E-book
6.83
drukowana A5
30.66
Jezioro dusz

Bezpłatny fragment - Jezioro dusz

Objętość:
151 str.
ISBN:
978-83-8273-841-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 30.66

Był pochmurny i deszczowy dzień, jednak nad miejscowym jeziorem nie brakowało wędkarzy. Ponoć w taką pogodę najlepiej biorą ryby, przekonał się o tym porucznik Zabłocki, który w ten sposób spędzał wolny czas po służbie. W swoim plastikowym wiaderku, miał już kilka karpi, jednak liczył na coś większego. No i się doczekał, spławik z jego wędki zanurzył się w wodzie, alarmując właściciela o braniu. Jednak nie było tam żadnego szarpnięcia, w końcu mężczyzna zaczął kręcić kołowrotkiem.

— Cholera, o coś zahaczyłem — pomyślał sobie.

— Co to może być?

Żyłka napięta do granic możliwości, o mało się nie urwała, w końcu zagadka została rozwiązana. Na powierzchni wody ukazało się coś, wyglądem przypominające ludzkie ciało. No tak, zamiast dużej ryby Zabłocki chwycił na haczyk topielca. Powoli przyciągnął zwłoki do brzegu, dobrze że miał przy sobie lateksowe rękawiczki. Po założeniu ich na dłonie, delikatnie odczepił haczyk z pleców topielca, po czym wciągnął zwłoki na brzeg. Po obróceniu ich, okazało się że to kobieta, lat około trzydziestu. Sądząc po stanie ciała, przebywała w wodzie jakieś dwa dni. Ubrana była w sukienkę i kurtkę typu ramoneska, jej długie czarne włosy oblepiały teraz twarz, po odsłonięciu ich ukazała się jej uroda. Niestety martwa, nie wyglądała już tak atrakcyjnie jak za życia. Porucznik zaczął przeszukiwać jej ubranie, jednak nie znalazł żadnych dokumentów. Każda kobieta zawsze ma przy sobie jakąś torebkę, ta nie miała, widocznie ktoś jej zabrał, lub też leży na dnie jeziora. Na pierwszy rzut oka nie było widać ran na ciele, ani też śladów po duszeniu. Zapewne dopiero sekcja zwłok, wykaże faktyczną przyczynę śmierci tej kobiety. W końcu mężczyzna wyprostował się, zapalił papierosa i wyciągnął telefon z kieszeni. Wybrał numer komisariatu, w którym pracował. Po połączeniu się z rozmówcą dodał.

— Halo, Wieszowski?

— Tak, to ja.

— Mówi porucznik Zabłocki.

— Tak poruczniku?

— Słuchaj mnie uważnie.

— Słucham.

— Jestem nad jeziorem.

— U nas?

— Tak, przy północnej stronie.

— Co się stało?

— Wyłowiłem zwłoki kobiety.

— Okej, zaraz będziemy — odparł policjant.

Porucznik usiadł na wędkarskim krzesełku i dokończył palenie, przez cały czas lustrując zwłoki.

— Ciekawe, czy ktoś zgłosił zaginięcie?

— A może kobieta jest nietutejsza?

Myśli same nachodziły głowę porucznika, zamiast się odprężyć po pracy, znalazł sobie nowe zajęcie. Że też akurat on, musiał zarzucić wędkę w tym miejscu. Widocznie tak miało być, zrządzenie losu czy jak to nazywają. Po dokończeniu papierosa, zapalił następnego a ekipy śledczej dalej nie było.

— Co oni się tak guzdrzą? — Pomyślał sobie.

Co prawda jest dzisiaj sobota, i większość personelu ma wolne, jednak policjant powinien być w gotowości cały czas. Przynajmniej Zabłockiemu tak się wydawało, co do reszty nie miał wyrobionego zdania. W końcu pokazały się na horyzoncie dwa auta, radiowóz oraz bus na zwłoki. Oba auta zaparkowały, obok samochodu porucznika. Wysypali się z nich funkcjonariusze, mundurowi i po cywilnemu, w sumie pięć osób.

— Co pan tam złowił? — Starał się zażartować Wieszowski.

— To co widzisz.

— Cholera, fajna kobitka, szkoda że martwa.

— Na mnie tylko takie lecą — odparł porucznik.

— Bez przesady.

— No dobra, koniec żartów, bierzcie się do roboty.

— A co z nurkami? — Zapytał porucznik.

— Będą ale później.

— A co, nie ma ich na miejscu?

— Panie poruczniku, jest sobota, ludzie mają swoje sprawy — odparł Wieszowski.

— No dobra, niech będzie.

Zabłocki wyciągnął papierosa i zapalił go, zaciągnął się porządnie dymem. W tym czasie zwłoki kobiety, wylądowały w plastikowym worku.

— Przeszukajcie cały teren wokół jeziora.

— Cały?

— No tak, nie jest powiedziane że kobietę wrzucono tutaj, mogła dryfować z prądem.

— W sumie racja — odparł Wieszowski.

— Łowi pan dalej poruczniku?

— Na dzisiaj już wystarczy — odparł.

— Jak zrobią sekcję zwłok, to dajcie mi znać.

— Tak jest.

Mundurowi zaczęli przeczesywać teren, bus ze zwłokami odjechał, obaj policjanci stali teraz i patrzyli na taflę jeziora.

— Fajny weekend — zauważył sierżant Wieszowski.

— Jak każdy inny.

— Bywają też spokojne poruczniku.

— Ten akurat do nich nie należy.

— Co zrobić, taka praca.

— No właśnie.

Zabłocki zwinął swój sprzęt, ryby z wiaderka miał zamiar wrzucić do wody.

— Chyba że ty chcesz? — Zapytał mężczyznę.

— A kto mi je wypatroszy?

— Nie umiesz?

— Nigdy się w to nie bawiłem.

— Jak chcesz.

Ryby z wiaderka powędrowały z powrotem do jeziora, porucznik schował sprzęt do auta.

— To co, zostajesz tu jeszcze?

— Tak, może coś znajdą — odparł Wieszowski.

— Ja się zmywam, do poniedziałku.

— Na razie poruczniku.

Zabłocki wsiadł do swojego volvo i odjechał z stronę miasteczka, po kwadransie zajechał pod dom w którym mieszkał. Był to parterowy budynek, z mieszkalnym poddaszem. Zabłocki kupił ten dom jakiś czas temu, mógł skorzystać ze służbowego mieszkania, jednak źle czół się w bloku. Wychował się na wsi, od małego lubił przestrzeń, więc kiedy nadarzyła się okazja, po rozwodzie ze swoją żoną, kupił ten kwadrat. Wiadomo jak jest w policji, kokosów się tutaj nie zarabia, a i dom wymaga remontu, więc dużo za niego nie dał. Jednak na odczepnego można w nim mieszkać. Chyba że ktoś wymaga luksusów, jednak w jego przypadku liczy się dach nad głową i bieżąca woda. A ten dom posiada jedno i drugie, więc normy mieszkalne są zapewnione. Jego żona wraz z córką, wyprowadziły się do dużego miasta jakim jest Gdańsk. Jemu ta mieścina w zupełności wystarcza, tym bardziej że robotę ma na miejscu. No i sam sobie jest tu szefem, nie ma nikogo nad sobą, chyba że kapitan Brodzik, ale to tylko wtedy gdy jest coś grubszego, tak jak teraz z tym morderstwem. Wtedy bezpośrednio podlega, tym z komendy powiatowej. Po wyjściu z auta, gliniarz udał się do wnętrza domu. Od czwartej rano był na rybach, teraz dochodziło południe, więc przyszła pora na wypicie kawy. Po zaparzeniu jej w kubku, usiadł przy stole w kuchni. Porucznik Zabłocki był czterdziestoletnim policjantem, wysoki, dobrze zbudowany szatyn, po dziesięcioletnim związku, który się rozpadł z niewiadomych przyczyn. A raczej wiadomych, w sądzie jego była żona, zarzucała mu brak miłości i całkowite oddanie swojej pracy. Czy tak faktycznie było? Trudno jednoznacznie stwierdzić, zawód policjanta ma w sobie coś takiego, co potrafi człowieka wciągnąć bez reszty. Oczywiście, jeśli traktujemy tą pracę poważnie. Córka porucznika Ania, bardzo przeżyła rozstanie rodziców, jednak decydujący głos w sprawie miała tu jej matka, Grażyna Zabłocka. Z wykształcenia żona Marka była chemikiem, więc mocno stąpała po ziemi, na razie nie ułożyła sobie życia na nowo. Porucznik siedział teraz w swojej kuchni i popijał kawę, czekając na telefon od podwładnego, w sprawie wyłowionego ciała. Sekcję zwłok mieli przeprowadzić, w instytucie medycyny sądowej, tutaj na miejscu nie ma ku temu warunków. Wiadomo małe miasteczko, żyjące w większości z turystów, nie posiada takiego zaplecza, jak miasto wojewódzkie czyli Gdańsk. Czy będą z tym czekać do poniedziałku? Wszystko możliwe, zmarłej kobiecie i tak już pomóc nie można, a co się odwlecze to nie uciecze jak mówi przysłowie. Tylko co ma robić porucznik do poniedziałku? Znowu jechać na ryby? Już mu się odechciało, przynajmniej na jakiś czas. Po wypiciu kawy, Marek wyszedł na dwór aby rozejrzeć się po posesji. Zauważył jakąś kobietę, która za sąsiedzkim płotem trzepała dywan. Dom obok jego posesji, przez jakiś czas był wystawiony do sprzedaży, czyżby to była nowa właścicielka? Stanął na chwilę w miejscu i zaczął się jej przyglądać. Wyciągnął z kieszeni papierosa i zapalił, zaciągając się mocno. W pewnym momencie, kobieta przerwała swą czynność i obróciła się w stronę mężczyzny.

— Przeszkadza to panu? — Zapytała.

— Ależ skąd, tak tylko patrzę.

Kobieta podeszła do płotu i wyciągnęła do niego rękę na przywitanie.

— Może się przedstawię, nazywam się Justyna Pawlik.

— Miło mi, Marek Zabłocki.

— Jesteś nową właścicielką?

— Tak, kupiłam ten domek — odezwała się kobieta.

— I jak ci się mieszka?

— Dopiero zaczynam, wcześniej tylko tutaj zaglądałam.

— Rozumiem.

— A ty Marku?

— Co ja?

— Jak długo tu mieszkasz?

— Powoli będzie dwa lata — odparł mężczyzna.

— To niedługo.

— Kupiłem ten dom po rozwodzie.

— Ja też zaczynam nowe życie — odezwała się kobieta.

Justyna była blondynką, o długich włosach które rozwiewał teraz wiatr, była szczupła i wysoka. Ubrana w dwu częściowy dres i adidasy, na głowie miała czapkę z daszkiem. Mogła mieć około czterdziestki, nie więcej chyba że Marek się mylił w ocenie.

— Sama tu jesteś? — Zapytał policjant.

— Na razie tak, potem dołączy do mnie córka.

— Ile ma lat?

— Piętnaście.

— To już panna — zauważył Marek.

— Tak, czekam aż skończy rok szkolny, teraz mieszka u mojej matki.

— A co z jej ojcem, jeśli to nie tajemnica?

— Jak to z facetami bywa, nie sprawdził się w roli męża i ojca — dodała Justyna.

— Mogłem się domyśleć.

— A ty?

— Ja tak samo, nie sprawdziłem się w tej roli — odparł mężczyzna.

— Czym się zajmujesz? — Zapytała.

— Jestem policjantem.

— Ach tak.

— Zdziwiona?

— Bo ja wiem, zawód jak każdy inny — odparła kobieta.

— Czy ja wiem.

— W każdym wypadku można być człowiekiem.

— Co masz na myśli?

— To, że każdy popełnia błędy, lecz nie każdy potrafi się do nich przyznać.

— Rozumiem.

— A ty czym się zajmujesz? — Zapytał kobietę.

— Jestem adwokatem.

— Ach tak.

— Zdziwiony?

— Raczej obstawiałem co innego.

— Co na przykład?

— Nauczycielka lub bizneswoman.

— Co to to nie.

— W czym się specjalizujesz?

— Sprawy rodzinne, spadkowe.

— Czyli będziesz dojeżdżać na rozprawy?

— Tak, do Gdańska.

— Bo u nas sądu nie ma.

— To prawda.

— Ale mam samochód, więc nie widzę problemu.

— Oczywiście — dodał Marek.

— Dzisiaj sobota, może spotkamy się wieczorem na drinka, poznamy się bliżej? — Zapytała.

— Czemu nie.

— To w takim razie do wieczora, wracam do trzepania dywanu.

— Powodzenia — odparł mężczyzna.

Justyna wzięła się za trzepanie, a jej nowy znajomy dalej palił papierosa. W pewnym momencie zadzwonił jego telefon.

— Tak?

— Szefie, mówi Wieszowski.

— Słyszę cię, co tam?

— Nurkowie przeczesali dno jeziora.

— Znaleźli coś?

— Tak, torebkę kobiety.

— Było w niej coś?

— Jeszcze nie patrzyłem — odparł sierżant.

— To dawaj na komisariat, ja już tam jadę.

— Okej szefie.

Porucznik dopalił papierosa, otworzył bramę z posesji i zamierzał wsiąść do auta.

— Wybierasz się gdzieś? — Zapytała przez płot Justyna.

— Tak, nad jezioro.

— Popływać?

— Raczej służbowo.

— Ale spotkamy się wieczorem?

— Oczywiście.

— To na razie.

— Na razie.

Marek wycofał swoje volvo na ulicę i ruszył przed siebie, obierając kierunek za miasto. Po dziesięciu minutach był już na miejscu, czekał na niego Wieszowski.

— Co tam Zygmuncie?

— To ta torebka.

— Okej.

— Dawaj rękawiczki.

Zabłocki delikatnie otworzył wyłowioną z wody torebkę, zajrzał do jej środka. Wyciągnął z niej portfel, otworzył go, był w nim dowód osobisty i prawo jazdy na nazwisko Marta Leszczyńska. Porucznik spojrzał na zdjęcie, pasowało do zwłok wyłowionych dziś rano.

— To ona — stwierdził.

— Tak pan myśli?

— Sam zobacz.

— Faktycznie.

— Skąd ona pochodzi?

— Z Pruszcza.

— Coś jeszcze tam jest?

— Zobaczmy.

Zabłocki wyciągnął jeszcze malowidła i kluczyki od auta.

— Od czego to?

— Pewnie od Fiata.

— Może jeszcze tu gdzieś stoi, zobaczmy na parkingu przy moście — odparł porucznik. Dwieście metrów od wyłowienia zwłok, znajdował się parking dla samochodów, udali się tam teraz. Stały tam trzy auta, wśród nich Fiat Panda, podeszli więc do niego.

— Spróbuj otworzyć — zaproponował sierżantowi.

— Już się robi.

Po otworzeniu auta zaczęli przeglądać jego wnętrze, jednak nic ciekawego nie znaleźli.

— Ściągnij tu techników, niech go obejrzą.

— Dobrze szefie.

— A ja udam się do tego baru, może ktoś ją tu widział — zaoferował się porucznik.

— Zrozumiałem.

Zabłocki wrócił się do auta, następnie podjechał do knajpy o której była wcześniej mowa. Wysiadł z volvo i ruszył do środka, tam przy barze zapytał obsługującego mężczyznę.

— Dzień dobry, potrzebuję informacji.

— Policja?

— Tak, zgadł pan.

— O co chodzi?

— Poznajesz tą kobietę? — Porucznik pokazał dowód.

— Nie przypominam sobie — odparł barman.

— Na pewno?

— Raczej tak.

— Jak sobie coś przypomnisz, to zadzwoń, o to mój numer.

— Nie ma sprawy — mężczyzna niechętnie wziął wizytówkę od gliniarza. Porucznik jeszcze raz rozejrzał się po lokalu, po czym wyszedł na zewnątrz. Tam dla spokojności zapalił papierosa, rozejrzał się po placu przed lokalem. Nie zauważył żadnej kamery, widocznie właściciel nie zainwestował jeszcze w monitoring, a szkoda. Teraz Zabłocki miał dylemat, czy dzisiaj posłać kogoś do rodziny denatki, czy też czekać na sekcję zwłok. Może lepiej poczekać, sprawa się rozwinie za ten czas. Po spaleniu papierosa, wsiadł do auta i ruszył w kierunku swojego domu. Kiedy wjeżdżał na posesję, Justyny już nie było przy trzepaku. Dopiero gdy wysiadł z auta, kobieta wyszła ponownie z domu.

— Już wróciłeś? — Zapytała.

— Tak.

— Coś ważnego?

— Raczej tak, z jeziora wyłowiono zwłoki kobiety.

— To smutne — odrzekła sąsiadka.

— To prawda.

— Morderstwo?

— To postaramy się ustalić — odparł porucznik.

— A ja myślałam, że to spokojne miasteczko.

— Takie było, do czasu.

— Może wejdziesz do mnie, zobaczysz jak mieszkam — zaproponowała Justyna.

— Dlaczego nie.

— Zamknę tylko bramę.

— Oczywiście.

Marek wszedł na teren sąsiadki, rozglądając się dookoła.

— Zapraszam do środka.

— Dzięki.

Dom który kupiła kobieta, był mniej więcej takiej samej wielkości co jego. Były to przedwojenne budynki z czerwonej cegły, bardzo dobrze zachowane mimo upływu czasu. W środku było przytulnie, jednak meble jeszcze nie były ustawione.

— Napijesz się czegoś?

— A co masz?

— Piwo, wódkę, kawę, herbatę.

— Może piwo, chyba już dzisiaj nigdzie się nie wybieram — odparł mężczyzna.

Justyna wyciągnęła napój z lodówki, podała jemu i sobie, korzystając z otwieracza.

— Szklanka?

— Nie, dziękuję.

Marek pociągnął łyka z butelki, spojrzał na kobietę.

— Mogę zapalić?

— Oczywiście.

— Nie będzie ci przeszkadzać?

— Wcale, ja też popalam sobie od czasu do czasu.

— Poczęstować cię?

— Jak masz więcej.

— Akurat mam.

Justyna wzięła od niego papierosa, Marek przypalił jej ogniem z zapałki, teraz oboje się zaciągnęli.

— Usiądziesz?

— Chętnie.

Oboje rozsiedli się w wiekowych fotelach.

— Lubisz antyki? — Zapytał mężczyzna.

— Tak, stare meble mają w sobie coś, nie to co te płyty wiórowe — odparła z uśmiechem.

— Masz rację, nie każdego na nie stać.

— Nie są aż tak drogie.

— Bo ja wiem, chyba że do renowacji.

— Kupowałam je okazyjnie.

— Tak najlepiej.

— A twoi klienci?

— Masz na myśli sprawy w sądzie?

— Tak.

— Nie narzekam na brak zajęcia — odparła Justyna.

— Staram się ciebie wyobrazić w todze.

— Nie musisz, pokażę ci zdjęcie.

Kobieta wyciągnęła oszkloną ramkę z komody i podała ją mężczyźnie.

— I jak?

— Super, wykapana pani mecenas — zauważył Marek.

— A to moja córka Ania.

— Podobna do matki — odparł.

— Tak myślisz?

— To widać.

— Dzięki.

— Chodź, pokażę ci górę — odezwała się kobieta.

Oboje wstali z foteli, i udali się po drewnianych schodach na piętro, był tam jeden pokój z dużym łóżkiem.

— Zapewne tutaj śpisz?

— Tak.

Marek rozejrzał się po sypialni, okno z pokoju wychodziło na jego stronę, tam on także miał okno na piętrze.

— Wieczorem możemy do siebie pomachać — odparł z uśmiechem.

— Faktycznie, dopiero teraz zauważyłam.

— Wygodne? — Zapytał.

— Sam zobacz.

Marek usiadł na skraju materaca, Justyna zbliżyła się do niego, prawie ocierając się biodrami o jego kolana. Mężczyzna wyczuł, że kobiecie może na czymś zależeć i to w tej chwili. Podniósł więc głowę do góry, w jej oczach zobaczył coś w rodzaju podniecenia, jednak sam pierwszy nie sprowokował zbliżenia. Zrobił tylko kolejnego łyka i zaciągnął się papierosem.

— Faktycznie, wygodne — odparł po chwili.

Po czym wstał z łóżka i podszedł do okna. Kobieta na chwilę przymknęła oczy, jakby coś przeżywała, jednak po chwili się ocknęła. Podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu.

— Ładny widok, co nie?

— Owszem.

Dopiero się poznali, pierwsza wizyta u niej i mogło by się to zakończyć zbliżeniem. Jednak Marek nie spieszył się do tego.

— Długo już jesteś sama? — Zapytał.

— Trzeci rok.

— Miałaś już kogoś?

— Był taki jeden.

— I co?

— Nie wypaliło.

— Dlaczego?

— Może za bardzo mi zależało — odparła Justyna.

— Wystraszył się?

— Można tak powiedzieć.

— Żałujesz?

— Bo ja wiem, jak nie on, to będzie ktoś inny — dodała kobieta.

— W sumie racja.

— Zjadłabym coś, a ty?

— Co proponujesz?

— Kiełbaski z musztardą.

— Do piwa pasuje — odparł Marek.

— To chodźmy na dół.

Nici ze zbliżenia, to może chociaż coś przekąszą, pomyślała sobie Justyna. Zeszli więc po schodach na dół, tam kobieta wyciągnęła kiełbaski z lodówki. Ponacinała je nożem, posmarowała olejem i włożyła do piekarnika.

— Za chwilę będą — odparła z uśmiechem.

— No to czekamy.

— Jeszcze piwa? — Zapytała go widząc, że się skończyło.

— Poproszę.

Po kwadransie raczyli się już kiełbaskami z rożna, do tego chrupiące bułeczki i wspomniane wcześniej piwo.

— Smakują ci?

— Są świetne — odparł z niekłamanym uznaniem.

— Twoja córka.

— Tak?

— Kończy w tym roku podstawówkę?

— To prawda.

— A co potem?

— Idzie do liceum w Gdańsku.

— To długo z tobą nie pomieszka.

— W sumie przez wakacje, potem idzie do internatu — odparła Justyna.

— Czyli dalej będziesz tu sama.

— Już nie sama, poznałam ciebie — odparła z uśmiechem.

— Ale ja mam swój dom — zauważył mężczyzna.

— Żartuję.

— Spokojnie, znam się na żartach.

— No właśnie.

— Nie martwię się na zapas — dodała kobieta.

— To tak jak ja.

Po posiłku wyszli z mieszkania na zewnątrz, stała tam altanka, usiedli w niej na ławce trzymając w ręku piwo. Marek sięgnął po papierosa.

— Przepraszam, zapalisz?

— Daj jeszcze jednego.

— Bo się wciągniesz — odparł.

— Trudno, będziemy mieli wspólne zainteresowanie — zażartowała.

Na dworze wchodziło im wszystko lepiej, piwo jak i papierosy. Justyna chciała się do niego przytulić, jednak nie wiedziała jak na to zareaguje. W sumie znają się dopiero kilka godzin, więc czy warto już tak napierać? Postanowiła dać Markowi więcej czasu, policjanci są ulepieni z innej gliny niż pozostali mężczyźni. Trzeba ich dłużej urabiać, aby coś z tego wyszło. Po piwie i papierosie, przeszli się jeszcze kawałek po ogrodzie wokół domu.

— Może obejrzymy razem coś w telewizji? — Zapytała go.

— Nie oglądam.

— W ogóle?

— Kiedyś patrzyłem, teraz za bardzo nie mam na to czasu no i chęci.

— Rozumiem.

— Będę już szedł powoli — odparł mężczyzna.

— Szkoda.

— Dlaczego?

— Noc jeszcze taka młoda.

— Mam parę spraw do ogarnięcia — dodał Marek.

— A jutro, co planujesz?

— Na razie nic.

— To może się wybierzemy nad jezioro?

— Dlaczego nie.

— W takim razie do jutra.

Marek uścisnął dłoń kobiecie na do widzenia, wyszedł z jej posesji i udał się na swoją. Justyna odprowadziła go wzrokiem, dopóki nie zniknął jej z pola widzenia. Na dworze zrobiło się już ciemno, mężczyzna po kąpieli udał się do pokoju na górze. Zauważył że w oknie naprzeciwko, świeci się lampka nocna. Justyna stała na wprost niego, zaczęła do niego machać, odwzajemnił jej tym samym. Zauważył że jego znajoma, stoi ubrana w prześwitującej koszuli nocnej. Pod światło lampki, wyraźnie zarysowały się jej kobiece kształty. Kobieta wiedziała o tym, jednak stała tak dalej, chciała aby Marek napatrzył się do syta. Może mu się w nocy przyśni, przynajmniej tak mogła wpłynąć na niego. Po chwili Justyna uchyliła okno.

— Dobrej nocy — krzyknęła.

— Wzajemnie.

Zachowywali się teraz jak dwoje nastolatków, którzy przyjechali na wakacje do dziadków. Po chwili kobieta odeszła od okna, on zrobił tak samo. Położył się na łóżku i wlepił swój wzrok w sufit. Teraz nie wiedział już o czym ma myśleć, czy o żywej Justynie, czy też o zwłokach kobiety które dzisiaj wyłowił. W końcu wybrał to pierwsze, przymknął oczy i starał sobie wyobrazić ich razem. Nie było to trudne, tym bardziej że był z nią jakiś czas, rozmawiał z nią, czuł jej zapach, dotknął jej dłoni. To wszystko zaczęło procentować w jego umyśle, w końcu zasnął na dobre. W nocy obudził się z widocznym wzwodem, jednak nic z tym nie robił, pozwolił krwi swobodnie ustąpić z narządu. Rano obudził go dziki gołąb, który usiadł na parapecie okna. Marek spojrzał na niego z niedowierzaniem, co on tutaj szuka, miejsca na gniazdo? Spojrzał na zegarek, dochodziła dziewiąta, była niedziela rano. Kiedyś o tej porze szykowałby się na wyjście do kościoła, jednak te czasy już minęły. Oddalił się od kleru i tego całego zgiełku zwanego wiarą. Co prawda wierzył w Boga, jednak nie ufał jego ziemskim pomocnikom. Usiadł w końcu na łóżku i zaczął szukać papierosów, znalazł je w koszuli. Wziął jednego i zapalił, dym rozszedł się po pokoju dotykając sufitu. Podszedł do okna i je otworzył, stał tak w samych bokserkach paląc papierosa. Wtem naprzeciwko, rozsunęły się firanki w oknie, to była Justyna. Ona też stała w samej koszuli, uśmiechnęła się do niego.

— Wstałeś już?

— Tak — odparł z uśmiechem.

— Śniło ci się coś?

— Chyba tak.

— A co?

— Nie bardzo pamiętam — odrzekł mężczyzna.

— A tobie?

— Ty mi się śniłeś.

— Serio?

— No pewnie.

— Może zjemy razem śniadanie? — Zapytała kobieta.

— To przyjdź do mnie.

— Masz coś w lodówce?

— Jajka na jajecznicę — odparł.

— Może być.

Zanim Marek skończył palić i zszedł na dół, Justyna stała już przed drzwiami. Otworzył jej szeroko, weszła do środka.

— Jak się masz? — Zapytała go.

— Dobrze, a ty?

— Ja świetnie.

Widać to było po jej uśmiechniętej twarzy, która patrzyła teraz na niego.

— To gdzie masz tą lodówkę?

— W kuchni, na lewo.

— Już widzę.

— A patelnia?

— W piekarniku.

Kobieta wzięła się za przyrządzanie śniadania, Marek w tym czasie zajął się kawą.

— Świetnie wyglądałeś w tym oknie — zauważyła.

— Ty też, masz fajną koszulę nocną.

— Naprawdę?

— Serio.

— Trochę prześwituje.

— Może odrobinę — odparł mężczyzna.

W końcu oboje usiedli za kuchennym stołem, zapach smażonych jajek rozszedł się po domu.

— Smakuje ci?

— Tak, są pyszne, dawno takich nie jadłem — zauważył.

— A ty parzysz świetną kawę.

— Przesadzasz.

— Wcale nie.

Po śniadaniu udali się oboje, na wcześniej zaplanowany wyjazd nad jezioro. Pojechali autem Marka, po zaparkowaniu samochodu wysiedli z niego. Była połowa maja, co prawda rozpogodziło się po wczorajszym, jednak za zimno jeszcze było na kąpiel w wodzie. Postanowili więc przejść się brzegiem jeziora, akwen wodny był dosyć duży. Na przystani można było wypożyczyć łódkę albo kajaki, jednak nie skorzystali z tego rodzaju atrakcji. Po dwóch kilometrach spaceru, postanowili usiąść na chwilę.

— Tam jest ławka, usiądziemy?

— Czemu nie — odparł mężczyzna.

Marek wyciągnął paczkę z papierosami.

— Zapalisz?

— Teraz nie.

— Okej.

Sam więc zaciągnął się dymem z papierosa.

— Gdzie ją znalazłeś? — Zapytała Justyna.

— Kogo?

— Tę kobietę.

— Aha, o nią ci chodzi? — Tam dalej.

— Jakie to uczucie?

— Raczej mało przyjemne.

— Wierzę ci — dodała kobieta.

— Szkoda dziewczyny, miała przed sobą całe życie.

— To prawda.

— Kto to mógł zrobić i dlaczego? — Zapytała.

— Tego się muszę dowiedzieć.

Na jeziorze zaczął się robić ruch, ludzie korzystali z łódek, rowerów wodnych, na brzegach koczowali wędkarze. Typowa niedziela za miastem, kiedy to wszyscy lądują na łonie natury.

— Jutro pracujesz? — Spytał kobietę.

— Tak, mam spotkanie służbowe.

— Gdzie masz swoje biuro, kancelarię?

— Na ulicy Chlebnickiej 23/ 2.

— Chcesz mnie odwiedzić?

— Może kiedyś.

Po wypaleniu papierosa przez mężczyznę, ruszyli na dalszy spacer. W końcu trochę zgłodnieli, powietrze nad wodą robi swoje. Udali się więc do pobliskiej smażalni ryb, tam usiedli przy stoliku. Zamówili sandacza z frytkami i surówką, musieli jednak trochę poczekać.

— Coś do picia? — Spytała kelnerka.

— Dwa piwa, w tym jedno bezalkoholowe.

— Już podaję.

Marek odruchowo sięgnął po papierosa, dobrze że nie było zakazu palenia. Dla nałogowego palacza to zawsze duży problem, gdy nie może sobie zapalić w miejscu publicznym.

— Myślałeś o rzuceniu? — Zapytała Justyna.

— Palenia?

— Tak.

— Nie w tym zawodzie.

— Dlaczego?

— Jak widzisz trupa lub inną sytuację, to ręka sama sięga do kieszeni.

— Mówisz o stresie?

— Nie tylko, paląc papierosa rozjaśnia mi się mózg — zauważył Marek.

— Ja też palę, jak mam ciężką przeprawę w sądzie.

— Sama widzisz, że to nie takie proste.

— A z gumą do żucia w ustach, jakoś siebie nie widzę — zaśmiał się mężczyzna. W końcu doczekali się ryby i piwa, wzięli się więc do jedzenia.

— Dobra ta ryba — zaważyła Justyna.

— Może świeża.

— Na pewno.

Marek zrobił łyka bezalkoholowego piwa, niby smak taki sam jednak czegoś brakuje, wiadomo alkoholu. Justyna nie kierowała, więc mogła sobie pozwolić na prawdziwe piwo. Po godzinie spędzonej w smażalni, ruszyli dalej.

— Mogę wziąć cię pod rękę? — Spytała niepewnie.

— Jak chcesz.

— Dawno tego nie robiłam.

— Ja także.

— To jest ku temu okazja.

Szli teraz razem, prawie jak para, choć na razie jeszcze nią nie byli. Zapewne jest to tylko kwestia czasu, jednak pierwszy krok w tym kierunku został zrobiony. Kiedy w końcu wsiedli do auta, Justyna pocałowała Marka w policzek.

— Dziękuję ci za miły spacer.

— Dla mnie też on był udany — zauważył mężczyzna.

Samochód ruszył z parkingu w kierunku miasteczka, ruch był niewielki, dlatego miło się jechało.

— To nie to, co Gdańsk — zauważyła.

— Na pewno, duże miasta są męczące.

— Chętnie bym się przeniosła z kancelarią tutaj, jednak nie miałabym klientów.

— Właśnie, to senna mieścina.

— A twój komisariat?

— Co takiego?

— No, czy ci wystarcza? — Zapytała kobieta.

— Właściwie tak, jestem szefem, mam pod sobą troje ludzi.

— W Gdańsku, w komendzie wojewódzkiej szybciej byś awansował — zauważyła Justyna.

— Ale czy ja tego chcę.

— Wystarcza mi to co mam tutaj — odparł Marek.

Po przyjeździe pod dom, mężczyzna wysiadł z auta aby otworzyć bramę wjazdową. Zajechał swoim volvo do garażu i zamknął drzwi n klucz.

— Co robimy? — Spytała kobieta.

— Może kawa?

— Dlaczego nie.

— Idziemy do mnie? — Zapytała Justyna.

— Możemy się przejść.

— Śniadanie u mnie, kawa u ciebie?

— Tak wyszło.

— Okej.

Po wejściu do mieszkania kobiety, Marek rozejrzał się ponownie wewnątrz budynku.

— Też masz tu co robić — zauważył.

— Nie spieszy mi się z tym remontem — odparła.

— Tak jak mi — uśmiechnął się do niej.

Po zaparzeniu kawy, wyszli z nią do altanki, tam spokojnie sobie usiedli. Nad ich głowami, w konarach drzew dzikie gołębie uwiły sobie gniazdo. Słychać było teraz ich gruchanie, w które przez moment się wsłuchiwali. Marek wyciągnął papierosy, częstując nimi swoją znajomą.

— Ach, zapalę z tobą — odrzekła.

Papierosy i kawa są w pewnych kręgach nierozłączną parą, tak było teraz i w tym przypadku. Justyna położyła głowę na ramieniu mężczyzny, on nie oponował więc objęła go rękami w pasie. Pocałowała go w policzek, potem w usta, w końcu oboje zaczęli się całować. Marek zaczął ją gładzić po plecach, w końcu zniżył ręce do bioder.

— Może pójdziemy do sypialni na górę? — Zaproponowała Justyna.

— Nie za wcześnie?

— Nie jesteś jeszcze gotowy? — Zapytała go.

— Nie chcę aby wyszło to, na wykorzystanie ciebie.

— Nie musisz się o to martwić.

— Rozumiem.

Oboje dopalili swoje papierosy i dopili kawę, udali się teraz na piętro. Kobieta ciągnęła swojego znajomego za rękę, jak matka dziecko któremu coś obiecała. Tam na górze, zaczęli się rozbierać, w końcu oboje zostali już tylko w samej bieliźnie. Marek podszedł do niej, objął ją swoimi rękami i zaczął całować po całym jej ciele. Rozpiął stanik, w ten sposób odsłonił dostęp do jej kształtnych piersi. Zagłębił się w nich swoimi ustami, ona w tym czasie ściągnęła mu bokserki. Położyli się na łóżku, ich ręce zaczęły wędrować tam i z powrotem. Kiedy dotarł do jej łona, poczuł jak przeszedł ją dreszcz, widoczne trafił w jej czuły punkt. Rozchyliła swoje uda na znak aprobaty, ściągnął jej figi do kostek i rzucił na podłogę. Kiedy poczuł wzwód w swoim penisie, delikatnie rozdzielił palcem jej srom. A wtedy zagłębił się cały do oporu, powodując tym skurcz palców u jej dłoni. Zaczął powoli napierać na jej uda, najpierw powoli, w końcu zwiększając obroty. Justyna zaczęła sapać i jęczeć na przemian, stare łóżko trzeszczało niemiłosiernie, jednak wytrzymywało ich harce. Solidna, przedwojenna robota stolarza, nie to co teraźniejsze meble. Kiedy w końcu Marek poczuł, że zaraz eksploduje, delikatnie wycofał się z jej łona. Całe swoje nasienie skierował na jej brzuch i piersi. Kobieta leżała przez chwilę z zamkniętymi oczami, w końcu je otworzyła, uśmiechnęła się do swojego kochanka.

— Tego mi było trzeba — odparła z zadowoleniem.

— Byłeś cudowny kochanie!

— Nie wiem, czy lubisz tak jak zrobiłem.

— Że niby nasienie?

— Tak.

— Nie było czasu myśleć o zabezpieczeniu, ale dobrze zrobiłeś — odparła Justyna.

— Podam ci chusteczki.

— Są w szufladzie, w szafce nocnej.

— Już mam.

Kobieta starła z siebie nadmiar wytrysku, resztę wtarła sobie w skórę.

— To najlepszy krem na świecie — zażartowała.

Marek położył się obok niej, leżeli tak dłuższą chwilę wtopieni w siebie, do momentu aż zaczęło im być zimno.

— Może się przykryjemy i zostaniemy tak do rana? — Zapytała kobieta.

— Chciałbym, ale jutro mam robotę.

— Rozumiem, szkoda.

— Będzie jeszcze ku temu okazja.

— Obiecujesz?

— Tak, obiecuję.

— Cudowny jesteś!

Justyna na pożegnanie, wycałowała jeszcze porządnie swojego kochanka. W końcu wstali z łóżka i zaczęli się ubierać.

— Gdzie moje majtki? — Zapytała.

— Tutaj są — podał jej bieliznę.

— Dziękuję kochanie.

— Drobiazg.

Zeszli na dół po schodach, Justyna odprowadziła Marka do drzwi wyjściowych, tam się pożegnali.

— To miłej nocy.

— Wzajemnie.

— Pa.

Kobieta odprowadziła wzrokiem swojego nowego partnera, czuła w sobie ponowną chęć do życia. To zbliżenie poprawiło jej humor i nastroiło pozytywnie na przyszłość. Już nie czuła się samotna, ponieważ za miedzą miała kogoś, na kim mogła się wesprzeć. Czy mężczyzna myślał tak samo? Powiedzmy że tak, jednak nie rozwodził się w myślach na temat przyszłości. Co ma być to będzie, z takiego założenia zawsze wychodził. A to że na jego drodze stanęła następna kobieta, no cóż, może to coś znaczyło. Wieczorem tuż przed snem, zajrzał jeszcze przez okno. Na przeciw niego stała Justyna, co prawda za firanką, jednak tym razem nie miała na sobie koszuli nocnej. Była naga i machała do niego rękami, z początku Markowi wydawało się że to nie prawda. Jednak kiedy przetarł oczy, obraz wcale się nie zmienił. Czyżby tym faktem, chciała go zachęcić do powrotu? Kto inny może by pobiegł, i ponownie posiadł kobietę w jej łóżku. Jednak on pozostał na swoim miejscu, ograniczył się jedynie do machania ręką i patrzenia na jej cudowne ciało. Po chwili odszedł od okna, kiedy Justyna zobaczyła że go już nie ma, tak samo oddaliła się z pola widzenia. Po chwili zadzwonił telefon.

— Kochanie?

— Tak.

— Widziałeś mnie?

— Widziałem.

— I jak, podnieciłeś się? — Zapytała go.

— A jak myślisz?

— Ty mi powiedz.

— Tak, teraz przez ciebie nie zasnę — zażartował.

— O to mi chodziło najdroższy.

— Co teraz?

— Może przyjdę do ciebie? — Zapytała.

— Wiesz że chciałbym, ale nie dzisiaj.

— Rozumiem, w takim razie miłych snów — odparła kobieta.

— Wzajemnie.

Po rozłączeniu się, Marek leżał teraz na łóżku z otwartymi oczami. Kiedy zasnął? Nie wiadomo, wie tylko że mu się przyśniła i to w takim stroju, jakim ją ostatnio widział, czyli bez niczego. Kiedy rano budzik zadzwonił, nie mógł wstać z łóżka, w końcu się z niego wygramolił. W łazience spojrzał w lustro, był lekko zarośnięty, czy tak ma iść do pracy? Jednak wziął maszynkę z półki i się ogolił, miał jeszcze na tyle czasu. Na śniadanie wypił kawę i zapalił papierosa, tak zawsze robił, odkąd pamiętał. Kiedyś jadał śniadania, ale to było jeszcze za czasów małżeństwa z Grażynką, ona goniła go do jedzenia.

— Zobaczysz, nabawisz się wrzodów żołądka — mawiała jego była.

Teraz nie miał go kto strofować, chyba że zacznie to robić Justyna, jednak musieliby zamieszkać razem. A to może trochę potrwać, chyba że wszystko potoczy się szybciej niż zwykle. W końcu wyszedł z domu, otworzył garaż i wyjechał autem na drogę, zobaczył wtedy kobietę.

— Halo, Mareczku!

— Cześć!

— Jedziesz już?

— Tak.

— To powodzenia w pracy.

— Wzajemnie.

— Spotkamy się potem? — Zapytała Justyna.

— Nie wiem jak mi się dzień potoczy, jak sprawy z morderstwem.

— Rozumiem, ja też mam spotkanie w kancelarii.

— To na razie.

— Pa!

Marek odjechał swoim volvo w kierunku komisariatu, po pięciu minutach był już na miejscu. Kiedy wysiadał, podszedł do niego Wieszowski.

— Witaj szefie!

— Cześć Zygmunt.

— Co tam słychać?

— W pracy, czy w domu?

— I tu i tu — zauważył Zabłocki.

— W domu okej, a w pracy są już wyniki sekcji zwłok tej kobiety.

— Co wyszło?

— Zobaczy pan sam.

— To chodźmy do środka.

W budynku komendy, udali się obaj do sekretarki, pani Joanny Toczyńskiej. Która zajmowała się wszystkimi sprawami w komisariacie.

— Dzień dobry szefie!

— Witaj Joanno.

— Papiery są na pana biurku.

— Dziękuję.

— Dwie kawy?

— Poprosimy.

Zabłocki i Wieszowski usiedli w gabinecie porucznika, dołączył do nich aspirant Andrzej Podkowa.

— Siadajcie panowie.

— Dziękujemy.

Porucznik otworzył okno, aby przewietrzyć pomieszczenie, przez dwa dni nikt tutaj nie zaglądał. Świeże powietrze dobrze im zrobi, będą lepiej myśleć nad sprawą, którą mieli teraz na biurku. Zabłocki wyciągnął papierosy, poczęstował nimi swoich kolegów po fachu, jednak nikt nie chciał.

— Nie będzie wam przeszkadzać jak zapalę?

— Ależ skąd szefie.

— Okej.

— To co tu mamy.

— Z papierów wynika że denatka zmarła przez utonięcie.

— Jednak w jej organizmie wykryto narkotyki.

— Jakie? — Spytał Wieszowski.

— Amfę.

— Duże ilości, jakby ktoś chciał aby przedawkowała.

— Czyli nie miała świadomości, podczas tonięcia?

— Raczej tak — odparł porucznik.

— Czyli musiała znać przestępcę — zauważył aspirant Podkowa.

— Może tak, a może nie.

— Dlaczego?

— Ktoś jej mógł to świństwo dosypać do napoju.

— Słuszna uwaga.

— Ale mogła pić z kimś znajomym — odparł Zabłocki.

— Są jeszcze jakieś ślady?

— Nie stwierdzono gwałtu ani pobicia.

— A materiał zza paznokci?

— Nic nie wykryto.

— Czyli się nie broniła?

— Na to wygląda.

— To co robimy? — Spytał sierżant.

— Trzeba powiadomić rodzinę zmarłej.

— Kto się tym zajmie?

— Pojedziecie obaj — stwierdził porucznik.

— Rozumiemy.

— To dobrze.

— Ja wiem, że to nie jest przyjemna sprawa, ale pracujecie w policji a nie w przedszkolu.

— Tak jest szefie!

— Ja w tym czasie, pojadę odwiedzić zakład pracy denatki — odparł porucznik.

— Jakby co, to dzwońcie.

— Okej szefie!

— To tyle, możecie odejść.

Marek zaciągnął się papierosem, w tym czasie jego dwaj podwładni wyszli z biura. W drzwiach mijali się z sekretarką, która akurat niosła kawę.

— Panowie wychodzą?

— Tak pani Joanno.

— A kawa?

— Może pani wypić z szefem — odparł sierżant.

Sekretarka spojrzała na porucznika wymownie, ten kiwnął głową na znak aprobaty.

— Tak pani Joanno, może pani usiąść i się ze mną napić — odparł porucznik.

— Bardzo chętnie, a moje obowiązki?

— Poczekają, nie pali się przecież.

— Niby racja — odparła kobieta.

Sekretarka usiadła więc naprzeciw swego szefa, zakładając nogę na nogę. Joanna Toczyńska była kobietą po trzydziestce, brunetka średniego wzrostu, włosy proste sięgające do ramion. Miała miły wyraz twarzy, jednak jej wzrok wskazywał na przenikliwość. Co w policji jest atutem nie wadą. Zgrabna, umalowana, z nienaganną figurą mimo urodzenia dziecka. Jednak po rozwodzie, jak większość funkcjonariuszy policji. Pracowała na tym stanowisku już od kilku lat, w tym czasie posypały się związki jej i szefa. Wcześniej trzymała Zabłockiego na dystans, ze względu na swojego męża, jednak teraz chętnie by się nim zainteresowała. Nie wiedziała jednak, że w ten miniony weekend Marek zaznajomił się ze swoją sąsiadką Justyną.

— Dobrą robi pani kawę Joanno — zauważył porucznik.

— Smakuje panu?

— Ależ oczywiście.

— Cieszy mnie to.

— Mam taki pomysł — odparł porucznik.

— Jaki?

— Może przejdziemy na ty, znamy się już tyle czasu — zauważył mężczyzna.

— Będzie mi miło — odparła kobieta.

— Marek jestem.

— Joanna, miło mi.

— Od razu lepiej.

— To prawda — zauważyła sekretarka.

— Jak tobie minął weekend — zapytała.

— Tak jak widzisz, zamiast ryby złowiłem denatkę.

— To straszne!

— Czasami tak bywa — uśmiechnął się do kobiety.

Po skończeniu papierosa, Marek sięgnął po następnego, odruchowo spojrzał na kobietę.

— Pozwolisz?

— Ależ oczywiście, pal sobie.

— Twój mąż palił? — Zapytał.

— Jak smok!

— Co z nim?

— Odszedł do innej.

— Przykro mi.

— Tak bywa, nic na siłę — odparła Joanna.

— A twoja żona?

— Też odeszła.

— Co jej nie pasowało? — Zapytała kobieta.

— Wszystko, co związane z policją i moją pracą.

— Czyli jakbyś zmienił profesję, to małżeństwo trwałoby nadal?

— Czy ja wiem, może.

— Ale pewności nie masz?

— Nie mam.

— To tak jak ja.

— A u ciebie co poszło nie tak?

— Znalazł sobie lepszą — odparła Joanna.

— Serio?

— No tak.

— A co tobie brakuje?

— Dużych piersi i tyłka — uśmiechnęła się do niego.

— Moim zdaniem, wszystko masz proporcjonalne do figury.

— Dziękuję ci bardzo.

— To prawda, przynajmniej ja tak to widzę — odparł Marek.

Joannie spodobał się punkt widzenia jej szefa, to przejście na ty odbyło się w dobrym momencie. Teraz patrzyła na niego jak na mężczyznę, a nie jak na swojego szefa, co było do tej pory. Ona jest samotna, on też, może coś można by było z tym zrobić, chociaż spróbować. Po spaleniu drugiego papierosa i wypiciu kawy, Marek stwierdził że pora wybrać się w teren.

— Miło się rozmawia Joanno, ale pora na mnie — odparł porucznik.

— Ach tak, no ja też wracam do swoich obowiązków — dodała kobieta.

Oboje wyszli z gabinetu, sekretarka wzięła ze sobą kubki po kawie do umycia.

— Powodzenia na wyjeździe.

— Dziękuję Joanno.

Kobieta uśmiechnęła się do niego, on odwzajemnił się jej tym samym. Po czym udał się przed budynek komisariatu, tam wsiadł do swojego auta i odjechał w kierunku Pruszcza Gdańskiego. Tam na ulicy Targowej 12/3 mieszkała denatka, pracowała natomiast w sklepie odzieżowym, na Łódzkiej. Miał więc dwa miejsca do odwiedzenia, zaczął oczywiście od mieszkania. W wyłowionej torebce nie było kluczy od mieszkania, więc będzie musiał posłużyć się wytrychem. Ktoś powie, a co z nakazem rewizji? Można by było poczekać na pozwolenie sądu, ale to strata czasu i pieniędzy podatników. Dlatego po przyjechaniu na miejsce, i udaniu się pod wskazany adres, porucznik Zabłocki wziął się za otwieranie drzwi do mieszkania. Poszło mu to szybko i sprawnie, zamek w drzwiach nie był skomplikowany. Po wejściu do środka, założył sobie na ręce lateksowe rękawiczki. Wziął się teraz za przeszukiwanie pomieszczeń, starał się działać powoli aby nie przeoczyć żadnego faktu, istotnego dla śledztwa. W pokoju znalazł laptop, który zapewne należał do zmarłej, włączył go. Pliku nie chroniło żadne hasło, więc bez problemu przejrzał całą zawartość pamięci komputera. Nic tam w sumie nie znalazł, były tam zdjęcia z jakichś imprez, wyjazdów wakacyjnych, jednak na nich nie była z mężczyzną tylko z koleżankami, zapewne z pracy. Szkoda że nie znaleziono telefonu kobiety, tam zapewne więcej znalazłby o niej informacji. Chociażby wiadomości pochodzące z esemesów, lub innych portali społecznościowych. Po godzinnej pracy w mieszkaniu, porucznik zaniechał dalszych poszukiwań. Postanowił pojechać teraz do sklepu, gdzie denatka pracowała. Tak też zrobił, wyszedł dyskretnie z mieszkania i zamknął za sobą drzwi. Kiedy wsiadał do swojego volvo, zadzwonił telefon w jego spodniach. Wyjął go więc i odblokował, to dzwonił sierżant.

— Co tam Zygmuncie?

— Szefie!

— Słucham cię.

— Byliśmy u rodziców kobiety.

— I co?

— Strasznie to przyjęli.

— Spodziewałem się tego — odparł Zabłocki.

— To była ich jedynaczka.

— Rozumiem.

— Nic nie wiedzieli o córce.

— Miała jakiegoś fagasa?

— Nic nie wiedzą, rzadko ich odwiedzała — odparł Wieszowski.

— Rozumiem.

— A pan jak?

— Byłem w mieszkaniu, teraz jadę do sklepu gdzie pracowała.

— To spotkamy się w komisariacie.

— Okej.

Zabłocki ruszył w kierunku ulicy Łódzkiej, Daleko nie miał, jedynie pięć minut jazdy samochodem. Zaparkował przed sklepem i wszedł do środka lokalu.

— Czym mogę służyć? — Zapytała ekspedientka.

— Dzień dobry, jestem z policji — mężczyzna pokazał odznakę.

Porucznik wyjął z kieszeni zdjęcie denatki, i pokazał je kobiecie.

— Zna ją pani?

— Tak, to nasza pracownica.

— Czy coś się stało? — Zapytała.

— Kiedy widziała pani ostatnio Marię Leszczyńską.

— W piątek.

— Była w pracy?

— Tak.

— Przyjaźnią się panie?

— To znaczy?

— Czy zwierzała się pani ze swoich problemów, może mówiła coś o swoich związkach z mężczyznami? — Zapytał porucznik.

— Coś tam mówiła, ale wie pan jak to jest, jeden ją rzucił to szukała następnego.

— A ten ostatni?

— Pokazywała mi zdjęcie, ale nie pamiętam jak się nazywał, wiem jedynie że był żonaty.

— Żonaty?

— Tak.

— Rozumiem.

— A co się stało Marysi?

— Znaleziono ją martwą w jeziorze — odparł Zabłocki.

— O mój Boże! — Zmartwiła się kobieta.

— Kto mógł ją zabić?

— Tego jeszcze nie wiemy — odparł porucznik.

— Pani jest właścicielką tego sklepu?

— Nie, tylko tutaj sprzedaję.

— A pani szefowa?

— Nazywa się Alicja Kornel.

— Rozumiem a pani?

— Wiktoria Cichoń.

— Pani Wiktorio, to moja wizytówka, jakby się pani coś przypomniało odnośnie zmarłej, to proszę dać mi znać.

— Dobrze panie poruczniku.

— To na razie tyle, dziękuję pani za rozmowę.

— Nie ma za co.

— Do widzenia pani.

— Do widzenia.

Zabłocki wyszedł ze sklepu i udał się do auta, wsiadł do niego jednak nie odjechał. Myślał chwilę nad tym, co powiedziała jemu sprzedawczyni z odzieżowego. Ostatni był żonaty, czyli denatka wdała się w romans z zajętym mężczyzną. Szkoda że nie wiemy, jak się nazywa i skąd pochodzi. To mogłoby wiele wyjaśnić, a tak sprawa utknęła w martwym punkcie. Mężczyzna wyciągnął papierosa i zapalił go, zaciągnął się mocno, jeden raz potem drugi. Może nikotyna pomoże mu poukładać myśli w głowie. W końcu ruszył z miejsca, kierując się na swój posterunek. Kiedy dotarł na miejsce, zauważył że auto sierżanta stoi na swoim miejscu. A więc Wieszowski z Podkową już wrócili. To dobrze, ciekawe co mają mu do przekazania. Po wejściu do swojego gabinetu, zastał ich siedzących i pijących kawę. Na jego widok wstali z miejsc.

— Spokojnie panowie, nie tak nerwowo.

— Okej szefie.

— Joanno?

— Tak Marku?

— Zrobisz mi kawy?

— Zaraz zaparzę.

— Dziękuję.

Porucznik usiadł na swoim miejscu i sięgnął po papierosa aby zapalić. Sierżant z aspirantem popatrzyli na siebie zdziwieni, nie wiedzieli bowiem że ich szef i sekretarka są ze sobą na ty. Kiedy to się stało, że przeoczyli ten fakt? Jeszcze rano mówili sobie per pan, a teraz po imieniu. Czy jest coś czego nie wiedzą? Pewnie tak, jednak bali się spytać, w końcu to nie ich sprawa. Wiedzieli że Zabłocki jest sam, tak jak Toczyńska. A może coś między nimi jest? To ich teraz ciekawiło bardziej, niż sprawa nad którą pracowali. Po chwili sekretarka przyniosła kawę.

— Proszę Mareczku.

— Dziękuję Joanno.

Kobieta uśmiechnęła się do porucznika, wyglądała teraz promiennie i kwitnąco. Zauważyli to we trzech, spojrzeli po sobie i się lekko zażenowali.

— To co tam ustaliliście? — Zapytał w końcu porucznik.

— W sumie niewiele.

— Możecie jaśniej?

— Oczywiście.

— Rodzice zmarłej mieli słaby kontakt z córką, rzadko ich odwiedzała.

— A jak już przychodziła, to była małomówna.

— Z czego to wynikało?

— Po prostu jedynaczka, robiła na przekór swoim rodzicom.

— To znaczy?

— Nie skończyła takiej szkoły, jaką chcieli jej starzy. Potem mieli dla niej kandydata na męża, ale on jej nie pasował. W końcu lata mijały, a ich córka nie miała męża ani dzieci.

— Czyli rozczarowali się?

— Na to wygląda — odparł sierżant.

— A pan szefie?

— Byłem w jej mieszkaniu, jednak nic nie znalazłem, w jej pracy dowiedziałem się, że ostatnio spotykała się z żonatym mężczyzną, jednak nie wiemy kto to był.

— Co teraz?

— Czekamy, na dalszy rozwój wydarzeń — odparł Zabłocki.

— No tak, nie mamy innego wyjścia.

Po rozmowie i wypiciu kawy, sierżant z aspirantem opuścili gabinet porucznika. Zabłocki został sam, wziął się teraz za papierkową robotę, która leżała na jego biurku. Za bardzo tego nie lubił, jednak to też należało do jego obowiązków. Po chwili zajrzała do niego sekretarka.

— Co robisz? — Spytała.

— Przeglądam papiery.

— A ty?

— A ja przyszłam ciebie odwiedzić — odparła z uśmiechem.

— To siadaj.

Joanna usadowiła się na wprost mężczyzny, zakładając nogę na nogę. Przez chwilę Marka wzrok utkwił w tym punkcie, czyli na spódnicy kobiety. Wydawało mu się, że jego sekretarka pod rajstopami nie nosi bielizny, jednak mógł się mylić. Jedno jest pewne, chciała aby to zauważył, czy go do czegoś prowokowała? Wszystko możliwe, kobiety mają swoje sposoby na to, aby mężczyzna zaczął o nich myśleć. Dlatego porucznik sięgnął po papierosa, zapalił go i mocno się zaciągnął.

— Fajnie wyglądasz — odparł po chwili.

— Dziękuję.

— Wiesz Marku.

— Tak?

— Skoro już jesteśmy na ty, to może spotkalibyśmy się po pracy.

— Bardzo bym chciał, ale …

— Ale co? Nie podobam ci się?

— Nie o to chodzi.

— A o co?

— W ten weekend poznałem kogoś — odparł mężczyzna.

— Kobietę?

— Tak.

— To coś poważnego? — Zapytała Joanna.

— Bo ja wiem, przespaliśmy się ze sobą.

— Czyli to coś poważnego.

— Tego jeszcze nie wiem — odparł mężczyzna.

— Skoro z nią współżyłeś.

— To moja sąsiadka.

— Ach tak.

— Widocznie się trochę spóźniłam — zauważyła kobieta.

— O jeden dzień.

— No cóż, tak bywa.

— Ale możemy być przyjaciółmi — odparł Marek.

— Do momentu kiedy z nią skończysz?

— Nie wiem jak potoczy się ta znajomość.

— To może prześpij się ze mną, a wtedy wybierzesz lepszą opcję — zaproponowała.

— To nie będzie w porządku.

— Dlaczego?

— A jeśli ci się spodobam i nie będziesz chciała przestać?

— Jest taka możliwość.

— No właśnie, tego chciałbym uniknąć — zauważył mężczyzna.

Joanna wstała z krzesła, podeszła do Marka i nachyliła się nad nim, ukazując mu swój dekolt. On spojrzał na niego i przełknął ślinę w gardle.

— Twoja znajoma ma czym oddychać?

— Chodzi ci o piersi?

— Tak.

— Owszem ma zgrabne cycki, jeśli chcesz wiedzieć.

— A tyłek? — Wypięła się do niego.

— Chcesz, abym się na ciebie rzucił?

— Nic nie stoi na przeszkodzie — odparła z uśmiechem.

— A jak ktoś wejdzie?

Joanna podeszła do drzwi i przekręciła klucz w zamku, następnie podeszła do mężczyzny.

— Teraz już nie wejdzie.

Kobieta zaczęła się ocierać o swojego szefa, rozpięła swoją bluzkę uwalniając piersi ze stanika. Marek wstał z fotela, zaszedł Joannę od tyłu, podsunął jej spódnicę do góry, ciemne rajstopy ściągnął z jej tyłka i opuścił do kostek. Miał rację, kobieta nie miała na sobie bielizny. Joanna wypięła swój tyłek w jego stronę, zachęcając go do działania.

— Jest twój, rób z nim co chcesz — odparła.

Mężczyzna rozpiął spodnie i uwolnił z bokserek swojego członka. Po chwili zagłębił się nim w w sekretarce. Kobieta jęknęła, czując w sobie jego męskość.

— Dawaj kochany, szkoda czasu — ponaglała go.

Marek zaczął więc się ruszać, do przodu i do tyłu, piersi kobiety ocierały się teraz o blat biurka robiąc nieporządek w papierach. Kartki zaczęły spadać na podłogę, jedna po drugiej.

— Potem zrobię tu porządek — oznajmiła Joanna.

Dobrze że było otwarte okno, świeże powietrze dobrze im teraz robiło. Po kilku minutach w mężczyźnie wezbrało się do wytrysku, jednak nie kończył w jej pochwie, tylko wyciągnął członka na zewnątrz. Teraz jej tyłek był cały w lepkiej mazi, Joanna starła go sobie chusteczką.

— I jak Mareczku? — Zapytała.

— Dobrze.

— Teraz masz porównanie, co do nas obu.

— Mam.

— I która jest lepsza?

— Obie jesteście dobre — podsumował.

— W każdym bądź razie, moja oferta jest aktualna — odparła sekretarka.

— Będę o tym pamiętał.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 30.66