E-book
19.48
drukowana A5
29.99
Kamienie węgielne

Bezpłatny fragment - Kamienie węgielne


Objętość:
100 str.
ISBN:
978-83-8467-535-9
E-book
za 19.48
drukowana A5
za 29.99

Nie jestem jeszcze tym, kim miałem być

Przez lata szedłem drogą,

którą ktoś narysował przede mną.

Była prosta,

oznaczona białymi kamieniami,

prowadziła przez miasta o znajomych nazwach

i kończyła się podobno

w miejscu zwanym dorosłością.

Mówiono:

tutaj skręcisz,

tutaj się zatrzymasz,

tutaj zbudujesz dom.

Nie pytano, czy lubię ten krajobraz.

Więc szedłem.

Nosiłem przy sobie cudzą mapę,

zagiętą w kieszeni tak długo,

aż linie zaczęły przypominać blizny.

Były na niej domy,

których nie chciałem,

drzewa, pod którymi nie zamierzałem odpoczywać,

i drzwi, które należało otworzyć

we właściwym wieku.

Przez jakiś czas myślałem, że tak właśnie wygląda życie:

odhaczać kolejne miejsca

i nie pytać, dokąd prowadzą.

Aż któregoś ranka

droga skończyła się przede mną

bez ostrzeżenia.

Nie było przepaści.

Nie było muru.

Tylko trawa,

wiatr

i kilka śladów

prowadzących w zupełnie inną stronę.

Stałem tam długo z mapą w dłoni.

Po raz pierwszy

nie wiedziałem, gdzie jestem.

I po raz pierwszy

nie próbowałem tego sprawdzić.

Schowałem mapę.

Nie dlatego, że przestała być potrzebna.

Po prostu zrozumiałem,

że nie każda mapa

jest narysowana dla nas.

Niektóre powstają z cudzych lęków,

z cudzych nadziei,

z tego, co wypada,

z tego, co bezpieczne,

z tego, co dobrze wygląda

z daleka.

A człowiek może całe życie

iść bardzo rozsądnie

w niewłaściwym kierunku.

Tego dnia nie znalazłem odpowiedzi.

Nie znalazłem też siebie.

Znalazłem tylko

pierwszą ścieżkę,

której nie było na mapie.

Poszedłem nią.

Może prowadzi donikąd.

Może za zakrętem

czeka zagubienie.

Ale kiedy odwracam się czasem

i widzę za sobą tamten równy, bezpieczny szlak,

nie żałuję.

Bo po raz pierwszy

nie idę tam,

dokąd miałem dojść.

Idę tam,

dokąd chcę się przekonać,

czy warto dojść.

I chyba właśnie wtedy

zacząłem dorastać.

Nie wtedy, kiedy nauczyłem się wiedzieć.

Tylko wtedy, kiedy przestałem udawać, że znam drogę.

Mieszkanie po poprzednim życiu

Właściciel powiedział,

że mieszkanie jest po remoncie.

Nowa farba,

nowe listwy,

nowe gniazdka.

Pachniało jeszcze czymś

obcym,

jakby świeżość miała swój zapach

i można ją było kupić razem z kluczami.

Pierwszego wieczoru

nie rozpakowałem niczego.

Chodziłem z pokoju do pokoju,

dotykając ścian jak człowiek,

który próbuje przypomnieć sobie sen po przebudzeniu.

W sypialni znalazłem śrubę.

Tkwiła wysoko nad podłogą,

samotna,

zardzewiała od środka.

Ktoś musiał kiedyś

coś tutaj powiesić.

Obraz?

Półkę?

Może lustro, w którym przez lata

oglądała się ta sama twarz.

Nie wykręciłem jej.

Nie wszystko,

co zostało po innych,

trzeba usuwać.

Na podłodze była rysa.

Cienka i długa,

przechodziła przez deski jak zdanie urwane

w połowie.

Może przesuwano tędy szafę.

Może stół.

Może któregoś wieczoru

ktoś stał dokładnie tutaj

i nie wiedział jeszcze,

że następnego ranka

jego życie będzie już

gdzie indziej.

W kuchni,

za szufladą,

znalazłem karteczkę.

Jedno zdanie.

Bez daty.

Bez podpisu.

Nie wiem, czy było ważne.

Właśnie dlatego zostało.

Czytałem je kilka razy,

próbując wyobrazić sobie

rękę, która je napisała.

Ktoś musiał siedzieć przy tym stole.

Ktoś musiał odkładać kubek

w to samo miejsce.

Ktoś czekał tutaj na telefon,

który nie zadzwonił.

Ktoś wracał późno.

Ktoś zasypiał z myślą o poranku.

Ktoś pewnego dnia

zamknął drzwi

i już nie wrócił.

A potem przyszedłem ja.

Z własnymi kartonami,

własnym zmęczeniem i rzeczami,

które miały mi wystarczyć

na nowe życie.

Przez kilka tygodni

uczyłem się tego mieszkania.

Która deska skrzypi.

Gdzie słońce

zostawia prostokąt światła na ścianie.

O której rurami przechodzi ciepło.

Gdzie najlepiej postawić krzesło.

Powoli przestawało być obce.

Aż pewnego dnia zobaczyłem śrubę

i pomyślałem:

to dziwne,

jak szybko człowiek

potrafi nazwać miejscem

coś, co jeszcze niedawno

należało do kogoś innego.

Może z nami jest podobnie.

Może pod skórą

też mamy stare śruby.

Miejsca po obrazach, które dawno zdjęto.

Rysy po meblach,

które już nie istnieją.

Cudze słowa zostawione w szczelinach.

Zapachy mieszkań,

do których nie pamiętamy już adresu.

Może dlatego czasem w nowej miłości

otwieramy drzwi

i nagle wiemy, gdzie postawić strach.

Dlaczego nie siadamy tyłem do okna.

Dlaczego pewnych pytań nie zadajemy.

Dlaczego po kłótni

milczymy dokładnie tak, jak milczeliśmy

w poprzednim pokoju.

Nosimy w sobie

miejsca, z których wyszliśmy.

Niektóre są jasne.

Inne mają wilgoć pod tynkiem.

Jeszcze inne zostały zamalowane tyle razy,

że nie pamiętamy już, co było pod spodem.

A jednak wystarczy przypadkowe słowo,

zapach deszczu, czyjś sposób zamykania drzwi,

żeby nagle całe dawne mieszkanie wróciło do nas

bez pytania o pozwolenie.

Dziś patrzę na tę rysę na podłodze.

Mógłbym ją zaszpachlować.

Mógłbym wymienić deskę.

Mógłbym wreszcie

wykręcić starą śrubę.

Ale zostawiam wszystko

tak, jak jest.

Nie dlatego,

że podoba mi się cudza przeszłość.

Tylko dlatego,

że zaczynam rozumieć:

nowe miejsce

nigdy nie jest całkiem nowe.

Ani mieszkanie.

Ani człowiek.

Zawsze coś zostaje

po tych, którzy byli przed nami.

Czasem jest to ślad

na podłodze.

Czasem jedno zdanie

za szufladą.

Czasem blizna,

której nikt poza nami

nie potrafi zobaczyć.

I może dojrzałość

nie polega na tym,

żeby wszystko po poprzednim życiu

usunąć do ostatniej śruby.

Może chodzi o to,

żeby nauczyć się mieszkać

wśród własnych śladów i wreszcie wiedzieć,

które z nich są jeszcze częścią nas,

a które należą już tylko

do poprzednich lokatorów.

Wszyscy gdzieś zdążają

Na peronie stoją ludzie

z biletami zaciśniętymi w dłoniach.

Każdy zna swój numer,

godzinę odjazdu,

nazwę stacji,

na której powinien wysiąść.

Pociągi przychodzą punktualnie.

Najpierw odjechał ten

z tabliczką

„Miłość”.

Wsiadali do niego znajomi,

których pamiętam jeszcze z czasów,

kiedy nikt nie wiedział,

dokąd właściwie jedziemy.

Potem pojawił się kolejny.

„Dom”.

Widziałem, jak znikają za szybami

z kartonami, kluczami

i tym szczególnym rodzajem uśmiechu,

który mówi:

zdążyłem.

Później były następne.

„Awans”.

„Rodzina”.

„Podróż”.

„Stabilność”.

Niektóre miały wagony pełne dziecięcego śmiechu,

inne pachniały nową skórą siedzeń

i drogimi kawami kupowanymi

na dworcach obcych miast.

A ja?

Stałem.

Mój pociąg podobno miał przyjechać

dawno temu.

Tak przynajmniej wynikało

z rozkładu,

który nosiłem w głowie.

Więc zacząłem spoglądać na zegary.

Na cudze nadgarstki.

Na ekrany telefonów.

Na zdjęcia z kluczykami

trzymanymi przed nowymi drzwiami.

Na pierścionki połyskujące

w promieniach zachodzącego słońca.

Na dzieci śpiące

na tylnych siedzeniach samochodów.

Każdy gdzieś był.

Każdy dokądś zmierzał.

Tylko moje życie

zdawało się stać na czerwonym świetle.

Minuty przechodziły przeze mnie

jak pociągi nocą.

Nie wsiadałem.

Bałem się,

że przegapiłem swój.

Że skoro inni są już dalej,

mnie została tylko poczekalnia

i ławka pod zimnym światłem.

Aż któregoś wieczoru

zgasły wszystkie tablice.

Dworzec opustoszał.

Zostałem sam

z zegarem wiszącym wysoko nad peronem.

Patrzyłem na jego wskazówki

i nagle zobaczyłem coś,

czego wcześniej nie dostrzegałem.

Nie pokazywały mojego czasu.

Przez cały ten czas

patrzyłem na zegar kogoś innego.

Mój zegarek

leżał przecież w kieszeni.

Wyjąłem go.

Był spóźniony.

O kilka minut.

Może o kilka lat.

Ale nadal chodził.

I wtedy pomyślałem,

że być może nie ma jednego pociągu,

na który wszyscy musimy zdążyć.

Może niektórzy jadą nocą.

Może inni wysiadają

na stacjach, których nie ma na rozkładzie.

Może są też tacy,

którzy pewnego dnia

przestają jeździć cudzymi trasami.

Podniosłem głowę.

Na pustym peronie

nie było już nikogo,

kto mógłby powiedzieć mi,

że jestem spóźniony.

I pierwszy raz

od bardzo dawna

nie sprawdziłem godziny.

Po prostu ruszyłem.

Nie wiedziałem dokąd.

Ale tym razem

to była moja droga.

Nie każda miłość ma zostać

Nie każda miłość

przychodzi po to,

żeby zamieszkać na zawsze.

Niektóre mają w sobie

coś z latających ptaków —

pojawiają się nagle,

zmieniają kształt nieba,

a potem odlatują

bez winy i bez winowajcy.

Nasza nie była pomyłką.

To ważne.

Nie chcę po latach

przerabiać jej na lekcję,

którą należało zdać,

ani na ranę,

którą można komuś przypisać.

Byliśmy sobie bliscy.

Naprawdę.

Tak bliscy,

że przez pewien czas

nie wiedziałem,

gdzie kończy się moje „ja”,

a zaczyna nasze.

Mieliśmy wspólne poranki

i osobne lęki.

Wspólny stół

i dwa różne sposoby

patrzenia przez okno.

To chyba wtedy

powinniśmy byli zrozumieć,

że miłość nie zawsze

jest mostem.

Czasem jest rzeką.

Przez jakiś czas

płyniecie jednym korytem.

Woda zna tę samą ziemię,

te same kamienie,

ten sam chłód o świcie.

A potem przychodzi miejsce,

w którym nurt

rozszczepia się bez pytania.

Jedna rzeka

wybiera dolinę.

Druga

znika między wzgórzami.

I żadna nie jest

tą właściwą.

Po prostu

nie mogą płynąć

tym samym korytem

aż do morza.

Ty chciałaś korzeni.

Ja coraz wyraźniej

słyszałem w sobie

szum odległości.

Ty widziałaś przyszłość

jak ogród,

który można podlewać

w jednym miejscu

przez całe życie.

Ja patrzyłem na horyzont

i czułem,

że gdzieś za nim

czeka jeszcze

jakaś część mnie.

Nie byłaś przeszkodą.

Nie byłem uciekinierem.

Nie zabrakło nam uczuć.

Zabrakło nam

wspólnego kształtu

na dalsze lata.

I chyba właśnie dlatego

to bolało bardziej.

Łatwiej byłoby powiedzieć,

że ktoś skrzywdził.

Łatwiej byłoby znaleźć

jedno słowo,

którym można zamknąć

całą historię.

Ale czasami

nie ma winy.

Jest tylko dwoje ludzi

stojących na dwóch brzegach

tej samej rzeki

i rozumiejących,

że nie każdą odległość

trzeba pokonywać.

Pamiętam twoją dłoń.

Nie jako coś,

co powinienem odzyskać.

Raczej jak pamięta się

miejsce, w którym kiedyś

było ciepło.

Nie chcę wymazywać

twojego imienia

z własnej przeszłości.

Nie chcę również

nosić go jak kajdan.

Byłaś częścią mojego życia.

To wystarczy.

Nie wszystko,

co się kończy,

staje się przez to

mniej prawdziwe.

Niektóre rzeczy

właśnie dlatego

pozostają ważne,

że nie próbowaliśmy

na siłę przedłużyć ich życia.

Bo można kochać

i odejść.

Można tęsknić

i nie wracać.

Można pamiętać

bez nadziei na powtórkę.

Można życzyć komuś szczęścia

bez potrzeby,

żeby to szczęście

miało nasze nazwisko.

Dziś myślę o nas

bez gniewu.

Jak o dwóch rzekach,

które przez pewien czas

miały wspólne koryto.

Może właśnie dlatego

znam jeszcze

brzmienie twojego nurtu.

Ale każda rzeka

musi w końcu

znaleźć własne morze.

I nie każda miłość

ma do niego doprowadzić

dwoje ludzi razem.

Dom, z którego trzeba wyjść

Ten dom miał grube ściany.

Zbudowano je z rzeczy,

które miały mnie chronić:

z „uważaj”,

z „nie rób tak”,

z „ludzie powiedzą”,

z ciszy po słowach,

których lepiej było nie wypowiadać.

Na jego podwórku

rosło drzewo zasad.

Miało głębokie korzenie

i rzucało cień

na prawie każdą decyzję.

W tym domu

wiedziano, którędy iść.

Stół zawsze stał w tym samym miejscu,

krzesła pamiętały swoich właścicieli,

a zegar odmierzał godziny

według starego rytmu.

Dorastałem tam

jak obraz zawieszony

na ścianie.

Najpierw był za wysoko.

Potem za mały.

W końcu zaczął przeszkadzać.

A jednak nikt

nie zdejmował go ze ściany.

Bo przecież

to był dobry dom.

Dawał dach,

ciepło,

miejsce przy stole.

Dawał nawet mapę.

Tyle że była to mapa

drogi, którą przeszli inni.

Więc kiedy zacząłem pytać,

czy można inaczej,

dom odpowiedział skrzypieniem drzwi.

Kiedy powiedziałem:

„nie chcę”,

ściany odpowiedziały:

„po co?”

Kiedy powiedziałem:

„spróbuję”,

okna zaszły cieniem.

Nie wiedziałem wtedy,

że dom może kochać

i jednocześnie

nie umieć wypuścić.

Długo myślałem,

że żeby odejść,

trzeba coś zburzyć.

Trzeba zatrzasnąć drzwi.

Spalić mapę.

Zostawić klucz

na progu

i już nigdy się nie odwrócić.

Ale dorastanie

nie przyszło do mnie z hukiem.

Przyszło pewnego ranka

cicho.

Wziąłem płaszcz,

otworzyłem drzwi

i wyszedłem.

Dom stał za mną.

Cały.

Z tym samym oknem,

tym samym stołem,

tym samym drzewem

rzucającym długi cień.

Nie przestał być moim domem.

Po prostu

przestał być całym moim światem.

Szedłem przed siebie

z pustymi kieszeniami

i dziwnym uczuciem,

że nikt nie powiedział mi,

co będzie dalej.

Pierwszy raz

nie znałem właściwej odpowiedzi.

Pierwszy raz

mogłem pomylić drogę.

I właśnie wtedy

zrozumiałem coś,

czego nie dało się nauczyć

przy rodzinnym stole:

że własne życie

zaczyna się tam,

gdzie kończy się potrzeba

otrzymania pozwolenia.

Nie po to wychodzi się z domu,

żeby zapomnieć,

skąd się przyszło.

Wychodzi się po to,

żeby pewnego dnia

móc wrócić

nie jako dziecko

szukające swojego pokoju,

lecz jako człowiek,

który sam

nauczył się budować.

A kiedy spojrzałem za siebie,

zobaczyłem światło

w jednym z okien.

I pomyślałem,

że może właśnie na tym

polega dorastanie:

nie przestać kochać domu,

lecz przestać potrzebować,

by to on mówił,

dokąd mam iść.

Praca, której nie chcę pamiętać

Przez kilka lat

miałem budzik,

który znał moje życie

lepiej ode mnie.

Dzwonił o tej samej porze,

jakby świat zaczynał się

dokładnie wtedy,

kiedy należało wstać.

Nie pytał,

czy mi się chce.

Nie pytał,

czy to ma sens.

Budzik nie zna takich pytań.

Umiał tylko

przypominać.

Wstawałem więc

i oddawałem mu kolejne godziny.

Najpierw poranki.

Potem poniedziałki.

Potem całe tygodnie,

które zaczynały się

od oczekiwania na piątek

i kończyły myślą,

że w poniedziałek

wszystko zacznie się od nowa.

Mówiłem sobie:

jeszcze trochę.

Jeszcze miesiąc.

Jeszcze rok.

A potem zobaczymy.

„Potem” było wtedy

najbezpieczniejszym słowem,

jakie znałem.

Mogłem nim przykryć

każde niezadane pytanie.

Dlaczego tu jestem?

Dlaczego wracam?

Dlaczego coraz częściej

czuję się jak człowiek,

który pożycza własne życie

na cudzy użytek?

Praca miała swoje światło.

Zimne.

Równe.

Takie, przy którym

każdy dzień wygląda podobnie

i nawet zmęczenie

staje się częścią wystroju.

Miała swoje ściany,

swoje godziny,

swoje powtarzalne ruchy.

Człowiek mógł się w niej

nauczyć znikać.

Najpierw znikały

rzeczy małe.

Popołudnia.

Spontaniczne spotkania.

Długie poranki.

Potem zniknęła ciekawość.

Potem plany.

Aż pewnego dnia

zorientowałem się,

że przestałem pytać,

co chciałbym robić,

i zacząłem pytać tylko,

czy dam radę

wytrzymać jeszcze jeden dzień.

To był chyba moment,

w którym praca

przestała być pracą.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.48
drukowana A5
za 29.99