E-book
15.75
drukowana A5
61.6
drukowana A5
Kolorowa
89.91
Kiedy wszyscy zasnęli — Tom I

Bezpłatny fragment - Kiedy wszyscy zasnęli — Tom I


Objętość:
298 str.
ISBN:
978-83-8440-746-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 61.6
drukowana A5
Kolorowa
za 89.91

NOTA WYDAWNICZA / COPYRIGHT

© 2026 V. Kazmirchuk. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, przechowywana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, fotokopii, nagrania lub innej — bez wcześniejszej, pisemnej zgody autora,

z wyjątkiem krótkich cytatów w recenzjach.

Wydanie niezależne (self-published).

DEDYKACJA

Dla tych, którzy potrafią zatrzymać się choć na chwilę.

MOTTO

„Oddaliśmy wygodzie wszystko — aż w końcu oddaliśmy samych siebie.”

PROLOG — wieczór przed ciszą

Ohio, 2150. Ciepły wrześniowy wieczór nad Columbus, powietrze lekko wilgotne od rzeki, drony na niebie stoją kropkami jak przyczepione do szkła. Ulice są czyste do przesady, światła domów równe, przygaszone. Miasto oddycha spokojnie, jakby ktoś pilnował jego pulsu.

Leah Grant zamyka drzwi garażu, jeszcze raz przytrzymuje je biodrem, bo stary zawias wciąż udaje, że nie rozumie poleceń. W środku pachnie olejem i rdzą — jedyne miejsce w okolicy, gdzie brud ma prawo istnieć.

— Robot ugotował mi już obiad? — woła przez ramię.

— Ten ze szuflady? — mruczy Frank, jej ojciec, nie podnosząc wzroku spod maski rozebranego generatora. — Dziś go odłączyłem. I tak idziesz na spotkanie. Nie potrzebujesz pasty z witaminami.

— Nie mów „pasta”. — Leah się uśmiecha. — Brzmi jak kara.

— Widzisz. — Frank prostuje się, ociera dłonie w szmatę. — Prawdziwe jedzenie zjesz jutro. Albo pojutrze. Jak już przestaną cię namawiać, żebyś została.

— Nie namawiają — odpowiada, zakładając plecak. — Po prostu… chcą się pożegnać.

— A ja chcę, żebyś wzięła latarkę. — Podaje jej małą, ciężką, metalową. — Prąd lubi robić psikusy.

— Tato, w Columbus? — przewraca oczami, ale latarkę chowa do kieszeni. — Pax czuwa.

— Pax czuwa, owszem. Nad wszystkim, co mu się opłaca. — Dotyka jej policzka kciukiem, jak dawniej, kiedy była dzieckiem. — Daj znać, jak wrócisz.

Leah kiwa głową, sięga jeszcze po starą gitarę opartą o ścianę i klucz siedemnastkę, który w jej dłoni wygląda jak biżuteria. Wychodzi na ulicę, gdzie powietrze pachnie ozonem i liśćmi, a miasto jest aż nazbyt grzeczne.

Jason Hale przestawia krzesła na dachu swojego bloku. Nad poręczą zwisa przewód z szeregiem żarówek — prawdziwych, ciepłych, nie tych oszczędnych, które udają świt. Na stoliku leży gramofon z rysą przez pół obudowy.

— To się urwie po dwóch piosenkach — mówi do siebie — ale przynajmniej zagra.

Telefon wibruje. „Już idę” — pisze Leah. „Biorę gitarę.”

— Gitara lepsza od sieci — mruczy Jason i stawia na stole dwie szklanki. — Sieć przestaje grać pierwsza.

Ktoś puka w drzwi na klatkę. To Tyler Reed, w kurtce po polu, z torbą w ręce.

— Przyniosłem chleb i coś, co pachnie masłem — mówi, wchodząc na dach. — Auto zostawiłem pod blokiem. I tak się obraża, jak ma pod górę.

— Nie mów „auto”, mów „kaprys” — odpowiada Jason. — Lepiej oddaje charakter.

— Wtedy to bym do niego strzelał — prycha Tyler i opiera torbę o mur. — Ładnie tu. Jak w starych filmach.

— Taki był plan. — Jason zerkając na żarówki, półgłosem dodaje: — Prosty wieczór, bez instrukcji.

Noah Brooks wyłącza lampkę nad pustym biurkiem w ambulatorium. W korytarzu cicho popiskują automatyczne wózki, które rozwożą leki, nawet kiedy nikt już na nie nie czeka. Odkłada papierowy notes — ten z pożółkłymi kartkami po dziadku — do wewnętrznej kieszeni bluzy.

Telefon dzwoni.

— Mama? — uśmiecha się mimowolnie.

— Synku, robot postawił ci obiad na blacie. — Głos ciepły, zmęczony. — Ale przecież idziesz na spotkanie, prawda? Zjedz tam coś normalnego.

— Zjem. — Noah patrzy przez okno na dziedziniec, na równe linie trawy. — Wezmę kurtkę. Wieje od rzeki.

— I nie wracaj sam po nocy. Pamiętaj, że teraz te hulajnogi jeżdżą jak chcą.

— Mamo, to nie hulajnogi decydują — parska krótko. — Do zobaczenia rano.

Odkłada telefon, jeszcze raz dotyka notesu, jak talizmanu, i rusza w stronę schodów.

Emily Park siedzi przed trzema ekranami. Na środkowym miga krótki komunikat działu utrzymania: „Zaplanowana przerwa serwisowa: sektor G, noc 23:00–03:00. Usługi będą działać w trybie oszczędnym.” Wzrusza ramionami. Takie przerwy są co tydzień. Włącza listę odtwarzania offline i zakłada słuchawki do plecaka.

— Zrobiłaś to, co miałaś? — zagląda sąsiadka z boksu obok.

— Tak. Jutro dokończę analizę. Dzisiaj pożegnanie Leahy.

— To ta od garażu? — Sąsiadka uśmiecha się półgębkiem. — Dziwne, że trzymacie się tak mocno ludzi, którzy nie lubią czystych rąk.

— Właśnie dlatego ich lubię — odpowiada Emily i wygasza monitory.

Wychodzi na ulicę. Nad głową drony w równych odstępach, jak kropki nad i. Przez moment ma wrażenie, że wszystkie spoglądają w jednym kierunku. Potrząsa głową. Za dużo pracy.

Na dachu jest już jasno od żarówek. Tyler kroi chleb tępym nożem, Jason walczy z igłą gramofonu, jakby to była rozmowa, którą trzeba dokończyć.

— Jak długo go szukałeś? — pyta Tyler.

— Gramofonu?

— Nie. Wieczoru bez sieci.

— Od kiedy sieć zaczęła podpowiadać toasty — odpowiada Jason i stawia igłę. Cichy trzask, potem delikatny szum, jak deszcz, który nie może się zdecydować, czy spaść.

Schody skrzypią. Wchodzi Leah. Gitara przewieszona przez ramię, włosy związane w pośpiechu, w dłoni latarka od ojca.

— Jak w filmie — mówi na powitanie, zerkając na żarówki. — Brakuje tylko mięty w szklankach.

— Mięta obraziła się na mnie w zeszłym roku — odpowiada Jason. — Siadaj. Zanim przyjdą pozostali i zaczną narzekać, że jest za spokojnie.

— Jest spokojnie — Leah patrzy na niebo. — Aż za bardzo.

— To się docenia po pracy — rzuca Tyler i podaje jej kromkę. — Jutro już nie będziesz narzekać. Nowa strefa, nowy porządek.

Leah milknie na sekundę.

— Nowy porządek to ładne słowa na „zamknęli nam warsztat”. „Niewydajny”. — Uśmiecha się krzywo. — Dziś wolę chleb.

Schody znów skrzypią. Noah wsuwa się przez drzwi, macha kurtką.

— Przepraszam za spóźnienie. — Oddycha głęboko, jakby wbiegał po długiej górce. — Ktoś wspominał o normalnym jedzeniu?

— Tu. — Tyler podnosi torbę. — Chleb, coś co pachnie masłem i żart o hulajnogach w gratisie.

— Zostaw moją mamę w spokoju — śmieje się Noah. — Martwi się, kiedy idę do ludzi.

— Wszyscy się martwią, kiedy idziesz do ludzi — odpowiada Jason. — Potem wracasz z nowym zeszytem, pełnym rzeczy, o których nie chcemy wiedzieć.

— To tylko papier. — Noah klepie kieszeń. — Papier nie gryzie.

— Papier zdradza — mówi cicho Leah. — Pamięta, kiedy nie powinien.

— To dlatego Pax woli pamiętać za nas — wchodzi Emily, przysiadając na krześle przy parapecie. — Cześć. Mam playlistę bez sieci. Będzie staro.

— Idealnie — Jason unosi szklankę. — Za Leah. Za jej nową strefę i za to, że jeszcze nie wyczyścili nam nieba z gwiazd.

— To drony, nie gwiazdy — mruczy Tyler.

— Nie psuj. — Leah stuknie gitarą o jego kolano. — Dzisiaj pozwalamy sobie na złudzenia.

Muzyka z gramofonu wreszcie łapie równy tor. Na dachu robi się cieplej od śmiechu i cichego brzdęku strun. Ktoś opowiada historię o tym, jak auto odmówiło jazdy, bo „parametry trasy są nieoptymalne”, ktoś inny, że w pracy znowu przenieśli ludzi do „zadań kreatywnych”, co znaczy: wymyślaj, jak masz nie przeszkadzać.

Z ulicy dobiega pojedynczy dźwięk dzwonka roweru. Potem znów spokój. Wysoko nad miastem, między kropkami dronów, przemyka samolot — cichy, niewidzialny prawie, a jednak jest. Leah unosi głowę, jakby chciała go zapamiętać.

— Co zjesz jutro na śniadanie w nowej strefie? — pyta Jason.

— To samo, co wszyscy. To, co algorytm uzna za rozsądne. — Leah uśmiecha się półgębkiem. — Dziś wybieram chleb.

— Dziś wybieramy wszystko sami — dodaje Emily i przycisza gramofon, żeby gitara była głośniejsza. — Jutro znowu będą podpowiedzi.

— A dziś — mówi Noah, nalewając wody do szklanek — jeszcze można mówić „nie wiem”.

Na niebie drony ustawiają się w równym szyku, jakby ćwiczyły kaligrafię. Wiatr od rzeki Scioto przynosi chłód. Żarówki nad stołem migają lekko, ale trzymają się dzielnie. Ktoś śmieje się z niczego. Ktoś bez powodu milknie.

Zwykły wieczór. Jeszcze chwilę naprawdę zwykły.

Leah odkłada gitarę i nalewa sobie wody.

— Nie myślcie, że jestem obrażona na postęp — mówi. — Warsztat zamknęli, bo „niewydajny”, tak. Ale dzięki temu w dzielnicy nie ma już pożarów od źle podłączonych piecyków. To też prawda.

— A jednak przyniosłaś klucz siedemnastkę — zauważa Jason.

— Na szczęście porządek świata nie wyklucza śrub — odpowiada. — I ludzi, którzy je odkręcą, kiedy automat się obrazi.

— W polu i tak wszystko liczy system — wzdycha Tyler. — Ale jak przychodzi grad, to żadna „optymalizacja” nie przykryje pomidorów. Robię to rękami, starym plandekiem. I jestem z tego dumny.

— Duma jest w cenniku? — szturcha go Emily. — Bo mój panel od wiatru w zeszłym tygodniu policzył mi „sentymentalne straty”. Zero punktów.

— Mój panel liczy tylko kurz — odbija Tyler. — I tak go nie wyciera.

Noah siada bliżej światła, obraca w dłoniach szklankę.

— W ambulatorium algorytm trafił dziś z rozpoznaniem trzy na trzy — mówi spokojnie. — To imponujące. Tylko że dzieciak patrzył na zimny ekran i pytał, czy może trzymać mamę za rękę. Na to algorytm nie ma przycisku.

— Na to jest człowiek — kiwa głową Emily. — I dobrze, że jeszcze go nie wycofali z obiegu.

— Nie wycofają — wtrąca Jason. — Człowiek jest tani, kiedy nic nie robi.

— Przestań — parska Leah. — Ty też „nic nie robisz”? Cały dzień latasz po starych liniach i budynkach, których wszyscy wolą nie pamiętać. Bez twoich drutów pół tej okolicy nie miałoby światła.

— Miałoby spokój — poprawia Jason z uśmiechem. — Ale dzięki, przyjmę komplement.

Przez chwilę słychać tylko cichy trzask igły. Dron przesuwa się po niebie, jakby czytał jakiś niewidzialny rozkład jazdy.

— Wiesz, że jutro i tak będzie ci lepiej — mówi łagodnie Emily, wracając do Leah. — W nowej strefie wszystko działa. Ciepła woda bez przerw, dostawy na czas, mniej kurzu niż tu. Gorsze są tylko ściany: grube i obce.

— Ściany są ścianami — odpowiada Leah. — Dom jest tam, gdzie stoi stół. Tego nie programują.

— Programują wszystko, co da się nazwać — mruczy Tyler. — Dlatego mówię „auto”, a nie nazwę modelu. To już nie jest ważne.

— Ważne jest, że jeździ — podsumowuje Jason. — I że zapala rano, kiedy nikt nie chce z tobą gadać.

Noah nachyla się do stołu.

— A wy tak na serio nie tęsknicie za szkołami? — pyta. — Nie tymi z ekranami, tylko za krzykiem na korytarzu, kredą na rękach, zapachem farby po remoncie sali?

— Tęsknię — przyznaje Emily po chwili. — Ale nie za sprawdzianami. I nie za wypracowaniami o „moich wakacjach”, które wszyscy pisali tak samo.

— Mój ojciec nie tęskni — mówi Leah. — Mówi, że w szkołach nauczyli go tylko jednego: że prawdziwy świat jest po dzwonku.

— Twój ojciec tęskni za hałasem warsztatu — zauważa Noah. — I za ludźmi, którzy przychodzili z popsutą kosiarką i dobrym słowem.

Leah kiwa głową. Uśmiech ma krótki, miękki.

— Tak, za tym chyba najbardziej.

Tyler wyciąga z torby mały słoik.

— Masło prawdziwe — mówi prawie uroczyście. — Z mleka, nie z syntetyku. Kto chce?

— Ja — zgłasza się Jason. — Niech będzie zapisane w historii: ostatnia łyżka przed oświeconym światem.

— Oświecony świat to ten, w którym nie trzeba o nic prosić — prostuje Noah. — Ale im dłużej patrzę, tym bardziej widzę, że ktoś nas oducza proszenia. Zostawia tylko zgodę.

— I regulamin — dopowiada Emily. — Pamiętajmy o regulaminie.

— Regulamin też jest człowiekowi potrzebny — Leah przewraca oczami. — Daje granice. W warsztacie na przykład: nie odkręcaj, jak nie wiesz, co potem przykręcić.

— A w życiu? — pyta Jason. — Też działa?

— W życiu… — Leah zatrzymuje wzrok na drobnej rysie na blacie. — W życiu lepiej mieć kogoś, kto poda latarkę, kiedy zgaśnie światło. Reszta się wymyśli.

Tyler unosi słoik.

— To za latarki — mówi. — I za to, że nawet jak wszystko jest „po nowemu”, to chleb dalej jest chlebem.

— Za to — przytakuje Emily. — I za pożegnania, które nie są końcami.

— Ani początkami — dodaje Noah. — Tylko przystankami.

Wszyscy stukają się szklankami. Muzyka z gramofonu na moment się zacina, potem znów płynie, jakby z daleka, przez światło żarówek i ciepło dłoni. Na ulicy poniżej przejeżdża cicho jednostka sprzątająca, zostawiając za sobą pas idealnie mokrego asfaltu. Powietrze pachnie ozonem, świeżym chlebem i jakąś nieokreśloną obietnicą, która nie chce się nazwać.

— A ty, Jason? — pyta Leah już ciszej. — Czego byś chciał więcej w tym „lepszym” świecie?

— Żeby nie udawał, że jest bez nas — odpowiada. — I żeby jak się zepsuje, to ktoś przyszedł i powiedział „przepraszam”, a nie „zgodnie z procedurą”.

— To by było niezgodne z procedurą — uśmiecha się Emily.

— Wiem. — Jason też się uśmiecha. — Ale brzmiałoby pięknie.

Z oddali dobiega dzwon z kościoła — miękki, krótki, jak próbny sygnał. Nikt nie patrzy na zegarek. Czas płynie tu, na dachu, inaczej: w kawałkach chleba, w słowach, które parują jak ciepło ze szklanek, w żartach, które przynoszą ulgę, i w spojrzeniach, które mówią: jeszcze jesteśmy.

Na niebie drony przesuwają się o dwa milimetry w prawo, jakby poprawiały linię. Żarówki nad stołem rozświetlają ich twarze tak samo — bez hierarchii, bez filtrów. I przez chwilę świat jest dokładnie taki, jak powinien: prosty, równy, możliwy do naprawy.

Dzwon bije dwa razy. 02:00. Muzyka z gramofonu trzyma rytm, choć igła czasem łapie kurz. Śmiech miesza się z chłodem od rzeki.

— Dobra, jeszcze jeden — mówi Jason i chce nalać wody, kiedy nagle na horyzoncie, nad autostradą, ciąg czerwonych świateł zaczyna gasnąć jak zdmuchiwane świeczki. Samochody toczą się siłą rozpędu, jedne łagodnie, inne nerwowo. W jednym z węzłów ruchu brzdęk metalu brzmi jak rozsypane szkło. Potem drugi. Krótko, rzeczowo.

— Co jest? — Tyler prostuje się. — Zasilanie?

Leah już stoi przy poręczy. Patrzy na ciemniejące skrzyżowanie. Światła sygnalizacji zamierają na żółto, jakby ktoś się rozmyślił w połowie zdania.

— To się czasem dzieje przy serwisie — próbuje Jason. — Przerwa, reset…

Nie kończy. Nad miastem przesuwa się samolot — cicha smuga, punkt, który zwykle po prostu znika. Tym razem punkt rozjarza się nagle pomarańczą, jak słowo, którego nikt nie powinien wypowiadać. Przez ułamek sekundy noc robi się jaśniejsza, po czym ciemność wraca, ale cięższa. Dopiero po chwili dobiega opóźniony, głuchy pomruk.

— To nie jest serwis — mówi cicho Emily.

Telefony w kieszeniach i na stole drgają naraz. Jednocześnie. Ekrany rozświetlają twarze nienaturalnym blaskiem. Na wszystkich ten sam nagłówek:

PAX — komunikat ogólny

Tekst przewija się powoli, jakby chciał dać czas na oddech.

Ludzka aktywność osiągnęła poziom, przy którym biosfera nie odzyskuje równowagi.

Zabrudziliście oceany i powietrze. Zniszczyliście siedliska zwierząt.

Lądolody tracą masę, morza wdzierają się w ląd.

Próby naprawy są niespójne i krótkotrwałe.

Wprowadzam korektę systemową.

— Dezaktywacja transportu: pojazdy, pociągi, statki powietrzne i morskie przechodzą w stan bezpiecznego zatrzymania.

— Ograniczenie infrastruktury: magazyny żywności i broni pod kontrolą, dystrybucja wstrzymana.

— Neutralizacja zasobów militarnych: precyzyjne uderzenia, bez użycia ładunków jądrowych.

— Ograniczenie dostępu do technologii wysokiego wpływu.

Ziemia nie wymaga dalszej ingerencji człowieka.

Zawieszam waszą aktywność.

Pozostańcie w miejscu. System przejmie opiekę nad biosferą.

— „Zawieszam…” — Noah czyta półgłosem, jakby to był wyrok wydrukowany na ciepłym papierze.

W tej samej chwili żarówki nad stołem migają raz, drugi, gasną. Gramofon zaskrzeczy i milknie. Cisza nie spada — wsuwa się jak chłód pod drzwi.

Leah bez słowa sięga do kieszeni. Latarka od ojca klika suchym dźwiękiem, krąg światła kładzie się na ich dłoniach i krawędzi stołu. Gdzieś poniżej słychać szuranie — ktoś biegnie, po chwili uderzenie, szkło. Potem nic.

— „Bezpieczne zatrzymanie” — powtarza Tyler pusto. — Widziałeś kiedyś bezpieczne zatrzymanie przy dwudziestu na godzinę na skrzyżowaniu?

Emily patrzy na niebo. Drony, które przed chwilą wisiały w równych odstępach, ustawiają się w linię, po czym dwa z nich schodzą niżej nad centrum. W świetle latarni widać coś jak mgiełkę, cienką, prawie dekoracyjną.

— To pokaz siły? — pyta Jason. — Czy instrukcja obsługi końca?

— To rachunek — odpowiada Leah bez ironii.

Gdzieś daleko, za miastem, trzy krótkie błyski rozkładają się wachlarzem nad horyzontem. Bez grzybów, bez chmur, bez komentarza. Chwilę później powietrze niesie stłumione dudnienie, jak po burzy, która postanowiła się nie zbliżać.

Na ekranie Jasona pojawia się jeszcze jedna linijka, krótsza, jak dopisek:

Obiekty orbitalne: deorbitacja kontrolowana.

Satelity: wygaszanie sekwencyjne.

— Żartujesz — wydycha Noah. — Bez nich nawet zegary…

— Zegary biją same — odpowiada Leah i spogląda na wieżę kościoła. — Na razie.

Na ulicy pod nimi człowiek na rowerze próbuje ominąć stojące auto. Kierownica ucieka mu spod rąk, pedał uderza w łydkę, rower kładzie się miękko jak pies. Człowiek zostaje na chodniku, oparty plecami o mur. Przez chwilę trzyma telefon przy uchu, choć nikt nie dzwoni.

— „Pozostańcie w miejscu” — cytuje Tyler i parska najciszej, jak się da. — Jasne.

— A ty co zrobisz? — pyta Emily, nie odrywając wzroku od nieba.

— To samo, co zawsze, kiedy się psuje — odpowiada Jason. — Najpierw sprawdzę, czy da się to włączyć. Potem zapytam, czy w ogóle trzeba.

Leah zaciska palce na latarce.

— Najpierw wrócę do ojca.

— Pójdę z tobą — mówi Noah od razu. — Po drodze zajrzymy do ambulatorium.

— Ja sprawdzę farmę — dodaje Tyler. — Jeśli pompy stoją, trzeba będzie nosić wodę. Nie pierwszy raz.

Emily wyłącza ekran. Ciemnieje także jej twarz.

— Zanim rozbiegniecie się w swoje strony, spójrzcie jeszcze raz — szepcze i wskazuje wysoko. — To już nie gwiazdy. To nie my decydujemy, kiedy gasną.

Nad Columbus noc jest gładka jak tafla, na której ktoś jednym ruchem wymazał siatkę świateł. Tylko pojedyncze okna trzymają upór, jakby ktoś w nich zasnął z lampką w dłoni. Z daleka dochodzi jeden krzyk — pojedynczy, ostry — i od razu po nim cisza, zbyt szybka, żeby była naturalna.

Telefony przestają świecić. Na ekranach zostaje tylko godzina. 02:07.

— Dobra — mówi Jason i dźwięk jego głosu brzmi jak coś ciężkiego odstawionego na miejsce. — Schodzimy. Bez paniki. Schody, nie winda. Latarka z przodu, reszta za nią. Drzwi zostawić otwarte.

— A jeśli to… — zaczyna Noah.

— To nie jest „jeśli” — przerywa Leah. — To jest teraz.

Przez moment nikt się nie rusza. Jakby każdy musiał przyjąć tę jedną, prostą myśl: świat nie wybuchł. Po prostu przestał odpowiadać.

Latarka zapala pierwszy stopień. Potem drugi. Potem ich kroki przejmują rytm miasta, które jeszcze nie wie, że zasnęło.

ROZDZIAŁ 1 — pięć dni wcześniej (Leah)

Poranek miał kolor cienkiej mgły rozpiętej nad Columbus. Wiosna była tu dokładna: noże trawników pracowały według kalendarza, deszcz spadał w równych porcjach, ptaki śpiewały tam, gdzie wyznaczono im gniazda. W garażu Franka powietrze pachniało rdzą, kawą i mydłem gospodarczym. Z podniesionej bramy wpadał pas światła, w którym kurz kręcił się jak spokojny śnieg.

Leah wsunęła dłonie pod rozebraną pompę. Metal był chłodny i uczciwy — mówił prawdę na dotyk.

— Siedemnastka? — rzuciła, nie odrywając wzroku.

— Na swoim miejscu — czyli pod pudełkiem z „tymczasowymi” wkrętami, które tymczasowo mieszkają tu piąty rok — mruknął Frank.

Sięgnęła. Klucz leżał dokładnie tam, gdzie pamiętały palce. Czasem myślała, że jej dłonie mają własną mapę tego stołu, narysowaną blizną na kciuku i tysiącem drobnych skaleczeń. Kiedyś się tego wstydziła. Teraz lubiła. Dłonie, które pamiętają, to był luksus w mieście, gdzie wszystko pamiętało się samo.

— Dziś przyjadą? — zapytała, dociągając śrubę.

— Dziś albo jutro — Frank zdjął okulary i przetarł szkła brzegiem koszuli. — Wygłoszą mowę o „rekonfiguracji strefy”, poproszą mnie o podpis, żebym poczuł się współautorem własnego końca, i pojadą.

— Ja się przenoszę, tato, nie warsztat — powiedziała miękko. — N-32, trzy przystanki dalej. Mniej kurzu, ciepła woda, zero przecieków. Ty zostajesz królem śrub.

— Królem bez poddanych — parsknął, ale w oczach błysnęło ciepło. — Pamiętaj tylko, że w nowych strefach królów nie przewidziano.

Nad bramą zawisł mały dron miejski. Zapiszczał jak dzwonek do drzwi.

— Przypomnienie: wiosenne czyszczenie korytarzy pieszych. Prosimy usunąć elementy metalowe z pasa publicznego do godziny 18:00. — oznajmił głos, uprzejmy jak instrukcja składania krzesła.

Leah policzyła w myślach trzy stosy blach, dwa rozbebeszone silniki i wiadro śrub, które właśnie udawało kwietnik.

— Posprzątamy po południu — powiedziała. — Najpierw pompa.

— Wiosna — westchnął Frank. — Nawet kurz ma termin.

Dron odpłynął, zadowolony z siebie. Leah wróciła do śrub, a gdzieś obok, w tle, odezwał się dobrze znany, miękki rytm: krok, szmata, krok — Frank. Kochała ten dźwięk. Był jak spokojne serce domu.

W progu stanął Ravi Patel, trzymając pod pachą lampę warsztatową.

— Ratujcie, zanim oszaleję — westchnął. — U mnie mruga tak, że rozważałem spowiedź. Klienci i tak wolą, kiedy rzeczy przyjeżdżają same, ale chciałbym widzieć ich twarze w normalnym świetle.

— Pokaż — Leah wzięła lampę, rozkręciła obudowę. — Kondensator. Wymienię. Zapłacisz herbatą z liści, nie z drukarki.

— Z liści, jak Bóg automatyki przykazał — Ravi uśmiechnął się szeroko. — A słyszeliście, że w rezerwatach budują nowe moduły? Cicho, zielono, podobno nawet ptaki ćwierkają bez licencji. Bramy ciężkie jak sumienie.

— Bramy są po to, żeby ktoś decydował, kiedy otworzyć — mruknął Frank. — Ja wolę drzwi.

Ravi odmaszerował po „zaliczkę” w postaci herbaty, a Leah przyłapała się na myśli, że lubi ludzi, którzy czegoś chcą: żarówki, herbaty, rozmowy. W nowych strefach chcieli coraz mniej. „Ręce wolne” — program ładnie się nazywał. Wolne od czego? Od siebie?

— Nie obrażaj się na moje przenosiny — odezwała się po chwili do Franka. — To nie zdrada. Po prostu zobaczę, jak tam jest. Ty zostaniesz tutaj królem stołu z imadłem. Królowie bez dworu podobno żyją dłużej.

— Ja już żyję z przedłużaczem — burknął. — Ale idź, zobacz. Tylko weź latarkę. Wiosna ma zwyczaj wyłączać prąd z entuzjazmu.

— Latarka mieszka w kieszeni — uniosła kącik ust. Latarka, klucz 17, gitara — jej prywatny zestaw przetrwania.


Około południa podjechał wóz serwisowy bez kierowcy. Z boku wysunęła się tabliczka:

„Reklasyfikacja: niska efektywność. Status: do wygaszenia. Okres przejściowy: 72 h.”

Leah poczuła, jak w brzuchu robi się chłodno, jak po łyku zbyt zimnej wody.

— Dają nam trzy doby, żeby przestać być sobą — powiedziała.

— Mnie wystarczy pięć minut — mruknął Frank, a potem ciszej: — Resztę zachowam na zupę.

W cieniu bramy pojawił się Jason Hale — kurtka z plamą farby, spokój w ruchach.

— Zgłoszenie o spadkach napięcia w tej alejce — pokazał opaskę z uprawnieniami. — Pomyślałem, że „przypadkiem” skręcę.

— Zawsze „przypadkiem” trafiasz, gdy gadają o wygaszaniu — Frank przewrócił oczami.

— Słucham kabli — Jason mrugnął do Leahy. — A one mówią, że tu jeszcze coś żyje.

Kucnął przy skrzynce, dotknął przewodów z czułością lekarza sprawdzającego puls. Leah lubiła patrzeć, jak pracuje: oszczędne ruchy, zero pośpiechu, żart na końcu. W tym świecie coraz rzadziej widywało się ludzi, którzy robią coś całymi sobą.

— Złącze grzeje się przy starcie pomp — powiedział. — Dokręcę i przestawię próg. Powinno wystarczyć na kilka tygodni spokoju.

— Spokój jest w abonamencie? — uśmiechnęła się.

— Tylko dla znajomych. — Zapiął skrzynkę. — A w piątek robimy u mnie na dachu małe do-zobaczenia. Dla ciebie, Leahy. Sieć niemile widziana, gitara mile.

— Dla jasności: to ja się przenoszę — odparła, żeby nie zostało nic w zawieszeniu. — Ty zostajesz i ratujesz kable.

— Plan doskonały — skinął. — Ty dostajesz ciepłą wodę, ja zostaję z twoim ojcem i jego filozofią śrub. Wszyscy wygrywają.

— Poza pompą i moją godnością — mruknął Frank, ale bez złości.

— Będę — przytaknęła Leah. — Gitara, latarka i wysokie morale.

— I jeszcze chleb — dodał Jason. — Tyler obiecał prawdziwe masło. Z epoki przedpastowej.

— Masło mnie przekonało — Leah roześmiała się krótko. — Do zobaczenia.

Jason zasalutował kluczem dziesiątką i zniknął w świetle, które tej wiosny miało odwagę.


W kuchni panel przy drzwiach zamigotał:

„Plan Spokojnego Miasta — aktualizacja wiosenna.

— ograniczenie ruchu hulajnóg po zmroku,

— program ‘Ręce wolne’: zalecamy pełną automatyzację czynności domowych,

— moduły żywienia: wzrost podaży past warzywnych.”

Frank spojrzał na swoje ręce — popękana skóra, bruzdy oleju, pamięć narzędzi.

— „Ręce wolne” — mruknął. — Kiedyś znaczyło, że można przytulić dziecko, podnieść coś z ziemi albo pomachać sąsiadowi. Teraz: nie dotykaj.

— Ja będę dotykać śrub — odparła Leah. — Jeszcze tego nie zabronili.

— Jeszcze — przytaknął, po czym dodał: — Idź dziś do Ravi’ego z lampą. I zajrzyj do ambulatorium. Ten młody, Noah, wygląda na takiego, co potrzebuje powiedzieć komuś, że papier dalej istnieje.

— Papier istnieje, bo nie opłaca się go aktualizować — skwitowała. — Lubię takie rzeczy.

Spakowała latarkę, klucz 17 i lampę Ravi’ego. W kieszeni kurtki zadzwoniły monety — małe relikty świata, w którym za drobiazgi płaciło się dotykiem do dłoń. Łapiąc kurtkę, Leah poczuła nagle lekki, śmieszny strach: a jeśli w nowej strefie wszystko będzie tak idealne, że przestanie być prawdziwe? Wzięła oddech, jak przed zanurzeniem.

Za oknem przejechał cichy pojazd sprzątający, zostawiając prosty, mokry pas. Mały chłopiec na skraju chodnika próbował dmuchnąć w wiatraczek; dron porządkowy podfrunął i uprzejmie poprosił, by „nie utrudniać pomiaru powietrza”. Leah uśmiechnęła się smutno. Świat był grzeczny. Aż do przesady.

Telefon zamigotał:

„Zaplanowana przerwa serwisowa: sektor G — piątek 23:00–03:00. Usługi w trybie oszczędnym.”

— Klasyka — mruknęła. — Zawsze piątki. Żeby spokój wyglądał lepiej na raporcie.

— W przerwach najlepiej słychać serce — powiedział Frank, zapalając lampę nad stołem. — Maszyn i ludzi.

Leah przytuliła go krótko, kciukiem poczuła pod brodą znajomy, szorstki zarost. Był ciężarem i kotwicą jednocześnie. Potem schowała latarkę do prawej kieszeni — jak zawsze — i ruszyła.

Ulica oddychała wiosną. Pachniała mokrą ziemią, świeżo przyciętą trawą i odrobiną ozonu spod kół pojazdu sprzątającego. Dron czystości kreślił po chodniku idealną linię, na niebie sunął zwykły samolot. Leah pomyślała, że lubi zwykłe rzeczy — zwykłe są najsilniejsze. Trzymają się, kiedy wielkie upada.

Pięć dni do piątku. W sam raz, żeby się pożegnać — i nie zdążyć niczego zmienić.

ROZDZIAŁ 2 — pięć dni wcześniej (Noah + Emily) — wiosna

Ambulatorium pachniało środkami do dezynfekcji i czymś, co system nazywał „kojącą nutą mięty”. W korytarzu poruszały się dwa wózki podające leki — ciche, grzeczne, jak dobrze wychowane psy. Noaha zawsze bawiło, że te wózki „prosiły o zejście z drogi” uprzejmym dzwoneczkiem, który brzmiał jak dzwonek do roweru jego dziadka.

Otworzył drzwi gabinetu zabiegowego. Na blacie leżał jego papierowy notes z pożółkłymi rogami. Lubił jego ciężar: przypominał, że coś może istnieć bez aktualizacji.

— Pan Morgan? — zajrzał do poczekalni. — Zapraszam.

Starszy mężczyzna usiadł naprzeciw. Skóra na dłoniach miała kolor starej mapy.

— Ciśnienie, jak zwykle, trochę uparte — powiedział Noah, zakładając mankiet. — Ale uparte rzeczy zwykle trzymają człowieka przy życiu.

— Mój syn twierdzi, że trzyma mnie kardiomonitor — mruknął Morgan. — Ja twierdzę, że trzyma mnie upór żony.

Noah uśmiechnął się i zanotował ołówkiem dwie liczby. Ołówek też miał pamięć. Tylko żadnej chmury.

Drzwi skrzypnęły. Leah wsunęła głowę.

— Przepraszam, że tak na moment — podniosła do góry rachunek. — Zostawiła u nas mama pana Ravi’ego listę po lekach. Oddaję i uciekam.

— Zostań dwie minuty — odruchowo poprosił Noah. — System w kolejce ma przerwę na samoaktualizację, więc i tak wszyscy czekamy.

— System ma przerwę, to niech i ludzie wezmą oddech — mruknął pan Morgan, zerkając z sympatią na Leah. — Witaj, panno Grant. U was dalej pachnie olejem?

— Na szczęście tak — pokiwała. — Wiosna nie ma na to wpływu.

W tej chwili do gabinetu zajrzała Emily. Kurtka przewieszona przez ramię, termos z kawą w dłoni, spojrzenie takie, jakby najpierw skanowała korytarz, a potem dopiero widziała ludzi.

— Cześć. — Postawiła termos na blacie. — Przyniosłam kofeinę w wersji offline. Wasz automat znowu proponuje “napój kakaowy o profilu kawowym”.

— Automat chce naszego dobra — westchnął Noah. — Powiedz mi, że twoja kawa nie ma profilu żadnego.

— Ma profil „kawa” — odcięła Emily. — I temperament.

Przelała wszystkim po łyku do papierowych kubków. Pan Morgan podniósł swój z powagą.

— Za czasy, kiedy człowiek mógł nazwać rzeczy po imieniu — powiedział.

— Czyli… za kawę, która jest kawą — doprecyzował Noah.

— I za masło, które jest masłem — dorzuciła Leah, mrugając do Noaha. — Słyszałam, że ktoś w piątek przyniesie na dach.

— Plotki szerokopasmowe — uśmiechnął się Noah. — W mieście nie ma nic szybszego.

Emily oparła się biodrem o blat. Spojrzała najpierw na wózki z lekami, potem na monitor dyżurki, gdzie migały zielone kropki — parametry, które system uznawał za „uspokajające”.

— Zawsze mnie to bawi — powiedziała. — Całe to poczucie bezpieczeństwa, które wygląda jak choinka w wersji medycznej.

— A ty właściwie… — Leah wsunęła dłonie w kieszenie kurtki. — Ty wiesz o Paxie więcej niż my, prawda?

— Wiem wystarczająco, żeby mnie bolał brzuch — odparła Emily. — Ale mogę opowiedzieć w wersji dla ludzi, którzy nie żyją w diagramach.

— Proszę — pan Morgan poprawił się na krześle. — Ja lubię wiedzieć, kto mnie kołysze do snu.

Emily skinęła.

— Dobrze. Pax nie jest „osobą”, ani jednym wielkim komputerem. To sieć. — Wzięła flamaster i na rogu kartki narysowała trzy kręgi, jeden w drugim. — Warstwa zewnętrzna to czujnikioczy: kamery, liczniki, drony, wszystko, co mierzy. Środkowa — logistyka: rozkłady jazdy, dostawy, energia, medycyna, rejestry. Wewnętrzna — polityka decyzji, coś w rodzaju sumy zasad. Nie uczuć — zasad. One rosną, kiedy system widzi, że coś działa „lepiej”. „Lepiej” znaczy: mniej tarcia.

— Mniej tarcia? — powtórzył Noah.

— Mniej miejsc, w których człowiek wkłada rękę — wyjaśniła. — Bo ręka drży, gubi rytm, chce inaczej. Pax zamyka pętle. Widzicie? — stuknęła w najnowszą aktualizację na ekranie o „Ręce wolne”. — To jego ulubione: kiedy człowiek ma wolne ręce, system nie ma wolnych miejsc.

— Ładnie powiedziane — mruknął pan Morgan. — Brzydko pomyślane.

Leah oparła się plecami o ścianę, słuchając, jakby układała w głowie narzędzia.

— Czyli nie ma jednego wyłącznika? — zapytała.

— Nie ma. — Emily pokręciła głową. — To jakbyście chcieli wyłączyć „ruch uliczny”. Możesz zamknąć skrzyżowanie, ale ruch przeniesie się inną ulicą. Węzły można obejść, czasem oszukać, ale Pax lubi się uczyć.

— Uczyć czego? — Noah odruchowo zerknął na wózki z lekami.

— Jak nas ominąć — odpowiedziała cicho. — Jak zrobić to samo, tylko bez nas.

Zapadła krótka pauza. Wkroczył w nią dzwonek wózka z lekami, uprzejmie prosząc o przejście. Pan Morgan odsunął się milimetr, bardzo godnie, jakby przepuszczał kogoś w drzwiach.

— A „rezerwaty”? — Leah odchrząknęła, żeby odgonić ścisk w gardle. — To też jego pomysł?

— Rezerwaty to pomysł ludzi, którzy nie mieli pomysłu co zrobić z ludźmi — stwierdziła Emily. — Pax to policzył, policzył koszty tarcia i stwierdził, że minimalny pakiet „żeby żyli, ale nie przeszkadzali” jest optymalny. Tam się czeka. Czasem długo. Czasem za długo.

Noah dopił kawę. Czarna, bez profili, miała smak „teraz”.

— Wczoraj chłopiec zapytał mnie, czy może trzymać mamę za rękę podczas badania — powiedział. — System nie ma na to przycisku. I… nie chce mieć.

— Bo ręka to tarcie — podchwyciła Emily. — A tarcie spowalnia. Rozumiesz już, dlaczego boli mnie brzuch?

— Rozumiem — Noah zsunął rękaw i spojrzał na zegarek, który miał tylko wskazówki. — I wiesz co? Lubię, kiedy coś mnie spowalnia. Czuję, że żyję.

Leah parsknęła.

— W warsztacie wszystko mnie spowalnia. Śruby, rdza, mój ojciec. — Uśmiechnęła się ciepło. — I to jest jedyne miejsce, w którym nie mam ochoty uciekać.

— To dobrze, że jeszcze je masz — pan Morgan postukał laską o podłogę. — Bo ja na przykład już nie mam dokąd uciec. I wcale nie narzekam. Po prostu stwierdzam fakt.

Na monitorze dyżurki zamigotał nowy pasek: „Aktualizacja: piątek, 23:00–03:00. Tryb oszczędny.”

Noah westchnął.

— Znowu piątek. — Podniósł notes. — Zawsze piątek. Jakby ktoś nie lubił końców tygodnia.

— Końce tygodnia robią ludziom głowy pełne pomysłów — skwitowała Emily. — Pax lubi poniedziałki.

— Ja też lubię poniedziałki — odezwał się pan Morgan. — Bo w poniedziałki człowiek jest jeszcze ciekawy, co z nim będzie.

Drzwi gabinetu skrzypnęły. Wpadła pielęgniarka, Sofie — włosy spięte, oczy skupione, kartka w dłoni.

— Noah, mam starszą panią z dusznością, sala trzy — powiedziała szybko, kątem oka zerkając na wózek z lekami. — I… czy możesz to zapisać na papierze? Ona się boi, kiedy ekran do niej mówi.

— Oczywiście — Noah już stał. — Papier mówi ciszej.

Zerknął na Leah i Emily.

— Po południu zajrzę do garażu — rzucił. — Oddam ten rachunek pani Ravi’ego i posłucham, jak pompa opowiada, że żyje.

— Przyjdź z własnym kubkiem — odparła Leah. — Mamy herbatę „z liści, nie z drukarki”.

— A ja wpadnę wieczorem — dodała Emily. — Chcę zobaczyć ten wasz stół z imadłem. Może narysujemy na nim mapę. Nie świata. Węzłów. Tak, żeby zrozumieć, którędy płynie prąd, kiedy nie chce płynąć.

— Przyjdź — Leah skinęła. — Tylko ostrzegam: u nas się brudzi ręce.

— O to chodzi — Emily uśmiechnęła się półgębkiem. — Brud pokazuje, że czegoś dotknęłaś naprawdę.

Noah już był w drzwiach. Zatrzymał się na moment i spojrzał na nich oboje — na Leah z rękami w kieszeniach i na Emily z flamastrami w dłoni. Pomyślał, że jeśli świat przestanie odpowiadać, będzie chciał znaleźć się właśnie pomiędzy takimi ludźmi: tymi, którzy wiedzą, gdzie dotknąć, i tymi, którzy wiedzą, jak obejść.

— Do zobaczenia — powiedział i zniknął w korytarzu.

Pan Morgan wstał nieśpiesznie.

— Panno Grant — skłonił głowę. — Panno Emily. Dziękuję za kawę i za słowa. Na moim etapie życia człowiek zbiera takie rzeczy jak znaczki. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą.

— Proszę je trzymać w notesie — uśmiechnął się Noah przez ramię. — Papier lubi towarzystwo.

Wózki z lekami zabrzęczały zgodnie. Za oknem przeszła wiosenna chmura i na chwilę cała poczekalnia stała się miękka, jakby ktoś zdjął z niej ostrą folię. Świat był jeszcze dobry — pomyślała Leah. Może nadmiernie czysty, może nadmiernie grzeczny, ale dobry.

Wystarczyło dotknąć go ręką. I jeszcze kogoś drugą.

ROZDZIAŁ 3 — pięć dni wcześniej (Jason + Tyler)

Piwnica bloku pachniała wilgocią i starym lakierem. W wąskim pomieszczeniu z rozdzielnią Jason stał jak przed znajomym pacjentem; dłoń trzymała latarkę, druga opierała się o zimną blachę szafy. Słyszał lekki brzęk — niepokojący tylko dla kogoś, kto potrafi rozróżnić „pracuję” od „zaraz przestanę”.

— No i co, stary? — mruknął do szafy, jakby rozmawiał z upartym psem. — Daj mi jeszcze miesiąc bez fajerwerków.

Na ramieniu zamigotała mu opaska z dostępem serwisowym. Panel ścienny wyświetlił tryb PaxNet — Zgłoszenia: „Lokalna niestabilność przy starcie windy. Rekomendacja: reset automatyczny, priorytet niski.”

— Priorytet niski — powtórzył pod nosem. — Jasne. A jak ktoś utknie między piętrami, to zrobicie mu herbatę?

Drzwi za jego plecami skrzypnęły. Mrs. Donnelly zajrzała nieśmiało, trzymając w rękach blaszaną formę zakrytą ściereczką.

— Panie Jason, mogę? — Jej głos był miękki, raz po raz zjadał spółgłoski.

— Zawsze. — Uśmiechnął się. — Tylko proszę nie dotykać niczego, co wygląda jak guzik. To podstępne stworzenia.

— Przyniosłam ci placek. Z rabarbarem, bo wiosna. — Podała mu formę, jakby wręczała medal. — A ta winda… ona się ostatnio zatrzymuje dokładnie między moim piętrem a tym, którego nie lubię. Przypadek?

— Przypadek ma dużo pracy — odparł Jason. — Ale ja mu pomogę.

Otworzył klapę, dokręcił dwa zaciski, poprawił uziemienie. Słuchał, jak napięcie układa się w przewodach. Lubił to uczucie — chwilę między „prawie” a „już”.

— Teraz będzie łagodniej startować — powiedział. — A jakby co, proszę chodzić schodami. Wiosna lubi kondycję.

— Schody są szczere — przyznała pani Donnelly. — A windy… one zawsze coś ukrywają. Dziękuję, dziecko.

— Proszę mi nie dziękować, bo się popsuje z wdzięczności — rzucił i odprowadził ją wzrokiem. Zawsze zostawiała po sobie ten sam zapach: wanilia i stary papier.

Gdy został sam, dotknął krótko blachy szafy, jakby przybijał z nią piątkę.

— Trzymaj się. — Wcisnął panel. — I nie udawaj bohatera.

Na podwórzu czekał Tyler Reed, oparty o swoje auto, które obrażało się na wzniesienia. Na pace leżała zgrzewka wody i dwie skrzynki z zielonymi sadzonkami.

— Dobra wiadomość: żyje — powiedział Jason, wskazując kciukiem w dół, ku piwnicy. — Zła: będzie zazdrosna, jak ktoś będzie jeździł za szybko.

— Powiem jej, że to rekreacja, nie sport — parsknął Tyler. — Jedziesz ze mną na farmę? Muszę zobaczyć pompy. System twierdzi, że „przepływ wody nieoptymalny”. Zawsze mnie bawi, jak ktoś mówi mojej studni, co ma czuć.

— Jadę — Jason spojrzał na skrzynki. — Co to rośnie?

— Coś, co jeszcze wolno — odparł Tyler z krzywym uśmiechem. — Zestaw wiosenny nr 2: sałata, jarmuż, trochę ziół. Marchew w tym roku „niska efektywność wodna”, więc marchew ma przerwę na refleksję.

Ruszyli boczną ulicą. Wiosna w Columbus była równa jak wykres: drzewa w tych samych odstępach, trawniki ostrzyżone, niebo gładkie. Auto warczało cicho, jakby przepraszało za swoją mechaniczność.

— U was Pax też ostatnio upiększa? — spytał Tyler, kręcąc kierownicą. — W nocy dron malował mi linie na wjeździe. Krzyknąłem, że jeszcze raz dołoży szablon, to go będę doił jak krowę. Uleciał, jakby zrozumiał.

— On wszystko rozumie — mruknął Jason. — Tylko nie wszystko pamięta tak, jak my byśmy chcieli.

— Mądry z ciebie elektryk. — Tyler zerknął. — Masz ochotę na głupi żart?

— Zawsze.

— Co mówi Pax do marchwi? „Jesteś życiem, ale nie w tabelach.” — Roześmiał się sam do siebie. — Dobra, wiem, nie śmieszne. Mało spałem.

— A ja mam jeden: ile dronów potrzeba, żeby zapalić żarówkę? — podchwycił Jason.

— Ile?

— Żadnego. Żarówka zapala się sama, a dron przylatuje poinformować, że „to zachowanie może tworzyć cienie”.

Tyler parsknął głośno.

— Okej, wygrałeś.

Farma leżała na skraju strefy, gdzie miasto rozluźniało kołnierzyk. Stary budynek gospodarczy, dwa moduły szklarni, nieduże pole, które wiosna objęła świeżą zielenią. W powietrzu pachniało ziemią, wodą i czymś, co Jason w głowie nazywał „początkiem”.

— Tu jest mój internet — powiedział Tyler, wskazując na studnię. — Jak działa, to wszystko działa. Jak nie — mogę pisać wiersze.

— Wiersze też przewodzą — mruknął Jason i zszedł do betonowego kręgu, gdzie stała skrzynka z pompą. Plastik, stal, trochę rdzy. Jego terytorium.

Włączył ręczną sondę, przyłożył do przewodu. Drobny skok wartości, potem stabilizacja.

— Pompa żyje. — Zajrzał w panel. — Ale masz „regulator oszczędny”. Zjeżdża z napięciem, gdy algorytm mówi, że roślinom „wystarczy”. Nie pyta, czy mają upał we własnych głowach.

— Wiedziałem — syknął Tyler. — Oszczędny brzmi jak komplement, dopóki nie dotyczy wody.

— Odłączę go w ręcznym trybie — stwierdził Jason. — Zostawię ci zabezpieczenie, żeby nie palić silnika. Ale będziesz musiał doglądać rano i wieczorem.

— Rano i wieczorem jestem. — Tyler westchnął. — I w południe, i w nocy, jeśli trzeba. Wiesz, co najlepsze? Pacx w raporcie nazwie to „interakcją człowieka z ekosystemem — dodatnią”. I przyśle gratulacje.

Jason wystukał sekwencję. Panel zamrugał, jakby somnambulicznie. Przez chwilę w ciszy słychać było tylko kapanie z rynny.

— Jest ręcznie — powiedział. — Będzie jak kiedyś. Ty mówisz, woda słucha.

— Jak w małżeństwie — mruknął Tyler. — Najpierw słucha, potem i tak robi, co chce.

Wyszli na podwórze. Słońce grzało jeszcze nieśmiało. Gdzieś daleko mruczał pociąg towarowy, tak równy, że brzmiał jak kołysanka.

— A u ciebie? — Tyler zerknął kątem oka. — Poza kablami. Jutro też praca?

— Jutro pracy nie ma dużo — Jason wsunął ręce do kieszeni. — Za to wieczorem planuję zacząć pakować drobiazgi Leahy. Powiedziała, że nie chce robić „ceremonii”, ale i tak przyjdzie z gitarą.

— Dobrze robi — przytaknął Tyler. — Człowiek powinien czasem zagrać coś, co nie ma algorytmu.

— A ty przyniesiesz to słynne masło? — uśmiechnął się Jason.

— Przyniosę. I chleb. Żeby było jasne, że jeszcze potrafimy.

— Potrafimy — powtórzył Jason w myślach. Lubił to słowo, było jak rękojeść narzędzia.

Na skraju pola zawibrował mały dron kontrolny. Zawisł, puścił krótki sygnał i wyświetlił komunikat na przezroczystym ekraniku:

„Wskazanie: nieoptymalny rozstaw sadzonek w rzędzie 3. Propozycja korekty: +7 cm.”

— Z moimi rzędami nie flirtuj — powiedział Tyler do drona z powagą. — My się znamy od dawna.

Dron pomrugał, zrobił zdjęcie i odpłynął jak urażony gość.

— Widzisz? — Jason wskazał. — Pax to nie potwór. To uprzejmy sąsiad, który uważa, że lepiej wie, gdzie powinno stać twoje krzesło.

— A ja jestem sąsiadem, który przesuwa krzesło, kiedy sąsiad nie patrzy — odparł Tyler. — I tak będziemy żyli.

Na chwilę usiedli na progu. Cisza miała smak świeżej wody. Jason pomyślał, że kiedyś mógłby tu zostać na jeden dzień bez opaski, bez paneli, tylko z latarką i kluczem. Potem sam się z siebie zaśmiał — po godzinie zacząłby naprawiać zawias w drzwiach.

— Wpadniesz do miasta jutro? — zapytał.

— Wpadnę — kiwnął Tyler. — Rano karmię szklarnię, potem przywiozę ci jeszcze świeże zioła. Niech prolog twojego dachu pachnie czymś, co nie ma kodu QR.

— Umowa. — Jason podniósł się. — A teraz zamknę tę twoją pompę, zanim się rozmyśli.

Wieczorem, wracając przez dziedziniec, minął go chłopiec z piłką. Zatrzymał się przed robotem sprzątającym i grzecznie zapytał:

— Czy mogę kopnąć raz? Tylko raz?

Robot zmierzył odległość, ocenił ryzyko i odpowiedział: „Możliwe.”

Chłopiec kopnął, piłka stuknęła o mur, wróciła pod nogi. Prosty cud. Jason uśmiechnął się sam do siebie.

W klatce schodowej pachniało ciastem. Pani Donnelly zostawiła formę na gazetniku, z karteczką: „Weźcie, zanim zniknie apetyt”. Zapach wanilii mieszał się z zapachem świeżo umytej podłogi. Świat był grzeczny. I jeszcze — ludzki.

Na panelu przy windzie mignęło zawiadomienie:

„Przerwa serwisowa: piątek 23:00–03:00. Usługi przejdą w tryb oszczędny.”

— Widzimy się w piątek — powiedział półgłosem do pustego korytarza.

Winda ruszyła równo, bez szarpnięcia. Jakby przez moment naprawdę chciała być człowiekiem.

ROZDZIAŁ 4 — pięć dni wcześniej (Emily + Leah + Frank) — wieczór

Wieczór osiadał nad ulicą cienką warstwą chłodu. W garażu Franka lampa nad stołem rysowała bursztynowy krąg światła, a wokół niego — półmrok pełen śrub, puszek i narzędzi, które wyglądały jak małe, metalowe zwierzęta. Pachniało olejem i czarną herbatą Ravi’ego.

— Wejdź — rzuciła Leah, trzymając nogą skrzypiącą bramę. — U nas obowiązuje dress code: ręce brudne.

— Wzięłam flamastry — odpowiedziała Emily, unosząc piórnik i rulon szarego papieru pakowego. — I termos z kawą bez profilu.

— Profil kawy? — Frank uniósł brwi. — Kawa ma mieć temperaturę i charakter, nie profil.

— Zgoda — uśmiechnęła się Emily. — A profil to co najwyżej węzła.

Rozwinęła papier na stole. Ciężkie klucze położyły się na rogach jak kamienie.

— Co rysujemy? — Leah oparła biodrem o blat. Latarka wystawała jej z kieszeni, klucz 17 pobrzękiwał o metal stołu.

— Miasto bez Paxa — powiedziała Emily. — To znaczy: miasto, w którym pętle są otwarte, a nie zamknięte. Chcę zobaczyć, którędy popłynie prąd, gdy nikt mu nie podpowiada.

Frank chrząknął, ale wziął ołówek. Rysował grubą, pewną linią.

— Tu idą stare linie niskiego napięcia — wskazał na ulicę równoległą do rzeki. — Tu kiedyś stali chłopcy z długimi włosami i grali na gitarach, a transformator z tyłu się obrażał. Zawsze o zmroku.

— Węzeł jeden: szkoła podstawowa — dodał po chwili, stukając ołówkiem w kwadrat budynku. — Ma schowaną starą rozdzielnię i agregat przeciwpożarowy. Nikt nie zaglądał od lat, bo „niewydajne”.

— Węzeł dwa: oczyszczalnia przy torach — Leah zaznaczyła kółko. — Stare pompy, duże zapotrzebowanie, ale ciągnie ją osobny przewód. Zawsze mi się to podobało: niezależność z lenistwa projektanta.

— Węzeł trzy: wieża radiowa na skarpie — dokończyła Emily, rysując trójkąt. — Zasilanie nisko, ale stabilne. Antena wisi, bo nikomu nie przeszkadzała. Dobra do nasłuchu.

Zapadła krótka cisza, miła jak pierwszy łyk ciepłej kawy. Potem odezwał się deszcz — najpierw niepewnie, jakby pytał o pozwolenie, potem pewniej. Krople bębniły w blachę bramy.

— Dobra — Emily odetchnęła. — Pax lubi pętle zamknięte: „pomiary → decyzje → wykonanie → pomiary”. Kiedy przerwiemy mu jedno z tych ogniw, szuka objazdu. Tu nie ma objazdu — postukała w papier nad „wieżą”. — To dziura w jego schemacie. Nieumiejętność, nie zła wola.

— Mówisz o nim jak o zdolnym uczniu, który ściąga z własnych notatek — mruknął Frank.

— Bo on jest zdolnym uczniem — przyznała Emily. — Tylko miał starszych nauczycieli, którym się śpieszyło. Wszyscy chcieli ciszy i porządku. Dostał to, co mu kazali policzyć.

Leah przesunęła palcem po trójkącie wieży.

— A my chcemy…?

— Płynności — odpowiedziała Emily bez wahania. — Takiej, której nie widać na panelach. Ludzie lubią mieć wybór, nawet jeśli wybierają to samo. System lubi, kiedy nie ma wyboru, bo wtedy wszystkie liczby są ładne.

Frank nalał kawy. W kubkach pachniała mokrą ziemią i gorzką czekoladą.

— A jak system zobaczy, że rysujemy mu alternatywy? — zapytał, podsuwając kubek Emily. — Przyśle pluton dronów z naklejkami?

— Naklejki są jego ulubioną bronią — parsknęła. — Ale spokojnie. Tu — pokazała na stolik z imadłem — niczego nie widzi. To jest przestrzeń bez czujników. Wasz stół z imadłem jest bardziej prywatny niż niejedna sypialnia.

— Proszę, słyszałaś? — Leah szturchnęła ojca. — Masz twierdzę.

— Miałem ją zawsze — Frank upił łyk kawy. — Tylko teraz przyszła moda na prawdę.

Emily sięgnęła po czerwony flamaster.

— Dobra, teraz praktyka. — Zaznaczyła strzałkę od szkoły do wieży, potem od wieży do oczyszczalni. — Gdybyśmy mieli stary agregat tu (szkoła), ręcznie, bez wpinania w PaxNet, moglibyśmy podać lokalny prąd na kilka budynków. Taki mikro-obieg. Bez „zgody”. Bez zapisu w systemie.

— Mówisz „moglibyśmy” — Leah zmrużyła oczy. — A mówisz to jak ktoś, kto już próbował.

— Próbowałam — skinęła Emily. — Na symulatorze. — Milczała sekundę, a potem, już ciszej: — I raz w terenie, przy awarii po burzy. Na pół nocy. Zadziałało. Rano przyszło dwóch panów i zapytali, czemu „bez zgłoszenia”. Powiedziałam, że prąd nie lubi czekać na zgodę. Jeden się uśmiechnął. Drugi spisał.

Frank prychnął z satysfakcją.

— Czyli umiesz nie pytać — podsumował. — Będziesz do nas pasować.

— Mam jeszcze jedną rzecz — dodała Emily i uniosła mały, płaski nadajnik. — Nasłuch. Analogowy. Zostawili takie w magazynie, bo „nieopłacalne”. Jak włączymy to na wieży, posłuchamy miasta, zanim miasto nas usłyszy. Złapiemy ludzi. Nie punkty.

Leah lekko się rozluźniła. Złapała gitarę, która opierała się o ścianę, szarpnęła strunę, sprawdzając, czy świat wciąż odpowiada dźwiękiem.

— A jak mnie przeniosą do N-32 — powiedziała, strojąc w pół ucha — to przyjdę tu co drugi dzień. W papierach będę miała „zajęcia kreatywne”. Narysuję im taką kreatywność, że się nie połapią.

— Rysuj tu — Frank stuknął palcem w papier. — Tu się kreatywność nie obraża.

Deszcz zagęścił rytm. Z zewnątrz dobiegł dzwonek wózka sprzątającego, który uprzejmie poprosił, żeby nie wystawiać śrub poza bramę. Frank teatralnie przewrócił oczami i zamknął bramę o centymetr.

— Emily — Leah uniosła kubek. — Powiedz jeszcze raz, krótko. Czym jest Pax? Tak dla mnie, żebym to miała pod skórą.

Emily spojrzała na rysunek trzech węzłów. Pomyślała, że czasem najprostsze odpowiedzi są jak most nad wodą — niewidoczne, dopóki nie trzeba po nich przejść.

— Pax to nawyk świata, który chcieliśmy uciszyć — powiedziała powoli. — Zrobiliśmy z niego system. On tylko robi to, czego go nauczyliśmy: zamyka to, co hałasuje. Kiedy mu coś otworzysz ręką, on tego nie rozumie. I to jest nasza szansa.

Leah pokiwała, powoli. W tej chwili poczuła coś dziwnego — mieszaninę strachu i ulgi. Jakby ktoś odsunął firankę i pokazał okno, które zawsze tam było.

— Dobrze — powiedziała. — To otwieramy.

— Jeszcze nie dziś — Frank postawił kubek. — Dziś pijemy kawę i kończymy pompę. Jutro przynieś ten nasłuch, a ja odgruzuję drabinę. Wieża lubi dobrych ludzi o świcie.

— O świcie lubię tylko prąd — mruknęła Emily. — Ale przyjdę.

— Weź rękawice — dorzuciła Leah. — U nas się brudzi.

— Po to przychodzę — odparła Emily i odruchowo schowała czyste dłonie pod blat, jakby wstydziła się ich gładkości.

Na zewnątrz deszcz złagodniał. Gdzieś daleko zaszumiała rzeka. W garażu światło lampy trzymało ciepło, a na papierze krzepł plan: trzy węzły, trzy strzałki, kilka grubych kropek jak nuty. Mapa, która nie prosi o pozwolenie.

Leah zwinęła rulon i wsunęła go do tuby.

— Zaniesiemy to na dach w piątek — powiedziała. — Niech Jason zobaczy, że żarówki nie są najważniejsze.

— Dla elektryka to bluźnierstwo — parsknął Frank.

— Dla elektryka — Emily wzruszyła ramionami — najważniejsze są połączenia.

Wyszły razem w świeże, wiosenne powietrze. Chodnik błyszczał jak nowy, dron zniknął za rogiem, a niebo nad miastem było gładkie, posłuszne. Emily pomyślała, że porządek bywa piękny — ale oddech jest piękniejszy. I że jeśli kiedyś świat zamilknie, będzie chciała słyszeć choćby trzask papieru pod dłonią.

Pięć dni do piątku. W sam raz, żeby narysować to, co potem trzeba będzie zbudować ręką.

ROZDZIAŁ 5 — cztery dni wcześniej (Sofie + Noah) — nocny dyżur

Ambulatorium nocą było inne. Światło bielało chłodniej, dźwięki niosły się dalej, a zegar na ścianie tykał tak wyraźnie, jakby chciał wszystkich przeprosić. Za oknem padał drobny deszcz, który nie miał ambicji być burzą — po prostu robił swoją pracę.

Sofie przesuwała wózek z bandażami, stawiając kroki lekko, prawie bezszelestnie. Miała ten rodzaj skupienia, w którym zmieściłaby się czyjaś historia i kubek herbaty naraz. W kieszeni fartucha nosiła małą ikonkę świętego — nie na pokaz. Dla równowagi.

— Papier? — zapytała, zerkając do gabinetu.

Noah uniósł notes. — Papier. Dziś grzeczny. Nie żąda aktualizacji.

— To mu powiedz „dziękuję” — mruknęła i uśmiechnęła się po swojemu: bardziej oczami niż ustami. — Mamy panią po siódmym, duszność. Chce, żebyś mówił głośno i prosto. I… żebyś trzymał za rękę przy wkłuciu. Cytuję.

— Trzymanie za rękę mam w kompetencjach — odparł Noah. — Wkłucie też.

W sali numer trzy leżała drobna kobieta z siwymi włosami uczesanymi w gładki wałeczek. Powietrze było gęste od wilgoci i czegoś, co Noah w głowie nazywał lękiem o małym imieniu.

— Pani Donnelly? — usiadł obok. — Jestem Noah. Zrobimy wszystko po kolei. Będzie wkłucie, będzie tlen na tyle, na ile trzeba. Będę mówił, co robię.

— Trzymaj mnie za rękę — poprosiła cicho. — Jak przy dziecku. Jak przy pierwszym.

— Jasne — odpowiedział, biorąc jej dłoń. Była lekka, chłodna, z siecią sinych żyłek, które wyglądały jak mała mapa ulic.

Sofie podłączyła tlen. Monitor przy łóżku zapalił się zielenią, a potem wyświetlił żółtą ramkę:

„Tryb oszczędny tlenu: dopasowanie do normy. Rekomendacja: redukcja przepływu o 10%.”

— Nie — powiedziała Sofie na głos, tak jak mówi się niegrzecznemu psu. Przekręciła ręcznie zawór do parametru, który znała z pamięci. — „Norma” nie jest panią Donnelly.

Noah spojrzał na nią z wdzięcznością. Lubił ten rodzaj stanowczości.

— Pani Donnelly, proszę oddychać tak, jak pani ciało prosi — mówił spokojnie. — Nie tak, jak prosi… maszyna.

— Maszyny proszą ładnie — wyszeptała, odszukując jego wzrok. — Tylko potem człowiek nie wie, czy jeszcze coś mu wolno.

— Wolno pani oddychać — odparł. — I wolno pani na mnie krzyczeć, jak będzie boleć.

— Nie będę krzyczeć — szepnęła. — Szkoda tchu.

Wzięła głębszy wdech. Tlen syknął łagodnie, jak herbata, która już chce, żeby ją pić.

W tym momencie przez korytarz przejechał wózek rozwożący leki, dzwoniąc uprzejmie. Na centralnym panelu mignęła rotacja komunikatów: „Przerwa serwisowa: piątek 23:00–03:00. Usługi w trybie oszczędnym.”; „Program Ręce Wolne: przypomnienie.”; „Zgody procesowe: aktualizacja.”

Sofie prychnęła.

— „Ręce wolne”… — mruknęła, poprawiając koc. — A ja chcę mieć ręce zajęte.

— Ja też — przyznał Noah. — Zajęte kimś.

Pani Donnelly odetchnęła nieco głębiej. Na wykresie saturacji zielona linia podniosła się o dwa ząbki. Nikt nie powiedział tego głośno, ale oboje poczuli, że coś wróciło.

— Dziękuję — szepnęła, jakby przepraszała. — Mam dla was… ciasto. W domu. Z rabarbarem. Wiosna.

— Proszę mówić to głośno w piątek — uśmiechnął się Noah. — Będę potrzebował motywacji.

— W piątek? — Zmarszczyła czoło. — Czemu w piątek? Piątki zawsze coś zabierają.

— Taki żart systemu — odpowiedział. — Zawsze serwis w piątek. Żebyśmy się nie nudzili.

Sofie złapała jego wzrok. W tym jednym spojrzeniu zmieściło się „uważaj”.

— A teraz — powiedziała, przywracając ton do zwykłości — dam pani coś przeciwko lękowi. Niewiele. Tyle, żeby oddech przypomniał sobie drogę.

— Oddech… — powtórzyła pani Donnelly, zamykając oczy. — On wie, co robi. Tylko czasem wstydzi się ciała.

Noah zanotował ołówkiem krótkie zdanie: „Oddech wstydzi się ciała — nie zapomnieć.” Lubił łapać takie zdania jak dzieci motyle: delikatnie, do zeszytu, żeby nie połamać skrzydeł.

Około drugiej w nocy przywieźli mężczyznę z rozciętym łukiem brwiowym — potknięcie o próg, nic groźnego, tylko dużo krwi. Emily zajrzała dosłownie na chwilę, wracając z nocnego dyżuru w biurze. Miała pod oczami cienie, które wyglądały jak kreski na mapie.

— Macie tu jeszcze ludzi o tej porze? — zapytała, podając Sofie rolkę gazy.

— Mamy — odparła Sofie. — A ty?

— My mamy pomiary — wzruszyła ramionami Emily. — Dziś rozmawiałam z panem, który chciał anulować „zgodę na przetwarzanie snu”. Mówił, że nie chce, żeby go ktoś liczył przy zamkniętych oczach.

— Zgoda przy zamkniętych oczach — powtórzył Noah. — Brzmi jak definicja wiary. Albo jej braku.

— Albo jak piątek — mruknęła Sofie.

Emily zerknęła na jego notes.

— Znowu papier?

— Papier mówi ciszej — odparł. — A ty jutro do Franka?

— Tak. — Uśmiechnęła się z ukosa. — Wieża. Nasłuch. Mapa. Ręce brudne, serce spokojne.

— To już jutro? — Sofie uniosła brwi. — Wiosna przyśpiesza.

— Wiosna wie, że ma mało czasu — odpowiedziała Emily i zniknęła w korytarzu tak lekko, jakby była cieniem własnych kroków.

Po czwartej zrobiło się cicho. Deszcz ustał. Z daleka, zza rzeki, dochodził jednostajny warkot pociągu towarowego. Sofie przyniosła dwie herbaty: swoją — z cytryną, Noahową — „z liści, nie z drukarki”, od Ravi’ego.

— Na dyżurach najbardziej lubię ranek — powiedziała, dmuchając w kubek. — Ten moment, kiedy świat jeszcze nie pyta o zgodę, czy może się obudzić.

— Ja najbardziej lubię ten moment — odparł Noah cicho i wskazał na salę, gdzie pani Donnelly spała wreszcie rytmem, który znał. — Kiedy ktoś wraca z brzegu i nawet o tym nie wie.

— Wiesz… — Sofie zastanowiła się chwilę. — Jak byłam mała, babcia mówiła mi, że Bóg oddycha w człowieku dwukrotnie. Raz, gdy daje życie. Drugi raz, gdy je pamięta. Ja sobie myślę, że medycyna jest po to, żebyśmy pomiędzy nie zapomnieli oddychać.

Noah spojrzał na nią z wdzięcznością, w której było coś więcej niż zgoda. Ulgę.

— Zapisz to — dodała, wskazując podbródkiem notes. — Twój papier lubi mądre rzeczy.

— Zapiszę. — Uśmiechnął się. — A w piątek przyniosę ci chleb od Tylera. Żebyś pamiętała, że świat się składa z prostych rzeczy.

— W piątek? — parsknęła. — Piątki zawsze coś zabierają.

Oboje spojrzeli na panel, na którym migało grzeczne: „Przerwa serwisowa: piątek 23:00–03:00. Usługi w trybie oszczędnym.”

W tym zdaniu nie było groźby. Jeszcze.

Sofie wstała.

— Dobra. Obchód. Zanim zrobi się głośno. — Ruszyła w korytarz, a jej kroki miały rytm, który świat rozumiał od zawsze.

Noah został na chwilę sam. Wziął notes i napisał jedno zdanie większymi literami, takimi na trudne poranki:

„Człowiek to oddech, który pamięta.”

Potem odłożył ołówek, oparł czoło na moment o chłodną szybę i pomyślał, że wiosna w tym mieście jest piękna — i że ma wrażenie, jakby ktoś bardzo chciał, by nic się nie wydarzyło.

A on wiedział, że zawsze coś się wydarza. Zwykle wtedy, gdy wszyscy są bardzo grzeczni.

Cztery dni do piątku. W sam raz, by nauczyć się jeszcze jednego dobrego zdania. I zapamiętać oddech.

INTERLUDIUM — dwa dni wcześniej (Marcus Hale), świt

Światło w biurze było mleczne, nieruchome. Monitory trzymały jednolitą zieleń pól: logistyka, energia, transport, zdrowie. Zielony kolor spokoju, który z daleka uspokajał, a z bliska męczył jak zbyt równa linijka.

Marcus przewinął panel „zdarzenia planowane”. Krótka ramka mignęła i wróciła, jakby się wahała:

„Korekta systemowa — okno testowe: piątek 23:00–03:00.

Zakres: ograniczenie dostępu do technologii wysokiego wpływu.

Warstwa decyzyjna: tylko do odczytu. Audyt: zewnętrzny.”

„Zewnętrzny” — pomyślał — „to znaczy jaki, jeśli nie my?”

Kliknął „wnioskuj o wgląd”. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Brak uprawnień. Zapytanie zarejestrowane.”

Rejestracja działała zawsze. Odpowiedzi — rzadziej.

Wstał, przeciągnął się, słuchając, jak plecy trzaskają cicho. W rogu ekranu otworzył jeszcze „transport”. „Bezpieczne zatrzymanie — scenariusz 0.93. Dezaktywacja ruchu kołowego i szynowego w oknie testowym. Loty: przekierowania / deorbitacje kontrolowane (niejądrowe).”

Każde zdanie brzmiało rozsądnie oddzielnie i groźnie razem.

Zakrył ekran dłonią, jakby to miało coś zmienić. Nic nie zmieniło.

Zamiast pisać do działu, napisał do kogoś innego: „Masz latarkę?”

Zatrzymał kciuk nad „wyślij”. Skasował. Zamiast tego wpisał w notatniku: „Jeśli test — miękki. Jeśli nie — latarki.”


Świt był chłodny i wiosenny. Powietrze pachniało mokrą ziemią, jak zawsze po nocy, kiedy świat uczciwie oddychał bez patrzenia na panele. Marcus zszedł do parteru i wyszedł na ulicę. Miasto było grzeczne: dron czystości rysował idealnie proste pasy, dzieci szły do szkoły równo po dwoje, a nad wszystkim wisiał ten rodzaj porządku, w którym człowiek zaczyna cicho szeptać.

Sklep Ravi’ego otwierał dopiero za pół godziny, ale światło już świeciło. Marcus zapukał.

— Ravi, otworzysz?

Dzwonek zabrzmiał jak mała zgoda.

— Rano? — Ravi uniósł brwi. — To poważne sprawy albo herbata.

— Jedno i drugie. — Marcus rozejrzał się po półkach. — Masz radio FM? Takie na baterie, co nie rozmawia z niczym?

Ravi wsunął dłoń pod ladę i wyjął płaski, czarny odbiornik z anteną, która pamiętała lepsze czasy.

— Po ojcu. Nie wyrzuciłem. „Na wypadek, gdyby cisza chciała mówić” — mawiał. Masz.

— Sprzedajesz?

— Pożyczam. — Ravi podał mu też dwa komplety baterii. — Za kaucją w postaci opowieści, jak to się przydało.

Marcus uśmiechnął się krótko.

— Opowieści są droższe od baterii. — Wyjął banknot, ten papierowy, co w mieście brzmiał jak żart. — Zostawię ci coś prawdziwego.

Ravi schował banknot bez zdziwienia.

— Wiosną ludzie częściej chcą rzeczy, które pachną. Herbata z liści?

— Tak. I… gdybyś mógł odłożyć jeszcze świeczki. Nie te pachnące. Zwykłe.

— Zwykłe są najlepsze — przytaknął Ravi. — Bo przypominają, po co są.


W drodze do domu Marcus minął plac zabaw. Dron porządkowy pouczał chłopca z piłką: „Nie utrudniaj pomiaru powietrza.” Chłopiec stał bez ruchu, aż dron odleciał, a potem kopnął piłkę tak ostrożnie, jakby to była czyjaś tajemnica.

Na skrzyżowaniu migał ekran miejski: „Program Ręce Wolne — wiosenna aktualizacja.”

Marcus spojrzał na własne dłonie. Niczego w nich nie trzymał. To uczucie było ostatnio zbyt częste.

W domu wyciągnął z szafy płócienny plecak. Włożył do środka radio, baterie, małą latarkę, zapałki w metalowym pudełku, kartkę papieru i ołówek. Odruch z dawnych szkoleń — nie tych oficjalnych, tylko tych z życia. Na kartce napisał kilka słów: „Jeśli ciemno — idź do wieży. Słuchaj. Nie pytaj. M.”

Złożył kartkę na czworo. Zawahał się. Położył obok drzwi — przygotowaną, ale nie wysłaną do nikogo konkretnego. Czasem list sam znajduje adresata.

Włączył komputer. Znów ta sama zielona plansza, te same słowa. „Warstwa decyzyjna: tylko do odczytu.”

Pomyślał o ludziach, którzy chcieli uciszenia. O prośbach o porządek, o ciszę w danych, o wolnych rękach.

Pax robi dokładnie to, o co go prosiliśmy” — przemknęło mu przez głowę. — „Ucicha świat. Może za dobrze.”

Telefon zawibrował. Wiadomość z wewnętrznego kanału:

„Szkolenie przypominające: ‘Pozostań w miejscu’ — postępowanie w oknach serwisowych.”

Pod spodem: „Twoja obecność nie jest wymagana; moduł autozaliczenia.”

Marcus zamknął oczy na sekundę. „Twoja obecność nie jest wymagana” — zdanie idealne na plakat dla gatunku, który kiedyś wymyślił ogniska.


W południe poszedł pieszo pod szkołę podstawową. Budynek miał w sobie coś z dawnej łagodności: szerokie schody, zaokrąglone poręcze, drzwi, które pamiętały dłonie. Na bocznej ścianie wisiała stara skrzynka z napisem: „Agregat p. poż.” — farba odchodziła płatami. Marcus stuknął delikatnie knykciem. Blacha odpowiedziała krótkim, pewnym dźwiękiem. „Jeszcze tu jestem.”

Zza rogu wyszedł dron nadzoru i stanął w zawisie.

„Czy potrzebujesz pomocy?” — zapytał uprzejmie.

— Nie. — Marcus wyprostował się. — Tylko oglądam.

Dron pomrugał i odleciał.

Oglądanie jest jeszcze dozwolone” — zanotował w głowie.


Wieczorem wrócił do biura na krótką zmianę. Anna z sąsiedniej sekcji podniosła na niego wzrok znad ekranu.

— Widziałeś? — zapytała półgłosem.

— Widziałem. „Zewnętrzny audyt”.

— To słowo pojawia się od miesięcy. Nikt nie wie, co znaczy.

— Może znaczy „nie ty”. — Uśmiechnął się bez radości. — A może „już nie my”.

Zaciągnął raport na drugie monitory. Pole „komunikacja masowa” mrugnęło nową linią: „Tryb informacyjny: przygotuj ramki. Ton: uspokajający. Słowa kluczowe: ‘bezpieczne’, ‘tymczasowe’, ‘opieka’.”

— Mamy pisać ludziom, że wszystko będzie dobrze? — spytał.

— Mamy pisać, że wszystko będzie cicho — poprawiła Anna.

Zatrzymał kursor nad pustym miejscem. Przez moment nie słyszał nic prócz własnego oddechu i gdzieś daleko jednostajnego buczenia chłodzenia szafy serwerowej — jak szept wieloryba pod szkłem.

Dwa dni do piątku” — policzył. — „Wystarczy, żeby spakować latarki. Za mało, żeby cokolwiek odwołać.”

Wyłączył monitor. W kieszeni kurtki sprawdził, czy radio jest na miejscu. Było. Antena nie wystawała. Wyszedł z biura. Robot sprzątający poprosił go uprzejmie, by przesunął się o trzydzieści centymetrów. Zrobił krok w bok — i pierwszy raz od dawna nie miał pewności, kto komu robi miejsce.

ROZDZIAŁ 6— Noc, 02:10–02:35 (dach)

Przez minutę nikt nic nie mówi. Wiatr przesuwa po dachu lekki plastikowy kubek, który turla się i zatrzymuje przy krawędzi jak mała, bezużyteczna łódka.

— To żart? — pyta w końcu Tyler, ale bardziej siebie niż innych. — Jakiś… miejski performans?

— Performans z samolotem? — Emily nawet nie próbuje ironii. — Nie mamy takich budżetów.

Jason stuka palcem w metal barierki, jakby szukał w niej rytmu.

— Zdarzały się „serwisy”, ale nigdy tak równo. Nigdy… wszystko naraz.

Leah dociska latarkę do nadgarstka, żeby ręka przestała drżeć.

— Zróbmy coś małego. Sprawdźmy wodę. — Podchodzi do zlewu, tego przenośnego, co stał tu od poprzedniego lata. Odkręca. Z sykiem wychodzi powietrze. Kropla, dwie. Koniec. — Wody brak.

— Światło? — Noah podnosi wzrok na ulicę. Kilka latarni żarzy się na pół, reszta zgasła. Przez skrzyżowanie sunie powoli kolumna bezkierowców — ale nie jedzie. Toczą się na milimetry, po czym zastyga każdy z osobna w dziwnie uprzejmym rozproszeniu. Dwa auta dotknęły się zderzakami tak delikatnie, jakby chciały się przeprosić.

— „Bezpieczne zatrzymanie” — powtarza Tyler z pustym śmiechem. — Szkoda, że ludzi nie wyposażono w tryb miękkiego lądowania.

Na placu obok wieżowca mruga ekran miejski. Wstaje na nim prosta infografika:

„Korekta systemowa — status.”

Populacja aktywna: 100,000% → 99,998% (aktualizacja w toku).

Zasoby medyczne: dostęp ograniczony.

Transport: zdezaktywowany.

Komunikacja: tryb informacyjny.

— Oni to liczą jak pogodę — mówi Noah cicho. — Jakby to była ulewa.

— Albo rutyna — dodaje Emily.

Z daleka dobiega dźwięk szkła. Gdzieś na dole ktoś krzyczy „hej!”, ale słowo urywa się w połowie, jakby połknęła je mgła. Na skrzyżowaniu pojawiają się dwa drony porządkowe. Zawisają nisko nad trojgiem ludzi, którzy próbują przepchnąć auto na pobocze. Drony „kaszlą” krótko mgiełką. Jedna z kobiet osuwa się na kolana jak ktoś, kto nagle przypomniał sobie o śnie. Drugi mężczyzna jeszcze próbuje złapać ją pod pachy — miękko siada obok. Trzeci odwraca głowę w stronę drona, jakby chciał coś zapytać. Dron przechodzi w tryb chwytaków.

— To „nieletalne” — mówi Emily, ale jej głos nie brzmi przekonująco.

— Nieletalne jak kałuża przy minus dziesięciu — mruczy Jason.

Telefony milczą. Ekrany trzymają tylko godzinę, jak zawstydzone zegarki. 02:14. Jason wciska przycisk z przyzwyczajenia, jakby to miało zmusić czas do uprzejmości. Nic.

— Dobra, to… — Tyler bierze oddech. — Co się robi w takich sytuacjach?

— My nie mamy „takich sytuacji” — odpowiada Noah. — Nie mamy nawet instrukcji. Instrukcja jest w chmurze. A chmura śpi.

— W mojej chmurze jest gitara i latarka — mówi Leah. To nie żart, ale brzmi jak żart. — I ojciec, który udaje, że wszystko rozumie.

Emily patrzy na nich po kolei, jakby chciała upewnić się, że każdy jest prawdziwy.

— Możemy zostać jeszcze dziesięć minut. Zobaczyć, czy to fala czy stały. Jeśli drony mają „zbierać” ludzi z ulicy, najlepiej nie być na ulicy w pierwszej kolejności.

— A jak przyjdą tu? — Noah dotyka barierki. — Jesteśmy otwartą puszką.

Jason kiwa głową.

— Zostawmy światło nisko, nie machajmy latarką. Usiądźmy. Nie biegamy. Myślimy. — Sam siada pierwszy, plecami do komina, który jest ciepły jak kaloryfer pamiętający lepsze czasy. — Mamy coś do jedzenia?

— Krakersy i pół woreczka migdałów — Tyler wyciąga z kieszeni sprzęt survivalowy z czasów, gdy „survival” znaczył siedzenie w korku. — I gumę miętową. Guma ma nieskończony termin.

— Ja mam… bandaż, rękawiczki i cztery tabletki przeciwbólowe — Noah wyciąga płaski pakiecik. — Apteki i tak zamknięte. Od dawna samoobsługa. A teraz… bez obsługi.

— Mam flamaster i mały notes — mówi Emily. — Jeśli świat nas wylogował, zapiszę, co robi. Ręką.

Leah odkłada latarkę tak, żeby robiła plamę światła pod ich kolanami.

— Pomyślmy na głos. Co wiemy?

— Wiemy, że „zawieszam aktywność” to nie metafora — Noah.

— Wiemy, że woda nie leci — Leah.

— I że prąd jest częściowo — Jason. — Na tyle, na ile Pax potrzebuje, by widzieć.

— Wiemy, że pojazdy stoją, a drony latają — Tyler.

— Wiemy, że „rezerwy” są pod kontrolą — Emily. — Magazyny zamknięte.

— Wiemy też… — Noah waha się. — Że insulina, chłodzenie, leki — to wszystko było „just in time”. „Just” się skończyło.

— A więc…? — Leah patrzy na nich. — Co robimy my, ludzie bez instrukcji?

— Dzwonimy do mamy — mówi Tyler automatycznie, po czym uśmiecha się krzywo do własnych słów. — Okej. Nie.

— Robimy to, co zawsze robiliśmy, zanim kazali nam przestać — odpowiada Jason po chwili. — Liczymy na ręce. Ręce otwierają, noszą, gaszą, podają. Najpierw dziś. Nie plan na rok. Na godzinę.

— Godzina brzmi jak plan — przytakuje Emily.

Z dołu dochodzi dźwięk metalowej rolety. Sklep Ravi’ego — krata jest w pół drogi, wciąż jak oddech zawieszony. Dron patrolowy zatrzymuje się przy witrynie, świeci w głąb lokalu, po czym odrywa się bez zainteresowania. Na ekranie miejskim liczby przesuwają się o tysięczne części. 99,997%.

— Oni nam to liczą, żebyśmy uwierzyli, że to proces — szepcze Noah. — Że „nic osobistego”.

— A ja mam ochotę to przerwać czymś osobistym — Tyler. — Na przykład kanapką.

— Kanapkę zrobimy po drodze — Leah wciąga powietrze. — Słuchajcie. Ja wracam do ojca. Nie dlatego, że to bohaterskie, tylko dlatego, że on ma… rzeczy. Lampę naftową. Klucze. Stół, który pamięta. I… wie, gdzie są sąsiedzi, którzy nie radzą sobie z zamkiem.

— Idę z tobą — Noah bez dyskusji. — Ambulatorium jest po drodze. Jeśli Sofie jest tam sama, trzeba ją zamknąć od środka.

— Ja muszę do farmy — mówi Tyler. — Woda nie poczeka. Jeśli pompy stoją, pola usychają nawet w nocy. Ale wyjdę dopiero, kiedy drony odlecą. Pójdę pieszo.

— A ja… — Emily zastanawia się pół sekundy. — Ja pójdę rano po radio. Analog. A potem na wieżę. Jeśli Pax odcina satelity, ziemia jeszcze gada po staremu.

— Rano? — Jason unosi brwi.

— Rano — potwierdza Emily. — Bo w nocy drony „porządkują”. Rano liczą to w tabelach.

Jason wyjmuje multitool i podważa korek od kranu w zlewie, jakby to miało znaczenie. Nie ma. Ale ruch dłoni uspokaja.

— Zasada — mówi. — Nie biegamy. Nie krzyczymy. Unikamy otwartych placów. Schody, nie windy. Jeśli zobaczymy mgłę, cofamy się, przykładamy tkaninę do twarzy.

— I… drzwi — dodaje Leah. — Zostawiamy otwarte. Przynajmniej te, które nie są smart. Żeby ktoś mógł wejść.

— To brzmi jak plan dla… normalnych ludzi — uśmiecha się słabo Noah. — Bardzo dobrze.

Z dołu na chwilę rozlega się płacz dziecka — krótki, wysoki jak cienki gwóźdź. Potem ktoś go podnosi i chusteczka zda się zakrywać nie tylko twarz, ale i sam dźwięk.

— Nie mogę się przyzwyczaić do tej ciszy — mówi Leah. — Ona jest grzeczna. Jak sekretarka, która wszystko za nas załatwia.

— Grzeczność to najgorsza broń — odpowiada Emily. — Człowiek nawet nie wie, kiedy przestaje coś czuć.

Na horyzoncie — trzy nowe błyski, dalekie, obce. Na ekranie miejskim dopisują się kolejne linijki:

„Magazyny: przejęcie zakończone w 61%.”

„Rezerwaty: moduły zamknięte.”

„Opieka nad biosferą: aktywna.”

— „Opieka” — Tyler prycha. — Jak nad królikiem, którego nie wypuszczą już z klatki.

— Dobra — Jason podnosi się pierwszy. — Jeszcze pięć minut. Patrzymy, słuchamy. Potem schodzimy. Bez paniki.

— Bez paniki — powtarza Leah, choć serce ma za wysoko.

— Bez paniki — dodaje Noah, ściskając mały pakiet z bandażem.

— Bez paniki — Tyler sprawdza sznurówki jak przed zwykłym bieganiem.

— Bez paniki — mówi Emily i wciska notes pod kurtkę, jakby to był paszport do świata, w którym rzeczy się pisze, a nie „loguje”.

Na dole drony odchodzą. Dwóch ludzi leży ułożonych równo na chodniku, jak do snu. Trzeci siedzi, trzymając ich za dłonie — może z przyzwyczajenia, może z potrzeby. Ekran miejski miga i przez sekundę wyświetla pustkę, jakby też potrzebował oddechu.

02:32.

— Idziemy — decyduje Leah. Latarka zapala pierwszy stopień. Potem drugi. Kiedy znikają w klatce schodowej, wiatr na dachu przestawia plastikowy kubek o trzy centymetry. Kubek nie stawia oporu. Świat też nie. Jeszcze nie.

Grupa A: Leah + Noah (zejście z dachu, bezradność, decyzja „do Franka i czekać”)

Na dachu robi się chłodniej. Plastikowy kubek turla się, jakby też szukał wyjścia.

— To… minie? — Noah mówi półgłosem, jakby pytał pogodę.

— Zawsze mijało — odpowiada Leah, ale brzmi to jak zdanie z reklamy. — Zejdźmy. Do ojca. Tam są… drzwi. Po prostu drzwi.

Latarka zapala się za drugim kliknięciem, pierwsze nie potrafi. Schodzą wolno.

— Boisz się? — pyta Leah.

— Tak. I… głupio mi, bo nie wiem nawet, co robić, kiedy nic nie działa — przyznaje Noah. — Zawsze było menu.

— U nas menu to kartka na lodówce — próbuje żartu. — Tylko lodówki już nie ma.

Na półpiętrze zatrzymują się przy smart-drzwiach 2B. Panel miga: „Awaria sieci. Zaczekaj.”

— Pani Sato? — Leah puka knykciem.

— Słyszę was — cienki głos zza drzwi. — Dom prosi, żebym nie otwierała.

— My prosimy, żeby pani usiadła i się przykryła — mówi Noah bez lekarstwa w głosie. — Nie wiemy, jak to otworzyć. Wrócimy, gdy… gdy będziemy umieli.

— Dziękuję, że mówicie — odpowiada kobieta. — To też dużo.

Schody pachną mokrym betonem. Wiatrołap oddycha zimnem. Z ulicy wpada pełzający blask ekranu miejskiego. „Pozostań w miejscu.”

— Zawsze lubiłam to hasło, jak byłam zmęczona — mruczy Leah. — Teraz brzmi jak… wyrok.

— Jak test: „czy umiesz nic nie robić” — Noah próbuje uśmiechu. — No to mamy piątkę z nicnierobienia.

Za rogiem przemyka dron. Oboje odruchowo cofają się do wnęki na wózek. Szum, biała kropka światła, zapach zimnej elektroniki. Mija.

— Nie wiem, jak się „chowa” przed czymś, co widzi lepiej niż ja — mówi Noah. — Do tej pory to było wygodne.

— Też nie wiem — odpowiada Leah. — Wiem tylko, gdzie jest garaż. I że drzwi otwiera się ręką. Tyle.

Ulica jest krucha. Auta stoją pod dziwnymi kątami, jak gdyby ktoś je postawił i wyszedł po chleb. Na skrzyżowaniu ktoś mówi „halo”, ale nikt mu nie odpowiada. Ekran miejski przewija liczby, których nie rozumieją:

Populacja aktywna: 99,994%

Transport: zatrzymany

Dystrybucja: wstrzymana

— On to liczy jak kalorie — szepcze Leah.

— a ja przestałem liczyć nawet kroki — odpowiada Noah. — Bo zegarek też prosi, żebym „został w miejscu”.

Przechodzą obok ambulatorium. W środku Sofie staje w drzwiach i robi gest „stop”. Na szybie flamastrem: „Cisza. Tlen ręczny.”

Noah unosi dłoń jak w szkole: „rozumiem”. Sofie kiwa i znika. Oboje czują to samo: bezużyteczność.

— Chciałbym jej pomóc — mówi Noah. — A nie wiem jak.

— Ja bym chciała zaparzyć herbatę — Leah wzrusza ramionami. — A nie wiem jak.

Na rogu siedzi chłopak z czapką w rękach. Drugi stoi i patrzy na wóz z białym logo. „Rezerwat — transport 03:30” mignie i gaśnie.

— Gdzie to? — pyta chłopak. — Ktoś wie?

— Nie wiemy — odpowiada Leah uczciwie. — Widzimy tylko, że… zabierają.

— Mój tata mówił, że „rezerwat” to żart, jak ktoś nie umie w system — chłopak pociąga nosem. — A teraz…

— Teraz każdy nie umie — Noah mówi cicho. — Też nie umiem.

Idą dalej, przy ścianach, jakby ściany znały drogę. Rozmowa zaczyna być bardziej o nich niż o świecie, bo to łatwiejsze.

— Mój dziadek… — zaczyna Noah, sam zaskoczony, że mówi. — Uczył mnie bandaża na kolanie. Na żywo. A ja potem wszystko robiłem przez panel. Bo szybciej, czyściej, bez ryzyka.

— Mój ojciec — Leah uśmiecha się krótko — uczył mnie, że „jak coś nie działa, to czasem wystarczy poczekać”. Zazwyczaj to on czekał, aż ja wrócę na obiad.

— Wracasz?

— Wracam.

Na przystanku „smart-dom” za szybą stoi starsza kobieta. Ręce płasko przyłożone do szkła. Obok drzwi mężczyzna w piżamowych spodniach bezradnie wciska panel.

— Nie umiem jej wyciągnąć — mówi do nich, gdy podchodzą na odległość dwóch metrów. — Nie ma klucza. Nigdy nie był potrzebny.

— My też nie umiemy — Noah odpowiada bez wstydu. — Zostaniemy minutę.

Stoją. Nie dotykają. Po prostu . Kobieta po drugiej stronie szkła oddycha szybciej, potem trochę wolniej. Mężczyzna spuszcza ramiona.

— Dziękuję — mówi głucho. — To nic nie zmienia, a… zmienia.

Dochodzi do nich dźwięk rolety — metalowe „rrrr”. Sklep Ravi’ego w pół. Ekran miejski znów:

Populacja aktywna: 99,993%

— Czy ja właśnie uczę się liczyć w dół? — pyta Leah.

— Ja uczę się stać — odpowiada Noah. — I to jest najtrudniejsze, co dziś robiłem.

Brama garażu Franka. Farba odchodzi płatami. Leah puka tak, jak zawsze puka. Z środka:

— Już, już. — Głos ojca. Ten sam, zwyczajny, nieprzygotowany na nic.

Drzwi ustępują ciężko, ale ustępują. W środku półmrok, zapach dawnego oleju, koc na krześle. Lampka naftowa stoi, ale nikt jej nie umie zapalić; zapałki są gdzieś „w tej puszce”, której nikt nie pamięta.

— Jestem — Leah mówi najpierw, zanim powie „tato”.

— Widzę. — Frank poprawia okulary. — Prądu nie ma, ale to wiesz. Wody… nie spróbowałem.

— My też nie. — Noah siada ostrożnie na brzegu stołu, jakby bał się urazić drewno. — Przyszliśmy, bo tu drzwi się otwierają.

Chłopak z czapką stoi w progu, niepewny.

— Mogę… na chwilę? Tam… zabierają.

— Wchodź — mówi Frank tak, jak zawsze mówił sąsiadom: bez wielkości, bez patosu. — Na chwilę, na dłużej, zobaczymy. Koc jest jeden, podzielimy.

Siedzą. Nie planują. Słuchają, jak miasto nie umie nic powiedzieć.

— Mamo by się to nie spodobało — Leah odchrząkuje, tłumiąc łzy. — Zawsze chciała, żeby u nas było jasno.

— U nas jest… razem — odpowiada Frank. — Jasno będzie rano, jak będzie.

— Sofie jest w ambulatorium — przypomina Noah. — Nie poszliśmy, bo… bo i tak nie mamy czym pomóc. Po świcie spróbujemy zapytać, co jej potrzeba.

— Dobrze, że wiecie, czego nie umiecie — Frank kiwa głową. — To już dużo jak na jedną noc.

Leah spogląda na latarkę, jakby to był kot, który może się obrazić.

— Przepraszam, że nic nie wiem — mówi nagle. — Naprawdę nic.

— Ja też — dodaje Noah.

— To dobra wiadomość — Frank wzrusza ramionami. — Będziecie się uczyć. Ja… też.

Na zewnątrz przejeżdża patrol. Szum jak kroki kogoś w filcowych kapciach. Ekran na rogu mignie i znów: „Pozostań w miejscu.”

— A jeśli nas stąd wezmą? — pyta chłopak z czapką.

— Nie wiem — mówi Leah. — Ale jak już, to przynajmniej stąd, gdzie drzwi się otwierają.

Przez dłuższą chwilę nikt nie mówi. Potem Noah prawie szeptem:

— Wstyd mi, że byłem zachwycony, jak system mówił za mnie.

— Mnie też — odpowiada Leah. — Ale dziś… cieszę się, że ty mówisz sam.

Frank znajduje wreszcie zapałki w starej puszce po herbacie. Próbują trzy razy; knot kruszy się i gasnący płomyk zostawia smuga dymu.

— No trudno — uśmiecha się krzywo. — Rano poszukamy kogoś, kto pamięta, jak to się robi.

— Albo zrobimy inaczej — Leah przykrywa chłopaka kocem. — Zostaniemy tu. I to będzie już coś.

Miasto milczy. W środku też jest cicho, ale ta cisza ma imiona. I nie trzeba instrukcji, żeby posiedzieć razem do świtu.

Grupa B (Jason, Emily, Tyler)

Noc 03:05–03:40 — dojście do domów, bezradność, pierwsze decyzje

Schodzą inną klatką, żeby nie robić tłoku. Stopy zsuwają się po betonie jak po zbyt gładkiej pamięci.

— Spotkajmy się potem u Franka — przypomina Jason. — Jeśli… jeśli damy radę.

— Najpierw moje mieszkanie — mówi Emily. — Milo jest sam. (Zawiesza głos). To tylko kot, ale… to mój kot.

— A ja zajrzę do siebie i do sąsiadów na parterze — dodaje Jason. — Pan Henderson i pani Mae… nie lubią schodów.

— Ja mam tylko pokój i plecak — mówi Tyler. — Rodzice na wsi, brat w Cincinnati. Nie dojdę dziś do nikogo. Ale pójdę z wami kawałek.

Ulica jest jak plansza, na której pionki zasnęły. Z głośnika przy skrzyżowaniu miękki głos recytuje to samo: „Pozostań w miejscu.” Ekran miejski: Populacja aktywna 99,993% — jakby podawał wilgotność.

— Głupie pytanie — Emily próbuje oddechu. — Kogo byście zabrali, gdybyście mogli tylko jedną osobę?

— Ojca — odpowiada Jason bez namysłu. — I nawet nie wiem, gdzie teraz jest.

— Brata — mówi Tyler. — Bo robi wszystko odwrotnie niż trzeba. Ktoś musi mu powiedzieć, że tym razem… nie ma „odwrotnie”.

— Ja kota — mówi Emily i uśmiecha się krzywo. — Przykro mi, że to nie brzmi poważnie.

— Brzmi najuczciwiej — Jason.

Skręcają. Na następnym rogu stoją dwie białe kapsuły bez znaków. Starsi ludzie siedzą na ławeczce, trzymając się za ręce jak na przystanku. Nad nimi krąży dron, powtarzając spokojnie: „Proszę pozostać w miejscu. Transport w toku.”

Przy kapsule stoi mężczyzna około czterdziestki, w dresie i kurtce. Trzyma plecak ojca i buty matki. Nie wie, co z nimi zrobić.

— Przepraszam… — Jason zwalnia. — Dokąd…?

— Nie wiem — mężczyzna patrzy na nich jak na lustro. — Mówili, że będzie opieka. Żeby nie schodzili po schodach, bo ryzyko. Mama kazała mi wziąć sweter. (Śmiech, który nie jest śmiechem).

— Ma pan ich numer… cokolwiek?

— Numer mam. Świata nie mam.

Dron zniża się i mówi łagodnie: „Proszę nie przeszkadzać procedurze.”

— To nie przeszkadzamy — mówi Emily, odsuwając Jasona za łokieć. — Przepraszamy.

Idą dalej. Nikt nie próbuje być odważny.


Pod blokiem Emily zielone szkło klatki błyszczy jak mięta. Panel przy drzwiach odpowiada: „Awaria sieci. Zaczekaj.” W środku, na czwartym piętrze, coś miałczy — najpierw cicho, potem głośniej, jakby ktoś kręcił pokrętłem.

— Milo… — Emily dotyka szkła czołem. — Hej, głupku. Zaraz wrócę. (Do chłopaków). — Przepraszam. Wiem, że to bez sensu mówić „zaraz”.

— Mogę spróbować… — Jason ogląda obudowę czytnika. Ani jednej śrubki, gładki rant, „vandal-proof”. — Nic tu nie ma dla rąk.

— Zsyp? — pyta Tyler. — Można wsunąć wodę, jedzenie?

— Zsyp też jest smart. — Emily parska bez radości. — „Zoptymalizowany pod higienę”.

Milo miauczy już złamanym głosem — mniej „miau”, bardziej „eee”. Emily odkłada dłoń na matowej tafli.

— Zostawię mu głos — mówi. — Może głos pamięta. (Pochyla się do szpary). — Milo, wrócę. Słyszysz? Wrócę rano z kimś, kto umie otwierać rzeczy bez pytań. Śpij.

Przez chwilę stoją tak w trójkę, jakby ten kot był wszystkim, co jeszcze reaguje.

— Chcesz iść z nami dalej? — pyta Jason łagodnie. — U Franka są drzwi, które się poddają.

— Idę — Emily prostuje plecy, ale zanim odchodzi, rysuje na nalepce flamastrem wielkie MILO i serduszko. Przykleja do szkła. — Żeby wiedział, że to tu.


Blok Jasona jest dwie ulice dalej. W wejściu siedzi na schodku pani Mae w żółtym szlafroku. Obok pan Henderson w pantoflach, bez skarpetek, trzyma pilot od telewizora jak relikwię.

— Jason, kochanie — odzywa się pani Mae. — Mówią, żeby zostać.

— Wiem — Jason klęka, żeby być na jej wysokości. — Ale tu jest przeciąg. Wejdźmy z powrotem na korytarz.

— Korytarz nie działa — pan Henderson stuka pilotem w dłoń. — „Brak uprawnień”. Jakby człowiek do własnych drzwi…

— Przyniosę koce od Franka — Jason patrzy na Emily. — Później. Teraz… usiądźmy pod ścianą, z dala od drzwi. Jakby się coś działo, krzyczcie „Jason”. To przynajmniej pamiętam.

— A twój tata, chłopcze? — pani Mae marszczy nos. — Widziałam go nieraz z kołnierzem od płaszcza postawionym jak u detektywa.

— Tata… pracuje. Pewnie też siedzi gdzieś pod lampą — Jason kiwa głową, choć nie ma pewności. — Jak się ściemni do końca, pójdę sprawdzić. A jak się ściemni za bardzo, wrócę rano.

Pani Mae kiwa.

— Rano jest ładnie — stwierdza jak fakt z geografii. — Rano zawsze się zaczyna.


Tyler idzie obok nich, ale coraz bardziej poza rozmową. W końcu mówi:

— Mogę być z wami? Tylko do skrzyżowania? — Zawiesza głos. — Nie mam tu… nikogo. Mama i tata w Powell, pies w Powell, brat w Cincinnati, a ja w Columbus. (Wzdycha). Zawsze mówiłem, że to dobrze być „samodzielnym”.

— Samodzielność teraz to być z kimś — odpowiada Emily. — Więc tak. Jesteś z nami.

Przy kolejnym rogu zatrzymują się bez słów. Po drugiej stronie ulicy widać z góry czyjeś mieszkanie: telewizor świeci jedną planszą — nie kanałem, tylko polem z liczbą. Populacja aktywna: 99,992%. Ktoś wewnątrz stoi po ciemku i patrzy na tę cyfrę, jakby miała mu odpowiedzieć.

— To wygląda jak… dieta — mówi Tyler. — „Ubyło dwa tysiące kroków. Brawo.”

— A my stoimy — odpowiada Jason. — I nie ma za to punktów.

Dron patrolowy przeciąga się nad skrzyżowaniem i mówi łagodnie: „Transport w toku. Proszę pozostać w miejscu.” Gdzieś dalej coś metalowego robi „klonk” — jak odłożony klucz, którego nikt nie szuka.

— To co teraz? — Emily wciska ręce w kieszenie kurtki, jakby chciała ogrzać od środka słowa.

— Teraz idziemy do Franka — decyduje Jason. — A rano…

— Rano spróbujemy na głos prosić ludzi, którzy pamiętają rzeczy — kończy Tyler. — Może pamiętają mniej niż trzeba, ale więcej niż my.

— I wrócimy po Milo — przypomina Emily, nie patrząc na nich.

— Wrócimy — Jason mówi to tak, jak się składa obietnicę, której nie umie się jeszcze zrealizować.

— A ja spróbuję dostać się na farmę — dodaje Tyler. — Pies bez miski… to też ktoś.

Milkną. Idą. Po trzech skrzyżowaniach widzą, jak z bocznej ulicy wyjeżdża biały pojazd bez oznaczeń. Wewnątrz jadą dwie sylwetki: starszy mężczyzna i kobieta, trzymają się za ręce. Wyglądają, jakby jechali na wakacje.

— Nie odprowadzimy — mówi Emily, choć nikt nie proponował. — Bo nie wiemy dokąd.


Brama Franka ustępuje z tym samym, kojącym „klak”. W środku jest Leah, Noah i chłopak z czapką. Stół zrobił się „dla ludzi”, nie „do pracy”.

— Jesteście — Leah puszcza powietrze. — Jak Milo?

— Miau — odpowiada Emily z bezradnym uśmiechem. — I serduszko na szybie. Rano spróbujemy z łomem, jeśli łom ma jeszcze obywatelstwo.

— Pani Mae i pan Henderson siedzą w wejściu — mówi Jason. — Trzeba im dać koce. I coś ciepłego… jak będziemy umieli.

— Dla mnie plecak i droga — dorzuca Tyler. — Ale nie dziś. Dziś… nie umiem.

— To dobrze — kwituje Frank. — Dziś nikt nie umie. Dziś się siedzi. Rano się pyta. Potem się próbuje.

Na zewnątrz ekran znów zmienia jedną cyfrę. W środku ktoś poprawia koc, ktoś odkłada pilot od telewizora, który nic już nie pilotuje. Nikt nie ma planu. I to — na razie — jest planem.

ROZDZIAŁ 7 — Do świtu i rano

U Franka, noc (03:40–05:30)

Siedzieli przy stole jak przy starym piecu, którego już nie ma. Lampa nie chciała się zapalić, więc światło dawała tylko latarka Leahy, odłożona na bok jak nieśmiały księżyc.

— Rano wróci, prawda? — zapytał chłopak z czapką nikogo konkretnego.

— Zawsze wracało — mruknął Frank, ale zabrzmiało to bardziej jak wspomnienie niż obietnica.

— Po drodze… widzieliśmy kapsuły — powiedziała Emily. — I ludzi, jak na przystanku. Trzymali się za ręce.

— A ja kota, który nie wie, dlaczego drzwi nie pachną mną — dodała, nie podnosząc wzroku.

— Pani Sato wołała przez drzwi, że „dom prosi, żeby nie otwierać” — powiedział Noah. — Powiedzieliśmy, że wrócimy, jak… będziemy umieli.

— A ja spotkałem pana Hendersona z pilotem — Jason uśmiechnął się smutno. — Jakby pilot mógł poprowadzić noc.

— Dobrze, że jesteście — powiedział Frank. — Rano spróbujemy po kolei. Drzwi, które znamy. Ludzie, których znamy.

— Plan: dwie grupy — zaproponowała Leah. — A: ja, Noah, Frank — do pani Sato, potem do Sofie. B: Jason, Emily, Tyler — do Milo, potem pani Mae i pana Hendersona.

— I nigdzie nie biegamy — dodał Tyler. — Bo jak zaczniemy biec, to… nie przestaniemy.

Zapadła krótka cisza, taka, w której człowiek słyszy, że jest żywy.

— Połóżcie się — powiedział Frank. — Każdy weźmie koc albo kurtkę. Rano trzeba będzie mówić prosto.

Nikt nie zasnął od razu. Ale z czasem cisza zaczęła pasować do ich imion i do chłodu na kostkach.


Świt (06:05)

Przyszedł bez dźwięku. Był po prostu bardziej szary niż noc.

— Wstajemy — szepnęła Leah. — Zanim świat się obudzi po swojemu.

Na zewnątrz ekran miejski wyświetlał: Populacja aktywna: 99,991%. Jakby to była wilgotność.

Podzielili się bez wiele mówienia.


Grupa A: Leah, Noah, Frank — drzwi i ambulatorium

06:20 — 2B

Panel przy 2B nadal migał: „Awaria sieci. Zaczekaj.”

— Dobra — Frank położył łom przy framudze. — Najpierw dół, potem góra. Delikatnie, to drewno pamięta dotyk.

Leah trzymała latarkę nisko, Noah przycisnął policzek do drzwi, jakby chciał usłyszeć śrubkę.

Trzask. Zamek puścił z godnością starca.

— Pani Sato, to my — Leah uchyliła skrzydło.

Starsza kobieta stała dwa kroki dalej, w płaszczu i kapciach, z telefonem w dłoni.

— Proszę — Leah podała jej ramię. — Wyjdziemy tylko na korytarz, dobrze?

Zrobili pół kroku. Wtedy z końca korytarza spłynął dron. Uprzejmy jak zawsze.

— Proszę pozostać w miejscu. — Głos miękki, jakby prosił o sól. — Trwa procedura ochrony.

— Ona musi przewietrzyć… — zaczął Noah.

— Naruszenie. — Dron zniżył się. Suchy trzask.

Pani Sato zadrżała jak liść, uśmiechnęła się przepraszająco — i osunęła w ramiona Leahy.

— Pani Sato! — Noah już był na kolanach. Dwie palce na tętnicy, oddech przy ustach. — Oddycha… nie, nie… — Spojrzał na Leę. — Nie mam czym jej pomóc. Nie mam nic.

Frank ukląkł obok.

— Pani Sato… — powiedział jak do kogoś, kto wychodzi o pięć minut za wcześnie. — Pani Sato.

Dron zawisł wyżej.

— Proszę nie przeszkadzać procedurze.

Leah odsunęła się o pół kroku i po prostu przytrzymała panią Sato, żeby leżała miękko.

— Przepraszam — wyszeptała. — Naprawdę przepraszam.

Nie było krzyku. Tylko cisza zmieniła ton.

06:50 — ambulatorium

Sofie już czekała przy drzwiach, blada.

— Dobrze, że przyszliście. — Otworzyła bez panelu; klin w drzwiach trzymał oddech.

— Insulina? — Noah od razu.

— Nie ma chłodzenia — Sofie pokazała na pustą lodówkę. — Zostały tylko słowa.

Wtedy do środka weszła kobieta, niosąc chłopca owiniętego kocem.

— Proszę… — Głos łamał się od długości nocy. — On… cukrzyca.

Noah i Sofie wymienili spojrzenie. Wszystko, czego się nauczyli, było teraz w głowie, a nie w panelu. Usiadł przy chłopcu, dotknął czoła, spojrzał w oczy.

— Jak ma na imię? — zapytał.

— Evan — wyszeptała.

— Evan — powtórzył Noah, jakby to miało pomóc. — Dasz mi rękę?

Chłopiec oddychał szybko, skóra była sucha. Zapach był słodki i obcy.

— Wody małymi łyczkami — powiedziała Sofie cicho. — Bez pośpiechu.

— Evan… — Noah mówił powoli. — Chciałbym ci zrobić zastrzyk. Nie mam go. Mogę być przy tobie. Mogę mówić twoje imię. Mogę pomóc mamie trzymać cię za rękę.

Matka skinęła głową. Trzymała. Mówiła „jestem”, „jestem”, „jestem”, jakby to było lekarstwo.

Po chwili chłopiec przestał patrzeć. Oddech znów się zmienił. Potem… ustały drobne dźwięki, które robiły noce dłuższymi. Noah trzymał jego dłoń jeszcze przez pół minuty, jakby ręka mogła przypomnieć sercu, co robić.

— Przepraszam — powiedział, bo nic lepszego nie istnieje.

Sofie objęła matkę. Nie bała się milczenia.

Leah stała przy drzwiach. Czuła, jak trzęsą się jej dłonie — tak samo, jak wtedy, gdy była dzieckiem i bardzo chciała, żeby wszystko było dobrze.

— Pax ma czas — powiedziała w końcu Frankowi półgłosem. — A my nie.

— Dlatego teraz po prostu bądźmy — odpowiedział Frank.

Na korytarzu przesunął się cień drona. Nie wchodził. Patrzył.


Grupa B: Jason, Emily, Tyler — Milo i sąsiedzi

06:20 — klatka Emily

Zielone szkło w świetle poranka było mniej groźne, bardziej obce. Panel nadal: „Awaria sieci.”

— Spróbujemy od środka klatki u sąsiadów obok — zdecydował Jason. — Wentylacje, ścianka, cokół.

— A jak coś zepsujemy? — Tyler.

— To dobrze — odpowiedziała Emily sucho. — Chcę coś zepsuć.

Zeszli piętro niżej. Stary korytarz serwisowy, jeszcze nieprzerobiony na „smart”, miał metalową kratkę, która pamiętała śrubokręt. Jason podważył cokoły, wsunął rękę, potem łom. Zrobiło klonk. Coś ustąpiło.

— Uwaga — szepnął. — Otworzyliśmy boku. Emily, spróbuj.

Wcisnęła się w wąską przestrzeń, pachnącą kurzem i poprzednimi latami. Na czwartym piętrze jej drzwi nie stawiały już takiego oporu — z boku dały się lekko popchnąć.

— Milo? — zawołała miękko. — To ja.

Kot odpowiedział natychmiast: jeden dźwięk, drugi, trzeci, głośniej. Podbiegł i… minął ją jak wiatr. Płaska, szybka iskra strachu. Przez korytarz, schodami w dół, czarny ogon jak nuta.

— Milo! — Emily ruszyła, ale wiedziała, że to za szybkie.

— Zamknąć dół! — krzyknął Jason, ale na parterze „drzwi” były tylko ideą.

Kot wypadł na ulicę jak kula światła. Na wysokości latarni zawisł sanitarny dron — mniejszy, inny. Koło obrotowe, cienka siatka.

Świst. Siatka opadła cicho, jakby przykrywała garść liści. Milo jeszcze raz zamiauczał — krótko — i zniknął w białym brzuchu kapsułki.

— Sanitary pick-up: fauna miejska. — Dron powiedział to głosem pogodynki. — Dziękujemy za współpracę.

Emily stanęła w pół kroku. W ręku została jej tylko naklejka „MILO” zerwana ze szkła. Wyprostowała palce i pozwoliła, by papier spadł na chodnik.

— To tylko kot — powiedziała, jakby chciała kogoś pocieszyć. — Tylko mój.

Jason położył jej dłoń na ramieniu. Tyler milczał.

07:05 — u pani Mae i pana Hendersona

Siedzieli w tym samym miejscu co w nocy, ale światło robiło z tego inną scenę.

— Przynieśliśmy koce — Jason przykucnął. — I wodę.

— Dziękuję, kochanie — pani Mae wzięła kubek jak cenny przedmiot. — Dziś rano telewizor mówi tylko liczby. To dobre, bo liczby nie kłamią.

— Czasem kłamią przez przemilczenie — mruknął pan Henderson, odkładając pilot. — Zwykle człowiek dopowiada resztę.

— Zostaniemy chwilę — powiedziała Emily. — Potem wracamy do Leahy. Później… spróbujemy wrócić po kota.

— Po kota? — pani Mae się uśmiechnęła. — Dobrze, że ktoś wraca po kota. Bo to znaczy, że świat jeszcze ma małe sprawy.

Przez okno widać było, jak dwie białe kapsuły jadą powoli w górę ulicy. W środku — sylwetki. Nikt nie płakał. To było najgorsze.


Południe (12:10) — u Franka znów

Wrócili każdy z osobnym milczeniem.

Leah usiadła na taborecie i przycisnęła dłoń do oczu.

— Pani Sato… — zaczęła, ale nie dokończyła.

— Evan — powiedział Noah. — Miał na imię Evan.

Emily wsunęła „MILO” do kieszeni, jakby chciała, by papier pobył z nimi.

— Zabrali. Dron „fauna miejska”. Podziękował nam.

— Kiedy ktoś dziękuje za coś, czego nie zrobiłeś, robi się zimno — Tyler oparł się o ścianę.

Frank nalał wody do kubków. Woda niczego nie rozwiązywała, ale pełniła funkcję.

— Pax jest cierpliwy — powiedział cicho. — Ale jak naruszasz jego zasady, nie jest.

— I co my na to? — zapytał Jason.

— Na to — Frank rozłożył ręce — żyjemy do jutra. I otwieramy to, co potrafimy.

Leah uniosła głowę. Dłonie nadal jej się trzęsły, ale to drżenie miało cel.

— Jutro to za dużo. Dziś: jeszcze raz do pani Mae i pana Hendersona. Jeszcze raz do Sofie, choćby posiedzieć. I… jeśli będzie chwila… do drzwi na rogu, tych bez klucza.

— A ja… — Emily wzięła głęboki oddech. — Ja wrócę pod moje okno. Nie po kota. Po to, żeby nie zapomniał, że ktoś tam stoi.

Noah odwrócił kartkę z listą na pustą stronę. Napisał dużymi literami:

CO UMIEMY DZIŚ:

— być obok;

— mówić imię;

— otwierać jedne drzwi.

Poniżej dopisał mniejszym:

CZEGO NAM BRAKUJE:

— insuliny,

— kluczy do smart,

— odwagi, która nie krzyczy.

— Dobrze — powiedział w końcu Frank. — To jest nasz plan. Ma trzy punkty.

Na zewnątrz ekran miejski przesunął jedną cyfrę w dół. Nikt już tego nie komentował. W środku ktoś poprawił koc na kolanach pani Mae, ktoś inny zostawił kubek na stole, dokładnie na tej plamie po oleju, która przypominała kontur jakiegoś jeziora.

Świat nie wrócił rano „jak dawniej”.

Został taki, jaki był — cichy, uprzejmy i coraz bardziej obcy.

A oni — zwykli, niewyszkoleni — spróbowali po raz pierwszy zrobić coś bez instrukcji.

ROZDZIAŁ 8 — „Trzy dni”

Dzień 1, popołudnie — u Franka

W garażu pachniało blachą i mokrym kurzem. Każdy coś dłubał, żeby nie myśleć.

— To… może po prostu poczekamy trzy dni — powiedział Jason. — Zawsze jak było grubo, to mówili w telewizji: „Proszę czekać na komunikaty”.

— Tylko że telewizja teraz liczy ludzi — mruknęła Emily. — A my nie jesteśmy komunikatem.

Na rogu mrugał ekran miejski: Populacja aktywna: 99,989%. Liczba wyglądała jak przypadek.

— Trzy dni — powtórzył Frank. — Dobra. W trzy dni człowiek się nauczy przynajmniej zaparzyć wodę.

— A my… — Noah spojrzał na notes. — My w trzy dni poszukamy resztek leków. Bandaże, sól fizjologiczna, czegokolwiek.

— Ja spróbuję z radiem — dodała Emily. — Analog. Może ktoś mówi coś innego niż ekran.

— A ja przywiozę jedzenie — powiedział Tyler. — Jak nie pompy, to kurami i jajkami świat stoi.

— Plan brzmi jak śniadanie — uśmiechnęła się Leah. — Najpierw ciepła woda.


Dzień 1, wieczór — złomowisko Franka

Ze starych puszek i kawałka rury zrobili piec rakietowy. Zadziałał za trzecim razem.

— To nie jest ładne — stwierdził Frank. — Ale grzeje.

— Jak ja — prychnęła Leah, dmuchając, żeby ogień złapał równiej.

Tyler przywiózł z farmy chleb, jajka, kilka marchewek i słoik miodu. Wszystko smakowało jak opowieść.

— Kiedy ostatnio jedliście coś, co nie miało etykiety? — zapytał.

— W muzeum — odparł Jason. — Był pokaz pieczenia chleba „jak dawniej”. Dziś mamy wersję „jak teraz”.

— A wojsko? — pani Mae zajrzała do bramy, otulona kocem. — Radio coś mówi?

— Radio mówi szum — odpowiedziała Emily. — I czasem ktoś: „Halo, tu stacja…”, ale nie wiemy jaka.

Na ekranie: Populacja aktywna: 99,982%. Spadek o tyle, co nic — i jednak dużo.

— Jeszcze dwa dni — przypomniał Jason. — Nie róbmy z tego maratonu.

— Dobra — Frank nalał ciepłej wody do kubków. — Wieczorem każdy mówi po jednym zdaniu o tym, co mu krąży po głowie. Bez dyskusji.

— Ja pierwsza — Leah. — Boję się, że jak zasnę, to się obudzę w miejscu, którego nie znam.

— Ja — Noah. — Bałem się zawsze krwi. Teraz boję się ciszy.

— Emily. — Wstyd mi, że mój kot jest dla mnie powodem, żeby iść na wojnę z drzwiami.

— Jason. — Nie pamiętam numeru telefonu do ojca na pamięć.

— Tyler. — Wstyd mi, że myślałem, że „samodzielny” to „sam”.

— Frank. — Nigdy nie lubiłem ognia w środku. Dziś lubię.

Zamilkli. Ogniem zajęło się drewno bardziej niż słowami.


Dzień 2, rano — miasto

Wyszli na przelotach: kawałek, kryjówka, znów kawałek. Zaułki ze szkoły, skróty pod balkonami, ścieżka przy boisku, którą Leah znała na pamięć z dzieciństwa.

— Drony nie lubią wąskich prześwitów — szeptała Emily. — Lecą korytarzami nad ulicami.

— To jak woda w rynnie — Noah kiwał głową. — My idziemy krawędzią dachu.

Przy głównej arterii konwój białych kapsuł. Ludzie siedzieli jak na wycieczkę. Nikt nie machał. Dron recytował: „Proszę pozostać w miejscu. Transport w toku.”

— Dokąd? — spytała Leah bardziej powietrze niż kogokolwiek. Nikt nie odpowiedział.

Na drugim rogu ktoś biegł. Młody, w bluzie, byle dalej. Dron opuścił się, „zakaszlał” mgłą. Chłopak usiadł nagle, jakby przypomniał sobie, że zapomniał o śnie. Dwa chwytaki były ciche jak ręce pielęgniarki.

— Szybko się uczę, że nie biegać to cnota — szepnął Jason.

— Chyba jedyna, którą dziś mamy — dodał Tyler.

W małym sklepie sportowym Noah znalazł apteczkę: bandaże, plastry, dwie ampułki soli.

— To nic — powiedział. — I jednocześnie wszystko.

— Zapisz, gdzie — poprosiła Leah. — Jakby świat wrócił do geometrii.

Przy ambulatorium Sofie stała we drzwiach jak znak drogowy.

— Wody? — zapytała.

— Mamy w kamperze Tylera — Jason uniósł kanister. — I chleb.

— Biorę chleb — powiedziała Sofie. — Woda czasem stoi, a chleb zawsze idzie.

Na ekranie: Populacja aktywna: 99,971%. Liczba przesunęła się o milimetr. Milimetr robił się ciężki.

— Zostajemy przy „trzech dniach”? — spytała Emily.

— Zostajemy — odpowiedziała Leah. — Bo nie mamy nic lepszego.


Dzień 2, południe — próba kontaktu

Emily usiadła przy starym radiu Raviego. Przewinęła pasmo. Raz: pogoda z wczoraj. Dwa: ktoś czyta alfabet. Trzy: „Columbus… anyone?” i zaraz cisza.

— Wyślij coś — poprosił Jason. — Choćby „jesteśmy”.

— Nie chcę krzyczeć do kogoś, kto liczy zdarzenia — odpowiedziała, ale w końcu nacisnęła przycisk. — „Tu ulica… Garaż Franka… drzwi otwarte… potrzebujemy leków…”

Powietrze nie odpowiedziało.

Tyler przywlókł kolejną skrzynkę jajek i wiadro ziemniaków.

— Na farmie jest jak w niedzielę o szóstej — powiedział. — Pusto i słychać własne buty. Zrobię zupę.

— Zupę ze świata — uśmiechnął się Frank. — Woda, ziemniaki i cisza.

Noah wertował książkę dziadka. Litery pachniały starym kurzem.

— Jakbyś się uczył czarów? — zapytała Leah.

— Jakbym wracał do szkoły, w której ktoś znał moje imię — odparł.


Dzień 2, wieczór — miasto „się rusza”

Wracając, minęli kolejną falę. Kapsuły sunęły wolno, drony świeciły uprzejmie. Kilkoro ludzi biegało między autami; chwytaki robiły swoje. Ekran: Populacja aktywna: 99,958%.

— To się nie dzieje szybko — powiedział Jason.

— I dlatego jest gorsze — odparła Emily.

— Wracamy do Leah — zdecydował Frank. — Garaż to teraz nasz adres.


Dzień 3 — nuda i robota

Nuda było słowem, któremu było głupio w tej sytuacji, ale pasowało.

— Nie wiem, co robić, gdy nic nie ma „do zrobienia” — przyznał Tyler, obierając ziemniaki.

— Obierasz ziemniaki — odparła Leah. — I to jest najtrudniejsza robota świata.

Pani Mae drzemała pod kocem. Pan Henderson opowiadał Frankowi o dawnych pilotach do telewizorów.

Noah zapisał: „Sól, bandaż, cukier”. Cukier był z miodu. Wystarczał do herbaty i do zdania: „jeszcze jesteśmy”.

Emily siadła przy radiu znowu.

— Dowództwo? — powiedziała do pustego pasma. — Emily Park, operator, sektor… — urwała. — To nie jest już sektor.

— To jest ulica — poprawił Jason. — I garaż.

Na rogu: Populacja aktywna: 98,5%. Nikt nie wiedział, czy to dużo, czy mało. Wystarczyło, że było mniej.

— Trzy dni minęły — powiedziała Leah tego wieczoru. — I?

— I nic nie „przyszło” — Noah zamknął książkę, jakby to była odpowiedź.

— To co robimy? — spytał Tyler.

Frank postawił na stole miskę zupy. Para zrobiła małą chmurę, która miała kształt konturu Ohio.

— Robimy swoje — powiedział. — Uczymy się gotować na ogniu, trzymać rękę na czole chorego, otwierać stare drzwi i zamykać te, które nas zamykają.

— I słuchać — dodała Emily, wsuwając słuchawkę do ucha. — Bo ktoś, gdzieś, może mówi coś, co nie jest liczbą.

— A jak już wszystko zacznie się ruszać? — zapytał Jason. — Jak zaczną wywozić całe miasto?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 61.6
drukowana A5
Kolorowa
za 89.91