E-book
13.65
drukowana A5
30.43
drukowana A5
Kolorowa
53.39
Jeszcze będzie pięknie…

Bezpłatny fragment - Jeszcze będzie pięknie…

Miłość, rozpacz, schizofrenia


Objętość:
100 str.
ISBN:
978-83-8221-646-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 30.43
drukowana A5
Kolorowa
za 53.39

MIŁOŚĆ, ROZPACZ, SCHIZOFRENIA…

Miłość cierpliwa jest, lecz i niecierpliwa,

miłość łaskawa jest, lecz nie zawsze bywa.

Miłość serdeczna jest i nigdy nie zazdrości.

Miłość jest wszystkim tym, co tracisz bez miłości.

A czasem się unosi pychą i gniewem

i pragnie tylko swego, świat chce dla siebie

Dopuszcza się bezwstydu, szuka poklasku,

pamięta tyle złego, płacze o brzasku

Nikomu nie chce wierzyć, w oczy się śmieje

i nawet w sobie nie pokłada nadziei

I bywa jak proroctwa, które się kończą,

zachodzi jak słońce

Największa z trójki: wiara, miłość, nadzieja

— przetrzyma wszystko,

wszystko w dobroć zamienia

I będzie trwać przez wieki i nie ustanie

Czekamy na nią zawsze… — Piotr Rubik

Przedmowa

Mam na imię Ania. Książka ta powstała na podstawie prawdziwej historii. O wielu wydarzeniach w niej zawartych dowiedziałam się z listów i pamiętników mojej mamy. Prawdopodobnie większość z tych listów nigdy nie była wysyłana. Czytając je po latach — płakałam jak małe dziecko… Chciałam się podzielić tą historią i dlatego napisałam książkę. Starałam się w niej przybliżyć sposób postrzegania świata przez osobę dotkniętą schizofrenią. Równocześnie pokazuję, jak miłość (przede wszystkim miłość macierzyńska) potrafi wewnętrznie „uleczyć”. Miłość ta sprawia, że kobieta chorująca na schizofrenie walczy z chorobą i zachowuje samodzielność. Bohaterka żyje wprawdzie rozdzielona z dziećmi, ale jest sercem blisko przy nich.

Mając kontakt z osobą chorą na schizofrenię, zazwyczaj próbujemy narzucić jej nasz sposób myślenia, zmusić do postrzegania świata „po naszemu”, bo tak jest według nas prawidłowo. Denerwujemy się, bagatelizujemy rożne rzeczy — dla nas to zwykłe błahostki, dla schizofrenika „cały świat”. Warto więc zagłębić się w te myśli, zastanowić się, spróbować zrozumieć drugą stronę, spojrzeć z innej perspektywy. Wtedy obcowanie z taką osobą stanie się znacznie prostsze…

Wstęp

Moja mama Maria mieszkała jako dziecko z rodzicami i trójką rodzeństwa: Elą, Hubertem i Antkiem.

Męża poznała w liceum. To była wielka miłość. Andrzej, mężczyzna jej życia, ukochany, pierwszy i jedyny. On — student Wyższej Szkoły Oficerskiej, ona — studentka germanistyki

Owocami ich miłości była trójka dzieci. Pierwsze dziecko pojawiło już się na III roku studiów i niestety dlatego musieli je przerwać. Przyszła na świat moja siostra Wiktoria, rok później ja — Ania, a w następnie brat Tomek.

Szczęście nie trwało długo… Nie znam dokładnej przyczyny rozstania. Być może nadwrażliwa Maria nie sprostała obowiązkom żony i matki trojga dzieci, pojawiła się depresja, załamanie…

Natomiast pracującemu ciężko Andrzejowi być może zabrakło zainteresowania ze strony żony, uwagi… Cóż. Być może nie podołał… Nie umiał… Pojawiła się inna kobieta… W końcu dzieci zostały odebrane matce, zamieszkały z ojcem oraz jego nową żoną. Myślę też, że całą sytuację pogorszyła jeszcze choroba Marii.

Ania — wspomnienia

Nowe Osiedle było niezwykle spokojne. Domy oddalone od siebie na taką odległość, aby każdy mógł czuć się bezpiecznie, a zarazem z daleka od wścibskich spojrzeń sąsiada. Nasz dom był koloru białego. Dach płaski. Wokół ogród z różami, a całe podwórko ogrodzone zielenią. Od wejścia jasny przedpokój, który w sumie jako jedyny był na parterze. Potem wchodziło się po schodach na piętro, gdzie znajdowały się trzy pokoje, kuchnia i duży balkon. Na poziomie garażu było biuro taty, jeszcze jeden pokój, oraz miejsce do przechowywania przeróżnych „szpargałów”. Chociaż nie mieszaliśmy w tym domu długo, to mam związanych z nim wiele wspomnień.

Na początku nasz pokój. Wiktorii i mój. Miał zielono-białą tapetę w różne wzorki. Na ścianie obrazek z Czerwonym Kapturkiem. Łóżko czarne w żółto-szarą kratkę. Na półce nasze dwie lalki: Krysia i Jeany, oraz wielki szary miś z „guzikowymi” oczkami. Tomek miał wtedy dwa latka i spał razem z mamusią.

Nie mogłam zasnąć bez smoczka… tak… zawsze szukałam go w szlafroku mamy, nawet takiego z butelki po kaszy…

Pamiętam, jak często bawiliśmy się w Dżekiego i Nukę. Była naszą ulubioną bajką o niedźwiadkach, małych mieszkańcach wielkich gór. Zbierałyśmy też gumowe mapety. Sporo ich miałyśmy. Mama często robiła z nami ciasteczka z płatków owsianych — były pyszne. Czasami schodziłam na dół i szukałam taty. Słabo go pamiętam w tym domu. Może wracał późno z pracy, a rano wcześnie wychodził. Był rzemieślnikiem, zajmował się remontami. Mama nie pracowała. Bajeczki — mama opowiadała je nam na dobranoc oraz śpiewała piosenki. Bardzo często tę po niemiecku pod tytułem „Komm, lieber Mai und mache” oraz piosenkę Majki Jeżowskiej „El Bayo”.

Razem z Wiktorią lubiłyśmy ubierać i czesać nasze lalki. Wiktoria swojej skróciła włosy. Ja zawsze chciałam mieć długie, wiec swojej lalce także nie skracałam. Pamiętam naszego kotka — nazwałam go Filipek. Niezły było z niego gagatek… Jak wstawałyśmy z łóżka to on już się czaił i łapał nas za nogi. Śmiechu było co niemiara. Mieliśmy też psa — boksera — o imieniu Teodor. Miał taki biały pasek na nosie. Był kochanym psiakiem — szczególnie dla taty.

Mama z czasem stawała się coraz bardziej smutna i dużo spała. Myślę, że nie dawała sobie sama rady a taty prawie nie było. My natomiast nieźle rozrabialiśmy. Często odwiedzały nas babcie. Rano zawsze przyjeżdżała babcia Zosia (mama taty) i przywoziła nam świeże pieczywo. Była kierowniczką w sklepie PSS-u. Pamiętam ten zapach pysznego ciepłego jeszcze chlebka… Babcia Zosia zawsze dbała, żebyśmy mieli co jeść. Rzeczywistość w 1986 roku wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Artykuły spożywcze były wydzielane na kartki, a co więcej zakupy utrudniały kolejki ciągnące się ulicami. Nie można było pójść do sklepu i kupić sobie cukierka. Babcia Zosia będąc małą dziewczynką przeżyła głód. Opowiadała mi nieraz jak siedziała na schodach ze swoim kotem czekając na mamę i płakała, że „kot głodny i ona głodna” a nigdzie nawet lebiody ani kończyny nie było… ciężkie to były czasy... dlatego babcia nigdy nikomu nie odmówiła jedzenia.

Babcia Janina (mama mojej mamy) zabierała nas na długie spacery nad rzekę czy za las. Śpiewała nam piosenki i uczyła różnych fajnych wierszyków. Z babci Janiny, choć z księgowej, niezła poetka była. Wołała na mnie „szczypiorek” lub „wróbelek”. Pisała wiersze i uwielbiała muzykę. Była też bardzo religijna.

Kiedy poszłam do pierwszej klasy, umiałam już czytać, bo Wiktoria będąc w zerówce, już uczyła mnie literek. Bardzo lubiłam szkołę. Miałam taki bordowo-kremowy tornister. Pamiętam śniadania, szykowane przez mamę do tornistra i zapach pomidora zgniecionego w nim pewnego dnia… Mama zwykle robiła mi fryzurę „na cebulę” z mnóstwem kolorowych frotek.

Na wakacje babcia Zosia zabierała nas nad jezioro. Brałyśmy wówczas kompot do plecaka i mnóstwo kanapek z kiełbasą i oczywiście do tego pomidory. Marzyła mi się wtedy taka przypinka z Pewexu za 1 dolara. To były takie klamry w kształcie zwierząt, przypinane na przykład do ubrania albo tornistra, ale to był towar dla nas niedostępny. Na urodziny dostałam od swojej chrzestnej szklaną kulę wypełnioną wodą a w środku pływała żółta kaczuszka. Uwielbiałam ją dopóki pewnego dnia mój braciszek mi jej nie stłukł.. Bardzo wtedy rozpaczałam.

W klasie drugiej dużo już czytałam. Książką, która bardzo utkwiła mi pamięci była książka „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren. Bardzo dobrze pamiętam też smak frytek sprzedawanych naprzeciwko szkoły oraz oranżady i Pepsi, wypitych niemal jednym haustem „na miejscu”. To było naprawdę COŚ!

Kiedy byłam w połowie drugiej klasy, rodzice wzięli rozwód. Tata zabrał nas do swojego nowego domu, gdzie mieszkał ze swoją drugą żoną, ale to już historia być może na kolejną książkę.

Mama została sama: w starym mieszkaniu, z zabawkami dzieci. Jedynym wsparciem byli dla niej jej rodzice.

Zapracowany ojciec nie miał czasu na zbytnie poświęcanie nam uwagi. Mamy raczej nie odwiedzałyśmy, ale za to często bywałyśmy u obu babć. Jak już wspominałam wcześniej, to one najbardziej przyczyniły się do mojego wychowania. Babcia Zosia nauczyła mnie zaradności, wytrwałości i pracowitości, natomiast babcia Janina wszczepiła we mnie wrażliwość, wiarę, bezinteresowność. Dziękuję im za to z całego serca. Czasami u babci Janiny spotykaliśmy mamę, ale były to spotkania sporadyczne. I teraz już wiem, jak bardzo cierpiała, gdy odjeżdżaliśmy…

Przed długi czas mama mieszkała w starym, zaniedbanym mieszkaniu, początkowo tak naprawdę bez środków do życia. Nie miała jeszcze przyznanej renty, a nie mogła pracować. Na dodatek zostały jej zasądzone alimenty na nas. Do tej pory nie rozumiem, jak to się mogło stać w świetle prawa… Tylko rodzice jej pomagali. Mieszkanie z roku na rok wyglądało coraz gorzej. Gdy już byliśmy starsi, odwiedzaliśmy mamę i zawsze staraliśmy się jej pomóc. Zrzekliśmy się też wtedy alimentów od niej. Potem Wiktoria i Tomasz wyjechali za granice, Na miejscu zostałam mamie tylko ja. Zamieniłyśmy stare mieszkanie na mniejsze, nowsze. Mama tam odżyła. Zaczęła pisać pamiętniki i liściki ze „złotymi myślami” (mówi o nich fiszki), których fragmenty zawrę w tej książce. Mama jest teraz szczęśliwa. Dzieci są i ją kochają, a to zawsze było dla niej najważniejsze. Często ją odwiedzamy. Wspieramy ją także trochę finansowo: mama ma opłacane obiady, na które z radością chodzi. Czasami zostawiam mamusi liściki w mieszkaniu, jak idzie na obiad — ona bardzo je lubi potem czytać. Uwierzcie mi, że ta miłość trzyma ją w naprawdę dobrym zdrowiu.

Któż mi powróci te lata stracone

bez wiosennego w wiośnie życia nieba,

mówisz mi, że w złą idę stronę

a czy zapytasz, co mi trzeba?

Któż z was policzy, te gorzkie godziny daremnych pragnień żrących mą duszę?

Któż pozna smutku mego głębinę

bez dna i brzegu.

Otwórz oczy i mdlejące wzmacniaj duchy,

bo ja więcej nie mam mocy

i nie mów mi, że jesteś teraz bez siły…

Autor: babcia Janina

Rozdział 1 — Listy do rodziców

03.07.1968

Kochana i najdroższa Mamusiu i Tatusiu.

Ostatnia nasza wycieczka była nad jezioro Gopło. Kąpaliśmy się po kolei, pan kierownik nieco ostry, dał nam czepki, (chociaż mieliśmy) i dętki.

Mamusiu i Tatusiu, Hubert tak fajnie pływa, lepiej ode mnie.Tych, co pływać nie umieją, będziemy uczyć” — mówi pan ratownik. Pogoda jest piękna i ciepła, jak przyjedziemy, to mamusia zobaczy jaka jestem opalona (na brązowo)! Mamy zabawy przy magnetofonie, a 7 lipca jedziemy na wycieczkę zwiedzić Toruń, gdzie urodził się Kopernik i Ciechocinek oraz inne miejscowości zabytkowe i uzdrowiskowe.

Kąpiemy się w środy pod prysznicem i wannie. W sobotę mieliśmy konkurs piosenki i wierszy radzieckich. Ja miałam mówić wiersz „Katiusza”, ale nie mówiłam, bo kierownik nie pozwolił oglądać Opola’69, mogła oglądać tylko starsza grupa.

Koleżanki mam dobre z Janikowa, nie śpimy, tylko się wygłupiamy. Pan kierownik powiedział, że kolonia musi nas czegoś nauczyć. Pokój mamy słoneczny i upalny, więc idziemy na balkon i się opalamy. Plan dnia przedstawia się tak: 7 godz. pobudka, później gimnastyka, następnie apel i śniadanie. Później zajęcia w grupach, chodzimy na wycieczki. Byliśmy nawet w Kobylnikach. gdzie widzieliśmy konie i źrebaki, świnie i krowy, jedna krowa nazywała się Marysia 😊.

13 godz. obiad, ostatnim razem mieliśmy zupę pomidorową, ziemniaki, kotlet, sos, kalafior i kompot z truskawek. Później jest cisza, gdzie odpoczywamy, trwa 2 godziny, potem podwieczorek, a potem kolacja i śpimy.

U nas na kolonii jest lekarka — ładna. Kiedy mnie ważyła, to powiedziała, że schudłam 2 kg. Za mamusią i tatusiem jest mi smutno, ale wytrzymam do końca kolonii. Mamusiu, napisz jak się czujesz i jak wam się powodzi. Przepraszam za pismo. Kończę list, pozdrawiam, ciał. Do zobaczenia 21 VII.

Maria, Hubert i Ela

Kocham mamusię

Odpisz

P.S. Pieniędzy mam jeszcze trochę dużo — prawie 50 zł.

Kolonia 10.07.1969

Kochani rodzice

Dziękuje za list, który otrzymałam od mamusi. Mamusiu, nie mogę się doczekać, kiedy pojadę do domu, bo w domu jest lepiej i można oglądać telewizor, a tutaj nie można nawet programu dla dzieci. Paczki nie musi nam mamusia posyłać, ale chociaż jedną sukienkę lub spódnicę, bo tą niebieską sukienkę podarłam o klamkę jakoś niechcący i co dzień chodzę w tej czerwonej a pogoda nie jest zbyt ciepła. Mamusiu, przyślij mi zeszyt od piosenek, bo przygotowujemy program na ognisko gdzieś około 17 lipca i nie mamy co dać. Hubert czuje się dobrze i pisze list do mamusi i tatusia. W krótkim czasie otrzyma mamusia list.

W tę niedzielę tzn. 15.07 mamy bal GAŁGANIARZY, gdzie każdy musi być za coś przebrany. Ja pożyczyłam od koleżanki koszulę nocną, całkiem podobna do sukienki — i ją ubieram. Na głowę ubiorę spódnicę, czerwone podkolanówki i buty od pani na obcasie, a chłopcy przebierają się w panie i pożyczają od nas sukienki i inne rzeczy.

W ostatnim dniu graliśmy w piłkę i nasza sala wygrała trzy razy, a pani ze starszej grupy była taka zła. Mamusiu, pościel mamy zmienianą dwa razy i fajnie a na tamtej kolonii ani razu. Mamusiu, napisz mi co mam kupować za pieniądze, same słodycze, czy jakieś inne rzeczy? Napisz mi mamusiu, czy pani Górska kupiła w Poznaniu kierpce (dobrze?).

Na tym kończę, pozdrawiam mamusie i tatusia i proszę o szybki odpis.

Ciał. Maria, Hubert i Ela

Wizyta z siostrą Elą u cioci i wujka w domu rodzinnym babci Janiny — 1973 rok

Kochana Mamo i Tato.

Pieniądze z listem otrzymałyśmy. Bardzo dziękuje. Mamusiu i Tatusiu, list do Was, mimo iż bym dawno napisała, leżałby, ponieważ listonoszka w Trzcielinie zjawia się „od święta“ tak można powiedzieć.

Elka wysłała, ponieważ była w Poznaniu z Mariolą — nic mi o tym nie mówiła.

Proszę, nie gniewaj się Tatusiu, tutaj naprawdę trudno wysłać pocztę. Bardzo się z Elką cieszymy, że na ogródku jest dużo ogórków. U cioci także, zakisiliśmy kapustę i ogórki.

Wujek z cioci byli na jabłkach w Lisówkach. Pogoda u nas wspaniała. Upał 26 stopni. W Stęszewie byliśmy punktualnie tzn. o 11:15. W autobusie było bardzo przyjemnie, wesoło, nie nudziłyśmy się. Basia czekała na nas na przystanku. Bardzo się ucieszyła. Bagaże Basia wiozła na rowerze. Za Stęszewem spotkaliśmy znajomego z Trzcielina, który zawiózł nas traktorem na miejsce. Po przyjeździe Basia pokazała nam swoja półkę — Elka ma swoją i ja też. Z ciocia przywitałyśmy się na polu. Bardzo była uradowana, wujek też. Początkowo cały czas patrzyła na Elę aż przypomniała sobie, że ścięła warkocz. Ciocia powiedziała, że urosłam i schudłam a wujek, że się „wyrobiłam“.

Mamusiu, raz z Elą wracałyśmy z klubu, po drodze zatrzymała nas babcia Wróblewska, która powiedziała, iż pamięta Jankę, a ja to identyczna mama. Mamusia — jak powiedziała — była zgrabna. Mamę tu wszyscy pamiętają i bardzo wspominają. Wujek cały czas wspominał Tatę, a szczególnie, jak wędrowali po Wrocławiu. Wujek powiedział, że jeszcze raz chciałby być z tatą u nas.

Kochani, byłam z Basią w Głuchowie, jechałyśmy na rowerach, ponieważ z Trzcielina jest 10 km. Fajnie się jechało. W Głuchowie byłyśmy u wszystkich ciotek, nikt mnie nie poznał. Ciocia Helena powiedziała razem z wujkiem, że ja to wykapany ojciec. Bardzo radośnie nas przyjęli. Ciocia Hela ma 4 dzieci — 3 dziewczyny i 1 chłopak — rodzynek. Mamusiu, jak mamusie wszyscy wspominają… Ciocia Helena mówi, że pamięta mamę na weselu w czerwonej sukni, wysoką i zgrabną.

Bardzo chciałaby, żeby mamusia przyjechała. Wszyscy mówią, że mama nie daje znaku życia, nawet kartki czy listu. Wujek — mąż cioci Heli wspomina Tatusia, nawet jak pokazałam zdjęcie to musiałam je dać na pamiątkę. Ciocia dała mi swoje zdjęcia. U wszystkich ciotek było bardzo miło i wesoło. Dziewcząt jest tam bardzo dużo w naszym wieku. Nie chcieli nas puścić z Głuchowa. Miałam propozycje spania — sama nie wiedziałam gdzie, u kogo?!

Bardzo mi się tam podobało. Widziałam dom mamusi — teraz chyba odnowiony. Jeszcze jedno — jak weszłyśmy z Basią do cioci Janki, to zastanawiała się, czyja ja jestem. Po namyśle „to chyba Janiny córa!“

U wszystkich ciotek wspominałyśmy i opowiadaliśmy o wszystkich.

Mamusiu, jak oni chcą by mama przyjechała… Dlatego Tatuśku kochany, proszę puść Mamusię, by przyjechała po nas. Chociaż na jeden dzień. Ciocia, Elka, wszyscy prosimy. Mamo, nie wyobrażasz sobie, jakby się wszyscy ucieszyli. Tato kochany, proszę jeszcze raz, a Mamusiu wsiądź tylko do autobusu i za 3 godziny jest się na miejscu. Wysyłam zdjęcie od cioci Heleny — jest na nim cała rodzinka. Pojedziemy też do Kąkolewa. W Trzcielinie jest bardzo fajnie. Pogoda nam dopisuje. Widziałyśmy Romana urósł i zmężniał.

Mamo i tato — w Trzcielinie na żołnierz mówią „koty”, a dlatego, że oni, jak wydostają się z jednostki, to po specjalnych ścieżkach, które sami zrobili. Każdy żołnierz zabezpiecza kolegę jak wyjdzie na “lewiznę“ tzn. na gapę z jednostki.

Przeczytałam dwie książki, w klubie czytam czasopisma. Nie nudzimy się. Na tym kończę, pozdrawiam bardzo gorąco wszystkich. Tato nie gniewaj się na mnie, że nie pisałam i proszę puść mamusię.

Pozdrowienia dla Antka.

Ciał kochani

Maria


Rok 1976

Studia w WSP Zielona Góra kierunek: germanistyka

Kochana mamusiu.

Całuje was wszystkich na powitanie.

Mamusiu, u mnie wszystko na razie w porządku. Dzisiaj miałam straszny dzień. Na basenie dali nam wycisk do 17. Około 2 godzin musiałam pływać żabką. Jutro czwartek i koniec zajęć w tym tygodniu. Jak wiesz teraz do domu nie przyjadę, tylko dopiero przed świętami. Bardzo Cię proszę, abyś nie jechała do Trzcielina. Razem pochodziłybyśmy sobie po mieście, a jeśli musisz jechać to pojadę z Tobą, ale to jeszcze uzgodnimy. Mamusiu kochana, w akademiku żyje się jakoś. Koleżanki mam takie sobie. Prawdę mówiąc, nie odpowiadają mi w ogóle, ale niestety muszę się przyzwyczaić do ich usposobienia. Miałam się przeprowadzić, ale nic z tego nie wyszło.

Wczoraj miałam dyżur na portierni od 15 do 22. Myślałam, że padnę. Telefony trzeba było odbierać i klucze podawać. Uczyłam się tam. Dzisiaj wróciłam z zajęć o 18. Byłam potwornie zmęczona. Absolutnie nie byłam wstanie nic robić. Głowa mnie bolała tak, że musiałam się położyć wcześnie spać. Śniadanie mamy dobre. Dzisiaj była zupa mleczna, chleb, mleko, kiełbasa no i herbata. Człowiek jest wówczas w pełni sił do nauki.

Mamusiu, jak będziesz w Niemczech, to nie zapomnij mi kupić czajniczka i drutów do robienia. Tam są podobno tanie i praktyczne do robienia różnych wzorów. Ciocia powiedziała, że trudno będzie robić z wiskozy kamizelkę, ale spróbuje.

Ostatnio było zimno w akademiku, nie palili. Marzłam i spałam w skarpetkach. Budzik chciałam zanieść do naprawy, ale mi powiedzieli, że do jubilera trzeba zanieść, więc nie wiem, czy mi się opłaca. Niestety musze już kończyć, jestem zmęczona. Przepraszam za pismo — piszę list w łóżku. Pa mamusiu, całuje wszystkich — czekajcie na mnie w środę lub czwartek.

Pa kochani

P.S. Wiesz mamusiu, tęsknie za Wami, myślałam, że jak nie będzie Andrzeja, to nie będę tak często przyjeżdżać, ale okazuje się odwrotnie.

Trzymajcie się!


Zielona Góra 15.05.1977

Kochana mamusiu.

Na wstępie listu całuje Cię mocno. Od ostatniego razu jak dzwoniłam, wszystko u mnie w porządku. Już mi przeszło to zdenerwowanie. Przetłumaczyłam sobie już to wszystko. Niedziele i sobotę spędziłam u cioci. Oglądałyśmy program w telewizji i tak sobie gadałyśmy. Pogoda w Zielonej Górze nieładna. Nie chce się nigdzie wychodzić. Pracy jest sporo — jak się chce. Jutro prawie cały dzień będę na uczelni. Mamy spotkanie z ekipa filmową z Niemiec. Wyświetlą nam film o A. Seghers etc.

We wtorek również taki program rozrywkowy. Muszę ładnie wyglądać. Byłam u fryzjera i ścięłam włosy. Fajnie wyglądam, jak przyjadę, to zobaczysz. Spódnicy nie przesyłaj, bo się nie opłaca.

Z Andrzejem chyba nie będę się widziała — z pewnością nie wróci jeszcze z wycieczki. Nawet i dobrze. Wiesz, napisałam mu ostry list, oczywiście taki, abyśmy się nie pogniewali, abym mu nie sprawiła przykrości. Zresztą my się zawsze rozumiemy, więc nie mam się co przejmować.

Wiesz, na wakacje chyba w sierpniu, pojadę z uczelni na spływ kajakowy z grupą studentek z III roku historii, ale to jeszcze nie jest pewne. Z ta Jugosławią to bardzo wątpię, czy coś z tego wyjdzie.

Kończę już, musze jeszcze przeczytać książkę, choćbym miała siedzieć do północy.

Pa Maria

P.S. Czekajcie na mnie w piątek. Przyjadę autobusem, całuję wszystkich.

Rozdział 2 — Listy do dzieci

Miałam sen,

śpiewał chór trojga małych dzieci

A jako pierwszy

o twarzy uśmiechniętej, czerwonych polikach,

stał chłopiec i melodią dziecka śpiewał…

Wreszcie głosem zakłopotanego przechodnia

zapytał mnie o godzinę,

tak jak podróżny pyta o drogę.

Jakże ci mam udzielić odpowiedzi

skoro nie ma w domu zegara?

Skoro wszystkie zegary umilkły,

skoro tarcze zegarów zostały zniszczone…

Więc zdjęłam krzyż ze ściany,

przyłożyłam do ucha każdemu

i w szarym drzewie krzyża

usłyszeliśmy miarowe, spokojne bicie zegara..

Ilekroć zgubisz swój czas dziecino,

przyłóż ucho do ramion krzyża

a on wskaże Ci dokładną godzinę

Autor: babcia Janina

Jest jedna miłość, która nie liczy na wzajemność, nie szczędzi ofiar, płacze a przebacza, odepchnięta wraca — to miłość macierzyńska — Józef Ignacy Kraszewski

Środa, kuchnia godz. 22.30

Kochane moje skarby.

Dlaczego nie piszecie nic do mamusi? Czekam i czekam na Was i na listy od Was, a tu nic nie otrzymuję. Słyszałam, że byłyście na wycieczce? Czy Wam się podobało i jak spędziliście tam czas?

Ja się cieszę i życzę Wam dalszych wspaniałych osiągnięć w szkole.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 30.43
drukowana A5
Kolorowa
za 53.39