E-book
4.1
drukowana A5
24.7
Kasa chorych

Bezpłatny fragment - Kasa chorych


Objętość:
116 str.
ISBN:
978-83-8126-623-9
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 24.7

Wstęp

Pisząc wstęp do pierwszego wydania „Kasy chorych”, książki o patologii życia społeczno-politycznego i gospodarczego w gminie zakończyłem swój wywód zdaniem: „Wydaje mi się, że zawsze tak być nie musi”. Po jedenastu latach muszę przyznać, że się myliłem. Niestety nutka optymizmu wpleciona w tę niechlubną historię kulawej demokracji lokalnej, wyrosłej na podglebiu żądzy władzy i chciwości okazała się nieuprawniona. Wprawdzie przerzedziły się szeregi harcowników wykorzystujących pozycję radnych i urzędników samorządowych do zaspokojenia własnych potrzeb i ambicji. To jednak w miejsce usuniętych z mocy wyroków sądowych lub z woli wyborców, cynicznych samorządowych hochsztaplerów pojawili się inni. Wyrośli z tego samego pnia, na polu zwykłego, ludzkiego egoizmu pod płaszczem hipokryzji. Uzupełnili ubytki, stając dzielnie w jednym szeregu z weteranami, którym z różnych powodów udało się uniknąć nieśpiesznej i nieskutecznej ręki sprawiedliwości. Nadzieja na odnowę samorządności o cechach pracy organicznej dla ogółu mieszkańców znów okazała się złudna.

Towarzysz Tadeusz

W słoneczny, lecz chłodny poranek 17 kwietnia 1994 roku panowała w Kamieńsku senna atmosfera, typowa dla małych, polskich miasteczek. Tyle, co przejechały autobusy dowożące pracowników do bełchatowskiej kopalni, a kobiety już wracały do domów po dokonaniu porannych zakupów. Liczne na placu Wolności sklepiki już opustoszały, jedynie przed sklepem Framera przestępowało z nogi na nogę kilku meneli w oczekiwaniu na przypadkowego fundatora. Pachniało piwem i tanim owocowym winkiem.

Od strony Gorzędowa nadjeżdżał samochód. Za kierownicą siedział Tadeusz Gaworski, pracownik Urzędu Skarbowego w Bełchatowie. Pan Tadeusz jechał na sesję Rady Miejskiej w Kamieńsku, w której zasiadał od czterech lat. Fizycznie zasiadał w ławach Rady nader rzadko, gdyż stracił zainteresowanie dla spraw gminnych od czasu, kiedy przegrał rywalizację o fotel wójta gminy z miejscowym weterynarzem Michałem Piekarskim. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło, więc pan Tadeusz ponownie włączył się w samorządowe rozgrywki. Co było powodem tej nagłej zmiany? Otóż kilka tygodni wcześniej w rządzącej ekipie Solidarności nastąpił poważny rozłam. Przewodniczący Rady Miejskiej Grzegorz Turlejski poróżnił się mocno z burmistrzem i postawił wniosek o odwołanie go ze stanowiska. Wiadomość o możliwym wakacie na najwyższym stanowisku w gminie uskrzydliła Gaworskiego. Widać było, że złapał wiatr w żagle. Po czterech latach od dnia, kiedy stracił stanowisko naczelnika gminy sprawowane z namaszczenia komuny, zaświtała mu nadzieja na odzyskanie władzy, Chciał zostać burmistrzem. Marzył o tym w ciągu tych lat, kiedy tułał się po różnych spółkach, gdy usunięto go ze stanowiska dyrektora miejscowego banku spółdzielczego, za udzielanie hochsztaplerom pokaźnych, nieściągalnych kredytów. Także wtedy, kiedy znalazł pracę w Urzędzie Skarbowym w Bełchatowie, dokąd musiał jeździć codziennie kilkadziesiąt kilometrów. Jechał na sesję rady z nadzieją, że znów zasiądzie w gminnym fotelu, a tym razem będzie to fotel burmistrza. Dręczyła go jednak obawa. Czy wszyscy radni, na których głosy liczył dotrzymają obietnic, jakie od nich otrzymał a ostatnich kilkunastu dniach? Wiedział jak to jest, przecież sam składał wiele obietnic, których dotrzymywać nie zamierzał. Liczył na 5 radnych PSL-u, co pozostawieni sami sobie przez prezesa, któremu działalność społeczna już się nie opłacała, początkowo sprzyjali wójtowi Piekarskiemu. Później, kiedy wójt poróżnił się z liderem własnego ugrupowania, oni niezorientowani w personalnych rozgrywkach stali się łatwym łupem pana Tadeusza, bo z PSL-em nic już ich nie łączyło. Licząc głos własny potrzebował jeszcze 4 czterech z grupy Solidarności. Po rozmowach, których nie skąpił obietnic swoim nie był jednak całkowicie pewny tych ludzi wiedząc, że kto zdradza raz uczyni to bez wstydu po raz kolejny. Tak rozmyślając minął grupkę meneli, którzy znalazłszy właśnie fundatora popijali winko przed sklepem. Takim to dobrze, niewiele im do szczęścia potrzeba — pomyślał zatrzymując samochód na gminnym parkingu.

Sesja miała dwóch rozgrywających. Pierwszą część rozegrał znakomicie Grzegorz Turlejski. Zgodnie z jego życzeniem i na jego wniosek siedemnastu radnych odwołało jednogłośnie ze stanowiska burmistrza nieobecnego z powodu choroby Michała Piekarskiego. W ten sposób, na swoje nieszczęście Turlejski otworzył szeroko drzwi towarzyszowi Tadeuszowi do gabinetu szefa gminy. Rozgrywającym drugiej rundy był już Gaworski. Dziesięć oddanych na niego głosów przyniosło mu na dwa miesiące przed wyborami samorządowymi upragnione stanowisko burmistrza. Pan Tadeusz promieniał. On układny beneficjent komuny wygrał z ekipą Solidarności zajmującą w Radzie Miejskiej dwie trzecie miejsc. Mocno uchwycił ster władzy a kto ma władzę ten ma siłę. Możliwości człowieka, który uchwyci władzę wzrastają w postępie geometrycznym. Teraz on, Tadeusz Gaworski, niedawny banita, zmieniający często pracę, wyrzucony z Banku Spółdzielczego i pomawiany o korupcję stał się pierwszym człowiekiem w gminie. Schlebiali mu pracownicy Urzędu Miejskiego tak niedawno jeszcze słuchający ślepo Michała Piekarskiego. Zabiegali o rozmowę z nim wykonawcy gminnych inwestycji.

Mimo niskiego wzrostu i skromnej postury mógł z góry patrzeć na innych, z tym swoim mylącym, pozornie dobrotliwym wyrazem twarzy, który był tylko maską bezwzględnego gracza, zimnego kalkulatora. Niepozorny wygląd kolejowego kasjera z czasów wczesnego PRL-u i brak erudycji, z powodzeniem nadrabiał pozując na tak zwanego swojego chłopa. Ta prosta taktyka, służalczość wobec zwierzchników i głęboko skrywana ambicja pozwoliły mu utrzymywać się przy władzy przez całe dziesięciolecia. Trudne dla siebie okresy potrafił spokojnie przeczekać na jakimś niższym, ale kierowniczym stanowisku. W odpowiedniej chwili wracał, stawał w szranki i wygrywał. Tak było w 1980 roku, kiedy na fali politycznej odwilży zmuszono do odejścia ze stanowiska ostatniego z nominowanych przez władze partyjne w Piotrkowie, naczelnika kamieńszczańskiej gminy.

Pan Tadeusz był wtedy w małej odstawce i zarządzał grupą remontowo-budowlaną przy Urzędzie Gminy. O tej grupie mówiono, że przepija fundusz gminny. Nie znaczyło to wcale, że jako kierownik pił ze swoimi pracownikami, on to tylko tolerował. W tamtych, zmierzchłych już czasach wysokość wynagrodzenia za pracę na państwowych etatach była regulowana przez rząd w Warszawie, na poziomie minimum socjalnego. Niestety, w tym koszyku niezbędnych zakupów nie uwzględniano tak znaczącej pozycji jak wydatki na alkohol. Skoro, więc powstrzymywanie się od picia nie wchodziło w rachubę, trzeba było kraść. Kradzież mienia państwowego nie była uważana za grzech, a jeśli tak było to nic dziwnego, że pracownicy gminnego zaplecza już od rana łamali sobie głowy, co by tu z zakładu pracy wynieść i komu sprzedać, aby było za co jeszcze przed fajerantem opróżnić kilka butelek wódki. Wyniesione na wódkę materiały rozpisywano na jakieś fikcyjne roboty. Kierownik grupy budowlanej nie musiał się martwić o środki finansowe na wynagrodzenia pracowników, bo wszystkie koszty utrzymania firmy pokrywał budżet gminy. Pan Tadeusz był jednak, jako się rzekło człowiekiem ambitnym i chciał się wykazać przed zwierzchnikami zmysłem organizacyjnym, W tym cele rozwinął podaż usług budowlanych, tyle, że fikcyjnych. Tanie kredyty na budownictwo mieszkaniowe i spory dopływ gotówki płynący do kieszeni kamieńszczan z Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów wywołały w gminie eksplozję budowlaną, Brakowało jednak materiałów budowlanych podlegających ścisłemu rozdzielnictwu. Jak na ironię gminna grupa budowlana miała tych materiałów w nadmiarze a to dlatego, że mogły być wykorzystywane wyłącznie do wykonywania usług. Dla pana Tadeusza była to woda na młyn. W jego biurze tłoczyli się klienci, a drzwi się nie zamykały. Ludzie chętnie płacili za układanie murów i zbrojenie stropów, choć tych usług pracownicy gminy wcale nie wykonywali. Chodziło im oczywiście o pozyskanie deficytowej stali zbrojeniowej i nie mniej poszukiwanych pustaków i cegieł. Kierownik Gaworski ograniczał swoją inwencję do wystawienia fałszywych faktur i sporządzania fałszywych sprawozdań. Szkoła, jaką wtedy przeszedł ukształtowania jego mentalność, jako organizatora życia publicznego w gminie, a doświadczenie, które wtedy zdobył okazało się dla niego bardzo przydatne w bliższej i dalszej przyszłości.

Tymczasem z Gdańska powiał odświeżający wiatr. Zmurszałe struktury partyjne w Warszawie, ze strachu przed utratą władzy poluzowały śrubę i zaczęły stwarzać pozory demokratyzacji życia publicznego. Gminnej Radzie Narodowej w Kamieńsku zezwolono na wybór naczelnika gminy, spośród dwóch kandydatów zaakceptowanych przez komitet partii w Piotrkowie. Niespodzianki jednak nie było. Piotrkowska instancja nominowała towarzysza Tadeusza Gaworskiego. Po raz kolejny dała o sobie znać partyjna zasada: mierny, bierny, ale wierny. Kontrkandydatem był nauczyciel szkół średnich, związany ze Stronnictwem Demokratycznym Mirosław Krężlik. Wobec 70 % komunistów w radzie wynik głosowania mógł być tylko jeden. Zwyciężył towarzysz Tadeusz i zdobył fotel naczelnika gminy. Uzyskał jednak tylko dwa głosy więcej od kontrkandydata, co oznaczało, że część członków jedynie słusznej partii nie oddało swych głosów na partyjnego kolegę.

Od tej chwili dla Tadeusza Gaworskiego nastały złote czasy. Ruszyły, bowiem w teren wojskowe grupy operacyjne. Generał Wojciech Jaruzelski w swej naiwnej wierze w radziecki model socjalizmu zamierzał uzdrowić administrację i gospodarkę kraju przy pomocy wojskowej dyscypliny. Jednak wojskowi wypuszczeni z koszar na szerokie wody społecznego żywiołu poczuli się jak na urlopie wypoczynkowym. Gminni wielkorządcy przyjmowali ich jak udzielnych książąt. Kapitan i dwaj jego podwładni, którym armia powierzyła władzę nad Kamieńskiem żyli tu na poziomie godnym rzymskich senatorów. Zabawom i ucztom nie było końca. Koszty biesiad ponosiły miejscowe zakłady pracy. Ich kierownicy posługiwali się w tym celu sfałszowanymi fakturami. Hotel „Wisienka” był u szczytu powodzenia i ważności. W nim właśnie mieścił się sztab decyzyjny gminy. Oczywiście nic tam nie działo się bez towarzysza Tadeusza, bez jego wiedzy i akceptacji. Narady prowadzone w pokojach hotelowych mają to do siebie, że odbywają się na zupełnym luzie. Uczestniczył w nich często towarzysz Edward Chłapiński, sekretarz gminny partii komunistycznej /PZPR/, jeśli mu tylko nie przeszkadzały nauczycielskie obowiązki.

Wkrótce nastał stan wojenny, Trzynastego grudnia 1981 roku decydenci gminni i wizytujący ich wojskowi w nerwowym napięciu przeglądali napływające teleksem instrukcje. Słuchali uważnie radiowych komunikatów. Wyczekiwali. W Kamieńsku jednak nic szczególnego się nie zdarzyło. Mijały dni i tygodnie. Groza stanu wojennego powoli rozpraszała się w szarości codziennego życia. Bunt przeciw dyktaturze topniał w sercach ludzkich, jaki śnieg w lutowych deszczach 1981 roku. Normalniało, ale była to normalność pustych półek w sklepach, kartkowego rozdziału żywności i alkoholu. Ten ostatni był produktem najbardziej pożądanym, bo przydziałowa półlitrówka na miesiąc nie zaspakajała nawet podstawowych potrzeb. Braki zaopatrzenia w trunki uzupełniał „swój chłop”, towarzysz Tadeusz. Miał on szczególne prawo do przydzielania dodatkowych przydziałów wódki na różnego rodzaju uroczystości. Korzystał z tego pełną garścią zjednując sobie rzeszę zwolenników, choć tak naprawdę był tyko jednym z pali wbitych w polską ziemię, które podtrzymywały totalitarny ustrój, choć niekiedy nielicznym pomagał znosić niedogodności życia w tym ustroju. Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek. Tej dewizy towarzysz Tadeusz nigdy nie porzucił.

Pierwsze lata stanu wojennego smutne były i źle się zapisały w społecznej świadomości. Niełatwo było kupić nawet najbardziej niezbędne człowiekowi rzeczy. Odbywały się regularne bitwy o węgiel, materiały budowlane i pasze przemysłowe. Gminna Spółdzielnia sprzedawała towary, których często nie było wcale w magazynach. Zrozpaczeni ludzie szturmowali wagony kolejowe na stacji w Gomunicach, żeby zdobyć coś, za co dawno już zapłacili. Od kilku lat straszyły popękane mury budynku Szkoły Podstawowej w Kamieńsku. Stara szkoła została zamknięta zaraz po tym jak zauważono liczne pęknięcia murów spowodowane prawdopodobnie wstrząsem tektonicznym, który miał miejsce w rejonie wkopu bełchatowskiej kopalni odkrywkowej. Dzieci rozlokowano w dawnej łaźni, nad sklepami w budynku Gminnej Spółdzielni i gościnnie w gmachu szkół średnich. Tak dalej być nie mogło, więc naczelnik powołał przy Urzędzie Gminy grupę budowlana, która miała podjąć się zadania wzniesienia nowoczesnego budynku szkolnego, Pan Tadeusz miał w zanadrzu niebywały atut. Posiadał dokument, w którym zapisano, że Kopalnia Węgla Brunatnego Bełchatów sfinansuje w całości koszty budowy obiektu dla zaspokojenia potrzeb Szkoły Podstawowej w Kamieńsku.

Genezę tego dokumentu można poznać cofając się nieco w czasie, do gorących, pełnych napięć miesięcy drugiej połowy, brzemiennego w dramatyczne wydarzenia 1981 roku. Kamieńsk byłby w tym czasie oazą spokoju, gdybym nie powołał pod szyldem tego miasteczka Komitetu Protestacyjnego Rolników. Komitet działał na zasadzie samoobrony pokrzywdzonej przez bełchatowską kopalnię ludności, zamieszkującej teren objęty negatywnym oddziaływaniem leja depresyjnego tej kopalni. Szczytowym momentem akcji protestacyjnej, której przewodziłem były rozmowy Komitetu Protestacyjnego z Komisją Rządową, kierowaną przez wiceministra Górnictwa i Energetyki doktora Karola Buchowieckiego. Burzliwe obrady z udziałem przedstawicieli Krajowego Związku Rolników, władz województwa piotrkowskiego z wicewojewodą Franciszkiem Jaciubkiem i władz gminy Kamieńsk odbyło się w salce na piętrze budynku przyległego do siedziby Urzędu Gminy. Chodziło głownie o odszkodowania dla rolników za zdegradowane grunty rolne i odstąpienie od planów likwidacji wsi Koźniewice, ale też o zmuszenie KWB Bełchatów do wzniesienia w Kamieńsku nowej szkoły, jako rekompensaty za budynek szkolny uszkodzony przez wstrząsy tektoniczne wywołane wskutek naruszenia górotworu. Wprawdzie już wcześniej Kopalnia złożyła taką obietnicę, ale nie dotrzymała z powodu rzekomego braku wykonawcy, któremu można by było powierzyć budowę potężnego bądź, co bądź gmachu. Przedsiębiorstwa budowlane działały wtedy na podstawie centralnie zatwierdzanych planów a portfel zamówień firm zajmujących się budową obiektów szkolnych był już wypełniony na całą, najbliższą dekadę. Kopalnia znając sytuację umieściła na odrębnym rachunku bankowym pewną kwotę, która miała być przeznaczona na koszty budowy szkoły. Z powodu wysokiej inflacji pieniądze te topniały szybciej niż majowy śnieg, a wizja budowy była coraz bardziej odległa.

W dniu 29 października przy krzykliwych protestach przedstawiciela Kopalni inżyniera Gramatyki i mocnym wsparciu miejscowych nauczycieli: Aleksandra Kozika, Mirosława Kreżlika a przede wszystkim dyrektora podstawówki Mariana Wiśniewskiego udało się sprecyzować jeden z najważniejszych zapisów umowy społecznej, która wtedy została zawarta z komisją rządową. Mocą tego dokumentu zawartego ze mną przez przedstawicieli rządu Mieczysława Rakowskiego, bełchatowska kopalnia została zobowiązana do sfinansowania w całości kosztów wzniesienia pełnowymiarowego budynku szkolnego z salą gimnastyczną na potrzeby Kamieńska.

Ten słynny zapis dał naczelnikowi gminy Kamieńsk Tadeuszowi Gaworskiemu klucz do przebogatej, kopalnianej kasy. Strumień pieniędzy z tej kasy płynął do gminy Kamieńsk aż do czasu ostatecznego zakończenia budowy.

Grupa budowlana pana Tadeusza składała się z różnych pracowników, niezłych fachowców i tych od siedmiu boleści. Budowa ciągnęła się i ślimaczyła całymi latami a marnotrawstwo nie miało granic. Jeszcze przed zakończeniem prac budowlanych w baraku biurowym wykonawcy wybuchł pożar. Jak się należało spodziewać spaliły się dokumenty z księgowości. Niewiadomo, więc jak dokonano rozliczenia tej budowy. Pomimo wszystkich przeciwności losu i fatalnego zarządzania inwestycją, szkołę jednak wybudowano, a towarzysz Tadeusz przypisał sobie wszystkie zasługi, Odbyła się dęta uroczystość, wręczono ordery, a szef piotrkowskiego Kuratorium Oświaty i Wychowania Lucjan Reczek wygłosił płomienne przemówienie polityczne. Straszył nauczycieli, dzieci oraz nielicznych, przybyłych na rozpoczęcie roku szkolnego mieszkańców Kamieńska niemieckim rewizjonizmem.

Towarzysz Edward

W tym samym czasie, kiedy towarzysz Tadeusz upajał się powrotem na fotel szefa gminy, w budynku dawnej łaźni trwało spotkanie lokalnych działaczy Polskiego Stronnictwa Ludowego. Ludowcy korzystali czasem z pomieszczenia na zapleczu komisariatu policji, które było także siedzibą miejscowych organizacji kombatanckich. W zebraniu brało udział kilka osób zajmujących się składaniem „Informatora”, powielanej na kserokopiarce gazetki, która miała przełamać lokalny monopol informacyjny solidarnościowego „Echa Kamieńska”. Do udziału w tych pracach zaproszono nauczyciela Edwarda Chłapińskiego. Ten szpakowaty już, lecz wysportowany i dynamiczny wuefowiec stracił za rządów Solidarności stanowisko dyrektora Zespołu Szkół Średnich w Kamieńsku. Po zdominowaniu samorządu gminnego w 1990 roku liderzy miejscowego ruchu solidarnościowego szukali stanowisk dla swoich kolegów. Nie da się zaprzeczyć, że istniały merytoryczne powody, żeby powierzyć komuś innemu dyrektorowanie nad szkołami, ale wystarczającym dla nich motywem do usunięcia pana Edwarda była jego przynależność do komunistycznej partii. Na Chłapińskim ciążył jednak dużo cięższy zarzut. Otóż w stanie wojennym był on pierwszym sekretarzem gminnej struktury Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i rządził gminą wspólnie z naczelnikiem Tadeuszem Gaworskim. Obaj towarzysze wspólnym wysiłkiem służyli wojskowemu rządowi Jaruzelskiego w czasie, kiedy tysiące przeciwników komunizmu pozbawiono wolności, kiedy padały strzały i ginęli niewinni ludzie. Jednym z ważnych zadań tych panów było organizowanie społecznego poparcia dla wojskowego reżymu. Nie było to zadanie łatwe, a prawdę mówiąc było niewykonalne.

Instrukcja, jaką otrzymał Edward Chłapiński od swych partyjnych zwierzchników nakazywała mu pozyskać szanowanych ludzi o znanych w gminie nazwiskach a takich w Kamieńsku pozyskać się raczej nie dało.

Pan Edward pragnął zadowolić swoich zwierzchników. Zwołał, więc zebranie założycielskie Obywatelskiego Komitetu Odrodzenia Obywatelskiego mającego udzielić poparcia stanowi wojennemu, na które zaprosił znanych w gminie obywateli. Wprawdzie osoby te na zebranie nie przybyły, jednak nie przeszkodziło to towarzyszowi sekretarzowi sporządzić listę, sfałszować protokół i wysłać swoim mocodawcom.

Miejscowa Solidarność miała, więc swoje powody, żeby nie dopuścić do ponownego wyboru Chłapińskiego na eksponowane stanowisko dyrektora szkół i tak właśnie się stało. Pan Edward długo nie mógł pozbyć się goryczy porażki, przeboleć utratę prestiżu i obniżenie życiowego standardu. Chęć rewanżu nie dawała mu spokoju. Nie wstąpił jednak do formującej się w Kamieńsku nowej lewicy, gdyż uważał, że nie znajdzie ona uznania w oczach miejscowej społeczności. Bez wahania przystał do ludowców, którzy przez dziesiątki lat byli w Kamieńsku liczącą się siłą polityczną. Ludowcy przyjęli Chłapińskiego z ostrożnym optymizmem. Wiedzieli przecież, że to były towarzysz, ale byli pragmatyczni spodziewając się, że przy jego pomocy uda się przekonać do programu PSL-u część środowiska nauczycielskiego. Okazało się jednak, że pan Edward reprezentował tylko siebie, ale o tym ludowcy przekonali się niestety zbyt późno.

Na początku jednak ten były towarzysz starał się być przydatnym w nowym otoczeniu. Przystąpił do zespołu redagującego pierwsze numery „Informatora”. Napisał nawet artykuł, w którym polemizował z wójtem Piekarskim po wywiadzie, jakiego ten udzielił pewnej, radomszczańskiej gazecie. Chłapiński ironizował w nim po odwołaniu Michała Piekarskiego ze stanowiska. — Już nie wójt, nie burmistrz, więc może weterynarz, a może rencista. Był to pierwszy i ostatni artykuł napisany przez pana Edwarda. Niestety okazał się zbyt leniwy, żeby poważnie się przyłożyć do redagowania gazetki. W następnych miesiącach ograniczał się do dostarczania lokalnych informacji sportowo-szkolnych. Został powołany do komitetu wyborczego ludowców, brał udział w pozyskiwaniu kandydatów na radnych przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi. Zgłosił też swoją kandydaturę na radnego w okręgu obejmującym ulicę Słowackiego. Stanął tam w szranki z liderem Solidarności Grzegorzem Turlejskim.

Po latach okazało się jak bardzo niechlubną i szkodliwą rolę odegrał wyciągnięty z odstawki przez ludowców na polityczne forum gminy. Po objęciu stanowiska wiceburmistrza wziął udział w usuwaniu z gminnych stanowisk kolegów, którzy go przygarnęli w trudnym dla niego czasie. Podczas piastowania stanowiska zastępcy burmistrza zdarzały mu się powroty do zachowań z pogranicza menelstwa. Zasłużenie znalazł się też w grupie gminnych

prominentów, która zakończyła karierę polityczna na ławie oskarżonych.

Kulisy wyborów

Nadeszła czerwcowa, wyborcza niedziela. Do rywalizacji o mandaty radnych stanęła Solidarność i Polskie Stronnictwo Ludowe. Trzecią grupę bez szyldu wystawił pan Tadeusz dając początek nowej sile w gminie, czyli nieformalnej, niejawnej organizacji o charakterze klikowym. Urzędujący burmistrz rzucił do wyborczej walki utworzoną przez siebie strukturę, która w latach następnych zapewniła mu niekontrolowaną przez nikogo władzę. Pan Tadeusz nie trudził się promowaniem nowych ludzi. Po prostu sięgał bez skrupułów po znane osoby związane uprzednio z ruchem ludowym bądź solidarnościowym. Początki były skromne, ale wystarczyły mu do utrzymania zdobytej wcześniej władzy.

Przed wyborami Grzegorz Turlejski był pewien zwycięstwa. Przedwyborcze „Echo Kamieńska” eksponowało więcej niż wydatnie osiągnięcia solidarnościowej władzy, Szczególny wydźwięk propagandowy miało odzyskanie praw miejskich i wystawienie pomnika Tadeuszowi Kościuszce. Te propagandowe osiągnięcia były rzeczywiście efektem wieloletnich starań, głównie rodziny Turlejskich, ale Solidarność w Kamieńsku nie była już jednolitą skałą. Konflikt Turlejskiego z byłym wójtem Piekarskim obnażył liczne rysy i pęknięcia dawnego monolitu. W rezultacie wyborów obóz solidarnościowy nie obronił swoich pozycji, tracąc w radzie cztery fotele. Po obliczeniu głosów skład Rady Miejskiej przedstawiał się następująco: Solidarność miała ośmiu radnych, PSL- 5, trzy mandaty przypadły grupie Gaworskiego a dwa wywalczyli kandydaci niezależni. Najbliżej do władzy miała Solidarność. Wystarczyło im pozyskać tych niezależnych lub wejść w koalicję z PSL-em. Po przedwyborczej wojnie to ostatnie rozwiązanie nie miało jednak szans realizacji i żadna ze stron nawet nie rozważała takiego wariantu podziału władzy w gminie.

Podczas wyborczej nocy tuż po ogłoszeniu nieoficjalnych wyników Tadeusz Gaworski przystał na zawiązanie koalicji z ludowcami. Potwierdził, że ma zapewnione poparcie radnych Kurmana i Pawelca. Rankiem następnego dnia liderzy PSL-u złożyli wizytę prezesowi Spółdzielni Mieszkaniowej, nowemu radnemu Janowi Kuliberdzie. Pan Jan startował już do rady poprzedniej kadencji. Przegrał, ale nie zrezygnował z politycznej kariery. Tym razem było o nim głośno z racji przyjęcia, jakie wydał dla rodziny i znajomych z okazji święceń kapłańskich syna. Mandat radnego otwierał mu drogę od stanowiska w gminie. Ponieważ żadna z głównych opcji nie była w stanie samodzielnie wyłonić Zarządu Miasta pan Jan spokojnie oczekiwał na propozycje dla siebie, w zamian za poparcie któregoś z kandydatów na stanowisko burmistrza. Wysłannicy ludowców zostali zaproszeni do piwnic bloku, gdzie mieściło się biuro. Tam księgowa Anna Łągiewka przygotowała herbatę. Rozpoczęły się rozmowy, które mogły rozstrzygnąć czy w Kamieńsku dojdzie do zmiany samorządowych władz. W tym czasie do mieszczącej się obok stadionu siedziby spółdzielni zbliżała się Bożena Sewerynek, radna z ekipy Solidarności. Jak się później okazało miała ona dla pana Jana pewne propozycje od Grzegorza Turlejskiego. Nie mogła ukryć zaskoczenia na widok siedzących już w biurze przeciwników politycznych. Za to pan Jan promieniał, doskonale bowiem wiedział, że właśnie rozpoczął się przetarg, kto mu da więcej za poparcie skutkujące objęciem władzy w gminie na najbliższe cztery lata. Po wymianie poglądów na powyborcze układy w Radzie Miejskiej ludowcy zaproponowali Janowi Kuliberdzie objęcie funkcji przewodniczącego tej rady.

Następne, decydujące o powołaniu koalicji spotkanie odbyło się w Gorzędowie, w mieszkaniu pana Tadeusza. Na rozmowie obok mnie uczestniczyli Andrzej Kułak i Edward Chłapiński. Pan Gaworski ustępujący burmistrz przyjął gości pełen obaw o ponowny wybór na piastowane stanowisko. Nie miał wiele atutów w tej grze. Większość kandydatów, których wystawił do rady przegrała z kretesem a on chciał utrzymać stanowisko za wszelką cenę.

Ludowcy przedstawili, Chłapińskiego jako swojego kandydata na burmistrza. Pan Tadeusz oniemiał i zamilkł na pewien czas. Zawsze się tak zachowywał w trudnych dla niego chwilach. W mieszkaniu zapanowała nieprzyjemna, uciążliwa dla wszystkich cisza. Widać było wyraźnie, że Gaworski ze stanowiska burmistrza bez walki nie zrezygnuje. Swoim zwyczajem zacznie kaperować radnych i będzie liczył na szczęśliwy zbieg okoliczności, który pozwoli mu utrzymać pełnię władzy w gminie. Taka sytuacja ani chybi była korzystna dla zwartej drużyny Solidarności.

Po chwili kłopotliwego milczenia ludowcy dopuścili również możliwość udzielenia poparcia panu Tadeuszowi a Chłapiński miałby zostać jego zastępcą. W Gaworskiego natychmiast wstąpił nowy duch. Zapewnił ludowców, że spełni ich programowe postulaty. Ustalono też, że Włodzimierz Dajcz otrzyma stanowisko dyrektora mającego powstać zakładu komunalnego a Andrzej Kułak etat w Urzędzie Miejskim.

Nazajutrz burmistrz zażądał od sojuszników kolejnych ustępstw. Ryszard Kurman uzależnił swoje poparcie od wyboru na stanowisko sekretarza Urzędu Miejskiego a Jan, Kuliberda wysoko mierzył, bo w fotel zastępcy burmistrza. Odrzucił, więc propozycję kandydowania na przewodniczącego rady. Nie sposób było odrzucić żądań pana Jana, który grał na dwa fronty mając propozycję od Solidarności zatrudnienia w Urzędzie na wysokim stanowisku. W tej sytuacji zabrakło stołka dla pana Edwarda, ale on miał etat w szkole, więc z żalem, co prawda, lecz pogodził się z nowym układem personalnym władz gminnych. Gdyby nie było na ten układ zgody pan Tadeusz przystąpiłby natychmiast do kaperowania radnych. Nowa koalicja zostałaby rozbita a władza pozostałaby w rękach Solidarności.

Do utworzenia większościowej dziesiątki radnych brakowało jednak jeszcze jednej osoby. Języczkiem u wagi mógł być Marek Ludwiczak, radny z Koźniewic. O jego pozyskanie walczyły obie strony. Ludowcy mogli liczyć w tej sprawie na wsparcie ze strony jego dawnych dwóch nauczycieli:, Chłapińskiego i Antoszczyka. Prośby „profesorów” podbełtały dumę Ludwiczaka i dziesiątka została skompletowana. Zbliżała się godzina zero a obie strony twierdziły, że mają po dziesięciu radnych, co było niemożliwe, bo cała rada liczyła tylko osiemnastu. Wyglądało na to, że ktoś komuś poczynił fałszywe obietnice.

Na pierwszej lipcowej sesji butna Solidarność poległa. Po rozstrzygającym wszystko pojedynku Grzegorza Turlejskiego z Andrzejem Pawelcem emocje zaczęły powoli opadać.Pawelec wygrał w drugim głosowaniu. W pierwszym mógł się ktoś pomyć, albo ktoś nie do końca zdecydowany badał siłę rywalizujących ugrupowań. Mógł to być Ludwiczak, mógł Kuliberda. Następnie pan Tadeusz wygrał pojedynek o fotel burmistrza z Jackiem Jędrzejczykiem. Dalej miało być gładko, ale nie było. Pan Tadeusz już w chwilę po zdobyciu władzy rozpoczął działania na rzecz osłabienia ludowców, którzy go do tej władzy wynieśli. Dziwnym trafem przegrana i zniechęcona już Solidarność wprowadziła do Zarządu Miasta Józefa Górnego a na Sejmik Wojewódzki Jacka Jędrzejczyka. Widoczne było jak na dłoni zafałszowane działanie Gaworskiego, który łamiąc przedwyborcze ustalenia spisane w koalicyjnej umowie nie zamierzał z nikim dzielić się zdobytą władzą. Radość z odniesionego zwycięstwa zmąciło ludowcom podejrzenie, że nowy burmistrz będzie dążył do wyeliminowania ich z orbity gminnej władzy. Z dnia na dzień podejrzenia zmieniały się w pewność opartą na faktach. Pan Tadeusz mając za nic własne słowa, krok po kroku przejmował pełnię władzę w gminie. Triumfował przez jakiś czas, dopóki żądza władzy i pazerność nie zaprowadziły go na ławę oskarżonych.

Nowy początek

Nastał upalny lipiec 1994 roku. Było coś niezwykłego w suchym powiewie wschodniego wyżu. Objawił się jednocześnie z nadmiarem rąk do pracy czy też z nadmiarem ludzi poszukujących gorączkowo jakiś wolnych etatów. A tych nie było wcale. Mało, kto rozumiał tę nagłą przemianę. Słowo bezrobocie nabrało nagle realnego kształtu i jak obuchem otworzyło drzwi ku niepewnej przyszłości. Jeszcze niedawno za komunistycznej władzy każdy miał prawo do choćby miernej egzystencji. Teraz już nie. Z dnia na dzień zniknęła ochronna rola państwa, tamtego państwa o ograniczonej wolności obywatelskiej. Wolność, która nastała była ogromna, ale zniknęła bezpowrotnie pewność egzystencji ludzkiej jednostki. Początek tych zmian wyglądał nawet optymistycznie. Każdy, co stracił pracę otrzymywał zasiłek dla bezrobotnych. System zasiłków obejmował również absolwentów szkół i tych, którzy nigdy pracą się nie zhańbili. Wysokość zasiłków niewiele odbiegała od wielkości minimalnej płacy, więc pracować się nie opłacało. Fajnie było, ale tę sytuację można było porównać do poprawy samopoczucia chorego przed agonią. Zgodnie z przewidywaniami malkontentów zasiłki wkrótce się wyczerpały. Praca przestała być socjalistycznym obowiązkiem. Stała się trudno dostępnym dobrem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 24.7