E-book
6.83
drukowana A5
32.53
drukowana A5
Kolorowa
59.2
Klan Nocy

Bezpłatny fragment - Klan Nocy


4.5
Objętość:
187 str.
ISBN:
978-83-8155-897-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 32.53
drukowana A5
Kolorowa
za 59.2

*

Mieliście kiedyś tak, że w jednej chwili cały wasz świat wywrócił się do góry nogami? Ja się o to wcale nie prosiłam. Niczym się nie wyróżniałam. Byłam zupełnie zwyczajną dziewczyną. Wszystkie byłyśmy. Wszystkie, to znaczy ja i moje siostry: czternastoletnia Katrine i szesnastoletnia Vanessa. Ja byłam najstarsza ze wszystkich.

To był wieczór, tuż przed moimi osiemnastymi urodzinami. Było już późno, rodzice na pewno spali, a moje siostry… Cóż, z nimi nigdy nie wiadomo. Też powinny spać. Wątpiłam, by tak było, ale czy ja je mogę oceniać? Przecież też często chodzę spać długo po tym, jak iść miałam.

Wstałam z łóżka i zaczęłam po cichutku przeszukiwać półki z książkami. Chyba wszystkie już czytałam, ale a nuż coś się jeszcze znajdzie? Nie znalazło się. Wzięłam latarkę i zakradłam się na strych. To była moja ostatnia nadzieja. Tu właśnie trafiały rzeczy stare i zapomniane, takie, o których nawet rodzice nie mieli czasem pojęcia. Może coś do czytania też tam będzie. Zabrałam się za przetrząsanie starych skrzyń i kufrów. Znalazłam trochę bardzo staromodnych ubrań, których nikt już dziś nie nosił. Zanotowałam w pamięci, by wspomnieć o nich Katrine. Miała bzika na tym punkcie. Z pewnością chętnie przygarnęłaby te stosy tkanin. W paru kuferkach była biżuteria. Tym z kolei Vanessa byłaby zachwycona. Kochała świecidełka.

Wreszcie odkopałam spod sterty rupieci zakurzone kartonowe pudło. Otworzyłam je. Nareszcie! Było pełne książek. Mój wzrok od razu przykuł nieznany mi tytuł, wypisany wielkimi białymi literami na granatowym grzbiecie książki. „Legenda Klanu Nocy”. Jego spokojne barwy przyciągnęły mój wzrok tylko dlatego, że bardzo się wyróżniały. Odcinały się od ozdobnych, kapiących złotem, barwnych okładek innych książek. Tytuł wydał mi się niezwykle obiecujący. Wyciągnęłam swoje znalezisko z pudełka i przekradłam się z powrotem do sypialni. Zapaliłam lampkę nocną i zabrałam się do lektury. Musiałam przyznać, że od pierwszej strony okazała się bardzo wciągająca. Opowiadała historię, w której prawda przeplatała się z fikcją, wspominała o wielu starych wierzeniach i ludowych opowieściach. O tajemniczym „Klanie Nocy”, jak dotąd, nie pojawiło się słowo, a jednak do akcji wkroczył pewien podejrzany bohater. Nie byłam w stanie oderwać się od czytania. Wreszcie, już grubo po północy, odłożyłam książkę i zasnęłam.

*

Otworzyłam oczy. Zamrugałam. Nadal było ciemno. Nie widziałam nawet światła księżyca. Oczy zakrywała mi czarna tkanina. Jęknęłam głośno, co ostatecznie uświadomiło moim siostrom, że już nie śpię.

— Kolejny rok, Anet ma już osiemnaście lat! Najlepszego dla Anet, sto lat, sto lat!

Złapały mnie za ręce i wyciągnęły z łóżka. Pomogły mi się przebrać (udało mi się określić, że w jakąś sukienkę) i uczesać. Nie dało się ukryć, że Katrine ma spore umiejętności. Mogłaby w przyszłości zostać fryzjerką. Niczego nie poczułam, kiedy upinała mi włosy i ani raz nie szarpnęła mnie przy rozczesywaniu.

Sama i tak nie mogłam się zająć tym wszystkim, bo wciąż miałam oczy przewiązane czarną opaską. U nas w domu była to swego rodzaju urodzinowa tradycja.

Sprowadziły mnie ostrożnie po schodach i zabrały do salonu, gdzie czekali już nasi rodzice i reszta gości. Poznałam to tylko po głosach, wciąż nic nie widziałam. Zdejmą mi opaskę dopiero, kiedy zdołam każdego nazwać po imieniu.

Po kolei podchodzili do mnie z życzeniami. Chwilę to trwało, ale wreszcie każdy głos został dopasowany do właściciela. Wymieniłam już imiona wszystkich babć i dziadków, cioć i wujków, kuzynostwa i przyjaciół. Vanessa odsłoniła mi oczy.

— Uwaga, z drogi! Jedzie tort dla jubilatki! ­

Wszyscy odsunęli się, a mama postawiła na stole przepiękny tort z osiemnastoma świeczkami.

— Pomyśl życzenie, Anet.

Zamknęłam oczy i zastanowiłam się. Byłam szczęśliwa, miałam wspaniałą rodzinę, która zawsze mnie wspierała, na którą zawsze mogłam liczyć. Kiedy się cieszyłam, oni cieszyli się razem ze mną. Kiedy się czegoś bałam, byli przy mnie. Z siostrami mogłam zawsze porozmawiać, tak samo jak pożartować, czy powygłupiać się, a jednak czułam, że to nie wszystko. Czegoś mi brakowało. Czułam, że było coś, bez czego nie mogłam osiągnąć pełni szczęścia. Co roku miałam to samo życzenie. Chciałam zrobić coś ze swoim życiem, coś przeżyć, jak postaci z moich ulubionych książek. To właśnie było moim marzeniem, moją coroczną urodzinową prośbą. Skupiłam się na tym pragnieniu i zdmuchnęłam świeczki. Rozległy się brawa i nagle tort stanął w ogniu. Wszyscy cofnęli się. Vanessa krzyknęła, a po chwili przez stół przelała się fala wody. Zgasiła tort, ale świeczki na nim nadal płonęły. I nagle ziemia zaczęła dygotać pod naszymi nogami. Zbyt słabo, jak na trzęsienie, ale większość z nas się poprzewracała. Katrine upadła na ziemię.

— Dość, już dość, dosyć tego!!!

Jakby w odpowiedzi na jej wołanie, wszystko się uspokoiło. Nikt się nie poruszał.

— C… c… co to było? — zapytała roztrzęsiona Katrine.

Mama wreszcie otrząsnęła się z szoku i podeszła do niej.

— Już w porządku kochanie, już wszystko dobrze. Po prostu się wystraszyłaś, to się zdarza.

— Tak -­ babci też wróciło mowę. — Chodźcie wszyscy, usiądziemy

i przedyskutujemy to spokojnie.

— Jedno jest pewne ­ — stwierdził tata, kiedy już wszyscy zajęli miejsca na fotelach i kanapie. — Wśród nas jest przynajmniej troje czarodziejów.

— Katrine, ziemia zareagowała na twój rozkaz -­ zauważyła mama. — To musi być twoja moc. Możliwe, że masz jeszcze jakąś. Większość czarodziejek ma przynajmniej dwie, a niektóre nawet trzy zdolności magiczne. Zwykle ujawniają się one u dzieci do dziesiątego roku życia, ale później też się zdarza. Nie zmienia to faktu, że każda osoba, obdarzona talentem magicznym, może kontrolować tylko jeden z czterech żywiołów. To znaczy, że szukamy jeszcze dwóch.

Wstałam i podeszłam do stołu, na którym stał mój tort. Zapatrzyłam się w osiemnaście migoczących płomyczków. Ciągnęło mnie do nich. Pragnęłam tego ognia, jego gorąca, blasku, symboliki. Wyciągnęłam ręce, a ogniki, jakby tylko na to czekały, przeskoczyły ze świec na moje złożone w miseczkę dłonie, gdzie złączyły się w maleńkie, trzaskające wesoło ognisko. Czułam ciepło i widziałam światło, ale płomienie nie parzyły mojej skóry. Kiedy opuściłam ręce, moje małe ognisko zniknęło, jakby nigdy nie istniało. Wpatrywałam się w zgaszone już świeczki. Czy to tego brakowało mi do pełni szczęścia? Czy moje życzenie właśnie się spełniło?

— Czyli ja i Katrine -­ powiedziałam powoli. — Skoro my dwie, to może i Vanessa? Przecież ją zawsze ciągnęło tam, gdzie woda, do rzek i jezior. Poza tym, oprócz mnie, ona stała najbliżej, gdy tort się zapalił.

— Może Vanessa -­ zgodził się dziadek. — Powinniśmy się upewnić.

Vanessa wstała i podbiegła lekko do stołu. Ukucnęła i trąciła palcem powierzchnię jednej z kałuż, które zostały na podłodze. Ta natychmiast zamarzła. Wpatrywałam się w siostrę z niedowierzaniem. Nikt nie umiał panować nad mocą tak od razu. To było zwyczajnie niemożliwe.

— Jak to zrobiłaś?!

— Och, nie wiem ­- wzruszyła lekko ramionami. — Pomyślałam sobie, że jeśli mam moc wody, to coś się na pewno stanie, a potem wpadły mi do głowy moje ostatnie urodziny, kiedy bawiłyśmy się na śniegu, to pewnie dlatego.

— Twoje opanowanie jest godne podziwu. Właśnie okazało się, że jesteśmy czarodziejkami. Tak, jak powiedziała mama: to się zdarza, ale jest bardzo rzadkie. I to już jest spore szczęście, mieć w rodzinie jedną czarodziejkę. Poza tym, nie możemy przecież tu zostać, póki nie opanujemy naszych nowych mocy. Zanim się tego nauczymy, nasz dom będzie już w ruinie! Na przykład, jeśli ja będę mieć zły sen, mogę się obudzić w środku pożaru! Albo jeśli coś naprawdę przestraszy Katrine, cały budynek może się zawalić! A ty? Z powietrza pojawiła się fala, która ugasiła płonący tort. Co, jeśli wywołasz powódź?

— W takim razie wygląda na to ­ — stwierdził tata, — że nasz prezent był jak najbardziej trafiony. Masz już osiemnaście lat, a skoro jesteś dorosła, możesz mieszkać we własnym domu. Oczywiście, nie mamy nic przeciwko, żeby z tobą przeniosły się twoje siostry. Powinnyście się teraz trzymać razem. Ufamy ci, że zadbasz o Katrine i Vanessę. W końcu to nie aż takie wyzwanie, z wieloma sprawami same już świetnie sobie radzą.

— Kupiliście mi dom?!?

— Niewielki, w przyjemnej okolicy. Wymagał małego remontu, ale wszystkim się zajęliśmy. Chodźcie, zabierzemy was tam.

— W porządku. Tylko dajcie mi chwilkę, pójdę po książkę.

Vanessa dostała nagłego ataku wesołości.

— Cała Anet ­- skomentowała, kiedy wreszcie przestała się śmiać. — Ja nie podchodzę do sprawy dość poważnie, a ty w tej chwili myślisz znów o książkach.

— Po prostu właśnie zaczęłam nową i chciałabym ją dokończyć, zwłaszcza, że teraz pewnie tylko wieczorem będę miała okazję chwilę poczytać. W końcu będziemy musiały ćwiczyć nasze zdolności magiczne, żeby móc kiedyś jeszcze wyjść na świat i nie zniszczyć wszystkiego, czego dotkniemy.

— Istnieje w ogóle jakaś książka, której jeszcze nie znasz?

Katrine otrząsnęła się z szoku.

— Czyli jesteśmy czarodziejkami? Całkiem fajnie. Jak byłam mała, to lubiłam sobie wyobrażać, że mam jakieś moce, ale teraz, kiedy wiem, że mam je naprawdę… Super! Bierz tę swoją książkę i chodźmy!

Przez myśl przemknęło mi, co znalazłam na moich „łowach książkowych”.

— A wiedziałaś, że na strychu mamy kilka skrzyń ubrań?

Zauważyłam, że ciekawość walczy w niej z pragnieniem pokazania, że nie ma podobnych do mnie słabostek. Wreszcie chyba się poddała.

— Jakich ubrań? -­ zapytała, niby od niechcenia.

— Mnóstwo sukien i kapeluszy. Oceniałabym, że mogły być spokojnie noszone na dworach w osiemnastym czy dziewiętnastym wieku.

Przez chwilę Katrine usiłowała przezwyciężyć w sobie rosnącą ekscytację, po czym wystrzeliła w górę schodów, a po chwili usłyszałam jak przewraca strych do góry nogami w poszukiwaniu bogatych strojów.

— Było też sporo świecidełek, może pomożesz jej coś dobrać? ­- rzuciłam do Vanessy.

— Ha, ha, bardzo śmieszne, Anet. Pójdę. Wiesz, że lubię błyskotki, co nie zmienia faktu, że tobie zawsze tylko książki w głowie.

— Nie tylko, ale niektóre są całkiem ciekawe. Chcę mieć co poczytać wieczorem. Idziemy na ten strych? Zdziwiłabyś się, ile rzeczy tam jest.

Godzinę później byłyśmy już w moim nowym domu. Po małym przemeblowaniu, każda z nas miała w sypialni swój własny kąt. Vanessa ustawiała pod łóżkiem szkatułki, Katrine wieszała w swojej szafie komplety utworzone z osiemnastowiecznych strojów, a ja zajmowałam się swoją częścią. Położyłam na łóżku pościel, która najbardziej mi się podobała i zdawała się pasować do lata. Przy moim łóżku stała biblioteczka, która oczywiście zaraz skupiła na sobie całą moją uwagę. Zabrałam się za ustawianie na półkach książek zabranych ze strychu od nas z domu. Od papuzich okładek rodem z epoki rokoko wciąż wyraźnie odcinały się spokojne barwy okładki „Legendy Klanu Nocy”.

Kiedy wreszcie udało nam się zadomowić, było już dosyć późno. Przygotowałyśmy kolację i położyłyśmy się spać. Tym razem na serio zasnęłyśmy. Nie miałam już siły nawet na czytanie. To był dzień pełen wrażeń.

*

Następnego dnia obudziłam się dopiero, kiedy słońce wisiało już wysoko na niebie. Nie ja jedna musiałam odpocząć po wczorajszych rewelacjach. Przeciągnęłam się, jeszcze nie do końca rozbudzona. Usiadłam na łóżku, zwiesiłam z niego nogi… i omal z niego nie spadłam. Stało się to, czego się obawiałam. Moje łóżko i łóżka moich sióstr znajdowały się mniej więcej w połowie wysokości ściany, a ja zamiast na podłogę, natrafiłam pod sobą na hektolitry wody. Rozejrzałam się. O nie. Może i moja biblioteczka nie dryfowała, ale połowa półek była pod wodą! Modliłam się, żeby dało się jeszcze odratować zatopione książki.

— Vanessa!!!

Moje siostry zerwały się, słysząc mój krzyk. Po chwili zorientowały się w sytuacji. Katrine chwyciła mocno zagłówek swojego łóżka, zapewne w obawie, że wpadnie do wody. Vanessa rozejrzała się po pokoju.

— Spokojnie, po co ta panika? To tylko trochę wody. ­- Z tymi słowami zsunęła się z łóżka i podpłynęła do mnie.

— To twoje „trochę wody” zaraz zniszczy nam nasz dom!

— Twój dom ­- poprawiła mnie z niewinnym uśmieszkiem.

— Mój dom, więc nie twój problem?

— Mniej więcej.

— To nie jest śmieszne, Vanessa!

— Oj, wiem, ale sama doskonale zdajesz sobie sprawę, że tego nie kontroluję. Spróbuję to usunąć, a ty przy okazji poćwicz może swoje zdolności. Przynajmniej niczego nie spalisz, a twój ogień może wysuszyć moją wodę.

— Niech będzie, postaram się, ale mi pomóż. Moje książki się od tego zniszczą!

— Znowu książki. No dobra.

Włożyłam dłoń do wody i skupiłam się na gorącu. Poczułam ciepło, które pomału zaczęło wypełniać moje ciało i spływać ku palcom. Po chwili znad powierzchni wody zaczęła się unosić para. Moja siostra tymczasem, jakby nigdy nic, zanurkowała i zawisła w wodzie gdzieś pośrodku między jej powierzchnią a podłogą. Oczy miała zamknięte. Poziom wody zaczął dość szybko opadać. Tak, jakby przelewała się z pokoju, uchodząc do jakiegoś ogromnego zbiornika. Może to dziwne, ale miałam pewność, że owym zbiornikiem jest właśnie moja siostra. Po chwili w pokoju nie pozostała już nawet kałuża. Natychmiast rzuciłam się do mojej biblioteczki. Odszukałam „Legendę Klanu Nocy”. Odetchnęłam z ulgą. Woda nie sięgnęła mojej książki, mogłam spokojnie ją doczytać, ale to musiało poczekać. Katrine wreszcie ostrożnie zeszła z łóżka, jakby wciąż obawiała się, że nie ma tam stałego gruntu. Gdy stanęła pewnie na ziemi, trochę się rozluźniła. Zabrałyśmy się za przygotowywanie śniadania.

— No dobra. To co dalej? -­ zapytałam po chwili.

— Dalej, zacznij nad tym panować, bo nie będę jeść spalonej sałatki ­- rzuciła Katrine.

Z przerażeniem spojrzałam w dół. Liście sałaty, które wrzucałam do miski płonęły. Natychmiast cofnęłam się i spróbowałam zdusić swoją moc. Płomienie zgasły.

— Ty to masz talent -­ skomentowała Vanessa. — Jak można spalić sałatę? Naprawdę, Anet, jakim cudem udało ci się ją podpalić? Przecież liście były jeszcze wilgotne po myciu.

— A ty przez sen zatopiłaś sypialnię — wypomniała jej Katrine. — Czy tylko ja jeszcze niczego w tym domu nie zniszczyłam?

— W tym domu nie, ale rozwaliłaś przyjęcie urodzinowe.

— Bo wystraszyły mnie wasze moce.

— Dość ­- uznałam, że pora przerwać tę dyskusję. — Proponuję przestać się kłócić i zrobić coś pożytecznego. Zjemy śniadanie i może wybierzemy się gdzieś, gdzie niczego nie zniszczymy. Im szybciej nauczymy się nad tym panować, tym lepiej.

I tym szybciej będziemy mogły się zająć tym, czym należy. Dołączyć do innych czarodziejek.

— Nuuuuda. Straszna, straszna nuda. Patrolowanie jakiegoś miejsca od czasu do czasu.

Takie stwierdzenie ze strony czternastolatki było, jak dla mnie, jednak trochę zbyt dziecinne.

— Pilnowanie naszego świata, to ważne zadanie.

— Życie to nie jedna z twoich ulubionych powieści, Anet. Czego my mamy pilnować? Czarodziejki nie mają nic do roboty w czasach pokoju. Przydają się dopiero podczas jakiegoś strasznego kataklizmu.

— A ja się zgadzam ­ poparła mnie Vanessa. — Zanim zwykli strażacy ugaszą pożar, ktoś już może zginąć. A jeśli nawet nie, to im szybciej nadejdzie pomoc, tym więcej uda się ocalić. A co, jeśli kiedyś jeszcze nadejdzie czas wojny? Czarodziejki będą musiały nas bronić.

— Wojen od dawna nie ma.

— Akurat z tego powinnaś się cieszyć.

— Cieszę się. Ja tylko mówię, że nie spieszy mi się do tych obowiązków czarodziejek.

— Wiesz, że nie ma ich wiele. Jak sama zauważyłaś, żyjemy w dobrych czasach, a dzięki naszym mocom, mamy już w pewnym sensie zapewnioną przyszłość.

— No dobra, chodźcie ­- zakończyła Katrine, odkładając do zlewu swój talerz. — Nie mogę się doczekać, aż wreszcie odkryję moje pozostałe talenty.

Postanowiłam nie przypominać jej, że najprawdopodobniej tylko jeden pozostał nieodkryty. Nie chciałam wywołać trzęsienia ziemi.


Po około pół godzinie znalazłyśmy w lesie całkiem sporą polanę. Tutaj mogłyśmy chyba bezpiecznie potrenować. Mimo tego, lepiej było zacząć od drobnych czarów. Jednym z najprostszych było utworzenie kuli, z wykorzystaniem danego żywiołu. Było to także najbezpieczniejsze zaklęcie, bo chodziło w nim o utrzymanie mocy, skupienie jej w konkretnej przestrzeni, a jeśli nawet się nie uda, nie powinno wywołać dużych zniszczeń. Oczywiście żadnej z nas nie wychodziło to do końca. Po jakimś czasie, między moimi dłońmi zaczynał się pojawiać świetlisty punkt, z czasem coraz większy, ale po chwili albo gasł, albo wymykał mi się spod kontroli i zamiast kuli tworzył bezkształtną masę, by za chwilę rozprysnąć się, jak fajerwerki. Moje siostry radziły sobie podobnie. Jedynym pozytywem była woda, rozpryskująca się po całej polanie, dzięki czemu miałam gwarancję, że mój ogień nie zdoła niczego podpalić. Skupiłam się. Kula powoli pęczniała pomiędzy moimi dłońmi. Z trudem, ale utrzymywałam ją w odpowiednim miejscu i kształcie. I nagle znów się rozprysnęła.

— Vanessa! Rozproszyłaś mnie!

— Anet, patrz.

— Co?

— Patrz na Katrine.

— No? O co ci chodzi?

— Nie widzisz, że z nią coś nie tak? Zobacz, jaka jest sztywna. A teraz zobacz. Katrine. Katrine!

Nasza siostra nie poruszała się, jakby jej nie słyszała. Vanessa podeszła do niej.

— Katrine!!! ­- krzyknęła jej tuż nad uchem, ale nadal nie doczekała się reakcji.

— Katrine? -­ spróbowałam. — Co z nią?

— A myślisz, że gdybym wiedziała, to bym cię pyta… — zamiast dokończyć, wybałuszyła oczy.

Po chwili zrozumiałam dlaczego. Moja siostra zaczęła się cofać. Katrine rosła, jak nadmuchiwany balon. Jej ubrania zaczęły się rozdzierać, ale zamiast nagiej skóry spod materiału wyglądała gęsta sierść. Jej paznokcie wydłużyły się, by w końcu przekształcić się w pazury. Na jej dłoniach i stopach pojawiły się miękkie poduszeczki. Obróciła się w naszą stronę. Nie miała już normalnej twarzy, tylko pysk, z którego wystawały ostre jak brzytwy kły. Oczy miała żółte, a źrenice zwęziły jej się. Ryknęła. Przypominała mi teraz jakąś przerażającą krzyżówkę geparda, yeti i jeszcze jakiegoś innego monstrum. Utkwiła wzrok w Vanessie. Przykucnęła na tylnych łapach, po czym nagle wyrwała do przodu i pomknęła, jak w amoku, na moją skamieniałą ze strachu siostrzyczkę. Odciągnęłam ją na bok. Niestety Katrine w tej postaci okazała się równie szybka jak gepard, chociaż nieco mniej zwinna i zwrotna. Miała nieproporcjonalne cielsko jakiegoś mutanta. Mimo tego, zdołała wyhamować i znowu ruszyła w naszym kierunku.

— Katrine! To my! Siostrzyczko!

— Vanessa, nie. To nie jest nasza siostra. Ona nad sobą nie panuje, nie myśli racjonalnie. Musimy uciekać.

Pociągnęłam siostrę za rękę. Katrine rzuciła się w pogoń za nami. Starałyśmy się ostro skręcać i zbaczać z kursu, co dawało nam nad nią pewną przewagę, ale jednak nadrabiała to szybko. Zdawała się nigdy nie męczyć, a my dwie byłyśmy coraz bardziej wyczerpane.

— Tutaj! ­ — usłyszałam nagle czyjeś wołanie.

Spojrzałam w tamtą stronę. Pot zalewał mi oczy, widziałam niewyraźnie. Wzrok miałam zamglony i z trudem chwytałam powietrze. Ktoś wyciągał do mnie rękę. Złapałam ją. Poczułam, że dłoń Vanessy wyślizguje się z mojej, a moje stopy odrywają się od ziemi. Chwilę później poczułam, że czyjeś ręce przytrzymują mnie, a ja siedzę na czymś twardym i trochę szorstkim. Chciwie łapałam powietrze. Po chwili zaczęłam rozpoznawać poszczególne kształty. Siedziałam na grubym konarze drzewa. Na innym, niedaleko zauważyłam Vanessę. Odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam w dół. Katrine rzucała się między drzewami całkiem na oślep, uderzając w pnie.

— Wiesz, co się wydarzyło? ­- usłyszałam czyjś głos obok siebie.

Spojrzałam tam. Obok mnie siedział ubrany na czarno brunet. Wyglądał na kogoś mniej więcej w moim wieku. To on wciągnął mnie na drzewo. Do tej pory za bardzo bałam się o siostry. Teraz dostrzegłam też drugiego chłopca, nieco młodszego. On z kolei przytrzymywał Vanessę na gałęzi obok. Wyglądał jak młodsza kopia tego pierwszego.

— Kim jesteś?

— Przepraszam, powinienem się przedstawić: Aleksander. A to mój młodszy brat, Damian. Co się stało?

— Ta na dole, to nasza siostra, Katrine.

— Czarodziejka? Niech zgadnę, niedawno odkryła moce i nie do końca je jeszcze kontroluje? To powinno jej minąć za jakiś czas, na drzewo nie wlezie, nawet gdyby na to wpadła. Jakieś jej moce objawiają się pewnie w niekontrolowany sposób.

— Ale przecież każdy wie, że nad sobą się wtedy panuje!

— To zależy pewnie od talentu. Może ten jest szczególnie stworzony do walki. Jeśli znajduje się w sytuacji, w której przemiana w takie coś może jej uratować życie, to nie ma czasu myśleć, więc pewnie, póki nie opanuje tej mocy, może mieć od czasu do czasu ataki, jak teraz. Najlepiej by było, gdybyście odkryły, co je wywołuje, zwykle moce nie działają same z siebie, całkiem bez powodu.

— Skąd ty aż tyle wiesz?

— To tylko moje domysły, a przecież moce u czarodziejów, czy, jak częściej bywa, czarodziejek, zawsze ujawniały się, kiedy towarzyszyły temu jakieś silne emocje. Czy coś ją rozzłościło albo wystraszyło?

— Trenowałyśmy. Średnio nam to wychodziło, może to dlatego.

— Możliwe. Patrz w dół. Chyba jej mija.

Faktycznie, Katrine uspokoiła się. Futro zaczęło znikać. Szybko ściągnęłam z siebie sweterek, i zrzuciłam go w dół. Szpony przekształciły się znów w zadbane paznokcie, a kły, jak u tygrysa szablozębnego, zniknęły bez śladu, pozostawiając tylko zwykłe zęby. Spojrzała całkiem przytomnie na rzucony jej sweter i szybko wciągnęła go przez głowę, na kilka sekund, nim jej przemiana dobiegła końca. Moje ubranie było na nią za duże i całe szczęście, bo w tym wypadku sprawdzało się idealnie jako krótka sukienka. Natychmiast chciałam zeskoczyć z drzewa, ale powstrzymała mnie gestem. Mój wybawca jednocześnie złapał mnie za ramiona.

— Co to, to nie. Najpierw upewnijmy się, że to już koniec.

Przez chwilę wpatrywaliśmy się w Katrine, która przeglądała się swoim dłoniom, jakby upewniając się, że nie przekształcą się już w łapy. Po chwili skinęła głową. Aleksander zeskoczył z gałęzi i pomógł mi zejść na dół. Kątem oka zauważyłam, że Damian i Vanessa dołączyli do nas na ziemi. Teraz, gdy już na pewno było bezpiecznie, podbiegłyśmy obie do Katrine.

— Co to było?

— Bardzo was przepraszam, nie miałam nad sobą kontroli.

— Ale co się stało? Spróbuj sobie przypomnieć, jak się czułaś, zanim się przemieniłaś.

— Jakby… Trudno mi to określić. Zdawało mi się, że ktoś mnie obserwuje.

— I to był powód takiej gwałtownej reakcji?

— No, tak… To znaczy, zdawało mi się, że ten ktoś ma wobec mnie jakieś wrogie zamiary, poczułam się nieswojo, a potem przestałam nad sobą panować. Naprawdę musimy jak najszybciej zacząć kontrolować swoje moce. Inaczej możemy albo sobie, albo komuś zrobić krzywdę.

— Miotałaś się tu, jak w szale. Nic ci się nie stało?

— Nie. Miałam grube futro i bardzo twardą skórę. Ta istota, którą się stałam, była ewidentnie stworzona do walki, to działało prawie jak jakiś pancerz ochronny. Byłam trochę jak gepard, prawda?

— Tak, ale nie byłaś tak zwinna.

— Gdybym była, nie dałybyście rady mi uciec. Przepraszam.

— To nie była twoja wina -­ usłyszałyśmy czyjś głos. — Po prostu nie wytrzymałaś tyle mocy. Na dzisiaj chyba powinnyście skończyć ten swój trening. Zwłaszcza, że robi się późno, a wy jesteście zmęczone po tym wszystkim. Możemy chwilkę porozmawiać? -­ za mną stał Aleksander.

— Jasne — ­ zgodziłam się. Odprowadził mnie kawałek dalej.

— To duże szczęście mieć w rodzinie czarodziejkę lub czarodzieja. Być kimś takim, jeszcze większe, chociaż to duża odpowiedzialność. Wspominałaś, że trenowałyście. Miałaś na myśli magię?

— Tak, przed tym, jak ona się przemieniła.

— To znaczy, że i ty jesteś czarodziejką?

— Wszystkie trzy jesteśmy.

— Jakie masz moce?

— Nie znam jeszcze wszystkich. Wiem tylko, że panuję nad ogniem, Vanessa nad wodą, a Katrine nad ziemią.

— Twoja siostra jeszcze zmienia się w to gepardopodobne coś.

— Miejmy nadzieję, że więcej tego nie zrobi.

— Miejmy nadzieję. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się z tobą stać, gdybyśmy wam nie pomogli. Dobrze, że nikomu nie stała się krzywda -­ wyciągnął rękę i odgarnął mi z czoła kosmyk włosów. — Na pewno wkrótce opanujesz swoje moce. Wydaje mi się, że jesteś naprawdę niezwykłą dziewczyną. Już późno. Nie każ siostrom czekać. ­ Wróciłam do Katrine, ale Vanessy nie było. Odszukałam ją wzrokiem. Rozmawiała z Damianem.

— Przyjdź w nocy na polanę.

Drgnęłam zaskoczona, słysząc tuż przy uchu szept. Skinęłam lekko głową. Aleksander uśmiechnął się do mnie. Przyjrzałam mu się dokładniej. Miał zielone oczy, takie, jak moje. Czarne włosy miał trochę potargane, czemu się specjalnie nie dziwiłam. W końcu siedział na drzewie w lesie. To raczej oczywiste, że nie przyszedł tu na jakiś pokaz mody. Stanu ubrania nie potrafiłam określić. Nawet, jeśli było przybrudzone, wszystko ginęło w czarnym materiale. Miał luźne spodnie, czarną koszulkę i bluzę z kapturem. Szybko obrzuciłam spojrzeniem Damiana, który wciąż stał w pewnej odległości. Ubrani byli podobnie, ich rysy twarzy też się zgadzały. Trudno było nie zauważyć, że są braćmi. Z tej odległości nie byłam w stanie tylko rozszyfrować koloru jego oczu. Vanessa podbiegła do nas w podskokach.

— No, pora na nas -­ zakomenderowała wesoło.

*

Wróciłyśmy do domu. Obiad nas ominął, więc gdy tylko postawiłam na stole miskę sałatki, Katrine złapała ją i większość jej zawartości przerzuciła na swój talerz. Nie minęło kilka minut, a już ją pochłonęła. Oczywiście. Konsekwencją mieszkania z nią było to, że albo zrobi się „słoniową” porcję, albo cała będzie dla niej. Mimo dzisiejszego szaleństwa nie poszłyśmy od razu spać. Vanessa przez kilkanaście minut podziwiała zawartość swoich szkatułek, ja chwilę leżałam z książką, a Katrine bawiła się w najlepsze, przebierając się w stare sukienki. Po paru minutach zgasiłam światło i zamknęłam oczy. Lampka nocna Vanessy zgasła niedługo później. Tylko Katrine wciąż bawiła się swoimi strojami.

Powtarzałam sobie w duchu, żeby przypadkiem nie zasnąć. Jak długo ta Katrine mogła się przebierać? Wreszcie i ona pochowała swoje stroje i położyła się i szybko zasnęła. Odliczyłam jeszcze do stu, po czym cichutko wstałam, ubrałam buty i wyszłam. Po moich palcach tańczyły, oświetlające mi drogę, małe ogniki.

Wreszcie doszłam na umówione miejsce spotkania. W srebrzystym blasku księżyca to miejsce wyglądało zupełnie inaczej. Rozejrzałam się. Aleksander stał wsparty plecami o pień drzewa. Podeszłam do niego. Wziął mnie za rękę i poprowadził głębiej w las.

— Cześć. Już się bałem, że zmieniłaś zdanie.

— Nie, po prostu Katrine strasznie długo nie szła spać, a nie chcę, żeby mnie wypytywały. Zwłaszcza ona bywa strasznie ciekawska.

— Rozumiem.

— To dlaczego chciałeś się ze mną spotkać?

— Poznać cię lepiej. Porozmawiać. Widzę, że oświetlałaś sobie drogę ogniem. To by znaczyło, że trochę już panujesz nad swoją mocą.

— Umiem go przywołać, ale kiedy rośnie, tracę nad nim kontrolę.

— No tak. To kolejny powód, dla którego mi zależało, żebyś przyszła. Widzisz, mam taką jakby… tajemnicę. Jak dotąd, nie mówiłem o tym zbyt wielu osobom, ale myślę, że tobie mogę zaufać. Ja też jestem czarodziejem.

— Och! ­- cofnęłam się o krok, zaskoczona.

— Podejrzewam, że nie znam jeszcze wszystkich moich zdolności, ale te, które już odkryłem, umiem kontrolować. Może mógłbym ci z tym pomóc. Gdybyś chciała, oczywiście. Magia u każdego działa podobnie. Kontrola nad nią jest kwestią praktyki, ale jeśli ktoś ci z tym pomoże, powinno ci być łatwiej.

— Dzięki… To znaczy… Oczywiście, że bym chciała. To nie będzie za duży problem?

— To żaden problem, cieszę się, że będę mógł z tobą spędzić więcej czasu. To co, zaczynamy jutro? W tym samym miejscu?

— Bardzo chętnie… Ale moje siostry… Obawiam się, że w dzień nie uda nam się spotkać w tajemnicy przed nimi.

— I tak nie wyobrażam sobie, by zataić to przed nimi na wieczność. Myślę, że mogą poznać mój mały sekret. Pod warunkiem, że potrafią dochować tajemnicy.

— Oczywiście, nie powiedzą nikomu, jeśli nie będziesz chciał. Znam je.

— W takim razie, do jutra. Odprowadzić cię?

— Myślę, że sobie poradzę.

— Na pewno? Jest bardzo późno, nie chciałbym, żeby coś złego ci się przytrafiło po drodze.

— Nie przytrafi. Mam jeszcze jedno pytanie.

— Tak? Co chcesz wiedzieć?

— Jakie ty masz moce? ­- uśmiechnął się w odpowiedzi i zniknął. Rozejrzałam się zdezorientowana. Wokół mojej głowy latał nietoperz. Po chwili znów przemienił się człowieka. Oczy błyszczały mu wesoło — Umiesz się zmieniać w nietoperza? Nigdy o czymś takim nie słyszałam. Znaczy, owszem, słyszałam o czarodziejach zmieniających się w ptaki, albo jakieś duże drapieżniki, ale nietoperz?

— Prawda, to rzadki talent, wyjątkowy nawet wśród takich, jak my. Ale spodziewam się, że i ty masz jakieś wyjątkowe zdolności.

— Skąd możesz to wiedzieć?

— Nie mogę uwierzyć, żeby ktoś taki jak ty niczym się nie wyróżniał. Wyjątkowa osoba obdarzona mocą, ma też wyjątkowe talenty magiczne ­ puścił do mnie oko, zamienił się w nietoperza i odleciał, a ja wróciłam do domu.

*

Rano obudziłam się z myślą, której towarzyszyło przyjemne uczucie. Nie potrafiłam jej dokładnie zidentyfikować. Wiązała się z nocną rozmową i umówionym spotkaniem dzisiaj w lesie. Może po prostu cieszyłam się, że wreszcie nauczę się panować nad moją mocą. No i znowu spotkam Aleksandra. Był bardzo miły. Z pewnością mogliśmy zostać dobrymi przyjaciółmi, jeśli lepiej się poznamy. Wyskoczyłam z łóżka. Katrine jeszcze spała, a ja, nucąc cicho, przeszłam do kuchni, gdzie zastałam rozpromienioną Vanessę.

— Cześć, Anet -­ powitała mnie z uśmiechem. — Cudny dzień dzisiaj mamy.

— Faktycznie -­ odpowiedziałam również uśmiechnięta. Za oknem świeciło słońce, a kiedy otworzyłam je, usłyszałam śpiew ptaków.

— Pójdziemy znowu dziś na tę polanę, poćwiczyć trochę?

— Jasne. Pod warunkiem, że żadna z nas nie zamieni się w szalonego potwora.

— Miejmy nadzieję, że jej się to więcej nie przytrafi.

— Oby. Albo, że chociaż nauczy się kontrolować w takich sytuacjach.

— Przygotowałam śniadanie. Chciałam poczekać na was, ale może lepiej zaczniemy bez Katrine. Wczoraj przez ten jej nieposkromiony apetyt się nie najadłam.

— Jasne. Jeśli będzie jej mało, zawsze może sobie wziąć coś jeszcze, a ja też poszłam spać prawie o pustym żołądku. Zaparzę herbatę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 32.53
drukowana A5
Kolorowa
za 59.2