Wstęp
Przekazuję na Państwa ręce „Karuzelę Zdzisia”, książka która jest efektem współpracy między talentem gawędziarskim mojego Szwagra, a moją potrzebą przelania tego na papier.
Historia tej książki zaczęła się przed laty od prostej myśli: „Mieciu, opisz to!”. Mój szwagier Mieczysław jest bowiem mistrzem narracji, człowiekiem, który potrafi zawładnąć uwagą każdego słuchacza, wcielając się w role groźnego nauczyciela, słodkiej mamy czy groźnego zwierzchnika. Choć Mieciu od dawna nosił się z zamiarem opisania swoich wspomnień, na przeszkodzie stanęła jedna z jego nielicznych wad: legendarne wręcz lenistwo.
Przez lata próbowałem go nakłaniać: najpierw nieśmiało, potem naciskając przez moją siostrę, a w końcu robiąc podchody z dyktafonem. Bezskutecznie. Mijały lata, a ja sam, pracując jako wicedyrektor w szkole ponadpodstawowej (ponadgimnazjalnej), długo nie miałem odwagi wejść na te nieznane mi tereny. Przełom nastąpił po powrocie do domu z jednej z wizyt u nich, gdy w zaledwie trzy godziny napisałem historię jego podejść do kolonoskopii. Reakcja czytelników była tak entuzjastyczna, że stwierdziłem: te historie po prostu muszą zostać wydane.
W toku pracy opowieści ewoluowały. Choć fundamentem pozostały barwne przeżycia szwagra (łącznie z jego urzędniczą nerwicą), większość wątków stała się dla mnie jedynie przyczynkiem do literackiego tworzenia z udziałem własnej fantazji.
Dlatego pragnę gorąco podziękować
Mieczysławowi Wilkowi
za to, że był inspiracją tej książki.
Mieciu, jesteś wielki! Jaki ten świat byłby bez Ciebie nudny!
Nota od autora: Chciałbym zaznaczyć, że dla dobra moich bohaterów, imiona i nazwiska wszystkich postaci zostały zmienione.
Ewentualna zbieżność z osobami rzeczywistymi jest całkowicie przypadkowa. Wyjątek zrobiłem jedynie dla przemiłej psiny, Koki, bo tylko ona, na pewno nie zgłosi zastrzeżeń.
Przydziałowe plagi egipskie
Od dziesięciu lat pracowałem w Powiatowym Centrum Zarządzania Kryzysowego (PCZK). W praktyce oznaczało to, że byłem tam wszystkim: pracownikiem, kierownikiem, sekretarką i chłopcem od wszystkiego. Jednoosobowa instytucja. Mała enklawa starostwa w wielkiej strukturze straży pożarnej. Nudzić się nie mogłem, roboty miałem po uszy.
Od dawna powtarzałem staroście, że pracy jest za dużo jak na jednego człowieka i że przydałaby się pomoc. W końcu chyba ugiął się pod moją presją, choć niezupełnie tak, jak sobie to wyobrażałem. Stworzył nowe stanowisko: naczelnika Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego. Kierownikiem wydziału nadal byłem ja, Zdzisław Koza, ale nade mną pojawił się przełożony.
Został nim emerytowany major Wojska Polskiego, Ryszard Cyfrowski.
W powiecie bardzo szybko przestał być Ryszardem Cyfrowskim. Został po prostu Cyfrą. Czasami majorem Rychu.
Człowiek zasłużony dla wojska, swoje w życiu przeszedł. (Czyli wypił.) I tak zaczęła się moja pierwsza przydziałowa plaga egipska.
Major był już człowiekiem zawodowo wypalonym, ale miał jednak solidne plecy, więc dostał u nas spokojną, jak sądził, synekurę. W praktyce oznaczało to, że przydzielono mi przełożonego, którego musiałem wdrażać do pracy. Problem polegał na tym, że wdrożyć się nie dało, bo miał własną, bardzo oryginalną koncepcję zarządzania kryzysowego. — Zdzisiu — mawiał — najważniejsza jest prewencja. — Kryzysowi trzeba zapobiegać.
I konsekwentnie tę zasadę realizował. Najlepiej zapobiega się kryzysom wówczas, kiedy nie ma się z nimi bezpośredniego kontaktu. Dlatego major często znikał: raz chorobowe, raz urlop, raz jakieś ważne szkolenie. W efekcie w pracy częściej go nie było, niż był.
A wszystkie najważniejsze sprawy zaczęły trafiać właśnie do niego, do naczelnika. Jeśli nie zapomniał, przekazywał je dalej do mnie. Jeśli zapomniał, sprawa znikała… a po czasie wybuchała jak granat z opóźnionym zapłonem. A gdy już niczego nie zapomniał, to coś przekręcił, i taki gips musiałem rozwiązywać sam.
Po drugie, był człowiekiem nie stąd, z nadania, z koszar. Nie znał terenu, specyfiki lokalnych zakładów, nie kojarzył twarzy ani urzędowych powiązań. Pod jego okiem wydział zamiast rozkwitać, pogrążał się w chaosie. Pretensje spływały po nim jak po kaczce… i, oczywiście, spływały zawsze na mnie.
Major miał za to niewątpliwie dar towarzyski. Potrafił odwiedzić każdy pokój, porozmawiać z każdym urzędnikiem, doradzić, wysłuchać. Natura jednak poskąpiła mu daru do rzetelnej pracy.
W końcu pękłem. Poszedłem do starosty, który prywatnie był kolegą majora Rycha i bardzo delikatnie wyłuszczyłem problem. Ku mojemu zdumieniu, Starosta nie zaprzeczał. Przeciwnie, dorzucił kilka własnych, złośliwych obserwacji.
— No ale sam wiesz, Zdzisiu — powiedział w końcu
— to nadanie z góry. Sprawa polityczna. Nic nie mogę zrobić.
Nagle jednak jego twarz rozjaśnił błysk olśnienia.
— Wiesz co… mamy tu w starostwie młodą dziewczynę, zaraz po studiach. Ona ci świetnie ogarnie całą tę twoją… papierologię.
— Nie papierologię — poprawiłem najwyższą instancję w powiecie — tylko popierduologię.
Dziewczyna nazywała się Elżbieta Starstycka.
I tak oto nadeszła druga przydziałowa plaga egipska.
Ela miała niezwykły talent do mylenia wszystkiego ze wszystkim. Jakim cudem ukończyła szkołę i studia, pozostawało jej najpilniej strzeżoną tajemnicą. A jak udawało jej się funkcjonować z dnia na dzień, to już był prawdziwy cud.
Myliła adresy. Zamiast do Sanepidu wysyłała pisma do Urzędu Pracy, a prośbę o nowe rozmieszczenie sal w szkole (na potrzeby szpitala polowego na wypadek „W”) skierowała do izby „W”… czyli na izbę wytrzeźwień.
Myliła nazwiska, daty, liczby. Myliła nawet to, czego, wydawałoby się, pomylić się nie da.
Spóźniała się do pracy, zapominała przyjść w ogóle albo przychodziła… w niedzielę. Potrafiła założyć dwa różne buty albo stanik na bluzkę, umalować tylko jedno oko, pomylić krem z pudrem… i tak dalej.
Najgorzej było, gdy zapominała coś przekazać albo przekręcała przekaz. Do tego dochodziły błędy ortograficzne i te jej wielkie, maślane oczy.
Bo gdy tylko próbowałem ją skrytykować, nie mówiąc już o reprymendzie, natychmiast wybuchała szczerym płaczem. A płacz, niestety, rozklejał mnie w sekundzie.
I w tym wszystkim, wiecie co? Była szczera, miła, słodka i… rozbrajająca.
Ela powoli stawała się legendą powiatu.
Ela, permanentny prima-aprilis.
A ja, powiatowym wrakiem pracownika.
Po Eli wszystko trzeba było sprawdzać, przypominać, odkręcać, tłumaczyć i łagodzić. Z czasem zacząłem być strzępkiem nerwów. W Centrum Zarządzania Kryzysowego sam stałem się wielkim kryzysem.
Przestałem się uśmiechać, za to coraz częściej reagowałem nerwowym śmiechem lub nagłymi wybuchami furii. Ja, dawna oaza spokoju, potrafiłem wywrzeszczeć komuś płuca do słuchawki z błahego powodu.
Przestałem sypiać. W nocy analizowałem czarne scenariusze: co jeszcze popsuje Cyfra? Jaki kataklizm wywoła Ela? Nawet na zwolnieniu lekarskim, lecząc wrzody i bóle brzucha, podświadomie nasłuchiwałem telefonu.
I ten telefon zazwyczaj dzwonił, np. o drugiej w nocy.
— Panie Zdzisławie, luźny koń biega po drodze wojewódzkiej numer 24! Co robić?
— panikowała Ela.
— A jakie imię konia? — pytałem z desperacką przekorą.
— Apollo! — padła odpowiedź.
— No to co robić? — odparowywałem złośliwie. — Dzwonić na Canaveral!
— Gdzie?
— Houston, mamy problem! — drwiłem do słuchawki. Ale dalej to już przechodziłem w tryb naprawy katastrofy.
W końcu moja żona, Zosia, nie wytrzymała.
— Idź do psychiatry — powiedziała.
— Przecież ty się wykańczasz.
Według niej miałem klasyczny zestaw objawów psychosomatycznych. A ja sam wiedziałem, że powoli się rozpadam. Radość życia zamieniła się w koszmar przetrwania.
Dla ludzi z mojego pokolenia pójście do psychiatry było jak przyznanie się do szaleństwa: nienormalny, wariat, idiota, kretyn… Wstyd i kompromitacja. Coś gorszego niż przejście nago Marszałkowską.
Ale ja byłem już tak zdesperowany, że w końcu poszedłem.
I tak oto nadeszła trzecia nie-przydziałowa plaga egipska, tyle że tym razem to ja stałem się plagą dla nich.
Pani doktor przeprowadziła długi wywiad, po czym wystawiła mi solidny, roczny „odwyk” od rzeczywistości. Formalnie nazywało się to świadczeniem rehabilitacyjnym z powodu zaburzeń adaptacyjnych, ale dla mnie był to po prostu kategoryczny nakaz: odciąć się od świata.
— Jak to, pani doktor? — zdziwiłem się.
— Wyłączyć komórkę i zablokować kontakty służbowe?
— Przecież Ela z Cyfrą wywołają trzecią wojnę światową! — stwierdzenie to wywołało serdeczny śmiech pani doktor.
— O, widzę tu też syndrom niezastąpionego! — śmiała się dalej. — Niech pan zobaczy, jakie ludzie mają prawdziwe problemy życiowe.
I zapisała mnie do terapeutycznej grupy wsparcia, ludzi z lżejszymi zaburzeniami, traumami i pokręconymi historiami życiowymi.
Na spotkaniach trzeba było opowiadać o sobie. (A to akurat lubię).
W końcu przyszła moja kolej.
Zacząłem mówić. Nie pierwszy raz opowiadam swoje historie. Zawsze robią wrażenie.
Już po kilku minutach cała grupa słuchała mnie w absolutnej, pełnej napięcia ciszy.
Wpadłem wtedy na pomysł, by moje słowa podeprzeć dowodami. Na kolejne spotkanie przynosiłem stare albumy ze zdjęciami.
Wyciągałem zdjęcia jak asy z rękawa: ja, Waldek i Rudy pamiętnej zimy; Ula i Gosia; czy moje ulubione, ja i Koki w PCZK.
Ja słuchałem ich trudnych historii, oni przeżywali ze mną moje najbardziej absurdalne chwile.
I tak oto obcy mi początkowo ludzie powoli stawali się bliscy, najpierw znajomi, potem dobrzy koledzy, aż wreszcie poczułem się wśród nich jak w rodzinie albo w starej, zgranej klasie.
Bo życie, w przeciwieństwie do pudełka czekoladek, to u mnie raczej stary album ze zdjęciami. Niby wiesz, na jaką fotkę trafisz po przewróceniu strony, ale każda z nich ma swój własny, niepowtarzalny zapach przeszłości i budzi przede wszystkim uczucia.
Poszukiwacze Świętego Graala
Oglądam zdjęcie Rudego, Waldka i moje. Uśmiechnięci i, przede wszystkim, niewiarygodnie młodzi!
Mówi się, że rodziny się nie wybiera, niby prawda, ale to zdanie ma drugie dno. Bo skoro rodziny nie wybieramy, to czy naprawdę wybieramy kolegów i przyjaciół? Mam co do tego poważne wątpliwości. Wydaje mi się, że to raczej okoliczności wybierają za nas. Jesteś w szkole, masz kolegów z klasy. Mieszkasz na danym osiedlu, masz sąsiadów. A potem człowiek dorasta i myśli, że to on dokonał wyboru, a nie że został wybrany przez przypadek miejsca i czasu.
Tak było z Waldkiem Bryzgą, kolegą z klasy, którego osobowość była jak petarda: nigdy nie wiesz, kiedy wybuchnie, ale wiesz, że huk będzie solidny. I to właśnie on pewnej zimy wciągnął mnie w historię, która do dziś pachnie mi śniegiem, przygodą i… lekką niespodzianką.
Mieliśmy wówczas po trzynaście lat i cieszyliśmy się każdym wolnym dniem jak szczeniaki wypuszczone z kojca. A trafiła się zima jak z bajki: mróz szczypał w policzki, śniegu po kolana, a szkołę zamknięto, oficjalnie „przesunięto ferie”, ale dla nas to była po prostu manna z nieba.
Sanki, łyżwy, pożyczane od Waldka narty, zabawy było tyle, że człowiek nie wiedział, w co stopy włożyć. Ale ta historia nie jest o zimowych igrzyskach.
Trzeciego dnia ferii Waldek wpadł do mnie z Rudym. Waldek trzymał w ręku pomięty skrawek papieru, jakby to był wygrany kupon Toto Lotka, albo przynajmniej świadectwo utraty dziewictwa.
— Znalazłem to na strychu, w starej niemieckiej książce do nabożeństw, oznajmił z poważną miną.
Patrzymy: kartka stara, pożółkła, a na niej napis:
Stalla 11 — sehen — 5
— To na pewno jakiś szyfr — stwierdził Waldek poważnym tonem.
Rudy przytaknął, jakby właśnie usłyszał trafną diagnozę swojej inteligencji.
— Ale o co tu chodzi? — mruknął.
— Dajcie to — powiedziałem, myśląc że wstępuje we mnie duch Sherlocka Holmesa.
Muszę to wyjaśnić, bo bez tego trudno zrozumieć tamte czasy. To były lata, gdy na domowych półkach królowały książki potrafiące przewrócić dziecięcą wyobraźnię do góry nogami. Czytało się wtedy „Wakacje z duchami” Adama Bahdaja, „Szatana z siódmej klasy” Kornela Makuszyńskiego, „Pana Samochodzika” Zbigniewa Nienackiego, kolejne tomy „Przygód Tomka” Alfreda Szklarskiego oraz książki Arkadego Fiedlera, pachnące dżunglą, tajemnicą i dalekim światem.
Te lektury nie służyły wyłącznie do czytania. Działały jak zapalnik: pobudzały wyobraźnię, rozsadzając codzienność i prowokowały dzieciaki, a już na pewno nas, do wymyślania zabaw, snucia fantazji, organizowania wypraw, tajnych stowarzyszeń, śledztw, zasadzek i przygód, które zaczynały się tuż za rogiem domu, a kończyły niekiedy na końcu świata.
Nic dziwnego, że ta kartka od razu nas porwała. Zaczęliśmy kombinować: imię? Numer mieszkania? Ulica? Coś po niemiecku?
— Może w encyklopedii znajdziemy wskazówki? — rzucił ktoś.
W encyklopedii: stalle, ławki w prezbiterium kościoła. I nagle olśnienie: w naszym kościele są stalle!
— Musimy to sprawdzić — zarządził Waldek.
Nie wiedzieliśmy, co oznacza „11” ani „sehen-5”. Waldek wpadł na pomysł, żeby zapytać mojego ojca, który znał niemiecki.
Tata był przez krótki czas na robotach u Bauera w Niemczech, potem uciekł i działał w AK, niemiecki znał więc całkiem nieźle.
— A po co ci to? — zdziwił się.
— A tak pytam… bo Waldka ktoś na drodze pytał i nie wiemy, czy to dobrze, czy źle — kłamałem jak z nut.
— Sehen to patrz albo spójrz — powiedział.
Jedenaście coś, spójrz na pięć. Wtedy wydawało nam się, że wszystko jest już jasne. Oczywiście, tylko nam się wydawało.
Skoro mieszkałem tuż obok kościoła, a rodzice byli w pracy, droga stała otworem. Było trochę po jedenastej, kościół, jak to wtedy bywało, stał otwarty. Żadnych alarmów, żadnych krat, żadnych tabliczek „monitoring 24h”. Wchodziłeś, modliłeś się, a jak miałeś szczęście, to ksiądz akurat siedział w konfesjonale i można było na siebie naskarżyć.
Weszliśmy po długich schodach, otworzyliśmy ciężkie drzwi i znaleźliśmy się w środku. Pusto. Cicho. Idealnie.
Przemknęliśmy jak trzy duchy w stronę ołtarza i stanęliśmy przed stallami. Liczymy: po prawej dziewięć, po lewej dziewięć.
— To gdzie jest jedenaście? — mruknął Rudy.
Liczymy obrazy nad siedzeniami, dziesięć. Liczymy siedziska, też dziesięć. Patrzymy na kartkę, „Stalla 11 — sehen — 5” i nic nam się nie zgadza.
— Może to nie jedenaście, tylko dwie jedynki rzymskie? — rzucił Waldek. — Tylko bez kreseczek. Czyli… dwa.
Szukamy dwójek rzymskich. Na stallach ich nie ma. Jest na portrecie jakiegoś biskupa.
— Dobra — zdecydował Waldek tonem generała.
Siadamy pod obrazem i zaczynamy gorączkowo macać, pukać, szarpać, szukać czegoś z piątką albo czegoś, czego jest pięć.
— Trzeba PATRZEĆ, a nie macać, to spójrz! — podsuwa Waldek
— JEST! — Rudy prawie wrzasnął.
Wskazuje na literę „S” w jakimś napisie.
— No tak… — mruknąłem. — To może być „S”, a nie „5”.
Ale litera nic nam nie daje. Próbujemy ją wciskać, przekręcać, a nawet, o zgrozo, wydłubać. Nic.
— Może to te stalle po drugiej stronie? — rzucił Waldek.
Wychodzimy ze stall-i patrzymy na Biskupa i nas olśniło, spójrz tak jak biskup! A Biskup spogląda na narożnik stalli po drugiej stronie!
Przeskakujemy na drugą stronę. Tu napis PIUS XI, jest „S”. Waldek naciska ją, przesuwa klapkę w lewo i… ukazuje się mały schowek. Ktoś musiał przy nim majstrować latami, może nawet podczas niejednego kazania.
W środku leży gruba kartka. Wyrywamy ją sobie z rąk jak hieny.
— To mapa! — Na pewno mapa! — Mapa skarbów! — Rudy aż się trząsł.
Waldek, jak zwykle, przejął dowodzenie:
— W domu to rozwiążemy.
Wychodzimy z kościoła rozpaleni jak po trzech kubkach jajc ze spirytusem. Już widzimy siebie z girlandami na szyjach, w świetle reflektorów, otoczeni reporterami wszystkich mediów, a przede wszystkim, wianuszkiem dziewczyn ze szkoły, które patrzą na nas z rozdziawionymi minami, jakbyśmy właśnie wrócili z wyprawy na ksieżyc.
I wówczas usłyszeliśmy kroki.
Zamarliśmy. Przysłowie mówi: „na złodzieju czapka gore”, ale na poszukiwaczach skarbów płoną całe gacie. Trzeba się ukryć. Natychmiast.
Rudy wskakuje do najbliższej skrzyni. Ja za nim. To skrzynia na feretron, taki ołtarzyk noszony w procesji Bożego Ciała. Wieko ażurowe, skrzynia duża, ale nie aż tak, żebyśmy mogli tam swobodnie tańczyć.
Waldek kręci się jak bąk, nie wie gdzie się ukryć i w końcu wskakuje do konfesjonału. W pośpiechu przypadkowo naciska lampkę oznaczającą spowiedź.
Wstrzymujemy oddech. Nasze serca biją jak młoty pneumatyczne.
Cisza. Nic się nie dzieje. Delikatnie unosimy wieko skrzyni…
Ajajaj.
Kroki. Kolejne. I następne.
No to utknęliśmy. Kościół powoli się zapełnia. Chyba zacznie się jakieś nabożeństwo. Tkwimy tak kilka minut, dla nas wieczność.
Znowu uchylamy wieko. I widzimy, jak do konfesjonału wchodzi kobieta obfita w kształty i jeszcze obfitszej, nachalnej urody. Nazwijmy ją Berta.
— O kurde… Waldek będzie spowiadać — szepnął Rudy. Chichoczemy bezgłośnie.
Ale do śmiechu jest nam tylko przez chwilę, bo w tym samym momencie ktoś siada na naszej skrzyni.
Uwięzieni. Na AMEN.
A ten ktoś… co chwilę… psuje powietrze. Regularnie puszcza zawilce! Bez dźwięku. Za to z zapachem, który mógłby wypędzić diabła z piekła.
— Uduszę się — jęknął Rudy bezgłośnie.
Oczy łzawią. Zatykam nos i usta. Ile można wytrzymać? Trzydzieści sekund? Minutę?
Wytrzymujemy wieczność, czyli może dwie minuty, aż nagle słyszymy krzyk Waldka. Krzyk człowieka obdzieranego ze skóry.
To nasz moment.
Wyskakujemy ze skrzyni jak dwa diabły z pudełka. Babka, która na niej siedziała, wrzeszczy. My wrzeszczymy. Waldek wrzeszczy, bo gruba Berta targa go za włosy i okłada torebką.
W tym chaosie udaje nam się wyrwać i uciec z kościoła.
W domu studzimy emocje, choć tak naprawdę kipimy jak garnek mleka na gazie. Śmiejemy się, przekrzykujemy, każdy chce opowiedzieć swoją wersję wydarzeń z kościoła, jakbyśmy wrócili z wyprawy na Mount Everest, a nie z feretronowej skrzyni.
— Siedzę w konfesjonale i kombinuję, kiedy się stąd wydostać, a tu nagle szeroka baba gramoli się do spowiedzi. Szybko odklepuje formułki i zaczyna się.
— No, no… — potakuję męskim głosem.
A ta dalej: jak to oszukuje męża, że coś kupuje drożej, a to sprzedaje taniej (albo odwrotnie), a że kupuje jakieś trefne ciuszki, a to, że sobie popija naleweczkę i jakie to ma sprośne myśli… I tu mnie poniosło.
Spytałem:
— Jakie?
Pewnie nie tym głosem, bo spojrzała do konfesjonału i zaczęła się jazda. Złapała mnie za włosy, wytargała z konfesjonału, a silna była! I dalej okładała mnie ciężką torebką po głowie, po rękach, gdzie popadnie.
Drę się, bo boli pieruńsko i wtedy wy wyskakujecie ze skrzyni. Na chwilę mnie puściła, więc ja chodu.
— A u nas — mówimy z Rudym, jakaś baba usiadła na skrzyni i zaczęła regularnie puszczać woniejące gazy.
Na szczęście ta „pierdziula”, gdy podnosiliśmy wieko skrzyni, się wystraszyła. Myślała pewnie, że czorty wyskakują z piekieł!
— Bo je smrodem wygoniła! — kwituje Rudy. Chichramy się wspólnie.
W końcu Waldek, cały w glorii samozwańczego dowódcy ekspedycji, wyciąga z kieszeni mapę.
— No, patrzcie — mówi z dumą, jakby prezentował plan zdobycia Berlina.
Rozkładamy kartkę. U góry napis: Friedhof. Pod nim trójkąt z krzyżem. Po lewej stronie kilka krzyżyków, a przy jednym strzałka z napisem Heiliger Kelch. Niżej: Fischer-Grab. A jeszcze niżej jakieś niewyraźne bazgroły, jakby ktoś pisał w pośpiechu albo w rękawiczkach narciarskich.
— To musi być mapa! — stwierdza Rudy z nabożnym szeptem.
— Mapa skarbów — poprawiam go, bo przecież nie będziemy się bawić w półśrodki.
Naradzamy się, dyskutujemy, każdy rzuca teoriami jak wybitny profesor archeologii. Jedno jest pewne: to po niemiecku. A niemiecki zna… no właśnie, kto?
— Lecę do ojca — mówię.
Ojciec patrzy na kartkę, marszczy brwi.
— Friedhof? Po co Waldkowi cmentarz?
— Bo… bo Waldka ktoś pytał o Friedhof i Heiliger Kelch — kłamię jak z nut, bo przecież nie powiem, że szukamy skarbów.
Ojciec wzdycha.
— Friedhof to cmentarz. A to drugie… nie wiem.
Wracam do chłopaków.
— Cmentarz! — mówię z triumfem.
— A Heiliger Kelch? — pyta Rudy.
— Pewnie jakaś niemiecka rodzina — rzuca Waldek, ale w jego oczach już widać błysk: skarb, złoto, diamenty, sława, pomniki.
— Albo nazwa skarbu — poprawia go Rudy, który już widzi siebie w podręcznikach historii.
— Musimy zdobyć słownik — decyduje Rudy tonem człowieka, który właśnie odkrył, że jest Howardem Carterem (odkrywcy grobowca Tutenchamona).
Idziemy do miejskiej biblioteki. Wchodzimy do czytelni jak trzej uczeni mężowie, choć wyglądamy jak banda rozgorączkowanych dzieciaków co ukradli księżyc.
Dostajemy dwa słowniki. Tłumaczymy:
Kelch — kielich. Fischer-Grab — grobowiec Fischerów.
Robi się coraz ciekawiej. Ale zostaje jeszcze ten tajemniczy napis na dole:
„Calix passionis et salutis Iesus in manibus Raphaelis”
Przepisujemy to do zeszytu i idziemy do bibliotekarki.
— Proszę pani, co to znaczy? — pytam, udając niewinność, choć w środku aż mnie skręca z ekscytacji.
Pani patrzy, myśli chwilę.
— Kielich pasji… nie, cierpienia… i ręce Rafaela. To po łacinie. Chcecie słownik łaciński?
Potakujemy jak trzy głowy hydry.
Słowo po słowie tłumaczymy:
kielich — puchar — namiętności — cierpienia — zbawienia — Jezusa — w rękach — Rafaela.
Rudy aż sapie z emocji.
— To pewno kielich mszalny — mówi.
Ale ja już biegnę po encyklopedię. Szukam hasła „kielich Jezusa”. I jest:
Święty Graal, legendarny kielich, z którego Jezus pił podczas Ostatniej Wieczerzy…
Czytamy dalej, oczy nam błyszczą jak świeczki na choince. Już nie jesteśmy zwykłymi chłopakami z miasteczka. Jesteśmy odkrywcami, badaczami, zbawicielami świata. Widzimy siebie w telewizji, w gazetach, na pomnikach.
— Rudy, Zdzich i Waldek, czyli ci, którzy odnaleźli Świętego Graala — mówi Waldek z powagą godną papieża.
Podsumowujemy:
— Cmentarz. Grobowiec Fischerów. W grobowcu musi być Rafael. A w jego rękach, kielich.
Proste jak budowa cepa.
Oddajemy słowniki, encyklopedie, idziemy do domów na obiad. Każdy z nas już w głowie pisze własną legendę.
— Coś taki rozgorączkowany? — pyta mama.
— Bo Waldek ma nową grę planszową „Zdobywcy skarbów”, odpowiadam i w sumie… nie mijam się z prawdą.
Po obiedzie lecę do Waldka jak na skrzydłach. Mama jeszcze próbuje mnie zatrzymać:
— Zjedz do końca! I ubierz sweter, kurtkę, czapkę, szalik, rękawiczki…
A ja w środku aż się gotuję. Przecież Święty Graal nie będzie czekał, aż mama skończy ceremonię ubierania dziecka na Syberię.
W końcu jestem wolny. Waldek i Rudy już stoją gotowi jak dwaj muszkieterowie. Waldek ma mapę, ja tłumaczenia, Rudy łom.
— Może się przydać — mówi Rudy z miną człowieka, który już widzi siebie rozwalającego wejście do piramidy.
Wyprawa rusza.
Do drogi na cmentarz idziemy szybko, ale dalej zaczyna się prawdziwa przeprawa. Śniegu nasypało tyle, że nogi zapadają się po kostki, po kolana, a momentami po godność i przyszłość narodu. Mróz szczypie w policzki, ręce bolą nawet w rękawiczkach. Jest minus dwadzieścia stopni, ale jak mówi klasyk: „nie ma wiatru, więc jest ciepło”.
Po godzinie docieramy na miejsce. Wchodzimy boczną furtką, bo główna wygląda jak brama do innego wymiaru, zasypana śniegiem, nie do przejścia.
Po cmentarzu da się chodzić tylko głównymi alejkami. Reszta to białe pustkowie. W końcu widzimy kapliczkę, dokładnie jak na mapie. Obok niej powinien być grobowiec Fischerów.
Powinien.
Bo jest… Baranowskich.
— No nie… — jęczy Rudy.
Grobowiec zasypany po dach. Nawet gdybyśmy mieli łopaty, nie wiadomo, gdzie zacząć kopać. A łopat oczywiście nie mamy, bo kto by o tym pomyślał, skoro idziemy do grobowca po Świętego Graala?
Waldek patrzy na śnieg, marszczy brwi.
— Spóźniliśmy się o jeden dzień — mówi z powagą proroka.
— Wczoraj jeszcze nie było tyle śniegu.
Coś mnie tknęło.
— Byłeś tu wczoraj?
— Nie, no co ty — odpowiada Waldek zbyt szybko. — Tak tylko mówię ogólnie.
Patrzymy na grobowiec Baranowskich. Przejmowanie niemieckich domów po wojnie było normalne, więc grobowiec też mogli przejąć. Ale to niczego nie ułatwia.
— Musimy poczekać do odwilży — stwierdzam.
Wracamy do domów przemoczeni, przemarznięci, z mokrymi skarpetami i czerwonymi nosami. Ale w środku jesteśmy rozpaleni jak piec hutniczy. W głowach snujemy plany, domysły, teorie. Czy Baranowscy wykopali Rafaela? Czy zabrali kielich?
Czy ktoś nas ubiegł?
Każdy dzień czekania to męka. Co rano patrzymy przez okna, czy śnieg topnieje, czy temperatura rośnie?
Wreszcie, po ośmiu dniach, przychodzi odwilż.
Od rana temperatura dodatnia. Waldek jednak studzi nas jak kubeł zimnej wody:
— Musimy poczekać, aż śnieg naprawdę stopnieje.
Następnego dnia po południu jest obiecująco. Ruszamy. Mamy łom, mapę, tłumaczenia i jedną latarkę, która już wygląda, jakby miała dość życia.
Docieramy do grobowca, gdy słońce zachodzi. Śniegu niewiele, ale błoto takie, że buty wciąga jak ruchome piaski.
Znajdujemy wejście. Kłódka wisi, ale mróz i woda zrobiły swoje, jeden zawias puścił. Otwieramy grobowiec.
W środku cisza. Taka, że aż dzwoni w uszach.
Latarka świeci słabo, bo oczywiście po drodze sprawdzaliśmy jej „moc”. Baterie zimy nie lubią.
Przy wejściu stoi świeczka. Zapalamy ją i trzymamy się blisko siebie. Bardzo blisko. Nie da się ukryć, mamy pietra. I to nie byle jakiego. To pietr z kategorii „zaraz umrę, ale nie powiem kolegom, bo wyjdę na tchórza”.
Wchodzimy. Zapach… jakby świeżej stęchlizny. Pierwszy raz jestem w grobowcu. Czuję, że gdyby ktoś teraz krzyknął, to narobiłbym w spodnie i na pewno nie ja jeden.
Oświetlamy wnętrze mrugającą latarką. Szukamy wnęk, napisów, czegokolwiek z Kelch, Calix, Raphael.
Latarka gaśnie. Zostaje świeczka i resztka światła dnia.
Waldek prowadzi do pierwszej wnęki. Czytamy tabliczki:
„Baranowski Michał”, „Baranowska Ludmiła”, „Baranowski Michał”, „Krzesińska Eleonora”.
Następna wnęka:
„Klaus Fischer 1878”, „Ann Fischer 1863”.
A więc jednak! Fischerowie tu leżą!
Przesuwamy się dalej i…
JEST.
Wydrapany na murze napis Raphael. Mała wnęka. Mała trumienka. A obok, mała ławeczka.
Szukamy kielicha.
Waldek sięga za trumienkę i wyciąga puchar.
Mamy go.
I wtedy, zgrzyt, łoskot, huk. Podmuch wiatru, który przeleciał nam po plecach jak duch Rafaela, zdmuchuje świeczkę, drzwi się zamykają, robi się ciemno jak w d… ie … nieboszczyka. Ciemność absolutna.
— Zapalaj! — wrzeszczy Rudy.
Ale zapałki zostały przy wejściu.
Waldek wali w latarkę jak kowal w kowadło. Raz, drugi, trzeci… zaczyna migać. Wycofujemy się do drzwi. Napieramy.
Nic.
— Zginiemy tu! — myślę. Z głodu, chłodu i głupoty!
W końcu zapalam świeczkę.
I widzimy. Napieraliśmy na niewłaściwą stronę drzwi.
Te właściwe otwierają się lekko. Wyskakujemy na zewnątrz jak trzy ptaszki z klatki.
A w rękach, Święty Graal!
Droga powrotna z cmentarza była jak triumfalny marsz trzech zdobywców świata. Błoto chlupotało pod nogami, latarka dogorywała, ale w rękach nieśliśmy Świętego Graala. A przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.
W domu Waldka jego mama na nasz widok tylko załamała ręce. Wyglądaliśmy jak trzej uciekinierzy z bagien: ubłoceni, spoceni, trzęsący się z nadmiaru emocji.
— Jezus Maria, co wy znowu wyprawialiście?! — jęknęła.
Gdyby nie to, że byliśmy w komplecie, Waldek dostałby poważną burę. A tak, mama zrobiła nam gorącą herbatę, a my zaszyliśmy się w łazience niby „umyć się”, a tak naprawdę szorować kielich.
I wtedy stało się coś magicznego.
Brud schodził, a pod nim… „złoto”. I „diamenty”. Kielich błyszczał jak skarb z pirackiej skrzyni.
— No, panowie, powiedział Waldek z dumą, mamy to.
Wróciliśmy do pokoju. Waldek wziął lupę,
spojrzał na napis i… zamarł.
— Patrzcie! — wskazał triumfalnie.
— Ten sam napis, co na mapie!
„Calix passionis et salutis Iesus in manibus Raphaelis”.
To był moment, w którym naprawdę uwierzyliśmy, że trzymamy w rękach coś wielkiego. Coś, co zmieni bieg historii. Coś, co sprawi, że nasze nazwiska będą w podręcznikach.
— Jutro idziemy do jubilera — mówię.
— Nie! — Waldek aż podskoczył.
— Idziemy do Dziadka. Musimy przejść do historii.
Zgadzamy się. Plan był prosty: jutro o dziesiątej idziemy do naszego historyka, Franciszka Dziadkiewicza, zwanego „Dziadkiem”.
Rano bierzemy kielich zawinięty w ręcznik i już mamy wychodzić, gdy mama Waldka woła:
— A gdzie to moje utrapienie idzie?
— Do Dziadka! — odpowiadamy chórem.
— Dziadek nie żyje! — mówi mama z oburzeniem.
— Do naszego historyka, mamy zadanie! — tłumaczymy.
— Idźcie, ale bez Waldka. Waldek ma sprzątać szopę. Koniec, kropka.
Znamy ten ton. Nie ma dyskusji.
Trudno. Idziemy sami. Ale po drodze coś mnie tknęło.
— Rudy… najpierw jubiler.
Rudy kiwa głową. W końcu trzeba wiedzieć,
ile to cudo jest warte.
Wchodzimy do jubilera. Pusto. Pokazujemy kielich.
— Ktoś chce to sprzedać naszemu schorowanemu dziadkowi — mówię. — Pyta, ile to warte.
Jubiler bierze puchar, patrzy… i uśmiecha się krzywo.
— O, znowu ten kielich.
Zamieramy.
— Jak to „znowu”? — pytam, czując, jak coś we mnie pęka.
— No, był tu taki chłopak — mówi jubiler.
— Kiedy? — pytam, choć już wiem.
— Jakieś dwa tygodnie temu.
Zapada cisza. Taka, że można by ją kroić nożem.
— Pozłacany kielich mszalny — mówi jubiler. — Szkiełka, nie diamenty. Warty może parę złotych.
Wychodzimy zdruzgotani. Wszystko się wali: sława, pomniki, telewizja, nieśmiertelność.
— To franca! — syczy Rudy. — To gnojek! Ale nas zrobił w konia!
I wtedy zaczynamy składać puzzle:
„Wczoraj jeszcze nie było tyle śniegu”. Niechęć Waldka do jubilera. To nieporadne pismo. Grobowiec Baranowskich, przecież to rodzina Bryzgi. Stalle, babcia Bryzgi tam zawsze siada.
Wszystko układa się w jedną, genialną intrygę Waldka.
— Poczekaj, Waldziu… — mówię. — Dam ci Świętego Graala.
Rudy też się uśmiecha złowieszczo.
Układamy plan zemsty. Piękny, elegancki, teatralny. Sklecony na poczekaniu.
Powiemy, że Dziadek obejrzał kielich i że to może być Święty Graal, albo równie coś starożytnego.
— Że ten kielich to największe odkrycie w Polsce, to rewelacja! — dodaje Rudy. — To sensacja! Stwierdził, że zgłosi to do Muzeum Narodowego.
Myślimy jeszcze:
— Że chce nasze dane, bo chce nas zgłosić do telewizji i radia. Dzwonił przy nas do jakiegoś kolegi z archeologii. Że podaliśmy jego dane i jutro będzie u niego TELEWIZJA! Zobaczymy, jaką będzie miał minę.
Kielich zostawiamy u mnie. Nabuzowani, nakręceni idziemy do naszego kawalarza. Powoli zaczynamy w to sami wierzyć, tak jakby to było niewinne kłamstewko o przeprowadzaniu staruszki przez pasy.
Vendetta się zaczyna! Waldek słucha naszego przedstawienia:
— Dziadek obejrzał kielich i… to może być Święty Graal. To największe odkrycie w Polsce. — Dziadek dzwonił do kolegi z Muzeum Narodowego. Jutro będzie u ciebie telewizja. Podaliśmy twoje dane.
Waldek robi coraz większe oczy.
— No co wy… — powtarza. — Nie gadajcie…
A gdy mówię o telewizji, Waldek blednie.
— O nie… mama mnie zabije… może telewizja przyjedzie do ciebie?
— Nie, Waldziu — mówię poważnie. — To ty to wszystko odkryłeś. Wskazuję go palcem, jak wymierzonym pistoletem. Do Ciebie!
I wtedy Rudy pęka. Śmiech wybucha z niego jak gejzer. Zaraża mnie. Potem Waldka. Śmiejemy się jak wariaci, aż łzy lecą.
A ja w duchu muszę przyznać: plan Waldka był genialny. Przepisał napis z kielicha. Ukrył mapę w skrytce babci. Wyrył napis Raphael. Sprawdził słowa w czytelni. Wszystko zaplanował.
A my… my tylko daliśmy się ponieść własnej fantazji.
I może właśnie dlatego ta historia jest tak piękna.
Szkoła na krawędzi
Przewracam kolejną kartkę w albumie i znajduję zdjęcie Uli i Gosi. Mówiąc krótko: nagłe uczucie przyjemności wypełnia mi pierś. Przez chwilę patrzę na ich uśmiechnięte twarze, po czym podaję zdjęcie najbliższej osobie w kręgu.
Trzecia klasa LO. Rudy poszedł do Technikum Budowlanego, a my z Waldkiem wylądowaliśmy w liceum. Krótko mówiąc, trzeba było kuć i to tak, że aż w Lądku było słychać.
Szkoła średnia to był inny świat: inni ludzie, inni nauczyciele, inni my sami. Wszystko inne, choć minęło ledwie dwa lata. Jak to mówią: strach ma wielkie oczy, a nowa szkoła miała oczy ogromne. Na początku uczyliśmy się pilnie, z nabożną dbałością o każdy szczegół.
A i szkoła była wtedy inna. Nauczyciele także. Już samo wyczytywanie listy potrafiło być pokazem „humoru” i zwykłej pogardy. Niby przypadkiem przekręcali nazwiska. Moje nadawało się do tego idealnie.
— Kozula… Kozioł… Kózka? Czy jest na sali jakiś przedstawiciel parzystokopytnych? — tak szukała mnie Hydra, psorka od biologii.
— Kozica! Hyc, hyc do tablicy! — tak z kolei wywoływała mnie Hiena, matematyczka i zgroza całego LO.
— Wyżej te raciczki, Koza! To nie spacer na pastwisku, tylko poważny skok w dal! — a tak „pieszczotliwie” dopingował mnie Paluch, wuefista, gdy za nic nie mogłem doskoczyć do czwartego metra.
Przy oddawaniu prac drwili z nas bez oporów:
— Imbecyle! Ćmoki! Debile! Kretyni!
O innych epitetach lepiej nie wspominać.
A perełką wszystkiego było bicie. Po rękach, po pośladkach, w kark, po głowie, czasem nawet w twarz. Linijką, cyrklem, kołkiem od kluczy lub po prostu ręką. Tak, można było dostać „bicie”, chociaż tak naprawdę kary cielesne były zakazane. Kar było więcej: koza, „prace społeczne”, szorowanie kibli, sprzątanie sal albo praca w szkolnym ogródku. (Gdzie te czasy?)
Mówię o tym z perspektywy obecnego czasu; wtedy to była codzienność. Tak po prostu było. Nie twierdzę, że sensownie czy dobrze, ale tak wyglądała szkolna normalność.
W pierwszym roku szybko odkryliśmy, że sielanka się skończyła. Zamiast czwórek i piątek sypały się tróje, czasem, o zgrozo, pały. Całe szczęście, że z Waldkiem wylądowaliśmy w jednej klasie. To był dobry kumpel: nigdy z nim nie było nudno, a do tego miał smykałkę do matmy i fizy. Ja brylowałem w humanistyce, więc uzupełnialiśmy się idealnie.
Tak samo było z urodą i posturą. Ja mikry, ale w miarę przystojny, gdyby nie te cholerne pryszcze. Waldek postawny, ale z urodą nie trafił. Mówiąc wprost: brzydal ze złamanym nosem i kwadratową szczęką. Ale dusza towarzystwa, pomysłowy jak diabli. Czysty brylant.
Po drugiej klasie okazało się, że nie nauka jest najważniejsza, tylko koledzy i dziewczyny. Nagle zaczęliśmy je dostrzegać, a jeszcze bardziej chcieliśmy, żeby one dostrzegały nas. Każdy próbował zaimponować dziewczynom i zdobyć posłuch u kumpli, a uwierzcie, łatwe to nie było.
Pod koniec trzeciego okresu (rok dzielił się wtedy na cztery), czyli gdzieś w marcu, nauczyciele wpadali w amok: prace, kartkówki, festiwal sprawdzianów. Wszystko po to, żeby wiedzieć, co nam postawić na koniec.
I wtedy znalazłem w kieszeni kurtki niepozorną karteczkę:
„Bardzo mi się podobasz, jesteś niesamowity i jedyny. K.C.”
Łechtało to moją próżność, ale podpis „K.C.” nic mi nie mówił. Nikt w klasie nie miał takich inicjałów. Liścik mógł być od każdej. Ale czy taki pryszczaty smark mógł wzbudzić czyjeś zainteresowanie?
Widocznie mógł.
Zacząłem się więc zastanawiać: która? A wybór był szeroki. W klasie rewia, żadna brzydka, żadna gruba, wszystkie w jakiś sposób interesujące. Najbardziej podobały mi się dwie: Abigaj i Urszula. Niestety, nie tylko mnie. Problem drugi, nie wiedziałem, czy ja im się podobałem. A byłem za nieśmiały, żeby w konfrontacji sprawdzić.
Pisałem więc wiersze i poematy, raz o jednej, raz o drugiej, ale trafiały do kosza albo zostawały w moim dzienniku. Czekałem, aż któraś sama zrobi pierwszy krok, a ja wówczas miałem się rzucić w wir uniesienia. Waldek natomiast nie miał żadnych zahamowań. Sądził, że nikogo nie kręci, więc mówił dziewczynom, co chciał, co paradoksalnie działało mu na korzyść.
Abigaj, najładniejsza w klasie, mogła być modelką. Tak naprawdę to Anastazja, ale kazała na siebie tak mówić. Brzmiało bardziej światowo. A Ula, cóż… miała w sobie coś, co przyciągało jak magnes.
Z początku tego nie widziałem, ale teraz zauważałem, że chłopaki na przerwach coraz częściej rozmawiają z dziewczynami. To nie były już zwykłe zaczepki:
— Hej, księżniczko, w którym zamku straszysz?
albo
— Hej, piękne, zoo dzwoniło, bo im małpy uciekły!
Nastąpiła ewolucja elegancji.
— Basiu, czy to twoje piękne rączyny napisały ten cudny esej? — mówił Andrzej.
— Pożyczysz długopis? Bo zgubiłem pretekst, żeby zagadać.
— Masz taki uśmiech, że nawet Doberman wydaje się ludzki — to Mareczek do Ani.
„Doberman” to nasz wychowawca. Czasem „Wilczur”, czasem „Pies”. Oficjalnie Wilczyński, ale kiedy na nas krzyczał, robił to z energią rasowego Dobermana.
I wtedy mnie tknęło: o rany! Przespałem najważniejszą epokę w życiu mężczyzny — dobór naturalny! Trzeba działać, zanim dziewczyny odlecą w ramiona innych samców.
Długo myślałem, co zrobić. Zagadać? Do Abi? Do Uli? Żeby wyśmiały! Może napisać? Wybrałem pisanie. Całe tony kartek zapełniłem, i żaden tekst nie wydawał się na tyle dobry, by rzucić wybrankę na kolana (bez brzydkich skojarzeń proszę).
Ostatecznie wykluło się u mnie to:
„Jestem marnym pyłem w kosmosie i całą wieczność czekałem na czas z Tobą. Masz taki uśmiech, że nawet kartkówka z matmy wydaje się łatwiejsza. Lekcje trwają wiecznie, a Twe spojrzenia, sekundy. Gdyby dni miały dedykacje, każdy byłby dedykowany Tobie.
Nie musisz odpowiadać, wystarczy, że przeczytasz. Gdybyś jednak chciała odpowiedzieć, to zostaw wiadomość w hydrancie przy naszej szatni. C.W.”
Podpisałem: Cichy Wybraniec, czyli ja.
Na przerwie podrzuciłem liściki obu, a od tamtej chwili hydrant stał się miejscem obserwacji, nadziei, pożądania i niepokoju.
Po dłuższym wahaniu zdecydowałem się wtajemniczyć Waldka. Ten parsknął śmiechem, ale takim dobrodusznym, z lekką nutką zazdrości:
— No, no, mały, podobasz się którejś!
Odtąd śledziliśmy wszystko, co działo się w klasie i w całym naszym szkolnym ekosystemie. Jak mogłem być wcześniej taki ślepy? Te spojrzenia, drobne, acz wymowne gesty… Michał, Kaisa (to Kasia, ale kazała mówić do siebie „Kaisa”), Lidka, Romek, jakbym wcześniej żył w innej rzeczywistości, w jakiejś równoległej wersji szkoły, gdzie dziewczyny były tylko tłem.
Najgorsze jednak było to, że Abi zaczęła rzucać tęskne spojrzenia Siwemu. To już była jawna prowokacja. A co gorsza, logiczna! Bo przecież Siwy to Czesław Wieczorek, czyli inicjały C.W., czyli „Cichy Wybraniec” mógł się jej kojarzyć. Siwy, zuchwały blondyn. Wychował się w tłumie rodzeństwa, gdzie trwała walka o byt i widać było, że to on tam rozdawał karty.
A Ula? Może mi się wydawało, ale patrzyła łaskawszym okiem na Mareczka. Mareczek, przyznaję, przystojny. Ale czym mógł zaimponować dziewczynom? Tym, że był najlepszym koszykarzem w klasie? Że umiał się ubrać i bywał w towarzystwie? Gdzie mu do moich celnych żartów na lekcjach i charyzmy Waldka! A jednak, w tamtym momencie obaj byli moimi konkurentami. A co zaskakujące: oni nawet nie wiedzieli, komu zawdzięczają zainteresowanie dziewczyn. Ani to, że ze mną zadarli.
W tym samym dniu wpadliśmy z Waldkiem w zasadzkę Palucha, psora od WF-u. „Kocioł” w WC. Złapał nas w zakopconym kiblu i skazał na szuflowanie węgla w kotłowni. Ja w ogóle nie paliłem (i nie palę do dziś!), ale Waldkowi czasem się zdarzało. No i wyszło jak wyszło. Paluch w takim kłębie dymu mógłby nas nawet oskarżyć o podpalenie szkoły.
W sobotę pojawiła się karteczka w hydrancie. Lakoniczna, tajemnicza, a jednak obiecująca:
„Tajemniczy panie, cieszy mnie zainteresowanie moją osobą, lecz martwi Twój brak odwagi. Jak mamy się poznać? Jak mam ocenić, czy warto? Dobrze, przyjmę tę grę. Skoro boisz się ujawnić, napisz coś o sobie, przekonaj mnie. J.”
Zastanawiałem się: która? Abi czy Ula? Dlaczego „J”? Z charakteru pisma nic, drukowane jak z maszyny. Ula pisała ładniej, ale tak krótko? To mogła być AbigaJ. Albo żadna z nich. Albo obie. Albo… no właśnie.
Trzeba było napisać odpowiedź tak sprytną, żeby pasowała do tej, która odpisała i jednocześnie do tej, która jeszcze nie odpisała. Logika sercowa, prawdziwa akrobatyka.
Ale zanim udało mi się cokolwiek wymyślić, los zorganizował dodatkowe atrakcje z Czesiem, czyli Siwym.
Na przerwie Siwy z zaskoczenia „sprzedał mi muukę”. Dla niewtajemniczonych: „muuka” to niespodziewany, solidny strzał w bark, rękę albo potylicę, zwykle pięścią, po którym agresor wydaje z siebie triumfalne „muuka!”.
— Oddam ci! — pomyślałem nienawistnie! — I to z odsetkami!
Plan był prosty: po przerwie wróci do klasy, a ja mu zasunę muukę zwrotną tak mocną, że jego uczucia do Abi polecą do Australii i już nie wrócą.
Następna miała być biologia, ale Hydry nie było i miała przyjść jakaś zastępczyni, nie wiedzieliśmy kto. Po przerwie obserwowałem przez szparę niedomkniętych drzwi, jak zbliża się Siwy. Już ja mu pokażę! Naprężyłem muskuły, otworzyłem drzwi z impetem i nie patrząc nawet, wypuściłem potężną muuukę w prawy bark, myśląc, że Siwego. Dopiero po chwili zobaczyłem, że to profesorka, jakieś nędzne chucherko. Za późno, cios poszedł, a pani padła pod ścianę jak pisklę z gniazda.
Zamknąłem drzwi tak szybko, jakbym chciał zatrzasnąć za sobą całe piekło. Po chwili wpadł triumfujący Siwy.
— Toś się doigrał! — syknął. — Wylatujesz ze szkoły jak nic!
Siedziałem w ławce, czekałem na wyrok. Mija minuta, druga, trzecia, cisza. Otwieram drzwi. Nikogo nie ma. Myślę: zniknęła? Wyparowała? Kot porwał? Ki czort?
Nagle usłyszałem wrzaski z sali obok. Pokrzywdzona psorka darła się na niewinnych uczniów. Ci nie mieli pojęcia, o co chodzi. Ofiara się ocknęła, drzwi ich klasy akurat się zamknęły, dla niej był to dowód winy. Wróciłem do naszej sali i odetchnąłem. Babka nawet do nas nie zajrzała. W klasie obok była awantura na całego, z dyrektorem i całym szkolnym aparatem nacisku. Czesiu rzucał mi triumfujące spojrzenia. On wiedział i ja wiedziałem.
Na przedostatniej lekcji dostałem czymś w głowę. Odwracam się, a w ostatniej ławce Czesiu szczerzy się jak głupi do sera. Nie wytrzymałem. Szukałem czegoś, czym mógłbym w niego rzucić. Waldek „uczynnie” podał mi swoją bułkę ze szprotami w oleju. Rzuciłem, ale nie trafiłem. Bułka odbiła się od ławki, rozwarstwiła i przykleiła do ściany, po czym powoli spłynęła na ziemię jak tłusty ślimak. Czesio i spółka pokłada się ze śmiechu.
Jak na jeden dzień, bardzo dużo!
Po dniu pełnym emocji w niedzielę powinniśmy uczyć się do matmy. Zamiast tego kombinowałem, co odpisać. Waldek się nabijał, ale to mu imponowało. To wiedziałem.
„Napisać, że interesuję się sportem, muzyką, książkami? Że chodzę do kina?” — nie, no błagam. Takie rzeczy to można napisać do ankiety, a nie do batalii miłosnej na dwóch frontach!
Nagle natchnienie przyszło samo. Napisałem:
„Czarująca Pani. Jestem chmurnym porankiem, który drży na myśl, że powiesz ‘to nie dla mnie’. Jestem rozpaczą istnienia, którą rozświetlasz TY, gdy pojawiasz się w drzwiach. Jestem wszystkim, czego możesz pragnąć i niczym, co warto mieć (tu przesadziłem, dopisek autora). Aby ułatwić nasze poznanie, jutro będę miał coś ekstrawaganckiego przy sobie, na sobie, wewnątrz. T.C.W.”
Podpis zmieniłem na „Twój Cichy Wielbiciel”, bo brzmiało lepiej niż „Wybraniec” i już nie podejrzane „CW”.
W poniedziałek dałem Waldkowi dwie identyczne kartki. Wtajemniczyłem go w plan, a on miał tylko podrzucić liściki Abi i Uli.
— Co to ma być to „coś ekstrawaganckiego przy sobie, na sobie, wewnątrz”? — zapytał z przekąsem.
— Tajemnica — prychnąłem. — Ale ładnie brzmi, co?
Zagadka Sfinksa.
— Raczej Jinksa — zripostował Waldi.
Na pierwszej przerwie zaglądam do hydrantu, a tam karteczka:
„Ty sprytny bajerancie, rozpaliłeś moją ciekawość. Myślałam, że w naszej klasie są tylko nudne chłopaczki zajęte piłką, nauką, robieniem głupot i dłubaniem w nosie, a tu miła niespodzianka. Daj szansę domyślić się, ktoś TY?”.
Druga odpowiedź! A więc mój stendhalowski styl działa, i to jak! Patrzę na moją odpowiedź. Pasuje do obu dziewczyn. Czyli tak jak planowałem. Wyjątkowo się zgrało.
Na drugiej godzinie, dramat. Sprawdzian z matmy. Totalnie o nim zapomniałem. Hiena nie zna litości. W głowie już widzę swoją świeżutką pałę jak z niemieckiego katalogu mody. Śliwki się wylały, nic nie poradzę.
Na trzeciej godzinie, wychowawczej, do klasy wpadają Dyro, Wice i woźny. Robią awanturę tak poważną, jakby ktoś zniszczył pół szkoły. Na początku myślę, że chodzi o tę muukę sprzedaną bogu winnej nauczycielce, ale nie. Dyro wrzeszczy, że ktoś wyleci, bo „tak zbezcześcić piękną salę do historii, to skandal!”
O co im chodzi? Okazuje się, że bułeczka Waldka ze szprotami w oleju zrobiła swoje. Sprzątaczka chora. A po sobocie sala cuchnęła jak port rybacki w upale, za to ściana mieniła się zielonym startowym pasem wspomnienia drugiego śniadania.
Wychowawca nie wierzy, że to my. (Chwała mu). Nikt nie wierzy, poza nami i całym tyłem chłopaków. Ale my siedzimy cicho jak trusie, udajemy święte niewiniątka, co to muchy by nie skrzywdziły. Robimy oczy wielkie jak spodki: „kto? my? niemożliwe!”.
— Jeżeli się przyznacie — peroruje dyrektor — kara będzie mniejsza. Jeśli nie, winni delikwenci zostaną karnie usunięci ze szkoły!
Wieje grozą. I to tuż przed końcem trzeciego okresu.
Siwy rzuca mi znaczące spojrzenie. Oblał mnie zimny pot. Już widziałem ten wpis w papierach: „usunięty ze szkoły za szproty”. W ekspresowym tempie zapracowałem na podwójny wylot. Ciekawe, czy to się sumuje, czy jak w matematyce — dwa minusy dają plus?
Nie mogę teraz wylecieć. Tym bardziej, że ktoś wreszcie się mną zainteresował. Jak zaczną przesłuchania od Siwego i spółki, ktoś pęknie. Muszę mu coś obiecać.
Szukam go na przerwie i znajduję przed salą do matmy.
— I co? — zagaduję.
— Krótko: masz prze-rą-ba-ne.
— No dobra …co chcesz?
— Kurde… jak ja wylecę, to ty też.
— No co ty, ja cię nie wydam.
— Nie o to chodzi. Ze sprawdzianu będzie trzecia lufa. Z fizą i chemią, gwóźdź do mojej szkolnej trumny.
— To co?
— Musimy zdobyć sprawdziany i dopisać z dwa rozwiązania. Starczy na tróję. — Siwy pokazuje kartkę z poprawnymi odpowiedziami.
— Dobra. Sala Hieny jest otwarta. Na zapleczu na pewno trzyma sprawdziany.
Desperat wpycha mnie do sali. Nie mam wyjścia. Czwarty numer w jednym tygodniu. Staczam się w recydywę.
Wślizgujemy się do sali. Waldek stoi na czatach.
Plan Siwego był karkołomny: okno w sali, parapet, niedomknięte okno w zapleczu, wejście, akcja, odwrót. Bułka z masłem (ze szprotami). Nikt się nie dowie. Idealnie.
Czasami akcja trwa sekundy, a emocje trzymają godzinami. Tak było i teraz..
Zaplecze na końcu sali. I tu niespodzianka: drzwi otwarte. W środku gorączkowe poszukiwania. Są! Jedna sterta… nie, to inna klasa. Druga… to my! Nasze! Leżą na szafce. Wertujemy. Znajdujemy Siwego sprawdzian. Siwy syczy:
— Bierz swój!
Mam wątpliwości, ale jego wzrok działa jak rozkaz. Dopisuję rozwiązanie. Siwy ma ten sam długopis, ja dopisuję innym wkładem, zawsze mogę powiedzieć, że poprzedni się wypisał.
Idzie szybko. Mam jedno zadanie. Zastanawiam się, komu dopisać jeszcze. Abigaj? Uli? Życie to trudne wybory.
Wtem, piskliwy alarm Waldka:
— Idzie!
Wyskakuję z zaplecza. Siwy zostaje i coś jeszcze pisze.
— Chodu! — syczę.
Ale on jakby ogłuchł.
Za późno. Waldek piszczy — kryć się!
Gdzie? Jedyna opcja, kotary przy oknach. Wskakuję tam jak kot.
A Siwy? Został na zapleczu. Kaplica. Wpadnie jak nic.
Słyszę zamykane drzwi i kroki. Przez prześwitującą kotarę widzę ją, Hienę. Zasłona faluje od moich emocji. Drżę jak osika i czekam na wybuch bomby atomowej.
Ale wybuch nie następuje.
Po chwili Hiena wychodzi, zamyka zaplecze i o zgrozo, drzwi sali na klucz.
Gdzie Siwy?
Słyszę pukanie w szybę. Odwracam się, a tam, za oknem, na parapecie, uśmiechnięty Siwy. Otwieram okno, wskakuje do środka.
— O rany, udało się — relacjonuje. — Wyskoczyłem za okno i stałem na parapecie. Hiena wróciła po fajki i mnie nie zauważyła.
No dobrze, ale jesteśmy zamknięci. Trzeba znowu wymyślić plan.
Postanawiamy: jak tylko klasa wejdzie, siadamy jak uczniowie na lekcji, w ostatniej ławce. Piszemy drukowanymi literami:
ZAJĘTE — DYREKCJA — HOSPITACJA
I czekamy za kotarą na dzwonek.
Dzwonek był, ale nikt nie wchodzi. Ciarki po plecach. No cóż, w dwójkę za kotarą raźniej.
W końcu wchodzą: najpierw Hiena, potem III B. Kartka działa jak bariera ochronna Po przeczytaniu kartki nikt nie siada w tej ławce, nawet obok.
Hiena rzuca dziennik na katedrę.
— No kochani, za moment wasza chwila prawdy, sprawdzian z monotoniczności funkcji.
Słychać ciche jęki jak w gabinecie dentysty. Hiena wchodzi na zaplecze, to nasz moment.
Cichutkim, szybkim lotem porywamy kartkę o hospitacji i wśród zdziwionej gawiedzi, wypadamy na korytarz. Drzwi klikają za nami. I w nogi.
Wracamy do naszej klasy. Przepraszamy Azję za spóźnienie, obrywamy „przyjacielsko” wskaźnikiem po siedzeniach i lądujemy w ławkach.
Waldek szepcze: — I jak?
— Gra gitara — rzucam krótko.
Opowiadam mu w skrócie, co zaszło. Widzę, jak schodzi z niego napięcie, zupełnie jak powietrze z przebitej opony.
Jest geografia. Azja pyta tylko tych z niejasną sytuacją. My z emocji nawet nie patrzymy na biedaków przy tablicy. Rewizja w głąb, na chwilę zapominam o marzeniach o uroczej, wyśnionej dwójce dziewcząt.
Wchodzi Doberman.
— Wieczorek, do mnie!
I Siwy wychodzi z nim.
— Nooo… — szepczę do Waldka — będzie ostro.
— Ciekawe po co go woła… Może ktoś z III B nas wydał?
— Ale mnie też by wołał — podsumowuję. — Może tylko Siwego rozpoznali?
— Nie za szybko na akcję ze strony klasy… Przecież oni teraz piszą sprawdzian — Waldek kiwa głową.
Po piętnastu minutach Siwy wraca. Wygląda jak po spotkaniu z duchem. Mina nietęga.
Na przerwie opowiada:
— Pies widział mnie na parapecie. Nie łyknął bajki, że to popis kaskaderski dla dziewczyn.
— Chciał mnie skonfrontować z Hieną.
— Jest pewny, że kombinowałem ze sprawdzianem z matmy.
— Przyznałem się, że poprawiłem jedno zadanie.
— Powiedział, że mnie nie wyda, jeśli powiem, kto zapaskudził salę historii. Przysięgałem na wszystkie świętości, że nie wiem.
— Że te ślady już były!
Ale nie uwierzył. Dał mi czas do środy. Mam być jego tajną wtyką… — splunął. — Cholera, ma mnie w garści.
We wtorek dopadł nas merkantylizm, ale tylko na historii. Resztę czasu poświęcamy na architekturę strategiczną, czyli kombinowanie, jak Siwy ma się wywinąć ze szczęk Dobermana.
— Postrasz go wujkiem z partii! — podpowiadamy.
— Nie, to nic nie da. Nikogo takiego nie mam. Zdzisio, ty masz wujka w komitecie, ale ja nie. Poza tym Partia takimi rzeczami się nie zajmuje.
— Oj, Czesiu naiwniaku… Partia zajmuje się wszystkim: tym, co dotyczy ludzi i tym, co ich nie dotyczy — macha ręką Waldek.
— To postrasz go kimś z kuratorium. Nie musi wiedzieć, że nikogo takiego nie masz.
— Moja ciotka jest sprzątaczką w Kuratorium — przypomina sobie Siwy.
— No i to jest plan! — mówi Waldek.
W tym momencie nasze umizgi do dziewczyn schodzą na dalszy plan. Choć z Abigaj wymieniamy powłóczyste spojrzenia. I nagle mnie olśniło, przecież miałem mieć coś ekstrawaganckiego przy sobie, na sobie, wewnątrz. Trzeba coś napisać. Później, później… Teraz walczymy o przetrwanie.
I wtedy, jak grom z jasnego nieba, genialna myśl: ekstrawagancją może być KLUCZ. Mam go na szyi. Nikt inny tak nie nosi. Często chowam pod obmierzły mundurek. A klucz do jej serca noszę przecież wewnątrz.
Chłopaki nieraz śmiali się, że noszę klucz jak „memeja” z podstawówki. A ja po prostu gubiłem go wcześniej jak głupi. Przyzwyczaiłem się do niego jak do talizmanu.
W domu myślę o możliwym wylocie ze szkoły. O Siwym, lojalny czy nie? I tak prawie bezwiednie piszę do dziewczyn. Ciekawe, która ogarnęła, że chodzi o mój klucz?
Pani, już wiesz, kim jestem. Miałem przy sobie, na sobie klucz, wyraz ekstrawagancji. Ale drugi, ważniejszy, klucz mam w sercu: wykładnik tajemnic do Ciebie. Tym otwieraczem ogarniam Twe pragnienia, niepewności i żądze. On pchnie Twą kibić w me objęcia i przepadniemy razem w szale uniesień. T.C.W.
Muszę pamiętać, by nie mieć klucza przy sobie. Tak łatwo mnie zdekonspirować.
W środę dziwnie krążyła wieść, że Siwy wylatuje. Może sam puszcza plotkę. Dzisiaj losy Siwego ważą się, moje też.
Pierwsza lekcja, Doberman wzywa Siwego na zaplecze fizyki. Pokazujemy mu, że trzymamy kciuki.
Wraca po dziesięciu minutach, czerwony, z miną, jakby mu zdechł ukochany pies.
W przerwie ciągniemy go do kibla.
— I co? Mów!
— Nic… Pies usłyszał, że nie będę kablował. Powiedział, że w takim razie postara się, żebym wyleciał ze szkoły. Straszył tak, że nawet do zawodówki się nie dostanę.
— A powiedziałeś mu, że masz kogoś w Kuratorium?
— No i zaraz dostałem dwa razy z liścia za szantaż, wybiegłem na korytarz. Mam tego dość. Poskarżyć się rodzicom? Nie ma opcji, pewnie drugie manto bym dostał. Przerąbane. Muszę powiedzieć mamie… ale się zmartwi!
Zdruzgotani, ze zwieszonymi głowami, idziemy na lekcje. Współczuję Siwemu i trochę, sobie. Myślę, że będę następny. Flirtowanie wyparowuje mi z głowy jak woda z gejzeru.
Tego dnia, po czterech lekcjach, kończymy wcześniej, bo Paluch i Masza (nasza rusycystka) rozchorowali się. Wracamy we trójkę. Gdy mijamy Dom Kultury:
— A co tam. — wali Waldek. — Zadzwonimy z Kuratorium.
— Jak? — patrzy na niego zdziwiony Siwy
— A ja wiem — mówię, bo czuję, że Waldek jest do tego zdolny jak mało kto.
Pamiętam, jak trzy miesiące temu zrobił numer proboszczowi. Pokazał nam, jak zachować zimną krew do końca. W Domu Kultury spotykaliśmy się, by grać w karty, szachy, w ping ponga, wygłupiać się. Przebojem było dzwonienie do ludzi z książki telefonicznej i robienie ich w konia.
— Halo, czy magister Adam Kowalski?
— Adam Kowalski, ale nie magister — odpowiadał.
— No to czemuś się, głąbie, nie uczył?
Bywało ostrzej: np. opowieść o znalezionych majtkach żony w windzie. „Albo poważne pytania do tłumacza przysięgłego, co powiedział „Koń, który mówi” i dramatyczne „ICHACHA!” do słuchawki.”
Wszyscy padali ze śmiechu, nikt nie potrafił utrzymać poważnej rozmowy dłużej niż jedno zdanie. No, może dwa.
Tylko Waldek, mistrz, nerwy ze stali. Dodatkowo jego mutacja głosu dawała supermoc: brzmiał jak dorosły.
Najlepszy numer to prawdziwy majstersztyk:
Zadzwonił do apteki, przedstawił się jako proboszcz. Pani miała wysłuchać, że potrzebuje dla „parafianina z dużą gromadką dzieci”… prezerwatyw. 20 sztuk, paczka, odbiór, płatność na miejscu.
Potem dzwoni na probostwo:
— Jest paczka z Zachodu dla parafii, zapłaciliśmy 2 zł za odbiór. Czy ksiądz proboszcz odbierze?
Proboszcz zgadza się. Paczki z Zachodu nie były wtedy rzadkością, często zawierały ekskluzywne towary dla Polaków.
Brzuchy nas bolały od śmiechu. Wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach: biedne aptekarki i to ich niedowierzanie, że proboszcz potrzebuje takiego asortymentu. Obserwacja z naprzeciwka potwierdziła sukces, przesyłka trafiła w ręce w sutannie. Dla nas to był szczyt komedii, wizja otwierania paczki na plebanii była po prostu bezcenna.
Oczywiście życie napisało inną puentę. Proboszcz paczkę w aptece oddał, winę zwalając na frywolne aptekarki. One zaś szybko zrozumiały, że to nie kapłańska fanaberia, tylko anonimowi żartownisie, dzwonią na tym terenie.
— Najpierw zadzwonimy do Kuratorium — mówi Waldek.
— Po co? — pytam.
— Musimy uwiarygodnić telefon.
— Pamiętacie, jak rok temu była wizytacjaz Kuratorium? — kontynuuje Waldek. — Jak wszyscy szaleli, wszystko było na błysk, a jaki obłęd miał w oczach Doberman! Pierwszy raz widzieliśmy oscyloskopy, rzutniki pisma, modele. Pół szkoły pomalowana na nowo. Apele, gazetki, przodownicy pracy, meldunki… Obłęd.
Telefon wrzutowy jest w przedsionku Domu Kultury. Metodę dzwonienia bez monety mamy opanowaną.
W książce telefonicznej znajdujemy numer do sekretariatu Kuratorium. Waldek dzwoni:
— Sekretariat Kuratorium Oświaty w Warszawie słucham.
— Nazywam się Julian Kwiatkowski, chciałbym rozmawiać o nagrodzie dla dyrektora LO w Gławiskach. Kto się tym zajmuje?
— O jaki powiat chodzi? — pyta sekretarka.
— Gławiska.
— To pewnie wizytator Zygmunt Michalik.
— Towarzysz Zygmunt Michalik — powtarza Waldek, poważnie.
— Jest chory — odpowiada sekretarka.
— Kto go zastępuje?
Nie wiem, może wizytator Roman Plazgo? On jest od sąsiedniego powiatu
— Nie, nie będziemy fatygować towarzysza Plazgo.
— Poczekamy, aż Towarzysz Michalik wróci. To nawet lepiej, będziemy mieli czas przygotować wniosek.
— Dziękuję, do widzenia.
W książce telefonicznej sprawdzamy jeszcze: Kurator i wicekuratorzy, ćwierć strony samych nazwisk. Waldek wkuwa na blachę, nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą.
Dzwonimy do szkoły, w głowie Waldka rodzi się plan:
— Sekretariat LO w Gławiskach, słucham.
— Wizytator Plazgo, Kuratorium. Z dyrektorem proszę.
Po chwili drżący głos dyrektora:
— Tak, słucham?
— Plazgo, Kuratorium, Towarzyszu — mówi Waldek — kolega Michalik jest chory, a towarzysz Kurator Kalota otrzymał nieprzyjemną informację o nauczycielu Wilczyńskim. Dzwonię, bo Michalik bardzo dobrze o was mówił, nawet wspominał o nagrodzie.
Dyrektor milczy, połyka ślinę.
— Kurator Kalota nakazał załatwić sprawę Wilczyńskiego, żeby nie było bzdur o jakimś maltretowaniu uczniów. To bardzo delikatna sprawa. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli przeprowadzać kolejnej wizytacji. Czołem, towarzyszu dyrektorze.
— A o kogo chodzi? — wydukał dyrektor.
— Kurator nie udziela takich info, postarajcie się. Czołem!
My: oczy jak spodki, buzie szeroko otwarte. Patrzymy na Waldka jak na boga łgarzy i parodystów.
— Toż to było… — szepczemy. — W mordę, niesamowite!
— Gdyby była kategoria „najlepsze fałszywe telefony”, dostałby Nobla — mówi Siwy.
Afera na całego! Doberman dostanie po łapkach!
Jeszcze niedawno świat wydawał się skończony, a teraz tli się nadzieja. Z podniesionymi głowami wracamy z MDK-u do mnie, zastanawiając się, co będzie dalej. Snujemy domysły, czy dyrektor zadzwoni do Kuratorium… ale wiemy, że nie ma to odwagi.
Waldek idzie do domu, a Siwy zostaje na obiad. Opowiadamy różne historie. Naprawdę nie wiedziałem, że z niego taki fajny gość. Nic tak nie zbliża jak wspólne przeżywanie niebezpieczeństw, i to jakich!
Z Siwym jesteśmy już najbliższymi kumplami. Rozmawiamy nawet o dziewczynach:
— Widzę, że Abigaj się tobą interesuje — mówię porozumiewawczo.
— A tobie się ona podoba? Zresztą komu się nie podoba — odpowiada Siwy.
— Właściwie Ula jest bliższa mojej duszy — przyznaję.
— A Gosia? Koleżanka Uli?
— No, nawet ładna — mówię. — A czemu pytasz?
— Myślę, że ty jej się podobasz, widzę jak na ciebie patrzy.