E-book
8.19
drukowana A5
19.14
drukowana A5
Kolorowa
39.06
Kim jest Ako

Bezpłatny fragment - Kim jest Ako

Bajka dla dużych i małych


Objętość:
52 str.
ISBN:
978-83-8221-782-7
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 19.14
drukowana A5
Kolorowa
za 39.06

ROZDZIAŁ I

Ada i Adi

Na osiedlu zwyczajnych domków żył sobie chłopiec o imieniu Adam, nazywany przez rodzinę i przyjaciół „Adi”. Chociaż był dopiero dziesięciolatkiem, miał już trudne zadanie do wykonania. Każdego ranka musiał opowiedzieć młodszej siostrze bajkę, która sprawiłaby, że Ada zapomni o smutku rozstania z bliskimi oraz swoimi zabawkami. Rodzice dzieci pracowali, więc dziewczynka chodziła do przedszkola. Czterolatka nie słuchała z uwagą opowieści nikogo innego niż brat. Nikt nawet nie próbował wyręczać Adama: ani często wyjeżdżająca mama, ani bardzo zajęty tata, ani kolejna opiekunka zatrudniona do odwożenia Ady.

Pewnego ranka, kiedy mama już pojechała w delegację, a tata był w pracy, pani Ko (tak dzieci nazwały nianię) przyszła w wyjątkowo złym humorze i postanowiła, że oduczy Adelkę słuchania porannych historii. Stwierdziła: „Kto to widział, żeby opowiadać bajki na dzień dobry, to tylko opóźnia wyjście z domu i niepotrzebnie zabiera chłopcu czas”. Jednak Adi wcale nie czuł się obciążony tym obowiązkiem — przeciwnie, bardzo lubił wymyślać przygody, które zaintrygowałyby siostrę. Kiedy zobaczył smutną minę dziewczynki i łzy w jej oczach, postanowił nie pozwolić opiekunce na wprowadzenie nowych porządków. Udał, że nie słyszy, co mówi Ko, i zaczął swoją opowieść:

— Za górami, dolinami, morzami i oceanami jest kraina, gdzie rosną magiczne lasy, pełne umiejących chodzić drzew. Nie robią one tego tak jak ludzie, nie potrzebują butów, ale wypuszczają za każdym razem nowe, nadziemne korzenie, opierają się na nich jak na lasce i powolutku przesuwają w lepsze do życia miejsce. Drzewni wędrowcy na pewno chcieliby szybciej stawiać kroki — teraz potrafią dziennie przejść tylko dwa centymetry. Więcej ma nawet mały paluszek dziecka. — Tutaj Adi musiał przerwać opowiadanie, gdyż czas naglił, ale obiecał zainteresowanej dalszym ciągiem siostrze, że dokończy wieczorem. Dziewczynka bez protestów wsiadła do auta prowadzonego przez zirytowaną panią Ko, a chłopiec pobiegł do położonej nieopodal szkoły podstawowej.

Adam od niedawna mieszka w mieście, w którym go spotkaliśmy, dlatego wciąż czuje się obco wśród kolegów i koleżanek, ale niedługo jego klasa pojedzie na zieloną szkołę. Chłopiec ma nadzieję, że tam wszystkich pozna i może nawet z kimś się zaprzyjaźni.

Wieczorem, kiedy rodzina jest wreszcie w komplecie, kolacja zjedzona, a zęby umyte — czas na dalszy ciąg bajki.

ROZDZIAŁ II

Wędrująca palma i gość

Wśród chodzących drzew mieszkało wiele zwierząt, rosły też zwyczajne rośliny — takie, które nie umieją się przesuwać. One tylko potrząsały ze zdumieniem liśćmi na widok sąsiadki, która wyrywała mocujące ją z tyłu napowietrzne korzenie, opierała się na nowych, wypuszczonych z przodu, i ruszała przed siebie. Najwięcej wrzasku narobiły papugi ary, które siedząc wśród palmowych liści, wyglądały jak barwne kwiaty. Kto by pomyślał, że jeden malutki krok tyle zmieni w życiu wielu leśnych zwierząt.

Otóż spośród nadziemnych korzeni palmy Bony, przypominających złożony z patyków namiot, wybiegło bardzo przestraszone stworzenie, niepodobne do innych. Nie miało piór jak ptaki, nie było malutkie niczym mrówki, nie dało się na nim dostrzec żadnego śladu małpiego futerka czy też wilgotnej skóry drzewołaza. Stało samotne, jakby zdziwione tym, że jest. Nie mniej zdziwiony jego widokiem byłby człowiek, ale do środka tego lasu bardzo rzadko zaglądali ludzie. Na razie nikt nie zauważył spłoszonej istoty. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawami, ponieważ palma ruszając z posad, narobiła niezłego bałaganu.

Tymczasem gość był bardzo interesujący. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to zielonkawy pancerzyk w odcieniach koloru żółtego i niebieskiego, złożony z mnóstwa elastycznie połączonych trójkącików, szczelnie otaczających całe ciało. W chwili, gdy istota ta zmieniała pozycję, widać było, że powłoka się rozciąga i nie pozostaje sztywna, jak chociażby pancerz żółwi. Na dużej głowie, nieco przypominającej łeb smoka, błyszczały bystre, bardzo ruchliwe oczy. Co dziwne, jedno patrzyło na wprost, a drugie w bok. Tym drugim zwierzątko dostrzegło pełznącego węża, szybko wskoczyło na pień wielkiego, wyglądającego stabilnie drzewa i rozpoczęło wspinaczkę, nie wykazując się zbyt dużą zwinnością. Na grzbiecie uciekiniera można było zauważyć twór przypominający kształtem plecak. Przed wężem zmykał nie tylko bezimienny gość, ale też Nuppi, podobny do żabki drzewołaz.

Nuppi miał czarne pasy na żółtej skórze i mimo małych rozmiarów wyglądał walecznie, a do tego był jadowity. Jednak wąż wcale by się tym nie przejął — już dawno potrafił neutralizować trucizny, umiał też wpełznąć na drzewo i tam polować, dlatego umykający w górę nie byli tak bezpieczni, jak im się wydawało. Bona, ruszająca w dobrym momencie na spacer, znowu zaczęła hałasować i powodować ruchy ziemi wokół siebie. Wyjątkowo nielubiący wstrząsów gadzi napastnik uciekł z miejsca, gdzie ziemia drżała mu pod brzuchem.

Nie mogę teraz dokończyć opisu dziwnej istoty, bo już do wieczora nie pokazała się nikomu. Poczekajmy, aż nastanie kolejny dzień.

ROZDZIAŁ III

Walka o słońce i Ako

Wydawałoby się, że nie ma bardziej pokojowych form współistnienia na Ziemi niż te pomiędzy drzewami, jednak w samym sercu lasu trwała zaciekła rywalizacja. Palma Bona, spośród korzeni której wyłonił się niezidentyfikowany przybysz, nie bez powodu zaczęła chodzić. Pragnęła uciec z cienia wielkiego jak drapacz chmur puchowca, zachłannie zatrzymującego dla siebie promienie słońca. Kto słucha szelestu liści, może być świadkiem wielu ciekawych rozmów. Na przykład Bona przepraszała dziś o poranku sąsiadów i sąsiadki za rozgardiasz, którego stała się powodem:

— Wybacz, Nuppi, że spadłeś, kiedy wyrywałam mój piąty korzeń. Chciałam zrobić to delikatniej, ale wrósł za mocno w ziemię i stawiał opór. Jestem coraz bardziej głodna i zła na puchowca, że tak się rozrósł, rozpanoszył. Nie dość, że przesłania słońce, to jeszcze wypija z ziemi wszystkie soki. Niedługo nic nie zostanie dla innych.

Nuppi jednak nie wykazał się zbyt dużym zrozumieniem i odpowiedział:

— Musimy starać się robić jak najmniej krzywdy innym, a przez ciebie omal nie zginęły moje dzieci. Na szczęście po pierwszym incydencie przeniosłem kijanki do wody. O tak gwałtownych ruchach trzeba uprzedzać.

Bona próbowała się bronić:

— Przecież nie żyjesz tu od wczoraj ani ja nie przesuwam się po raz pierwszy. Też wolałabym rosnąć w jednym miejscu i mieć spokój, ale robię, co muszę. Ty zjadasz mrówki, więc też nie jesteś taki idealny.

— Jem tyle, ile muszę, żeby przeżyć — odpowiedział drzewołaz i dodał: — Poza tym gdyby nie tacy jak ja, owady rozmnożyłby się do rozmiarów plagi. Owszem, już nieraz się przesuwałaś, ale nigdy bez ostrzeżeń.

Zawstydzona Bona stała cichutko i dziękowała, że nie ma wiatru, który zmuszał ją do mówienia nawet wtedy, kiedy nie miała na to ochoty. Tak naprawdę brakowało jej dobrego argumentu, żeby nie przyznać racji Nuppiemu.

Wtem rozległ się głos:


A kto to? Kto tu jest?

Kto chowa się wśród drzew?

Czyje oczy błyszczą zza lian?

Czemu nie chce ruszyć w tan?

Przez niego marszczę brew.

Policzę teraz do trzech,

Potem zrobię mu bojowy chrzest,

Jeśli zaraz nie powie, kim jest.


Taki wierszyk ułożyła na poczekaniu zawadiacka małpka i zwisając na długim ogonie, zaczęła odliczanie. Kiedy krzyknęła: „trzy!”, do połowy pnia zsunął się wczorajszy przybysz i cichutko powiedział:

— Mam na imię Ako. Tyle pamiętam, ale naprawdę nie wiem, kim jestem i skąd się tu wziąłem.

ROZDZIAŁ IV

Kapucynka Kapka i trening

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 19.14
drukowana A5
Kolorowa
za 39.06