E-book
39.38 27
Kamika Ziarno Przejścia
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Kamika Ziarno Przejścia


Objętość:
170 str.
ISBN:
978-83-8440-651-9
Copyright © 2026 Kamil Wolanowski. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, przechowywana ani rozpowszechniana bez pisemnej zgody autora. Publikacja chroniona prawem autorskim.


Dla mojej Kasai

PROLOG

Ludzie żyją i umierają. Szukają znaczeń tam, gdzie zostają jedynie ślady. Zadają pytania, na które nie zdążą otrzymać odpowiedzi. Chodzą do miejsc, w których nigdy nie byli, a jednak je rozpoznają. Czasem też mijają ludzi, których nigdy w swoim życiu nie poznali, a którzy wydają się im jednak znajomi. Może to tylko echo przeszłości, a może coś więcej. Może nie czas, nie przestrzeń — tylko coś pomiędzy. Bo cza­sem to, co prowadzi ku prawdziwemu początkowi, zaczyna się dopiero gdy jesteśmy we właściwym miejscu i czasie.

ROZDZIAŁ I — Kamika

Planeta, której nie było w żadnych oficjalnych rejestrach. Nie widniała w bazach danych kolonizacyjnych ani w katalo­gach misji zwiadowczych. Ukryta w sercu gęstych mgławic, które z pozoru wydawały się zwykłą przeszkodą na mapach kosmosu.

A jednak ci, którzy ją odnaleźli, czuli, że mgławice były jak warstwa ochronna — jakby sama planeta wybrała ciszę i odosobnienie, chroniąc się przed spojrzeniem obcych oczu.

Światło jej słońca przesączało się przez pył i gaz w odcieniach niemożliwych do uchwycenia w ziemskiej palecie barw — mleczne fiolety, głębokie błękity z domieszką złotej poświa­ty, które na ludzkiej siatkówce tworzyły wrażenie, że przestrzeń oddycha. Każdy wschód i zachód wyglądał jak malowidło na wodzie — jakby niebo rozlewało się na wszystkie strony w płynnym ruchu, a powietrze drgało od niewi­dzialnej melodii.

Z orbity Kamika wyglądała na spokojną i nietkniętą. Lśniące oceany o barwie ciemnego kobaltu odbijały się od pasm lądu, porośniętych roślinnością, która z daleka przypo­minała kryształy lub szkło. Nie istniały tu równiny w klasycznym rozumieniu — teren był pofalowany jak zastygłe morze, pełen łagodnych wzniesień, nagłych uskoków i dolin spowitych wieczną mgłą.

Z wyższych warstw atmosfery widać było, jak opary mlecznego powietrza przesuwają się po dolinach w rytmie wiatru, ale czasem nagle stają w miejscu, jakby planeta sama decydowała, że chce zamarznąć w bezruchu.

Z bliska Kamika ujawniała swoją niezwykłość. Rośliny — jeśli w ogóle można było używać tego słowa — nie przypomi­nały niczego z Ziemi. Miały przezroczyste łodygi, które w środku pulsowały słabym światłem, jakby ich soki świeciły.

Wielkie formy przypominające drzewa wyglądały jak gigantyczne włókna szklane, które lekko unosiły się nad powierzchnią ziemi, połączone z podłożem jedynie cienkimi, drgającymi korzeniami. Na ich końcach rozpościerały się membrany, falujące przy każdym podmuchu wiatru i wydające z siebie ciche, harmoniczne dźwięki. Kiedy pod nimi przechodził większy organizm, odpowiadały zmianą tonu, jakby reagowały nie tylko na ruch, ale i na obecność.

Podłoże planety nie było jednolite. Twarde skały o powierzchni przypominającej matowy kryształ przeplatały się z miękkimi, sprężystymi obszarami, pokrytymi czymś, co wyglądało jak mech, ale pachniało lekko metalicznie. Kroki na tym podłożu nie wydawały żadnego dźwięku, jakby planeta pochłaniała każdy odgłos, zostawiając jedynie szelest wiatru i oddech własnego świata. Zdarzało się, że ziemia pulsowała. Nie gwałtownie, nie jak przy trzęsieniu, ale jakby Kamika bra­ła powolny wdech i wydech. W tych chwilach w powie­trzu czuło się ciepłą, subtelną wibrację, przenikającą do kości.

Woda na Kamice również żyła własnym życiem. Strumie­nie były czyste i klarowne, ale nie przezroczyste — w ich głębi krążyły świetliste drobiny, które unosiły się i opada­ły w rytmie fal. Niektóre jeziora lśniły w nocy własnym światłem, czasem spokojnym, czasem migoczącym, jakby odzwierciedlały puls nieba. Głębsze wody zdawały się reago­wać na dźwięk — gdy spadł kamień, powierzchnia nie tylko falowała, ale i rozświetlała się kręgami luminescencji, które trwały długo po tym, jak fale zniknęły.

Fauna była niemal równie efemeryczna, co flora. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że planeta jest pusta. Dopie­ro po chwili można było dostrzec cieniste ruchy, prze­mykające w powietrzu lub ponad powierzchnią wody. Stwo­rzenia Kamiki były lekkie i niemal bezgłośne — przypo­minały unoszące się w powietrzu rośliny lub wodorosty, któ­re nagle ożyły. Niektóre miały wiele odnóży zakończo­nych włoskami, którymi chwytały wiatr i unoszące się w po­wietrzu drobiny energii. Inne wyglądały jak przezroczyste wstęgi z małymi oczami, które obserwowały świat z ciekawo­ścią, lecz bez strachu.

Nad całą planetą unosiło się wrażenie uśpionej świado­mości. Nie tej, którą można zmierzyć czujnikami, ale tej, którą czuje się na granicy snu i jawy. Każdy krok, każdy dotyk obcej stopy na ziemi mógł wywołać reakcję — zmianę tonu membran drzew, rozświetlenie drobinek w wodzie, subtelne prze­sunięcie w rozkładzie otoczenia.

Kamika nie była bierna. Była obecna. I choć nie wydawała się wroga, nie była też obojętna. Gdyby ktoś mógł wsłuchać się w jej ciszę wystarczająco długo, zrozumiałby, że Kamika mówi językiem powolnym, niemal niedostrzegalnym dla po­spiesznego umysłu. Mówiła ruchem liści, światłem kryształów i bezgłośnym, niemal intymnym drżeniem powietrza. Każda dolina zdawała się kryć opowieść, każdy krater — sekret, a każdy strumień — echo dawnych wydarzeń, które wciąż odbijały się w świadomości planety.

Noc na Kamice nie była ciemna. Zamiast czerni pojawiała się miękka, niebiesko–fioletowa poświata, w której świetliste formy tańczyły leniwie z wiatrem. Jasne pa­sma przesuwały się między skałami jak duchy, czasem ukła­dając w geometryczne wzory, które znikały, zanim można je było nazwać. Wydawało się, że planeta sama rysuje na sobie mapy przeznaczenia, które zna tylko ona.

W tym świecie czas płynął inaczej. Godziny przypominały oddechy, a dni — powolne uderzenia serca. Wszystko na Kamice sugerowało, że to miejsce nie jest martwą kulą skał i wody, lecz istotą. Nie w takim sensie, jakim znało to człowie­czeństwo — bez oczu, ust i rąk — ale w sensie obecności, świadomości zakorzenionej w każdym kamieniu, w każdym drgnieniu powietrza. Kamika cały czas czekała. Na kogoś lub na coś. Na pierwszy krok, który w końcu musi się wydarzyć. Obracała się w przestrzeni, nieświadoma i cicha.

W tym czasie statek zwiadowczy Gigera Varn zbliżał się do planety. Giger nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że coś w niej trwa w stanie oczekiwania. Z jego punktu widzenia planeta przypominała klejnot osadzony w mlecznej oprawie mgławic — tak spokojny, że wydawało się, iż czas w jej pobliżu płynie wolniej. Srebrzyste i grafitowe chmury przesuwały się nad jej powierzchnią z niepojętą gracją, formując spirale, któ­re z góry wyglądały na geometrycznie niemal doskonałe. Nie były przypadkowe — tak jakby jakaś niewidoczna ręka prowadziła ich ruchy w rytmie, którego człowiek jeszcze nie rozumiał.

Zbliżając się do planety, można było dostrzec niu­anse jej niezwykłej budowy. Nad oceanami unosiły się pasma wilgotnego powierza, które nie rozpraszały światła, lecz je za­łamywały, tworząc tęczowe obręcze widoczne jedynie z określonego kąta. Wyglądało to tak, jakby nad wodami wciąż trwał cichy, niekończący się spektakl — jakby planeta pokazy­wała podróżnym odbicie nieba, które nie należało do tego wszechświata.

Giger przycisnął dłoń do zimnej szyby panoramicznej. Nie włączał jeszcze głównych ekranów statku — pozwalał sobie na chwilę ciszy, zanim Odyssey — jego osobista AI zacznie wymieniać parametry. Czuł w kościach, że zwykłe dane ni­czego tu nie wyjaśnią. Tym bardziej źródła sygnału, który odebrali jakiś czas temu i dla którego właśnie tu przylecieli.

Tymczasem w jego polu widzenia przesunęły się lśniące, szkliste wzniesienia — musiały być ogromne, skoro było je wi­dać z orbity. Nie wyglądały na góry w ziemskim rozumieniu. Bardziej przypominały falę, która dawno temu zastygła w ruchu, jakby czas na moment zatrzymał ocean skał. Na ich bokach odbijało się blade światło pobliskiej gwiazdy, tworząc efekt pulsowania — nie światła, a samej przestrzeni.

Przez mo­ment miał wrażenie, że mgła w dolinach porusza się wbrew logice wiatru. Rozchodziła się i zbiegała w rytmie, któ­ry nie mógł być przypadkowy — powolny, jak oddech cze­goś większego. Nie były to fale atmosferyczne ani zwykłe prądy powietrza.

Giger znał fizykę takich zjawisk, ale tutaj jego wiedza milczała. Wsunął palce pod pas bezpieczeństwa, nieświadomie ściskając go mocniej. Znał uczucie napięcia przed nieznanym. Ale to było coś więcej — coś pierwotnego, jakby ktoś zawołał go po imieniu, tylko bez użycia słów.

W tej ciszy, w mechanicznym pomruku statku i jednostajnym tyka­niu zegara, poczuł lekkie mrowienie w kręgosłupie. Nie było sygnału dźwiękowego ani wibracji kadłuba. To ciało zareagowało pierwsze. Jakby powietrze kosmosu, którego tu nie było, nagle przeszło przez jego nerwy. Zamknął oczy. Wyobraźnia podsunęła mu obraz wiru. Nie widział go jesz­cze, ale czuł — istnienie czegoś, co nie należało ani do planety, ani do człowieka. Sygnał. Impuls. Wezwanie. Nie przypomi­nało to ostrzeżenia ani agresji. Nie niosło w sobie chłodu ani ciepła — było po prostu obecnością. Gigerowi przyszło na myśl dawne wspomnienie — pierwszy lot w samotności, gdy jeszcze uczył się słuchać siebie w pustce przestrzeni. To było podobne, ale głębsze. Jakby tym razem to nie prze­strzeń była pusta, lecz pełna czegoś, co czekało, aż powie „tak”.

Otworzył oczy. Kamika wciąż była tam, piękna i nierucho­ma, ale coś w niej zmieniło się w jego postrzeganiu. Nie wyglądała na obojętną kulę skał i wody. Wydawała się w tej chwili bramą. Ale do czego? — to pytanie przemknęło przez myśl.

Giger spojrzał na ruch mgły, aż dostrzegł subtelne, powtarzalne pulsowanie w jednym z odległych kotłów dolin­nych. Mgła tam nie płynęła swobodnie jak reszta — zwężała się i rozchodziła w rytmie podobnym do lidzkiego tętna. Prawie się uśmiechnął pod nosem. Tak zaczyna się prawdziwe wezwanie — pomyślał. W tym momencie zdał sobie sprawę, że cały czas wyczuwalna jest czyjaś obecność na planecie, która go przyciąga prócz samego sygnału. Obecność kogoś lub cze­goś — kto może też wysłał sygnał. Nie można było tego zignorować. Nie bał się ryzyka, bo ono zawsze dawało mu ten mały dreszczyk emocji. Jednak tym razem czuł, że to będzie coś innego niż to co spotykał na swojej drodze do tej pory.

Giger przesunął palcem po panelu kontrolnym znajdującym się na wprost jego bystrych, uważnych oczu i wywołał swoją AI o imieniu Odyssey.

— Jesteś tam? — zapytał półgłosem, wiedząc, że i tak go cały czas słyszy.

— Zawsze — odparła AI miękko, jej głos przypominał echo w dużym, pustym pomieszczeniu. — Odbieram dziwne energetycznie zakłócenia a twoje tętno znacznie przyspieszyło.

— Tak, wyczuwam coś niespotykanego na tej planecie. Jeszcze zanim cokolwiek zarejestrujesz i zanim spojrzę na wszystkie odczyty — mruknął Giger.

— Powiedziałabym, że to trochę irracjonalne… — Odyssey zawiesiła głos — Ale jesteś tu ty. Ty czujesz przecież zupełnie inaczej niż ja a coś o tym wiem.

Giger odchylił się w fotelu z delikatnym uśmiechem, jednocześnie nie odrywając wzroku od srebrzystej i zarazem ta­jemniczej bryły planety, która jakby zawieszona w przestrze­ni czekała.

— Odyssey… — jego głos zabrzmiał jakoś głucho w kabinie. — Analiza?

— Sygnał nie ustaje, powtarzalna sekwencja. Schemat zgodny z wcześniejszymi odebranymi odczytami — odpowiedziała Odyssey.

Na głównym ekranie rozbłysła pulsująca linia — trójskok, cisza, pojedynczy wydłużony impuls. Potem znów cisza, jak delikatny wdech i kolejno wydech czegoś naturalnie żywego. Giger nachylił się bliżej. Nie potrzebował tłumaczenia, by to poczuć.

— Tak, to wygląda dokładnie tak jak… ludzkie tętno — powiedział spokojnie.

— Możliwe — przyznała Odyssey. — Ale częstotliwość jest jednak jakby nieludzka. I nie jest to raczej modulacja binarna ani klasyczna fala komunikacyjna. Analiza sugeruje pewien wzór, energetyczny, a nie jakiś typowy matematyczny wzór informacyjny. — Wzór, który na swój jakiś tajemniczy sposób nas znalazł i kieruje do siebie.

Milczał chwilę, patrząc na spokojną powierzchnię planety. Nie był to zwyczajny świat. Od samego początku czuł, że coś w nim jest inne — może przez nieregularne orbity chmur, może przez zbyt geometryczne ułożenie górskich grzbietów. A może dlatego, że już od trzech dni sygnał jakby „czuwał” cały czas w tle, jak echo zapomnianego wołania.

— Odyssey, włącz pełny nasłuch. Nie filtruj.

Chwilę później kabinę wypełniło pulsowanie. Nie brzmia­ło jak dźwięk w klasycznym sensie — raczej jak wibracja przesuwająca się po wnętrzu statku, przechodząca przez podłogę i fotel, aż do jego kręgosłupa. Giger oparł się głęboko w swoim fotelu i zamknął oczy. Poczuł to. Rytm nie był przy­padkowy. Nie był chaotyczny. Czuł, że jest w nim jakiś porządek, jakby coś próbowało połączyć jego i ten rytm, który przez cały czas słyszeli.

— Czujesz to co ja wyczuwam, to wszystko? — spytał Giger półgłosem.

— Tak — odpowiedziała Odyssey, tym razem jakby ciszej, uważniej. — Ten sygnał wnika w struktury naszego statku… i wydaje się, że przenika także nas.

Na monitorze bocznym mignęły parametry: niewielkie fluktuacje pola magnetycznego, mikrowibracje całego kadłuba, drobne skoki w rejestrowanych pomiarach.

— Nie próbuj tłumaczyć — powiedział powoli. — To nie jest matematyka.

Odyssey milczała. Giger wstał z fotela i podszedł do pano­ramicznej szyby. Spojrzał na Kamikę. Na chwilę poczuł, jakby cała planeta mrugnęła do niego — nie dosłownie, ale w tym pulsie było coś bardzo osobistego, tak jakby dosłownie intymnego.

Zewnętrzne kamery przesunęły obraz na równinę w pobliżu równika. Wśród porannych mgieł — jeśli nazywać to w ogóle porankiem — zobaczył wir powietrza, który nie pasował do lokalnej pogody. Idealnie kolisty, pulsujący w tym samym rytmie, co sygnał.

Odyssey w końcu przerwała tę dziwną ci­szę:

— Jeśli to jest pułapka, to jest genialna, ale jeśli to jest wezwanie — to jest wręcz doskonale precyzyjne. Bardzo ciekawi mnie dlaczego akurat teraz i dlaczego trafiło właśnie na nas?

— Nie wiem, ale i tak wylądujemy — powiedział cicho Giger.

Jego dłoń przesunęła się po zimnym metalu szyby. Plane­ta wyglądała teraz jak jedno wielkie oko, które z uwagą cały czas od pierwszej chwili przylotu ich bacznie obserwuje.

— Wyślij pojedynczą sondę do zbierania danych — powiedział krótko. — Ustawienie parametrów… wykrywanie zagro­żenia.

— Wysłano sondę — odpowiedziała pospiesznie Odyssey. — Parametry ustawione.

Na ekranie puls sygnału przyspieszył. Przez moment Gigerowi wydało się, że usłyszał w nim echo własnego serca. Odyssey odezwała się półszeptem, choć nie musiała a jednak w właśnie tej konkretnej chwili uznała, że musi właśnie to powiedzieć:

— Najwyraźniej z nieznanego mi powodu ktoś, kto wysyła ten sygnał koniecznie nas chce.

Statek wciąż trwał na wysokiej orbicie, ale decyzja zapadła. Giger wiedział, że nie odleci stąd, dopóki nie ustali kto i w jakim celu go „wzywa”.

Po chwili statek Gigera opadł nad dolinę Kamiki, cicho jak cień. Z góry wyglądało to tak, jakby świat pulsował własnym rytmem. Kryształowe drzewa wyginały się w powolnym tań­cu, a miękkie dywany świecącego neonowym światłem mchu falowały zgodnie z niewidzialnym prądem powietrza. Atmosfera była gęsta, lśniąca a każdy promień odbijał się w niej na setki odcieni błękitu i fioletu. Giger wpatrywał się w planetę przez panoramiczną szybę. Zazwyczaj był opanowany i surowy, ale teraz jego palce lekko zacisnęły się na poręczy fotela. Takiego świata nie widział jeszcze nigdy.

— Jesteśmy na miejscu — odezwała się Odyssey, jej głos brzmiał jak szept przez kryształ.

— Planeta wygląda jak żywa — odpowiedział Giger, choć sam nie był tego pewien.

— A jeśli jest? — odparła AI z cieniem rozbawienia ale i niepokoju zarazem. — Skanuję coś… dziwnego. Pole elektro­magnetyczne, jakby próbowało nas… dotknąć.

Statek wyhamował i osiadł na powierzchni z niemal rytu­alną miękkością. Nie było huku ani wstrząsu — tylko sub­telne drżenie, które rozeszło się po ziemi, a potem ucichło. Najbliższe „drzewa” — półprzezroczyste kolumny z membra­nami zamiast zwykłych liści — odchyliły się lekko, jakby robiły właśnie teraz specjalne miejsce dla nowego przy­bysza.

— Lądowanie zakończone — zameldowała Odyssey. — Ale radzę zachować ostrożność.

Giger wstał, poprawił pas na ramieniu, a jego bransoleta rozświetliła się ciepłym światłem.

Odyssey w tym świetle mrugnęła żywo i wesoło, blaskiem z bransolety i powiedziała:

— Pamiętaj, Giger, to ty chciałeś tu wylądować. Ja tylko upewniam się, że będziemy mieli w razie czego, jak z tej planety szybko i bezpiecznie odlecieć.

— Spokojnie — odpowiedział do niej sucho. — Na razie to tyl­ko czysta obserwacja i rozeznanie terenu.

Tymczasem kilka kilometrów dalej, w domu wtopionym w ścianę skalnego klifu, Kasai otworzyła oczy. Nie obudził jej żaden hałas — raczej ciche, przejmujące poczucie zmiany, które prze­szyło ją jak fala. Wrażenie było tak wyraźne, że na mo­ment wstrzymała oddech. Dom — żywy symbiont reagujący na jej stan — zadrżał subtelnie, jakby sam wyczuł tę nową obecność. Po półprzezroczystych ścianach popłynęły srebrzy­ste smugi światła, przypominające powolny taniec rozciągniętych konstelacji. Leżała jeszcze chwilę na posłaniu z miękkich włókien roślinnych, które ogrzewało się w rytmie jej oddechu. Wnętrze domu pachniało ziołami i minerałami, a pod stopami czuła lekkie drżenie, które wędrowało po podło­dze niczym echo odległego serca. Nie był to pierwszy raz, gdy Kamika do niej „mówiła”, ale tym razem wibracja miała inny ton — mniej znajomy, bardziej napięty, jakby sama planeta wstrzymała oddech. Przez półprzezroczystą membranę okna sączyło się blade, srebrzyste światło poranka. Gdy uniosła głowę, zauważyła, że mgła w dolinie porusza się w nienaturalny sposób — nie leniwie, jak zwykle, lecz w rytmie pulsowania. Coś — albo ktoś — zakłócał jej codzienny, natural­ny i spokojny poranny oddech.

— Alex? — szepnęła w przestrzeń, ale dźwięk jej głosu był zbędny, myśl wystarczyła.

Niewielki znak pod jej kolanem — do złudzenia przypominający konstelację lub przekrzywiony celtycki krzyż — rozbłysnął ciepłym, różo­wo–czerwonym światłem. Uczucie, które temu towarzy­szyło, zawsze było takie samo: przyjemne mrowienie biegną­ce w górę nogi i rozlewające się po ciele jak powitanie starego przyjaciela. Głos jej AI rozbrzmiał wprost w świadomości, miękki i męski, z lekko stłumionym echem.

— Jestem gotowy moja Kasai — powiedział w jej głowie Alex.

— Coś się zmieniło… — mówiła wolno, jakby bała się wypu­ścić te słowa w świat.

— Masz rację. — Głos Alexa był tym razem poważny, bez nuty żartu. — Od strony wschodniej zarejestrowałem obiekt technologiczny. Lądował w Dolinie Ciszy. Energia impulsu była wyraźna, zsynchronizowana z lokalnym polem magne­tycznym.

Kasai powoli usiadła i oparła łokcie na kolanach. Czuła, że serce planety bije szybciej, że mgła w dolinie reaguje jak żywy organizm. Coś większego niż ona i Alex poruszyło tę krainę.

— Obca technologia…? — wyszeptała, marszcząc brwi. — Zastanawia mnie kto to może być.

— Sygnatura energetyczna wskazuje na pochodzenie ludz­kie — potwierdził Alex. — Ale kadłub jest zupełnie inny niż statki, które odwiedzały Kamikę w przeszłości. Nie wykrywam żad­nych standardowych protokołów.

Przez chwilę milczała. Zamiast strachu poczuła dziwną falę oczekiwania. Jakby coś w niej od lat czekało na ten moment — na impuls, który wreszcie rozbije ciszę planety. Przez myśl przemknęło jej, że Kamika od zawsze była jak strażnicz­ka jakiejś bramy, a teraz ta brama uchyla się o włos. Pod­niosła się i podeszła do szerokiego, półkolistego otworu w ścianie, który służył jednocześnie za drzwi i okno. Z wysokości swojego domu widziała gęste opary unoszące się nad ziemią, które powoli rozstępowały się w dolinie. W jej sercu pulsowało metaliczne światło, odbijające się w kropel­kach rosy jak w setkach maleńkich soczewek.

— Czujesz to, Alex? — zapytała szeptem. — To nie tylko obcy statek. Wyczuwam coś w sobie, jakby coś mnie tam bardzo mocno ciągnęło albo coś kazało mi się stąd ruszyć.

— Odbieram zwiększoną aktywność bioelektryczną plane­ty — przyznał AI. — Ale określenie „wyczuwam coś w so­bie” nie jest za bardzo ani techniczne ani naukowe.

Kasai uśmiechnęła się lekko pod nosem.

— Nauka raczej nigdy nie odda tego, co naprawdę się dzie­je w rzeczywistości.

Przez moment zamknęła oczy i pozwoliła, by wrażenia ją przeniknęły. Czuła nie tylko światło i drżenie w podłodze. Czuła planetę — jakby sama Kamika wspominała wszystkich, którzy kiedykolwiek tu stali, i wszystkich, którzy mieli tu do­piero przybyć. W tym wspomnieniu była przestrzeń dla niej i dla kogoś lub czegoś nowego.

— Pójdę tam — zdecydowała, a jej głos nie drżał ani trochę.

— Chcesz iść tam sama? — spytał zaniepokojony Alex, a w jego tonie pobrzmiał lekki protest.

— Kasai pokręciła głową. — Tutaj nie mam się czego bać. A to co wylądowało… raczej na pewno nie jest wrogiem. Zresztą nic takiego nie wyczuwam.

Zsunęła się z półki skalnej na dolną platformę, gdzie mięk­kie podłoże przyjęło jej bose stopy jak znajoma dłoń.

Droga prowadząca w dół doliny była naturalnym traktem wydeptanym przez miejscową faunę — eliptyczne ślady, wiją­ce się wśród traw i kryształowych odłamków, świeciły delikatnym fosforycznym blaskiem. Przy każdym kroku mgła rozstępowała się przed nią, a znak na jej nodze pulsował w rytmie jej pobudzonego serca.

ROZDZIAŁ II — Ziemia, która patrzy

Giger wyszedł na powierzchnię planety powoli, z ostrożnością, która była u niego odruchem. Pierwszy wdech prze­szył jego płuca chłodną falą wilgotnego powietrza, pachnące­go minerałami i czymś słodkim, obcym. Czuł, jakby oddychał samym światłem. Pod stopami trawy wydały cichy, metaliczny brzęk — dźwięk, który nie odbijał się echem w powietrzu, lecz był przenikliwy i wchodził głęboko w ciało aż do kości.

— Odyssey, czy odbiór sygnału jest wciąż stabilny? — spytał półgłosem.

— Tak — odpowiedziała AI, jej głos miał w sobie ciepło i powagę. — I staje się silniejszy. To na pewno nie jest tylko zwy­kły, nic nie znaczący sygnał, to raczej jakiegoś rodzaju przywołanie.

Giger powoli rozejrzał się po krajobrazie. Gęste od wilgoci powietrze falowało, tworząc wrażenie, że otoczenie oddycha razem z nim. W pewnym momencie kątem oka dostrzegł cień — ruch smukłej sylwetki, czarnej na tle srebrzystego powietrza. Zatrzymała się pomiędzy roślinnością tak inną od tej, którą widział na innych światach. Postać stanęła kilkanaście kroków przed nim ale nie potrafił dostrzec kto wyszedł mu na spotkanie. Cisza była tak głęboka, że słyszał własny puls.

Ka­sai wyszła z cienia roślinności, prosto i pewnie, z podbród­kiem uniesionym odrobinę wyżej niż wymagała tego ostrożność. Każdy jej krok był płynny, jakby znała rytm tej ziemi od zawsze. Z gęstej mgły wysunęła się jej dłoń a potem cala postać, a różowo–czerwony znak na nodze pulsował rytmicz­nie w takt jej zwinnych kroków. Światło w tym czasie przesączało się przez kryształowe „drzewa”, tworząc na ziemi mozaikę niebieskich i fioletowych smug powoli oświetla­jąc zbliżającą się postać.

Giger zatrzymał się kilka kroków od sylwetki, która wyło­niła się z gęstego, mlecznego powietrza. Ich spojrzenia spotkały się w ciszy, a planeta — jakby wyczuwając tę chwilę — zamilkła całkowicie. Kobieta była niskiego wzrostu, o smu­kłej, wyprostowanej sylwetce, poruszającej się z naturalną pewnością siebie. Jej skóra miała ciepły odcień, który lekko połyskiwał w świetle bioluminescencyjnych roślin. Długie, ja­sne włosy z pojedynczym, jaśniejszymi pasemkami spływa­ły na ramiona, lekko falując na wietrze, który nagle zmienił kierunek, jakby sama planeta chciała przyjrzeć się temu spotkaniu. Wciągnął powietrze, czując na języku lekko metaliczny smak mgły. Nie zrobił kroku do przodu, choć jego dłoń instynktownie spoczęła na biodrze — nie na broni, ale jakby szukał punktu równowagi.

— Jesteś… człowiekiem — powiedziała kobieta jako pierw­sza patrząc na niego z ciekawością. Jej głos był niski, miękki, lecz z wyraźną wyczuwalną w tonie ostrożnością.

— Tak. — Giger skinął głową. Jego głos był oszczędny i suchy jak zawsze.

Uśmiechnęła się lekko, jakby pytanie ją rozbawiło. Jej spoj­rzenie przesunęło się badawczo po jego sylwetce, zatrzy­mując na chwilę na bransolecie Odyssey, która delikat­nie rozbłysła, reagując na wychwycone obce pole ener­getyczne.

— Odyssey — odezwał się Giger półgłosem. — Rejestruj wszystko co może być ważne.

— Już to robię — odpowiedziała AI cicho w jego uchu. — Ska­nuję również jej sygnaturę biologiczną. Zadziwiająco… stabilna emocjonalnie i biologicznie.

Kobieta przekrzywiła głowę, jakby usłyszała ten głos, choć Giger nie był pewien, czy w tej chwili było to możliwe.

— Masz towarzysza — stwierdziła, wskazując na jego bransoletę. — Ja też mam swojego.

Znamię pod jej kolanem, różowo–czerwone, — rozbłysło lekko.

— Alex — powiedziała głośno.

W tej chwili odezwał się męski, spokojny głos w powietrzu, wyraźnie zintegrowany z jej ciałem.

— Nie wykrywam żadnej agresji ani wrogiego nastawienia.

— Alex… — powtórzył Giger wolno jakby usłyszane imię było gdzieś zapisane, gdzieś w jego pamięci. — Wygląda na to, że nie jestem tu jedynym mężczyzną. — Rzucił półżartem, ma­jąc na myśli jej AI.

— Może jesteś a może nie — odparła spokojnie patrząc mu w oczy. — Ale na pewno jesteś pierwszym od dawna. Nie pamię­tam już, kiedy ostatnio i kto to był.

Zrobiła krok w jego stronę. Podłoże zareagowało miękkim drżeniem, a pobliskie membrany drzew zadrgały, wydając niski, harmoniczny ton.

— Nazywam się Kasai — powiedziała — a delikatny uśmiech zagościł na jej twarzy.

— Giger Varn — odparł, nie ruszając się z miejsca.

A ich spojrzenia skrzyżowały się ponownie. Było w nim coś, co trudno było nazwać. Nieufność mieszała się z dziwnym poczuciem rozpoznania, jakby ta chwila była czymś, co kiedyś już się wydarzyło.

Odyssey wtrąciła się półszeptem:

— Giger… jej sygnatura częściowo pasuje do… wcześniej­szego, odebranego sygnału?

Kasai uniosła w zdziwieniu swoją gęstą ale jasną brew.

— Sygnału? To on do Ciebie był skierowany? Ja też go dobrze słyszałam.

— Więc to nie ty go stąd nadajesz? — spytał zaniepokojony Giger.

— Nie ja. — Pokręciła głową. — Myślę, że to sama planeta go wysyła.

Giger zamilkł na chwilę. Jej odpowiedź nie brzmiała jak żart. Na chwilę odwrócił wzrok ku mglistym dolinom, w któ­rych kryształy lśniły jak oddech uśpionego kolosa.

— Dlaczego akurat mnie przywołała? W czym jestem taki wyjątkowy?

Kasai uśmiechnęła się w jego kierunku nieco smutno.

— Tego jeszcze nie wiem. Ale jeśli tu właśnie jesteś, to zna­czy, że jesteś tu z jakiegoś ważnego powodu.

Od strony statku dobiegł cichy ale słyszalny dźwięk jakby jego poszycie i systemy ochronne zaczęły nagle reagować na nieznane źródło energii.

— Giger, pola energetyczne w dolinie nasilają się. Ta kobie­ta… wydaje się być częścią jakiegoś nieznanego mi systemu lub częścią czegoś czego nie potrafię rozpoznać — powie­działa z nutą ciekawości w głosie Odyssey.

Słysząc to stwierdzenie, Alex natychmiast odparł:

— Nie systemu. Tylko wszechobecnej na Kamice harmonii.

Kasai powoli odwróciła się, wskazując ścieżkę wijącą się w dół ku dolinie.

— Chodź ze mną. Jeśli tu zostaniesz, możesz nie zrozumieć wszystkiego tutaj dookoła, a ja znam to miejsce i czuję Kamikę jak nikt inny.

Schodzili w dół doliny w milczeniu, ale cisza Kamiki nie była martwa. Mgła rozstępowała się przed nimi jak kurtyna, a miękkie dywany roślin falowały lekko pod wpływem niewidocznych prądów powietrza. Giger stawiał kroki ostrożnie — jego buty zapadały się w podłoże sprężyste jak mchy, ale zim­ne jak polerowany kryształ. Z każdym krokiem czuł lekką wibrację w podeszwach, jakby planeta badała wagę jego ciała.

— Masz wrażenie, że ona nas czuje, jakby dotyka? — zapytał półgłosem.

Kasai odwróciła głowę przez ramię, uśmiechając się krótko.

— Kamika dotyka wszystkiego co znajduje się na niej ale obcych ludzi bardzo rzadko. — odparła.

— Dlaczego więc mnie wpuściła — a może raczej — sprowadziła? — Giger uważnie przesuwał spojrzeniem po skałach, które wyglądały jak zamrożone fale. — Odyssey mówi, że sygnał był… osobisty.

— Może dlatego, że jest w tym jakiś cel. Może planeta coś od ciebie chce — odparła.

Giger milczał chwilę, słuchając śpiewu membran nad nimi. Wyższe partie drzew–żył reagowały na ich kroki długim, przeciągłym tonem, który przypominał zawodzenie wiatru na pustyni.

Odyssey odezwała się cicho w jego uchu:

— Niektóre z tych roślin generują sygnał w paśmie ultradźwięków. Mogę go przetworzyć na słyszalny, jeśli chcesz.

— Nie trzeba — szepnął. — I tak mocno czuję, co mogą chcieć powiedzieć.

Kasai zerknęła na niego z ukosa. — Dobrze słyszę? Planeta z tobą teraz rozmawia?

— Jeszcze nie rozmawia — odpowiedział. — Ale ja zawsze staram się uważnie wszystkich słuchać.

Szli wolno, a dolina otwierała się coraz szerzej. Z lewej strony wypływał strumień o lśniącej, mleczno–niebieskiej wodzie. Drobiny światła w jego nurcie wirowały, reagując na ich obecność. Gdy Kasai przykucnęła i dotknęła tafli palcami, świetliste smugi popłynęły za jej dłonią, jakby witały się z do­brą znajomą.

— Tu wszystko jest świadome — powiedziała. — Woda, ziemia, mgła. I sygnał, który cały czas słyszysz, a który ciebie tu sprowadził.

— Tak to on nas tu ściągnął — mruknął Giger. — Odyssey mówi, że nie jest binarny. Nie jest to to, do czego jesteśmy na ogół przyzwyczajeni.

Zatrzymali się na chwilę, gdy w oddali zamajaczyły pierwsze ściany osady K–23 Fati. Nie była to klasyczna zabu­dowa. Kilka domów wtopionych w skały, zlewając się z otoczeniem. Niektóre wyglądały jak ziemskie gniazda owadów, półokrągłe, z otworami w kształcie kropli. Inne przypo­minały kryształy, które wyrosły wprost z ziemi, jakby przezroczyste i zarazem miękko świecące od środka.

— To jest… żywe? — spytał Giger, wskazując na najbliższy widoczny budynek, który delikatnie zmienił barwę swoich ścian gdy zaczęli się do niego powoli zbliżać.

— Tak. — Kasai szła dalej przed siebie, pewnie stąpając po miękkiej ziemi. — Domy rosną i oddychają z nami. Jeśli je zaakceptujesz, przyjmą cię.

Odyssey zaśmiała się krótko, jakby ktoś połaskotał jej nieistniejącą stopę.

— No to masz problem — powiedziała AI. — Pewnie będziesz spał pod gołym niebem.

— Bardzo zabawne — mruknął Giger, ale kącik jego ust drgnął.

Alex włączył się do rozmowy, jakby chciał obronić dumę miejscowych struktur:

— Domy reagują na obecność biologiczną i emocjonalną. Nie ma dowodów, by kogoś, nawet nie pochodzącego stąd skrzywdziły lub chciały w jakiś sposób skrzywdzić.

— Zawsze musisz wszystko tłumaczyć — droczyła się Odys­sey. To pewnie dlatego nikt nigdy nie zaprasza ciebie na kolacje.

— Raczej powinnaś to wiedzieć, że AI nie potrzebuje kolacji — odciął się Alex suchym, zdecydowanym i śmiertelnie poważnym tonem.

Kasai parsknęła cicho, co brzmiało w tej ciszy jak dźwięk kryształu.

— Widzisz? Oni już się dogadują.

Idąc Giger uważnie obserwował okolice i osadę. Wszystko było dziwnie ciche, ale nie wrogie. Z kilku budynków dobiegało miękkie światło, jakby serca bijące w rytmie planety. Nig­dzie nie widział jednak żadnych ludzi ani śladu ich obecności.

— Jesteś tu zupełnie sama? — spytał z niedowierzaniem po krótkiej chwili Giger.

— Nie całkiem. — Kasai spojrzała na niego poważnie. — Kie­dyś było nas tutaj więcej. Ale nie każdy umiał słuchać Ka­miki. Niektórzy odeszli sami, inni… zniknęli, zostało tylko kilka osób ale każdy spokojnie żyje swoim własnym życiem w harmonii z otoczeniem.

— To jednak prawie jakbyś była tutaj całkiem sama.

— Ja i Alex tak nie czujemy. — Spojrzała w stronę swojego niewielkiego ale charakterystycznego znaku, który rozbłysnął lekko na jej smukłej nodze. — Nie jestem tutaj nigdy sama, zawsze mam towarzystwo.

Stanęli się przed jej domem — półokrągłą strukturą wyrastającą ze ściany skalnego klifu. Ściany były półprzezroczyste, przesycone smugami światła, które powoli krążyły niczym krew w żyłach, tworząc wrażenie, że budynek oddycha własnym rytmem.

Giger uniósł dłoń, nie dotykając jeszcze po­wierzchni, ale czując wyraźne ciepło bijące z kryształowych ścian.

— To… reaguje. Reaguje na moją obecność — wymamrotał cicho.

— Tak. Rozpoznaje cię — odparła Kasai spokojnie.

— Jeśli wpuści cię, to znaczy, że jesteś jego gościem.

Drzwi rozchyliły się bezszelestnie, jakby budynek słyszał każde słowo. Z wnętrza popłynęło przyjemne ciepło i słodka­wy zapach minerałów zmieszanych z czymś przypo­minającym woń wilgotnych roślin po deszczu. Giger wszedł ostrożnie, a pod jego stopami miękka, sprężysta podłoga za­drżała delikatnie, jakby badała jego ciężar. W środku nie było żadnych kątów, wszystko było półokrągłe, harmonijne, jak wnętrze istoty. Światło nie pochodziło z lamp — samo przeni­kało przez struktury ścian, czasem przygasając i rozjaśniając się, jakby dom reagował na ich obecność.

— To jest jak wnętrze… ciała — powiedział półgłosem. — Żywego, ale jednak niepodobnego do niczego, co widziałem wcześniej.

Kasai stanęła naprzeciwko niego, lekko opierając się o ścianę. Przy jej dotyku kryształowa, gładka powierzchnia roz­błysła jaśniej.

— Powiedz mi prawdę, Gigerze — odezwała się po chwili. — Dlaczego tak naprawdę tu przyleciałeś?

— Sygnał — odparł bez wahania. — Ktoś go wysłał do mnie.

Kasai uśmiechnęła się lekko, jakby znała tę odpowiedź.

— To chyba Kamika cię zawołała. A jeśli odpowiedziałeś, to znaczy, że coś w tobie… należy do niej lub miała ważny powód by go do ciebie wysłać.

Odyssey odezwała się spokojnym tonem z bransole­ty:

— Giger, jej słowa pokrywają się z odczytami. Energia sygnału rezonuje z twoim biologicznym rytmem.

Giger poczuł dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Spojrzał na Kasai, a ona skinęła głową, jakby oboje słyszeli to samo echo.

— Jak długo go słyszysz? — zapytał po chwili, siadając na sprężystym siedzisku wyrastającym bezpośrednio ze ściany pomieszczenia.

— Od lat — odpowiedziała cicho. — Czasem prawie całkiem cichnie, czasem budzi się nagle, jakby coś sobie przypomniała. Ale nigdy tak wyraźnie, jak przed twoim niespodziewa­nym przylotem.

Odyssey wtrąciła się w ich rozmowę półgłosem:

— Analizuję wzór sygnału. Nie jest to informacja w klasycznym sensie. Bardziej jak… jakieś echo, echo czegoś co było.

— Może nie trzeba go analizować — powiedziała Kasai, przesuwając palcami po ścianie, która rozbłysła w rytm jej ge­stu. — Może trzeba go poczuć i wsłuchać się.

Alex, jej AI, odezwał się spokojnie:

— Planeta nie nadaje w języku. Nadaje w obecności.

Cisza, która zapadła, była pełna dźwięków, których nie dało się nazwać — delikatnych wibracji, miękkiego pulsowania w ścianach, odległego śpiewu membran drzew poza do­mem. Giger podszedł do okrągłego okna. Na zewnątrz mgła powoli ustępowała miejsca nocy. Świetliste rośliny zaczynały jarzyć się intensywniej, jakby gwiazdy spadły na ziemię. W oddali widział swój statek — teraz jak malutki cień wśród srebrzystych drzew, migoczący w rytmie synchronizu­jącym się z planetą.

— Nigdy nie spałem w takim miejscu — przyznał, gdy Kasai przygotowała elastyczne posłanie z włókien, które samo dopasowało się do jego wypracowanej latami w kosmosie syl­wetki.

— To nie będzie sen w zwykłym sensie — odparła. — To będzie raczej… słuchanie.

Gdy położył się na miękkim podłożu, poczuł, że dom reaguje na jego oddech — podłoga unosiła się i opadała ledwo wyczuwalnie, jakby zsynchronizowała się z jego klatką piersiową. Na zewnątrz zapadła głęboka, krystaliczna noc. Niebo nad Kamiką nie było czarne ale falowały po nim srebrzyste pasma gazów i gwiazd, które wyglądały jak świetlne rzeki. Widać było też wiry świetlnej mgły unoszące się nad doliną. Niektóre z żywych domów w osadzie rozbłysły miękkim światłem, odpowiadając sobie wzajemnie niczym oddechy śpiącego organizmu. Giger leżał, patrząc przez półprzezro­czyste ściany. Miał wrażenie, że cała osada żyje w rytmie pla­nety. W głowie słyszał echo sygnału, który go tu ściągnął — trzy krótkie impulsy, następnie pauza, jeden długi impuls.

— Odyssey? — Giger odezwał się półgłosem, niemal szeptem podnosząc rękę z bransoletą. — Jesteś teraz tu, czy prze­szłaś już w tryb standby?

— Nie, jestem i czuwam. Rejestruję. Twoje tętno i fala sygnału niemal się pokrywają.

— A ty, Alex rejestrujesz coś niezwykłego? — zapytała Kasai.

— Analizuję stan emocjonalny was obojga — odpowiedział AI poważnym tonem. — I rejestruję, że planeta odpowiada wam ruchem mgły i modulacją światła.

— To chyba tylko początek czegoś więcej, czegoś ważnego co ma się wydarzyć — pomyślała Kasai i zamknęła oczy do snu.

Tej nocy Giger śnił, a raczej doświadczał półsnu. Nie były to obrazy, lecz wrażenia: chłód kropelek wody przesuwają­cych się po jego skórze, świetliste kręgi wirujące w wodzie, oddech doliny zsynchronizowany z jego sercem. Czuł, że ktoś — lub coś — patrzy na niego nie oczyma, lecz obecnością. Kiedy ściany domu zaczęły jaśnieć różowym światłem poranka, po­czuł, że noc była nie snem, a rozmową bez słów. Kasai stała już przy wyjściu, owinięta jasną peleryną obok niej leżał spo­ry pakunek wypełniony potrzebnym prowiantem a drugi po­dobny trzymała w ręce. Dom cicho otworzył przed nią drzwi, jakby chciał cicho pożegnać własne, rodzone i ukocha­ne dziecko.

— Czas iść, weź przygotowane rzeczy bo będą nam potrzebne — powiedziała. — Sygnał dziś jest mocny i jeszcze wy­raźniejszy niż wczoraj.

Giger wstał pospiesznie jak to na ogół miał w zwyczaju, chwycił przygotowany przez Kasai pakunek i wyszedł na chłodne powietrze pachnące minerałami. Światło roślin przygasło, mgła unosiła się jak zasłona, a w oddali coś pulsowało — w rytmie, którego nie dało się pomylić z ni­czym innym.

— Dokąd ona prowadzi? — zapytał, ruszając z nią i pokazu­jąc palcem ręki w stronę doliny.

— W głąb Kamiki — odparła Kasai. — A co tam znajdziemy… to już zależy tylko od niej.

Ruszyli razem w stronę porannej mgły, a nad nimi planeta oddychała wolno, jakby czekała na odpowiedź.

ROZDZIAŁ III — Poszukiwanie sygnału

Kasai i Giger opuścili kolonię K–23 Fati kiedy jeszcze poranna mgła wciąż snuła się między kryształowymi drzewami, a światło planety przelewało się po liściach jak płynny, jasny fiolet. Ścieżka początkowo była wyraźna, bo prowadziła przez obrzeża osady, gdzie miękki mech udeptany przez nie­licznych mieszkańców tworzył naturalny trakt. Po kilku­set metrach osada zniknęła, a Kamika zaczęła ich otaczać w całej swojej obcości. Pod ich stopami mech uginał się spręży­ście, cicho sycząc przy nacisku butów Gigera i bosych stóp Kasai. Ziemia pulsowała ciepłem, wyraźnie wyczuwalnym, kiedy zatrzymywali się choćby na chwilę. Nad głowami falo­wały rozległe liście drzew–membran, a z każdej ich kra­wędzi zwisały delikatne, przezroczyste włókna, które roz­świetlały się, kiedy Kasai przechodziła tuż obok. Alex sko­mentował to półgłosem, rezonując w jej kobiecej świadomo­ści:

— Wygląda na to, że one reagują na ciebie bardzo emocjonalnie.

— Zawsze tak robią — odpowiedziała w myślach. — To jak powitanie.

Giger obserwował, jak mech pod jego butami rozbłyskuje na krótko bladym światłem. Na jego bransolecie pojawiły się wykresy fluktuacji pola elektromagnetycznego.

— Sygnał systematycznie się nasila — odezwała się Odyssey. — Czuję… a właściwie wykrywam… coraz wyraźniejszą przybierającą na sile pulsację.

— Wiem — odpowiedział Giger cicho, bardziej do siebie niż do niej. — Czuję to w kręgosłupie.

Słońce Kamiki wspinało się po niebie, które zmieniało ko­lory w niepojęty sposób: od różu, przez błękit z nutą zieleni, aż po głęboki fiolet na krawędziach horyzontu. Wszystko zdawało się płynąć w zwolnionym tempie, a powietrze było gęste od zapachów wilgoci, minerałów i czegoś słodkiego, czego nie dało się porównać do niczego ziemskiego. Po kilku godzinach marszu roślinność zgęstniała, a ścieżki przestały istnieć. Wokół nich pojawiły się wysokie formy przypomina­jące pnie, ale skręcone w spiralne kształty, które wydawały się lekko drgać. Kasai szła pewnie przodem, stąpając boso i pozwalając, by kolorowy dywan i ziemia prowadziły ją jak stara dobra przyjaciółka.

— Czujesz, że planeta nas prowadzi? — spytała, oglądając się przez ramię.

— Czuję, że mnie w jakiś sposób ocenia, bada — odpowie­dział Giger sucho. — Jakby sprawdzała mnie i czy na pewno powinienem tu być.

— Myślę, że tego chciał sygnał lub coś co go wysłało — stwierdziła bez wahania. — Inaczej jestem pewna, że nie było­by cię na tej planecie teraz.

Alex odezwał się do Gigera przez łączność Odyssey, jego głos niósł nutę ciekawości:

— Twoja reakcja biologiczna jest silniejsza niż u przeciętne­go człowieka w obcym środowisku. Kamika chyba próbuje cię odpowiednio nastroić.

— Na to wygląda — przyznał Giger, a jego uważny wzrok zaczął wędrować po falujących liściach, które zdawały się wibrować w rytmie jego serca.

W pewnym momencie z lewej strony rozległ się cichy plusk. Spojrzeli i zobaczyli niewielkie jezioro, którego woda była niemal mleczna, rozświetlona od środka tysiącami maleńkich punktów bioluminescencji. Kiedy podeszli bliżej, te punkty zaczęły układać się w fale przypominające koncen­tryczne kręgi, jakby jezioro reagowało na ich obecność.

— To niesamowite — wyszeptał Giger, klękając przy brzegu. — Woda się porusza, chociaż nic przecież do niej teraz nie wpadło.

— Woda cię widzi — odpowiedziała Kasai miękko.

Z nadbrzeżnych skał nagle oderwały się dwa niewielkie stwory, przypominające skrzy­żowanie liścia z meduzą. Wzbiły się powoli w powietrze, a ich półprzezroczyste ciała zadrżały, gdy mijały ich głowy. Gi­ger odprowadził je wzrokiem, a Odyssey skomentowała:

— One emitują ultradźwięki. Rejestruję krótki wzorzec, powtarzający rytm sygnału.

— To tak, jakby cała planeta była jednym wielkim instru­mentem — mruknął Giger. — I teraz uczy nas tej swojej tajemni­czej melodii.

Kasai uśmiechnęła się tylko lekko i wskazała ręką na wąską szczelinę między drzewami.

— Tamtędy. Jeśli dobrze słucham Kamiki, to jesteśmy coraz bliżej.

Ścieżka, którą wskazała Kasai, prowadziła w dół łagodne­go zbocza. Powietrze stało się chłodniejsze, a mgła gęstniała, unosząc się w smugach, które zdawały się tańczyć w rytmie niewidzialnej melodii. Co jakiś czas wiatr rozrywał ją na pasma, odsłaniając fragmenty doliny, gdzie kryształowe drzewa połyskiwały na srebrno.

Giger szedł ostrożnie za Ka­sai, czując, jak każdy krok rozbrzmiewa cichym, głuchym echem w jego kościach. Głęboki oddech planety po, której stą­pali stawał się coraz wyraźniejszy.

— Odyssey…? — szepnął odruchowo podnosząc rękę z bransoletą w stronę ust.

— Odbiór sygnału maksymalny. Puls powtarzalny, zgodny z tym, który pojawił się przy lądowaniu — odpowiedziała AI, a jej głos był spokojny, ale napięty.

Kasai zatrzymała się na moment, czekając, aż do niej dołą­czy. Jej bose stopy delikatnie zatopiły się w mchu, a mały znak pod kolanem zaczął pulsować miękkim, różowo–czerwonym i łagodnym światłem.

— Kamika chce, żebyś słyszał ją nie tylko uszami — powiedziała.– Jeśli zamkniesz oczy, poczujesz, że sygnał to nie tyl­ko sam czysty dźwięk.

Giger zamknął powieki. Przez chwilę panowała cisza, zakłócona tylko delikatnym szumem wiatru i harmonicznym drżeniem liści. Potem coś w nim drgnęło. Wyraźnie poczuł falę ciepła, która przeszła od stóp w górę kręgosłupa. Sygnał planety — puls Kamiki — nagle wydał się bliższy, jakby ktoś stał tuż obok i oddychał razem z nim.

— Tak… — wyszeptał. — To jest… jak żywe, czuję to właśnie teraz.

Ruszyli dalej, a mgła zaczęła ustępować, odsłaniając przed nimi fragment lasu, którego jeszcze nie widzieli. Roślinność przybrała zupełnie inny charakter: pnie drzew były smuklej­sze, bardziej skręcone, a ich liście tworzyły nad głowami pół­przezroczystą kopułę. Bioluminescencja była tu silniejsza — błękitne i fioletowe światło zalewało ścieżkę, tworząc wra­żenie, jakby stąpali po tafli wodnej odbijającej gwiazdy. Z ciemności wynurzyły się stworzenia przypominające latające wstążki. Były długie, wiotkie i miały dziesiątki drobnych „oczek” na bokach, które rozświetlały się, kiedy przelatywały obok. Jeden z nich zbliżył się na tyle, że Giger poczuł na skó­rze delikatne mrowienie, jakby przeleciał obok ładunek elektrostatyczny.

— Odyssey, notujesz to wszystko w rejestrze? — spytał cicho.

— Tak. Te istoty emitują delikatne pole energetyczne zsynchronizowane z pulsowaniem planety. To rodzaj nietechnicznej a jakby naturalnej, biologicznej anteny.

— Mówiłam, że wszystko tutaj współgra — dodała Kasai, patrząc w górę, gdzie wstążki zataczały koła nad ich głowami. — Jeśli Kamika cię zaakceptuje, poczujesz, że one też przestaną cię obserwować jak kogoś obcego, jak intruza.

Po kolejnych kilkunastu minutach marszu las przerzedził się i ustąpił miejsca dolince pełnej kryształowych formacji. Wyglądały jak wyrastające z ziemi szklane sople, które deli­katnie dźwięczały, kiedy dotykał ich wiatr. Każdy dźwięk na­kładał się na inne, tworząc melodyjny, spokojny akord.

— Alex, analizuj to dokładnie — poprosiła Kasai.

— Częstotliwości pasują do sygnału — odparł jej AI. — Kami­ka prowadzi was w jakieś konkretne miejsce.

Giger przeszedł między kryształami, uważnie stawiając kroki. Miał wrażenie, że dźwięk, który wydają, zmienia się w zależności od tego, gdzie się znajduje. Jakby same kryształy stroiły się do jego obecności.

— To jak świątynia — powiedział w końcu, zatrzymując się na środku dolinki.

Kasai spojrzała na niego z lekkim i pobłażliwym uśmie­chem.

— Świątynia, w której nie ma kapłanów. Tylko planeta i ty sam.

Nagle powietrze zgęstniało, a mgła wokół ich stóp zaczęła się kręcić w powolnym wirze.

Odyssey rozbłysła na bransole­cie Gigera i natychmiast zareagowała:

— Giger, czuję fluktuacje pola. To początek rezonansu.

— To nie jest niebezpieczne — wtrącił Alex. — Kamika wita chyba w ten sposób przybysza.

Giger wziął głęboki oddech i poczuł, że nie może się oprzeć wrażeniu, iż zbliżają się do cze­goś, co nie jest ani technologią, ani naturą, a jednak należy do obu światów jednocześnie.

— Jeszcze kawałek — powiedziała Kasai. — Źródło sygnału jest blisko.

Ostatnie metry ścieżki prowadziły w stronę miejsca, które wyglądało jak granica między snem a jawą. Kryształowe formacje gęstniały, aż stworzyły naturalny korytarz, wiodący ku ciemniejszej szczelinie w skalnej ścianie. Nad wejściem mgła tworzyła powolny, spiralny wir, pulsujący dokładnie w rytmie sygnału. Giger zatrzymał się na moment, wpatrując się w hipnotyzujący ruch powietrza przed ich oczami.

Zbliżyli się do wejścia w głąb formacji. Giger przesunął dłonią po skalnej krawędzi wejścia. Kamień był gładki i ciepły, niemal pulsujący. Przez chwilę miał wrażenie, że dotyka nie skały, a czegoś żywego.

— Odyssey, status? — spytał Giger.

— Fluktuacje w normie — odpowiedziała, ale z lekkim zawahaniem. — Chociaż wnętrze wygląda na większe, niż su­gerują skany.

— Iluzja? — uniósł brew.

— Nie. Coś organicznego. — Zrobiła krótką pauzę. — I chyba nas słucha.

— Kamika otwiera dla was drogę — wtrącił się Alex.

Kasai weszła pierwsza, Giger podążył. Kryształy pulsowały mlecznym blaskiem. — Niesamowite… — wyszeptał Gi­ger.

— To dopiero początek — odparła Kasai. — Kamika dopiero cię poznaje.

Kasai odchyliła zwisające liście i weszła pierwsza. Jej bosy krok nie wywołał żadnego dźwięku. Giger podążył za nią, czując jak mrok jaskini otula go jak płaszcz, chłodny, ale nieprzyjazny. Wnętrze rozświetlały kryształy, które rosły wzdłuż ścian i sufitu. Niektóre pulsowały w rytmie planety, inne świeciły stałym, mlecznym blaskiem. Światło odbijało się w taflach podziemnych strumieni, tworząc wrażenie, że stąpają po lustrze, pod którym kryje się inny świat.

— Niesamowite… — wyszeptał Giger, niemal zapominając o oddechu.

Im głębiej wchodzili, tym wyraźniejszy stawał się puls. Nie był to dźwięk, który można by nagrać zwykłym mikrofo­nem. To była wibracja przechodząca przez ciało, zsynchronizowana z sercem i oddechem.

Odyssey odezwała się z niezwykłą powagą: — Giger, twoja aktywność mózgo­wa wchodzi w nietypową fazę. Fale theta dominują teraz w twoim mózgu. To jakbyś teraz zaczął medytować.

— To nie ja — wyszeptał z uśmiechem. — To pewnie ona, ja nie jestem do tego zdolny.

Kasai kucnęła przy jednym z większych kryształów i dotknęła go opuszkami palców. Światło przeszło z kamienia na jej dłoń, a potem, jakby rozpoznając nowego uczestnika, prze­skoczyło na Gigera. Poczuł lekkie mrowienie w całym ciele.

— Teraz jesteś częścią jej rytmu — powiedziała cicho. — I ona jest częścią ciebie.

Przeszli jeszcze kilka metrów, aż korytarz rozszerzył się w komnatę, której sklepienie tonęło w migotliwych punktach światła. Wyglądało to jak nocne niebo zamknięte w sercu pla­nety. Pośrodku znajdowało się jezioro tak spokojne, że przypominało lustro. Na jego powierzchni odbijały się krysz­tały i ich światło, tworząc iluzję nieskończonej przestrzeni.

— Źródło sygnału… — Odyssey urwała, jakby sama potrze­bowała chwili. — Jest chyba dokładnie pod powierzchnią właśnie tej wody. Nie jestem pewna ale moje sensory tak wskazują.

— Raczej nie boi się naszego przybycia — zauważyła Kasai. — Ona na pewno na nas czeka.

Giger zbliżył się do brzegu i przykucnął. Delikatnie zanurzył palce w wodzie. Jezioro za­reagowało natychmiast — od jego dotyku rozeszły się kręgi ja­snego światła, które połączyły się z odbiciami kryształów, tworząc hipnotyzującą mozaikę. W tej chwili poczuł coś wię­cej niż tylko puls. Jakby w jego głowie rozbrzmiał głos — nie w słowach, lecz w emocjach: przybyłeś. Spojrzał na Kasai. Ona tylko skinęła głową, jakby dobrze znała to uczucie.

Cisza w jaskini była pełna oczekiwania. Kamika oddycha­ła, pulsowała, a w jej wnętrzu otwierała się nowa droga.

ROZDZIAŁ IV — Echo, które nie milknie

Jaskinia przyjęła ich chłodnym, wilgotnym oddechem. Woda sączyła się ze stropu, spadając w drobnych kroplach na nierówną posadzkę. Każda kropla rozbrzmiewała echem, które odbijało się od ścian i powoli ginęło w głębi, jakby sama Kamika słuchała intruzów, zanim pozwoli im przejść dalej. Jarzące się w ciemnościach porosty oplatały ściany i sklepienie, rzucając na nich miękkie światło w odcieniach zieleni, błękitu i mętnej bieli. Powietrze pachniało minerałami i wilgocią, a każdy ich krok niósł się po kamieniach jak w świątyni. Kasai szła pierwsza, jej bose stopy prawie nie wydawały dźwięku na chłodnym kamieniu. Wyglądała jak część tej jaskini — sylwetka miękko rozświetlona przez blask porostów poruszała się płynnie, jak cień dawno zapomnianej historii. Giger kroczył tuż za nią, ostrożny, z dłońmi lekko uniesionymi — nie w obronie, ale w nieświadomej gotowości.

— Alex? — wyszeptała, czując pod stopami delikatne drżenie. Znamię przypominające krzyż pod jej kolanem rozbłysło lekko.

— Energia rośnie — odparł jej AI miękkim, męskim głosem. — Wir jest blisko.

Giger spojrzał na swoją bransoletę. Odyssey milczała przez moment, jakby sama wstrzymała oddech, a potem szepnęła w jego uchu:

— Czuję to. To nie tylko sygnał… to coś znacznie więcej.

Im głębiej wchodzili, tym bardziej jaskinia wydawała się żywa. Ściany nie były martwe — miejscami pulsowały delikatnym światłem, a pod ich dotykiem czuło się miękki opór, jakby w kamieniu drgało powolne serce. Mgła, która wypełniała nie­które korytarze, unosiła się i opadała w rytm niewidocznych prądów, zsynchronizowanych z czymś, co oboje czuli w pier­si. Nagle korytarz rozszerzył się w olbrzymią komorę. Nad nimi sklepienie znikało w półmroku, a z centralnego punktu jaskini bił wir światła — nie oślepiający, lecz wciągają­cy spojrzenie. Było w nim coś hipnotycznego, coś, co sprawiało, że ich serca przyspieszały równo w tym samym rytmie.

— To tutaj… — wyszeptała Kasai.

Zatrzymali się na granicy kręgu światła. Powietrze było gęstsze, lepkość energii czuło się na skórze jak ciepłą mgłę. Giger poczuł lekkie mrowienie w palcach i karku, a Odyssey odnotowała niestabilność pola elektromagnetycznego.

— Parametry w normie? — spytał półgłosem.

— Dla ciebie — tak — odpowiedziała AI. — Ale to miejsce… jest jak żywy rezonator.

Wir cicho pulsował, jakby obserwował ich tak samo, jak oni jego. W tej ciszy Kasai wyciągnęła rękę i jej palce drgnęły od nieuchwytnej siły. Energia przepłynęła przez nią, jakby ktoś dotknął jej myśli, a nie skóry. Ich spojrzenia się spotkały. Kasai zrobiła pierwszy krok w stronę wiru. Miękkie światło objęło ją jak mgła, oplatając jej ramiona i włosy delikatną poświatą. W tej chwili wyglądała, jakby stąpała po granicy snu i jawy. Giger podążył za nią, czując, że powietrze staje się coraz gęstsze — każdy wdech miał w sobie metaliczny posmak, jak­by oddychał energią, a nie powietrze.

— Czuję… — wyszeptał Giger, nie kończąc zdania.

— Wiem — odparła Kasai równie cicho. — To miejsce przeni­ka wszystko.

Giger powoli wyciągnął rękę. Palce weszły w strefę wirującego światła, które nie parzyło ani nie chłodziło — przypomi­nało raczej ciepły puls, coś pomiędzy dotykiem i muzyką. Fala energii przeszyła jego ciało od dłoni po kark, aż do kręgosłupa. Puls przyspieszył, a w głowie pojawiły się obrazy — niejasne, jak wyjęte ze snu.

Kasai również zadrżała. Jej oczy zaszkliły się, a dotąd miarowy oddech mocno przy­spieszył. Bo czegoś takiego jeszcze nigdy nie doświadczył.

— Widzisz to? — zapytała, nie odrywając wzroku od wiru.

— Tak — wyszeptał Giger. — Jakbyśmy już… albo zawsze tu byli.

Światło wiru rozbłysło mocniej, a echo planety zagrało w ich piersiach. Czas przestał istnieć. Wir pulsował coraz szybciej, a otaczająca ich mgła zaczęła tańczyć, tworząc spirale światła. Wydawało się, że sama jaskinia oddycha razem z nimi — każdy ich wdech i wydech odbijał się w świetle, które oplatało ich sylwetki. Kasai zrobiła kolejny krok, aż stanęła w samym sercu wiru. Gi­ger poczuł, jak siła przyciąga go za nią. Światło nie było ani zimne, ani gorące — przenikało ciało jak łagodny prąd. W tej chwili poczuł, że granice między nimi a otoczeniem zaczynają się zacierać.

— Giger… — wyszeptała, jej głos drżał nie ze strachu, lecz z ekscytacji.

Giger skinął tylko głową. Czuł jakby ktoś zaglą­dał do jego wspomnień i emocji, ale nie z wrogością, a z ciekawością. Nagle mgła przed nimi zgęstniała i w świetle wiru pojawiły się obrazy. Na początku były nieostre, jak w wodnym zwierciadle, potem nabierały wyraźnych kształtów. Zobaczył ich oboje. Siebie i Kasai — w innych czasach, w innych ciałach. Widział, jak biegną przez pola pokryte lśniącą trawą, jak stoją nad urwiskiem, wpatrując się w obce słońca. Potem obrazy zmieniały się, ukazując ich rozłąkę: ściany pło­nących miast, kosmiczne pustkowia, samotność na statkach dryfujących w pustce. Każde spotkanie kończyło się tym samym: krótkim dotykiem dłoni i obietnicą, że znów się odnajdą. Kasai wyciągnęła do niego rękę i dotknęła jego palców. Obraz zmienił się. Teraz byli tutaj — w tej samej jaskini — ale ich sylwetki zlewały się z wirującym światłem.

Kamika zdawała się wyciszyć, gdy zatrzymali się przy skrzyżowaniu ścieżek, których… tak naprawdę nie było.

— Odyssey, co pokazują skany? — spytał Giger.

— Ścieżki nie istnieją — odparła. — Ale twoje oczy i czujni­ki planety mówią co innego.

Kasai rozejrzała się powoli. — Kamika czasem tworzy dro­gi tylko dla tych, którzy mają nimi pójść.

— A jeśli źle wybierzemy? — zapytał Giger.

— To wrócimy tam, skąd przyszliśmy — odpowiedziała spokojnie, jakby mówiła o czymś oczywistym.

— Nie brzmi to jak zła opcja — mruknęła Odyssey, obserwując ma­powanie terenu. — Ale pewnie ty i tak wybierzesz tę najbar­dziej ryzykowną trasę.

— Znasz mnie aż tak dobrze? — rzucił Giger półgłosem do Odyssey, która tym razem nic nie odpowiedziała, tylko delikatnie rozbłysła światłem bransolety.

Ścieżki rozmyły się w mgle tak samo szybko, jak się pojawiły.

Wir światła zadrżał, a w ich ciałach zabrzmiała niewidzialna nuta. Nie był to dźwięk w sensie fizycznym — bardziej wrażenie, że coś uderza w struny ich świadomości. Kasai po­czuła ciepło w brzuchu i piersi, które rozlało się po całym ciele. Spojrzała na Gigera — jego oczy błyszczały w świetle wiru, a na ustach pojawił się cień uśmiechu, którego rzadko doświadczała. Światło wiru nagle zmie­niło barwę na mlecznobiałą. Mgła rozświetliła się intensyw­nie i na moment jaskinia zniknęła.

Zamiast ścian z porostami ujrzeli rozległą, złocistą przestrzeń, w której unosiły się pa­sma światła, jak rzeki wijące się w nieskończoność. Ich ciała stawały się lekkie, a stopy jakby traciły kontakt z podłożem.

— Giger… — oddech Kasai przyspieszył. — Czuję, jakbym unosiła się w tobie… i w tym miejscu jednocześnie.

Giger objął ją w talii, trzymając blisko, jakby to było jedyne zakotwiczenie w świecie, który przestał mieć granice. Ich oddechy zlały się w jeden rytm. Odyssey odezwała się tylko raz, półgłosem:

— Jesteście w stanie głębokiego połączenia. To… coś więcej niż sama fizjologia.

Wir pulsował wokół nich, a czas przestał istnieć. Każdy dotyk był jak iskra, każda myśl łączyła się w jedną wspólną falę. Kasai wiedziała, że nie powinni przerywać — czuła, że to właśnie ta jedność jest kluczem do otwarcia pierwszej ścieżki. Wir światła wokół nich przyspieszał, a jaskinia zdawała się znikać w rozświetlonej mgławicy. Wszystko stawało się płyn­ne — czas, przestrzeń, granice ich ciał.

Kasai przylgnęła do Gigera, czując, jak energia wiru przepływa przez nich obo­je, splatając w jedno oddech, tętno i myśli. Każdy dotyk stawał się intensywniejszy niż kiedykolwiek wcześniej — jak­by powietrze samo było elektryczne, a ich ciała rezonowały z jego rytmem. Ich pocałunek był powolny, głęboki, a jednak pełen dzikiej siły, którą nadawało miejsce, w którym się zna­leźli. Kiedy ich dłonie błądziły po ciałach, mieli wrażenie, że nie są już ograniczeni skórą — jakby każdy gest rozchodził się falami w ich świadomości. Nie było pośpiechu.

Wokół nich otworzyła się przestrzeń, w której każda sekunda wydawała się wiecznością. Kasai energię, moc, która była zarówno fi­zyczna, jak i niemal duchowa. Giger był przy niej całym sobą, skupiony i obecny, a ich jedność przypominała coś pierwot­nego — jakby całe istnienie prowadziło do tej jednej chwili. Kiedy ich ciała połączyły się w rytmie wyznaczanym przez puls wiru, poczuli, jak ich zmysły rozkwitają. Światło zawiro­wało nad nimi, przybierając kształty spiralnych pasm, które wyglądały jak rzeki spadających gwiazd. W ich gło­wach pojawiały się obrazy — nie tylko wizje przeszłych wcie­leń, ale też możliwości przyszłości, które mogły nadejść, jeśli pozostaną razem i pozwolą miłości stać się siłą prowadzącą.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.