Dla wszystkich, którzy kiedyś powiedzieli: „Nic się nie dzieje”, a w środku waliło się wszystko.
Rozdział 1
Rola życia
Mała, szklana buteleczka o prostym, hipnotyzującym kształcie przyciągała wzrok. W końcu uległam. Cierpki smak rozlał się po języku, a ciepło błyskawicznie opanowało ciało. Napięcie w mięśniach na chwilę ustąpiło. Ten jeden łyk zmył całą presję dzisiejszego dnia. Coś w tym trunku sprawiało, że sięgałam po niego częściej, niż powinnam. To było złudne, ale wciąż ulegałam tej przyjemności.
Stłumiony głos z dołu mieszkania przestraszył mnie i o mało nie upuściłam butelki. Serce podskoczyło do gardła, a palce mocniej zacisnęły na gładkim szkle. Na sekundę wszystko zamarło. Później przypomniałam sobie o ruchu.
Szybko opróżniłam buteleczkę, wsunęłam do tylnej kieszeni i zerknęłam w lustro. Odbicie było nieruchome, wyciszone, niemające pojęcia, co panuje w moich kościach. Czyżby to kwestia przyzwyczajenia? A może po tylu latach walki, zrozumiałam, jak maskować emocje, do tego stopnia, że nie widziałam już różnicy między czuję a udaję? Niczym tuszowanie ich zanim wypuściłam na powierzchnię coś wartego uwagi.
Przygryzłam lekko wargę i poprawiłam jej kontur. Bez żadnych zmian. Czas wrócić do roli, którą grałam najlepiej.
Telefon na półce zadrżał. Podnosząc go, dostrzegłam nowe powiadomienie. Ekran rozbłysł zimnym światłem, rzucając blady refleks na twarz. Przez chwilę walczyłam z odczytaniem wiadomości. Czy to będzie coś błahego? A może kolejne zdanie, które wywoła znajomy ucisk w żołądku?
Wzięłam głęboki oddech i kciukiem przesunęłam po wyświetlaczu.
Hanna: Schodź!
Znajoma zwykle pisała krótko, ale tym razem jej wiadomość zabrzmiała jak rozkaz. Najwyższa pora, mruknęłam i szybko odpisałam. Chwyciłam ciemny płaszcz oraz mały plecak leżący obok łóżka, po czym ruszyłam w stronę okna.
Zejście po starej, porośniętej niegdyś winoroślą konstrukcji nie było przyjemne, ale do wyćwiczenia. Z czasem zaczęłam to robić bez strachu o upadek. Nie był to typowy sposób na opuszczenie domu, ale dzięki niemu pozostawałam niewidoczna dla niechcianych świadków.
Wyszłam na dach altany i postawiłam pewny krok. Drewniane elementy wymagały szczególnej ostrożności. Winorośl od dawna była martwa, a zabudowa trzymała się bardziej z przyzwyczajenia niż siły.
— Szybciej! — dobiegł mnie przytłumiony głos Hanny, pełen zniecierpliwienia.
— Spokojnie, już schodzę — westchnęłam, pokonując ostatni szczebel.
Gdy tylko stanęłyśmy naprzeciw siebie, parsknęłyśmy stłumionym śmiechem.
— Nie tak łatwo tędy zejść, szczególnie w tych butach — wskazałam na obuwie, które Hanna obdarzyła wzrokiem godnym pogardy.
— To tylko trampki, a nie obcasy! — sapnęła, wyraźnie zawiedziona.
— Ale za to jakie! — uniosłam jedną ze stóp, by zobaczyła ręcznie wyszywane kwiaty na białym materiale. — To nie są tanie rzeczy.
W szpilkach byłoby gorzej, ale trampki miały śliskie wstążki, więc nie należały do bezpiecznych. Mimo to Hanna olała te argumenty mocno ujmując mnie za dłoń.
— Ciszej. — Pociągnęła nas w dół, omal nie wywracając.
— Oszalałaś? — warknęłam z zaciśniętymi zębami. Altana służyła do wychodzenia z pokoju, a nie wracania z powodu brudnych ubrań.
— Twoi rodzice — dodała spokojniej, rozglądając wokół. Szlag! Zapomniałam o nich. — Dawaj, czekają już! — Odzyskałam płaszcz i pognałyśmy do wyjścia z posesji.
Gdy wparowałyśmy na tył zaparkowanego auta, usłyszałam znajomy głos. Trochę zbyt radosny jak na tę porę dnia.
— Co tak długo? — David, zerknął przez ramię.
— Jej rodzice nagle wrócili — Hanna wyglądała na zaskoczoną.
— Co się dygasz, przecież cię znają — zareagowałam uśmiechem, choć w środku czułam napięcie.
Wyciągnęłam z plecaka paczkę papierosów i zapalniczkę, po czym odpaliłam jednego, zaciągając się mocno.
— W przeciwieństwie do niego — dodałam, wskazując papierosem bruneta siedzącego z przodu. — Na widok Davida mogliby… doznać małego szoku.
Podałam mu fajkę, a on przyjął ją bez słowa. Kątem oka zauważyłam, jak Hanna próbowała rozdmuchać dym, który właśnie wypuściłam. Nie paliła, ale jej reakcja to przesada. Byłam ciekawa czy to tylko poza.
— To co na dziś wykombinowaliście? — zaczęłam szukać po kieszeniach telefonu, przy okazji omijając temat moich rodziców.
— Poznajcie Elle. — Ton Davida zabrzmiał neutralnie. Mimo to, czułam w nim sztywność. Zamarłam w bezruchu, a Hanna spojrzała na niego z wyraźnym zdziwieniem.
— David? — zapytała, o ton za wysoko.
Podniosłam wzrok. Na przednim siedzeniu była dziewczyna, której wcześniej nie zauważyłam. Wyglądała na niepewną, ale nie przestraszoną. Raczej… czujną.
— Nowa! — rzuciłam, radośnie. W przeciwieństwie do znajomej, nie planowałam protestować widząc czyjś plan na dzisiejszy wieczór. — Nie przesadzaj, będzie fajnie — spróbowałam udobruchać Hannę, która wyraźnie nie była w humorze. — A Derek? — dopytałam bez większego zainteresowania. Ale chociaż odzyskałam fajkę i znów mogłam zasmakować przyjemnego, cierpkiego dymu w ustach.
Zauważyłam przy tym, jak wzrok nowej uważnie mnie obserwuje. Chcąc ją poczęstować, wysunęłam w jej stronę dłoń z papierosem. Momentalnie, zmieszana spuściła głowę.
— Przed nami. Z Sarą… — David wskazał dłonią na drugi samochód stojący kawałek dalej. — Mateo i Dennis też są.
Na dźwięk imienia przyjaciółki poczułam ucisk w żołądku. Kumpel na chwilę spojrzał w moją stronę z niepewnością.
— Jedźmy już. — Ton Hanny nie pozostawiał wątpliwości. Nie zamierzała dyskutować. Chłopak jednak nie odpuszczał zbyt łatwo.
— Będziesz taka sztywna cały wieczór?
— David… — zaczęłam stanowczo, chcąc, żeby dał jej spokój. Ta nagła zmiana nastroju u dziewczyny też działała mi na nerwy, ale on ewidentnie szukał zaczepki. W dodatku zabrał mi fajkę.
Zamiast odpowiedzi, otrzymałam wymowne spojrzenie, które w ułamku sekundy padło na Elle. Znów wodziła po mnie wzrokiem. Odebrałam od Davida papierosa i ucieszona, pochyliłam w stronę dziewczyny.
— Postaw Hannie kolejkę i szybko przestanie marudzić — mówiąc, nie odrywałam wzroku od nowej. — Powiedz mi, Elle — przysunęłam ciało jeszcze bliżej niej. — Spodobałam ci się, czy chcesz tylko…
— Nabi! — Hanna wrzasnęła, skupiając na mnie całą uwagę. — My też tu jesteśmy!
Bez patrzenia na nią wiedziałam, jak wygląda: oburzona, wiercąca na fotelu pasażera.
— To jak będzie? — kontynuowałam, widząc dyskomfort nowej. Ale co mogłam poradzić? To dzięki Sarze zdobyłam śmiałość do kobiet, więc z pretensjami należało iść do niej.
— Po prostu go weź — rzucił David, a silnik przyjemnie zamruczał.
Elle niepewnie wysunęła dłoń. Podałam jej papierosa, obserwując, jak bierze pierwszy wdech. Brak krztuszenia? To mogło oznaczać tylko jedno.
— Wiedziałam, że to nie jest twój pierwszy raz. — Wróciłam na miejsce. — Drugą kwestię możemy załatwić później. — Puściłam jej oczko.
— Kiedyś przez ciebie zwariuję. — Hanna ponownie mruknęła pod nosem, brzmiąc na zmęczoną. Ciekawe, czy miałaby ten sam problem, gdybym zaczepiała faceta?
— Oj, daj jej spokój. — David zerknął krótko we wsteczne lusterko i ruszył z miejsca.
— Też moglibyście się w końcu zabawić — wskazałam dłonią między tą dwójką. Ich natychmiastowy bulwers dał mi pewną satysfakcję.
— Co?!
— Albo wciąż udawać, że nie chcecie — śmiech sam znalazł ujście. Doskonale widziałam jak ich do siebie ciągnie.
Po chwili poczułam wibrację telefonu.
Nieznany: Jak się miewa mój motylek?
Zamarłam. Co to ma być? Dostrzegając wysuniętą w moją stronę dłoń nowej z papierosem, mruknęłam, żeby go skończyła, co wyjątkowo rozbawiło Davida.
— No i straciłaś swoją szansę, Elle.
— Spokojnie, wrócimy do tej rozmowy — stwierdziłam, próbując zrozumieć, kto pisał do mnie po koreańsku.
Rozdział 2
Zakłócenia na linii
Ja: Motylek?
Napisałam szybko. Kto to jest? Na odpowiedź nie czekałam zbyt długo.
Nieznany: Braciszek ci się trochę upił.
Do wiadomości dołączono zdjęcie Sama leżącego na kanapie. Czy to był nasz mebel z Korei? Pewności nie miałam. Tak samo jak względem nadawcy. Niemniej, te dwa elementy do siebie pasowały. Nie uzyskując odpowiedzi na poprzednie pytanie, wystukałam nowe. Ktoś najwyraźniej wykorzystał stan mojego brata i jego odblokowany telefon, żeby zdobyć mój numer.
Ja: I co mam niby z tym zrobić?
W zamian otrzymałam kolejne powiadomienie. Tę osobę jednak znałam.
Derek: Udało się?
Ja: Nie.
Odpisałam na odczepnego, czując narastające wkurzenie. Przed chwilą nie istniałam, a teraz co… dostał olśnienia? Hrabia z koziej dupy przypomniał sobie, po kogo przyjechał. W dodatku przebywał w drugim aucie.
Nie zdążyłam zamknąć okienka, gdy nowe słowa zawitały na ekranie.
Derek: Przecież cię widziałem!
Ja: To co się głupio pytasz?
Ostatnio coraz częściej mnie irytował. Jego idiotyczne zachowanie działało mi na nerwy. Miałam ochotę odpisać coś ostrzejszego, ale wiedziałam jedno: to rozpędzi kolejną bezsensowną dyskusję. Westchnęłam ciężko. Ta wymiana zdań mogła trwać w nieskończoność. Dokładnie tak samo jak ten związek, którego szczerze żałowałam.
Derek: Przyłapali cię?
Kciuk zawisł nad ekranem, a przez głowę przemknęła mi absurdalna myśl. Ile jeszcze razy będę prowadzić te same rozmowy? Przewróciłam oczami i zmusiłam do odpowiedzi. Wiedziałam, o co pytał. Nie pierwszy raz wymknęłam się z domu, unikając rodziców.
Ja: Nie, czemu?
To nie miało żadnego znaczenia, ale Derek zawsze pytał o oczywiste rzeczy, byle podtrzymać rozmowę. Nie wiedziałam, co gorsze. Jego brak wyczucia czy moja naiwność, że kiedyś się zmieni.
Derek: To dobrze! Jedziemy na pomost.
Ja: Super!
Jedna z nielicznych wiadomości, która faktycznie sprawiała radość. Pomost był najlepszą miejscówką na wieczór z nową osobą. Wystarczająco odosobniony i znany, aby nie czuć nudy czy krępacji.
Nieznajomy: Rodzice się do niego dobijają
Kolejne powiadomienie przyćmiło słowa Dereka. Kim była ta osoba i dlaczego to pisała? Z drugiej strony, czułam w tym coś znajomego.
Rodzice zawsze wydzwaniali do Sama, gdy uciekałam. Był na drugim końcu świata, a i tak liczyli, że wie, gdzie jestem. Gdyby tylko wiedzieli… Odkąd wyjechał, rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Zostawił mnie w Londynie, zdradził. A ja tak bardzo chciałam wrócić z nim do domu.
Nieznajomy: Jeszcze nie wiesz?
Zmarszczyłam brwi, ale myślami byłam we wcześniejszej konwersacji.
Derek: Po drodze zrobimy mały przystanek.
Ja: Lepiej, żeby to nie było miejsce, o którym myślę.
Chłopak miał irytujący zwyczaj. W drodze na polanę był mały sklepik, w którym spodobałam się kasjerowi. Na cały Londyn… Mogłam uznać to za pech? Tak! Czy było gorzej? Owszem. Ander po złości zaczął tam jeździć po alkohol, rzucając komentarzami w stylu: „ona jest moja”.
Derek: Pozwól chłopakowi nacieszyć oczy, twoim widokiem.
Ja: Szkoda tylko, że ja nic na tym nie zyskuję.
Odnalazłam numer Mateo. Liczyłam, że kumpel z drugiego auta choć raz pokaże Derekowi, jak bardzo wkurzała mnie jego głupota.
Ja: Walnij go za mnie, proszę.
Mateo: Nie musisz nawet prosić!
Odpisał natychmiast. Od kiedy był taki odważny?
Derek: Nie wysługuj się Mateo!
Ja: Niestety jesteś zbyt daleko, bym mogła to zrobić osobiście. A później może mi się już nie chcieć.
Mateo: Ale i tak musimy zahaczyć o sklep, a ten jest po drodze.
Super! Jeszcze kilka takich niespodzianek i wizja dzisiejszej imprezy mi zbrzydnie.
Ja: W takim razie sam tam wejdziesz.
Odpisałam, próbując zgadnąć, kto pisał w sprawie Sama. W Anglii mało kto wiedział o moim bracie, a ci, co go znali… szybko zapominali. Szczególnie odkąd tu nie mieszkał. Pozostawała Korea.
Derek: To znak, że tak naprawdę tego nie chciałaś.
Za dużo osób pisało do mnie jednocześnie. Jeszcze trochę i zwariuję.
Ja: Wręcz przeciwnie, Derek. Dokładnie tego chciałam.
Zaczęłam mieć cichą nadzieję. Niech te słowa sprawią, że zamilknie! O dziwo… modły zadziałały. Ucieszyłam się. Nie było to miłe, ale aktualnie najbardziej mi przeszkadzał.
Mateo: Może być z tym mały problem.
Nie rozumiałam. Natłok wiadomości wyprał mi na chwilę mózg.
Ja: A to niby czemu?
Nieznany: Mam mu w tym stanie oddać telefon?
Znajomy brata szybciej odzyskał moją uwagę. Niecierpliwy jakiś.
Mateo: Dennis mnie zabije, jeśli znów zbiję jakąś butelkę.
Zajebiście! Mateo tłukł alkohol, a jego kuzynek… Zresztą, od kiedy odpowiadałam za jego wpadki?
Ja: Ja cię zabije zanim on zdąży!
Przedrzeźniałam go, zaraz odpisując nieznajomemu, póki pamiętałam, co napisał.
Ja: Oblej go lodowatą wodą, to szybko wytrzeźwieje!
Mateo: Wiesz, że jesteś piękna, kiedy się złościsz?
Ja: A ty i bez jaj będziesz wyglądać tak samo! Przynajmniej dopóki jesteś ubrany.
Słodzenie Mateo nigdy nie działało. Przeciwnie. Gdy coś spieprzył, grał na zwłokę i przypodchlebiał się. Odrobinę za miękko jak dla mnie.
Nieznany: Nie poznaję cię, motylku.
Mateo: Teraz to już na pewno nigdy ich nie zobaczysz.
Ja: Piszesz, jakbym kiedykolwiek tego chciała.
Pił już coś dzisiaj?
Nie narzekałam na wiadomości od znajomych, ale wolałam, gdy każdy z nich pisał w osobnym momencie. Ci dwaj najwyraźniej mieli to w dupie. Przynajmniej miałam pewność, że nie siedzą w jednym aucie.
Nieznany: To jak będzie?
Ja: Po prostu napisz im, że nie może teraz rozmawiać. Odpuszczą! Jak cię znają, może nawet uwierzą.
Obstawiałam faceta. Styl pisania był zbyt pewny siebie i dziwnie znajomy.
Nieznany: Racja, nawet mnie lubią.
Ja: Lubią?
Zaskoczył mnie. Znajomi moi i Sama raczej nie mieli kontaktu z naszymi rodzicami, a co dopiero, żeby któregoś lubili. Podejrzane…
Nieznany: A co, może nie?
Ja: Nie wiem, czego chcesz, ale wątpię, że chodzi tylko o picie Samuela.
Czułam niecodzienny dyskomfort. Pisał zbyt lekko jak na nieznajomego. Znał mnie? Skąd? To nie mógł być zwykły kumpel brata. Ale zanim zdążyłam zapytać, auto stanęło.
— Nabi? — usłyszałam niepewny głos Davida. Jakim cudem wiedział, że to pierwszy przystanek?
— Tak, wiem, czego chcą — rzuciłam, wysiadając. Chciałam mieć to z głowy, zanim kogoś zatłukę.
— Czekaj! Elle też musi iść. — Chłopak zawołał z wyczuwalnym entuzjazmem. Przystanęłam zaskoczona. Co ona miała wspólnego z tym miejscem? Elle podeszła nieśmiało..
— Pokażesz mi, gdzie jest łazienka? — Spojrzałam przez ramię na Davida, który właśnie awansował na trzecią osobę, którą czymś rzucę. — Mówił, że wiesz, gdzie jest — dodała cicho. Każde jej słowo brzmiało jak pytanie.
— Jasne. — Rzuciłam Davidowi ostrzegawcze spojrzenie. Jego uśmiech był próbą załagodzenia sytuacji, ale nie działał. — Tylko wezmę jeszcze kogoś z nami. — Spuszczając wzrok, ruszyłam w stronę drugiego auta.
Dennis siedział z przodu, oparty łokciem o szybę, nie do końca obecny. Otworzyłam drzwi bez słowa i niemal go z nich wyrwałam. Zaskoczony, podniósł wzrok, ale nie zdążył nic powiedzieć. Dlaczego akurat jego wybrałam? Podświadomie wiedziałam, że dzięki niemu zobaczę Sarę.
— Idziesz ze mną — oznajmiłam, nie zostawiając miejsca na dyskusję.
— Cześć, Nabi. — Derek próbował zagadać, ale nawet na niego nie spojrzałam. I bez tego będzie miał później pretensje.
— Jazda, Dennis! Sama nie będę tego taszczyć, a ktoś musi za to zapłacić — uniosłam głos. Jego kuzyn stłukł alkohol, on odkupuje. Ja mogę mu towarzyszyć. I tak zawsze kupowałam jakąś przekąskę.
Wysiadł. Jego spojrzenie na ułamek sekundy powędrowało do Sary. Udawała, że przegląda telefon, ale widziałam, jak jej palce mocno ściskały obudowę. Dennis dopiero w drodze do sklepu otworzył usta.
— Co cię dziś ugryzło?
— Nic. Wybraliście najgorszy możliwy sklep. Lepiej, żeby John dziś nie pracował, choć wtedy Elle się zleje. Ale przynajmniej nie będę oglądać jego maślanych oczu — mruknęłam, nie zwalniając kroku.
Dennis uniósł brwi, zerkając na dziewczynę. Szła kawałek za nami.
— Elle? — powtórzył.
— Czyli nie ty ją zbajerowałeś — szepnęłam pod nosem. — Chodź! — zawołałam, aby przyspieszyła.
Zapadła cisza, którą Dennis przerwał cicho i dosadnie.
— Wciąż unikasz Sary? — Stanęłam.
— Wciąż ją zapraszasz? — odparłam, spokojnie, choć w środku mnie mdliło.
Nie miałam mu tego za złe. To była też jego przyjaciółka. Nasza. Kiedyś…
Drzwi sklepu otworzyły się z charakterystycznym skrzypieniem. Powitał nas znudzony głos kasjera, wpatrzonego w coś pod ladą.
— Witamy w metrze — rzucił beznamiętnie, recytując formułkę z pamięci. Zawsze ta sama intonacja. Ani grama zainteresowania.
— Siema, John! — powiedział Dennis i zniknął w alejce z alkoholami. Był swobodny, jakby znał tu każdy regał na pamięć.
Chłopak zza lady podniósł wzrok.
— Siema. — Zaskoczony spojrzał na oddalającą się sylwetkę, aż dostrzegł mnie. — Nabi! — zawołał. Choć wyglądał na zmęczonego, uśmiech przemknął mu przez twarz.
— Cześć. — Mój grymas był bardziej z uprzejmości niż czułości. — Mogłybyśmy skorzystać z łazienki? — przeszłam do sedna.
Rozważał odmowę?
— Wiesz, że nie powinienem — zaczął, opierając się o ladę. Nie był niechętny, po prostu wyczerpany. Znał zasady, ale jeszcze lepiej wyjątki.
— Szef zmienił godziny pracy? — Oboje znaliśmy odpowiedź. To był bardziej rytuał niż negocjacja.
— Pozwól im, bo nie przestaną ględzić w aucie — Dennis pojawił się niespodziewanie z butelką w ręce. Chociaż w tej kwestii był po mojej stronie, nawet jeśli nie musiał, bo jechał drugim autem.
Po jego minie wnioskowałam, że znudziły go żarty z Johna. Inaczej niż Dereka. Ander nie umiał znaleźć sobie lepszego zajęcia niż wytykanie cudzych potknięć. Tym razem przynajmniej został za drzwiami.
— Niech będzie — skapitulował.
Dostałam klucz i ruszyłam z Elle na zaplecze. Dziewczyna szła w milczeniu aż do drzwi.
— Znacie się?
Była… zainteresowana? Pytanie tylko kim: mną czy kasjerem?
— Można tak powiedzieć. — Poczułam, że liczyła na coś więcej. — Przypadkowo całowaliśmy się po imprezie. Tam. — Wskazałam kanapę stojącą w rogu. — A potem wszedł jego szef.
Elle uniosła brwi. Jej twarz zdradzała o wiele za dużo. Zdziwienie, niedowierzanie, lekkie rozbawienie.
To nie tak, że obściskiwałam się z każdą nowo poznaną osobą. Po prostu tamtego dnia… byłam trochę przybita.
— Inni mieli podobną minę, gdy nas zobaczyli — dodałam z ironią. To był jeden z tych momentów, który zostawił we mnie ślad. Nie dramatyczny, ale wystarczająco wyraźny, by powracał w rozmowach, spojrzeniach i żartach.
— Szef pewnie nie był zadowolony? — dopytała. Może po prostu chciała nawiązać ze mną jakiś kontakt?
— Cóż jest nim jego ojciec — wyjaśniłam rozbawiona. — Chłopak musiał wysłuchać kazania o tym, co wypada, a czego nie w godzinach pracy.
— Trochę przypał. Ale chociaż go nie zwolnił.
— Niby tak — wymamrotałam. — Tam masz łazienkę. — Wskazałam jej drogę. — Tylko nie ruszaj zamka. Jest zepsuty.
Zostałam sama. Przez chwilę mogłam spokojnie odetchnąć. Wokół panowała cisza, chłód i zapach detergentów. Omiotłam pomieszczenie wzrokiem, szukając czegoś, czego nie umiałam nazwać.
— I po tej małej wpadce wciąż pozwala ci tu wchodzić? — spojrzałam za siebie lekko przestraszona.
— Szybka jesteś!
Nawet nie zdążyłam nic zrobić.
— Starałam się. — Jej nieśmiały uśmiech był zaskakująco uroczy.
Zdecydowanie miałam w sobie za dużo autodestrukcji.
— Nie trzeba było. — Ruszyłam do stolika, gdzie leżały miętowe cukierki. — A wpadka w sumie nie była taka mała. Nakrycie przez jego ojca to jedno. Kilkoro z nas widziało nieco więcej. Skończyliśmy wykładem o zabezpieczeniach — powiedziałam i poczęstowałam jednym z miętusów. — I urządziliśmy tu imprezę, zamykając sklep.
Przybrałam zadowoloną minę, spoglądając na Elle. Wspomnienie było całkiem przyjemne. Nie licząc problemów i późniejszego zażenowania.
— Łał…
— Ta. Przy okazji John nagadał się, że jestem ładna i reszta grupy to podchwyciła. Kupują tu tylko po to, żeby go drażnić.
I przy okazji mnie.
— Chociaż nie macie zakazu przychodzenia tu — zauważyła Elle.
— Mielibyśmy, ale przeprosiłam jego ojca za sytuację, w jakiej nas zastał. Z jakiegoś powodu mnie lubi. Zna moich rodziców, więc wciąż pozwala mi tu wchodzić. — Wzięłam kolejnego cukierka do ust. — Dobra, starczy tego.
Wyrzuciłam papierki do śmietnika obok stolika. Nie miałam powodu, aby opowiadać jej historię życia.
— Gotowa?
— Jasne.
— To w drogę. — Nakierowałam Elle na drzwi. — Chyba wezmę jeszcze kilka — mruknęłam, spoglądając na miskę i chwyciłam kolejną garść słodyczy.
— Niewiele osób je lubi — spostrzegła, skinąwszy na moją dłoń.
— Jestem wyjątkiem. — Z uśmiechem nadgryzłam landrynkę. — A moja propozycja jest wciąż aktualna — wyszeptałam, czując lekkie podniecenie.
I tak wiedziałam, że do niczego między nami nie dojdzie.
Elle zareagowała natychmiast. Speszyła się i nerwowo przygryzła wargę, nie wiedząc, co zrobić. Wzrokiem uciekła w bok, szybko wracając do mnie. Ciekawość mieszała się u niej z zawahaniem.
— W końcu! Ile można siedzieć w łazience? — gdy Dennis nas zobaczył, natychmiast zaczął marudzić.
Typowy facet. Nie rozumiał, że ubikacja to nie tylko załatwianie potrzeb.
— Piękno wymaga czasu! — Skierowałam się do lady. — Dolicz mu, proszę, opakowanie — rzuciłam Johnowi, wskazując cukierki wyjedzone z kanciapy.
— Znowu te drażetki.
— To nie drażetki — oburzyłam się. Mógł ich nie lubić, ale nie musiał obrażać.
— Już za nie zapłacił.
John… gdybyś był mniej sympatyczny. Czasem zastanawiałam się, czy miał świadomość, że nie ma co liczyć na powtórkę z rozrywki.
— Musiałbym być głupi, nie wiedząc, że mu je wyjesz, gdy tam będziesz — stwierdził Dennis, łapiąc za butelki z whisky.
Nigdy nie rozumiałam, jak chłopaki mogą pić to świństwo. Choć z drugiej strony, nie każdy lubił mój gin. — Serio, stary, zacznij je przed nią chować — dodał do Johna, co nawet mnie ucieszyło.
W przeciwieństwie do reszty znajomych, Dennis nie śmiał się z tego, co mu się przytrafiło. To była naturalna reakcja. A chłopak miał po prostu pecha, że nakrył go ojciec, wkurzony o zamknięcie sklepu.
— Trzymaj. — Przyjaciel podał mi piwo i ruszył do wyjścia. — Nara!
Elle nad wyraz potulnie podreptała za nim. Otworzyła mu drzwi, choć nie prosił.
Patrząc na nich, poczułam wibrację telefonu. Odłożyłam butelkę na ladę. Schowałam cukierki i wymieniłam je na komórkę.
Znów ten nieznajomy. Kompletnie o nim zapomniałam, a ciekawiło mnie, co tym razem odpisze.
Nieznany: Głównym powodem może i nie, ale powrót Sama do miasta przypomniał mi, że dawno nie pisałem.
Czytając wiadomość, usłyszałam dźwięk klaksonu. Krótki, nerwowy. Jakby ktoś wymuszał uwagę.
— Chyba im śpieszno — bąknął John, gdy nie odrywałam wzroku od telefonu.
— Poczekają — rzuciłam niezainteresowana.
Nie miałam pojęcia, co powinnam czuć. Spojrzałam na kasjera, szukając ratunku w uporządkowaniu myśli. Nie pomógł, ale też niczego nie pogorszył.
— Coś się stało? — Przez moment wyglądał na zatroskanego. Było w tym coś miłego, nienachalnego. Zupełnie inaczej niż u Dereka, który nawet troskę potrafił zamienić w teatr.
— Nie, nie. Nic… — wyjąkałam z pustką w głowie.
Próbowałam dopasować jakieś imię, które pasowałoby do tej nieznanej osoby, ale żadne nie brzmiało właściwie.
— Swoją drogą, na pewno zapłacił za te cukierki? — dopytałam ni stąd, ni zowąd, wskazując na słodycze, które wcześniej zabrałam.
— Tak, zapłacił.
— To dobrze. — Wolno chwyciłam butelkę.
Zdecydowanie byłam zbyt kiepska w wymuszonych rozmowach. Klakson znów rozdarł ciszę.
— Oszaleć z nimi można — westchnęłam. — Dobra, idę, bo nie przestaną. Pozdrów tatę — palnęłam mimochodem, przypominając sobie rozmowę z Elle. — Może jednak lepiej nie.
Słowa wyszły ze mnie za szybko. Efekt dobrego wychowania, który chyba nigdy nie opuszcza człowieka. Nawet wtedy, gdy powinien.
— Myślę, że to nie najlepszy pomysł — John zaśmiał się cicho. Klakson ponownie zaszczycił nas dźwiękiem. Tym razem dłużej. Bardziej natarczywie.
— No cóż, nie rób imprez i… spokojnej nocy. — Obdarzyłam go uśmiechem na pożegnanie i opuściłam sklep.
Gdy tylko wyszłam, uderzył mnie świeży powiew wiatru. Chłodny, ale oczyszczający. Wtedy wszystko zaczęło mieć sens. Korea. Znajomy mój i brata. Rodzice go lubili. Ten styl pisania, wyczucie… Wszystko pasowało do jednej osoby.
Czując w dłoni nowe powiadomienie, od razu spojrzałam na ekran.
Nieznany: Czyżbyś zaczynała coś kojarzyć?
Ja: Ji!
Odpisałam czym prędzej, przekonana, że to on.
Nieznany: Bingo, motylku!
Rozdział 3
Blady świt
Nim zdążyłam odpowiedzieć, poczułam lekkie uderzenie drzwiami, przy których stałam.
— Wchodzisz w końcu? — W samochodzie dostrzegłam zirytowany wzrok Hanny. Serio, o co jej dzisiaj chodziło?
— Tak, tak. — Wsiadłam i kontynuowałam pisanie, ignorując jej dąsy.
Ja: W końcu jaśnie pan się odezwał! I o co chodzi z tym motylkiem?
— A jej co się stało? — głos Davida rozbrzmiał gdzieś w tle. Odpowiedzi nie usłyszałam, ale nie interesowała mnie jakoś szczególnie. W aucie zapadła cisza. Zajęłam wygodniejszą pozycję i myślami wróciłam do ekranu.
Jiyong: Utopiłem telefon i dopiero odzyskałem twój numer. A raczej sam go sobie wziąłem, bo nie mogłem się doprosić twojego brata.
Ja: Serio? To jest twoja wymówka na milczenie przez ponad miesiąc?
Jiyong: W sumie to nie mam lepszej.
Nie wiedziałam, czy powinnam być wściekła, czy cieszyć się, że w końcu napisał. Z drugiej strony, nie widziałam go, odkąd wyjechałam z Korei. Minęło sześć lat, więc nagły brak kontaktu nie był niczym niezwykłym. A mimo to… utrzymywaliśmy go regularnie.
Jiyong: Nie złość się. Miałaś chociaż okazję odpocząć od moich wiadomości.
Sęk w tym, że nigdy mi nie przeszkadzało, gdy Ji pisał. Wręcz przeciwnie. Jego smsy były ciekawsze niż pogaduszki z moimi angielskimi znajomymi.
Ja: O co chodzi z tym motylkiem?
Dopytałam, wciąż nie widząc odpowiedzi na to pytanie.
Jiyong: Nie mów, że zapomniałaś?
Podniosłam wzrok znad telefonu, jakby miało mi to w czymś pomóc. Nic z tego. Zamiast wyjaśnienia, zobaczyłam cel podróży, który nie napawał mnie radością.
— Wszystko okej? — niespodziewanie usłyszałam Hannę.
— Tak — burknęłam, zerkając na nowe powiadomienie.
Jiyong: Twoje imię. Nabi.
Ja: Ale że jak?
Ja: Dobra, wiem! Przypomniało mi się!
Moje imię po koreańsku znaczyło „motyl”. Ji nazywał mnie tak w dzieciństwie, odkąd poznał angielskie tłumaczenie. Teraz „Butterfly” było jedynym słowem w tym języku.
Ja: Dawno mnie tak nie nazwałeś.
Jiyong: Racja. Czas to zmienić!
Ja: Jeszcze czego! Mówiąc mi po imieniu, też będę wiedzieć, co masz na myśli.
Jiyong: Nie przeszkadzam?
To pytanie brutalnie przypomniało mi o miejscu, w którym się znajdowałam. Zerknęłam na parkującego Davida, a potem naburmuszoną Hannę.
Ja: Jestem ze znajomymi.
Wybrał kiepski moment, ale nie chciałam przerywać rozmowy. Bo nawet jeśli czasem pisał dość sztywno, co kompletnie do niego nie pasowało, to właśnie on trzymał mnie teraz przy życiu. Bardziej, niż przypuszczał.
Jiyong: Czyli tak.
Spoglądałam na odpowiedź, to na wysiadających znajomych. Te dwie rzeczywistości kompletnie do siebie nie pasowały, ale nie miałam już wyboru.
Ja: Czyli nie. Ale mogę odpisywać z opóźnieniem.
Zgarnęłam rzeczy i wysiadłam. Chłodne, wieczorne powietrze w sekundę rozwiało mi włosy.
Jiyong: W sumie też jestem na imprezie.
Ja: Nie gadaj bzdur, tylko pisz! Najwyżej uznam, że wypiłeś za dużo i padłeś gdzieś obok Sama.
Wiedziałam, że zaraz nie będę w stanie odpisywać na bieżąco, jednak nie chciałam, by znów zamilkł. Ta jego wymówka z utopionym telefonem… Średnio mi pasowała, ale nie zamierzałam wnikać w szczegóły. Cieszyłam się, że w końcu napisał. Szczególnie że z każdym zbyciem Sama, gdy pytałam o Ji, powoli traciłam nadzieję.
Jiyong: Aż tak słabej głowy jak on nie mam.
Ja: Ciężko mi ocenić. Gdy cię ostatnio widziałam, piłeś co najwyżej mleko.
Jiyong: To już dawno za mną.
Gdyby tylko wiedział, jak bardzo tęskniłam za tak luźną rozmową z nim. Widok kolejnej wiadomości przywołał na moją twarz uśmiech, którego nie potrafiłam ukryć.
Jiyong: Odwiedziłabyś w końcu brata!
Ja: Masz na myśli ciebie?
Sammy jeszcze kilka dni temu był w Anglii, więc pytanie Ji jasno wskazywało, o kogo naprawdę mu chodziło. Miałam szczerą ochotę go teraz zobaczyć i usłyszeć.
Jiyong: Mnie możesz przy okazji.
Ja: Poczekaj, bo jeszcze spełnię twoje marzenie.
Jiyong: To nic złego.
— Co tak stoisz, zamiast iść z nami?
— Hy? — Spojrzałam przed siebie, próbując zlokalizować rozmówcę. Derek. Wparował mi w rozmowę z Ji, jak zwykle bez krzty wyczucia.
— Jakaś nieobecna jesteś.
— Zdaje ci się — rzuciłam, mijając go szybkim krokiem.
— Wynagrodzę ci ten sklep!
Uważaj, bo uwierzę. Znałam ten ton aż za dobrze. Chuja, nie wynagrodzi. Powtarzał to jak mantrę. Ile razy można wałkować jeden i ten sam temat?
— Wiesz co, dałbyś już spokój z Johnem! — Przystanęłam, chcąc mu wbić do głowy każde słowo.
— Daj spokój, to było zabawne. — Czy on właśnie odtwarzał tamten moment w głowie?
— Jemu nie było do śmiechu — rzuciłam, ruszając za znajomymi. Chcąc nie chcąc, tamtej nocy naprawdę żałowałam Johna.
— Nab… — mruknął, ale nie zwolniłam kroku. — Hej, czekaj! — Szarpnął mnie mocno za rękę i przyciągnął do siebie.
— Swoją drogą, całuje całkiem nieźle — palnęłam, prowokując go z premedytacją.
Wiedziałam, że to go zaboli. Chciałam, żeby się wściekł. Skrzywdził tak, żebym wreszcie zrozumiała, że to nie facet dla mnie.
— Próbujesz mnie wkurwić?
Jego mina mówiła wszystko. Był wyraźnie rozzłoszczony tym, jak go ignoruję. Ale od dłuższego czasu… nie umiałam go znieść.
— Niby po co? — odpowiedziałam chłodno, z drwiącym uśmiechem. — Ale zapytaj go, może udzieli ci jakichś lekcji. Choć szczerze wątpię, żeby chciał iść z tobą na zaplecze.
— Jesteś pewna, że właśnie tego chcesz? — warknął.
Ucieszyła mnie ta reakcja. Jiyong nigdy nie był tak nachalny, za to Derek… on zdawał się uważać, że agresywny upór to jego największy atut.
Okazywał uczucia tylko wtedy, gdy coś spieprzył i potrzebował przebaczenia. Ji natomiast, mimo że nie widzieliśmy się od lat, częściej pytał o moje samopoczucie. W przeciwieństwie do Andera, on szczerze się martwił.
Z czasem zrozumiałam, jak rozmawiać z Derekiem. Prowadzić go i rozgrywać. On zawsze wracał na kolanach. I choć wiedziałam, że nie ma w tym nic zdrowego, dawało mi to pewnego rodzaju przewagę. Albo przynajmniej złudzenie, że mam kontrolę nad czymś, co dawno temu wymknęło mi się z rąk.
— A co, boisz się, że i ty mu wpadniesz w oko? — Ta myśl znów wywołała u mnie cień satysfakcji.
Derek puścił moją rękę, ale tylko po to, by zacisnąć palce na moim podbródku i zmusić do spojrzenia mu w oczy. Zazdrość działała na niego jak zapalnik. Wściekłość z domieszką podniecenia. Zawsze ten sam schemat.
I choć to głupie, działało też na mnie. Jednak z jakiegoś powodu wciąż nie poszłam z nim do łóżka. Może dlatego, że pożądanie to nie wszystko? Albo wciąż czekałam na coś więcej?
— Wkurwiasz mnie, wiesz?
— Wiem. — Patrzyłam mu prosto w oczy, czekając na nieme wyzwanie i kolejny ruch.
— Czekamy na was.
Wzrok Dereka powędrował w lewo, a uścisk na mojej twarzy zaczął stopniowo słabnąć. Spuściłam głowę i zerknęłam na osobę, która nam przerwała. Oczywiście… Sara. Jak zwykle w samą porę.
— Jednak nie tylko John ma z tym problem — rzuciłam na odczepnego, odsuwając od niego.
Zrobiłam krok w tył, powoli się wycofując. Widziałam, jak poprawia spodnie w kroczu i z wyraźnym niezadowoleniem odpowiada Sarze. Moja przyjaciółka nigdy za nim nie przepadała. W końcu Derek zajął jej miejsce, ale na to sama zapracowała, zostawiając mnie.
— Musiałaś akurat teraz nam przeszkodzić? — warknął do niej, nie kryjąc irytacji.
Nie miałam ochoty ich słuchać. Dołączyłam do reszty. Impreza odbywała się niedaleko, a dźwięki muzyki słychać było już w połowie drogi. I choć od dłuższego czasu cieszyłam się na tę noc, wiadomość od Jiyonga kompletnie zmieniła moje nastawienie. Sama zabawa nie była problemem. Niejednokrotnie świetnie się tu bawiłam. Ale tym razem coś było inaczej.
Nagle, jakby na komendę, uderzyła we mnie tęsknota za Koreą. Za drugim domem, którego nie widziałam od lat. Za miejscem, gdzie wszystko było inne. Nawet ja.
Snułam się za balującymi znajomymi, próbując do nich dopasować. Bez energii, bez chęci. Byłam jak cień, który nie pasuje do światła. Wiedziałam, że długo nie wytrzymam w tym tłumie. Po dwóch godzinach udawania uciekłam w bardziej odosobnione miejsce. Musiałam pobyć chwilę sama. Odetchnąć.
Po kilkudziesięciu minutach poczułam wibrację telefonu. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nic nie odpisałam Jiyongowi. Zamiast tego czekałam, aż sam się ponownie odezwie. Idiotka.
Jiyong: Nie pij za dużo.
Ja: Czyżbyś się o mnie martwił?
Tym razem nie zwlekałam ani chwili.
Jiyong: A nawet jeśli?
Poczułam jak przez moje ciało przeszedł dreszcz. Tylko po to, by chwilę później Mateo brutalnie go przegonił.
— Dennis chce rozruszać nową — powiedział, odnajdując mnie w kryjówce. W dłoni trzymał mój płaszcz, a mina mówiła wszystko.
Nie miałam wyjścia. Musiałam odpisać Ji i podnieść się z ziemi.
Emotka buźki przesyłającej całusa. To było jedyne, co wpadło mi do głowy. Wysłałam ją bez namysłu, czując, jak serce bije mi mocniej.
— Gdzie tym razem? — zapytałam.
Zablokowałam ekran i wstałam z miejsca, w które zaczęłam już wrastać. Liczyłam na cieplejszy zakątek niż ten, który wcześniej wskazał Derek, ale znając Dennisa, i tak skończymy na otwartym terenie. Normalnie bym nie narzekała. Ale w nocy było tam dość chłodno.
— Polana.
— Serio? — westchnęłam, zakładając płaszcz. — Nie mógł wymyślić czegoś cieplejszego? Przecież mnie tam przewieje!
— Poruszasz się trochę, to od razu będzie ci cieplej.
Mateo i jego nieudolne zachęty. Nie byłam w humorze na takie rzeczy.
— Swoją drogą, nikt nie może cię dziś znaleźć — dodał, rzucając mi krótkie spojrzenie.
— Przecież jestem ciągle na widoku. — Rozłożyłam ręce.
Nie do końca była to prawda, ale on jakoś potrafił mnie odnaleźć. Wystarczyła odrobina chęci.
— Zresztą dobrze mi tu. Mam święty spokój i ładne widoki.
Środek nocy i widoki, dobre sobie.
— Nie wątpię. Sam ci pokazałem to miejsce — uśmiechnął się, podając mi butelkę z piwem. — Nawet nie tknęłaś.
— A myślisz, że jak tu weszłam? — prychnęłam, biorąc od niego trunek.
— To jak tym razem chcesz to zrobić? — Spojrzał w dół, gdzie impreza trwała w najlepsze.
— Klasycznie? — podeszłam bliżej, by zerknąć na skałki pod nami.
— Yhm. Nie jestem do tego przekonany. — Skrzywił się i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Nie mów, że tak tu weszłaś?
— W sumie to… — zrobiłam krok, a kilka kamieni osunęło się ze zbocza. Mateo zareagował błyskawicznie. Wyciągnął rękę, chwycił mnie mocno i odciągnął od krawędzi.
Jak zawsze zbyt ostrożny. Właśnie dlatego nigdy nic głębszego mnie do niego nie ciągnęło. Był jak bezpieczna przystań, a ja… ja potrzebowałam zniszczenia. Najlepiej siebie.
— Idziemy na około — sapnął, ruszając w przeciwną stronę, ciągnąc mnie za sobą.
Rozumiałam jego potrzebę zapewnienia mi bezpieczeństwa, ale nie kosztem mojej ręki. Na szczęście zdążył zrobić tylko kilka kroków, nim z lasu dobiegło nas stłumione piszczenie. Chłopak natychmiast stanął mocniej ściskając moją dłoń.
— Czyżbyś się wystraszył wiewiórki? — Zaśmiałam się, ale jego twarz zesztywniała. Wyglądał, jakby wytrzeźwiał w ułamku sekundy.
— Wiewiórki tak nie robią — odparł cicho.
— Zawsze możemy zawrócić — zaproponowałam.
— Jasne, żebym sobie kark skręcił — warknął, ale nie ruszył ani o krok. Kiedyś nie przeszkadzała mu myśl, by skoczyć w przepaść.
— To co proponujesz? — syknęłam stanowczo.
Nie miałam ochoty iść tam i upijać Elle, a później patrzeć, czy wykona coś, co ją przeraża. Ale jakoś musieliśmy zejść z tej góry. Reszta zapewne już na nas czekała, a Mateo stał w totalnej ciszy, nasłuchując odgłosów lasu.
— Ja biegnę, a ty za mną, co? — zerknęłam na niego. Nie odpowiedział, więc ruszyłam przed siebie.
— Nabi! Do cholery, dziewczyno! — wrzasnął wkurzony, ale słyszałam za sobą ciężar jego butów.
— Szybciej! — odkrzyknęłam w eter, pędząc ile sił w nogach. Nie minęło kilka minut, a byliśmy na dole.
— Oszalałaś! — Mateo wpadł we mnie, chwytając w pasie, nie zauważając, że zdążyłam się zatrzymać.
— Daj spokój, nie było tak źle — uśmiech nie schodził mi z twarzy, podczas gdy on wciąż wyglądał na lekko przestraszonego.
Swoim zachowaniem przypominał mi Jiyonga. Kiedy jeszcze mieszkałam w Korei, Ji i ja często się wygłupialiśmy i ładowaliśmy w kłopoty. Nic nas nie zatrzymywało. Mateo różniło od niego to, że wyjątkowo nie przepadał za dzikimi zwierzętami, co w niektórych sytuacjach bywało dość zabawne.
Tak jak teraz. Pewnie wciąż analizował, czy słyszał wiewiórkę, czy coś, co mogło go pożreć.
— Mogło nas tam coś zaatakować! — krzyknął, stopniowo odsuwając się ode mnie.
— Następnym razem cię zepchnę — rzuciłam niedbale. — Może niczego nie połamiesz przy lądowaniu. Zobaczymy, co wtedy będziesz mówić.
Patrzyłam, jak próbuje wymyślić ripostę, ale nic nie wskazywało na to, że mu się uda.
— To ustalone!
— Gdybym mógł, to bym cię pociągnął ze mną na dno — rzucił ni stąd, ni zowąd.
— Łał, to żeś wymyślił — prychnęłam. — A można wiedzieć, co cię przed tym powstrzymuje?
— Wizja, jak twój brat mnie tłucze — odparł z miną, która sugerowała, że właśnie miał daną scenę przed oczami.
— Czasem zapominam, że się znacie — szepnęłam, spuszczając wzrok.
Mateo właśnie przypomniał mi moment, gdy Sam, przyjeżdżając do nas na święta, o mało co nie potrącił chłopaka. Sammy niby był tym mądrym w rodzinie, a nie pamiętał, jak się w Anglii jeździ.
Od tamtej pory ta dwójka spędzała ze sobą czas. Było to trochę podejrzane, ale dzięki temu mogłam podsuwać Mateo różne myśli, licząc, że powtórzy je mojemu bratu. W ten sposób miałam od Sama względny spokój.
— Lecz wciąż nie widzę powodu, byś miał się go bać.
— Jest dość opiekuńczy względem ciebie — stwierdził krótko. — I nie boję się go! — podniósł głos, gdy tylko dotarło do niego, co właśnie powiedziałam.
Musiałam przyznać mu rację. Sam nie miał hamulców, gdy ktoś próbował mi zaszkodzić. Bycie jego młodszą siostrą to jednocześnie przywilej i przekleństwo.
— Chyba że na drodze — zagaiłam, licząc, że podchwyci moje wspomnienie.
— Tak, pod koła lepiej mu nie wchodzić — roześmialiśmy się głośniej niż zazwyczaj. — Zresztą Sam też dziś robi jakąś imprezę. A może to było wczoraj? — Mateo zamyślił się na moment. — Nigdy nie ogarniam, która u niego godzina.
Spojrzałam na zegarek w telefonie, machając mu nim przed twarzą.
— Aktualnie nieco po piątej.
— A skąd to wiesz?
— Bo mam ustawione dwa zegarki w komórce? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie. — Czego nie zrozumiałeś z machnięcia ci przed nosem telefonem, kiedy mówiłam, która godzina u Sama?
— W sumie to wszystkiego. Trochę już wypiłem — podrapał się po głowie i zerknął za mnie.
Sekundę później poczułam w dłoni wibrację.
Jiyong: Chwilę nie patrzyłem na telefon, a ty już przenosisz naszą znajomość na wyższy poziom.
Ja: Ależ nic z tych rzeczy!
— Z kim ty tak ciągle dziś piszesz? — Mateo nagle chrząknął. — My próbujemy upić nową, a ty cały wieczór ukrywasz się z komórką.
— Nie znasz — ucięłam i kontynuowałam pisanie, uświadamiając sobie, o czym rozmawiałam z Mateo. Ji wypisywał do mnie, gdy u niego był blady świt.
Ja: Swoją drogą nie powinieneś przypadkiem spać?
— Od kiedy jesteś taka tajemnicza? — nachylił się nade mną. — Jiyong? Hm, brzmi znajomo — stwierdził, zerkając mi w ekran. Od razu go zablokowałam.
Nie ukrywałam znajomości z Ji, ale nie lubiłam, gdy ktoś wpychał nos w nie swoje sprawy. Szczególnie kiedy robił to bez pytania, uznając, że ma do tego prawo.
— Szybka reakcja — puścił mi oczko i wyprostował się. — Oj.
— Co tym razem? — spojrzałam na niego, po czym odwróciłam się w stronę, którą patrzył. Moje szczęście momentalnie wyparowało. — O…
Rozdział 4
Wolny spadek
Uderzył we mnie ostry, przytłaczający zapach, który nosiła tylko jedna osoba. Derek. Mocniej wychyliłam się zza murka i wstrzymałam oddech. Klęcząca przed nim blondynka tak bardzo przypominała Sarę. Te same lśniące włosy, figura…
Coś we mnie pękło. Tuż pod żebrami, rozdzierając wnętrze na małe kawałeczki. Powinnam mieć ich w dupie, przejść obojętnie obok tego widoku, ale zamiast tego patrzyłam i słuchałam podświadomego szeptu: A jednak boli. Zacisnęłam palce na rękawie płaszcza czując szorstkość materiału.
— Przykro mi — gorący szept Mateo odbił się od ucha nie wywołując żadnej reakcji.
Objął mnie w pasie i wycofał do rogu. Tu nas nikt nie widział. Staliśmy tak oparci o siebie dłuższą chwilę, milcząc. Słowa były zbędne. Wnosiły tylko pustkę i nic nie zmieniały.
Beznamiętnie spojrzałam na odblokowany ekran, czując bijące od telefonu ciepło i wibracje.
Jiyong: Przypadkiem nie. Specjalnie tak.
— Nie wiem, o czym gadacie, ale po minie wnioskuję, że trafił w sedno — zagaił, zerkając na wiadomość.
Z nas dwojga, tylko ja znałam koreański.
— Żebyś wiedział — odparłam, odwracając się na pięcie. — Idziemy?
Mięśnie twarzy buntowały się przeciwko uśmiechowi. To był jeden z tych momentów, w których najlepiej wyćwiczona maska pękała. Kąciki ust drgnęły niepewnie, ale nie potrafiłam ich utrzymać. Zostałam z wymuszonym grymasem, zmęczona graniem kogoś, kto już dawno powinien przestać się przejmować.
— Jesteś pewna? — Głos mu zadrżał, a wzrok niepewnie powędrował na mur. Nie miał ochoty spotkać tej parki, a mimo to stał przy mnie, brodząc w bagnie. — Możemy tu jeszcze chwile postać, żeby…
— Nie przeszkodzić im przypadkiem? — dokończyłam, widząc, z jakim oporem szło mu mówienie. — Mogli się lepiej ukryć, a nie stać na widoku.
Chwyciłam go za dłoń i pociągnęłam.
— Muszę się napić czegoś mocniejszego niż to — poruszyłam butelką, którą wciąż trzymałam w dłoni.
Piwo było bezpiecznym kompromisem na miłe, pogawędki. Teraz potrzebowałam czegoś, co zagłuszy narastający chaos. Chciałam przestać analizować, czuć i pamiętać.
— Widzisz? Już ich nie ma — stwierdziłam. Puściłam dłoń Mateo i mijając miejsce, gdzie przed chwilą stał Derek, ruszyłam prosto do znajomych.
— No nareszcie! — Głos Dennisa rozbrzmiał zbyt blisko, gdy wpadałam w ich krąg. — Gdzieście się włóczyli?
Był już wstawiony. Słyszałam, jak przeciągał samogłoski.
— Oj, chciałbyś wiedzieć! — Podeszłam do niego, przybierając wesoły uśmiech. — Nie mogę zdradzać tajemnic, które dzielę z Mateo. Choć gdybyś bardzo nalegał, może coś bym szepnęła… ale nie za darmo.
Nachyliłam się nad stolikiem i złapałam trzy butelki ginu oraz jakiś nieznany sok.
— Czyli co, polana? — zapytałam, radośnie.
Niech Derek wie, że stracił szansę.
— Jedna dla ciebie — podałam butelkę Mateo i zwróciłam się do Elle. — Ty bierzesz drugą. Masz puste ręce, a chyba nie przyjechałaś tu po nic. — Zwilżyłam usta, mierząc wzrokiem jej sylwetkę. — I coś na osłodę, gdyby trunek ci nie podszedł.
— Ktoś tu nam się zaczyna rozkręcać! — Dennis podchwycił mój nastrój i ruszył w tłum.
Tego potrzebowałam. Chwili bez zbędnych myśli. Tylko śmiechu, muzyki i znajomych twarzy.
— A! Jeszcze jedno — cofnęłam się w ostatnim momencie. — Plecaczek.
Podbiegłam do koca, żeby go zabrać.
— Wszystko z nią okej? — Głos Hanny dobiegł zza moich pleców, ale nie zareagowałam.
— Sam nie wiem — odparł Mateo.
Upewniłam się, że wszystko jest na miejscu, i ruszyłam za Dennisem. Skubany zdążył już zajść całkiem daleko.
— Który to skusił się na dzisiejszą cnotkę? — rzuciłam, doganiając szatyna.
— Cichutko. — Położył palec na ustach. — Jeszcze usłyszą.
— Są w chuj za nami! — Machnęłam dłonią, otwierając gin. Im szybciej zacznę pić, tym szybciej zatrę obraz Dereka.
Szkoda tylko, że to chwilowe rozwiązanie. Alkohol miał jedną, paskudną cechę: zamiast zacierać wspomnienia, wyostrzał je, zostawiając w głowie emocjonalny rozpierdol.
— Zaprosił Mateo. — Dziwne.
— A kto zabawia? — dopytałam, wyciągając papierosy.
— David. Ale dziś częściej gada z Hanną, więc nie wiem, czy da radę. Zresztą ona nie wygląda na zainteresowaną.
Odpaliłam fajkę i zaciągnęłam się mocno. Ciepło rozlało się w płucach, wypełniając je trucizną życia.
— Za to tobą jak najbardziej!
Jest i olśnienie mojego geniusza! A sądziłam, że David szepnął mu już słówko o mnie, Elle i samochodzie.
Ciekawość wzięła górę. Odwróciłam się i zerknęłam na dziewczynę. Musiałam wiedzieć, czy patrzyła na mnie tak, jak sugerował Dennis. A może to tylko złudzenie? Wynik narastającego napięcia? Bo jeśli faktycznie mnie obserwowała, ta noc właśnie stała się skomplikowana. Chyba że alkohol zaczął działać i widziałam to, co chciałam zobaczyć.
— Teraz miała być wasza kolej — skwitowałam, biorąc głębszy łyk z butelki. — Mogłeś bardziej przypilnować Davida, zamiast tylko pić.
— Nie mów, że nie chcesz. — Posłał mi wymowne spojrzenie, stając w miejscu. Ruszył dopiero, gdy go minęłam. — Zresztą, co za różnica, kto ją upije. Chcemy tylko zobaczyć, czy zechce się skompromitować.
— Oj, gdy była nasza kolej, to jakoś widzieliście różnicę — warknęłam, wskazując palcem na przestrzeń między nami.
Walczyłam ze sobą, by nie przewrócić oczami. Dennis miał ten zdradziecki dar ignorowania problemów, które go bezpośrednio nie dotyczyły. Czasami okropnie mnie tym wkurzał. Chyba że dzięki niemu zapominałam o własnych, wtedy byłam mu wdzięczna.
— Kto wam takich głupot naopowiadał? — zaoponował.
— Ty!
— Nie bądź taka pamiętliwa. Przecież nic się nie stało.
— Jak ostatnio? — spojrzałam na niego sugestywnie.
Był już mocno podpity, ale chyba nie zapomniał, jak rok temu śmiechy umilkły wraz z krwią i paniką. I ta przerażająca cisza, kiedy nikt nie wiedział, czy trzeba będzie wzywać karetkę. Potrząsnęłam głową na samą myśl.
— To nie była moja wina. — Wskazał na mnie dłonią.
Miał rację. Dennis ostatnim razem nikogo nie namawiał do skakania z pomostu i rozwalania sobie nogi o jakiś pręt w wodzie.
— Koleś miał szczęście, że mu większej krzywdy nie zrobiłyście — dodał po chwili.
— E, ja mu nic nie zrobiłam. Byłam tylko od nalewania — skarciłam go palcem. — Sara się uparła, że będą skakać w środku nocy. I w sumie szkoda, że akurat jej się nic nie stało. — Wzięłam kolejny łyk, który natychmiast przypomniał mi, jak gorzki smak ma moje życie.
— Coś mnie ominęło?
Jak na pijanego, szybko wyłapywał interesujące go słówka.
— Powiedzmy, że już sobie dzisiaj pofolgowała z Derekiem.
— Po… co?
No tak. Sara i te jej pieprzone, mądre słówka, które powrzucała mi do łba. Zresztą Dennis powinien je znać. Był ode mnie starszy! Chyba że alkohol zamroczył mu już kilka ważnych połączeń w mózgu. Jak na ironię, ja wciąż byłam zbyt trzeźwa.
— Pofolgowali — powtórzyłam, ale jego mina mówiła tylko jedno: „nie rozumiem”. — Zabawili się, debilu.
— Trzeba było tak od razu, a nie bawić się w Sarę — zbulwersował się. — Czyli oni odpadają.
— Jesteś okropny, wiesz? — Zatrzymałam się gwałtownie, wymuszając na nim to samo.
Jak on mógł? Przecież wiedział o mnie i Dereku. Zachowywał się tak, jakby całe jego życie było tylko pieprzoną imprezą. A mnie, w dodatku, bawiła ta jego ignorancja. Wkurzała, ale jednocześnie cieszyła. Pewnie dlatego, że przy nim nie musiałam udawać dobrze wychowanej, bogatej dziewczynki.
Przy Dennisie byłam zwykłą, zepsutą idiotką.
— A no tak — skrzywił się. — Coś tam kręcicie ze sobą.
— Już nieaktualne.
Tak jak większość rzeczy, które miały znaczenie, dopóki nie zostały zdeptane. Ale po co o tym mówić? Po co tłumaczyć coś, co przestało być warte wspominania?
Wzięłam kolejny łyk, niezadowolona, i ruszyłam dalej. Gin był cierpki, mocny, dokładnie taki, jak powinien. Jak coś, co daje chwilowe ukojenie, ale w zamian pozostawia gorzki posmak. Idealna metafora mojego życia.
— Czyli się zgadzasz? — Dennis podbiegł do mnie, wyraźnie zadowolony.
— A co mi szkodzi? — spytałam retorycznie. — Najwyżej dziewczyna się spłoszy i będzie chciała wrócić do domu. — Było mi już wszystko jedno. — A ja wciąż pozostanę niezaspokojona.
Czułam, jak kolejny błahy powód wywołuje u mnie nostalgię. Nie chodziło tylko o to, że coś mnie ominęło. Chodziło o to, że wszystko od jakiegoś czasu zdawało się być niesatysfakcjonujące. Nic nie miało smaku. Nawet ten cholerny alkohol.
— Wtedy zobaczymy, czy Mateo stanie na wysokości zadania, skoro Derek wyczerpał już swój limit. — Puścił mi oczko i ruszył szybszym krokiem do przodu.
— Jesteśmy! — wykrzyczał w czarną przestrzeń przed nami, po czym rzucił mi jakiś koc, którego wcześniej u niego nie zauważyłam.
Złapałam go bez słowa. Teraz interesowało mnie szybkie upicie się. Sprawienie, by każda kolejna kropla ginu wygładziła ostre krawędzie moich myśli. Chciałam stworzyć iluzję. Krótkotrwałe zawieszenie, które i tak w końcu pęknie. Póki co, napawałam się pragnieniem.
Ta sytuacja przypomniała mi, że znów nic nie odpisałam Ji. A skoro zanosiło się na harce… mogłam już nie mieć okazji. Czym prędzej wyjęłam telefon z kieszeni, mrużąc oczy od nadmiaru światła.
Ja: Mówił ci już ktoś kiedyś, że masz niebywałą zdolność pisania tego, co w danym momencie chce się zobaczyć?
Wysyłałam. Wiedziałam, że nawet jeśli nie do końca zrozumie, to nie będzie mnie oceniał. W tej chwili potrzebowałam kogoś, komu mogłam napisać cokolwiek bez obawy o konsekwencje.
Jiyong zawsze był bezpiecznym odbiorcą. W świecie, w którym wszystko zdawało się mieć drugie dno, on jako jedynym, nie analizował moich błędów. Pozwalał mi mówić i wyrzucać z siebie wszelkie śmieci.
Po następnym łyku poczułam lekki zawrót głowy. Świat przez ułamek sekundy zachwiał się pod moimi stopami, ale zamiast zwolnić, wzięłam kolejny haust. Jeszcze nie było dość. Nie mogło być. Bo gdybym się zatrzymam, zaczęłabym myśleć. A dzisiaj chciałam tylko dryfować. Stać się częścią tej beznadziei. Nie być sobą.
— Wszystko w porządku?
Nagle poczułam na sobie czyjeś silne dłonie. Przez sekundę nie potrafiłam dopasować ich do żadnej znajomej twarzy, ale gdy podniosłam wzrok… zobaczyłam przed sobą wyjątkowo niebieskie oczy. Były tak nierealne. Jak moje marzenia o powrocie do Korei.
— Ji… — zaczęłam, lecz przerwałam.
Nie to miejsce, nie ten czas i nie ten kolor, ty debilko.
— Mateo — poprawiłam się, czując piach w ustach. Nie jego chciałam.
— Nie za dużo jak na raz? — zapytał, spoglądając na moją dłoń, w której zaciskałam do połowy opróżnioną butelkę.
— Jakby to kogoś obchodziło — wymruczałam.
Znów był nadopiekuńczy, a ja z trudem to odrzucałam. Nie chciałam go ranić, ale chyba nie umiałam inaczej. Czmychnęłam z jego ramion, odnajdując wzrokiem zdobycz.
— Elle! — krzyknęłam z nutą pijackiej radości. — Chodź, pokażę ci fajne miejsce.
Chwyciłam jej dłoń i pociągnęłam za sobą.
— Jakoś wolno ci idzie — zauważyłam, spoglądając na jej wciąż zamknięty gin.
Nie rozumiałam, jak można tu siedzieć i nie pić. Jak można być częścią tej nocy i nie pozwolić jej się wciągnąć. A może Elle była inna?
— Masz z otwartą, pójdzie ci łatwiej — stwierdziłam i podmieniłam nasze butelki, nie pytając o zdanie.
— Za to tobie idzie wyjątkowo szybko — zauważyła, wyraźnie zaskoczona moim ruchem.
— Nie przyjechałam tu smęcić.
Starałam się nie przejmować tą reakcją i szłam dalej. W końcu nie ona pierwsza sugerowała, że za dużo wypiłam. Po krótkiej wędrówce doszłam do wniosku, że to tutaj. Miejsce idealne na piknik. Z kocem, ginem i naszą dwójką.
— Przestań się przejmować i kładź. — Wskazałam dłonią miejsce obok siebie. Sama opadłam na koc pierwsza. — W końcu spokój.
Elle po krótkiej chwili usiadła niepewnie, ale na tyle blisko, bym poczuła różnicę.
— Cicho tu — szepnęła.
Nareszcie mogłam odpocząć od całego zgiełku. Ta cisza była niczym zbawienie, miękki koc, otulający przed rzeczywistością. Nie było tu oceniających spojrzeń, presji, ani konieczności tłumaczenia się z czegokolwiek. Przynajmniej na tę krótką chwilę.
— Pięknie prawda? — spytałam.
Moje małe wytchnienie przerwało drganie komórki. Wiedząc, kto napisał, bez zbędnych ceregieli podniosłam się i sprawdziłam treść.
Jiyong: Coś się stało?
Ja: Można tak powiedzieć.
Myśl o tym, że mógłby mnie ocenić, gdybym napisała mu o moim obecnym stanie, nie zmieniała faktu, jak bardzo pragnęłam to zrobić. Ji był jedyną osobą, przy której nigdy nie musiałam udawać. Mogłam być sobą, a on to doceniał.
Ostatni raz widziałam go, gdy mieliśmy po dwanaście lat. On dojrzał, a ja… wciąż zapijałam smutki. W głowie miałam wyidealizowany obraz Jiyonga. Kogoś, kto rozumie mnie bez zbędnych pytań.
Ale czy nadal był taki? Czy po tych wszystkich latach wciąż był tym samym chłopcem, do którego mogłabym wrócić bez obaw? Miło było uciekać w tamte beztroskie czasy, jednak obecność Elle, która co chwila zerkała na mnie, psuła wszystko.
Nic nie mówiła, ale te jej nieznaczne spojrzenia sprawiały, że czułam się nieswojo. Nie byłam pewna, co nią kierowało. Ciekawość? Ocena? Jej wzrok kłuł mnie niczym igła, skutecznie wytrącając z myśli.
Nie reagując jakoś specjalnie, wyjęłam fajki. Jedną włożyłam między wargi, a paczkę z wysuniętą sztuką podsunęłam Elle.
— Nie powinnam — mruknęła, choć w jej głosie słyszałam wahanie.
Dlaczego to komplikujesz? Przecież słyszę, że chcesz.
— Po prostu weź — poruszyłam opakowaniem, chcąc wymusić na niej reakcję i uciszyć to marudzenie. — Nikt cię tu nie zobaczy. Jesteśmy na totalnym zadupiu.
Poskutkowało. Wzięła jednego, a ja znów mogłam schować ręce w rękawy płaszcza.
— Nie jesteś wielką fanką picia, co? — zauważyłam, wymownie zerkając na wciąż pełną butelkę ginu.
Elle nawet zaczęła coś mówić, ale bardziej mnie zainteresował sygnał wiadomości niż jej odpowiedź.
Jiyong: Chcesz o tym pogadać?
Coś mi nie pasowało w sposobie, w jaki do mnie pisał, choć równie dobrze mogło to być efektem mojego upojenia. Nie mieliśmy już po dwanaście lat. Przez ten czas dojrzał emocjonalnie na tyle, by naprawdę chcieć słuchać moich głupich problemów.
Oczywiście, to nie był pierwszy raz, kiedy okazywał zainteresowanie. Ale dzisiejsza rozmowa zdawała się być inna niż wszystkie poprzednie.
Ja: Chciałabym, ale to nic nie zmieni. Mimo wszystko…
Napisałam to z pełną szczerością i narastającym smutkiem.
— Ktoś ważny? — Głos Elle przeciął ciszę.
Super, zauważyła, że ją olewam.
— Am, nie — skłamałam, blokując telefon. Wyłączony wyświetlacz pogrążył nas w jeszcze większym mroku. — Coś mówiłaś wcześniej?
Spojrzałam na nią, próbując przybrać maskę zainteresowania, choć wciąż czułam pod palcami ciepło komórki.
— W sumie to nic specjalnego — oznajmiła, po czym wzięła łyk ginu. Skrzywiła się, ale przełknęła.
— O proszę, jednak się przekonałaś — na moją twarz wpełzł zwycięski uśmiech. — Mogę ci dać coś słabszego na początek, jeśli chcesz? — Przypomniałam sobie o piwie w plecaku.
— Nie trzeba — znów zrobiła grymas, biorąc kolejny, wymuszony łyk.
— Nie chcę cię zmuszać.
Miałam wrażenie, że to nie jej bajka.
— Podobno lepiej nie mieszać — dodała, niemal przepraszająco.
— Nie piłaś wcześniej? — zdziwiłam się szczerze.
Wydawało mi się, że skoro przyszła na imprezę, gdzie ludzie świętowali ostatnie dni wolności, to choć raz miała w ustach alkohol. Nie potrzebowałam jej problemów.
— Oddawaj to — rzuciłam, wyciągając rękę po butelkę. Elle okazała się szybsza. — Co ty wyprawiasz?
— Chce spróbować — rzekła, krótko, dosadnie, unosząc szkło do ust.
— Czego? Kaca? — Jej tok myślenia wybił mnie z tropu.
— Jak to jest być wami.
— Nami? — powtórzyłam, nie do końca rozumiejąc, co miała na myśli.
Zabrzmiało to tak, jakbyśmy byli jakimś obcym gatunkiem na planecie. Choć, nie powiem, kilkoro z nas faktycznie odstawało intelektem. Taki na przykład Derek. Idiota w pełnej krasie. Wróć, tego też mu brakowało.
— No wiesz… bogatymi — zaczęła niepewnie, lekko bełkocząc. — Macie wszystko, niczym się nie przejmujecie, pijecie, kiedy chcecie. — Wskazała na butelkę w mojej dłoni.
— Nie masz pojęcia, o czym mówisz — ucięłam, czując jak, uchodzi ze mnie energia.
Bogaci? Jasne. Tylko nikt nie wspominał, że pieniądze nie kupują zdrowej relacji z rodzicami. Że nie dają szczęścia, a jedynie droższe prezenty. A już na pewno nie kupują wolności od błędów, które ciągną się za tobą latami.
— Skąd ta myśl? — zapytała cicho, przygryzając wargę.
Patrzyłam na nią, a w mojej głowie zalągł się natłok myśli. Ten gest, to, jak wodziła po mnie wzrokiem… Flirtowała ze mną świadomie, czy alkohol ot tak puścił jej wszelkie zahamowania? Była tego w ogóle świadoma?
— Wybacz.
— Co? — Posłałam jej niewinny uśmiech, sądząc, że moja mina nie była taka, jaką sobie wyobrażała. — Że procenty zaczęły na ciebie działać szybciej, niż sądziłam?
— Chyba — szepnęła, wciąż uważnie mnie obserwując.
— Swoją drogą, bycie „nami” nie jest takie super, jak sądzisz — kontynuowałam, a mój głos spadł o jeden ton niżej. — Nie trzeba się specjalnie starać, żeby zostać zakałą rodziny. Ale jeśli rodzice cię nie wydziedziczą, to po ich śmierci zostaniesz bogata. — Wskazałam na nią butelką, uderzając w jej szkło. Rozległ się głuchy dźwięk, który szybko zagłuszył szum drzew. — A do tego czasu możesz bez oporów korzystać z ich konta bankowego i udawać szczęśliwą.
Jej spojrzenie było mieszanką ciekawości i niepewności. Jakby nadal analizowała, czy chce być częścią tego zepsutego świata, który jej pokazywałam.
— Czyli macie tak samo przesrane jak biedni, tylko wynagradzacie sobie wszystko kasą — oznajmiła, ewidentnie wstawiona. Musiała wypić coś wcześniej, gdy byłam zajęta własnym bagnem.
— Dokładnie — przytaknęłam.
— Czyli lepiej? — dopytała nieśmiało, jakby wciąż szukała w tym nadziei.
— Czyli lepiej. — Wzięłam kolejny, piekący łyk ginu i odrzuciłam, wciąż zgaszonego papierosa.
— Nie chciałabyś tak żyć — dodałam, widząc jej zakłopotanie. — Znaczy… chciałabyś — sprostowałam. — Ale z kasą czy bez, wszystko boli tak samo.
— Mimo to ludzie wolą płakać przy droższych trunkach.
— Akurat pijemy ten ze zwykłej — parsknęła i ku mojemu zdziwieniu, zawtórowałam jej.
Nasz śmiech uciekał między gałęzie drzew, zmiękczając atmosferę. W jednej chwili problemy z rodzicami, Ji… zniknęły, pozostawiając za sobą uchylone drzwi, przez które ledwo migotało światło. Siedziałyśmy ramię w ramię, ale gdy się odwróciłam, nieświadomie, znalazłam się niebezpiecznie blisko niej.
Nie byłam tylko pewna, dla której z nas było to większym zagrożeniem.
— Nawet nie wiem, jak masz na imię — powiedziała, z wahaniem spoglądając na moje wargi.
— Przecież wiesz, że Nabi — odpowiedziałam szeptem, czując jej przyśpieszony oddech.
Uniosłam dłoń i delikatnie dotknęłam jej twarzy. Palcami przesunęłam po jej policzku. Była tak cholernie prawdziwa.
Przybliżyłam się jeszcze bardziej. Nie miałam pojęcia, co mną kierowało. Może zwykła, ludzka potrzeba, a może odruch. Jedno wiedziałam na pewno. To było lepsze niż użalanie się nad sobą. Krótka chwila, która mogła na moment zatrzeć chaos w mojej głowie.
To nie była dobra decyzja. Raczej próba uciszenia czegoś, co we mnie wyło. Ale w tej sekundzie, gdy jej oddech był tak blisko mnie, nic nie miało znaczenia.
— Ja…
— Ja też — mruknęłam i nie zwlekając dłużej, uciszyłam ją pocałunkiem.
Wiedziałam, co miała na myśli. Czułam sztywność jej ramion, niepewne ruchy warg. Elle nie była pierwszą dziewczyną, którą całowałam, ale skłamałam, dając jej złudne wrażenie, że nie jest w tym sama.
Sądziłam, że prędzej ucieknie, niż pozwoli mi na więcej. A jednak… jej palce zacisnęły się lekko na moim ramieniu. — Jesteś pewna? — zapytała, łaskocząc mnie gorącym oddechem.
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego usiadłam między jej nogami, przyciągając ją bliżej siebie i wróciłam do jej ust. W tej chwili, wszystko inne przestało istnieć. Nie liczył się czas, miejsce, ani to, co będzie jutro. Było tylko ciepło jej skóry, ciężar chwili i wygodne zapomnienie.
Doskonale wiedziałam, że Elle była tylko odskocznią. A mimo to pozwalałam jej na więcej, niż powinnam. W tej chwili, ona, jako jedyna dawała mi spokój.
Smak jej ust przeobrażał się pod moimi wargami z cierpkiej goryczy alkoholu w słodką nutę malinowego soku. Nasze dłonie szybko odnalazły odpowiednie fragmenty ciał. Jakby od zawsze wiedziały, gdzie należą. Chwilowe odsunięcie się Elle tylko zachęciło mnie do dalszego przeżywania tej przyjemności.
Te ciepłe palce, zsuwające mi delikatnie płaszcz z ramion, i niepewne spojrzenia z nadzieją na więcej nie pozwalały przestać się zbliżać. Czułam ciągły niedostatek bliskości. Każda sekunda bez dotyku była stratą. Nie chcąc tracić tej chwili, cofnęłam się nieznacznie i zaczęłam rozpinać koszulę. Elle natychmiast to zauważyła, skupiając całą uwagę na moim ruchu. Niepewnie wyciągnęła dłoń, a ja, chcąc ją zachęcić, przygryzłam lekko dolną wargę. Napotykając jej wzrok, zwilżyłam usta językiem, czekając, aż wykona następny krok.
Jej dotyk pokazał mi, że chce tego tak samo mocno jak ja. Chwyciłam ją mocniej za twarz, przysunęłam bliżej i zaczęłam całować, zapominając, po co właściwie tu przyszłam. Do chwili.
Tak bardzo tego chciałam! A mimo to coś nie dawało mi spokoju. Wycofując się między pocałunkami, by na chwilę złapać oddech, poczułam, jak jedna myśl wierci mi dziurę w mózgu. Spuściłam głowę, chcąc uniknąć jej wzroku.
Nie wiedziałam, co mną kierowało, ale czułam, że nie powinnam tego robić. To była ta sama myśl, co zawsze. Nie tyle ostrzeżenie, co głuche przypomnienie, mówiące: nie można uciec przed tym, co siedzi w środku.
— Czyli taką masz słabość, Elle — zamarłam, słysząc znajomy, kobiecy głos.
Otworzyłam szerzej oczy. Ciało dziewczyny w sekundę stało się napięte, jakby próbowała zniknąć. Ale tu nie było gdzie się ukryć. Była odsłonięta, a Sara dobrze o tym wiedziała.
— Idź stąd — syknęłam, zaciskając zęby, wciąż z ustami blisko szyi Elle.
— No co ty, Nabi, nie dasz popatrzeć? — Byłam pewna, że jej oczy właśnie błyszczały triumfem.
— Nie i… spieprzaj stąd! — krzyknęłam, podnosząc głowę.
Sara kucała tuż obok nas z miną, która mówiła jedno: będzie o czym gadać. Już widziałam, jak opowiada innym, że nową podniecają kobiety. Choć wcale nie była lepsza. Właściwie jeszcze nie tak dawno robiłyśmy to samo.
— Nic mi nie zrobisz, Nabi. Za to ją czeka ciekawy przyszły rok — powiedziała, wskazując dłonią na nową.
Wiedząc, do czego Sara jest zdolna, instynktownie spojrzałam na jej dłonie. Oczywiście, telefon. Zawsze gotowa i czujna. Jakby czekała na moment, w którym będzie mogła kogoś rozbroić jednym kliknięciem.
— Nie ośmielisz się — złość coraz bardziej we mnie kipiała.
— Spokojnie, tobie nic nie będzie. Twoja reputacja nie pozwoli, by stała ci się krzywda — mówiła, śmiejąc mi się niemalże w twarz.
— Z czym ty masz problem? — wstałam, czując, jak Elle próbuje się odsunąć.
— Lepiej zapnij, bo jeszcze zmarzniesz — rzuciła, wskazując na moją rozpiętą koszulę.
— Nie udawaj, że cię to obchodzi. Obydwie wiemy, że poza czubkiem własnego nosa nic cię nigdy nie interesowało — gniew narósł we mnie jak fala. I wiedziałam, że zaraz się wyleje.
— Nabi? — Elle odezwała się cicho, niemal szepcząc, ale nie odpowiedziałam.
— Dziewczyna cię woła — Sara aż promieniała z satysfakcji. Czekała na ten moment. Chciała, żebym się złamała.
— Mam cię już serdecznie dość! — złapałam ją gwałtownie za bluzę i szarpnęłam do siebie tak, że prawie straciła równowagę. — Lepiej to usuń.
— Bo co? — mój ruch ani trochę nie zrobił na niej wrażenia. Zachowywała się, jakby była nietykalna.
I może bym w to uwierzyła… ale dla mnie taka nie była.
— Zapomniałaś już, co ze mną robiłaś ostatniego lata? — uśmiechnęłam się szyderczo. — Przyszła prawniczka nie powinna sobie pozwalać na takie rzeczy.
— Ty suko.
— Czyżbym znalazła twoją słabość?
— Nic na mnie nie masz — odepchnęła mnie gwałtownie, z wyraźną wściekłością.
Słodki zapach likieru z jej ust podrażnił mi nos. Kompletnie nie rozumiałam, jak mogła to pić i nie rzygać.
Nie czekając na moją odpowiedź, zaczęła się wycofywać.
— Jesteś tego pewna? — tym razem to mi uśmieszek nie schodził z ust.
Choć Sara miała rację. Nigdy niczego z nami nie nagrałam. W końcu nie na tym polegała nasza bliskość.
— Zawsze możesz się przekonać, do czego jestem zdolna. — Podeszłam do koca, gdzie nadal siedziała wystraszona Elle.
Było coś jeszcze. Jakby… próbowała zrozumieć, czy to, co właśnie się wydarzyło, miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Może chciała coś powiedzieć, ale chyba wiedziała, że lepiej milczeć. Mrugnąwszy do niej okiem, podniosłam telefon i zamykając kolejne powiadomienie o wiadomości, udałam, że czegoś szukam.
— Coś ci się pomieszało, koleżaneczko.
— Koleżaneczko? — zwróciłam się do Sary z grymasem. — Nigdy nie byłyśmy koleżankami — wskazałam po nas, oceniając ją wzrokiem. — Ale jednego możesz być pewna — podeszłam bliżej, robiąc znaczącą pauzę. — Możesz go sobie zatrzymać. Tylko żeby później nie przychodził do mnie z płaczem.
Nawiązałam wprost do sytuacji sprzed godziny, kiedy widziałam ją z Derekiem. Ale ona, zamiast się wytłumaczyć, zrobić cokolwiek, co pokazałoby, że lata przyjaźni coś dla niej znaczyły, zmrużyła oczy i spróbowała zabrać mi telefon.
— A, nie tak szybko.
Była aż tak pijana, że zapomniała, kim jestem? Że nigdy nie chciałam jej skrzywdzić, a tym bardziej zniszczyć?
Sara nagle zaczęła się śmiać, a mnie coraz mocniej uderzył nadmiar alkoholu.
— Nie zrobisz tego.
— Przekonajmy się więc.
Zanim podjęłam jakąkolwiek akcję, poczułam, jak ciągnie mnie za włosy. Upadek był silny, a ja uderzyłam o coś kamienistego. Ból przy wstawaniu utwierdził mnie w przekonaniu, że to był kamień. Na widok jaskrawoczerwonej krwi sączącej się z przedramienia poczułam, jak zalewa mnie wściekłość.
— Nabi? — usłyszałam nad sobą głos nowej, a po chwili jej chłodną dłoń na ramieniu.
Kiedy się odwróciłam, twarz dziewczyny była napięta od zmartwienia, a szeroko otwarte oczy ukazywały strach. Bezradność w jej spojrzeniu była niemal namacalna. Zbyt dobrze wiedziałam, że po tej nocy Sara nie przestanie jej dręczyć. Nie potrafiłam zrozumieć własnych intencji względem Elle, ale czułam, że na to nie zasługuje. Bez słowa wcisnęłam swój telefon w jej dygoczące dłonie i ruszyłam prosto do Hayes, która zaczęła od nas odchodzić. Dłonie mimochodem zacisnęłam w pięści.
— Nie dość ci? — zaczęła, gdy tylko zauważyła, że za nią idę.
Będąc dostatecznie blisko, zamachnęłam się z wściekłością i uderzyłam ją z całej siły w twarz. Krew poleciała z jej ust, a ja od razu poczułam ulgę. Nie była ona jednak na tyle duża, bym na tym poprzestała.
— Przestańcie! — zza pleców padł drżący głos Elle. Kiedy się odwróciłam, Sara wykorzystała okazję i mnie walnęła.
— Zatłukę cię — wycedziłam, rzucając się na nią.
Mimo że tym razem była gotowa na mój ruch, i tak poleciała na plecy. Utrzymując przewagę, zacisnęłam dłonie na jej szyi, siadając na niej okrakiem.
— Zrobisz jej krzywdę! — nowa już nie błagała. Była przerażona. Słowa łamały się w jej ustach, a ciało drżało na myśl o ruchu.
Sara, wykorzystując moje rozproszenie, kopnęła mnie z całej siły w lewy bok. Ból był natychmiastowy, ostry, rozrywający. Wstając chwiejnym krokiem, spojrzała na mnie z nienawiścią.
— Hej! — czyjś męski głos odbił się echem wokół nas.
Mimo bólu i trudności ze złapaniem oddechu podniosłam się i ruszyłam z powrotem na Sarę. Żadna z nas nie przewidziała jednak, co wydarzy się za chwilę.
— Kurwa, pociąg! — ktoś wrzasnął, a ja poczułam, jak grunt znika spod moich stóp. Serce mi zamarło. Spadałam, ciągnąc inne za sobą.
— Masz ją?! — krzyczał ktoś nade mną, rozsadzając mi głowę bólem.
Czułam jakby coś ściskało mi czaszkę w imadle. Pulsująca fala rozchodziła się od skroni aż po kark. Chciałam chwycić się czegokolwiek, ale świat wokół był rozmazany. W oddali dostrzegłam zamglone sylwetki ludzi.
— Nie ruszaj się.
Metaliczne dudnienie wdzierało się w każdą komórkę mojego ciała, jakby cała ziemia wibrowała pod jego ciężarem. Echo tego dźwięku odbijało się w mojej czaszce, zamieniając wszystko w jedną wielką kakofonię. Czułam, że jestem przez kogoś przytrzymywana. Spróbowałam się odezwać, wyrzucając z siebie niedbale litery.
— Dennis? — zapytałam niepewnie, zanim odpłynęłam.
A może to wcale nie był Dennis? Może to był ktoś inny. Może nikt.
Nie zdążyłam już tego rozstrzygnąć. Ciemność roztoczyła nade mną swoje dłonie. Nie było już bólu. Tylko cisza.
Rozdział 5
Biała cisza
— Wyjeżdża! — Słowo, niczym echo z oddali, przedarło się przez gęstą mgłę snu. Nie byłam pewna, czy to jawa, czy wciąż sen.
— Poczekaj — zawtórował mu kobiecy głos. — Co to zmieni?
Rozmowę przerwał trzask drzwi uderzających o framugę.
— Coś ty narobiła? — Pytanie zawisło w powietrzu, ciężkie od wyrzutu, zanim jeszcze zdołałam wrócić do świadomości.
Próbowałam otworzyć oczy, ale nawet ten gest wydawał się karą. Rażące światło brutalnie przypominało mi o mojej nieodpowiedzialności.
— Sammy? — jęknęłam, dostrzegając sylwetkę brata.
Jego obecność nie mogła być prawdziwa. Musiałam śnić. Tylko dlaczego w tak jasnym i niewygodnym miejscu? I czemu nie mogłam otworzyć oczu?
— Nabi! — Ten okrzyk wywołał u mnie pulsujący ból głowy. Skierowałam rękę w stronę dźwięku, rozumiejąc, że to nie sen. Wyczułam, że ktoś poruszył moim materacem, a potem gwałtownie się oddalił. — Obudziła się!
Do moich uszu zaczęły docierać kolejne dźwięki, zbyt intensywne i realne.
— Nabi… — ktoś dotknął mojego ramienia.
— Panno Sun, słyszy mnie pani? — Światło zdecydowanie za szybko zmieniało swoje położenie, co niemiłosiernie drażniło moje zmysły. — Proszę otworzyć oczy, jeśli mnie panienka słyszy.
— Sam, jesteś tego pewny?
Znów ten kobiecy, zmartwiony głos. Brzmiał jak…
— Tak, wypowiedziała moje imię! — Chłopak niemal pisnął. Nie podobało mi się to.
— Ucisz się — wymamrotałam, nie mogąc już słuchać tego hałasu.
— Panno Sun, proszę na mnie spojrzeć.
Niepewnie, zaczęłam uchylać powieki, próbując przyzwyczaić się do światła, ale nie współpracowały.
— Poproszę pana o przysłonięcie tej zasłony.
Słyszałam go wyraźnie. Męski, stanowczy głos, który za cholerę nie pasował mi do nikogo znajomego.
— Jest pani w szpitalu…
Ciemno, nareszcie! Poczułam ulgę, gdy światło zniknęło. Przyciskając mocniej powieki, spróbowałam je otworzyć.
— Wie pani, jaki mamy dzień? — Przede mną stał mężczyzna w średnim wieku i w białym kitlu.
Spróbowałam usiąść, chcąc zorientować się, gdzie jestem, ale świat postanowił zawirować.
— Kur… — Odruchowo złapałam się za lewy bok. Samo dotknięcie wywołało kolejną falę cierpienia.
— Proszę nie wstawać — usłyszałam od lekarza. Chyba.
— Co ty nie powiesz — mruknęłam bez namysłu.
Ból był na tyle silny, że powalił mnie z powrotem na poduszkę.
— Nabi!
Ta irytująca baba znów zabrała głos.
— Nic nie szkodzi. Proszę jeszcze raz spróbować otworzyć oczy — wciąż do mnie mówił, a ja nie wiedzieć czemu posłusznie wykonywałam polecenia.
Gdy tylko ból zelżał, na nowo uchyliłam powieki. Widok sali szpitalnej wprawił mnie w zakłopotanie.
— Jestem doktor Gover, znajduje się pani w lokalnym szpitalu.
— Właśnie widzę. — Z trudem siedząc sztywno, oplotłam pomieszczenie wzrokiem. — Co się stało? — zapytałam, widząc, że nikt nie kwapi się do odpowiedzi.
— Pamięta panienka ostatnie wydarzenia?
Słowa mężczyzny zabrzmiały zbyt poważnie, jakby znał już obcą mi wersję.
— Ostatnio? — zerknęłam na lekarza, jak na idiotę. — Co konkretnie?
Nagle zaczęła mi przeszkadzać pościel, a raczej coś, co ją przypominało. Nie mogłam jednak nic z tym zrobić. Strach przed bólem był silniejszy. I ten zapach…
— Co tak śmierdzi?
— Jesteśmy w szpitalu — ten głos na milion procent należał do Sama.
Przegrałam z własną głupotą i odnalazłam go wzrokiem. Sala natychmiast zawirowała, wywołując mdłości.
— Proszę nie wykonywać gwałtownych ruchów. Jest pani mocno osłabiona, a państwa proszę o ciszę. Zbyt wiele głosów może teraz zaszkodzić — mężczyzna mówił, zerkając na jakąś kartkę. — Wracając do poprzedniego pytania, proszę mi powiedzieć, co ostatniego panienka pamięta? Gdzie była?
— Na im… — Zauważyłam, że pozostałymi osobami w pomieszczeniu są moi rodzice.
— Tak? — Lekarz postanowił dopytać.
— Am… — Przełknęłam ślinę, chyba zbyt głośno, bo facet natychmiast zerknął w stronę moich rodziców.
— Zostanę z nią — odparł Sam. — Idźcie może coś zjeść.
Kątem oka widziałam, jak do nich podchodzi i zachęca do wyjścia.
— Myślę że to dobry pomysł. Siedzą tu państwo nieustannie. Krótki odpoczynek nie zaszkodzi, a brat na pewno dobrze zaopiekuje się siostrą.
Po krótkiej wymianie zdań niechętnie wyszli.
— Przepraszam — szepnął Sam, zapewne nie chcąc wyrządzić mi krzywdy swoimi słowami.
Przepraszał, jakby to była jego wina. Jakby mógł cofnąć czas i zrobić coś inaczej. Ale żadna z tych rzeczy nie była możliwa.
— W porządku. Widzę, że przyzwyczaiła się już pani do światła. Spróbujemy więc, wpuścić go nieco więcej. Może panienka poczuć pewien dyskomfort, ale powinien po chwili minąć.
Mężczyzna był prawdomówny. Jasne światło nie było czymś, o czym dziś marzyłam.
— Lepiej? — zapytał po dłuższej chwili, choć widział moją minę.
— Powiedzmy — sapnęłam, nie czując większej ulgi.
— Zaczęła pani mówić, gdzie ostatnio była.
— Na imprezie — stwierdziłam obojętnie, tuszując wewnętrzny lęk.
Samo wypowiedzenie tych słów sprawiło, że coś we mnie przeskoczyło. Moje ciało pamiętało więcej niż ja. Kątem oka dostrzegłam, jak Sam przeczesuje włosy palcami. Nerwowo, natrętnie, jakby próbował wyrwać z głowy myśli, których nie chciał mieć.
— Kiedy to było?
— W piątek.
— Dobrze.
Zapisał coś na kartce i kontynuował:
— Jaki mamy dziś dzień?
Spojrzałam na niego niepewnie, a następnie na brata. Głowa podpowiadała sobotę, lecz obecność Sama sugerowała każdy inny dzień. Coś mi umykało. Jakby czas przeskoczył, a ja utknęłam gdzieś pomiędzy.
Jak długo tu byłam?
— Śmiało, mała. — Brat złapał moją dłoń i delikatnie ją ścisnął.
— Nie wiem — zaczęłam niepewnie. — Sobota?
Z miny lekarza nie mogłam niczego wyczytać, więc ponownie spojrzałam na Sama. Ten od razu uśmiechnął się blado, przecząc ruchem głowy. Jego gest nie umknął uwadze lekarza.
— Proszę nie podpowiadać siostrze.
— Więc niedziela — sprostowałam.
— Skąd myśl o niedzieli? — Doktorek brnął w zaparte.
Co za różnica, jaki był dzień? Zapewne któryś z kolei po piątku.
— Nie mam wrażenia, że spałam tydzień. Skoro Sam tu jest, zapewne przyleciał niedawno. Poza tym wygląda na skacowanego niż zmęczonego brakiem snu — mówiłam, a oni przysłuchiwali się z zapartym tchem. — Skoro trafiłam tu w piątek, to u niego była sobota. Minęła najwyżej doba, zanim się ogarnął i znalazł lot. A jak już wspomniałam, wygląda jakby w samolocie odespał wyłącznie picie.
— Ciekawy ma pani tok myślenia — oznajmił lekarz, ponownie zapisując coś na kartce. Za to Sam… On wyglądał jakby na usta cisnęły mu się słowa: „Nic jej nie jest!”.
Przez najbliższe minuty doktorek wypytywał mnie o różne pierdoły dotyczące piątku, a ja przywoływałam niechciane wspomnienia. Upicie się nie zadziałało tak, jak chciałam. W nagrodę trafiłam do szpitala i nabawiłam się paru stłuczeń, przez które ciało będzie mnie boleć z dobry miesiąc. I do tego brat przyleciał z drugiego końca świata, bo rodzice drżeli ze strachu o moje zdrowie. Lepsze zakończenie wakacji było wręcz niemożliwe.
— Z mojej strony to wszystko. Porozmawiam jeszcze z rodzicami i myślę, że najbliższe godziny pokażą nam, jak długo tu zabawisz — mruknął lekarzyna na odchodne i tyle go widzieliśmy.
— Kolejna impreza? — Sam nie zwlekał długo z zadaniem pierwszego pytania. Czasem zachowywał się jak matka.
— Proszę cię, nie zaczynaj. Głowa mi pęka.
— Nie dziwota, spadłaś z urwiska kilka metrów w dół i prawie wpadłaś pod rozpędzony pociąg!
Musiał. Za każdym razem musiał mi wypominać każdy, najmniejszy błąd.
— Oj, jakbyś ty nigdy znikąd nie spadł.
— Nie stamtąd! — Wstał wkurzony z fotela.
Nie miałam siły się z nim kłócić.
— Ty w ogóle wiesz, ile miałaś szczęścia? — Nachylił się nade mną, przez co wezbrał we mnie gniew. — Kilka metrów dalej, a wylądowałabyś na torach.
— Ciekawe, niby skąd to wiesz! — Nie wytrzymałam i podniosłam głos.
— Dennis widział! Dzwonił do mnie, Nabi, kiedy cię stamtąd zabierali!
Dennis? W krzyku brata wyczułam gniew napędzany strachem. Patrzyłam, jak jego ramiona opadają, a wściekłość ustępuje miejsca zmęczeniu i trosce, które próbował ukryć. Czułam się winna, ale jednocześnie nienawidziłam tego uczucia. Chciał, żebym coś zrozumiała? Tylko co, do cholery? Coś, czego sama jeszcze nie poukładałam? I od kiedy mój przyjaciel ma do niego numer?
— Żyjesz tylko dlatego, że wpadłaś na głaz. Reszta mogła nie mieć tyle szczęścia co ty. Lekarze nie dowierzali, że nic sobie przy tym nie złamałaś.
Wrócił na swoje miejsce, niechlujnie opierając się plecami o fotel, a mnie zrobiło się głupio.
— Nie muszę nawet pytać, co się wydarzyło. Widziałem filmik, w którym grałaś główną rolę.
Na samo wspomnienie wzięłam głęboki oddech, który natychmiast wywołał nieprzyjemny ścisk w żebrach.
— Jak się rozbierasz i migdalisz z jakąś laską.
— Sara — wypowiedziałam przez zaciśnięte zęby. Zatłukę ją gdy tylko stąd wyjdę.
— Nie wiem, jak ma na imię — rzekł bez większych emocji. — Ale nie wiedziałem też, że aż tak interesujesz się kobietami.
— To nie tak — odparłam, odwracając głowę, by uciec przed jego wzrokiem.
— Więc co to, do cholery, było?! — Jego twarz znalazła się tuż przy mojej. Poczułam gorący oddech na skórze.
Naparł na mnie, jakby oczekiwał odpowiedzi, której nie chciałam mu dać.
— Eksperyment? Jednorazowa ciekawość? Czy może perwersyjna chęć zobaczenia, jak zareagują nasi rodzice na twoje aktorstwo, które wyglądało nad wyraz przekonująco? — Rzucał pytaniami jak magik królikami z kapelusza. — Nawet nie potrafisz na mnie spojrzeć — stwierdził, mając po części rację.
— Po co… — wyszeptałam, czując rosnącą we mnie rezygnację. — I tak już ułożyłeś sobie w głowie własną prawdę. Moja nie ma znaczenia.
— A różni się czymś? — Ponownie odwróciłam od niego wzrok. — Sama widzisz.
Na chwilę zapadła między nami cisza.
— Nie wiem, co chciałaś zrobić z tym filmem, ale kazałem go Dennisowi usunąć. Problem w tym, że najpierw wysłał go tobie, a twój telefon gdzieś zaginął.
Ulga? Strach? Wściekłość? Nie potrafiłam określić, które z tych uczuć uderzyło mnie najmocniej. Czy miał prawo to zrobić? Czy ja w ogóle chciałam, żeby ten film zniknął? I dlaczego znów Dennis? Przecież ta dwójka ze sobą nie rozmawiała. Przynajmniej tak sądziłam.
— Okej — słowo wyszło z moich ust automatycznie, jakby nie miało żadnej wartości.
— Mateo wspominał, na czym przyłapaliście tego pizdusia jakiś czas przed wypadkiem. Jak on miał? David? — Sam próbował sobie przypomnieć imię, drapiąc się po brodzie.
— Derek — podpowiedziałam niechętnie. To imię mnie obrzydzało.
— Właśnie! O to żeś się pobiła z tamtą laską? O jakiegoś idiotę?!
Nie od dziś wiedziałam, że darzył go wrogością.
— Nie… — zaprzeczyłam zbyt szybko, a potem ugryzłam się w język.
Z jednej strony cieszyłam się, że to Sam jest ze mną w pokoju, ale z drugiej… im dłużej tu zostanie, tym więcej padnie pytań.
Nasze relacje i tak kulały ostatnimi czasy, a ta sytuacja nie sprawi, że staniemy się sobie bliżsi. Nie wiedziałam, jak się czuć. Powinnam być wdzięczna, że brat przyleciał, ale w tej chwili jego obecność była ciężarem i wsparciem jednocześnie. Im więcej mówił, tym mocniej miałam wrażenie, że próbuje wyciągnąć ode mnie coś, czego sama jeszcze nie rozumiałam.
— Jiyong chciał przyjechać — podniosłam wzrok na wspomnienie o przyjacielu. — Podobno pisaliście.
— Ta — mruknęłam.
— Dam mu znać, że się obudziłaś. Może chociaż z nim będziesz chciała pogadać, skoro nie ze mną — niespodziewanie zaczął zbierać się do wyjścia.
Nie odpowiedziałam. Co miałam powiedzieć? Że z nikim nie chciałam o tym gadać? Że sama jeszcze nie wiedziałam, co myśleć?
— Przy okazji, Dennis przyjechał. Czeka z tą całą Sarą czy jak jej tam — dodał, będąc już przy drzwiach.
— Sarą? — zdziwiłam się.
Co jak co, ale Dennis doskonale wiedział, jakie mam aktualnie relacje z Sarą.
— No, tą z filmiku. Chyba tak ją nazwałaś.
— To Elle — oznajmiłam, wyprowadzając go z błędu.
Przecież Sammy doskonale wiedział, kim była Sara. Chyba, że uznał, że to jakaś inna.
— Kim jest więc Sara? — Wyglądał na zakłopotanego i wcale mu się nie dziwiłam. Też w tej chwili niewiele rozumiałam.
— Tą, co nagrywała?
— Poddaję się — westchnął, unosząc dłonie w geście rezygnacji. Opuścił pokój, zostawiając mnie w niewiedzy, a w jego postawie wyczytałam frustrację równie wielką jak moja.
— Siemka — szybko dostałam wyjaśnienie, gdy zobaczyłam głowę Dennisa w drzwiach. Tyle że akurat jego byłam pewna. — Przyprowadziłem ci kogoś. — Zza niego wyłoniła się Elle.
— Cześć.
— Hej.
— Zostawię was na chwilę same — chłopak chyba wyczuł między nami lekkie napięcie. — Pewnie macie sobie trochę do wyjaśnienia.
Obdarzyłam go delikatnym uśmiechem, choć w głębi duszy chciałam udusić. Szczególnie za tę bezczelną minę.
— Am… wejdziesz? — Niezręczność powoli kipiała.
Przyjrzałam się ruchom dziewczyny i odniosłam wrażenie, że jej samopoczucie wcale nie było lepsze od mojego.
— Złamałaś rękę — zauważyłam, widząc gips.
— To nic — stwierdziła, siadając niedaleko mnie.
— Nic?
Jej reakcja była co najmniej dziwna.
— O nie — uświadomiłam sobie, że to mogła być moja wina. — To ciebie wtedy pociągnęłam ze sobą. Przep… — Ból skrupulatnie przypomniał mi, że mam nie wstawać.
— Chyba nie powinnaś się ruszać — zaniepokojony głos Elle wpadł w moje uszy.
— Przepraszam — powtórzyłam, gdy ostry ból zelżał.
— To ja przepraszam. Przeze mnie pokłóciłaś się ze znajomą i… — Posmutniała. — Nie powinnam cię wtedy całować. — Spuściła głowę.
— Daj spokój, jaką znajomą — zaśmiałam się lekko. — Nie znoszę jej — mruknęłam z satysfakcją, ale zaraz syknęłam, gdy ból powrócił. Jakby wręcz przypominał mi, że sama siebie okłamuję.
— Myślałam, że…
— Co, przyjaźnimy się? — Patrzyłam na dziewczynę, czekając, aż zrobi to samo. Tak się jednak nie działo. — Tolerowałam ją i nic więcej — rzuciłam.
Nie widziałam powodu, by mówić jej, co mnie poróżniło z Sarą. Ledwo tę dziewczynę znałam. Nawet bym nie pomyślała, że mnie odwiedzi.
Cisza między nami trwała w nieskończoność. Wiedziałam, że któraś z nas czym prędzej musi ją przerwać. Nie miałam tylko pojęcia jak.
— Dennis usunął filmik — wyrzuciłam z siebie informację, czując, że to jedyna pasująca karta w mojej talii.
— Macie jej telefon? — Zainteresowała się.
— Dennis. Znaczy… miał go po wypadku, ale nie wiem, co z nim zrobił.
Przynajmniej tak zrozumiałam Sama. W sumie… ciekawe, w jakim stanie była Sara?
— To skąd masz pewność, że usunął? — w końcu podniosła na mnie wzrok.
— Mój brat mu kazał.
— Brat? To ten, co tu był? — zapytała, wskazując dłonią za siebie, w stronę wyjścia.
— Yhym.
— Przystojny… — wymruczała.
Że co, proszę?!
— Wybacz, zły moment.
— Nie, tylko… — Zabrakło mi słów. — Sądziłam… — Wskazałam na siebie palcem. — Łał. Tego się nie spodziewałam — próbowałam jakoś poskładać myśli.
— Sądziłam, że ty też. — Nadmiar emocji delikatnie zaczął opadać. Teraz miałam nowe.
— Nie — zaprzeczyłam szybko.
Zdecydowanie wolałam facetów.
— Jesteś pewna?
— No… tak — odpowiedziałam. Elle przytaknęła i znów na kilka sekund zamilkła.
— Mam twój telefon — dodała nagle.
— O! — Wyciągnęłam po niego ręce i po raz enty pożałowałam swojej decyzji.
— Musisz przestać się ruszać.
Czy ona mnie właśnie pouczyła z błyskiem w oku? Czy zwyczajnie śmiała się z mojej niezdarności?
— Wiem, ale to silniejsze ode mnie — mruknęłam, szybko biorąc urządzenie do rąk. — Nawet działa — stwierdziłam z ulgą, naciskając nerwowo przycisk blokady.
Na ekranie od razu zobaczyłam kilka wiadomości od Jiyonga i jedną od Sary. Tej wolałam póki co nie otwierać.
— Trochę go podładowałam. Mam nadzieję, że nic się nie zepsuło podczas upadku.
— Wygląda w porządku — uznałam, oglądając go na odczepnego. — Wiedziałam, komu go wcisnąć na przechowanie — obdarzyłam dziewczynę uśmiechem i wtem zauważyłam, jak przygryza usta, wpatrując się w moje.
Nieumyślnie zrobiłam to samo, przez co uniosła spojrzenie. Jej oczy wręcz promieniały, wodząc po mnie wzrokiem. Tak bardzo chciałam się jej poddać, ale wiedziałam, że jeśli pozwolę sobie na więcej, rzeczy zaczną się komplikować.
— Pójdę już… — Zerwała się gwałtownie.
— Och… zrobiłam coś? — W jednej chwili otrzeźwiałam.
Co ty robisz, Nabi?!
— Nie, tylko… — Błękit jej oczu znów mnie uderzył, zatrzymując w miejscu.
Próbowałam zebrać myśli, ale zamiast słów w głowie kłębiły się niezdefiniowane emocje. Chyba obydwie wiedziałyśmy, w czym tkwił problem. Bawiąc się dłońmi, czekałam już tylko na dźwięk zamykanych przez nią drzwi. Ten moment jednak nie nadchodził.
Sądząc, że go przegapiłam, spojrzałam w tamtą stronę i ujrzałam przed sobą Elle. Stała w zasięgu mojej ręki i choć widziałam jej zawahanie, nie cofała się. Uchylając delikatnie wargi, uniosłam kąciki ust. Mój wzrok powędrował na jej usta, a ona niespodziewanie pocałowała mnie namiętnie.
Oczywiście moja próba przybliżenia się do niej spowodowała nawrót bólu i odsunięcie dziewczyny.
— Zdrowiej — dodała, wciąż opierając się o moje czoło.
— Ty również. — Spojrzałam ponownie w jej oczy, przeczuwając, że to może być ostatni raz.
Obdarzyła mnie jeszcze jednym pocałunkiem i wyszła, zostawiając po sobie rozdarte myśli i ciężki oddech. Bezmyślnie opadłam na łóżko, przesuwając prawą dłonią między włosami.
Co ja właściwie przed chwilą zrobiłam?
— Czy wy się właśnie… — Z myśli wyrwał mnie głos Dennisa, który nie wiadomo kiedy wszedł.
— Co? — Nieopatrznie przetarłam usta. — Nie, my tylko… no wiesz… gadałyśmy — zaczęłam się bezsensownie tłumaczyć.
— Całowałyście się. — Patrzył na mnie w całkowitym szoku, szczerząc, jak głupi. Było mi niewyobrażalnie głupio.
— Ciszej bądź — skarciłam go. — Sam jest za drzwiami.
— On też zauważył, w jakich skowronkach wyszła.
— Po co przyszedłeś? — spróbowałam zmienić temat.
— Jak to po co? Spałaś ponad dwa dni — rzekł, a w mojej głowie utkwiło słowo „dwa”.
— To dzisiaj nie niedziela? — Osłupiałam.
Żaden z wcześniejszych gnoi nie wspomniał, że się myliłam!
— Poniedziałek rano, ale blisko byłaś — rzucił lekkim tonem.
— Jeszcze lepiej.
— Mam kwiatki — nagle wyjął skądś niewielki bukiet białych kwiatuszków.
Zdziwił mnie ich widok.
— Czemu stokrotki?
Nie były brzydkie, ale jakoś nie pasowały mi do Dennisa. W sumie to nawet nie wiedziałam, czy kiedykolwiek widziałam go z jakimikolwiek.
— Nie wiem, Mateo kupił u jakiejś staruszki pod blokiem. Mówiła, że są dobre na nowy początek.
Z wykrzywioną dolną wargą przyjęłam upominek.
— Ciekawe znaczenie, tylko nie mam gdzie ich dać — poruszyłam delikatnie bukiecikiem w jego stronę.
— O tym też pomyślał — dodał, wyjmując kolejno z plecaka skromny, przezroczysty wazon i butelkę z wodą. Kuzyn go zaopatrzył.
— Nie przyjechał?
— David z Hanną byli, ale on miał na dzisiaj wyjazd — stwierdził, zalewając wazon.
Dennis i kwiaty. W głowie mi się przewracało.
— No tak, zapomniałam. Włochy? — Wskazałam stokrotkami na przyjaciela. — Dobrze pamiętam?
— Tak.
Zabrał ode mnie wiązankę i ułożył w szkle niedaleko łóżka.
— Do ostatniej chwili zwlekał. Ale gdy usłyszał, że hrabina się obudziła to podrzucił czekoladki i pobiegł z Hanną na lotnisko.
— Hanną?
Że tą Hanną?
— Ano. David w końcu się na coś odważył względem niej. Wrócą za jakieś dwa tygodnie, to cię odwiedzą — kontynuował z uśmiechem na twarzy. — Chyba, że pogorszysz swój stan, to może szybciej. Poza tym nie mam dla ciebie więcej nowości.
Przyłożył dłoń do brody, namyślając się.
— Mateo pozdrawia, ale wiesz jak to z nim. Raczej omija szpitale — dodał bez większych emocji. — Jak się czujesz?
— No wiesz… — Spojrzałam na swoje ciało ukryte pod kołdrą.
— Mocno przywaliłaś — zaznaczył.
— Sugerujesz mi, żebym lepiej nie patrzyła w lustro?
— A masz siłę wstać? — dopytał, a moja skwaszona mina była wystarczającą odpowiedzią. — Nie polecam. Sara musiała ci mocno przywalić, bo masz sporego siniaka pod lewym okiem — wskazywał na moją twarz. — Nie boli cię? — Spróbował mnie dotknąć, ale udało mi się odsunąć.
— Jak będziesz ruszać, to zacznie — oburzyłam się.
Też mi z niego przyjaciel. Niepotrafiący pocieszyć po wypadku.
— Bardziej lewy bok — wyjaśniłam, widząc jego uważne spojrzenie. — Boli przy każdym, najmniejszym ruchu.
— Uderzyłaś nim w głaz, ale to chyba dobrze, bo cię zatrzymał. Ta nowa miała mniej szczęścia.
— Co masz na myśli?
— Nie mówił ci nikt? — Wyglądał na zaskoczonego. O czymś zapomniałam? — Poleciała prosto na tory.
— Ale… — zaczęłam.
W mojej głowie zawitała pustka. Rozmazane obrazy, chaotyczne dźwięki. Nic, co mogłoby ułożyć się w spójną całość.
— Nie pamiętasz? — zdziwił się jeszcze bardziej, po czym zaczął mi naświetlać cały wypadek. — Usłyszeliśmy jej krzyk, więc poszliśmy zobaczyć, co wyprawiacie. Szarpałaś się z Sarą, co w sumie nie powinno mnie dziwić. Nowa próbowała was jakoś rozdzielić. David w porę zauważył, że stałyście blisko wzniesienia i pobiegł do was, ale Sara straciła równowagę, zanim dobiegliśmy, i pociągnęła cię ze sobą. Elle miała tego pecha, że stała niedaleko. Popchnęłaś ją delikatnie i spadła z wami. Oddychaj. — Pstryknął mi niespodziewanie palcami przed twarzą, kończąc.
Całe moje ciało czuło ciężar tej informacji. Każda komórka zaczęła ją przetwarzać na własny sposób.
— Oddycham — mruknęłam, spoglądając na niego. — A raczej… próbuję to sobie przypomnieć.
— Byłaś bardziej zajęta rozładowywaniem gniewu na Sarze niż zauważaniem, co się wokół ciebie dzieje.
— Dobrze wiedzieć.
Jego słowa wcale nie zabrzmiały jak wyrzut. Rozumiałam, że wciąż przyjaźnił się i ze mną, i Sarą, ale… nie musiał jej wiecznie bronić. Pewnie nawet nie wiedział, co zrobiła.
— Żyje, jeśli cię to interesuje.
Czy mnie to interesuje? Nie powinno. Jednak słysząc jego słowa, poczułam ulgę. Bo pomimo tego, co między nami zaszło, wciąż traktowałam ją jak przyjaciółkę. Przynajmniej, gdzieś w odmętach pamięci.
— Nabawiła się paru siniaków i stłuczeń, ale wypuścili ją z godzinę temu do domu. Sprawdzała, co u ciebie.
— Miło.
Kiwnęłam lekko głową. I nie wiadomo czemu, kwiatki, które przyniósł Dennis, bardziej zaczęły mi pasować do Sary niż do Mateo.
— Powinnaś odpoczywać, a ja cię tu męczę — uznał i choć nic nie powiedziałam, zaczął się zbierać do wyjścia.
— No co ty, dopiero przyszedłeś.
Nie byłam zadowolona z jego decyzji, choć nie powiem, zaczęłam czuć się nieco niezręcznie, kiedy temat zszedł na Sarę.
— Od wypadku przychodzę tu codziennie, tylko cały czas spałaś. Pozwolisz więc, że teraz ja się zdrzemnę, a ty posiedzisz, czekając na mnie. — Posłał mi uśmiech, zakładając plecak. — Trzymaj się, młoda — potargał mi włosy i ot tak wyszedł z pokoju.
Super. Zostałam sam na sam ze swoimi myślami i bukietem kwiatów, które dawały złudzenie, że w końcu przestanie tu tak czysto śmierdzieć.
Wodziłam wzrokiem po pokoju, rozpaczliwie szukając jakiegoś zajęcia. Niestety moje oczy napotykały jedynie znajomy krajobraz medycznych sprzętów. Czyli to tak kończyły się zakrapiane imprezy? Białymi ścianami i kwiatami w wazonie?
Gdyby chociaż któryś z moich dzisiejszych gości pomyślał o czymś bardziej użytecznym. Książka? Krzyżówka? Nawet kolorowanka dla dzieci byłaby idealna! Ale nie, żadne z nich nie było na tyle przezorne, by zgadnąć, że dopadnie mnie nuda. Zostawało więc jedno rozwiązanie. Sen. Tutaj nikt nie miał mi za złe, że przesypiam całe dnie.
Każda uporczywa próba znalezienia choćby odrobiny komfortu, wykańczała mnie. Plecy? Koszmar. Lewy bok? Jeszcze gorzej. Prawy? Porażka. O spaniu na brzuchu nawet nie było mowy. Coraz bardziej żałowałam, że w ogóle otworzyłam dziś oczy. Gdyby nie to, nie musiałabym teraz przeżywać tej męczarni.
Po kilku kolejnych minutach litowania się nad sobą postanowiłam: jeśli zaraz nie usnę, będę wpatrywać się w sufit i liczyć te cholerne owce do skutku. Schowałam się pod kołdrą, zacisnęłam powieki i czekałam na cud. Minęła chwila i znów poczułam dyskomfort, a po następnej zrobiło się nieznośnie gorąco. Niech to szlag!
Wkurzona wyciągnęłam prawą rękę spod pierzyny i uderzyłam w coś twardego. Cudownie! Nie dość, że łóżko było torturą, to jeszcze stanowiło zagrożenie.