E-book
24.57
drukowana A5
48.96
Kapłanki Wrzosu

Bezpłatny fragment - Kapłanki Wrzosu


3
Objętość:
132 str.
ISBN:
978-83-8245-517-5
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 48.96

Każdy człowiek sam wnosi do świata swoje własne interpretacje i znaczenia. Bez tych sensów, nawet wymyślonych, wszyscy bylibyśmy szaleńcami.

Część pierwsza:
Kapłanki Wrzosu

Zanurzyłam dłonie w naczyniu z wodą i patrzyłam przez chwilę na swoje pomalowane na złoto paznokcie. Na szczęście barwnik się nie rozpuścił.

„Małe zaniedbania to pierwszy krok do większych uchybień” — to powtarzano mi codziennie, odkąd zostałam kapłanką. Najwyższa kapłanka Rosa zawsze bacznie mi się przyglądała i wypominała niedoskonałości w wyglądzie. Wiedziałam, że moim obowiązkiem jest wyglądać i zachowywać się nienagannie. Wiedziałam to aż za dobrze. Gdy w pierwsze dni mojego pobytu w zakonie mój ojciec Derek wtargnął do świątyni i mnie pobił, myślałam tylko o tym jak ukryć skaleczenia na twarzy. Ignorując piekącą ranę nałożyłam grubą warstwę pudru na wciąż krwawiący policzek. Robiłam, co mogłam, by zamaskować obrażenia, ale wszystko było widoczne jak na dłoni. Najwyższa kapłanka powiedziała mi wtedy, że szkoda mojego trudu, bo ona i tak wie, co się wydarzyło.

— Karą za pobicie kapłanki jest śmierć — powiedziała tylko.

— Ale to mój ojciec! — wykrzyknęłam, nie mogąc pogodzić się z tym, co właśnie usłyszałam. — Nie możecie go skazać!

— Takie jest prawo, Mira. Przykro mi.

Nazajutrz mój ojciec został zawleczony przed ołtarz i zmuszony do modlitwy. Nie pamiętam, o czym wtedy myślałam. Może o tym, że nikt nie interesował się, że ojciec mnie bije, zanim nie zostałam kapłanką. Może o tym, że to wszystko nie może dziać się naprawdę i że na pewno zaraz się obudzę. Patrzyłam jak ojciec szepcze słowa modlitwy i kurczowo ściskałam dłoń niewiele starszej ode mnie Magissy. Miałam wtedy szesnaście lat.

— Czy dziewczyna naprawdę musi być przy egzekucji własnego ojca? — usłyszałam szept jednej z wysokich kapłanek, zebranych wokół ołtarza.

— Jesteśmy kapłankami i wymierzamy sprawiedliwość — odparła inna. — Im wcześniej Mira to zrozumie, tym lepiej.

— Nie! — załkałam. — On tego nie chciał. Tato!

Ojciec spojrzał na mnie wzrokiem, którego miałam nigdy nie zapomnieć. W jego oczach odbijała się niema prośba. Najwyższa kapłanka podniosła nóż, który jej podano.

— Jako najwyższa kapłanka Zakonu Płonącego Wrzosu uznaję cię winnym znieważenia tego miejsca i napaści na kapłankę. Matka Miry wybrała dla niej służbę w zakonie. Ty biciem chciałeś zmusić córkę do powrotu do domu. Kto zakłóca harmonię świętego miejsca i podnosi rękę na kapłankę musi zapłacić życiem.

Kiedy Rosa wyliczała winy mojego ojca próbowałam do niej doskoczyć, by zapobiec temu, co miało za chwilę nadejść, ale dwie kapłanki przytrzymały mnie w żelaznym uścisku. Na próżno błagałam i krzyczałam — Rosa jednym szybkim ruchem zakończyła życie Dereka. Strumień krwi z jego gardła trysnął na przybrany lawendą i wrzosem ołtarz. Krzyknęłam po raz ostatni, a potem straciłam przytomność. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyłam były współczujące spojrzenia, ściskających mnie z obu stron kapłanek.

Ocknęłam się późnym wieczorem w szkarłatnej pościeli, której barwa od razu skojarzyła mi się z widokiem krwi. Zerwałam się z krzykiem.

— Spokojnie, Mira — rozpoznałam głos kapłanki Magissy. — Jestem przy tobie.

Dwa lata starsza ode mnie dziewczyna wydawała się przejęta. Z jej ciemnych oczu wyzierało współczucie.

— On nie żyje, prawda? — wychrypiałam, łudząc się jeszcze, że to był tylko zły sen.

— Złamał prawo — Magissa dotknęła mojej dłoni, ale na mnie nie spojrzała. — Chciał cię odwieść od twojego powołania — pobił cię i musiał ponieść karę.

— Nie! — szlochałam przyciskając palce do poranionej twarzy. — Chcę wrócić do matki. Nie mogę tu zostać.

— Twoja matka cię nie przyjmie — te słowa Magissy skuły moje serce lodem. — Poświęciła wiele, byś dostąpiła zaszczytu wstąpienia w szeregi kapłanek. Uszanuj jej wolę i zachowuj się godnie.

— Oddała mnie — wyszeptałam z niedowierzaniem. — Po prostu oddała nie zważając na to, jakie prawa się tu stosuje. Złożyła za mnie przysięgę i teraz muszę tu zostać.

— Ja też nie miałam wyboru, odkąd mój ojciec przysiągł, że moje życie będzie związane ze służbą w Zakonie Płonącego Wrzosu — Magissa wzruszyła ramionami.

— Jak długo tu jesteś? — wciąż walczyłam ze łzami.

— Trzy lata — wyraz twarzy Magissy nie zdradzał żadnych emocji. — Kapłanką zostaje się w wieku piętnastu, najpóźniej szesnastu lat.

— Rządzi nami ta zbrodniarka Rosa — syknęłam przez zęby. — Jak mogę być posłuszna komuś takiemu? Ojciec nie był dla mnie dobry, ale to zbyt wiele. Ona poderżnęła mu gardło!

Czułam, że zaczynam się trząść i nie mogłam nad tym w żaden sposób zapanować. Magissa złapała mnie za nadgarstki i coś do mnie mówiła, ale nie rozróżniałam słów.

Następną rzeczą, którą zapamiętałam była miska zupy obok mojego łóżka. W pierwszej chwili wydawało mi się, że widziałam jak Rosa stawia ją przy moim łóżku, ale wtedy trudno mi było uwierzyć w to żeby to najwyższa kapłanka osobiście się mną zajęła. Jadłam łapczywie łyżka za łyżką. Poczułam wstyd, że cieszę się jedzeniem w takich okolicznościach, ale szybko dałam sobie rozgrzeszenie. Uczucie ciepła w żołądku pomogło mi się trochę uspokoić. Liczyło się tylko to, że już się nie trzęsę. Zastanawiałam się czy jutro kapłanki każą mi wrócić do swoich obowiązków, jakby nic się nie stało. Myśl o spełnianiu poleceń Rosy napawała mnie odrazą. Nie mogłam zasnąć; byłam zbyt rozbita i nieszczęśliwa. Wiedziałam, że kapłanki opuszczają świątynię w wieku dwudziestu lat. Wtedy ich miejsce zajmowały inne dziewczęta. Mogły też zostać w zakonie jako wysokie kapłanki i być nauczycielkami młodszych dziewcząt. Słyszałam od matki, że kapłanki opuszczając zakon są nagradzane w złocie i mogą odtąd dowolnie pokierować swoim życiem — wyjść za mąż albo przysłużyć się swojej społeczności, dzięki poznanym w zakonie magicznym praktykom i prawdom wiary. Byłam trochę zdziwiona, że przyjęto mnie do zakonu — kapłankami mogły zostać tylko dziewczyny o nieskazitelnym wyglądzie. Poza tym miejsca w zakonie były ograniczone. Na szczęście nikt nie wiedział o kilku cienkich, białych bliznach na moich plecach — pamiątkach ojcowskiej troski. Moja zdesperowana matka prowadząc mnie do świątyni szczerze wierzyła, że w ten sposób daje mi szansę na lepszą przyszłość. Mimo to miałam do niej żal, że nie spytała mnie o zdanie.

W noc po śmierci mojego ojca specjalnie nie przyszłam na codzienny apel, by przekonać się czy moja nieobecność będzie się wiązać z konsekwencjami. Apele odbywały się w tej samej części budynku, w której znajdowały się komnaty dla kapłanek. Długi pusty hol kojarzył mi się wyłącznie z apelami i ostrą dyscypliną. Sala z ołtarzem przypominała mi o śmierci ojca. Nawet ogród wokół świątyni nie łagodził w moich oczach obrazu tego miejsca — Zakon Płonącego Wrzosu miał być moim więzieniem przez następne cztery lata. Nikt po mnie nie przyszedł aż do południa. Już myślałam, że ominięcie apelu i codziennych obowiązków ujdzie mi płazem, ale zanim wybiła druga w drzwiach mojej celi stanęła najwyższa kapłanka.

— Tylko wypełniam prawo. Nie musisz mnie nienawidzić — powiedziała.

— Odejdź — wychrypiałam. — Masz krew na rękach. Nigdy nie poprę twoich działań.

— A jeśli ci powiem, że otrzymasz więcej niż inne dziewczyny? Będziesz w gronie uprzywilejowanych kapłanek, jeśli okażesz mi posłuszeństwo — źrenice Rosy rozszerzyły się tak bardzo, że jej oczy wydawały się niemal czarne. Po raz pierwszy zwróciłam uwagę na jej wygląd. Była trochę młodsza od mojej matki, bardzo wysoka, z prostymi, czarnymi włosami, przykrywającymi odstające obojczyki. Z jej ciemnych oczu niewiele dało się wyczytać, ale pełne, karminowe wargi wskazywały, że ta nieprzejednana kobieta nie straciła nic ze swojej młodzieńczej pasji.

— Naprawdę wierzysz w prawo, które wypełniasz? Wierzysz w prawo, które pozwala ci zabić ojca na oczach córki? — nie hamowałam się wcale i nawet próbowałam uderzyć Rosę. Za karę wykręciła mi rękę.

— Uważaj, co robisz, głupia dziewczyno — na twarz kapłanki wypełzł zimny uśmiech. — Przejmujesz się ojcem, a zapominasz o matce.

— Co to ma do rzeczy? Moja matka oddała mnie tu bez mojej zgody. Powołując się na nią nie wymusisz na mnie posłuszeństwa — byłam blada ze strachu, ale mój głos brzmiał pewnie.

— Czegoś nie zrozumiałaś — zły uśmiech nie schodził z twarzy Rosy. — Ja jestem twoją matką.

Zatoczyłam się w tył. Nic z tego nie miało sensu. Potrząsnęłam głową wściekła i zdezorientowana.

— Nie dziwię się, że mi nie wierzysz — podjęła Rosa. — Ale zawsze możesz spytać swoją siostrzyczkę Magissę.

— Co ty… — nie dokończyłam, bo Rosa już wyszła, zostawiając mnie samą z natrętnymi myślami.

Nie potrafiłam się uspokoić. Czyżby Rosa była szalona? Może lubiła mącić innym w głowach i w ten sposób zyskiwać nad nimi kontrolę? Może sama traciłam rozum?

Nie byłam pewna czy dobrze zrobię pytając Magissę o cokolwiek, związanego z Rosą. Magissa wydawała się bezkrytyczna wobec najwyższej kapłanki i mogłaby mi zarzucić, że przypisuję Rosie słowa, których ta nigdy nie wypowiedziała. Oczywiście wiedziałam, że Magissa może mi nie uwierzyć, ale czy miałam coś do stracenia? Nie zamierzałam ustąpić i poszłam do komnaty Magissy jeszcze tego dnia wieczorem.

— Nie byłaś dziś na apelu ani na naukach. Nie dopełniłaś obowiązków kapłanki — w głosie Magissy brzmiało oskarżenie.

Uniosłam brwi. Magissa okazała się mieć bardzo sztywne zasady. Nie podobało mi się to, ale chciałam możliwie płynnie przejść do tego, co naprawdę mnie obchodziło.

— Nie stawiłam się ze względu na to, co wydarzyło się wczoraj — powiedziałam ostrożnie. — Rosa przyszła do mojej celi dzisiaj po południu, żeby to wszystko załagodzić, ale… — głośno wciągnęłam powietrze — Jak mogłabym zaufać zabójczyni mojego ojca?

— Posłuchaj, bardzo ci współczuję — ton Magissy był szorstki i od razu zrozumiałam, że chce się ode mnie zdystansować. — Ale Rosa to strażniczka prawa. Nazywasz ją zabójczynią, a nie masz o niczym pojęcia.

— Właśnie dlatego przyszłam do ciebie — zapewniłam — Pomóż mi zrozumieć. Muszę odkryć jaka naprawdę jest Rosa. Ona… powiedziała, że jest moją prawdziwą matką i że jeśli chcę dowiedzieć się więcej, powinnam zwrócić się do ciebie.

Zapadła cisza tak gęsta, że można było kroić ją nożem. Magissa wyglądała jakby trafił w nią piorun i przez dłuższą chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu.

— Rosa mówiła mi, że oprócz mnie ma jeszcze drugą córkę — wychrypiała Magissa. — Nie sądziłam, że kiedyś spotkam siostrę i że właśnie ty nią jesteś.

— Mówię tylko, co słyszałam — rzuciłam chłodno, próbując sprowadzić Magissę na ziemię. — A ciebie jakimi opowieściami uraczyła Rosa?

— Powiedziała mi wszystko — Magissa dotknęła swoich włosów — Mogę powiedzieć i tobie, skoro Rosa cię do mnie przysłała.

Przyjrzałam się uważniej swojej rozmówczyni. Jak mogłam wcześniej nie zauważyć, że przypominała Rosę? Miała te same ciemne oczy w kształcie migdałów, proste czarne włosy i obojczyki widoczne pod cienką skórą. Magissa była prawie tak szczupła jak jej matka, ale sporo niższa i wciąż niepewna swojego ciała, o czym świadczyły roztargnione, niezgrabne ruchy.

— Mój ojciec Sabin wychowywał mnie sam. Nie wiedziałam nic o swojej matce — zaczęła Magissa słabym, urywanym głosem. — Kilka tygodni po tym jak ojciec oddał mnie do zakonu, Rosa powiedziała mi, że jest moją matką. Wyjaśniła mi, że zaszła w ciążę z Sabinem, gdy miała dwadzieścia lat, krótko po wyjściu z zakonu. Przestraszyła się, bo nie pragnęła dziecka. Gdy już przyszłam na świat zostawiła mnie pod opieką ojca, prosząc, by dołożył wszelkich starań abym w przyszłości została kapłanką w Zakonie Płonącego Wrzosu. Sama zajęła się zdobywaniem wpływów wśród szlachetnie urodzonych. Pomieszkiwała u swoich dobrze sytuowanych kochanków. Kiedy urodziła drugą córkę, nie wiedziała, kto jest ojcem dziecka. Sabin nie zgodziłby się na opiekę nad nieswoim dzieckiem, więc Rosa zaniosła zawiniątko pod dom średnio zamożnych ludzi. Rosa dzięki koneksjom wróciła do zakonu i została najwyższą kapłanką. Niektórzy wiedzą, że Rosa ma córki, ale ludzie tu, w Miseridom, nie mają zwyczaju piętnowania i oceniania się nawzajem. Rosa utrzymuje swoją pozycję już od wielu lat. Teraz, gdy ma większe pojęcie o życiu, może się nami zająć. Chyba po prostu wiedziała, że wszystkie trzy i tak w końcu się tutaj spotkamy.

— I powiedziała ci to tak po prostu? Że miała wielu kochanków i dbała o swoje koneksje? — czułam się zniesmaczona.

— Cóż… była ze mną niezwykle szczera. Chyba trudno byłoby jej opowiedzieć to wszystko jeszcze raz, tym razem tobie, dlatego zasugerowała, byś zwróciła się do mnie — Magissa zdawała się szukać jakiegoś usprawiedliwienia dla Rosy.

— Po prostu stchórzyła — uznałam. — Posłużyła się tobą, byś opowiedziała mi rzeczy, które to ona powinna mi powiedzieć. Z tego co mówisz wynika, że Rosa tchórzy całe swoje życie. Lekkomyślnie i tchórzliwie nas porzuciła, a nawet zabiła człowieka, któremu sama oddała mnie pod opiekę!

— Nawet jeśli jej nienawidzisz, Rosa jest inna niż myślisz — przekonywała Magissa. — Zdążyłam ją trochę poznać, odkąd tu trafiłam. Jeśli chcesz ją zrozumieć, musisz pozbyć się uprzedzeń.

— Przybrany ojciec, któremu mnie oddała bił mnie i poniżał — spuściłam wzrok — Ale Rosa nigdy nie interesowała się tym czy jest mi dobrze u moich opiekunów. Ta samolubna kobieta nigdy nie będzie moją matką — ostatnie zdanie niemal wykrzyczałam.

— A co ze mną? — spytała Magissa nieśmiało. — Będę twoją siostrą?

— To zależy od ciebie — rzuciłam chłodno.

Sprawa była dla mnie prosta — jeśli Magissa dokona wyborów, które mi się nie spodobają i pozwoli Rosie sobą manipulować, nie będzie moją siostrą. Wszystko miało rozstrzygnąć się w oparciu o decyzje Magissy.

Wychodząc z jej pokoju przez chwilę zastanawiałam się czy to możliwe, że Rosa tak naprawdę nie jest moją matką. Magissa była podobna do najwyższej kapłanki w sposób niepozostawiający wątpliwości, ale czy w moim wyglądzie było coś, co wskazywałoby na pokrewieństwo? Im bardziej o tym myślałam, tym większą czułam do siebie niechęć, bo moje oczy, choć innego koloru niż oczy Rosy, były okolone gęstymi rzęsami, takimi samymi jak u najwyższej kapłanki. Miałam równie ciemne włosy i tak samo szczupłą twarz, ale moje mocno zbudowane ciało nie przypominało przesadnie szczupłej i wydłużonej sylwetki Rosy. Kształt nosa i ust też musiałam odziedziczyć po ojcu.

Rozmowa z Magissą była wyczerpująca, ale to nie osłabiło typowego dla mnie uporu. Uznałam, że jestem gotowa skonfrontować się z Rosą. Wiedziałam, że wieczorami Rosa zwykle przebywa przed ołtarzem, gdzie modli się po skończeniu codziennych obowiązków. Rzeczywiście zastałam ją w tym samym przeklętym miejscu, w którym zabiła Dereka. Jej twarz oświetlona jedynie wątłym płomieniem świecy wydała mi się przez chwilę bardzo delikatna i bezbronna jak u dziecka. Nie czułam tak silnego gniewu, jaki spodziewałam się poczuć. Odezwałam się z całą powagą i godnością, na jakie stać młodą, niedoświadczoną dziewczynę: — Nie chciałaś mnie i podrzuciłaś mnie ludziom, którzy też mnie nie pokochali. Marion nie robiła nic, kiedy Derek mnie bił. Ale wiesz co? I tak była lepszą matką niż ty.
Rosa wstała z klęczek i przeniosła wzrok z ołtarza na mnie.

— Nie oczekuję, że zrozumiesz, ale chciałam, byś znała prawdę. Teraz wiesz, że jestem twoją matką i wiesz, że nigdy nie chciałam dzieci. Jeśli pozbędziesz się uprzedzeń, możemy być przyjaciółkami. Nie matką i córką — przyjaciółkami. Zapewnię tobie i Magissie wszystko, czego potrzebujecie. Protektorat najwyższej kapłanki… chociaż to mogę wam dać, by wynagrodzić wam przeszłość.

Z świstem wciągnęłam powietrze, targana emocjami, o które nigdy bym siebie nie podejrzewała:

— Nie możesz faworyzować mnie i Magissy. To najzdolniejsze kapłanki powinny cieszyć się twoją protekcją, a nie córki, których przez tyle lat nawet nie starałaś się poznać. I ty się uważasz za strażniczkę prawa? — Cóż… nawet ci, którzy znają moją przeszłość, szanują mnie jako kapłankę. Mogę wyróżnić kogo zechcę. Dlaczego miałabym nie wyróżnić córek? — Rosa posłała mi krzywy uśmiech, co tylko bardziej mnie rozeźliło. — Ludzie nie znają całej prawdy — rzuciłam gniewnie. — Gdyby wiedzieli do jakiego stopnia nie zależało ci na mnie i na Magissie, nie miałabyś żadnej władzy.

— Liczą się tylko moje obowiązki kapłanki — odparła Rosa dość surowym tonem. — Dopóki się z nich wywiązuję, nikt nie będzie mi wypominał przeszłości. Wszyscy dochodzą do czegoś poprzez znajomości i poprzez porzucenie dawnego życia. Ludzie w Miseridom rozumieją, że mają za mało argumentów, by mnie potępić. Teraz gdy ty i Magissa zostałyście kapłankami, mogę was uprzywilejować. Wiedziałam, że spotkam was w tym zakonie i że będziemy mogły zacząć od nowa. Przy mnie nauczycie się nie oglądać się za siebie i odnosić sukcesy.

— Wrzos by to potępił — mruknęłam bez przekonania.

Nie miałam pojęcia, co o tym wszystkim myśli Wrzos, bo dopiero w zakonie zaczęłam bardziej zagłębiać się w wiarę. Moi przybrani rodzice prawie nie opowiadali mi o Wrzosie i jego tajemnych ścieżkach. Wiedziałam oczywiście to, co wiedzieli wszyscy wyznawcy — Wrzos to mistyczny byt, który żył w tym świecie wielokrotnie, zwykle jako kobieta. Wrzos dzielił się z ludźmi wiedzą i prawdami duchowymi. Nie w każdym wcieleniu był dobry i łagodny, ale zawsze wstrząsał tym światem i zostawiał po sobie ślad. Ja trafiłam do zakonu, poświęconemu jednemu z bardziej znanych wcieleń Wrzosu — potężnej szamance Ranice, która nauczyła ludzi używać ognia. Mówi się, że Ranika wypaliła mistyczne znaki na całym swoim ciele i pokazała je ludziom, by ci mogli na ich podstawie stworzyć pierwsze pismo. W zakonie jej poświęconym kapłanki uczą się zaklęć, opartych na żywiole ognia i czarów uzdrawiających. Przepisują też księgi, by upamiętnić to, że Ranika nauczyła ludzi pisma. W większości zakonów służą kobiety uwagi na to, że Wrzos był kobietą w prawie wszystkich swoich wcieleniach. Męskie zakony nie są zakładane, ale powstają zakony mieszane. Nauki Wrzosu sprowadzają się do tego, że nasze wybory rzadko są jednoznacznie złe albo jednoznacznie dobre, a wolność pokierowania swoim życiem jest prawem każdego człowieka.

— Jeśli każdy ma prawo wyboru to co ze mną? — pomyślałam z goryczą. — Całe moje życie to kłamstwo. Marion i Derek nie są moimi prawdziwymi rodzicami… zostałam zmuszona, by zostać kapłanką… co z tego, że Wrzos uczy, by nikogo nie osądzać, skoro mój przybrany ojciec został osądzony i skazany na śmierć bez mrugnięcia okiem…

Niewiele myśląc wypowiedziałam swoje wątpliwości na głos licząc, że Rosa będzie mieć dla mnie jakieś wyjaśnienie. Spojrzała na mnie z wyższością, a może tylko tak mi się wydawało, bo chciałam ją znienawidzić.

— „Nic nie podlega osądowi. Tylko rozmyślne zadawanie innym bólu i naruszanie największych świętości podlega osądowi” — zorientowałam się, że Rosa cytuje mędrca Jonatana, który był jednym z wcieleń Wrzosu. — Nie musisz tak żałować opiekuna, który cię bił, odkąd zaczęłaś chodzić.

— A może i wcześniej — pomyślałam, a na głos rzuciłam tylko: 
— Ciągle ktoś decyduje za mnie. Nie chciałam zostać kapłanką — z przerażeniem odkryłam, że płaczę — I nie chciałam wychowywać się nie wiedząc o swoim pochodzeniu.

— Wrzos uczy nas, że życie jest pełne sprzeczności. Tak naprawdę nie ma dobra ani zła — rysy twarzy Rosy na chwilę złagodniały. — Są tylko decyzje i ich konsekwencje. Dokonując wyborów lepimy siebie i ten świat niczym w glinie. — Rosa zamyśliła się przez chwilę — Nie płacz. Może pewnego dnia zostaniemy przyjaciółkami.

Spojrzałam na Rosę, ale nic nie widziałam przez łzy. Powiedziałam tylko, że jutro będę na apelu i że teraz chcę już wrócić do swojej celi. Było już późno, ale nie mogłam zasnąć. Wciąż na nowo odtwarzałam w myślach rozmowę z Rosą i Magissą… moją matką i siostrą.


*


Apel dłużył mi się w nieskończoność. Wiedziałam, że miał nas motywować do dobrego rozpoczęcia dnia, ale ja ledwie stałam na nogach po nieprzespanej nocy. Miałam na sobie jedną z najlepszych sukien, jakie przydzielono mi w zakonie, a i tak czułam się zaniedbana.

Podczas apelu Rosa zawsze przypominała nam jakie zajęcia są zaplanowane na dany dzień. Nie musiałam słuchać, by wiedzieć, jakie nauki będę dziś pobierać od wysokich kapłanek — nauczycielek, które skrycie podziwiałam za pogodne usposobienie i swobodę wypowiedzi. Tych cech brakowało dziewczynom, które pozostawały w zakonie wbrew swojej woli. Żałowałam, że w moim zakonie kapłanki uczą się tylko magii ognia i uzdrowienia. Chciałam poznać inne zaklęcia. Zastanawiałam się, kiedy po raz pierwszy uda mi się przywołać ogień. Jak dotąd nauczycielki pozwalały nam tylko dotknąć ognia, który same przywołały. Ten ogień nie parzył.

Pamiętając, że będę rozliczana z wiedzy przy okazji różnych świąt i uroczystości, zawsze skrupulatnie zapisywałam wszystko, czego dowiedziałam się o Wrzosie. Wrzos miał kilkaset różnych postaci — wielu wierzyło, że znów żyje na ziemi i kwestią czasu jest odkrycie kto jest jego nowym wcieleniem. Jest jedyną istotą, która prowadziła wiele żyć i wierzy się, że każde z tych żyć było święte. Podobno nic nie jest jednoznacznie dobre ani złe, a duchowa mądrość może być przekazywana na przeróżne sposoby. Święte teksty porównują Wrzos do matki, która raz przytula, a raz porzuca swoje dzieci. To matka, która uczy niezależności oraz walki. W każdym ze swych wcieleń Wrzos uczył ludzi czym jest siła i wolność wyboru życiowych ścieżek. Wrzos nie ukrywa swojej tożsamości i, zapytany wprost, przyznaje kim jest. Ludzie od wieków zabiegają o to, by spotkać Wrzos i opisują w księgach każde z jego żyć. Dla ludzi z Miseridom to Wrzos jest jedynym duchowym przewodnikiem, a nawet bóstwem.

Myślałam, że to byłoby ciekawe, gdybym to ja odkryła kto jest nowym wcieleniem Wrzosu. Zdarzało mi się też marzyć, że nauczę się więcej zaklęć niż jest to przewidziane dla kapłanek w moim zakonie i ludzie będą pod wrażeniem mojej mocy. Im więcej dowiadywałam się o Wrzosie, tym chętniej się uczyłam. Gdy jeszcze chodziłam do zwyczajnej szkoły też lubiłam się uczyć, więc pod tym względem niewiele się zmieniło. Nie chciałam tylko, by Rosa pomyślała, że uczę się po to, by się jej przypodobać.

Kolejne dni upływały pod znakiem lekcji i długich wieczornych modlitw przed ołtarzem, który nieodmiennie przypominał mi o śmierci przybranego ojca. Od dnia, w którym dowiedziałam się, że Rosa to moja matka, a Magissa — siostra minęły cztery doby. Napięcie między mną a Magissą narastało — wiedziałam, że ona też czeka na odpowiedni moment, by ze mną porozmawiać. Uklękła obok mnie podczas wieczornej modlitwy i szepnęła: — Słyszałaś co mówią? Podobno Rosa jest Wrzosem.

Poczułam szarpnięcie w okolicach serca, a potem jego bardzo mocne i nierównomierne bicie. Wrażenie było zbyt silne — przyłożyłam dłoń do klatki piersiowej, czekając aż serce odzyska zwykły rytm.

— Kto tak powiedział? — wykrztusiłam po chwili.

— Dziewczyny, z którymi się uczę — odparła Magissa.

Mój kontakt ze starszymi kapłankami był ograniczony, uczęszczałam na zajęcia dla najmłodszych kapłanek, więc nie słyszałam tego wszystkiego, co mogła usłyszeć Magissa. Czy to możliwe, że przegapiłam coś tak ważnego? Nie będę pierwszą osobą, która odkryła nową tożsamość Wrzosu? Byłam tak zawiedziona, że mogłabym się z łatwością rozpłakać.

— Możemy zapytać Rosę czy jest Wrzosem — uznała Magissa. — Słyszałam, że Wrzos nie kryje się ze swoją naturą.

Skinęłam głową i przeniosłam wzrok na Rosę, która modliła się przed ołtarzem. Czy rzeczywiście czciła swoje przeszłe wcielenia? Czy była Wrzosem?

Po skończeniu wieczornych modlitw poprosiłam Rosę, by przyszła do mojej celi.

— Ja i Magissa chcemy o coś spytać — powiedziałam, gdy tylko weszłyśmy do pokoju. Rosa wyglądała na zmęczoną, ale nie okazała zniecierpliwienia. Uznałam to za wystarczającą zachętę i spytałam czy to prawda, że jest Wrzosem.

— To byłoby zbyt proste — westchnęła Rosa. — Połączymy siły z kapłanami i kapłankami z innych zakonów, by odkryć prawdę o Wrzosie.

— Więc to nie ty nim jesteś? — w głosie Magissy brzmiało rozczarowanie. Rosa zaprzeczyła ruchem głowy i zaproponowała, że się z nami pomodli.

— Już chyba dość tych modłów — rzuciłam trochę lekceważącym tonem — Dopiero co wyszłyśmy z sali modlitewnej.

— Wiem, że ta sala kojarzy ci się ze śmiercią przybranego ojca — niespodziewane stwierdzenie Rosy zupełnie zbiło mnie z tropu. Zacisnęłam usta i wbiłam paznokcie we wnętrze dłoni.

— Znam modlitwę, która pomoże ci się pogodzić z wolą Wrzosu — ciągnęła Rosa. Wtedy dopiero zrozumiałam, że mój przybrany ojciec zginął dlatego, że zakłócił porządek świątyni. To ludzie wymyślili karę śmierci za tego rodzaju przewinienia, nie Wrzos. Wszystkie modlitwy i rytuały też stworzyli ludzie. Nie musiałam w nie wierzyć. — Chcę sama odkryć jaki naprawdę jest Wrzos, a nie tylko kierować się tym, co mówią o nim ludzie — oznajmiłam z mocą. — A jeśli chodzi o Dereka, on nie zginął dlatego, że taka była wola Wrzosu. Został osądzony przez ludzi — rzuciłam Rosie gniewne spojrzenie. — Osądzony przez ciebie.

Rosa też utkwiła we mnie wzrok i wtedy po raz pierwszy wyczułam w niej mistyczną energię. To nie była moc żywiołów, która uwalniała się, gdy kapłanki przywoływały ogień ani nic, co przynależałoby do świata ludzi. W taki sposób mogła pulsować tylko biała moc z innego wymiaru.

— Staram się jak najczęściej modlić, bo tak kawałek po kawałku odkrywam prawdę o sobie — ton głosu Rosy pogłębił się, jej włosy pobielały, a tęczówki i źrenice zniknęły.
Z piersi przerażonej Magissy wyrwał się krótki szloch.

— Nie bój się — uspokoiłam ją. — Rosa chce nam coś powiedzieć.

— Tak, powiem wam — odparła Rosa wracając do swojej zwykłej postaci. — Wcielenie Wrzosu tym razem jest inne. Wrzos rozbił swoją duszę i wszczepił jej fragmenty trzem osobom.

— Po co miałby to robić? — wykrzyknęła Magissa.

— Wiem tylko, że Wrzos dał fragmenty swojej duszy mnie i moim córkom. Modlę się bardzo wytrwale, ale nie uzyskuję odpowiedzi, dlaczego Wrzos rozbił swoją duszę w ten sposób. Nigdy wcześniej nic podobnego nie miało miejsca.

— Od jak dawna wiesz, że posiadamy fragmenty duszy Wrzosu? — spytała Magissa.

— Od kilku dni. Prawda odsłania się przede mną bardzo powoli. Ale już teraz mogę powiedzieć, że zostałyśmy wezwane do czegoś bardzo ważnego — Rosa zacisnęła dłoń na moim przegubie i poczułam przepływ białej mocy.

— Moce, które masz wcale nie muszą pochodzić od Wrzosu — mruknęłam sceptycznie. — Poza tym mi Wrzos jakoś niczego nie przekazuje.

— Powinnyśmy pomodlić się we trzy — uznała Magissa. — Jeśli to prawda, że Wrzos się z nami połączył, na takiej modlitwie na pewno coś się wydarzy.

Czułam się niezręcznie stojąc w małym kręgu i trzymając Rosę i Magissę za ręce. Nigdy wcześniej nie modliłam się w ten sposób. Na szczęście słowa modlitwy nie były trudne:

Duchu, który zamykasz w swoich dłoniach białą energię. Duchu, który pochodzisz z wymiaru niedostępnego ludziom. Pokaż nam, kim jesteśmy. Wspominamy cię, bo wiemy, że chcesz nauczyć nas swoich ścieżek. Wiemy, że przybyłeś pod postacią szamanki Raniki, której poświęcony jest ten zakon i obdarzyłeś nas ogniem. Teraz znowu potrzebujemy twojego światła.

Nie byłam pewna czego się spodziewałam po tej modlitwie, ale na pewno nie tego, że zanim skończę wypowiadać ostatnie zdanie, mój umysł zostanie opanowany przez przerażające wizje. Zobaczyłam ogień, krew i dogorywających ludzi o rozdartych gardłach i gasnących oczach. Krzycząc przycisnęłam palce do skroni. Marzyłam tylko o tym, by pozbyć się tych obrazów z głowy.

— Mira! Co się dzieje? Mira! — Magissa położyła mi dłoń na ramieniu. Zmusiłam się, by na nią spojrzeć i tylko dzięki temu wróciłam do rzeczywistości.

— Zobaczyłam coś strasznego — byłam całkiem zachrypnięta i roztrzęsiona.

Nie zamierzałam udawać, że nie potrzebuję wsparcia — przytrzymałam dłoń Magissy na swoim ramieniu. Z trudem przełamałam się, by opowiedzieć jej i Rosie o tym, co zobaczyłam.

— Nie jestem pewna jak zinterpretować twoją wizję — przyznała Rosa. — Wiem tylko, że na jutrzejszym apelu będę musiała powiedzieć całemu zakonowi o naszym powiązaniu z Wrzosem.

— Nie chcę na siebie zwracać uwagi — Magissa objęła się ramionami. — Jak inni zareagują na to, że mam fragment duszy Wrzosu?

— Wiem, że wolałabyś żyć zwykłym życiem, ale nie możemy ukrywać naszych mocy — zdecydowała Rosa.

— Nie wierzę w to, że mam w sobie cokolwiek z Wrzosu. Gdyby tak było, wiedziałabym o tym — stwierdziłam stanowczo — Myślę, że jest za wcześnie, by ogłaszać całemu zakonowi rzeczy, których wciąż nie jesteśmy pewne.

— Chyba masz rację — zgodziła się ze mną Rosa. — Musimy poczekać na wyraźniejszy znak.
Spojrzałam na Magissę — była jeszcze bardziej wystraszona niż ja.

Gdy zostałam sama w celi znów miałam wizję krwi i ognia, której towarzyszyło głębokie przeświadczenie o nadchodzącej rzezi. Byłam pewna, że jacyś ludzie wkrótce zginą od ostrzy i płomieni. Próbowałam w myślach przekonać samą siebie, że to się nie wydarzy, ale gdy starałam się odgonić od siebie straszne obrazy, te przybierały na sile. Dopiero gdy zrezygnowałam z wypierania wizji i uwierzyłam w nią, ta w końcu puściła zostawiając mnie zwiniętą w kłębek i zanoszącą się od płaczu.

Gdy nadszedł ranek nie miałam nawet siły się uczesać. Pojawiłam się na apelu wyglądając bardzo niechlujnie. Od kapłanek wymagano nieskazitelnego wyglądu, ale wiedziałam, że Rosa tym razem mnie nie skarci. Na ten dzień wyjątkowo nie były zaplanowane żadne zajęcia i okazało się, że będę mieć dla siebie najwięcej wolnego czasu, odkąd przybyłam do zakonu. Pierwszą rzeczą, jaką postanowiłam zrobić było wyjście do ogrodu. Zobaczyłam dziewczyny w różanej altance, które rozmawiały i zaplatały sobie nawzajem warkocze. Zdziwiło mnie to, że się bawią i śmieją — czułam, że do nich nie pasuję. Miałam z tymi dziewczynami zajęcia, ale żadna z nich nie podzielała moich ambicji zdobycia większej wiedzy i mocy. Nie rozmawiałyśmy zbyt często, ale gdy podeszła do mnie Lumina, usta same złożyły mi się do uśmiechu.

— Co tak biegasz? — spytałam zaczepnie. — Zmęczysz się i wybrudzisz.

— Rzadko mamy tyle czasu dla siebie. Lidia wymyśla nowe zabawy. Chodź do nas.

Nie chcąc odmawiać Luminie dołączyłam do dziewczyn wsłuchanych w śpiew Lidii. Lidia była bardzo otwarta i miała ładny, ciepły głos. Gdyby nie przymus życia w zakonie pewnie zajęłaby się muzyką i śpiewem. Lubiłam zarówno ją, jak i Luminę i wcale nie myślałam, że są dziecinne. To tylko ja patrzyłam na świat w nieco inny sposób.

Gdy nadszedł czas śniadania, Lidia i Lumina usiadły obok mnie. Zaczęły mnie wypytywać o rodziców, ale nie chciałam, by wiedziały, że Rosa jest moją matką. Szybko zmieniłam temat pytając jak wyobrażają sobie życie po wyjściu z zakonu.

— Zostanę wysoką kapłanką — nauczycielką w tym zakonie — Lidia wzruszyła ramionami jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

— Chyba nie mówisz poważnie? — nie byłam w stanie ukryć swojego zdziwienia. — Ty nawet nie lubisz się uczyć. A chcesz uczyć innych?

— Po prostu lubię wiedzieć, czego się spodziewać, mieć plan dnia… — stwierdziła Lidia, nie przestając mnie zaskakiwać. — A w zakonie zawsze wszystko jest uporządkowane. To mi pomaga poczuć się bezpiecznie.

— Myślałam, że nie chcesz, żeby coś cię ograniczało i tylko czekasz, żeby wyjść z zakonu i zostać muzykantką — byłam ciekawa jak Lidia się do tego odniesie. Zaśmiała się:

— Lubię rzeczy znane i bezpieczne. Nie rzuciłabym się na głęboką wodę. A zakon mnie nie ogranicza — wierzę, że tutaj będę mieć dobre, spokojne życie.

Lumina przyznała, że sama myśli podobnie i nie miałaby nic przeciwko, żeby zostać dłużej w zakonie:

— Można tu nawiązać przyjaźnie. Tam, gdzie mieszkałam nie było dziewczyn w moim wieku. Poza tym lubię Ranikę. Kilka innych wcieleń Wrzosu też bardzo podziwiam.

— Tak, to chyba dobrze mieć coś czemu jest się oddanym — mruknęłam zerkając ponuro na swój talerz.

— Jedz — Luminie najwyraźniej nie trzeba było zbyt wiele, by zadowolić podniebienie, ale ja pokręciłam głową:

— Nie jestem głodna.


*


Po śniadaniu poszłam do swojej celi. Uznałam, że nie zaszkodzi jak bardziej zadbam o swój wygląd — uczesałam się i przebrałam, żeby przez resztę dnia wyglądać już schludnie. Malując kreski na powiekach podkreśliłam swoje szare, duże oczy. Każda kapłanka miała dostęp do wielu środków, podkreślających urodę. Korzystałyśmy z tego tak skwapliwie, że ktoś z zewnątrz mógłby posądzić nas o próżność. Dla mnie to był jednak tylko kolejny rytuał, który został mi narzucony. Kapłanka swoim strojem miała pokazywać, że jest staranna i angażuje się w życie zakonu. Sięgnęłam na półkę z książkami, by dokończyć opowieść o Serenity — mistrzyni sztuk magicznych. Zaczęłam ją czytać niemal od razu po wstąpieniu do zakonu i bardzo mi zależało, by poznać całość historii.

Serenity każdej nocy przemierzała niebo i przenikała do snów ludzi, których chciała obdarować darem magii. Przenikała też do snów swojego ukochanego — Endymiona. Nie mogła spotkać się z nim w inny sposób, bo ten żył na ziemi, podczas gdy ona mogła jedynie obserwować świat wędrując po niebie. Serenity pokochała Endymiona widząc jego bohaterstwo i oddanie dla przyjaciół. On jednak, widząc ją tylko w snac, h nigdy do końca nie uwierzył w jej istnienie. Takie też było zakończenie tej historii — Endymion pozostał sceptyczny, a Serenity musiała pogodzić się z tym, że nigdy nie będą razem. Zasmucona takim obrotem wydarzeń w mojej ulubionej od teraz książce odłożyłam ją i zaczęłam wyobrażać sobie, że sama jestem mistrzynią magii. Gdy jednak pomyślałam o tym, że potrafię przywoływać ogień, na ułamek sekundy zobaczyłam płonących ludzi. Bojąc się, że za chwilę koszmarna wizja wróci w całej okazałości, zabroniłam sobie marzyć o mocy żywiołów.

Gdy tylko podniosłam się z łóżka do drzwi mojej celi zapukała Magissa. — Jest kilka spraw, które nie dają mi spokoju — wyznała już od progu. Zaklinałam ją w myślach, by odpuściła na jakiś czas temat Wrzosu. Okazało się jednak, że przyszła z czymś innym:

— Musimy lepiej się poznać. Powinnam dowiedzieć się więcej o swojej młodszej siostrze.
To było na tyle miłe, że po prostu musiałam się uśmiechnąć. Nie zdziwiłabym się, gdyby mój uśmiech wyglądał bardziej jak grymas, bo nie przywykłam do tego, by ktoś poświęcał mi swój czas. Dopiero przyzwyczajałam się do myśli, że Magissa jest moją siostrą.

— Powiedz mi więcej o swoich przybranych rodzicach. Potem ja opowiem ci o swoim domu — poprosiła Magissa siadając obok mnie.

— Derek uwielbiał wymierzać mi kary. Ale kilka razy zdarzyło się, że wziął mnie na kolana, by opowiedzieć o swoich rodzicach. Gdy któregoś razu Marion zachorowała, pocieszał mnie i przez kilka dni był łagodny i troskliwy — spróbowałam przywołać w umyśle obraz opiekuńczego Dereka, ale oczywiście bardziej pamiętałam go z awantur. — Był stolarzem, ale nie znosił pracować i wszystko robił niedokładnie. Łatwo wpadał w złość. Czasem po tym jak mnie zbił dało się zauważyć, że tego żałuje. Nigdy nie uderzył Marion — może dlatego mogła go łatwiej przede mną usprawiedliwić. Prawie codziennie powtarzała:

„Nie myśl źle o tacie” albo „On tego nie chciał. Daje nam dach nad głową… nie jest złym człowiekiem.” Nie wiem czy w to wierzyłam, ale na pewno nie chciałam być taka jak Marion. Ona tylko prała, gotowała i kuliła się w sobie jak mysz. Nigdy mnie nie przytuliła, a raz nawet powiedziała, że powinnam pokutować za to, że w ogóle zjawiłam się na tym świecie i że bardzo niewdzięczne ze mnie dziecko. Ale wiem, że Marion myślała o mojej przyszłości, bo zostawiając mnie w zakonie życzyła mi wszystkiego dobrego. Jak uczy Wrzos: nie ma prostego podziału na dobro i zło. Wiem tylko tyle, że przy Dereku i Marion szybko wyrosłam z zabaw.

— To musiało być trudne — Magissa zamyśliła się przez chwilę. — Ja mieszkając z ojcem miałam najdroższe lalki i stroje. Spory majątek odziedziczył jeszcze po swoich rodzicach. Rosa uraziła jego dumę zostawiając go ze mną samego. Wprawdzie się mną zajął, ale zawsze był chłodny i pełen dystansu. Częściej oglądałam twarze opiekunek niż własnego ojca. Ale niczego mi nie żałował; pobierałam prywatne lekcje, a gdy o coś prosiłam mogłam być pewna, że to dostanę. Przed wstąpieniem do zakonu miałam tylko jednego przyjaciela — Roberta. Został kapłanem w jednym z mieszanych zakonów. Nie wiem, czy jeszcze go zobaczę.

— Lidia i Lumina, nie wiem czy je kojarzysz, mówią, że nie mają nic przeciwko życiu w zakonie. Chyba nie dostrzegają jak bardzo takie życie oddziela od świata — stwierdziłam ponuro.

— Wszystko ma swoją cenę — odparła Magissa. — Odkąd dowiedziałam się, że Rosa jest moją matką bardziej angażuję się w życie zakonu. Myślę, że można się od niej wiele nauczyć.

— Rosie wydaje jej się, że może być naszą mentorką i przyjaciółką. Ale czy możemy jej ufać skoro wyrzekła się roli matki? Chyba nikomu w zakonie nie powiedziała, że jesteśmy jej córkami.

— Na pewno powiedziała naszym nauczycielkom — uznała Magissa. — Wiem, że masz do niej żal, ale teraz możemy zacząć od nowa.

— Wszystko się skomplikowało — westchnęłam. — Chyba nie tak powinno wyglądać rodzinne spotkanie po latach.

Magissa szczerze się roześmiała:

— Wierz mi, mogło być gorzej.

— Chyba masz rację — posłałam jej krzywy uśmiech.


*


Dwa tygodnie później w czasie zajęć z przywoływania ognia bardzo źle się poczułam i byłam pewna, że za chwilę zemdleję. Tymczasem Lidia i Lumina były przeszczęśliwe — po raz pierwszy same przywołały ogień, który tańczył wesoło na koniuszkach ich palców.

— Mira, spróbujesz? — zachęciła mnie nauczycielka Cassidy.

Nie chcąc szukać wymówek, postanowiłam nie dać po sobie poznać jak źle się czuję. Poprosiłam w myślach Ranikę, by udzieliła mi mocy ognia. Przywołanie żywiołu wymagało zdolności wizualizacji i wewnętrznego skupienia. Nauczycielki ćwiczyły z nami te umiejętności od samego początku naszego pobytu w zakonie. W każdym zakonie kapłanki otrzymują od Wrzosu różne dary — w moim miał to być dar ognia i uzdrowienia. Wiele kapłanek jednak słabo radzi sobie z magią i nawet latami nie potrafi zrobić żadnego pożytku ze swojego daru. Zaczęłam się obawiać, że tak będzie ze mną. Gdy po raz pierwszy spróbowałam przywołać ogień nic się nie wydarzyło. Do końca zajęć walczyłam ze sobą, ale jedyne, co się stało to to, że poczułam się gorzej i zostałam zwolniona.

Rosa dowiedziała się o mojej niedyspozycji i postanowiła mnie odwiedzić. Czułam się tak słabo, że gdy weszła do pokoju, nawet nie wstałam z łóżka. Rosa przysiadła na jego krawędzi i spytała jak się czuję.

— Nie wiem czemu, ale jestem pewna, że nie mam w sobie daru ognia — rzuciłam bez związku z pytaniem Rosy.

— Ranika daje go każdej kapłance w tym zakonie — stwierdziła Rosa. — Nie ma powodu, by myśleć inaczej.

— Tak samo jak dar uzdrawiania? — upewniłam się.

— Oczywiście — Rosa położyła dłoń na moim ramieniu i niemal od razu poczułam jak wracają mi siły.

— Użyłaś daru! — byłam tak podniecona, że odruchowo chwyciłam Rosę za rękę.

— Ja akurat otrzymałam silny dar uzdrawiania, a słabo posługuję się ogniem. Każda kapłanka jest inna. W tym zakonie wszystkie otrzymujemy te same moce, ale u niektórych kapłanek któryś z darów przeważa — w tym momencie Rosa ścisnęła moją dłoń. — Nie wierzę, że nie masz daru ognia. Widzisz ogień w swoich wizjach.

Pokręciłam głową:

— To nie to samo. Widzę tylko jak ktoś inny używa ognia, by zadać śmierć.

Rosa zamiast mnie pocieszyć posłała mi krzywy uśmiech i poprosiła, bym dołączyła do pozostałych kapłanek:

— Jesteś już zdrowa, więc równie dobrze możesz się jeszcze dzisiaj trochę pouczyć o właściwościach ziół. Kapłanka Adia nie lubi, gdy ktoś opuszcza jej lekcje.

Raz wspomniałam Rosie, że nie lubię się uczyć o ziołach. Chyba dobrze to sobie zapamiętała — to by tłumaczyło złośliwe iskierki w jej oczach. Uśmiechnęłam w gruncie rzeczy zadowolona z tego, że Rosa wymaga ode mnie tego samego, co od innych kapłanek. Nie chciałam wybierać dróg na skróty.

Po zajęciach z zielarstwa, kapłanka Edina poprowadziła zajęcia z historii Miseridom. Fascynujące fakty o przeszłości wynagrodziły mi nudę, której doświadczyłam starając się odróżnić od siebie, narysować i opisać różne rośliny. Podczas przerwy na obiad Lidia i Lumina usiadły obok mnie — od czasu, gdy dołączyłam do nich w ogrodzie częściej rozmawiałyśmy.

— Zastanawiałaś się jak by to było w zakonie mieszanym? — chciała wiedzieć Lumina.

— Tak, myślałam o tym — przyznałam. — Niektórzy chłopcy i dziewczyny pewnie się w sobie zakochują i pobierają się po wyjściu z zakonu.

— Ja nigdy nie wiedziałam jak się zachować w towarzystwie chłopców — westchnęła Lumina. — I żałowałam, że w pobliżu mojego domu nie mieszkają dziewczyny, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić.

— A ja dobrze rozumiem się z chłopcami — powiedziała Lidia. — W końcu mam dwóch starszych braci. W mieszanym zakonie czułabym się swobodnie.

— Mnie ciekawi jak to jest mieć chłopaka za przyjaciela. Magissa mówiła mi, że przed wstąpieniem do zakonu przyjaźniła się z chłopakiem — mruknęłam żując polaną mięsnym sosem kaszę.

— Chyba znałaś Magissę przed wstąpieniem do zakonu. Spędzacie razem sporo czasu — zauważyła Lidia.

— Och, naprawdę? — poczułam, że się czerwienię. — Nie znałyśmy się wcześniej.

Przez chwilę zastanawiałam się czy powinnam powiedzieć Lidii i Luminie, że Magissa jest moją przyrodnią siostrą, ale to by wywołało kolejne pytania z ich strony. A ja nie chciałam im jeszcze zbyt wiele o sobie mówić. Nie wiedziały nawet, że mój przybrany ojciec został zgładzony w świątyni — przy egzekucji były nieco starsze kapłanki w wieku Magissy oraz wysokie kapłanki. Ja też byłam obecna przy straceniu Dereka, bo ta sprawa dotyczyła mnie bezpośrednio. Może gdyby Lidia i Lumina o tym wszystkim wiedziały, nie byłyby tak skore do zostania w zakonie.

Wstając od stołu zdałam sobie sprawę, że do wieczornych modlitw zostało jeszcze mnóstwo czasu. Przeznaczyłam go na naukę kaligrafowania w bibliotece — ubodło mnie, kiedy kapłanka Adia powiedziała, że mam bardzo niestaranne pismo. Zakon posiadał obszerną bibliotekę, z której stale coś wypożyczałam i atmosferę sprzyjającą nauce. Przepisałam kilka zapisów z życia mędrca Jonatana. Moją uwagę zwrócił fragment: ”Jonatan często był zmęczony i zdarzało mu się mówić o śmierci w sposób, który wskazywał, że jej pragnie.” Trudno mi było wyobrazić sobie wcielenie Wrzosu, które uginałoby się pod naporem ziemskich cierpień. Zawsze myślałam o Wrzosie jako o niezłomnym duchu, który doskonale odnajduje się w każdych warunkach. Uznałam, że muszę zadać Rosie kilka pytań o mistrza Jonatana. W końcu była najwyższą kapłanką i miała prowadzić innych ku lepszemu zrozumieniu wiary.

Wieczorem w sali modlitewnej nie spuszczałam wzroku z Rosy. Miała na sobie jasną suknię z przypiętą broszką w kształcie łabędzia. Modliła się bardzo żarliwie:

Raniko, każdego dnia zsyłasz nam swój dar, dzięki któremu możemy uzdrawiać i panować nad ogniem. W swojej mądrości przekazujesz nam pisma, z których uczymy się o Twoich zasługach. Wiele jest słów wyrytych w kamieniu i wiele skreślonych na piasku. Niech ważne słowa zostaną, by nigdy nie zabrakło nam wiedzy — nie zdążyłam jeszcze poznać tej modlitwy, podobnie jak wielu innych, więc mogłam jedynie starać się powtarzać za najwyższą kapłanką. Dziewczyny, które były w zakonie dłużej niż ja, były w stanie recytować mantry o każdej porze dnia i nocy. Czułam, że ogarnia mnie zmęczenie, ale bardzo chciałam zapytać Rosę o mistrza Jonatana. Poprosiłam, by udała się ze mną do mojej celi i wymusiłam na niej odpowiedź, której potrzebowałam. — Jonatan czuł się niezrozumiany przez większość swojego życia — przyznała Rosa. — Zakon rzadko o tym naucza, bo woli myśleć o Wrzosie jako o kimś potężnym, nie jak o kimś, kto chciał zakończyć swoje życie.

— Więc Jonatan chciał się zabić — bardziej stwierdziłam niż spytałam. — Jestem ciekawa jak wielu wyznawców o tym wie.

— W świętych księgach można znaleźć tylko kilka zdań, które sugerują, że Jonatan nie chciał żyć — odparła Rosa z namysłem — Wszystkie inne wcielenia Wrzosu opisywane są jako potężne autorytety, więc większość wyznawców nie pochyla się zbytnio nad słabościami Wrzosu. Tak jest łatwiej, ale przez to wielu ludzi nie zna całej prawdy.

— Nikt nie zna całej prawdy — stwierdziłam rzucając Rosie ponure spojrzenie.

Przez krótką chwilę myślałam, że chwyci mnie za rękę, ale tego nie zrobiła. Zamiast tego patrzyła na mnie, jakbym jej o czymś przypomniała.

— Jesteś do niego tak podobna… — mruknęła Rosa z dziwną tęsknotą.

— O kim mówisz? — rzuciłam zniecierpliwiona.

— Woland… twój ojciec… gdy przyszłaś na świat mogłam się tylko domyślać kto jest twoim ojcem. Niełatwo mi to przyznać, ale tak było. Teraz, gdy tak bardzo go przypominasz, nie mam żadnych wątpliwości. — Kochałaś go bardziej niż ojca Magissy? — spytałam bez zastanowienia. Rosa zagryzła wargi:

— Gdybym wiedziała od początku, że to on jest twoim ojcem, może bym z nim została. Ale teraz… moje życie się zmieniło.

— Powiesz mi o nim coś więcej? — wtedy nie wiedziałam, ile pasji i namiętności ma w sobie moja, na pierwszy rzut oka, powściągliwa i oddana sprawom wiary, matka.

— Twój ojciec to zasłużony wojownik, biegły w sztuce wojennej. Schronienia udziela mu sama królowa. Nie wiem jak Woland by zareagował, gdyby dowiedział się, że ma córkę, bo w centrum swojego życia zawsze stawiał walkę i służbę królowej Saiji. To jednak zacny człowiek i nawet teraz, będąc kapłanką, nie mogę się z nim równać pod względem charakteru.

— Może kiedyś go poznam — mruknęłam bez przekonania. — Jeśli tylko stąd wyjdę.

— Wiem, że życie tutaj nie jest dla ciebie łatwe — Ale widzę, że bardzo się starasz. Kapłanka Adia powiedziała mi, że bardzo bierzesz sobie do serca nawet najmniejsze uwagi z jej strony.

— Adia powiedziała mi, że powinnam popracować nad tym jak wygląda moje pismo i tak też zrobię — mruknęłam z udawaną obojętnością.

— Tylko nie zaniedbuj koleżanek. Z kim najczęściej rozmawiasz? — chciała wiedzieć Rosa.

— Chyba z Lidią i Luminą — w moim głosie brzmiało zmęczenie. — Czytałaś może „Historię Endymiona i Serenity”?

To pytanie wywołało w najwyższej kapłance spore poruszenie:

— Czy ją czytałam? To jedna z moich ulubionych lektur!

— Dlaczego ją lubisz? — nie zdołałam powściągnąć ciekawości.

— Jest o tym, czego sama doświadczam. O niespełnieniu — wyznała Rosa z porażającą szczerością.

— Przecież zajmujesz wysokie stanowisko i wiele osiągnęłaś — chciałam powiedzieć, ale wtedy zrozumiałam, że Rosa mówi o niespełnieniu innego rodzaju. Była w wielu związkach, które służyły jej tylko budowaniu własnej pozycji. W swoim życiu pokochała tylko mojego ojca, ale nie mogła z nim być. To, że wciąż jej na nim zależało można było wyczytać z samego sposobu, w jaki o nim mówiła. Nawet jej twarz się wtedy zmieniała — wzruszenie łagodziło jej rysy, a ja nie wiedziałam, czy powinnam jej w takich chwilach współczuć czy udawać, że niczego nie dostrzegłam. Od pewnego czasu raczej już nie myślałam o tym, w jaki sposób zdobyła swoje stanowisko ani o tym, że nie potrafiła być matką dla mnie. Moja niechęć do niej z każdym dniem trochę słabła. Czasem zastanawiałam się, dlaczego jej nie nienawidzę, ale chyba po prostu nie należałam do osób, które trwały uparcie w swojej niechęci. Miałam powody, by nie znosić Rosy, ale o nich nie myślałam, bo chciałam lepiej ją poznać i dostrzec w niej rzeczy, za które mogłam ją szanować. Widząc jej siłę i charyzmę, miałam nadzieję, że to właśnie te cechy przekazała mi w genach.

— Żałujesz życia w zakonie? — wiedziałam, że zadając to pytanie wiele ryzykuję, ale skoro Rosa sama przyznała, że czuje się niespełniona, uznałam, że się przede mną otworzy. Ona jednak ze złością szarpnęła mnie za rękę i syknęła:

— Nic nie wiesz. Nie wiesz, czym się stałam! Gdybym wcześniej wiedziała, że Woland jest twoim ojcem…

— Wiedziałabyś, gdybyś nie miała tak wielu mężczyzn — wyszarpnęłam rękę i przeszyłam Rosę stalowym spojrzeniem.

— Nie ukrywam, że jestem tu, gdzie jestem, dzięki wparciu mężczyzn. Ale gdybym nie sprawdziła się w roli najwyższej kapłanki, straciłabym to stanowisko. To, że je utrzymałam, zawdzięczam tylko sobie. Myśl o mnie, co chcesz. To prawda, że chciałabym być z twoim ojcem, ale teraz podążam za Wrzosem. I nie zejdę z tej ścieżki.

— Córki cię nie interesują — bardziej stwierdziłam niż spytałam.

— Nie mam wpływu na swoje uczucia — odparła Rosa twardym tonem.

Nikt nie chce usłyszeć od własnej matki, że nie jest przez nią kochany. Trudno było mi zrozumieć Rosę — pozbawioną macierzyńskiego instynktu, chłodną i angażującą się w związki bez miłości. Tym, co rozumiałam były jej ambicje, bo sama chciałam osiągnąć coś w życiu. Nie wyobrażałam sobie jednak polegania na mężczyznach w taki sposób jak Rosa. Pewnych rzeczy w swoim życiu Rosa żałowała, a innych nie. Nie umiałam jej jednoznacznie ocenić i według Wrzosu nawet nie powinnam tego robić. Gdy mówiła, że nie ma wpływu na swoje uczucia, czułam tylko pustkę. — Być może tobie uda się zdobyć wszystko własną pracą. Ale ja w każdej chwili mogę użyć swojego autorytetu, by ułatwić ci życie tutaj. Nie wstydź się z tego skorzystać, Mira. Zyskasz dużą przewagę ze mną po swojej stronie — powiedziała Rosa. — Myślę, że zdążyłaś się już zorientować, że nie chcę żebyś mnie faworyzowała. Sama zapracuję na swoje imię — odparłam mając przed oczami ogrom nauki i pracy, który mnie czekał, jeśli chciałam cokolwiek osiągnąć. Bez Rosy po swojej stronie nie miałam nawet gwarancji, że po wyjściu z zakonu będę mieć zabezpieczony byt, ale nie chciałam być w żaden sposób wyróżniana przez najwyższą kapłankę. Jedno spojrzenie na Rosę wystarczyło, bym zrozumiała, że na swój sposób szanuje ona mnie i mój wybór. Chyba nawet liczyła, że właśnie tak odpowiem. Gdy wychodziła z mojej komnaty nie mogłam oderwać wzroku od jej śnieżnobiałej sukni z wpiętą broszą w kształcie łabędzia. Kiedy kroki Rosy ucichły na korytarzu otworzyłam „Historię Serenity i Endymiona” w poszukiwaniu ulubionych fragmentów. Zasnęłam dopiero nad ranem z książką w dłoni.


*


Gdy następnego dnia na apelu zamiast Rosy przywitała nas jej zastępczyni — Adia i powiedziała, że wszystkie kapłanki mają przejść do lecznicy od razu wiedziałam, że nie jest dobrze. Magissa znalazła mnie w tłumie i chwyciła za rękę.

— Kapłanki, z którymi się uczę mówią, że nasz zakon właśnie przyjął rannych. Podobno jeden z kapłanów Zakonu Wspierającego Ramienia wpadł w szał i zranił wiele osób.

Byłam wystraszona, ale wiedziałam, że muszę przejść do lecznicy razem z innymi dziewczynami. Na miejscu zobaczyłam osoby z ranami po ostrzach, niektórzy mieli też poparzenia, a inni wyglądali tak, jakby nie było już dla nich żadnej nadziei.

— Krew, ogień… wiedziałam, że to się wydarzy — wyszeptałam słabym głosem.

— Widziałaś to w twojej wizji, prawda? — spytała Magissa.

— Trudno uwierzyć, że to wszystko dzieło jednego człowieka — mruknęłam podchodząc do jednego z rannych. Zabrakło dla niego łóżka, więc chwiejnie opierał się o ścianę i próbował uciskać ranę na brzuchu.

— Nikt się mną nie zajmuje — rzucił chłopak w moją stronę. — Zawołaj kogoś. Rosa zajmowała się rannymi na drugim końcu lecznicy, ale postanowiłam ją zawołać.

— Magissa, zostań z nim. Wrócę za chwilę — powiedziałam. W połowie drogi zatrzymała mnie kapłanka Cassidy. Dowiedziawszy się kogo szukam i w jakim celu, powiedziała, że wie, o jakim chłopcu mowa i że jego już nie da się uratować. Tymczasem kapłanka Adia poprosiła, by dziewczyny w moim wieku i starsze, jak również nauczycielki starały się w miarę możliwości użyć swoich mocy, by ulżyć rannym w bólu. Większość młodszych kapłanek nie mogło jednak wykrzesać z siebie mocy z powodu swojego roztrzęsienia. Gdy wracałam do Magissy i rannego chłopaka natknęłam się na wiele kapłanek, które po prostu płakały. Kiedy Magissa spojrzała na mnie z wyrazem oczekiwania na twarzy, tylko pokręciłam głową.

— Nic nie zrobią — bardziej stwierdził niż spytał chłopak, któremu nie mogłam już pomóc. — To koniec.

— Jak masz na imię? — spytała Magissa, chcąc podtrzymać go na duchu.

— Erik. Nigdy bym nie przypuszczał, że kapłan taki jak ja może zranić innych.

— To była jedna osoba? Jedna osoba was zaatakowała? — spytałam.

— Maik. Osiemnaście lat. Zawsze źle mu patrzyło z oczu — chłopak wciąż opierał się o ścianę, ale już nie stał, tylko przysiadł osuwając się w dół ściany.

Ręka, którą trzymał się za brzuch była cała we krwi. Magissa ukucnęła przy nim i użyła magii leczącej. Poszłam w jej ślady, ale jedno spojrzenie wystarczyło mi, by zrozumieć, że nawet najsilniejsza magia uzdrawiająca nic tu nie wskóra. Rana Erica powstała na skutek magii, dostępnej tylko dla kapłanów Zakonu Wspierającego Ramienia. Ta magia była znana z tego, że użyta przeciwko komukolwiek jest gwarantem śmierci. Więcej szczęścia miały osoby, które tylko poparzono, choć i wśród nich były ofiary śmiertelne. Miałam nadzieję, że Erik nie cierpi, ale tak ciężko oddychał i tak mocno się pocił, że również co do tego szybko przestałam mieć złudzenia. Magissa rozpłakała się i ja też walczyłam ze łzami. Moja siostra do samego końca trzymała Erika za rękę, opowiedziała mu nawet jak spotkała w zakonie mnie — swoją siostrę. Gdy Erik odszedł, zamknęłam mu oczy i stanęłam nad nim wbijając sobie paznokcie we wnętrze dłoni. Magissa położyła mi dłoń na ramieniu i zachęciła mnie, by przejść dalej.

Podeszłyśmy do łóżka, na którym położono młodego mężczyznę. Widać było, że ktoś już użył na nim magii uzdrawiającej, ale był niespokojny i od razu wyczułam, że przyda mu się czyjaś obecność.

— Jak masz na imię? — spytałam siląc się na spokój, choć tak naprawdę marzyłam o tym, by opuścić lecznicę i wypłakać się w swojej celi. Chłopak nie odpowiedział. Magissa odgarnęła mu z czoła jasny kosmyk włosów. Potem oparła dłoń na jego piersi w miejscu, gdzie znajdowało się serce i uspokoiła nerwowy rytm leczącą magią. Mężczyzna miał lekkie poparzenia na rękach i twarzy. Te wyglądały na pewno gorzej, nim otrzymał pomoc kapłanek.

— Nie wierzcie w to, co mówią niektórzy — powiedział mężczyzna — Maikowi nie zależy na cudzej krzywdzie.

— Ale to on podobno zaatakował innych kapłanów. Wiesz coś o tym? — Magissa wbiła w nieznajomego poważne spojrzenie.

— Nie chciał nikogo zranić — zapewnił młodzieniec.

— Skąd to wiesz? — spytałam.

— Bo ja jestem Maik — przyznał po chwili milczenia, a jego piwne oczy stały się niemal czarne.

Od razu wiedziałam, że ja i Magissa musimy kogoś powiadomić. Kapłanka Cassidy podeszła do nas po długich nawoływaniach.

— Dlaczego to zrobiłeś, Maik? — Cassidy zwróciła się do mężczyzny po chwili rozmowy ze mną i moją siostrą.

— Nie będę rozmawiał z nikim poza Rosą i jej córkami — odparł Maik wprawiając mnie i Magissę w całkowite osłupienie. Nie wiedziałam skąd nas znał — to wszystko wzbudzało we mnie coraz więcej obaw. Chciałam przejść do innych ofiar i na razie zignorować Maika, ale on chwycił mnie za rękę.

— Dziś wieczorem chcę porozmawiać z tobą, Magissą i Rosą w sali modlitewnej. Od tej rozmowy będzie zależało życie wielu ludzi.

— Pokazałeś już, że ludzkie życie masz za nic — wychrypiałam. 
— Zraniłeś kilkadziesiąt osób ze swojego zakonu. Ktoś taki jak ty nie może być kapłanem.

— Nie ty o tym decydujesz — chłód bijący z oczu Maika sprawił, że skuliłam się w sobie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 48.96