E-book
20.48
drukowana A5
39.81
Karma

Bezpłatny fragment - Karma


5
Objętość:
253 str.
ISBN:
978-83-8245-752-0
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 39.81

Jakież zadziwiające szaleństwo: zabijać ludzi dla ich dobra.

Lew Tołstoj


Najstraszniejsza ze wszystkiego jest świadomość niespełnionej miłości — na tym polega piekło.

Fiodor Dostojewski

„Znienawidzone mikołajki”

5—6 XII 2013

To miał być najlepszy dzień. Okazja sama się nadarzyła, ponieważ ten los padł właśnie na nią. Piętnastego listopada ta mała karteczka wzbudziła pożądane emocje i dała nową szansę na zdobycie jej serca.

Marcin już wiele razy próbował poderwać Roksanę, w której zakochał się od chwili, gdy ta dołączyła do ich klasowego grona pod koniec października, kiedy to nowe relacje zaczynały się dopiero rozwijać. Wszelkie próby uwodzenia były jak kamień, o który woda co jakiś czas zahaczała w swoim nurcie. Neutralne podejście wyrażało jedno, brak jakiegokolwiek zainteresowania. Marcin wykorzystywał różne metody na podryw, ale niestety zawsze kończyło się to marnym skutkiem. Miał nadzieje, że teraz na pewno się uda.

Kiedy wyciągnął z tekturowego pudełka urwany kawałek papieru, już wiedział, że prezent musi być unikatowy i cudowny — taki który zachwyci. Podczas narady klasowej wspólnie ustalono, że upominek nie przekroczy więcej niż pięćdziesiąt złotych. Marcin bez chwili wahania zaczął szukać w sklepach czegoś takiego, co mogłoby jej się spodobać i wpłynąć na ich osobistą relację. Wiedział też, że na pewno przekroczy limit, który wspólnie ustalili w klasie.

Czas płynął bardzo szybko, a 6 grudnia zbliżał się nieubłaganie. Co ona jutro powie? Jak zareaguje? — myślał Marcin, przewracając się z boku na bok, dzień przed mikołajkami. Nie mógł zasnąć, ciągle wiercił się i myślał tylko o tym, czy wszystko się dobrze ułoży. Minęła godzina 2:36, kiedy zakochany szesnastolatek zapadł w sen, który wydawać by się mogło, przyniesie mu ukojenie. Za oknem padał deszcz, który był oznaką tego, że kolejny dzień będzie pochmurny.

* * *

W klasie było bardzo gorąco, przynajmniej tak wydawało się Marcinowi, który zaraz po wejściu do sali ściągnął starą i trochę podartą bluzę. Jego rodzice nie zarabiali wiele, dlatego by móc jakoś wiązać koniec z końcem, nie mogli zagwarantować swojemu synowi wysokich standardów życiowych. To przyczyniło się do tego, że Marcin był niekiedy wyśmiewany i lekceważony przez rówieśników. Jednak w gruncie rzeczy nie przejmował się tym. W domu miał ciężko, ponieważ ojciec ciągle chlał wódę i nie dość, że robił awantury, to jeszcze zabierał pieniądze, co przyczyniło się do tego, że brakowało na podstawowe rzeczy. Tak naprawdę od kilku lat w słoiku zbierał kieszonkowe z wakacyjnych prac, które podejmował, aby zapewnić sobie w przyszłości lepszy byt. Jedyną osobą, która teraz sprawiała mu radość i przy której czuł wiatr w żaglach była Roksana, piękna i niepowtarzalna, która właśnie siedziała w drugiej ławce od okna, udając niedostępną.

Była już godzina 7:55, a lekcja wychowawcza miała wyglądać tak, że każdy wręcza upominek wylosowanej osobie, po czym do wszystkich klas w międzyczasie miał przyjść święty Mikołaj, aby zadać uczniom kilka pytań. Zwieńczeniem tego spotkania miało być wspólnie zrobione zdjęcie.

Marcin był bardzo zestresowany i nie wiedział zupełnie, jak podejść do Roksany i zagadać. W końcu przemógł się, wziął do ręki niewielką torebeczkę w zielone choinki i podszedł do wylosowanej dziewczyny, która właśnie rozmawiała z Brajanem, wręczając mu przygotowany prezent.

— Sorry, że przeszkadzam. Roksana możesz pozwolić na chwilę? — rozpoczął nieśmiało Marcin, drapiąc się jedną dłonią po głowie.

— A musisz akurat teraz? Tak dobrze nam się rozmawia, co Rox? — odpowiedział Brajan, szturchając rozbawioną dziewczynę w ramię, która udawała rozbawioną.

— Dobra Brajan, daj nam chwilę, okej? Wrócimy do naszej rozmowy później. Idź już. — powiedziała Roksana.

— No spoczko foczko, to co, widzimy się na przerwie? Będę czekał na Ciebie na korytarzu, dobrze? — odparł na odchodne Brajan.

Brajan był wysokim i przystojnym nastolatkiem o kruczoczarnych włosach, zadartym, piegowatym nosie i ogromnych ustach. Miał bogatych rodziców, co przyczyniło się do jego cwaniactwa i zionął pogardą względem innych. Dziewczyny na niego leciały, choć nie traktował ich z szacunkiem. Gdy dziewczyna go zbywała, wtedy dopiero zaczynało mu zależeć.

— Okej, to po lekcji wychowawczej pogadamy. Bądź koło sklepiku. — powiedziała dziewczyna, oglądając się za odchodzącym Brajanem.

Marcin nie mógł w to uwierzyć. Myślał, że zaraz się rozpłacze. Tyle wysiłku, tyle starań na nic. Zapatrzył się w drzwi i poczuł, że jest w chwilowym amoku. Roksana coś do Niego mówiła, ale on w ogóle jej nie słyszał.

— Halo? Słyszysz? Marcin? Co chciałeś? — machała mu przed oczami, jakby ten przez jakiś czas przeniósł się do zupełnie innego świata.

— Tak, tak eee… co mówiłaś? — powiedział, będąc nieco oszołomionym.

— Pytałam, co chciałeś? Przecież po coś przerwałeś naszą rozmowę, co?

— No, no, w sumie. Bo tak się złożyło, że chciałem Ci dać prezent mikołajkowy, bo to ciebie wylosowałem. Mam nadzieję, że ci się spodoba. — wymamrotał Marcin, podając dziewczynie białą torebeczkę udekorowaną w ciemnozielone choinki.

Roksana wzięła do rąk upominek i zaglądnęła do środka. W ułamku sekundy na twarzy zrobiła się czerwona, jakby temperatura w pewnym momencie wzrosła o dziesięć stopni. Z zamachem wyjęła zafoliowaną perfumę i zaczęła wymachiwać nią przed oczami Marcina.

— Powiedz, dlaczego Ty mi to robisz do cholery, co? Jesteś taki natrętny… Boże… Myślisz, że droższym prezentem mnie przekupisz, albo zdobędziesz? — wysyczała ze złości.

— Ale o co Ci chodzi? Myślałem, że się ucieszysz. Długo wybierałem, nie wiedziałem, co Ci się spodoba. — rzekł ze smutkiem w głosie, patrząc się w oczy zdenerwowanej nastolatki.

— Zrozum do kurwy nędzy, że mi się nie podobasz! Mam w dupie twoje drogie upominki. Myślisz, że za biedakami się oglądam? Nic sobą człowieku nie prezentujesz, odczep się ode mnie raz na zawsze! — wybuchła przy całej klasie Roksana, rzucając różową fiolką od Chloe o płytki.

— Jesteś pojebana! Zapłacisz mi za to — wyrzucił z siebie rozgoryczony Marcin, po czym uciekł z sali tak szybko, jakby goniła go jakaś zjawa.

Nie zdążył nawet zabrać ze sobą plecaka. Na dworze padał rzęsisty deszcz ze śniegiem, a on chciał zapaść się w po ziemię. Przestało mu już na kimkolwiek zależeć. Potraktowała mnie jak zwykłego szmatławca, pomyślał Marcin biegnąc prosto przed siebie. Teraz już nic nie zamierzał. Było mu zimno, bo wybiegł ze szkoły w samym koszulce z krótkim rękawem. Gdzie mam iść? Nikomu już na mnie nie zależy? Pieprzyć to życie. Wydałem czterysta złotych ze swoich oszczędności tylko po to, by zostać wyśmianym przy całej klasie. Jeszcze mi szmato za to zapłacisz — pomyślał skręcając w najbliższą ulicę na której znajdował się szereg sklepów z odzieżą i żywnością.

Tego dnia nie zamierzał wrócić do domu. Jego życie rozpieprzyło się jak domek z kart. Ten wieczór trwał i trwał, dopóki ostatnie światła w mieście nie zasnęły razem z mieszkańcami. Noce były coraz ciemniejsze, a nienawiść, która w nim rosła stawała się jeszcze mroczniejsza z każdym kolejnym dniem…

Niespełna dwa lata później

16. IX. 2015r.

„Niebagatelna groźba”

— I co masz kasę? Dzisiaj jest ostatni termin i nawet mnie nie wkurwiaj, że nie masz bo źle skończysz, tak Cię tylko ostrzegam! — zaczął swój wywód łysol w skórzanej kurtce, grożąc palcem Marcinowi.

— Co ty pieprzysz idioto! Oddałem wam wszystko ostatnio, równe trzy tysie. Czego ty jeszcze chcesz! — zdenerwował się Marcin.

— Słuchaj synuś, ja o żadnych wpłatach z twojej strony nie słyszałem. Gówno mnie to obchodzi. Daje Ci czas do jutra do godziny 10:00. Ma być równiutka kwota, czaisz bazę? Bo jak nie, to chyba będziesz musiał szukać kontaktów u miejscowego grabarza dla swoich ukochanych rodziców — uśmiechnął się łysy, klikając coś w swoim telefonie.

— Spierdalaj! Nic ode mnie więcej nie dostaniesz. Ten towar, co od was kupiłem to nie dość że to chińskie gówno, to jeszcze mam podwójną stawkę płacić? Posrało Cię? Ani grosza, zapomnij.. — wyrzucił z siebie Marcin, odwracając głowę i zostawiając faceta w tyle.

— Zrobisz, jak zechcesz. Kasa ma być jutro. Będę czekał na Kazimierzowskiej koło kontenera. Jeśli nie przyjdziesz, postawimy jutro dwa krzyżyki. — krzyknął diler.

— Wal się! Zróbcie im tylko krzywdę, to wszyscy zgnijecie, wspomnisz moje słowa!

Łysy zlekceważył słowa Marcina i zniknął za krzakami. Był umówiony z Tigerem na 23:30 w krakowskim parku zaraz obok Millenium Hall. Wiedział, że Tiger udaje tylko twardego, znał go bowiem już od dobrych kilku miesięcy. Od ostatniej traumy zaczął brać narkotyki. Nie umiał poradzić sobie z sytuacją, w której Roksana po raz kolejny strzeliła go w twarz. Od tamtej pory rzucił szkołę i zaczął zadawać się z podejrzanymi typami, którzy teraz próbowali od niego wyssać kolejne trzy tysiące.

Wrócił do domu, myśląc o tym, czy faktycznie Tiger bierze go pod szpic, czy tylko chce wyłudzić od niego pieniądze. Zamknął za sobą wejściowe drzwi i poszedł do swojego pokoju od razu otwierając okno na oścież. Zimne powietrze buchnęło w jego twarz jak niespodziewany opar. Nie wierzył w groźby dilera. Miał czyste konto, oddał wszystko Kroksowi i nie miał powodów do tego, żeby się przejmować gadaniem tłustego tumana, który od dwóch lat jest chłopcem na posyłki jakiegoś wysoko postawionego fagasa. Teraz chciał się położyć spać i już więcej nie obudzić. Miał już dość życia. Wiedział, że matka płacze dniami i nocami i martwi się o jego przyszłość, ojciec natomiast miał wszystko daleko gdzieś, bo nawet nie potrafił raz porządnie wytrzeźwieć.

Z tymi myślami Marcin zasnął, a obudził go dopiero dźwięk autobusu, który właśnie przyjechał na przystanek, by zabrać dzieci do szkoły.

* * *

Było już około godziny dziewiątej, kiedy Marcin zbierał się do pracy. Po tym, jak rzucił szkołę, zaczął interesować się dilerką i szukał każdej dorywczej roboty. Teraz pracował jako dostawca pizzy, a miał zaczynać o 9:30. Ciągle z tyłu głowy miał wczorajsze słowa Tigera, ale starał się je odpychać, gdyż groźby z jego ust były na porządku dziennym. Można było przywyknąć.

Ubrał się w standardowe ciuchy od firmy w której pracował, na głowę założył czapkę z daszkiem z logiem „Pizza Hut” i zamykając za sobą dom ruszył w kierunku miejsca pracy. Marcin był dobrze zbudowanym mężczyzną o krótkich blond włosach. Miał niewielki nos i lekko odstające uszy, co sprawiało, że przypominał przeciętnego przystojniaka. Był średniego wzrostu, a jego oczy miały dziwny zielonkawy kolor.

Kiedy jechał starym Renault Megane z pierwszą dostawą, próbował sobie uzmysłowić, dlaczego tak wiele zła spotyka go w życiu. Niepowodzenie materialne, kłopotliwy ojciec, zawodząca matka, pogróżki, brak miłości i zajmująca wszelką przestrzeń coraz większa nienawiść. Nie mógł sobie tego poukładać w głowie. Pragnął zemsty.

Gdy dojechał do celu i dostarczył pizzę z pepperoni i rukolą do zamawiającego, było już pięć po dziesiątej. W radiu tymczasem leciał nowy hit Kaen’a — „Zbyt wiele”, który bardzo odzwierciedlał to, co Marcin czuł w tym ostatnim czasie.

Kiedy przyjechał do siedziby po kolejny towar do rozwiezienia, zadzwonił do niego telefon, a melodia, którą miał ustawioną jako dzwonek „Poker Face” Lady Gagi potwierdzała to, że za każdym razem człowiek musi robić dobrą minę do złej gry. Wyciągając z kieszeni Xperię Tipo nacisnął zieloną słuchawkę. Zdziwił się, bo numer był zastrzeżony.

— Tak słucham. Marcin Terlicki przy telefonie.

— Dzień dobry panie Terlicki. Aspirant Robert Wagner przy telefonie, Komenda Główna Policji. Z przykrością pragnę Pana poinformować o zgonie Marii i Władysława Terlickich. Obydwoje zginęli od postrzału w tył głowy. Bardzo mi przykro. Będziemy rozpoczynali dochodzenie. Wie Pan może, kto mógłby włamać się do Pańskiego rodzinnego mieszkania? Musimy zebrać dowody i przyglądnąć się całej sprawie. Proszę, jeśli to możliwe, żeby Pan jak najszybciej przyjechał — powiedział funkcjonariusz.

Marcin poczuł, jakby grunt pod jego nogami się zawalił, a on wpadł do jakiejś cholernej czeluści, z której nie ma już powrotu. Jednak Ci skurwysyni to zrobili — przemknęło mu przez myśl. Zostałem sam. Zostałem kurwa, sam! — w głowie zaczęło mu wirować i czuł się, jakby właśnie wylazł z jakiegoś pieprzonego rollercoastera. Nie mógł w to uwierzyć. Niech ten jebany horror się już zakończy- pomyślał, zamykając oczy i otwierając je powtórnie. Wewnętrzna złość roznosiła go tak, że byłby w stanie pozabijać w tym momencie połowę ludzi w Krakowie.

— Nie mam pojęcia, kto mógłby to zrobić, ale dziękuję za informację. Za kwadrans powinienem być na miejscu — skłamał, po czym rozłączył się.

Marcin pragnął teraz zniszczyć wszystkich. Zionął ogromną nienawiścią. Wiedział, że nie może powiedzieć prawdy, bo skończy się to jego osobistą tragedią. Na razie w głowie tworzył plan, którym odwdzięczy się tym którzy, zniszczyli mu życie. Kiedy zobaczył zwłoki rodziców coś w niego wstąpiło, jakby jego patrzenie na świat zmieniło się o 180 stopni. Nie spodziewał się jeszcze, że z tak wrażliwego chłopaka stanie się największym zbrodniarzem w mieście.

W starej kamienicy było pusto i cicho. Jedynie lampka na czujnik włączała się sporadycznie. W domu Marcina nie było już dobra. Chodzące zło dopiero zamierzało się uaktywnić. Wybiła godzina 1:30 kiedy w rodzinnym mieszkaniu Terlickich zgasło ostatnie światło. Wtedy to po raz pierwszy kruki zaczynały się zlatywać i usadawiać na ogrodzeniu, które było już posiadłością Marcina.

Pięć lat później

Rozdział I

Na celowniku

Kraków, dom Terlickich, ul. Srebrzysta 13

15.VI. 2020r. godzina: 18:54

W pokoju Marcina fioletowe rolety zasłaniały okna, tak aby jak najmniej światła dochodziło do telewizora. Niewielka kanciapa miała ściany pomalowane na piaskowy kolor, łóżko wyrażało nieład przez rozwaloną kołdrę, która w swojej dysharmonii dotykała końcówkami niepodkurzanego, chropowatego dywanu. Na stoliku leżał pilot do sześćdziesięciopięciocalowego telewizora marki Samsung, dwie puszki Coca-Coli oraz niebieska paczka Lays’ów. Wszystko było przygotowane na wieczór pełen wrażeń, ponieważ dzisiaj o 19:30 miał być emitowany wybór Miss Polski 2020. Marcin czekał na ten dzień od bardzo dawna. Wiedział, że jego była miłość, która sprawiła mu wiele cierpienia, dzisiaj będzie brała udział w tej gali. Wykładając nogi na stolik i delektując się wygodą w nowo zakupionej sofie obłożonej brązową skórą, wziął do ręki puszkę z Coca-Colą i otworzył ją.

Wiedząc o tym, że gala rozpocznie się za czterdzieści minut postanowił włączyć Youtube i posłuchać jakichś nowości. Bardzo spodobała mu się ostatnia płyta „Romantic Psycho” znanego rapera Quebonafide, którą nawet kupił ostatnio w empiku, bo tematyka, którą artysta poruszał, bardzo mu odpowiadała. Wiele się nie zastanawiając włączył najpopularniejszy utwór z płyty „Bubbletea” i otworzył opakowanie z chipsami. Wsłuchując się w słowa rapera i delikatny głos Darii Zawiałow odpłynął na chwilę, wracając do tych dobrych i miłych chwil, które przeżył w swoich młodzieńczych latach.

Kiedy zakończył się utwór, odtworzył sobie cały album i postanowił na chwilę się zdrzemnąć. Obudził się po trzydziestu minutach i niemal natychmiast przełączył kanał na TVP2. Sponsorem gali była reklama płynu do mycia naczyń Fairy, więc po jej krótkiej imitacji rozpoczęło się telewizyjne show. Marcin bardzo przebiegle śledził kandydatki, które po piętnastu minutach od inauguracji prezentowały się już w strojach wieczorowych. Kiedy przed oczami pojawiały się kolejne numerki, wciąż szukał Roksany ale nie mógł jej znaleźć. Gdzie jesteś? Do cholery przecież musisz tu być! — zaklął w duchu. Przez przypadek potrącił puszkę Coli, która niegramotnie spadła i wylała się na pilot od nowoczesnego telewizora. Jasny szlag — zawył podnosząc się z sofy, ratując przy tym pilota, który teraz cały lepił się od gazowanego napoju. Wstał, chcąc znaleźć jakieś chusteczki, aby wytrzeć zalany przedmiot, kiedy w tym samym momencie zauważył na ekranie Roksanę, która pojawiła się na wybiegu z numerkiem dwadzieścia trzy.

Nie mógł odciągnąć od Niej wzroku, była taka piękna i majestatyczna. Bardzo przypominała mu teraz Thylane Blondeau, która według TC Candler była najpiękniejszą kobietą w 2018 roku. Hebanowe włosy, lazurowe oczy, w których można było utonąć, ciemna karnacja, cudowna budowa ciała oraz niezwykły wdzięk. Pomimo tego, że zastygł z zachwytu, czuł do niej nienawiść za to, jak go potraktowała. Musisz za to zapłacić. Już niedługo dorwę Cię skarbie — mówił sobie w duchu, kiedy próbował sięgnąć po paczkę chusteczek, która leżała na drugim krańcu stolika. Beznamiętnie wytarł lepiący się pilot i usiadł na wygodnej sofie.

Po niespełna kwadransie chwycił za Iphone X, który leżał niedaleko telewizora i wykręcił numer do Krakena, nowego kumpla, którego poznał na ostatniej imprezie w „ParadiseGarden”. Po dwóch sygnałach, odezwał się chropowaty i gruby głos.

— No co tam byku?

— Mam dla Ciebie misję na dzisiejszy wieczór i o dziwo nie będą to dragi — zagadnął Marcin.

— W sumie mam dług wdzięczności, za to żeś mi ostatnio dupę uratował. No co Ci trzeba? — odparł Kraken.

— Musisz mi dzisiaj wieczorem porwać jedną taką z gali. Mam pewniaka, że ona to wygra. Chodzi o Roksanę z numerkiem dwadzieścia trzy. Wybija się ponad inne, a ja muszę się z nią rozliczyć. Rozumiesz szybka akcja.

— O kurwa. Na to bym nie wpadł. Ale stary, to musi być zorganizowany nalot, bo jak nie wypali to leżymy — zagadnął kumpel.

— Spokojnie. Ogarniesz to. Na pewno jakiś samochód będzie ją chciał do hotelu zgarnąć po całej imprezie. Weź sobie jakichś dwóch pomocników. W razie problemów strzelaj i spierdalaj. Ma być cała. Po wszystkim masz mi ją przywieźć do mojego mieszkania. Rozliczymy się jutro rano. Wszystko jasne? — zasalutował podekscytowany Marcin.

— Jasne. Nie takie rzeczy się robiło. Coś jeszcze?

— To wszystko. W sumie to… możesz mi jeszcze przywieźć dobrego Moëta. Czekam na was tylko tego nie spierdol! — rzucił na pożegnanie Terlicki, rozłączając się i rzucając telefon na łóżko.

No dzisiaj to się zabawimy — powiedział na głos odchylając głowę do tyłu i masując kark. Od kiedy stworzył własny gang narkotykowy, stał się bezwzględny i bezuczuciowy. Gdzieś z tyłu głowy miał napisane, że to co robi jest niewłaściwe, ale brnął w to coraz bardziej.

Na ekranie widać było, że kandydatek jest coraz mniej, co świadczyło o tym, że zbliżał się finał. Marcin nie patrzył już w telewizor. Nie interesowała go gala, tylko Roksana.

Koszula w palmy od Hilfigera pod pachami była przepocona, więc postanowił się przebrać. Wstał ze skórzanego fotela zabierając ze sobą drugą puszkę coli i poszedł w stronę swojego pokoju. Zegar z kukułką w kuchni właśnie wybił godzinę 20:30. W pustym salonie odbijało się strzelające, białe światło od wielkiego telewizora, które przedstawiało pokaz sztucznych ogni na hali Tauron Areny. Miss Polski została wybrana. Była nią Roksana Karpiel.

Rozdział II

Powrót

Obrzeża Krakowa, chatka w sosnowym lesie, ul. Gombrowicza 16B

15.VI.2020r. godzina: 14:07


Walizka z Wittchen’a sunęła zamaszyście po kamienistej alejce prowadzącej do furtki z numerem 16B. Kornelia tym razem skorzystała z usług taksówkarza, ponieważ samochód zostawiła przed wylotem w garażu z racji tego, że jakiś uprzejmy mężczyzna zechciał podrzucić ją na lotnisko.

Po otrzymaniu dyplomu świadczącego o tym, że może pracować jako detektyw, postanowiła wylecieć na dwutygodniowy urlop na Kretę. Ostatnie dwa lata dały jej nieźle w kość. Wiele nieprzespanych nocy i ciągłe siedzenie przy książkach spowodowały, że zmęczenie zaczęło zaglądać do jej szafirowych oczu. Teraz była wypoczęta pomimo tego, że bez towarzystwa odpoczywała na wyspie. Pomimo swojej atrakcyjności szukała tego jedynego, którego nie mogła znaleźć. Od szkolnych czasów dbała o włosy i zawsze miała je długie po pas, nawet teraz, kiedy jako świeżo powołana Pani detektyw miała zmierzyć się z nierozwikłanymi problemami wielu potrzebujących osób. Urodę odziedziczyła po tacie, nawet złocistą barwę włosów zawdzięczała właśnie jemu. Podczas studiów ciągle była zapraszana na kolacje, wspólne wypady na miasto, czy na imprezy okolicznościowe, ale nie zawsze wyrażała aprobatę. Wolała spędzać czas przy dobrych kryminałach w ręku i porządnej lampce białego wina.

Gdy dotarła do swojej posiadłości, oparła czerwoną walizkę o ogrodzenie i zaczęła przetrząsać kieszenie w krótkich dżinsowych spodenkach w poszukiwaniu klucza do furtki. Znalazłszy go po krótkiej chwili, otworzyła metalowe drzwiczki prowadzące do drewnianej chatki, wzdłuż której wyścielona była dróżka z granitowej kostki.

Murki z czerwonej cegły tworzyły ogrodzenie, a jednocześnie były połączone metalowymi kratkami, wzdłuż których wiły się liście oraz kiście winogron. Chatka była niewielka, ale przytulna. Niesamowity klimat tworzyła obecność sosen, które dookoła tworzyły iglasty zagajnik. Ptaki poukrywane w zaroślach drzew śpiewały na zmianę, tworząc przy tym jednostajną melodię. Wokół domu Kornelii była jeszcze dębowa altana oraz niewielkie oczko wodne, na którym unosiły się lilie.

Kiedy była już prawie u drzwi domu, zza rogu chatki wybiegł przepiękny pies o złocistej sierści, który wymachując ogonem pragnął zakomunikować, że bardzo się stęsknił.

— No heej Meliska. Stęskniłaś się za swoją panią, co? Zaraz Ci przyniosę coś dobrego do zjedzenia, pewnie jesteś głodna. Tata był u ciebie zapewne wcześnie rano — powiedziała głaszcząc suczkę po puszystym grzbiecie.

Kornelia w zeszłym roku od swojego starszego brata Marcela dostała suczkę rasy Golden Retriver z okazji dwudziestych siódmych urodzin. Wiedział, że kocha psy i bardzo łatwo się do nich przywiązuje, dlatego prezent był strzałem w dziesiątkę. Kornelia teraz nie wyobrażała sobie życia bez uroczej psiny, która zawsze dotrzymywała jej towarzystwa.

— No dobra, właź do środka. — powiedziała do Melisy, wyciągając klucze z zamka od drzwi.

Właścicielka na samym początku położyła walizkę w niewielkim holu, z którego szybko przeszła do ogromnego salonu. Rzucając torebkę na skórzaną kanapę, podeszła do lodówki, wyciągnęła schłodzony sok z aloesu i nalała sobie pół szklanki.

— O tak! Tego mi było trzeba. Słuchaj mała, dziś dostaniesz karmę, a później kupię ci jakąś przekąskę, zgoda? — odezwała się do Melisy, która już stała przy swojej misce wymachując prężnie ogonem.

Kiedy otwierała szafkę, by wyciągnąć jedzenie dla psa, zabrzęczał jej telefon. Szybko nasypała karmy do miski i pobiegła do torebki sprawdzić, kto się do niej dobija. Wyciągając Iphona zobaczyła, że wiadomość przysłał jej tata.

Witaj córciu, jeśli teraz to czytasz oddzwoń do mnie. Mój kolega, który ma biuro detektywistyczne, potrzebuje w firmie dobrej pani detektyw. Powiedziałem mu, że wstrzymam się z odpowiedzią, dopóki dopóty nie porozmawiam z Tobą. Ps. możesz nas odwiedzić i opowiedzieć jak było na urlopie. Kocham Cię. Tata

Kiedy odczytała smsa z uśmiechem na twarzy wykręciła numer do ojca. Odebrał niemal od razu. Wiedziała, że po sowitym odpoczynku, przychodzi czas na ciężką pracę. Nie pomyliła się.

Rozdział III

Nowy angaż

Kraków, Biuro detektywistyczne „Oko Horusa”, ul. Spokojna 81A

15.VI. 2020r. — godzina: 16:45


Kornelia po godzinnej wizycie u rodziców umówiła się na rozmowę o pracę z Teodorem Wolskim, który był prezesem biura detektywistycznego i dobrym znajomym jej ojca. Gdy wypiła solidne cappuccino i opowiedziała o swoich cudownych wakacjach, poprosiła tatę o kontakt do interesanta. Umówiła się z nim na rozmowę, na za piętnaście piąta w jego biurze w centrum miasta. Ubrała się na to spotkanie wyrafinowanie — lawendowa koszula w białe kropeczki, dżinsy oraz czarne botki. Włosy miała spięte w kucyk, co dodawało jej urodzie jeszcze wyraźniejszego blasku. Teraz kiedy prowadziła swoje pomarańczowe BMW M2 przemierzając ulice Spokojną, szukała dobrego miejsca, żeby zaparkować swój sprezentowany samochód.

Dostała go od taty, zresztą jak i domek w sosnowym lesie. Ojciec miał własną firmę budowlaną, która tak dobrze prosperowała, że było go stać na wszelkiego rodzaju luksusy. Kornelia nie wymagała od niego, żeby dawał jej wszystko za darmo. Kiedy zaprosiła całą rodzinę na przyjęcie z okazji swoich dwudziestych siódmych urodzin, niemieckie cudo już stało przed jej bramą wjazdową udekorowane taśmą, niczym prezent niespodzianka z dużą czerwoną kokardą na przedniej masce samochodu. Wtedy zapytała go, czy już całkiem oszalał, ale on jak zwykle uśmiechnął się do niej i powiedział, że wystarczy, jak go mocno przytuli. Była zawsze ukochaną córeczką tatusia, który był wtedy kiedy go najbardziej potrzebowała.

Zaparkowała wóz obok zielonego Land Rovera wysiadła z niego, po czym skierowała swoje kroki w stronę eleganckiego biura, które na pierwszy rzut oka zrobiło na niej duże wrażenie. Przede wszystkim było nowoczesne i prestiżowe. Wiedziała bowiem, że koledzy ojca to w większości ludzie wysoko postawieni i mający różnorodne układy.

Kiedy wchodziła do środka, zainspirował ją styl i wystrój wnętrza, na który — jak pomyślała — musiało pójść mnóstwo pieniędzy. Poczekalnia była pomalowana na uniwersalny biały kolor, natomiast klimat tworzyły czarne, skórzane fotele, kwiaty w porcelanowych, wzorzystych donicach oraz ogromne, zwisające lampy, na których spokojnie mogłyby się wspinać małpy z niejednego ogrodu zoologicznego.

Podeszła więc do pierwszych lepszych drzwi i dwukrotnie zapukała. Odpowiedziało jej długie milczenie. W międzyczasie zobaczyła, że po drugiej stronie znajduje się kolejne wejście, więc zamierzając powtórnie zakołatać, przemierzyła niewielki odcinek, kiedy w tym samym momencie z windy, której wcześniej nawet nie zauważyła, wyszedł postawny, szpakowaty mężczyzna, ubrany w porządny garnitur i białą koszulę. Krawat miał odrobinę poluzowany, natomiast meszty miał tak wypolerowane, że Kornelia mogła spokojnie znaleźć w nich własne odbicie.

— Witam Pani Kornelio! Dziękuje, że zgodziła się pani przyjść na to spotkanie. Zapraszam do swojego gabinetu! — powiedział pełen zachwytu Teodor, otwierając przed Nią właściwe drzwi.

— Dzień dobry! Podobno szuka Pan nowej kolaborantki do współpracy. Chętnie wysłucham, co ma Pan do zaoferowania. Jestem otwarta na współpracę — wyrecytowała Kornelia, siadając przed biurkiem prezesa.

— Owszem poszukuję i wiem, że Pani się do tego świetnie nada. Cieszę się bardzo, że chce Pani pracować w naszej ekipie. Zasadniczo to działamy w grupie pięcioosobowej. Jeśli chodzi o jakiekolwiek planowane procedery, ja decyduję o sprawach ostatecznych.

— Dobrze, rozumiem. Czyli Pan zatwierdza wszelkie czynności, które my realizujemy tak? — zapytała.

— Zgadza się. Dodatkowo chcę Panią poinformować, że będzie Pani pracować z Rafałem Kalinowskim. Będzie on Pani głównym towarzyszem. W biurze jest jeszcze nasz ochroniarz Dariusz Madella, który jeździ z nami na najbardziej niebezpieczne akcje oraz Karina Wibena zajmująca się wszechstronnie informatyką. Ona to namierza nam podejrzanych i odwala brudną robotę, szukając punktu zaczepienia. — powiedział szef wędrując wokół biurka i od czasu do czasu spoglądając w okno.

— Chyba wszystko już jest jasne. W takim razie od kiedy mam zaczynać? — zapytała.

— Choćby nawet od następnego tygodnia. Odezwę się do Pani, chyba że wyskoczy coś pilnego, to prędzej zadzwonię. Wszystkie formalności mamy już za sobą, także jest Pani wolna. — powiedział Teodor Wolski, który dopiero teraz usiadł na wysokim półobrotowym krześle.

— Bardzo dziękuje za wszystko. Będę czekać na telefon. Do zobaczenia panie prezesie! — odpowiedziała jednocześnie wstając i zmierzając do wyjścia.

Kiedy wychodziła z biura, była na zegarku 17:43. Była zadowolona z tego spotkania. Cieszyła się, że to właśnie tutaj będzie pracować i spełniać się zawodowo. Otwierając drzwi samochodu zauważyła bilbord, który zachęcał do przybycia do Tauron Areny. Dopiero teraz przypomniała sobie, że to właśnie dzisiaj zeszłoroczna zwyciężczyni przekaże koronę nowej wybranej Miss Polski 2020. Wsiadając do BMW, włączyła radio i ruszyła w stronę swojego domu. Tymczasem w Esce leciał hit Eminema i Rihanny, który sprawił, że Kornelia z coraz większym uśmiechem na twarzy wracała do sosnowej dzielnicy. Po drodze wstąpiła jeszcze do sklepu, by kupić kilka przekąsek dla Melisy, która czekała na nią w mieszkaniu.

Pogoda była przepiękna, a wiatr delikatnie dawał znaki swojej obecności. Kornelia zamierzała dzisiaj położyć się w salonie i obejrzeć galę Miss. Nie wiedziała jeszcze, jak ten dzień się zakończy. Nikt nie wiedział. Kiedy była już w swoim ogrodzie, podniosła głowę i popatrzyła na pomarańczowe niebo, które powoli chyliło się ku zachodowi. Wysoka temperatura wskazywała na to, że będzie to upalna noc.

Rozdział IV

Porwany diament

Kraków, Tauron Arena

15.VI. 2020r. — Godzina: 20:48

W tegorocznym wyborze na Miss Polski 2020 roku miały brać udział dwadzieścia cztery kandydatki. Krakowska arena od kilku miesięcy była przygotowywana na tą uroczystość, ponieważ to właśnie tutaj miała zostać wybrana nowa najpiękniejsza dama.

Najlepszy sprzęt, nagłośnienie, oświetlenie wszystko musiało być zrobione na jak najwyższy poziom. Przygotowano solidny wybieg oraz miejsce dla ponad dwudziestu tysięcy widzów.

Prowadzącymi galę byli Robert Czyżewski oraz Monika Hapelman, którzy w ten cudowny, gwieździsty wieczór sami wystroili się tak, jakby to ich dotyczyła ta wielka nominacja.

Całe przedsięwzięcie trwało dobrą godzinę zegarową, po czym przyszedł czas na finał, w którym to z trzech kandydatek na Miss miano wybrać królową gali. Emocje sięgały zenitu. Cała arena z zapartym tchem czekała na werdykt, który miał być niebawem odczytany. Prowadzący zaprosili na środek prezydenta Krakowa, aby ten ogłosił, która z kandydatek zostaje nową Miss Polski 2020. Na scenie w pięknych sukniach stały: Anastazja Sieniawska z numerkiem cztery, Magdalena Ładysz z liczbą szesnaście i Roksana Karpiel z numerkiem dwadzieścia trzy.

Kiedy prezydent miasta otwierał kremową kopertę, panowała absolutna cisza. Każdy chciał już wiedzieć, jakie to będzie nazwisko. Po chwili wziął mikrofon bezprzewodowy do ręki i powiedział: Tegoroczną Miss Polski 2020 zostaje Roksana Karpiel!!!

W Tauron Arenie rozległ się wiwat. Sztuczne ognie zaczęły swój epizodyczny taniec po obu stronach sceny. Z oczu zwyciężczyni popłynęły łzy szczęścia, kiedy to Łucja Wigarro — Miss Polski 2019 założyła koronę na głowę następczyni oraz wielką posrebrzaną szarfę. Pan prezydent Tadeusz Rawski wręczył Roksanie ogromny bukiet białych róż oraz symboliczny czek w wysokości pięćdziesięciu tysięcy złotych od głównego sponsora marki Fairy. Natomiast od biura podróży Itaka, otrzymała talon na dwutygodniowe wakacje w Dubaju.

Gdy minęły chwile euforii, najpiękniejsza dama przemówiła do publiczności dając wyraz swojej wdzięczności względem tych, którzy ją wspierali i oddawali swoje głosy właśnie na nią. Pełna radości pomachała wszystkim zgromadzonym i zeszła bocznym zejściem ze sceny. Kiedy nie była już na widoku tłumów, w obstawie pojawili się dwaj ochroniarze, którzy mieli bezpiecznie doprowadzić ją do czarnego, luksusowego pojazdu.

Bentley Continental czekał na Roksanę już dobre piętnaście minut. Kiedy zbliżała się do wozu, automatycznie włączyły się światła, a kierowca dał znać jednemu z mężczyzn, że już nie są potrzebni. Obydwaj stanęli w rozkroku i czekali, aż dziewczyna wsiądzie i odjedzie.

Miała bowiem pojawić się na uroczystym bankiecie w „RoyalTrone”, gdzie co roku zapraszana jest nowa Miss. Kierowca wiedział, gdzie ma ją zawieźć, więc nie pytał o zbędne szczegóły. Kiedy siedziała już wygodnie, odetchnęła z ulgą, że jest już po wszystkim. Z przodu obok kierowcy, siedział jej menadżer Wiktor Pamerski, który nic się nie odzywając, załatwiał formalności związane z nocną imprezą.

Jechali wzdłuż ulicy Poniatowskiego, kiedy w pewnym momencie biały SUV zablokował im drogę.

— Co jest kurwa! Widzisz, co ten gość odwala? Patrz tylko! — krzyknął kierowca, trąbiąc ile sił w rękach.

— Ta uspokój się Pan. Może mu się zakręty pomyliły? Zobaczymy, co zrobi. Trzymaj nerwy na wodzy! — odpowiedział Wiktor, próbując zaprowadzić pierwotny spokój.

Roksana zauważyła, że jest coś nie tak, gdyż z tyłu zajechał kolejny podejrzany typ, który wcale nie zamierzał odjeżdżać.

— Z tyłu też ktoś jest. Popatrz w lusterko! — powiedziała.

Bentley był na tyle dużym samochodem, że niemożliwe było skręcenie w bok, nie uszkadzając któregoś z napastliwych towarzyszy. Zdenerwowany kierowca próbował wyjść cało z tej niezrozumiałej akcji, manewrując kierownicą na wszystkie strony. Kiedy się zorientował, że nic nie wymyśli, położył ręce za głową i powiedział:

— No to jesteśmy w dupie. Musimy czekać, aż te palanty odjadą. Eh… co za hołota.

— Taaa. Nie umiesz Pan prowadzić tego samochodu i tyle. Jakbyś drasnął trochę jedno i drugiego, to nic by się przecież nie stało — odciął się menadżer.

— Przestańcie się kłócić! Zróbcie coś w końcu! — rzekła skonsternowana dziewczyna.

Z białego Audi Q5 wyszedł wysoki mutant w czarnej kominiarce z bronią w ręku i szybkim krokiem podszedł do zabarykadowanego Bentleya. Mężczyzna wierzchnią stroną Glock’a wybił przednią szybę od strony kierowcy i wymierzył spluwę do głowy siedzącego czterdziestopięciolatka.

— A teraz posłuchaj mnie uważnie. Ta dupeczka, którą wieziecie ze sobą pojedzie ze mną, jasne? Jeśli nie będziecie robić problemów, rozstaniemy się polubownie i nikomu krzywda się nie stanie. Zrozumiano?

— Co Ty gościu odpierdalasz? Ona nigdzie z Tobą nie pojedzie. Puknij się raz, a konkretnie w głowę. Nie dość, że niszczysz nie swój wóz, to jeszcze na koncert życzeń Ci się zebrało? Pieprzę Ciebie i twoją broń. Jeszcze oddasz mi grube odszkodowanie za poniesione straty — wykrzyczał kierowca.

Bandzior długo się nie zastanawiając wycelował w czoło mężczyzny i nacisnął spust. Krew wytrysnęła tak gwałtownie, że Roksana nie zauważyła nawet, kiedy na jej policzkach pojawiły się czerwone krople. Zaczęła piszczeć. Wiktor siedział jak zahipnotyzowany. Jego telefon i dłonie były ubrudzone grudkami mózgu i świeżą, ciepłą krwią. Dziewczyna próbowała uciec z samochodu, ale terrorysta był szybszy i zablokował przyciskiem wszystkie drzwi.

— Słuchaj maleńka! Już nie uciekniesz i nawet nie próbuj. Musisz pojechać ze mną. Grzecznie wejdziesz do mojego Q5 i nie będziesz robiła kłopotów, jasne? Chyba, że chcesz sławę zakończyć po niespełna godzinie? — zapytał z przekąsem.

— Dobra, zrobię co zechcesz. Otwórz te cholerne drzwi! — powiedziała ledwo słyszalnym, piskliwym głosem.

Mężczyzna nacisnął przycisk i odblokował drzwi. Nie opuszczając broni, ruszył w kierunku miejsca, gdzie siedziała Roksana. Kiedy wychodziła z czarnego samochodu, rabuś chwycił ją za ramię i szybkim krokiem ruszył w stronę białego audi.

Kiedy dziewczyna siedziała już w środku, zatrzasnął drzwi i podszedł do Wiktora, który nadal siedział bez ruchu, jakby nie uwierzył w to co się przed chwilą wydarzyło.

— Żeby nie było podtekstów i niedomówień. Dobranoc kochasiu! — wypalił, roztrzaskując mu głowę w jedną, wielką miazgę.

Na ulicy cały czas było pusto. Żadnych ludzi, jeżdżących pojazdów, jakby właśnie w tym momencie wszyscy smacznie spali. Niebo wyścielone było gwiazdami, a ciepłe powietrze powodowało to, że noc była duszna.

Kraken długo się nie zastanawiając, schował broń i wsiadł do wysokiego SUVA. Zanim odpalił samochód, odwrócił się do zapłakanej modelki i powiedział:

— Nie mazgaj się! Zabieram Cię na spotkanie z pewnym, znanym Ci człowiekiem. Módl się, żeby tylko było dobrze. Najgorsze dopiero przed Tobą.

— Z kim? Do kogo mnie wieziesz? Kim On jest? — zapytała, ciągle chlipiąc pod nosem.

— Dowiesz się w swoim czasie. Nic więcej Ci nie powiem. Mogę jedynie tyle rzec, że to człowiek bezwzględny. Już na Ciebie czeka — powiedział, przy czym wyciągnął papierosa i zapalił.

Roksana wiedziała, że nie może teraz nic głupiego zrobić, bo zginie. Właśnie od tego momentu zaczęła się bać o swoje życie. Beznamiętnie wpatrywała się w bloki, które z niezmierną prędkością przemykały jej między oczami. Chciała napisać smsa, że została porwana, ale wiedziała, że to się nie uda. Po prostu się bała. Oparła się o zagłówek i zamknęła oczy.

Gdy dojechali do celu, Kraken zatrzymał samochód i pobiegł do bagażnika. Kiedy wyciągnął duże, pionowe czarne opakowane z złotym grawerem: Moet & Chandon, podszedł do jej drzwi i otworzył je, aby mogła spokojnie wysiąść. Niosąc szampana i prowadząc Roksanę, zadzwonił dzwonkiem dwukrotnie. Była godzina 22:02, ale długo nikt nie otwierał. Dziewczyna nie wiedziała o co chodzi, ani dokąd przywiózł ją morderca.

Po około pięciu minutach drzwi otworzył im Marcin Terlicki. Dziewczyna nie mogła uwierzyć, że to właśnie on teraz stoi przed nią. Sącząc drinka popatrzył na twarz ślicznotki i powiedział z przekąsem:

— Witaj kochana. Kupę lat co? Kraken, dobrze się spisałeś, przyjedź jutro rano, to dostaniesz zapłatę. I dzięki za szampana. Będziemy dzisiaj naprawdę porządnie świętować — powiedział zadowolony, unosząc szklankę z alkoholem.

Roksana nie odezwała się. Wiedziała, że coś złego się wydarzy. Morderca zostawił Moeta na parapecie i odszedł, zostawiając nową Miss w rękach byłego kolegi z klasy. W mieszkaniu było ciemno, a dziki wzrok Marcina nie zwiastował niczego dobrego. Rozpoczęła się noc. Wszystkie plany Roksany poszły w zapomnienie. Podróż do Dubaju zamieniła się w wędrówkę pełną strachu i niepewności. Był to labirynt bez wyjścia.

Rozdział V

Nocna interwencja

Kraków, ul. Poniatowskiego 55

15.VI. 2020r. — godzina: 22:22

Pierwszy swój debiut w pracy Kornelia miała już tej samej nocy, kiedy to podczas drzemki obudził ją dźwięk telefonu. O godzinie 22:10 zadzwonił do niej Teodor Wolski, który poinformował ją o zabójstwie dwóch osób. Musiała pojechać na miejsce zdarzenia. Takie było polecenie prezesa. Szybko, nawet się nie przebierając, wzięła do ręki kluczyki do samochodu i pojechała na ulicę Poniatowskiego.

Na miejscu zdarzenia była już policja, prezes biura oraz Rafał Kalinowski, jej obecny towarzysz, którego nie miała jeszcze szansy poznać. Wysiadając z BMW, podeszła do zgromadzonych funkcjonariuszy, którzy stali przy zniszczonym Bentleyu.

— Witam, Kornelia Mac, nowa detektyw Pana Wolskiego — powiedziała skromnym tonem, zwracając się do wszystkich zebranych.

— Ooo, moja nowa współpracowniczka! Cześć, jestem Rafał. Miło mi — wypalił odważnie barczysty, mężczyzna wyciągając dłoń na przywitanie.

Rafał był dobrze zbudowanym facetem. Kornelia domyślała się, że jego stałym miejscem przebywania jest siłownia. Miał na sobie granatową koszulkę longsleeve, która uwydatniała jego umięśnioną sylwetkę. Mężczyzna był szatynem, miał piwne oczy oraz szeroki uśmiech. Swoim zachowaniem wyrażał zadowolonego i nastawionego do życia.

— Cześć, mi również miło Cię poznać — rzekła Kornelia, uścisnąwszy twardą dłoń Rafała.

— Słuchajcie! Mamy tutaj dwa trupy. Kierowca został postrzelony w czoło, natomiast siedzący obok niego mężczyzna ma miazgę zamiast twarzy, więc na razie wiele nie ustalimy. Brak jakichkolwiek śladów. Nie mamy nic, kompletnie nic, nawet świadków. Jedyne, co udało nam się dowiedzieć to, że człowiek, który siedział z przodu przy kierowcy był menadżerem niejakiej Roksany Karpiel, która dzisiaj została Miss Polski. Mowa tu o porwaniu. Po dziewczynie nie ma żadnego śladu — wywnioskował skonsternowany prezes.

— A ktoś zaglądał do jego telefonu? Może gdzieś leży w samochodzie? — zapytała z ciekawością Kornelia.

— Słuszna uwaga. Rafał zobacz do środka. Powinien tam być, chociaż przy nim nic nie znaleziono — rozkazał Teodor.

— Z naszej strony tyle Panie Wolski. Samochód zostanie przechwycony i dokładnie przeszukany. Na ten moment zabieramy zwłoki do laboratorium. Dobrej nocy! — wtrącił funkcjonariusz policji, który znakiem ręki pokazał kolegom, że czas się zmywać.

— W porządku. My tu jeszcze chwilę zostaniemy i stworzymy plan działania, o ile uda się taki ustalić — odbąknął Wolski, wyciągając papierosa z czerwonej paczki Marlboro.

— I co, znalazłeś coś? — żachnął się prezes, odpalając fajkę.

— Jest. Kornelia miała rację. Był pod fotelem, na którym siedział — wysapał Rafał, wychodząc z Bentleya z telefonem w ręce.

— No przynajmniej jest jakiś trop! — odezwała się Kornelia.

— Mamy tylko jeden zasadniczy problem. Nie znamy szyfru — mruknął Rafał, podając telefon Teodorowi.

— Dobra, to da się zrobić. Karina nie takie rzeczy odblokowywała. A teraz zmiatamy stąd. Dzięki, że przyjechaliście na czas. Jutro bądźcie o dziewiątej w biurze, to obgadamy wszystko na świeżo. Wracajcie teraz do domów i wyśpijcie się. Do jutra. — powiedział, zgniatając niedopałka, po czym wsiadł do nowego Volkswagena Arteona i odjechał.

— Wolski to dobry gość. Będziesz zadowolona z tej pracy. Ale nie wiedziałem, że taką dupeczkę mi da do towarzystwa. Fiu fiu — odezwał się odważnie Rafał.

— Nie nazywaj mnie tak, okej? To, że razem pracujemy, nie znaczy, że będziesz mnie traktował jako swoją laleczkę do podziwiania zrozumiano?

— Już, już spokojnie. Tylko żartowałem. — uśmiechnął się.

— Takie teksty są nie na miejscu. Zapamiętaj to sobie. A teraz żegnaj, widzimy się podobno jutro, więc trzymaj się — powiedziała, nie czekając na odpowiedź i wsiadła do BMW.

Odpaliła silnik i ruszyła w kierunku swojego domu. Nie chciała już dłużej kontynuować tej konwersacji. Pomyliła się. Rafał jest taki sam, jak każdy — pomyślała. Bardzo na nią działał. Niestety swoim zachowaniem przekreślił to, co tak trudno było odbudować w mniemaniu Kornelii. Gwałtownie przyśpieszyła, ponieważ była bardzo zmęczona i myślała tylko o swoim ciepłym i wygodnym łóżku.

Kiedy zajechała pod bramę wjazdową, była godzina 23:34. Wjechała samochodem do garażu, a następnie poszła w kierunku swojej sypialni. Zapaliła lampkę i przebrała się w piżamę.

Jutro znowu się będę z nim widzieć. — Boże i tak przez cały czas — niech to jasny szlag — zaklęła w duchu. Wiedziała bowiem, że takich głupich podtekstów będzie znacznie więcej. Kiedy je słyszała, od razu dostawała białej gorączki. Nie chciała sobie teraz nimi zaprzątać głowy. Po chwili weszła pod chłodną pościel i zgasiła światło. Nie minęła minuta, kiedy Kornelia zapadła w głęboki sen.

Rozdział VI

Gorzka kara

Kraków, dom Terlickich, ul. Srebrzysta 13

16.VI. 2020r. godzina: 1:09

W piwnicy było chłodno, kiedy Roksana została brutalnie wepchnięta do środka. Jasnofioletowe światło biło od jedynej lampki, która dyndała niczym wahadło zegara zapewniając sztuczną imitację dyskotekowej lampy błyskowej. Na środku stało tylko duże łóżko i fotel po przeciwległej stronie. Piwnica była w poszanowanym stanie, gdyż niedawno pomalowane ściany pozwoliły odświeżyć to miejsce. Dla Roksany szare pomieszczenie było na tyle straszne, że w swoim przerażeniu błagała Marcina, żeby zabrał ją z powrotem na górę.

— Proszę, wróćmy na górę i porozmawiajmy na spokojnie!

— Ale skarbie, przecież my już mamy wszystko wyjaśnione. Co Ty chcesz jeszcze ustalać? — odparł, sącząc musujący szampan.

— Jeśli tak, to wypuść mnie. Chcesz mieć kłopoty? Oboje wiemy, że media Cię stłamszą i zniszczą, jeśli się dowiedzą że mnie porwałeś, a Ty trafisz za kratki. — wymamrotała trzęsąc się z zimna.

— Przykro mi, ale stąd już nigdy nie wyjdziesz. A kłopoty? Mam ich całe mnóstwo, więc pieprzę to, czy jakoś to wpłynie na moje funkcjonowanie. Poza tym jestem czysty, kochanie. Moje rączki są nieskazitelne — wysyczał niemal w jej kierunku.

— Jak to mnie nie wypuścisz? Wkrótce zapłacisz mi za to! Dzięki Tobie, moja kariera poszła się jebać, wiesz? Jestem ciekawa co, Ty w ogóle zamierzasz teraz, hmm? — wyrzuciła.

— O nie, Misiaczku. To Ty mi zapłacisz za to, co zrobiłaś! Przez Ciebie, kurwa, spadłem na dno i mam zamiar pociągnąć Cię do tej pieprzonej czeluści. Mam gdzieś Twoje sukcesy tak, jak Ty miałaś mnie daleko, gdy się starałem i pragnąłem Cię zdobyć. Mogłaś wtedy powiedzieć spokojnie, ale nie, Ty wolałaś zachować się jak suka i przy wszystkich pragnęłaś mnie pogrążyć i zniszczyć reputację. Teraz to ja wykończę Ciebie, kochanie. Najpierw się z Tobą pobawię, potem Cię zgwałcę, a na samym końcu zabiję. — zarekomendował z pełną satysfakcją.

— Nieee, proszę nie. Nie rób mi krzywdy, zrobię, co zechcesz. Nie chciałam Cię tak potraktować, wybacz mi. Błagam, zlituj się.

— Ściągaj tą suknię — rozkazał.

— Marcin proszę, wynagrodzę Ci to, zapłacę. Ale wypuść mnie.

— Ściągaj to, co masz na sobie, albo sam to rozerwę — powiedział władczo.

Roksana wykonała polecenie Marcina i rozebrała się do naga. Rzuciła czerwoną, galową szatę na fotel i teraz stała przed nim w czarnej, koronkowej bieliźnie. Ciało miała piękne niczym Afrodyta. Ciemnobrązowe długie włosy sięgały po pas, a jej jędrne piersi skurczyły się z powodu chłodnego powietrza. Idealne rysy, wyrzeźbiony tyłek i opalenizna, która jeszcze od czasów szkoły podniecała chłopaków.

— Kładź się. — powiedział, wskazując palcem na łóżko.

Kiedy przestraszona dziewczyna położyła się na zimnej, lekko wilgotnej pościeli, pomyślała, że Marcin chce tylko się zabawić i wypuści ją wolno, ale po chwili zauważyła, że nic z tego. Rozłożyła szeroko nogi, a jej włosy rozłożyły się na poduszce niczym hebanowy dywan. Mężczyzna zdarł z niej majtki, mało ich nie rozrywając, po czym schylił się odrobinę i spod łóżka wyciągnął cztery pary kajdanek. Łóżko miało metalowe ramy, więc porywacz chwycił każdą z kończyn modelki i przytwierdził do wszystkich stron w taki sposób, żeby nie mogła w żaden sposób uwolnić się. Dziewczyna nie wzbraniała się, tylko posłusznie wykonywała polecenia, które kierował do niej oprawca.

— I co teraz? Spuścisz się na mnie? — zapytała.

Marcin nie odpowiadając, podszedł do niej i stanął nad jej głową. Prędko ściągnął dżinsowe spodenki i białe bokserki, po czym uklęknął na łóżku i przystawił jej do ust swojego naciągniętego penisa.

— Otwieraj buzię kotku. To dopiero początek naszej drogi po krainie fantazji. — wysapał mocno podniecony.

— Nie chce go. Śmierdzi jak zepsuta ryba. Daj mi spokój! — powiedziała, zaciskając mocno usta.

— Powiedziałem — otwieraj, tak? Masz być posłuszna, suko — krzyknął, uderzając ją w prawy policzek z całej siły.

Gdy niechętnie otworzyła szeroko usta, Marcin włożył jej do środka penisa i próbował wpychać jak najgłębiej. Roksana wiele razy się krztusiła, ale po wymierzonym uderzeniu słuchała się porywacza, ponieważ bała się, że jeszcze większa krzywda się jej stanie. Po niedługim czasie mężczyzna doszedł do orgazmu i całą spermę wlał głęboko w gardło modelki. Roksana, której w tym samym momencie zebrało się na wymioty, splunęła białym roztworem w lewą stronę, brudząc przy tym pościel i drewnianą podłogę.

Marcin pośpiesznie schował przyrodzenie i pocałował w usta niezadowoloną dziewczynę. Stanął koło fotela i z szyderczym uśmieszkiem powiedział:

— Będziesz mieć za niedługo towarzysza na łóżku. Twój Brajanek będzie leżał koło Ciebie już niebawem, złotko.

— Co? Jego w to też będziesz mieszał? Daj mu spokój, on przecież nic Ci nie zrobił! — odrzekła skonsternowana.

— Pozwól, że ja to ocenię, dobrze? Przygotuj się jeszcze dzisiaj na ostre dymanie, bo o czwartej nad ranem urządzam tutaj niezłą orgię. Cieszysz się? To taka niewielka kara za to, że zjebałaś mi życie. — odpowiedział, po czym dopił do końca rozpoczętego szampana.

— Jezu, nie. Dlaczego Ty mi to robisz? Proszę, Boże, niech ten koszmar się skończy — szeptała niczym recytując modlitwę.

— Oj kochanie, to dopiero początek naszej przygody. A teraz odpocznij sobie, za dwie godziny wracam. — pożegnał się i zamknął za sobą drzwi.

Roksana została sama. Sama ze swoimi lękami i obawami. Nie miała szans uciec. Pozostało jej tylko płakać i prosić Boga, by kajdanki same się zerwały, a ona została cudownie uwolniona. Było jej potwornie zimno, ponieważ leżała nago w chłodnym pomieszczeniu. W ustach ciągle miała słony smak spermy Marcina. Chciała, żeby to wszystko się skończyło, choć wiedziała, że za dwie godziny rozpocznie się erotyczny horror. Próbowała zamknąć oczy, ale z nich tylko płynęły gorzkie łzy rozgoryczenia.

Rozdział VII

Pierwszy trop

Kraków, Biuro detektywistyczne „Oko Horusa”, ul. Spokojna 81A

16.VI. 2020r. — godzina: 9:04


Kornelia obudziła się dopiero, gdy alarm w telefonie zadzwonił trzeci raz, zanim zebrała się i pojechała do pracy. Wcześniej zjadła jajecznicę z lubczykiem i popiła gorącą herbatą z cytryną. Lubiła te poranki, kiedy razem z Melisą jadły wspólnie, przyjacielskie śniadania. Co prawda, zawsze konsumowały co innego, ale dla Kornelii ważna była jej obecność, która dodawała jej otuchy podczas spędzania czasu w domu, czy na różnych wyjazdach.

Ubrała się w lapisowy pulower i ciasne czarne dżinsy, gdyż na dworze mocno wiało, a chmury nie zwiastowały słonecznej pogody. Popsikała się „Mon” od Guerlain’a i poszła w stronę garażu, żegnając się ze swoim psem. Lawenda i jaśmin otulały jej szyję niczym niewidzialna chusta. Kornelia uwielbiała perfumy. Codziennie używała innych, ponieważ ubóstwiała ich różnorodność. Miała ich całe mnóstwo, dlatego też pokój z kosmetykami uważała w domu za jeden z najważniejszych.

Kiedy wychodziła ze swojego samochodu, zaczynał padać lekki deszcz. Szybko podążyła w stronę biura, po czym weszła do środka. Była ostatnią brakującą osobą z ekipy, gdyż wszyscy już siedzieli na fotelach i słuchali tego, co mówił do nich prezes Wolski.

— Witaj Kornelio. W samą porę! Siadaj. Obgadujemy wczorajsze zajście na Poniatowskiego — przywitał ją Teodor.

Młoda detektyw zajęła miejsce i przyłączyła się do grona rozmówców.

— Tak, więc słuchajcie. Powiem jeszcze raz. W sprawie zgonu Wiktora Pamerskiego i Czesława Mikosia nie mamy żadnych śladów. Policja przeszukała ten samochód ponownie, ale niestety nic nie znalazła. Wiemy na pewno, że porwana Roksana Karpiel siedziała z tyłu, gdyż odnaleziono tam jej odciski palców. Powiadomiono też rodzinę zaginionej. Media szaleją, chcąc wiedzieć, co się stało z nowo wybraną Miss Polski, która dziś miała udzielać wywiadu w programie „Pytanie na śniadanie”. Telewizja huczy, a Internet pęka w szwach z powodu tajemniczego zniknięcia naszej modelki — powiedział szef.

— A odblokowano telefon menadżera? — zapytała Kornelia.

— Taa, Karina to szybko ogarnęła. Trafiliśmy na ekskluzywnego geja, ponieważ większość jego kontaktów miało charakter czysto homoseksualny. Jedyne, co udało nam się znaleźć dotyczącego sprawy to to, że Roksana Karpiel miała być na bankiecie w „RoyalTrone” w najbogatszej dzielnicy Krakowa, na który z wiadomych przyczyn nie dotarła — odpowiedział, Rafał wpatrując się wnikliwie w oczy młodej detektyw.

— Czyli co? Mamy coś, cokolwiek? — odbiła w stronę prezesa Wolskiego.

— Tylko tyle, że miała być na imprezie w tym luksusowym hotelu. Pytaliśmy rodzinę, czy może posiadała jakichkolwiek wrogów, ale powiedzieli, że nie miała żadnych problemów i nic nie wskazywało na to, że ktoś będzie chciał zrobić jej krzywdę. Przynajmniej oni tak twierdzą. Mi osobiście wydaje się, że ktoś czekał na okazję i w inteligentny sposób ją wykorzystał. Nie wiem, czy mam rację, w każdym razie tylko tyle mamy — wypowiedział się Teodor.

— To niewiele, ale zawsze coś. A w tamtej okolicy nie było żadnych kamer, które mogłyby cokolwiek zarejestrować? — zapytała Kornelia.

— Policja twierdzi, że nie znaleziono w tym miejscu monitoringu, ale możecie tam podjechać i sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest, jak mówią gliniarze. Nic nie zaszkodzi zaglądnąć ponownie. — powiedział szef, zerkając na zegarek.

— Dobra, to chodź, może pojedziemy teraz, co? — odezwał się Rafał, odwracając głowę w stronę Kornelii.

— A Pan prezes już definitywnie zakończył spotkanie, że tak się palisz do nowego zadania? — odburknęła dziewczyna.

— Ej, ej już spokojnie. Wyluzujcie. Tak, spotkanie uważam za zakończone. Musicie się dogadywać, w końcu teraz będziecie dużo czasu spędzać ze sobą — pouczył ich z troską Wolski.

— Dobrze w takim razie Panie prezesie, pojedziemy tam i zobaczymy czy faktycznie nie ma w okolicy żadnego obiektu monitorującego. Potem skontaktujemy się z Panem, dobrze? — spytała Kornelia Mac.

— Wspaniale! Tak więc do dzieła. — rzekł zadowolony Teodor.

Gdy opuszczali razem z Rafałem budynek biura, lało już na dobre. Biegiem ruszyli w kierunku pomarańczowego BMW M2 Kornelii, ponieważ chwilę wcześniej ustalili, że to jej samochodem właśnie pojadą. W środku nie rozmawiali ze sobą. Młoda detektyw nie była chętna do rozmowy z towarzyszem, po wczorajszej nieuprzejmej wymianie zdań.

Przez całą drogę deszcz nie dawał za wygraną. Wiatr kołysał drzewami, niczym rozbujaną huśtawką. Rafał kilka razy kątem oka spoglądał na Kornelię i ukradkiem uśmiechał się, odwracając głowę w stronę swojego okna. Podobał mu się jej zapach, był delikatny, a zarazem słodki. Idealnie pasował do jej osoby. Chciał jej to powiedzieć, ale zrezygnował. Było mu głupio z powodu jego własnego głupiego zachowania. Pragnął to jakoś odkręcić, ale na razie nie wiedział, w jaki sposób miałby wzbudzić zainteresowanie dziewczyny, która teraz prowadziła samochód.

Gdy byli już na miejscu, Kornelia zaciągnęła hamulec ręczny i trwała bez ruchu. Na dworze lało jak z cebra. Popatrzyła w kierunku Rafała i kiwnęła w stronę drzwi.

— Dobra, wiem o co Ci chodzi. Załatwię to. Bądź cierpliwa, postaram się zaraz wrócić. — powiedział szybko i wybiegł z BMW.

Po około dziesięciu minutach drzwi samochodu otworzyły się i wsiadł Rafał przemoczony od stóp do głów. Woda spływała mu z włosów, jak po solidnym prysznicu bez użycia ręcznika.

— Mam dobrą wiadomość, policja pomyliła się. Jest jedna kamera, która mogła nagrać to, co się tam wczoraj wydarzyło. Umówiłem się z kasjerką sklepu, że po osiemnastej podjadę po kasetkę. Ale teraz zawieź mnie do domu, bo muszę się przebrać — powiedział, szelmowsko uśmiechając się do towarzyszki.

— Jak chcesz, możemy pojechać do mnie. Wysuszysz się i napijesz czegoś ciepłego? Stąd już jest blisko do mojego domu. Więc jak? — zaproponowała Kornelia.

— Skoro wychodzisz z propozycją, to chętnie skorzystam — odrzekł z podekscytowaniem Rafał.

— Napisz tylko do szefa, żeby wiedział, co się dzieje na bieżąco, okej?

— Już do niego dzwonię. Na pewno się ucieszy z pierwszego tropu, który może w końcu przyniesie nam jakiś konkret — odpowiedział mężczyzna, wystukując numer do Teodora Wolskiego.

Rozdział VIII

Męczarnia

Kraków, dom Terlickich, ul. Srebrzysta 13

16.VI. 2020r. godzina: 4:45

Łóżko trzęsło się niczym skaczący budzik. Przed godziną czwartą nad ranem do piwnicy wparowało czterech nabitych mężczyzn wraz z uradowanym Marcinem, który wszystkich najwyraźniej poczęstował zimnym browarem, ponieważ do pomieszczenia każdy wszedł z otworzoną puszką. W szarej izolatce nadal było zimno, ale nikt tym się zbytnio nie przejmował. Cel był inny. Orgia. Nie patrzono na skutą dziewczynę jako na szanowaną osobę, lecz dla zgromadzonych stała się przedmiotem do zaspokojenia i odprężenia.

Roksana piszczała i wykręcała się na boki, ponieważ nie chciała, aby doszło do tego, na co niestety nie miała żadnego wpływu. Jej pisk był daremny, wiedziała że to wcale nie spowoduje, że ktoś przyjdzie jej z pomocą. Dostała gęsiej skórki, kiedy każdy z napaleńców zaczynał pozbywać się ubrania z dolnej części ciała.

Marcin napluł na swoją wolną rękę i nasączył waginę śliną. W miejscach, gdzie została przykuta, pojawiły się fioletowe sińce, które powstały na skutek ciągłych otarć podczas próby wyswobodzenia się z sideł zaciśniętych, metalowych węzłów.

— Dobra chłopaki, więc do dzieła. Jak się dzielimy? — zapytał zachwycony właściciel, odkładając puszkę z piwem obok fotela.

— Proponuję spontan. Co chłopaki, jesteście za? — odezwał się Kraken.

Wszyscy z aprobatą zaczęli kiwać głowami. Roksana dopiero teraz zauważyła, że ostatnie słowa wypowiedział ten sam mężczyzna, który zastrzelił kierowcę i jej menadżera. Wtedy, gdy wiózł ją do Marcina, nie wiedziała, jak wygląda, ponieważ miał na głowie założoną czarną kominiarkę. Poznała go po głosie i tatuażu na prawej ręce, który przedstawiał heksagram. Tamtej nocy zauważyła go podczas kierowania samochodem, gdy ona siedziała z tyłu cała zapłakana.

Tymczasem oczy Roksany były spuchnięte i ciągle wpatrywały się w ścianę, gdyż nie chciały widzieć tego, co zgraja niewyżytych mężczyzn robiła w tym momencie z jej roznegliżowanym ciałem. Czuła się jak rozrywane zwierzę, które ugrzęzło w zaroślach i nie może uciec od rozochoconych wrogów. Milczała jak pokorna służebnica. Od czasu do czasu stękała z rozkoszy lub wyła z bólu. Jej emocje były teraz tak zmienne jak sygnalizacja świetlna. Koszmar trwał, a czas wydłużał się nieubłaganie.

Marcin wraz ze swoimi kumplem, zamiennie penetrowali pochwę i odbyt modelki. Natomiast dwóch następnych władowywało w usta Roksany swoje penisy, które ledwo mieściły się w niewielkim otworze. Piąty mężczyzna siedział na brzuchu uwięzionej i bił ją po piersiach, podczas, gdy sam zaspokajał się podczas tej czynności. Roksana czuła jak jej intymne miejsca rozrywają się, co powodowało piekielny ból. Męki trwały pełną godzinę zegarową. Napaleńcy zmieniali się pozycjami jak w pieprzonej grze, gdzie każdy musi spróbować wcielić się w nową postać. Ból był nie do wytrzymania, ale wyuzdani seksoholicy nie chcieli zbyt szybko kończyć zabawy. Taka okazja mogła się długo nie powtórzyć. Tym bardziej, że mieli do czynienia z cudownym ciałem, które właśnie teraz było brutalnie bezczeszczone. Nie czuła ust. Penetracja dwoma członkami sprawiła, że gardło i podniebienie było mocno podrażnione. W oczach miała pełno łez, które same z siebie płynęły niczym krople z cudownego źródełka. Zadowolone twarze zwyrodnialców wyrażały euforię, kiedy biały płyn tryskał z ich pobudzonych narządów.

Horror Roksany dobiegał końca. Nie miała już siły się wyrywać. Wszystko tak cholernie bolało, że trudno jej było zamknąć oczy, a co dopiero próbować uwolnić się z tego przeklętego miejsca. Ciało miała poturbowane i całe zaczerwienione. Czuła się jak nic niewarta szmata, z którą można robić to, co się żywnie podoba. Lepiła się od białej mazi, która była obecna na prawie całym jej ciele. Teraz życie straciło sens. Nie było już przyszłości. Czekała ją tylko męka, a potem żałosna śmierć. Nie spodziewała się, że taka kara spotka ją za niekontrolowane emocje, które wyrzuciła w stronę Marcina jeszcze za szkolnych czasów. Teraz to już nie miało znaczenia. Chciała zasnąć i już więcej się nie obudzić. Takie było jej pragnienie.

Kiedy grupa zaspokojonych mężczyzn zaczynała się ubierać, dało się słyszeć lubieżne żarty, które płynęły z ich ust niczym niekontrolowany wybuch emocji. Porzucona jak zabawka, ciągle leżała w tej samej pozycji niczym wykorzystany przedmiot.

— No maleńka, takich wrażeń to nie doznaje się codziennie. Byłaś cudowna. Teraz poproś dobrych bogów, żeby wytarli Twoje ciało z magicznego eliksiru, którego masz aż nadto — zarechotał jeden, dopijając resztkę piwa Tyskie.

— Marcin, jak Ty zorganizujesz bzykanie, to aż warto skorzystać. Wow, stary, niezła z Niej szprycha! — pochwalił następny.

— No widzicie chłopcy, to była właśnie nagroda za wasze dodatkowe zaangażowanie na cele naszego gangu. Każdy zadowolony, więc spadamy stąd. Niech nasza Miss odpocznie sobie, bo jutro przywieziemy jej towarzysza. Ukochanego z młodzieńczych lat. Pomachajcie ładnie do suczki i zmywamy się. — rzekł zachęcająco Terlicki.

Cała banda opuściła piwnicę, a fioletowe światło zgasło niczym ugaszone pragnienie. Roksana została sama, splugawiona i cała ubrudzona męską spermą. Chciała zasnąć, ale w tym momencie było to niemożliwe. Każda cząstka jej ciała drżała i puszczała bolesny sygnał do mózgu. Głowa jej pękała, a w ustach wciąż czuła obrzydliwy dyskomfort. W pomieszczeniu panowała zupełna cisza. Ściany jeszcze nie poczuły wystarczającego krzyku i bólu, który by wzniósł się ponad tą czeluść i wezwał anielski orszak na ratunek Roksanie. W tej piwnicy Bóg nigdy nie mieszkał, a wydawane odgłosy nie wychodziły z obrębu czterech szarych ścian, w których cierpiała młoda, uwięziona Miss. Cierpienie uśpiło modelkę, kiedy to z jej zgwałconego ciała zaczęła sączyć się krew.

Rozdział IX

Wyjaśniona kwestia

Obrzeża Krakowa, chatka w sosnowym lesie, ul. Gombrowicza 16B

16.VI.2020r. godzina: 12:57


Rafał wyszedł z łazienki wysuszony, gdzie doprowadził się do porządku, po krótkiej akcji, w której deszcz przemoczył go do suchej nitki. Kiedy jako pasażer siedział w wozie Kornelii, nie mógł uwierzyć, że taką młodą dziewczynę stać na samochód tak wysokiej klasy. On, w przeciwieństwie do Niej, jeździł dziesięcioletnim Oplem Astrą i na obecny moment, nie było go stać na takie luksusy, za tak kolosalne pieniądze.

Gdy zamykał drzwi od toalety, podziwiał w duchu wystrój mieszkania, który przypominał mu małe królestwo. Księżniczką była w jego głowie Kornelia, która teraz parzyła wodę na herbatę, a w międzyczasie grzebała w kuchennych szufladach, szukając czegoś słodkiego, by poczęstować swojego gościa. Krzątająca się po kuchni dziewczyna bardzo mu się podobała.

Był zaskoczony zaproszeniem, które zaproponowała mu jeszcze godzinę temu. Rafał wiedział, że przesadził na pierwszej akcji i nie wiedział, jak to zbytnio wyjaśnić. Zauroczony wdziękiem i bogactwem, w jakim żyła jego współpracowniczka, nie mógł przestać podziwiać piękna jej mieszkania. Obudził się z transu, kiedy poczuł, że Melisa uderza w jego nogę swoim puszystym ogonem.

— No co tam psiaku. Tylko mnie nie ugryź. Mam nadzieję, że nie widzisz we mnie wroga — powiedział głaskając ją po grzbiecie.

— Ta przestań… Meliska to najcudowniejszy pies jaki jest na świecie. Poza tym to moja psiapsiółka. We wszystkim się rozumiemy — zbeształa go delikatnie Kornelia, pokazując ręką, żeby wszedł do salonu.

Pokój gościnny był pomalowany na kolor malinowy. Skórzane sofy o barwie toffi stały naprzeciwko ogromnego telewizora marki Sony. W pomieszczeniu było dużo światła, a dekoracyjny kominek dodawał uroku podczas zimowych wieczorów.

— Słuchaj, prezes dał nam dzisiaj wolne. Napisał, żebym zgarnął tą kasetę i ją obejrzał. Ale tym akurat zajmę się na spokojnie w domu u siebie. Tak więc wypiję herbatkę i odwieziesz mnie do biura, okej? — zakomunikował detektyw.

— O popatrz, a to niespodzianka! Spokojnie nie musisz się znowu, aż tak śpieszyć. Odwiozę Cię, nic się nie bój! — odpowiedziała śmiechem Kornelia.

— Bać się, nie boję. Haha, ale wiesz zaskoczyłaś mnie tym zaproszeniem, serio. Po naszej ostatniej, ciętej rozmowie, nie byłem przygotowany na taki obrót sprawy. Przepraszam raz jeszcze za swoje bezczelne zachowanie. Naprawdę nie chciałem, żebyś odebrała to w taki sposób. Jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, a ja reaguje czasami jak palant, więc wybacz, jeśli sprawiłem Ci przykrość. Przynajmniej już wiesz, że mi się podobasz. A poza tym będziemy pracować razem, co też dodatkowo mnie uszczęśliwia — wypowiedział się Rafał.

— Pomyślałam sobie, że skoro mamy współpracować, to nie można na wstępie od razu wszystkiego przekreślić. Nie mam zamiaru robić sobie wrogów, ani kłócić się z błahych powodów w pracy. Chociaż ten tekst był słaby i tyle. Nic tego nie zmienia. Reaguje w taki sposób, ponieważ już przejechałam się na kilku pieprzonych dupkach, którzy myślą tylko o bzykaniu w samochodzie, a nie o normalnym funkcjonowaniu. Przeprosiny przyjmuję, ale proszę, nie rób tego więcej. Natomiast w kwestii komplementów to odbieram je w sposób neutralny, więc nie musisz mi ich tyle dostarczać, bo póki co próbujesz się tutaj podlizywać — wyraziła swoje zdanie, popijając gorącą herbatę.

— Ej, wcale się nie próbuje przypodobać. Jestem szczery i mówię co czuje i co widzę — odciął się towarzysz.

— Dobra, dobra. Ja tam znam te wasze wywody, ale zmieńmy temat. W sumie mów mi Korni, albo jakoś podobnie, okej? Lubię swoje imię, ale skoro mamy razem pracować, to możemy chyba stworzyć sobie jakieś pseudonimy. Co sądzisz? — zapytała dziewczyna.

— Na mnie przyjaciele mówią Kalin i jestem jak najbardziej za tą propozycją — uśmiechnął się, częstując się ciastkiem ze stolika.

— W porządku, czyli jesteśmy pojednani i zapoznani — zaśmiała się — Na dworze chyba się lekko przejaśnia, może jeszcze wyjdzie słońce — powiedziała, zerkając w okno.

— Już wystarczy tego deszczu, hahah. Ale powiem Ci, że masz tu niesamowity klimat i strasznie mi się to wszystko podoba. Piękne miejsce, cudowna okolica, żyć — nie umierać — skomentował Rafał.

— Tak to prawda, bardzo dobrze się tutaj czuję. Moja złotowłosa dotrzymuje mi towarzystwa, a sosnowe lasy dookoła sprawiają, że życie biegnie tutaj powoli i spokojnie. Kocham to miejsce i cieszę się, że właśnie tutaj mieszkam — rzekła z radością w głosie.

— Miło tu i sympatycznie, ale będę się musiał zbierać. Dziękuje za możliwość wysuszenia ubrania, poczęstunek i Twoją gościnność. Widzisz, jestem od Ciebie zależny, bo samochód mam pod biurem. Musisz poświęcić mi kolejne piętnaście minut — podziękował mężczyzna, wstając ze skórzanej sofy.

— Nie ma problemu. Zawsze jesteś tutaj mile widziany. Widzisz dobrze się nawet składa z tym podwiezieniem, bo wstąpię przy okazji na chwilę do rodziców. Pożegnaj się z Melisą, ja już idę po kluczyki — rzekła właścicielka.

Kiedy gość wychodził z chatki, Kornelia zauważyła, jak przystojny w rzeczywistości był Rafał. Jego ciało tak wspaniale się prezentowało, że aż przez pewien moment jej wzrok zawiesił się niczym stary komputer. Podczas drogi dobrze im się rozmawiało. Początkowy konflikt został zażegnany, a relacja pomiędzy nimi dopiero zaczynała kształtować się we właściwy sposób.

Gdy mężczyzna wysiadł przed biurem, Kornelia ruszyła w stronę mieszkania rodziców. Chciała ich odwiedzić z racji wolnego popołudnia. Była zadowolona z dzisiejszej rozmowy z Kalinem. To również spowodowało, że jeszcze szerszy uśmiech zawitał na jej twarzy. Kiedy wysiadała z BMW, wyszło upragnione słońce, a rodzice siedzieli przed domem, jakby czekali na przyjazd córki.

Rozdział X

Niespodziewani goście

Kraków, mieszkanie Brajana, ul. Traugutta 10

16. VI. 2020r. — godzina:14:14

— Kochanie, jak myślisz Sardynia czy Malta? — zapytał mąż, przeglądając na tablecie oferty last minute.

— Misiu, przecież wiesz, że obojętne mi to, gdzie pojedziemy. Bylebyśmy byli razem i dobrze odpoczęli. Mi tego bardzo potrzeba. Wybierz, co uważasz za stosowne — odpowiedziała z pewnością blondyna.

— Dobrze, więc niech będzie Sardynia. Klik i gotowe. Jutro o trzynastej mamy samolot. Dzisiaj wszystko trzeba spakować. Tylko nie bierz Bóg wie czego, bo tam są limity, żebyśmy nie musieli wracać do domu odwozić niepotrzebne rzeczy — sprostował Brajan.

Brajan Krajewski był bogatym mężczyzną, a za szkolnych czasów wyróżniał się spośród innych uczniów tym, że zawsze było go na wszystko stać. Rodzice zawsze obdarzali go drogocennymi zabawkami, aby żyło mu się wygodniej i niczego mu nie brakowało. Tak było do tej pory, kiedy to pracował w rodzinnej korporacji turystycznej. Nie dość, że pieniędzy miał pod dostatkiem, to dużym luksusem były dla niego także podróże, które kosztowały go przysłowiowe grosze. Urządzał sobie długie i częste wyjazdy, ponieważ rodzice przymykali oko i chcieli, żeby ich syn dobrze przeżył swoje najważniejsze lata w życiu.

Urlop na wyspie miał trwać dziesięć dni, a jego towarzyszką była Żaneta Grabicka, córka zamożnego biznesmena, który miał dobre układy z ojcem Brajana. Synowi spodobała się młoda blondynka, gdyż wyróżniała się dobrym wychowaniem i niesamowitą urodą. W szkole licealnej chłopak zadawał się z Roksaną Karpiel, lecz ich związek nie przetrwał długo. Zadziorne charakterki nie pozwoliły im dobrze się ze sobą dogadywać. Dlatego, po miesiącu czasu para musiała się rozejść. Brajan nawet nie myślał o swojej szkolnej miłości. Bardziej interesowało go chciwe gromadzenie pieniędzy i dobra zabawa, a Żanecie to bardzo odpowiadało.

Kiedy wyłączył tablet i wstał od stołu, podszedł do kuchni i napił się lemoniady, która stała przygotowana w szklanym dzbanie. Następnie ruszył krętymi schodami na górę, by pomóc dziewczynie spakować się na dziesięciodniowy urlop.

Gdy był w połowie drogi usłyszał dzwonek do drzwi. Ktoś chaotycznie i napastliwie wciskał przycisk, tylko po to, że nie chciało mu się zbytnio długo na siebie czekać.

— Już kurwa, co pali się? — darł się, biegnąc schodami w dół, by uspokoić natrętnego gościa.

Od razu z zamachem chwycił za klamkę i nie zdążył nawet wypowiedzieć jednego słowa, kiedy został z całej siły kopnięty w klatkę piersiową. Uderzył mocno głową o drewnianą podłogę i przez moment stracił panowanie nad swoim ciałem. Czterech mężczyzn weszło do mieszkania z taką swobodą, jakby właściciel zaprosił swoich kumpli na rozgrywki meczu przy piwie.

— No siema brachu! Kupę lat, co? Nie spodziewałeś się, że jeszcze się spotkamy hm? Nie udawaj kurwa, że Cię to strasznie bolało. To taka przystawka na razie, chyba że będziesz niegrzeczny to dostaniesz drugą, o wiele gorszą od tej — powiedział pogardliwie Marcin.

— Czego chcesz? Niczego nie jestem Ci dłużny! Po co przyszedłeś? — zapytał ranny, który teraz pluł krwią na podłogę.

— No widzisz kochany, nie do końca się z Tobą zgodzę. Przez Ciebie i pewną dziewczynę rozjebało mi się życie. Niestety, masz w tym swój udział. Pójdziesz z nami, dobrze? Koledzy pomogą Ci wstać — zarekomendował znajomy.

Żaneta usłyszawszy łomot, szybko zbiegła na dół, by zobaczyć, co się wydarzyło. Kiedy jej oczy ujrzały czterech napakowanych mężczyzn, zaczęła piszczeć i próbowała uciec z powrotem na poddasze mieszkania. Na jej nieszczęście najbliżej stojący bandzior chwycił ją za rękę i z okrutną siłą przyciągnął do siebie. Drugi rabuś przyłożył czarną spluwę do skroni dziewczyny, kiedy ta próbowała się uwolnić. Przypominała teraz sparaliżowaną zdobycz, która niczym w sieci ulepionej przez pająka czeka na swój, monotonnie zbliżający się koniec.

— A co to za ślicznotka, co? Widzisz nie dobrze, że jest ona świadkiem naszej rozmowy. My nie lubimy, gdy ktoś słyszy to, czego nie powinien słyszeć. Dlatego Ty pojedziesz z nami, a chłopcy zajmą się Twoją dupeczką, zgoda? — zaproponował sarkastycznie Terlicki.

— Kurwa, dajcie nam spokój! Co ja zrobiłem niby, że teraz muszę z Tobą jechać, co? Jutro wyjeżdżamy, a teraz jakieś wyprawy sobie wymyśliłeś? Odpierdolcie się, ale to już, migiem — zaczął wydzierać się Brajan, wyraźnie skonsternowany.

— Ooo, nie ładnie się zachowujesz mój drogi. Coś mi się wydaje, że będziesz musiał sporo razy przepraszać, zanim zrozumiesz to, co sobie teraz sam na własne życzenie uczyniłeś. Chłopaki bierzcie go i do wozu. Tylko po cichaczu. A jeśli podczas drogi do auta odezwiesz się jednym słowem, to osobiście Ci odetnę jaja, rozumiesz? — wysyczał Marcin, plując w twarz leżącego mężczyzny.

— A i jeszcze jedno Magger zastrzel ją i ukryj w taki sposób, żeby nikt nie znalazł jej ciała. Nie możemy mieć żadnych świadków. Spisz się, nie za to Ci płacę — rozkazał.

— Nieee, proszę, nieeee. Nie róbcie mi krzywdy, nikomu nie pisnę ani słowa! Przysięgam! — krzyczała dziewczyna.

Głos Żanety zamilkł po kilku sekundach, kiedy wyznaczony przez Terlickiego mężczyzna strzelił jej kulkę w głowę. Czerwona plama na jasnych blond włosach, rozszerzała się niczym chmara czerwonych mrówek wychodzących z mrowiska. Brajan nie mógł uwierzyć, w to co stało się jeszcze przed momentem. Strzał był tak cichy, że na pewno nikt w okolicy go nie usłyszał. Napastnicy byli dobrze przygotowani, a pistolet miał założony tłumik, dlatego dźwięk wystrzelonego pocisku był taki przygaszony.

— Co wyście do chuja najlepszego zrobili?! Pojebało was? Pójdziecie siedzieć skurwysyny, za to że zabiliście zabili niewinną osobę. Ja też jestem niewinny. Wypuśćcie mnie, do jasnej cholery!!! — krzyczał zdenerwowany Brajan, próbując wymachiwać rękami.

— Zamknij mordę! Pójdziesz z nami i będziesz grzeczny jak Pan pies. Nawet nie próbuj robić sztucznych numerów, bo nie dotrwasz do następnego dnia! Magger schowaj ją za parkietem i zaklej porządnie podłogę. Następnie tak ustaw fotele, żeby nikt nie zorientował się, co tutaj się wydarzyło. Po prostu zostaw porządek, jasne? Dobra, wynosimy się stąd! Biegiem, kurwa! — zasalutował Terlicki.

Przemycony mężczyzna zachowywał się tak, jak go pouczono. Nie mógł uwierzyć, w to co widział przed chwilą na własne oczy. Jeszcze kwadrans temu myślał o słonecznej Sardynii i wspaniałym urlopie z dziewczyną, a teraz bał się o swoje życie. Żaneta na to nie zasłużyła — myślał w duchu. Teraz już nie żyła i wiedział, że jego droga potoczy się podobnie. Nie znał Terlickiego z takiej strony. Mało obchodziło go to, co stało się z nim, kiedy porzucił szkołę. Czerpał satysfakcję, kiedy widział, jak stara się o względy Roksany, a ta olewała go przy każdej nadarzającej się okazji.

Dwaj silni pakerzy wrzucili Krajewskiego na tył dużego Audi Q5. Następnie usiedli tak, aby porwany nie próbował uciec. Marcin zajął miejsce z przodu, a Kraken natychmiast odpalił samochód i ruszył z impetem w lewą stronę wyjeżdżając z bramki.

— Myślisz szefie, że zdąży to wszystko tam ogarnąć na czas? — zapytał kierowca.

— Sądzę, że poradzi sobie. Mieszkają z dala od sąsiadów, nikt w ciągu najbliższych kilku godzin nie powinien tam się przypałętać — odpowiedział poważnie Terlicki.

— W sumie zwinny jest. Nie raz już to udowadniał. Także bądźmy dobrej myśli. — odezwał się jeden z tyłu.

Brajanowi Krajewskiemu świat legł w gruzach, zupełnie jak kilkanaście lat temu Marcinowi. Czekała go teraz wielka niewiadoma. Nie wiedział dokąd go wiozą, co z nim zrobią i jaki jest cel tego wszystkiego. By pewien tylko jednego; szczęście zniknęło, a zastąpiła go szara mgła, która zwiastowała same problemy. Dopiero teraz zrozumiał, że jego potencjalny wróg jest bardzo niebezpieczny, a przede wszystkim nieobliczalny. Szyderczy uśmiech pojawił się na twarzy Marcina, kiedy spojrzał w oczy pasażera, który siedział na środku tylnego siedzenia. Ten wzrok mówił, a jego orędzie było niczym szaleństwo obłąkanego wariata.

Rozdział XI

Zapisane blachy

Kraków, mieszkanie Kalina, ul. Witosa 32/7

16. VI. 2020r. — godzina: 19:37

Kalinowski odebrał kasetę od kasjerki o godzinie osiemnastej, tak, jak wcześniej wspólnie ustalili. W międzyczasie wstąpił do supermarketu, bo w lodówce miał tak pusto, jak za komuny. Zawsze miał tak, że gdy skupiał się na czymś konkretnym, musiał w tym samym czasie coś jeść. Codziennie ćwiczył, więc nie było to dla niego wielką ujmą.

Gdy zrobił zakupy, wsiadł do swojego Opla i ruszył w stronę swojego mieszkania. Cały czas myślał o Kornelii. Znali się od niespełna dwóch dni, a on już nie mógł odpędzić się od myśli, które cały czas przypominały mu o Niej.

Rafał mieszkał w niewielkim mieszkaniu, które dostał w spadku od rodziców. Nie miał zbyt wiele pieniędzy, ponieważ pochodził z biednej rodziny, a jedyne, co mógł odziedziczyć to kawałek własnego kąta lub stary dom, który nadawał się jedynie do generalnego remontu. Tutaj było mu dobrze i na razie nie zamierzał wiele zmieniać. Było mu trochę wstyd z tego powodu, że nawet jego współpracowniczka ma dużo lepsze warunki od niego. Nic nie mógł na to poradzić. Zawsze powtarzał, że nie każdy jest w czepku urodzony, a dobrobyt nie jest dla wszystkich pisany.

Kiedy wszedł do mieszkania, czuć było jeszcze przypaloną patelnię, na której próbował przygotować sobie śniadanie. Z racji tego, że zawsze starał się być punktualny, nie wyrabiał się ze wszystkimi sprawami, którymi musiał na co dzień się zajmować. Rzucił torbę z zakupami i plecak na fotel w małym salonie i postanowił szybko się przebrać w domowe ubrania. W tym samym czasie zamówił pizzę, ponieważ był strasznie głodny, a u Kornelii zjadł tylko kilka ciastek. Wyciągnął z siatki dwa duże Red Bulle oraz półtoralitrową butelkę Coca Coli, co świadczyło o tym, że dzisiejsza noc będzie nieprzespana.

Gdy przebrał się w zieloną koszulkę i czarne dresy, otworzył jednego energetyka i usiadł włączając telewizor. Wypił haustem pół puszki napoju i wyciągnął kasetkę z plecaka, po czym włączył odtwarzacz video. Czekając na zamówioną pizzę, wyłożył się wygodnie w swoim fotelu i czekał aż kaseta odtworzy się, a on będzie mógł bacznie się przyglądać i jeśli to możliwe, znajdzie potrzebne ślady odnośnie ostatniej, hucznej sprawy.

Salon był małym pomieszczeniem, w którym znajdował się pomarańczowy, skórzany fotel, a obok niego niewielka sofa dla gości. Naprzeciwko wisiał spory telewizor, pod którym stał szeroki kredens wyposażony w kino domowe i różne odtwarzacze video. Głośniki stały we wszystkich kątach pokoju, a okno zasłonięte nowoczesną żaluzją koloru oranżu metylowego znajdowało się naprzeciwko drzwi. Pokój gościnny był pomalowany na pomarańczowo, a światło wyłaniało się spod metalowych sopli, które tworzyły barierę względem żarówki, która promieniowała swoim złocistym blaskiem.

Kalin wyciągnął z reklamówki ozdobionej w zieloną żabkę, chipsy i dip, po czym otworzył ich zawartość i zapatrzył się w telewizor, który emitował nagranie z monitoringu. Przesunął do momentu w którym mniej więcej doszło do porwania oraz podwójnego zabójstwa i popijając Red Bulla, oglądał spokojną ulicę, na której na razie nic ciekawego nie zauważył.

Gdy w pewnym momencie chwycił za telefon, by sprawdzić czy ktoś nie próbował się do niego dodzwonić, zauważył na ekranie pewne poruszenie. Czarny Bentley w ułamku sekundy został otoczony przez biały wóz od przodu, a także czarny SUV z tyłu. Rafał był teraz tak zainteresowany przebiegiem sytuacji, że czuł się jak na dobrym filmie, w którym zaraz wydarzy się coś strasznego. Nie udało mu się rozpoznać mordercy, ponieważ barczysty mężczyzna miał kominiarkę, a drugi czarny samochód stanął w takim miejscu, że nagranie nie wychwyciło jakichkolwiek dowodów, które pomogłyby w rozwikłaniu sprawy.

W tym samym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Rafał domyślił się, że to pewnie dostawca pizzy, więc podszedł szybko z portfelem i zapłacił za zamówione jedzenie. Położył tekturowe pudełko z logiem Dominium na szklanym stoliku i włączył powtórnie nagranie. Zapach salami i suszonych pomidorów nie dawał za wygraną, więc Rafał od razu przystąpił do konsumpcji. Był tak głodny, że nawet nie zauważył, kiedy w pudełku został ostatni kawałek.

Kiedy skończył oglądać nagranie z monitoringu, postanowił zadzwonić do szefa i powiedzieć mu, co udało się wychwycić. Kalin był zdziwiony, że podczas akcji na ulicy Poniatowskiego nie było żadnych świadków, jakby wszystkie jeżdżące samochody i piesi zapadli się pod ziemię. Teodor odebrał po dwóch sygnałach.

— Witaj szefie. Obejrzałem to nagranie i mamy jeden trop.

— Cześć Rafał. A mianowicie co tam wyhaczyłeś? — zapytał.

— Morderca to najprawdopodobniej właściciel białego Audi Q5. Zapisałem numer rejestracyjny samochodu, może uda się nam go namierzyć — odpowiedział detektyw.

— To znakomicie. Wyślij to Karinie, ona się tym zajmie, okej? — zarządził Wolski.

— Nie ma sprawy. Zaraz jej wyśle smsa. W takim razie to wszystko, jeśli szef chce, to kasetę przywiozę jutro do biura — zagaił Rafał.

— Nie musisz jej przywozić. Na razie zajmiemy się namierzeniem tego typa, co zabił tych dwóch mężczyzn i porwał Miss. Jutro się widzimy i wtedy ustalimy plan naszego działania, ale jak na razie to dobrze się spisałeś. Na dziś już daj sobie spokój. Życzę Ci dobrego wieczoru i spokojnej nocy! Trzymaj się! — powiedział Teodor.

— W porządku szefie. Widzimy się jutro, do zobaczenia! — zakończył rozmowę Kalinowski.

Rafał skończył jeść ostatni kawałek pizzy, po czym wyrzucił tekturowe pudełko do kosza w kuchni. Następnie wyciągnął kasetę z odtwarzacza i wrzucił ją z powrotem do granatowego plecaka. Posprzątał względnie i postanowił napić się drinka. Otworzył colę i nalał sobie do szklanki miodowego Jacka Danielsa. Zmieszał z czarnym roztworem i skosztował, a następnie położył się na fotelu. Dopiero teraz poczuł się wyraźnie samotny, nie miał do kogo się nawet odezwać. Znowu zaczął myśleć o swojej koleżance, u której dzisiaj był na poczęstunku. Bardzo mu się podobała i za wszelką cenę chciał spędzać z nią więcej czasu. Długo się nie zastanawiając napisał do Niej smsa odnośnie obejrzanego nagrania. Odpisała mu po kilku sekundach. Kiedy otrzymał wiadomość, zabiło mu mocniej serce. Wiedział, że zrobi wszystko, by ją zdobyć.

Podszedł do okna z drinkiem i zapatrzył się w nieopodal stojący wieżowiec. Pochmurny wieczór zwiastował deszczową noc. Było chłodno, a miodowa whisky rozgrzewała wnętrze Rafała niczym termoaktywny koc. Teraz w jego oczach pojawiły się łzy, nie miał nikogo oprócz brata, który był za granicą. Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a jego już od dawna nikt nie przytulił. Czuł się opuszczony i potrzebował wsparcia i dobrego słowa.

Dopił resztki drinka i poszedł do sypialni. Pogasił wszystkie światła i jeszcze jakiś czas popisał z Kornelią. Miał w duchu nadzieję, że to właśnie ona pomoże mu w tych trudnych chwilach, ale na to było jeszcze zbyt wcześnie. Wysłał Jej emotikon z buziaczkiem na pożegnanie i odłożył telefon na parapet okna. Telefon zabrzęczał zaraz po chwili, a Rafał chciał zobaczyć czy dziewczyna odwzajemni jego romantyczne podloty. Miał szczęście. Sms wyrażał zupełnie to samo. Poczuł się szczęśliwy i doceniony przez moment. Położył się na łóżku i jeszcze raz o Niej pomyślał. Zamknął oczy i z uśmiechem na twarzy zasnął. Był spragniony miłości, która nie mogła go znaleźć.

Rozdział XII

Przytwierdzeni na zawsze

Kraków, dom Terlickich, ul. Srebrzysta 13

16.VI. 2020r. godzina: 17:06

Wycieczka Brajana zakończyła się pomyślnie, bez żadnych głupich numerów i konfliktów. Posłuszny swoim porywaczom, wyszedł z samochodu, a następnie prowadzony przez dwóch największych kolesi, przyglądał się miejscu i okolicy, do której go przywieziono. Okolica była bogata w domy, ale jakby opuszczone. Nic wokół się nie działo. Była taka cisza, jakby wszyscy zginęli. Mieszkanie, przed którym stali, też nie było pierwszej młodości. Ogrodzenie było stare, a farba była tak srebrzystoszara, że odbijała się pod wpływem promieni zachodzącego słońca.

By uniknąć jakiegokolwiek zainteresowania ze strony sąsiadów lub innych nieproszonych przechodniów, prędko wprowadzono Go do ceglanego domu z numerem trzynaście. W holu, gdzie było dosyć ciemno, obaj mężczyźni puścili Brajana i machnięciem ręki pożegnali się ze swoim szefem pokazując w ten sposób, że wykonali powierzoną im misję.

— Dzięki chłopaki! Pamiętacie ostatnią imprezkę z moją dziewczyną z piwnicy? Jutro urządzam ostatnią bibę, także jesteście mile widziani. Co do amfetaminy, to jutro u mnie w garażu będzie przygotowane pięćdziesiąt kilo. Kraken zostanie ze mną i jutro rano weźmie towar i rozprowadzicie, gdzie trzeba. Rozliczenie jak zawsze, także na ten moment jesteście wolni. Salut! — zaoferował Terlicki, wyrażając wdzięczność swoim pracownikom.

— Dobrze szefie! To my się zmywamy! Do jutra! — pożegnali się i odeszli w stronę samochodu, po czym odjechali w nieznane.

Marcin wraz ze swoim najlepszym współpracownikiem zabrali Brajana w głąb ciemnych podziemi tegoż mieszkania. Porwany czuł się otępiały, ponieważ nie dość, że załamał się śmiercią swojej dziewczyny, to jeszcze bał się o swój żywot. Nie był przygotowany na taki obrót sprawy, dlatego że zawsze wszystko mu się udawało i nigdy nie był w kryzysowej sytuacji. Teraz właśnie taka nadeszła.

W pomieszczeniu było ciemno i chłodno. Po niedługiej chwili zapaliło się fioletowe, migające światło, które ukazało rzeczywistość szarego pokoju. Krajewski zauważył umęczoną i posiniaczoną młodą dziewczynę, która leżała na sporym łóżku. Od razu rozpoznał twarz udręczonej i aż z przerażenia zatkał sobie usta swoją lewą ręką.

— Co wyście jej debile zrobili? Przecież ona za niedługo odleci! Wy w ogóle ją karmicie? Jasny szlag! — zaryczał porwany.

— Ciebie to raczej powinno gówno obchodzić, nie uważasz? — zapytał Kraken, uśmiechając się do Terlickiego.

— No ja, w porównaniu do was, mam serce i wyrzuty sumienia, capy. W piekle już macie przygotowane miejsca, odpowiecie za to po stokroć — zagroził im Brajan.

— Odzywaj się ładnie, kochanieńki, bo twoja przyszłość nie jest jakoś usłana różami, a my postaramy się, żeby wyjątkowe chwasty wgryzły Ci się w dupę — zakomunikował Marcin, śmiejąc się jak szaleniec.

— Nie boję się was. Nie zależy mi już w sumie na niczym. Wszystko się posrało i to przez Was. A niech was szlag trafi! — zasyczał jak wąż poszkodowany.

— Dobra, skończ pierdolić! Trzeba się Tobą zająć. Im bardziej będziesz się stawiał, tym gorzej skończysz! Więc uważaj sobie! Bo będziesz jeszcze pluł krwią, prosząc świętego Józefa o szybszą śmierć, czaisz? — powiedział Kraken wyraźnie skonsternowany postawą porwanego.

— Róbcie, co macie robić i dajcie nam spokój! — odrzekł Krajewski.

— Ooo, popatrz jaki kochaś. Broni siebie i swojej ukochanej, nawet w tarapatach. Nie no, bo skonam! Hahaha! — zarechotał Terlicki.

Roksana nie odzywała się, ponieważ była nieprzytomna. Oczy miała zamknięte i wydawać by się mogło, że zasnęła ze zmęczenia. Natomiast nie była świadoma nawet tego, co w tym momencie działo się w piwnicy. Kraken i Marcin położyli siłą swojego zakładnika zaraz obok dziewczyny na drugiej połowie łóżka. Dla Krajewskiego nie była to zbyt wygodna poza z racji tego, że kończyny Miss były zakute w kajdanki, dlatego od góry i od dołu przeszkadzały mu kończyny umęczonej przyjaciółki ze szkoły. Brajan nie wzbraniał się, ale wiedział, że to nie koniec przygód z rozochoconymi bandytami.

— Kraken daj tu te narzędzia, co przedtem przyniosłem. Leżą na tamtym fotelu, widzisz? — wskazał palcem wskazującym Terlicki.

Barczysty współpracownik podniósł się i poszedł po wymagany sprzęt. W środku była niewielka deska, wiertarka oraz młotek i kilka gwoździ.

— I co ty kurwa zamierzasz teraz zrobić, co? — zapytał zdenerwowany więzień.

— Żebyś troszkę pocierpiał i nam za szybko nie zwiał to Cię trochę podręczymy. Będziesz konał razem ze swoją ukochaną. Czyż to nie urocze? — wyraził się szyderczo Marcin.

— Pogięło Cię? Za co niby? Nic złego nie zrobiłem! — rzekł błagalnym tonem porwany mężczyzna.

— Ty się tak nie tłumacz już. Wystarczy mi twojego gadania. Stul się i dla wszystkich to będzie na korzyść! — wyraził się Kraken.

Obaj prześladowcy żwawo chwycili za przygotowane przedmioty i przytwierdzili listewkę do łóżka w taki sposób, by twardo trzymała się poręczy. Następnie ściągnęli porwanemu buty, a następnie skarpetki, po to, by przybić mu stopy do przygotowanej deski. Brajan próbował z całej siły się uwolnić od rąk złoczyńców, ale nie miał wystarczająco mocy, by przeszkodzić wrogom w dokonaniu zamierzonego dzieła. Krzyczał tak głośno, ale nikt Go nie usłyszał. Nawet leżąca obok niewiasta, nie drgnęła w momencie pisku i wielkiego zawodzenia.

Marcin trzymał lewą stopę mężczyzny, natomiast Kraken przybijał gwoździe. Ból był tak przeszywający, że nawet jazgot płynący z ust poszkodowanego wydawał się jakby zagłuszony. Krew leciała niczym rzeka i nie zamierzała przestać. Druga stopa poszła już dużo sprawniej. Przybite nogi do listwy były teraz całe zakrwawione i rozdrgane. Szaleni prześladowcy wpadli na kolejny genialny pomysł. Przywiązali obydwie nogi mocno żyłką od kosy spalinowej i dookoła podrażnili kończyny ogniem, tak aby powstały obrzęki i bąble. Cel był jednomyślny — by Krajewski nie mógł w ogóle ruszać nogami.

Był już tak umęczony, że nawet nie zwracał uwagi na krzywdę, jaką dokonywali względem Niego oprawcy. Wpatrywał się dziko swoimi oczami w fioletowe światło, które jak mu się przynajmniej wydawało, obdarzało go ukojeniem. Nie czuł stóp, a łzy spływały same jako wyraz wielkiego cierpienia.

Kiedy krzywdziciele skończyli swoje katusze względem nowo przywiezionego zakładnika, posprzątali po całym procederze i postanowili zrobić sobie przerwę.

— Dobra, dajmy mu chwilę spokoju. Niech wypłaczę się i wygada swojej cudownej dziewczynie. Chodź na jakiegoś browarka, pooglądamy jakiś mecz, czy coś — zaproponował Terlicki.

— Jasne, szefie. Czas na odpoczynek po tak trudnym dniu. To dla nich dobry moment. Niech zostaną sami. — zainsynuował Kraken.

Zabrawszy pudełko z narzędziami, zgasili światło i zamknęli na zamek drzwi. Roksana Karpiel ciągle nie reagowała. Krajewski próbował do Niej zagadać, ale bez skutku. Na samym początku pomyślał sobie, że dziewczyna nie żyje, ale jedną ręką wybadał puls i wyczuł delikatne bicie. Odetchnął z ulgą. Czuł się teraz prawie jak ukrzyżowany Jezus, który miał przybite nogi do drewnianego klocka. W tym momencie niewiele różnił się od Miłosiernego Zbawiciela. Ból nie pozwalał mu zasnąć. Ciągle czuł pulsowanie w stopach, a krew trwale skapywała na podłoże piwnicy. Boże, co ja takiego zrobiłem, że zasłużyłem na takie coś — krzyczał w duchu zawiedziony. Chciał wykrzyczeć, jak nie wierzy w Jego istnienie, ale wiedział, że to nic nie da. Nikt go nie uratuje, nawet Bóg, które dawno temu zatracił.

Był teraz tylko on i Roksana. Obydwoje przytwierdzeni do przeklętego łoża. Cisza była przenikająca, a zło dało się odczuć w chłodnym powietrzu. Wybawienie wcale nie zamierzało nadejść. Kara nie została jeszcze spłacona. Ciemność pożerała od wewnątrz, a zimny pot spływał po ciele, niczym topniejący sopel lodu. Modlitwa straciła wartość, ale tylko w tej cholernej dziurze.

Rozdział XIII

Puste gniazdo

Myślenice 455 C, mieszkanie Kamila Kracha

17. VI. 2020r. — godzina: 10:15

Wolski zdecydował, że nie ma na co czekać, tylko trzeba kuć żelazo, póki gorące. Mając numery rejestracyjne samochodu i podstawowe dane, Karina Wibena szybko rozszyfrowała łamigłówkę i zlokalizowała miejsce zamieszkania przestępcy.

Cel znajdował się ponad czterdzieści kilometrów od biura, dlatego godzinna wyprawa z rana dla niektórych mogła być nieco orzeźwiająca. Volkswagen Arteon przypominał złotą sztabkę, gdyż miał tak wyrazisty kolor, że wyglądał jak milion dolarów. Elegancka, mleczna, skórzana tapicerka sprawiała, że komfort jazdy stawał się jeszcze wynioślejszy. Rafał siedział przy szefie, który kierował pojazdem, natomiast miejsce z tyłu zajęli Kornelia wraz z Dariuszem Madellą, który był ochroniarzem w firmie detektywistycznej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 39.81