łóżku i patrzyła w ciemność.


Raz Adam wszedł do jej pokoju chwilę po tym, jak się obudziła.


Kleo siedziała pod kocem.


Jej twarz była mokra od łez.


— Co ci się śniło? — zapytał.


Nie odpowiedziała od razu.


Patrzyła gdzieś za jego plecy.


— Zamek — powiedziała w końcu.


— Jaki zamek?


— Ten w górach.


Adam odwrócił się.


Za oknem nie było nic poza nocą.


— Tam nie ma żadnego zamku.


Kleo spojrzała na niego.


— Jest.


— Skąd wiesz?


Dziewczynka zaczęła płakać.


— Bo ona tam jest.


— Kto?


Kleo przycisnęła koc do piersi.


— Ja.


Adam wtedy się roześmiał.


Tylko przez chwilę.


Potem zobaczył, że Kleo wcale nie żartuje.


— Ona na mnie czeka — wyszeptała.


Od tamtej pory Adam nie potrafił przestać o tym myśleć.


A kiedy znalazł książkę, uznał, że musi coś zrobić.


Nie wiedział jeszcze, że właśnie dlatego książka czekała na niego.


Adam wyszedł z lasu na polanę.


Zatrzymał się.


Latarka oświetliła śnieg.


Przez kilka sekund nie zobaczył niczego niezwykłego.


Potem dostrzegł ślady.


Małe.


Bardzo małe.


Adam przykucnął.


Nie wyglądały jak ślady butów.


Nie były też śladami żadnego zwierzęcia.


Były to odciski bosych stóp.

W śniegu.


W środku zimy.


Adam poczuł, jak robi mu się zimno.


Nie od temperatury.


Spojrzał na własne buty.


Potem na ślady.


Jeden.


Drugi.


Trzeci.


Prowadziły przez całą polanę.


Adam wstał.


Nie powinien był za nimi iść.


Ale poszedł.


Ślady kończyły się kilka metrów dalej.


Przy drzwiach.


Adam stanął nieruchomo.


Drzwi stały samotnie pośrodku polany.


Nie było ściany.


Nie było domu.


Nie było framugi.


Nie było nawet zawiasów, które pozwalałyby wyjaśnić, jak drzwi mogły się utrzymywać w pionie.


Po prostu stały.


Ciemne.


Stare.


Oblepione cienką warstwą lodu.


Adam powoli podszedł.


Latarka przesunęła się po drewnie.


Na środku znajdowała się cyfra:

1

Chłopiec przełknął ślinę.


— To niemożliwe…


Wyciągnął rękę.


Dotknął klamki.


Była lodowata.


Tak zimna, że Adam natychmiast cofnął dłoń.


Przez chwilę patrzył na własne palce.


Potem powiedział cicho:


— Nie.


Za jego plecami coś zaszeleściło.


Adam gwałtownie się odwrócił.


Latarka przecięła ciemność.


Nic.


Tylko drzewa.


Czarne.


Gęste.


Milczące.


Adam zrobił krok w tył.


I wtedy usłyszał głos.


— Adam.


Zamarł.


Głos dochodził zza drzwi.


Był cichy.


Ale znajomy.


— Kleo?


Drzwi lekko zadrżały.


— Adam…


Chłopiec zrobił krok do przodu.


— Gdzie jesteś?


— Po drugiej stronie.


Adam położył dłoń na klamce.


Tym razem jej nie dotknął.


— Poczekaj.


— Boję się.


Adam zacisnął zęby.


— Idę po ciebie.


— Nie.


— Dlaczego?


Cisza.


Długa.


Zbyt długa.


A potem głos powiedział:


— Bo to nie jestem ja.


Adam cofnął rękę.


Poczuł, jak serce przyspiesza.


Nie wiedział już, czego bardziej się bać.


Tego, że za drzwiami rzeczywiście znajdowała się Kleo…


czy tego, że jej tam nie było.


Nagle z lasu dobiegł szelest.


Adam uniósł latarkę.


Między drzewami coś się poruszyło.


Światło zatrzymało się na dwóch punktach.

Bursztynowych oczach

Z ciemności wyszedł czarny kot.


Nie był ogromny, ale wydawał się większy, niż powinien.


Jego sierść niemal zlewała się z nocą.


Śnieg osiadał na grzbiecie zwierzęcia, ale kot nawet nie próbował go strząsnąć.


Zatrzymał się kilka kroków od Adama.


Patrzył na niego.


Długo.


Jakby sprawdzał, czy chłopiec jest tym, na którego czekał.


— Nie otwieraj — powiedział.


Adam znieruchomiał.


— Ty… mówisz?


Kot zamrugał.


— To nie jest najważniejsza rzecz, którą powinieneś teraz wiedzieć.


— Kim jesteś?


Kot spojrzał na drzwi.


— Tym, który przyszedł za późno.


Adam poczuł niepokój.


— Co jest po drugiej stronie?


Kot podszedł bliżej.


— To, czego najbardziej pragniesz.


Adam spojrzał na drzwi.


— Chcę znaleźć Kleo.


— Właśnie dlatego drzwi cię wybrały.


— Jeśli wejdę, mogę ją uratować?


Kot długo milczał.


— Możesz ją znaleźć.


— To wystarczy.


— Nie.


Adam spojrzał mu w oczy.


— Dlaczego?


— Bo znalezienie kogoś nie zawsze oznacza, że można zabrać go ze sobą.


Adam zacisnął palce na latarce.


— Muszę spróbować.


— W takim razie musisz coś wiedzieć.


Kot usiadł na śniegu.


— Drzwi nigdy nie dają dokładnie tego, o co prosisz.


— Więc czego chcą?


Bursztynowe oczy kota rozbłysły.

— Ceny.


Adam spojrzał na drzwi.


Przez chwilę wahał się.


Wtedy usłyszał płacz.


Cichy.


Dziecięcy.


— Adam…


Chłopiec zamknął oczy.


— To Kleo.


— Nie.


Adam otworzył oczy.


— Skąd wiesz?


Kot spojrzał na niego.


— Bo prawdziwa Kleo właśnie śpi w swoim łóżku.


Adam pobladł.


— Co?


— To, co słyszysz, chce, żebyś uwierzył.


Głos zza drzwi odezwał się ponownie.


Tym razem nie brzmiał już jak Kleo.


Był starszy.


Zmęczony.


I dziwnie smutny.


— Adam…


Chłopiec zrobił krok do tyłu.


Na powierzchni drzwi pojawiło się pęknięcie.


Cienkie jak włos.


Potem drugie.


I trzecie.


Białe światło zaczęło przesączać się przez szczeliny.


Adam zasłonił oczy.


Światło było tak mocne, że przez chwilę zobaczył pod powiekami czerwone plamy.


A potem usłyszał głos.


— Adam.


Tym razem znał go.


Naprawdę znał.


Opuścił rękę.


Po drugiej stronie drzwi stała dziewczynka.


Nie sześcioletnia.


Starsza.


Dużo starsza.


Miała długie, czarne włosy.


Błękitne oczy.


I twarz Kleo.


Adam przestał oddychać.


— Kleo?

Dziewczyna położyła dłoń na drugiej stronie drzwi.


— To ja.


Adam podszedł bliżej.


— Co się z tobą stało?


— Nie pytaj.


— Muszę wiedzieć.


— Nie.


— Kleo…

Jej oczy napełniły się łzami.


— Nie wchodź.


Adam poczuł ścisk w gardle.


— Dlaczego?

Dziewczyna długo patrzyła na niego.


— Bo jeśli wejdziesz…


Urwała.


— Co?


— Będę musiała cię stracić.


Adam poczuł łzy pod powiekami.


— Już cię straciłem.


Kleo pokręciła głową.


— Nie.

Jej głos stał się niemal niesłyszalny.


— Jeszcze mnie nie straciłeś.


Światło zaczęło gasnąć.


— Adam!


Chłopiec rzucił się do drzwi.


Klamka poruszyła się.


Czarny Kot syknął.


— Nie!


Adam jednak już jej dotykał.


I wtedy wszystko ucichło.


Las.


Śnieg.


Kot.


Nawet własny oddech.


Adam usłyszał głos.


Nie zza drzwi.


Nie z lasu.


Nie z żadnego miejsca, które potrafił wskazać.


Głos pojawił się bezpośrednio w jego głowie.


Wybierz.


Adam zamarł.


Przed nim pojawiły się trzy obrazy.


W pierwszym wracał do domu.


Widział Kleo jako dorosłą kobietę.


Szczęśliwą.


Bezpieczną.


Ale kiedy próbował podejść, przechodziła obok niego, jakby go nie znała.


W drugim otwierał drzwi.


Kleo rzucała mu się w ramiona.


Była z nim.


Ale za jej plecami świat zaczynał znikać.


Najpierw las.


Potem dom.


Potem góry.


Jakby wszystko, co znał, nigdy nie istniało.


W trzecim obrazie Adam stał sam.


Po drugiej stronie drzwi.


Kleo żyła.


Dorastała.

Pamiętała, że kiedyś miała brata.


Ale nie pamiętała jego twarzy.


Adam patrzył na wszystkie trzy możliwości.


Nie podobała mu się żadna.


— Mogę wybrać coś innego?


Głos odpowiedział:


Nie.


Adam zamknął oczy.


Pomyślał o Kleo.


O tym, jak siadała obok niego przy kominku.


Jak zasypiała podczas czytania.


Jak zawsze zostawiała drewnianego konika na parapecie.


Pomyślał o tym, jak trzymała go za rękę, kiedy bała się burzy.


I zrozumiał.

Nie chodziło o to, żeby ją odzyskać.


Chodziło o to, żeby pozwolić jej żyć.


Adam otworzył oczy.


— Wybieram trzecie.


Kot spojrzał na niego.


— Jesteś pewien?


Adam pokręcił głową.


— Nie.


— Więc dlaczego?


Chłopiec spojrzał w stronę domu.


— Bo ona ma żyć.


Kot milczał.


Przez chwilę w jego bursztynowych oczach pojawiło się coś, czego Adam nie potrafił nazwać.


Smutek.


A może szacunek.


Drzwi zaczęły się otwierać.


Białe światło wylało się na polanę.


Śnieg wokół Adama zaczął topnieć.


Chłopiec zrobił krok.


Potem drugi.


Odwrócił się.


Spojrzał na kota.


— Pilnuj jej.


Kot nie odpowiedział od razu.


— Obiecuję.


Adam wszedł w światło.


Przez moment zobaczył jeszcze starszą Kleo.


Stała po drugiej stronie.


Płakała.


— Adam!


Chłopiec wyciągnął rękę.


Nie zdążył jej dotknąć.


Drzwi zatrzasnęły się.


Światło zniknęło.


Polana znów była pusta.


Przez kilka sekund nie wydarzyło się nic.


Potem zaczął padać śnieg.


Czarny Kot siedział przed drzwiami.


Nie ruszał się.


Patrzył na drewno.


Na jego powierzchni powoli pojawiła się nowa cyfra.

8

Kot zmrużył oczy.


— Jeszcze nie — powiedział.


Odwrócił się.


Ruszył przez las.


Nie oglądał się za siebie.


A wysoko nad drzewami pojawił się kruk.


Czarny kształt przeciął nocne niebo.


Ptak zatoczył krąg nad polaną.


Zakrakał raz.


Potem drugi.


I trzeci.


W małym domu na skraju doliny sześcioletnia Kleo otworzyła oczy.


Pokój był ciemny.


Na parapecie leżał drewniany konik.


Za oknem śnieg zaczął padać dużymi płatkami.


Kleo usiadła na łóżku.


Przez chwilę nie wiedziała, dlaczego się obudziła.


Coś było nie tak.


Nie potrafiła jednak powiedzieć co.


Spojrzała na drzwi.


Były zamknięte.


— Adam?


Nikt nie odpowiedział.


Kleo zsunęła nogi z łóżka.


Przeszła kilka kroków.


Nagle poczuła coś na swojej dłoni.

Ciepło.


Jakby ktoś ją trzymał.


Kleo spojrzała w dół.


Nikogo nie było.


A jednak przez krótką chwilę była pewna, że czuje palce brata.


— Nie odchodź — wyszeptała.


Wtedy usłyszała głos.


Bardzo cichy.


Prawie jak wspomnienie.


— Śpij, mała.


Kleo zamknęła oczy.


Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.


Nie wiedziała, dlaczego płacze.


Nie wiedziała, gdzie jest Adam.


Nie wiedziała, że tej nocy po raz ostatni zasypia jako dziewczynka, która pamięta wszystko.


Nie wiedziała też, że gdzieś daleko, w środku zasypanego śniegiem lasu, istnieją drzwi z cyfrą osiem.


I że pewnego dnia przyjdzie do nich ponownie.


Tym razem nie jako sześcioletnie dziecko.


Tym razem jako Kleo, która będzie musiała przypomnieć sobie wszystko, co odebrano jej tamtej nocy.


A za drzwiami ktoś będzie czekał.


Nie po to, żeby ją zatrzymać.


Lecz po to, żeby sprawdzić, czy naprawdę nauczyła się odejść.


Za oknem padał pierwszy śnieg.


W dolinie wszystko spało.


Tylko wysoko w górach czarny kruk usiadł na nagiej gałęzi.


Patrzył w stronę miejsca, którego nie było na żadnej mapie.


I czekał.

ROZDZIAŁ I

Zanim Kleo zobaczyła zamek, śnił jej się las.

Zawsze ten sam.

Czarny, cichy i zasypany śniegiem.

Nie był to zwyczajny las.

Nawet we śnie Kleo czuła, że drzewa pamiętają więcej, niż powinny.


Potężne świerki wyrastały ze zboczy niczym czarne kolumny. Ich gałęzie uginały się pod ciężarem śniegu, a niektóre zwisały tak nisko, że niemal dotykały ziemi. Pomiędzy drzewami snuła się mgła.


Nie płynęła jednak jak zwyczajna mgła.


Przesuwała się powoli.


Jakby szukała drogi.


Jakby czegoś szukała.


Kleo szła przez śnieg boso.


Nigdy nie czuła zimna.


To właśnie było najdziwniejsze.


Wiedziała, że powinna marznąć. Wiedziała, że śnieg powinien parzyć stopy. A jednak pod jej nogami był miękki i ciepły.


Przed nią ciągnęły się ślady.

Małe.


Bose.


Dziecięce.


Kleo zawsze próbowała je dogonić.


Nigdy nie mogła.


Kiedy przyspieszała, ślady również przyspieszały.


Kiedy się zatrzymywała, zatrzymywały się także.


Jakby ktoś przed nią wiedział dokładnie, co zrobi.


Tej nocy Kleo postanowiła nie iść za nimi.


Zatrzymała się.


Ślady również.


Spojrzała w gęstą mgłę.


— Kim jesteś?


Las milczał.


Kleo zrobiła krok.


Wtedy z ciemności odpowiedział jej własny głos.


— To ty powinnaś wiedzieć.


Dziewczynka zamarła.


— Kim jestem?


— Tą, która pamięta.


— Nie pamiętam.


— Jeszcze nie.


Kleo rozejrzała się.


— Czego?


Głos ucichł.


Przed nią pojawiły się drzwi.


Stały samotnie na środku lasu.


Nie miały ściany.


Nie miały domu.


Nie prowadziła do nich żadna ścieżka.


Były stare i czarne.


Na środku ktoś wyrył cyfrę:


8


Kleo podeszła.


Położyła dłoń na drewnie.


Drzwi były ciepłe.


Tak ciepłe, jakby po drugiej stronie płonął ogień.


Kleo cofnęła rękę.


Wtedy usłyszała pukanie.


Tok.


Tok.


Tok.


Trzy razy.


— Nie otwieraj.


Głos należał do Adama.


Kleo odwróciła się.


Jej brat stał kilka kroków dalej.


Miał dziewięć lat.


Tak jak w jej wspomnieniach.


Ciemne włosy opadały mu na czoło.


Uśmiechał się.


Kleo podbiegła do niego.


— Adam!


Chciała go przytulić.


Ale kiedy wyciągnęła ręce, chłopiec cofnął się.


— Nie podchodź.


— Dlaczego?


— Bo to nie ja.


Kleo spojrzała na niego ze strachem.


— Ale wyglądasz jak Adam.


Chłopiec uśmiechnął się.


— Właśnie dlatego.


Drzwi zaczęły się otwierać.


Kleo krzyknęła.


I wtedy się obudziła.


Usiadła gwałtownie na łóżku.


Przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie jest.


Jej pokój był ciemny.


Zegar na ścianie wskazywał trzecią nad ranem.


Kleo oddychała szybko.


Przycisnęła dłonie do piersi.


Serce waliło jej jak oszalałe.


Spojrzała na drzwi.


Były zamknięte.


Zwyczajne.


Drewniane.


Takie same jak każdego dnia.


A jednak przez chwilę miała wrażenie, że za nimi ktoś stoi.


Nie ruszała się.


Czekała.


Nic.


W końcu odetchnęła.


— To tylko sen.


Wypowiedziała te słowa głośno.


Nie pomogły.


Pamiętała każdy szczegół.


Las.


Drzwi.


Cyfrę osiem.


I Adama.


Adam.

To imię od kilku lat było w jej domu prawie nieobecne.


Nie dlatego, że rodzice o nim nie pamiętali.


Wręcz przeciwnie.


Właśnie dlatego.


Od dnia jego zaginięcia wszyscy nauczyli się milczeć.


Kleo miała wtedy sześć lat.


Adam dziewięć.


Powiedzieli jej, że miał wypadek.


Że zniknął w górach.


Że ratownicy szukali go przez wiele dni.


Że nie znaleziono ciała.


Z czasem ludzie zaczęli mówić o nim w czasie przeszłym.


Kleo nigdy tego nie rozumiała.


Jak można mówić o kimś w czasie przeszłym, skoro nie wiadomo, gdzie jest?


Czasami pytała matkę:


— A jeśli Adam wróci?


Elara zawsze odpowiadała:


— Wtedy będziemy na niego czekać.


Ale jej oczy mówiły coś innego.


Kleo długo nie wiedziała co.


Teraz zaczynała rozumieć.


Wstała z łóżka.


Podeszła do okna.


Za szybą panowała noc.


Śniegu jeszcze nie było.


Była późna jesień.


Pierwszy śnieg miał spaść dopiero za kilka tygodni.


A jednak góry w oddali wyglądały tak, jakby zima już dawno je objęła.


Kleo przyłożyła dłoń do szyby.


I wtedy poczuła chłód.


Nie zwyczajny.


Ostry.


Przenikliwy.


Cofnęła rękę.


Na szybie zobaczyła ślad.


Mała dłoń.

Odciśnięta od wewnętrznej strony.


Kleo patrzyła na nią bez ruchu.


Palce były wyraźne.


Pięć małych palców.


Dłoń dziecka.


— To niemożliwe.


Dotknęła odcisku.


Był lodowaty.


Wtedy usłyszała:


Tok.


Tok.


Tok.


Kleo odskoczyła od okna.


Pukanie dobiegło z korytarza.


Dziewczynka spojrzała na drzwi pokoju.


Nie chciała podejść.


Nie chciała sprawdzać.


Po chwili pukanie powtórzyło się.


Tok.


Tok.


Tok.


Kleo zacisnęła dłonie.


— Mamo?


Cisza.


Wyszła na korytarz.


Dom spał.


Podłoga skrzypnęła pod jej stopą.


Kleo zeszła kilka schodów.


— Mamo?


Nagle usłyszała głos.


— Kleo…


Zatrzymała się.


To był Adam.


— Kleo…


Dziewczynka odwróciła się.


Korytarz był pusty.


— Adam?


Odpowiedzi nie było.


Wtedy drzwi wejściowe lekko zadrżały.


Kleo spojrzała w ich stronę.


Na zewnątrz ktoś stał.


Czuła to.


Nie widziała sylwetki przez mleczną szybę, ale wiedziała, że ktoś tam jest.


Podeszła.


Położyła dłoń na klamce.


I przypomniała sobie sen.


„Nie otwieraj”.


Zabrała rękę.


Po chwili wróciła do pokoju.


Nie spała już do rana.


Rano dom pachniał kawą, drewnem i świeżym chlebem.


Elara stała przy kuchennym stole.


Miała związane włosy i zmęczoną twarz.


Kleo weszła cicho.


— Nie spałaś — powiedziała matka.


To nie było pytanie.


Kleo usiadła.


— Miałam sen.


Elara zamarła.


— O czym?


— O lesie.


Matka powoli odstawiła kubek.


— Znowu?


Kleo spojrzała na nią.


— Znowu?


Elara odwróciła wzrok.


— Nic.


— Powiedziałaś „znowu”.


— Źle usłyszałaś.


Kleo zmarszczyła brwi.


— Śnił mi się Adam.


Elara zamknęła oczy.


Tylko na moment.


Ale Kleo to zauważyła.


— Co robił?


— Stał przy drzwiach.


Matka nie odpowiedziała.


— Powiedział, żebym ich nie otwierała.


Elara podeszła do okna.


— To był tylko sen.


— Wiem.


— Kleo.


— Ale dlaczego płaczesz?


Elara dotknęła policzka.


Dopiero wtedy zauważyła łzę.


Szybko ją otarła.


— Nie płaczę.


Kleo chciała coś powiedzieć.


Nie zdążyła.


Drzwi wejściowe otworzyły się.


Do domu wszedł Adrian.


Był wysoki i szczupły.


Miał na sobie ciężki płaszcz pokryty drobnymi kroplami deszczu.


Spojrzał na Elarę.


Potem na Kleo.


— Co się stało?


Elara odpowiedziała:


— Znowu jej się śnił.


Adrian znieruchomiał.


— Adam?


Kleo spojrzała na ojca.


— Tak.


Adrian nie powiedział nic.


Zdjął płaszcz.


Powiesił go na haczyku.


Potem usiadł przy stole.


— Co dokładnie widziałaś?


Kleo opowiedziała mu o lesie.


O drzwiach.


O cyfrze osiem.


O Adamie.


Adrian słuchał.


Ani razu jej nie przerwał.


Kiedy skończyła, zapytał:


— Czy drzwi były czarne?


— Tak.


— Miały klamkę?


— Tak.

— Czy ktoś stał po drugiej stronie?


Kleo spojrzała na niego.


— Dlaczego pytasz?


Adrian nie odpowiedział.


— Tato.


— Czy ktoś tam był?


— Tak.


— Kto?


Kleo spuściła wzrok.


— Nie wiem.


Adrian odetchnął ciężko.


Elara spojrzała na niego.


— Musimy jej powiedzieć.


— Jeszcze nie.


— Właśnie zaczęło się to, czego się baliśmy.


Kleo podniosła głowę.


— Co się zaczęło?


Oboje milczeli.


— Powiedzcie mi.


Adrian spojrzał na nią.


— Nic.


— Kłamiesz.


Mężczyzna zamilkł.


Kleo wstała.


— Wszyscy coś przede mną ukrywacie.


— Kleo…


— Adam nie zginął w wypadku, prawda?


Elara pobladła.


Adrian spojrzał na żonę.


To spojrzenie wystarczyło.


Kleo zrozumiała.


— Więc gdzie on jest?


Adrian długo milczał.


W końcu powiedział:


— Nie wiemy.


— Ale szukaliście go.


— Tak.


— Gdzie?


— W górach.


— Dlaczego?


Adrian odpowiedział cicho:


— Bo tam znaleźliśmy jego plecak.


Kleo poczuła chłód.


— I?

— W środku była książka.


— Jaka książka?


Adrian spojrzał w stronę schodów.


— Taka, której nigdy nie powinien był znaleźć.


Po śniadaniu Kleo poszła na strych.


Nie powiedziała rodzicom.


Wiedziała, że jeśli zapyta ich o książkę, odmówią odpowiedzi.


Stare schody skrzypiały.


Na strychu pachniało kurzem.


Kleo przesuwała rękami po kartonach.


Stare ubrania.


Zabawki.


Książki.


Albumy.


W końcu znalazła drewnianą skrzynię.


Nie miała zamka.


W środku znajdowały się rzeczy Adama.


Mały kompas.


Latarka.


Kilka kamieni.


Stary szalik.


I książka.


Kleo od razu wiedziała, że to ona.


Na okładce znajdował się czarny kruk.


Pod nim symbol przypominający ósemkę.


Nie było tytułu.


Kleo otworzyła pierwszą stronę.


Była pusta.


Druga również.


Dopiero na trzeciej zobaczyła rysunek.


Krucza Skała.


Ale na rysunku góra wyglądała inaczej.


Na jej szczycie stał zamek.


Kleo przewróciła stronę.


Osiem drzwi.


Pierwsze.


Drugie.


Trzecie.


Czwarte.


Piąte.


Szóste.


Siódme.


Ósme.

Pod ostatnim rysunkiem znajdował się napis:


„Nie każde drzwi prowadzą dokądś. Niektóre prowadzą do tego, czego najbardziej boisz się pamiętać.”


Kleo poczuła dreszcz.


Na następnej stronie ktoś narysował małą dziewczynkę.


Miała czarne włosy.


Błękitne oczy.


W dłoni trzymała drewnianego konika.


Kleo zamknęła książkę.


To była ona.


Ale zdjęcie wyglądało tak, jakby ktoś narysował ją wiele lat wcześniej.


Na okładkę spadła pojedyncza kropla wody.


Kleo spojrzała w górę.


Dach był suchy.


Druga kropla spadła na książkę.


Potem trzecia.


Kleo dotknęła strony.


To nie była woda.


Była czarna.


Jak atrament.


Litery na stronie zaczęły się pojawiać.


Powoli.


Jedna po drugiej.


„ÓSMA WRÓCI.”

Kleo odsunęła książkę.


Wtedy usłyszała kroki.


Ktoś szedł po schodach.


Kleo zamknęła skrzynię.


— Kleo?


To był Adrian.


— Tak?


Ojciec wszedł na strych.


Spojrzał na nią.


Potem na skrzynię.


— Znalazłaś ją.


Nie pytał.


Kleo skinęła głową.


— Co to jest?


Adrian usiadł na starej skrzyni.


— Książka Adama.


— Co w niej jest?


— Historia.


— Czy prawdziwa?


Adrian milczał.


— Tato.


— Nie wiem.


— Wiesz.

— Kleo, nie wszystko, co jest zapisane, powinno zostać przeczytane.


— A Adam przeczytał.


— Tak.


— I poszedł do zamku.


Adrian zacisnął szczękę.


— Tak.


— Dlaczego?


— Bo uwierzył, że może ci pomóc.


Kleo spojrzała na ojca.


— W czym?


Adrian spuścił wzrok.


— W twoich snach.


Kleo poczuła, że serce bije jej szybciej.


— Jak długo o nich wiedziałeś?


— Od zawsze.


— Co?


— Kiedy byłaś mała, mówiłaś o zamku.


— Nie pamiętam.


— Wiem.


Adrian spojrzał jej w oczy.


— Zrobiliśmy wszystko, żebyś zapomniała.


Kleo poczuła gniew.


— Dlaczego?

— Bo kiedy zaczęłaś pamiętać, drzwi zaczęły się pojawiać.


Po południu Kleo wyszła z domu.


Nie mogła już siedzieć w środku.


Potrzebowała powietrza.


Potrzebowała odpowiedzi.


I przede wszystkim chciała znaleźć czarnego kota.


Las był cichy.


Tym razem nie bała się.


Po kilku minutach zobaczyła go na kamieniu.


Siedział z ogonem owiniętym wokół łap.

— Czekałeś?


— Tak.


— Skąd wiedziałeś, że przyjdę?


— Nie wiedziałem.


— Więc dlaczego czekałeś?


Kot spojrzał na nią.


— Bo Adam zawsze mówił, że jesteś ciekawska.


Kleo zamarła.


— Znałeś go.


— Tak.


— Gdzie jest?


Kot milczał.


— Powiedz.


— Nie tutaj.


— Żyje?


Kot spojrzał w stronę gór.


— To skomplikowane.


— Nie pytam o skomplikowane.


— W takim razie odpowiedź brzmi: tak.


Kleo poczuła ulgę.


— Naprawdę?


— Tak.


— Mogę go zobaczyć?


Kot odwrócił wzrok.


— Nie wiem.


— Ale wiesz, gdzie jest.


— Tak.


— W zamku?


Kot nie odpowiedział.


To wystarczyło.


Kleo spojrzała na Kruczą Skałę.


Zamek nadal tam był.


Czerwone światło na najwyższej wieży pulsowało.

Raz.


Drugi.


Trzeci.


— Co to oznacza?


— Że ktoś wie, że patrzysz.


Kleo poczuła chłód.


— Kto?


Kot spojrzał na nią.


— Zamek.

Tej nocy Kleo nie zeszła na kolację.


Siedziała na łóżku i czytała książkę Adama.


Większość stron była pusta.


Niektóre zawierały rysunki.


Na jednym widniał czarny kot.


Pod nim Adam napisał:


„Ardan nie jest tym, za kogo się podaje.”


Kleo przeczytała zdanie kilka razy.


Na następnej stronie znajdował się rysunek drzwi.


Pod nimi:


„Nie ufaj głosom.”


Dalej:

„Jeśli usłyszysz mnie po drugiej stronie, najpierw zapytaj o rzecz, którą znaliśmy tylko my.”


Kleo zamarła.


Odwróciła kartkę.


Na następnej stronie znajdowało się jedno pytanie:


„Co dostałaś ode mnie, kiedy miałaś sześć lat?”


Kleo znała odpowiedź.


Drewnianego konika.


Przesunęła palcem po rysunku.


I wtedy coś usłyszała.


Tok.


Tok.


Tok.


Kleo powoli odłożyła książkę.


Pukanie do drzwi.


Jej drzwi.


Spojrzała na zegar.


23:17.


Klamka drgnęła.


Kleo podeszła.


— Kto tam?


Cisza.


— Adam?


Głos odpowiedział:


— Tak.


Kleo zamknęła oczy.


— Co mi dałeś, kiedy miałam sześć lat?


Cisza.


Długa.


Potem głos:


— Drewnianego konika.


Kleo poczuła, że coś jest nie tak.


To była prawidłowa odpowiedź.


Ale Adam nigdy nie mówił „drewnianego konika”.


Zawsze mówił:


„Konia z trzema kreskami”.


Kleo cofnęła się.


— Nie jesteś nim.


Po drugiej stronie drzwi zapadła cisza.


A potem głos się zmienił.


Stał się niższy.


Starszy.


— Mądra dziewczynka.


Kleo zamarła.


— Czego chcesz?


— Żebyś sobie przypomniała.


— Co?


— Pierwsze drzwi.


Drzwi pokryły się lodem.


Kleo zrobiła krok do tyłu.


Na drewnie pojawiła się cyfra:

1

A potem pod nią:

2


3


4


5


6


7

I na końcu:

8


Kleo patrzyła.


Osiem cyfr.


Osiem drzwi.


A pod nimi pojawiło się jedno zdanie.


„Jedne już otworzyłaś.”


Kleo poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa.


— Nie.


Drzwi odpowiedziały:


— Tak.


Wtedy rozległ się krzyk.


Nie zza drzwi.


Z dołu.


Kleo wybiegła na korytarz.


— Mamo!


Nikt nie odpowiedział.


Zeszła po schodach.


W salonie stał Adrian.


W ręku trzymał starą latarkę.


Obok niego Elara.


A na środku podłogi leżał fragment czarnego drewna.


Ten sam, który Kleo znalazła rano.


Tylko teraz na jego powierzchni nie było już cyfry osiem.

Było imię.

Adam

Kleo podeszła.

Elara zaczęła płakać.


Adrian powiedział:


— On próbuje się skontaktować.

— Adam?

— Tak.

— Więc dlaczego go nie sprowadzicie?


Adrian spojrzał jej w oczy.


— Bo to nie Adam otwiera drzwi.

— Kto?


Mężczyzna odpowiedział:


— Coś, co nauczyło się jego głosu.


Późną nocą Kleo stała przy oknie.


Padał pierwszy śnieg.


Płatki wirowały nad doliną.


W oddali Krucza Skała była prawie niewidoczna.


Tylko czerwone światło na wieży przebijało się przez mgłę.


Kleo przyłożyła czoło do szyby.


Za jej plecami pojawił się Ardan.


Nie słyszała, kiedy wszedł.


— To on? — zapytała.


Kot spojrzał na zamek.


— Nie.


— Więc kto?


Ardan milczał.


Kleo odwróciła się.


— Obiecałeś Adamowi, że będziesz mnie pilnował?


Kot spojrzał jej w oczy.


— Tak.


— Dlaczego?


— Bo wiedział, że pewnego dnia drzwi znajdą ciebie.


— I co wtedy?


Ardan podszedł do okna.


— Wtedy będę musiał zdecydować, czy dotrzymać obietnicy.


Kleo zmarszczyła brwi.


— Co to znaczy?


Kot nie odpowiedział.


Za oknem kruk usiadł na gałęzi.


Czarny.


Nieruchomy.


Patrzył prosto na Kleo.


Zakrakał.


Raz.


Drugi.


Trzeci.


W tej samej chwili wszystkie światła w domu zgasły.


Kleo usłyszała szept.


Nie z zamku.


Nie zza drzwi.


Tuż obok siebie.


— Kleo.


Odwróciła się.


Nikogo.


Spojrzała na Ardana.


Kot patrzył na ścianę.


Na jej powierzchni pojawił się cień.


Małej dziewczynki.


Dziewczynka trzymała drewnianego konika.


Kleo rozpoznała ją natychmiast.


To była ona.


Ale cień nie poruszał się tak jak Kleo.


Podniósł rękę.


I wskazał góry.


Potem odwrócił głowę.


W miejscu twarzy pojawiła się pustka.


A z pustki dobiegł głos Adama.


— Nie idź do zamku.


Kleo zrobiła krok.


— Adam?


Cień odpowiedział:


— Nie jestem sam.


Światło wróciło.


Cień zniknął.


Ardan stał nieruchomo.


Kleo spojrzała na niego.


— Co miał na myśli?


Kot przez długą chwilę nic nie mówił.


W końcu powiedział:


— Że zamek już się obudził.


Kleo spojrzała na Kruczą Skałę.


Czerwone światło zgasło.


Po chwili zapaliło się ponownie.


Ale tym razem nie było czerwone.


Było białe.


A na szczycie najwyższej wieży pojawiła się sylwetka.


Dziewczynka.


Czarne włosy.


Błękitne oczy.


Kleo patrzyła na nią z odległości wielu kilometrów.


A jednak była pewna, że dziewczynka patrzy prosto na nią.


Podniosła rękę.


I przyłożyła palec do ust.


Jakby nakazywała milczenie.


Kleo poczuła, że jej własna dłoń zaczyna drżeć.


Ardan wyszeptał:


— Ona wróciła.


— Kto?


Kot spojrzał na Kleo.


— Pierwsza.


— Pierwsza kto?


Ardan odwrócił wzrok.


— Pierwsza Kleo.


Wtedy dziewczynka na wieży uśmiechnęła się.


A zamek odpowiedział jej śmiechem.

ROZDZIAŁ II

Klamka poruszyła się ponownie.


Powoli.


Raz w dół.

Potem wróciła na swoje miejsce.


Kleo stała kilka kroków od drzwi i patrzyła na nią bez ruchu.


Nie wiedziała, ile czasu minęło.


Sekundy?


Minuty?

A może tylko kilka uderzeń serca?


W pokoju panował półmrok. Jedynym źródłem światła był blady blask księżyca wpadający przez okno. Na ścianach drżały cienie mebli, wydłużając się i skracając przy każdym podmuchu zimnego powietrza.


Kleo przełknęła ślinę.


— Adam?


Cisza.


Klamka drgnęła jeszcze raz.


Tym razem mocniej.


Kleo cofnęła się.


— Adam?

Po drugiej stronie drzwi rozległ się głos.


— Nie otwieraj.


Kleo zamarła.


To był jego głos.


Nie podobny.


Nie przypominający.


Dokładnie jego.


Głos chłopca, którego pamiętała coraz mniej, choć przez całe życie miała wrażenie, że gdzieś w środku nadal słyszy jego śmiech.


— Adam?


— Nie otwieraj.


Kleo poczuła, że łzy napływają jej do oczu.


— Gdzie jesteś?


Cisza.


— Adam, proszę.


Tym razem odpowiedź była niemal szeptem.


— Jestem blisko.


Kleo zrobiła krok w stronę drzwi.


— Otworzę.


— Nie.


— Chcę cię zobaczyć.


— Nie możesz.


— Dlaczego?


Po drugiej stronie coś ciężko westchnęło.


— Bo wtedy zobaczysz coś jeszcze.


Kleo zatrzymała się.


— Co?


Nie otrzymała odpowiedzi.


Zamiast tego spod drzwi zaczął przesuwać się cień.


Najpierw cienka, czarna smuga.


Potem druga.


Cień wsunął się do pokoju jak dym.


Kleo patrzyła, jak pełznie po podłodze.


Nie zachowywał się jak cień.


Nie należał do żadnego przedmiotu.


Nie padało na niego żadne światło.


A jednak istniał.


Zatrzymał się przy jej stopach.


Kleo cofnęła nogę.


Cień podążył za nią.


Nagle rozciągnął się.


Przybrał kształt dłoni.


Pięć długich palców rozsunęło się na drewnianej podłodze.


Jeden drgnął.


Potem drugi.


Kleo wstrzymała oddech.


Dłoń zaczęła przesuwać się w jej stronę.


— Nie…

Palce dotknęły czubka jej buta.


Kleo krzyknęła.


Drzwi otworzyły się z hukiem.


Dziewczyna zasłoniła twarz rękami.


Czekała na uderzenie.


Na czyjś oddech.


Na dotyk.


Nic.


Powoli opuściła ręce.


Korytarz był pusty.


Ciemny.


Cichy.


Jedynie przez wysokie okno wpadało srebrne światło księżyca.


Na środku korytarza siedział czarny kot.


Jego bursztynowe oczy błyszczały w ciemności.


Patrzył na Kleo spokojnie.


Jakby czekał na ten moment.


— Wiedziałem, że to zrobią — powiedział.


Kleo zamarła.


— Ty…


Kot zamrugał.


— Tak.


— Ty mówisz.


— Jak widzisz.


Kleo przez chwilę tylko na niego patrzyła.


— Od kiedy?


— Od zawsze.


— Dlaczego wcześniej nie mówiłeś?


Kot usiadł prościej i owinął ogon wokół łap.


— Nie pytałaś.


Kleo spojrzała na otwarte drzwi.


— To był Adam?


Kot nie odpowiedział.


— Powiedz.


Cisza.


— To był Adam?


Kot spojrzał na nią.


— Nie.


Kleo poczuła ulgę.


Trwała jednak zaledwie sekundę.


— To nie był Adam — dodał kot.


Dziewczyna poczuła, jak zimno przebiega jej po plecach.


— Więc kto?


Kot wszedł do pokoju.


Jego łapy niemal bezszelestnie dotknęły drewnianej podłogi.


— Pierwsze ostrzeżenie.


Kleo zamknęła drzwi.


Tym razem sprawdziła klamkę dwa razy.


— Chcę wiedzieć wszystko.


Kot usiadł przy łóżku.


— Nie możesz.


— Dlaczego?

— Bo wiedza ma swoją cenę.


Kleo skrzyżowała ręce.


— A niewiedza?

Kot spojrzał jej prosto w oczy.


— Jeszcze większą.


Kleo usiadła na brzegu łóżka.


Materac cicho skrzypnął.


— Powiedz mi o Adamie.


Kot długo milczał.


W końcu powiedział:


— Adam wszedł do zamku trzynaście lat temu.


Kleo poczuła, że serce zaczyna jej szybciej bić.


— To niemożliwe.


— Wiem.

— Zamek nie istniał trzynaście lat temu.


— Istniał.


— Nie.


— Tylko nie wszyscy mogli go zobaczyć.


Kleo pokręciła głową.


— Wszyscy mówili, że Adam zaginął w lesie.


— Bo tak było łatwiej.


— Łatwiej komu?


Kot spojrzał w stronę drzwi.


— Twoim rodzicom.


Kleo poczuła gniew.


— Kłamali.


— Próbowali cię chronić.


— Przez trzynaście lat?


— Tak.


— Przed czym?


Kot odpowiedział cicho:


— Przed pamięcią.


Kleo poczuła, że te słowa brzmią znajomo.

Pamięć.


Zapomnienie.


Drzwi.


Zamek.


Wszystko zaczynało się ze sobą łączyć.


Ale zamiast odpowiedzi pojawiało się jeszcze więcej pytań.


— Skąd wiesz, że Adam wszedł do zamku?


Kot spojrzał na nią.


— Byłem tam.


Kleo zamarła.


— Wtedy?


— Tak.


— Dlaczego?


Kot spuścił wzrok.


Przez chwilę wyglądał jak zwykłe zwierzę.


Zmęczone.


Stare.

Jakby wspomnienie, które nosił, było dla niego ciężarem.


— Bo to ja zaprowadziłem go do drzwi.


Kleo wstała.


— Co?


— Nie chciałem.


— Ale to zrobiłeś.


— Tak.


— Dlaczego?


Kot spojrzał jej prosto w oczy.


— Bo Adam mnie o to poprosił.


Kleo nie wiedziała, co powiedzieć.


— Mój brat znał cię?


— Znał.


— Od kiedy?


— Od dawna.


Kot odwrócił głowę.


— Byłem jego przyjacielem.


Kleo prychnęła.


— Kot nie może być czyimś przyjacielem.


Ardan spojrzał na nią.


— Możesz mnie nazywać, jak chcesz.


— Jak masz na imię?


Kot milczał.


— Nie masz imienia?


— Mam.


— Więc?


— Jeszcze nie czas.


Kleo zmarszczyła brwi.


— Wszyscy tutaj mówią „jeszcze nie czas”.


— Bo jeszcze nie czas.


— To zaczyna być denerwujące.


Kot po raz pierwszy wyglądał, jakby chciał się uśmiechnąć.


— Adam też tak mówił.


Kleo znieruchomiała.


— Naprawdę?


— Bardzo często.


— Co jeszcze o mnie mówił?


Kot spojrzał na nią.


— Że kiedy się czegoś boisz, zaczynasz zadawać dwa razy więcej pytań.


— To nieprawda.


— Właśnie zadałaś trzy.


Kleo przewróciła oczami.


Przez chwilę zapomniała o strachu.


Tylko przez chwilę.


Potem przypomniała sobie cień pod drzwiami.


— Czy to coś może wejść do domu?


Kot spoważniał.


— Jeśli drzwi są otwarte.


— A jeśli je zamkniemy?


— Wtedy będzie musiało znaleźć inne.


— Jakie?


Kot spojrzał na nią.


— Twoje.


Kleo poczuła zimno.


— Co to znaczy?


Kot nie odpowiedział.


Rano śnieg padał gęsto.


Cała dolina była biała.


Drzewa uginały się pod ciężarem śniegu, a dachy domów pokrywała gruba warstwa puchu.


Kleo stała przy oknie i patrzyła na góry.


Krucza Skała była prawie niewidoczna.


Mgła przesuwała się między szczytami.


Tylko najwyższa wieża zamku wystawała ponad białą zasłonę.


Czerwone światło nadal tam było.


Kleo zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę je widzi.


Czy może tylko jej się wydaje.


Wtedy usłyszała za sobą:


— Nie patrz na nie za długo.


Odwróciła się.


Ardan siedział na parapecie.


— Dlaczego?


— Bo czasami zamek patrzy z powrotem.


Kleo spojrzała ponownie.


— Już patrzy.


Kot zesztywniał.


— Co?


— Mam wrażenie, że ktoś stoi w oknie.


Ardan natychmiast zeskoczył na podłogę.


— Odsuń się.


Kleo zrobiła krok.


— Co zobaczyłeś?


— Nic.


— Kłamiesz.


Kot spojrzał na nią.


— To dobrze.


— Co?


— Że zaczynasz rozpoznawać kłamstwa.


Kleo usiadła na łóżku.


— Chcę sobie przypomnieć Adama.


— Wiem.


— Możesz mi pomóc?


Ardan długo patrzył na nią.

— Mogę.


— Więc pomóż.


Kot wskoczył na szafę.


Zepchnął łapą niewielkie drewniane pudełko.


Pudełko spadło na podłogę.


Kleo podniosła je.


— Co to?


— Otwórz.


W środku znajdowała się koperta.


Papier był pożółkły.


Na środku widniało jej imię.

KLEO

Drżącymi palcami otworzyła kopertę.


W środku był list.


Pismo rozpoznała natychmiast.


Adam.


Czytała powoli.


«Kleo,

jeśli to czytasz, znaczy, że drzwi znowu się otworzyły.


Nie próbuj mnie szukać.


Wiem, że to zrobisz.


Właśnie dlatego piszę.


Jeśli znajdziesz kota, słuchaj go.


Nie ufaj zamkowi.


Nie ufaj drzwiom.


I przede wszystkim nie ufaj temu, co zobaczysz.


Nie wszystko, co wygląda jak ja, jest mną.


Twój brat,


Adam»


Kleo przeczytała list jeszcze raz.


— Skąd go miał?


— Dał mi go przed wejściem.


— Dlaczego dopiero teraz?


— Bo wcześniej drzwi były zamknięte.


— A teraz?


Ardan spojrzał przez okno.


— Teraz wróciły.


Kleo ścisnęła kartkę.


— Dlaczego?


— Bo coś je obudziło.


— Co?


Kot spojrzał na nią.


— Ty.


Tego samego dnia Kleo po raz pierwszy weszła do pokoju Adama.


Rodzice zawsze zamykali go na klucz.


Tym razem drzwi były otwarte.


Stały lekko uchylone.


Kleo zatrzymała się na progu.


W środku panował kurz.


Wszystko wyglądało tak, jakby czas zatrzymał się trzynaście lat temu.


Na biurku leżały kredki.


Na półce stały książki.


Przy łóżku znajdowała się mała drewniana skrzynka.


Kleo weszła.


Podłoga skrzypnęła.


Podeszła do biurka.


Na jego powierzchni ktoś wyrył mały symbol.

Ósemkę.


Kleo dotknęła jej palcem.


Wtedy poczuła coś dziwnego.


Zapach lata.


Trawy.


Dymu z ogniska.


I usłyszała śmiech.


— Kleo, szybciej!


Dziewczynka odwróciła się.


Pokój zniknął.


Przez sekundę stała na polanie.


Miała sześć lat.


Adam biegł przed nią.


Trzymał drewnianego konika.


— Złap mnie!


Kleo zaczęła biec.


Śmiała się.


Nagle obraz się zmienił.


Adam stał przy drzewie.


Twarz miał poważną.


— Jeśli kiedyś zobaczysz drzwi, nie wchodź.

— Dlaczego?

— Bo nie każda droga prowadzi do domu.


Obraz zniknął.


Kleo wróciła do pokoju.


Osunęła się na podłogę.


Oddychała szybko.


— Pamiętam…


Ardan stał w drzwiach.


— Co?


— On mi to powiedział.


— Co?


— O drzwiach.


Kot nic nie powiedział.


— Dlaczego zapomniałam?


Ardan odwrócił wzrok.


— Bo ktoś sprawił, że zapomniałaś.


Kleo podniosła głowę.


— Kto?


— Nie wiem.


— Ty zawsze wiesz.


— Nie.


— Wiesz więcej niż mówisz.


— To prawda.


Kleo wstała.


— Więc powiedz.


Ardan spojrzał jej w oczy.


— Kiedy Adam wszedł do zamku, próbował cię ocalić.


— Przed czym?


Kot odpowiedział:


— Przed tobą.


Kleo zamarła.


— Co?

— Nie przed tobą taką, jaką jesteś teraz.


Ardan podszedł bliżej.


— Przed tym, co mogłaś się stać.


Po południu Kleo poszła do lasu.


Ardan szedł kilka kroków przed nią.


Śnieg padał coraz mocniej.


Las był cichy.


Zbyt cichy.


Nawet ptaki nie śpiewały.


— Daleko jeszcze?


— Nie.


— Dokąd idziemy?


— Do miejsca, w którym Adam po raz pierwszy zobaczył drzwi.


Kleo zatrzymała się.


— Były tutaj?


— Tak.


Po kilku minutach dotarli do polany.


Drzwi nadal tam stały.


Czarne.


Stare.

Na środku wyryta była cyfra:


1


Kleo podeszła.


— To te same?


— Tak.


— Co jest za nimi?


— Wspomnienie.


— Czyje?


Ardan spojrzał na nią.


— Twoje.


Kleo dotknęła klamki.


Tym razem nie była lodowata.


Była ciepła.


— Ardan.


— Tak?

— Jeśli wejdę, będziesz tam?


Kot spojrzał na drzwi.


— Nie wiem.


— Boisz się?


Ardan milczał.


Kleo po raz pierwszy zobaczyła strach w jego oczach.


— Tak.


Dziewczyna odsunęła dłoń.


— Czego?


— Że przypomnisz sobie wszystko.


— Dlaczego to takie złe?


Kot odpowiedział cicho:


— Bo czasami prawda nie uwalnia.


— Więc co robi?


— Otwiera kolejne drzwi.


Tego wieczoru Kleo znalazła na parapecie mały drewniany konik.


Nie należał do niej.


Nie było go tam wcześniej.


Był stary.


Ciemny.


Na grzbiecie miał trzy krótkie kreski.


Kleo dotknęła go.


Natychmiast przypomniała sobie Adama.


— Zrobiłem go dla ciebie.


Jego głos.


Śmiech.


Słońce.


Lato.


I nagle coś jeszcze.


Krew na śniegu.


Kleo cofnęła rękę.


Konik spadł na podłogę.


Drzwi do pokoju zatrzasnęły się same.


Tok.


Tok.


Tok.


Pukanie.


Kleo spojrzała w ich stronę.


— Kto tam?


Głos odpowiedział:


— Ja.


— Adam?


— Tak.


Kleo przypomniała sobie list.


„Nie wszystko, co wygląda jak ja, jest mną.”


— Co mi dałeś, kiedy miałam sześć lat?


Cisza.


Kleo czekała.


— Drewnianego konika.


Prawidłowa odpowiedź.


A jednak coś się nie zgadzało.


Adam zawsze nazywał go inaczej.


„Koniem z trzema kreskami”.


Kleo poczuła chłód.


— Nie jesteś nim.


Głos po drugiej stronie drzwi zamilkł.


Potem zaczął się śmiać.


Cicho.


Nisko.


— Coraz lepiej, Kleo.


— Czego chcesz?


— Żebyś pamiętała.


— Co?


— Pierwsze drzwi.


Na drewnie pojawiła się cyfra.


1


Potem:


2


3


4


5


6


7


8

Kleo patrzyła, jak cyfry pojawiają się jedna po drugiej.


— Co to znaczy?


Głos odpowiedział:


— Że już nie masz wyboru.


Kleo cofnęła się.


— Zawsze mam wybór.


— Adam też tak myślał.


— Co mu zrobiłeś?


Cisza.


Potem głos stał się głosem Adama.

— Nic.


Kleo poczuła łzy.


— Kłamiesz.


— W takim razie otwórz.


Klamka zaczęła się obracać.


Kleo spojrzała na drewnianego konika.


Przypomniała sobie słowa brata.


„Jeśli usłyszysz mnie po drugiej stronie, najpierw zapytaj o rzecz, którą znaliśmy tylko my.”


Zadała pytanie:


— Co powiedziałeś mi wtedy na polanie?

Cisza.


Długa.


Nienaturalnie długa.


Kleo uśmiechnęła się przez łzy.


— Nie wiesz.


Głos odpowiedział:


— Wiem.


— Powiedz.


Cisza.


— Powiedz!


Nic.


Kleo podeszła do drzwi.


— Nie jesteś Adamem.


Po drugiej stronie rozległ się szept:


— Jeszcze nie.


Kleo cofnęła się.


— Co to znaczy?


— Wkrótce będę.


Drzwi zatrzęsły się.


Kleo chwyciła konika.


— Nigdy.


— Wszyscy wracają.


— Nie Adam.


— Dlaczego?


Kleo odpowiedziała:


— Bo on już wybrał.


Drzwi ucichły.


Po chwili usłyszała cichy głos:


— A ty jeszcze nie.


Następnego ranka Kleo znalazła Ardana przed domem.


Kot siedział na śniegu.


Patrzył na góry.


— Wiesz.


Nie odwrócił się.


— Tak.


— On wrócił.


— Nie.


— Coś mówiło jego głosem.


— Wiem.


— Chce mnie.


Ardan spojrzał na nią.


— Tak.


— Dlaczego?


Kot długo milczał.


— Bo tylko ty możesz otworzyć ósme drzwi.


Kleo poczuła dreszcz.


— A co jest za ósmymi?


— Adam.


— Naprawdę?


— Nie.


Kleo spojrzała na niego z niedowierzaniem.


— Więc co?


Ardan odwrócił wzrok.


— Tego jeszcze nie wiem.


— Ty nie wiesz?


— Nie.


— To pierwszy raz, kiedy to mówisz.


— Bo pierwszy raz naprawdę nie wiem.


Kleo spojrzała na Kruczą Skałę.


Czerwone światło na najwyższej wieży zgasło.


Po chwili zapaliło się białe.


A w jego blasku pojawiła się sylwetka.

Dziewczynka.


Czarne włosy.


Błękitne oczy.


Kleo poczuła, że zna tę twarz.


Nie dlatego, że ją widziała.


Dlatego, że pamiętała ją z własnych snów.


Dziewczynka podniosła rękę.


Wskazała na Kleo.


Potem na zamek.


A następnie położyła palec na ustach.


— Kim ona jest? — wyszeptała Kleo.


Ardan odpowiedział:


— Tego właśnie próbował dowiedzieć się Adam.


— I co odkrył?


Kot spojrzał na nią.


— Że nie jest twoim odbiciem.


— Więc kim?


Ardan przez chwilę milczał.


— Twoją możliwością.


Kleo poczuła, jak serce zatrzymuje się jej na sekundę.


— Jaką możliwością?


Kot spojrzał na dziewczynkę na wieży.


— Tą, w której nigdy nie wróciłaś do domu.


W tej samej chwili zamek zniknął za mgłą.


A w lesie, gdzieś bardzo blisko, rozległo się pukanie.


Tok.


Tok.


Tok.


Kleo odwróciła się.


Za nią nie było żadnych drzwi.

Jeszcze.


Ale w śniegu pojawiła się świeża para bosych śladów.


Prowadziły wprost do niej.


I tym razem…


nie oddalały się.

ROZDZIAŁ III

— Adam…

Kleo nie potrafiła powiedzieć nic więcej.


Chłopiec stojący przed nią wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętała go z najgłębszych zakamarków dzieciństwa.


Miał dziewięć lat.


Ciemne włosy były lekko potargane, jakby przed chwilą biegł przez wysoką trawę. Na sobie miał granatowy sweter, który Kleo pamiętała z jednego z najstarszych wspomnień. Na łokciu znajdowała się mała, prawie niewidoczna plama po farbie.


To właśnie ona sprawiła, że Kleo poczuła nagłe ukłucie w sercu.


Pamiętała tę plamę.


Adam kiedyś pomalował nią swój rękaw, kiedy próbował zrobić dla niej drewnianego konika.


Miał wtedy zaledwie osiem lat.


A może dziewięć?


Wspomnienie było zamazane.


Jak obraz oglądany przez warstwę lodu.


Adam patrzył na Kleo bez strachu.


Jakby czekał na nią od bardzo dawna.


— Tęskniłaś? — zapytał.


Kleo poczuła, jak oczy wypełniają jej się łzami.


— Całe życie.


Adam spuścił wzrok.


Przez chwilę wyglądał jak zwykły dziewięcioletni chłopiec.


— Wiem.


— Gdzie jesteś?


Adam podniósł głowę.


— Tutaj.


Kleo pokręciła głową.


— To nie jest odpowiedź.


— Jest.


— Nie rozumiem.


— Wiem.


Kleo zrobiła krok w jego stronę.


Chciała go dotknąć.


Sprawdzić, czy naprawdę stoi przed nią.


Ale zatrzymała się kilka centymetrów od jego dłoni.


Bała się.


Nie tego, że Adam zniknie.


Bała się, że jej ręka przejdzie przez niego jak przez dym.

— Mogę…?


Chłopiec wyciągnął dłoń.


— Możesz.


Kleo dotknęła jego palców.


Były ciepłe.


Naprawdę ciepłe.


Zacisnęła na nich swoją dłoń.


I wtedy coś w niej pękło.


Nie wspomnienie.


Ból.

Przez trzynaście lat nie wiedziała dokładnie, za czym tęskniła.


Teraz wiedziała.


Za jego dłonią.


Za tym, jak zawsze szedł pół kroku przed nią.


Za tym, jak odwracał się i mówił:


„Idziesz, mała?”


Kleo zacisnęła palce.


— Naprawdę jesteś.


Adam uśmiechnął się smutno.


— Tym razem tak.


— Co znaczy „tym razem”?


Chłopiec nie odpowiedział.


Zamiast tego odwrócił się i ruszył ścieżką.


— Chodź.


Kleo przez chwilę stała bez ruchu.


— Dokąd?


Adam obejrzał się przez ramię.


— Tam, gdzie wszystko się zaczęło.


— Do zamku?


— Nie.


— Więc gdzie?


Adam spojrzał przed siebie.


— Do pierwszego wspomnienia.


Polana była ogromna.


Kleo pamiętała ją ze snów, ale nigdy nie widziała jej tak wyraźnie.


Wysoka trawa falowała pod lekkim wiatrem.


Była zielona i miękka, miejscami poprzetykana drobnymi białymi kwiatami. Nad nią unosiły się motyle. Niektóre miały skrzydła niemal przezroczyste, inne lśniły błękitem.


Powietrze pachniało żywicą, mokrą ziemią i latem.


Gdzieś daleko śpiewały ptaki.


Kleo zatrzymała się.


— Tutaj było lato?


Adam skinął głową.


— Zawsze lubiłaś to miejsce.


— Nie pamiętam.


— Właśnie dlatego tu jesteś.


Kleo spojrzała na niego.


— Co zrobił Adrian?


Adam odwrócił wzrok.


— Chciał cię ochronić.


— Przed zamkiem?


— Przed wszystkim, co wydarzyło się po moim zniknięciu.


— Więc dlaczego mnie okłamał?


— Bo czasami dorośli mylą ochronę z kłamstwem.


Kleo poczuła gniew.


— To nie jest odpowiedź.


— Nie.


Adam usiadł na dużym kamieniu.


— Ale jest prawdą.


Kleo usiadła obok.


Przez chwilę milczeli.


Było w tym coś dziwnie znajomego.


Kleo przypomniała sobie nagle, że kiedy była mała, często siadała obok Adama na tym samym kamieniu.


Przynosił jej wtedy jagody.


Oczywiście większość zjadał sam.


— Zawsze zabierałeś mi najlepsze — powiedziała.


Adam spojrzał na nią ze zdziwieniem.


— Pamiętasz?


Kleo uśmiechnęła się przez łzy.


— Chyba tak.


— A mówiłaś, że nigdy ci ich nie oddam.


— Bo nie oddawałeś.


— Byłem starszy.


— O trzy lata.


— To bardzo dużo.


Kleo roześmiała się cicho.


Śmiech zabrzmiał na polanie dziwnie normalnie.


Jakby przez moment nie było zamku.


Nie było drzwi.


Nie było trzynastu lat rozłąki.


Było tylko rodzeństwo siedzące na kamieniu w letnie popołudnie.


Adam patrzył na nią z uśmiechem.


— Właśnie to chciałem, żebyś pamiętała.


Kleo spoważniała.


— Co?


— Nie dzień, w którym zniknąłem.


— Więc co?


— Nas.


Adam podniósł się.


— Chodź.


Ruszyli dalej.


Po kilku minutach dotarli do starego kamienia.


Był częściowo porośnięty mchem. Na jego powierzchni znajdowały się cienkie pęknięcia, a wokół wyrastały małe paprocie.


Na kamieniu wyryto dwa imiona.


Kleo I Adam


Kleo podeszła bliżej.


Przesunęła palcem po swoim imieniu.


— To my?


— Tak.


— Kiedy to zrobiliśmy?


— Tego dnia, kiedy obiecałaś mi, że nigdy o mnie nie zapomnisz.


Kleo spojrzała na niego.


— I zapomniałam.


— Nie.


— Adam…


— Nie zapomniałaś.


Jego głos stał się poważny.


— Zabrano ci wspomnienie.


Kleo poczuła zimno.


— Kto?


Adam nie odpowiedział od razu.


— Adrian?


— Nie tylko on.


— Więc kto?


Chłopiec spojrzał na las.

— Zamek.


Kleo dotknęła kamienia.


Nagle poczuła pod palcami pulsowanie.


Jak bicie serca.


Cofnęła rękę.


— Co to było?


Adam spojrzał na nią.


— Pamięć.


— Kamień pamięta?


— Tutaj wszystko pamięta.


Wiatr poruszył trawą.


Na chwilę polana ucichła.


Potem Adam powiedział:


— Chcesz zobaczyć?


Kleo skinęła głową.


— Tak.

— W takim razie nie próbuj walczyć.


— Z czym?

Adam spojrzał jej prosto w oczy.


— Z tym, co sobie przypomnisz.


Świat wokół nich zaczął się zmieniać.


Najpierw zniknęły kolory.


Zieleń trawy stała się szara.


Niebo pociemniało.


Słońce zgasło.


Kleo poczuła na policzku zimny podmuch.


Potem spadł pierwszy płatek śniegu.

Drugi.

Trzeci.


W ciągu kilku sekund lato zniknęło.


Zastąpiła je zima.


Kleo zobaczyła dwoje dzieci.


Małą siebie.


I Adama.


Byli na tej samej polanie.


Kleo miała na sobie czerwoną kurtkę, a na głowie wełnianą czapkę z pomponem.


Adam trzymał starą latarkę.


— To było wtedy — powiedział cicho.


Kleo patrzyła.


Mała Kleo tupnęła nogą.


— Jest zimno.


Adam się roześmiał.


— Przecież chciałaś zobaczyć.


— Co?


— Niespodziankę.


— Jaką?


Adam wskazał las.


— Chodź.

— Mama mówiła, żebyśmy nie chodzili daleko.


— Wrócimy przed kolacją.


— Obiecujesz?


Adam zawahał się.


— Obiecuję.


Kleo spojrzała na niego.


— Naprawdę?


— Naprawdę.


Kleo ujęła jego dłoń.


Ruszyli.


Kleo patrzyła na swoje dawne życie jak na film.


Dzieci przechodziły przez las.


Adam szedł pierwszy.


Co chwilę odwracał się, żeby sprawdzić, czy Kleo za nim idzie.


— Uważaj — powiedział.


— Na co?


— Na korzenie.


Kleo potknęła się.


Adam złapał ją za rękę.


— Mówiłem.


— Nic mi nie jest.


— Wiem.


— Nie śmiej się.


Adam próbował powstrzymać uśmiech.


Nie udało mu się.


— Nie śmieję się.


— Śmiejesz.


— Trochę.

Mała Kleo zrobiła obrażoną minę.


Po chwili jednak sama się roześmiała.


Kleo patrzyła na nich i płakała.


Nie chciała odwracać wzroku.


Nagle zrozumiała, dlaczego wspomnienie tak bardzo bolało.


Bo nie pamiętała tylko tragedii.


Zapomniała również szczęścia.


Dzieci dotarły na polanę.


Śnieg leżał nietknięty.


W samym środku stały drzwi.


Czarne.


Samotne.


Na drewnie widniała cyfra:

1


Mała Kleo zatrzymała się.


— Co to?


Adam podszedł bliżej.


— Nie wiem.


— To skąd je masz?


— Nie mam.


— Więc kto je postawił?


Adam nie odpowiedział.


Wyciągnął rękę.


— Adam, nie.


Chłopiec spojrzał na nią.


— Tylko dotknę.


— Mama mówiła, żeby nie dotykać obcych rzeczy.


— To tylko drzwi.


— Nie wyglądają jak zwykłe.


Adam położył dłoń na klamce.


Kleo poczuła nagły chłód.


— Adam…


Klamka poruszyła się sama.


Drzwi uchyliły się.


Za nimi było białe światło.


Nie było widać żadnego pomieszczenia.


Żadnego lasu.


Żadnej drogi.


Tylko biel.


A potem głos.


— Adam.


Chłopiec znieruchomiał.


— Słyszałeś?


Kleo skinęła głową.


— Tak.


Głos powtórzył:


— Adam…


Tym razem brzmiał jak kobieta.


Adam zrobił krok.


Kleo złapała go za kurtkę.

— Nie.


— Muszę zobaczyć.


— Nie musisz.


— A jeśli ktoś tam jest?


— To może wyjść.


Adam spojrzał na nią.


— A jeśli nie może?


Kleo zaczęła płakać.


— To wróćmy po tatę.


Adam zawahał się.


Wtedy z białego światła dobiegł płacz.

Cichy.


Dziecięcy.


— Adam…


Chłopiec pobladł.


— To Kleo.


Mała Kleo spojrzała na niego.


— Przecież jestem tutaj.


Adam patrzył na nią.


W jego oczach pojawiło się przerażenie.


Głos z drzwi odezwał się ponownie.


Tym razem identycznie jak Kleo.


— Adam, pomóż mi.


Chłopiec zrobił krok.


— Nie! — krzyknęła Kleo.


Złapała go obiema rękami.


Adam odwrócił się.


— Muszę sprawdzić.


— To nie jestem ja!


Adam spojrzał na nią.


— Skąd wiesz?


Kleo wskazała na drzwi.


— Bo stoję tutaj!


Chłopiec milczał.


I wtedy z lasu dobiegł trzask.


Oboje odwrócili głowy.


Pomiędzy drzewami stał czarny kot.


Ten sam.


Bursztynowe oczy obserwowały dzieci.


Adam podszedł do niego.


— Wiesz, co to jest?


Kot przez chwilę milczał.


— Tak.


— Co?


— Drzwi.


— Dokąd prowadzą?


Kot spojrzał na Kleo.


— Do tego, czego najbardziej pragnie ten, kto je otworzy.


Adam spojrzał na światło.


— Chcę, żeby Kleo nigdy nie miała koszmarów.


Kot odpowiedział:


— W takim razie pokażą ci świat, w którym ich nie ma.


— To dobrze.


— Nie.


Adam zmarszczył brwi.


— Dlaczego?


Kot powiedział:


— Bo drzwi zawsze pokazują cenę dopiero po tym, jak człowiek zdecyduje.


Wspomnienie zatrzymało się.


Kleo patrzyła na małego Adama i Czarnego Kota.


— On wiedział.


Adam stał obok niej.


— Tak.


— Już wtedy?


— Tak.


— Dlaczego cię nie powstrzymał?


Chłopiec spuścił głowę.


— Próbował.


Kleo spojrzała na niego.


— Ale mu się nie udało.


— Nie.


— Dlaczego?


Adam odpowiedział:


— Bo chciałem cię uratować.


Kleo poczuła ból.


— Przede mną?


— Przed tym, co miało nadejść.


— Co miało nadejść?


Adam nie odpowiedział.


Zamiast tego wskazał na kolejną scenę.


Drzwi były otwarte.


Adam stał przed nimi.


Mała Kleo płakała.


Czarny Kot siedział kilka metrów dalej.


— Adam — powiedział.


Chłopiec odwrócił się.

— Co?

— Jeśli wejdziesz, nie będziesz już mógł wrócić taki sam.


— Wiem.


— Nie.


Kot spojrzał mu w oczy.


— Nie wiesz.


Adam zacisnął pięści.


— Muszę to zrobić.


— Dlaczego?


— Bo ona zaczyna śnić.


Kleo patrzyła na nich.


— O czym?


Adam odpowiedział:


— O zamku.


— Skąd wiesz?


— Słyszę ją w nocy.


Mała Kleo stała kilka metrów dalej.


Nie wiedziała, o czym rozmawiają.


Adam podszedł do niej.


Kucnął.


— Obiecaj mi coś.


— Co?


— Jeśli kiedyś zobaczysz drzwi, nie otwieraj ich.


— Dlaczego?


— Bo drzwi nie zawsze prowadzą tam, gdzie myślisz.


— A dokąd prowadzą?


Adam spojrzał na nią.


— Do rzeczy, których najbardziej pragniesz.


Kleo zmarszczyła brwi.


— To chyba dobrze.


Adam uśmiechnął się smutno.


— Nie zawsze.


Nagle wszystko zadrżało.


Kleo znalazła się z powrotem na letniej polanie.


Adam stał przed nią.


— To był początek.


— Czego?


— Wszystkiego.


— A potem?


Adam wskazał las.


Kleo spojrzała.


Pomiędzy drzewami pojawił się zamek.


Nie taki, jaki widziała wcześniej.


Ten był ogromny.


Wieże były czarne, ale ich szczyty miały srebrne krawędzie, jakby pokrywał je lód.


Mury wznosiły się wysoko ponad lasem.


Na najwyższej wieży wisiał ogromny dzwon.


Nie poruszał się.


Nie wydawał dźwięku.


A jednak Kleo usłyszała jego bicie.

Raz.


Potem drugi.


Trzeci.


— On tam jest — powiedziała.


— Tak.


— Adam?

Chłopiec pokręcił głową.


— Nie.


Kleo poczuła niepokój.


— Więc kto?


Adam spojrzał na zamek.


— Zamek.


Nagle z mgły wyłoniły się drzwi.

Jedne.


Potem drugie.


Trzecie.


Kolejne.


W ciągu kilku sekund polana została nimi wypełniona.


Były wszędzie.


Pomiędzy drzewami.


W trawie.


Na kamieniach.


Niektóre wisiały w powietrzu.


Jedne prowadziły donikąd.


Inne stały samotnie.


Kleo patrzyła na nie z przerażeniem.


— Ile ich jest?


— Więcej, niż potrafisz policzyć.

— A osiem?


Adam spojrzał na nią.


— Osiem jest ważnych.


— Dlaczego?


— Bo ósme nie jest drzwiami.


— Więc czym?


Adam nie odpowiedział.


Kleo podeszła do pierwszych drzwi.


Na ich powierzchni widniała jedynka.


— Co jest za nimi?


— Twoja przeszłość.


— A za drugimi?


— Twój strach.


— Trzecimi?


— Twoja tęsknota.


— Czwartymi?


— To, czego żałujesz.


Kleo spojrzała na niego.


— A piąte?


— To, czego jeszcze nie zrobiłaś.


— Szóste?


Adam milczał.


— Adam?


— To, czego najbardziej chcesz.


Kleo poczuła chłód.


— A siódme?


Chłopiec spojrzał jej prosto w oczy.


— To, czego najbardziej się boisz, że się wydarzy.


Kleo przełknęła ślinę.


— A ósme?


Adam podszedł bliżej.


— Ostatnie drzwi prowadzą do miejsca, w którym wszystkie te rzeczy przestają mieć znaczenie.


— Czyli?


— Do wyboru.


Kleo nie rozumiała.


— Jakiego wyboru?


Adam chciał odpowiedzieć.


Nie zdążył.


Z lasu dobiegł głos.


— Kleo…


Dziewczyna odwróciła się.


Na skraju drzew stała mała dziewczynka.


Czarne włosy.


Błękitne oczy.


Drewniany konik.


Kleo poczuła, że serce zamiera.


Dziewczynka patrzyła na nią.


Potem na Adama.


— Znowu się spotykamy.


Adam zbladł.


— Nie powinno cię tutaj być.


Dziewczynka uśmiechnęła się.


— A jednak jestem.


Kleo spojrzała na Adama.


— Znasz ją?


— Tak.


— Kim ona jest?


Adam zrobił krok przed Kleo.


— Nie podchodź do niej.


Dziewczynka roześmiała się.


— Nadal ją chronisz.


— Zawsze.


— Nawet teraz?


— Zwłaszcza teraz.


Dziewczynka przechyliła głowę.


— W takim razie zobaczymy, czy wybierze ciebie.


Kleo poczuła zimno.


— Co to znaczy?


Dziewczynka wskazała na drzwi.


— Ona będzie musiała wybrać.


— Co?


— Pamięć albo spokój.


— Nie chcę żadnego.


Dziewczynka uśmiechnęła się.


— Właśnie dlatego wybór będzie bolał.


I zniknęła.


Kleo odwróciła się do Adama.


— Kim ona jest?


— Nie wiem.


— Kłamiesz.


— Tym razem nie.


— Więc dlaczego się jej boisz?


Adam spojrzał na nią.


— Bo ona jest tym, czym mogłaś zostać.


Kleo zamarła.


— Co?


— Jedną z możliwości.


— Moją?


— Tak.


— Jak to możliwe?


Adam odpowiedział:


— Zamek nie tworzy duchów.


— Więc co tworzy?


— Możliwości.


Kleo poczuła dreszcz.


— Czy ona jest prawdziwa?


— Tak.


— Czy jest mną?


Adam długo milczał.


— Kiedyś mogłaś nią zostać.


Nagle polana zaczęła się rozpadać.


Niebo pociemniało.


Trawa uschła.


Powietrze zrobiło się lodowate.


Adam zaczął znikać.


— Nie!


Kleo rzuciła się w jego stronę.


— Jeszcze się zobaczymy — powiedział.


— Kiedy?


— Kiedy przestaniesz mnie szukać.


— Nie mogę!


— Wiem.


Jego dłoń zaczęła znikać.


Kleo chwyciła ją.


— Adam!


— Pamiętaj jedno.


— Co?

Chłopiec spojrzał jej w oczy.


— Jeśli kiedyś zobaczysz mnie po drugiej stronie drzwi…


Kleo płakała.


— Tak?

— Zapytaj mnie o coś, czego nie może wiedzieć nikt poza mną.

— Co?


Adam uśmiechnął się.


— Ty będziesz wiedziała.


Jego sylwetka zniknęła.


Kleo została sama.


Otworzyła oczy.


Leżała na śniegu.


Zimne płatki spadały jej na twarz.


Przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie jest.


Potem zobaczyła Czarnego Kota.


Siedział obok.


— Adam…


— Wiem.


— Był tam.


— Wiem.


— Naprawdę z nim rozmawiałam.


— Wiem.


Kleo usiadła.


— Powiedział, że mam przestać go szukać.


Kot spojrzał na nią.


— Tak.


— Nie potrafię.


— Wiem.


Kleo spojrzała w stronę zamku.


Mgła przesuwała się po zboczach.


Czarne wieże wyrastały ponad nią jak palce ogromnej dłoni.


Czerwone światło na najwyższej wieży zgasło.


Przez chwilę wszystko było ciemne.


Potem zapaliło się ponownie.


Tym razem nie było czerwone.


Było błękitne.


Kleo poczuła chłód.


— Co się stało?


Kot nie odpowiedział.


— Powiedz.


— Zamek wie, że pamiętasz.


Kleo spojrzała na niego.


— I co teraz?


Kot wstał.


— Teraz zacznie cię szukać.


— Zamek może szukać człowieka?


Kot spojrzał jej w oczy.


— Krucza Skała nie jest zamkiem.


— Więc czym?


Czarny Kot odwrócił głowę.


— To miejsce, które nauczyło się pamiętać.


Ruszył przed siebie.


Kleo poszła za nim.


Po kilku krokach zatrzymała się.


Na śniegu pojawiły się ślady.


Małe bose stopy.


Prowadziły od lasu.


Prosto w stronę zamku.


Kleo patrzyła na nie.


— To ona?


Kot spojrzał na ślady.


— Nie.


— Skąd wiesz?


Kot przez chwilę milczał.


— Bo ona nie chodzi po śniegu.


Kleo poczuła dreszcz.


— Więc czyje są?


Kot spojrzał w stronę zamku.


— Kogoś, kto właśnie wyszedł z Kruczej Skały.


W oddali rozległo się krakanie.


Raz.


Drugi.


Trzeci.


A potem w lesie pojawiło się coś jeszcze.


Czarna sylwetka.


Wysoka.


Ludzka.


Stała pomiędzy drzewami.


Kleo nie widziała twarzy.


Ale widziała oczy.


Błękitne.


Takie same jak jej.


Czarny Kot stanął przed Kleo.


Jego sierść nastroszyła się.


— Nie ruszaj się.


— Kto to?


Sylwetka zrobiła krok.


Śnieg skrzypnął.


Jeszcze jeden.


Kleo poczuła, że serce zaczyna jej walić.


Postać zatrzymała się na skraju polany.


I wtedy przemówiła.


Głosem Kleo.


— Przypomniałaś sobie.


Czarny Kot syknął.


— Za wcześnie.


Postać uśmiechnęła się.


— Dla niej nigdy nie jest za wcześnie.


Kleo zrobiła krok do tyłu.


— Kim jesteś?


Postać odpowiedziała:


— Tym, czego Adam najbardziej bał się dla ciebie.

I zniknęła.


Nie rozpłynęła się.


Nie uciekła.


Po prostu w jednej chwili była tam…


a w następnej już jej nie było.


Kleo patrzyła w puste miejsce.


Czarny Kot długo milczał.


— Wracamy.


— Nie.


Kot spojrzał na nią.


— Kleo…


— Nie chcę już uciekać.


Czarne oczy kota zwęziły się.


— To nie odwaga.


— Więc co?


— Jeszcze nie wiem.


Kleo spojrzała na Kruczą Skałę.


W jej najwyższym oknie pojawiło się błękitne światło.


A potem, bardzo wysoko nad zamkiem, przeleciał czarny kruk.


Jego skrzydła przecięły mgłę.


Kleo zacisnęła dłonie.


— Muszę wiedzieć, dlaczego Adam wszedł do tego zamku.


Kot odwrócił się.


— Tego właśnie najbardziej się boisz.


— Nie.


Kleo spojrzała na niego.


— Najbardziej boję się tego, że odpowiedź może być związana ze mną.


Czarny Kot przez chwilę patrzył na nią bez słowa.


Potem powiedział:


— Teraz jesteś gotowa.


— Na co?


Kot spojrzał w stronę gór.


— Na drugą pamięć.


I ruszył przez śnieg.


Kleo poszła za nim.


Za ich plecami wiatr zasypał ślady.


A wysoko nad doliną Krucza Skała stała nieruchomo wśród mgły.


Jakby czekała.


Nie na powrót Adama.


Na Kleo.

ROZDZIAŁ IV

Ślady małych stóp prowadziły prosto pod górę.

Kleo przez dłuższą chwilę patrzyła na nie w milczeniu.

Były niewielkie.

Drobne.

Bose.

Każdy odcisk wyraźnie odcinał się na świeżym śniegu, jakby osoba, która je zostawiła, przeszła tędy zaledwie kilka minut wcześniej.


Najdziwniejsze było jednak to, że ślady nie zapadały się w śnieg tak, jak powinny.


Wyglądały raczej jakby ktoś dotykał powierzchni bieli samymi stopami, nie pozostawiając w niej ciężaru całego ciała.


Kleo przykucnęła.


Wyciągnęła rękę.


Czarny Kot natychmiast odwrócił głowę.


— Nie dotykaj.


Kleo zatrzymała palce kilka centymetrów nad śniegiem.


— Dlaczego?


— Bo nie należą do człowieka, którego szukasz.


Kleo spojrzała na niego.


— Skąd wiesz?


Kot przez chwilę patrzył na ślady.


— Bo człowiek zostawia po sobie ciężar.

— A ona?


— Ona zostawia wspomnienie.


Kleo nie odpowiedziała.


Nie rozumiała.


Ale coraz częściej zauważała, że w obecności Czarnego Kota zwyczajne pytania prowadziły do odpowiedzi, które rodziły jeszcze więcej pytań.

Wstała.


Poprawiła szalik i spojrzała w górę.


Góra wydawała się nie mieć końca.


Strome zbocze znikało w mlecznej mgle.


Gdzieś wysoko, ponad chmurami, znajdowała się Krucza Skała.


Zamek.


Miejsce, w którym — według Adama — zaczęło się wszystko.


Kleo poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.


— Idziemy?


Kot ruszył pierwszy.


— Idziemy.


Droga stawała się coraz trudniejsza.


Śnieg sięgał Kleo niemal do połowy łydki.


W niektórych miejscach pod białą warstwą kryły się kamienie, korzenie i ostre fragmenty skał. Kilka razy noga ześlizgnęła jej się na lodzie.


Za każdym razem Czarny Kot zatrzymywał się i czekał.


Nie pomagał.


Nie musiał.


Sam jego nieruchomy wzrok wystarczał, żeby Kleo ponownie zebrała siły.


Wspinali się coraz wyżej.


Las powoli się zmieniał.


Najpierw zniknęły młode drzewa.


Potem sosny.


Zostały tylko ogromne świerki, których pnie były tak grube, że Kleo nie zdołałaby objąć ich ramionami.


Ich gałęzie uginały się pod ciężarem śniegu.


Niektóre zwisały tak nisko, że tworzyły naturalne tunele.


Kiedy Kleo przechodziła pod nimi, śnieg spadał jej na głowę i ramiona.


Czasami śnieg osuwał się z gałęzi z głuchym szelestem.


Wtedy Kleo odruchowo podnosiła głowę.


Za każdym razem widziała tylko biel.

I mgłę.


I ciemne konary.


Ale po pewnym czasie zaczęła słyszeć coś jeszcze.


Cichy dźwięk.


Jakby odległe bicie serca.


Bum.


Bum.


Bum.


Kleo zatrzymała się.


Kot również.


— Słyszysz?


— Tak.


— Co to?


Kot spojrzał w górę.


— Góra.


Kleo zmarszczyła brwi.


— Góra nie bije.


— Ta tak.


Wiatr nagle ucichł.


Kleo poczuła, że cisza stała się zbyt głęboka.


Nie było już nawet szelestu śniegu.


Nie było krakania ptaków.


Nie było skrzypienia drzew.


Tylko ten odległy rytm.


Bum.


Bum.


Bum.


Kleo przyłożyła dłoń do skały obok.


Kamień był zimny.


A jednak pod palcami poczuła delikatne drżenie.

Cofnęła rękę.


— Co jest w tej górze?


Czarny Kot odpowiedział:


— To, czego góra nie chce wypuścić.


Kleo spojrzała na niego.


— To ma być odpowiedź?


— Na razie.


Ruszył dalej.


Kleo westchnęła.


— Zaczynam przyzwyczajać się do tego, że niczego mi nie wyjaśniasz.


Kot obejrzał się.


— To dobrze.


— Dlaczego?


— Bo Krucza Skała zrobi to za mnie.


Po kolejnych kilkunastu minutach las zaczął się przerzedzać.


Najpierw pojawiła się większa ilość skał.


Potem drzewa stawały się coraz niższe i bardziej poskręcane.


Ich pnie miały dziwne kształty.


Niektóre wyrastały niemal poziomo ze zbocza, jakby przez lata walczyły z wiatrem.


Inne były nagie, pozbawione większości gałęzi.


Ich korzenie wystawały ze śniegu jak palce zakopanej pod ziemią dłoni.


Kleo spojrzała w dół.


Dolina była już daleko.


Domy wyglądały jak małe, jasne punkty.


Droga, którą znała od dzieciństwa, przypominała cienką szarą kreskę.


A las, przez który jeszcze niedawno szła, wyglądał z tej wysokości jak ciemne morze.


Kleo poczuła zawrót głowy.


— Jesteśmy wysoko.


— Tak.


— Jeśli spadnę…


— Nie spadniesz.


— Skąd ta pewność?


Kot spojrzał na nią.


— Zamek nie pozwoli ci umrzeć.


Kleo zatrzymała się.


— Co?


Kot już szedł dalej.


— Zaczekaj!


Kleo dogoniła go.


— Co miałeś na myśli?


— To, co powiedziałem.


— Dlaczego zamek miałby mnie chronić?


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.54
drukowana A5
za 105.71