E-book
6.83
drukowana A5
16.11
Język wilczy

Bezpłatny fragment - Język wilczy

Trudności w nauce


Objętość:
31 str.
ISBN:
978-83-8221-152-8
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 16.11

.


Życie ludzkie, posłusznie melduję, panie oberlejtnant, jest takie powikłane, że w porównaniu z nim człowiek jest jak szmata.


Jaroslav Hašek „Przygody dobrego wojaka Szwejka”


Opisane postaci mają cechy stereotypowe i stanowią portret typu charakteru. Świat przedstawiony ma charakter uniwersalny.

Niewilczość

Bardzo trudno było Agnes zrozumieć język wilczy; nie tylko z powodu tego, że zawierał on specyficzne, gardłowe dźwięki i że przechodził często w warczenie. Agnes warczeć nie umiała, a gniewne tony, których wymagało użycie mowy wilczej, w jej wykonaniu pełne były mimowolnej łagodności. -Agnes, naucz się porządnie wilczego!… — mówiły do niej drapieżne zwierzęta. Potem odchodziły o kilka kroków, przyglądając się jej oczyma, emitującymi światło jak latarki, i powarkiwały, zdziwione. Albo śmiały się, pełne agresywnej wesołości wypływającej z tego, że znalazły tak głupie zwierzę pośród siebie. W języku wilczym bowiem nie tylko zdziwienie, ale nawet radość, wyrażana była na sposób brutalny.


Agnes nie miała w sobie brutalności- tak jakby urodziła się bez niej. Było to jednak coś, czego nauczyło ją Stado; poza, którą przyjmowała mimowolnie, znajdując się pośród wilków. Niejednokrotnie nawet, będąc sama, robiła groźne miny i pluła na odległość. Była to- jak myślała- jej prawdziwa natura. Wilki tolerowały ją, chociaż czuły, że jest w niej coś innego i obcego. Było tak od zawsze. Wilczość Agnes była jak gdyby udawana. Koledzy ze Stada odczuwały ją jako coś dziwnego- niezawodny instynkt mówił im przecież, że Agnes jest w swoim zachowaniu zupełnie szczera. Gdzie leżało jednak oszustwo, obecność którego wilki wyczuwały może jeszcze silniej?… Wilki patrzały na Agnes z powątpiewaniem.


— I to jest wilk?… — wyrwało się kiedyś siedzącemu pod drzewem Vercyngetoryksowi, który przyglądał się Agnes z pewnej odległości. Inne wilki, które stały obok niego, również zaczęły wpatrywać się w Agnes.


— Niby ma łapy… Takie jak my mamy- powiedział Burzum z ociąganiem. -Niby ma ogon… — znów spojrzał na nią krytycznym okiem, z trudnym do rozszyfrowania wyrazem pyska.


— I wyć też niby potrafi… — powiedział inny wilk, którego imienia nie pamiętam.


— Ciężka sprawa… — błysnął ślepiami inny. Agnes, nieświadoma tego, że o niej rozmawiają. Po chwili spojrzała na grupkę. Różnica między resztą wilków a Agnesn uwidoczniła się, kiedy oczy Agnes spotkały oczy Vercyngetoryksa. I choć wyglądały one tak samo, ich wyraz był zupełnie odmienny. Agnes patrzała tak, jak gdyby w jej oczach jaśniał pełen pogody uśmiech. Czy było to coś złego?… Nie, ale z pewnością nie było to typowo wilcze- dlatego należało się mieć na baczności. W oczach Vercyngetoryksa zaś zapaliło się to, co najbardziej charakterystyczne dla wilka- żółty ogień, jadowity a jednocześnie nieodgadniony. To było właśnie wilcze. I jedynie słuszne. W miarę tego, jak ogień rozpalał się w wilczych ślepiach, Vercyngetoryks nabierał pewności siebie. Podobnie jego towarzysze. W cieniu drzew ich łby rysowały się wspaniale- wyglądali wszyscy jak zbójcy. I, tak właściwie, mówiąc między nami, byli nimi- choć dla określenia samych siebie używali wszyscy co do jednego miana bohater. A kim jest bohater?… Nie tylko tym, kto kroczy z dumnie wypiętą piersią- czy też, jak w przypadku wilka- z wysoko podniesionym ogonem. Bohater jest to ktoś, kto, by zdobyć, a następnie podtrzymać swoje bohaterstwo, musi walczyć. Podtrzymywanie bohaterstwa zaś wymaga tego, by ćwiczyć zdobyte umiejętności na każdym, kto uchodzi za wroga. Odważny i szlachetny wilk z żółtym ogniem, rozpalonym w pełnych bezkompromisowości oczach, jest kimś, kto walczy z szeroko pojętym złem. Jest mu ono potrzebne do życia, jak powietrze. Zło jest materiałem ćwiczebnym. A kto decyduje, co jest złe, a co dobre? On sam. Złe jest to, z czym walczy. A jako że jest panem stworzenia, może walczyć ze wszystkim.


— Ta Agnes… — powiedział Vercyngetoryks złośliwie- Ta Agnes jest jakaś niewilcza… Pozostałe wilki, które zgromadziły się wokół niego, zaczęły merdać ogonami i uśmiechać się porozumiewawczo. Niektóre z nich nawet przymrużyły oczy z zadowoleniem.

— Myślę… — kontynuował Vercyngetoryks- myślę, że należy zgłosić sprawę do Bisiora-powiedział tonem zdecydowanym, w którym kryło się jednak ledwo wyczuwalne rozbawienie.


— Słyszałem… — Burzum zbliżył się do naprędce uformowanego kręgu i udał, że powierza wilkom jakąś bardzo ważną tajemnicę. Wszystkie wilki skierowały w jego stronę głowy. -Słyszałem, że to lupa… — powiedział głosem przeszywającym i czknął. Pozostałe wilki aż zachłysnęły się w z wrażenia- a potem zaczęły się śmiać. Śmiały się i podskakiwały, okładając się wzajemnie łapami gestami prawie że uroczystymi, jak gdyby pragnęły sobie nawzajem pogratulować. Były bowiem jednością, rozpalane wszystkie przez żółty ogień nienawiści i pragnienia czynienia zła.


Następnego dnia Agnes, którą zaintrygowało to, że poprzedniego dnia wilki, zebrane w grupie, obserwowały ją uważnie, stojąc pod drzewem, podbiegła do Vercyngetoryksa. Vercyngetoryks był młodym wilkiem, który miał zadatki na przyszłego Bisiora: zaczynał już słynąć z okrucieństwa i niezwykłego sprytu. Agnes otwierała już paszczę, chcąc się z nim przywitać, gdy młody wilk, spojrzawszy na nią z ukosa, zaczął skandować cicho i jak gdyby z utajoną złośliwością:

— Lu-lu-lu!… Lu-lu-lu!… — Agnes popatrzyła na niego, niezwykle zdziwiona. Co ma znaczyć to dziwne zachowanie?…

— Papapa… pappa… papa… — powiedział Vercyngetoryks z satysfakcją, a potem zaczął rozmowę, jak gdyby nigdy nic:

— Witaj Agnes!… — Agnes stwierdziła, że skoro teraz zachowuje się normalnie, to może dziwne zachowanie, którego była właśnie świadkiem, było efektem niestrawności. „Lu-lu-lu?….” A może spać mu się zachciało?…


— Witaj, Vercyngetoryksie… — powiedziała Agnes i spojrzała na niego pogodnie.


— Lu-lu-lu?… — zapytał Vercyngetoryks, przekrzywiwszy łeb. Agnes popatrzyła na niego z troską.

— Czy chce ci się spać?… — spytała i zajrzała mu w oczy. Wilk zachichotał.


— To zależy, co masz na myśli… — powiedział, po czym przyjrzał się jej z pewnym zdziwieniem i dodał półgłosem, jak gdyby sam do siebie: -Nie reaguje… — Agnes siedziała nieporuszona, z łbem zadartym w niebo.


— Jakie piękne niebo! Spójrz. Ta chmura przypomina trochę wilka- wyciągnęła łapę i wskazała na obłok. Potem otrząsnęła się z rozmarzenia i spytała go naturalnym głosem:


— Dlaczego miałabym reagować?… — Vercyngetoryks spojrzał na nią zdziwiony. Kilka sekund mierzyli się wzrokiem, a potem wyszczerzył zęby.


— Pa-pa-pa! Pa-pa-pa!… — zakrzyczał urywanym głosem, nieco wyprowadzony z równowagi. Po czym odbiegł od Agnes, rzucając jej raz po raz spojrzenia pełne nienawiści. Agnes popatrzała za nim, zamyślona. Co się z nim mogło dziać?… Dlaczego się tak zachowywał i co się za tym kryło?… Bo przecież zachowywał się inaczej niż zwykle. Po chwili postanowiła zapomnieć o tej sytuacji, ponieważ myślenie w tym przypadku wydało jej się bezowocne. Być może jej znajomy po prostu najadł się szaleju.


Tak minął jeszcze jeden dzień w Wilczarni. Wilk Skolla, ciągnący przez niebo na ognistym rydwanie, znowu uciekł przed goniącym go wilkiem Hatti. Takie były pradawne wierzenia wilków. Agnes nie wierzyła w to wszystko; w dodatku wilcze wierzenia i tradycje były jej coraz bardziej obojętne. Zamiast zastanawiać się nad czymś, co według niej pozbawione było sensu -a gdyby zastanowiła się nad tym głębiej, doszłaby do wniosku, że pozbawiona sensu była dla niej w ogóle wilczość-wolała biegać po lesie lub obserwować chmury. Jeśli jednak chodziło o mity, które przekazywane były z pokolenia na pokolenie przez jej społeczność, lubiła ów mit o kosmicznych wilkach, goniących się po niebie i ciągnących za sobą na rydwanach słońce i księżyc. Skolla, czyli ciągnący Słońce, znany był również jako Nienawiść. Hatti, czyli ciągnący księżyc, oznaczał Wstręt. Agnes uznawała, że mit ów w doskonały sposób ilustruje zarówno wilcze obyczaje, jak i sposób myślenia. Nienawiść i wstręt. Wszystko, co należy wiedzieć o świecie pełnym przemocy. Był to jednak dzień wyjątkowy. Dzień, w którym Agnes po raz pierwszy zetknęła się ze słowem lupa. I choć nadal ani ona, ani Czytelnik, nie wiedzą, czym jest owa lupa, autorka zapewnia, że w dalszej części opowieści tajemnica zostanie rozwiązana.


Choć może to się wydawać dziwne, istniały jednak wilki, które nie uznają ani wstrętu, ani nienawiści. Na terenie Wilczarni było ich dwoje. Jednym z nich była Agnes. Drugim był Norje. Za chwilę poznamy bliżej drugiego bohatera. Udamy się w tym celu na zebranie Watahy. Spotkamy tam po raz pierwszy dwa wilki, mające niebagatelne znaczenie, jeśli chodzi o przebieg tej opowieści. Dlaczego?… Wszak żadna opowieść nie może obyć się bez bohaterów. Ci dwaj: Bisior i Norje, stanowią biegunowe przeciwieństwa. Bisior ma na imię ma Wilczarz, choć nikt go tak nie nazywa. Jego imię jest niepotrzebne, ponieważ jest królem- i to w dodatku Królem Północy. Jest zimny, nieprzejednany i cyniczny- a przy tym, choć tego nie okazuje i stara się to ukrywać- bywa czasem również i tchórzem. Jak to, tchórzem- może ktoś zapyta. Czy król może być tchórzem?… Nieoczekiwana odpowiedź brzmi: tak, czasami… Norje z kolei, jako szeregowy poddany, nie miał żadnych tytułów- jedynie imię. Ale był odważny. Czy znaczy to, że -tak jak inne wilki, lubił jeżyć sierść i pod byle pretekstem stawać do walki w nadziei na łyk świeżej krwi?… Nie. Jego odwaga była zupełnie innego rodzaju. I to właśnie sprawiało, że między Norje i Bisiorem była tak wielka przepaść.

Pierwsze zetknięcie z Norje

Bisior Wilczarz miał w zwyczaju regularnie zbierać wszystkie wilki i przemawiać do nich pod Wielkim Dębem. Chodziło mu o to, by wilki nie rozpierzchły się i by żaden nie zaczął działać po swojemu; według swojego upodobania. Wszystkie wilki miały koniecznie przynależeć do Stada i każdy z nich miał być idealnie funkcjonującą kopią drugiego- pomijając niewiele znaczące różnice osobnicze, które mogły istnieć o tyle, o ile przydawały się samemu systemowi. Nie można było jednak różnić się za bardzo- bo wtedy nie wiadomo było, co zrobić z daną jednostką. A raczej wiadomo było- ale było to coś, o czym nie mówiło się raczej, ale co po prostu prowadzało się w czyn. Coś o czym nie każdy wiedział- a może też, jak dodam po pewnym zastanowieniu- coś, o czym wiedzieli prawie wszyscy, ale o czym nikt nie mówił. Jeśli jednostka nie podzielała entuzjazmu wobec tego, co inne zwierzęta miały za szeroko pojętą wilczość, zyskiwała nieoficjalnie miano owcy, a to pociągało z sobą daleko idące konsekwencje, o których jednak- jak się zdaje, nikt nic nie wiedział, ponieważ nie mówiono o nich w społeczności nawet słowa- przynajmniej, jeśli chodzi o rozmowy oficjalne. Nieoficjalnie jednak sprawą owcy zajmowali się wszyscy i była ona przez wszystkich pilnie obserwowana. Wilki uważały, że wszystko, co dziwne i nieznane, należy pochwycić i poddać kontroli za wszelką cenę. Oraz -co było dla nich akurat podejściem odrobinę nietypowym- należało owcę


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 16.11