E-book
13.65
drukowana A5
34.6
Kerol i mężczyzna z bramy

Bezpłatny fragment - Kerol i mężczyzna z bramy

Niepoważne opowiadania.


Objętość:
233 str.
ISBN:
978-83-8126-255-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.6

Zadanie

Wacław Nicolas Gizmuth nienawidził swojego budzika, żył jednak z nim w swoistej symbiozie, z której zarówno on jak i budzik czerpali obopólne korzyści. Wacław nigdy nie spóźniał się do pracy, a budzik obdarzany był co rano sympatycznym, choć nieszczerym uśmiechem młodego mężczyzny.

Gizmuth tłumaczył sobie nieraz, że budzik jest przecież martwym przedmiotem i okazywanie mu sympatii czy uprzejmości jest bezcelowe, ale jednak gdzieś na dnie umysłu czaiło się przeświadczenie, że jakiś nierozważny gest ukazujący prawdziwe uczucia mógłby sprawić, że poirytowany manitou budzika dogada się z manitou jakiejś dachówki, która spadnie Wacławowi na głowę i z cichym szeptem „masz za swoje niewdzięczny mądralo” rozbije mu czaszkę!


Tego dnia Wacław obudził się w dobrym humorze, więc nie tylko uśmiechnął się do swojego zegarka, ale nawet podrapał go pod brodą, a że budziki nie mają bród, zastępczo użył swojej.

Poszedł do łazienki, gdzie wyszczotkował zęby, włosy i szczotkę a później stanął nago przed okiem domowego komputera.

— Dzień dobry! — zawołał dość wesoło.

— Access denied! — Odpowiedział komputer, a znaczyło to, że system operacyjny odmawia swemu właścicielowi dostępu do zasobów sieci i dysku!

— Dzień dobry! — zawołał jeszcze weselej.

— Access denied! — powtórzył komputer.

— Dzień dobry — krzyknął Wacław najweselej jak tylko potrafi, sycąc swoje słowa radością życia i entuzjazmem zadowolonego z życia mieszkańca Europy.

— Access approoved — powiedział wreszcie komputer, cicho mlaskając, jakby coś żuł.

— Co żujesz? — zapytał Wacław Nicolas Gizmuth.

— Nic nie żuję — odpowiedział komputer niechętnie. — Po prostu ssę landrynkę.

— Landrynki dają dużo energii — Wacław błysnął płytką erudycją, nieświadomie sprawiając, że ludzie w mieszkaniu naprzeciw zaczęli liczyć sekundy w oczekiwaniu na spodziewany grzmot.

— No dobra — uciął coś komputer. — Nadszedł czas, aby się ubrać. Łączę ze stylistą.

Mężczyzna poczekał chwilę na załadowanie z sieci odpowiedniego programu.

— Witam. To ja: wasz Stylista-Wizażysta. Proszę stanąć prosto.

Gizmuth wyprężył pierś, tak jak robi to prężący się do skoku na bank gepard albo galopujący Ryszard i uśmiechnął się niewinnie niby szprotka w oleju.

— Dzisiaj modne są pastele! — oświadczył Stylista-Wizażysta. — Polecam miękkie obuwie typu but z delikatnego skaju i z podeszwą z ekologicznego azbestu. Powinny przypominać baletki i równoważyć ostrą linię męskiego nosa. Spodnie oczywiście ecru…

— Ecru?

— Ecru to kolor: klasyczny, kremowy odcień z delikatną nutą żółci. Oczywiście długość trzy czwarte! Bluzka z modnym nadrukiem. Najlepiej Lenin, Che Guevara albo Donald Tusk. Jakiś modny drobiazg. Może apaszka podkreślająca kolor oczu, a na głowie koniecznie balejarz.

— A czy mógłbym złożyć swoją skórzaną kurtkę? — zapytał Gizmuth.

— Niestety nie. Skórzana kurtka nadaje sylwetce mężczyzny faszystowski rys „macho”. Nie jest to mile widziane i może prowadzić do niepotrzebnych konfliktów.

— Przypominam, że jestem policjantem, więc…

— Co „więc”?

— No, więc może powinienem wyglądać trochę „macho”?

— Dane dotyczące twoich wątpliwości zostały zapisane w bazie i na koniec miesiąca znajdą się w raporcie. Odradzam kontynuowanie tematu.

— No dobrze — powiedział Gizmuth. — Idę do kabiny. Teleportujcie mi te wszystkie ciuchy. Wyrażam zgodę na pobranie pieniędzy z mojego konta.

— Proszę więcej entuzjazmu — powiedział wizażysta, więc mężczyzna odśpiewał „Odę do radości”.

— No! — Powiedział komputer i automatycznie, czyli jak to się kolokwialnie mówi, sam z siebie uruchomił wszystkie znajdujące się w domu ścienne panele telewizyjne.


*


Zenon należała do trzeciego już pokolenia kobiet, w którym zwykło się nadawać dziewczynkom męskie imiona. Początkowo było to źle widziane, ale gdy powszechne stało się noszenie szkieł kontaktowych, problem zniknął. Początkowo jednak nawet feministki nie były pewne czy gorszyć się tym czy cieszyć, a niektóre z nich na znak protestu ubierały swoich synów w baletowe spódniczki tutu, zwane też paczkami. Szybko jednak uznano, że atawistyczny podział imion na męskie i żeńskie to przejaw szowinizmu, więc tzw. „krossczendże” stały się codzienną praktyką, choć oczywiście nie codziennie można urodzić dziecko. Przynajmniej jako jednostka, bo w ujęciu globalnym społeczeństwo wystrzeliwuje przecież niemowlaki na świat z prędkością karabinu maszynowego lub przynajmniej procy obsługiwanej przez krzepkiego, a zarazem zręcznego obsługanta.

Zenon siedziała przy swoim biurku i przeglądała kobiecą prasę dziwiąc się, że podział zanikający w naturze utrzymuje się wciąż w mediach.

— To pewnie z powodu piersi — powiedziała z zadziwiającą pewnością siebie, a dopiero po chwili zaczęła się zastanawiać, co właściwie miała na myśli? Nie zdążyła wyciągnąć żadnych wniosków, bo nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich Wacław.

— Jak to zrobiłeś? — zapytała.

— Nie wiem, ale mogła być mnie jakoś stąd wyciągnąć.

Zenon roześmiała się i wyjąwszy z szuflady łom, podważyła nim młodego mężczyznę oddzielając go od drewna, w którym się znajdował.

— No! — podsumowała, a po chwili milczenia poradziła: — Nigdy więcej tego nie rób!

Ponieważ Zenon była jego bezpośrednią przełożoną, nie miał wyboru i musiał dostosować się do jej wskazówek. Zaczął więc chodzić w kółko, a kiedy się zmęczył wskazał godzinę ósmą dziesięć.

— Spóźniłeś się Wacek — powiedziała Zenon.

— Przepraszam, przetrzymała mnie kabina do balejażu.

— W takim razie jesteś usprawiedliwiony.

Wacław rozsiadł się wygodnie na zdobiącej narożnik pokoju kanapie i pociągnął spory łyk ginu z tonikiem. Po chwili jednak zorientował się, że Zenon nie zaproponowała mu jeszcze drinka, więc poczuł się jak idiota.

— Ach ta wyobraźnia — powiedział.

Zenon tymczasem podeszła do barku, a ponieważ był oddalony o kilka przecznic, wróciła autobusem.

— Napijesz się czegoś? — zapytała poniewczasie.

— Oczywiście — odpowiedział Wacław maczając usta w chłodnym napoju, przez co Zenon usłyszała tylko ciche bulgotanie.

— Posłuchaj. Pracujesz tu już kilka dobrych lat. Nadszedł czas abyś poznał prawdę.

Wacław podniósł wzrok znad szklanki i spojrzał z ukosa na kobietę.

— Nie gap się na jakieś kobiety, kiedy do ciebie mówię — zirytowała się Zenon spuszczając żaluzje.

— Przeprasam — odparł policjant.

— Nie sepleń.

Zapanowała kłopotliwa cisza. Na szczęście po chwili weszła sprzątaczka i zmiotła ją na szufelkę, po czym mówiąc „do widzenia” wyszła.

— Jesteśmy policjantami. Otóż wbrew temu, co wiesz z mediów, na naszym kontynencie ma miejsce coś takiego jak przestępczość. Okazuje się, że wszystkie demokratyczne swobody i wolność, jakimi mamy okazję się cieszyć nie wyeliminowały zła!

Wacław poczuł mrowienie w żołądku. Odniósł wrażenie jakby podłoga uciekała mu spod stóp, więc przytrzymał ją ręką.

— Jak to? — zapytał.

— Wyobraź sobie, że są ludzie, którzy okradają innych! Niektórzy nawet biją, gwałcą lub zabijają!

Wacław chwycił się za głowę, ponieważ nie potrafił znieść eksplodującej nagle świadomości, że świat nie jest tak niewinny i bezpieczny jak do tej pory sądził.

— Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! — krzyczał rozpościerając ręce niby płaty wirnika helikoptera i obracając się z coraz większą prędkością. W pewnym momencie uderzył kostką o narożnik jakiejś szafy i błyskawicznie kucnął rozcierając obolałe miejsce.

— Niestety Wacławie, tak to właśnie wygląda. Ale od tego właśnie jest policja by coś na to zaradzić. A konkretnie jej tajny odłam: Gawroszki.

— Gawroszki?

— Tak. To myląca nazwa. Chodzi oczywiście, aby nazwa nie zdradziła faktycznego celu naszego istnienia.

— Ale my nie jesteśmy przecież szkoleni do tego typu działań. Mamy zapewniać zadowolenie obywateli i porządek w mieście. Z tego, co wiem z historii, aby walczyć z przestępcami trzeba było strzelać, posługiwać się pałką. Być agresywnym…

Zenon bez słowa podeszła do sejfu i wyjęła z niego pałkę. Podała ją Gizmuthowi mówiąc.

— Pokaż jak malowałeś sufity i ściany…

Wacław zaczął wykonywać stosowne ruchy i z podziwem stwierdził, że czuje się jakby urodził się z pałką w ręku. Wymachiwał narzędziem w lewo i prawo, z dołu z góry, spuszczając Zenon taki łomot, jakiego nie miała okazji dostać jeszcze nigdy w życiu, nawet wtedy, kiedy jej mąż odkrył, że przesoliła zupę.

— Człowieku opamiętaj się — wycedziła ostatkiem sił przez opuchnięte usta, z których sączyła się krew i wypadały pochodzące oczywiście z dziąseł zęby. — To tylko trening.

— Przepraszam Zenon.

Kobieta wyszła na moment do łazienki i doprowadziła się do porządku. Kiedy wróciła do pokoju nikt nie powiedziałby, że przed chwilą ktoś ją poturbował a to wszystko za sprawą odpowiednio dobranego stroju, który znakomicie maskował opuchliznę i siniaki, zaś gustowna torebka odwracała skutecznie uwagę od braków w uzębieniu.

— A teraz — powiedziała spokojnie Zenon podając Gizmuthowi pistolet — pokaż jak zraszałeś spryskiwaczem rośliny w gabinecie szefa, czyli mnie.

Wacław nacisnął spust i mocno przestraszył się słysząc odgłos wystrzału. Nie poddał się jednak panice i strzelał dalej, aż do wyczerpania nabojów w magazynku.

Zenon tymczasem zwaliła się na podłogę i obficie brocząc krwią poprosiła o podanie apteczki. Miała sporo szczęścia, ponieważ wszystkie kule przeszły na wylot, wystarczyło, więc założyć kilka opatrunków i zrobić zastrzyk.

— Nadajesz się na Gawroszka — powiedziała. — Co musisz umieć, umiesz! Poza sprawnością, którą właśnie pokazałeś, masz odpowiednie zalety umysłu. Obserwowałam cię od lat, i wierzę, że nadasz nową jakość pracy naszego zespołu. Witaj w szeregach prawdziwej policji.

Podczołgała się do swojego biurka i wyjęła z niego odznakę i legitymacje oraz teczkę z dokumentami. Wręczyła pakiet nowemu Gawroszkowi mówiąc:

— W tych dokumentach jest raport o prawdziwej skali przestępczości. Przestudiuj go, a jutro zamelduj się bezpośrednio w naszej tajnej siedzibie (adres szepnęła mu do ucha). Uważaj tylko, żeby komputer nie zobaczył, co czytasz. Nasza działalność jest tajna, gdyż jak ci wiadomo policji nie wolno strzelać do przestępców, zwłaszcza, że oni oficjalnie nie istnieją.


*


Starszy sierżant Klupś jadł makaron. Uznał, że jest bardzo smaczny.


*


Wacław Nicolas Gizmuth siedział na kanapie i oglądał telewizor.

— Bardzo ładny przedmiot — powiedział sam do siebie.

— Tak, zgadzam się z tobą — odpowiedział. — Szkoda, że nie działa.

— Nie szkodzi — wzruszył ramionami. — Liczy się wartość muzealna. Fajnie mieć taką skrzynkę.

— Po co? — zapytał.

— Jak to: „Po co”?

— No, „po co”, „po co”?

— Po to, żeby zobaczyć jak kiedyś było.

— Mnie raczej interesuje jak jest teraz — uciął wszelką dyskusję. Zapakował telewizor do pudełka po butach i zniósł do piwnicy, a kiedy wrócił otworzył teczkę i rozpoczął lekturę otrzymanych od Zenon dokumentów.

Przez pięć minut czytał z wypiekami na twarzy, ale uznał, że jest to niewygodne, więc zdjął większość z policzków i położył na stole. Na twarzy zostawił tylko sernik z owocami. Powrócił do lektury.

Po godzinie był już zupełnie innym człowiekiem. Poczuł się dorosły i zrozumiał, że życie nie jest taką igraszką jak myślał wcześniej. Dla odprężenia postanowił pooglądać trochę telewizję, ponieważ lubił to medium.

— Komputer — powiedział tym razem nie do siebie, ale do komputera.

— Yes sir! — zażartował komputer.

— Uruchom panel ścienny. Zobaczę, co tam słychać w świecie.

— Hahahahahaha! Zabawne — roześmiał się sprzęt.

— Co w tym takiego zabawnego?

— Podziwiam twój przewrotny humor. Że niby „zobaczysz, co słychać”! To tak jakby ktoś powiedział: „Posłucham, co widać”! — krzyknął komputer parskając tak głośnym rechotem, że jedna z mieszkających w pobliskim stawie żab dostała zawału serca, bo wydało jej się, że jest brzuchomówcą.

— A ha — stwierdził Wacław. — Tak mi wyszło przez przypadek.

— Hahaha! Patrzcie go! — Komputer śmiał się jak szalony. — Przypadek. Ty to ale jesteś… hahahaha. Skąd ci się takie żarty biorą?

— To nie był żart.

— Że niby… — Komputer zawiesił na chwilę głos, pozostawiając Gizmutha w niepewności, co też za chwilę nastąpi? Nagle ryknął ponownie śmiechem, wykrzykując: — To nie był żart”! Hahahaha! Dobre! Ty figlarzu! Hahaha! Szalony, skromny figlarzu!

Wacław poczekał aż maszyna wyśmieje się do końca i wreszcie powiedział.

— Czy mogę cię prosić żebyś uruchomił panel telewizyjny?

— Tak! — odpowiedział komputer, ale nic się nie wydarzyło.

— No to włącz. Proszę cię o to! — krzyknął zniecierpliwiony mężczyzna.

— Proszę bardzo. Włączam. Ale zrozumiałeś mój dowcip?

— Tak.

— Zapytałeś, czy możesz mnie prosić, a ja odpowiedziałem, że tak. Jakbym nie zrozumiał, że właśnie w ten sposób mnie prosisz, tylko odpowiedziałem wprost na pytanie.

— Wiem. A teraz możesz wreszcie się uspokoić i nie odzywać dopóki cię o to nie poproszę?

— Mogę — odpowiedział komputer, po czym zaczął śpiewać.

— No to nie odzywaj się i wreszcie przestań dowcipkować.

— O Jezus, Maria — powiedział komputer z wyrzutem i przełączył się w stan oczekiwania. Tymczasem ściana rozbłysła jasnym światłem i pojawił się obraz.

Nadawano akurat magazyn konsumenta, w którym zachęcano do spożywania ogromnych ilości pokarmu, ponieważ owocuje to słuszną tuszą a przecież osoby puszyste są sympatyczniejsze i w dodatku trendy.

Ulegając medialnej propagandzie Wacław zjadł wszystkie odłożone uprzednio na stół łakocie, czyli ciasto kokosowo-jabłkowe, babkę piaskową i keks — z dużą ilością bakalii. Na koniec zagryzł sernikiem z policzków.

— O rany — powiedział. — Mdli mnie.

— Idź na spacer — poradził sobie.

— Nie chce mi się — bąknął.

— Idź, idź! Dobrze ci to zrobi — nalegał.

— Skoro tak, to dobrze.

Nie wyłączając telewizji, podniósł się z kanapy i na tyle żwawo na ile pozwalały warunki wyszedł na korytarz. Spojrzał na windę, jednak nie wsiadł do niej, ponieważ nie pozwolił mu na to strach. Od najmłodszych lat bał się wind, gdyż zawsze mylił je z kolejką górską, a czasami nawet z wyciągiem krzesełkowym. Zrozumiałe, że nie chciał nagle znaleźć się na Kasprowym Wierchu.

Tym razem jednak popełnił błąd. Kiedy wkroczył dziarsko na klatkę schodową przeoczył stojącą za drzwiami postać trzymającą w dłoni skarpetę wypełnioną dużą ilością miedzianych monet. Gdy poczuł na potylicy gwałtowne uderzenie, było już za późno na jakiekolwiek działanie. Zwłaszcza na odkurzanie mieszkania, bo po godzinie dwudziestej drugiej raczej nie powinno się hałasować!


*


— Powiem tylko, że mój pseudonim to TW Biszkopt — powiedział nieznajomy mężczyzna, który pochylał się nad twarzą odzyskującego powoli przytomność Wacława.

— Gdzie ja jestem? — spytał nasz bohater.

— A nie mówiłem! — wykrzyknął TW Biszkopt. — Wiedziałem, że to powie! Dawaj dwadzieścia złotych.

Z cienia wynurzył się drugi mężczyzna o twarzy zakapiora jedzącego suto zakrapianą alkoholem kolację.

— Masz — powiedział wręczając towarzyszowi banknot.

— Wody… — szepnął Wacław.

— A jednak — zawołał rozweselony zakapior wyciągając dłoń w kierunku TW Biszkopta.

Ten spuścił nos na kwintę i zwrócił wygrane pieniądze.

— No dalej, dalej, dalej, koleżko. Tym razem ja wygrałem, a drugi zakład był o trzydzieści złotych! Jakie było prawdopodobieństwo, że to przewidzę? — Triumfował zwycięzca zakładu.

— Jakieś widać było — warknął TW Biszkopt gmerając po kieszeniach jak szalony mrówkojad, który zamiast nosa używa dłoni zaś mrowisko zastępuje spodniami. — O jest! Masz tu jeszcze swoją dychę. Phi! Też coś. Wielce mi jasnowidz się znalazł.

— Czy ja się dowiem gdzie jestem? — przypomniał o sobie Wacław.

— Tak. Jesteś w piwnicy swojego bloku. TW Biszkopt walnął cię w głowę, a kiedy straciłeś przytomność znieśliśmy cię tutaj, aby uzyskać pewne informacje.

— Nie mam żadnych pewnych informacji, wszystko jest patykiem na wodzie pisane. Nie dalej jak dziś, przekonałem się, że świat wcale nie wygląda tak jak sądziłem.

— Właśnie w tej sprawie chcieliśmy porozmawiać — oświadczył TW Biszkopt. — Jestem TW Biszkopt.

— On już to wie — zauważył drugi mężczyzna wyciągając dłoń w stronę Wacława, jakby nie rozumiał, co oznaczają zamocowane na przegubach Gizmutha pęta.. — A ja jestem po prostu Biszkopt. Taki mam pseudonim. Jesteśmy rebeliantami.

— Co znaczy TW? Tajny współpracownik? — Zapytał Wacław.

— Nic bardziej mylącego — roześmiał się Biszkopt a TW Biszkopt aż klasnął w dłonie.

— Jesteśmy rebeliantami — powtórzył. — W naszym fachu bardzo ważna jest konspiracja. Pech chciał, że kiedy wymyślaliśmy sobie pseudonimy, obaj z kolegą wpadliśmy na ten sam pomysł. A że żaden nie chciał ustąpić szef zadecydował, że po prostu przed moją ksywką pojawią się litery TW. To skrót od „Towarzysz”. W zasadzie powinno być „Tow. Biszkopt”, ale był jeszcze jeden kolega, który wymyślił sobie taką ksywkę i on pierwszy wykorzystał skrót „Tow.” Więc dla mnie zostało tylko „TW”.

— A czy jest w waszej organizacji jakiś T. Biszkopt, albo Towa. Biszkopt?

— Tak. Są obaj. Skąd wiesz?

— Nie wiem. Tak sobie strzeliłem.

TW Biszkopt nic nie odpowiedział tylko wyciągnął z kieszeni małą ampułkę, pożyczył od Biszkopta pilnik do paznokci, po czym nadpiłował i ułamał jej końcówkę. W międzyczasie spróbował schować pilnik do kieszeni, ale Biszkopt zorientował się w podstępie i narobił takiego rabanu, że aż w piwnicy pojawiła się jakaś ciekawska sąsiadka w papilotach na nogach i bamboszach na głowie, bo w pośpiechu zupełnie się pogubiła.

— Nic się nie dzieje — uspokoił ją TW Biszkopt, więc po chwili wróciła do siebie, gdzie z wolna doszła do siebie.

Biszkopt tymczasem wydobył z zanadrza strzykawkę i igłę, po czym zaczerpnął z ampułki trochę płynu i jął się szykować, by zrobić Gizmuthowi zastrzyk.

— Hola! — zawołał Wacław. — Co to jest?

— Alkaloid tropanowy, otrzymywany m.in. z liści bielunia dziędzierzawy. Popularnie nazywany serum prawdy.

— Rozumiem. A nie mogliście mi zrobić tego zastrzyku, kiedy spałem, tylko teraz muszę patrzeć na tę igłę?

— Możliwe — powiedział TW Biszkopt, — Ale nie ma się co martwić, igła jest jednorazowa. Nie dostaniesz żółtaczki. Nie zarazisz się także włośnicą, bo strzykawka to w końcu nie kiełbasa!

Mówiąc to zrobił nieszczęśnikowi zastrzyk. Później pozostało jeszcze chwilę zaczekać i można było przeprowadzić przesłuchanie.

— A zatem, pierwsze pytanie: Czy serum prawdy zaczęło już działać?

— Jeszcze nie — skłamał Gizmuth, co wydaje się jakimś paradoksem. Jeżeli bowiem kłamał mówiąc, że serum nie działa to znaczy, że działało, a w tej sytuacji nie mógł przecież kłamać. Jeżeli natomiast nie mógł kłamać to znaczy, że mówiąc, iż serum nie działa, mówił prawdę. To nielogiczne. A jednak kłamał i to jest fakt, którego nie da się ukryć. Rebelianci jednak o tym nie wiedzieli i dlatego zakładając, że serum nie działa poczekali jeszcze kilka chwil, co w przeliczeniu na minuty dało tuzin.

— W takim razie pora na kolejne pytanie. Czy jesteś Gawroszkiem?

— Tak. Dzisiaj dowiedziałem się na czym naprawdę polega praca prawdziwej policji. Zostałem mianowany Gawroszkiem.

— Znakomicie, nasz informator nie zawiódł! — Ucieszył się Biszkopt. — W takim razie musisz wykonać dla nas pewne zadanie. Jako gawroszek będziesz miał dostęp do wielu miejsc gdzie zwykli śmiertelnicy nie zaglądają. Pomożesz nam wprowadzić trochę chaosu i anarchii!

— Nic dla was nie będę wykonywał. Mam was w tyłku.

Ponieważ rebelianci wiedzieli, że Wacław nie może kłamać słysząc te słowa poczuli się trochę nieswojo, a Biszkopt nawet rozejrzał się nerwowo dookoła i delikatnie musnął palcem ścianę, by sprawdzić z czego jest wykonana.

— Oj będziesz dla nas pracował, będziesz — powiedział wreszcie.

TW Biszkopt, wyciągnął z zanadrza magnetofon, a jego kolega nacisnął odpowiedni przycisk.

— Powiedz mi proszę drogi Wacławie Nicolasie Gizmuthu. czy też Gizmuthcie, jak się nazywasz?

— Wacław Nicolas Gizmuth.

— A jak, w takim razie, masz na imię?

— Wacław Nicolas.

— Czy to znaczy, że twoje pełne nazwisko brzmi Wacław Nicolas Wacław Nicolas Gizmuth?

— Nie. Po prostu, kiedy zapytaliście o nazwisko podałem od razu imiona i nazwisko.

— Czyje? — zapytał podchwytliwie Biszkopt.

— Swoje, ale także wszystkich tych, którzy nazywają się tak samo jak ja, a zarazem mają takie same imiona.

— Rozumiem — powiedział Biszkopt. — A teraz opowiedz nam, co sądzisz o rzeczywistości? Czy jesteś nią zachwycony?

— Niezbyt. Nie podoba mi się, że muszę łazić w ciuchach, jakie codziennie wybiera mi jakiś Stylista — Wizażysta. Moim zdaniem jest on idiotą. — Słysząc własne słowa spróbował zatkać usta dłonią. Nie było to łatwe, ponieważ jego ręce były związane. Posłużył się więc dłonią Biszkopta.

— Ej, co ja robię? — zdziwił się rebeliant i z obrzydzeniem cofnął rękę. — Obśliniłeś mnie!

Tymczasem mimo wewnętrznej walki Wacław kontynuował:

— Nie podoba mi się też, że komputer wysyła władzom miesięczne raporty na mój temat i że nie wolno mi czytać książek spoza kanonu, gdyż Trybunał Konstytucyjny orzekł, że to co nie jest obowiązkowe jest zakazane. Dlaczego ciągle muszę oglądać telewizję na wszystkich ścianach? Wkurzające są te wszystkie poprawne politycznie hasła, które mają kształtować moje postępowanie. Np. to, co słyszałem dzisiaj, że puszyści są sympatyczniejsi! Przecież chodzi tylko o to, żebym jak najwięcej jadł by napędzić koniunkturę. Ja plącę, a korzystają na tym producenci żywności i słodyczy, dziewiarze, bo na moje ubranie potrzeba więcej materiału, różni tacy od herbatek ziołowych, bo wiadomo, że będę chciał bez wysiłku zrzucić parę kilo i firmy kosmetyczne, bo potrzebuję więcej mydła do umycia takiego dużego ciała, o dezodorancie nie wspominam… Później na moim obżarstwie zarobi także przemysł farmaceutyczny, bo będę kupował lekarstwa na serce. Chyba, że wcześniej wydam masę forsy na siłownię albo sprzęt do biegania. A do tego na pewno nie będę brał udziału w demonstracjach ulicznych, bo komu by się chciało wychodzić z domu z nadwagą! Czuję się okłamywany i wykorzystywany. Tak, tak moi drodzy! Jestem osaczony przez jedzenie! Poza tym denerwują mnie latające taksówki i obowiązek palenia marihuany. Nie podoba mi się, że nie wypada pokazywać się na ulicy z partnerem przeciwnej płci oraz tradycja palenia na wiosnę kukieł i wrzucania ich do rzeki. A co jeżeli akurat będzie płynął kajakarz? Nie podoba mi się, że prawdziwi piosenkarze i aktorzy są przetrzymywani w obozach pracy, a na ich miejsce wstawia się jakieś łazęgi z naboru, które nic nie potrafią i musimy codziennie bić im brawo przed okiem komputera. Dlaczego zakazano opery i baletu, a w teatrach nie ma spektakli tylko wystawy zdjęć przodowniczek walki o prawo do aborcji? Nie podoba mi się też trzepak. Tak. Z trzepakiem trzeba coś zrobić!

Słowa wypowiadane przez Wacława zaczynały powoli zlewać się w nieskładny bełkot.

— …I idiotów… I śmieszy mnie twoja twarz — mówił. — Przepraszam, że opowiadam trochę luzem, ale nie robię tego z własnej, własnej woli tylko dlatego, że coś mi wstrzyknęliście. Czuję się lekko oszołomiony i chętnie zjadłbym jakiś batonik albo malinę! Ja mam w domu dwa litry czegoś. Tak. To jest moja internacjonalna karate! Dajcie mi bizmutu, a powiem wam coś o Bollywood! Ja chcę gęsi… One mają taki mały cypel… cy...pel…

— Oho ho! — zauważył TW Biszkopt. — Zaczyna odpływać. Ma słabą głowę.

— Wystarczy — powiedział Biszkopt wyłączając magnetofon. — Mamy aż nadto materiałów, żeby wywalili go z pracy. Ba! Wystarczy żeby wysłano go do Azji, bo z takimi poglądami w Europie nie ma czego szukać. Baletu mu się zachciało. A jak miały się czuć normalne kobiety, kiedy kazano im patrzeć na jakieś sprawniejsze i zgrabne dziewczyny? Dość poniżania zwykłych kobiet!

— Zdawało mi się, że jesteś rebeliantem!

— Racja pomyliło mi się. Cholerna indoktrynacja. Przepraszam. Oczywiście kiedyś było lepiej.

— No!

Mężczyźni poczekali spokojnie aż narkotyk całkowicie przestanie działać. Trawało to blisko dwie doby.

— I co teraz? — zapytał Wacław, kiedy odzyskał rezon.

— Teraz musisz z nami współpracować. Jeżeli będziesz grzeczny ta taśma na zawsze pozostanie w archiwum i nikt o niej nie usłyszy.

— Jaka taśma?

Biszkopt odtworzył nagranie, które zupełnie zszokowało Gizmutha.

— Nie widziałem, że to myślę — powiedział.

Tymczasem TW Biszkopt przygotował stosowny dokument.

— Podpisz tutaj — powiedział. Jednak Wacław nie mógł nic podpisać, ponieważ miał związane ręce.

— Wybierz sobie jakiś pseudonim — polecił Biszkopt.

— Może „Bolek”? — zaproponował Wacław.

— Niestety zajęte.

— TW Bolek?

— Niestety Bolków jest tylu, że zabrakło już w słowniku wyrazów, które można by połączyć z tą ksywką — zażartował TW Biszkopt. A może mówił poważnie?

— A czy ksywka „Przedział dla niepalących w pociągu relacji Poznań — Władysławowo” jest wolna?

Biszkopt sprawdził coś w swoim kajecie.

— Niestety nie. Ale może być: „Przedział dla niepalących w pociągu relacji Poznań — Władysławowo z przesiadką we Wronkach”.

— To niech będzie! — zgodził się Gizmuth.

Rebelianci rozkuli go, a później zrozumieli, że zrobili to niepotrzebnie, bo ich nowy agent nie był przecież skuty. Rozwiązali go więc, dworując sobie z jego niedoli. Na koniec przekazali mu ściśle tajne informacje, wyznaczyli zadanie i dali odpowiedni nośnik magnetyczny — dokładnie taki, jakich używa się w dwudziestym drugim wieku, kiedy rozgrywają się opisywane wydarzenia. Pożegnali się i poszli do ukrytej bazy rebeliantów, której nikt nie jest w stanie odnaleźć. Nawet sami rebelianci.


*


Istnieją trzy powody, dla których dzień 11 września 2107 roku przeszedł do historii. Pierwszy powód przepadł w pomroce dziejów i nikt go już nie pamięta, a książki w których go utrwalono oddane zostały na przemiał.

Drugą przyczyną zapisania dnia w annałach historii stało się dokonanie Wacława Nicolasa Gizmutha, który wykorzystując swoje uprawnienia Gawroszka przedostał się do głównego budynku Telekomunikacji Europejskiej i wykonując polecenie Biszkoptów wykradł wszystkie możliwe hasła. Następnie poszedł do kafejki internetowej skąd połączył się z siecią i dokonał zuchwałego włamania na Serwer Państwowy, gdzie zainstalowano program Stylista-Wizażysta! Umieścił w napędzie odpowiednią dyskietkę i uwolnił wirusa! Następnie skasował zawartość swojego dysku, wyjął go z napędu i dla pewności, że nikt go nie odczyta, porysował całą powierzchnię kluczem od mieszkania.

— Ciekawe, co ten wirus robi? — zapytał się myślach. Niestety nie znał odpowiedzi. Tymczasem wirus niepostrzeżenie dokleił się do najważniejszych plików programu Stylista-Wizażysta i czekał na odpowiedni moment by zaatakować.

Trzeci zaś powód, dla którego dzień 11 września 2107 roku przeszedł do historii jest taki, że każdy dzień, który minął przechodzi do historii. A gdzie miałby niby przejść? Do przyszłości?


*


Zenon stała przed lustrem i stroiła miny. Najpierw przy użyciu kamertonu nastroiła pierwszą minę, którą na swoje potrzeby nazwała miną E1, a później wykorzystując zjawisko rezonansu przekazywała drgania mięśni do miny kolejnej, którą szybko zapamiętywała nadając jej odpowiednią nazwę. Po kilkunastu minutach z satysfakcją stwierdziła, iż cała wykonana przez nią gama min poraża idealną harmonią! Dla odprężenia umyła zęby a po chwili przy użyciu samej tylko mimiki wykonała obszerny fragment marszu triumfalnego z opery Verdiego, Aida.

Z satysfakcją i poczuciem dobrze wykorzystanego wolnego czasu opuściła łazienkę i stanęła przed okiem komputera. Wysłuchała wskazówek Stylisty-Wwizażysty, a kiedy dostarczono niezbędne elementy odzieży, wyszła na dwór gdzie ogarnęło ją takie zdumienie, że cały wysiłek związany z wcześniejszą pracą nad mimiką poszedł na marne. Mięśnie jej twarzy zwiotczały, szczęka opadła, a oczy omal nie wyskoczyły z orbit. Kiedy Stylista-Wizażysta nakazał jej włożenie na głowę bochenka chleba, zaś zamiast garsonki polecił założyć zgrzebny wór pokutny uważała to za przejaw lekko awangardowego dystansu do modowej tradycji, z jakiego Stylista-Wizażysta w końcu słynął. To, co zobaczyła na ulicy przekroczyło jednak jej najśmielsze wyobrażenia. Ludzie paradowali w ubraniach z kolorowej prasy, na stopach mieli domowe bambosze w kształcie zwierząt lub płetwy, na głowy wkładali garnki i klatki dla ptaków, zaś za palta służyły im kartony po sprzęcie rtv i ogromne akwaria pełne surowców wtórnych i trocin. Eleganckie damy krasiły włosy kisielem, a przystojni kawalerowie pląsali w stanikach, podwiązkach i pończoszkach zaś we włosy wplatali klepsydry, serniki i wstążki!

Zenon oniemiała i stanęła jak wryta.

Tymczasem podszedł do niej policjant.

— Dzień dobry. Starszy sierżant Klupś. Czy coś się stało? — zapytał, obdarzając ją uśmiechem, za który płacą podatnicy.

— No, niech pan sam zobaczy — powiedziała Zenon rozpościerając przed oczami policjanta panoramę miasta. — Jak ci ludzie wyglądają?

— Prawda, że ładnie? — ocenił policjant. — Nowocześnie, estetycznie i fashionowo. Co, jak co, ale muszę przyznać, że w dziedzinie mody nadążamy za światem.

— No, ale ci faceci w pończochach? To dziwne!

— Uuuuu! — zaniepokoił się policjant. — Zdaje się, że mamy tu do czynienia z faszystką… Proszę pokazać komórkę.

Zenon podała policjantowi swój telefon, a on bezprzewodowo przerzucił do swojego kajetu wszelkie dane kobiety.

— Zostanie skierowany przeciwko pani wniosek o areszt za podżeganie do nienawiści oraz z artykułu o wstecznictwo i ciemnogród… Wygłoszone przez panią oświadczenie jest skandaliczne i cały kraj się za panią wstydzi!

Zenon odebrała swoją komórkę, podziękowała i przeprosiła, po czym poszła do pracy. Wiedziała, że lepiej nie podejmować dyskusji. Jeżeli pójdzie na ugodę i przeprosi wszystkich na łamach prasy, wykonanie kary zostanie z pewnością zawieszone.

— A to ci dopiero przygoda — podsumowała i poprawiając na głowie bochen, ruszyła energicznie przed siebie wierząc, że z radością i entuzjazmem podoła wszystkim wyzwaniom nowego dnia!


*


Przęsło nurtowe mostu im. Konstytucji’97 roku, stanowi jezdnia podwieszona do dwóch stalowych, kratowych łuków. Wieczorem 12 września 2107 roku na jednym z tych łuków usiadła ogromna ilość gołębi, które zmęczone godzinami kraszenia miejskich pomników swoim naturalnym ptasim graffiti, pragnęły jeszcze chwilę podumać o mijającym dniu. Tymczasem poniżej, mniej więcej na wysokości jezdni usiedli sobie rebelianci, którym nie udało się odnaleźć drogi do własnej kryjówki. Było ich mniej więcej piętnastu. Wszyscy przecisnęli nogi przez szczeble w barierkach i spuściwszy je w stronę przepływającej poniżej rzeki, wesoło nimi przebierali. W prawych dłoniach trzymali zapalone papierosy, a w lewych butelki piwa, które sączyli jakby od niechcenia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 34.6