E-book
10.92
drukowana A5
41.91
Kłamstwo za kłamstwem

Bezpłatny fragment - Kłamstwo za kłamstwem


Objętość:
272 str.
ISBN:
978-83-8155-201-1
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 41.91

Rozdział 1
Goła pupa

Zegar na ścianie wybił siedemnastą i Marta niby dla kontroli zerknęła na nadgarstek. Uśmiechnęła się do znajomego mężczyzny, który stał za rozdzielającą ich szybą, i spokojnie przyjęła od niego książeczkę z receptami.

— Pani magister już zamyka? Bo ja koniecznie potrzebuję tych leków przeciwbólowych.

— Spokojnie, panie Fiałkowski. Mnie do domu się nie spieszy, nie muszę pędzić na autobus. — Uśmiechnęła się i przeleciała wzrokiem po recepcie.

— Pani to zawsze taka uśmiechnięta.

— Bo ludzie do mnie chorzy przychodzą, wydają ciężkie pieniądze na leki, więc choć tyle im mogę podarować.

Odwróciła się i zaczęła wyjmować poszczególne leki z półek i szuflad. Położyła wszystko na ladzie i ponownie sprawdziła nazwy oraz dawki. Potem każdy kartonik podstawiła pod czytnik i komputer sam podliczył receptę.

— Panie Fiałkowski, dużo tego. Dam panu dziesięć procent rabatu, bo pan z torbami pójdzie. Mam nadzieję, że żona lepiej się będzie czuła, a co na to mój mąż mówił?

— Ja tam nie wiem. Pan doktor kazał do Elbląga na jakieś badania jechać, ale kolejka dopiero na grudzień — tłumaczył zakłopotany mężczyzna.

— Niestety, ludzie chorują. Wyszło razem dwieście pięćdziesiąt pięć złotych.

— O Boże przenajświętszy, ile? Renty nam nie wystarczy, a żyć z czego?

— No, nie mogę więcej spuścić.

Mężczyzna wyciągnął stary portfel z kieszeni i wyjął z niego trzysta złotych. Drżącą ręką podał Marcie przed otwór w szybie. Potem ciężko westchnął i nic nie mówiąc, spakował lekarstwa do siatki. Wziął resztę, ukłonił się i wyszedł. Kolejna klientka podała receptę i na koniec młody, nieznajomy mężczyzna kupił paczkę prezerwatyw. Dopiero po nim Marta zamknęła drzwi od środka i zaciągnęła rolety. Była trochę zmęczona, bo ruch tego dnia miała w aptece dość spory. Zaczynała się pora grypowa, więc zawsze wzrastały jej obroty. Na chwilę usiadła, pomasowała nogi, dopiła kawę stojącą za monitorem i wydrukowała dobowe zestawienie. Przeliczyła pieniądze i na zakończenie wydrukowała stan antybiotyków, jaki miała na zapasie. Wieczorem na spokojnie chciała przeanalizować kolejne zamówienie, choć nigdy nie da się przewidzieć, co przepiszą inni lekarze. Metody leczenia swojego męża znała doskonale. Czasem nawet dyskutowała z nim, gdy nieprawidłowo jej zdaniem łączył lekarstwa. Nie krytykowała go, ale podpowiadała, dbając o dobre imię dyrektora pasłęckiego szpitala. Czasem nawet wpadała do niego na oddział i podrzucała lekarzom ulotki o nowych lekach.

Od września miała ułatwione zadanie, bo dwa razy w tygodniu cała kadra medyczna spotykała się o osiemnastej na lekcjach niemieckiego. Wtedy hurtem załatwiała sprawę. Czasem coś też z nią konsultowali albo tylko chwilkę rozmawiali, bo potem zaczynały się lekcje. Przyjeżdżała z Elbląga lektorka i zacni, wszechwiedzący lekarze i głupiutkie pielęgniarki na dwie godziny zasiadali w stołówce z zeszytami i książkami. Dukali jak pierwszaki, ale ambitnie podchodzili do zadania, bo dzięki temu mieli większą szansę na lepsze zarobki.

Niemcy otworzyli swój unijny rynek pracy, a lekarze i pielęgniarki byli na liście najbardziej poszukiwanych zawodów. Wszędzie na oddziałach leżały słowniki i podręczniki niemieckie. Pielęgniarki nawet na szafkach medycznych naklejały sobie kartki ze słówkami. Niektórzy usiłowali coś dukać między sobą, ale po dwóch tygodniach część opuścił zapał i zaczęli się wykręcać, choć nauka była bezpłatna, bo dyrektor, pan Zbigniew Maliszewski, lekarz, doktor nauk medycznych ze specjalnością z interny, wraz z nową, bardzo rzutką księgową załatwili unijne dofinansowanie. Dzięki temu kto tylko chciał z personelu, mógł uczyć się bezpłatnie.

Po trzech tygodniach nie wszyscy byli już zgodni i nastąpił rozłam wśród uczącej się braci. Ci wszechwiedzący i lepiej oczywiście uczący się, postanowili stworzyć odrębną grupę, pozostawiając pielęgniarki osobno, bo niby nie nadążały. Wiadomo było, że mądrzejszym należała się wcześniejsza godzina, bo lektor był wypoczęty, a potem uczniowie mogli spokojnie wyskoczyć do domu na wieczorne wiadomości telewizyjne i kolację. Z kolei pielęgniarki były bardziej dyspozycyjne dopiero po dwudziestej, kiedy ich dzieci i mąż byli już w domu obrobieni. Po kolacji i w spokoju mogli oglądać film, kiedy żony dokształcały się.

Marta sama zastanawiała się nad nauką, ale stwierdziła, że i tak nigdzie nie ma zamiaru się wybierać, więc sobie odpuściła. Wolała poczytać książkę albo pójść na spacer. Czasem chodziła do biblioteki na zamku, bo od kilku lat działał tam uniwersytet trzeciego wieku. Nie była jego słuchaczką ani stałym wykładowcą, ale gdy ją coś zainteresowało, brała czynny udział w zajęciach. Ze dwa razy zrobiła wykład o uzależnieniach farmakologicznych, raz o ziołolecznictwie i na tym koniec.

Od początku nowego roku akademickiego całkiem zmieniła swoje podejście do kuchni i zajęć gospodyni domowej. Jedyna córka, Michalina, poszła w ślady matki, dostała się w Gdańsku na farmację i tam też zamieszkała w wynajętym pokoju przy rodzinie. W związku z tym Marta przestała domagać się od gosposi codziennych obiadów. Powoli wprowadzała w życie swoje wyszukane diety, gdyż ciągle miała problemy z nadwagą. Choć wykształcona w tym kierunku, dawała się ponieść różnym farmakologicznym specyfikom i truła się bez żadnego efektu. Dzięki temu znała dokładnie działanie i zawsze odradzała młodym dziewczynom stosowanie tych świństw. Kiedyś usiłowała założyć klub dla pań chodzących z kijkami. Przez jesień chodziła ich spora grupa, ale wszystko upadło po pierwszej zimie. Nikt nie chciał ponownie zmuszać swojego organizmu do wysiłku. Czasem tylko z młodą lekarką, anestezjolożką, chodziła nad jeziorko na dwugodzinny marsz, ale zazwyczaj siedziała w domu i czytała babskie powieści.

Raz w tygodniu, w środę, jeździli do Elbląga, gdzie mąż przyjmował w spółdzielni lekarskiej. Wtedy zamykała aptekę wcześniej o godzinę i mogła poszaleć po sklepach, albo szła na basen popływać. Zawsze zostawali w Elblągu na kolację. Odwiedzali swoją ulubioną restaurację na starówce i zamawiali zawsze kaczkę z jabłkami. Czasem zachodzili do chińskiej knajpki tuż obok na pikantne wydziwy tamtejszego szefa kuchni. Potem zawsze w domu było piwo dla ugaszenia pragnienia, a czasem rozochoceni szli do sypialni objęci wpół. Wtedy była naprawdę szczęśliwa.

Rano wstawała jak ptaszek rozćwierkana. Biegała po domu w szlafroczku i nadskakiwała mężowi. Szykowała śniadanie, potem kawa, a gdy mąż szedł do szpitala, wyżywała się w łazience, robiąc sobie maseczki, peeling albo depilując się od stóp po niewidoczne wąsiki pod nosem. W sobotni wieczór czasem wydawali przyjęcie, wtedy pani Zosia pomagała w kuchni do nocy. Ona też myła okna i skubała zielsko w niedużym ogrodzie, a jej mąż kosił trawniki i naprawiał wszystko, co w dużym domu było potrzeba.

Pani Zosia w dawnych czasach zajmowała się matką Marty, gdy choroba przykuła ją do łóżka, a ojciec wiecznie siedział w aptece. Potem została, odciążając coraz częściej Martę z obowiązków. Gosposia w domu również podnosiła ich prestiż w małym miasteczku, bo nie każdego było przecież stać na pracownika domowego. Ogólnie życie Marty toczyło się bardzo spokojnie i w dostatku, bez zgrzytów i zatargów, na odpowiednim poziomie. Ludzie jej się kłaniali na każdym kroku, ona się uśmiechała i chwaliła pana Boga za udane życie.

Tego wieczoru, jak zwykle po zamknięciu apteki prowadzonej od pokoleń, poszła do mieszkania na pierwszym piętrze. Zdjęła fartuch i wrzuciła go do kosza na pranie w łazience, bo nie lubiła chodzić w nieświeżym. Pani Zosia raz w tygodniu wszystkie prała i prasowała, więc mogła sobie pozwolić na codzienne zmiany. Umyła porządnie ręce i zdjęła bluzkę. Poprawiła włosy, a potem poszła do sypialni. Usiadła na wielkim, małżeńskim łóżku i z zadowoleniem rozejrzała się po pokoju. Niedawno przeprowadzony remont i nowe eleganckie meble całkiem zmieniły wnętrze. Nowy wystrój ciągle wprowadzał ją w doskonały nastrój. Pogładziła nową, srebrzystą kapę i dopiero potem podeszła do szafy, która zabudowywała całą pięciometrową ścianę. Rozsunęła wysokie drzwi i z uśmiechem popatrzyła na równo ułożoną garderobę. „Pięknie mam teraz, oj, pięknie”, westchnęła w duchu i wyjęła ciepły, wełniany golf. Po ubraniu go jeszcze raz poszła do łazienki przeczesać włosy i potem do kuchni. Wyjęła z lodówki serek, dokroiła do niego rzodkiewkę, szczypiorek i wymieszała wszystko z łyżką śmietany. Doprawiła i usiadła za stołem przy oknie. Jadła bardzo powoli małą łyżeczką i przyglądała się pustej ulicy. Jakiś pijany mężczyzna prowadził rower i zataczał spore łuki po całej ulicy. Kiedy podszedł pod latarnię, Marta uśmiechnęła się. „No proszę. Kazio znów nawalony jak meserszmit, a dzieciaki głodują”. Pokręciła głową i skończyła jedzenie. Napiła się jeszcze wody i zeszła na dół do przestronnej sieni, z której było z jednej strony wejście do apteki, a z drugiej na zewnątrz. Ubrała płaszcz, wzięła parasolkę i rękawiczki. Nie miała dzisiaj żadnych ulotek, ale obiecała pani Zosi załatwić receptę dla męża, więc najłatwiej było o tej porze zastać wszystkich lekarzy na miejscu.

Wyszła na zewnątrz, przekręciła klucz, nastawiła kołnierz, bo wiatr mocno dmuchał, i powoli, spacerem poszła chodnikiem w dół. Skręciła w lewo i za chwilę zobaczyła ciemną bryłę szpitala. Zanim podeszła do bramy, pierwsze krople deszczu zaczęły padać, ale Marta nie otwierała parasola. Podniosła głowę i zerknęła na okna. Na dole w jadalni dla chorych świeciło się światło, ale i na górze w męża gabinecie też było widno, więc od razu poszła bocznymi schodami na piętro. Na chwilę przystanęła i nasłuchiwała odgłosów. Nieznana jej pielęgniarka rozmawiała z jęczącym pacjentem, a z dołu dobiegał przytłumiony śmiech kilku osób. „Pewnie mają przerwę, dobrze trafiłam”. Podniosła rękę i zerknęła na zegarek, a ponieważ słabo widziała, podeszła do okna i w świetle zewnętrznej lampy odczytała godzinę. „Za piętnaście ósma. To nie mają przerwy. Pewnie coś się stało i Zbyszek musiał wyjść, a ludzie to jak taka dzicz. Spuszczeni z łańcucha i już śmichy chichy zamiast się uczyć”. Podeszła do gabinetu i nacisnęła na klamkę. Drzwi cicho się uchyliły i jej oczom ukazała się jasna pupa jej męża. Koszulę miał zadartą wysoko na plecach. Kobiece ręce z jaskrawo pomalowanymi paznokciami przytrzymywały ją. Spodnie zaś zmarszczone, zsunięte w jeden wałek poniżej kolan odsłaniały jasną, prawie białą pupę pana dyrektora. Głośne sapanie Zbyszka i popiskiwanie nieznanej kobiety na chwilę zamurowało Martę, a rytmiczny ruch mężowskich pośladków zmącił wzrok. Przetarła oczy, rozdziawiła buzię i już miała krzyknąć, gdy kobieta mocniej jęknęła.

Głos otrzeźwił Martę. Na palcach, po cichu weszła do gabinetu i stanęła za kochającą się parą, która była tak bardzo zajęta sobą, że niczego się nie spodziewała. Marta podniosła parasolkę do góry i chciała nią zdzielić Zbyszka po gołym tyłku, ale przez ułamek sekundy się zawahała. Przekręciła parasolkę prawie do pionu i popatrzyła na lśniący metalowy czubek, a potem obniżyła go i mocno nim dźgnęła, wciskając metalowy koniec mężowi między pośladki. Mężczyzna opadł na kobietę pół leżącą na brzegu biurka i zawył z bólu, a Marta w tym czasie cofnęła się o krok.

— Co się stało, żuczku drogi? Tak ci dobrze? — zapiszczała kobieta.

— Kurwa mać!

Rozległo się głośne przekleństwo i Zbyszek powoli podniósł się. Parasol z hukiem opadł na podłogę.

— Ależ, żuczku, tak ci dobrze? — Znów piszczący głos zachwycał się swoimi seksualnymi osiągnięciami.

— Och, żuczku. Chyba jednak nie jest ci zbyt dobrze? — zapytała Marta wesołym głosem, naśladującym kobietę.

— Marta? — Zbyszek odwrócił się do niej przodem, ale głowę miał spuszczoną. Patrzył jak po nogach spływa mu krew. — Coś ty najlepszego zrobiła?

— Pomogłam ci się pieprzyć — spokojnie odparła Marta.

— A pani kim jest, co pani tutaj robi? Uczniowie mieli robić ćwiczenia — zapytała kobieta, opuszczając nogi.

— Ja, proszę pani, byłam żoną tego pana.

— Marta, co ty mówisz, co tu się, kurwa, dzieje?! Co ty mi zrobiłaś? — Pan ordynator potarł dłonią po swoim udzie.

— Wsadziłam ci parasol w dupę, a w ogóle życzę ci wszystkiego najlepszego i nie pokazuj mi się w domu.

Odwróciła się i wyszła z gabinetu. Na ciemnych schodach musiała złapać się za barierkę, bo nogi jej się trzęsły. Puszczały nerwy i wszystko zaczynało burzyć się w środku. Na ulicy ostry deszcz na chwilę jakby ją uspokoił. Postawiła kołnierz i skurczyła się w sobie. Zacisnęła palce w pięści i ruszyła szybkim krokiem w kierunku domu. W głowie miała pustkę, tylko instynkt wiódł ją w odpowiednim kierunku. Kiedy znalazła się przed arkadami, które łączyły trzy kamienice w jeden ciąg, na chwilę stanęła, popatrzyła na fasadę i rozdziawiła usta, łapiąc wodę w buzię. Potem wypluła wszystko, robiąc niedużą fontannę, i weszła do ciemnego podcienia. Otrzepała się z deszczu i wyjęła z kieszeni telefon. Wybrała numer do pani Zosi i poprosiła, żeby jej mąż natychmiast przyszedł do niej. Była spokojna, tylko znacznie szybciej i bardziej ostro mówiła. Właściwie wydawała polecenia panu Józefowi, który w pięć minut był u niej przed domem.

— Zgubiłam klucze, panie Józefie, trzeba natychmiast wymienić zamki.

— Ale ja nie mam takich zamków.

— To niech pan załatwi, kupi. Natychmiast — Marta mówiła niewyraźnie przez zaciśnięte zęby.

— Ale o tej porze to się nie da, wszystko zamknięte.

— To niech pan wyjmie od siebie albo wybije w sklepie szybę, ale musi pan zmienić mi zamki.

Na tak dziwne słowa pan Józef uważnie przyjrzał się Marcie i pokręcił głową.

— Ale co się stało? Czy pani dobrze się czuje? Ktoś na panią napadł i może ukradł klucze? — Pan Józef wziął Martę za ramiona i ostrożnie przekręcił do światła padającego z ulicznej lampy.

— Tak, tak, napadł mnie i zabrał klucze.

Szarpnęła się, oswobadzając z dłoni pana Józefa.

— To jak otworzymy zamek?

Na to Marta wyjęła klucze i otworzyła drzwi, a pan Józef dziwnie się przyglądał.

— Pani Marto, czy pani dobrze się czuje?

Wziął ją za ramiona i popchnął do środka. Zapalił światło i znieruchomiał z wrażenia. Marta była całkiem sina, szczęka jej dygotała, a zęby stukały o siebie. Mokre, krótko obcięte włosy przylegały do twarzy, a rozmazany tusz ściekał do połowy policzków.

— Trzeba zadzwonić po pana doktora. Pobił ktoś panią?

— Pan doktor, pan Zbyszek, nie ma tu wstępu i trzeba zmienić zamki. Pan wie, że to dom moich rodziców.

— Oczywiście, ale czemu pan doktor nie może tu przychodzić?

— On jest zdrajcą — wysyczała.

— Zdrajcą?

Pan Józef dalej nic nie rozumiał, ale zamknął za sobą drzwi, przekręcił wszystkie zasuwki, a na koniec założył łańcuch i poprowadził Martę na piętro. Posadził na krześle, przyniósł ręcznik i wytarł jej twarz. Potem pomógł jej zdjąć mokry płaszcz i usiadł naprzeciwko, podsuwając sobie krzesło. Pogłaskał ją po ręku, żeby opanować emocje, i jeszcze raz zapytał o minione wydarzenia. Wtedy Marta się rozpłakała.

— No masz ci los. Co ja mam teraz zrobić? — Podrapał się po brodzie. — Ja nawet chusteczki nie mam. Pani Marto, proszę nie płakać.

Marta na chwilę zakryła sobie twarz dłońmi i kiwając się do przodu i do tyłu, cicho płakała kilka minut. Pociągała nosem, wycierała go rękawem i wzdychała.

— I co ja mam z panią zrobić? Proszę nie płakać. Może herbaty zagotuję?

— Nie, nie trzeba. Już mi przechodzi.

Podniosła się, otarła twarz i podeszła do okna. Przez chwilę stała w milczeniu i patrzyła na pustą ulicę, a potem się odwróciła i dość spokojnie opowiedziała całe zajście.

— O matko ty moja. Pan doktor?

— Tak. Pan doktor.

Pan Józef pokręcił głową i znów pogłaskał się po nieogolonej brodzie.

— To może lepiej, jak pójdę po moją Zochę. Zostanie z panią, a ja poszukam coś z tymi zamkami.

— Nie. Nich pan nigdzie nie idzie. Ja zadzwonię i pani Zosia przyjdzie. Ja nie wiem, co mu zrobiłam. Może zaraz policja po mnie przyjedzie?

— A gdzie tam policja. Kto zawiadomi policję? Co im powiedzą, że żona mężowi parasol, za przeproszeniem, w tyłek wsadziła?

Pan Józef ryknął ze śmiechu, machnął ręką i poszedł do telefonu, który wisiał na ścianie w kuchni. Wystukał numer, coś szeptem pogadał i za kilka minut pani Zosia była na miejscu. Zrobiła herbatę i usiadła z Martą na miękkiej kanapie w salonie. Objęła ją ręką i cicho szeptała.

— Nic się nie bój. Nie damy cię, dziecino, skrzywdzić. Celina by się w grobie przewróciła, gdybym ci nie pomogła, a dziadowi tak dobrze.

— Ale ja mu krzywdę zrobiłam, pani Zosiu! — Marta znów zaczęła płakać.

— A tam. Lekarzowi krzywdę. Nic mu nie będzie. Najwyżej na tyłku nie usiądzie przez jakiś czas. Sam sobie winien. Taki porządny się wydawał człowiek, a tu proszę. Lekarz to lekarz. Zawsze pielęgniarkę na dyżurze obróci.

Rozdział 2
Pogodzić rodziców

Po dwóch dniach do domu wpadła Michasia. Nie rozbierała się nawet z kurtki, tylko stanęła przed matką z nachmurzoną miną. Ręce położyła na biodrach jak stara przekupka, zmarszczyła czoło i patrzyła na nią groźnie.

— Ojciec dzwonił. Co ty, mamo, wyprawiasz?

— Ja? — Marta wzruszyła ramionami, a pani Zosia zaraz zaczęła ją usprawiedliwiać.

— Mama nic nie robi.

— Tata powiedział, że chcesz się z nim rozwieść. — Michasia nie ruszała się z miejsca.

— Tak, w poniedziałek jadę do Elbląga. Już jestem umówiona z adwokatem — odparła Marta całkiem spokojnie. Nawet nie podnosiła wzroku na córkę, która była wściekła jak osa. Sapała ze złości i tupała nogą o posadzkę.

— Tobie całkiem odbiło. Co za dupka sobie znalazłaś?

— Ja?

Marta ponownie wzruszyła ramionami. Spokojnie podniosła się i nie zwracając uwagi na córkę, poszła do kuchni dopić poobiednią kawę. Michasia zaraz przyszła za nią i dalej rozzłoszczona trzymała się pod boki.

— Tata leży w szpitalu, a ty chcesz się rozwieść?

— Córeczko, to nie twoje sprawy. Zbyszek będzie twoim tatą, ale nie moim mężem i to wszystko na ten temat.

Pani Zosia zastąpiła drogę Michalinie i tak jak ona złapała się pod boki. Nogę wysunęła do przodu i pukała palcami o podłogę.

— To pan doktor poszedł na kurwa mać, a teraz na panią Martę zwala, a ty, dziecinko, nie mieszaj się do rodziców.

— Boże, co się w tym domu wyprawia! Niespełna miesiąc mnie nie ma, a już wariujecie!

Michasia złapała się za głowę i wyszła z kuchni. Zbiegła po schodach na dół i zaraz obie kobiety usłyszały mocne trzaśnięcie drzwiami. Potem cisza znów zapanowała w domu. Pani Zosia zajęła się zmywaniem naczyń, a Marta stała oparta o parapet i patrzyła na ulicę.

Skuleni z zimna ludzie szybko przemykali po chodniku. Niektórzy robili zakupy w licznych tutaj sklepach, inni szli do kościoła na mszę, a trzech mężczyzn dyskutowało w bramie starej, jeszcze nieodremontowanej kamienicy.

— Pani Marto, trzeba będzie od poniedziałku otworzyć aptekę. Ludzie się dobijają, kręcą. Gdzie mają kupić lekarstwa?

— Na nowym osiedlu mają aptekę. — Marta odwróciła się i krótko odparła gosposi.

— Ale ludzie tam nie lubieją chodzić. Tamten młody magister to taki nieużyty człowiek.

— Pani Zosiu, bo nie zna środowiska. Obcy i nowy, boi się, że zabiorą mu koncesję.

— Koncesję? Jaką koncesję? — Gosposia zerknęła na Martę.

— Pozwolenie.

— To co on, leki lipne pod ladą sprzedaje? — Pani Zosia odstawiła talerze do zlewu i zastąpiła Marcie drogę. Przymrużyła oczy i patrzyła podejrzanie.

— Nie, ale sama pani wie, jak to jest. Ile razy coś bez recepty się sprzedaje, bo ktoś nie dostał się do lekarza?

— Bo to zawracanie głowy, żeby ciągle za byle pastylką latać po receptę. Przecież wiadomo, że ja od lat biorę enap na nadciśnienie, to i brać na wiek wieków amen będę.

— Ale tak nie wolno, pani Zosiu.

Gosposia machnęła ręką i zajęła się swoją pracą, ale po chwili znów podeszła do Marty.

— To może teraz, jak Michasia przyjechała, to ja pójdę do siebie. Będzie pani miała towarzystwo.

— Oczywiście. Dam sobie radę. Już mi nerwy przeszły, a w poniedziałek jeszcze będzie zamknięte. Mam masę spraw do pozałatwiania.

Marta wstawiła filiżankę do zlewu, poklepała gosposię po ramieniu i uśmiechnęła się.

— Najpierw niech pani ten rozwód załatwi. Ja zrobię zakupy i podrzucę, przecież musi mieć pani co w niedzielę do garnka włożyć.

Marta przyniosła z sypialni torebkę i podała pani Zosi sto złotych.

— Mogą być dwa schabowe i serek wiejski dla mnie. Dwa pomidory i jakiś sok grejpfrutowy.

— A chleb? — Gosposia otarła ręce w ścierkę i schowała pieniądze do kieszeni.

— Ale tylko połówkę. Kto to będzie jadł?

— A zapomniałam, że wy obie się wiecznie odchudzacie. Nie wiem, po kim to jest, bo pani Celina to przecież szczuplutka była. Na koniec to sama skóra i kości z niej zostały.

— Dobrze, pani Zosiu. Dość mam przykrych spraw, więc dajmy spokój ze wspominkami.

— Ludzie teraz to nie lubieją wspominać swoich przodków, a to źle. Trzeba znać swoje korzenie.

— Ja znam swoje. To jest dom moich rodziców, przecież pani wie, a na Zydlągu jeszcze stoi chałupa po dziadkach.

— I niszczeje — zrzędliwie dodała Zosia.

— Michasia skończy studia i jak będzie chciała, to sobie ją wyremontuje. Przynajmniej będzie miała gdzie mieszkać.

— A pani tutaj zostanie sama, ma się rozumieć?

Pani Zosia dziwnie popatrzyła na Martę i uśmiechnęła się szelmowsko.

— Sama, sama, pani Zosiu. Lata swoje mam, gruba jestem, nieatrakcyjna.

— Chłopy grube lubieją. O, ten dyrektor z mleczarni. Wdowiec od trzech lat. Nadałby się pani.

— Pani Zosiu! — Marta podniosła głos na gosposię.

— Dobra. Ja tam swoje wiem. Kobiecie samej to źle na świecie. Ja mam dwie sąsiadki. Same siedzą i biedę klepią. Nie tyle, że brak im pieniędzy, ale co taka sama zrobi? Ciągle Józka wołają, bo trzeba gwóźdź przybić, albo rura cieknie.

— Niech pani pilnuje męża, bo jeszcze jakaś pani go zabierze! — Marta roześmiała się.

— A pilnuję, a pewnie. Zawsze za nim zaraz lecę. Ta spod jedynki to od razu spódnicę podwija, żeby krótsza była i nogi wystawia. Głupia jaka, myśli, że ja oczu nie mam? A pani wie, że ten kulawy z dworca, no ten, Kazik Kapusta, to ma aż dwie baby? Uganiają się za nim i dogadzają mu jedna przez drugą, bo liczą, że się któraś załapie i do urzędu pójdzie na rejestrację.

— Pani Zosiu, a co mnie Kapusta obchodzi. — Marta była rozbawiona opowieściami z miasta.

— A to, że jak się chłopy dowiedzą, że taka pani wolnego stanu jest, to jak muchy do lepu się zlecą i żaden grubego brzucha nie będzie wypominał.

— Dobrze, pani Zosiu.

— A Bednarkowa, to pani wie? W pół roku po pogrzebie, a już nowy facet jej na chałupie siedzi i jaka ona gruba?

Marta nie chciała tego więcej słuchać. Minęło rozbawienie, a ogarnęło ją przerażenie. Wrzuciła do zlewu łyżeczkę po kawie, która leżała na parapecie, i poszła na drugie piętro do gabinetu. Usiadła za biurkiem, westchnęła ciężko i włączyła komputer. Najpierw przejrzała pocztę, a potem uzupełniła zamówienie leków i wysłała do hurtowni w Elblągu. Na koniec weszła na stronę pasłęckich nieruchomości i przeleciała po ogłoszeniach. Na chwilę się zastanowiła. „Nie szkodzi, że tu są moje korzenie, ale nie zostanę w tej dziurze. Ludzie mnie zjedzą jak nic. Będą wystawiali jak krowę zarodową na przetarg co lepszemu byczkowi”. Wzdrygnęła się, zmieniła stronę na ciągle wyświetlającą się wszędzie reklamę nowego portalu matrymonialnego. Nie logowała się na nim, tylko przejrzała listę kobiet w swoim wieku. Po godzinie zamknęła portal i jęknęła. „Boże, ile tego jest, wszystko samotne, rozwódki, wdowy i jakie wysztafirowane, a pozycje na tych zdjęciach, jakie mają. Lale z wodewilu albo z miłosnej farsy na dobranoc dla dorosłych”. Pokręciła głową i roześmiała się. „Czego to baby nie wymyślą, żeby skusić jakieś męskie portki”.

Wyłączyła komputer i zeszła na dół. Pani Zosi już nie było, więc usiadła w salonie i włączyła sobie telewizor. Obejrzała Teleexpress i miała zejść do apteki, żeby zrobić porządki, gdy do salonu weszła Michasia. Usiadła na fotelu i wcale się nie rozbierała. Nic też nie mówiła, tylko patrzyła bezmyślnie na reklamy.

— Głodna jesteś? Pani Zosia ugotowała jarzynową — zagadnęła ją Marta.

Michasia ciężko westchnęła i przesiadła się na kanapę do matki. Położyła głowę na jej ramieniu i szepnęła:

— Nie dasz się ojcu przeprosić?

— Nie i nie chcę o tym panu rozmawiać.

— Panu? Mamo, jak tak możesz mówić? — Na te słowa odsunęła się od matki jak od trędowatej osoby.

— Normalnie. Ojciec twój wybrał inną drogę i niech sobie teraz po niej spaceruje.

— Tata mi powiedział, że lektorka go zbałamuciła.

— Zbałamuciła? — Marta roześmiała się i wyłączyła telewizor. — Dziecko drogie, ile ty masz lat? Zbałamuciła? Jasne, bez jego udziału. Rozbierz się. Nagrzeję ci zupę.

— Nie chcę. Najadłam się potąd. — Podniosła rękę i przejechała dłonią w poprzek na wysokości czoła.

— Kolejna dieta odchudzająca — zażartowała Marta.

— Mamo, ty sobie żarty robisz, a to poważna sprawa.

— Nie, Michasiu. To jest już po sprawie i bardzo cię proszę. Nie chcę rozmawiać na temat tego pana.

— Ale to mój ojciec.

— Oczywiście, ale nie mój mąż. W poniedziałek jadę do adwokata i zakładam sprawę rozwodową.

— Tak szybko? Dlaczego? Zastanów się, a w ogóle tata prosił, żeby mu przynieść piżamę i kilka rzeczy.

— Proszę bardzo. A, i niech ojciec odda klucze. Zresztą jeden zamek już zmieniony.

— Ojciec nie może przyjść do własnego domu?! — Michasia zaczynała podnosić głos ze zdenerwowania.

— Nie. To nie jego dom i jego noga więcej tutaj nie postanie. Możesz mu powtórzyć.

Po tak ostrej wypowiedzi Michalina wstała i ponownie wyszła z domu. Pokazała się dopiero wieczorem. Nic nie mówiła, spakowała kilka rzeczy ojca i z wypchaną walizką przyszła do salonu.

— Może chcesz zobaczyć, co wynoszę!? — prawie wykrzyczała.

— Michasiu, może trochę innym tonem do matki. To nie ja jestem przyczyną tego wszystkiego.

— Ale nie możesz ojca o wszystko obwiniać i wyrzucać z domu.

— Obwiniać ojca? Czy ty nic nie rozumiesz? To on pieprzył się z jakąś babą w szpilkach na swoim biurku w swoim gabinecie. Sapał i jęczał, świecąc gołą dupą na wierzchu. Obrzydliwe, wstrętne i ty mnie jeszcze będziesz prostowała!? — Teraz Marta wyprowadzona z równowagi podniosła głos.

— Ktoś ci naopowiadał głupot. Nie znasz tych małomiasteczkowych plotkarzy.

— Ja to widziałam, Michasiu. Na własne oczy i koniec dyskusji. Może ci się to nie podobać, ale ja już nie będę na ten temat rozmawiała. I jeszcze jedno, ale muszę się zastanowić.

— Co takiego? Co jeszcze wymyśliłaś w swojej złości? — warknęła i złapała za walizkę.

— Sprzedamy wszystko i wyprowadzamy się do Gdańska. Powiedz ojcu, że w poniedziałek mnie nie ma, więc pod nadzorem pani Zosi może tutaj przyjść i zabrać swoje rzeczy, tak żebym go nie widziała.

— Ojciec nie może. Jest po operacji. Hemoroidy mu pękły.

Marta ryknęła śmiechem. Złapała się za brzuch i rechotała kilka minut. Co chwilę nachylała się do przodu, potem podnosiła się, ocierała łzy i dalej się śmiała.

— To nie jest wcale śmieszne, mamo — Michalina skrytykowała matkę, ale widząc ją zgiętą w pół ze śmiechu, odwróciła się obrażona i wyszła z domu. Marta jeszcze kilka dobrych minut nie mogła opanować chichotu. Ocierała oczy z łez i dalej dosłownie gdakała nad dolegliwościami biednego eksmałżonka.

Wieczorem wróciła córka i od razu poszła do siebie na drugie piętro, nie rozmawiając wcale z matką. Nawet przy niedzielnym śniadaniu nie odezwała się ani słowem. Jadła powoli przygotowaną kanapkę i obserwowała matkę. Nie pomagała jej też przy obiedzie. Spakowała kolejną walizkę i o czternastej, gdy Marta nakrywała do stołu, ostentacyjnie wyszła z domu. Wróciła wieczorem na chwilę i jeszcze raz usiłowała nawrócić matkę na odpowiednie tory. Tłumaczyła, prosiła, aż wreszcie wrzasnęła na nią kilkoma epitetami i pojechała do Gdańska. W nocy przysłała Marcie długiego maila z kolejną gadką umoralniającą. Na zakończenie jednak dołożyła przeprosiny i prośbę o zastanowienie się. Rano kolejny mail i wreszcie telefon tuż przed jej wyjazdem do Elbląga. Nawet się nie przywitała, tylko naskoczyła na Martę:

— Jak złożysz pozew rozwodowy, to ja więcej się do ciebie nie odezwę. Nie możesz rozwalać rodziny. Tata bardzo żałuje. Nie można tak od razu przekreślać człowieka! — Trzepała ozorem, nie dopuszczając matki do głosu, aż wreszcie się uciszyła i zapytała zdziwiona: — Dlaczego nic nie mówisz?

— A po co? Możesz już przestać się do mnie odzywać. Właśnie wychodzę z domu. Cześć.

Wkurzona zachowaniem córki wyłączyła całkiem telefon, pośpiesznie się ubrała i wyszła. Marta nie miała samochodu, bo właściwie nigdy nie był jej potrzebny. Do sklepu miała blisko, do kościoła blisko, pracowała w aptece na miejscu, a na dalsze wyjścia jeździła z mężem, tak że teraz musiała skorzystać z autobusu. Wcześniej w Internecie sprawdziła rozkład jazdy i o dziesiątej pojechała do Elbląga. Tam taksówką na Plac Słowiański do umówionego adwokata, a potem odprężający spacer po mieście, zakupy, które są zawsze wspaniałym lekarstwem na babskie boleści psychiczne, i mocna kawa w małej kawiarence na ulicy Pierwszego Maja. Następnie wizyta w biurze nieruchomości i kolejna poważna decyzja.

— Sprzedaję rodzinny dom i aptekę, i dom dziadków. Wszystko. Nie będę żyła w tym mieście. Nie będę patrzyła, jak się ze mnie śmieją, jak szydzą albo swatają z byle dziadem. Wyjadę do Gdańska albo gdzie mnie oczy poniosą. Michasia trzyma stronę tatusia. Jej sprawa, ja mam dość tego wszystkiego.

Rozdział 3
Marta się zawzięła

Od wtorku Marta normalnie pracowała. Właściwie nie normalnie, bo kolejka cały czas stała i nawet na pięć minut się nie zmniejszała. Ludzie jakby się zmówili i potrzebowali pół tony leków — na katar, biegunkę i inne dolegliwości. Niektórzy upierdliwie dyskutowali, kazali jej szukać tańszych zamienników, inni narzekali na opieszałość jej obsługi, jeszcze inni dziwnie się przyglądali jej twarzy i wtedy Marta wpadała w panikę. Wydawało jej się, że cały świat wie o jej rozwodzie, o zdradzie Zbyszka, o świństwie, jakie jej zrobił. Czasem też myślała, że i tak wszystko spadnie na nią. Jak to w małym miasteczku prawda zostanie przekręcona i właśnie ona zostanie rozpustną zdrajczynią, bo przecież nie pan dyrektor, znany i lubiany lekarz.

Wieczorem Marta ledwie żyła. Usiadła na kanapie, nogi położyła na stoliku i stękała. „Chyba się zmówili na mnie wszyscy. Ludzie kochani, a teraz muszę jeszcze leki uzupełnić i zestawienie do NFZ-etu zrobić, bo kasy nie dostanę”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 41.91