E-book
8.18
drukowana A5
31.11
Jesteś Moja, Aniele

Bezpłatny fragment - Jesteś Moja, Aniele


5
Objętość:
215 str.
ISBN:
978-83-8155-906-5
E-book
za 8.18
drukowana A5
za 31.11

Rozdział 1

Przemierzam szkolne korytarze z głową zwieszoną w dół. Nie chcę wzbudzać w nikim zainteresowania. Mam nadzieję, że pozostanę niezauważona. Moje kostki u obu dłoni robią się czerwone od przyciskania książek do piersi.

Spoglądam na plan a następnie na klasę, pod którą właśnie stoję, wolę się upewnić, czy to na pewno tutaj. Jestem już wystarczająco zestresowana, by pozwolić sobie na pomylenie sal.

Otwieram powoli drzwi i przejeżdżam wzrokiem po klasie. Wszyscy są pochłonięci rozmową, jedynie kilka osób podnosi na mnie wzrok zaledwie na sekundę, aby po chwili znów wrócić do swoich wcześniejszych zajęć. Wypuszczam powietrze z ulgą. Jeśli nie zawrę w tym roku przyjaźni, nie będę musiała opowiadać kłamstw o mojej rodzinie, ani tym bardziej prawdy o mamie chorej na raka i ojcu, który zamiast ją wspierać zdradza ją na boku z samotną matką siedmioletniego syna, którego na dodatek mój tata traktuje jak swoje dziecko. Dlaczego mi o nich powiedział? Może uznał, że skoro mama i tak niedługo umrze, to mogę już powoli zacząć się przyzwyczajać do “naszej” nowej rodziny. Najgorsze jest to, że wciągnął mnie w to kłamstwo i teraz, kiedy muszę patrzeć mamie w oczy, czuję okropne wyrzuty sumienia, że udajemy przed nią wspaniałą, kochającą się rodzinę. Nie chcę jej jednak wyjawiać prawdy. Nie w jej stanie. I tak ma już wystarczająco dużo zmartwień.

Zajmuję miejsce w przedniej ławce, tuż przy biurku nauczyciela. Myślę, że w tym miejscu będzie mi łatwiej skoncentrować się na nauce i tłumaczonym przez nauczyciela materiale. Wyjmuję telefon z kieszeni i wkładam do uszu słuchawki. Wzrok kieruję za okno i staram się nie myśleć o tym, że kiedy zajęcia się skończą znów będę musiała grać w dom. Jak w czasach dzieciństwa, ale teraz to wszystko jest o wiele trudniejsze i ani trochę zabawne.

Ktoś odsuwa krzesło obok mnie, a potem sąsiad z ławki wyjmuje mi słuchawkę z ucha i sam ją wkłada. Na jego twarzy pojawia się kpiący uśmiech.

— Jak można tego słuchać? — śmieje się ironicznie. Nie odpowiadam. Wpatruję się jedynie w jego opaloną twarz zdezorientowana. Chłopak ma na sobie biały t-shirt z levisa i sprane jeansy. Duże brązowe oczy chowają się pod czarną grzywką. Siedzi, a mimo to mogę stwierdzić, że jest bardzo wysoki. Czuję się dość niezręcznie i nie za bardzo wiem, co mam mu odpowiedzieć. Zamiast tego nerwowo bawię się palcami pod stołem, nie przestając patrzeć się w jego ciemne oczy.

— Umiesz mówić? — pyta lekko podniesionym tonem. Wzdycham głośno.

— Możesz oddać? — wskazuję palcem na słuchawki, które chłopak trzyma w dłoni. Brunet kiwa głową z dezaprobatą, po czym głęboko wzdycha.

— Dziwna jesteś. — Stwierdza. Odkłada moją własność i wykłada książki na ławkę. Nie mam zamiaru się z nim kłócić ani wchodzić w dłuższe rozmowy. Kiedy nauczyciel wchodzi do sali, chowam telefon do kieszeni i próbuję skupić się na temacie.

Po lekcji kieruję się pod klasę, w której mają się odbyć następne zajęcia. Biologia, moja ulubiona lekcja, ucząca o naturze człowieka i nie tylko. Utwierdzajaca mnie w przekonaniu, że wszystko co istnieje, musiało zostać stworzone przez Boga, gdyż coś tak doskonałego nie może być tylko wynikiem ewolucji.

Mam już wejść do klasy, kiedy czuję w kieszeni wibracje telefonu. Mama. Serce zaczyna bić mi szybciej. Rozglądam się wokoło, po czym wymykam się biegiem do toalety. Zamykam za sobą drzwi w kabinie i odbieram.

— Karen? Kochanie? — słyszę po drugiej stronie. Głos mamy drży.

— Mamo? Wszystko ok?

— Jestem w szpitalu, ale to nic, ja… Słuchaj, ja po prostu spędzę tu parę dni, nic się nie martw, zrobią mi parę badań, trochę mi się pogorszyło…

— Mamo…

— Nie przerywaj. Mam mało czasu, zaraz zabierają mnie na prześwietlenie. Tata jeszcze nie wie, powiedz mu, że nie wrócę dzisiaj na noc.

Mama milknie, w oddali słyszę kroki. Czuję, jak po policzku spływa mi pojedyncza łza. Szybko ją wycieram.

— Kocham cię mamo — jęczę cicho.

— Ja ciebie też — słyszę po drugiej stronie a potem nastaje cisza.

Opieram się ciężko o parapet i biorę głęboki wdech, próbując powstrzymać łzy napływające do oczu. Nagle słyszę śmiech, dobiegający zza drzwi kabiny.

— Kocham cię mamo! Jakie to żałosne, zupełnie jak mała dziewczynka — szyderczy ton bolenie świdruje mi w uszach.

A więc jakieś dziewczyny wszystko słyszały. Pięknie.

Normalnie poczekałabym, aż sobie pójdą, a dopiero wtedy wyszła z łazienki, jednak teraz i tak jestem już spóźniona na lekcję. Nie chcę problemów w nowej szkole. Ostrożnie wychodzę z kabiny starając się, aby moje ruchy były jak najbardziej naturalne. Wewnątrz trzęsę się jak galareta.

Ich wzrok od razu ląduje na mojej osobie. Natarczywe spojrzenia skanują moje ciało od stóp do głów, po czym dwie mocno wymalowane dziewczyny zaczynają szeptać między sobą.

Wychodząc z toalety nadal słyszę ich chichot.

Kiedy moja stopa przekracza próg klasy, czuję na sobie wzrok pozostałych uczniów. Automatycznie zawieszam głowę. Nauczyciel odrywa rękę od tablicy i spogląda na mnie surowo. Jest niskiego wzrostu. Posiada sporej wielkości brzuch, choć do grubych osób z pewnością nie należy. Na jego nosie spoczywają okrągłe szkiełka okularów, a brązowe, małe oczy idealnie komponują się z garniturem w tym samym kolorze. Czerwony krawat w kremowe kropki i cytrynowa koszula odejmują mu jednak powagi.

— Panna Karen raczyła w końcu zjawić się na lekcji.

Ktoś cicho się zaśmiał. Nie mam odwagi spojrzeć kto.

Boję się odezwać, to może pogorszyć sprawę. Jestem sparaliżowana przez te wszystkie wlepione we mnie spojrzenia.

— Widzę, że nie masz nic na swoje usprawiedliwienie — wysapał nauczyciel. — Zajmiesz teraz miejsce obok pana Justina.

Po klasie przebiegł głośny szept. Rozglądam się po pomieszczeniu i widzę machającego do mnie bruneta, którego widziałam rano. A więc tak się nazywa. Justin siedzi w trzeciej ławce przy oknie, wlepiając swoje czekoladowe oczy w moje małe ciało. Unosi rękę wyżej i macha do mnie, by zwrócić na siebie moją uwagę. Czując na sobie te wszystkie ciekawskie spojrzenia pozostałych, moje wnętrze pali się ze wstydu. Mimo to staram się dojść do ławki. Stąpam dalej, choć kolana mam miękkie i łatwo uginają się one pod moim ciężarem. Boję się, że upadnę, a głębokie wdechy na nic się zdają. Droga wydaje się być niesamowicie daleka, niekończąca się. Mam wrażenie, że ziemia zaraz mnie pochłonie i ukryje przed tymi wszystkimi ludźmi.

Kiedy siadam, nauczyciel znów zaczyna mówić, a wszyscy uczniowie skupiają się ponownie na tym, co właśnie rysuje na tablicy.

Oddycham z ulgą, kładę książki na ławkę i biorę w dłonie niebieski długopis, który dostałam wczoraj od kochanki ojca. Może nie jest taka zła? Tata powinien poczekać z układaniem sobie życia na nowo. Jest teraz zobowiązany wspierać mamę i jeszcze bardziej pokazywać jej, że ją kocha. A przynajmniej mógłby udawać.

Wreszcie nabieram odwagi, by rozejrzeć się po klasie. Siedzący w kącie chłopak przygląda mi się z zaciekawieniem. Przez moment wydaje mi się niesamowicie znajomy — jego włosy w kolorze złota zawijające się mocno w loki, wysokie czoło, kwadratowa szczęka, wyraziste kości policzkowe i czarujące, błyszczące na zielono oczy, które są skierowane prosto na mnie.

— Gabriel to król szkoły, nie twoja liga — szepcze mi na ucho Justin i zaczesuje do tyłu włosy.

— Co? Ja…

— Daj spokój, przecież widzę, jak się na niego patrzysz.

Już mam otworzyć usta, żeby coś powiedzieć, ale wtrąca mi się w słowo.

— Nie żebym coś do ciebie miał, ale pomyśl. Jesteś nowa, w dodatku małomówna i słuchasz dziwnej muzyki, nie wspominając już o tym, że na angielskim pchasz się do pierwszej ławki niczym największy kujon.

— Ty też siedzisz tam w pierwszej ławce, kujonie. — mówię, zapominając na chwilę o mojej nieśmiałej naturze.

— Może i jestem kujonem, ale nie dziwakiem — puszcza mi oczko i otwiera zeszyt, żeby narysować szkic komórki z tablicy.

— Nic o mnie nie wiesz — odpowiadam z jadem w głosie. Moje negatywne emocje zaczynają przybierać na sile, spychając wstyd na dalszy plan mojej osobowości. Justin nie odpowiada, kiwa tylko głową jakby nie był zainteresowany dalszą rozmową. Chcę jeszcze coś dodać, moja chęć do kłótni wzrasta. W każdym razie myślenie o tych wszystkich innych ludziach i wstydzie, kiedy nauczyciel musiałby nas uciszyć, skutecznie mnie powstrzymują przed otworzeniem ust. Zamiast tego wyjmuję zeszyt i zaczynam przerysowywać z tablicy szkic komórki roślinnej.

Po kryjomu zerkam jeszcze raz na blondyna. Ku mojemu zaskoczeniu zauważam, że jego oczy wciąż mnie obserwują. Nie mogę odpędzić powracającej myśli, że już go gdzieś kiedyś widziałam.

Dzwonek. Zaczynam pakować swoje rzeczy do torby, jednocześnie zerkając kątem oka na Gabriela. Jest pochłonięty rozmową. Na nowo zastanawiam się, jak powiedzieć tacie o szpitalu, kiedy wróci z pracy. Czy warto w ogóle mu to mówić? Pewnie się tym nie przejmie i zamiast odwiedzić mamę, zabierze Megan na randkę przy świecach.

Czuję na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Odwracam twarz i widzę ciemne włosy postawione do góry, czekoladowe oczy i delikatny uśmiech. Mimo tego, że pierwszego dnia już zdążyłam usłyszeć od niego dość przykre słowa, darzę go wewnętrzną sympatią. Wzbudza moje zaufanie i odnoszę wrażenie, że możemy się zaprzyjaźnić. Nie czuję się też skrępowana w jego obecności, co jest dość dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że dopiero dzisiaj go poznałam.

— Zostawiłaś coś — podaje mi mój długopis.

— Dzięki — odwzajemniam uśmiech i wkładam długopis do piórnika, zerkając kolejny raz na chłopaka o kręconych blond włosach. Jestem pewna, że już go gdzieś widziałam, jednak nie mogę sobie przypomnieć, gdzie.

— Jesteś też nowa w mieście, czy muszę szukać innego powodu, żeby wyciągnąć od ciebie numer telefonu? — Pyta, poruszając przy tym brwiami. Udaję, że się zamyślam.

— Możemy udawać, że jestem nowa także w mieście — puszczam mu oczko i przyjmuję telefon z ręki Justina, aby wpisać mu swój numer do kontaktów. Nie chcę za bardzo się z nikim zaprzyjaźniać. Pomimo tego po dłuższym namyśle w trakcie lekcji stwierdzam, że lepiej jest mieć choć jedną bratnią duszę do porozmawiania na przerwach. Nie muszę mu przecież od razu opowiadać o moich problemach rodzinnych.

Zamykam torbę i rzucam ją na ramię. Przelatuję jeszcze szybko wzrokiem po pomieszczeniu. Zamieram. W kącie z tyłu klasy stoi nie kto inny jak Gabriel, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Nie uśmiecha się. Nie umiem wyczytać z jego twarzy żadnych emocji. Ma coś w sobie, co budzi we mnie respekt, strach ale i przeczucie, że już go kiedyś musiałam spotkać. Jego zielone oczy są tak czarujące, że nie jestem w stanie odwrócić wzroku. Nie wiem, ile czasu tak stoję, ale ta chwila wydaje się być wiecznością.

Gabriel powoli rusza w moją stronę, a nieokreślone coś nie pozwala mi się ruszyć i po prostu wyjść z sali. Nie wiem, jak tu wszedł niezauważony, skoro widziałam wcześniej jak wychodzi w towarzystwie kilku osób. Byłam aż tak pochłonięta rozmową z Justinem, że nie zauważyłam jak przychodzi, staje w rogu i obserwuje nas dwojga? Jak długo tu stoi?

Kiedy orientuję się, że między mną a nim odległość coraz bardziej się zmniejsza, moje mięśnie odzyskują czucie. Nogi idą w ruch.

Zdążam zrobić jednak tylko dwa kroki, kiedy czuję na swoim ramieniu silną dłoń chłopaka.

— Musimy porozmawiać — mówi stanowczo. Moje ciało drży. Jego głos brzmi niczym głos anioła. Pełen wdzięku, jak melodia dla moich uszu.

Odwracam się powoli i podnoszę wzrok. Sięgam mu zaledwie do brody. Zawinił tu nie tylko mój niski wzrost, ale także jego dwa metry. Jest potężnej budowy ciała, pod tym względem przypomina Justina.

— Tak? — pytam cicho. Za cicho. Teraz, kiedy lepiej mogę mu się przyjrzeć z bliska, jestem jeszcze bardziej przekonana, że to nie pierwszy raz kiedy się widzimy. Zastanawia mnie tylko, gdzie go poznałam i czy ja też wydaję mu się znajoma.

Gabriel wciąż nie puszcza mojego ramienia. Zaczynam czuć się odrobinę niezręczne, jednak jemu chyba to nie przeszkadza.

Wpatruje się w moje oczy, jakby chciał wyczytać ze mnie emocje, zajrzeć do mojej głowy i wyssać ze mnie wszystkie wspomnienia. Moje serce bije jak oszalałe kiedy stoi tak blisko mnie, kompletnie wpatrzony w moją osobę. Nie rozumiem, dlaczego tak na niego reaguję, ani trochę mi się to nie podoba.

Już otwiera usta żeby coś powiedzieć, kiedy słyszymy chrząknięcie po drugiej stronie klasy, przy drzwiach. Spoglądamy w tamtą stronę.

Dwóch chłopaków. Uśmiechają się podejrzliwie w stronę blondyna. Gabriel patrzy to na mnie, to na nich i znowu na mnie. Wzdycha.

— Justin nie jest dobrym towarzystwem, lepiej trzymaj się od niego z daleka — szepcze cicho, nachylając się nad moim uchem.

Odwraca się w stronę kolegów i wychodzi, zostawiając za sobą słodki, wyjątkowy zapach którego nie jestem w stanie opisać. Gabriel, Gabriel, Gabriel — powtarzam w głowie starając sobie go przypomnieć, ale jego imię odbija się echem po mózgu, nie znajdując o nim niczego konkretnego. A potem wychodzę z klasy myśląc już tylko o tym, jak zareaguje tata na wieść o szpitalu.

Rozdział 2

Od godziny próbuję się zrelaksować, oglądając film przyrodniczy, tymczasem moje myśli wciąż wędrują wokół mamy. Boję się, że to już koniec, że wyjdzie ze szpitala tylko po to, żeby położyć się prosto do trumny i zakopać kilka metrów pod ziemią. Nie wiem, jak zareaguje tata. Czy choć trochę go to zmartwi? Czy raczej będzie szczęśliwy, że już niedługo może przestać ukrywać swój związek z Megan? Mam tylko nadzieję, że do końca zagra rolę kochającego męża, który nie widzi świata poza swoją ukochaną żoną. Pragnę, aby mama czuła się kochana i odeszła w spokoju.

Najchętniej już bym ją odwiedziła, niestety muszę czekać, aż tata wróci z pracy by powiedzieć mu o tym, co się wydarzyło. Może zechce wybrać się ze mną?


Słyszę brzęk kluczy i szuranie butów po podłodze. Wychylam głowę z pokoju i widzę tatę. To mężczyzna dość wysoki o normalnej budowie ciała. Niebieskie oczy chowają się za szkłami okularów, a wciąż brązowe, krótko ścięte włosy są idealnie ułożone. Na jego twarzy zaczynają pojawiać się zmarszczki — odrobinę na czole i większość w okolicy oczu, chociaż za prostokątnymi szkłami nie są aż tak widoczne. Mam jego włosy i oczy, a cała reszta mojej osoby ani trochę nie przypomina mojej rodziny. Moja twarz jest niepodobna do kogokolwiek z mojego drzewa genealogicznego. Mama kiedyś stwierdziła, że jestem idealnie symetryczna — to coś, co zdarza się bardzo rzadko i co sprawia, że człowiek staje się piękny. Tą samą symetryczność zauważyłam dziś u Justina, który rzeczywiście jest bardzo przystojny. Jak Gabriel, którego już kiedyś gdzieś musiałam spotkać.


Tata spogląda na mnie ściągając w międzyczasie buty, po czym delikatnie się uśmiecha. Widząc, że nie odwzajemniam jego gestu, a moja twarz jest wyraźnie zmartwiona, od razu poważnieje.


— Coś się stało?


Milczę, bo w głowie układam zdania, które zaraz mu powiem. Boję się jego reakcji. Boję się, że zamiast wspierać mnie i mamę, będzie zupełnie niewzruszony lub nawet szczęśliwy. Szczęśliwy, że w końcu zamieszka z Megan. Biorę głęboki wdech i zapominam o przemowie, którą tak długo układałam w mojej głowie. Nie jestem w stanie wydusić z siebie nic więcej, niż jedno krótkie zdanie:


— Mama jest w szpitalu.


Tata stoi sztywno, prostuje się i ściąga na chwilę okulary. Widzę, że jego klatka piersiowa szybciej i krócej się unosi, jego oddech staje się płytki. Kolor skóry przybiera kolor kartki, a oczy powoli gasną. Nie rozumiem jego reakcji. Nie kocha mamy. Dlaczego więc wygląda tak, jakby zaraz sam miał umrzeć?


Nie wiem, ile czasu tak stoimy. Atmosfera staje się ciężka, napięcie powoli rośnie. Zastanawiam się, czy zaraz oboje zaczniemy płakać, czy raczej będę dalej tak stać, a tata nagle się uśmiechnie. Czas mija i nadal nic się nie dzieje. Słyszymy tylko auta za oknem i nasze własne bicie serc. Ta chwila dla mnie trwa wiecznie.


— Pojedziesz ze mną ją odwiedzić? — pytam tak cicho, że ledwo słyszę własne słowa. Tata wciąż milczy, po chwili tylko kiwa głową i ponownie zakłada buty. Rozumiejąc, o co chodzi, szybko nakładam na siebie skórzaną, czarną kurtkę, wciskam na stopy czarne baleriny i wybiegam z mieszkania zaraz za tatą. Nie czekamy nawet na windę. Zbiegamy po schodach z czwartego piętra, wsiadamy do samochodu i nawet nie martwimy się o zapięcie pasów. Nie pytam o nic. Nie chcę pytać. Nie jestem w stanie.


Mama leży na szpitalnym łóżku z zamkniętymi oczyma. Jej skóra jest jeszcze bledsza i cieńsza niż dzisiaj rano, kiedy ostatni raz ją widziałam. Napięcie w moim ciele rośnie, kiedy widzę ją w takim stanie. Wygląda tak, jakby już umarła i czekała, aż ubiorą ją w czarną suknię i zapakują do trumny. Na szczęście jeszcze żyje, o czym świadczy aparatura, do której jest podpięta. Nie śpi. Słysząc szelest zdejmowanych płaszczy otwiera oczy.

Staram się stać prosto, jednak moje kolana są jak z waty. Kręci mi się w głowie. Zaraz upadnę.


Uśmiecha się na nasz widok i podnosi rękę. Tata siada przy niej, po czym składa ciepły pocałunek na jej czole.

Zapominam, jak się poruszać. Mam wrażenie, że oglądam bardzo realistyczny film w 3D, a to wszystko to tylko tylko odgrywany scenariusz.

— Jak się czujesz? — pyta tata, choć odpowiedź jest oczywista. Widać jaka jest słaba, bardzo słaba. Chemioterapia zamiast pomóc coraz bardziej ją wykańcza.Chociaż wszyscy wiedzą, że jej życie wisi na włosku, to nikt nie chce się do tego głośno przyznać. Liczymy na cud.


— Zawsze mogło być lepiej — mówi słabym głosem, zamykając oczy na dłuższą chwilę. — Karen, kochanie — odwraca głowę w moją stronę. Na jej twarzy pojawia się blady uśmiech. Wiedząc, ile ją to kosztuje, moje serce zaczyna pękać z bólu. — Idź kochanie po coś słodkiego i jakąś wodę smakową.


Tata wyciąga z portfela banknot dziesięciodolarowy. Bez słowa wychodzę, gniotąc go w pięści. Kręci mi się w głowię i obawiam się, że zaraz zemdleję. Jeszcze bardziej przeraża mnie wizja, w której wracam z siatką pełną słodyczy do sali, w której leży mama. Martwa mama.

Mój krok jest szybki. Chcę zdążyć przed tym okropnym momentem, w którym ją stracę. Wychodzę ze szpitala i kieruję się w stronę najbliższego sklepu. Jest chłodno, więc mocniej opatulam się kurtką. Zimny powiew wiatru sprawia, że moje policzki robią się czerwone. Nowy chodnik nie ma żadnych pęknięć, o które mogłabym się potknąć. Domki po obu stronach ulicy są małe, dwupiętrowe i przyklejone do siebie. Większość z nich pomalowana jest na kolory wpadające w róż lub zieleń, choć zdarzają się i całkowicie szare, ponure, niepasujące do intensywnie czerwonego dachu. Przechodzi tędy wiele osób. W sumie zawsze tak było. Chodziłam tą drogą do mojej starej szkoły i za każdym razem, gdy mijałam szpital, czułam nieprzyjemne kłucie w żołądku. Po drugiej stronie ulicy, przed rondem, na którym stoi posąg kobiety trzymającej w ręku parasol, dostrzegam w końcu mały sklep, w którym kupowałam z koleżankami lody. Idę jeszcze szybciej. Marznę. Staram się na nikogo nie wpaść a i tak moje ciało uderza w drugie. Unoszę twarz do góry tylko po to, aby spojrzeć na anielskie blond loki i zielone oczy, tak bardzo mi znajome, a zarazem tak obce.

Momentalnie ogarnia mnie przyjemne ciepło, nie czuję już ani trochę tego przeraźliwego zimna. Wszystkie problemy i troski znikają, oddala się nawet niepokój o mamę. Jakby to wszystko było tylko snem. W tej chwili jedynie my — ja i Gabriel jesteśmy prawdziwi. Nie rozumiem, co się właśnie dzieje w mojej głowie i z moim ciałem. Nie wiem kim jest ten człowiek, którego obecność tak silnie na mnie wpływa, ani dlaczego nie mogę oderwać oczu od jego idealnej, symetrycznej twarzy.


— Hej, An…. Karen — mówi po chwili, a cała magia gdzieś znika. Wracam do rzeczywistości. Dopiero zdaję sobię sprawę z tego, że wciąż stoimy tak blisko siebie. Za blisko. Odsuwam się o krok. Czuję się przy nim taka mała.


— Hej — odpowiadam zdezorientowana. Czuję, że tracę rozum i nie podoba mi się to. Nie jestem w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o jego zielonych oczach i tajemniczej osobowości. Skąd ja go znam?


— Wtedy w klasie … — przerywa, spogląda to w niebo, to znów na mnie — miałem ci coś powiedzieć.


Wracam do tamtej chwili i przypominam sobie jego zapach. Znów go czuję. Moje serce kolejny raz zaczyna bić szybciej. Nie chcę tego. Zaczynam bawić się palcami, by jakoś przywołać racjonalne myślenie. Niestety, nie za bardzo to pomaga.

— Powiedziałeś, że Justin nie jest dobrym towarzystwem. — przypominam mu po chwili, starając się, aby mój głos nie zdradził tego, co właśnie dzieje się w mojej głowie. Ciekawość, ekscytacja ale i też strach przez wszystko to, co dzieje się ze mną kiedy Gabriel jest w pobliżu.

— Wiem, ale miałem powiedzieć ci coś jeszcze.

Gabriel znów przygryza wargę. Wygląda wtedy jak anioł który zlatuje prosto z nieba i pojawia się na mojej drodze nie bez powodu.

Blondyn zawisa nad moim uchem. Znajduje się na tyle blisko, że czuję ciepło bijące od jego ciała. Delikatny oddech na moim karku. Przyjemnie uczucie. I choć wiem, że mój umysł wariuje a to, co przeżywam nie jest normalne, to jednak pragnę z całego serca, aby ta chwila trwała wiecznie.

— Nie jesteśmy ludźmi — Zaczyna szeptem, jakby bał się, że ktoś inny go usłyszy. — Jesteśmy aniołami.

Odsuwa się ode mnie na tyle daleko, aby móc spojrzeć na moją twarz. Zapewne próbuje wyczytać że mnie jakieś emocje.

Jedyne, co w tej chwili czuję, to zdezorientowanie. Cofam się o kolejne dwa kroki w tył. O czym on do mnie mówi? Zwariował? Anioły są przecież tam w niebie, nie posiadają ludzkiego ciała. Skoro jesteśmy aniołami, co jest całkowicie absurdalne, to dlaczego wyglądamy jak normalni ludzie? Dlaczego się przeziębiamy, a kiedy się zranimy, leci nam krew? Nie wiem, czy traktować tę informację jak zwykły żart, czy jako powód, by uznać Gabriela za szaleńca i trzymać się od niego z daleka.

W jednej chwili ktoś, kto do tej pory wydawał mi się przyjazny i dziwnie znajomy teraz wzbudza we mnie negatywne emocje.

Gabriel widząc moją reakcje robi krok do przodu aby mnie uspokoić, ale wyciągam rękę przed siebie w obronnym geście. Wszechogarniający strach rośnie z każdą następną sekundą. Chciałabym uciec i zapomnieć, że ta sytuacja w ogóle miała miejsce.

— Nie podchodź — mówię stanowczym głosem, choć w środku wszystko się we mnie kotłuje.

— Nie wierzysz mi. — Gabriel wydaje się smutny i zawiedziony.

— A jak mam ci wierzyć? Czy ty wiesz, co właśnie powiedziałeś? Jak to zabrzmiało?

Chłopak przejeżdża ręką po anielskich włosach. On cały wygląda jak anioł. Jednak tylko tak wygląda, przecież nie może nim rzeczywiście być. Nikt nie może być aniołem.

Czego on ode mnie chce? Ledwo wczoraj się poznaliśmy. Chyba. Czy możliwe jest, że znaliśmy się już wcześniej?

— To absurd — stwierdzam ostatnimi resztkami odwagi. Tak bardzo chcę uciec.

— Wydaje ci się. Nie odkryłaś jeszcze swojej mocy, to wszystko.

— Nie mam pojęcia o co ci chodzi. — dukam cicho i obracam się na pięcie. Moje przerażenie rośnie z każdą sekundą. Intensywnie myślę o ucieczce. Nagle czuję ostre szarpnięcie za łokieć.

Jest ono na tyle gwałtowne, że tracę równowagę i ląduję w ramionach Gabriela.

Jego umięśniona klatka piersiowa napiera na mnie, słyszę bicie jego serca. Ten charakterystyczny zapach znów wydaje mi się niezwykły, zupełnie jak nie z tego świata. I mimo iż bardzo chcę, nie mogę sobie go przypomnieć. A teraz jeszcze bardziej niż zwykle mam to dziwne poczucie, że znaliśmy się już wcześniej.

I chociaż przez to, co właśnie powiedział, wydał mi się szaleńcem, to pragnę być jak najbliżej niego. Nie rozumiem swoich uczuć i całej tej sytuacji.

— Zostaw — mruczę, jednocześnie wyrywając się z jego uścisku. Zaczynam biec w stronę sklepu nie odwracając się do tyłu.

Rozdział 3

W głowie wciąż słyszę głos Gabriela: “ Nie jesteśmy ludźmi. Jesteśmy aniołami.”

Nie jesteśmy ludźmi. Jesteśmy aniołami. Ogromny mętlik nawiedza moją głowę niczym tornado, zostawiając po sobie spustoszenie i negatywne emocje. Nie wiem, czy mam o nim myśleć jak o wariacie i trzymać się od niego z daleka, czy uważać go za zwykłego żartownisia. Jeśli to drugie, to bardzo dobrze gra swoją rolę. Szaleniec przekonany o swoim anielskim pochodzeniu. Mógłby nawet zagrać w moim rodzinnym przedstawieniu pod tytułem “Dom”.

Dziwne skurcze nawiedzają mój żołądek za każdym razem, kiedy wracam we wspomnieniach do tamtej chwili, kiedy Gabriel i ja zderzyliśmy się ze sobą na ulicy. Mam ochotę komuś o tym opowiedzieć, jednak nie mam przyjaciół godnych zaufania. W poprzedniej szkole zawiodłam się na osobach, na których bardzo mi zależało. Nie pozostał mi nikt, komu mogłabym się zwierzyć w dowolnej chwili. Jestem owładnięta mieszanką pustki i strachu, a to wszystko przez chorobę mamy i dziwne zachowania Gabriela. Chciałabym teraz położyć się spać i obudzić dopiero za dziesięć lat. Albo najlepiej już nigdy.

Cały weekend zajmuje mi nauka, która sprawia, że czas leci szybciej. W głębi duszy liczę na telefon od Justina, więc co chwila zerkam z nadzieją na wyświetlacz telefonu. Nikt się niestety nie odzywa, a jedyny sms jaki dostałam w ciągu tych dwóch dni był od mojego operatora. Samotność zżera mnie od środka, nie pomaga nawet kolacja z moją przyszłą nową rodziną ani odwiedziny u mamy. Kiedy muszę patrzeć na to, w jakim jest stanie, czuję jeszcze większe przygnębienie. Świadomość, że już niedługo odejdzie z tego świata wypala dziurę w moim wnętrzu.

Jak zwykle nawet w dni wolne kładę się wcześnie spać, a mimo to wstaję dopiero koło czternastej. Psychicznie balansuję na skraju wytrzymałości, a słoneczna pogoda jeszcze bardziej pogłębia mój zły nastrój. Zdecydowanie bardziej wolałabym deszcz.

Biologia. Kiedy wchodzę do klasy Justin już tam jest, szeroko się uśmiechając na mój widok i klepie dłonią o krzesło obok niego.

Jeszcze zanim siadam, rozglądam się po sali i ku wielkiemu rozczarowaniu nigdzie nie dostrzegam Gabriela. Z jednej strony odczuwam ulgę, z drugiej dziwną tęsknotę. Tak samo jak wiem, dlaczego jego nieobecność sprawia mi radość, tak bardzo nie rozumiem skąd się bierze chęć bycia blisko niego. Nielogiczne, że te dwa uczucia występują jednocześnie, co mnie frustruje. Żywię nadzieję, że z zewnątrz nie widać tego, co dzieje się w moim wnętrzu, jaką burzę myśli muszę znosić każdego dnia od ponad dwóch lat.

— Znowu nic nie mówisz. — Odzywa się Justin oskarżająco.

— Po prostu się nie wyspałam — odpowiadam. Nie jest to kłamstwem. Mało kiedy mogę się normalnie wyspać. Wstawanie o dziesiątej to dla mnie męczarnia, choć sen napływa dwanaście godzin wcześniej. A co dopiero pobudka o szóstej. Nawet ze słońcem za oknem jest mi niesamowicie zimno, co z kolei sprawia, że jeszcze bardziej chce mi się spać.

Nagle drzwi do klasy otwierają się szeroko, uderzając przy tym o ścianę. We wchodzących z takim hukiem osobach rozpoznaję dwie dziewczyny z toalety, które podsłuchały moją rozmowę z mamą. Od razu robi się niezręcznie.

Nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że w ich towarzystwie wkracza, jak to powiedział Justin, król szkoły. Na jego widok wspomnienia z piątku bardzo szybko wracają w najdrobniejszych szczegółach, jak dotyk Gabriela na moim łokciu albo słodki zapach skóry.

Anielski chłopak ubrany jest dziś w białą koszulę i czarne, sprane jeansy. Włosy kręcą mu się jeszcze bardziej niż wczoraj. Jedynie jego oczy są jakieś przygaszone. Nasze spojrzenia się krzyżują, na skutek czego jeszcze bardziej kulę się na krześle. Czy on jest szaleńcem, czy to może ja oszalałam?

— Co się tak na niego patrzysz? — Pyta Justin, przerywając tę dziwną chwilę. Zawadiacko opiera głowę o łokieć i nie odrywa ode mnie swoich ciemnych oczu.

— Te dziewczyny… Nie są za miłe — informuję, nie odrywając wzroku od grupki.

Gabriel podchodzi i zatrzymuje się obok mojej ławki, zerkając na mnie ukradkiem. Zaraz za nim przechodzą dziewczyny, dość rozbawione, świdrując mnie wzrokiem jak nic nie znaczącego karalucha. Najwyraźniej nie chcą mnie tutaj.

— Nie tęsknisz za mamusią? — Pyta jedna z nich. Założyła dziesięciocentymetrowe koturny, granatowe marszczone rurki i dopasowany czarny top. Włosy w kolorze wiśni opadają jej na twarz, pokrytą mocną warstwą makijażu.

— Natasha daj jej spokój. Czy ty zawsze musisz zaczepiać nowe koleżanki i robić sobie wrogów? — Justin niespodziewanie staje w mojej obronie. Druga z dziewczyn śmieje się głośno, co przykuwa uwagę kilku osób.

— Wyluzuj Justin, ona nie jest małą dziewczynką. Pozwól, że sama się obroni. — Odpowiada do niego dość łagodnie, kokieteryjnie zawijając pasmo długich włosów na placu. Na Justinie nie robi to jednak większego wrażenia. Natasha znów spogląda na mnie. Gdyby wzrok mógł zabijać, już leżałabym martwa pod szkolną ławką.

— A więc? — Unosi brew. — Tęsknisz za mamusią?

— Moja mama jest w szpitalu. Ma raka. — Szeptam bezgłośne, pilnując przy tym, by nie uronić ani jednej łzy. Oby po tej informacji dała mi spokój.

Nagle wszyscy zamilkli. Znów czuję na sobie niezręczne spojrzenia wszystkich obecnych. Moje serce bije coraz wolniej, przed oczami pojawia się ciemność. Czemu po prostu nie mogę zniknąć? Tak dużo par oczu wpatrzonych w moją małą postać, wyczekująca dalszego biegu wydarzeń sprawia, że pożar w moim ciele jeszcze bardziej się natęża.

— Uuu i co? Ile jej zostało? Miesiąc? Tydzień? Może krócej? — Słyszę po chwili głos, pełen jadu. Przechodzi mnie kolejny, zimny dreszcz a oczy napływają łzami, więc przymykam na chwilę powieki, by słona ciecz nie znalazła ujścia.

Nagle ktoś mocno uderza pięścią w moją ławkę. Wszyscy zebrani wokół zastygają w miejscu. Jeszcze zanim zdołałam otworzyć oczy, czuję słodki zapach owoców leśnych i miodu.

— Teraz to już przesadziłaś — warczy Gabriel. Jego zielone oczy prześwietlają Natashe na wylot. — Krzywdzisz niewinną dziewczynę! Masz tak niską samoocenę, którą uwielbiasz podnosić, gnębiąc innych, czy o co ci właściwie chodzi?!

Natasha nie odpowiada. Odchyla tylko usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale szybko je zamyka. Jej koleżanka, która do tej pory stała za nią niczym cień, teraz zaczyna wycofywać się na tył klasy.

— Jesteś żałosna. — blondyn nie spuszcza wzroku z dziewczyny. Jej twarz zaczyna nabiera koloru jej włosów.

Natasha przygryza wargę, poprawia pasek od torebki i wychodzi z klasy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.18
drukowana A5
za 31.11