E-book
15.75
drukowana A5
37.78
Kathra

Bezpłatny fragment - Kathra

Przerwij spadek, który jest obciążeniem z pokolenia na pokolenie. Uratuj ród.


5
Objętość:
158 str.
ISBN:
978-83-8455-247-6
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 37.78

Plaża

Upalny dzień dobiegał końca. Słońce przestało już smażyć i wyduszać resztki potu ze zmęczonych, opalonych ludzkich ciał, niemniej powietrze było nadal ciężkie i niczym rozgrzane żelazo tłamsiło się w bezruchu. Fale morza, przyjemnie chłodne, wpadały na plażę, zmywały ślady stóp, po czym szybko chowały się w ciemnej otchłani, która po wierzchu łagodniała od blasku księżyca. Piasek był jeszcze ciepły. Teraz przyjemnie pieścił stopy, z każdym krokiem przesypując się przez palce, niczym masaż jedwabiem, zmącony co jakiś czas chłodem psocących się, figlarnych morskich fal. Z daleka, słychać było głośne śmiechy, zapewne przy tłumionym przez upał płonącym ognisku. Po plaży unosił się dźwięk gitary i rytmiczny stukot bębenków. Młodzi ludzie tańczyli wkoło ogniska, rzucając swe cienie niczym duchy wijące się pomiędzy gorącymi płomieniami. Kilka par siedziało, w objęciach, kusząc się i innych gorącymi pocałunkami. Nadeszła kolejna fala. Dziewczyna zatrzymała się, patrząc na swoje stopy obmywane z mokrego, morskiego piasku. Wstrzymała na moment oddech, dokładnie kumulując całą swą energię na przyjemność, niczym najwyższej jakości pieszczotę, którą przynosiła morska woda. Jej długa, mokra spódnica, przyklejała się do łydek. Nachyliła się. Podciągnęła lekko prawy róg spódnicy i związała w supeł, wysoko, odsłaniając nogę. Było ciemno, na jej ciele odbijało się światło księżyca. Postaci przy ognisku stawały się coraz wyraźniejsze. Poznała już postać Artura, który grał pięknie na gitarze, uwodząc co noc nowy, podatny nabytek. Dostrzegła również Kostka. Jak zawsze najgłośniejszy, zabójczo przystojny, szczerze roześmiany i uroczy. Tańczył blisko ognia w grupce dziewczyn, był jak na scenie, obserwowany przez innych. To właśnie kochał. W niebieskich jeansach, przetartych na kolanach i w zwykłej, wymiętej koszulce. Nic nadzwyczajnego. A jednak. Stała około piętnastu metrów od ogniska. Patrzyła na płynne ruchy Kostka, na jego zniewalający, uzależniający uśmiech. Obserwowała jak się ruszał, jak tańczył. Każdy jego obrót to rzut oka na inną dziewczynę. Był jak magnez, jak łowczy wilk oceniający ofiary. Obserwował i wybierał. Nie musiał wiele się starać. Miał w sobie czar. Miał dar. I używał go bez skrępowania.

— Kochasz go jeszcze? — okazało się, że i ona była obserwowana — przecież go znasz, to nie ma sensu, myślałem, że już… po takim czasie… — nie odezwała się, nie miała zamiaru odpowiadać, nastała krótka cisza — ale cieszę się, że jesteś, czekałem na ciebie.

— Witaj Edi. Powinnam powiedzieć, że nie cieszę się na twój widok. A jednak — pocałowała go w policzek — Miałam dziś nie przychodzić. Spacerowałam i księżyc mnie tu przywiódł, zupełnie, jakby decydował za mnie. A może moje myśli? A może po prostu przeznaczenie? Albo fatum — dodała prawie bezdźwięcznie.

Chwycił za jej dłoń. Fala znów napłynęła na jej stopy. Nie zwracając uwagi na towarzysza zamknęła na moment oczy. Jakby o czymś marzyła. Cały czas się jeszcze wahała. Przecież mogła po prostu wrócić do domu, tak, mogła się jeszcze wycofać.

— Dołączysz do nas? Nic na siłę, pamiętaj — milczała jeszcze tylko przez moment, rzuciła jeszcze wzrokiem na znajome twarze, na Artura, na Kostka i innych.

— Dobrze. Ostatni raz — dodała.

Popatrzyła na niego z powagą. Blask księżyca ukazywał jej brązowe oczy, w tym momencie pełne strachu i obaw. Edi trzymał ją za rękę, dając krok do przodu. Lekko ją szarpnął. A ona nie drgnęła. Jeszcze nie czas.

— Poczekajmy jeszcze chwilkę — szepnęła — pełnia dobrze na mnie działa, kiedy jestem daleko od ogniska.

Kiwnął głową, zgadzając się. Nie puścił jednak jej dłoni. Poczekał na jeszcze jedną napływającą falę i jeszcze jedną i kolejną. Spojrzała na księżyc, jakby robiąc mu wyrzut głęboko w oczy, po czym ruszyła w stronę ogniska. Wchodząc w krąg jasności przy ogniu, gdzie wszystko wkoło było zagadkowo ciemne od obcej, nieodgadnionej, czarnej nocy, zdjęła maskę melancholii z twarzy. Teraz była już tą towarzyską, uśmiechniętą, seksowną Kathrą.

Przez moment zawahała się, ostatecznie usiadła przy jakiejś blondynce. Znajomi od razu ją dostrzegli i każdy z osobna niezauważalnie kiwał głową na powitanie. Ci znajomi to właśnie Artur, Kostek, Edi i Zolka. Reszta to obcy. Przyjezdni turyści.

— Cześć jestem Kathra — podając blondynce butelkę z piwem rzuciła promienny uśmiech.

— Ola — dziewczyna odwzajemniła uśmiechem — co to za dziwne imię, Kathra, czy to od Kasi?

— Nie, po prostu Kathra, takie rzadkie imię — blondynka patrzyła chwilkę z niedowierzaniem, mimo to uśmiechnęła się, przyjmując nic niewyjaśniającą odpowiedź do wiadomości. Bo czy prawda, tu i teraz, miała jakiekolwiek znaczenie?

Dziewczyny rozmawiały, śmiały się. Całe towarzystwo było rozbawione i radośnie głośne. Kathra czuła na sobie ukradkowy wzrok Kostka. Zerkał tak, myśląc, że ona nie widzi. Nie dała mu jednak satysfakcji. Traktowała go jak powietrze. Twardo nie spuszczała wzroku z rozmówczyni. Ona i Kostek byli ze sobą przez kilka lat. Na początku było cudownie, tworzyli wspaniałą parę. Prawdziwa miłość, imprezy, rewelacyjny sex. Ale nastał moment, że jej ukochany się zmienił, jakby tak, z dnia na dzień stał się kimś obcym. Przestał na nią patrzeć. Stał się okropnym egoistą. To ona biegała na całe dni i czasem noce do pracy, a on siedział przy komputerze ze swoimi marzeniami. Myślał tylko o imprezach, ale już sam, najchętniej bez niej. Zaczął umawiać się z kolegami na domowe seanse filmowe przy piwie, a później znikał czasem na kilka dni. Zupełnie jakby prosił, żeby go zostawiła, ale sam nie odszedł, nie widomo, dlaczego. I zawsze wracał. Po pewnym czasie łączyły ich już tylko te ogniska. A znali się od podstawówki. Chociaż nie zawsze zwracał na nią uwagę. Tak się jednak ułożyło, że należeli do jednaj paczki. Wszyscy, całą ekipą, mogli nie widzieć się tygodniami, zaganiani do szkół czy pracy, mimo to podczas pełni księżyca spotykali się przy ognisku. I tam było zawsze cudownie. Nawiązywała się między nimi jakaś taka wieź, zupełnie jakby byli w transie. A po imprezach ogniskowych? Kiedy wszystko się zepsuło, gdy ona i Kostek stali się dla siebie obcy, nadal bardzo trudno było jej uciec od tego chorego związku. Nie potrafiła jednoznacznie podjąć decyzji, nie mogła się odważyć, nie wierzyła, długo nie wierzyła, że to koniec, że przestał ją kochać, przecież miała tylko jego. I taką przerwę pomiędzy wahaniami, próbą zmian w jej życiu stanowiły tylko te ogniska, przy pełni księżyca, wówczas odpoczywała, zapominała na chwilę o tym co złe, bo on wracał i znów ją przytulał. Noce pełne blasku, spokoju, radości, z jednej strony trzymały ją przy życiu, z drugiej tylko zamazywały prawdziwy jego obraz, jak w krzywym zwierciadle. Uwielbiała zapach opadającego upału, ognia, piasku i morskiej wody. I długo walczyła z tym co słuszne i co złe. W końcu jednak nie wytrzymała i udało jej się od niego uciec. Wyjechała, nic mu nie mówiąc. Cierpiała, bo w głębi duszy pragnęła, żeby ją odnalazł. Ale nie szukał. Tylko czekał. Jakby wiedział, że kiedyś wróci. Ponieważ nadal wszyscy spotykali się na plaży. Od maja do października, przez jedną noc w miesiącu coś ciągnęło ich właśnie na plażę. Gdziekolwiek by nie byli, wracali tu, do Gasinowa, koło Gąsek. Ta część plaży znajdowała się z dala od domków, najbliżej około pięćset metrów znajdował się opuszczony dom, po zmarłej pani Oldman. Dom, który owiany był złą sławą. A jeszcze gorszą sławą sama pani Oldman. Nikt nie zbliżał się do tego domu. Chodziły po wsi opowieści, że zmarła właścicielka była na tyle złą osobą, że nikt z rodziny nie był na pogrzebie. I nikt z rodziny nie zgłosił się po spadek, po duży dom z ogrodem, nad morzem. A może po prostu nie miała rodziny? Tego nikt tak naprawdę nie wiedział. Nikt już nie pamiętał. Pani Oldman była najstarsza z wioski. Przeżyła ponad sto lat. Od jej posiadłości był kilometr do Mizielskich i od nich zaczynały się już domy. Był sklep, nowo nabytych warszawiaków i ajencja poczty. Był też mały klasztorek z kapliczką, w której można było się pomodlić, jeśli nie miało się możliwości dostania do kościoła w Mielnie.

— Potańczymy? — zapytała Ola, zauważając, że Kathra oddaliła się swoimi myślami.

— Jasne — dodała szeroki uśmiech i dołączyły się do tańczącej grupy.

Ola była niewysoką, bladą blondynką. Teraz, w blasku księżyca można było zobaczyć blask jej zdawało się zielonych oczu. Była drobna, o szczupłych rysach twarzy. Włosy lekko jej się kręciły, szczególnie na przodzie, a oczy teraz lśniły odcieniami niebiesko-szarych i zielonych, w zależności od tego czy patrzyła na ognisko czy też w stronę pełni księżyca. Dziewczyny ruszały się zgrabnie w rytm dźwięków wygrywanych na gitarze. Fale przyśpieszały w skradaniu się na złoty piasek plaży, coraz to dalej. Zupełnie jakby chciały dołączyć się do zabawy przy ognisku. Kathra zerknęła na Kostka. Dotykał w tańcu jakąś dziewczynę. Jego dłonie wędrowały od jej gołych ramion, poprzez wydekoltowane głęboko plecy do pośladków ubranych w obcisłe jeansy. Patrzyli sobie w oczy. Pocałował ją. To dobrze. Widząc to, miała nadzieję, że do końca go znienawidzi. Że nie pomyśli już o nim nawet przez ułamek sekundy w swoim życiu. To bardzo dobrze! Po chwili już zdecydowanie odważniej zaczął całować dziewczynę nie tylko po szyi. Kathra, tańcząc, nie spuszczała z niego oczu. Dalej rozpinał bluzkę z przodu, pogłębiając już i tak głęboki dekolt. A jego usta płynnie przenosiły się z szyi, przez ramiona później obojczyki i na dekolt, co raz niżej pomiędzy piersiami. Zdominował ją całkowicie. Odpływała podniecona w jego dłoniach i ustach. W tym momencie należała do niego. Tylko do niego. Długo nie musiał się starać. Trwało to dosłownie chwilę. A teraz mógł zrobić to, co tylko chciał. I zrobił. Rozpiął jej bluzkę całkowicie. Miała beżowy, koronkowy stanik, który podtrzymywał kształtne, pełne piersi. Całował namiętnie, mimo że wiedział, że jest na forum. Pieścił ją rękoma, lekko pochyloną do tyłu, opartą na jego silnej prawej ręce. Wiła się pod wpływem jego dotyku, jakby ją zaczarował. Jej usta otwierały się i zamykały, jakby coś mówiła, przeżywała. W pewnym momencie jej stanik zsunął się na piach, wszystko widzącej plaży, wolno, po jej rozgrzanym ciele. Teraz wylały się obfite piersi. Ręką podtrzymywał jej pierś, aby dostać się do sutka. Najpierw jednego. Po chwili, do drugiego. Blask ognia tańczył na ich nagich ciałach i odbijał cienie towarzyszy. Poruszali się w rytm morza i dźwięku gitary. A fale przybierały na mocy. Były coraz silniejsze i coraz odważniej wchodziły na plażę. Szeleściły próbując zabić dźwięk zabawy, czar ogniska i tej chwili zapomnienia. Młodzi ludzie tańczyli, całowali się, dotykali, niczym w transie. Większość już prawie naga, wirowała w doznaniach cielesnych, nie zważając uwagi na innych. Kathra poczuła dłoń towarzyszki na policzku. Jej palce popłynęły na usta, pieszcząc je zmysłowo. Dolna warga delikatnie, po czym górna jeszcze przyjemniej. Kathra oderwała się od widoku Kostka. Nie interesowało jej już co robi ze swoją partnerką tego wieczoru. Teraz była w nowej sytuacji. Przyszła tutaj, ponieważ przywiódł ją księżyc. Spotkała dziewczynę. Jakąś. Nieznaną. Tańczyły. Kathra, najwyraźniej na widok byłego ukochanego podnieciła się, dostosowując do sytuacji, a ktoś to wykorzystał. Dziewczyna przyciągnęła dłoń Kathry i ssała jej palce z pełną fascynacją. Ona nie protestowała. Może chciała, ale nie była w stanie. Tkwiła w systemie. Dziwnym, niezrozumiałym, którego następstwa miały dopiero nastąpić. Morze przyniosło wiatr, który otoczył całe towarzystwo. Kathra nie chciała już się bronić. Towarzyszka to wyczuła. Obie poddały się temu, co ogarnęło pozostałych. Po chwili obie nie miały bluzek. Pieściły się i dotykały wzajemnie. Odkrywały zakamarki swego ciała, starannie, milimetr po milimetrze. W tej chwili pragnęły się wzajemnie tak bardzo, jakby z tą myślą się urodziły i z ogromną niecierpliwością szły przez życie czekając tylko na ten właśnie moment, tą chwilę. W tej intensywności doznania nie były tutaj same. Dotyczyło to absolutnie wszystkich, którzy znajdowali się przy tym ognisku. Osiem par. Osiem rozpalonych, myślących o sobie, zostawiających swe wstrzemięźliwe życie dosłownie obok, par. Fale dalej napierały. Coraz mocniej wkradając się na plażę jeszcze dalej i dalej. A wiatr, ciepły, udając przyjaciela otaczał trans ludzi wyniosłych z otwartymi duszami, poprzez nadnaturalne podniecenie. Tworzyli krąg. A w środku siedział jedyny samotny młody człowiek z gitarą. Grał. Walił ręką w struny, zupełnie jakby nic się nie działo. Uderzał coraz mocniej. Próbując dotrzymać tępa napływającym falom. A ciemna noc otaczała ich dokładne w zupełności. Wypełniając każdy milimetr przestrzeni. Tworząc granicę. Strzegąc granicy ludzkiego życia, podniecenia i magii. A to wszystko działo się na skraju… na skraju mocy i wiary. Oni mieli wiarę. Morze i noc miały moc. Moc olbrzymią, niepojętą, wszechobecną na tym złotym, morskim piasku. Ziarenko po ziarenku, które przesypywały się pod uciskiem nagich ciał. Piasku, który dopełniał pieszczot masując i uwodząc od drugiej, innej, nowej strony spragnionych doznań ciał i dusz. Piasku, który bez skrępowania brał udział w totalnej fascynacji, wystąpieniu podnieconych dusz nad swoje ludzkie więzienie w postaci ich ciał. Kathra wirowała nad ciałami, nad ludzkością, nad nagością. Kto był z nią w tym momencie? Nie miało to znaczenia. Nie miało znaczenia również to, że przez moment dłuższy była znów z nim. Bo teraz było idealnie. Była nienawiść, był strach, zazdrość była ciekawość i ogromne pożądanie. Tylko zestaw tak skrajnych uczuć mógł dać jej pełną satysfakcję. Czy tak niesamowite doznania mógł dać jej kontakt pożądania dwóch tylko ciał? Raczej nie. To nie to samo. Nie o tego rodzaju uczucie tu chodziło. Nie takie zwykłe, ludzkie. Fascynacja wędrujących ponad ciałami dusz trwała nieustannie. Fale i gitara były jak zaklęta orkiestra, wytrwale strzegły rytmu. A ruch ciał niczym taniec błagalny, skierowany do bogów, z modlitwą o niekończące się doznanie nie ustawał. Księżyc obserwował z góry i kodował wszystko, obiecując, że nikomu nie powie, a przecież nie jedno już widział. Szczególnie na tej właśnie plaży. Patrzył na młodych ludzi pełnych upojenia i radości i słyszał towarzyszącą temu muzykę, przesypywaną ziarnkami piasku i przelewaną falami. W decydującym momencie, gdy już żaden uczestnik ogniskowego doznania nie wiedział co się dzieje, nie był w stanie dostrzec ani ocenić rzeczywistości, napłynęła największa fala. Zimna, aż ciarki przeszły od stóp, po łydkach, pośladkach, plecach, aż do czubka głowy. Zabrała ogień. Zabrała resztki paleniska, szukając swym chłodem, niczym mackami, wszelkich pozostałości na cennym, złotym piasku. Zabrała wszelkie dowody, prawdę i tajemnicę. Tajemnicę tego, co w końcu się udało. Tu, na tej pięknej, czystej, złotej plaży. Wszystko odpłynęło, tylko księżyc nadal patrzył przytomnie, zgłębiając nową tajemnicę, kolejną spełnioną misję. Czy i tym razem się uda?

Marilyn

Słońce złośliwie zaglądało przez żaluzje. Srebrny budzik, stojący na szafce przy łóżku wskazywał godzinę dziewiątą. Ze ściany padał wzrok pewnej blond piękności, z wyraźnie pomalowanymi czerwonymi ustami i z pieprzykiem nad nimi, która zerkała na zaistniałą, nową… a jednak jakże starą sytuację.

— Jasna cholera, co ja tu robię?! — w oczach miała takie przerażenie, jakby co najmniej ktoś ją porwał — co ja tutaj robię???

— Kathra? — Kostek uniósł głowę z poduszki, zerkając na towarzyszkę — o — jego zdziwienie w głosie brzmiało rozczulająco — … cześć kotku — uśmiechnął się — dawno cię tu nie widziałem… — zawsze umiał dobrać słowa do zaistniałych sytuacji — chyba poszaleliśmy wczoraj w nocy… oj poszaleliśmy, głowa mi pęka — po czym położył głowę z powrotem na poduszce, nie robiąc sobie już nic z załamanej miny Kathry.

Dziewczyna, nie miała zamiaru mu na to pozwolić! Siedziała jeszcze przez moment trzymając się za skronie. Analizowała sytuację. Czuła się, jakby miała okropnego, gigantycznego, niezastałego nigdy wcześniej w takim wymiarze kaca! Ale skąd? Przecież dużo nie piła. Jedno piwo. A może jednak więcej? Nie, no coś musiała jednak wypić, biorąc pod uwagę okoliczności, w których się znalazła. Kurcze, biorąc pod uwagę okoliczności musiała być to raczej skrzynka piwa albo i dwie! Cholera, nic nie pamiętała! Jak się tutaj znalazła? Wspomnienia szalały w jej głowie, powracając tylko do momentu, jak siedzi i rozmawia z nieznajomą blondynką, pije piwo a Kostek dobiera się do jakiejś dziewczyny. Niesmak wspomnianej sytuacji wywołał grymas na jej twarzy. A co było dalej? Jak się tutaj znalazła? Głowa ją bolała, wpadające promienie słońca atakowały niczym postrzały. A on spał spokojnie, niczym utulone dziecko, z uśmiechem na twarzy. I na dodatek ona była u niego w łóżku! Jego łóżku! Koszmar! Co się wczoraj wydarzyło? Cholera… Na dodatek wskazówki budzika strzykały niczym młot pneumatyczny załączający i wyłączający się co sekundę. Nie wytrzymała i szurnęła śpiącego, najwyraźniej zadowolonego z siebie królewicza.

— Kostek, obudź się, musimy pogadać!

— Hyyyy — coś tam odburknął.

Wstała z łóżka, rozglądając się za swoją spódnicą. — Kurcze! — pomyślała ze wściekłością. Spódnica leżała na podłodze, niestety była zupełnie brudna, niczym wyciągnięta z błota a na dodatek poszarpana, jakby zaliczyła długi bieg i skoki przez naprawdę liczne płoty. Spojrzała na podkoszulek. Uff. Był cały, choć do określenia „czysty” niestety całkiem sporo brakowało. Podeszła do lustrzanej szafy. Odgarnęła włosy. — Cholera! — Widok był szokujący, chyba bardziej, niż to, że obudziła się z Kostkiem w jednym łóżku, snobem, od którego tak długo próbowała się uwolnić i właściwie myślała, że już się jej to udało. Patrzyła na siebie, odgarniając włosy z twarzy i dekoltu. Miała wszędzie obtarcia i zadrapania. Zsunęła ramiączko podkoszulka. Dotknęła ramienia i syknęła z bólu. Jej obie ręce były sine. Nerwowo oglądała swoje ciało. Na nogach było tak samo, otarcia, zadrapania i siniaki.

— Cholera! — wrzasnęła po raz kolejny, jakby było to jej ulubione słowo tego poranka — Wstawaj Kostek, wstawaj natychmiast — nachylała się nad nim, szarpiąc za ramiona.

— Spoko, mała, oszalałaś… łeb mi pęka! — przetarł oczy, odwracając się w jej stronę.

Wstał z łóżka, nie patrząc na nią. W przeciwieństwie do Kathry, nie miał na sobie nawet bielizny. Mogła się tego spodziewać, zawsze spał nago. Przemaszerował wolno do kuchni w stronę lodówki. Miał jakieś metr osiemdziesiąt cztery centymetry wzrostu, może troszkę ponad. Silne, szerokie, męskie ramiona. Śniadą, opaloną cerę, jak na mieszkańca nadmorskiej miejscowości przystało. Ciemne, krótko ostrzyżone włosy, które idealnie pasowały do porannej nieogolonej bandytki. Taki typowy styl podrywacza. Kathra odwróciła wzrok, żeby nie patrzeć na jego nagie, doskonałe w każdym calu ciało, zakładając, że zapewne tego właśnie chciał. Szkoda, że jego wnętrze nie jest równie doskonałe — przeszło jej przez myśl, z resztą nie po raz pierwszy w życiu. Otworzył lodówkę. Wytatuowany smok z jego przedramienia patrzył na nią i wołał wyzywająco wzrokiem. Kostek, jak gdyby zupełnie nic, zupełnie nagi, bez najmniejszego skrępowania nachylił się lekko i wyjął z lodówki mleko. Wypił kilka łyków i postawił plastikową butelkę odkręconą, u góry na lodówce.

— Schowaj mleko do lodówki — powiedziała zupełnie odruchowo, żałując, że to mówi, już w trakcie wymawiania tych słów.

Stare nawyki. Walczyła z nim, żeby chował po sobie mleko do lodówki przez ten cały czas jak byli razem. I po co? Zupełnie po nic! Robił dalej dokładnie to samo, nad czym tyle pracowała. Niereformowalny typ! Totalnie. On oczywiście zupełnie nie zwrócił uwagi na jej słowa. I dobrze.

— Albo nie chowaj — dodała na wszelki wypadek, wymuszając złośliwy uśmiech.

— Po co mnie tak wcześnie budzisz? Wiesz, że każdą imprezę muszę odespać. Na rozmowy ci się zebrało? — spojrzał na nią i zamilkł na parę sekund — kurczę, co ty taka podrapana? — doszedł do niej, a w jego oczach zebrały się, jakby nigdy nie używane pokłady troski. Delikatnie dotykał jej włosów, odgarniał i oglądał otarcia na jej ciele. Był ogromnie zaskoczony.

— Myślałam, że ty mi powiesz, czemu tak wyglądam — milczał, a w jego oczach widać było, że błądzi, szuka we wspomnieniach i jest absolutnie zdezorientowany.

— Chyba mi się film urwał, nic nie kojarzę. Pamiętam, że przyczepiła się do mnie jakaś laska. Przynudzała. Trochę piwek poszło, bo duchota była ogromna. Czekałem aż przyjdziesz… Długo. W końcu przyszłaś, dołączyłaś do nas, w tej swojej sukience… — na chwilkę zamilkł, opuścił wzrok, rzęsy opierały się o jego śniadą skórę pod oczami — Chciałem żebyś była zazdrosna — uśmiechnął się delikatnie — nie zwracałaś na mnie uwagi, piłaś piwo i rozmawiałaś z jakąś blondyną. Byłem zły… Pamiętam, jak Artur śpiewał i uderzał szaleńczo w struny gitary. Zerkałem jeszcze na ciebie. A później… już chyba nic nie pamiętam. Jasny gwint, jeszcze mi się to nie przydarzyło, nie tak konkretnie, bo zawsze miałem jakieś chociaż cząstkowe te moje wspomnienia po popijawie, a nawet nie pamiętam żebym aż tak dużo wypił. Poczekaj, jakoś się to wszystko na pewno da wytłumaczyć. Na pewno! — Złapał ją za rękę, prowadząc w stronę łazienki — musisz się wykąpać, później obejrzymy dokładnie te otarcia.

— Kostek, proszę cię, ubierz się chociaż, ok? — przez moment widziała w nim chłopaka, w którym się zakochała. Tak, opiekuńczy, ciepły, taki jej jedyny. Czyli był. Gdzieś tam bardzo głęboko, ale był.

— Spoko mała, w końcu u siebie jestem — uśmiechnął się do niej — przecież znamy się na pamięć, przeszkadza ci moja nagość??? — i ten jego uśmieszek — mi tam twoja nie przeszkadzałaby wcale. — Ale nie, wrócił, ten jego wzrok, mówiący, że myśli tylko o sexie, dwadzieścia cztery godziny na dobę, wiecznie nienasycony! Może i dobrze, że szybko to wyczuła, była teraz czujniejsza i musiała się pilnować, żeby jej znów nie przyćmił logicznego myślenia!

Puściła jego dłoń i wypychając z łazienki niechcący położyła rękę na jego plecach, tuż nad pośladkiem, hmm… zamknęła szybko drzwi i przekręciła klucz, dwa razy, wkładając w to całą swoją siłę. Jejku… to jego ciało… nie, nie chciała tych myśli… próbowała je odrzucić. Rozejrzała się. W łazience nieład. Jak zawsze. Lustro bez odbicia. Przetarła dłonią po lepkiej ścianie lustra, w której po chwili już zobaczyła dość niewyraźnie swoje odbicie. Spojrzała na brudną dłoń. Po ciele przeszły ją nieprzyjemne dreszcze. Prawdę mówiąc cała się właśnie tak czuła. Jak ta dłoń, którą przed momentem przetarła lustro. Długo się myła, rozmyślając i kopiąc głęboko w pamięci. Niestety absolutnie nic nowego jej nie zaświtało, nic nowego nie odkryła. Krople wody spływały po jej sinym i bladym ciele, bardzo delikatnie muskając, sprawiały jej przyjemność, działając tak przeciwbólowo, że mogła sobie pozwolić na chwilowe odprężenie, uciekając w rozmyślania. Pod prysznicem stała chyba z pół godziny. Kostek nie pukał, nie przeszkadzał jej. Po kąpieli wytarła się delikatnie, ponieważ bolące siniaki zaczęły wzbierać teraz na sile. Wyszła z łazienki, z nadzieją, że może Kostkowi coś przez ten czas zaświtało i będzie miał jej coś do powiedzenia. Nie było go jednak w mieszkaniu. Wyszła na mały, drewniany tarasik. Siedział tam, na ławeczce, ubrany w jeansy i koszulkę. Palił papierosa a gołe stopy oparte miał o drewnianą barierkę. Zerknął na jej otarcia z tym samym zmartwieniem w piwnych oczach co poprzednio. Trudno było właściwie powiedzieć, czy teraz jest zły, czy zmartwiony.

— Dziwna sprawa — zaciągnął się papierosem — Dzwoniłem do Artura i do Ediego — patrzył na nią teraz bardzo poważnie, znów z tą troską w oczach.

Spostrzegła na stole kubek z kawą. Jej kubek. Nie wyrzucił go jeszcze. Przez ten cały czas go nie wyrzucił! Uśmiechnęła się do siebie, nie komentując oczywiście sprawy, udając, że nic nie zauważyła. W każdym razie niewątpliwie sprawiło jej to przyjemność.

— Żaden z nich nie pamięta prawie nic z wczorajszego wieczora, nic prócz początku imprezy. Każdy pamięta jeszcze moment jak przyszłaś, i jakieś tylko parę minut jeszcze, może godzinę, A co było później, to jakaś cholerna zagadka! — zaciągnął się papierosem. Był wyraźnie zdenerwowany.

— Nic nie rozumiem — wyszeptała — nikt, nic nie pamięta, jak to możliwe, Kostek? — patrzyła na niego błagalnie…

— Uwierz mi, ja też nic nie rozumiem — dotknął dłonią jej brody, patrząc z taką troską jakby bardzo chciał ją przytulić. Odsunęła się — Pewnie ktoś dosypał nam coś do piwa. Tak to jest na imprezie z nieznajomymi! Tylko cholera nie wiem jak? Że nic nie zobaczyłem? Przecież sam sobie piwa otwierałem.

Zamyślona wzięła kilka łyków przestygniętej już kawy. Sąsiadka zza płotu, przemaszerowała tuż obok, w różowych, krótkich kaloszach i z zieloną konewką — Witaj Kathra, miło cię znów widzieć — powitała dziewczynę z miłym uśmiechem.

— Witam pani Basiu, miło widzieć — Kathra odmachała ręką, dodając uśmiech…

— Daliśmy się podejść jak dzieciaki — mówiąc to śledził wzrokiem sąsiadkę, ale się z nią nie przywitał. Zawsze uważał, że jest ciekawska i wtyka nos w nieswoje sprawy — w komodzie powinny być jakieś twoje ubrania. Poszukaj, twoja sukienka nie nadaje się już do ubrania — powiedział to z powagą w głosie, nadal nie odrywając wzroku od sąsiadki.

— To nie sukienka, tylko spódnica — dodała.

— Jasne — odparł zupełnie obojętnie, bo co to przecież za różnica dla faceta, sukienka czy spódnica?

Podniosła się, sycząc z bólu, kierując się do jego sypialni. Ku wielkiemu zdziwieniu stwierdziła, że faktycznie było tam jeszcze sporo jej ubrań. Jak się wyprowadzała pod jego nieobecność, to wzięła tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Nie wróciła jednak nigdy po resztę. Najważniejsze dla niej było to, żeby trzymać się od niego z daleka i co ważniejsze, żeby wytrwać w tym postanowieniu. Ale po co on trzymał to wszystko tyle czasu? Albo sądził, że wróci do niego, albo trzymał jej ubrania awaryjnie, dla swoich panienek. I na pewno chodziło to drugie. Eh. Wolała o tym nie myśleć. Wyjęła legginsy i czysty podkoszulek. Spostrzegła, że na szafce przy łóżku stało ich wspólne zdjęcie. Jak to możliwe, że nie zauważyła go po przebudzeniu? Wzięła je do ręki, przetarła kurz. Jacy byli wtedy szczęśliwi, słońce, plaża, wkoło mnóstwo przyjaciół. Myślała wtedy, że tak będzie do końca życia. Takie dziecięce „na zawsze”. Wierzyła w to. Bo tak bardzo go kochała. Ale się pomyliła. Sielanka była krótka. On przestał ją kochać. I teraz nie może się rozczulać tylko musi o tym pamiętać! Odłożyła zdjęcie. Ubrała się, nadal rozglądając cały czas dookoła. Przejrzała się jeszcze w lustrze wiszącym na drzwiach szafy. Poprawiła włosy. Były już prawie suche. Zasłoniła nimi ramiona. Musi się przecież zebrać, poukładać jakoś to wszystko w głowie, zadzwonić do ciotki Klary, że dziś już nie wróci, bo musi przecież na popołudnie dostać się do pracy. Zamknęła szufladę komody. Wzięła głęboki oddech. Była gotowa. Ubrana i uczesana wyszła na taras znajdujący się przed domem. Kostek siedział cały czas dokładnie w tym samym miejscu, na drewnianej ławeczce. Dalej palił, zapewne już któregoś z kolei papierosa. A smok na jego przedramieniu wodził za Kathrą swym tajemniczym wzrokiem. Zawsze, nawet jak byli jeszcze parą miała takie wrażenie, że ten tatuaż nie pasuje do Kostka. Tatuaż powinien komponować się na ciele tak, żeby tworzyć z nim jedną całość bądź wypływać z człowieka niczym jakieś pragnienie albo informacje. A w tym przypadku tak nie było. Nie komponował się, zupełnie nie pasował do niego. Można by powiedzieć, że tworzyli jakby odrębne dwie osobowości. I jeśli Kostek na nią nie patrzył, czuła na sobie wzrok smoka. Może ktoś powiedziałby, że to dziwne, ale tak, właśnie czuła się obserwowana, śledzona.

— Wiesz, najdziwniejsze jest to, że ja też sama otworzyłam swoją butelkę piwa i cały czas ją trzymałam, nie było możliwości, żeby ktokolwiek tam coś dosypał.

— Ale stało się! — był wyraźnie zły. Nie mógł tego pojąć, nie wiedział w którym momencie stracił czujność. Nigdy nie potrafił rozmawiać, jak był zły, lub nie miał na coś wpływu, zamykał się w sobie, wolał to dusić w środku niż się tym dzielić. Przez to sama rozmowa była jeszcze trudniejsza niż sam problem.

— Dobrze, nie denerwuj się, koniec tematu — dopiła resztę kawy jednym łykiem — myślisz, że my wczoraj … Kostek…

— Nie, na pewno nie, to akurat musiałbym pamiętać — Nie patrzył na nią wypowiadając te słowa. Czy coś ukrywał? Czy wiedział chociaż ciut więcej niż ona? Czy mogła mu zaufać?

— To dobrze. Chociaż to. Nie chciałabym, wiesz… — zerknął na nią z ciekawością oczekując kolejnego słowa — wracać do tego co było… — zamilkła na moment, a on tego nie skomentował. Odgarnęła włosy za ucho. Złapała głęboki oddech — Nie będziemy się cofać, prawda? — nie odpowiedział, zerknął tylko na nią — Kostek… muszę już iść — wstrzymała oddech, chciała, żeby coś powiedział — do pracy. Muszę iść do pracy, przez parę dni zastępuję Roksanę. — dodała już prawie bezdźwięcznie.

— Wrócisz? — wyszeptał, wlepiając w nią swoje piwne oczy.

— Nie — wyszeptała, wkładając w to słowo wszelkie siły jakie w niej tkwiły i udało się to tylko dlatego, że było to jedno słowo, na całym zdaniu poległaby z pewnością.

Wstała z ławeczki, rzuciła jeszcze tylko okiem na swój kubek, ulubiony, który znów tu zostawi. Zeszła z dwóch drewnianych schodków i skierowała się ku furtce, prowadzącej na chodnik. Przez cały czas szła wolno, tyłem do niego, nie odwróciła się. Wytrzymała, czując jego wzrok. Przez moment nawet pomyślała, że może będzie chciał ją zatrzymać, odprowadzić albo odwieźć ją do pracy…, ale nie. Nie zatrzymywał jej. Nic nie powiedział. A ona do końca szła wyprostowana, nie odwróciła się. Przez cały czas walcząc z samą sobą.

Kłamca

Popołudnie w pracy minęło szybko. Na szczęście nikomu nie musiała się tłumaczyć ze swoich sińców na ciele. Na zmywaku stoi się zazwyczaj cały dzień samotnie. Na dodatek w lekkim półmroku, bo po co włączać światło w takim upale. Podłużne okna umiejscowione były w górnej części ściany, tuż pod sufitem. Słońce przez nie, nie wpadało, ale upał owszem. O klimatyzacji można było tylko pomarzyć. Albo nawet nie, bo po co marzyć, jeśli nie ma na to szans. Kathra zerknęła na zegar wiszący nad drzwiami. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Była już bardzo zmęczona. Pot ociekał po jej ciele. Przez cały dzień pracowała jak automat. Czas minął niczym błyskawica. Już tylko liczyła minuty. Na dwudziestą pierwszą przychodzi Nadia, na nocną zmianę.

— Cześć Kathra! — punktualnie, jak zawsze, w drzwiach pojawiła się uśmiechnięta Nadia. Była miłą, niewysoką, krótkowłosą blondyneczką — o matko co ci się stało? — obiegła oczyma posiniaczone ciało Kathry.

— A … długa historia, której na dodatek nie znam, wyobraź sobie… — Nadia miała przestraszone oczy.

— Czy to jego wina? Kostka?

— Nie! Nie wiem… Słuchaj to moja wina, nie jego, zresztą muszę wszystko wyjaśnić, nie mówmy jeszcze o tym.

— Wróciłaś do niego?

— Nie! Przestań! Czemu on w ogóle przyszedł ci do głowy, dlaczego myślisz, że on ma cokolwiek z tym wspólnego? — dziewczyny wymieniały się spojrzeniami, nastała krótka, kłopotliwa cisza.

— Kathra widziałam go. On czeka na ciebie. Tyle czasu dałaś radę, uciekłaś od niego. Byłaś taka dzielna! — znów nastała krótka cisza- Widziałam go, siedzi na murku, przy wejściu do restauracji. Kathra, co ty robisz? Tyle cię kosztowało odejście od niego? Kathra?

— Na murku mówisz, dzięki Nadia, do zobaczenia. Pamiętasz, mam jutro wolny dzień, a później przychodzę na nockę.

— Tak pamiętam. Kathra bądź silna, nie daj mu satysfakcji!

Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Nie chciała ciągnąć tej dyskusji. Nadia nic nie rozumiała. Była miłą koleżanką, z którą można było pogadać o zdradzającym chłopaku, wyżalić się, ale nic więcej. Nie miała chłopaka. Wiecznie szukała księcia z bajki. Siedziała na tym zmywaku już trzeci rok i marzyła, że spotka kiedyś swojego milionera. Żyła marzeniami i telenowelami. Bywało, że miały razem zmianę, podczas którego potrafiła godzinami opowiadać o jakimś romantycznym, bogatym bohaterze jej ulubionego serialu.

Kathra przetarła czoło papierowym ręcznikiem.

— Uważaj na siebie. Nie pozwól znów mu się omamić — dodała jeszcze Nadia.

— Jasne.

Kathra zamknęła drzwi. Skręciła w lewo, aby obejść cały obiekt z drugiej strony, mając nadzieję, że nie spotka Kostka. Udało się jej, nie zauważył jak przechodziła z drugiej strony budynku. Następnie ruszyła w stronę plaży. Od rana nie marzyła o niczym innym, tylko o kąpieli w letnim Bałtyku. Pogoda była już znośna. Siedząc tyle godzin w pracy ominął ją ukrop, jeśli można nazwać ominięciem upału to „smażenie się na zmywaku”. Szczęśliwie udało jej się ominąć Kostka. Na szczęście. Po takim całodziennym, wewnętrznym monologu doszła do wniosku, że nie będzie go słuchać. Nie da mu tej satysfakcji wciskania jej bajek. O nie, na pewno nie! Sama ze sobą ustaliła, że to wszystko co jej się przytrafiło poprzedniej nocy z pewnością było jego winą! Nikt inny tylko on to uknuł. Dosypał coś do piwa a później zatargał ją do swojego domu. Stąd te siniaki i otarcia. Tak. To na pewno wyłącznie jego sprawka!

— Cześć Kathra! — dziewczyna wytrącona ze swego ostrego wewnętrznego monologu spostrzegła przed sobą Janka. To syn jej szefowej. Bardzo imprezowy i zabawowy chłopak. Zawsze otoczony kilkoma ładnymi dziewczynami. Nadia za nim oczywiście szalała. Podwiózł ją nawet kiedyś do domu swoim BMW. Było to w zeszłym roku, a opowieścią o tej przejażdżce zamęczała Kathrę do dziś.

— Cześć Janek — odpowiedziała z uśmiechem, poprawiając przy tym włosy na ramionach, żeby nie odsłaniać siniaków — właśnie skończyłam zmianę i idę popływać, tylko tego mi brakuje dziś do pełni szczęścia, bo jak widzisz przyjechałam na kilka dni i znów pracuję — zaczęli się śmiać.

— Wiem, że niewiele ci potrzeba do szczęścia, nawet faceta nie potrzebujesz, taka samowystarczalna jesteś, jak zawsze Kathra, jak zawsze — uśmiechał się do niej szarmancko.

— Oj uważaj, uważaj Janek, powiedz lepiej, gdzie twój harem?? Sam dziś przemierzasz nadmorskie plaże, pełne marzeń, u każdego z resztą innych? — rzadko właściwie ze sobą rozmawiali, zazwyczaj zwykłe cześć i tyle. Czasem jednak, jak Janek kończył jakiś kolejny związek i nie widział nic ciekawego na swym horyzoncie, popadał w pewnego rodzaju smutek wynikający z „nic nowego nie obiecującej pustki go otaczającej”, wówczas przychodził do Kathry i rozmawiali. Słuchał jej. Dopuszczał do siebie nawet niedopuszczalne tematy. Zwykłe i niezwykłe. Np. co kupiła na targu staroci albo jaką cudną książkę wyhaczyła w antykwariacie. Oczywiście swego czasu Kostek był bardzo zazdrosny o te rozmowy z Jankiem. Można by rzec, że byli swego rodzaju przyjaciółmi, aczkolwiek Kathra o tę przyjaźń nie zabiegała, Janek sam się zjawiał, udowadniając, że szanuje zdanie kobiet, a nie tylko je kolekcjonuje…

— Spoko i bez haremu daję radę. Spójrz tylko wkoło, że tak powiem, gdybym chciał, to bym miał — roześmiali się oboje. Janek był chyba jedynym facetem, z którym rozmawiała w ten sposób, nie raziły jej u niego nawet te seksistowskie uwagi, jego frywolne i leniwe podejście do życia. Bogaty chłopak, z domu, w którym rodzice dbali o wszystko. On nie musiał. Tak go wychowali.

— Faktycznie, dziwie się więc że sam jesteś, pewnie ta chwilowa samotność cię zabija?

— Uwielbiam te twoje złośliwości Kathra! — uśmiechnął się — mówisz, że idziesz popływać?

— Taki właśnie mam plan, który zaraz skrupulatnie przejdzie do realizacji.

— A mogę z tobą? — nie czekał na odpowiedź — pogadamy. Chodź mała. Dawno nie rozmawialiśmy, jakiś czas cię nie było, ale cieszę się, że wróciłaś — mówił prawie bez przecinka.

Zeszli schodami z promenady w dół. Na plaży było jeszcze sporo ludzi. Kathra zdjęła klapki, piasek już nie parzył w stopy. Zdjęła spodenki. Została w majtkach i koszulce. I tak właśnie weszła do wody. Janek nie musiał się rozbierać. Prawdopodobnie cały dzień wodził na pokuszenie swoim gołym, opalonym, doskonale zbudowanym torsem. Woda była chłodna. Dziewczyna rozejrzała się. Po prawej stronie kąpała się jakaś parka i gdzieś daleko po lewej ktoś jeszcze chlupał w wodzie. Plaże były zajęte przez spacerujących albo odpoczywających na kocach.

— Ale zimna, jak cholera! — Janek nie ukrywał dyskomfortu.

— Sam chciałeś — roześmiała się — trzeba było postać trochę przy zmywaku, to zapewniam cię, że ta zimna woda byłaby dla ciebie jak masarz.

— Jasne — uśmiechnął się i zaczął ją chlapać — mówiłem ci, że świetnie, że wróciłaś? Cieszę się — uśmiechał się do niej.

— Mówiłeś! — Kathra zanurzyła się pod wodę uciekając przed dalszą konwersacją i popłynęła przed siebie. Naprawdę chciała pobyć trochę sama. Janek to wyczuł. Płynął niedaleko niej, w milczeniu.

Oboje patrzyli na zachodzące coraz niżej słońce. Pięknie. Jak zawsze. Właśnie to ją tu ciągnęło. Piękno, czar morza, urok wszech czującej plaży, przesypującej ziarno za ziarnem i dotykającej ludzkich ciał. Ale to się skończy. Już załatwiła sobie normalną pracę, złożyła dokumenty na studia. Musi przecież zacząć normalnie żyć.

— Odezwiesz się do mnie?

— A nie odzywam się? — uśmiechnęła się lekko.

— Nie. Jakieś pół godziny temu powiedziałaś, że piękny zachód słońca się zbliża.

— Przepraszam, dziś ze mnie kiepski rozmówca.

— Masz zamiar spędzić tu noc? Na plaży?

— Nie — zaśmiała się — mam nadzieję, że nie, spojrzała na księżyc — pójdę dziś do Akwarium.

— Do klubu? Chcesz się dziś bawić, a nie wyglądasz?

— Dlaczego nie wyglądam? — zaśmiała się — Nie idę na podryw, nie muszę błyszczeć jak ty — zaśmiali się oboje — Muszę kogoś znaleźć i pogadać.

— Czy ten ktoś ma może coś wspólnego z twoimi siniakami na ciele.

— Zauważyłeś?

— Kathra, każdy by zauważył, mam nadzieję, że nikt cię nie skrzywdził? Cały czas czekam żebyś coś powiedziała. Jak to jest, że ty zawsze mnie wysłuchałaś, pocieszyłaś… a ja nie potrafię z ciebie nic wyciągnąć, chociaż chciałbym ci pomóc… pamiętaj Kathra, znamy się tyle lat, jakbyś tylko czegokolwiek potrzebowała….

— Janek przestań. Nie chcę cię niczym obarczać. Dziękuję za twoje miłe, opiekuńcze słowa, nie spodziewałam się… — patrzył na nią trochę niezrozumiale — Janek…. mam prośbę, podrzucisz mnie do ciotki, bo w tym stroju to istnieje obawa, że mnie nie wpuszczą do tego Akwarium, muszę się przebrać.

— Jasne, nie ma sprawy. Zapominam ciągle, że nie jesteś już z Kostkiem. Przedtem w życiu nie wsiadłabyś do mojego auta — chlapnął ją wodą i zanurkował, po czym się wynurzył i dodał z dumnym uśmiechem — super auta, z resztą.

— Dziękuję. I cieszę się, że byłeś tu ze mną, mimo mojego nic niemówienia, potrzebowałam właśnie takiego towarzystwa.

— Spoko mała. — Uśmiechnął się. Kątem oka cały czas ją obserwował. Trochę to było dziwne z jego strony. Nigdy wcześniej nie widziała u niego odruchów opiekuńczości. Znali się przecież tyle czasu. Dziwne, że poświęcał jej swój wolny czas, a na dodatek wieczór. Może miał w tym jakiś cel? A może po prostu miał w sobie już wcześniej ściśle ukrywane odruchy przyjacielskie. A ona przez Kostka stała się tak nieufna do płci męskiej, że stało się to żałosne??

Akwarium znajdowało się w budynku faktycznie budowanym kiedyś pod akwarium. Było to, bowiem bardzo ciekawe miejsce nad jeziorem Jamno, które, troszkę dalej łączyło się z Bałtykiem. Nietrudno było tam trafić. Już z daleka, jadąc główna ulicą 6 Marca, widać było ogromną grupę młodzieży. Mnóstwo aut, nie mieszących się na parkingu, stojących na poboczu, utrudniało przejście na drugą stronę ulicy. Janek wyglądał jak zwykle ujmująco i nienagannie. Miał białą koszulę z lnu, z podwiniętymi rękawami. I pasujące idealnie z podobnego materiału spodnie. Z pewnością wyróżniał się z tłumu, mimo, że wielu było takich elegancików, ponieważ on był jeszcze do tego wszystkiego przystojny. A kiedy się przebrał? Najwyraźniej w momencie, kiedy Kathra była w domu ciotki i szukała ubrań, które zakamuflują jej wzbierające na intensywności koloru sińce. Obcisłe jeansy i bluzka z rękawami ¾. Super. Przedzierali się przez tłum. Na szczęście nie wszyscy chcieli się dostać do Akwarium, niektórzy po prostu stali na zewnątrz i rozmawiali, poopierani o auta. Szklane, duże drzwi prowadziły w głąb lokalu. Schodziło się podświetlonymi schodami, coraz niżej, można by rzec w głąb tajemniczego jeziora Jamno. W środku wystrój też był dość ponury. Niewiele światła wpadało do środka w dzień, a nocą mrok się nasilał jeszcze bardziej. Ściany, częściowo przeszklone, przerażały czernią zimnej, mętnej głębi jeziora. A pomiędzy łączeniami ze szkła ściana pokryta była czymś w rodzaju grubych ziaren piasku. Takich ostrych. Chcąc przesunąć po tym dłoń, na pewno poleciałaby krew. Kathra nie lubiła tej dyskoteki. Przerażał ją wystrój który wzbudzał wewnętrzny niepokój. Wyobrażała sobie, że szyby pękają a mroczna, zimna, ciemnozielona od porostów woda z jeziora wdziera się do środka, zalewając i wypełniając płuca wszystkich tu hałasujących.

— Kogo szukamy? — Zawołał Janek, przekrzykując muzykę.

— Kilku ludzi — Janek bezradnie rozłożył ręce — może po prostu idź się bawić, ja sobie poradzę — dodała.

— Na pewno?

— Tak, dziękuję, że mnie tu przywiozłeś.

Chłopak przysunął ją do siebie, odgarnął jej włosy za ucho i delikatnie pocałował w policzek.

— Uważaj na siebie Kathra, jakby co, cały czas tu będę, jak nie w zasięgu wzroku to dzwoń — kiwnął jej ręką na pożegnanie i już po chwili go nie było. Dziewczyna bokiem próbowała ominąć tańczący tłum, rozglądając się po drodze. Może uda jej się zobaczyć tą blondynkę, z którą wczorajszej nocy rozmawiała przy ognisku. Może spotka tu kogokolwiek z tamtych ludzi, kto przybliży jej wydarzenia, które uleciały jej z pamięci. W pewnym momencie spostrzegła w tłumie znajomą twarz, niestety nikogo z pożądanych przez nią w tym momencie osób. To był Kostek. Już przeciskał się przez tłum, w jej kierunku. Znalazł ją.

— Cześć — krzyczał jej do ucha — jak się czujesz? Szukałem cię. Złapał za jej dłoń, jakby chciał ją przytrzymać przed ewentualną ucieczką — szukałem cię.

— Wszystko ok, słuchaj muszę załatwić parę spraw, może później pogadamy?

— Chciałem tylko chwilę porozmawiać — zmarszczył czoło, czyniąc, znany jej odruch bezradności.

— Dobrze Kostek, ale później — patrzył jej prosto w oczy, z taką miną, jakby ją prosił, żeby traktowała go poważnie — obiecuję, ok? — dodała.

Przytaknął, z poważną miną, puścił jej dłoń i zaraz znikł niezadowolony, w rozbawionym tłumie. Muzyka dudniła jej w uszach potwornie. Ludzie ocierali się o nią, wywołując uczucie bólu. Każde dotkniecie przypominało jej siniaki na ciele i ten okropny poranek. Dziwną niezrozumiałą pobudkę u Kostka. Rozglądała się nieustannie. Przy barze spostrzegła Artura. Artur zawsze rozbawiał imprezę, wyczyniając cuda wraz ze swoją gitarą. Zawsze mówili, że czaruje z niej dźwięki. I tak naprawdę było. Trzymając gitarę tworzył muzykę, czarował, wywoływał cudowną atmosferę, władał towarzystwem i ich nastrojami. Natomiast, kiedy odkładał gitarę, zamieniał się w zwykłego bawidamka. Czar znikał. Przynajmniej dla Kathry.

— Cześć Artek.

— Cześć Kathra — pocałował ją w policzek, — co tam? Dziś też impra na plaży? Robimy powtórkę z wczoraj? — Zaśmiał się mrugając do niej okiem.

— Artek, ja właśnie w tej sprawie, możemy wyjść stąd i pogadać w jakimś cichszym miejscu?

— Kathra, daj spokój, nie ma o czym rozmawiać, zapomnij o wczoraj i żyj dzisiaj! Rozejrzyj się, świetna muzyka, jest na czym oko zawiesić, wyluzuj dziewczyno — patrzył na nią i poruszał się w rytm muzyki, jakby chciał jej powiedzieć, że tu właśnie przychodzi się w celu zabawy, a rozmowy i inne poważne sprawy należy zostawić na jutro. Wyraźnie nie chciał z nią rozmawiać.

— Artur, proszę, bo pomyślę, że coś przede mną ukrywasz. Ty i Kostek. Zabronił ci ze mną rozmawiać? Powiedz? — Chłopak zatrzymał swoje ciało w bezruchu, patrzył na nią z poważną miną. Pozornie miał bardzo łagodny wygląd, niewysoki, bujne jasnobrązowe kędziorki na głowie, niby taki romantyk. I zdecydowanie doskonale radził sobie z ludźmi, z ich nastojami.

— Dobrze wyjdźmy na zewnątrz, porozmawiamy — odrzekł niezadowolony, rozkładając ręce.

Wyszli na zewnątrz, kierując się na taras widokowy znajdujący się na dachu budynku Akwarium. Wkoło, wzdłuż poręczy stały same parki. Kathra zatrzymała się na ostatnim schodku zniechęcona, lekko podenerwowana jego niechęcią.

— Artur, tu nie ma miejsca, zobacz, jaki ścisk, tu nie porozmawiamy.

— Spoko, możemy podejść do mojego samochodu. Na parkingu będzie cisza.

I tak właśnie zrobili. Samochód Artura zaparkowanym był, jak należy, na parkingu. Oczywiście wskazywało to, na nic innego niż to, że był tu naprawdę wcześnie. Ewentualnie auto stało tu po prostu od wczoraj. Na parkingu nie było nikogo. Wsiedli do auta. Kathra nie wiedziała, od czego zacząć, żeby nie wyjść na wariatkę. Musiała to zrobić delikatnie. Artur był zły i zdecydowanie niechętny do rozmowy. Musiała się postarać, on mógł coś przecież wiedzieć. Trzeba było tylko to od niego wydobyć.

— Słuchaj Artur, wczoraj wydarzyło się coś niestosownego, może nawet coś złego… Ale do końca nie mogę tego ocenić, ponieważ nic nie pamiętam — nic nie mówił, czekał aż ona skończy — A tak nie może być. Nie może być, że spotykam się ze swoimi przyjaciółmi, z którymi znam się od dziecka, i nie jestem bezpieczna. Nie może być, że ludzie, przy których powinnam być bezpieczna, coś przede mną ukrywają. — myślała, jak ubrać wszystko w odpowiednie słowa. Słychać było tylko dźwięki podróżujące pomiędzy budynkami, niosące się wprost z Akwarium, dźwięki muzyki odbijające się pomiędzy budynkami, gdzie z każdym uderzeniem coś traciły, a efekt ostateczny był mocno wybrakowany. Przestała mówić. Teraz z kolei on myślał, jak ubrać wszystko w słowa. Odpowiednie słowa.

— Słuchaj Kathra, nic się przecież nie stało. Zapewniam cię, że nie działo się nic innego niż zwykle — zamilkł na chwile, a cisza robiła się poważniejsza z sekundy na sekundę.

— Jak to, czyli ty wiesz, co tam się działo? Czemu jestem posiniaczona?? Dlaczego obudziłam się w łóżku Kostka?

— A jego pytałaś? — patrzył wymownie, jakby chciał krzyczeć, ale bardzo mocno się powstrzymywał.

— Tak, pytałam… powiedział, że nic nie pamięta!

— Spokojnie, co ty taka nerwowa? Powtarzam ci, że nic szczególnego się nie stało, było tak jak zawsze, przy pełni.

Jakiś typ wyszedł zza ściany, doszedł do lampy, otulił ją i zwymiotował. Zerknęli tylko, lecz żadne z nich tego nie skomentowało.

— Ale odpowiesz na moje pytanie? Czy ktoś dosypał mi coś do piwa?

— Nie, nikt ci nic nie dosypał, Kathra, obudź się wreszcie, przejrzyj na oczy! Wylądowałaś w jego łóżku, bo tego widocznie chciałaś! Jesteście dla siebie stworzeni. A pełnia wam o tym tylko przypomniała. I jeszcze jedno, cokolwiek się działo, czy nie działo, to powinnaś pogrzebać w swojej mądrej główce i tego odszukać, a nie krążyć, kombinować i wypytywać. Bo nic ci to nie da. Każdy wie swoje i dla siebie. A jeśli nie pamiętasz, to zastanów się, dlaczego, może sama wypierasz pewne fakty? Ja w każdym razie zajmowałem się sobą. Nawet nie wiem, kiedy zniknęliście z imprezy. I to tyle. Sorry.

— A więc trzymasz jego stronę?

— Nie, nie trzymam niczyjej strony. Najwyżej moją własną. W ogóle nie słuchałaś co przed chwilą do ciebie mówiłem! Proszę cię, Kathra, zostaw tą sprawę. To, co się działo na plaży, na plaży musi zostać. Jak zawsze. Tu jest inne życie. I tam, na imprezie było inne. Masz jakiegoś siniaka? To widocznie się gdzieś przewróciłaś, całe towarzystwo było nieźle wstawione. Poszalałaś i szukasz winnych? Zastanów się trochę nad sobą … Niedługo kończysz 22 lata, możesz się chociaż postarać ogarnąć to, co się dzieje wkoło. A teraz nie obraź się, ale czeka na mnie w środku gorąca Mariolka. A nasza rozmowa i tak brnie donikąd.

— Nie wiem co ma do tego mój wiek… W ogóle mieliśmy rozmawiać a ty się obrałeś i wygłosiłeś jakiś dziwny monolog dla mnie niezrozumiały, jakbyś chciał coś powiedzieć a jednak nie mówisz…

— Kathra, po prostu żyj, baw się, nie szukaj ...to nie ma sensu. Nie było cię tu jakiś czas i dlatego teraz wariujesz — Wiedziała, że już nic więcej od niego nie usłyszy prócz dziwnych, nie na temat niestety, morałów. Nie teraz.

— Spoko. Zapamiętam, postanowiła chwilowo odpuścić.

— I nie obrażaj się na mnie. Spotkamy się później. Trzeba było nie wyjeżdżać, nie uciekać — zamilkł na krótką chwilę — a propos twojego wieku — wymusił uśmiech — to mam nadzieje, że impreza będzie, jak zwykle odlotowa.

Wysiadł z samochodu i ruszył w stronę Akwarium. Kathra zasłoniła rękoma twarz. Wyglądało tak, jakby chciała płakać. Ale nie płakała, był to raczej odruch bezradności. I chwila zastanowienia. Nadal nie wiedziała na czym stoi. Zachowanie Artura wzbudzało u niej nie tylko podejrzenia, lecz pewność, że coś wie. Nigdy wcześniej nie był w stosunku do niej taki agresywny w swoich słowach. I najgorsze, że nie chciał się z nią żadną wiedzą podzielić, dlaczego był taki dziwny? Zdecydowała, że musi zmienić taktykę. Wyszła z auta. Trzasnęła drzwiami. Pijany chłopak, przytulający się do lampy, zerknął na nią i nawet coś wymamrotał.

— Idź człowieku do domu, prześpij się — podeszła do niego, zatrzymując w bezpiecznej odległości półtora metra. — Wezwać ci taxi? — Chłopak okropnie śmierdział, był cały brudny od wymiocin, cofnęła się jeszcze o krok — nie no, stary, w takim stanie to cię taxi nie zabierze, niestety twój wieczór skończy się na przytulaniu z tą lampą.

Ruszyła w stronę dyskoteki. To przecież dopiero początek jej małego śledztwa, rozmawiała tylko z Arturem. Nie zniechęcił jej tym dziwnym zachowaniem. Nie tak łatwo ją zniechęcić. Można by powiedzieć, że jeszcze zachęcił do brnięcia ku prawdzie. Obejrzała się jeszcze, bo chłopak z tyłu coś mamrotał, ale był to tylko jego pijacki monolog. W tym momencie tuż przez sobą zobaczyła Kostka. Stał oparty o ścianę. Patrzył na nią. Z pewnością stał tu dłuższą chwilę, może nawet obserwował jak rozmawiała z Artkiem i czekał.

— Hej — wyszeptał, akurat w taki sposób, jakby tego nie chciała, tak czule, że przywołał same dobre wspomnienia, związane z ich bliskością. Przeszedł ją dreszcz po ciele. Bo jeśli chodzi o „te” kontakty między nimi, to były wręcz doskonałe.

— Hej — odpowiedziała równie delikatnie — Śledzisz mnie? — nic nie odpowiedział, zerkał tylko tajemniczo tymi ciemnymi oczami — Zdaje się, że chciałeś ze mną pogadać — spojrzała mimo woli na księżyc — znów pełnia, myślisz, że księżyc ma taki wpływ, że może manipulować ludźmi? — Błysnęły mu oczy, otworzył lekko usta jakby chciał coś powiedzieć — żartowałam… — uśmiechnęła się — może działa na wilkołaki, ale chyba nie na nas? — Zachichotała, widok Kostka wyraźnie polepszył jej humor — chodź przejdziemy się, nie chce na razie wracać tam do środka, nie słyszę tam własnych myśli — Kostek wyczuł wyraźnie zmianę w jej sposobie mówienia, była dla niego łagodniejsza, przyjaźniejsza, jakby wszystko, co złe było między nimi poszło w niepamięć choć na tą chwilę i wróciły stare, dobre czasy. Odgarnął jej włosy za ucho. Taki odruch bliskości. Pięknie pachniał, jak zawsze.

Przeszli obok wejścia do Akwarium, przeciskając się przez głośny, rozbawiony tłum. Zapach papierosów unosił się w powietrzu, zabijając oplatające ciała wonie perfum, nie tylko palaczy, lecz również ich towarzyszy. A w pomieszaniu z wiszącym nadal w powietrzu upałem była to mieszanka wywołująca mdłości. Ale Kathra teraz odebrała to inaczej. Jakby coś się zmieniło. Zaczęła wspominać.

— Wiesz, na co mam ochotę? — Zapytała muskając dłonią jego rękę, dając mu celowo sygnał, że cieszy się jego towarzystwem.

— Na co? — patrzył na nią, czekając na to, co powie.

— Na piwo i papierosa i … na ławeczkę, na naszą ławeczkę, koło lodziarni na promenadzie, pamiętasz?

— Stare dobre czasy — uśmiechnął się, zawadiackim uśmiechem nr dwa, tym flirtującym, powalającym z nóg — idziemy po piwo, po drodze mamy nocny.

— Jasne — uśmiechnęła się, a Kostek zerkał na nią, lekko podejrzliwie.

— Co ci się stało? — Zapytał — przecież ty nie palisz od dawna?

— Powiedzmy, że potraktujemy to, jak taką fajkę pokoju, ok?

— Jasne, zadziwiasz mnie. I cieszę się, że będziemy sami, bo musimy pogadać, dawno już chciałem to zrobić… Chociaż wiedziałem, że nie chciałaś na mnie patrzeć — mówił półszeptem i spuścił wzrok — nie chciałem się narzucać czy zmuszać cię do czegokolwiek… już nigdy…. bo nasz związek, to moje zachowanie, to pomyłka była, chciałbym…

— Daj spokój, nie musisz — było, minęło. — Zapadła krótka cisza, przeszli po pasach na czerwonym świetle — najważniejsze jest to, że teraz możemy rozmawiać, możemy spojrzeć sobie w oczy, możemy być ze sobą szczerzy, prawda? — przetarła delikatnie dłonią po jego przedramieniu.

— Jasne — dodał bez namysłu, uśmiechając się — z jego tonu można było wywnioskować, że nie powiedział jeszcze wszystkiego, i tak naprawdę nadal nie wiedział, czy będzie szansa, żeby mógł otworzyć się tak, jakby tego pragnął.

— Więc damy radę — odpowiedziała uśmiechem.

— Jakie piwo chcesz?

— Nie pamiętasz, jakie lubię? — uśmiechała się patrząc na niego zalotnie.

— Spoko, pamiętam — mrugnął do niej oczkiem i wszedł do małego sklepiku na rogu, trzy schodki w dół, ponieważ znajdował się w takiej pół piwnicy. Kathra stała w progu, nie weszła za nim. Patrzyła z tych kilku metrów na jego ruchy, na ciało zakryte ubraniami, a wyobraźnia walczyła.

— Jedno? — Zapytał jeszcze, otwierając chłodziarkę z piwem, zerkając na nią, jakby chciał czytać jej w myślach. Znał doskonale ten jej wzrok.

— Może dwa? — Odpowiedziała chichocząc.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 37.78