E-book
15.75
drukowana A5
48.75
Karuzela Zdzisia

Bezpłatny fragment - Karuzela Zdzisia


5
Objętość:
199 str.
ISBN:
978-83-8455-032-8
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 48.75

Wstęp

Przekazuję na Państwa ręce „Karuzelę Zdzisia”, książka która jest efektem współpracy między talentem gawędziarskim mojego Szwagra, a moją potrzebą przelania tego na papier.


Historia tej książki zaczęła się przed laty od prostej myśli: „Mieciu, opisz to!”. Mój szwagier Mieczysław jest bowiem mistrzem narracji, człowiekiem, który potrafi zawładnąć uwagą każdego słuchacza, wcielając się w role groźnego nauczyciela, słodkiej mamy czy groźnego zwierzchnika. Choć Mieciu od dawna nosił się z zamiarem opisania swoich wspomnień, na przeszkodzie stanęła jedna z jego nielicznych wad: legendarne wręcz lenistwo.


Przez lata próbowałem go nakłaniać: najpierw nieśmiało, potem naciskając przez moją siostrę, a w końcu robiąc podchody z dyktafonem. Bezskutecznie. Mijały lata, a ja sam, pracując jako wicedyrektor w szkole ponadpodstawowej (ponadgimnazjalnej), długo nie miałem odwagi wejść na te nieznane mi tereny. Przełom nastąpił po powrocie do domu z jednej z wizyt u nich, gdy w zaledwie trzy godziny napisałem historię jego podejść do kolonoskopii. Reakcja czytelników była tak entuzjastyczna, że stwierdziłem: te historie po prostu muszą zostać wydane.


W toku pracy opowieści ewoluowały. Choć fundamentem pozostały barwne przeżycia szwagra (łącznie z jego urzędniczą nerwicą), większość wątków stała się dla mnie jedynie przyczynkiem do literackiego tworzenia z udziałem własnej fantazji.

Dlatego pragnę gorąco podziękować
Mieczysławowi Wilkowi
za to, że był inspiracją tej książki.


Mieciu, jesteś wielki! Jaki ten świat byłby bez Ciebie nudny!


Nota od autora: Chciałbym zaznaczyć, że dla dobra moich bohaterów, imiona i nazwiska wszystkich postaci zostały zmienione.

Ewentualna zbieżność z osobami rzeczywistymi jest całkowicie przypadkowa. Wyjątek zrobiłem jedynie dla przemiłej psiny, Koki, bo tylko ona, na pewno nie zgłosi zastrzeżeń.

Przydziałowe plagi egipskie

Od dziesięciu lat pracowałem w Powiatowym Centrum Zarządzania Kryzysowego (PCZK). W praktyce oznaczało to, że byłem tam wszystkim: pracownikiem, kierownikiem, sekretarką i chłopcem od wszystkiego. Jednoosobowa instytucja. Mała enklawa starostwa w wielkiej strukturze straży pożarnej. Nudzić się nie mogłem, roboty miałem po uszy.


Od dawna powtarzałem staroście, że pracy jest za dużo jak na jednego człowieka i że przydałaby się pomoc. W końcu chyba ugiął się pod moją presją, choć niezupełnie tak, jak sobie to wyobrażałem. Stworzył nowe stanowisko: naczelnika Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego. Kierownikiem wydziału nadal byłem ja, Zdzisław Koza, ale nade mną pojawił się przełożony.


Został nim emerytowany major Wojska Polskiego, Ryszard Cyfrowski.

W powiecie bardzo szybko przestał być Ryszardem Cyfrowskim. Został po prostu Cyfrą. Czasami majorem Rychu.

Człowiek zasłużony dla wojska, swoje w życiu przeszedł. (Czyli wypił.) I tak zaczęła się moja pierwsza przydziałowa plaga egipska.

Major był już człowiekiem zawodowo wypalonym, ale miał jednak solidne plecy, więc dostał u nas spokojną, jak sądził, synekurę. W praktyce oznaczało to, że przydzielono mi przełożonego, którego musiałem wdrażać do pracy. Problem polegał na tym, że wdrożyć się nie dało, bo miał własną, bardzo oryginalną koncepcję zarządzania kryzysowego. — Zdzisiu — mawiał — najważniejsza jest prewencja. — Kryzysowi trzeba zapobiegać.

I konsekwentnie tę zasadę realizował. Najlepiej zapobiega się kryzysom wówczas, kiedy nie ma się z nimi bezpośredniego kontaktu. Dlatego major często znikał: raz chorobowe, raz urlop, raz jakieś ważne szkolenie. W efekcie w pracy częściej go nie było, niż był.

A wszystkie najważniejsze sprawy zaczęły trafiać właśnie do niego, do naczelnika. Jeśli nie zapomniał, przekazywał je dalej do mnie. Jeśli zapomniał, sprawa znikała… a po czasie wybuchała jak granat z opóźnionym zapłonem. A gdy już niczego nie zapomniał, to coś przekręcił, i taki gips musiałem rozwiązywać sam.

Po drugie, był człowiekiem nie stąd, z nadania, z koszar. Nie znał terenu, specyfiki lokalnych zakładów, nie kojarzył twarzy ani urzędowych powiązań. Pod jego okiem wydział zamiast rozkwitać, pogrążał się w chaosie. Pretensje spływały po nim jak po kaczce… i, oczywiście, spływały zawsze na mnie.

Major miał za to niewątpliwie dar towarzyski. Potrafił odwiedzić każdy pokój, porozmawiać z każdym urzędnikiem, doradzić, wysłuchać. Natura jednak poskąpiła mu daru do rzetelnej pracy.

W końcu pękłem. Poszedłem do starosty, który prywatnie był kolegą majora Rycha i bardzo delikatnie wyłuszczyłem problem. Ku mojemu zdumieniu, Starosta nie zaprzeczał. Przeciwnie, dorzucił kilka własnych, złośliwych obserwacji.

— No ale sam wiesz, Zdzisiu — powiedział w końcu

— to nadanie z góry. Sprawa polityczna. Nic nie mogę zrobić.

Nagle jednak jego twarz rozjaśnił błysk olśnienia.

— Wiesz co… mamy tu w starostwie młodą dziewczynę, zaraz po studiach. Ona ci świetnie ogarnie całą tę twoją… papierologię.

— Nie papierologię — poprawiłem najwyższą instancję w powiecie — tylko popierduologię.


Dziewczyna nazywała się Elżbieta Starstycka.

I tak oto nadeszła druga przydziałowa plaga egipska.

Ela miała niezwykły talent do mylenia wszystkiego ze wszystkim. Jakim cudem ukończyła szkołę i studia, pozostawało jej najpilniej strzeżoną tajemnicą. A jak udawało jej się funkcjonować z dnia na dzień, to już był prawdziwy cud.

Myliła adresy. Zamiast do Sanepidu wysyłała pisma do Urzędu Pracy, a prośbę o nowe rozmieszczenie sal w szkole (na potrzeby szpitala polowego na wypadek „W”) skierowała do izby „W”… czyli na izbę wytrzeźwień.

Myliła nazwiska, daty, liczby. Myliła nawet to, czego, wydawałoby się, pomylić się nie da.

Spóźniała się do pracy, zapominała przyjść w ogóle albo przychodziła… w niedzielę. Potrafiła założyć dwa różne buty albo stanik na bluzkę, umalować tylko jedno oko, pomylić krem z pudrem… i tak dalej.

Najgorzej było, gdy zapominała coś przekazać albo przekręcała przekaz. Do tego dochodziły błędy ortograficzne i te jej wielkie, maślane oczy.

Bo gdy tylko próbowałem ją skrytykować, nie mówiąc już o reprymendzie, natychmiast wybuchała szczerym płaczem. A płacz, niestety, rozklejał mnie w sekundzie.

I w tym wszystkim, wiecie co? Była szczera, miła, słodka i… rozbrajająca.

Ela powoli stawała się legendą powiatu.

Ela, permanentny prima-aprilis.
A ja, powiatowym wrakiem pracownika.

Po Eli wszystko trzeba było sprawdzać, przypominać, odkręcać, tłumaczyć i łagodzić. Z czasem zacząłem być strzępkiem nerwów. W Centrum Zarządzania Kryzysowego sam stałem się wielkim kryzysem.

Przestałem się uśmiechać, za to coraz częściej reagowałem nerwowym śmiechem lub nagłymi wybuchami furii. Ja, dawna oaza spokoju, potrafiłem wywrzeszczeć komuś płuca do słuchawki z błahego powodu.

Przestałem sypiać. W nocy analizowałem czarne scenariusze: co jeszcze popsuje Cyfra? Jaki kataklizm wywoła Ela? Nawet na zwolnieniu lekarskim, lecząc wrzody i bóle brzucha, podświadomie nasłuchiwałem telefonu.

I ten telefon zazwyczaj dzwonił, np. o drugiej w nocy.

— Panie Zdzisławie, luźny koń biega po drodze wojewódzkiej numer 24! Co robić? 
— panikowała Ela.

— A jakie imię konia? — pytałem z desperacką przekorą.

— Apollo! — padła odpowiedź.

— No to co robić? — odparowywałem złośliwie. — Dzwonić na Canaveral!

— Gdzie?

— Houston, mamy problem! — drwiłem do słuchawki. Ale dalej to już przechodziłem w tryb naprawy katastrofy.

W końcu moja żona, Zosia, nie wytrzymała.

— Idź do psychiatry — powiedziała.

— Przecież ty się wykańczasz.

Według niej miałem klasyczny zestaw objawów psychosomatycznych. A ja sam wiedziałem, że powoli się rozpadam. Radość życia zamieniła się w koszmar przetrwania.

Dla ludzi z mojego pokolenia pójście do psychiatry było jak przyznanie się do szaleństwa: nienormalny, wariat, idiota, kretyn… Wstyd i kompromitacja. Coś gorszego niż przejście nago Marszałkowską.

Ale ja byłem już tak zdesperowany, że w końcu poszedłem.


I tak oto nadeszła trzecia nie-przydziałowa plaga egipska, tyle że tym razem to ja stałem się plagą dla nich.

Pani doktor przeprowadziła długi wywiad, po czym wystawiła mi solidny, roczny „odwyk” od rzeczywistości. Formalnie nazywało się to świadczeniem rehabilitacyjnym z powodu zaburzeń adaptacyjnych, ale dla mnie był to po prostu kategoryczny nakaz: odciąć się od świata.

— Jak to, pani doktor? — zdziwiłem się.

— Wyłączyć komórkę i zablokować kontakty służbowe?

— Przecież Ela z Cyfrą wywołają trzecią wojnę światową! — stwierdzenie to wywołało serdeczny śmiech pani doktor.

— O, widzę tu też syndrom niezastąpionego! — śmiała się dalej. — Niech pan zobaczy, jakie ludzie mają prawdziwe problemy życiowe.

I zapisała mnie do terapeutycznej grupy wsparcia, ludzi z lżejszymi zaburzeniami, traumami i pokręconymi historiami życiowymi.

Na spotkaniach trzeba było opowiadać o sobie. (A to akurat lubię).

W końcu przyszła moja kolej.

Zacząłem mówić. Nie pierwszy raz opowiadam swoje historie. Zawsze robią wrażenie.

Już po kilku minutach cała grupa słuchała mnie w absolutnej, pełnej napięcia ciszy.

Wpadłem wtedy na pomysł, by moje słowa podeprzeć dowodami. Na kolejne spotkanie przynosiłem stare albumy ze zdjęciami.


Wyciągałem zdjęcia jak asy z rękawa: ja, Waldek i Rudy pamiętnej zimy; Ula i Gosia; czy moje ulubione, ja i Koki w PCZK.

Ja słuchałem ich trudnych historii, oni przeżywali ze mną moje najbardziej absurdalne chwile.

I tak oto obcy mi początkowo ludzie powoli stawali się bliscy, najpierw znajomi, potem dobrzy koledzy, aż wreszcie poczułem się wśród nich jak w rodzinie albo w starej, zgranej klasie.


Bo życie, w przeciwieństwie do pudełka czekoladek, to u mnie raczej stary album ze zdjęciami. Niby wiesz, na jaką fotkę trafisz po przewróceniu strony, ale każda z nich ma swój własny, niepowtarzalny zapach przeszłości i budzi przede wszystkim uczucia.

Poszukiwacze Świętego Graala

Oglądam zdjęcie Rudego, Waldka i moje. Uśmiechnięci i, przede wszystkim, niewiarygodnie młodzi!

Mówi się, że rodziny się nie wybiera, niby prawda, ale to zdanie ma drugie dno. Bo skoro rodziny nie wybieramy, to czy naprawdę wybieramy kolegów i przyjaciół? Mam co do tego poważne wątpliwości. Wydaje mi się, że to raczej okoliczności wybierają za nas. Jesteś w szkole, masz kolegów z klasy. Mieszkasz na danym osiedlu, masz sąsiadów. A potem człowiek dorasta i myśli, że to on dokonał wyboru, a nie że został wybrany przez przypadek miejsca i czasu.

Tak było z Waldkiem Bryzgą, kolegą z klasy, którego osobowość była jak petarda: nigdy nie wiesz, kiedy wybuchnie, ale wiesz, że huk będzie solidny. I to właśnie on pewnej zimy wciągnął mnie w historię, która do dziś pachnie mi śniegiem, przygodą i… lekką niespodzianką.

Mieliśmy wówczas po trzynaście lat i cieszyliśmy się każdym wolnym dniem jak szczeniaki wypuszczone z kojca. A trafiła się zima jak z bajki: mróz szczypał w policzki, śniegu po kolana, a szkołę zamknięto, oficjalnie „przesunięto ferie”, ale dla nas to była po prostu manna z nieba.

Sanki, łyżwy, pożyczane od Waldka narty, zabawy było tyle, że człowiek nie wiedział, w co stopy włożyć. Ale ta historia nie jest o zimowych igrzyskach.

Trzeciego dnia ferii Waldek wpadł do mnie z Rudym. Waldek trzymał w ręku pomięty skrawek papieru, jakby to był wygrany kupon Toto Lotka, albo przynajmniej świadectwo utraty dziewictwa.

— Znalazłem to na strychu, w starej niemieckiej książce do nabożeństw, oznajmił z poważną miną.

Patrzymy: kartka stara, pożółkła, a na niej napis:

Stalla 11 — sehen  5

— To na pewno jakiś szyfr — stwierdził Waldek poważnym tonem.

Rudy przytaknął, jakby właśnie usłyszał trafną diagnozę swojej inteligencji.

— Ale o co tu chodzi? — mruknął.

— Dajcie to — powiedziałem, myśląc że wstępuje we mnie duch Sherlocka Holmesa.


Muszę to wyjaśnić, bo bez tego trudno zrozumieć tamte czasy. To były lata, gdy na domowych półkach królowały książki potrafiące przewrócić dziecięcą wyobraźnię do góry nogami. Czytało się wtedy „Wakacje z duchami” Adama Bahdaja, „Szatana z siódmej klasy” Kornela Makuszyńskiego, „Pana Samochodzika” Zbigniewa Nienackiego, kolejne tomy „Przygód Tomka” Alfreda Szklarskiego oraz książki Arkadego Fiedlera, pachnące dżunglą, tajemnicą i dalekim światem.

Te lektury nie służyły wyłącznie do czytania. Działały jak zapalnik: pobudzały wyobraźnię, rozsadzając codzienność i prowokowały dzieciaki, a już na pewno nas, do wymyślania zabaw, snucia fantazji, organizowania wypraw, tajnych stowarzyszeń, śledztw, zasadzek i przygód, które zaczynały się tuż za rogiem domu, a kończyły niekiedy na końcu świata.


Nic dziwnego, że ta kartka od razu nas porwała. Zaczęliśmy kombinować: imię? Numer mieszkania? Ulica? Coś po niemiecku?

— Może w encyklopedii znajdziemy wskazówki? — rzucił ktoś.

W encyklopedii: stalle, ławki w prezbiterium kościoła. I nagle olśnienie: w naszym kościele są stalle!

— Musimy to sprawdzić — zarządził Waldek.

Nie wiedzieliśmy, co oznacza „11” ani „sehen-5”. Waldek wpadł na pomysł, żeby zapytać mojego ojca, który znał niemiecki.

Tata był przez krótki czas na robotach u Bauera w Niemczech, potem uciekł i działał w AK, niemiecki znał więc całkiem nieźle.

— A po co ci to? — zdziwił się.

— A tak pytam… bo Waldka ktoś na drodze pytał i nie wiemy, czy to dobrze, czy źle — kłamałem jak z nut.

— Sehen to patrz albo spójrz — powiedział.

Jedenaście coś, spójrz na pięć. Wtedy wydawało nam się, że wszystko jest już jasne. Oczywiście, tylko nam się wydawało.


Skoro mieszkałem tuż obok kościoła, a rodzice byli w pracy, droga stała otworem. Było trochę po jedenastej, kościół, jak to wtedy bywało, stał otwarty. Żadnych alarmów, żadnych krat, żadnych tabliczek „monitoring 24h”. Wchodziłeś, modliłeś się, a jak miałeś szczęście, to ksiądz akurat siedział w konfesjonale i można było na siebie naskarżyć.


Weszliśmy po długich schodach, otworzyliśmy ciężkie drzwi i znaleźliśmy się w środku. Pusto. Cicho. Idealnie.

Przemknęliśmy jak trzy duchy w stronę ołtarza i stanęliśmy przed stallami. Liczymy: po prawej dziewięć, po lewej dziewięć.

— To gdzie jest jedenaście? — mruknął Rudy.

Liczymy obrazy nad siedzeniami, dziesięć. Liczymy siedziska, też dziesięć. Patrzymy na kartkę, „Stalla 11 — sehen — 5” i nic nam się nie zgadza.

— Może to nie jedenaście, tylko dwie jedynki rzymskie? — rzucił Waldek. — Tylko bez kreseczek. Czyli… dwa.

Szukamy dwójek rzymskich. Na stallach ich nie ma. Jest na portrecie jakiegoś biskupa.

— Dobra — zdecydował Waldek tonem generała.

Siadamy pod obrazem i zaczynamy gorączkowo macać, pukać, szarpać, szukać czegoś z piątką albo czegoś, czego jest pięć.

— Trzeba PATRZEĆ, a nie macać, to spójrz! — podsuwa Waldek

— JEST! — Rudy prawie wrzasnął.

Wskazuje na literę „S” w jakimś napisie.

— No tak… — mruknąłem. — To może być „S”, a nie „5”.

Ale litera nic nam nie daje. Próbujemy ją wciskać, przekręcać, a nawet, o zgrozo, wydłubać. Nic.

— Może to te stalle po drugiej stronie? — rzucił Waldek.

Wychodzimy ze stall-i patrzymy na Biskupa i nas olśniło, spójrz tak jak biskup! A Biskup spogląda na narożnik stalli po drugiej stronie!

Przeskakujemy na drugą stronę. Tu napis PIUS XI, jest „S”. Waldek naciska ją, przesuwa klapkę w lewo i… ukazuje się mały schowek. Ktoś musiał przy nim majstrować latami, może nawet podczas niejednego kazania.

W środku leży gruba kartka. Wyrywamy ją sobie z rąk jak hieny.

— To mapa! — Na pewno mapa! — Mapa skarbów! — Rudy aż się trząsł.

Waldek, jak zwykle, przejął dowodzenie:

— W domu to rozwiążemy.


Wychodzimy z kościoła rozpaleni jak po trzech kubkach jajc ze spirytusem. Już widzimy siebie z girlandami na szyjach, w świetle reflektorów, otoczeni reporterami wszystkich mediów, a przede wszystkim, wianuszkiem dziewczyn ze szkoły, które patrzą na nas z rozdziawionymi minami, jakbyśmy właśnie wrócili z wyprawy na ksieżyc.


I wówczas usłyszeliśmy kroki.

Zamarliśmy. Przysłowie mówi: „na złodzieju czapka gore”, ale na poszukiwaczach skarbów płoną całe gacie. Trzeba się ukryć. Natychmiast.

Rudy wskakuje do najbliższej skrzyni. Ja za nim. To skrzynia na feretron, taki ołtarzyk noszony w procesji Bożego Ciała. Wieko ażurowe, skrzynia duża, ale nie aż tak, żebyśmy mogli tam swobodnie tańczyć.

Waldek kręci się jak bąk, nie wie gdzie się ukryć i w końcu wskakuje do konfesjonału. W pośpiechu przypadkowo naciska lampkę oznaczającą spowiedź.

Wstrzymujemy oddech. Nasze serca biją jak młoty pneumatyczne.

Cisza. Nic się nie dzieje. Delikatnie unosimy wieko skrzyni…

Ajajaj.

Kroki. Kolejne. I następne.

No to utknęliśmy. Kościół powoli się zapełnia. Chyba zacznie się jakieś nabożeństwo. Tkwimy tak kilka minut, dla nas wieczność.

Znowu uchylamy wieko. I widzimy, jak do konfesjonału wchodzi kobieta obfita w kształty i jeszcze obfitszej, nachalnej urody. Nazwijmy ją Berta.

— O kurde… Waldek będzie spowiadać — szepnął Rudy. Chichoczemy bezgłośnie.

Ale do śmiechu jest nam tylko przez chwilę, bo w tym samym momencie ktoś siada na naszej skrzyni.

Uwięzieni. Na AMEN.

A ten ktoś… co chwilę… psuje powietrze. Regularnie puszcza zawilce! Bez dźwięku. Za to z zapachem, który mógłby wypędzić diabła z piekła.

— Uduszę się — jęknął Rudy bezgłośnie.

Oczy łzawią. Zatykam nos i usta. Ile można wytrzymać? Trzydzieści sekund? Minutę?

Wytrzymujemy wieczność, czyli może dwie minuty, aż nagle słyszymy krzyk Waldka. Krzyk człowieka obdzieranego ze skóry.

To nasz moment.

Wyskakujemy ze skrzyni jak dwa diabły z pudełka. Babka, która na niej siedziała, wrzeszczy. My wrzeszczymy. Waldek wrzeszczy, bo gruba Berta targa go za włosy i okłada torebką.

W tym chaosie udaje nam się wyrwać i uciec z kościoła.

W domu studzimy emocje, choć tak naprawdę kipimy jak garnek mleka na gazie. Śmiejemy się, przekrzykujemy, każdy chce opowiedzieć swoją wersję wydarzeń z kościoła, jakbyśmy wrócili z wyprawy na Mount Everest, a nie z feretronowej skrzyni.

— Siedzę w konfesjonale i kombinuję, kiedy się stąd wydostać, a tu nagle szeroka baba gramoli się do spowiedzi. Szybko odklepuje formułki i zaczyna się.

— No, no… — potakuję męskim głosem.

A ta dalej: jak to oszukuje męża, że coś kupuje drożej, a to sprzedaje taniej (albo odwrotnie), a że kupuje jakieś trefne ciuszki, a to, że sobie popija naleweczkę i jakie to ma sprośne myśli… I tu mnie poniosło.

Spytałem:

— Jakie?

Pewnie nie tym głosem, bo spojrzała do konfesjonału i zaczęła się jazda. Złapała mnie za włosy, wytargała z konfesjonału, a silna była! I dalej okładała mnie ciężką torebką po głowie, po rękach, gdzie popadnie.

Drę się, bo boli pieruńsko i wtedy wy wyskakujecie ze skrzyni. Na chwilę mnie puściła, więc ja chodu.


— A u nas — mówimy z Rudym, jakaś baba usiadła na skrzyni i zaczęła regularnie puszczać woniejące gazy.

Na szczęście ta „pierdziula”, gdy podnosiliśmy wieko skrzyni, się wystraszyła. Myślała pewnie, że czorty wyskakują z piekieł!

— Bo je smrodem wygoniła! — kwituje Rudy. Chichramy się wspólnie.


W końcu Waldek, cały w glorii samozwańczego dowódcy ekspedycji, wyciąga z kieszeni mapę.

— No, patrzcie — mówi z dumą, jakby prezentował plan zdobycia Berlina.

Rozkładamy kartkę. U góry napis: Friedhof. Pod nim trójkąt z krzyżem. Po lewej stronie kilka krzyżyków, a przy jednym strzałka z napisem Heiliger Kelch. Niżej: Fischer-Grab. A jeszcze niżej jakieś niewyraźne bazgroły, jakby ktoś pisał w pośpiechu albo w rękawiczkach narciarskich.

— To musi być mapa! — stwierdza Rudy z nabożnym szeptem.

— Mapa skarbów — poprawiam go, bo przecież nie będziemy się bawić w półśrodki.

Naradzamy się, dyskutujemy, każdy rzuca teoriami jak wybitny profesor archeologii. Jedno jest pewne: to po niemiecku. A niemiecki zna… no właśnie, kto?

— Lecę do ojca — mówię.

Ojciec patrzy na kartkę, marszczy brwi.

— Friedhof? Po co Waldkowi cmentarz?

— Bo… bo Waldka ktoś pytał o Friedhof i Heiliger Kelch — kłamię jak z nut, bo przecież nie powiem, że szukamy skarbów.

Ojciec wzdycha.

— Friedhof to cmentarz. A to drugie… nie wiem.

Wracam do chłopaków.

— Cmentarz! — mówię z triumfem.

— A Heiliger Kelch? — pyta Rudy.

— Pewnie jakaś niemiecka rodzina — rzuca Waldek, ale w jego oczach już widać błysk: skarb, złoto, diamenty, sława, pomniki.

— Albo nazwa skarbu — poprawia go Rudy, który już widzi siebie w podręcznikach historii.

— Musimy zdobyć słownik — decyduje Rudy tonem człowieka, który właśnie odkrył, że jest Howardem Carterem (odkrywcy grobowca Tutenchamona).

Idziemy do miejskiej biblioteki. Wchodzimy do czytelni jak trzej uczeni mężowie, choć wyglądamy jak banda rozgorączkowanych dzieciaków co ukradli księżyc.

Dostajemy dwa słowniki. Tłumaczymy:

Kelch — kielich. Fischer-Grab — grobowiec Fischerów.

Robi się coraz ciekawiej. Ale zostaje jeszcze ten tajemniczy napis na dole:

„Calix passionis et salutis Iesus in manibus Raphaelis”

Przepisujemy to do zeszytu i idziemy do bibliotekarki.

— Proszę pani, co to znaczy? — pytam, udając niewinność, choć w środku aż mnie skręca z ekscytacji.

Pani patrzy, myśli chwilę.

— Kielich pasji… nie, cierpienia… i ręce Rafaela. To po łacinie. Chcecie słownik łaciński?

Potakujemy jak trzy głowy hydry.

Słowo po słowie tłumaczymy:

kielich — puchar — namiętności — cierpienia — zbawienia — Jezusa — w rękach — Rafaela.

Rudy aż sapie z emocji.

— To pewno kielich mszalny — mówi.

Ale ja już biegnę po encyklopedię. Szukam hasła „kielich Jezusa”. I jest:

Święty Graal, legendarny kielich, z którego Jezus pił podczas Ostatniej Wieczerzy…

Czytamy dalej, oczy nam błyszczą jak świeczki na choince. Już nie jesteśmy zwykłymi chłopakami z miasteczka. Jesteśmy odkrywcami, badaczami, zbawicielami świata. Widzimy siebie w telewizji, w gazetach, na pomnikach.

— Rudy, Zdzich i Waldek, czyli ci, którzy odnaleźli Świętego Graala — mówi Waldek z powagą godną papieża.

Podsumowujemy:

— Cmentarz. Grobowiec Fischerów. W grobowcu musi być Rafael. A w jego rękach, kielich.

Proste jak budowa cepa.

Oddajemy słowniki, encyklopedie, idziemy do domów na obiad. Każdy z nas już w głowie pisze własną legendę.

— Coś taki rozgorączkowany? — pyta mama.

— Bo Waldek ma nową grę planszową „Zdobywcy skarbów”, odpowiadam i w sumie… nie mijam się z prawdą.

Po obiedzie lecę do Waldka jak na skrzydłach. Mama jeszcze próbuje mnie zatrzymać:

— Zjedz do końca! I ubierz sweter, kurtkę, czapkę, szalik, rękawiczki…

A ja w środku aż się gotuję. Przecież Święty Graal nie będzie czekał, aż mama skończy ceremonię ubierania dziecka na Syberię.

W końcu jestem wolny. Waldek i Rudy już stoją gotowi jak dwaj muszkieterowie. Waldek ma mapę, ja tłumaczenia, Rudy łom.

— Może się przydać — mówi Rudy z miną człowieka, który już widzi siebie rozwalającego wejście do piramidy.

Wyprawa rusza.

Do drogi na cmentarz idziemy szybko, ale dalej zaczyna się prawdziwa przeprawa. Śniegu nasypało tyle, że nogi zapadają się po kostki, po kolana, a momentami po godność i przyszłość narodu. Mróz szczypie w policzki, ręce bolą nawet w rękawiczkach. Jest minus dwadzieścia stopni, ale jak mówi klasyk: „nie ma wiatru, więc jest ciepło”.

Po godzinie docieramy na miejsce. Wchodzimy boczną furtką, bo główna wygląda jak brama do innego wymiaru, zasypana śniegiem, nie do przejścia.

Po cmentarzu da się chodzić tylko głównymi alejkami. Reszta to białe pustkowie. W końcu widzimy kapliczkę, dokładnie jak na mapie. Obok niej powinien być grobowiec Fischerów.

Powinien.

Bo jest… Baranowskich.

— No nie… — jęczy Rudy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 48.75