E-book
13.65
drukowana A5
35.2
Kim jesteś?

Bezpłatny fragment - Kim jesteś?


5
Objętość:
184 str.
ISBN:
978-83-8221-138-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 35.2

Dwudziestoletni ford mondeo pędził autostradą numer A2 łączącą Warszawę z Poznaniem. Jego miejscem docelowym, wpisanym w urządzenie GPS, był Szpital MSWiA w Sokolej Górze. Miejsce zemsty, jak nazywał je kierowca forda.

Ponieważ klimatyzacja dawno już nie działała, a tapicerka w środku cuchnęła alkoholem i tanimi fajami, kierowca jechał z uchylonymi szybami, przez które co chwila wyrzucał niedopałki papierosów.

W końcu los się do niego uśmiechnie, pomyślał. W końcu zemści się za doznane krzywdy. Ta suka pożałuje, że przyczyniła się do jego upadku. Pisk niedopompowanych opon rozległ się w powietrzu, gdy ford skręcał na parking przy autostradzie.

Mężczyzna wysiadł z auta. Musiał się odlać. Gdy zapinał rozporek, usłyszał skomlenie psa. Jakiś głupi bezpański kundel błąkał się po parkingu. Patrzył na niego tymi ufnymi, czarnymi ślepiami. Zamerdał ogonem i podszedł, myśląc, że jego życie znacząco się odmieni. Nic z tego kundlu. Pomyślał mężczyzna i kopną go z całej siły. Pies zaskomlał i wpadł do pobliskiego rowu.

Kiedy mężczyzna odjeżdżał zdążył zobaczyć w lusterku, że ktoś podbiega do psa. Odpalił papierosa. A może obaj będziemy mieli szczęście- pomyślał.


Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Słońce nieśmiało wdzierało się pomiędzy zasłony w sypialni Laury. Jeszcze kilka minut temu pokój tonął w szarościach wczesnego poranka. Grube, szare kotary, przeszywane srebrną nicią, która nadawała im orientalny wygląd, jak dotąd skutecznie broniły granicy pomiędzy snem a jawą.

Pokój był obszerny, utrzymany w chłodnych tonacjach szarości i błękitu. Na ścianie, nad nowoczesnym kominkiem wisiało ogromne lustro w srebrnej ramie.

Srebrno-brązowe donice z białymi storczykami, miękki puchaty dywan, i ciemne drewniane regały, z ogromną jak na jedną kobietę ilością książek, sprawiały, że pokój nabierał przytulnego klimatu.

Nici, z których utkane były arabskie ornamenty zaczęły lśnić mocniej, a w szparze pomiędzy jedną, a drugą zasłoną, pojawił się blask, który nie pozostawił już Laurze żadnych wątpliwości, że nastała odpowiednia pora, aby podnieść się w łóżka.

Jeszcze tylko chwilę… pomyślała. W końcu to jej ostatni weekend urlopu. Od poniedziałku powrót do pracy… Leniwie przeciągnęła się w łóżku, zsuwając z siebie cienką, bawełnianą narzutę. W tych letnich dniach panowały nieziemskie upały, i nikt przy zdrowych zmysłach, nie spałby pod normalną kołdrą. Zwłaszcza, mając swoją sypialnię na poddaszu, które nagrzewało się do niemiłosiernych temperatur.

— Mamo, wstałaś już?! — dobiegał dźwięczny głos z dołu. Zosia, czternastoletnia córka Laury, którą od kilku lat sama wychowywała dopominała się porannej atencji.

— Mamo! Nie ma mleka do płatków!!

Laura postarała wytężyć swój umysł ze wszystkich sił, aby nie schodząc na dół, przypomnieć sobie gdzie położyła wczorajsze zakupy.

Była pewna, że kupiła 2 kartony mleka. Zawsze tak robiła. Mleko to jeden z tych produktów, który znikał z lodówki nie wiadomo kiedy.

I lody. Chociaż kupowała duże rodzinne opakowania, nigdy żadne z nich nie przetrwało u nich w domu nocy.

— Weź kluczyki do auta z mojej torebki, i zobacz w bagażniku- krzyknęła, nie podnosząc się z łóżka. — Chyba zostawiłam wczoraj zakupy w samochodzie- przytuliła się do poduszki. Pospać jeszcze choć chwilę, tylko tego chciała.

— No dobra, ale swoją drogą, — kontynuowała dyskusję Zośka, — mogłabyś już znaleźć sobie jakiegoś faceta, który by ci te zakupy targał do domu, zamiast wysyłać biedną nastoletnią córkę, która jeszcze od dźwigania ciężarów nie urośnie!

— Świetna rada córeczko. Jak tylko wstanę, dam ogłoszenie na Internecie.- Zaśmiała się w myślach, wyobrażając sobie jak wielki odzew by dostała. Jak nic, trzeba by przeprowadzić dodatkowy casting!

— Tylko… nie zapomnij się pomalować, robiąc zdjęcie na neta, bo wiesz, nie jesteś już taka młoda.- Rzuciła żartem Zośka, zatrzaskując za sobą drzwi wejściowe od domu.

No, to już na bank pora wstawać, skoro musi dziś odhaczyć długą listę prac ogrodowych i zrobić sobie jeszcze pełny makijaż, — ponaglała się w myślach. Nie ma co się dłużej wylegiwać.

Bogu dzięki za dzieci, — pomyślała Laura. Bez nich ten świat byłby łatwiejszy, ale z pewnością nie tak kolorowy, jak z nimi. Zawsze można liczyć na dobre słowo, i wsparcie, zaśmiała się pod nosem.

Stanęła boso przed ogromnym lustrem w sypialni, i przyjrzała się sobie z bliska. Długie, ciemne włosy opadały jej na ramiona, grzywka po przespanej nocy była w lekkim nieładzie. Figurę miała drobną ale kobiecą. Zaznaczona talia, szersze biodra, no, może z piersiami mogłaby kiedyś coś zrobić-pomyślała. Ale póki co jest ok.

Najważniejsza jest samoakceptacja, bez samouwielbienia- powiedziała głośno w stronę kobiety w lustrze. Makijaż w dzień wolny niepotrzebny, chociaż może Zośka ma trochę racji? Laura była atrakcyjną kobietą. Nie należała jednak do typowych piękności za którymi ugania się chmara facetów. Miała delikatne, regularne rysy twarzy i lekko skośne oczy, o szmaragdowym odcieniu. Miała w sobie to coś, co sprawiało, że ludzie uważali ją bardziej za interesującą, niż typowo piękną.

Zeszła do salonu po krętych, drewnianych schodach. Zawsze uważała, żeby się na nich nie poślizgnąć. Nie raz widziała, jak jej goście biegając po nich, wywijali orła.

Okna tarasowe były już otwarte a za nimi rozpościerał się widok na łąki i lasy. To dla tego widoku Laura, postanowiła kupić to mieszkanie. Nie licząc faktu, że w porównaniu z pierwszym budynkiem na tym osiedlu, deweloper obniżył cenę aż o sto tysięcy! Ale taki widok wart byłby każdych pieniędzy.

Mieszkały same, w ostatnim budynku, na osiedlu nowoczesnych dwurodzinnych domków. Za nimi już tylko pastwiska i lasy, pełne jagód i grzybów.

Latem, do domu wlatywały świetliki, a zimą można było wyruszyć przed siebie, na narty biegowe. W tym miejscu, czuło się wolność, przestrzeń, i prawie cielesne obcowanie z naturą. Nie było tygodnia, żeby pod dom nie przybłąkało się jakieś leśne zwierzę, w poszukiwaniu przygód i jedzenia. Weszła na taras i spojrzała w stronę gór, których zielone zbocza dobrze było widać z tego miejsca.

— Założę się, że planujesz już jakieś super wycieczki rowerowe, albo piesze, po naszych uroczych terenach… Mam rację? — Zośka żwawym krokiem wparowała na taras.

Jej długie blond włosy, lśniły w promieniach słońca, rzucając dookoła niezwykły blask. Rysy twarzy miała podobne do matki. Miały nawet identyczny kolor oczu. Tylko kolor włosów, naturalny blond, Zosia odziedziczyła po tacie.

— Pamiętaj, że ja dzisiaj jestem umówiona z Sandrą, i nie będzie mnie do jutra- oznajmiła z dumą.

— Jak to, do jutra? — zdziwiła się Laura. Nie przypominała sobie, żeby to ze sobą ustalały.

— No, normalnie- Zosia poczuła lekką irytację. Nie była już przecież dzieckiem a mama ciągle się o nią bała, i traktowała jak jakiegoś niedorostka.

— Mówiłam ci, że dziś będziemy się cały dzień kąpały w Sandry basenie, i opalały a wieczorem jej rodzice organizują grilla, i zaprosili mnie na noc. Chyba nie chcesz mi teraz zabronić? Bo jak chcesz… to ja już nigdy…

— Nie chcę- przerwała jej pospiesznie, starając się aby poranna rozmowa, nie zamieniła się w kłótnię.

— Przecież wiesz, że w wakacje, nie chcę Ci niczego zabraniać. Oczywiście w granicach rozsądku. Dlatego, chyba nie będziesz miała nic przeciwko, jeżeli zadzwonię do rodziców Sandry? Spytam ich, co mogę przygotować na grilla, żebyś nie szła z pustymi rękami, co? — położyła jej dłoń na ramieniu.

— Mamo! — Zosia podniosła nieco głos. Ja nie jestem twoją pacjentką. Zapominasz, że znam cię od 14 lat, i jeżeli chcesz zadzwonić do rodziców Sandry, sprawdzić, czy na pewno mnie zaprosili, albo uświadomić im, że mają mnie pilnować, bo inaczej nogi z dupy im powyrywasz, — tu zaśmiała się zdradziecko, — to nie musisz robić tego, w tak zawoalowany sposób. — Szelmowski uśmiech nie znikał z jej twarzy.

W pierwszym odruchu Laura chciała zwrócić córce uwagę, odnośnie niewłaściwego słownictwa, ale jej mina i sam fakt tego, że przejrzała ją na wylot sprawiły, że zaczęła się śmiać.

— Nogi z dupy powyrywam, mówisz? A skąd taki pomysł? -spytała.

— No jak to? — odparła córka- A nie pamiętasz jak siedziałyście z ciotką na tarasie, i ona spytała, czy na tej kolonii, na którą jadę jest aby dobra opieka dla takich pięknych nastolatek? A ty odparłaś: mam nadzieję, bo jak nie to nogi z dupy powyrywam! — Zosia starała się w przerysowany, zawadiacki sposób, parodiować swoją mamę. Śmiała się przy tym co niemiara.

Laura nie wytrzymała, i też zaczęła się głośno śmiać.- A ty nie wiesz, — powiedziała, — że nie ładnie jest podsłuchiwać? Chodź, zróbmy już lepiej jakieś śniadanie, bo takie rozmowy z rana bez kubka kawy z syropem karmelowym, są nie na moją głowę. Znalazłaś to mleko?


Chwilę później, siedząc na tarasie, z pustym już prawie kubkiem, Laura pogratulowała sobie w myślach, tak inteligentnej i energicznej córki. Naszła ją jednak, nostalgiczna myśl, że ta młoda radosna dziewczyna, stanie się niedługo prawdziwą kobietą. I będzie narażona na całe zło tego świata, które spotyka młode, radosne, naiwne kobiety. Zdała sobie sprawę, że to być może ostatnie chwile, kiedy jej córka jest tak niewinna, i spragniona świata. Przestań! — skarciła samą siebie. Przecież to, że codziennie wysłuchiwała ludzkich tragedii, i to, że sama co nieco w życiu przeszła, nie oznacza, że jej córkę też to spotka. Racja, — odpowiedziała sobie. W końcu znała też kobiety szczęśliwe, i spełnione w życiu! I taka będzie też Zośka. Postanowione! Laura miała tą niezwykłą umiejętność, odganiania złych myśli, zanim całkiem zasnuły niebo. Należała do kobiet, które zawsze potrafiły znaleźć w trudnych sytuacjach jakiś pozytyw i się tego trzymać. Ta umiejętność, przydała się jej w życiu wiele razy.


Lista spraw, niecierpiących zwłoki na ten dzień, obejmowała wizytę w Castoramie, zakup odpowiednich farb zabezpieczających drewno, i wspólne malowanie z sąsiadką Gośką. Najpierw altany w ogrodzie Laury, a potem płotu przyjaciółki, który od roku stał niezabezpieczony.

Gośka mieszkała razem z mężem klawiszem- jak zwykły go nazywać, czyli pracownikiem służby więziennej, — jak on kazał mówić na siebie, i ich czteroletnim synkiem, dokładnie pod Laurą.

Od pierwszego spotkania wiedziały, że ich relacja będzie prawdziwą przyjaźnią. Zawsze mogły liczyć na siebie w kwestii pilnowania dzieci, pożyczania jajek czy cukru i dzielenia się wspólnymi pasjami.

Obie aktywne, obie energiczne i pełne chęci do życia. Razem podróżowały, chodziły na zajęcia nauki tańców latynoamerykańskich. Morsowały w górskich wodospadach.

Nie zatracały jednak w tym wszystkim, poczucia swojej indywidualności. Na dziś zaplanowały prace malarskie w ogrodzie, i musiały się sprężać, bo następne dni jak podawała prognoza pogody, miały przynieść tak upragniony tego lata deszcz.

Przechodząc pomiędzy półkami z farbą na ściany, Laura zauważyła piękny, szaro-brokatowy kolor, o nazwie powiew poranka. Od razu zapragnęła, pomalować nim jadalnię. Jadalnia, to brzmi dumnie- pomyślała. Właściwie, był to kwadratowy wykusz, o wymiarach dwa na dwa metry, z małym połaciowym oknem. Bądź co bądź, jednak zmieściły się tam stolik i cztery krzesła.

— Laura, Laura… — zganiła się w myślach.- Przyszłaś tutaj po lakierobejce, do swojej nowej, jakże pięknej altany ogrodowej.

Sklepy budowlane, to jedyne sklepy, w których Laura mogła przebywać godzinami, nie nudząc się ani minuty.

Miała w sobie żyłkę budowlańca, połączoną z nutą artystki. Wiele rzeczy w swoim mieszkaniu robiła sama, nie zdając się na profesjonalistów.

Początkowo, wynikało to po prostu z potrzeby wykończenia mieszkania, które kupiła w stanie deweloperskim. Przy jej skromnym budżecie, nie mogła sobie pozwolić na płacenie za wszystko robotnikom.

Malowanie ścian, tapetowanie, dekorowanie wnętrz, skręcanie mebli, nie stanowiły dla niej problemu. Co więcej, była w tym tak dobra, że śmiało sama mogłaby się ogłaszać, na OLXie.

Szybko też odkryła, że remonty to coś, co pozwala jej się zrelaksować, odciąć, wyłączyć myślenie, a czasem wręcz przeciwnie, — pomyśleć na spokojnie. Z każdą ułożoną kafelką, — bo tego też musiała się nauczyć, kiedy jedyny zatrudniony przez nią fachowiec uciekł z kasą, nie dokończywszy prac, — jej myśli układały się jak puzzle, stanowiąc w końcu logiczną całość.

No dobra, powiedziała do siebie pod nosem. Kierunek lakiery do drewna. Obróciła się energicznie na pięcie, chcąc zmienić kierunek marszu, i wpadła wprost w objęcia mężczyzny, stojącego tuż za nią. Siła zderzenia była na tyle duża, że Laura upadła na podłogę. Nieznajomy pochylił się nad nią, i podniósł z ziemi z taką lekkością, że poczuła się, jakby była piórkiem.

Laura była oszołomiona. Przez chwilę nie mogła wydusić z siebie słowa. Wahała się, pomiędzy stanem złości do mężczyzny, który był przyczynkiem jej upadku, a wdzięczności, za jego pewną i szybką pomoc. Po chwili zastanowienia, przeważył jednak ten pierwszy stan.

— Co pan robi? — powiedziała zdezorientowana.

— Nie wie pan, że ludzie, a zwłaszcza mężczyźni powinni zachować choć trochę odstępu, idąc za obcą sobie kobietą? — Pocierała dłonią brodę, która trochę bolała ją od zderzenia z intruzem.

— Co ja robię? — odrzekł spokojnie mężczyzna.

— To przecież pani na mnie wpadła, i w dodatku ugodziła mnie w samo serce. — Pokazał teatralnym gestem miejsce uderzenia. Na jego twarzy, pojawił się zniewalający uśmiech.

Swoją drogą, był on całkiem przystojny, i Laura pomyślała sobie, że już dawno, nikt nie zrobił na niej takiego wrażenia. Serce zaczęło jej bić szybciej. Nie chodziło o sam wymiar urody ale o całą postawę ciała, ubiór i ten szelmowski błysk w oku, który czasem widzi u swojej córki, a który tutaj, nabrał nagle innego oblicza. Męskiego oblicza.

Nieznajomy był wysoki, miał około stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu, i dobrze zbudowany. Po zderzeniu, Laura mogła na szybko ocenić, że z pewnością uprawia jakieś sporty, bo jego klatka piersiowa była nad wyraz twarda. Żadnego piwnego brzucha, żadnej podusi, misia czy jak się tam jeszcze mówiło, o brzuchatych mężczyznach.

Ubrany był niby zwyczajne, ale z klasą. Szare jeansy, czarne męskie sandały od Timberlanda i biała koszulka polo, zdawały się tworzyć zgodną całość. Wszystko było czyste i wyprasowane.

Laura pomyślała sobie, że ten facet, w ogóle tu nie pasuje. Wszędzie wokoło, krążyli mężczyźni ubrani w robocze kombinezony, którzy wpadli tu na chwilę bo zabrakło im fugi do kafelek, czy gipsu do łatania dziur w ścianach.

Nawet ona, choć jeszcze nie pobrudzona brązowym lakierem, który ma w planach dzisiaj użyć, ubrana była już w wersję roboczą. Czarne leginsy za kolano, i znoszoną obcisłą bluzkę na ramiączkach. Właściwie, był to jej ulubiony strój, nigdy nie lubiła przesadnej nonszalancji w ubiorze.

Kiedy już zdała sobie sprawę, jak musi wyglądać, w dodatku bez makijażu, na który rano namawiała ją córka, poczuła się zawstydzona. I jeżeli nawet, po wstępnej ocenie sytuacji, była gotowa poflirtować z tym przystojnym nieznajomym, to w ogólnym postanowieniu pomyślała, żeby dać sobie z tym spokój, marnie oceniając swoje szanse. A może jednak…?

— Nie byłoby tak gdyby zachował pan odpowiednią odległość. A poza tym, nic się panu nie stało, więc niech nie robi pan z siebie ofiary-odparła.- Mężczyźni! Zawsze tacy pokrzywdzeni…! — dodała z udawanym oburzeniem, jednocześnie uśmiechając się zawadiacko.

— Ja po prostu słyszałem, że coś pani mówi i podszedłem, żeby lepiej usłyszeć- kontynuował mężczyzna.

— Aha! Czyli, jest pan zwykłym podsłuchiwaczem kobiecych myśli- odparła Laura, czując coraz większą przyjemność z tej wymiany zdań. Kurcze, coraz bardziej jej się podobał. Było między nimi, jakieś przyjemne napięcie. Chemia, która sprawiała, że chciała poznać tego kogoś.

— Widzę, że zostałem źle zrozumiany. Koniecznie trzeba to naprawić- powiedział, wyciągając w stronę Laury rękę- Jestem Gustaw, i będzie mi bardzo miło w ramach przeprosin, zaproponować pani kawę, pani….?

W tym samym momencie, Laura zauważyła na jego ręce obrączkę. Cholera! — oburzyła się w myślach- co za kretyni z tych facetów. Myśli, że jak stać go na buty od Timberlanda i ten wypasiony, świecący wieloma tarczami zegarek na nadgarstku, to może już wyrwać każdą.

Nienawidziła facetów, którzy w domu udawali kochających mężów, a na mieście podrywali obce kobiety. Od kiedy dowiedziała się, że jej zmarły mąż miał liczne romanse, czuła do takich typów tylko odrazę, i nie miała zamiaru wikłać się w chore relacje.

— Nie pijam kawy z nieznajomymi- odparła, i szybkim krokiem poszła w swoją stronę. Była zła na siebie, że przez tą krótką chwilę, dała się ponieść emocjom. Że chciała go poznać, że ją zaciekawił. Cholera!

Dlaczego ja zawsze, muszę trafić na jakiegoś kretyna- zapytała samą siebie. Dlaczego faceci, nie potrafią trzymać się jednej kobiety, kiedy już ją mają? I dlaczego on musiał być tak cholernie przystojny! I dlaczego musiał tak pięknie pachnieć? Jeszcze teraz czuła zapach tego przystojnego mężczyzny.

Gustaw patrzył za nią, gdy odchodziła, i zachodził w głowę, co poszło nie tak. Czym ją tak uraził? Wiedział jednak, że jej reakcja była na tyle silna, że nie było sensu wyjaśniać teraz tej sytuacji.

Nie mając innego wyboru, poszedł na dział z oświetleniem. Chciał kupić nowy żyrandol, do salonu swojej mamy. Ostatnio, kiedy była w szpitalu zrobił jej mały remont mieszkania, aby było dla niej bardziej funkcjonalne, po powrocie. Stary żyrandol, zdecydowanie nie pasował.

Idąc do kasy, zauważył jak Laura rozmawia z innym mężczyzną. Nie słyszał o czym mówili, ale widać było, że ma do niego dużo serdecznych uczuć, choć trzyma go na dystans.

Jego nie mógł wyczuć. Z jednej strony, mężczyzna ciągle ją zagadywał, a z drugiej sprawiał wrażenie mocno zdenerwowanego. Kiedy próbował skracać odległość między nimi, ona się odsuwała. Czy ona się go boi?

Kiedy chowając się za półkami z brykietem, podszedł bliżej, rozpoznał w mężczyźnie starego znajomego. Jeszcze z czasów szkolnych.. Zaśmiał się w myślach, widząc, że zachowuje się jak szpieg. Nie chciał wystraszyć tej kobiety. Nie chciał, żeby wzięła go za zboczeńca, czy prześladowcę. Musiał jednak przyznać, że zrobiła na nim wystarczająco duże wrażenie, aby tak się zachowywać.

Jak on się nazywał? — próbował sobie przypomnieć imię kolegi. Marek? Marcin? Tak: Marcin. Widział jak Marcin próbuje wziąć od Laury jej zakupy i słyszał jak proponuje, że zaniesie je do samochodu. Ona jednak grzecznie podziękowała.

Podsunął się trochę bliżej aby lepiej słyszeć. Dziwna rozmowa. Nie mógł wyczuć kim dla siebie są. Byli jednocześnie dobrymi znajomymi i ludźmi, z dużym dystansem wobec siebie. Laura, życzyła mężczyźnie powodzenia, a potem oboje się przytulili. Kurcze. O co chodzi?

Gustaw wiele lat spędził, na rozgryzaniu ludzkich charakterów. Długo pracował dla najlepszych agencji head-hunterowych w stolicy. Parę lat temu, założył swoją firmę, która stała się jedną z najprężniej działających w kraju i za granicą. Ściągał pracowników z innych krajów świata, do pracy w Polsce i odwrotnie. Jeżeli chodzi o ludzi, to rzadko się mylił oceniając ich zamiary, czy cechy charakteru.

Ale tej relacji, nie potrafił odgadnąć. Kiedy więc Laura odeszła w swoją stronę, postanowił wpaść przypadkiem na starego kumpla i podpytać go o tę kobietę.

— Marcin? To ty? — zagadnął z udawanym zaskoczeniem, gdy mężczyzna znalazł się już blisko niego.

Marcin popatrzył ze zdziwieniem w górę, próbując odgadnąć, kim jest człowiek, który do niego mówi.

— Marcin Przybylski, prawda? To ja, Gustaw Zaryski. Chodziliśmy razem do jednego liceum.- Miał nadzieję, że Marcin będzie go pamiętał. Nie chodzili do jednej klasy, ale Gustaw był w szkole znany jako zawodnik, odnoszący sukcesy w narciarstwie alpejskim.

— Hej stary, dobrze cię widzieć. Co u ciebie? — Mężczyzna, skojarzył w końcu z kim rozmawia.- Dawno cię tu nie widziałem. Podobno wybyłeś za granice- wyciągnął do niego dłoń na powitanie.

— Wróciłem kilka tygodni temu i tylko tymczasowo, chociaż jak to mówią, nigdy nie wiadomo, co przyniesie los.

Zastanawiał się jakby tu podpytać o piękną nieznajomą. Nie chciał przy tym urazić kolegi swoją ignorancją, odnośnie jego osoby.

— Słuchaj-powiedział w końcu, — a może skoczyli byśmy na piwo na dniach. Nie mam teraz czasu, a chętnie bym się spotkał, pogadał o starych dziejach. Jak chcesz, zapraszam też twoją partnerkę-zagadnął- wskazując przy tym ręką w kierunku wyjścia, gdzie ostatni raz widział kobietę.

— Partnerkę? — zdziwił się. — Wiesz, ja właściwie to jestem sam. Miałem ostatnio parę problemów życiowych. Wpadłem w alkoholizm, żona odeszła…

— A kto ich nie ma..- chciał to jak najszybciej uciąć.- Ale widziałem Cię przed chwilą jak się ściskasz z piękną, długowłosą brunetką i pomyślałem, że jesteście razem- kłamał jak z nut.

— A, nie.- Marcin wyprowadził go z błędu.- To Laura- moja pani psycholog. To znaczy była pani psycholog. Wiesz, miałem taki mały kryzys w swoim życiu, i trafiłem na grupę wsparcia. Nie wstydzę się o tym mówić. Powiem ci świetni ludzie. Postawili mnie na nogi, zwłaszcza ona.

— I tak się przytulacie? — Gustaw był autentycznie zdziwiony. Choć jak przypomniał sobie na szybko w myślach parę amerykańskich filmów, to rzeczywiście, były tam takie obrazki.

Zawsze wydawało mu się to śmieszne i nierealne. Jak obrazki z filmów dokumentalnych o sektach. Takie sztucznie stworzone wspólnoty, obcych sobie ludzi, którzy zachowują się jak członkowie wielkiej, kochającej się rodziny.

— Tak, to taka grupa. Zawsze na przywitanie i pożegnanie się przytulamy. To daje poczucie, że ludzie akceptują cię takiego, jakim jesteś, nawet jak mówisz o sobie straszne rzeczy. — Szczerość Marcina zadziwiała go.

Miał wręcz wrażenie, że ten się zaraz rozpłacze, i zacznie jemu opowiadać o tych wszystkich strasznych rzeczach na swój temat. Ten człowiek wydawał mu się dziwny. W jego oczach dostrzegł coś niepokojącego, co sprawiało, że nie chciało się z nim dłużej przebywać. Zdobył już prawie wszystkie informacje, na których mu zależało.

— Słuchaj Marcin bardzo się śpieszę- skłamał- Masz tu moją wizytówkę, odezwij się chłopie, to skoczymy gdzieś na piwko.- Miał jednak nadzieję, że Marcin nigdy nie zadzwoni, bo inaczej rzeczywiście będzie musiał się z nim spotkać. Mimo wszystko, zawsze starał się dotrzymywać danego słowa. Intuicja podpowiadała mu jednak, że z tym facetem coś jest nie tak.– A gdzie pracują tacy świetni psychologowie? — zapytał jeszcze na odchodne.

— W szpitalu MSW, bo wiesz, ja jestem ze służb mundurowych- jeszcze chwila i facet sam dałby mu numer telefonu do pani psycholog, chcąc być uczynnym dla kolegi z potencjalnymi problemami.

Ale to byłoby za proste pomyślał Gustaw. Wolał aby piękna pani psycholog sama dała mu swój numer. Aby sama chciała się z nim spotkać, i nie czuła się przez niego nękana. W myślach zaczął się już zastanawiać, jak do tego doprowadzi…

Laura, piękne imię. Rzadkie. Pomyślał przez chwilę. Coś zaświtało mu w głowie. Być może świat jest jeszcze mniejszy niż do tej pory myślał.

Zanim wrócił do domu, musiał jeszcze odwiedzić zakład grawerski. Jego mama, chciała uczcić zbliżającą się rocznicę śmierci męża, grawerując na jego obrączce słowa miłości. Było to dla niej bardzo ważne. Uczucie jakim darzyli się rodzice, zawsze stanowiło dla Gustawa niedościgniony wzór.

Jemu nigdy nie udało się stworzyć prawdziwego związku, opartego na miłości, oddaniu i zaufaniu. Zawsze tego pragnął, ale życie potoczyło się inną drogą. Jego praca sprawiała, że podróżował po całym świecie, trudno wiec było założyć rodzinę. Owszem był w związkach. Nawet jednym ponad dziesięcioletnim, z pewną stewardessą. Ale ona też połowę, życia spędzała w podróżach i nie chciała mieć prawdziwego domu ani dzieci.

Gustaw postanowił sobie w pewnym momencie, że tak dłużej być nie może. Założył własną firmę, zatrudnił ludzi, którzy podróżowali za niego. Zarobił dużo pieniędzy i oświadczył się. Okazało się jednak, że ona wolała latać dalej z kolegą pilotem, który od dłuższego już czasu, był jej pociechą w podróżach.

Rok temu ze sobą zerwali. Potem Karolina błagała o wybaczenie. Bardziej chciał jej wierzyć, niż wierzył naprawdę. Niestety kobieta znowu odeszła do tego samego pilota, mówiąc mu, że nie nadaje się do siedzenia i marnowania czasu, zajmując się wychowywaniem ich potencjalnie mających się pojawić dzieci.

Dlatego kiedy mama poprosiła go o zabranie obrączki ojca do grawera, ten uznał to za przepiękny gest dowodzący wielkiej miłości. Aby jej nie zgubić ani nie zapomnieć o zadaniu w śród wielu innych tego dnia, założył ją sobie na palec.


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


— I nie dałaś mu swojego numeru? — spytała zdziwiona Gośka, wyciągając się na drabinie aby jak najstaranniej pomalować dach altany. Zawsze była świetnie rozciągnięta. W dzieciństwie chodziła na balet, co widać było do dziś. Altana zaskrzypiała, i zachwiała się lekko przy kotwach.

— Zwariowałaś? — Laura nie mogła wyjść z podziwu dla poświęcenia koleżanki, która weszła na ostatni szczebel starej, spróchniałej już drabiny. Miała wrażenie, że zaraz z impetem zleci na ziemię. Zasłoniła dłonią oczy, udając, że nie chce tego widzieć.

— No co? Bo żonaty? — kontynuowała przyjaciółka- mężczyzna jest jak kibel: albo zasrany i wolny albo porządnie utrzymany i zajęty- zaśmiała się po cichu.- Kochana! W TWOIM wieku, już nie znajdziesz wolnego księcia z bajki- pogroziła palcem w powietrzu.

— A fuj! Takie brzydkie słowa w tak pięknych ustach idealnej żony i matki i w dodatku rozchwytywanej konsultantki ślubnej, słynącej z elegancji i klasy? — wyrecytowała jednym tchem przekomarzając się.

— Tak mówią na mieście. Ale nie wiedzą jak bardzo się mylą! — zaśmiała się Gośka -. zresztą sama masz pracę, która wymaga od ciebie zupełnie innego zachowania, niż na co dzień. — Zamoczyła pędzel w puszcze z farbą, którą wtargała na górę.

— Co masz na myśli? — spytała Laura, przecierając dłonią spocone czoło. W słońcu było chyba ze czterdzieści stopni.

— No proszę cię, pani psycholog. Słyszałam, że ty z kolei, słyniesz z opanowania i ciepła, i potrafisz słuchać jak nikt inny, i że nikogo nie oceniasz, i jesteś idealna- wymieniała wytrwale machając pędzlem.

— Aha! Czyli chcesz powiedzieć, że na co dzień jestem zimną furiatką, wrzeszczącą i oceniającą ludzi po sekundzie? — zapytała z udawanym oburzeniem.

— No, coś koło tego- odparła Gośka śmiejąc się już w niebogłosy.

— Skończone- dodała. — To co? Drink przed pomalowaniem płotu?

— No ba!

— Ale czy my aby nie popadamy w alkoholizm-spytała Goska, udając pełną powagę sytuacji- Bo wiesz codziennie od 2 tygodni nic tylko drinkujemy. Pytam cię jako fachowca.

Gdyby nie fakt, że Laura świetnie ją znała, dała by się nabrać na ten poważny ton.

— A więc, codzienne picie nazywasz alkoholizmem…? — spytała spokojnie Laura udając rozmowę z pacjentem- Nie widzę związku!

Teraz już obie wybuchły gromkim śmiechem. Chwila odpoczynku na tarasie dała jednak Gośce możliwość kontynuowania rozmowy o tajemniczym nieznajomym imieniem Gustaw. Jako certyfikowana konsultantka ślubna, uwielbiała swatać Laurę z każdym nowo poznanym przez siebie, czy przez nią mężczyzną.

— Wiesz co, słyszałam, że niektórzy faceci noszą obrączki, gdy są wdowcami- powiedziała to tak, jakby odkryła nagle sekret Gustawa. Jeszcze chwila i zaczęła by szlochać nad jego strasznym losem.

— A niektórzy, — odparła Laura — po prostu zaczepiają kobiety, aby nabawić się najczęstszej wady anatomicznej płci męskiej.

— To znaczy? — zaciekawiła się Gośka

— No, dupy na boku- skwitowała ze śmiechem Laura.

— Jesteś okropna! Dlaczego nie dałaś mu szansy. A może miałby jakieś wytłumaczenie tego faktu.

— Niby jakie?

— No, nie wiem.. ale może jest naprawdę nieszczęśliwy w małżeństwie i …

— Żona go nie rozumie? — Laura nie wierzyła w to co słyszy. — Proszę Cię kochana, przecież to ich stały tekst!

— Może i tak, przyznała Gośka, -ale kawa to jeszcze nie zbrodnia- odparła sącząc świeżo przygotowane przez siebie mohito. Idealny drink na taki upał.

— Bałam się, że mogłabym się wpakować w jakieś gówno. On był taki przystojny — rozmarzyła się — zdecydowanie za przystojny. Powiem ci, że pierwszy raz od dawna, poczułam jakąś iskrę do osobnika płci męskiej, coś, jakby trzepotanie motyla w brzuchu. To mogłoby się źle skończyć.

— Tak jest — przyznała jej rację przyjaciółka. — Mężczyźni nie powinni być tacy przystojni, żebyśmy traciły dla nich głowy.

Z za płotu usłyszały kroki. To Beata, sąsiadka z domu obok. Zawsze wiedziała, kiedy ma przyjść, żeby się nie narobić. Uwielbiała ploteczki i alkohol ale nienawidziła pracy fizycznej. Polotem umysłowym też nie grzeszyła, choć uważała się za ponadprzeciętnie inteligentną.

Pewnie uznała, ze skończyły już malowanie wiec bezpiecznie może dołączyć do drinkowania. Początkowo Laura i Gośka były zbulwersowane takim zachowaniem, ale po latach dały sobie spokój, i nawet cieszyły się, że mogą pogadać o swoich sprawach tylko we dwie.

Do ogródka weszła długonoga blondynka, której włosy sztywno opadały za zgrabną pupę. Trzeba było jej przyznać, ze ciało miała fantastyczne, choć w większości plastikowe. Beata nigdy nie wychodziła z domu bez pełnego makijażu. Zawsze była nienagannie ubrana. Dziś przyszła w różowych szortach, prawie odsłaniających jej jędrne pośladki i obcisłej beżowej bluzce.

— Jak tam dziewczyny? Widzę, że malowałyście- oznajmiła odkrywczo, pokazując szereg idealnie wybielonych i prostych ząbków, otoczonych krwisto czerwonymi ustami.

— Tak, dlatego zasłużyłyśmy na nagrodę- powiedziała z uśmiechem Laura, podnosząc kieliszek w geście toastu.

— No ale ten kolor, to taki trochę nieładny- skomentowała Beata, patrząc z grymasem obrzydzenia w stronę altany.

— Chyba, że jak wyschnie to trochę się zmieni. My nie chcemy sobie w ogrodzie postawić altany, bo to zagraciłoby całą przestrzeń. No i mamy taki ładny trawnik, że szkoda go niszczyć jakimiś budowlami.

Obie zawsze zachodziły w głowę, jak można mówić takie krytyczne rzeczy, jednocześnie będąc tak szalenie miłą i uśmiechniętą. Ale Beata była w tym mistrzynią.

— No, ale u Ciebie Laura to co innego- kontynuowała- na trawniku sama koniczyna więc rację miałaś, że tą altanę postawiłaś.

— Fakt- powiedziała Laura, upominając się w duchu, żeby traktować ja bez emocji, jak pacjenta.

— Wiesz co? Właśnie mamy zamiar pomalować cały płot Gośki, więc jak jesteś wolna, to masz tu rękawice i zapraszamy…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 35.2