E-book
15.75
drukowana A5
24.11
Kiedy Słońce było Bogiem

Bezpłatny fragment - Kiedy Słońce było Bogiem


Objętość:
26 str.
ISBN:
978-83-8440-318-1
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 24.11

Rozdział 1

Książę Polan

Mnich przybywszy do Gniezna spojrzał na gród. Drewniany, nie był jak zamki z królestw frankijskich czy hiszpańskich. Było w nim jednak coś niezwykłego dla człowieka z świata chrześcijańskiego, który dopiero co dotarł do nowo ochrzczonego państwa.

Na dziedzińcu widać było tłum ludzi handlujących swoimi towarami. Uwagę mnicha przykuli wojownicy, odziani w skórzane płaszcze, mający za broń włócznie i tarcze.

Skierował się do głównego budynku.

— Kim jesteś? — spytał jeden z strażników.

— Sługą Bożym. — odparł mnich.

Ten co mówił zniknął na chwilę w środku domu po czym wyszedłszy z niego rzekł.

— Możesz wejść, klecho.

Gdy wszedł ujrzał bogato zdobione jak na ten region pomieszczenie naprzeciwko wejścia znajdował się tron. Siedzący na nim mężczyzna w sile wieku spojrzał na niego.

— Nazywam się Mieszko, książę Polan. Kim jesteś?

— Prohor panie, na wasze Prokosz. — odpowiedział mnich.

— Spisz moją historię od objęcia przeze mnie władzy, do czasu przyjęcia wiary chrystusowej. — rozkazał Mieszko.

Po odprowadzeniu mnicha książę spojrzał na swoją żonę. Dobrawa spojrzała na niego.

— Wywiąże się z tego, nie martw się. — powiedziała.

Słońce powoli wspinało się nad wzgórzami nad Jeziorem Gopło, oświetlając drewniany gród Polan. Drewniane palisady i strzechy domów nie robiły wrażenia w oczach podróżnych z zachodnich królestw, ale dla tych, którzy w nim żyli, gród był sercem państwa — miejscem, gdzie ród i wojownicy decydowali o losach ziemi.

Siemomysł, władca Polan, stał na murze wraz z młodym Mieszkiem. Syn obserwował mieszkańców, którzy przygotowywali dziedziniec na przybycie posłów z Czech. Wiedział, że nadchodzi czas prób i decyzji, które zdecydują o bezpieczeństwie plemienia i jego przyszłości.

— Ojcze — odezwał się Mieszko, choć głos miał jeszcze niepewny — czy naprawdę musimy gościć Rościsława? Czy jego propozycje sojuszu nie są zbyt… ryzykowne?

Siemomysł odwrócił się i spojrzał na syna. W jego oczach kryła się surowa mądrość.

— Mieszku, młody książę. — rzekł spokojnie — Polityka plemienna nigdy nie była łatwa. Każda decyzja to balans między lojalnością, siłą i zaufaniem. Jeśli odrzucimy Rościsława, Czech może sprzymierzyć się z naszymi wrogami. Jeśli przyjmiemy, sami staniemy się częścią jego sieci wpływów. Nasze plemię nie zna słowa „bez konsekwencji”.

Mieszko przytaknął, choć w jego sercu tliła się ambicja i ciekawość. Wiedział, że kiedyś sam będzie podejmował decyzje i że każda z nich będzie ważniejsza od dnia poprzedniego.

Na dziedzińcu pojawiła się Ludmiła, jego żona, niosąc kosz z jedzeniem dla wojowników i doradców. Jej obecność była jak cichy znak równowagi w świecie władzy, brutalnym i pełnym niepewności. Siemomysł skinął głową w jej stronę, jakby chciał powiedzieć: „Twój spokój jest potrzebny mojemu synowi”.

W oddali słychać było bęben i odgłosy kroków posłów. Mieszko poczuł w piersi drżenie. Wiedział, że nadchodzi moment, który zmieni wszystko — nie tylko dla Polan, ale i dla niego samego. Wkrótce miał nastąpić rytuał, który określi lojalność wojowników i przygotuje plemię na czasy nowych bogów, nowych zwyczajów i przyszły chrzest — symboliczny krok ku nowej erze, która nieuchronnie nadchodziła.

Siemomysł odwrócił się w stronę jeziora, a jego oczy spoczęły na wschodzącym słońcu.

— Synu. — rzekł cicho, jakby sam do siebie — Aby rządzić, trzeba znać nie tylko siłę miecza, lecz i serce ludzi.

Mieszko poczuł, że lekcja właśnie się zaczyna.

Brama grodu otworzyła się powoli, skrzypiąc pod ciężarem dębowych wrót. Na dziedziniec wkroczyli posłowie z południa — trzech mężczyzn w długich, ciemnych płaszczach, z krzyżami zawieszonymi na szyjach, lecz bez ostentacji. Towarzyszyła im garstka zbrojnych, którzy zatrzymali się przy palisadzie, jakby znali swoje miejsce.

Siemomysł usiadł na drewnianym tronie, prostym, lecz solidnym, a Mieszko stanął po jego prawej stronie. Wojowie Polan utworzyli półkrąg — milczący, czujni, z rękami spoczywającymi na rękojeściach mieczy.

Najstarszy z posłów skłonił się lekko.

— W imieniu pana mego, księcia Czech Bolesława, pozdrawiam władcę Polan i jego syna.

Słowo Bolesław zawisło w powietrzu ciężko. Mieszko wiedział, że to imię budzi lęk od Łaby po Sudety.

— Mów — rzekł Siemomysł krótko.

— Południe i północ zbyt długo patrzyły na siebie z nieufnością. Pan mój wie, że Polanie rosną w siłę. Wie też, że Niemcy nie śpią, a ich margrabiowie coraz śmielej spoglądają na ziemie po drugiej stronie Odry.

Na te słowa kilku wojów splunęło w ziemię.

— Bolesław proponuje sojusz, nie podbój — ciągnął poseł. — Sojusz oparty na krwi, wierze i wspólnym wrogu.

Mieszko poczuł, że to zdanie było skierowane bardziej do niego niż do ojca.

— A cena? — zapytał Siemomysł.

Poseł zawahał się ułamek chwili.

— Przyjęcie chrztu. W obrządku zachodnim. I małżeństwo… z panią Dobrawą, córką księcia Czech.

Na dziedzińcu zapadła cisza tak głęboka, że słychać było trzepot chorągwi na wietrze.

Mieszko spojrzał na ojca. Wiedział, że to nie jest tylko propozycja polityczna. To był koniec świata, jaki znali — i początek nowego.

— Jeśli odmówimy? — zapytał Mieszko spokojnie.

Poseł spojrzał mu w oczy, bez arogancji.

— Wtedy Czechy będą musiały szukać bezpieczeństwa gdzie indziej. A Niemcy… oni zawsze są gotowi „nieść wiarę”.

Siemomysł powstał powoli. Był już starym władcą, ale w tej chwili wyglądał jak ktoś, kto rozumie ciężar dziejów.

— Nie dam odpowiedzi dziś — rzekł. — Bogowie… i lud… wymagają namysłu.

— Oczywiście — skłonił się poseł. — Pan mój jest cierpliwy. Ale czas… nie.

Gdy posłowie odeszli, Siemomysł odwrócił się do syna.

— Widzisz teraz, Mieszku? — powiedział cicho. — Nie pytają już, czy jesteśmy państwem. Pytają, jakiej wiary.

Mieszko spojrzał ku słońcu, które chyliło się ku zachodowi.

— A jeśli bogowie się od nas odwrócą?

Siemomysł uśmiechnął się gorzko.

— Władca nie pyta, czy świat się zmienia. Pyta tylko, czy przetrwa wraz z nim.

Mieszko wiedział już, że ta decyzja — chrzest lub wojna — będzie jego dziedzictwem.

Przybyła o świcie.

Nie w triumfie i nie w złocie, jak wyobrażali to sobie wojowie, lecz skromnie — w jasnej sukni, z krzyżem zawieszonym na cienkim łańcuszku i spojrzeniem, w którym nie było strachu. Tylko uważność.

Mieszko obserwował ją z ganku palatium. Nie była piękna w sposób, jaki śpiewali bajarze o boginiach — ale było w niej coś, co kazało ludziom milk­nąć.

— To ona? — zapytał cicho.

— Dobrawa, córka Bolesława — odparł Siemomysł. — Twoja przyszła żona… jeśli zdecydujesz się nią uczynić.

Mieszko skinął głową, lecz nie odpowiedział.

Spotkali się w izbie wyłożonej drewnem. Między nimi stał stół, a na nim dzban miodu i chleb — znak gościny, nie jeszcze przymierza.

Dobrawa pierwsza przerwała ciszę.

— Widziałam wasz gród. — powiedziała po słowiańsku, z lekkim obcym akcentem. — Jest silny. Ale samotny.

Mieszko uniósł brwi.

— Samotność bywa zaletą.

— Do czasu. — odparła spokojnie. — Mój ojciec mówi, że samotne grody płoną najszybciej.

Nie była to groźba. Raczej fakt.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 24.11