Dla wszystkich, którzy kiedyś powiedzieli: „Nic się nie dzieje”, a w środku waliło się wszystko.
Rozdział 1
Rola życia
Mała, szklana buteleczka o prostym, hipnotyzującym kształcie przyciągała wzrok. W końcu uległam. Cierpki smak rozlał się po języku, a ciepło błyskawicznie opanowało ciało. Napięcie w mięśniach na chwilę ustąpiło. Ten jeden łyk zmył całą presję dzisiejszego dnia. Coś w tym trunku sprawiało, że sięgałam po niego częściej, niż powinnam. To było złudne, ale wciąż ulegałam tej przyjemności.
Stłumiony głos z dołu mieszkania przestraszył mnie i o mało nie upuściłam butelki. Serce podskoczyło do gardła, a palce mocniej zacisnęły na gładkim szkle. Na sekundę wszystko zamarło. Później przypomniałam sobie o ruchu.
Szybko opróżniłam buteleczkę, wsunęłam do tylnej kieszeni i zerknęłam w lustro. Odbicie było nieruchome, wyciszone, niemające pojęcia, co panuje w moich kościach. Czyżby to kwestia przyzwyczajenia? A może po tylu latach walki, zrozumiałam, jak maskować emocje, do tego stopnia, że nie widziałam już różnicy między czuję a udaję? Niczym tuszowanie ich zanim wypuściłam na powierzchnię coś wartego uwagi.
Przygryzłam lekko wargę i poprawiłam jej kontur. Bez żadnych zmian. Czas wrócić do roli, którą grałam najlepiej.
Telefon na półce zadrżał. Podnosząc go, dostrzegłam nowe powiadomienie. Ekran rozbłysł zimnym światłem, rzucając blady refleks na twarz. Przez chwilę walczyłam z odczytaniem wiadomości. Czy to będzie coś błahego? A może kolejne zdanie, które wywoła znajomy ucisk w żołądku?
Wzięłam głęboki oddech i kciukiem przesunęłam po wyświetlaczu.
Hanna: Schodź!
Znajoma zwykle pisała krótko, ale tym razem jej wiadomość zabrzmiała jak rozkaz. Najwyższa pora, mruknęłam i szybko odpisałam. Chwyciłam ciemny płaszcz oraz mały plecak leżący obok łóżka, po czym ruszyłam w stronę okna.
Zejście po starej, porośniętej niegdyś winoroślą konstrukcji nie było przyjemne, ale do wyćwiczenia. Z czasem zaczęłam to robić bez strachu o upadek. Nie był to typowy sposób na opuszczenie domu, ale dzięki niemu pozostawałam niewidoczna dla niechcianych świadków.
Wyszłam na dach altany i postawiłam pewny krok. Drewniane elementy wymagały szczególnej ostrożności. Winorośl od dawna była martwa, a zabudowa trzymała się bardziej z przyzwyczajenia niż siły.
— Szybciej! — dobiegł mnie przytłumiony głos Hanny, pełen zniecierpliwienia.
— Spokojnie, już schodzę — westchnęłam, pokonując ostatni szczebel.
Gdy tylko stanęłyśmy naprzeciw siebie, parsknęłyśmy stłumionym śmiechem.
— Nie tak łatwo tędy zejść, szczególnie w tych butach — wskazałam na obuwie, które Hanna obdarzyła wzrokiem godnym pogardy.
— To tylko trampki, a nie obcasy! — sapnęła, wyraźnie zawiedziona.
— Ale za to jakie! — uniosłam jedną ze stóp, by zobaczyła ręcznie wyszywane kwiaty na białym materiale. — To nie są tanie rzeczy.
W szpilkach byłoby gorzej, ale trampki miały śliskie wstążki, więc nie należały do bezpiecznych. Mimo to Hanna olała te argumenty mocno ujmując mnie za dłoń.
— Ciszej. — Pociągnęła nas w dół, omal nie wywracając.
— Oszalałaś? — warknęłam z zaciśniętymi zębami. Altana służyła do wychodzenia z pokoju, a nie wracania z powodu brudnych ubrań.
— Twoi rodzice — dodała spokojniej, rozglądając wokół. Szlag! Zapomniałam o nich. — Dawaj, czekają już! — Odzyskałam płaszcz i pognałyśmy do wyjścia z posesji.
Gdy wparowałyśmy na tył zaparkowanego auta, usłyszałam znajomy głos. Trochę zbyt radosny jak na tę porę dnia.
— Co tak długo? — David, zerknął przez ramię.
— Jej rodzice nagle wrócili — Hanna wyglądała na zaskoczoną.
— Co się dygasz, przecież cię znają — zareagowałam uśmiechem, choć w środku czułam napięcie.
Wyciągnęłam z plecaka paczkę papierosów i zapalniczkę, po czym odpaliłam jednego, zaciągając się mocno.
— W przeciwieństwie do niego — dodałam, wskazując papierosem bruneta siedzącego z przodu. — Na widok Davida mogliby… doznać małego szoku.
Podałam mu fajkę, a on przyjął ją bez słowa. Kątem oka zauważyłam, jak Hanna próbowała rozdmuchać dym, który właśnie wypuściłam. Nie paliła, ale jej reakcja to przesada. Byłam ciekawa czy to tylko poza.
— To co na dziś wykombinowaliście? — zaczęłam szukać po kieszeniach telefonu, przy okazji omijając temat moich rodziców.
— Poznajcie Elle. — Ton Davida zabrzmiał neutralnie. Mimo to, czułam w nim sztywność. Zamarłam w bezruchu, a Hanna spojrzała na niego z wyraźnym zdziwieniem.
— David? — zapytała, o ton za wysoko.
Podniosłam wzrok. Na przednim siedzeniu była dziewczyna, której wcześniej nie zauważyłam. Wyglądała na niepewną, ale nie przestraszoną. Raczej… czujną.
— Nowa! — rzuciłam, radośnie. W przeciwieństwie do znajomej, nie planowałam protestować widząc czyjś plan na dzisiejszy wieczór. — Nie przesadzaj, będzie fajnie — spróbowałam udobruchać Hannę, która wyraźnie nie była w humorze. — A Derek? — dopytałam bez większego zainteresowania. Ale chociaż odzyskałam fajkę i znów mogłam zasmakować przyjemnego, cierpkiego dymu w ustach.
Zauważyłam przy tym, jak wzrok nowej uważnie mnie obserwuje. Chcąc ją poczęstować, wysunęłam w jej stronę dłoń z papierosem. Momentalnie, zmieszana spuściła głowę.
— Przed nami. Z Sarą… — David wskazał dłonią na drugi samochód stojący kawałek dalej. — Mateo i Dennis też są.
Na dźwięk imienia przyjaciółki poczułam ucisk w żołądku. Kumpel na chwilę spojrzał w moją stronę z niepewnością.
— Jedźmy już. — Ton Hanny nie pozostawiał wątpliwości. Nie zamierzała dyskutować. Chłopak jednak nie odpuszczał zbyt łatwo.
— Będziesz taka sztywna cały wieczór?
— David… — zaczęłam stanowczo, chcąc, żeby dał jej spokój. Ta nagła zmiana nastroju u dziewczyny też działała mi na nerwy, ale on ewidentnie szukał zaczepki. W dodatku zabrał mi fajkę.
Zamiast odpowiedzi, otrzymałam wymowne spojrzenie, które w ułamku sekundy padło na Elle. Znów wodziła po mnie wzrokiem. Odebrałam od Davida papierosa i ucieszona, pochyliłam w stronę dziewczyny.
— Postaw Hannie kolejkę i szybko przestanie marudzić — mówiąc, nie odrywałam wzroku od nowej. — Powiedz mi, Elle — przysunęłam ciało jeszcze bliżej niej. — Spodobałam ci się, czy chcesz tylko…
— Nabi! — Hanna wrzasnęła, skupiając na mnie całą uwagę. — My też tu jesteśmy!
Bez patrzenia na nią wiedziałam, jak wygląda: oburzona, wiercąca na fotelu pasażera.
— To jak będzie? — kontynuowałam, widząc dyskomfort nowej. Ale co mogłam poradzić? To dzięki Sarze zdobyłam śmiałość do kobiet, więc z pretensjami należało iść do niej.
— Po prostu go weź — rzucił David, a silnik przyjemnie zamruczał.
Elle niepewnie wysunęła dłoń. Podałam jej papierosa, obserwując, jak bierze pierwszy wdech. Brak krztuszenia? To mogło oznaczać tylko jedno.
— Wiedziałam, że to nie jest twój pierwszy raz. — Wróciłam na miejsce. — Drugą kwestię możemy załatwić później. — Puściłam jej oczko.
— Kiedyś przez ciebie zwariuję. — Hanna ponownie mruknęła pod nosem, brzmiąc na zmęczoną. Ciekawe, czy miałaby ten sam problem, gdybym zaczepiała faceta?
— Oj, daj jej spokój. — David zerknął krótko we wsteczne lusterko i ruszył z miejsca.
— Też moglibyście się w końcu zabawić — wskazałam dłonią między tą dwójką. Ich natychmiastowy bulwers dał mi pewną satysfakcję.
— Co?!
— Albo wciąż udawać, że nie chcecie — śmiech sam znalazł ujście. Doskonale widziałam jak ich do siebie ciągnie.
Po chwili poczułam wibrację telefonu.
Nieznany: Jak się miewa mój motylek?
Zamarłam. Co to ma być? Dostrzegając wysuniętą w moją stronę dłoń nowej z papierosem, mruknęłam, żeby go skończyła, co wyjątkowo rozbawiło Davida.
— No i straciłaś swoją szansę, Elle.
— Spokojnie, wrócimy do tej rozmowy — stwierdziłam, próbując zrozumieć, kto pisał do mnie po koreańsku.
Rozdział 2
Zakłócenia na linii
Ja: Motylek?
Napisałam szybko. Kto to jest? Na odpowiedź nie czekałam zbyt długo.
Nieznany: Braciszek ci się trochę upił.
Do wiadomości dołączono zdjęcie Sama leżącego na kanapie. Czy to był nasz mebel z Korei? Pewności nie miałam. Tak samo jak względem nadawcy. Niemniej, te dwa elementy do siebie pasowały. Nie uzyskując odpowiedzi na poprzednie pytanie, wystukałam nowe. Ktoś najwyraźniej wykorzystał stan mojego brata i jego odblokowany telefon, żeby zdobyć mój numer.
Ja: I co mam niby z tym zrobić?
W zamian otrzymałam kolejne powiadomienie. Tę osobę jednak znałam.
Derek: Udało się?
Ja: Nie.
Odpisałam na odczepnego, czując narastające wkurzenie. Przed chwilą nie istniałam, a teraz co… dostał olśnienia? Hrabia z koziej dupy przypomniał sobie, po kogo przyjechał. W dodatku przebywał w drugim aucie.
Nie zdążyłam zamknąć okienka, gdy nowe słowa zawitały na ekranie.
Derek: Przecież cię widziałem!
Ja: To co się głupio pytasz?
Ostatnio coraz częściej mnie irytował. Jego idiotyczne zachowanie działało mi na nerwy. Miałam ochotę odpisać coś ostrzejszego, ale wiedziałam jedno: to rozpędzi kolejną bezsensowną dyskusję. Westchnęłam ciężko. Ta wymiana zdań mogła trwać w nieskończoność. Dokładnie tak samo jak ten związek, którego szczerze żałowałam.
Derek: Przyłapali cię?
Kciuk zawisł nad ekranem, a przez głowę przemknęła mi absurdalna myśl. Ile jeszcze razy będę prowadzić te same rozmowy? Przewróciłam oczami i zmusiłam do odpowiedzi. Wiedziałam, o co pytał. Nie pierwszy raz wymknęłam się z domu, unikając rodziców.
Ja: Nie, czemu?
To nie miało żadnego znaczenia, ale Derek zawsze pytał o oczywiste rzeczy, byle podtrzymać rozmowę. Nie wiedziałam, co gorsze. Jego brak wyczucia czy moja naiwność, że kiedyś się zmieni.
Derek: To dobrze! Jedziemy na pomost.
Ja: Super!
Jedna z nielicznych wiadomości, która faktycznie sprawiała radość. Pomost był najlepszą miejscówką na wieczór z nową osobą. Wystarczająco odosobniony i znany, aby nie czuć nudy czy krępacji.
Nieznajomy: Rodzice się do niego dobijają
Kolejne powiadomienie przyćmiło słowa Dereka. Kim była ta osoba i dlaczego to pisała? Z drugiej strony, czułam w tym coś znajomego.
Rodzice zawsze wydzwaniali do Sama, gdy uciekałam. Był na drugim końcu świata, a i tak liczyli, że wie, gdzie jestem. Gdyby tylko wiedzieli… Odkąd wyjechał, rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Zostawił mnie w Londynie, zdradził. A ja tak bardzo chciałam wrócić z nim do domu.
Nieznajomy: Jeszcze nie wiesz?
Zmarszczyłam brwi, ale myślami byłam we wcześniejszej konwersacji.
Derek: Po drodze zrobimy mały przystanek.
Ja: Lepiej, żeby to nie było miejsce, o którym myślę.
Chłopak miał irytujący zwyczaj. W drodze na polanę był mały sklepik, w którym spodobałam się kasjerowi. Na cały Londyn… Mogłam uznać to za pech? Tak! Czy było gorzej? Owszem. Ander po złości zaczął tam jeździć po alkohol, rzucając komentarzami w stylu: „ona jest moja”.
Derek: Pozwól chłopakowi nacieszyć oczy, twoim widokiem.
Ja: Szkoda tylko, że ja nic na tym nie zyskuję.
Odnalazłam numer Mateo. Liczyłam, że kumpel z drugiego auta choć raz pokaże Derekowi, jak bardzo wkurzała mnie jego głupota.
Ja: Walnij go za mnie, proszę.
Mateo: Nie musisz nawet prosić!
Odpisał natychmiast. Od kiedy był taki odważny?
Derek: Nie wysługuj się Mateo!
Ja: Niestety jesteś zbyt daleko, bym mogła to zrobić osobiście. A później może mi się już nie chcieć.
Mateo: Ale i tak musimy zahaczyć o sklep, a ten jest po drodze.
Super! Jeszcze kilka takich niespodzianek i wizja dzisiejszej imprezy mi zbrzydnie.
Ja: W takim razie sam tam wejdziesz.
Odpisałam, próbując zgadnąć, kto pisał w sprawie Sama. W Anglii mało kto wiedział o moim bracie, a ci, co go znali… szybko zapominali. Szczególnie odkąd tu nie mieszkał. Pozostawała Korea.
Derek: To znak, że tak naprawdę tego nie chciałaś.
Za dużo osób pisało do mnie jednocześnie. Jeszcze trochę i zwariuję.
Ja: Wręcz przeciwnie, Derek. Dokładnie tego chciałam.
Zaczęłam mieć cichą nadzieję. Niech te słowa sprawią, że zamilknie! O dziwo… modły zadziałały. Ucieszyłam się. Nie było to miłe, ale aktualnie najbardziej mi przeszkadzał.
Mateo: Może być z tym mały problem.
Nie rozumiałam. Natłok wiadomości wyprał mi na chwilę mózg.
Ja: A to niby czemu?
Nieznany: Mam mu w tym stanie oddać telefon?
Znajomy brata szybciej odzyskał moją uwagę. Niecierpliwy jakiś.
Mateo: Dennis mnie zabije, jeśli znów zbiję jakąś butelkę.
Zajebiście! Mateo tłukł alkohol, a jego kuzynek… Zresztą, od kiedy odpowiadałam za jego wpadki?
Ja: Ja cię zabije zanim on zdąży!
Przedrzeźniałam go, zaraz odpisując nieznajomemu, póki pamiętałam, co napisał.
Ja: Oblej go lodowatą wodą, to szybko wytrzeźwieje!
Mateo: Wiesz, że jesteś piękna, kiedy się złościsz?
Ja: A ty i bez jaj będziesz wyglądać tak samo! Przynajmniej dopóki jesteś ubrany.
Słodzenie Mateo nigdy nie działało. Przeciwnie. Gdy coś spieprzył, grał na zwłokę i przypodchlebiał się. Odrobinę za miękko jak dla mnie.
Nieznany: Nie poznaję cię, motylku.
Mateo: Teraz to już na pewno nigdy ich nie zobaczysz.
Ja: Piszesz, jakbym kiedykolwiek tego chciała.
Pił już coś dzisiaj?
Nie narzekałam na wiadomości od znajomych, ale wolałam, gdy każdy z nich pisał w osobnym momencie. Ci dwaj najwyraźniej mieli to w dupie. Przynajmniej miałam pewność, że nie siedzą w jednym aucie.
Nieznany: To jak będzie?
Ja: Po prostu napisz im, że nie może teraz rozmawiać. Odpuszczą! Jak cię znają, może nawet uwierzą.
Obstawiałam faceta. Styl pisania był zbyt pewny siebie i dziwnie znajomy.
Nieznany: Racja, nawet mnie lubią.
Ja: Lubią?
Zaskoczył mnie. Znajomi moi i Sama raczej nie mieli kontaktu z naszymi rodzicami, a co dopiero, żeby któregoś lubili. Podejrzane…
Nieznany: A co, może nie?
Ja: Nie wiem, czego chcesz, ale wątpię, że chodzi tylko o picie Samuela.
Czułam niecodzienny dyskomfort. Pisał zbyt lekko jak na nieznajomego. Znał mnie? Skąd? To nie mógł być zwykły kumpel brata. Ale zanim zdążyłam zapytać, auto stanęło.
— Nabi? — usłyszałam niepewny głos Davida. Jakim cudem wiedział, że to pierwszy przystanek?
— Tak, wiem, czego chcą — rzuciłam, wysiadając. Chciałam mieć to z głowy, zanim kogoś zatłukę.
— Czekaj! Elle też musi iść. — Chłopak zawołał z wyczuwalnym entuzjazmem. Przystanęłam zaskoczona. Co ona miała wspólnego z tym miejscem? Elle podeszła nieśmiało..
— Pokażesz mi, gdzie jest łazienka? — Spojrzałam przez ramię na Davida, który właśnie awansował na trzecią osobę, którą czymś rzucę. — Mówił, że wiesz, gdzie jest — dodała cicho. Każde jej słowo brzmiało jak pytanie.
— Jasne. — Rzuciłam Davidowi ostrzegawcze spojrzenie. Jego uśmiech był próbą załagodzenia sytuacji, ale nie działał. — Tylko wezmę jeszcze kogoś z nami. — Spuszczając wzrok, ruszyłam w stronę drugiego auta.
Dennis siedział z przodu, oparty łokciem o szybę, nie do końca obecny. Otworzyłam drzwi bez słowa i niemal go z nich wyrwałam. Zaskoczony, podniósł wzrok, ale nie zdążył nic powiedzieć. Dlaczego akurat jego wybrałam? Podświadomie wiedziałam, że dzięki niemu zobaczę Sarę.
— Idziesz ze mną — oznajmiłam, nie zostawiając miejsca na dyskusję.
— Cześć, Nabi. — Derek próbował zagadać, ale nawet na niego nie spojrzałam. I bez tego będzie miał później pretensje.
— Jazda, Dennis! Sama nie będę tego taszczyć, a ktoś musi za to zapłacić — uniosłam głos. Jego kuzyn stłukł alkohol, on odkupuje. Ja mogę mu towarzyszyć. I tak zawsze kupowałam jakąś przekąskę.
Wysiadł. Jego spojrzenie na ułamek sekundy powędrowało do Sary. Udawała, że przegląda telefon, ale widziałam, jak jej palce mocno ściskały obudowę. Dennis dopiero w drodze do sklepu otworzył usta.
— Co cię dziś ugryzło?
— Nic. Wybraliście najgorszy możliwy sklep. Lepiej, żeby John dziś nie pracował, choć wtedy Elle się zleje. Ale przynajmniej nie będę oglądać jego maślanych oczu — mruknęłam, nie zwalniając kroku.
Dennis uniósł brwi, zerkając na dziewczynę. Szła kawałek za nami.
— Elle? — powtórzył.
— Czyli nie ty ją zbajerowałeś — szepnęłam pod nosem. — Chodź! — zawołałam, aby przyspieszyła.
Zapadła cisza, którą Dennis przerwał cicho i dosadnie.
— Wciąż unikasz Sary? — Stanęłam.
— Wciąż ją zapraszasz? — odparłam, spokojnie, choć w środku mnie mdliło.
Nie miałam mu tego za złe. To była też jego przyjaciółka. Nasza. Kiedyś…
Drzwi sklepu otworzyły się z charakterystycznym skrzypieniem. Powitał nas znudzony głos kasjera, wpatrzonego w coś pod ladą.
— Witamy w metrze — rzucił beznamiętnie, recytując formułkę z pamięci. Zawsze ta sama intonacja. Ani grama zainteresowania.
— Siema, John! — powiedział Dennis i zniknął w alejce z alkoholami. Był swobodny, jakby znał tu każdy regał na pamięć.
Chłopak zza lady podniósł wzrok.
— Siema. — Zaskoczony spojrzał na oddalającą się sylwetkę, aż dostrzegł mnie. — Nabi! — zawołał. Choć wyglądał na zmęczonego, uśmiech przemknął mu przez twarz.
— Cześć. — Mój grymas był bardziej z uprzejmości niż czułości. — Mogłybyśmy skorzystać z łazienki? — przeszłam do sedna.
Rozważał odmowę?
— Wiesz, że nie powinienem — zaczął, opierając się o ladę. Nie był niechętny, po prostu wyczerpany. Znał zasady, ale jeszcze lepiej wyjątki.
— Szef zmienił godziny pracy? — Oboje znaliśmy odpowiedź. To był bardziej rytuał niż negocjacja.
— Pozwól im, bo nie przestaną ględzić w aucie — Dennis pojawił się niespodziewanie z butelką w ręce. Chociaż w tej kwestii był po mojej stronie, nawet jeśli nie musiał, bo jechał drugim autem.
Po jego minie wnioskowałam, że znudziły go żarty z Johna. Inaczej niż Dereka. Ander nie umiał znaleźć sobie lepszego zajęcia niż wytykanie cudzych potknięć. Tym razem przynajmniej został za drzwiami.
— Niech będzie — skapitulował.
Dostałam klucz i ruszyłam z Elle na zaplecze. Dziewczyna szła w milczeniu aż do drzwi.
— Znacie się?
Była… zainteresowana? Pytanie tylko kim: mną czy kasjerem?
— Można tak powiedzieć. — Poczułam, że liczyła na coś więcej. — Przypadkowo całowaliśmy się po imprezie. Tam. — Wskazałam kanapę stojącą w rogu. — A potem wszedł jego szef.
Elle uniosła brwi. Jej twarz zdradzała o wiele za dużo. Zdziwienie, niedowierzanie, lekkie rozbawienie.
To nie tak, że obściskiwałam się z każdą nowo poznaną osobą. Po prostu tamtego dnia… byłam trochę przybita.
— Inni mieli podobną minę, gdy nas zobaczyli — dodałam z ironią. To był jeden z tych momentów, który zostawił we mnie ślad. Nie dramatyczny, ale wystarczająco wyraźny, by powracał w rozmowach, spojrzeniach i żartach.
— Szef pewnie nie był zadowolony? — dopytała. Może po prostu chciała nawiązać ze mną jakiś kontakt?
— Cóż jest nim jego ojciec — wyjaśniłam rozbawiona. — Chłopak musiał wysłuchać kazania o tym, co wypada, a czego nie w godzinach pracy.
— Trochę przypał. Ale chociaż go nie zwolnił.
— Niby tak — wymamrotałam. — Tam masz łazienkę. — Wskazałam jej drogę. — Tylko nie ruszaj zamka. Jest zepsuty.
Zostałam sama. Przez chwilę mogłam spokojnie odetchnąć. Wokół panowała cisza, chłód i zapach detergentów. Omiotłam pomieszczenie wzrokiem, szukając czegoś, czego nie umiałam nazwać.
— I po tej małej wpadce wciąż pozwala ci tu wchodzić? — spojrzałam za siebie lekko przestraszona.
— Szybka jesteś!
Nawet nie zdążyłam nic zrobić.
— Starałam się. — Jej nieśmiały uśmiech był zaskakująco uroczy.
Zdecydowanie miałam w sobie za dużo autodestrukcji.
— Nie trzeba było. — Ruszyłam do stolika, gdzie leżały miętowe cukierki. — A wpadka w sumie nie była taka mała. Nakrycie przez jego ojca to jedno. Kilkoro z nas widziało nieco więcej. Skończyliśmy wykładem o zabezpieczeniach — powiedziałam i poczęstowałam jednym z miętusów. — I urządziliśmy tu imprezę, zamykając sklep.
Przybrałam zadowoloną minę, spoglądając na Elle. Wspomnienie było całkiem przyjemne. Nie licząc problemów i późniejszego zażenowania.
— Łał…
— Ta. Przy okazji John nagadał się, że jestem ładna i reszta grupy to podchwyciła. Kupują tu tylko po to, żeby go drażnić.
I przy okazji mnie.
— Chociaż nie macie zakazu przychodzenia tu — zauważyła Elle.
— Mielibyśmy, ale przeprosiłam jego ojca za sytuację, w jakiej nas zastał. Z jakiegoś powodu mnie lubi. Zna moich rodziców, więc wciąż pozwala mi tu wchodzić. — Wzięłam kolejnego cukierka do ust. — Dobra, starczy tego.
Wyrzuciłam papierki do śmietnika obok stolika. Nie miałam powodu, aby opowiadać jej historię życia.
— Gotowa?
— Jasne.
— To w drogę. — Nakierowałam Elle na drzwi. — Chyba wezmę jeszcze kilka — mruknęłam, spoglądając na miskę i chwyciłam kolejną garść słodyczy.
— Niewiele osób je lubi — spostrzegła, skinąwszy na moją dłoń.
— Jestem wyjątkiem. — Z uśmiechem nadgryzłam landrynkę. — A moja propozycja jest wciąż aktualna — wyszeptałam, czując lekkie podniecenie.
I tak wiedziałam, że do niczego między nami nie dojdzie.
Elle zareagowała natychmiast. Speszyła się i nerwowo przygryzła wargę, nie wiedząc, co zrobić. Wzrokiem uciekła w bok, szybko wracając do mnie. Ciekawość mieszała się u niej z zawahaniem.
— W końcu! Ile można siedzieć w łazience? — gdy Dennis nas zobaczył, natychmiast zaczął marudzić.
Typowy facet. Nie rozumiał, że ubikacja to nie tylko załatwianie potrzeb.
— Piękno wymaga czasu! — Skierowałam się do lady. — Dolicz mu, proszę, opakowanie — rzuciłam Johnowi, wskazując cukierki wyjedzone z kanciapy.
— Znowu te drażetki.
— To nie drażetki — oburzyłam się. Mógł ich nie lubić, ale nie musiał obrażać.
— Już za nie zapłacił.
John… gdybyś był mniej sympatyczny. Czasem zastanawiałam się, czy miał świadomość, że nie ma co liczyć na powtórkę z rozrywki.
— Musiałbym być głupi, nie wiedząc, że mu je wyjesz, gdy tam będziesz — stwierdził Dennis, łapiąc za butelki z whisky.
Nigdy nie rozumiałam, jak chłopaki mogą pić to świństwo. Choć z drugiej strony, nie każdy lubił mój gin. — Serio, stary, zacznij je przed nią chować — dodał do Johna, co nawet mnie ucieszyło.
W przeciwieństwie do reszty znajomych, Dennis nie śmiał się z tego, co mu się przytrafiło. To była naturalna reakcja. A chłopak miał po prostu pecha, że nakrył go ojciec, wkurzony o zamknięcie sklepu.
— Trzymaj. — Przyjaciel podał mi piwo i ruszył do wyjścia. — Nara!
Elle nad wyraz potulnie podreptała za nim. Otworzyła mu drzwi, choć nie prosił.
Patrząc na nich, poczułam wibrację telefonu. Odłożyłam butelkę na ladę. Schowałam cukierki i wymieniłam je na komórkę.
Znów ten nieznajomy. Kompletnie o nim zapomniałam, a ciekawiło mnie, co tym razem odpisze.
Nieznany: Głównym powodem może i nie, ale powrót Sama do miasta przypomniał mi, że dawno nie pisałem.
Czytając wiadomość, usłyszałam dźwięk klaksonu. Krótki, nerwowy. Jakby ktoś wymuszał uwagę.
— Chyba im śpieszno — bąknął John, gdy nie odrywałam wzroku od telefonu.
— Poczekają — rzuciłam niezainteresowana.
Nie miałam pojęcia, co powinnam czuć. Spojrzałam na kasjera, szukając ratunku w uporządkowaniu myśli. Nie pomógł, ale też niczego nie pogorszył.
— Coś się stało? — Przez moment wyglądał na zatroskanego. Było w tym coś miłego, nienachalnego. Zupełnie inaczej niż u Dereka, który nawet troskę potrafił zamienić w teatr.
— Nie, nie. Nic… — wyjąkałam z pustką w głowie.
Próbowałam dopasować jakieś imię, które pasowałoby do tej nieznanej osoby, ale żadne nie brzmiało właściwie.
— Swoją drogą, na pewno zapłacił za te cukierki? — dopytałam ni stąd, ni zowąd, wskazując na słodycze, które wcześniej zabrałam.
— Tak, zapłacił.
— To dobrze. — Wolno chwyciłam butelkę.
Zdecydowanie byłam zbyt kiepska w wymuszonych rozmowach. Klakson znów rozdarł ciszę.
— Oszaleć z nimi można — westchnęłam. — Dobra, idę, bo nie przestaną. Pozdrów tatę — palnęłam mimochodem, przypominając sobie rozmowę z Elle. — Może jednak lepiej nie.
Słowa wyszły ze mnie za szybko. Efekt dobrego wychowania, który chyba nigdy nie opuszcza człowieka. Nawet wtedy, gdy powinien.
— Myślę, że to nie najlepszy pomysł — John zaśmiał się cicho. Klakson ponownie zaszczycił nas dźwiękiem. Tym razem dłużej. Bardziej natarczywie.
— No cóż, nie rób imprez i… spokojnej nocy. — Obdarzyłam go uśmiechem na pożegnanie i opuściłam sklep.
Gdy tylko wyszłam, uderzył mnie świeży powiew wiatru. Chłodny, ale oczyszczający. Wtedy wszystko zaczęło mieć sens. Korea. Znajomy mój i brata. Rodzice go lubili. Ten styl pisania, wyczucie… Wszystko pasowało do jednej osoby.
Czując w dłoni nowe powiadomienie, od razu spojrzałam na ekran.
Nieznany: Czyżbyś zaczynała coś kojarzyć?
Ja: Ji!
Odpisałam czym prędzej, przekonana, że to on.
Nieznany: Bingo, motylku!
Rozdział 3
Blady świt
Nim zdążyłam odpowiedzieć, poczułam lekkie uderzenie drzwiami, przy których stałam.
— Wchodzisz w końcu? — W samochodzie dostrzegłam zirytowany wzrok Hanny. Serio, o co jej dzisiaj chodziło?
— Tak, tak. — Wsiadłam i kontynuowałam pisanie, ignorując jej dąsy.
Ja: W końcu jaśnie pan się odezwał! I o co chodzi z tym motylkiem?
— A jej co się stało? — głos Davida rozbrzmiał gdzieś w tle. Odpowiedzi nie usłyszałam, ale nie interesowała mnie jakoś szczególnie. W aucie zapadła cisza. Zajęłam wygodniejszą pozycję i myślami wróciłam do ekranu.
Jiyong: Utopiłem telefon i dopiero odzyskałem twój numer. A raczej sam go sobie wziąłem, bo nie mogłem się doprosić twojego brata.
Ja: Serio? To jest twoja wymówka na milczenie przez ponad miesiąc?
Jiyong: W sumie to nie mam lepszej.
Nie wiedziałam, czy powinnam być wściekła, czy cieszyć się, że w końcu napisał. Z drugiej strony, nie widziałam go, odkąd wyjechałam z Korei. Minęło sześć lat, więc nagły brak kontaktu nie był niczym niezwykłym. A mimo to… utrzymywaliśmy go regularnie.
Jiyong: Nie złość się. Miałaś chociaż okazję odpocząć od moich wiadomości.
Sęk w tym, że nigdy mi nie przeszkadzało, gdy Ji pisał. Wręcz przeciwnie. Jego smsy były ciekawsze niż pogaduszki z moimi angielskimi znajomymi.
Ja: O co chodzi z tym motylkiem?
Dopytałam, wciąż nie widząc odpowiedzi na to pytanie.
Jiyong: Nie mów, że zapomniałaś?
Podniosłam wzrok znad telefonu, jakby miało mi to w czymś pomóc. Nic z tego. Zamiast wyjaśnienia, zobaczyłam cel podróży, który nie napawał mnie radością.
— Wszystko okej? — niespodziewanie usłyszałam Hannę.
— Tak — burknęłam, zerkając na nowe powiadomienie.
Jiyong: Twoje imię. Nabi.
Ja: Ale że jak?
Ja: Dobra, wiem! Przypomniało mi się!
Moje imię po koreańsku znaczyło „motyl”. Ji nazywał mnie tak w dzieciństwie, odkąd poznał angielskie tłumaczenie. Teraz „Butterfly” było jedynym słowem w tym języku.
Ja: Dawno mnie tak nie nazwałeś.
Jiyong: Racja. Czas to zmienić!
Ja: Jeszcze czego! Mówiąc mi po imieniu, też będę wiedzieć, co masz na myśli.
Jiyong: Nie przeszkadzam?
To pytanie brutalnie przypomniało mi o miejscu, w którym się znajdowałam. Zerknęłam na parkującego Davida, a potem naburmuszoną Hannę.
Ja: Jestem ze znajomymi.
Wybrał kiepski moment, ale nie chciałam przerywać rozmowy. Bo nawet jeśli czasem pisał dość sztywno, co kompletnie do niego nie pasowało, to właśnie on trzymał mnie teraz przy życiu. Bardziej, niż przypuszczał.
Jiyong: Czyli tak.
Spoglądałam na odpowiedź, to na wysiadających znajomych. Te dwie rzeczywistości kompletnie do siebie nie pasowały, ale nie miałam już wyboru.
Ja: Czyli nie. Ale mogę odpisywać z opóźnieniem.
Zgarnęłam rzeczy i wysiadłam. Chłodne, wieczorne powietrze w sekundę rozwiało mi włosy.
Jiyong: W sumie też jestem na imprezie.
Ja: Nie gadaj bzdur, tylko pisz! Najwyżej uznam, że wypiłeś za dużo i padłeś gdzieś obok Sama.
Wiedziałam, że zaraz nie będę w stanie odpisywać na bieżąco, jednak nie chciałam, by znów zamilkł. Ta jego wymówka z utopionym telefonem… Średnio mi pasowała, ale nie zamierzałam wnikać w szczegóły. Cieszyłam się, że w końcu napisał. Szczególnie że z każdym zbyciem Sama, gdy pytałam o Ji, powoli traciłam nadzieję.
Jiyong: Aż tak słabej głowy jak on nie mam.
Ja: Ciężko mi ocenić. Gdy cię ostatnio widziałam, piłeś co najwyżej mleko.
Jiyong: To już dawno za mną.
Gdyby tylko wiedział, jak bardzo tęskniłam za tak luźną rozmową z nim. Widok kolejnej wiadomości przywołał na moją twarz uśmiech, którego nie potrafiłam ukryć.
Jiyong: Odwiedziłabyś w końcu brata!
Ja: Masz na myśli ciebie?
Sammy jeszcze kilka dni temu był w Anglii, więc pytanie Ji jasno wskazywało, o kogo naprawdę mu chodziło. Miałam szczerą ochotę go teraz zobaczyć i usłyszeć.
Jiyong: Mnie możesz przy okazji.
Ja: Poczekaj, bo jeszcze spełnię twoje marzenie.
Jiyong: To nic złego.
— Co tak stoisz, zamiast iść z nami?
— Hy? — Spojrzałam przed siebie, próbując zlokalizować rozmówcę. Derek. Wparował mi w rozmowę z Ji, jak zwykle bez krzty wyczucia.
— Jakaś nieobecna jesteś.
— Zdaje ci się — rzuciłam, mijając go szybkim krokiem.
— Wynagrodzę ci ten sklep!
Uważaj, bo uwierzę. Znałam ten ton aż za dobrze. Chuja, nie wynagrodzi. Powtarzał to jak mantrę. Ile razy można wałkować jeden i ten sam temat?
— Wiesz co, dałbyś już spokój z Johnem! — Przystanęłam, chcąc mu wbić do głowy każde słowo.
— Daj spokój, to było zabawne. — Czy on właśnie odtwarzał tamten moment w głowie?
— Jemu nie było do śmiechu — rzuciłam, ruszając za znajomymi. Chcąc nie chcąc, tamtej nocy naprawdę żałowałam Johna.
— Nab… — mruknął, ale nie zwolniłam kroku. — Hej, czekaj! — Szarpnął mnie mocno za rękę i przyciągnął do siebie.
— Swoją drogą, całuje całkiem nieźle — palnęłam, prowokując go z premedytacją.
Wiedziałam, że to go zaboli. Chciałam, żeby się wściekł. Skrzywdził tak, żebym wreszcie zrozumiała, że to nie facet dla mnie.
— Próbujesz mnie wkurwić?
Jego mina mówiła wszystko. Był wyraźnie rozzłoszczony tym, jak go ignoruję. Ale od dłuższego czasu… nie umiałam go znieść.
— Niby po co? — odpowiedziałam chłodno, z drwiącym uśmiechem. — Ale zapytaj go, może udzieli ci jakichś lekcji. Choć szczerze wątpię, żeby chciał iść z tobą na zaplecze.
— Jesteś pewna, że właśnie tego chcesz? — warknął.
Ucieszyła mnie ta reakcja. Jiyong nigdy nie był tak nachalny, za to Derek… on zdawał się uważać, że agresywny upór to jego największy atut.
Okazywał uczucia tylko wtedy, gdy coś spieprzył i potrzebował przebaczenia. Ji natomiast, mimo że nie widzieliśmy się od lat, częściej pytał o moje samopoczucie. W przeciwieństwie do Andera, on szczerze się martwił.
Z czasem zrozumiałam, jak rozmawiać z Derekiem. Prowadzić go i rozgrywać. On zawsze wracał na kolanach. I choć wiedziałam, że nie ma w tym nic zdrowego, dawało mi to pewnego rodzaju przewagę. Albo przynajmniej złudzenie, że mam kontrolę nad czymś, co dawno temu wymknęło mi się z rąk.
— A co, boisz się, że i ty mu wpadniesz w oko? — Ta myśl znów wywołała u mnie cień satysfakcji.
Derek puścił moją rękę, ale tylko po to, by zacisnąć palce na moim podbródku i zmusić do spojrzenia mu w oczy. Zazdrość działała na niego jak zapalnik. Wściekłość z domieszką podniecenia. Zawsze ten sam schemat.
I choć to głupie, działało też na mnie. Jednak z jakiegoś powodu wciąż nie poszłam z nim do łóżka. Może dlatego, że pożądanie to nie wszystko? Albo wciąż czekałam na coś więcej?
— Wkurwiasz mnie, wiesz?
— Wiem. — Patrzyłam mu prosto w oczy, czekając na nieme wyzwanie i kolejny ruch.
— Czekamy na was.
Wzrok Dereka powędrował w lewo, a uścisk na mojej twarzy zaczął stopniowo słabnąć. Spuściłam głowę i zerknęłam na osobę, która nam przerwała. Oczywiście… Sara. Jak zwykle w samą porę.
— Jednak nie tylko John ma z tym problem — rzuciłam na odczepnego, odsuwając od niego.
Zrobiłam krok w tył, powoli się wycofując. Widziałam, jak poprawia spodnie w kroczu i z wyraźnym niezadowoleniem odpowiada Sarze. Moja przyjaciółka nigdy za nim nie przepadała. W końcu Derek zajął jej miejsce, ale na to sama zapracowała, zostawiając mnie.
— Musiałaś akurat teraz nam przeszkodzić? — warknął do niej, nie kryjąc irytacji.
Nie miałam ochoty ich słuchać. Dołączyłam do reszty. Impreza odbywała się niedaleko, a dźwięki muzyki słychać było już w połowie drogi. I choć od dłuższego czasu cieszyłam się na tę noc, wiadomość od Jiyonga kompletnie zmieniła moje nastawienie. Sama zabawa nie była problemem. Niejednokrotnie świetnie się tu bawiłam. Ale tym razem coś było inaczej.
Nagle, jakby na komendę, uderzyła we mnie tęsknota za Koreą. Za drugim domem, którego nie widziałam od lat. Za miejscem, gdzie wszystko było inne. Nawet ja.
Snułam się za balującymi znajomymi, próbując do nich dopasować. Bez energii, bez chęci. Byłam jak cień, który nie pasuje do światła. Wiedziałam, że długo nie wytrzymam w tym tłumie. Po dwóch godzinach udawania uciekłam w bardziej odosobnione miejsce. Musiałam pobyć chwilę sama. Odetchnąć.
Po kilkudziesięciu minutach poczułam wibrację telefonu. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nic nie odpisałam Jiyongowi. Zamiast tego czekałam, aż sam się ponownie odezwie. Idiotka.
Jiyong: Nie pij za dużo.
Ja: Czyżbyś się o mnie martwił?
Tym razem nie zwlekałam ani chwili.
Jiyong: A nawet jeśli?
Poczułam jak przez moje ciało przeszedł dreszcz. Tylko po to, by chwilę później Mateo brutalnie go przegonił.
— Dennis chce rozruszać nową — powiedział, odnajdując mnie w kryjówce. W dłoni trzymał mój płaszcz, a mina mówiła wszystko.
Nie miałam wyjścia. Musiałam odpisać Ji i podnieść się z ziemi.
Emotka buźki przesyłającej całusa. To było jedyne, co wpadło mi do głowy. Wysłałam ją bez namysłu, czując, jak serce bije mi mocniej.
— Gdzie tym razem? — zapytałam.
Zablokowałam ekran i wstałam z miejsca, w które zaczęłam już wrastać. Liczyłam na cieplejszy zakątek niż ten, który wcześniej wskazał Derek, ale znając Dennisa, i tak skończymy na otwartym terenie. Normalnie bym nie narzekała. Ale w nocy było tam dość chłodno.
— Polana.
— Serio? — westchnęłam, zakładając płaszcz. — Nie mógł wymyślić czegoś cieplejszego? Przecież mnie tam przewieje!
— Poruszasz się trochę, to od razu będzie ci cieplej.
Mateo i jego nieudolne zachęty. Nie byłam w humorze na takie rzeczy.
— Swoją drogą, nikt nie może cię dziś znaleźć — dodał, rzucając mi krótkie spojrzenie.
— Przecież jestem ciągle na widoku. — Rozłożyłam ręce.
Nie do końca była to prawda, ale on jakoś potrafił mnie odnaleźć. Wystarczyła odrobina chęci.
— Zresztą dobrze mi tu. Mam święty spokój i ładne widoki.
Środek nocy i widoki, dobre sobie.
— Nie wątpię. Sam ci pokazałem to miejsce — uśmiechnął się, podając mi butelkę z piwem. — Nawet nie tknęłaś.
— A myślisz, że jak tu weszłam? — prychnęłam, biorąc od niego trunek.
— To jak tym razem chcesz to zrobić? — Spojrzał w dół, gdzie impreza trwała w najlepsze.
— Klasycznie? — podeszłam bliżej, by zerknąć na skałki pod nami.
— Yhm. Nie jestem do tego przekonany. — Skrzywił się i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Nie mów, że tak tu weszłaś?
— W sumie to… — zrobiłam krok, a kilka kamieni osunęło się ze zbocza. Mateo zareagował błyskawicznie. Wyciągnął rękę, chwycił mnie mocno i odciągnął od krawędzi.
Jak zawsze zbyt ostrożny. Właśnie dlatego nigdy nic głębszego mnie do niego nie ciągnęło. Był jak bezpieczna przystań, a ja… ja potrzebowałam zniszczenia. Najlepiej siebie.
— Idziemy na około — sapnął, ruszając w przeciwną stronę, ciągnąc mnie za sobą.
Rozumiałam jego potrzebę zapewnienia mi bezpieczeństwa, ale nie kosztem mojej ręki. Na szczęście zdążył zrobić tylko kilka kroków, nim z lasu dobiegło nas stłumione piszczenie. Chłopak natychmiast stanął mocniej ściskając moją dłoń.
— Czyżbyś się wystraszył wiewiórki? — Zaśmiałam się, ale jego twarz zesztywniała. Wyglądał, jakby wytrzeźwiał w ułamku sekundy.
— Wiewiórki tak nie robią — odparł cicho.
— Zawsze możemy zawrócić — zaproponowałam.
— Jasne, żebym sobie kark skręcił — warknął, ale nie ruszył ani o krok. Kiedyś nie przeszkadzała mu myśl, by skoczyć w przepaść.
— To co proponujesz? — syknęłam stanowczo.
Nie miałam ochoty iść tam i upijać Elle, a później patrzeć, czy wykona coś, co ją przeraża. Ale jakoś musieliśmy zejść z tej góry. Reszta zapewne już na nas czekała, a Mateo stał w totalnej ciszy, nasłuchując odgłosów lasu.
— Ja biegnę, a ty za mną, co? — zerknęłam na niego. Nie odpowiedział, więc ruszyłam przed siebie.
— Nabi! Do cholery, dziewczyno! — wrzasnął wkurzony, ale słyszałam za sobą ciężar jego butów.
— Szybciej! — odkrzyknęłam w eter, pędząc ile sił w nogach. Nie minęło kilka minut, a byliśmy na dole.
— Oszalałaś! — Mateo wpadł we mnie, chwytając w pasie, nie zauważając, że zdążyłam się zatrzymać.
— Daj spokój, nie było tak źle — uśmiech nie schodził mi z twarzy, podczas gdy on wciąż wyglądał na lekko przestraszonego.
Swoim zachowaniem przypominał mi Jiyonga. Kiedy jeszcze mieszkałam w Korei, Ji i ja często się wygłupialiśmy i ładowaliśmy w kłopoty. Nic nas nie zatrzymywało. Mateo różniło od niego to, że wyjątkowo nie przepadał za dzikimi zwierzętami, co w niektórych sytuacjach bywało dość zabawne.
Tak jak teraz. Pewnie wciąż analizował, czy słyszał wiewiórkę, czy coś, co mogło go pożreć.
— Mogło nas tam coś zaatakować! — krzyknął, stopniowo odsuwając się ode mnie.
— Następnym razem cię zepchnę — rzuciłam niedbale. — Może niczego nie połamiesz przy lądowaniu. Zobaczymy, co wtedy będziesz mówić.
Patrzyłam, jak próbuje wymyślić ripostę, ale nic nie wskazywało na to, że mu się uda.
— To ustalone!
— Gdybym mógł, to bym cię pociągnął ze mną na dno — rzucił ni stąd, ni zowąd.
— Łał, to żeś wymyślił — prychnęłam. — A można wiedzieć, co cię przed tym powstrzymuje?
— Wizja, jak twój brat mnie tłucze — odparł z miną, która sugerowała, że właśnie miał daną scenę przed oczami.
— Czasem zapominam, że się znacie — szepnęłam, spuszczając wzrok.
Mateo właśnie przypomniał mi moment, gdy Sam, przyjeżdżając do nas na święta, o mało co nie potrącił chłopaka. Sammy niby był tym mądrym w rodzinie, a nie pamiętał, jak się w Anglii jeździ.
Od tamtej pory ta dwójka spędzała ze sobą czas. Było to trochę podejrzane, ale dzięki temu mogłam podsuwać Mateo różne myśli, licząc, że powtórzy je mojemu bratu. W ten sposób miałam od Sama względny spokój.
— Lecz wciąż nie widzę powodu, byś miał się go bać.
— Jest dość opiekuńczy względem ciebie — stwierdził krótko. — I nie boję się go! — podniósł głos, gdy tylko dotarło do niego, co właśnie powiedziałam.
Musiałam przyznać mu rację. Sam nie miał hamulców, gdy ktoś próbował mi zaszkodzić. Bycie jego młodszą siostrą to jednocześnie przywilej i przekleństwo.
— Chyba że na drodze — zagaiłam, licząc, że podchwyci moje wspomnienie.
— Tak, pod koła lepiej mu nie wchodzić — roześmialiśmy się głośniej niż zazwyczaj. — Zresztą Sam też dziś robi jakąś imprezę. A może to było wczoraj? — Mateo zamyślił się na moment. — Nigdy nie ogarniam, która u niego godzina.
Spojrzałam na zegarek w telefonie, machając mu nim przed twarzą.
— Aktualnie nieco po piątej.
— A skąd to wiesz?
— Bo mam ustawione dwa zegarki w komórce? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie. — Czego nie zrozumiałeś z machnięcia ci przed nosem telefonem, kiedy mówiłam, która godzina u Sama?
— W sumie to wszystkiego. Trochę już wypiłem — podrapał się po głowie i zerknął za mnie.
Sekundę później poczułam w dłoni wibrację.
Jiyong: Chwilę nie patrzyłem na telefon, a ty już przenosisz naszą znajomość na wyższy poziom.
Ja: Ależ nic z tych rzeczy!
— Z kim ty tak ciągle dziś piszesz? — Mateo nagle chrząknął. — My próbujemy upić nową, a ty cały wieczór ukrywasz się z komórką.
— Nie znasz — ucięłam i kontynuowałam pisanie, uświadamiając sobie, o czym rozmawiałam z Mateo. Ji wypisywał do mnie, gdy u niego był blady świt.
Ja: Swoją drogą nie powinieneś przypadkiem spać?
— Od kiedy jesteś taka tajemnicza? — nachylił się nade mną. — Jiyong? Hm, brzmi znajomo — stwierdził, zerkając mi w ekran. Od razu go zablokowałam.
Nie ukrywałam znajomości z Ji, ale nie lubiłam, gdy ktoś wpychał nos w nie swoje sprawy. Szczególnie kiedy robił to bez pytania, uznając, że ma do tego prawo.
— Szybka reakcja — puścił mi oczko i wyprostował się. — Oj.
— Co tym razem? — spojrzałam na niego, po czym odwróciłam się w stronę, którą patrzył. Moje szczęście momentalnie wyparowało. — O…
Rozdział 4
Wolny spadek
Uderzył we mnie ostry, przytłaczający zapach, który nosiła tylko jedna osoba. Derek. Mocniej wychyliłam się zza murka i wstrzymałam oddech. Klęcząca przed nim blondynka tak bardzo przypominała Sarę. Te same lśniące włosy, figura…
Coś we mnie pękło. Tuż pod żebrami, rozdzierając wnętrze na małe kawałeczki. Powinnam mieć ich w dupie, przejść obojętnie obok tego widoku, ale zamiast tego patrzyłam i słuchałam podświadomego szeptu: A jednak boli. Zacisnęłam palce na rękawie płaszcza czując szorstkość materiału.
— Przykro mi — gorący szept Mateo odbił się od ucha nie wywołując żadnej reakcji.
Objął mnie w pasie i wycofał do rogu. Tu nas nikt nie widział. Staliśmy tak oparci o siebie dłuższą chwilę, milcząc. Słowa były zbędne. Wnosiły tylko pustkę i nic nie zmieniały.
Beznamiętnie spojrzałam na odblokowany ekran, czując bijące od telefonu ciepło i wibracje.
Jiyong: Przypadkiem nie. Specjalnie tak.
— Nie wiem, o czym gadacie, ale po minie wnioskuję, że trafił w sedno — zagaił, zerkając na wiadomość.
Z nas dwojga, tylko ja znałam koreański.
— Żebyś wiedział — odparłam, odwracając się na pięcie. — Idziemy?
Mięśnie twarzy buntowały się przeciwko uśmiechowi. To był jeden z tych momentów, w których najlepiej wyćwiczona maska pękała. Kąciki ust drgnęły niepewnie, ale nie potrafiłam ich utrzymać. Zostałam z wymuszonym grymasem, zmęczona graniem kogoś, kto już dawno powinien przestać się przejmować.
— Jesteś pewna? — Głos mu zadrżał, a wzrok niepewnie powędrował na mur. Nie miał ochoty spotkać tej parki, a mimo to stał przy mnie, brodząc w bagnie. — Możemy tu jeszcze chwile postać, żeby…
— Nie przeszkodzić im przypadkiem? — dokończyłam, widząc, z jakim oporem szło mu mówienie. — Mogli się lepiej ukryć, a nie stać na widoku.
Chwyciłam go za dłoń i pociągnęłam.
— Muszę się napić czegoś mocniejszego niż to — poruszyłam butelką, którą wciąż trzymałam w dłoni.
Piwo było bezpiecznym kompromisem na miłe, pogawędki. Teraz potrzebowałam czegoś, co zagłuszy narastający chaos. Chciałam przestać analizować, czuć i pamiętać.
— Widzisz? Już ich nie ma — stwierdziłam. Puściłam dłoń Mateo i mijając miejsce, gdzie przed chwilą stał Derek, ruszyłam prosto do znajomych.
— No nareszcie! — Głos Dennisa rozbrzmiał zbyt blisko, gdy wpadałam w ich krąg. — Gdzieście się włóczyli?
Był już wstawiony. Słyszałam, jak przeciągał samogłoski.
— Oj, chciałbyś wiedzieć! — Podeszłam do niego, przybierając wesoły uśmiech. — Nie mogę zdradzać tajemnic, które dzielę z Mateo. Choć gdybyś bardzo nalegał, może coś bym szepnęła… ale nie za darmo.
Nachyliłam się nad stolikiem i złapałam trzy butelki ginu oraz jakiś nieznany sok.
— Czyli co, polana? — zapytałam, radośnie.
Niech Derek wie, że stracił szansę.
— Jedna dla ciebie — podałam butelkę Mateo i zwróciłam się do Elle. — Ty bierzesz drugą. Masz puste ręce, a chyba nie przyjechałaś tu po nic. — Zwilżyłam usta, mierząc wzrokiem jej sylwetkę. — I coś na osłodę, gdyby trunek ci nie podszedł.
— Ktoś tu nam się zaczyna rozkręcać! — Dennis podchwycił mój nastrój i ruszył w tłum.
Tego potrzebowałam. Chwili bez zbędnych myśli. Tylko śmiechu, muzyki i znajomych twarzy.
— A! Jeszcze jedno — cofnęłam się w ostatnim momencie. — Plecaczek.
Podbiegłam do koca, żeby go zabrać.
— Wszystko z nią okej? — Głos Hanny dobiegł zza moich pleców, ale nie zareagowałam.
— Sam nie wiem — odparł Mateo.
Upewniłam się, że wszystko jest na miejscu, i ruszyłam za Dennisem. Skubany zdążył już zajść całkiem daleko.
— Który to skusił się na dzisiejszą cnotkę? — rzuciłam, doganiając szatyna.
— Cichutko. — Położył palec na ustach. — Jeszcze usłyszą.
— Są w chuj za nami! — Machnęłam dłonią, otwierając gin. Im szybciej zacznę pić, tym szybciej zatrę obraz Dereka.
Szkoda tylko, że to chwilowe rozwiązanie. Alkohol miał jedną, paskudną cechę: zamiast zacierać wspomnienia, wyostrzał je, zostawiając w głowie emocjonalny rozpierdol.
— Zaprosił Mateo. — Dziwne.
— A kto zabawia? — dopytałam, wyciągając papierosy.
— David. Ale dziś częściej gada z Hanną, więc nie wiem, czy da radę. Zresztą ona nie wygląda na zainteresowaną.
Odpaliłam fajkę i zaciągnęłam się mocno. Ciepło rozlało się w płucach, wypełniając je trucizną życia.
— Za to tobą jak najbardziej!
Jest i olśnienie mojego geniusza! A sądziłam, że David szepnął mu już słówko o mnie, Elle i samochodzie.
Ciekawość wzięła górę. Odwróciłam się i zerknęłam na dziewczynę. Musiałam wiedzieć, czy patrzyła na mnie tak, jak sugerował Dennis. A może to tylko złudzenie? Wynik narastającego napięcia? Bo jeśli faktycznie mnie obserwowała, ta noc właśnie stała się skomplikowana. Chyba że alkohol zaczął działać i widziałam to, co chciałam zobaczyć.
— Teraz miała być wasza kolej — skwitowałam, biorąc głębszy łyk z butelki. — Mogłeś bardziej przypilnować Davida, zamiast tylko pić.
— Nie mów, że nie chcesz. — Posłał mi wymowne spojrzenie, stając w miejscu. Ruszył dopiero, gdy go minęłam. — Zresztą, co za różnica, kto ją upije. Chcemy tylko zobaczyć, czy zechce się skompromitować.
— Oj, gdy była nasza kolej, to jakoś widzieliście różnicę — warknęłam, wskazując palcem na przestrzeń między nami.
Walczyłam ze sobą, by nie przewrócić oczami. Dennis miał ten zdradziecki dar ignorowania problemów, które go bezpośrednio nie dotyczyły. Czasami okropnie mnie tym wkurzał. Chyba że dzięki niemu zapominałam o własnych, wtedy byłam mu wdzięczna.
— Kto wam takich głupot naopowiadał? — zaoponował.
— Ty!
— Nie bądź taka pamiętliwa. Przecież nic się nie stało.
— Jak ostatnio? — spojrzałam na niego sugestywnie.
Był już mocno podpity, ale chyba nie zapomniał, jak rok temu śmiechy umilkły wraz z krwią i paniką. I ta przerażająca cisza, kiedy nikt nie wiedział, czy trzeba będzie wzywać karetkę. Potrząsnęłam głową na samą myśl.
— To nie była moja wina. — Wskazał na mnie dłonią.
Miał rację. Dennis ostatnim razem nikogo nie namawiał do skakania z pomostu i rozwalania sobie nogi o jakiś pręt w wodzie.
— Koleś miał szczęście, że mu większej krzywdy nie zrobiłyście — dodał po chwili.
— E, ja mu nic nie zrobiłam. Byłam tylko od nalewania — skarciłam go palcem. — Sara się uparła, że będą skakać w środku nocy. I w sumie szkoda, że akurat jej się nic nie stało. — Wzięłam kolejny łyk, który natychmiast przypomniał mi, jak gorzki smak ma moje życie.
— Coś mnie ominęło?
Jak na pijanego, szybko wyłapywał interesujące go słówka.
— Powiedzmy, że już sobie dzisiaj pofolgowała z Derekiem.
— Po… co?
No tak. Sara i te jej pieprzone, mądre słówka, które powrzucała mi do łba. Zresztą Dennis powinien je znać. Był ode mnie starszy! Chyba że alkohol zamroczył mu już kilka ważnych połączeń w mózgu. Jak na ironię, ja wciąż byłam zbyt trzeźwa.
— Pofolgowali — powtórzyłam, ale jego mina mówiła tylko jedno: „nie rozumiem”. — Zabawili się, debilu.
— Trzeba było tak od razu, a nie bawić się w Sarę — zbulwersował się. — Czyli oni odpadają.
— Jesteś okropny, wiesz? — Zatrzymałam się gwałtownie, wymuszając na nim to samo.
Jak on mógł? Przecież wiedział o mnie i Dereku. Zachowywał się tak, jakby całe jego życie było tylko pieprzoną imprezą. A mnie, w dodatku, bawiła ta jego ignorancja. Wkurzała, ale jednocześnie cieszyła. Pewnie dlatego, że przy nim nie musiałam udawać dobrze wychowanej, bogatej dziewczynki.
Przy Dennisie byłam zwykłą, zepsutą idiotką.
— A no tak — skrzywił się. — Coś tam kręcicie ze sobą.
— Już nieaktualne.
Tak jak większość rzeczy, które miały znaczenie, dopóki nie zostały zdeptane. Ale po co o tym mówić? Po co tłumaczyć coś, co przestało być warte wspominania?
Wzięłam kolejny łyk, niezadowolona, i ruszyłam dalej. Gin był cierpki, mocny, dokładnie taki, jak powinien. Jak coś, co daje chwilowe ukojenie, ale w zamian pozostawia gorzki posmak. Idealna metafora mojego życia.
— Czyli się zgadzasz? — Dennis podbiegł do mnie, wyraźnie zadowolony.
— A co mi szkodzi? — spytałam retorycznie. — Najwyżej dziewczyna się spłoszy i będzie chciała wrócić do domu. — Było mi już wszystko jedno. — A ja wciąż pozostanę niezaspokojona.
Czułam, jak kolejny błahy powód wywołuje u mnie nostalgię. Nie chodziło tylko o to, że coś mnie ominęło. Chodziło o to, że wszystko od jakiegoś czasu zdawało się być niesatysfakcjonujące. Nic nie miało smaku. Nawet ten cholerny alkohol.
— Wtedy zobaczymy, czy Mateo stanie na wysokości zadania, skoro Derek wyczerpał już swój limit. — Puścił mi oczko i ruszył szybszym krokiem do przodu.
— Jesteśmy! — wykrzyczał w czarną przestrzeń przed nami, po czym rzucił mi jakiś koc, którego wcześniej u niego nie zauważyłam.
Złapałam go bez słowa. Teraz interesowało mnie szybkie upicie się. Sprawienie, by każda kolejna kropla ginu wygładziła ostre krawędzie moich myśli. Chciałam stworzyć iluzję. Krótkotrwałe zawieszenie, które i tak w końcu pęknie. Póki co, napawałam się pragnieniem.
Ta sytuacja przypomniała mi, że znów nic nie odpisałam Ji. A skoro zanosiło się na harce… mogłam już nie mieć okazji. Czym prędzej wyjęłam telefon z kieszeni, mrużąc oczy od nadmiaru światła.
Ja: Mówił ci już ktoś kiedyś, że masz niebywałą zdolność pisania tego, co w danym momencie chce się zobaczyć?
Wysyłałam. Wiedziałam, że nawet jeśli nie do końca zrozumie, to nie będzie mnie oceniał. W tej chwili potrzebowałam kogoś, komu mogłam napisać cokolwiek bez obawy o konsekwencje.
Jiyong zawsze był bezpiecznym odbiorcą. W świecie, w którym wszystko zdawało się mieć drugie dno, on jako jedynym, nie analizował moich błędów. Pozwalał mi mówić i wyrzucać z siebie wszelkie śmieci.
Po następnym łyku poczułam lekki zawrót głowy. Świat przez ułamek sekundy zachwiał się pod moimi stopami, ale zamiast zwolnić, wzięłam kolejny haust. Jeszcze nie było dość. Nie mogło być. Bo gdybym się zatrzymam, zaczęłabym myśleć. A dzisiaj chciałam tylko dryfować. Stać się częścią tej beznadziei. Nie być sobą.
— Wszystko w porządku?
Nagle poczułam na sobie czyjeś silne dłonie. Przez sekundę nie potrafiłam dopasować ich do żadnej znajomej twarzy, ale gdy podniosłam wzrok… zobaczyłam przed sobą wyjątkowo niebieskie oczy. Były tak nierealne. Jak moje marzenia o powrocie do Korei.
— Ji… — zaczęłam, lecz przerwałam.
Nie to miejsce, nie ten czas i nie ten kolor, ty debilko.
— Mateo — poprawiłam się, czując piach w ustach. Nie jego chciałam.
— Nie za dużo jak na raz? — zapytał, spoglądając na moją dłoń, w której zaciskałam do połowy opróżnioną butelkę.
— Jakby to kogoś obchodziło — wymruczałam.
Znów był nadopiekuńczy, a ja z trudem to odrzucałam. Nie chciałam go ranić, ale chyba nie umiałam inaczej. Czmychnęłam z jego ramion, odnajdując wzrokiem zdobycz.
— Elle! — krzyknęłam z nutą pijackiej radości. — Chodź, pokażę ci fajne miejsce.
Chwyciłam jej dłoń i pociągnęłam za sobą.
— Jakoś wolno ci idzie — zauważyłam, spoglądając na jej wciąż zamknięty gin.
Nie rozumiałam, jak można tu siedzieć i nie pić. Jak można być częścią tej nocy i nie pozwolić jej się wciągnąć. A może Elle była inna?
— Masz z otwartą, pójdzie ci łatwiej — stwierdziłam i podmieniłam nasze butelki, nie pytając o zdanie.
— Za to tobie idzie wyjątkowo szybko — zauważyła, wyraźnie zaskoczona moim ruchem.
— Nie przyjechałam tu smęcić.
Starałam się nie przejmować tą reakcją i szłam dalej. W końcu nie ona pierwsza sugerowała, że za dużo wypiłam. Po krótkiej wędrówce doszłam do wniosku, że to tutaj. Miejsce idealne na piknik. Z kocem, ginem i naszą dwójką.
— Przestań się przejmować i kładź. — Wskazałam dłonią miejsce obok siebie. Sama opadłam na koc pierwsza. — W końcu spokój.
Elle po krótkiej chwili usiadła niepewnie, ale na tyle blisko, bym poczuła różnicę.
— Cicho tu — szepnęła.
Nareszcie mogłam odpocząć od całego zgiełku. Ta cisza była niczym zbawienie, miękki koc, otulający przed rzeczywistością. Nie było tu oceniających spojrzeń, presji, ani konieczności tłumaczenia się z czegokolwiek. Przynajmniej na tę krótką chwilę.
— Pięknie prawda? — spytałam.
Moje małe wytchnienie przerwało drganie komórki. Wiedząc, kto napisał, bez zbędnych ceregieli podniosłam się i sprawdziłam treść.
Jiyong: Coś się stało?
Ja: Można tak powiedzieć.
Myśl o tym, że mógłby mnie ocenić, gdybym napisała mu o moim obecnym stanie, nie zmieniała faktu, jak bardzo pragnęłam to zrobić. Ji był jedyną osobą, przy której nigdy nie musiałam udawać. Mogłam być sobą, a on to doceniał.
Ostatni raz widziałam go, gdy mieliśmy po dwanaście lat. On dojrzał, a ja… wciąż zapijałam smutki. W głowie miałam wyidealizowany obraz Jiyonga. Kogoś, kto rozumie mnie bez zbędnych pytań.
Ale czy nadal był taki? Czy po tych wszystkich latach wciąż był tym samym chłopcem, do którego mogłabym wrócić bez obaw? Miło było uciekać w tamte beztroskie czasy, jednak obecność Elle, która co chwila zerkała na mnie, psuła wszystko.
Nic nie mówiła, ale te jej nieznaczne spojrzenia sprawiały, że czułam się nieswojo. Nie byłam pewna, co nią kierowało. Ciekawość? Ocena? Jej wzrok kłuł mnie niczym igła, skutecznie wytrącając z myśli.
Nie reagując jakoś specjalnie, wyjęłam fajki. Jedną włożyłam między wargi, a paczkę z wysuniętą sztuką podsunęłam Elle.
— Nie powinnam — mruknęła, choć w jej głosie słyszałam wahanie.
Dlaczego to komplikujesz? Przecież słyszę, że chcesz.
— Po prostu weź — poruszyłam opakowaniem, chcąc wymusić na niej reakcję i uciszyć to marudzenie. — Nikt cię tu nie zobaczy. Jesteśmy na totalnym zadupiu.
Poskutkowało. Wzięła jednego, a ja znów mogłam schować ręce w rękawy płaszcza.
— Nie jesteś wielką fanką picia, co? — zauważyłam, wymownie zerkając na wciąż pełną butelkę ginu.
Elle nawet zaczęła coś mówić, ale bardziej mnie zainteresował sygnał wiadomości niż jej odpowiedź.
Jiyong: Chcesz o tym pogadać?
Coś mi nie pasowało w sposobie, w jaki do mnie pisał, choć równie dobrze mogło to być efektem mojego upojenia. Nie mieliśmy już po dwanaście lat. Przez ten czas dojrzał emocjonalnie na tyle, by naprawdę chcieć słuchać moich głupich problemów.
Oczywiście, to nie był pierwszy raz, kiedy okazywał zainteresowanie. Ale dzisiejsza rozmowa zdawała się być inna niż wszystkie poprzednie.
Ja: Chciałabym, ale to nic nie zmieni. Mimo wszystko…
Napisałam to z pełną szczerością i narastającym smutkiem.
— Ktoś ważny? — Głos Elle przeciął ciszę.
Super, zauważyła, że ją olewam.
— Am, nie — skłamałam, blokując telefon. Wyłączony wyświetlacz pogrążył nas w jeszcze większym mroku. — Coś mówiłaś wcześniej?
Spojrzałam na nią, próbując przybrać maskę zainteresowania, choć wciąż czułam pod palcami ciepło komórki.
— W sumie to nic specjalnego — oznajmiła, po czym wzięła łyk ginu. Skrzywiła się, ale przełknęła.
— O proszę, jednak się przekonałaś — na moją twarz wpełzł zwycięski uśmiech. — Mogę ci dać coś słabszego na początek, jeśli chcesz? — Przypomniałam sobie o piwie w plecaku.
— Nie trzeba — znów zrobiła grymas, biorąc kolejny, wymuszony łyk.
— Nie chcę cię zmuszać.
Miałam wrażenie, że to nie jej bajka.
— Podobno lepiej nie mieszać — dodała, niemal przepraszająco.
— Nie piłaś wcześniej? — zdziwiłam się szczerze.
Wydawało mi się, że skoro przyszła na imprezę, gdzie ludzie świętowali ostatnie dni wolności, to choć raz miała w ustach alkohol. Nie potrzebowałam jej problemów.
— Oddawaj to — rzuciłam, wyciągając rękę po butelkę. Elle okazała się szybsza. — Co ty wyprawiasz?
— Chce spróbować — rzekła, krótko, dosadnie, unosząc szkło do ust.
— Czego? Kaca? — Jej tok myślenia wybił mnie z tropu.
— Jak to jest być wami.
— Nami? — powtórzyłam, nie do końca rozumiejąc, co miała na myśli.
Zabrzmiało to tak, jakbyśmy byli jakimś obcym gatunkiem na planecie. Choć, nie powiem, kilkoro z nas faktycznie odstawało intelektem. Taki na przykład Derek. Idiota w pełnej krasie. Wróć, tego też mu brakowało.
— No wiesz… bogatymi — zaczęła niepewnie, lekko bełkocząc. — Macie wszystko, niczym się nie przejmujecie, pijecie, kiedy chcecie. — Wskazała na butelkę w mojej dłoni.
— Nie masz pojęcia, o czym mówisz — ucięłam, czując jak, uchodzi ze mnie energia.
Bogaci? Jasne. Tylko nikt nie wspominał, że pieniądze nie kupują zdrowej relacji z rodzicami. Że nie dają szczęścia, a jedynie droższe prezenty. A już na pewno nie kupują wolności od błędów, które ciągną się za tobą latami.
— Skąd ta myśl? — zapytała cicho, przygryzając wargę.
Patrzyłam na nią, a w mojej głowie zalągł się natłok myśli. Ten gest, to, jak wodziła po mnie wzrokiem… Flirtowała ze mną świadomie, czy alkohol ot tak puścił jej wszelkie zahamowania? Była tego w ogóle świadoma?
— Wybacz.
— Co? — Posłałam jej niewinny uśmiech, sądząc, że moja mina nie była taka, jaką sobie wyobrażała. — Że procenty zaczęły na ciebie działać szybciej, niż sądziłam?
— Chyba — szepnęła, wciąż uważnie mnie obserwując.
— Swoją drogą, bycie „nami” nie jest takie super, jak sądzisz — kontynuowałam, a mój głos spadł o jeden ton niżej. — Nie trzeba się specjalnie starać, żeby zostać zakałą rodziny. Ale jeśli rodzice cię nie wydziedziczą, to po ich śmierci zostaniesz bogata. — Wskazałam na nią butelką, uderzając w jej szkło. Rozległ się głuchy dźwięk, który szybko zagłuszył szum drzew. — A do tego czasu możesz bez oporów korzystać z ich konta bankowego i udawać szczęśliwą.
Jej spojrzenie było mieszanką ciekawości i niepewności. Jakby nadal analizowała, czy chce być częścią tego zepsutego świata, który jej pokazywałam.
— Czyli macie tak samo przesrane jak biedni, tylko wynagradzacie sobie wszystko kasą — oznajmiła, ewidentnie wstawiona. Musiała wypić coś wcześniej, gdy byłam zajęta własnym bagnem.
— Dokładnie — przytaknęłam.
— Czyli lepiej? — dopytała nieśmiało, jakby wciąż szukała w tym nadziei.
— Czyli lepiej. — Wzięłam kolejny, piekący łyk ginu i odrzuciłam, wciąż zgaszonego papierosa.
— Nie chciałabyś tak żyć — dodałam, widząc jej zakłopotanie. — Znaczy… chciałabyś — sprostowałam. — Ale z kasą czy bez, wszystko boli tak samo.
— Mimo to ludzie wolą płakać przy droższych trunkach.
— Akurat pijemy ten ze zwykłej — parsknęła i ku mojemu zdziwieniu, zawtórowałam jej.
Nasz śmiech uciekał między gałęzie drzew, zmiękczając atmosferę. W jednej chwili problemy z rodzicami, Ji… zniknęły, pozostawiając za sobą uchylone drzwi, przez które ledwo migotało światło. Siedziałyśmy ramię w ramię, ale gdy się odwróciłam, nieświadomie, znalazłam się niebezpiecznie blisko niej.
Nie byłam tylko pewna, dla której z nas było to większym zagrożeniem.
— Nawet nie wiem, jak masz na imię — powiedziała, z wahaniem spoglądając na moje wargi.
— Przecież wiesz, że Nabi — odpowiedziałam szeptem, czując jej przyśpieszony oddech.
Uniosłam dłoń i delikatnie dotknęłam jej twarzy. Palcami przesunęłam po jej policzku. Była tak cholernie prawdziwa.
Przybliżyłam się jeszcze bardziej. Nie miałam pojęcia, co mną kierowało. Może zwykła, ludzka potrzeba, a może odruch. Jedno wiedziałam na pewno. To było lepsze niż użalanie się nad sobą. Krótka chwila, która mogła na moment zatrzeć chaos w mojej głowie.
To nie była dobra decyzja. Raczej próba uciszenia czegoś, co we mnie wyło. Ale w tej sekundzie, gdy jej oddech był tak blisko mnie, nic nie miało znaczenia.
— Ja…
— Ja też — mruknęłam i nie zwlekając dłużej, uciszyłam ją pocałunkiem.
Wiedziałam, co miała na myśli. Czułam sztywność jej ramion, niepewne ruchy warg. Elle nie była pierwszą dziewczyną, którą całowałam, ale skłamałam, dając jej złudne wrażenie, że nie jest w tym sama.
Sądziłam, że prędzej ucieknie, niż pozwoli mi na więcej. A jednak… jej palce zacisnęły się lekko na moim ramieniu. — Jesteś pewna? — zapytała, łaskocząc mnie gorącym oddechem.
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego usiadłam między jej nogami, przyciągając ją bliżej siebie i wróciłam do jej ust. W tej chwili, wszystko inne przestało istnieć. Nie liczył się czas, miejsce, ani to, co będzie jutro. Było tylko ciepło jej skóry, ciężar chwili i wygodne zapomnienie.
Doskonale wiedziałam, że Elle była tylko odskocznią. A mimo to pozwalałam jej na więcej, niż powinnam. W tej chwili, ona, jako jedyna dawała mi spokój.
Smak jej ust przeobrażał się pod moimi wargami z cierpkiej goryczy alkoholu w słodką nutę malinowego soku. Nasze dłonie szybko odnalazły odpowiednie fragmenty ciał. Jakby od zawsze wiedziały, gdzie należą. Chwilowe odsunięcie się Elle tylko zachęciło mnie do dalszego przeżywania tej przyjemności.
Te ciepłe palce, zsuwające mi delikatnie płaszcz z ramion, i niepewne spojrzenia z nadzieją na więcej nie pozwalały przestać się zbliżać. Czułam ciągły niedostatek bliskości. Każda sekunda bez dotyku była stratą. Nie chcąc tracić tej chwili, cofnęłam się nieznacznie i zaczęłam rozpinać koszulę. Elle natychmiast to zauważyła, skupiając całą uwagę na moim ruchu. Niepewnie wyciągnęła dłoń, a ja, chcąc ją zachęcić, przygryzłam lekko dolną wargę. Napotykając jej wzrok, zwilżyłam usta językiem, czekając, aż wykona następny krok.
Jej dotyk pokazał mi, że chce tego tak samo mocno jak ja. Chwyciłam ją mocniej za twarz, przysunęłam bliżej i zaczęłam całować, zapominając, po co właściwie tu przyszłam. Do chwili.
Tak bardzo tego chciałam! A mimo to coś nie dawało mi spokoju. Wycofując się między pocałunkami, by na chwilę złapać oddech, poczułam, jak jedna myśl wierci mi dziurę w mózgu. Spuściłam głowę, chcąc uniknąć jej wzroku.
Nie wiedziałam, co mną kierowało, ale czułam, że nie powinnam tego robić. To była ta sama myśl, co zawsze. Nie tyle ostrzeżenie, co głuche przypomnienie, mówiące: nie można uciec przed tym, co siedzi w środku.
— Czyli taką masz słabość, Elle — zamarłam, słysząc znajomy, kobiecy głos.
Otworzyłam szerzej oczy. Ciało dziewczyny w sekundę stało się napięte, jakby próbowała zniknąć. Ale tu nie było gdzie się ukryć. Była odsłonięta, a Sara dobrze o tym wiedziała.
— Idź stąd — syknęłam, zaciskając zęby, wciąż z ustami blisko szyi Elle.
— No co ty, Nabi, nie dasz popatrzeć? — Byłam pewna, że jej oczy właśnie błyszczały triumfem.
— Nie i… spieprzaj stąd! — krzyknęłam, podnosząc głowę.
Sara kucała tuż obok nas z miną, która mówiła jedno: będzie o czym gadać. Już widziałam, jak opowiada innym, że nową podniecają kobiety. Choć wcale nie była lepsza. Właściwie jeszcze nie tak dawno robiłyśmy to samo.
— Nic mi nie zrobisz, Nabi. Za to ją czeka ciekawy przyszły rok — powiedziała, wskazując dłonią na nową.
Wiedząc, do czego Sara jest zdolna, instynktownie spojrzałam na jej dłonie. Oczywiście, telefon. Zawsze gotowa i czujna. Jakby czekała na moment, w którym będzie mogła kogoś rozbroić jednym kliknięciem.
— Nie ośmielisz się — złość coraz bardziej we mnie kipiała.
— Spokojnie, tobie nic nie będzie. Twoja reputacja nie pozwoli, by stała ci się krzywda — mówiła, śmiejąc mi się niemalże w twarz.
— Z czym ty masz problem? — wstałam, czując, jak Elle próbuje się odsunąć.
— Lepiej zapnij, bo jeszcze zmarzniesz — rzuciła, wskazując na moją rozpiętą koszulę.
— Nie udawaj, że cię to obchodzi. Obydwie wiemy, że poza czubkiem własnego nosa nic cię nigdy nie interesowało — gniew narósł we mnie jak fala. I wiedziałam, że zaraz się wyleje.
— Nabi? — Elle odezwała się cicho, niemal szepcząc, ale nie odpowiedziałam.
— Dziewczyna cię woła — Sara aż promieniała z satysfakcji. Czekała na ten moment. Chciała, żebym się złamała.
— Mam cię już serdecznie dość! — złapałam ją gwałtownie za bluzę i szarpnęłam do siebie tak, że prawie straciła równowagę. — Lepiej to usuń.
— Bo co? — mój ruch ani trochę nie zrobił na niej wrażenia. Zachowywała się, jakby była nietykalna.
I może bym w to uwierzyła… ale dla mnie taka nie była.
— Zapomniałaś już, co ze mną robiłaś ostatniego lata? — uśmiechnęłam się szyderczo. — Przyszła prawniczka nie powinna sobie pozwalać na takie rzeczy.
— Ty suko.
— Czyżbym znalazła twoją słabość?
— Nic na mnie nie masz — odepchnęła mnie gwałtownie, z wyraźną wściekłością.
Słodki zapach likieru z jej ust podrażnił mi nos. Kompletnie nie rozumiałam, jak mogła to pić i nie rzygać.
Nie czekając na moją odpowiedź, zaczęła się wycofywać.
— Jesteś tego pewna? — tym razem to mi uśmieszek nie schodził z ust.
Choć Sara miała rację. Nigdy niczego z nami nie nagrałam. W końcu nie na tym polegała nasza bliskość.
— Zawsze możesz się przekonać, do czego jestem zdolna. — Podeszłam do koca, gdzie nadal siedziała wystraszona Elle.
Było coś jeszcze. Jakby… próbowała zrozumieć, czy to, co właśnie się wydarzyło, miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Może chciała coś powiedzieć, ale chyba wiedziała, że lepiej milczeć. Mrugnąwszy do niej okiem, podniosłam telefon i zamykając kolejne powiadomienie o wiadomości, udałam, że czegoś szukam.
— Coś ci się pomieszało, koleżaneczko.
— Koleżaneczko? — zwróciłam się do Sary z grymasem. — Nigdy nie byłyśmy koleżankami — wskazałam po nas, oceniając ją wzrokiem. — Ale jednego możesz być pewna — podeszłam bliżej, robiąc znaczącą pauzę. — Możesz go sobie zatrzymać. Tylko żeby później nie przychodził do mnie z płaczem.
Nawiązałam wprost do sytuacji sprzed godziny, kiedy widziałam ją z Derekiem. Ale ona, zamiast się wytłumaczyć, zrobić cokolwiek, co pokazałoby, że lata przyjaźni coś dla niej znaczyły, zmrużyła oczy i spróbowała zabrać mi telefon.
— A, nie tak szybko.
Była aż tak pijana, że zapomniała, kim jestem? Że nigdy nie chciałam jej skrzywdzić, a tym bardziej zniszczyć?
Sara nagle zaczęła się śmiać, a mnie coraz mocniej uderzył nadmiar alkoholu.
— Nie zrobisz tego.
— Przekonajmy się więc.
Zanim podjęłam jakąkolwiek akcję, poczułam, jak ciągnie mnie za włosy. Upadek był silny, a ja uderzyłam o coś kamienistego. Ból przy wstawaniu utwierdził mnie w przekonaniu, że to był kamień. Na widok jaskrawoczerwonej krwi sączącej się z przedramienia poczułam, jak zalewa mnie wściekłość.
— Nabi? — usłyszałam nad sobą głos nowej, a po chwili jej chłodną dłoń na ramieniu.
Kiedy się odwróciłam, twarz dziewczyny była napięta od zmartwienia, a szeroko otwarte oczy ukazywały strach. Bezradność w jej spojrzeniu była niemal namacalna. Zbyt dobrze wiedziałam, że po tej nocy Sara nie przestanie jej dręczyć. Nie potrafiłam zrozumieć własnych intencji względem Elle, ale czułam, że na to nie zasługuje. Bez słowa wcisnęłam swój telefon w jej dygoczące dłonie i ruszyłam prosto do Hayes, która zaczęła od nas odchodzić. Dłonie mimochodem zacisnęłam w pięści.
— Nie dość ci? — zaczęła, gdy tylko zauważyła, że za nią idę.
Będąc dostatecznie blisko, zamachnęłam się z wściekłością i uderzyłam ją z całej siły w twarz. Krew poleciała z jej ust, a ja od razu poczułam ulgę. Nie była ona jednak na tyle duża, bym na tym poprzestała.
— Przestańcie! — zza pleców padł drżący głos Elle. Kiedy się odwróciłam, Sara wykorzystała okazję i mnie walnęła.
— Zatłukę cię — wycedziłam, rzucając się na nią.
Mimo że tym razem była gotowa na mój ruch, i tak poleciała na plecy. Utrzymując przewagę, zacisnęłam dłonie na jej szyi, siadając na niej okrakiem.
— Zrobisz jej krzywdę! — nowa już nie błagała. Była przerażona. Słowa łamały się w jej ustach, a ciało drżało na myśl o ruchu.
Sara, wykorzystując moje rozproszenie, kopnęła mnie z całej siły w lewy bok. Ból był natychmiastowy, ostry, rozrywający. Wstając chwiejnym krokiem, spojrzała na mnie z nienawiścią.
— Hej! — czyjś męski głos odbił się echem wokół nas.
Mimo bólu i trudności ze złapaniem oddechu podniosłam się i ruszyłam z powrotem na Sarę. Żadna z nas nie przewidziała jednak, co wydarzy się za chwilę.
— Kurwa, pociąg! — ktoś wrzasnął, a ja poczułam, jak grunt znika spod moich stóp. Serce mi zamarło. Spadałam, ciągnąc inne za sobą.
— Masz ją?! — krzyczał ktoś nade mną, rozsadzając mi głowę bólem.
Czułam jakby coś ściskało mi czaszkę w imadle. Pulsująca fala rozchodziła się od skroni aż po kark. Chciałam chwycić się czegokolwiek, ale świat wokół był rozmazany. W oddali dostrzegłam zamglone sylwetki ludzi.
— Nie ruszaj się.
Metaliczne dudnienie wdzierało się w każdą komórkę mojego ciała, jakby cała ziemia wibrowała pod jego ciężarem. Echo tego dźwięku odbijało się w mojej czaszce, zamieniając wszystko w jedną wielką kakofonię. Czułam, że jestem przez kogoś przytrzymywana. Spróbowałam się odezwać, wyrzucając z siebie niedbale litery.
— Dennis? — zapytałam niepewnie, zanim odpłynęłam.
A może to wcale nie był Dennis? Może to był ktoś inny. Może nikt.
Nie zdążyłam już tego rozstrzygnąć. Ciemność roztoczyła nade mną swoje dłonie. Nie było już bólu. Tylko cisza.
Rozdział 5
Biała cisza
— Wyjeżdża! — Słowo, niczym echo z oddali, przedarło się przez gęstą mgłę snu. Nie byłam pewna, czy to jawa, czy wciąż sen.
— Poczekaj — zawtórował mu kobiecy głos. — Co to zmieni?
Rozmowę przerwał trzask drzwi uderzających o framugę.
— Coś ty narobiła? — Pytanie zawisło w powietrzu, ciężkie od wyrzutu, zanim jeszcze zdołałam wrócić do świadomości.
Próbowałam otworzyć oczy, ale nawet ten gest wydawał się karą. Rażące światło brutalnie przypominało mi o mojej nieodpowiedzialności.
— Sammy? — jęknęłam, dostrzegając sylwetkę brata.
Jego obecność nie mogła być prawdziwa. Musiałam śnić. Tylko dlaczego w tak jasnym i niewygodnym miejscu? I czemu nie mogłam otworzyć oczu?
— Nabi! — Ten okrzyk wywołał u mnie pulsujący ból głowy. Skierowałam rękę w stronę dźwięku, rozumiejąc, że to nie sen. Wyczułam, że ktoś poruszył moim materacem, a potem gwałtownie się oddalił. — Obudziła się!
Do moich uszu zaczęły docierać kolejne dźwięki, zbyt intensywne i realne.
— Nabi… — ktoś dotknął mojego ramienia.
— Panno Sun, słyszy mnie pani? — Światło zdecydowanie za szybko zmieniało swoje położenie, co niemiłosiernie drażniło moje zmysły. — Proszę otworzyć oczy, jeśli mnie panienka słyszy.
— Sam, jesteś tego pewny?
Znów ten kobiecy, zmartwiony głos. Brzmiał jak…
— Tak, wypowiedziała moje imię! — Chłopak niemal pisnął. Nie podobało mi się to.
— Ucisz się — wymamrotałam, nie mogąc już słuchać tego hałasu.
— Panno Sun, proszę na mnie spojrzeć.
Niepewnie, zaczęłam uchylać powieki, próbując przyzwyczaić się do światła, ale nie współpracowały.
— Poproszę pana o przysłonięcie tej zasłony.
Słyszałam go wyraźnie. Męski, stanowczy głos, który za cholerę nie pasował mi do nikogo znajomego.
— Jest pani w szpitalu…
Ciemno, nareszcie! Poczułam ulgę, gdy światło zniknęło. Przyciskając mocniej powieki, spróbowałam je otworzyć.
— Wie pani, jaki mamy dzień? — Przede mną stał mężczyzna w średnim wieku i w białym kitlu.
Spróbowałam usiąść, chcąc zorientować się, gdzie jestem, ale świat postanowił zawirować.
— Kur… — Odruchowo złapałam się za lewy bok. Samo dotknięcie wywołało kolejną falę cierpienia.
— Proszę nie wstawać — usłyszałam od lekarza. Chyba.
— Co ty nie powiesz — mruknęłam bez namysłu.
Ból był na tyle silny, że powalił mnie z powrotem na poduszkę.
— Nabi!
Ta irytująca baba znów zabrała głos.
— Nic nie szkodzi. Proszę jeszcze raz spróbować otworzyć oczy — wciąż do mnie mówił, a ja nie wiedzieć czemu posłusznie wykonywałam polecenia.
Gdy tylko ból zelżał, na nowo uchyliłam powieki. Widok sali szpitalnej wprawił mnie w zakłopotanie.
— Jestem doktor Gover, znajduje się pani w lokalnym szpitalu.
— Właśnie widzę. — Z trudem siedząc sztywno, oplotłam pomieszczenie wzrokiem. — Co się stało? — zapytałam, widząc, że nikt nie kwapi się do odpowiedzi.
— Pamięta panienka ostatnie wydarzenia?
Słowa mężczyzny zabrzmiały zbyt poważnie, jakby znał już obcą mi wersję.
— Ostatnio? — zerknęłam na lekarza, jak na idiotę. — Co konkretnie?
Nagle zaczęła mi przeszkadzać pościel, a raczej coś, co ją przypominało. Nie mogłam jednak nic z tym zrobić. Strach przed bólem był silniejszy. I ten zapach…
— Co tak śmierdzi?
— Jesteśmy w szpitalu — ten głos na milion procent należał do Sama.
Przegrałam z własną głupotą i odnalazłam go wzrokiem. Sala natychmiast zawirowała, wywołując mdłości.
— Proszę nie wykonywać gwałtownych ruchów. Jest pani mocno osłabiona, a państwa proszę o ciszę. Zbyt wiele głosów może teraz zaszkodzić — mężczyzna mówił, zerkając na jakąś kartkę. — Wracając do poprzedniego pytania, proszę mi powiedzieć, co ostatniego panienka pamięta? Gdzie była?
— Na im… — Zauważyłam, że pozostałymi osobami w pomieszczeniu są moi rodzice.
— Tak? — Lekarz postanowił dopytać.
— Am… — Przełknęłam ślinę, chyba zbyt głośno, bo facet natychmiast zerknął w stronę moich rodziców.
— Zostanę z nią — odparł Sam. — Idźcie może coś zjeść.
Kątem oka widziałam, jak do nich podchodzi i zachęca do wyjścia.
— Myślę że to dobry pomysł. Siedzą tu państwo nieustannie. Krótki odpoczynek nie zaszkodzi, a brat na pewno dobrze zaopiekuje się siostrą.
Po krótkiej wymianie zdań niechętnie wyszli.
— Przepraszam — szepnął Sam, zapewne nie chcąc wyrządzić mi krzywdy swoimi słowami.
Przepraszał, jakby to była jego wina. Jakby mógł cofnąć czas i zrobić coś inaczej. Ale żadna z tych rzeczy nie była możliwa.
— W porządku. Widzę, że przyzwyczaiła się już pani do światła. Spróbujemy więc, wpuścić go nieco więcej. Może panienka poczuć pewien dyskomfort, ale powinien po chwili minąć.
Mężczyzna był prawdomówny. Jasne światło nie było czymś, o czym dziś marzyłam.
— Lepiej? — zapytał po dłuższej chwili, choć widział moją minę.
— Powiedzmy — sapnęłam, nie czując większej ulgi.
— Zaczęła pani mówić, gdzie ostatnio była.
— Na imprezie — stwierdziłam obojętnie, tuszując wewnętrzny lęk.
Samo wypowiedzenie tych słów sprawiło, że coś we mnie przeskoczyło. Moje ciało pamiętało więcej niż ja. Kątem oka dostrzegłam, jak Sam przeczesuje włosy palcami. Nerwowo, natrętnie, jakby próbował wyrwać z głowy myśli, których nie chciał mieć.
— Kiedy to było?
— W piątek.
— Dobrze.
Zapisał coś na kartce i kontynuował:
— Jaki mamy dziś dzień?
Spojrzałam na niego niepewnie, a następnie na brata. Głowa podpowiadała sobotę, lecz obecność Sama sugerowała każdy inny dzień. Coś mi umykało. Jakby czas przeskoczył, a ja utknęłam gdzieś pomiędzy.
Jak długo tu byłam?
— Śmiało, mała. — Brat złapał moją dłoń i delikatnie ją ścisnął.
— Nie wiem — zaczęłam niepewnie. — Sobota?
Z miny lekarza nie mogłam niczego wyczytać, więc ponownie spojrzałam na Sama. Ten od razu uśmiechnął się blado, przecząc ruchem głowy. Jego gest nie umknął uwadze lekarza.
— Proszę nie podpowiadać siostrze.
— Więc niedziela — sprostowałam.
— Skąd myśl o niedzieli? — Doktorek brnął w zaparte.
Co za różnica, jaki był dzień? Zapewne któryś z kolei po piątku.
— Nie mam wrażenia, że spałam tydzień. Skoro Sam tu jest, zapewne przyleciał niedawno. Poza tym wygląda na skacowanego niż zmęczonego brakiem snu — mówiłam, a oni przysłuchiwali się z zapartym tchem. — Skoro trafiłam tu w piątek, to u niego była sobota. Minęła najwyżej doba, zanim się ogarnął i znalazł lot. A jak już wspomniałam, wygląda jakby w samolocie odespał wyłącznie picie.
— Ciekawy ma pani tok myślenia — oznajmił lekarz, ponownie zapisując coś na kartce. Za to Sam… On wyglądał jakby na usta cisnęły mu się słowa: „Nic jej nie jest!”.
Przez najbliższe minuty doktorek wypytywał mnie o różne pierdoły dotyczące piątku, a ja przywoływałam niechciane wspomnienia. Upicie się nie zadziałało tak, jak chciałam. W nagrodę trafiłam do szpitala i nabawiłam się paru stłuczeń, przez które ciało będzie mnie boleć z dobry miesiąc. I do tego brat przyleciał z drugiego końca świata, bo rodzice drżeli ze strachu o moje zdrowie. Lepsze zakończenie wakacji było wręcz niemożliwe.
— Z mojej strony to wszystko. Porozmawiam jeszcze z rodzicami i myślę, że najbliższe godziny pokażą nam, jak długo tu zabawisz — mruknął lekarzyna na odchodne i tyle go widzieliśmy.
— Kolejna impreza? — Sam nie zwlekał długo z zadaniem pierwszego pytania. Czasem zachowywał się jak matka.
— Proszę cię, nie zaczynaj. Głowa mi pęka.
— Nie dziwota, spadłaś z urwiska kilka metrów w dół i prawie wpadłaś pod rozpędzony pociąg!
Musiał. Za każdym razem musiał mi wypominać każdy, najmniejszy błąd.
— Oj, jakbyś ty nigdy znikąd nie spadł.
— Nie stamtąd! — Wstał wkurzony z fotela.
Nie miałam siły się z nim kłócić.
— Ty w ogóle wiesz, ile miałaś szczęścia? — Nachylił się nade mną, przez co wezbrał we mnie gniew. — Kilka metrów dalej, a wylądowałabyś na torach.
— Ciekawe, niby skąd to wiesz! — Nie wytrzymałam i podniosłam głos.
— Dennis widział! Dzwonił do mnie, Nabi, kiedy cię stamtąd zabierali!
Dennis? W krzyku brata wyczułam gniew napędzany strachem. Patrzyłam, jak jego ramiona opadają, a wściekłość ustępuje miejsca zmęczeniu i trosce, które próbował ukryć. Czułam się winna, ale jednocześnie nienawidziłam tego uczucia. Chciał, żebym coś zrozumiała? Tylko co, do cholery? Coś, czego sama jeszcze nie poukładałam? I od kiedy mój przyjaciel ma do niego numer?
— Żyjesz tylko dlatego, że wpadłaś na głaz. Reszta mogła nie mieć tyle szczęścia co ty. Lekarze nie dowierzali, że nic sobie przy tym nie złamałaś.
Wrócił na swoje miejsce, niechlujnie opierając się plecami o fotel, a mnie zrobiło się głupio.
— Nie muszę nawet pytać, co się wydarzyło. Widziałem filmik, w którym grałaś główną rolę.
Na samo wspomnienie wzięłam głęboki oddech, który natychmiast wywołał nieprzyjemny ścisk w żebrach.
— Jak się rozbierasz i migdalisz z jakąś laską.
— Sara — wypowiedziałam przez zaciśnięte zęby. Zatłukę ją gdy tylko stąd wyjdę.
— Nie wiem, jak ma na imię — rzekł bez większych emocji. — Ale nie wiedziałem też, że aż tak interesujesz się kobietami.
— To nie tak — odparłam, odwracając głowę, by uciec przed jego wzrokiem.
— Więc co to, do cholery, było?! — Jego twarz znalazła się tuż przy mojej. Poczułam gorący oddech na skórze.
Naparł na mnie, jakby oczekiwał odpowiedzi, której nie chciałam mu dać.
— Eksperyment? Jednorazowa ciekawość? Czy może perwersyjna chęć zobaczenia, jak zareagują nasi rodzice na twoje aktorstwo, które wyglądało nad wyraz przekonująco? — Rzucał pytaniami jak magik królikami z kapelusza. — Nawet nie potrafisz na mnie spojrzeć — stwierdził, mając po części rację.
— Po co… — wyszeptałam, czując rosnącą we mnie rezygnację. — I tak już ułożyłeś sobie w głowie własną prawdę. Moja nie ma znaczenia.
— A różni się czymś? — Ponownie odwróciłam od niego wzrok. — Sama widzisz.
Na chwilę zapadła między nami cisza.
— Nie wiem, co chciałaś zrobić z tym filmem, ale kazałem go Dennisowi usunąć. Problem w tym, że najpierw wysłał go tobie, a twój telefon gdzieś zaginął.
Ulga? Strach? Wściekłość? Nie potrafiłam określić, które z tych uczuć uderzyło mnie najmocniej. Czy miał prawo to zrobić? Czy ja w ogóle chciałam, żeby ten film zniknął? I dlaczego znów Dennis? Przecież ta dwójka ze sobą nie rozmawiała. Przynajmniej tak sądziłam.
— Okej — słowo wyszło z moich ust automatycznie, jakby nie miało żadnej wartości.
— Mateo wspominał, na czym przyłapaliście tego pizdusia jakiś czas przed wypadkiem. Jak on miał? David? — Sam próbował sobie przypomnieć imię, drapiąc się po brodzie.
— Derek — podpowiedziałam niechętnie. To imię mnie obrzydzało.
— Właśnie! O to żeś się pobiła z tamtą laską? O jakiegoś idiotę?!
Nie od dziś wiedziałam, że darzył go wrogością.
— Nie… — zaprzeczyłam zbyt szybko, a potem ugryzłam się w język.
Z jednej strony cieszyłam się, że to Sam jest ze mną w pokoju, ale z drugiej… im dłużej tu zostanie, tym więcej padnie pytań.
Nasze relacje i tak kulały ostatnimi czasy, a ta sytuacja nie sprawi, że staniemy się sobie bliżsi. Nie wiedziałam, jak się czuć. Powinnam być wdzięczna, że brat przyleciał, ale w tej chwili jego obecność była ciężarem i wsparciem jednocześnie. Im więcej mówił, tym mocniej miałam wrażenie, że próbuje wyciągnąć ode mnie coś, czego sama jeszcze nie rozumiałam.
— Jiyong chciał przyjechać — podniosłam wzrok na wspomnienie o przyjacielu. — Podobno pisaliście.
— Ta — mruknęłam.
— Dam mu znać, że się obudziłaś. Może chociaż z nim będziesz chciała pogadać, skoro nie ze mną — niespodziewanie zaczął zbierać się do wyjścia.
Nie odpowiedziałam. Co miałam powiedzieć? Że z nikim nie chciałam o tym gadać? Że sama jeszcze nie wiedziałam, co myśleć?
— Przy okazji, Dennis przyjechał. Czeka z tą całą Sarą czy jak jej tam — dodał, będąc już przy drzwiach.
— Sarą? — zdziwiłam się.
Co jak co, ale Dennis doskonale wiedział, jakie mam aktualnie relacje z Sarą.
— No, tą z filmiku. Chyba tak ją nazwałaś.
— To Elle — oznajmiłam, wyprowadzając go z błędu.
Przecież Sammy doskonale wiedział, kim była Sara. Chyba, że uznał, że to jakaś inna.
— Kim jest więc Sara? — Wyglądał na zakłopotanego i wcale mu się nie dziwiłam. Też w tej chwili niewiele rozumiałam.
— Tą, co nagrywała?
— Poddaję się — westchnął, unosząc dłonie w geście rezygnacji. Opuścił pokój, zostawiając mnie w niewiedzy, a w jego postawie wyczytałam frustrację równie wielką jak moja.
— Siemka — szybko dostałam wyjaśnienie, gdy zobaczyłam głowę Dennisa w drzwiach. Tyle że akurat jego byłam pewna. — Przyprowadziłem ci kogoś. — Zza niego wyłoniła się Elle.
— Cześć.
— Hej.
— Zostawię was na chwilę same — chłopak chyba wyczuł między nami lekkie napięcie. — Pewnie macie sobie trochę do wyjaśnienia.
Obdarzyłam go delikatnym uśmiechem, choć w głębi duszy chciałam udusić. Szczególnie za tę bezczelną minę.
— Am… wejdziesz? — Niezręczność powoli kipiała.
Przyjrzałam się ruchom dziewczyny i odniosłam wrażenie, że jej samopoczucie wcale nie było lepsze od mojego.
— Złamałaś rękę — zauważyłam, widząc gips.
— To nic — stwierdziła, siadając niedaleko mnie.
— Nic?
Jej reakcja była co najmniej dziwna.
— O nie — uświadomiłam sobie, że to mogła być moja wina. — To ciebie wtedy pociągnęłam ze sobą. Przep… — Ból skrupulatnie przypomniał mi, że mam nie wstawać.
— Chyba nie powinnaś się ruszać — zaniepokojony głos Elle wpadł w moje uszy.
— Przepraszam — powtórzyłam, gdy ostry ból zelżał.
— To ja przepraszam. Przeze mnie pokłóciłaś się ze znajomą i… — Posmutniała. — Nie powinnam cię wtedy całować. — Spuściła głowę.
— Daj spokój, jaką znajomą — zaśmiałam się lekko. — Nie znoszę jej — mruknęłam z satysfakcją, ale zaraz syknęłam, gdy ból powrócił. Jakby wręcz przypominał mi, że sama siebie okłamuję.
— Myślałam, że…
— Co, przyjaźnimy się? — Patrzyłam na dziewczynę, czekając, aż zrobi to samo. Tak się jednak nie działo. — Tolerowałam ją i nic więcej — rzuciłam.
Nie widziałam powodu, by mówić jej, co mnie poróżniło z Sarą. Ledwo tę dziewczynę znałam. Nawet bym nie pomyślała, że mnie odwiedzi.
Cisza między nami trwała w nieskończoność. Wiedziałam, że któraś z nas czym prędzej musi ją przerwać. Nie miałam tylko pojęcia jak.
— Dennis usunął filmik — wyrzuciłam z siebie informację, czując, że to jedyna pasująca karta w mojej talii.
— Macie jej telefon? — Zainteresowała się.
— Dennis. Znaczy… miał go po wypadku, ale nie wiem, co z nim zrobił.
Przynajmniej tak zrozumiałam Sama. W sumie… ciekawe, w jakim stanie była Sara?
— To skąd masz pewność, że usunął? — w końcu podniosła na mnie wzrok.
— Mój brat mu kazał.
— Brat? To ten, co tu był? — zapytała, wskazując dłonią za siebie, w stronę wyjścia.
— Yhym.
— Przystojny… — wymruczała.
Że co, proszę?!
— Wybacz, zły moment.
— Nie, tylko… — Zabrakło mi słów. — Sądziłam… — Wskazałam na siebie palcem. — Łał. Tego się nie spodziewałam — próbowałam jakoś poskładać myśli.
— Sądziłam, że ty też. — Nadmiar emocji delikatnie zaczął opadać. Teraz miałam nowe.
— Nie — zaprzeczyłam szybko.
Zdecydowanie wolałam facetów.
— Jesteś pewna?
— No… tak — odpowiedziałam. Elle przytaknęła i znów na kilka sekund zamilkła.
— Mam twój telefon — dodała nagle.
— O! — Wyciągnęłam po niego ręce i po raz enty pożałowałam swojej decyzji.
— Musisz przestać się ruszać.
Czy ona mnie właśnie pouczyła z błyskiem w oku? Czy zwyczajnie śmiała się z mojej niezdarności?
— Wiem, ale to silniejsze ode mnie — mruknęłam, szybko biorąc urządzenie do rąk. — Nawet działa — stwierdziłam z ulgą, naciskając nerwowo przycisk blokady.
Na ekranie od razu zobaczyłam kilka wiadomości od Jiyonga i jedną od Sary. Tej wolałam póki co nie otwierać.
— Trochę go podładowałam. Mam nadzieję, że nic się nie zepsuło podczas upadku.
— Wygląda w porządku — uznałam, oglądając go na odczepnego. — Wiedziałam, komu go wcisnąć na przechowanie — obdarzyłam dziewczynę uśmiechem i wtem zauważyłam, jak przygryza usta, wpatrując się w moje.
Nieumyślnie zrobiłam to samo, przez co uniosła spojrzenie. Jej oczy wręcz promieniały, wodząc po mnie wzrokiem. Tak bardzo chciałam się jej poddać, ale wiedziałam, że jeśli pozwolę sobie na więcej, rzeczy zaczną się komplikować.
— Pójdę już… — Zerwała się gwałtownie.
— Och… zrobiłam coś? — W jednej chwili otrzeźwiałam.
Co ty robisz, Nabi?!
— Nie, tylko… — Błękit jej oczu znów mnie uderzył, zatrzymując w miejscu.
Próbowałam zebrać myśli, ale zamiast słów w głowie kłębiły się niezdefiniowane emocje. Chyba obydwie wiedziałyśmy, w czym tkwił problem. Bawiąc się dłońmi, czekałam już tylko na dźwięk zamykanych przez nią drzwi. Ten moment jednak nie nadchodził.
Sądząc, że go przegapiłam, spojrzałam w tamtą stronę i ujrzałam przed sobą Elle. Stała w zasięgu mojej ręki i choć widziałam jej zawahanie, nie cofała się. Uchylając delikatnie wargi, uniosłam kąciki ust. Mój wzrok powędrował na jej usta, a ona niespodziewanie pocałowała mnie namiętnie.
Oczywiście moja próba przybliżenia się do niej spowodowała nawrót bólu i odsunięcie dziewczyny.
— Zdrowiej — dodała, wciąż opierając się o moje czoło.
— Ty również. — Spojrzałam ponownie w jej oczy, przeczuwając, że to może być ostatni raz.
Obdarzyła mnie jeszcze jednym pocałunkiem i wyszła, zostawiając po sobie rozdarte myśli i ciężki oddech. Bezmyślnie opadłam na łóżko, przesuwając prawą dłonią między włosami.
Co ja właściwie przed chwilą zrobiłam?
— Czy wy się właśnie… — Z myśli wyrwał mnie głos Dennisa, który nie wiadomo kiedy wszedł.
— Co? — Nieopatrznie przetarłam usta. — Nie, my tylko… no wiesz… gadałyśmy — zaczęłam się bezsensownie tłumaczyć.
— Całowałyście się. — Patrzył na mnie w całkowitym szoku, szczerząc, jak głupi. Było mi niewyobrażalnie głupio.
— Ciszej bądź — skarciłam go. — Sam jest za drzwiami.
— On też zauważył, w jakich skowronkach wyszła.
— Po co przyszedłeś? — spróbowałam zmienić temat.
— Jak to po co? Spałaś ponad dwa dni — rzekł, a w mojej głowie utkwiło słowo „dwa”.
— To dzisiaj nie niedziela? — Osłupiałam.
Żaden z wcześniejszych gnoi nie wspomniał, że się myliłam!
— Poniedziałek rano, ale blisko byłaś — rzucił lekkim tonem.
— Jeszcze lepiej.
— Mam kwiatki — nagle wyjął skądś niewielki bukiet białych kwiatuszków.
Zdziwił mnie ich widok.
— Czemu stokrotki?
Nie były brzydkie, ale jakoś nie pasowały mi do Dennisa. W sumie to nawet nie wiedziałam, czy kiedykolwiek widziałam go z jakimikolwiek.
— Nie wiem, Mateo kupił u jakiejś staruszki pod blokiem. Mówiła, że są dobre na nowy początek.
Z wykrzywioną dolną wargą przyjęłam upominek.
— Ciekawe znaczenie, tylko nie mam gdzie ich dać — poruszyłam delikatnie bukiecikiem w jego stronę.
— O tym też pomyślał — dodał, wyjmując kolejno z plecaka skromny, przezroczysty wazon i butelkę z wodą. Kuzyn go zaopatrzył.
— Nie przyjechał?
— David z Hanną byli, ale on miał na dzisiaj wyjazd — stwierdził, zalewając wazon.
Dennis i kwiaty. W głowie mi się przewracało.
— No tak, zapomniałam. Włochy? — Wskazałam stokrotkami na przyjaciela. — Dobrze pamiętam?
— Tak.
Zabrał ode mnie wiązankę i ułożył w szkle niedaleko łóżka.
— Do ostatniej chwili zwlekał. Ale gdy usłyszał, że hrabina się obudziła to podrzucił czekoladki i pobiegł z Hanną na lotnisko.
— Hanną?
Że tą Hanną?
— Ano. David w końcu się na coś odważył względem niej. Wrócą za jakieś dwa tygodnie, to cię odwiedzą — kontynuował z uśmiechem na twarzy. — Chyba, że pogorszysz swój stan, to może szybciej. Poza tym nie mam dla ciebie więcej nowości.
Przyłożył dłoń do brody, namyślając się.
— Mateo pozdrawia, ale wiesz jak to z nim. Raczej omija szpitale — dodał bez większych emocji. — Jak się czujesz?
— No wiesz… — Spojrzałam na swoje ciało ukryte pod kołdrą.
— Mocno przywaliłaś — zaznaczył.
— Sugerujesz mi, żebym lepiej nie patrzyła w lustro?
— A masz siłę wstać? — dopytał, a moja skwaszona mina była wystarczającą odpowiedzią. — Nie polecam. Sara musiała ci mocno przywalić, bo masz sporego siniaka pod lewym okiem — wskazywał na moją twarz. — Nie boli cię? — Spróbował mnie dotknąć, ale udało mi się odsunąć.
— Jak będziesz ruszać, to zacznie — oburzyłam się.
Też mi z niego przyjaciel. Niepotrafiący pocieszyć po wypadku.
— Bardziej lewy bok — wyjaśniłam, widząc jego uważne spojrzenie. — Boli przy każdym, najmniejszym ruchu.
— Uderzyłaś nim w głaz, ale to chyba dobrze, bo cię zatrzymał. Ta nowa miała mniej szczęścia.
— Co masz na myśli?
— Nie mówił ci nikt? — Wyglądał na zaskoczonego. O czymś zapomniałam? — Poleciała prosto na tory.
— Ale… — zaczęłam.
W mojej głowie zawitała pustka. Rozmazane obrazy, chaotyczne dźwięki. Nic, co mogłoby ułożyć się w spójną całość.
— Nie pamiętasz? — zdziwił się jeszcze bardziej, po czym zaczął mi naświetlać cały wypadek. — Usłyszeliśmy jej krzyk, więc poszliśmy zobaczyć, co wyprawiacie. Szarpałaś się z Sarą, co w sumie nie powinno mnie dziwić. Nowa próbowała was jakoś rozdzielić. David w porę zauważył, że stałyście blisko wzniesienia i pobiegł do was, ale Sara straciła równowagę, zanim dobiegliśmy, i pociągnęła cię ze sobą. Elle miała tego pecha, że stała niedaleko. Popchnęłaś ją delikatnie i spadła z wami. Oddychaj. — Pstryknął mi niespodziewanie palcami przed twarzą, kończąc.
Całe moje ciało czuło ciężar tej informacji. Każda komórka zaczęła ją przetwarzać na własny sposób.
— Oddycham — mruknęłam, spoglądając na niego. — A raczej… próbuję to sobie przypomnieć.
— Byłaś bardziej zajęta rozładowywaniem gniewu na Sarze niż zauważaniem, co się wokół ciebie dzieje.
— Dobrze wiedzieć.
Jego słowa wcale nie zabrzmiały jak wyrzut. Rozumiałam, że wciąż przyjaźnił się i ze mną, i Sarą, ale… nie musiał jej wiecznie bronić. Pewnie nawet nie wiedział, co zrobiła.
— Żyje, jeśli cię to interesuje.
Czy mnie to interesuje? Nie powinno. Jednak słysząc jego słowa, poczułam ulgę. Bo pomimo tego, co między nami zaszło, wciąż traktowałam ją jak przyjaciółkę. Przynajmniej, gdzieś w odmętach pamięci.
— Nabawiła się paru siniaków i stłuczeń, ale wypuścili ją z godzinę temu do domu. Sprawdzała, co u ciebie.
— Miło.
Kiwnęłam lekko głową. I nie wiadomo czemu, kwiatki, które przyniósł Dennis, bardziej zaczęły mi pasować do Sary niż do Mateo.
— Powinnaś odpoczywać, a ja cię tu męczę — uznał i choć nic nie powiedziałam, zaczął się zbierać do wyjścia.
— No co ty, dopiero przyszedłeś.
Nie byłam zadowolona z jego decyzji, choć nie powiem, zaczęłam czuć się nieco niezręcznie, kiedy temat zszedł na Sarę.
— Od wypadku przychodzę tu codziennie, tylko cały czas spałaś. Pozwolisz więc, że teraz ja się zdrzemnę, a ty posiedzisz, czekając na mnie. — Posłał mi uśmiech, zakładając plecak. — Trzymaj się, młoda — potargał mi włosy i ot tak wyszedł z pokoju.
Super. Zostałam sam na sam ze swoimi myślami i bukietem kwiatów, które dawały złudzenie, że w końcu przestanie tu tak czysto śmierdzieć.
Wodziłam wzrokiem po pokoju, rozpaczliwie szukając jakiegoś zajęcia. Niestety moje oczy napotykały jedynie znajomy krajobraz medycznych sprzętów. Czyli to tak kończyły się zakrapiane imprezy? Białymi ścianami i kwiatami w wazonie?
Gdyby chociaż któryś z moich dzisiejszych gości pomyślał o czymś bardziej użytecznym. Książka? Krzyżówka? Nawet kolorowanka dla dzieci byłaby idealna! Ale nie, żadne z nich nie było na tyle przezorne, by zgadnąć, że dopadnie mnie nuda. Zostawało więc jedno rozwiązanie. Sen. Tutaj nikt nie miał mi za złe, że przesypiam całe dnie.
Każda uporczywa próba znalezienia choćby odrobiny komfortu, wykańczała mnie. Plecy? Koszmar. Lewy bok? Jeszcze gorzej. Prawy? Porażka. O spaniu na brzuchu nawet nie było mowy. Coraz bardziej żałowałam, że w ogóle otworzyłam dziś oczy. Gdyby nie to, nie musiałabym teraz przeżywać tej męczarni.
Po kilku kolejnych minutach litowania się nad sobą postanowiłam: jeśli zaraz nie usnę, będę wpatrywać się w sufit i liczyć te cholerne owce do skutku. Schowałam się pod kołdrą, zacisnęłam powieki i czekałam na cud. Minęła chwila i znów poczułam dyskomfort, a po następnej zrobiło się nieznośnie gorąco. Niech to szlag!
Wkurzona wyciągnęłam prawą rękę spod pierzyny i uderzyłam w coś twardego. Cudownie! Nie dość, że łóżko było torturą, to jeszcze stanowiło zagrożenie.
Natychmiast zlokalizowałam przyczynę dyskomfortu, czując ogromną ulgę. Mój telefon! Przez cały ten czas leżał tuż obok mnie, a ja zamartwiałam się, jak przetrwać ten bezruch.
Odblokowałam ekran i z satysfakcją stwierdziłam, że bateria jest pełna. Czekała mnie więc długa sesja surfowania po sieci. Najpierw jednak należało sprawdzić wiadomości. Zaczęłam od tej, którą chciałam mieć jak najszybciej za sobą. Filmik od Dennisa, wysłany z telefonu Sary.
Bez zastanowienia zapisałam go w pamięci telefonu i zamknęłam okno. Rzut oka na listę powiadomień uspokoił mnie. Nie było tego aż tak wiele. Kilka nieodebranych połączeń od brata i Dennisa, którzy zapewne próbowali namierzyć mój telefon. Wiadomości od Davida, Mateo oraz Hanny z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia oraz standardowe narzekania Dereka. Na koniec zostawiłam sobie Jiyonga. Nie miałam pojęcia, co mu odpisać, ale wypadało przynajmniej zobaczyć, co napisał.
Jiyong: Słucham więc.
Jiyong: Halo, nie śpimy, tylko piszemy, co się dzieje.
Jiyong: Mam jakieś złe przeczucia. Na pewno wszystko gra?
Martwił się, a ja zamiast mu odpisać, wybrałam zabawę z Elle.
Sumienie mnie gryzło, ale wtedy nie wiedziałam, co mogłam mu napisać. Hej, słuchaj, kolesiowi, którego lubię, właśnie jedna laska zrobiła loda? Co miałby mi na to odpowiedzieć, prócz: „Nie przejmuj się nim”.
Jiyong: Słyszałem o wypadku. Napisz, gdy poczujesz się lepiej.
To była ostatnia wiadomość, którą wysłał dwa dni temu. Wypadało na nią odpowiedzieć. Gorzej, że u niego był wieczór, więc istniała spora szansa, że ją odczyta. A przede wszystkim, odpisze.
Ja: Hej, nic mi nie jest prócz paru stłuczeń. Nie masz się co martwić.
Wysłałam i nim się zorientowałam, już otrzymałam odpowiedź. A mogłam poczekać, aż będzie u niego środek nocy. O ile to cokolwiek by zmieniło.
Jiyong: Jak dobrze, że się obudziłaś! Będę się martwić, podobno spadłaś z kilku metrów.
Super, Sam zdążył mu już powiedzieć co nieco o wypadku. Pytanie brzmiało: co wie, a czego nie?
Ja: Nie ma powodu, żyję.
Jiyong: Co się stało? Nie powiesz mi, że szłaś i przypadkiem się potknęłaś przed stromą górą.
Ja: W sumie to po części tak było.
Nie kłamałam. Nie spadłam specjalnie, tylko przypadkiem. A to, że wcześniej całowałam się z inną dziewczyną, prawie z nią przespałam i na koniec pobiłam z najlepszą przyjaciółką… Czy musiał o tym wiedzieć? Nie.
No i była jeszcze sprawa z Derekiem, ale to już w ogóle nie wchodziło w grę. W sumie to Dennis o nim nie wspominał. Czyżby nie raczył mnie odwiedzić?
Chłopak roku, kurwa.
Jiyong: A druga część jak brzmi?
Zanosiło się na to, że on też nie planował odpuścić. Nie wiedziałam tylko, czy dopytuje z własnej inicjatywy, czy może nasłał go Sam.
Tak się kończyło moje odpisywanie na wiadomości. Trzeba było zmusić się do spania i mieć święty spokój od kolejnych pytań.
Z Ji było jednak inaczej. Tęskniłam za nim, a ta namiastka rozmowy zawsze mnie cieszyła. Szczególnie teraz, gdy od ponad miesiąca się nie odzywał, a ja nie wiedziałam dlaczego. Bo nawet jeśli rzeczywiście gdzieś utopił telefon, istniała marna szansa, by Sam nie chciał mu podać mojego numeru. Brat musiałby mieć ku temu poważny powód, a nawet nie raczył mi powiedzieć, że Jiyong zmienił kartę.
Coś mi nie pasowało, ale nie miałam siły o tym myśleć. Jak na dwa dni snu, byłam cholernie zmęczona.
Ja: Nie możemy pogadać o czymś innym?
Spytałam z nadzieją, że chociaż on da mi odrobinę wytchnienia.
Jiyong: Nie.
No to świetnie się dogadaliśmy.
Ja: Nie masz większych zmartwień?
Jiyong: W zasadzie to nie.
To wciąż nie tłumaczyło, po co mu były te szczegóły. I tak nigdy nie zobaczy mnie w tym stanie, o ile w ogóle jeszcze kiedykolwiek się spotkamy.
Ja: Sam cię nasłał, prawda?
Zapytanie wprost wydawało się najrozsądniejsze. Obydwojgu nam to zaoszczędzi czasu. Dowiem się przynajmniej, czy naprawdę się martwił, czy tylko próbował zdobyć informacje dla mojego brata.
Bo nawet jeśli chciałam mu coś powiedzieć, czułam w sobie blokadę. Gdy mieliśmy po dziesięć, jedenaście czy dwanaście lat, mówienie mu o każdej głupocie wydawało się normalne. Teraz… Mając niemal osiemnaście? Niekoniecznie.
Sądziłam, że wyznanie mu prawdy o mojej angielskiej wersji sprawi mu zawód. Spojrzy na mnie inaczej. Gorzej. Z rozczarowaniem. A nie chciałam go zawieźć.
Jiyong: Nie mogę się po prostu martwić o przyjaciółkę, która miała wypadek?
Ja: Możesz.
Każda kolejna wiadomość mocniej pulsowała mi w głowie. Moje ciało zdawało się mówić: „Dość”. Nie byłam w stanie dalej drążyć tematu. Zablokowałam telefon, jakby zamykając tę rozmowę na dobre. Położyłam go na sobie, czując ciężar niewypowiedzianych słów.
Nie miałam siły dalej odpowiadać. Nie spodziewałam się jednak, że w ten sposób zasnę.
Jiyong
Patrzyłem, jak kursor na ekranie przestaje migać. Czułem się beznadziejnie. Tak bardzo się o nią martwiłem, a ona zbywała mnie byle wymówką.
Czy nasłał mnie Sam? Nie. Choć wiedziałem, że zapyta o naszą rozmowę i nie będę mógł go okłamać. W końcu pozwolił mi do niej napisać.
Wczoraj, po tak długim czasie, w końcu zobaczyłem na ekranie słowa, które tylko jej mogły wpaść do głowy. Wiedziałem o wypadku. O kolejnej zdradzie jej faceta… I szczerze żałowałem, że wtedy nie zadzwoniłem. Czułem, że coś jest nie tak. To, jak pisała… unikała szczerych odpowiedzi. Moja podświadomość jasno mi mówiła: dzieje się z nią coś złego, zadzwoń! A ja, głupi, tego nie zrobiłem.
Może wtedy nic złego by jej nie spotkało. Odebrałaby. Wypłakała się… A ja znów mógłbym usłyszeć jej głos.
Rozdział 6
Pusty pokój
Jiyong
Od rana krzątałem się po domu, szukając zajęcia, które zajęłoby ręce. Wysprzątałem niemal wszystko, a i tak roznosiła mnie energia. Mógłbym pójść do klubu, obić parę gęb i mieć spokój. Nawet spotkanie z Jake’iem wniosłoby coś w to nudne jestestwo, ale on wciąż był na mnie wkurwiony.
Rozumiał, dlaczego odpuściłem walki. Ostatni wpierdol, jaki zaserwował mi Minkyu, odbił się na moim zdrowiu. Zakrwawiona gęba to jedno, ale stłuczone żebra i ból towarzyszący każdemu oddechowi — drugie. Prawie miesiąc dochodziłem do siebie. Rodzice byli wściekli, a ja wylądowałem na komisariacie, mimo że to mnie poturbowano. Do tego… straciłem numer Nabi.
Ból fizyczny potrafiłem przełknąć. Niejednokrotnie z nim walczyłem. Ale stracenie jedynego kontaktu do najlepszej przyjaciółki, o czym nie mogłem jej poinformować… to bolało bardziej niż najgorsza bójka, w jakiej brałem udział. Taemin odebrał mi jedyną rzecz, na której szczerze mi zależało. Jake z kolei uznał, że dla panienki olałem przyjaźń, choć doskonale wiedział, jak go cenię.
Gdy tylko Sam na ostatniej imprezie pozwolił mi wreszcie spisać z telefonu jej numer, zrobiłem to bez wahania, choć potem zwlekałem z wysłaniem pierwszej wiadomości. Przez moment myślałem, że mnie sprawdza albo jest tak pijany, że nie ogarnia, co zrobił, ale nie zmienił zdania.
Jego wzrok skakał między kolejnym nieodebranym połączeniem od rodziców a mną. Takie coś w połączeniu z bladym świtem oznaczało jedno: Nabi znów uciekła z domu na jakąś imprezę. I choć go rozumiałem, to nie umiałem przejść obok tego obojętnie. Może gdybym nie zobaczył pierwszego połączenia. Tego, jak Sam olewa każde kolejne i wciąż próbuje się bawić. Wtedy byłoby mi łatwiej. A tak…
Nie wytrzymałem i napisałem do niej. Krążyłem wokół tematu, próbując zminimalizować dopytywanie o powód mojego milczenia i ryzykując wściekłość Sama, gdy już wytrzeźwieje. Ale nie umiałem inaczej. Tęskniłem za nią i nawet bycie w związku tego nie zmieniło.
Niespodziewane pukanie do drzwi wyrwało mnie z myśli. Sam wciąż był w Londynie, a Jake… wątpiłem, by przyszedł po tym, jak prosiłem go, aby też podarował sobie klub.
Otwierając drzwi, zamarłem.
— Cześć, synu.
— Pan… Sun.
— Nie miałeś mi mówić po imieniu?
Może gdybyś nagle nie wyrósł jak grzyb po deszczu na moim progu, gdy dopiero co o tobie myślałem.
— Zapomniałem i… dziwnie mi z tym.
— Niepotrzebnie. Znamy się od lat. Mogę? — Taemin wskazał na wnętrze mieszkania, a mi krew odpłynęła z twarzy.
— Jasne.
Przecież nie mogę odmówić.
— Rodzice się za tobą stęsknili — rzucił to tak lekko, wchodząc do środka. Jakby akcja sprzed kilku tygodni w ogóle nie miała miejsca. — My w sumie też. Ostatnio widzieliśmy się… niech pomyślę.
Dobrze wiesz gdzie.
— Na komisariacie?
— Chyba tak — mruknąłem.
Chciałem uniknąć tej rozmowy. Taemin doskonale wiedział, kiedy i gdzie ostatnio mnie widział, ale musiał mi przypomnieć.
— Podać coś do picia?
— Kawę, jeśli możesz. To latanie mnie kiedyś wykończy.
Na chwilę zapadła cisza, przerywana jedynie dźwiękiem ekspresu. Chciałem, żeby trwała wiecznie. Niestety, mogłem sobie pozwolić tylko na góra trzy minuty spokoju, nim maszyna zrobiła dwie kawy i ucichła.
— Dajesz tu sobie radę sam? — zapytał, odkładając telefon na wyspę i pobieżnie lustrując wnętrze.
Chyba powinienem się cieszyć, że wzięło mnie dziś na porządki.
— Rodzice zostawili ci cały dom na głowie.
— Nie jest źle. Mam spokój. Matka przestała się drzeć nad głową.
— To na pewno! — Sun parsknął, a ja w sekundę zrozumiałem, co właśnie palnąłem. — Niejeden nastolatek chciałby tak mieszkać. No, dopóki nie trzeba zacząć brać odpowiedzialności za swoje czyny.
Podałem mu świeżo zrobioną kawę i sam zająłem miejsce kawałek dalej.
— Dzięki. Wciąż się bijesz w tym klubie?
— Nie — wymamrotałem, niepewnie.
Długo nie zwlekał, aby przejść do konkretów.
— Pozwolisz, synu, iż nie będę udawał, że przyszedłem tylko na kawę. — Westchnął ciężko i z cichym stuknięciem odłożył kubek po pierwszym łyku. — Nabi na dniach wraca do Korei. Samuel cię już pewnie poinformował.
— Tak, dzwonił wczoraj — rzuciłem o wiele radośniej, walcząc z uśmiechem.
— Okej… — Wziął kolejny łyk, jakby usilnie przeciągał moje męki.
— Słuchaj, Jiyong. Nabi już sporo narozrabiała w Anglii, a ja wolałbym nie dostać kolejnego telefonu w środku nocy o tym, że moje dziecko cudem nie umarło pod rozpędzonym pociągiem na imprezie. Pozwolisz więc, że zapytam jeszcze raz i oczekiwałbym szczerej odpowiedzi. Nie takiej, której udzielisz ojcu, żeby dał ci spokój. Prawdziwej.
— Ja…
— Nie zamierzam ci robić wykładu, zresztą… to już przerabialiśmy. Chcę tylko wiedzieć, na co mam być gotowy, gdy Nabi wróci do kraju. Tym bardziej że mieliśmy umowę co do twojego kontaktu z nią.
— Wiem, ale… od tamtego czasu się nie biłem.
— I nie byłeś w klubie? — Momentalnie podniosłem na niego wzrok, ciężko przełykając ślinę. — Byłeś?
— Tak. Dwa razy, ale… nie biłem się — wytłumaczyłem prędko, żeby nie pomyślał inaczej.
— A ten twój przyjaciel… — spuściłem wzrok, wgapiając się w kubek. — Jake. Wciąż masz z nim kontakt? — Wzruszyłem delikatnie powiekami.
Czy był sens go okłamywać? Raczej nie.
— Tak, mam. Słaby. — Przez ciebie. — Ale dopóki wciąż się bije, nie zamierzam go poznawać z Nabi. Nie chcę, żeby o tym wiedziała.
— Rozumiem. — Między nami zapadła cisza, przerywana stukaniem palca o kubek.
Robił to przypadkiem, czy po prostu się mną bawił?
— Dom bez kobiety jest pusty, prawda?
Co?
— Jak nie dom. — Spojrzałem na niego, nie bardzo rozumiejąc tę nagłą zmianę tematu.
— Jedyna, z którą mieszkałem, to mama, więc…
— Od dawna podkochujesz się w mojej córce? — Czułem, jak całe dostępne ciepło z pomieszczenia momentalnie uderza mi do głowy.
— Ja… nie…
— Daj spokój, Jiyong, nie jestem głupi. Doskonale wiem, gdzie zasypiasz za każdym razem, kiedy jesteś pijany. — Ten jego uśmiech. Skąd on, do licha… — Zresztą… wystarczyło zabrać ci jej numer i zabronić kontaktu, a od razu podarowałeś sobie bójki w klubie. Mylę się? — Wziął kolejny łyk kawy, a ja nie miałem pojęcia, jak mam na to odpowiedzieć. — Nikt bez powodu nie rezygnuje z czegoś, w czym tkwił od lat, dla zwykłej przyjaźni. Zwłaszcza gdy, jak sam powiedziałeś, nie chcesz, żeby o tym wiedziała. — Przełknął ślinę, biorąc oddech. — Na twoim miejscu bym to przemyślał. Nabi odziedziczyła charakterek po mojej żonie, więc jest dość uparta. Szczególnie gdy coś się przed nią ukrywa. Swoją drogą, pytała o ciebie. — Kątem oka dostrzegłem, jak kiwa w moją stronę kubkiem. — Zadziwiająco często.
Co on sugeruje?
— Zdziwiłem się, gdy przestała, ale Sam zapewniał, że nie dał ci jej numeru. Wtedy zacząłem się zastanawiać, kiedy coś odwali, byle dostać odpowiedź na pytanie, dlaczego jej przyjaciel nagle przestał się do niej odzywać. — Zaciągnął się powietrzem cicho parskając. — Aż sam chciałem to zrobić.
Na ułamek sekundy zapadła cisza. Tak ciężka, jak jeszcze nigdy wcześniej. Na pogrzebach bywało głośniej.
— Kiedyś byłeś bardziej rozmowny, Jiyong. Coś się stało? Poza tym, że Nabi miała wypadek.
— Nie, tylko… nie wiem, co mam na to… odpowiedzieć.
— Spokojnie. Nie mam nic przeciwko.
Więc po co to?!
— Bylebyś jej nie zranił. — Zabrzmiał tak, jakby… naprawdę się o nią martwił. — Ale daj jej nieco czasu. Jest… delikatnie mówiąc, wkurwiona.
— Nie cieszy się z powrotu?
— Raczej cieszy, ale sposób, w jaki jej o tym powiedzieliśmy… no cóż, nikt nie lubi zaczynać od zera. Zwłaszcza w środku roku akademickiego.
Gdybyście jej nie wywieźli sześć lat temu, to nie miałaby z tym problemu.
— Jeśli cię to ucieszy, na uczelni będziecie w jednej grupie. — Uśmiechnąłem się, mieszając kawą, tylko po to, by sekundę później zdębieć.
— I co cię, synu, podkusiło, żeby zrobić sobie taki kolor na głowie? — Taemin z niezrozumieniem patrzył na moją nową fryzurę. A raczej starą, bo już odrobinę wyblakłą, o czym w sumie zapomniałem przez ten cały wypadek.
— Sam nie wiem — szepnąłem nerwowo. — Chyba chciałem coś zmienić.
— To ci się udało. — Sun zaśmiał się i dodał, dopijając kawę: — Będziemy z Yuri jeszcze kilka dni w mieście. Musimy załatwić trochę spraw z przeprowadzką Nabi. W międzyczasie będą przyjeżdżać jej kartony, więc… nie zdziw się, jeśli ktoś będzie łaził po naszym domu. — Przytaknąłem, choć o nic nie pytał. — Ogólnie Woobin ma tego dopilnować, ale twój adres też podałem, tak w razie wu, jakby nie mógł im otworzyć. Mam nadzieję, że to nie problem?
— Nie, jasne. Oczywiście. Gdzieś mam do państwa klucze.
Tuż przy swoich.
— Super. Dobra, nie przeszkadzam ci. — Wstał równie nagle, co się pojawił, i ruszył prosto do wyjścia. — A właśnie, zapomniałbym. Masz jutro czas?
Nie?
— Raczej tak. Zależy o której, ale jeśli coś potrzeba…
— Nie, spokojnie. Na obiad cię tylko zapraszam. Jeśli masz chęć? Yuri się ucieszy. Wieki cię nie widziała i… jestem ciekawy, jak zareaguje na twoją fryzurę.
— A… Jasne.
Może nie dostanie zawału.
— Jeśli nie chcesz, nie musisz. Nie zmuszam.
— Z chęcią wpadnę. W sumie też jej dawno nie widziałem.
A nuż chociaż ona nie przeżuje mnie jak czerstwy chleb i nie wypluje.
— W porządku. Napiszę ci później, o której. Masz jeszcze mój numer? — Zerknął na swój telefon.
— Raczej tak. — Sprawdziłem na szybko.
Bo to wcale nie tak, że on mi mój zmienił.
— Mam.
— Dobra, to trzymaj się.
— Do widzenia — mruknąłem, czym prędzej zamykając za nim drzwi.
— Kurwa mać — wyszeptałem, opadając na skrzydło. W zgaszonym ekranie dostrzegłem swoje odbicie. Fryzjera miałem mieć za kilka dni. Nie spodziewałem się, że… że ona jeszcze kiedykolwiek tu wróci.
Zajebiście. Po tylu latach pierwsze, co Nabi zobaczy, to moje pomarańczowe włosy. Ale przynajmniej siniaków nie mam na ryju.
Rozdział 7
Za drzwiami
Nabi
Uporczywe łomotanie do drzwi brutalnie przerwało moją próbę spokojnego zjedzenia śniadania, na które zresztą zostałam siłą wyciągnięta z łóżka. Dwie w pełni sprawne osoby siedziały w domu, a kto właśnie musiał się zwlec z krzesła i pokonać spory kawałek do drzwi wejściowych? Oczywiście, że ja.
Dobra, może i droga nie była aż tak długa, ale z wciąż dokuczającym bólem żeber każdy krok przypominał mi o tym, że przyjemność z chodzenia skończyła się dwa tygodnie temu na torach.
— Otworzę! — krzyknęłam, by tym jełopom dać do zrozumienia, że zmuszają mnie do ruchu, choć wciąż powinnam, w miarę możliwości, odpoczywać.
— Siedź! — usłyszałam głos Sama.
Rychło w czas! Jak już dokuśtykałam pod same drzwi.
Jego próba zbiegania po schodach na nic się zdała. Nie sprawdzając, kto puka, szarpnęłam za klamkę, natychmiast żałując. W progu stał Derek.
Przypomniał sobie o moim istnieniu po ponad dwóch tygodniach. Akurat teraz, gdy brat pakował moje ostatnie rzeczy przed wyjazdem z kraju. Nie mając ochoty go słuchać, trzasnęłam mu drzwiami przed samym nosem i zaczęłam się wycofywać w głąb korytarza.
— Co ty robisz, Nabi? — mruknął brat, gdy tylko dotarł na dół. — Kto to był? — dopytał, choć stał już na tyle blisko drzwi, że sam mógł zobaczyć, kogo przywiało.
— Nikt ważny — odparłam, kontynuując dreptanie do kuchni, tłumiąc pulsujący w boku ból, byle zjeść to cholerne śniadanie, póki jeszcze parowało.
Walenie drzwiami chyba nie było najmądrzejszą decyzją. Czy ja w ogóle brałam dzisiaj te cholerne leki?
— O! — usłyszałam zza pleców zdziwiony głos Sama. Pewnie zobaczył w naszych progach swojego ulubionego gościa.
— Wszystko gra? — Do naszej dwójki dołączył zagubiony Dennis. Widząc mój stan, natychmiast do mnie podszedł i delikatnie ujął w pasie, chcąc asekurować każdy ruch.
— Umiem chodzić! — zirytowana odtrąciłam jego rękę, choć zaniepokojony wyraz jego twarzy sprawił, że poczułam się głupio. Mimo to…
Lekarz kazał się oszczędzać, ale skoro wypuścił mnie ze szpitala i pozwolił na podróż, to znaczyło, że mogę żyć normalnie. Nie musiałam być traktowana jak dziecko wymagające ciągłej opieki.
— Jasne — Dennis cofnął dłoń, ale wciąż trzymał ją blisko, w gotowości.
Od kiedy był taki opiekuńczy? Choć bardziej powinnam się zastanawiać, dlaczego Sammy nie ma problemu z jego ciągłymi odwiedzinami. Zawsze myślałam, że toleruje go tylko ze względu na mnie, a tymczasem od wypadku… siedział tu częściej niż kiedykolwiek. Jakby nagle przestali ukrywać swoją znajomość.
Mendy parszywe. Pewnie mnie okłamywali, tak jak przypuszczałam.
— Czego tu chcesz? — surowy ton Sama rozszedł się po wnętrzu.
Oho, zaczęło się.
— Ja… — Derek próbował zacząć jakieś zdanie. Od razu wyczułam w nim strach.
Sam od samego początku go nie znosił i nigdy się z tym nie krył. Bez najmniejszych skrupułów potrafił wyrzucić go z naszego domu.
Cisza trwała wieczność, lecz mój brat ewidentnie nie zamierzał powtórzyć pytania. Czekał, aż chłopak sam wpadnie na to, co planuje mu powiedzieć, a ja… wiedziałam, że stygnie mi śniadanie.
— Chciałem się zobaczyć z Nabi — wydusił z trudem. Wiedział, że Sammy mu na to nie pozwoli.
— Sądzę, że jasno ci dała do zrozumienia, że masz się tu nie pokazywać — oświadczył mu bez jakiegokolwiek zawahania. — Coś się zmieniło w tej kwestii, mała? — zwrócił się bezpośrednio do mnie, zmuszając tym samym do spojrzenia w ich stronę.
I choć nie bez powodu chwilę wcześniej trzasnęłam Derekowi drzwiami przed nosem, to teraz widok jego gęby był czystą satysfakcją, której jutro nie będę już musiała się bać. Oczywiście spory wpływ miała na to jego przestraszona mina. W tej krótkiej chwili byłam w stanie znów polubić Sama za to, jak paraliżował Andera.
— Tak myślałem — mruknął Sam, nie doczekawszy się mojej odpowiedzi.
— Nabi? — Derek jednak postanowił zaryzykować i zwrócił się bezpośrednio do mnie. Sam o dziwo nie zareagował i grzecznie czekał na moją decyzję. Mnie natomiast zastanawiało, co go nagle tu sprowadziło. Czyżby ktoś mu powiedział, że jego zabaweczka opuszcza kraj? Po głowie chodził mi Mateo.
Nie miałam ochoty więcej o nim myśleć. Odwróciłam głowę i ruszyłam z powrotem do kuchni. Wyjazd z tego kraju sprawiał, że mogłam bez większych problemów odciąć się od tego szamba.
— Dotarło? — Głos Sama był lodowaty. — Nie masz tu już czego szukać. A teraz spieprzaj, zanim naprawdę stracę cierpliwość.
Uznałam, że nie ma sensu na to reagować. Wypieprzyłam tego człowieka z życia w dniu wypadku i nie planowałam go tam więcej wpuszczać. Choć w zasadzie to nawet wcześniej. Wyjazd do Korei tylko w tym pomógł. Tam nie będę już musiała się go bać.
Kiedy dotarłam do kuchennej wyspy, wciąż słyszałam skrawki rozmowy między chłopakami, ale uznałam, że nie warto się w nią zagłębiać. Sam mógł wreszcie wygarnąć mu wszystko, co o nim myślał, a ten… cóż, poza nieudolnymi próbami obrony, raczej nie miał wiele do powiedzenia.
— Jakim cudem ma jeszcze czelność tu przychodzić?! — zdenerwowany brat podszedł do mnie, przecierając raz po raz swoje czarne, wciąż nieułożone włosy.
A może były? Teraz ciężko było to stwierdzić.
— Uważaj, bo jeszcze zepsujesz sobie fryzurę.
To była pierwsza rzecz, jaka wpadła mi do głowy. Podświadomie chyba chciałam go jeszcze bardziej podjudzić.
— Nie bądź taka mądra — oburzył się niezadowolony. — I czemu tu jesz?
— A niby gdzie mam to robić? — zapytałam z pełnymi ustami, patrząc w jego stronę. — Od tego jest kuchnia — dodałam, skonsternowana jego pytaniem i upuszczając przy tym trochę owsianki na blat.
— Co ty jesz?
Odkąd przyleciał do Anglii, jego pytania kierowane do mnie nie miały końca.
— Juk? — dopytał, nachylając się nade mną.
— Nie! — zbulwersowałam się.
Może i nie było mnie jakiś czas w Korei, ale kilka dań wciąż pamiętałam.
— Nie jestem dzieckiem.
— Tak to wygląda. — Nie wiadomo dlaczego uznał, że dotknięcie mojego jedzenia w celu jego spróbowania to dobry pomysł.
Przecież kilka kroków dalej była szuflada ze sztućcami. Nawet poproszenie mnie o łyżkę, którą trzymałam w dłoni, byłoby lepsze.
— Myłeś chociaż ręce?! — Popatrzyłam na niego zdenerwowana.
— Ewidentnie juk — uznał po skosztowaniu.
— Owsianka, a nie juk — mruknęłam, wracając do nakładania sobie kolejnej porcji na łyżkę.
— Nie widzę różnicy — wzruszył ramionami, wciąż stojąc tuż obok.
— A jest znacząca.
— Niby jaka?
Nie byłam pewna, czy naprawdę interesowało go moje menu, czy po prostu nie rozumiał, dlaczego wybrałam akurat to. A może dziwił go sam fakt, że w ogóle miałam przed nosem śniadanie.
— To ma płatki owsiane — wskazałam na miskę, w której wciąż grzebałam łyżką.
— A juk? — zapytał, a mój obraz jego jako starszego, mądrzejszego brata malał z każdym dniem coraz bardziej.
— Ma ryż?
Naprawdę liczyłam na to, że zakończymy ten durny temat.
— Hm… — Przez chwilę wyglądał, jakby przetwarzał nowe informacje. — Zbieraj się pomału, za chwilę wychodzimy — dodał i poszedł w tylko sobie znanym kierunku, wyraźnie nie rozumiejąc, co jem.
Na moment zapadła cisza, aż Dennis uznał, że teraz jego kolej na pytania.
— Czym jest juk?
— Ja pierdole, oszaleć z wami można! — rzuciłam łyżkę do miski i wstając z krzesła, skierowałam się na przedpokój po buty.
— No co?
— Nic, zbieraj się.
— Potrzebujesz pomocy?
— Nie mówiłam ci już czegoś dzisiaj? — W życiu bym nie pomyślała, że z niego taki dobry samarytanin, choć niejednokrotnie odprowadzał mnie pijaną do domu.
Miło było z jego strony, lecz z każdą taką propozycją czułam się tak, jakbym nagle nie umiała zrobić niczego sama.
— Ktoś musi ci współczuć.
— Dzięki za przypomnienie. — Niby chciał dobrze, ale przy okazji dobijał.
— Zresztą, kto cię będzie denerwować, jak nie ja?
— Gotowi? — Sam uratował mnie przed odpowiedzią na kolejne pytanie Dennisa.
Nie chciałam znów płakać na myśl, że to ostatni raz, kiedy widzę przyjaciela w tym miejscu.
— Oczywiście. — Wykorzystując okazję, wyszłam na zewnątrz. Dereka na szczęście nie było już nigdzie w pobliżu.
Ostatnie spojrzenie na dom sprawiło, że coś we mnie drgnęło. Dwa lata wspomnień, rozmów, decyzji… Nie miałam wyboru. Wyjazd był przesądzony i choć od zawsze chciałam stąd wyjechać, to dziś, czułam dziwną pustkę. Nie pozostało mi nic innego, jak pójść do auta czekającego na podjeździe.
I pomyśleć, że sześć lat temu równie mocno błagałam rodziców, abyśmy nie wyjeżdżali z Seulu.
Pożegnanie z domem i Dennisem nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy, jakie przyszło mi dziś zrobić. Do listy minusów mogłam dopisać fakt, że był on jedynym przyjacielem, z którym mogłam to zrobić osobiście. On jako jedyny ze wszystkich znajomych, odłożył dla mnie swój wylot do Stanów.
David z Hanną wciąż byli we Włoszech. Mateo odwiedził mnie dzień wcześniej, a z Derekiem… nie miałam już o czym rozmawiać. Zostawała Sara. Chciałam ją poinformować, zadzwonić albo chociaż napisać, ale nie potrafiłam. Poniekąd byłam jej wdzięczna za naszą ostatnią imprezę, a jednocześnie wkurwiona. To, co zrobiła wtedy z Derekiem… Zupełnie do niej nie pasowało, ale te blond włosy, które widziałam tamtej nocy…
Na polanie nie zaprzeczyła, więc chyba mogłam to uznać za prawdę. Nawet jeśli od zawsze go nie znosiła. W każdym razie dzięki temu rozstałam się z Derekiem, choć to powinnam zawdzięczać głównie wyjazdowi. Bez tego szanse były znikome. Wiedziałam też, że Dennis jej powie. Sara miała wrócić do Nowego Jorku na studia, a ja nawet nie wiedziałam, kiedy. Taka cudowna była ze mnie przyjaciółka. Mimo to do ostatniej chwili łudziłam się, że zobaczę ją na lotnisku.
Zostawał mi brat, lecz on w tej chwili miał małe znaczenie. Z nim od teraz będę mieszkać na stałe. Przynajmniej przez jakiś czas.
Zajmując miejsce w samolocie, nawet nie planowałam wchodzić z nim w żadną dyskusję. On zresztą też nie próbował mnie zagadywać. Najwidoczniej uznał, że moja przeprowadzka jest dla nas obojga wystarczającą karą i nie ma powodu, by nad tym debatować. Zmęczona poranną pobudką, postanowiłam, że tuż po starcie pójdę spać. Nie spodziewałam się tylko, że przebudzenie będzie tak gwałtowne.
***
Nadzwyczaj mocne uczucie spadania wyrwało mnie ze snu. Otworzenie oczu, zamiast to zniwelować, tylko spotęgowało doznanie. Zdezorientowana, zerwałam się z miejsca. Ciało instynktownie próbowało uciekać, ale coś mnie powstrzymywało. W tym momencie ktoś dotknął mojej lewej dłoni. Wystraszona, spojrzałam w tamtym kierunku i napotkałam zaskoczoną minę Sama.
— Wszystko w porządku? — zapytał spokojnie.
— Am… — rozejrzałam się, przypominając sobie, gdzie byliśmy. — Tak — odparłam, wciąż nieco zagubiona.
— Na pewno? Dość głośno krzyknęłaś — stwierdził, czego kompletnie nie pamiętałam.
— Tak? Myślałam, że spadam — mruknęłam, przecierając twarz dłońmi. — Były jakieś turbulencje? — To była pierwsza myśl, jaka wpadła mi do głowy. Jaki inny powód mógł mieć mózg, by tak drastycznie mnie wybudzić?
— Kilka, ale spałaś jak zabita.
Z głośników wydobył się młody, kobiecy głos. Nie miałam siły go słuchać, ale ogólne poruszenie w samolocie zaczynało mnie irytować.
— Wylądowaliśmy — oświadczył Sam.
Pewnie zauważył moją dezorientację, skoro uznał, że powie mi coś tak banalnego.
— Już? — Mimo że nie wyglądał na kłamcę, nie dowierzałam. — Co tak szybko?
Dopiero teraz poczułam opór pasów. To dlatego nie mogłam wstać.
— Mamy godzinne opóźnienie — zauważył. — Nie mieliśmy za dobrej pogody. Dziwię się, że przespałaś tyle godzin. — W głośnikach znów zadudniło. — Przez cały lot tylko ty nie wstawałaś z miejsca.
— A sądziłam, że w pierwszej klasie jest spokój. — Opadłam na fotel, wciąż potwornie zmęczona.
— Nie rozsiadaj się. Odpinaj pas, wychodzimy. — Sam zrobił rozkazującą, ale nieco rozbawioną minę.
Miał rację. Wylądowaliśmy, a ja najchętniej wróciłabym do snu.
— Obyśmy tylko szybko opuścili lotnisko — dodał, podając mi dłoń.
Chwyciłam ją, mocno ziewając. Byłam połamana, co było niedorzeczne. Spałam w pierwszej klasie! Chyba że to przez wczorajszą bezsenną noc i drastyczną pobudkę Sama. Dziad wparował do mojego pokoju, jakby pół osiedla płonęło.
Widząc, że podaje mi plecak, wzięłam go od niego, obdarzając kolejnym ziewnięciem. Czas iść do wyjścia.
Od pierwszych kroków postanowiłam całkowicie podporządkować się Sammiemu. On znał lotnisko, miasto, a ja… ledwo pamiętałam, jak wyglądała ulica, przy której stał nasz dom. Nawet co do wnętrza nie mogłam mieć pewności.
Krocząc za nim, próbowałam nie spuszczać go z oczu. Za plus uznałam brak większego bagażu. Dzięki temu jeden punkt mieliśmy z głowy. Wystarczyło przejść kontrolę i można było jechać do domu.
Taką przynajmniej miałam nadzieję, bo zaczynałam robić się głodna. Nie rozumiem, jak ta menda mogła mnie nie obudzić na żaden z posiłków.
— Nadążasz? — Odniosłam wrażenie, że przyśpieszył. — Nabi? — Zerkał przez ramię, więc widział, że idę.
Nie odpowiadając, zaczęłam oglądać lotnisko. Pech chciał, że geniusz uznał, iż zatrzymanie się na samym środku przejścia będzie świetnym pomysłem. Wpadłam prosto na niego.
— Serio? — zapytałam zirytowana.
— Odzywaj się, gdy cię o coś pytam. — Za cholerę nie mogłam odczytać z jego miny żadnych uczuć.
— Przecież idę — sapnęła, ruszając przed siebie. Najwidoczniej godziny bez traktowania mnie jak dziecko skończyły się wraz z lądowaniem.
— Nabi.
— Co?! — wrzasnęłam, zatrzymując się gwałtownie.
Spojrzenia ludzi przechodzących obok mówiły mi wprost: przegięłaś. Tylu ich było wokół, każdy coś gadał, ale to ja byłam teraz w centrum zainteresowań. Potrzebując ratunku, odnalazłam brata wzrokiem.
— Idziesz w złą stronę — powiedział z widoczną radością. Miałam ochotę go walnąć. — W prawo zapraszam — wskazał dłonią, a ja bez sprzeciwu zawróciłam. — Musisz patrzeć na znaki.
Sam wskazał tabliczki, które dla niego były oczywiste, ale dla mnie wyglądały jak rozmyte obrazy wspomnień z dzieciństwa. Niby znajome, ale jednak obce. Jak miejsca, które tkwiły w pamięci z uciętymi detalami. Wszystko czytelne, a jednak odległe.
— Chyba że zapomniałaś już, jak się czyta po koreańsku — prychnął, obejmując mnie ramieniem.
— Nie zapomniałam. — Spuściłam na chwilę wzrok, co natychmiast wyłapał.
— Na pewno? — Brat wyglądał na zaskakująco rozluźnionego. Czy ten czternastogodzinny lot miał dla niego jakiekolwiek znaczenie?
— Tak — odpowiedziałam stanowczo, lekko naginając prawdę.
Pamiętałam hangul, tylko czasem musiałam dłużej pomyśleć.
— Po prostu przyzwyczaiłam się do innej formy zapisu — dodałam, mając na myśli alfabet łaciński. Pocieszałam się jednocześnie, że w domu najczęściej rozmawialiśmy w ojczystym języku, więc przeskok nie powinien być aż tak bolesny.
— Zobaczymy, gdy będziesz musiała coś dłuższego przeczytać.
Po kilkunastu minutach w końcu dostrzegłam wyjście z tego tunelu zwanego lotniskiem.
— Dopiero co pisałam test, więc jestem na bieżąco — wyjaśniłam, wygrażając mu palcem, żeby lepiej zrozumiał.
— Pogadamy, gdy dostaniesz wyniki — znów się zaśmiał, otwierając przede mną drzwi na zewnątrz, wypatrując naszego kierowcę.
Sam miał rację. Na wyniki musiałam jeszcze trochę poczekać, choć jak dla mnie sprawdzanie przez uczelnię, czy wciąż znam koreański, było totalną głupotą. Tak samo jak w przypadku angielskiego. Dobrze wiedzieli, od ilu lat mieszkałam w Anglii. A jeśli nie, mogli zapytać rodziców. W końcu byli ich kierownictwem. Uparli się jednak, że muszą wiedzieć, do jakich grup mnie przydzielić.
Z dwojga złego znałam wynik z angielskiego. Był idealny. Gorzej z koreańskim. Tutaj kompletnie nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać. A to wszystko przez to, jak na początku mojej przygody z Londynem pisałam z Ji.
Wpadliśmy na durny pomysł pisania po angielsku. W ten sposób obydwoje się go uczyliśmy. Dopiero później wróciliśmy do wersji koreańskiej. Im starsza byłam, tym mniej chciałam, by ktokolwiek wiedział, o czym z nim pisałam. Szczególnie w Anglii. Chociaż dzięki temu w rozmowach z nim czułam się jak w domu. Czasem tylko, pisząc coś do brata, myliłam alfabet łaciński z hangul. Ale od dziś wszystko miało wrócić do normy. Nie miałam wyboru. Musiałam znów nauczyć się mówić jak „stąd”. Nawet jeśli nie pamiętałam tej wersji siebie.
— Daleko mieszkamy? — zapytałam chwilę po wyjechaniu z oblężonego portu.
— Zejdzie jakieś pół godziny — odparł Sam, gapiąc się w telefon.
Widać było, że wrócił do swojego życia. Szkoda tylko, że ja zostałam sama ze sobą w zapomnianym mieście. Co prawda uprzedzał mnie, że ma na dzisiaj plany, lecz i tak było mi przykro.
— Gdzie my w ogóle mieszkaliśmy? — zrozumiałam, że wypadałoby to sobie przypomnieć. Na ten moment jedyne, co wiedziałam, to gdzie jestem, a Sam nie kwapił się do dalszych wyjaśnień. Zamiast tego dalej siedział wpatrzony w ekran.
Miło. Aż miałam ochotę płakać.
— Hannam, panienko — usłyszałam męski głos, kierowcy. Odezwał się akurat wtedy, gdy dolna warga zaczynała mi drgać od powstrzymywania łez.
— Dziękuję — odparłam z wymuszonym uśmiechem. Chociaż jedna osoba zechciała mi to wyjaśnić. — Zna pan angielski? — zapytałam, gdy dotarło do mnie, że wciąż go używam. Pewnie dlatego na lotnisku wszyscy tak na mnie patrzyli, kiedy krzyknęłam.
— Taka praca — rzekł, a w aucie na dłuższą chwilę znów zapadła cisza. — Podróżowałem kiedyś z panienki rodzicami, więc musiałem się nauczyć. Ale angielskiego używam tylko wtedy, gdy muszę. Na co dzień preferuję ojczysty.
— Dlaczego pan przestał? — zainteresowałam się. Ludzie rzadko rezygnują z luksusowych podróży i wielkiego świata.
Tym razem odezwałam się po koreańsku. Skoro mężczyzna tak wolał, wypadało to uszanować i dostosować język. A raczej siebie do nowych warunków życia.
— Urodził mi się syn, więc chciałem być bliżej rodziny — powiedział z dumą w głosie. Jego twarz wręcz promieniała.
Ciekawe, kiedy ostatnio moi rodzice mówili z taką radością o mnie? Pewnie nigdy.
— Gratuluję — rzuciłam.
To wiele tłumaczyło. Na jego miejscu pewnie też bym wolała zostać z rodziną, aczkolwiek wożenie bogatych dupków dawało zarobek.
— Poznała go już panienka.
Serio? Za nic nie kojarzyłam takiej sytuacji. Ogólnie mężczyzna wyglądał obco, choć znajomo.
— Chwilę przed państwa wyjazdem z kraju. Pamiętam, że się polubiliście. Możesz nie pamiętać — stwierdził.
Aż tak było po mnie widać zdezorientowanie?
— Proszę wybaczyć — nieświadomie pochyliłam głową w geście przeprosin. Zrozumiałam też, że dawno tego nie robiłam.
— Jednak wciąż pamiętasz nasz język — Sam po dłuższym czasie postanowił uraczyć nas swoim głosem.
— Niespodzianka — poruszyłam brwiami.
Mój nieznośny brat zachowywał się czasem tak, jakby nie miał pojęcia, jak rozmawialiśmy w domu.
— Przestań się już dąsać. I tak nie wrócisz, więc po co ci to? — zapytał.
Wątpiłam jednak, by chciał znać odpowiedź, sądząc po tym, jak szybko wyskoczył z auta, gdy tylko dotarliśmy na miejsce. Nawet nie zauważył, że było mi smutno przez jego ignorancję, a nie przez sam wyjazd.
Nie chcąc zostawać w tyle, również otworzyłam drzwi. Nim jednak opuściłam samochód, ponownie zwróciłam się do kierowcy.
— Przepraszam, przypomni mi pan swoje imię?
— Woobin.
— Proszę mi mówić Nabi.
Grzecznościowa „panienka” mi nie pasowała. W końcu byłam od niego zdecydowanie młodsza.
— Tylko jeśli będę mógł liczyć na to samo z twojej strony, Nabi — oznajmił z przyjaznym uśmiechem.
— Nie ma sprawy, Woobin — odwzajemniłam uśmiech i poszłam za bratem.
Gdy tylko dotarłam pod drzwi, Sam od razu zaczął do mnie mówić.
— Twoje rzeczy powinny już być, więc będziesz mogła się urządzić — stwierdził, wpuszczając mnie do środka. — Klucze masz tutaj — wskazał wieszak, na którym wisiało kółeczko. — Oprowadzać cię chyba nie muszę, układ jest bez zmian. Woobin jest do twojej dyspozycji. Ja zabieram Bentleya, zostawiam ci Mercedesa i Toyotę, ale w sumie i tak nie możesz tutaj jeździć, więc możesz sobie, co najwyżej na nie popatrzeć.
— Wychodzisz gdzieś? — przerwałam jego monolog.
— Co? — zapytał, wyraźnie wybity z rytmu.
— Pytam, czy wychodzisz, bo mówisz tak, jakby cię ktoś gonił — powtórzyłam.
— W sumie to tak, ale jeszcze muszę się jakoś ogarnąć — wskazał na swój ubiór. — Na czym to ja skończyłem? — podrapał się po głowie. — Właśnie, tu masz kartę, jakbyś chciała coś kupić. — Niespodziewanie wyjął z kieszeni portfel i wręczył mi czarny plasticzek. — Limitu w teorii nie ma, ale wiesz, jest na rodziców, więc polecam nie wydać od razu całego naszego majątku.
— Czyli dokładnie taka sama jak poprzednia — wzięłam ją. Czasy, gdy robiła na mnie wrażenie, dawno minęły.
— Z taką różnicą, że jak przegniesz, to się z nią pożegnasz — wskazał na trzymany przeze mnie przedmiot.
— Super, kontrola rodzicielska. Jeszcze czegoś mi zabronili?
— Prócz używek? Niech pomyślę… — złapał podbródek, udając zamyślonego.
— Zrozumiałam — palnęłam. Nie miałam ochoty słuchać kolejnego kazania. — Możesz wychodzić, jakoś sobie poradzę. — Spojrzałam na wnętrze domu.
Sam nie kłamał, niewiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty.
— Jeśli cię to pocieszy, możesz sobie urządzić na nowo swój stary pokój.
— O proszę, kto tu się wykazał taką szczodrością? Czyżby próba wynagrodzenia mi odesłania do ojczyzny przez rodziców? — wycedziłam z ironią.
Jakby jakikolwiek gest mógł coś zmienić albo przemeblowanie pokoju sprawiło, że przestanę być rzucana jak pionek na szachownicy.
— Zadziałała? — dopytał, szturchając mnie lekko i uśmiechając przy tym.
— Zobaczymy, gdy będę rozpakowywać torby z zakupów — dodałam, podchwytując jego humor.
— To rozumiem!
— Ogarnij się, bo zaraz będziesz spóźniony — odparłam, przypominając sobie, jak jeszcze chwilę temu pośpiesznie recytował mi, co gdzie mogę znaleźć.
— Właśnie! — W sekundę pognał na schody. — Jeszcze jedno, wrócę jakoś w tygodniu! Resztę informacji rozpisałem ci na lodówce — dokrzyczał z piętra.
Gdzie, do chuja, była kuchnia? Dobra, znalazłam! Wystarczyło spojrzeć w lewo.
Była zdecydowanie zbyt duża jak na jedną osobę, ale nie z tą myślą ją budowano. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie nowoczesnej. Wystarczyło zerknąć w jej stronę zaraz po wejściu do domu, by zobaczyć zabudowę idealnie wkomponowaną w ceglaną ścianę. Pośrodku stała sporych rozmiarów wyspa, pasująca kolorem do szafek. Wiedziałam, że ta barwa ma konkretną nazwę, ale za każdym razem, gdy ktoś mi ją podawał, szybko zapominałam. Dla mnie to zawsze był granatowy wymieszany z szarym. Jednak nie to najbardziej mi się podobało.
Doceniałam fakt, że drewniana podłoga idealnie współgrała z metalowymi nóżkami hokerów stojących przy wyspie. Czarny, duży, matowy okap z miedzianym wnętrzem, wciśnięty między górne szafki, i lampy w tych samych odcieniach tworzyły wspólną całość. Każdy najmniejszy detal został dopracowany z taką precyzją, że mój dom przypominał wystawę zamiast miejsca do życia. A jednak… miał w sobie coś, co mnie przyciągało. Szczególnie dwudrzwiowa, srebrna lodówka, która swoją surowością przełamywała resztę aranżacji. Styl industrialny? Dla znawcy to byłoby za proste określenie dla tego wnętrza.
Ogromne okna wpuszczały nad wyraz dużo światła, a jednocześnie zostały tak zaprojektowane, by zapewniać prywatność. Ten widok zawsze robił spore wrażenie. Miał w sobie coś, co nawet mi się podobało. Przynajmniej kiedyś. Patrząc po tylu latach na ten wystrój, dochodziłam do wniosku, że naprawdę można było poczuć się tu jak w przytulnym domu. Musiałam jednak przyznać, że rodzice znali się na fachu. W końcu to oni zaprojektowali to miejsce.
— To ja lecę! Jakby co, to dzwoń! — usłyszałam Sama akurat, gdy podeszłam do lodówki.
Kartka, którą mi na niej powiesił, była zdecydowanie za długa, abym miała ochotę ją teraz przeczytać.
— Tylko nie spal domu! — niespodziewanie znów się odezwał.
— Nie strasz mnie! — krzyknęłam.
Gdybym coś trzymała w rękach, właśnie leżałoby roztrzaskane na ziemi.
— Myślałam, że wyszedłeś.
— Dobra, idę, pa.
Stałam chwilę w ciszy, upewniając się, czy aby na pewno tym razem wyszedł na dobre i zamknął za sobą drzwi. Dopiero dźwięk odpalanego silnika uświadomił mi, że naprawdę odjeżdża.
Jiyong
Siedziałem jak na szpilkach, czekając na przyjazd Sama. Dzisiaj miał się pojawić z Nabi, a ja… jak na złość jeszcze przed jej wypadkiem zgodziłem się na wyjazd z jej bratem. Sam za nic miał moje prośby, abyśmy to przesunęli. Uznał, że jeszcze będę miał okazję z nią pogadać, jednak kiedy usłyszałem podjeżdżające pod ich dom auto, nie wytrzymałem i zerknąłem przez szybę. Czułem się gorzej niż podglądacz.
Widziałem pędzącego Sama, ale Nabi nie wysiadała. Nie było jej? Woobin ewidentnie z kimś rozmawiał i oczywiście, gdy na sekundę spuściłem wzrok, czując wibrację telefonu w dłoni, ona wyszła z samochodu. Zdążyłem tylko dostrzec gęstą burzę brązowych włosów, które wciąż kręciły się we wszystkie strony. Wszędzie bym je rozpoznał.
Spoglądając na ekran, dostrzegłem wiadomość od Sama.
Sam: Mieliśmy umowę!
Prychnąłem. Do dupy z taką umową, w której zabrania mi do niej podejść. Wiedziałem jednak, że ma rację. Nasz wyjazd miał jej dać czas na oswojenie się z sytuacją i miejscem. Sam wspominał, jak kiepsko znosiła pakowanie. Nie mogłem tak po prostu podejść, gdy była strzępkiem nerwów.
Ale nie wpominał nic o przypadkowym wpadnięciu na nią. Mieliśmy spotkać się przy jego aucie i tam zamierzałem się udać.
Wkładając pośpiesznie buty, wybiegłem z domu. Jednak im bliżej byłem ich podjazdu, tym bardziej rósł mój stres. Bo co, jeśli tylko ja na nią czekałem? To, że ze sobą pisaliśmy, mogło nic nie znaczyć. Mogła to robić z czystego przyzwyczajenia.
— Ani mi się śni! — usłyszałem ostre syknięcie Sama, a sekundę później poczułem jego palce zaciskające się na moich ramionach.
Kiedy ja, do cholery, stanąłem pod ich drzwiami?
— Ale… — spróbowałem, choć sam nie wiedziałem, co chcę ugrać.
Sam pchnął mnie w stronę auta, niemalże wciskając na siedzenie.
— Jeśli nie chcesz patrzeć, jak płacze, to właź i nie marudź. Musimy najpierw ustalić parę kwestii.
Nie potrzebowałem słyszeć nic więcej. Ostatni raz zerknąłem na ich dom i ukryłem się w samochodzie.
Wróciła. Tylko to się liczyło.
Rozdział 8
2JZ-GTE
Nabi
Dźwięk auta przypomniał mi, jak matka zawsze się wkurzała, gdy ojciec grzebał w garażu. Budowanie go równolegle ze ścianą kuchni nie było najmądrzejszą decyzją. Słychać było w niej każdy, najmniejszy hałas.
Po wyjściu Sama nastała totalna cisza. Czułam się jak ktoś obcy, zamknięty w czyimś mieszkaniu. Na dodatek byłam głodna.
Otworzyłam lodówkę i poczułam przytłoczenie liczbą produktów. Mogłabym je wymieniać w nieskończoność: od gotowych dań po przekąski. Strach było patrzeć, jak Sam zaopatrzył spiżarnię. Chyba że to nie on robił w tym domu zakupy? Albo najzwyczajniej w świecie przestałam znać własnego brata. Mieszkając samemu, w końcu mógł żyć po swojemu. No, teraz zwalili mnie mu na głowę.
Nie wnikając w to głębiej, wzięłam się za przeszukiwanie półek. Miałam ochotę na coś ciepłego, ale niekoniecznie na gotowanie. O dziwo, szczęście sprzyjało mi dziś na tyle, że szybko odnalazłam samgak kimbap. Wzięłam dwie paczuszki i ruszyłam prosto do mikrofali, by je odgrzać. W międzyczasie zdążyłam znaleźć mały talerz i yuzu. Nie pamiętałam, jak dokładnie smakowało, ale kojarzyłam, że kiedyś je piłam, więc uznałam, że to bezpieczne rozwiązanie.
Zaopatrzona we wszystko, co niezbędne, ruszyłam na poszukiwania swojego pokoju. Powinien być na lewo po schodach. Chyba że Sam magicznie mi go przestawił.
Nie pomyliłam się. Już przez uchylone drzwi widziałam stertę kartonów czekających na moje przybycie. Świetnie. Nie dość, że musiałam to wszystko spakować, to teraz czekało mnie rozpakowywanie. Jakby cały ten bałagan chciał mną zawładnąć. Mój ostatni weekend wolności zapowiadał się cudownie. Jeśli tylko rozumiało się ironię tych słów.
Wchodząc do pokoju, zrozumiałam tę wielką szczodrość rodziców, o której wspominał brat. Pokój wciąż wyglądał jak u dwunastolatki z traumą. Nikt tu nic nie zmienił, odkąd wyjechałam, a zaraz kończyłam osiemnaście lat. Cóż… z plusów? Łóżko wciąż było wystarczająco duże, bym mogła w nim spać. Pewnie nawet druga osoba by się wcisnęła. Gdyby tylko taka istniała.
Usiadłam, wciskając w siebie letnie jedzenie. Patrzyłam na opisane pudła i nie wiedziałam, w co ręce włożyć. W pomieszczeniu wciąż miałam swoje stare rzeczy, których nigdy stąd nie zabrałam, i kilka szafek, które za cholerę nie pomieszczą wszystkich moich szpargałów. Jedno było pewne — potrzebowałam nowej szafy. Tylko skąd ją, do licha, miałam wziąć? Mogłam spróbować upchać wszystko do tej, co była, ale… nie widziałam tego. Zostawała opcja: wyrzuć, co zbędne, lub zostaw to w kartonach.
Zakręciłam butelkę, krzywiąc się na ostatni łyk. Ten kwas jakoś za dobrze mi wchodził. Podchodząc do szafy, czułam dziwny niepokój, który zrozumiałam tuż po uchyleniu drzwiczek. Tu wciąż były moje rzeczy. Stare, zdecydowanie za małe… ale moje. Musiałam się ich pozbyć, nie rozpamiętując niczego, a do tego potrzebowałam osobnego pudełka. Później mogłam myśleć o rozpakowaniu.
Rozejrzałam się pobieżnie po wnętrzu, szukając czegoś, co pomieści te śmieci. W teorii mogłam to wyrzucić, ale z drugiej strony… niektóre ubrania wciąż wyglądały znośnie. Fakt, kilka lat były nieużywane, pewnie gdzieniegdzie podziurawione, ale wyglądały na stosunkowo dobre, by je założyć. I chociaż nie było szans, abym się w nie wcisnęła, to oddając je, mogłam uszczęśliwić inne dziecko. Potrzebowałam tylko pustego kartonu, a wszystkie były zajęte.
Nie myśląc za wiele, wzięłam pierwszy z brzegu i wyrzuciłam jego zawartość na łóżko.
Widok aktualnych ubrań też nie napawał radością. Zdecydowanie dawno nie byłam na zakupach. W dodatku tutejsza pogoda różniła się od tej w deszczowym Londynie. Kusiło mnie, żeby zacząć od zera. Wyrzucić wszystko, co przypominało o dawnym życiu, i zastąpić to czymś nowym. Im dłużej babrałam się w tych ubraniach i przerzucałam z miejsca na miejsce kolejne kartony, tym bardziej miałam dość. Może rzeczywiście to był jakiś wybór?
Po kolejnej dłuższej chwili gapienia się na bałagan zrezygnowałam. Pootwierane kartony szpeciły każdy kąt, wieszaki leżały wymieszane z ubraniami, a korytarz przypominał pobojowisko od wyrzucanych na pałę przedmiotów. Jakimś cudem, gdy coś wylatywało za drzwi, nigdy nie wpadało do przygotowanego pudełka. Narobiłam większego problemu, niż miałam przed wejściem do pokoju.
Gdy przypomniałam sobie o kartce pozostawionej przez Sama, poszłam prosto do kuchni. Na szczęście nie podkusiło mnie wcześniej, by ją ruszyć, więc wciąż wisiała na swoim miejscu. Szukając imienia naszego kierowcy, odnalazłam jego adres. Po numerach miałam wrażenie, że to niedaleko nas, ale wyjście z domu było odrobinę głupie. Za chuja nie pamiętałam okolicy. Pozostało mi znaleźć inny kontakt, co brat najwyraźniej przewidział, bo stworzył mi całą listę numerów, jakich mogłam potrzebować w tym mieście, z dopiskiem: masz je w telefonie. Wystarczyło znaleźć komórkę i po sprawie.
Podążyłam poprzednimi śladami i znalazłam ją leżącą na skraju blatu. Myślałam, że wciąż jest w plecaku. W pierwszej kolejności odpisałam Dennisowi. Obiecałam, że dam znać, gdy dolecę. Następnie otworzyłam listę kontaktów. Sam nie kłamał, miałam wszystkich. Tylko kiedy on ich tu wpisał i skąd znał mój PIN? Potrząsnęłam głową. Może lepiej było nie wiedzieć. Zadzwoniłam do Woobina i prosiłam o przyjechanie. Po kilkunastu minutach mężczyzna zjawił się pod domem. Nie ma to jak zaprosić kogoś obcego do siebie.
Słysząc pukanie do drzwi, ostatni raz obejrzałam się w lustrze. Miałam nadzieję, że mój strój choć trochę się polepszył, ale nie. Brak jakiejkolwiek ingerencji w niego, jasno mówił: nie masz na co liczyć. Musiałam zadowolić się białymi dresami z wysokim stanem i ściągaczami u dołu, a do tego topem na cienkich ramiączkach, ozdobionym koronką przy dekolcie w tym samym kolorze. W teorii mogłam to zmienić, ale w praktyce… nie planowałam wracać do bałaganu na piętrze. Złapałam pośpiesznie niewielką torebkę i poszłam do wyjścia.
— Podwieźć gdzieś? — W progu przywitał mnie uśmiechnięty Woobin. Trzeba było przyznać, był szybki.
— Potrzebuję szafy — oznajmiłam z radością. — Znajdziemy coś jeszcze dzisiaj? Najlepiej, jakbym miała ją do jutra — mówiłam pośpiesznie, nie chcąc tracić czasu. Zbliżał się wieczór.
W drodze do auta zrozumiałam, że ubrania to tylko jedna część, a posiadałam jeszcze buty i dodatki. Do tego miałam w pokoju wyznaczone miejsce na… — W sumie to bardziej garderobę — mruknęłam.
— Coś na pewno znajdziemy, ale nie jestem pewien, czy uda się ją mieć w tak krótkim terminie — odparł Woobin.
Wsiadłam, zapięłam pas i dopiero wtedy zorientowałam się, że mężczyzna otworzył mi tylne drzwi samochodu. — Czekaj. Wolę być z przodu. — Wysiadłam, zmieniając miejsce. — Może chociaż kilka ulic zapamiętam po drodze.
Przez chwilę miałam wrażenie, że zrobiłam coś nie tak. Woobin nic na ten temat nie powiedział, choć przyglądał mi się badawczo. Chwilę później padło z jego ust pytanie. Mało brakowało, by znów zwrócił się do mnie przez per „panienko”: — Pan Sun nie budował już kiedyś garderoby dla ciebie?
— W sumie… — Zainteresowały mnie jego słowa. Kojarzyłam, że przed wyprowadzką rodzice kupowali jakieś rzeczy do mojego pokoju, ale… — Nie widziałam jej nigdzie. Mam tylko starą szafę — dodałam, zastanawiając się, co zrobili z zakupionymi materiałami.
— A w garażu panienka była?
— Nie — odparłam, kierując wzrok przed siebie.
— Warto sprawdzić — zaproponował. — Z tego, co pamiętam, kurierzy ją przywieźli. Raczej panienki rodzice jej nie wyrzucili, chyba że Sam coś z nią zrobił.
— Nabi — poprawiłam go nieświadomie.
— No tak, Nabi. — Speszył się lekko. — Przez tyle lat pracy przywykłem do oficjalnej formy rozmowy.
— Rozumiem pana — odpowiedziałam bez zastanowienia, przez co obydwoje spojrzeliśmy na siebie i wybuchnęliśmy cichym śmiechem.
— Panience chyba też ta forma nie przychodzi łatwo — mówił, wciąż się uśmiechając.
— Ma pan rację. Sprawdzimy? — spytałam i, widząc jak zgadza się skinieniem głowy, ruszyliśmy do garażu.
Otwierając bramę, mój wzrok od razu powędrował na białe auto stojące po prawej stronie. Dotarło do mnie, jaką Toyotę Sammy miał na myśli. — Zapomniałam, że ją mamy — rzuciłam, nie odwracając wzroku od samochodu.
Mk4 z początków produkcji w idealnym stanie, z silnikiem 2JZ–GTE i turbodoładowaniem, co kiedyś niewiele mi mówiło. Biały lakier bez najmniejszej skazy, do tego oryginalny wygląd.
Ojciec sporo się nad nią napracował, kiedy byłam mała, pokazując mi, co robił pod maską. Wciąż nie wiedziałam, jak to wszystko ze sobą działało, ale z tego, co wiedziałam, była piekielnie szybka. Jak na swoje czasy. To właśnie przy niej ojciec pokazywał mi i Jiyongowi, jak działa silnik.
Pamiętałam, jak nachylał się nad nim z rękami ubrudzonymi smarem, a ja próbowałam udawać, że rozumiem każde jego słowo. Nie znałam się wtedy na technicznych sprawach, ale czułam, jak tacie na tym zależało. „2JZ–GTE — najlepszy silnik do tego modelu”. Powtarzał to z takim zapałem, jakby mówił o czymś żywym.
A Ji… zawsze był tym, który nie bał się ubrudzić. I choć dla nas ważniejsze było wtedy spędzanie razem czasu niż samo auto, to chłopak i tak najczęściej wciągał się w rozmowę z moim ojcem, gdy ja zazwyczaj uważnie przyglądałam się poszczególnym częściom. Nawet jeśli nie wiedziałam, czym były, to wciąż pozostawały dla mnie interesujące.
Teraz, patrząc na auto, miałam wrażenie, jakby zatrzymało się w czasie. A ja? Ja już nie byłam tą samą osobą. Przez chwilę zdawało mi się, że jeśli go dotknę, to wrócę do dawnych lat. Do rozmów z ojcem i spotkań z Jiyongiem w garażu. I choć kiedyś tygodniami mogłam wyczuć tu zapach starego oleju i metalu, dziś w powietrzu unosiła się jedynie cisza. Niemal obca.
— Panienki znajomy też ją lubi — Woobin wyrwał mnie ze wspomnień, a jego słowa sprawiły, że automatycznie się uśmiechnęłam.
— Jiyong. — Na samo wspomnienie o nim od razu poprawił mi się humor. — Dłubał przy niej z moim ojcem.
— Pamiętam, zawsze wychodziliście stąd usmoleni. Wyrośliście od tego czasu — mówił, jakby przeżył całe nasze dzieciństwo. Miło było porozmawiać z kimś, kto znał mnie, gdy byłam dzieckiem.
— Właśnie — olśniło mnie.
— Pojechał z Samem — dodał, widząc, jak odwracam się w stronę domu, gdzie kiedyś mieszkał chłopak.
— Wciąż tu mieszka? — spytałam. Inaczej skąd Woobin miałby wiedzieć, dlaczego akurat w tamtą stronę spojrzałam?
— Oczywiście — obdarzył mnie kolejnym uśmiechem. — Tylko wasze tajemne przejście trochę zarosło.
— Skąd pan… — Zdziwiłam się, że wiedział o dziurze w żywopłocie, którą zrobiliśmy, by mieć do siebie bliżej. Chodzenie naokoło zajmowało naszym zdaniem za dużo czasu.
— A myśli panienka, że skąd mieliście tam tyle miejsca na siedzenie? — spytał, wchodząc do garażu. — Osobiście wycinałem zbędne gałęzie, gdy was nie było.
— Dlatego tak dobrze nam szło — zaśmiałam się idąc w jego ślady. — Dziękuję.
Woobin skinął głową, a po chwili zapytał:
— Wciąż panienka lubi się wspinać po drzewach?
— Jest coś, czego pan o mnie nie wie?
— Jeśli jeszcze nie wychodziła panienka z domu, proszę sprawdzić balkon.
— Czemu? — Zaskoczył mnie na tyle, że w ułamku sekundy znalazłam się przy bocznej ścianie domu. — Nie! — krzyknęłam, robiąc krok w tył.
Do mojego pokoju prowadziły schody. Wyglądały, jakby ktoś otworzył przede mną nową drogę jednocześnie zdradzając, że rodzice zawsze o wszystkim wiedzieli.
— Widział pan to?! — spytałam głupio. Przecież to on mi o nich powiedział.
Miałam prywatne wejście. Coś, o czym zawsze marzyłam.
— Wiedziałem, że ci się spodobają. Koniec z przemykaniem przez garaż — puścił mi oczko i wrócił do szukania.
Wiedział o tym? Skoro on, to rodzice tym bardziej. Co więcej, wychodziło na to, że gdy byłam młodsza, naprawdę mnie znali. A przynajmniej tę jedną rzecz.
— To wygląda jak niezłożone meble — głos Woobina wyrwał mnie z rozmyślań. Otworzyliśmy pierwszy karton, a w środku leżały deski i instrukcja.
Czyli tak miała wyglądać moja garderoba. Pierwszy punkt z listy odhaczony. Nie przeze mnie, ale co w tym dziwnego? Rodzice wiecznie decydowali za mnie, układając kawałki mojego życia, zanim zdążyłam o nich pomyśleć.
— Umie pan składać meble? — wyszłam z inicjatywą.
— Jeszcze panienka pyta. Proszę złapać z tamtej strony. — Wskazał koniec pudełka, podnosząc się. — Sprawdzimy w domu, czy niczego nie brakuje, i zabierzemy się do pracy.
Po kilku kursach wszystkie znalezione opakowania wylądowały w salonie.
— Napije się pan czegoś? — zaproponowałam. Byłam zmęczona, a to dopiero początek.
— Coś zimnego nie zaszkodzi.
Wietrząc lodówkę nie mogłam się zdecydować. Żaden sok mi do niego nie pasował.
— Na górnej półce, jeśli nie problem — podpowiedział.
Aż na tak niezdecydowaną wyglądałam?
Zaciekawiona sprawdziłam, co na niej było. Piwo. Nie zwlekając, wyciągnęłam dwa i postawiłam na blacie.
— Przelać? — dopytałam, znajdując dla siebie pokal.
— Nie trzeba.
Otworzyłam butelkę i wróciłam do mężczyzny, który sprawdzał każdy element z instrukcją. Gdyby był w Londynie, gdy Sam składał mi szafkę… może dziś stałaby prosto.
— Proszę. — Podałam mu alkohol i przykucnęłam obok. — Mamy wszystko?
— Wygląda na to, że tak. Złożenie powinno pójść szybko. W garażu widziałem narzędzia. Musimy to tylko wnieść na górę i… — Umilkł, a ja poczułam na sobie spojrzenie.
— Coś się stało? — Spostrzegłam jak wodził wzrokiem po mojej szklance. — A, no tak. Nie powinnam. — Oprzytomniałam.
Mam przesrane?
— Panienki brat też tak zawsze mówił — uśmiechnął się.
Najwyraźniej londyński bunt Sama to było nic w porównaniu z koreańskim.
— Ten ułożony Sam? Którego rodzice mieli za abstynenta?
— Nic mi o tym nie wiadomo. Ale proszę tylko, byś nie przesadziła.
— W porządku. — Nie planowałam wypić wszystkich zapasów, ale już czułam, że gadulstwo Woobina może mi się przydać.
— Bierzmy się do roboty, póki jest jasno.
— Racja. — Wstałam, żeby odłożyć szklankę. — A to co?
Zdziwiłam się na widok markowych toreb. Woobin natychmiast podszedł bliżej, zaciekawiony.
— Sam nie mówił? — zapytał.
— Nie.
— Przyjechało z panienki rzeczami. Pewnie od rodziców — stwierdził i ruszył po karton.
Ciekawe, czym tym razem chcieli mnie udobruchać? Logo na torbach sugerowały drogie ubrania, a to oznaczało, że kolejny problem miałam z głowy.
— Nabi?! — Głos z góry przypomniał mi o pracy. Złapałam za pierwszy z brzegu karton i pognałam do pokoju.
Woobin stał w progu, nawet nie próbując wejść. Spojrzałam tam gdzie on i zrozumiałam.
— Och, no tak. Moje małe tornado. Zaraz to poprzesuwam.
Odłożyłam deskę i zaczęłam torować drogę. Po kilku minutach można było wejść do wnęki na garderobę. Co prawda upchnięcie wszystkiego pod ścianami sprawiło, że pokój wyglądał jeszcze gorzej, ale przynajmniej nic nie zawadzało.
Cel spełniony, Woobin zadowolony, a stelaż z każdą chwilą nabierał kształtów. Tylko ja nie miałam co ze sobą zrobić. Siedziałam więc z boku i obserwowałam jego walkę. Gdy w końcu mnie zawołał, zostawałam pomocnicą od podawania śrubek i zmiany bitów. Kilka razy przytrzymałam półkę, gdy ją dokręcał. I choć nie narzekał, wiedziałam, że zrobił o wiele więcej niż ja.
On po skończonej pracy mógł wrócić do domu. Ja zostawałam z resztą bajzlu, który narobiłam. I pomyśleć, że dokładnie taki sam panował w mojej głowie.
Rozdział 9
Pierścionek z cukru i kardamon
Kolejny dzień i kolejny hałas, który postanowił mnie obudzić. Tym razem padło na budzik, więc nie miałam wyboru. Musiałam wygramolić się z łóżka.
Pierwszy dzień na uczelni, wśród nowych ludzi, po latach na wygnaniu… Tak, to było idealne spełnienie marzeń. Po całym weekendzie spędzonym w samotności, nie licząc piątku, gdy widziałam Sama i Woobina, wyjście do obcych zdawało się nie mieć sensu. Alarm nie raczył jednak o mnie zapomnieć i zawył po raz enty.
— Oj, zamknij się! — Walnęłam w telefon i usiadłam na łóżku, czując, jak irytacja rośnie we mnie z każdą sekundą.
Do pokoju wpadało nieznośnie dużo światła przez odsłonięte zasłony, o których wczoraj kompletnie zapomniałam. Wywlekając się z pościeli, poszłam odbębnić poranną toaletę, byle tylko jak najszybciej dopaść ekspres do kawy.
W chwilach jak te tęskniłam za kucharzem. W Londynie go miałam. Dopóki rodzice nie uznali, że za bardzo rozbestwiłam się w willi, i nie przenieśli mnie do mniejszego domu. Część luksusu zniknęła, a w zamian dostałam „lekcję życia”. Na szczęście Sam w Korei doświadczał tego samego. Według rodziców kucharz był zbędnym wydatkiem jak na jedną osobę, a skoro syn chciał samodzielności, to ją dostał. Jak dla mnie dał się zrobić w chuja z marnym pretekstem, ale co ja tam wiedziałam. Pocieszało mnie jedynie to, że została nam sprzątaczka i kierowca. Do tego banda niepotrzebnych osób z firmy rodziców, dostępnych na każde zawołanie. Co do reszty… nie miałam powodów do narzekań. Przynajmniej nikt obcy nie kręcił się po domu.
— Co jest?! — fuknęłam.
Ekspres był drugą rzeczą, zaraz po telefonie, która od rana postanowiła wyprowadzić mnie z równowagi.
— Działaj! — Uderzyłam w obudowę, licząc na cud. Nie posłuchał. W zamian ktoś wpadł na genialny pomysł, by zacząć dobijać się do drzwi.
— Kogo tam niesie? — Wkurzona poszłam otworzyć. W drzwiach stał Woobin.
— Dobrze, że jesteś! — Ucieszyłam się na jego widok. — Wiesz, co zrobić, żeby ten rupeć zadziałał? Bicie nie pomaga.
Woobin patrzył na mnie jak na wariatkę. No tak, typowa kobieta z problemami od samego rana. Przyszedł, żeby zawieźć mnie na uczelnię, a nie bawić się w złotą rączkę.
— A próbowałaś włączyć i wyłączyć? — w jego głosie wyczułam ironię.
— Pójdę się ubrać — mruknęłam, zostawiając go w kuchni. Wróciłam do pokoju, naiwnie licząc, że ta kawa jakimś cudem zrobi się sama.
Kiedy chwilę później znów z niego wyszłam, usłyszałam ciche mamrotanie Woobina. Czyli jednak walczył z tą maszyną.
— I jak panu idzie? — zapytałam, szukając tuszu do rzęs między kocami w salonie. To był jedyny kosmetyk, który nie zginął podczas przeprowadzki, za to teraz, z niewiadomych przyczyn, po prostu wyparował.
— Ani drgnie. — Dźwięk uderzanego plastiku rozszedł się pustym echem.
— Czy pan go właśnie uderzył? — Wróciłam do kuchni tylko po to, by zobaczyć jego minę. Kiedy ja to zrobiłam, uznał mnie za wariatkę.
— Nic z tych rzeczy — odparł, nawet na mnie nie patrząc.
Zbawieniem okazał się dzwonek do drzwi.
— Proszę się ubierać, ja otworzę — zbył mnie, kiedy ruszyłam w stronę przedpokoju, żeby sprawdzić, kogo przywiało. Przecież Sam miał klucze. Chyba…
— Przecież jestem… — Machnęłam ręką. Przypomniałam sobie, że wciąż się nie pomalowałam.
Nie wykłócając się z nim więcej, poszłam do najbliższego lustra w łazience przy salonie. Minuta i będę gotowa.
Wyglądałam znacznie lepiej niż w piątek. Biała spódnica w literę A ze złotymi guzikami i dopasowany top tworzyły zestaw idealny. Do tego odrobina biżuterii i… moje białe trampki z wyhaftowanymi kwiatami. Dobra, nie całkiem białe. Po wypadku nieco zszarzały i nie dało się ich doprać. Nie pasowały, ale i tak zamierzałam je założyć.
— Dobra! — krzyknęłam, wychodząc z łazienki i strzepując paprochy ze spódnicy. — Miejmy to z głowy!
Zrobiłam zaledwie kilka kroków i wyrżnęłam prosto w czyjąś ciepłą pierś.
Te ramiona na pewno nie były Woobina.
Jiyong
Siedziałem na łóżku, bezczynnie wgapiając się w jej okna. Zasłony były odsłonięte, choć to o niczym nie świadczyło. Całą noc takie były. Gdy wczoraj wróciłem do domu, miałem ochotę po prostu tam pójść i się z nią przywitać. Przytulić ją i… Ogarnij się, chłopie!
Dałem Samowi słowo, że poczekam do rana. Z racji tego, że on wracał później, to Woobin miał mnie zawieźć na uczelnię. A że Nabi też… kumpel nie miał wyboru. Chciał czy nie, jechałem z nią. Gdybym się chociaż wyspał…
Byłem padnięty. Pół nocy krążyłem po chałupie, nie mogąc zmrużyć oka, a gdy w końcu mi się udało, ze snu wyrwał mnie ten pieprzony budzik. Godzinami zastanawiałem się, czy Nabi śpi. W jej domu nie świeciło się żadne światło, a pójście tam nie wchodziło w grę.
Gdy zobaczyłem nadjeżdżającego Woobina, wiedziałem, że czas się ogarnąć. Wpuściła go, więc nie spała. Musiałem tylko zejść na dół, dopić kawę, oddychać i pójść do nich. Proste. Tyle, że kiedy wróciłem do kuchni, znalazłem swoją bluzę ujebaną w kardamonie, który nie wiedzieć kiedy rozsypał mi się na blacie. Ścieranie go dłonią pogorszyło sprawę, a woda… wyostrzyła zapach.
Gdy telefon zawibrował mi w kieszeni, szybko sprawdziłem powiadomienie.
Woobin: Zbieraj się, Jiyong!
Zajebiście. Byłem wykończony, nie miałem czasu się przebrać i waliłem kardamonem na kilometr. Po sześciu latach i takim wejściu, Nabi nie zapomni mnie do końca życia. W dodatku wciąż miałem te pieprzone, pomarańczowe włosy.
Wyszedłem z domu czując, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. Normalnie wszedłbym bez pukania, ale dziś… nie przyszedłem do Sama.
Dźwięk dzwonka odbił się w moich uszach głośnym hukiem. Gdzieś z wnętrza usłyszałem przytłumiony głos Woobina, a następnie ciężkie kroki. W ułamku sekundy nie byłem pewien, kogo wolę zobaczyć w pierwszej kolejności, ale gdy padło na mężczyznę… odetchnąłem z ulgą. Pewnie dlatego, że nie widziałem jej w zasięgu wzroku.
— Od kiedy ty dzwonisz? — zdziwił się, szerzej otwierając drzwi.
Wychodziło, że od dzisiaj.
— Wchodź, jest w łazience — mruknął.
Wycofał się do kuchni, a ja niepewnie wszedłem do środka. Czułem, jak trzęsą mi się ręce. Łazienka mało mi mówiła. Mieli dwie. Jedną na dole, a drugą… w jej pokoju. Miałem ochotę uciec, ale gdy ją usłyszałem… zamarłem.
Stałem jak wryty na samym środku, patrząc, jak wychodzi z pomieszczenia na dole. Nawet mnie nie zauważyła, strzepując coś ze spódnicy. Brzmiała… prawie tak samo jak przez telefon, ale tym razem odrobinę markotniej i zdecydowanie wyraźniej.
Nie wiem, co mi strzeliło w ten durny łeb, ale widząc, że kompletnie nie patrzy, gdzie idzie, zrobiłem krok w prawo. Wpadła we mnie z impetem, opierając się dłońmi o moją klatkę.
— Tęskniłaś? — wychrypiałem, trzymając ją w dłoniach. Wciąż była niższa ode mnie, a te oczy… były tak samo kruche jak w dniu, w którym mi ją zabrali.
Nabi
Ten głos… Nie byłam pewna, czy to pytanie, czy prowokacja, ale kiedy podniosłam wzrok… mózg sam podpowiedział mi imię.
— Jiyong? — Chłopak uśmiechnął się trochę zawadiacko, ściskając delikatnie moje ramiona. — Hej! — Przytuliłam go mocno, co natychmiast odwzajemnił, unosząc mnie lekko. — Co tu robisz? — spytałam, wtulając się w jego szyję. Nigdy nie pachniał tak… dobrze.
— Nabi — szepnął tak cicho, jakby bał się, że wypowiedzenie mojego imienia sprawi, że znów zniknę.
Opadając stopami na podłogę, przyjrzałam mu się pobieżnie. Nie tak go zapamiętałam. Znaczy… to był on, ale…
— Czemu masz pomarańczowe włosy? — Zaskoczenie momentalnie wyparło uśmiech z mojej twarzy. — I…
— Też się cieszę, że cię widzę.
Przerwałem jej, gdy tylko zobaczyła ten cholerny kolor na mojej głowie. Część mnie łudziła się, że ich nie zauważy albo zapyta później, ale ona zawsze była zbyt spostrzegawcza.
— Zmieniłeś się — oświadczyłam, wyrwana z myśli o jego oczach.
— Na lepsze? — dopytał, cofając się i pokazując w całej okazałości.
Wciąż był ode mnie wyższy na tyle, że śmiało mogłabym nosić przy nim obcasy. Miał na sobie jasne dżinsy z podwiniętymi u dołu nogawkami, białą koszulkę i luźną, czarną bluzę z wyszytymi na plecach kwiatami. Całość wyglądała wyjątkowo i, co dziwne, naprawdę do niego pasowała. Tylko… o co chodziło z tymi włosami?
Uśmiechała się, ale w mojej głowie kumulowały się tylko jedne słowa: na gorsze.
— Twoje milczenie mówi mi, że nie.
— Wybacz. — Otrząsnęłam się.
Wgapiasz się w niego jak sroka w błyskotkę, idiotko.
— Ale czemu? — wskazałam na jego włosy, które nie dawały mi spokoju.
Na dole były ścięte krótko, na górze zostawione nieco dłuższe, tak, że opadały mu na czoło. Pośrodku widniał delikatny przedziałek, pokazujący naturalny, czarny odrost.
— I od kiedy masz niebieskie oczy? — W końcu zdołałam zadać przerwane pytanie. Może i nie widzieliśmy się długo, ale byłam pewna, że miał brązowe.
— A czemu nie? — odparł, widocznie zadowolony ze swojego stylu.
Graj idiotę, Ryu, to może uwierzy, że w takiej wersji chciałeś się jej pokazać. I jakim cudem nie poczuła tego cholernego kardamonu?
— Hm… — Znów mu się przyjrzałam. — W sumie ci pasują — stwierdziłam po dłuższym zastanowieniu.
Nie widziałam go od lat, nie licząc kilku zdjęć od jego rodziców czy Sama. Mimo to czułam, jakbyśmy nadal byli tamtymi dzieciakami. Jego obecność sprawiła, że na chwilę odetchnęłam.
— Poczekam na was w aucie — głos Woobina przerwał krępującą ciszę.
Całe szczęście!
— Ten to wie, kiedy się odezwać — mruknął niezadowolony, a ja wyłapałam kolejną znaczącą zmianę.
Głos.
To już nie była ta sama barwa co sześć lat temu. Stał się wyraźnie niższy, głębszy, momentami lekko nosowy. Brzmiał niezwykle łagodnie, przez co aż miło było go słuchać. Miał w sobie ten jeden unikalny dźwięk, którego nie umiałam opisać. Był nie do pomylenia.
— W sumie ma rację — bąknęłam, widząc godzinę na zegarku. Było grubo po dziewiątej. Ominęłam Ji i poszłam założyć buty.
Miałem ochotę zatłuc Woobina. W dodatku Sam… Gdyby pozwolił mi spędzić z nią weekend, nie musiałbym teraz udawać, że nie wariowałem z tęsknoty. Kurwa, nie powinienem, ale widząc, jakie buty bierze do ręki, nie wytrzymałem. Były ładne, tak samo jak ona, jednak… z niewiadomych przyczyn, chciałem ją zobaczyć w obcasach. W wersji kobiety, która dwa lata temu jednym zdjęciem zawróciła mi w głowie.
— Nie pasują — szepnął sekundę po tym, jak chwyciłam pierwszego trampka.
— Wiem, dlatego je zakładam.
Coś mi nie pasowało w jego minie. Mówiła: „to nie najlepszy wybór na dziś” albo… „pokaż mi, jak wyglądasz w dorosłej wersji”. Ewentualnie mój mózg za dużo sobie wyobrażał. W końcu wciąż odsypiał lot.
— Może te? — Pokazał mi jedne z letnich sandałów na obcasach. — Ładne.
— A jakie niewygodne.
— Ale ładne — powtórzył, uśmiechając się zalotnie.
Od kiedy on się znał na modzie?
— Dawaj je. — Wzięłam buty i założyłam, nie mając czasu na dalsze kłótnie. Chwyciłam torebkę oraz klucze, po czym wyszłam z nim na zewnątrz.
— Nie powiedziałeś mi, co tu robisz — zaczęłam w drodze do auta, chowając szpargały do torby.
— Jedziemy w to samo miejsce.
Stanęłam gwałtownie, przez co Ji z impetem na mnie wpadł, ponownie łapiąc za pas. — Czemu się zatrzymałaś? Zapomniałaś czegoś?
— Nie, tylko… — Zastanowiłam się przez chwilę. — Ostatnim razem, gdy siedzieliśmy razem w ławce, byliśmy w podstawówce.
— Jeśli będziesz miła, to pozwolę ci znów dostąpić tego zaszczytu. — Uśmiech ani na chwilę nie schodził mu z ust.
O co chodziło? Aż tak tęsknił? Otrząśnij się, Nabi, nie masz już piętnastu lat, by… a zresztą.
— O, jak miło z twojej strony — spojrzałam na niego przez ramię. Był zadziwiająco blisko. — Dobrze też, że postarałeś się, bym mogła cię rozpoznać z daleka. Mam większą szansę uciec, zanim mnie zobaczysz — dodałam, nawiązując do jego fryzury.
Czym on, do licha, pachniał tak intensywnie?
— Nie odpuścisz mi, co?
— Może, jeśli będziesz milszy — udałam, że biorę taką opcję pod uwagę i intensywnie się namyślam.
— Chyba na dłużej zostawię ten kolor — mruknął mi wprost do ucha, wywołując u mnie dreszcze. Jego dłonie nie ruszyły się ani o milimetr. Byłam całkowicie unieruchomiona.
— Idziemy? — zapytał i delikatnie nakierował moje biodra do przodu, w końcu puszczając.
Wtedy poczułam lekkie ukłucie w żebrach. Brałam dziś tabletki?
Próbowałam coś o tym wszystkim pomyśleć, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Szłam zgodnie z jego wskazówkami, nie oglądając się za siebie. Dopiero gdy otworzył mi drzwi, na sekundę podniosłam wzrok. Uśmiechając się, weszłam do środka.
— Motylku… — Zamarłam. Od lat nie słyszałam, by mówił do mnie w ten sposób. — Ładnie wyglądasz — mrugnął zalotnie.
Poczułam zawstydzenie, a brak makijażu wcale nie pomagał. Sposób, w jaki obniżył barwę głosu… Z trudem walczyłam, aby kąciki moich ust nie wygięły się w uśmiech.
— Dziękuję. A teraz wsiadaj — wyciągnęłam rękę, aby zamknąć drzwi, lecz mnie uprzedził.
Miło było usłyszeć takie słowa. Te przynajmniej brzmiały szczerze. Nie jak u Dereka.
Motylku? Serio, Jiyong? Motylku! Jeśli po tym dniu Nabi nie weźmie mnie za totalnego debila, który chce ją przelecieć, to będzie jakiś cud.
W aucie zapadła cisza, a Woobin ruszył przed siebie. Żadne z nas nie kwapiło się do rozmowy. Nie wiedziałam nawet, o co mogłabym go zapytać. Ji wydawał się inny. Wiele rzeczy było na plus, ale nie miałam pojęcia, ile z nich ostatecznie wyląduje na minusie.
Choć trasa była krótka, dłużyła się niemiłosiernie. Przez całą drogę walczyłam z potrzebą spojrzenia w lewo, a ukradkowy wzrok Woobina we wstecznym lusterku tylko pogarszał sprawę. Jakby wiedział coś więcej — i niestety w to nie wątpiłam. Czy ta dwójka uwzięła się dziś na mnie?
Próbując odgonić niechciane myśli, zaczęłam obserwować mijane ulice, ale nawet ten widok mnie nie cieszył.
Gdy zajechaliśmy pod uczelnię, Jiyong wysiadł pierwszy. Po raz kolejny tego dnia wstrzymałam oddech. Tym razem z nerwów.
Gdzie był Sam, gdy go potrzebowałam?!
— Będzie dobrze — Woobin odezwał się w najmniej spodziewanym momencie.
Przybrałam wymuszony uśmiech. Biorąc od niego kartkę, odpięłam pas. Wzięłam głębszy wdech, czując te cholerne żebra, i spostrzegłam, że Jiyong stoi po mojej stronie auta. Rozmawiał z kimś, a ja nie miałam pojęcia, kto to.
Od razu poczułam ścisk w żołądku. Przypomniałam sobie, jak w podstawówce wyśmiewano moją odmienną, zbyt europejską urodę. Nieznajomy wcale nie sprawiał, że miałam ochotę wysiąść, ale nie miałam wyboru. Chwyciłam za klamkę i uchyliłam drzwi.
— Przyjadę po was, gdy skończycie — dodał Woobin.
Było mi przykro, że zostawia mnie tu samą. Biorąc kolejny głębszy oddech, wypuściłam głośno powietrze i zaczęłam wysiadać. Jiyong od razu przechwycił moje spojrzenie i szerzej otworzył drzwi.
Suntoryu. Ogromny napis nad wejściem był widoczny nawet dla niewidomych. Jedna ze słynniejszych uczelni artystycznych na świecie, po której każda praca stała otworem. Placówka dla elit i kilku szczęśliwców ze stypendium. Jako dziedziczka miałam tu zapewnione miejsce od urodzenia.
— W porządku? — niepewny głos Jiyonga wyrwał mnie z zadumy.
— Jasne. — Na jego twarzy dostrzegłam zaniepokojenie.
Sam uprzedzał, że nie będzie jej łatwo, ale nie sądziłem, że z takim oporem wyjdzie z auta. Myślałem, że poczuje moje wsparcie, a tymczasem… patrzyła na budynek, jakby widziała w nim swój pogrzeb. Do tego Jihun… Powinienem go zdzielić w łeb za to, co palnął na powitanie. Miał nic nie odwalić.
— Czyli to jest ta słynna siostra Samuela — odezwał się chłopak stojący obok Ji.
— Czemu słynna? — Spojrzałam na Jiyonga. — Coście mu o mnie nagadali? — dopytałam, nie słysząc natychmiastowej odpowiedzi.
— Nic — oburzył się przyjaciel. — Nie słuchaj go po prostu…
— Gadaj — rzuciłam stanowczo do nieznajomego. Aż sama zdziwiłam się, z jaką łatwością mi to przyszło.
— To Lim Jihun. Czasem plecie głupoty — burknął Ji, wskazując na chłopaka.
Tylko dlaczego robił to przez moje ramię i…
— Nie przejmuj się nim. — Objął mnie, a podbródek oparł na moim barku. Momentalnie oblazły mnie dreszcze.
Co mnie, do licha, ominęło w ciągu tych kilku sekund?
— Coś blisko mnie dziś jesteś — zauważyłam. W zamian ponownie usłyszałam jego mrukliwy głos.
— Przeszkadza ci to? — szepnął wprost do mojego ucha, drażniąc skórę ciepłym oddechem. A dopiero co pozbyłam się wcześniejszych dreszczy.
Ramiona instynktownie powędrowały do góry, gdy kolejna fala ciepła przeszła przez moje ciało. Ji najwidoczniej miał to gdzieś, bo zamiast mnie puścić, przybliżył się jeszcze bardziej. Wtedy znów poczułam nieprzyjemny uścisk w żebrach.
— Jeszcze nie wiem — odpowiedziałam na odczepnego, wciąż czując na szyi jego gorący oddech.
Ścisnął mnie mocniej, po czym puścił. W sekundę poczułam ulgę, a zarazem chłód uderzający w moje ciało.
— Trzymaj. — Nagły ciężar na moich ramionach okazał się jego bluzą. — Widzę, że ci zimno — dodał, nim zdążyłam zaprotestować.
Zdezorientowana, wsunęłam dłonie w rękawy. Poranek nie należał do najcieplejszych, choć inni wokół chodzili w krótkich rękawkach. Miałam wrażenie, że nie tylko o temperaturę mu chodziło. Gdyby nie ten obcy chłopak, zapytałabym Ji wprost, co wyprawia. Przy Jihunie nie miałam na to szans.
— Byliście kiedyś parą?
Że co?!
— Tak — odparł Jiyong, rozglądając się wokół. Nawet nie zdążyłam przetworzyć pytania, a on… Zresztą…!
— W przedszkolu — upomniałam go. — I dziwne, że to pamiętasz.
Przez sekundę czułam, że wygrywam, ale sposób, w jaki mnie przeszył wzrokiem… Nie mogłam patrzeć na niego dłużej, niż było to koniecznie. Obawiałam się, że przy nim zapomnę, jak się myśli. Zdecydowanie coś było ze mną nie tak.
— Zjadłaś mi pierścionek — przejął pałeczkę.
— Był z cukru! Co innego chciałeś z nim zrobić?
— Zachować.
— Chyba dla mrówek.
Wokół nas na chwilę zapadła cisza, którą przerwał ryk dzwonka. Od razu złapałam za torebkę, chcąc sprawdzić godzinę w telefonie.
— Masz jeszcze czas — odezwał się Ji. — Dzwoni dziesięć minut przed pierwszymi zajęciami — wyjaśnił, a do głosu znów doszedł Jihun.
— Sam wie? — Jego wyrywkowe pytania powoli przestawały mnie dziwić.
— O czym? — zapytał Jiyong.
— No wiesz. — Lim skinął głową w moim kierunku. Tyle wystarczyło, bym domyśliła się, co ma na myśli.
Nie zdążyłam nawet przekroczyć progu uczelni, a już jedna osoba miała nas za parę.
— Pójdę, zanim wpieprzysz nas w ślub. — Klepnąwszy Ji po ramieniu, wyminęłam go i ruszyłam do głównego wejścia.
— Czekaj. — Na odchodne poczułam lekkie muśnięcie jego dłoni o moją, ale nie zdążył mnie złapać. Za to usłyszałam jeszcze, jak warknął do kumpla: — Co żeś narobił?
Zaśmiałam się cicho pod nosem, nie zwalniając kroku. Byłam mu wdzięczna za towarzystwo, odwiedziny i przyjazd, ale nie miałam ochoty tłumaczyć nikomu naszej relacji.
Kiedyś bliskość między nami była dla ludzi czymś naturalnym, ale dzisiaj… coś się zmieniło. Nie powinnam być zdziwiona, minęło sześć lat. Nie byliśmy już dziećmi. A może właśnie to mi przeszkadzało najbardziej? Ta utracona beztroska.
Docierając do schodów, zauważyłam pusty skrawek murku. Fakt, że nikt się tam nie kręcił, był zbawienny. Stanie wśród obcych nie figurowało dziś na mojej liście życzeń. Usiadłam wygodnie i sprawdziłam kartkę od Woobina. Niestety, kiedy usłyszałam, jak ktoś woła Ji, wiedziałam, że poszedł za mną. Widok jego butów tuż przed murkiem tylko mnie w tym utwierdził.
— Nie było cię kilka lat, a nadal masz ten sam nawyk.
Samotność była dziś dla mnie na wagę złota. Dlaczego tego nie rozumiał?
— Jaki? — zapytałam, nie podnosząc wzroku.
— Zamykasz się w sobie i uciekasz, gdy coś ci się nie podoba.
Zerknęłam na niego kątem oka. Stał swobodnie obok mnie, a z jego miny wnioskowałam, że nie planuje się ruszyć. Był dziś zbyt pewny siebie i za dobrze wyglądał, jak na kogoś, kto powinien być tylko moim starym przyjacielem.
— Nie masz innych znajomych? — rzuciłam, ignorując jego wzrok.
Brakowało tylko, żeby wytykał mi moje słabości. Jakby sam ich nie miał. I jakim cudem o tym pamiętał?!
— Mam. Ale ciebie najłatwiej się drażni. — Usłyszałam kliknięcie zapalniczki. Instynktownie podniosłam głowę i… zdębiałam. On palił?
— Chcesz? — spytał, podsuwając w moją stronę papierosa.
— Nie. — Spuściłam wzrok, pamiętając, co Sam mówił o moich używkach. Dym był jednak na tyle drażniący, że musiałam odwrócić twarz.
Wiem, że kłamiesz, motylku. Po tylu latach wciąż robisz to w ten sam sposób. Unikasz spojrzenia. A może to moja bliskość znów ją płoszyła? Czułem wcześniej każdy jej najmniejszy ruch. Jak się wzdrygała na mój dotyk, oddech… Nie chciałem jej osaczyć, ale gdy zorientowałem się, że marznie… głupi nie wykorzystałby okazji. A tak… może chociaż ta bluza umili jej dzisiejszy dzień. O ile nie zwariuje od tego zapachu.
Ji okazał się nadzwyczaj spostrzegawczy. Nachylił się i zgasił ledwo zaczętą fajkę o tylną ściankę murku. Resztę dymu wypuścił w przeciwną stronę, by na mnie nie poleciał. Znów to robił. Był blisko mnie.
— Wybrudzisz się. — Skinął głową, gdy znów na niego spojrzałam.
— Na szczęście mam twoją bluzę pod tyłkiem — odparłam, starając się rozchmurzyć. Coś mi jednak w tym przeszkadzało. Tyle lat tęskniłam za tym krajem, za Ji, a teraz… Siedziałam przybita.
Nagle coś przykuło moją uwagę. Zmrużyłam oczy, skupiając wzrok na błyszczącym kółeczku.
— Masz kolczyk?
— Nawet dwa. — Dumnie pokazał mi drugie ucho.
— Hm. — Obejrzałam je z uchylonymi w zdumieniu ustami. — Ciekawe.
— Zostawić was na moment i znów zaczynacie — dołączył do nas Jihun. Jedno spojrzenie Ji wystarczyło, by chłopak zaczął przepraszać, ale mnie bardziej zainteresowała dziewczyna, która ciągle się na nas gapiła.
— Masz adoratorkę — wtrąciłam, kierując słowa do przyjaciela.
— Zauważyłaś. — Przez chwilę wyglądał, jakby żałował, że wyrzucił papierosa
— Ciężko nie było, przygląda się od kilku minut. — Sprawdziłam, czy wciąż to robi. Nie myliłam się. — Za bardzo rzucasz się w oczy — dodałam z zadowoleniem, spoglądając na jego włosy. W tej samej chwili, imię dziewczyny padło z ust Jihuna.
— Kim.
— Brzydkie. — Choć z wyglądu nawet ładna. I pewnie wredna.
— Niektórzy lubią — mruknął Jihun, a w tle po raz kolejny rozbrzmiał dzwonek, zwabiając chmarę ludzi. Tylko nie Jiyonga.
— Nie idziesz? — zapytałam.
Zamiast się ruszyć, stał i patrzył w niebo. Lim mrugnął do mnie na pożegnanie, znikając w tłumie.
— Ji? — powtórzyłam, gdy wokół zrobiło się ciszej. Po chwili na mnie spojrzał.
— Cieszę się, że wróciłaś.
Spuściłam wzrok.
— Nie miałam tego w planach. — Przynajmniej nie w ten sposób. Przeorana przez życie…
Jego słowa powinny mnie cieszyć, a sprawiały ból.
— To nie zmienia mojego myślenia. Hej. — Dotknął delikatnie mojego podbródka, unosząc go i zmuszając, abym na niego spojrzała. — Zobaczymy się później?
— No raczej. Muszę cię przecież odwieźć. — Kątem oka dostrzegałam ostatnie osoby wchodzące do budynku. — Spóźnisz się — dodałam ciszej.
Wyprostował się i głęboko odetchnął. Nie chciałam, żeby odchodził, ale wiedziałam, że musi. I tak poświęcił mi już za dużo czasu.
— Pisz, jakby co — rzucił, puszczając mnie. Niechętnie wszedł do budynku, zostawiając mnie samą.
Jiyong
Chciałem przy niej zostać. Że też wcześniej nie pomyślałem. Mogłem ją oprowadzić po tej durnej uczelni. Spędzilibyśmy trochę czasu razem i… może wtedy by się uśmiechnęła.
Ciężko mi było na nią patrzeć. Jej dawny smutek znałem na pamięć. Ten był inny. Nowy. Zawsze myślałem, że marzyła o powrocie do Korei. Teraz nie byłem już tego taki pewien. Coś w Londynie ją zmieniło. Wiedziałem o kilku sprawach, ale nie wszystkie w pełni rozumiałem.
— Szybko sobie znalazłeś pocieszenie — głos Kim wybił mnie z myśli.
Wystarczyło, że wszedłem do sali, a ona już musiała się odezwać. Tylko jej mi tu brakowało. Zachowywała się tak, jakby nie pamiętała, co odwaliła. I jeszcze Jihun… Zajebię gnoja, gdy go znów zobaczę. Miał jedno zadanie: siedzieć cicho. I choć nie pisnął Nabi słowa o bójkach i Jake’u, to oczywiście nie mógł sobie darować komentarza o Kim. Tak samo jak ona nie mogła przestać się na nas gapić.
Czując wibrację w kieszeni, pośpiesznie sprawdziłem telefon.
Sam: Gremlin nie uciekł jeszcze z miasta?
Zawsze mnie bawiło, jak nazywał siostrę.
Ja: Jeszcze jej nigdzie nie wywiozłem. Poza uczelnią, ale to sprawka Woobina.
Sam: Super! Powiedzmy, że ci ufam. Wracam dzisiaj.
Zajebiście, liczyłem na trochę więcej czasu.
Głos wykładowcy przypomniał mi, gdzie jestem. Pośpiesznie schowałem telefon i wróciłem do oglądania slajdów, wciąż mając w głowie Nabi i te jej smutne oczy.
Rozdział 10
Bezbronna
Nabi
Po odejściu Ji i nastaniu głuchej ciszy, przerywanej szumem samochodów z pobliskiej ulicy, otrząsnęłam się. Sprawdziłam, czy gdzieś nie czeka na mnie moja dzisiejsza przewodniczka, ale jedyną osobą, jaką dostrzegłam, była spóźniona dziewczyna biegnąca przez plac. Momentalnie poczułam chłód pod tyłkiem, który zmusił mnie do zejścia z murku. Nie planowałam zachorować, choć skok na ziemię też nie był najlepszą decyzją. Na kilka sekund znów zapiekły mnie żebra. Zdecydowanie za dużo razy przypominały o sobie tego poranka.
— Nabi? Jestem Susan! Przepraszam cię, zaspałam będę cię dzisiaj oprowadzać… — Nieznana blondynka o mało co we mnie nie wpadła.
— Oddychaj — weszłam jej w słowo zanim zemdlała z braku powietrza. — Biegłaś przez całe miasto?
— Tak, wybacz. Znaczy nie — zreflektowała się. — Jakie było pytanie? — Jej wzrok wskazywał na dezorientację. Zaczęłam się zastanawiać, czy to aby na pewno ona ma mi pokazać uczelnie.
— Zawsze taka jesteś?
— Jaka?
— Roztrzepana.
— Trochę — mruknęła niepewnie. — Po prostu matka oczekuje, że wszystko ci dzisiaj dobrze pokażę — tłumaczyła się, a ja nie miałam pojęcia, jaki związek miała z tym jej rodzicielka. Jedynym wytłumaczalnym powodem mogło być to, że zasiada w radzie, więc ponownie zerknęłam na kartkę od Woobina.
— Masz na nazwisko Krim?
— Tak, a co? — W oczach dziewczyny zagościł strach.
— Miejmy to z głowy — rzuciłam i skierowałam się do wejścia.
Już od progu nie poczułam najmniejszej różnicy w temperaturze, co mi się nie spodobało.
— Zrobiłam coś? — Blondynka dobiegła do mnie.
— Poza tym, że masz matkę dyrektorkę? Nie — zironizowałam.
— Czyli już wiesz. — Po jej głosie wnioskowałam, że jest zasmucona. Ale nie widziałam powodu, aby ją przepraszać. Nie szukałam nowych przyjaciół. A tym bardziej chaotycznej koleżanki. Wystarczyło, że sama ledwo trzymałam się w kupie.
— Nazwiska nie ukryjesz.
Wzrokiem próbowałam dostrzec coś interesującego. Jednak jedyne, co wychwyciłam, to dziwnie znajomą rzeźbę na końcu korytarza.
— Nie grzeją tu? — bąknęłam, czując chłód.
— Jest lato.
Brawo, Nabi, oczekujesz włączonych grzejników na koniec sierpnia.
— Racja. Widać za długo stałam na wietrze — odparłam. — To jaki masz plan na dzisiaj?
— Musimy się zgłosić do dyrektorki, byś potwierdziła wybrane zajęcia. Później cię oprowadzę, pokażę co i jak, a o dwunastej mamy powitalny apel — wyrecytowała z kartki.
— Dobra, to prowadź do matki — machnęłam dłonią, nakierowując dziewczynę na korytarz przed nami.
Szłyśmy w ciszy, aż dotarłyśmy do końca holu. Wtedy miałam okazję lepiej przyjrzeć się rzeźbie, którą dostrzegłam wcześniej.
— Droga jest dość prosta… — Dziewczyna przerwała, widząc, że przestałam iść. — A, no tak, też mi się podoba. — Zawróciła, zwracając uwagę na dzieło odgrodzone czarnymi barierkami z czerwonym sznurem. Obok stała tabliczka z imionami autorów.
— Każdy, kto przychodzi tu po raz pierwszy, zatrzymuje się przy niej na chwilę. Podobno stoi tu od kilku lat, ale autorzy nigdy nie pojawili się na uczelni — tłumaczyła, a ja nie dowierzałam, że jeszcze kiedyś to zobaczę.
— A po co mieliby tu przyjeżdżać? — zapytałam ze zwykłej niewiedzy.
— Czasem uczelnia zaprasza autorów dzieł, które mamy na korytarzach, byśmy mogli posłuchać o ich twórczości lub się zainspirować.
— Ciekawe macie tu zwyczaje.
— Właściciele są artystami — dodała i na chwilę umilkła, oglądając rzeźbę.
A ja zastanawiałam się, dlaczego moja stara praca stoi właśnie w holu koreańskiej uczelni moich rodziców.
Na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się niczym niezwykłym. Przez środek biegły lekko pochylone ku górze drewniane gałęzie, stopniowo przechylając się w drugim kierunku. Pomalowano je na czarno, by imitowały metal — a przynajmniej tak to wyglądało z daleka, bo z bliska wciąż można było dostrzec ich prawdziwą naturę. Pomiędzy nimi wiła się grubo skręcona, żelazna listwa, przypominająca wstęgę na wietrze. Wszystko spoczywało na cienkiej, okrągłej metalowej podstawce, na której razem z Ji odbiliśmy swoje dłonie. Całość została idealnie wypolerowana przez mojego tatę i połączona przez mamę.
Miałam z dziesięć lat, gdy zainteresowana pracą rodziców, poszłam z Jiyongiem do ich pracowni i uznaliśmy, że pobawimy się tym, co w niej znaleźliśmy. Efekt, jaki ta rzeźba uzyskała, zdecydowanie nie był naszą zasługą. W oryginale Ji po prostu ułożył na stole patyczki, a ja oplotłam je wstążką. Po kilku dniach zobaczyliśmy naszą zabawę odwzorowaną w formie rzeźby, a rodzice po stworzeniu wystawy opartej na tym projekcie — podobno zarobili niezłą sumkę. Przez te wszystkie lata myślałam, że ją sprzedali. A jednak stała tu, jakby czekała, aż ją zauważę. Jakby przypominała mi, że nie wszystko można tak po prostu zostawić za sobą.
Im dłużej na nią patrzyłam, tym mocniej rozumiałam, dlaczego osiągnęła taki sukces. Gruba wstęga opierała się wyłącznie na cienkich gałązkach i podstawce, która zdecydowanie nie powinna być w stanie jej utrzymać. A mimo to, wszystko stało stabilnie bez dodatkowej asekuracji. Całość można było interpretować na różne sposoby, lecz w ogólnym odniesieniu chodziło o to, że nawet najsłabsze ogniwa są w stanie znieść ciężar życia. Oczywiście dopóki każda część ze sobą współgrała, tworząc silną kompozycję.
Tak przynajmniej tłumaczyli mi rodzice. Czy to była ich próba powiedzenia mi czegoś więcej? Że nawet kiedy od nich odchodziłam, nasze więzi wciąż były mocniejsze, niż chciałam przyznać? Być może. Dziś jednak patrzyłam na to zupełnie inaczej. Zapewne dlatego, że znałam pierwotne znaczenie.
— Idziemy? — Po dłuższej chwili Susan odzyskała głos.
— Jasne. — Ruszyłam za nią, nie wspominając, że znam twórców tej karykatury, którą tak wszyscy podziwiał.
— Nie mówisz za dużo. — Podczas gdy ona tryskała energią, ja ledwo kontaktowałam.
— Jestem zmęczona — ucięłam, nie chcąc wdawać się w dyskusję.
Blondynka miała jednak inne plany. Zaczęła mnie informować o każdej dupereli, którą mijaliśmy. Dzięki czemu, na upartego, mogłabym po tej wycieczce znać każdą salę na pamięć. Problem polegał na tym, że jej słowa wpadały jednym uchem, a wypadały drugim.
Wizyta u jej matki trwała wieczność. Kiedy wyszłam, okazało się, że minęła godzina, choć to miała być tylko formalność. Trzeba było jej przyznać: umiała przeciągać krótkie wizyty. Nie obyło się bez przesadzonego powitania i zapewnień, jak bardzo jest szczęśliwa, że za jej kadencji dwóch członków mojej rodziny uzyska tu dyplom. Brzmiała tak, jakby w szufladzie czekał już na mnie gotowy dokument. Wystarczyłby jeden podpis i mogłabym wracać do domu. Nie powiem, miło jest być chwaloną, ale za własne prace, a nie rodzinny biznes. Ciekawiło mnie, kiedy zacznę być traktowana jak zwykła studentka i czy Sammy z Jiyongiem też mieli takie fanfary.
Po cudownej pogawędce dyrektorka wręczyła mi harmonogram z kilkoma dodatkowymi przedmiotami, których za chuja nie wybierałam. Według niej miały: „dobrze uzupełnić moje preferencje”. Rozdrażniła mnie. Dopiero po dłuższej wymianie zdań wpisała je jako opcjonalne, choć jej głos jasno wskazywał, że mnie na nich oczekuje.
Cóż, nie planowałam się tam pojawiać, ale czasem trzeba było zrobić dobrą minę do złej gry.
Po opuszczeniu gabinetu poszłam z Susan na stołówkę. Krótki odpoczynek był zbawienny. Już w drodze do jej matki czułam narastający ból w klatce piersiowej, a po wyjściu od niej tylko się nasilił. Mogłam to zrzucić na składanie mebli z Woobinem, ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej ta teoria wydawała się naciągana. W końcu to on większość złożył. Przez resztę weekendu nic mi nie było, więc powód musiał pojawić się dzisiaj. Szkoda tylko, że go nie znałam. Na dodatek w sali pachniało jedzeniem, choć kuchnie otwierano dopiero po apelu. Musiałam obejść się smakiem.
Tę wspaniałą dystopię przerwał kolejny dzwonek, a zaraz po nim komunikat dyrektorki zapraszającej na wielką salę. Minęły ledwie dwie godziny, a czułam się wyprana z energii. Nie zdążyłyśmy dobrze usiąść, a już trzeba było wstać, choć nikt nas nigdzie nie gonił. Pocieszające było jedynie to, że tym razem dołączę do swojego rocznika, a nie, jak w Anglii, do młodszej grupy.
— Powinnyśmy już iść. — Głos Susan irytował mnie z każdą sekundą coraz bardziej.
Nic do niej nie miałam, robiła, co matka kazała, ale nie byłam w nastroju do cieszenia się z nowego życia.
— Wszyscy już poszli? — spytałam z czołem opartym o stół.
— Większość raczej tak — mruknęła ze strachem.
— Niech będzie. — Podniosłam głowę, a na jej twarzy od razu wykwitł uśmiech. Widać było, że nie chce podpaść matce. Z drugiej strony mogła pójść sama, a ja bym w tym czasie… zniknęła.
Zwlekłam się z miejsca i ruszyłam za nią prosto w tłum. Gdy dotarłyśmy na salę, uznałam, że trybuny to rozwiązanie idealne. Im bliżej wyjścia, tym… łatwiejsza ucieczka. Gdyby tylko Susan współpracowała…
— Nie możemy tu zostać? — wskazałam na barierki. Wyglądała na zakłopotaną i uciekała wzrokiem w stronę plastikowych siedzeń niżej. — Coś nie tak? — dopytałam.
— Tu zazwyczaj stoją ci… najbogatsi — oznajmiła.
— Czyli się dopasuję.
Tam, gdzie ja widziałam plus, ona widziała minus.
— Tam są moi znajomi, może… — wskazała ręką na obcych mi ludzi. Zdecydowanie nie chciała tu być.
— Idź — ucięłam. To była moja szansa, by się jej pozbyć. — Poradzę sobie. Spotkamy się później… nie wiem, przed stołówką?
Może do tego czasu zaserwują tam wreszcie kawę.
— Dobrze — wymamrotała i odeszła. Sekundę później widziałam, jak uradowana biegnie do znajomych. Wykorzystałam to, że na górze wciąż było pusto, i zajęłam najbliższe wolne miejsce, opierając się o barierkę.
Ten ból mnie dziś wykończy.
Czekałem na jakąkolwiek wiadomość od Nabi, ale cisza. Myślałem, że na nią wpadnę, ale zapadła się pod ziemię. Tak jakby Susan ją porwała — chyba że jej zwiała, co by mnie nie zdziwiło. Nabi lubiła się wymykać. Kiedy wreszcie poczułem znajomy zapach kardamonu, mój wzrok odnalazł ją w ułamku sekundy. Śmiać mi się chciało na widok miny, jaką posłała kolesiowi, który wepchnął się przed nią do sali. Gdyby wzrok mógł zabijać… Ewidentnie miała dość. Wyglądała na zmęczoną, a przez głowę przeszła mi durna myśl. Widząc, że zostaje na trybunie, wycofałem się i uznałem, że chwilę spóźnię.
Przyglądałam się wykładowcom, ale żadnego nie potrafiłam połączyć z rodzicami. Za to każdy, kto zostawał w górnej części sali, mierzył mnie pytającym wzrokiem. Wkurzało mnie to, lecz nie zamierzałam zmieniać miejsca. Przynajmniej zrozumiałam niechęć Susan.
Po przydługim, nudnym wstępie dyrektorki, poczułam, jak opada mi głowa. Przeciągnęłam się, by jakoś się rozbudzić, ale natychmiast uderzył we mnie tępy ból żeber. Zapamiętać: nie prostować się.
Nim zdążyłam pomyśleć o czymkolwiek innym, poczułam na ramionach czyjeś dłonie i mocny zapach kawy. Mój wzrok od razu powędrował w prawo, gdzie dostrzegłam duży, biały kubek. Powinnam się wzdrygnąć, odsunąć, ale mój mózg bez cienia wątpliwości przyjął otulające mnie ciepło.
Zrozumiałam dlaczego, gdy tylko usłyszałam jego głos.
— Zmęczona? — mruknął Jiyong.
Bez namysłu oparłam się o niego. Zbyt naturalnie. Wręcz instynktownie, jakby moje ciało wiedziało, co zrobić, zanim umysł nadążył.
— Nawet nie wiesz jak bardzo.
Trwaliśmy tak dłuższą chwilę, aż znów uderzył mnie zapach kofeiny.
— To dla mnie?
— Mhm — potwierdził, a ja wzdrygnęłam się na ten dźwięk. Że też musiał trzymać usta tak blisko mojego ucha.
— Skąd wiedziałeś? — Wróciłam do poprzedniej pozycji i odebrałam od niego kubek.
— Widziałem, jak snułaś się tu nieprzytomna — stwierdził i oparł się obok mnie o barierkę.
Sądziłem, że mnie odsunie albo zamorduje wzrokiem, a nie… to. Gdybym tylko mógł jej nie wypuszczać z ramion.
— Męcząca jest, co? — Zagadnął, gdy spojrzałam na niego zdziwiona i wciąż jeszcze zaspana. — Susan — dodał po chwili.
Wyglądał na… zadowolonego. Widać jego dzień był lepszy niż mój.
— Trochę gadatliwa — Przybliżyłam kubek do twarzy. — Ale do przeżycia. W przeciwieństwie do mnie.
Już pierwszy łyk ciepłej kawy sprawił mi przyjemność.
— Gdzie ją zgubiłaś?
— Siedzi ze znajomymi. — Wskazałam sektor, gdzie sobie poszła. Wyglądała o niebo lepiej wśród swoich, a mi przeszły przez myśl dwie osoby: Sara i Dennis. Szybko je odgoniłam, skupiając się na tym, co tu i teraz.
— Aż tak ją wystraszyłaś, że uciekła? — zaśmiał się, a ja miałam ochotę go walnąć.
— Zabawne, ale nie. Loża szyderców jej nie pasowała. — Przez moje ciało przeszły dreszcze. Spojrzałam na niego, czując na sobie jego badawczy wzrok.
— Takiej wersji nie słyszałem — rzucił radośnie.
— Potrafię zaskoczyć. — Obdarzyłam go nikłym uśmiechem, który pewnie bardziej przypominał grymas.
— Wciąż ci zimno? — Spostrzegłam, że jego wzrok zjechał niżej.
Kompletnie zapomniałam, że mam na sobie jego bluzę. Stąd ten intensywny zapach.
— Oddać ci? — Byłam gotowa ją zdjąć, ale zaprzeczył.
Zaryzykuj, debilu. To w końcu twoja przyjaciółka.
— Chodź tu. — Przyciągnął mnie delikatnie przed siebie, łapiąc na wysokości bioder. — Ogrzeję cię trochę.
Ponownie za mną stanął i mocno przytulił w pasie. O co mu dziś chodziło z tą bliskością?
— Jakim cudem jest ci zimno w lecie? — zapytał, opierając głowę o moją, przez co mimowolnie zrobiłam to samo.
— Nie wiem. Pewnie zmiana otoczenia tak na mnie działa — odparłam, przymykając oczy. — Ciepły jesteś — stwierdziłam.
Nie spodziewałam się, że aż tak grzeje. W sumie… nigdy wcześniej nie miałam powodu, by o tym myśleć. Co się, do diabła zmieniło?
— To komplement? — zaśmiał się cicho.
— Raczej stwierdzenie faktu — zawtórowałam. — Dużo masz jeszcze zajęć? — Odsunęłam się na chwilę, by odłożyć pusty kubek na ziemię.
Jeszcze raz poczuję te pieprzone żebra i wyjdę z siebie.
— Nie, a co? Chcesz już wracać? — Opatuliłam się mocniej bluzą, lecz niewiele to dało.
— Zdecydowanie — wymamrotałam, czując, jak miękną mi kolana.
— Wszystko w porządku? — Jiyong mocniej zacisnął ręce wokół mojego pasa. — Chyba nie czujesz się najlepiej.
— Nie jestem pewna. — Przez moje ciało przeszedł kolejny dreszcz.
Wyswobodziłam dłonie z jego uścisku i przetarłam twarz.
— Przejdzie mi, tylko… — Nagle świat zawirował. — Muszę się przewietrzyć — wycharczałam, kurczowo trzymając się barierki.
— Choć, wyjdziemy. — Poczułam, jak bierze na siebie mój ciężar i wyprowadza mnie z sali. Kątem oka dostrzegłam Kim. Patrzyła na nas? — Usiądź, zaraz wrócę.
Posadził mnie na pierwszej lepszej ławce i wyparował. Moje ciało zdecydowanie nie zamierzało na niej zostać. Czułam, jak robi mi się coraz cieplej, a jednoczenie oblewają mnie zimne poty. Potrzebowałam powietrza. Widząc naprzeciw okno, podeszłam do niego z zamiarem otwarcia go na oścież, lecz ani drgnęło.
Akurat teraz, gdy człowiek potrzebował odrobiny chłodu, wszystko musi być przeciwko niemu.
Szarpnęłam za klamkę drugiego, ale szybko zrozumiałam, że te okna się nie otwierają. Pozostało wyjście na zewnątrz. Nie czekając na Jiyonga, ruszyłam w stronę drzwi.
— Co ty wyrabiasz?! Miałaś siedzieć — nie zdążyłam zrobić nawet kilku kroków, gdy Ji znów wyrósł przy mnie jak spod ziemi.
— Gorąco mi — odparłam, zatrzymując się na środku korytarza i zsuwając bluzę z ramion.
— Już idziemy. — Podtrzymując mnie w pasie, prowadził do wyjścia, które jakimś cudem znajdowało się tuż obok. — Usiądź. — Pomógł mi usadowić się na schodku przed budynkiem.
Gdy oparłam głowę o chłodny murek, poczułam niewyobrażalną ulgę.
— Jak dobrze… — Czułam, że mogłabym tak zostać na wieki.
— Przyjedź po nas, Nabi nie czuje się najlepiej. — Dostrzegłam, że Jiyong rozmawiał z kimś przez telefon. — Jadłaś coś? — zapytał, znów kucając obok mnie.
— Nie pamiętam. — Mój głos zabrzmiał jak u małej dziewczynki. — Raczej nie.
Nagły skok temperatury minął tak szybko, jak się pojawił. Teraz dominował chłód.
— Lepiej? — Jiyong obserwował mnie uważnie, podczas gdy ja czułam się kompletnie bezbronna.
Zamiast odpowiedzieć, nasunęłam bluzę z powrotem na ramiona. Wtedy zauważyłam podjeżdżające, znajome auto.
— Dzwoniłeś do Woobina? — Zerknęłam na przyjaciela. Wydawał się naprawdę zmartwiony. Aż tak źle wyglądałam?
— Chodź, zawiezie nas do domu. — Wstał i podał mi dłoń, kompletnie ignorując moje pytanie.
Nie mam pojęcia, jak blisko szkoły musiał być Woobin, ale jego natychmiastowe pojawienie się było podejrzane. Co on tu robił wcześniej? A może to ja straciłam rachubę czasu?
— Muszę powiedzieć… — Wskazałam na drzwi, przypominając sobie, że Susan będzie na mnie czekać.
— Już jej mówiłem, nie martw się. — Bez pytania chwycił mnie za dłonie i spokojnie pociągnął do góry. — Dasz radę iść?
— Tak. — Poczułam kolejne dreszcze. Wolnym krokiem, metr po metrze, dotarłam do samochodu. Wgramoliłam się na siedzenie i odczułam ulgę. Mogłam stąd zniknąć, mimo że brało mnie na mdłości.
— Uchylić ci szybę? — Głos Ji zadudnił mi w bębenkach.
Byłam zdezorientowana. Nie wiedziałam, czy na chwilę zemdlałam, czy po prostu przestały docierać do mnie jego słowa. Zerknęłam na niego i zauważyłam, że nachyla się nade mną z dłonią wyciągniętą w stronę przycisku. Nie chcąc, by cokolwiek zmieniał, złapałam go za rękę i położyłam ją sobie na nodze.
To było instynktowne. Jakby moje ciało wiedziało, że jego dotyk uspokajał bardziej niż chłodny wiatr. Fakt, że było mi jednocześnie gorąco i lodowato, nie należał do normalnych.
Rozdział 11
Ułamek sekundy
Jiyong
Zamarłem. Chciałem jej tylko uchylić tą pieprzoną szybę, by wpuścić odrobinę powietrza, a ona… dlaczego mnie złapała? I jeszcze ta noga…
Jej dłoń była lodowata, zaś ciało rozpalone. Gdyby chociaż miała na sobie spodnie, a nie tę krótką spódniczkę. Poza tym… Sam mówił, że już z nią lepiej. Ze szpitala wypuścili ją w dobrym stanie, pozwolili na długi lot, więc dlaczego nagle mdlała?!
Dostrzegłem zdziwione spojrzenie Woobina we wstecznym lusterku. Nic nie powiedział, ale widział, gdzie trzymałem dłoń. Problem w tym, że gdy tylko próbowałem ją zabrać, Nabi wzdrygała się i ściskała moje palce na sekundę mocniej. Nie było to na tyle silne, bym nie mógł się wyswobodzić, ale… czy ja w ogóle tego chciałem? Czy mogłem pozwolić sobie, by bez żadnego „ale” odepchnąć ją? Postępowała tak jakby nie chciała bym ją puścił.
Nie po to czekałem na jej powrót sześć lat, by w ułamku sekundy, gdy była ledwo przytomna, straciła moje wsparcie.
Tyle że najpierw chciałem ją przyzwyczaić do mojej nowej wersji, poznać, jaka jest po tym, co ją spotkało i… dopiero później trzymać dłoń na nagim udzie. Ona nawet nie powinna mi na to pozwolić.
I czemu ta bluza dalej tak mocno waliła tym kardamonem?
Gdy Woobin podjechał pod jej dom, nie miałem już wyboru, musiałem ją puścić. Od razu poczułem nagły chłód w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą mnie dotykała. Jakby znów znikła, choć wciąż była obok.
Nabi
Głęboki, męski głos ocucił mnie z letargu. — Jesteśmy. — Unosząc ociężałe powieki, dostrzegłam swój podjazd. Gdy podniosłam dłoń do klamki, odniosłam wrażenie, że jeszcze chwilę temu miałam przy sobie coś ciepłego. Gdzie to znikło?
Rozejrzałam się powoli po wnętrzu, ale nie znalazłam źródła. Słysząc kliknięcie, spojrzałam w stronę drzwi. Jiyong trzymał je uchylone, patrząc na mnie z wyraźnym niepokojem.
— Sprowadzić lekarza?
— Nie! — uniosłam głos, nie do końca pewna, który to powiedział. Mózg mi jednak podpowiadał, że Woobin. Ji nie miał aż tak niskiego basu, a ja nie potrzebowałam żadnego doktora.
Nie chciałam rozmów o tym, co mi dolega. Wystarczyło, że miałam ich wszystkich wokół siebie, jakby byli gotowi na coś, czego jeszcze nie widziałam.
— Czuję się już lepiej. Muszę tylko… coś zjeść — wysiadłam i chwiejnym krokiem ruszyłam do domu.
Muszę czym prędzej zdjąć te buty.
— Dam znać, jakby poczuła się gorzej — usłyszałam zza pleców słowa Jiyonga.
To on zamierzał tu zostać? Może nie powinno mnie to dziwić, ale jednak… Przez chwilę poczułam, że ten dzień nie był taki, jak sobie wyobrażałam. W zasadzie w ogóle go nie widziałam.
— Nie musisz wracać? — spytałam, gdy tylko Ji dołączył do mnie w przedpokoju.
— I tak nie chciałem tam siedzieć — stwierdził, zdejmując buty. — Pomóc ci? — Wskazał na moje. Nie dał mi jednak szansy odpowiedzieć.
— Wykorzystałeś mnie do ucieczki stamtąd — oznajmiłam, łącząc wszystkie kropki. — Susan była pewnie zadowolona.
— Czemu tak sądzisz? — Chwycił mnie za dłonie, by pomóc wstać z siedziska.
Kiedy do chuja na nim usiadłam? I… och, ta ulga bez obcasów!
— Żałowała, że nie będzie na jakichś zajęciach. — Podnosząc wzrok, znów dostrzegłam tę jego bliskość.
— Cała Susan. Siadaj gdzieś, a ja poszukam czegoś do jedzenia. — Puszczając mnie, ruszył do kuchni. — W sumie sam zgłodniałem.
I może przy okazji ochłonę, stojąc w lodówce! Chyba byłem chory, skoro uważałem jej aktualny stan, a raczej miny, za urocze.
Super, czyli nie wyjdzie tak szybko.
Pozostało mi się z tym pogodzić i ułożyć wygodnie na kanapie. Nie zaszkodziłoby również założyć czegoś wygodniejszego, ale do tego musiałabym iść na górę, więc wykorzystując sytuację, że wciąż miałam bluzę Ji, zdjęłam top, który przeszkadzał mi najbardziej.
Zapinając się pod szyję, wzięłam do ręki pilot i zaczęłam szukać czegoś, co mogłoby grać w tle. Kłopotem było jednak to, że za nic nie kojarzyłam filmów, które aktualnie były w programach. Wybór więc padł na jakiś serial i to dlatego, że akurat była scena kłótni między nastolatkami. Wyglądało głupio i ciekawie jednocześnie. W końcu kto nie lubi melodramatów z bogatymi nastolatkami w rolach głównych?
— Trzymaj. — Ji postawił na stoliku dzbanek z ciepłą herbatą.
— Nie trzeba było — odparłam, choć chętnie nalałam ją sobie do szklanki.
— Coś konkretnego byś zjadła? — kontynuował w drodze do kuchni, nie przyjmując moich odmów.
— Wystarczy, że coś odgrzejesz. Tam takie pierożki gdzieś były — dodałam widząc, że znów zagląda do lodówki. — Chwilę na parze bodajże trzeba je potrzymać.
— Te? — pokiwałam twierdząco głową na widok opakowania.
— Od kilku dni się do nich zbieram, tylko nie chciało mi się ich robić.
Jeszcze mi powiedz, że nic od przyjazdu nie jadłaś.
— Toż to tylko wodę trzeba zagrzać — mruknął, bez problemu znajdując szafkę z garnkami.
— I pilnować! — rzuciłam.
To była najistotniejsza przeszkoda w całym procesie ich przygotowania.
— Nie za dobrze czujesz się w mojej kuchni? — Śledziłam każdy jego ruch; wyglądał, jakby znał ją lepiej niż ja.
— Czemu za dobrze? — Spojrzał na mnie, uśmiechając się delikatnie.
— Dokładnie wiesz, gdzie co jest.
— Nie pierwszy raz tu jestem. — Z niewiadomych przyczyn zaczął grzebać w moim ekspresie.
— Nie działa — oznajmiłam mu, pamiętając jak maszyna wkurzyła mnie rano.
— Już powinien. — Niespodziewanie usłyszałam, jak aparat do kawy zaczyna pracować. Zainteresowana, szybko poszłam do kuchni, by to sprawdzić.
— Co mu zrobiłeś? — Patrzyłam zdziwiona, przeskakując wzrokiem między nim a ekspresem.
— Naprawiłem. — Nie patrząc na mnie, zaczął wykładać jedzenie. Jakby nie od dziś wiedziałam, że był sprytny ale…
Jakim cudem on tak szybko to ugotował?
— Jak? Woobin nie dał rady. — Wgramoliłam się na stołek przy wyspie, gdzie postawił mi talerz.
— Wystarczyło wcisnąć jedną rzecz na miejsce. — Usiadł obok i zaczął jeść.
— Jaką?
— Jeśli się znów zepsuje, to po prostu dasz mi znać.
— I co, mam tak za każdym razem do ciebie wydzwaniać z taką błahostką?
Wszystko spoko, poza tym, że potrafiłam pić kawę w środku nocy.
— Będziesz mieć powód, na kolejne spotkanie. — Dostrzegłam, że pochłonął już prawie wszystko, co sobie nałożył.
On działał w jakimś przyśpieszonym trybie, czy ja w zwolnionym?
— Bez powodu nie możemy? — Wzięłam pierwszego pierożka do ust, po czym nagle przypomniałam sobie, co się ze mną stało, kiedy ostatnio Jiyong dał mi coś do jedzenia.
— Nawet musimy. — Odwrócił się do mnie, kończąc posiłek. — Coś nie tak? — Jego wesoła mina w ułamku sekundy przeszła w niepewność.
— Nie dodawałeś nic do nich, prawda? — Wskazałam pałeczkami na danie.
— Nie.
— To dobrze. — Wróciłam do gryzienia. Ji, nie wiedząc, o co mi chodziło, wciąż patrzył na mnie z ukosa.
— Ostatnim razem mnie otrułeś — wyjaśniłam beznamiętnie.
— Nie otrułem! — prychnął, gwałtownie wstając. — Nikt nie mówił, że nie możesz jeść kokosów! — Bez większych emocji zaczął odnosić talerz do zlewu, ale widziałam, jak napiął barki.
— Nikt o tym nie wiedział — zaśmiałam się między kolejnymi kęsami.
Do dziś pamiętam, jaka była spuchnięta i jak biegłem po rodziców, bo się dusiła. Nigdy więcej nie mam ochoty tego oglądać.
Faktem było, że dzięki Jiyongowi przypadkiem dowiedziałam się o dość mocnej alergii na ten owoc. To była najdziwniejsza rzecz, którą mogłam mu zawdzięczać. A jednak to nie był pierwszy raz, kiedy coś w moim życiu ulegało zmianie właśnie przez niego.
— Smakował ci — stwierdził, wracając do mnie, by zabrać puste naczynie.
— I to jest w tym najgorsze. Łatwiej byłoby go po prostu nie lubić.
— Sama widzisz, to nie była moja wina — mówił, krążąc w kółko.
Jak nie przestanie, dostanę oczopląsu.
— Coś ci jeszcze dać?
— Nie, poradzę już sobie. Dziękuję. — Czując się bardziej na siłach, postanowiłam pójść po jakąś koszulkę, póki pamiętałam że nic nie mam pod bluzą.
— A ty gdzie? — W sekundę ruszył za mną.
— Do pokoju — odparłam, lecz to go nie powstrzymało i szedł dalej. — Koszulkę tylko sobie jakąś wezmę.
— Nie zemdlej po drodze.
Po tych słowach, jak po złości, potknęłam się o stopień.
— Ciebie nie można na chwilę zostawić — wymamrotał, podbiegając, by pomóc mi wstać.
Zajebiście, dłonie mnie piekły do kolekcji.
I ile jeszcze razy zamierzasz się dzisiaj o mnie otrzeć? Przecież ja z nią, kurwa, zwariuję do wieczora.
— Od kiedy ty taki opiekuńczy jesteś? — Nawet nie próbowałam go znów zbyć. Wiedziałam, że to i tak nic nie da. Nie teraz, gdy tak szybko do mnie doskoczył.
— Od niedawna — rzucił, nie wchodząc za mną do garderoby.
— Warto chociaż?! — dopytałam, próbując znaleźć jakikolwiek luźny T-shirt.
Jiyong nie od dziś pomagał mi, gdy upadłam, wywróciłam czy gorzej poczułam, więc jego odpowiedź nieco mijała się z prawdą. Mimo to nie poprawiałam go, wiedząc, że tego typu sytuacje między nami były lata temu.
— Ty mi powiedz.
— Każdą panienkę tak bajerujesz? — Wyszłam z pomieszczenia, poprawiając przy okazji włosy.
— Tylko te wyjątkowe.
Czy on ze mną flirtował?
— Działa? — Podszedł znacząco bliżej. — Czy coś jeszcze powinienem zrobić?
Z każdym kolejnym słowem przyciszał głos. Delikatnie odsunął mi kilka kosmyków z twarzy i zaczął powoli nachylać się do moich ust. Nie miałam pojęcia, co próbował osiągnąć. Znaczy… jego ruchy dawały mi konkretne domysły, lecz zupełnie nie pasowało mi to do naszej relacji przyjaciół.
Serce waliło mi jak oszalałe, gdy pozwoliła mi podejść tak blisko. Z trudem utrzymywałem spokojny oddech, walcząc ze sobą. Sądziłem, że przypieprzy mi w ryj, a tymczasem… speszyła się. Dobrze widziałem? Ona naprawdę tak na mnie zareagowała?
— Jesteś niemożliwy — odepchnęłam go lekko, zanim zrobiłby coś więcej.
— Czyli działa — stwierdził, a w jego oczach błysnęła czysta duma, choć widziałam, jak dyskretnie wypuścił wstrzymywane powietrze.
— Szepczesz mi ciągle do ucha, przytulasz — zaczęłam wymieniać. — A… — podniosłam palec, aby lepiej zaakcentować kolejne słowa. — I jeszcze pochylasz się nade mną, jakbyś zaraz miał pocałować. Raczej na każdej zrobiłoby to takie czy inne wrażenie — ominęłam go, idąc do łóżka.
— Chcesz mi powiedzieć, że na ciebie działają inne metody?
— Tego nie powiedziałam. — Przeszłam przez pościel i odwróciłam się w jego stronę, siadając ze skrzyżowanymi nogami. Jiyong, idąc w moje ślady, usiadł naprzeciw mnie.
— Gdybym chciał cię pocałować, zrobiłbym to inaczej. — Po raz kolejny nachylił się nade mną.
Ona naprawdę tak reagowała. Opuszczała swój mur. Na sekundę, dwie, ale… wpuszczała mnie.
— Znów to robisz. Pochylasz się.
Przyjrzałam mu się dokładniej, myśląc, co on właściwie próbuje udowodnić.
— Zresztą… nie odważysz się. — Zawtórowałam jego ruchowi. Ji w odwecie chwycił mnie za podbródek i subtelnie przesunął kciukiem po mojej dolnej wardze.
A jednak, kiedy wypowiedział kolejne słowa, poczułam, jak coś ścisnęło mnie w środku. Co ja z nim, kurwa, robię?
— Jesteś pewna?
Zamilkłam. Nie wiedziałam, co chciałam tym zyskać. Potwierdzenie? Już same jego czyny pokazywały, że nie mam, na co liczyć. Zaprzeczenie? Wtedy nie bylibyśmy w sytuacji, w której jego usta dzieliło zaledwie kilka centymetrów od moich.
Coś go jednak powstrzymywało przed wykonaniem ostatniego kroku. Jakby czekał na moją zgodę. Nie myśląc nad konsekwencjami, minimalnie przysunęłam się w jego stronę, by zobaczyć, jak zareaguje. Przeszkodziło mi w tym jednak głośne trzaśnięcie dochodzące z dołu.
— Co to było? — Natychmiast odwróciłam głowę, próbując wyłapać kolejny dźwięk.
Przez moment było cicho. Poczułam, jak Ji delikatnie ściska moją dłoń. Gdy tylko zaczęłam się do niego odwracać, usłyszałam, jak ktoś szarpie za klamkę. Drzwi się uchyliły, a ja z czystego strachu przysunęłam się bliżej Jiyonga.
— Nabi?
— Wystraszyłeś mnie! — wrzasnęłam, widząc brata w progu. Za plecami usłyszałam cichy śmiech Ji.
Zajebiście, prawie na nim usiadłam przez tego idiotę.
— Co wy robicie? — Sam zmrużył oczy, patrząc na nas z powątpiewaniem, choć to on powinien się teraz tłumaczyć.
— To raczej ja powinnam pytać ciebie gdzie byłeś?! — W korytarzu wychwyciłam ruch innej osoby. A to co za laska? Przechyliłam się, by mieć lepszy widok. — A raczej z kim? — Wróciłam wzrokiem do Sama.
— Nie powinnaś być na zajęciach?
Czy on właśnie próbował uniknąć tematu, przesuwając się tak, bym nie dostrzegła twarzy jego panienki?
— I kto to mówi? — Odsunęłam się nieznacznie od Ji. Sam zrozumiał, że jest na straconej pozycji i ruszył do wyjścia.
— Jadłaś coś? — zapytał chwilę przed zostawieniem nas samych.
Kolejny…
Odetchnęłam głośniej i skierowałam wzrok na Jiyonga. Uśmiech z zawstydzeniem momentalnie zakwitł mi na twarzy, gdy na niego patrzyłam. Sam wybrał sobie idealny moment na wparowanie do pokoju.
— Zabezpieczcie się chociaż! — rzucił nagle, wystawiając głowę zza skrzydła drzwi.
Chwyciłam pierwszą lepszą poduszkę i rzuciłam nią w niego z całej siły. Niestety, trafiła prosto w ścianę.
— Nie żartuję! — Ponownie zajrzał do środka.
— Zajmij się sobą, co!
— Pamiętaj, że wiem, gdzie on mieszka! — krzyknął, tym razem zatrzaskując drzwi na dobre.
— Co za człowiek — mruknęłam do Ji.
— Nic się między wami nie zmieniło. — Patrzył na mnie, ucieszony od ucha do ucha. — Wciąż się kłócicie o byle co.
— Z nim nie idzie inaczej — stwierdziłam, opadając plecami na łóżko.
— Mi się jakoś udaje z nim dogadać. — Dołączył do mnie, podkładając sobie ręce pod głowę.
— Bo jesteś facetem i nie traktuje cię jak zagubionego dziecka.
— Jesteś jego młodszą siostrą. Pewnie uważa, że musi cię chronić.
— Znalazłby sobie lepsze zajęcie — bąknęłam, nie mając ochoty na rozmowę o bracie. — Swoją drogą stchórzyłeś — napomknęłam, co chyba było błędem.
Co jeśli pomyślał, że tego chciałam?
— Sama się odwróciłaś!
— Nie zwalaj winy na mnie! — Spojrzałam na niego, momentalnie żałując tej decyzji. Był blisko. W dodatku oskarżał mnie za swoją nieudaną próbę podrywu.
— Miałem cię całować przy Samie? — Oparł się na prawej ręce, unosząc nieznacznie ciało.
Niedobrze. Tylko dlaczego mój mózg zrobił kolejny krok?
— Oj, gdyby ci zależało, brat nie stanowiłby problemu. — Postanowiłam go bardziej podjudzić.
— Osz ty!
Momentalnie zaczął mnie łaskotać, kompletnie mnie tym zaskakując.
— Nie, nie, nie, nie, nie. — Próbowałam unikać ataku, ale okazał się za szybki.
Jego palce trafiły w moje żebra, a mnie natychmiast przeszył znajomy ból. Było w tym coś ironicznego. Najpierw testował moją reakcję, teraz przypadkiem przypomniał mi, że wciąż nie jestem w pełni sobą.
— Przestań — syknęłam, łapiąc za bok, kuląc ciało.
— Wciąż cię bolą? — Od razu przerwał, a jego głos przybrał smutną barwę.
— Czasami.
Leżałam przez chwilę, czekając, aż ból minie. Czułam, że Ji czeka na jakąś reakcję. Spojrzałam na niego dopiero po dłuższym czasie. Miał tak zatroskaną minę, że zrobiło mi się głupio przez tę nagłą przerwę.
— Nic mi nie jest. Zaraz przejdzie — chciałam go choć trochę pocieszyć, ale wciąż widziałam jego zmartwienie.
Uważaj, bo uwierzę, że cię nie boli. Miałem stłuczone żebra. Doskonale wiedziałem, jakie to katusze.
— Podać ci coś? — zapytał niepewnie.
— W szufladzie leżą tabletki — wskazałam za siebie. — I gdzieś tam woda powinna stać — mówiłam, siadając powoli.
Cofnęłam się kawałek, by zrobić mu miejsce, i przyjęłam od niego rzeczy. Oddając butelkę, dostrzegłam jego poczucie winy.
— Nic się nie stało. Już przechodzi.
— Zapomniałem o tym. — Odłożył picie, po czym znów na mnie spojrzał.
— Ja też.
Choć nie, cały dzień ciało mi o tym przypominało.
— Może się połóż.
— Chociaż ty nie traktuj mnie jak dziecko — zwróciłam mu uwagę.
Wystarczyło, że rodzice, brat i Dennis w ostatnich dniach, dzień w dzień przypominali o moim wypadku. Liczyłam, że chociaż on potraktuje mnie tak samo jak wcześniej. Normalnie.
— Ale masz rację. Tak będzie wygodniej — niechętnie przyznałam i położyłam się na prawym boku, twarzą do niego. Ji zrobił mi miejsce, po chwili kładąc się tuż obok.
— Wciąż nie powiedziałaś, co się stało — zaczął temat, o którym wciąż próbowałam zapomnieć. Że też nie miał się na co uwziąć.
— Po co ci to? Nic tym nie zmienisz.
— Pisaliśmy, a chwilę później miałaś wypadek — kontynuował i nie wyglądał, jakby zamierzał odpuścić, co powoli zaczynało mnie drażnić.
W jednej chwili martwiło go moje zdrowie, w innej flirtował, próbował pocałować, by na koniec znów przejawiać zbyt dużą opiekuńczość. To irytowało.
— Nie z twojej winy — powiedziałam nieco głośniej, odwracając wzrok.
— A czyjej?
— Dere… — zirytowana, zaczęłam wypowiadać niechciane imię, jednak smutna mina chłopaka mnie powstrzymała. — Dereka — dokończyłam, ponownie uciekając spojrzeniem.
Momentalnie ogarnęło mnie poczucie winy przez głupotę, którą zrobiłam przez byłego. Gdybym chociaż za nim tęskniła, miałabym jakiekolwiek wytłumaczenie, a tak pozostawałam bez żadnego usprawiedliwienia.
Prawda była jednak taka, że to przez niego tego wieczora upiłam się do nieprzytomności, całowałam z Elle i pobiłam z Sarą.
Wiedziałem, że mnie znienawidzi, kiedy o to zapytam, ale jeśli ona wciąż coś do niego czuła… Musiałem to wiedzieć. Nie mówiła o tym cwelu za wiele, jednak Samuel na dźwięk jego imienia reagował wkurwieniem i agresją. I bez jej słów wiedziałem, że ją zdradzał.
— Kochasz go? — Ji odezwał się bez wyraźnych emocji.
Instynktownie zmrużyłam brwi. Te słowa nigdy nie pasowały do Dereka. Do Sary? Owszem. Dennis jako przyjaciel mógłby się kwalifikować, ale ta hiena…
— Nie wydaje mi się.
Dotarło do mnie, że nikt nigdy o to nie zapytał. Włącznie ze mną. Przeniosłam wzrok na Jiyonga. Wyglądał, jakby zagubił się we własnych myślach. Przyglądał mi się z uwagą, by dopiero po chwili znów odezwać.
— Nie?
— W sumie… — zachciało mi się śmiać. — To nie.
— To jakim cudem to jego wina? — Ji usilnie próbował zrozumieć.
— Znaczy… — namyśliłam się, jak ująć to zgrabnie. — Może bardziej byłam wtedy wkurwiona na laskę, która mu… — spojrzałam na Jiyonga znacząco. — No wiesz. — Mimochodem spojrzałam w dół, nieznacznie wskazując powód.
— Nie… — Na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech, gdy zrozumiał.
— Taa. Miałam nieprzyjemność to zobaczyć — wyjaśniłam, wyrzucając to w końcu z siebie.
— Uuu, niedobrze — skrzywił się. — A on?
— Nie miał pojęcia, że tam byłam. Znajomy mnie odsunął, by nas nie zobaczyli. A później trochę wypiłam, zgodziłam się na inną głupotę…
— Jaką? — przerwał mi w połowie zdania.
— Głupotę.
— Coś czuję, że ten fragment jest wart wysłuchania. — Uśmiechnął się szerzej, podnosząc nieznacznie.
— A poprzedni nie był? — Spróbowałam skierować jego myśli na poprzedni tor, żałując powoli, że w ogóle poruszyliśmy ten temat.
Może lepiej byłoby go pocałować. Przynajmniej miałby teraz zamknięte usta.
— Skoro go nie kochasz, to mniej.
— O jak miło. — Przesunęłam się wyżej, by oprzeć plecy o ramę łóżka.
Kolejny przyjaciel wybierający tylko interesujące aspekty mojego życia. W końcu jaki jest sens pytać o dawne uczucia, skoro już wygasły?
Zdecydowanie potrzebowałam przyjaciółki. Choć kobiety jakoś źle ze mną kończyły.
— No dawaj, co ci szkodzi.
— Nienawidzę cię, wiesz? — stwierdziłam, chcąc odegrać się na nim choć trochę.
Nic sobie z tego nie zrobił. Wręcz przeciwnie, przyglądał mi się z zaciekawieniem.
— Opowiadaj lepiej.
— W skrócie… — zerknęłam na niego. Jego uśmiech mnie rozpraszał. — Nie pomagasz, patrząc na mnie w ten sposób. — Nie byłam pewna, dlaczego jego mina tak bardzo mnie dekoncentrowała. Jednego jednak mogłam być pewna: właśnie leżałam w łóżku z chłopakiem, który poświęcał mi dziś wyjątkowo dużo uwagi.
— Nie zmieniaj tematu — ponaglił.
Próbowałam sobie przypomnieć, czy zawsze był taki niecierpliwy, lecz nie potrafiłam.
— Znajomi chcieli sprawdzić, czy jedna laska ma jakiś sekret, który wyjdzie z niej po pijaku. — Wyraz twarzy Ji jasno mówił, że nie rozumie o czym mowa. — Jeden chłopak zauważył, że dziewczyna często zwracała na mnie uwagę i uznał mnie za idealną przynęte do… — zamilkłam, czując narastające zażenowanie. — Do sprawdzenia, czy mnie pocałuje — dodałam szybko.
— I?
— I pocałowała — skupiłam uwagę na wzorze pościeli. — Nawet więcej.
— Chcesz mi powiedzieć, że…
— Do niczego nie doszło! — przerwałam, celując w niego palcem. — Po części.
— Czyli jednak było coś więcej — stwierdził i czekał na ciąg dalszy. — Kto i na czym was przyłapał?
— Jakiś ty ciekawski! — udałam wzburzenie, jednak niekontrolowany uśmiech wszystko psuł. — Ta wcześniejsza dziewczyna… — Ji patrzył z uwagą. Odniosłam wrażenie, że historia naprawdę go wciągnęła.
Szkoda tylko, że to nie kino, a moje życie!
— Miałam rozpiętą koszulę i całowałyśmy się — próbowałam unikać jego wzroku i faktu, że tamto zdarzenie mi się podobało.
— Nie taką cię zapamiętałem — oznajmił, pozbawiony kszty powagi.
— Ja też nie pamiętam, żebyś na każdym kroku ze mną flirtował — uznałam, że chociaż w tej kwestii mam przewagę.
— Fajnie reagujesz, gdy to robię.
Czy on znów promieniał dumą z własnego zachowania?
— Bawią cię moje uczucia? — Na moment przymknęłam oczy, by znaleźć lepsze słowo. Nim zdążyłam, Ji podchwycił to niewłaściwe.
— Masz do mnie uczucia?
— Zachowanie miałam na myśli.
— Widzę właśnie.
— Nie chełp się, to było zwykłe przejęzyczenie — wytłumaczyłam, choć zabrzmiało dość marnie.
— Jasne, w końcu te słowa brzmią tak podobnie. — Ji bawił się wyśmienicie, wprawiając mnie w coraz większe zakłopotanie.
— Tak czy inaczej, tamta dziewczyna to nagrała, czym mnie wkurzyła — wróciłam do poprzedniego tematu.
— Masz to na filmiku? — Wyłapał kolejny niuans, który najpewniej powinnam przemilczeć.
Tyle lat spędziłam w towarzystwie Dennisa, który robił to samo, a niczego się nie nauczyłam.
— Nie — ucięłam szybko.
— Kłamiesz? — dopytał, jakby doskonale znał odpowiedź. Zaczęłam się zastanawiać, ile Sam zdążył mu powiedzieć o wypadku.
— Nie. Przecież mówię. — Jego wzrok powędrował na drzwi, a później w stronę garderoby, gdzie zostawiłam bluzę, z telefonem w kieszeni. Niepewnie spojrzałam w tamtym kierunku, co natychmiast zauważył.
— Nie rób tego — zerwałam się nieco, gdy wykonał ruch, jakby chciał wstać.
— Czyli masz.
Czy on… zrobił to specjalnie?
— Nie z własnego wyboru — wyjaśniłam. — Kolega przesłał mi to z telefonu tamtej laski już po wypadku, bo… nie wiedział, co z tym zrobić.
A raczej Dennis doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co wyprawia.
— Usunąć? — stwierdził, patrząc na mnie ze zdziwieniem.
Chociaż w tej kwestii byliśmy zgodni. Z drugiej strony Dennis był wtedy trochę wstawiony, więc nie myślał trzeźwo. Ja zresztą też.
— Ta, Sam powiedział mu to samo.
— Sam to widział? — Jego mina zdradzała coraz większy szok. — A mi bronisz?
— Po pierwsze: nie ja mu to pokazałam, a po drugie: też nie powinien tego widzieć! — odparłam atak.
Fakt, że brat oglądał mnie całującą się z inną dziewczyną, nie mieścił mi się w głowie.
— Przez to wszystko trafiłam do szpitala. Tamta laska najpierw mnie wkurzyła, a później chciała rozesłać filmik. Dziewczyna, z którą się całowałam, miałaby później przez to przerąbane na uczelni, więc się za nią wstawiłam i pobiłam z tamtą. — Ji najwyraźniej próbował poukładać historię w głowie, bo milczał. — Stałyśmy za blisko skarpy. Jedna straciła równowagę, pociągnęła mnie, a ja tę drugą i tak wylądowałyśmy kilka metrów niżej. Koniec, zadowolony? — ześlizgnęłam się z ramy i podkurczyłam nogi, unikając jego wzroku. Ani trochę mi nie ulżyło.
— Trochę to zagmatwane — stwierdził po wysłuchaniu wszystkiego.
— Zdrada, alkohol, rewanż, bójka, szpital — wyliczyłam na palcach kolejność zdarzeń. — Tak w skrócie. — Przeniosłam na niego wzrok. — Ty mi lepiej powiedz, jaki problem ma ta cała Kim?
— Czemu problem? — zdziwił się, na dźwięk imienia tamtej dziewczyny.
— Na dworze niemal nie spuszczała ze mnie wzroku, poza momentami, gdy na nią patrzyłam. Później było to samo, gdy wychodziliśmy z sali — wyjaśniłam.
— Nie przejmuj się nią. — Ewidentnie nie chciał o tym gadać.
Cóż, wcześniej ja nie miałam ochoty. Teraz przyszła jego kolej na wyznania.
— Nie przejmuję się. Pytam, o co z nią chodzi? — Tym razem to ja świdrowałam go wzrokiem. — No, dalej. Ja ci powiedziałam, co chciałeś wiedzieć — ponagliłam go.
— Kręciliśmy ze sobą trochę w poprzednim semestrze.
— Kochasz ją? — spytałam w akcie rewanżu.
— Co?! — Jego twarz od razu zdradziła spory grymas.
— Niefajnie, gdy ktoś cię o to pyta, co? — Uśmiechnęłam się, czując, że teraz ja rozdaje karty.
— Nie, nie kocham jej — odparł, patrząc mi prosto w oczy.
Na chwilę spuściłam wzrok, nieznacznie zwilżając wargi.
— W porządku. — Nie wiedziałam dlaczego, ale ucieszyło mnie to wyznanie.
— Odrzucenie boli — skwitował, najwyraźniej chcąc zakończyć temat.
— Tu muszę przyznać ci rację.
— Gołąbki? — Sam ponownie pojawił się w drzwiach.
— Czy ty pukać nie umiesz?! — ochrzaniłam go. Obawiałam się, że jeśli od początku będzie tak nachodzić mnie w pokoju, to nigdy nie zaznam tu spokoju.
— Przestańcie robić to, co robicie, to nie będziesz się czuła winy, gdy wchodzę. — Oczywiście, że widział więcej, niż powinien. I na dodatek robił sobie z tego żart, dając mi do zrozumienia, że nie mam co się wykręcać.
— Zatłukę go — powiedziałam, patrząc na Jiyonga. — Czego tym razem chcesz? — wróciłam spojrzeniem do brata.
— Wychodzę — oznajmił.
— Też mi nowość — stwierdziłam, zważywszy na to, że od przyjazdu widziałam go może dwie godziny, wliczając w to czas spędzony na lotnisku.
— Wrócę na noc.
— Fajnie, tym razem postaram się zamknąć drzwi, żebyś przypadkiem nie trafił na inną scenę — poinformowałam go, licząc, że takie słowa oduczą go tego nawyku.
Choć po tylu latach powinnam się w końcu przyzwyczaić.
— Grabisz sobie, mała — pogroził mi palcem, co nie robiło na mnie wrażenia od zawsze.
— Nie od dziś. — Brat wyszedł bez słowa, nie wdając się w dalszą dyskusję. — Szybko się uwinęli — rzuciłam natychmiast po zamknięciu drzwi.
— Słyszałem! — odkrzyknął z korytarza, a my wybuchnęliśmy śmiechem. Miło było znów móc podrażnić się z bratem i Ji.
Rozdział 12
Plan pisany na kolanie
Kolejne dzień i kolejne nudne zajęcia właśnie rozpoczynały swój tok. Podstawy tworzenia sztuki… Potrzebowałam tego jak umarły butów. Wykładowczyni tak długo opisywała zakres materiału, że połowa grupy zdążyła zacząć przysypiać. Byłam jak oni — wciąż dopuszczałam do głowy wyrywkowe słowa, ale równie szybko pozwalałam im wypaść
Nie rozumiałam tej kobiety. Miała ponadprzeciętne osiągnięcia, co i tak było sukcesem, a jednak porzuciła je na rzecz nauczania „nowego pokolenia”. Głupota. Tak samo jak usadzenie nas według własnych preferencji. Prawie jak w podstawówce. Wyznaczanie miejsc, brak wyboru… Mieliśmy poznawać sztukę czy uczyć się trzymania rąk przy sobie i siedzenia prosto? Że też chciało jej się tak bawić przy ledwie dziesięciu osobach w sali.
Tak oto wylądowałam w pierwszej ławce, a za plecami siedziała nie kto inny jak Kim.
Ignorowałam ją przez większość czasu, ale te notoryczne spojrzenia stawały się irytujące. W dodatku doskonale widziała, co robię na laptopie. Mogłam wprawdzie zasłaniać ekran własnym ciałem, ale jednak godzina wiercenia i szukania pozycji nie brzmiała zachęcająco. Udawałam, że jej nie widzę. Traktowałam ją jak kolejny element wystroju. Ścianę, krzesło, coś pozbawionego znaczenia.
Ale ten wzrok… był tak wyczekujący, że czułam go na plecach, nawet gdy nie patrzyłam w tamtą stronę. Biło z niego coś, co niemal zmuszało do reakcji, ale nie zamierzałam pękać. Kim nie obserwowała mnie przypadkiem; ona wyraźnie czegoś chciała. A gdybym teraz odwróciła głowę, uznałaby to za swoją wygraną.
Łatwiej byłoby nie wiedzieć, że Jiyong był z nią w związku. Wtedy mój mózg uznałby to uporczywe wpatrywanie za zachowanie kolejnej osoby, która zwraca uwagę na moją odmienną urodę. To było dokładnie to samo uczucie, co w podstawówce.
Dodatkowo, żeby nikomu nie było za nudno, usadziła Jiyonga w ławce obok niej, z czego był niezmiernie wkurzony. Kolejny minus? Koleś obok mnie. Ciągle o coś pytał. Zaczynałam się nawet zastanawiać, czy wykładowczyni nie wybrała nam takich miejsc specjalnie, byśmy wszyscy powybijali się przed końcem semestru. Słysząc, jak po raz kolejny przedstawia klasyfikację obrazów, nie wytrzymałam. Otworzyłam okno wiadomości i czym prędzej napisałam do przyjaciela.
Ja: Przypomnij mi, do której mam tu siedzieć?
Jiyong: No co ty, nie interesują cię obrazy?
Odpisał tak szybko, że wątpiłam, by choć przez chwilę słuchał wykładu.
Ja: Niech zgadnę, siedzisz teraz rozwalony w ławce i kompletnie nie zwracasz uwagi na to, co ta kobieta mówi? Czy może jednak się mylę i potulnie notujesz każdy szczegół?
Nawet bez zerkania w stronę chłopaka miałam pewność, że pierwsza opcja była tą prawdziwą. Inaczej nie dało się tu dzisiaj wytrzymać.
Jiyong: Po co mi notatki z czegoś, co już znam?
Ja: Masz na myśli, że ja znam?
Jiyong: Wypraszam sobie, też coś z tego pamiętam.
Ja: Chyba nawet wiem co.
— Sun i Ryu. — Niespodziewanie usłyszałam nasze nazwiska. — Widzę, że wasza dwójka jest bardzo zainteresowana dzisiejszymi zajęciami. Tak więc razem stworzycie końcowy projekt.
— Końcowy? — dopytałam, nie mając pojęcia, co kobieta ma na myśli.
Nie słuchałam jej zaledwie przez chwilę, więc wydawało się niemożliwe, by nagle przeskoczyła na jakiś inny temat.
— Tak, każdy z was dobierze się w pary i na następne zajęcia powiecie który rodzaj obrazu chcecie mi zaprezentować. Waszą dwójkę proszę o wybranie dzisiaj — wskazała na nas.
Oczywiście. Jak zawsze Jiyong musiał mnie w coś wpakować. Choć w sumie… to ja zaczęłam z nim pisać.
— Czemu niby mamy być traktowani inaczej? — Nie podobało mi się jej nastawienie. Jasne, jesteśmy dziećmi właścicieli, ale bez przesady z tą aprobatą.
— Dlatego, że widziałam, z jak dużą uwagą interesowaliście się przedstawionym przeze mnie zagadnieniami.
Oj, chyba się nie polubimy, paniusiu.
— Co byś chciał, kolego? — zapytałam Jiyonga, choć domyślałam się, z czym może zaraz wystrzelić.
— Może akt?
Co powiesz na to, motylku? Pochwycisz przynętę jak kiedyś, czy tym razem odpuścisz?
Miałem szczerą ochotę znów zobaczyć ją w akcji. Od lat nie słyszałem, jak wykłóca się z nauczycielami, i nawet nie sądziłem, że tak bardzo mi tego brakowało.
Oczywiście, że tak. Nie mógł sobie podarować, by sprawdzić moją reakcję na te słowa.
Męska część grupy momentalnie otrzeźwiała. No tak, Jiyong ewidentnie dojrzał. Szkoda tylko, że do etapu, w którym większe zainteresowanie budził seks zamiast piaskownicy.
— Tego nie będzie na liście — babeczka odparła tak szybko, że mogłabym przysiąc, że poczuła zmieszanie. Nagle wszyscy zainteresowali się nauką. Pół godziny nudnego wykładu, a wystarczyło jedno słowo, by powstało koło dyskusyjne.
— To nie będziemy się jednak uczyć każdej z tych opcji?
Czy powinno mnie dziwić, że chłopak obok mnie znów zadał pytanie? Pewnie nie. Niesamowite, wystarczyło kogoś upomnieć, by reszta nagle uznała wykład za szczyt fascynacji.
— Będziemy, lecz do tego punktu musicie spełnić pewien wymóg, a jest nim pełnoletność. Przejdziemy do tego w innym semestrze. — Mało zgrabnie jej to wyszło, sądząc po speszonej minie. To było dość niecodzienne. Większość osób w grupie zapewne skończyła już osiemnaście lat, co oznaczało, że w sporej części krajów mogliby ten punkt spełnić choćby dzisiaj.
— Od kiedy sztuka jest wyłącznie dla pełnoletnich? — zapytałam, ciekawa, jak szybko kobieta jest w stanie się wkurzyć na forum grupy. Dopiero później zrozumiałam, że Jiyong mógł odebrać moje pytanie opatrznie.
— Nie jest, ale wykonują państwo pracę w grupie, więc obydwoje musicie być w to zaangażowani.
— To idealnie wybrałem! — Jiyong aktywował się z tyłu, a mnie zachciało się śmiać.
— Widzę, że trzymają się pana żarty, panie Ryu. — I w taki oto sposób Ji dołączył do mnie na czarnej liście kobiety.
— To może martwa natura? Co ty na to? — Spojrzałam na chłopaka. Wiedziałam, że zobaczę ten jego perfidny uśmiech. — Ja narysuję trawę, ty martwego kwiatka.
— Czy ja wiem? Kiepsko mi wychodzą kwiaty.
A ty bardziej wolisz górę żelków i lenistwo na kanapie, motylku. Chyba że coś się zmieniło przez ostatnie lata.
Akurat to, dziadu, ładnie rysowałeś. Przynajmniej za dzieciaka.
— O panie, to zostaje nam abstrakcja — wybrałam najbanalniejszą opcję z listy. — Chyba że to też zakazane? — zapytałam dla pewności.
— Nie, nie jest zakazane — odparła, uważnie mi się przyglądając. — Zgadza się pan z panią Sun? — Skierowała wzrok na Ji.
— Oddam się w ręce koleżanki — rzucił, a ktoś z drugiego końca sali skwitował to dwuznacznym dźwiękiem aprobaty, skutecznie zagłuszając moje prychnięcie.
— W takim razie zapisuję abstrakcję.
— Może jednak popatrzysz, Ryu! — krzyknął jakiś bliżej nieznany mi chłopak.
Mam to brać za komplement czy za obelgę?
— Panie… — Kobieta próbowała na szybko znaleźć nazwisko na liście.
— Czy projekty można oddać szybciej? — Grupowy pupilek ponownie zabrał głos, nieświadomie odrywając ją od wertowania listy. A ja zrozumiałam, że ta uczelnia kompletnie niczym nie różni się od szkół w Anglii. Faceci w obu krajach zachowują się tak samo, gdy mowa o seksie.
— Oczywiście, jest to nawet wskazane. — Babeczka wyglądała na zadowoloną, że padło bardziej przyziemne pytanie, a mi po głowie chodziło już kolejne. Ten lekki niedosyt w prowokowaniu jej zaczął mi ciążyć.
Widzę ten twój uśmieszek, Nabi. Co tym razem wykombinowałaś?
— Będę musiała po tym nadal pojawiać się na zajęciach?
— Tak, panno Sun. Będzie pani musiała, gdyż projekt to tylko jedna część oceny. Drugą jest zdobyta wiedza i udział w zajęciach praktycznych.
— Czyli nie ma sensu robić tego od razu — stwierdziłam zgodnie z prawdą. Nie żeby była to dla mnie jakaś niespodzianka.
Pakujesz się w kłopoty, motylku.
— Na szczęście nie każdy uważa tak jak pani.
— Nie wydaje mi się — powiedziałam pod nosem, co oczywiście udało jej się wyłapać.
— Coś jeszcze pani mówiła?
— Nie. — Udałam zdziwienie.
— Tak więc wracając do klasyfikacji… — I nudy powróciły. Przez chwilę nawet próbowałam udawać, że mnie to obchodzi, ale gdy zobaczyłam kolejną wiadomość od Ji, wiedziałam, że nie ma ratunku.
Jiyong: Chyba cię nie polubiła.
Ja: Możesz się poczuć wyróżniony, bo ciebie raczej też nie.
Jiyong: Mam pomysł na naszą kolejną randkę.
Co on znów wykombinował i.. zaraz, randka? Nie myśląc zbyt wiele, oparłam się wygodniej o oparcie krzesła. Ciekawe, czy osoba za mną zainteresuje się tym, co mam na ekranie.
Po ostatnim weekendzie spędzonym z Ji zdążyłam już przywyknąć do jego nowego zachowania, więc tego typu teksty powoli stawały się dla mnie czymś zupełnie normalnym.
Ja: To my się umawiamy na randki?
Jiyong: Oj, wiesz, co mam na myśli.
Odpisując, dla pozoru co jakiś czas zerkałam na wyświetlaną prezentację, żeby kobieta znów nie zechciała się do mnie przyczepić.
Ja: Łóżko?
Co? Lekko zdezorientowany jej pewnością siebie, spojrzałem w jej stronę. Od razu zauważyłem, że inaczej siedzi. Wcześniej niemal nie widziałem jej laptopa, a teraz… Mój wzrok na ułamek sekundy powędrował do Kim. Patrzyła w dokładnie to samo miejsce, co ja przed chwilą.
Czyli tak się chcesz bawić, motylku. A gdzie się podziało twoje: „kobiety trzymają się razem”?
Wiedziałam, że Ji pisał o zwykłym spotkaniu, ale coś mnie podkusiło, żeby jeszcze bardziej dobić siedzącą za mną Kim. Choć w sumie nie miałam pojęcia, dlaczego ze sobą zerwali. Może to on coś odwalił? W końcu patrzyła na niego z wrogością, a Ji robił wszystko, by ją ignorować. Kusiło mnie, żeby go o to zapytać, ale… jeszcze wyszłabym na zazdrosną czy cholera wie co.
Jiyong: To możemy dodać przed lub po wyjściu.
Ja: Po co się ograniczać? A może zamiast łóżka zostaniemy przy wannie? Woda podobno odpręża, a ty Ryu, lubisz komfort, nie?
Jiyong: Ty chcesz mnie utopić czy relaksować?
Ja: Jedno nie wyklucza drugiego.
Może od razu mnie przywiąż do łóżka i… Nie. Kurwa, ogarnij się, debilu!
Do moich uszu dotarł dźwięk łamanego ołówka. Prostując się, zerknęłam za siebie i napotkałam wściekłe spojrzenie Kim. To mi wystarczyło. Miałam pewność, że czytała wszystko przez moje ramię.
Ji najwidoczniej też to zarejestrował, bo siedział rozparty na krześle z tym swoim zadowolonym uśmieszkiem, rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie. Jakbyśmy prowadzili rozmowę na dwóch poziomach: jednym na ekranie, drugim poza nim.
Kolejna wiadomość tylko to potwierdziła.
Jiyong: Jesteś okropna!
Ja: Mogła nie czytać!
Ja: A tak serio, to co wymyśliłeś?
Jiyong: Zarezerwuj sobie wieczór.
Czemu akurat wieczór? Nie miałam dzisiaj ochoty na „przyjemności”.
Ja: Żartowałam z tym łóżkiem!
Wolałam postawić sprawę jasno. Ostatnio nie do końca wiedziałam, co mu właściwie chodzi po głowie.
Jiyong: Już za późno, by się wycofać.
Jego słowa sprawiły, że odwróciłam się. Musiałam spróbować wywnioskować, co kombinuje, ale w odpowiedzi dostałam tylko posłanego, sztucznego całusa. To niewiele mi mówiło — prócz tego, że znów się ze mną droczył.
Ja: Zastanowię się.
Prawdę mówiąc, nie miałam żadnych planów i on doskonale o tym wiedział, ale zawsze mogłam odmówić.
Wyłączyłam okno czatu i ponownie oparłam się o krzesło. Tym razem, dla odmiany, zaczęłam słuchać wykładu. Ratunkiem okazał się sygnał kończący tę katorgę, który zawył chwilę później.
Zrywając się na równe nogi, chciałam jak najszybciej opuścić salę.
Serio, Nabi, ucieczka? Złapałem w locie laptopa i pognałem za nią. Dziś nie mogłem pozwolić jej na taki unik.
— Dwudziesta ci pasuje? — Jiyong dogonił mnie na korytarzu, z marszu zarzucając mi ramię na ramiona.
— Nie wolisz zostać w domu?
— Kiedyś w końcu musisz z niego wyjść — stwierdził, przepuszczając mnie w drzwiach wyjściowych.
— Lubię swój pokój. — Skrzywiłam się. Nie rozumiałam, dlaczego każda osoba, którą znałam, próbowała mnie stamtąd na siłę wyciągnąć.
— Przecież cię do niego odstawię. Jak chcesz, możemy iść od razu.
Zerknęłam na zegarek i nie dowierzałam. Te zajęcia trwały zdecydowanie za długo.
— Jest siedemnasta. Od rana jesteśmy na nogach.
— Wytrzymasz jeszcze trochę.
Jedno musiałam mu przyznać: był uparty. Gdyby zmuszanie mnie do wychodzenia z domu było dyscypliną olimpijską, Ryu wróciłby ze złotem.
— A kupisz mi jedzenie?
— Jeśli nie będziesz po nim marudzić, to tak.
— Super. — Ucieszyłam się szczerze. Zaczynałam być naprawdę głodna.
— Tylko jeszcze z tym musimy coś zrobić. — Machnęłam laptopem, który trzymałam w dłoni. Nie uśmiechało mi się spacerować z nim pod pachą przez pół miasta czy gdziekolwiek tam zamierzaliśmy iść.
— Mam pomysł, poczekaj tutaj. — Zabrał ode mnie sprzęt i pognał gdzieś przed siebie. Pozostało mi tylko usiąść na wolnej ławce i na niego zaczekać.
Jiyong
Dobiegając do Sama, tryskałem energią, co było błędem. Od razu wyłapał moją minę i pokręcił głową z rozbawieniem.
— W ostatniej chwili — stwierdził, odbierając ode mnie laptopy. — Już myślałem, że będę musiał improwizować.
— Mówiłem, że ją wyciągnę. Trochę więcej wiary we mnie. — Odwróciłem się na pięcie, gotowy do odwrotu, gdy Sam znów się odezwał.
— Nie mówiłeś jej o Mei?
— Nie, ale jak mnie wkurwisz, to to zrobię. — Posłałem mu bezczelny uśmiech.