Słowo od autora
Szanowni Państwo, Przyjaciele Muzyki,
Oddaję do Waszego wglądu tom, który powstał z potrzeby utrwalenia przeżyć minionego lata. Sierpniowe spotkanie w Dusznikach-Zdroju — podczas 81. Międzynarodowego Festiwalu Chopinowskiego — otworzyło kolejną dekadę w dziejach tego niezwykłego święta pianistyki. Towarzyszenie artystom w tym nowym rozdziale dusznickiej tradycji było dla mnie głębokim, poruszającym doświadczeniem.
Niniejsza publikacja wykracza poza ramy typowego sprawozdania muzykologicznego. Starałem się utrwalić w niej przede wszystkim ulotny klimat tamtych dni: napięcie towarzyszące występom w Dworku Chopina, energię debiutujących pianistów podczas porannych koncertów oraz kuluarowe dyskusje, które przeciągały się do późnych godzin nocnych.
Książka ta pomyślana została jako most łączący dwa światy. Dla naocznych świadków 81. edycji ma być żywym powrotem do dźwięków, które wybrzmiały w Parku Zdrojowym. Z kolei odbiorcom, którzy nie dotarli na Dolny Śląsk, zebrane relacje, opisy interpretacji i materiał dokumentacyjny mają przybliżyć fenomen tego miejsca i pozwolić odczuć jego unikalny nastrój.
Składam serdeczne podziękowania wszystkim, którzy współtworzą naszą społeczność w przestrzeni internetowej — szczególnie odbiorcom skupionym wokół „Kulturalnego Zakątka”. Każda nadesłana refleksja, uwaga czy dyskusja pod wpisami stanowią dla mnie bezcenny impuls do dalszej pracy pisarskiej.
Zachęcam do zanurzenia się w lekturze. Wierzę, że spisane tu wrażenia pozwolą Państwu na nowo przeżyć tegoroczne zmagania z chopinowską materią i staną się zachętą, byśmy za rok znów zasiedli razem na widowni w Dusznikach.
Życzę Państwu owocnego odbioru i wielu estetycznych wzruszeń.
Janusz Niżyński
Iskra, która rozpaliła ogień
Popołudnie 6 sierpnia 2026 roku. Kiedy po blisko sześciogodzinnej podróży dotarłem do Dusznik-Zdroju, powitałem to urokliwe miasteczko niczym starego, dobrego przyjaciela. Choć wszystko wydaje się tu bliskie i zadomowione w swoim niespiesznym rytmie, w powietrzu da się wyraźnie wyczuć drżenie nadchodzącego święta: na parkingach jakby więcej samochodów, na chodnikach i po alejach parku więcej spacerujących turystów…
I choć znajome uliczki i zaułki niby wciąż te same, a jednak wyglądają trochę inaczej: są odświeżone, podremontowane, czystsze, słowem: zyskały świąteczny BLASK. W sercu miasteczka stoi już obszerny namiot — na razie opustoszały, uśpiony, czeka na jutrzejszy gwar. Nawet słynny kalendarzowy kwietnik nieopodal dworku trwa w zawieszeniu, nie wskazując jeszcze dzisiejszej daty. Wszystko dokoła zdaje się wstrzymywać oddech przed tym, co nadejdzie.
Na miejscu są już za to pierwsi najwierniejsi bywalcy, najserdeczniejsi festiwalowi druhowie i znajomi: w Dworku Chopina — Jan, w parku zdrojowym — Ewa… a kolejni — w drodze. Wszak prawdziwy sekret kryje się w jutrze. To wtedy, wraz zebraniem pierwszych dźwięków uroczystego koncertu symfonicznego, zainaugurowany zostanie 81. Międzynarodowy Festiwal Chopinowski — czas wielkiej muzyki, głębokich wzruszeń i niepodzielnego zachwytu nad fortepianową wirtuozerią.
Dla mnie zawsze jest niezwykłym uczuciem powracać w te strony. Duszniki mają bowiem w sobie cichą magię, która ujawnia się najpełniej podczas powolnych przechadzek alejkami Parku. W szumie drzew mogę niemal usłyszeć pogłos chopinowskich fraz — tych samych, które już za chwilę wypełnią wnętrze historycznego Dworku Chopina. Opowieść o szesnastoletnim Fryderyku od niemal dwóch stuleci wciąż tętni młodością, pasją i rodzącym się geniuszem, a jej echa niezmiennie rozbrzmiewają w samym sercu Sudetów. Dziś — zapraszam Państwa w niezwykłą podróż w czasie, podczas której przenieśmy się do lata 1826 roku, do chwil, które na zawsze odmieniły dzieje polskiej kultury oraz tego malowniczego uzdrowiska.
A zatem wyobraźmy sobie razem tę scenę sprzed dwustu lat: jest 28 lipca. Lipcowe słońce praży niemiłosiernie, a nad warszawskimi ulicami unosi się gęsty kurz. Szesnastoletni Fryderyk Chopin, świeżo upieczony absolwent Liceum Warszawskiego, czuje głęboką ulgę. Koniec z łaciną, koniec z rygorem szkolnych ławek! Przed nim rozpościera się wizja długo wyczekanych wakacji. Wie jednak, że nie będzie to zwykły wypoczynek, lecz wyprawa do eleganckiego Bad Reinerz — zdroju, który dziś znamy i kochamy jako Duszniki. U jego boku, niczym troskliwy opiekun, czuwa ukochana matka, Justyna.
Ciepłe źródła mineralne Bad Reinerz uchodziły wówczas za prawdziwe eliksiry zdrowia dla osłabionych organizmów, co czyniło z miasteczka modny europejski kurort. Ściągały tu więc tłumy: od autentycznie schorowanych kuracjuszy po całkiem zdrowych bywalców, dla których ważniejsza od leczniczych wód była uzdrowiskowa rewia towarzyska. A ten akurat rok, jak się z czasem okaże, zapisze się w historii miasteczka złotymi czcionkami. Wszystko to za sprawą faktu, że w tym barwnym korowodzie kuracjuszy nie zabrakło wówczas rodziny Chopinów.
Ponieważ przed wędrowcami roztaczała się perspektywa długiej, uciążliwej podróży, całe logistyczne przedsięwzięcie wymagało niemałego zachodu i starannych przygotowań. Z pomocą pospieszyli jednak wypróbowani przyjaciele oraz mecenasi rodziny — majętni Skarbkowie. Hrabina Ludwika, sama poszukująca w sudeckich wodach ratunku przed niszczycielską gruźlicą, wraz z bliskimi dysponowała udogodnieniami, które z dzisiejszej perspektywy moglibyśmy nazwać powozami klasy premium. To właśnie w jednym z tych wygodnych, prywatnych pojazdów znalazły schronienie siostry Fryderyka: Emilia i Ludwika, by pod opieką Skarbków wyruszyć w drogę jako pierwsze.
Dlaczego jednak młody Chopin i jego matka zostali pozbawieni tak komfortowego transportu? Powód okazał się prozaiczny: przyszły geniusz musiał oczekiwać w Warszawie na ogłoszenie ostatecznych wyników nauki w liceum. Napięcie opadło, a kamień spadł mu z serca dopiero właśnie dwudziestego siódmego lipca, gdy nadeszła upragniona nowina — egzaminy zostały zdane pomyślnie, a podwoje Szkoły Głównej Muzyki stanęły przed nim otworem.
Mając w kieszeni upragniony status studenta, Fryderyk mógł wreszcie ruszyć w drogę. Już następnego dnia, 28 lipca, wraz z matką Justyną wsiadł do publicznego dyliżansu. Podróż trwała okrągły tydzień — dystans ponad pięciuset kilometrów, który dziś pokonujemy w jedno popołudnie przy dźwiękach radia, dla nich był wyczerpującą, pełną kurzu odyseją. U celu zameldowali się 3 sierpnia, dołączając do reszty rodziny i Skarbków w pensjonacie Bürgla. (Ten historyczny dom — w późniejszych latach znany jako „Nokturn” przy ulicy Zielonej 6 — niestety nie dotrwał do dziś; jego wysłużone mury rozebrano w 2018 roku. A szkoda, bo gdyby go wyremontowano, to by była piękna pamiątka. Lokalizację miał iście strategiczną. Od Dworku Chopina, w którym młody artysta miał niebawem dać swoje słynne charytatywne koncerty, dzieliło go zaledwie niespełna dwieście metrów. Idealny dystans na krótki spacer — nawet dla kogoś, kto chwilę wcześniej wracał z górskich wycieczek na czworakach).
A tam, u Bürgla, czekała na nich uzdrowiskowa rutyna, która dzisiaj mogłaby przyprawić o zawrót głowy. Pobudka o świcie, by o szóstej rano wypić pierwszą szklankę leczniczej wody, serwowanej prosto z parującej studni przez służącą z dzbankiem na linie, a wszystko to zagryzane… serwatką. Chopinowi przepisano źródło Lau-Brunn, przy którym karnie ustawiał się w kolejce. Dziś, spacerując po Parku Zdrojowym, mijam te same miejsca i niemal słyszę echo tamtych dni — poranny gwar, stukot kubków i ciche rozmowy w oczekiwaniu na swoją porcję zdrowia.
Górskie otoczenie Dusznik zapewne dla młodego Warszawiaka było prawdziwym objawieniem. Po raz pierwszy w życiu zobaczył góry! I jak przystało na ambitnego nastolatka, postanowił je zdobyć. W liście do przyjaciela, Wilusia Kolberga, chełpił się, że pokonał ponad sto niemal pionowych, kamiennych stopni prowadzących na szczyt Einsiedelei, skąd rozpościerał się „przepyszny widok na całe Reinertz”. Przyznawał jednak z rozbrajającą szczerością, że ten heroiczny wysiłek kosztował go tyle, iż z górskich wycieczek zdarzało mu się schodzić na czworakach. Sielankowy pobyt przerwało jednak tragiczne wydarzenie — nagła śmierć jednego z kuracjuszy, który osierocił dzieci. To wtedy młody Fryderyk pokazał swoje drugie, niezwykle dojrzałe i wrażliwe oblicze. Zgodził się i 11 VIII 1826 roku zagrał charytatywny koncert w sali domu zdrojowego, który powtórzył pięć dni później. Dzięki jego zaangażowaniu zebrano sumę, która zabezpieczyła los osieroconych maluchów.
Wciąż jeszcze do dziś krążącą w opowiadaniach legenda, znacznie bardziej romantyczna niż oficjalne kroniki, dodaje do tej historii postać Libuszy, młodej Czeszki, która podawała Chopinowi wodę przy źródle. To dla niej i jej rodzeństwa, po tragicznej śmierci ojca w odlewni, rycerski Fryderyk miał zagrać, fundując jej podróż do ciotki w Pradze. Prawda to, czy poetycka fikcja? Nie wiadomo. W każdym razie, nie ma to chyba żadnego znaczenia. Liczy się gest, który na zawsze połączył jego muzykę z tym miejscem. Jest w tej historii jeszcze jeden, nieco… komiczny szczegół. Chopin, przyszły król fortepianu, w listach do swojego profesora Elsnera okropnie żalił się na jakość miejscowych instrumentów, które sprawiały mu „więcej przykrości niż przyjemności”. Można się tylko uśmiechnąć, wyobrażając sobie, jak musiał brzmieć jego genialny, charytatywny występ na zdezelowanym instrumencie, z którego nastolatek musiał siłą wydzierać piękno. A jednak, mimo tych „mąk”, to właśnie tutaj narodziła się legenda, która żyje do dziś…
Pora powrócić do współczesności. Mamy szósty sierpnia 2026 roku. Równo dwieście lat później nie sposób oprzeć się wrażeniu, że całe miasteczko zdrojowe — w atmosferze pełnej urokliwej krzątaniny — wstrzymuje oddech w oczekiwaniu na rozpoczęcie wielkiego święta. Fortepiany, na szczęście, reprezentują dziś najwyższą światową klasę, woda z tutejszych źródeł niezmiennie raczy podniebienie tym samym, doskonale znajomym akcentem, a sudeckie szczyty wciąż nieprzerwanie kuszą do wędrówek — choć powroty ze szlaku wymagają dziś zazwyczaj nieco więcej dystyngowania i zdecydowanie wolniejszego kroku niż w czasach młodego kompozytora.
Już jutro wybije pierwsza godzina tego nadzwyczajnego, jubileuszowego Festiwalu. Niechaj ten czas — rozciągnięty malowniczo od dzisiejszego, nieśmiałego jeszcze strojenia instrumentów aż po ostatni, wybrzmiewający w ciszy akord — okaże się nie tylko wyszukaną ucztą dla ucha, ale i porywającą, pełną niespodzianek podróżą w czasie. Chłonąc dźwięki płynące z festiwalowej estrady, ramie w ramię z wierną gwardią muzycznych przyjaciół oraz bezkresnym morzem bratnich nam melomanów, będę cierpliwie wyławiał echa tamtego lata sprzed dwóch stuleci. Z czasem — przełożę je na słowa: i dla siebie, i dla Was — aby nasz skromny Festiwalowy Kalejdoskop wzbogacił się o kolejny rocznik, osładzając czas oczekiwania na następne spotkanie.
(„Czas nie zaciera mistrzowskich akordów — on jedynie dodaje im szlachetnej patyny”. — Romain Rolland)
Kiedy namiot pęka w szwach, czyli inauguracja na tysiąc serc
7.08.2026 piątek godz. 20.00 — namiot w Parku Zdrojowym
KONCERT INAUGURACYJNY
Orkiestra NFM Filharmonii Wrocławskiej pod dyrekcją Pawła Kapuły
Soliści:
Piotr ALEXEWICZ — laureat V nagrody w XIX Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. F. Chopina w Warszawie
Tianyao LYU — laureatka IV nagrody w XIX Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2025) oraz nagrody za najlepsze wykonanie Koncertu z orkiestrą.
Kiedy namiot pęka w szwach, czyli inauguracja na tysiąc serc
I zaczęło się! Atmosfera w Dusznikach-Zdroju od samego początku zwiastowała wydarzenie wyjątkowego formatu. Choć tradycjonaliści zapewne z łezką w oku wspominali kameralny, pachnący historią, zniszczony przez wielką powódź Teatr Zdrojowy, wielokrotnie będący miejscem inauguracji, organizatorzy 81. Festiwalu Chopinowskiego wzorem roku ubieglego ponownie postawili na zamysł z rozmachem — w Parku Zdrojowym, podobnie jak w ubiegłym roku, wyrósł gigantyczny namiot, który pomieścił „tysięczny” tłum. I to jak pomieścił! Sala pękała w szwach, a melomani, ściśnięci niczym w legendarnej kolejce po bilety do Filharmonii, do ostatniego krzesełka wypełnili tę tymczasową świątynię muzyki. W powietrzu — poza sierpniowym, górskim powietrzem — wisiała ta specyficzna, ekscytująca mieszanka: oczekiwania, znawstwa i delikatnego szelestu programów koncertowych. Publiczność, jak na Duszniki-Zdrój przystało, była niezwykle kolorowa: od dostojnych stałych bywalców pamiętających jeszcze Konkursy Chopinowskie z ubiegłego stulecia, po młodych entuzjastów z wypiekami na twarzach, gotowych do dyskusji o każdym niuansie artykulacji.
Zanim w wielkim namiocie wybrzmiały pierwsze akordy, Duszniki-Zdrój przeniosły się w czasie za sprawą widowiskowej inscenizacji. Mieszkańcy i kuracjusze, którzy wylegli na ulice, mogli uszczknąć nostalgicznej atmosfery XIX wieku, obserwując dostojny wjazd samego Fryderyka Chopina w towarzystwie matki i siostry. Historyczny orszak z kompozytorem przemierzał trasę z Rynku, wzdłuż ulic Kłodzkiej, Bohaterów Getta, Zdrojowej i Zielonej, podążając wprost ku Teatrowi Zdrojowemu. Za powozem podążał barwny tłumek, a przejazdowi towarzyszyły serdeczne ukłony, uśmiechy i pełne zachwytu spojrzenia przechodniów, wyczekujących tego wyjątkowego momentu. Podniosłym zwieńczeniem tej części uroczystości było tradycyjne złożenie kwiatów pod pomnikiem kompozytora. Hołd artyście złożyli m.in. przedstawiciele władz Festiwalu — w tym prezes Fundacji Jadwiga Merkur oraz dyrektor artystyczny Piotr Paleczny — a całe wydarzenie poprzedziło wystąpienie burmistrz Dusznik-Zdroju, Urszuli Karpowicz.
Koncert rozpoczęła Uwertura koncertowa h-moll Hebrydy Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego. (Wybór ten, jak przypuszczam, nie był przypadkowy — w końcu sam Mendelssohn w młodości również przebywał w tym urokliwym miasteczku). Orkiestra NFM Filharmonii Wrocławskiej pod rozważną, a zarazem emocjonalną dyrekcją Pawła Kapuły idealnie odmalowała malowniczy, wzburzony krajobraz morskich fal, dając dowód, że Wrocławianie czują się znakomicie w każdym repertuarze, nawet w specyficznej akustyce parkowego namiotu.
Clou wieczoru stanowiły jednak występy dwójki laureatów ubiegłorocznego, XIX Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Jako pierwszy na scenie pojawił się Piotr Alexewicz — zdobywca V nagrody i zarazem jedyny reprezentant Europy w gronie laureatów. Jego interpretacja II Koncertu f-moll op. 21 zachwycała elegancją, szlachetnie dojrzałym brzmieniem oraz wybitną kulturą muzyczną. Pianista unikał taniego poklasku i zbędnego efekciarstwa, proponując w zamian narrację pełną poezji oraz precyzyjnie przemyślanej struktury, w której każda fraza oddychała naturalnym rytmem. W jego grze wybrzmiewała polska szkoła pianistyczna w swej najlepszej postaci: śpiewna, poetycka i czuła na subtelności rubata, które ani na moment nie przekraczało granic dobrego smaku. Publiczność nagrodziła artystę gorącymi owacjami na stojąco. W odpowiedzi na tak żarliwe przyjęcie Piotr Alexewicz wykonał na bis urokliwego walca Es-dur „Caressante” Ottorina Respighiego.
Po przerwie na estradę wkroczyła Tianyao Lyu — laureatka IV nagrody oraz zdobywczyni wyróżnienia specjalnego za najlepsze wykonanie koncertu z orkiestrą podczas warszawskiego zmagania. W jej interpretacji wybrzmiał I Koncert e-moll op. 11 — i natychmiast stało się dla mnie jasne, dlaczego to właśnie do niej trafił ten zaszczytny tytuł. Chińska pianistka zaprezentowała kreację zachwycającą. Jej Chopin był żywy, porywający i pełen pasji, a przy tym niezwykle dojrzały tak pod względem technicznym, jak i brzmieniowym. Lyu nawiązała głęboką, wręcz kameralną relację z muzykami NFM, prowadząc z nimi oraz z dyrygentem żarliwy, emocjonalny dialog. Każdy pasaż mienił się feerią barw, artykulacja przez całe dzieło zachwycała perlistością i blaskiem, a część druga — Romance. Larghetto — urzekała poetycką lekkością oraz niebywałą śpiewnością. Pianistka z niezwykłą swobodą operowała dynamiką: potrafiła w ułamku sekundy przejść od potężnego, dramatycznego wolumenu do mistycznego wręcz pianissimo, przy którym zgromadzona w namiocie publiczność zastygała w bezruchu, by nie uronić ani jednego tonu. Porywające wykonanie nagrodzono burzliwymi, żywiołowymi brawami. W odpowiedzi artystka zaprezentowała tajemniczy bis — być może była to miniatura z mniej znanego przeze mnie repertuaru, a być może autorska, spontaniczna improwizacja.
Niezwykle poruszającym akcentem był wieńczący wieczór gest artystów i dyrygenta. Po zakończeniu oficjalnego programu powrócili oni na estradę, by wraz z publicznością wykonać żywiołowe, zaimprowizowane „Sto lat” na cześć dyrektora artystycznego Festiwalu Piotra Palecznego. W ten sposób, w imieniu całej społeczności muzycznej, złożono najserdeczniejsze życzenia dostojnemu Jubilatowi z okazji jego 80. przypadających w tym roku urodzin.
Program:
Felix Mendelssohn-Bartholdy — Uwertura koncertowa h-moll Hebrydy
Fryderyk Chopin — II koncert fortepianowy f-moll. op. 21 (Piotr Alexewicz)
Bis:
— Ottorino Respighi — Walca Es-dur „Caressante”
Po przerwie:
Fryderyk Chopin — I koncert fortepianowy e-moll. op. 11 (Tianyao Lyu)
Bis:
— nierozpoznany
Oblicza artysty: ulotność, wirtuozeria i żar w Dworku Chopina
8.08.2026, sobota godz. 16:00, Dworek Chopina
Yehuda PROKOPOWICZ — uczestnik III etapu XIX Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego w Warszawie, laureat nagrody specjalnej Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków, laureat Paszportu „Polityki” 2025 w kategorii Paszport Czytelników.
Są takie popołudnia, kiedy czas w Dusznikach-Zdroju zdaje się w oczekiwaniu gęstnieć, a rozedrgane letnie powietrze wokół Dworku Chopina wypełnia powaga i olbrzymi oczekiwania. Sobotni recital Yehudy Prokopowicza nie był jedynie kolejnym punktem w festiwalowym kalendarzu. To było spotkanie z artystą, który, szczególnie po ubiegłorocznym Konkursie Chopinowskim swoją sztuką zainspirował niezwykłą, pełną oddania społeczność — ludzi, skupionych w facebookowych grupach fanów, dla których jego gra to coś znacznie więcej niż tylko sztuka wirtuozerii. W wypełnionej po brzegi sali Dworku czuło się tę wyczuwalną, niemal rodzinną atmosferę uwielbienia, z jaką melomani i w Polsce, ale i na świecie śledzą każdy jego krok od czasu sukcesów na Konkursie Chopinowskim czy zdobycia Paszportu „Polityki”.
Prokopowicz rozpoczął koncert w sposób symboliczny — od mazurków, za których interpretację podczas ubiegłorocznego Konkursu Chopinowskiego otrzymał nagrodę Polskiego Radia. Wybór ten miał swoje blaski i cienie. Utwory te, prezentowane przez pianistę na scenach całego świata, z czasem mogą stać się dla samego wykonawcy źródłem pewnego muzycznego znużenia. Czy tak było i tym razem? W moim odczuciu — do pewnego stopnia tak. Choć zaprezentowanym kreacjom nie sposób zarzucić przestylizowania czy zbędnej ekstrawagancji, to wraz z kilkoma osobami, z którymi dzieliłem wrażenia, odniosłem wrażenie, że zabrakło w nich dawnej, ulotnej świeżości.
Bądźmy jednak sprawiedliwi: mazurki w ujęciu Prokopowicza — od melancholijnego gis-moll op. 33 nr po roztańczone D-dur op. 33 nr 3 — wciąż brzmiały niczym intymne opowieści snute przy cichym świetle. Pianista posiada rzadki dar wydobywania z rubato głębokiego, naturalnego oddechu, który zachwycił mnie już podczas jego występów na konkursowych estradach oraz podczas ubiegłorocznego, kameralnego recitalu w Hotelu Fryderyk. Tamte porywające wrażenia nie tylko dojrzały i nabrały ostatecznego szlifu, ale też w pewien sposób uspokoiły się, ustępując miejsca stonowanej dojrzałości.
Z kolei monumentalna Fantazja f-moll oraz Ballada f-moll, których słuchaliśmy w I części recitalu, ukazały inne oblicze artysty: dojrzałego dramaturga, który z wyczuciem buduje napięcie — od najcichszego pianissimo po potężne, porywające kulminacje — nie tracąc przy tym szlachetności brzmienia.
Po przerwie, druga część recitalu przyniosła fascynujące przewartościowanie nastroju. Adagio h-moll KV 540 Mozarta zabrzmiało niczym skupiony, metafizyczny pacierz — czyste, przejrzyste, poruszające do głębi swoją prostotą. Chwilę później Prokopowicz porwał publiczność w zmysłowy i wirtuozowski świat Ferenca Liszta. W Harmonies du soir fortepian zdawał się mienić barwami zachodzącego słońca, przygotowując słuchaczy na finałowy nurt energii. Zwieńczeniem programu była znakomicie zinterpretowana Sonata fortepianowa Béli Bartóka — wykonana z bezkompromisową, rytmiczną drapieżnością, pełna surowej siły, która dosłownie elektryzowała powietrze.
To był koncert, o wyraźnie dwóch obliczach: nieco nostalgiczne sennej chopinowskiej opowieści, i pełnej drapieżnego wigoru części drugiej, gdzie Liszt i Bartok niemal odrywały pianistę od fortepianu a nas publiczność — od hipnotycznego snu. To był koncert, po którym nie wychodzi się po prostu na spacer do parku zdrojowego. Yehuda Prokopowicz po raz kolejny udowodnił, że potrafi łączyć absolutną dojrzałość artystyczną z charyzmą, która jedna mu serca najróżniejszych pokoleń melomanów.
Żywiołowe oklaski zachęciły artystę do bisu: tym razem Chopin w Grande Valse brillante As-dur op. 34 nr 1 wybrzmiał z niezwykłą tanecznością, wigorem i… chopinowskim czarem. Piękne zwieńczenie recitalu!
Program recitalu:
Fryderyk Chopin — Mazurki: gis-moll op. 33/1, e-moll op. 17/2, a-moll op. 59/1, fis-moll op. 59/3, D-dur op. 33/3, h-moll op. 33/4, Fantazja f-moll op. 49, Ballada f-moll op. 52
Po przerwie:
Wolfgang Amadeusz Mozart — Adagio h-moll KV 540
Ferenc Liszt — Etudes d’execution transcendante S. 139: X. Allegro agitato molto f-moll, XI. Harmonies du soir
Bela Bartok — Sonata fortepianowa Sz. 80
Bis:
— Fryderyk Chopin — Grande Valse brillante As-dur op. 34 nr 1
Recital absolutny. Inauguracja wieczornych sesji festiwalu
8.08.2026, sobota godz. 20:00, Dworek Chopina
Alexander GAVRYLYUK — zdobywca Złotego Medalu w Międzynarodowym Mistrzowskim Konkursie Pianistycznym Artura Rubinsteina w Tel-Awiwie (2005), Artist-in-Residence w Wigmore Hall w Londynie w sezonie 2023/24
Po popołudniowej inauguracji cyklu koncertów w Dworku Chopina — wieczór otwarcia przyniósł eksplozję arcymistrzowskiej sztuki pianistycznej na najwyższym poziomie. Gdy po ciepłym, słonecznym dniu sierpniowy zmierzch zaczął łagodnie spowijać Park Zdrojowy, publiczność — zaznajomiona choćby pobieżnie z programem oraz dorobkiem artysty — mogła się spodziewać wydarzenia wykraczającego daleko poza ramy zwykłego recitalu. I tak w istocie się stało. Występ Alexandra Gavryluka, pianisty o olśniewającej wirtuozerii i unikatowej wrażliwości, dla takich jak ja i zapewne dla wielu podobnych mi melomanów, niemal na nowo zdefiniował pojęcie muzycznego magnetyzmu.
Artysta rozpoczął swój program Sonatą C-dur KV 330 Wolfganga Amadeusa Mozarta. Już pierwsze, krystalicznie czyste akordy udowodniły, że wybór tego utworu na otwarcie był posunięciem genialnym w swej prostocie. Gavryluk od pierwszych taktów uwolnił klasycystyczną strukturę z jakiejkolwiek akademickiej sztywności. Jego uderzenie było pełne energii, klarowne i niezwykle śpiewne — niczym światło słoneczne przesączające się przez korony drzew otaczających dworek. Każda fraza oddychała naturalnym wdziękiem, a pianista z niesłychaną maestrią snuł narrację rozpiętą między beztroską radością a dyskretną melancholią.
Chwilę później, za sprawą Fantazji f-moll op. 49 Fryderyka Chopina — utworu, który wybrzmiał w murach Dworku cztery godziny wcześniej (podczas popołudniowego koncertu) — słuchacze przenieśli się w zupełnie inny wymiar emocjonalny. W samym sercu chopinowskiego sanktuarium dzieło to zabrzmiało z absolutną, obezwładniającą potęgą. Gavryluk potraktował ten „poemat muzyczny” z ogromnym szacunkiem dla architektury formy, łącząc go z drapieżną, typowo romantyczną żarliwością. Mistrzowsko prowadził narrację od mrocznego, marszowego wstępu, poprzez gwałtowne eksplozje dramatycznego napięcia, aż po momenty metafizycznego wyciszenia. Jego interpretacja zachwycała niezwykłą głębią barwy oraz pełną kontrolą nad dynamiką instrumentu.
Zwieńczenie pierwszej części wieczoru — Venezia e Napoli: Tarantella Ferenca Liszta — stało się popisowym pokazem artystycznej pirotechniki. Pianista wyczarował z klawiatury cały dramatyzm oraz rozedrganą rytmem poezję włoskiego Południa. Palce Gavryluka poruszały się z niewiarygodną precyzją, a oszałamiające kaskady dźwięków i zawrotne tempa bez reszty rozpaliły emocje zgromadzonej publiczności tuż przed przerwą.
Drugą część recitalu zdominowały monumentalne Obrazki z wystawy Modesta Musorgskiego. To, co Gavryluk uczynił z tym cyklem, w moim przekonaniu ma szanse przejść do historii dusznickich festiwali. Zamiast ograniczać się do epatowania potęgą brzmienia, artysta malował dźwiękiem niezwykle szczegółowe, wielowymiarowe płótna. Od dostojnej Promenady, przez groteskową ekspresję Gnomusa, aż po poetycki czar Starego zamku — każdy promień światła i każdy głęboki cień nakreślał z absolutną dojrzałością. Finałowa Wielka Brama Kijowska zabrzmiała niczym potężna, orkiestrowa apoteoza, wprawiając mury Dworku w rezonans i wywołując chyba u wszystkich słuchaczy prawdziwy zachwyt.
Reakcja zgromadzonej publiczności mogła być tylko jedna — entuzjastyczna kaskada braw prawie natychmiast przekształciła się w owację na stojąco. W odpowiedzi pianista podarował słuchaczom aż trzy bisy, z których każdy stanowił osobną, misternie wysnutą opowieść. Marzenie Roberta Schumanna z cyklu Sceny dziecięce odsłoniło najsubtelniejsze, niemal intymne oblicze artysty — dźwięki zawisały w przestrzeni sali, rozpływając się w cichej, wieczornej kontemplacji. Chwilę później nastrój zmienił się diametralnie za sprawą porażającego energią i rytmicznym impetem finału VII Sonaty B-dur op. 83 Sergiusza Prokofiewa. Na sam koniec, niczym głębokie, poetyckie westchnienie, wybrzmiała niezwykle dojrzała, przepełniona nostalgią Etiuda cis-moll op. 2 nr 1 Aleksandra Skriabina.