E-book
20.48
drukowana A5
30.79
drukowana A5
kolorowa
55.84
Kamertony

Bezpłatny fragment - Kamertony

klucze do spełnionego życia i wyższej świadomości wg Małgorzaty i Mistrza


Objętość:
144 str.
ISBN:
978-83-8126-280-4
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 30.79
drukowana A5
kolorowa
za 55.84
Jam Jest Mistrzem

1. Wstęp

Książka, którą drogi czytelniku trzymasz w rękach powstawała kilka lat. Początkowo swoje wrażenia i doświadczenia w pracy z kamertonami zapisywałam w zeszycie, potem na blogu, który traktowałam jak pamiętnik. Z czasem materiałów było coraz więcej i powstała potrzeba napisania książki. Być może potrzeba było tyle czasu, aby na własnym przykładzie przekonać się, ile wsparcia i zmiany mogą dać właściwie, czyli świadomie, zastosowane dźwięki.

Na rynku, zwłaszcza zagranicznym, jest wiele książek poświęconych kamertonom. Na polskim rynku znane mi są trzy. Moja książka nie jest pracą naukową napisaną w oparciu o nie, lecz opisem własnych poszukiwań i doświadczeń z dźwiękami kamertonów. Miałam niewątpliwy zaszczyt poznać wiele nieprzeciętnie wrażliwych osób, które stanowiły „tester” do pracy z moimi technikami. W czasie kiedy jeszcze nie wierzyłam w swoje przekazy i możliwości, dawały mi one zwroty, w postaci swoich wizji, odczuć i poczucia zmian, które w nich zachodziły. Dzięki nim nie porzuciłam dalszych poszukiwań. Jest to moja historia, w której kamertony grają kluczową rolę w procesie odnajdywania własnej tożsamości i sensu życia. Jest to subiektywny, lecz w miarę prawdziwy i nie wybielony obraz moich przeobrażeń świadomości — z życia w umyśle do życia w sercu i świadomości Kim Jestem. Jest to ciągły proces, więc jest to historia nie mówiąca wyłącznie o sukcesach. To o czym piszę, przyszło do mnie jako tzw. techniki. Piszę „tzw”, ponieważ to jest tylko moja opcja, która w kontakcie z konkretnym człowiekiem może przybrać inną wersję.

Celem tej książki jest przekazanie, jak można skorzystać z dobrodziejstwa bycia w polu dźwięku kamertonów — oprócz stricte roli terapeutycznej. Dowiesz się więc, jak kamertony zmieniły moje życie — wiarę w siebie, rozszerzyły świadomość, przeniosły mnie do przestrzeni serca i pozwalają do dziś być w niej coraz częściej. Jak zaczęła się synchroniczność i spełnienie marzeń, jak dowiadywałam się z bezpośrednich przekazów o podłożu moich problemów i przychodziło zrozumienie i mądrość. Jak zazębiały się przeczucia z fizyką kwantową i jak kamertonowe poszukiwania pomogły mi zrealizować projekt z VEDIC ART. Teraz wiem, że Wewnętrznego Mistrza ma każdy. Można go zaprosić do swojego życia za pomocą dźwięków kamertonów i o tym także opowiadam w książce. Reasumując, znajdziesz tu moją historię, techniki, które do mnie przyszły, a także przekazy dotyczące kilku ważnych tematów zapisane wierszem, prozą i poprzez obrazy. Zawierają one specyficzną energię zrozumienia sensu doświadczenia, która zwraca się w kierunku potencjałów i zrozumienia, w jaki sposób to doświadczenie mi służy. Już samo przeczytanie tych tekstów przesuwa energię.

Wszystko służy przypomnieniu KIM JESTEŚ, wyjściu z zapomnienia i powrotowi do domu czyli do siebie.

Podnieś Anioła

Podnieś Anioła

który upadł w Tobie

Otrzep mu skrzydła, uczesz długie włosy

Pozwól, by powstał cały w swej ozdobie

Czekał tak długo, aż się zmienią losy


To tak jak słońce — wychodzi zza chmury

Mało  widoczne  na  samym  początku

Potem oświetla doliny i góry

Świeci swym blaskiem już w każdym zakątku

2. Anioł

Moja podróż zaczęła się dawno. Będzie zuchwalstwem dla wielu z was to, że uznałam wreszcie, że jestem aniołem. Ta Istota każdemu kojarzy się z dobrym, cudownym duchem opiekuńczym, który niewidzialny czuwa nad nami dniami i nocami nieustannie, ma złożone do modłów rączki i śpiewa psalmy na cześć Pana. No cóż, mnie się do niedawna też tak zdawało…

Do czasu, kiedy dowiedziałam się o wojnach anielskich prowadzonych w innych wymiarach, do tej pory i to w większości nad Polską! Niestety, wojny te zostały także przeniesione na grunt ziemski przez wcielone „aniołki”, które zamiast się wspierać i współpracować waliły się energią, bo zapomniały kim są. Mam za sobą taki epizod, dlatego zacznę od tej części historii.

Pewnego razu dostałam zaproszenie na spotkanie, gdzie miałam opowiedzieć o kamertonach i je zaprezentować i wtedy przyszła mi do głowy bardzo spontanicznie „Niebajka o kamertonach” Przewrotne użycie słowa niebajka wskazuje, że w tej historii może zawierać się prawda.

Mimo, że napisałam ją tuż przed wyjściem na spotkanie, to byłam w ewidentnym przepływie i natchnieniu, które udzieliło się potem słuchaczom.


KRÓTKA NIEBAJKA O KAMERTONACH


Był sobie Anioł — piękny i wrażliwy na muzykę. Wezwał go kiedyś Bóg i powiedział:

— Widzę, że cieszy cię każdy dźwięk, każda nuta, przeżywasz ją i wzbogacasz swoimi wibracjami. Ale jesteś sam z tym pięknem. Czy zechcesz podzielić się tym z innymi tymi, którzy tego piękna bardzo potrzebują? Ich życie zrobiło się szare, smutne, pozbawione wigoru i pasji, myślą, że tak już zostanie na wieki.

— Kto to jest? — zapytał Anioł.

— To ludzie — moje ukochane dzieci.

W trójwymiarowości materii Ziemi zapomnieli już jak wyglądał Raj, czasem z rozrzewnieniem słuchają śpiewu ptaków, szumu lasu czy plusku strumyczka, ale ich pycha i ego pcha ich w stronę maszyn i asfaltu.

— Zejdziesz więc Aniele na Ziemię i stworzysz instrumenty, które obudzą ich duszę i wydobędą jej piękno, dadzą nadzieję, przywrócą dawną pamięć Raju, w którym jako dusze przebywały. Przypomną sobie, kim są naprawdę w Istocie Swojej — że są moimi dziećmi, dla których z miłości przysyłam ciebie i twoje kamertony.

Niech ta muzyka da ukojenie, harmonię, pokój wewnętrzny, niech kojące tony przypomną łono Matki — Ziemi i wzbudzą do niej szacunek i miłość i niech roztoczy się przed nimi nowa szczęśliwa wizja ich Raju na Ziemi, który stworzą sami mając czyste serca i pamięć Źródła.

— Z wielką radością to uczynię w imię Miłości, Dobra i Pokoju Ojcze.

Więc z radością i wdzięcznością przyjmijcie ten Dar Nieba, bo dla Was on został stworzony!


Po jakimś czasie od napisania „niebajki”, w jednej sesji z kamertonami, przyszedł przekaz wyjaśniający jak naprawdę mogło przebiegać to zadanie…

Poprosiłam Moje Wyższe Ja o przekaz w związku z niemogącą się przetransformować sprawą, którą starałam się uwolnić poprzez sesje dźwiękami kamertonów. Sesję poprzedziła wizja spotkania aspektu żeńskiego i męskiego na tęczowym moście, który rozpiął się pomiędzy rzeczywistością, a światem zapomnienia. I wtedy przyszła myśl, aby sesję przeprowadzić, nie według znanego mi od kilku lat schematu „z dołu do góry” ale od górnego C tworząc z kolejnymi kamertonami interwały. Zrobiłam to kolejno zapisując spływające informacje, które w pewnym sensie uzupełniły „Niebajkę o kamertonach.


Już przy pierwszym uaktywnieniu kamertonów C512 i B, w głowie odezwał się dialog dwóch Istot Anielskich, tuż przed zejściem na Ziemię i hasło SPRAWY ANIELSKIE, ZADANIA.

— Można się ludźmi bawić i nimi zarządzać, oni zasilają ciebie energią.

— Nie, idę tam, żeby im pomóc.

— Ale ty masz miłość, mądrość i moc, a oni są ciemni, można to wykorzystać.

— Im także należy się szacunek, są nieświadomi, to wielkie zadanie.

— Jesteś głupia, to dobra zabawa, w razie czego wrócimy.

— Niech każdy idzie swoją drogą, w odpowiednim czasie się spotkamy i sprawdzimy jak nam poszło.

— Ja nie zamierzam się dla nich poświęcać- bardziej mnie obchodzi planeta, ona ma bardziej klarowną energię. Ludzie są głupi i źli. Nie skończą dobrze.

— Trudno, trzeba spróbować. Widzę szerzej.

— Wykończą cię i wykorzystają- pieprzony misjonarzu. Życie jest po to żeby korzystać, bawić się i doświadczać, żeby inni zapewnili ci byt.


*C A

Aniołowie zeszli z różnych przyczyn. Jedni są ratownikami, a inni nie. Jedni odkrywają to zadanie, a innych obchodzi ich własny komfort. Czują pogardę dla takich jak ty i załatwiają swoje sprawy.

*CG

Żal, współczucie, współodczuwanie. Ciężar widoku upadku świadomości. Ludzie, którzy już nie pamiętają kim są, żyją w udręce, cierpieniu, bólu, nienawiści. Na takich wibracjach i w takim samounicestwieniu, że przenikające wibracje pełne są bólu, udręki, rozpaczy. Trudno to znieść, serce tego nie wytrzymuje. Trzeba ograniczyć współodczuwanie.

*CF

Ustanawiam nową harmonię — ziemską — dostrojoną do nowej, ziemskiej, a nie anielskiej wibracji. W ramach strategii działania moja wibracja i tak nigdy nie zejdzie niżej standardu Ziemi i nie obniży jej harmonii. Ale aby skomunikować się z ziemskimi wibracjami, muszę zejść niżej, zapomnieć, ograniczyć czucie, pozbyć się lekkości, radości. To także trudna harmonia o krok od przepaści. To się nazywa poświęcenie… Jestem agentem nieba wśród agentów „matrixa”

*CE

Jesteś pół-kobietą pół- mężczyzną. W dualizmie stałaś się rozłączona. Nie jesteś ani jednym, ani drugim. Twoje części są razem i się kochają. Jesteś jednością. Dualizm cię rozdzielił. Kazał tym częściom ciebie walczyć ze sobą, udowadniać kto jest lepszy, wykorzystywać, poniżać, gwałcić. Jak daleko odeszłaś od siebie samej w poczuciu porzucenia, nie kochania, braku wiary i zaufania do siebie samej.

Koniec tego, czas wracać do domu — do samej siebie.

*CD

Składam się w całość ze swoimi aspektami. Witam je w progu mojego domu wraz z moją męską częścią. Wszystkich z otwartością, tęsknotą i łezką w oku. Tak, to Ty i Ty, pamiętam, zapraszam, czekałam, czekaliśmy na was, witamy. Wracają, niosąc w darze energię, którą wraz z nimi odzyskujemy. Będzie to tworzenie nowego świata.

Witamy Was z otwartymi ramionami.

*C256 C512

Niech wam Ziemia lekką będzie.

Niech ją aniołowie na swoich skrzydłach unoszą. Niech przebudzenie przejawi się i ludzie podniosą się z kolan, przebudzą i przypomną sobie kim są naprawdę.

Koniec ery ciemności i ucisku!

Miłość, Wolność, Radość.

Koniec niewoli umysłu, rozproszmy światłem i uśmiechem ciemności.

Żyjemy teraz i czujemy życie!

Zawieszona między niebem a ziemią

Zawieszona między niebem a ziemią

Idę po cienkiej linie

Balansując na wietrze

Szukam przyjaznej ręki,

Bo zapomniałam

Gdzie odłożyłam skrzydła

3. Małgorzata

Zastanawiałam się kiedyś nad tym, kogo mogłoby zainteresować moje życie, które przez większość jego trwania uważałam za nieciekawe i niespełnione. Pełna kompleksów obserwowałam tych, którym „jest dobrze” i nie potrafiłam tak jak oni żyć.

Nie uważałam siebie za osobę wrażliwą, raczej niedostosowaną, a wg mojej babci krnąbrną i leniwą. Bywały takie dni kiedy byłam na granicy schizofrenii, gdyż mój umysł jak szalony starał się ogarnąć falę niesłusznej, a przede wszystkim niezrozumiałej krytyki jaką fundowali mi dziadkowie, z którymi mieszkaliśmy. W mojej głowie odbywało się tysiące rozmów i dyskusji, w których ja zabierałam rozsądnie głos, miałam argumenty na swoją obronę i sprytnie wychwytywałam błędy logiczne przeciwnika. Może i miałam argumenty, ale na falę energetyczną destrukcyjnych emocji nie miałam sposobu. Nie miałam o tym pojęcia. Ból bycia ocenianą i poddaną takiej fali krytyki był tak wielki, że mnie dosłownie przewracał, a ja nie umiałam uciszyć tych głosów w mojej głowie. Nienawidziłam mojej babci, jako dziecko, nastolatka wchodząca w dorosłe życie, jej marudzenia na wszystko, krytykowania, wyzwisk, emocji jadowicie wbijających się w mózg.

„Nic nie jesteś warta gułaju” — z tym przychodzi mi się teraz rozliczyć.

Jest we mnie jeszcze trochę smutku i pytanie czy rzeczywiście aż tak to musiało przebiegać? Czy najpierw musi być niszczenie, zdeptanie, pozbycie wartości, żeby feniks podniósł się z popiołów?

Drugim trenerem był dziadek o naturze choleryka. Z babcią byli w relacji kat — ofiara. Więc trafiła mi się dobrana para trenerów. Mogę to wpisać jako moje kompetencje.

Okres zamieszkiwania z nimi był mrocznym czasem wejścia do krainy nieświadomości, ale także mojego budzenia się. Co cię nie zabije to cię wzmocni — jest to hasło dla tych, co przeżyli.

Moje relacje rodzinne były dla mnie kuriozalne i tak niedorzeczne, że umysł wariował. Nieprzewidywalność reakcji była jak totolotek, humory dziadka wyznaczały rytm życia domu. Na zewnątrz byliśmy „dobrą, zgodną rodziną”, a w środku panowało piekiełko. Wstydziłam się, było mi wstyd przyprowadzić koleżanki, byłam nieszczęśliwa, ale mój stan nauczyłam się przykrywać maską uśmiechu, która niknęła kiedy wchodziłam do domu.

Teraz bym powiedziała, że żyłam z ludźmi będącymi na podstawowym poziomie rozwoju świadomości — na poziomie przetrwania. Ich system wartości obejmował troskę czyli lęk o jedzenie, dom, pieniądze, lęk przed zostawieniem przez współmałżonka. Posiadanie racji bez zrozumienia drugiej strony.

Wzorce lęku i braku. Moi rodzice także byli ofiarami przekonań dziadków.

Z tego wyszłam zainfekowana i jak tylko dorosłam chciałam stamtąd uciekać gdzie pieprz rośnie. Dostałam się na studia, wcale nie te na których chciałam być, ale chodziło o to żeby urwać się z domu. Rok w Krakowie … rajd w góry, na którym o mały włos nie zamarzłam, stan wojenny, niezdany egzamin komisyjny z chemii organicznej…

…wróciłam do domu na tarczy, ale z postanowieniem, że za rok startuję dalej… i wyszłam za mąż. Moje życie weszło na zupełnie inną ścieżkę.

Jak u każdego, moja historia jest bardziej skomplikowana, ale chcę powiedzieć, że życie mnie nie rozpieszczało i często stawiało mnie na granicy, cienkiej czerwonej linii, skąd już mogło nie być powrotu…

Teraz wiem, że miałam wrócić, wyjść za mąż i urodzić cztery dziewczynki. Studia skończyłam zaocznie będąc już mamą trzech córek, pracując w szkole jako biolog i pomagając mężowi w uprawach ogrodniczych.

Życie mnie goniło, ja ledwo nadążałam.

Tu się zaczyna drugi kryzysowy okres- dzieci, szkoła, praca, moje studia zaoczne. Wyczerpują się moje zapasy życiowe, życie dla innych, dyspozycyjność 24/h, choroby dzieci, nauka, praca badawcza do magisterki, ogród…

Zaczyna mnie brakować, nie radzę sobie, pomoc mojej i męża mamy jest zbawienna, ale dzieci rosną obok i po jakimś czasie daje to o sobie znać. Frustracja osiąga zenitu, kiedy zdaję sobie sprawę, że nie mogę tak żyć, że nie mam poczucia spełnienia, że jestem uzależniona od opinii innych ludzi, że zagubiłam siebie, mam najmniej praw a najwięcej obowiązków. Rozpadam się i jestem coraz częściej w destrukcyjnym stanie.

I urodziłam 4 dziecko, które bardzo mi pomogło się pozbierać w ciemnym okresie mojej egzystencji.

Udaję, że jestem dobrym pracownikiem, choć wiem, że moje lekcje to improwizacje, udaję, że jestem zainteresowana tym co mam zrobić na polu, choć marzę aby śnieżyca zasypała ogórki, dyskutuję o tym które sadzonki sprowadzimy w tym roku, a tak naprawdę myślami jestem gdzie indziej.

Jak straszne jest nie robienie tego do czego jesteśmy stworzeni.

To odbiera cały sens życia, siły witalne, radość.

Często myślałam o tym, żeby zasnąć i się nie obudzić albo o tym żeby mnie przejechał samochód. I kiedyś wybito mi to skutecznie z głowy.

Wracałam rowerem w zimie z pracy. Usłyszałam za mną jadący samochód, po dźwięku silnika domyśliłam się, że to wielki samochód z ciężkim ładunkiem. Zdecydowałam, że zjadę na bok i w tym momencie najechałam na muldę i …ze zdziwieniem zobaczyłam, że mój rower przewraca się w stronę nadjeżdżającego samochodu ciężarowego wiozącego drzewo. Wszystko odbyło się jak na zwolnionym filmie. Przewracałam się w lewą stronę i przed moimi oczami ukazało się ogromne koło w stronę którego niechybnie podążałam. O dziwo, nie było we mnie strachu. Byłam obserwatorem zdarzenia. Samochodowe koło mnie minęło w wolnym tempie, potem reszta samochodu, a ja dosłownie za nim runęłam na asfalt rozbijając kolano, koszyk, nadwyrężając rękę. Natychmiast uprzytomniłam sobie, że leżę na środku ulicy i mogą nadjechać następne samochody. Podniosłam się i dotarło do mnie dopiero wieczorem, w domu, co się stało i że dostałam następną szansę od mojej duszy. Długo tego wieczoru zanosiłam się szlochem uwalniając głęboki smutek. Mogłam zginąć, od tego dzieliły mnie ułamki sekund.

Oczywiście, zginąć to nie problem, problemem jest żyć i to żyć naprawdę, a nie na niby, cudzymi sprawami, zasadami, schematycznie.

Piszę, to po to, abyś wiedział, drogi czytelniku, w jakim momencie życia się znalazłam, kiedy zaczęłam się zastanawiać nad własnym życiem i czy ono było tak naprawdę moje. W jakim momencie musiałam powiedzieć stop dla większości spraw, którymi się zajmowałam. Jak głęboko przewartościować swoje życie, aby teraz dzielić się z tobą swoim doświadczeniem bez zbytecznych kompleksów i ocen czy to się komuś spodoba.

ABY Z MISTRZA I MAŁGORZATY PRZEJŚĆ DO MAŁGORZATY I MISTRZA.

Moją pracę nad sobą zaczynam od regresingu.

Poczułam, że może to być dla mnie ratunek, może zobaczę coś co mi da nadzieje, że nie jestem bez wartości, że uleje się ze mnie gdzieś ten smutek… ocean smutku.

Pierwsze sesje przepłakuję, czarna dziura i tylko płacz. Jeżdżę co pół roku na grupowe sesje i to trwa kilka lat. Nie wiem czy mi było lepiej bo cały smutek, żal, wyłażą na wierzch. Wszystko wskazywało na to, że polegnę. Huśtawki nastrojów są wielkie. Zapisuję się na warsztaty medytacyjne, słucham wykładów o czakramach, centrach energii, o kierowaniu energii, uwadze, świadomości. Mantruję i śpiewam, skupiam się na dobru w sobie i prawdę mówiąc nie wierzę w sukces.

W tym samym czasie w pracy zaczyna się mobbing, też tego tak nie nazywałam, nie znam swoich praw, nie jestem w stanie stanąć otwarcie po swojej stronie, mierzi mnie wykonywanie poleceń kogoś, kogo nie szanuję, widzę wojnę, brak szacunku i mam świadomość, że robi mi się krzywdę. Schemat złej babci powtarza się. Na sesjach regresingu wywalam z siebie powiązania karmiczne z tą osobą. Efektem mojej pracy jest to, że zaczęłam myśleć o zmianie miejsca, zmianie pracy. Skończyłam kurs terapii czaszkowo — krzyżowej, bioterapii i potem muzykoterapii dogłębnej — komórkowej kamertonami. Dzięki kamertonom zaczynam moim emocjom i myślom zakładać cugle. Czytam nałogowo, jak nie mam co czytać to natychmiast pędzę do księgarni. Efektem mojej usilnej pracy nad sobą jest …zwolnienie się z pracy na własne żądanie. Jest 2004 rok, mam czwórkę dzieci w wieku szkolnym, a ja po burzliwych sporach wewnętrznych rezygnuję z pracy, która w moim odczuciu, zaczynała mnie niszczyć.

Co spowodowało, że odeszłam z pracy? Z czegoś musiałam zrezygnować. To był czas moich intensywnych szkoleń, miałam wizję siebie, że następnym etapem mojego rozwoju i życia, jest pomaganie ludziom czyli zostanie terapeutą.

Sama wymagałam terapii i to permanentnej i systematycznej…, dlatego chciałam zostać terapeutką — jak większość terapeutów.

Tego dnia podczas śniadania ukruszyła mi się „jedynka” czyli ząb. Przeszedł mnie prąd, wstrząs, nie mogłam uwierzyć, że to się stało. Rozryczałam się z bezsilności, a wiedziałam, że sytuacja w pracy jest już tak niekomfortowa i napięta, że ciało tego nie wytrzymywało. Poszłam z kamertonami na pole, usiadłam i zaczęłam słuchać dźwięków, żeby się uspokoić. Przyszło do mnie, że jak nie teraz to kiedy? Jak nie zrobię tego kroku, czyli jak nie zwolnię się z pracy to będzie wyniszczenie ciała. Dostałam jakąś siłę, nie było wątpliwości, co u mnie było sytuacją wyjątkową.

Nic nie mówiąc nikomu w domu, napisałam podanie o przeniesienie mnie w stan nieczynny i zadziwiłam tym cały świat. Sprawę trzymałam w tajemnicy do końca roku szkolnego. Jak sprawa ujrzała światło dzienne moi najbliżsi byli zszokowani, nie obyło się bez awantur i wymówek, na szczęście ten etap mam już za sobą..

Następny etap to były próby prowadzenia działalności terapeutycznej — i okazało się, że po dłuższych nieudanych i bardzo frustrujących próbach dałam sobie z tym spokój. Wróciła z siłą wodospadu moja karmiczna, wcieleniowa przeszłość, kiedy byłam uzdrowicielką, zielarką, szamanką i przeważnie takie zajęcie  kończyło się dla mnie śmiercią w męczarniach. Strach jaki wylazł był czarny, wilgotny jak lochy, zimny i siny.

Uwalnianie więcej mi zajmowało czasu niż działalność. Tak więc byłam terapeutką głównie siebie. Owszem, jak już się zabrałam do terapii to całkiem dobrze mi szło, ale ludzie nie wracali, nie polecali, nie dzwonili o jeszcze. Oceniałam siebie strasznie, ale lęki o ujawnienie swojej działalności były ogromne. Rozumiesz taką frustrację? Z jednej strony ukończyłam sporo kursów i za niebagatelną ilość pieniędzy, z drugiej strony ciągle czułam się nie kompetentna i nie miałam śmiałości reklamować się na forach społecznościowych lub w prasie.

W sukurs przyszła książka Łazariewa „Diagnostyka karmy”, gdzie po raz pierwszy znalazłam to, co rozwiało moje wątpliwości, że powinno się za kogoś coś robić.

Najważniejsze jest to, żebyś zrozumiał właściwie lekcję, którą daje ci choroba, zrozumienie i uświadomienie sobie błędu jaki robisz, co robisz przeciw sobie, miłości do siebie.

Boże, jak mi się ulżyło!

Mój opór przeciwko robieniu komuś dobrze, a tak się starałam, tak napinałam, tak otwierałam, a tu ani kasy ani popularności.

Czyli bycie terapeutą było dla mnie krótkim, aczkolwiek bolesnym etapem, w trakcie którego dochodziłam do wniosku, że człowiek powinien dążyć do zrozumienia samego siebie, mechanizmów nieświadomych i świadomie kontaktować się z tym odbierając im moc kierowania tobą jak marionetką.

Pojazd, nad którym do tej pory nie miałam kontroli, powoli ukazywał swoje zegary kontrolne i sterowniki.

Najbardziej z tym podejściem do terapii odpowiadały kamertony, bo dźwięk sięga po przyczynę schorzenia a nie leczy symptomów, objawów. Ale perspektywa spędzania czasu nad tymi, którzy nie mają jeszcze ochoty się zmienić nie podobała mi się.

Dylemat dotyczył czy dać rybę czy nauczyć łowić.

Druga opcja stanowczo mi się bardziej spodobała. Mało tego, uczenie daje mi dużo większą satysfakcję, po prostu.

KAMERTONY

W 2004 roku pojechałam na kurs kamertonowy do Warszawy. Ja byłam w trudnym okresie życia, żyłam w napięciu, przeciążeniu, starając się siebie uratować, co nie spotykało się ze zrozumieniem otoczenia. Zobaczyłam na warsztatach osobę uśmiechniętą, pewną siebie i tego co mówi. To mnie przekonało. Pojechałam tam z córką, którą chciałam wyleczyć. To jednak, jak się później okazało, nie było celem, tylko to, że dzisiaj piszę tę książkę dla ciebie. Skończyłam wszystkie trzy stopnie kursu, po jakimś czasie zdałam egzamin z tą myślą, że skoro nie wychodzi mi bycie terapeutką to może powinnam zająć się uczeniem.

Dlaczego nie może to być muzykoterapia dźwiękami kamertonów?

Następny próg dla ego czyli samooceny był taki, że do mnie na kursy przyjeżdżało bardzo mało osób. Ale przyjeżdżali i to jacy! Szczerze mówiąc, czuję teraz ogromną wdzięczność do osób, dzięki którym odeszłam z pracy w szkole i miałam możliwość poznać tak niezwykłe osoby.

Rozpoczął się całkiem nowy etap mojego życia. Rozpoczęłam współpracę z osobą która mi bardzo imponowała swoimi wyborami, energią, poglądami, ale nie da się kogoś małpować choćby był samym ideałem.

Zrozumiałam to po latach, każdy jest inny, to nie znaczy, że jak nie jesz tylko pyłku z kwiatów o rosie o 6 rano to jesteś już zdyskwalifikowany. Najtrudniej mi było ustalić co jest moje, a co nie. Co naśladować, jak utrzymać dyscyplinę w słusznej sprawie.

Uczyłam się być konsekwentna, nie spuszczać z oka celu, a wkoło było dużo takich osób, które miały gotowe projekty jak ma wyglądać moje życie.

Czepiałam się to jednej koncepcji to drugiej, ale nic tak ze mną nie rezonowało jak moje własne pomysły.

I teraz pozwalam sobie je prezentować — odkrycia osoby, która z muzyką nie miała w tym życiu do czynienia, ale w poprzednich na pewno tak.

Pierwsze doniesienia o tym miałam na jednym z pierwszych warsztatów z kamertonami które prowadziłam. Usłyszałam od dwóch uczestniczek, że pamiętają jak pracowałyśmy na Atlantydzie kamertonami kryształowymi. Stamtąd też przyszedł ogromny lęk przed kontynuowaniem pracy z dźwiękiem, ogłaszaniem się w prasie.

Wielki szacunek i sentyment jednocześnie przyszedł wraz z informacjami od starożytnej cywilizacji Hathorów, którzy często energetycznie zgłaszali się na warsztatach z dźwiękiem. Dzięki ich przekazom uzyskiwałam wiedzę dotyczącą dźwięków. To wielki zaszczyt z Wami współpracować Kochani.


Bardzo chciałam zrozumieć działanie dźwięku, więc każdy materiał w postaci artykułu czy książki natychmiast był studiowany. Tym sposobem wpadła mi do ręki książka Masaru Emoto o wodzie, jak przyjmuje informacje, jak zapamiętuje wibracje, jak zmienia się przez to materia. To był strzał w dziesiątkę, ja to naprawdę głęboko przeżyłam, bo to pozwoliło mi mówić z większym przekonaniem i zrozumieniem do ludzi. Już budził się entuzjazm nie ściągnięty od kogoś, ale pochodzący ode mnie, ze środka. Ocierałam się o jakieś misterium i o fizykę kwantową, wpływ osoby obserwatora na końcowy wynik eksperymentu.

To Emoto zawarł już w swojej książce.

Był także epizod rozstania, co jest nieodłącznym elementem wzrastania.

Zaczęły do mnie przychodzić teksty w formie przekazów od Mistrzów, od Aniołów Dźwięku, a potem ode mnie samej, tej mądrzejszej części, kiedy byłam w tubie dźwięku utworzonej w trakcie sesji z kamertonami. Zadawałam pytania, dostawałam wglądy, o zdystansowanej treści pokazujące jaki jest sens danego wydarzenia, jaka nauka. To stało się powodem, że doświadczyłam, że wiedza jest każdemu dostępna poza umysłem, że są prawdy ukryte przed nami, że w dźwiękach istnieje głębszy sens, niż nam się wydaje.

To niesamowita przygoda, która nieraz napawała mnie lękiem i pytaniem czy można temu zaufać. A z drugiej strony czemu nie? Przecież żyjemy w wirtualnej rzeczywistości martixa. Więc?

Hasłem terapii kamertonami, której się uczyłam, było C-U-D czyli ciało–umysł-duch. Przez lata miałam przeczucie, że to jest prawie idealne, ale nic nie wnosi w rozwój osobisty, ewolucyjny, że oprócz leczenia jest coś o wiele ważniejsze — WZNIESIENIE NA WYŻSZY POZIOM ŚWIADOMOŚCI.

Ten proces ODKRYWANIA NOWYCH TECHNIK, PRAKTYKOWANIA ICH NA SOBIE I INNYCH, PISANIA PRZEKAZÓW NA TEMAT ICH ZNACZENIA, ZDOBYWANIA ZAUFANIA DO SIEBIE W TYM PROCESIE I ZGODA NA ICH ROZPOWSZECHNIANIE było zaiste długim procesem.

Najpierw przyszły przekazy od Aniołów Dźwięku, które mówiły o tym, że zmiany zachodzą na poziomie atomu i cząsteczek subatomowych. To wydawało mi się zbyt konkretne. Dopiero teraz po kilku latach taka wiedza z innych źródeł do mnie dociera.

Przełomowym był przekaz o interwałach, który uświadomił mi, że to co robię uzyskuje wreszcie status technik, dla wzniesienia świadomości i pomocy sobie w czasie kryzysów duchowych i zwątpień.

Tym samym okres imitowania i naśladowania innych — nauczycieli, guru, mistrzów skończył się i weszłam na stromą ścieżkę własnej wiedzy, ze środka.

Można powiedzieć, że dzięki kamertonom wiedza z wyższego źródła spływa do nas. To się dzieje wraz z dźwiękami. Efektem jest odpuszczenie, oczyszczenie, klarowność, poczucie przestrzeni wewnątrz siebie. Cały ładunek emocji ulega transformacji, przestaje nas niszczyć od środka, jest zgoda, akceptacja, przeszłość nie ma władzy nad tobą, wychodzi z ukrycia na powierzchnię i daje okiełznać wewnętrznego smok, który teraz ci służy.

I nadszedł czas ostatnich odkryć.

Interwały służyły długo mnie i innym osobom. Transformowałam własne obecne i przeszłe emocje. Ale kiedy w trakcie jednej sesji sprawa nie uzyskała rozwiązania, przyszła myśl, że trzeba teraz wprowadzić nowe boskie wzorce w miejsce oczyszczonych starych. Tak więc pojawiła się technika „ŁĄCZENIA NIEBA I ZIEMI W NAS”

Aż któregoś dnia oglądając inspirujący filmik o roli DNA usłyszałam o tak pięknej współpracy serca i DNA, że niemalże jednocześnie pojawiła się technika „UZDROWIENIA SERCA” która po raz pierwszy wypróbowana dała niesamowite odczucia krystalicznego chłodu pod skórą. A zaraz za tą sesją niezwykła łączność serca i DNA dała nową inspirację do pracy.

Moim tzw. dzieckiem są także dźwiękowe sesje dla grup, dla większej ilości osób. Stało się to za sprawą moich zaprzyjaźnionych kobiet, z którymi spędzałam niejeden wyjazd medytacyjny. Tam też powstał pomysł, żeby sesje robić jednocześnie dla wszystkich w pokoju, potem ta sama propozycja padła dla grupy na dużej sali i tak się zaczęło. Zaczęły się sesje nawet dla 60 osób. Każda uczestnicząca w tym osoba indywidualnie przechodziła swój proces w bezpiecznej przestrzeni.

Czy to koniec odkryć?

Na pewno nie, przecież to samo życie dyktuje mi swoje pomysły, póki ja się rozwijam i jestem ciekawa świata to rozwijają się także kamertony. Być może jest to tak, że to moja potrzeba podniesienia świadomości splotła się z dźwiękami pozwalając objawić im swoje duchowe oblicze.

Ja inspiruję się czymś i dźwięk podąża za mną lub jest całkowicie odwrotnie. To bez znaczenia. Wszystko przed nami.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 30.79
drukowana A5
kolorowa
za 55.84