E-book
27.3
drukowana A5
64.85
Jesteś… bo zawsze gdzieś będę…

Bezpłatny fragment - Jesteś… bo zawsze gdzieś będę…

część pierwsza


Objętość:
291 str.
ISBN:
978-83-8104-940-5
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 64.85

Chcieć więcej, niż się wie, że można chcieć,

To codzienna klęska tych, którzy kochają.

„Piasek”, Jonasz Kofta

Wprowadzenie

Wydarzenia tu opisane miały miejsce naprawdę, stąd też jakiekolwiek podobieństwa bohaterów do żyjących osób nie są przypadkowe. Jednakże wszystkie dane osobowe, a więc imiona i nazwiska, aliasy i adresy skrzynek pocztowych oraz numery telefonów zostały zmienione przez autora i nie należy ich łączyć ze światem rzeczywistym. Dialogi i myśli zawarte w książce pochodzą z oryginalnych wiadomości elektronicznych i nie zostały w jakikolwiek sposób zniekształcone, prócz fragmentów usuniętych ze względu na zbyt osobisty charakter ich wypowiedzi jak i tych, które nie miały jakiegokolwiek wpływu na przebieg akcji niniejszego utworu, co zostało zaznaczone.

Zakończenie tej historii jest czystą fikcją literacką, ale życie cały czas pisze jej ciąg dalszy…

Składam serdeczne podziękowania pewnej niesamowitej kobiecie, bez której katalitycznej roli książka ta nie powstałaby. To dzięki Jej pomocy, mentalnemu oddziaływaniu i duchowemu wsparciu, których od Niej doświadczałem, mogłem napisać tę książkę. To dzięki Niej zdołałem utrwalić jeden z piękniejszych fragmentów mojego życia.

Nigdy nie zwróciłaś się do mnie po imieniu, zawsze było to: Ty, Tobie, Tobą, Ciebie — zaimek II osoby liczby pojedynczej we wszystkich przypadkach odmieniałaś, a jednak…

…a jednak wiele Tobie zawdzięczam… nawet nie wiesz, jak wiele…

AUTOR

Wstęp

Kiedyś listy pisane były powoli, z namaszczeniem, nadawca zastanawiał się nad każdym słowem, bo skreślenia były czymś niestosownym. Równie powoli listy wędrowały do adresata: powozem, konnym posłańcem, żaglowcem. Tak samo powoli narastały namiętności, długo trwały, a zwrócone słowo równie długo wędrowało do wybranki lub wybranka.

Teraz wszystko przyspieszyło. Listy elektroniczne korygowane są na bieżąco, esemesy pisane są w autobusie bez dbałości o formę, Facebook pozwala na błyskawiczne nawiązywanie kontaktów towarzyskich, a wklepane lub wstukane treści po kilkunastu sekundach trafiają do odbiorcy, choćby znajdował się on na drugim krańcu świata. Taką samą drogą podążyły uczucia: szybko wybuchają i tak samo szybko przemijają…


Fragment z pamiętnika

W szpitalu znalazłem się z własnej woli. Z własnej głupoty — jak mawiałem. Przez irracjonalny lęk przed zastrzykami. Po operacji wycięcia guza otrzymałem serię kroplówek dla usunięcia pozostałych komórek nowotworowych. To osłabiło cały mój organizm. Byłem zapalonym turystą, lubiłem wyprawy z plecakiem i namiotem w Góry Świętokrzyskie. Nie mogłem już doczekać się kolejnego wyjazdu i usiedzieć na miejscu w domu.

Kilka razy udałem się więc na wędrówkę poza miasto. Była wczesna wiosna, ziemia jeszcze nienagrzana promieniami słońca. Chłodno, wietrznie, czasami dżdżysto. Nie zważałem na to. Po ponad półrocznym leżeniu w zamknięciu, najpierw w centrum onkologicznym, później w domu, cieszyłem się z delikatnej, zielonej mgiełki jaką tworzyły pierwsze, jeszcze nieśmiało reagujące na pieszczotę słońca, listeczki. Ten chłód wczesnej wiosny zaszkodził mi. Mój układ immunologiczny był osłabiony przez truciznę, która miała pokonać raka. Nie wykupiłem zastrzyków mających podnieść moją odporność i to mnie zgubiło.

Nazajutrz po jednej z takich wypraw obudziłem się z dziwnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Byłem niesamowicie słaby, nie chciało mi się nic robić, widziałem podwójnie: i obraz w telewizorze i książki na półkach. Kiedy trzymałem głowę prosto, było w porządku, kiedy przekrzywiałem ją, obraz się rozjeżdżał. Trwało to trzy dni, kiedy żona dawała mi termometr, przed oddaniem go strząsałem rtęć, by ukryć prawidłowy odczyt. Miałem gorączkę ponad 40 stopni, żona widziała najwyżej 39. Nie chciałem wizyty lekarza, mówiłem, że to przejdzie samo. W poniedziałek przyjechał lekarz. Diagnoza: jednostronne zapalenie płuc. I tak zawitałem do szpitala.

Po dwóch dniach pobytu na oddziale wewnętrznym doszła sepsa, ale najgorsze przyszło trzy dni później: przyplątała się biegunka. Musiałem leżeć w pampersach i załatwiałem się pod siebie 7—8 razy na dobę. Wszystko co jadłem, wychodziło ze mnie w postaci rozrzedzonej papki. Dlatego ordynatorka zleciła karmienie pozajelitowe. Po dwóch dniach zrezygnowałem z tej formy żywienia — nie smakowało mi :-). W szpitalu przeleżałem osiemnaście dni i wypisany zostałem na własne życzenie. Ale sepsa uszkodziła moją jedyną nerkę, pierwsza została usunięta wraz z guzem. W tej sytuacji pozostały narząd musiał być wspomagany nerką sztuczną. I tak stałem się pacjentem oddziału dializ, z czym nigdy się nie pogodziłem.


Nazywał ją w myślach Księżniczką. Bo była sztywna, bo rzadko uśmiechała się, bo swoje uwagi wygłaszała władczym tonem, bo nosiła się wyniośle, bo… rzadko podchodziła do jego łóżka. Inne pielęgniarki śmiały się razem z pacjentami, żartowały i przekomarzały z nimi. On też od czasu do czasu poddawał się temu nurtowi towarzyskiego flirtu, przekomarzania i słownych gier. A jednak łapał się na tym, że coraz częściej wodził wzrokiem za jedną z nich, właśnie za nią. Gdyby miał odpowiedzieć na pytanie „dlaczego, co w niej takiego intrygującego?”, nie wiedziałby co odpowiedzieć. Nie potrafił też przywołać z pamięci jej twarzy, a jedyna charakterystyczna cecha, z którą ją kojarzył, to czarne, proste włosy, z których ułożeniem musiała mieć duży kłopot, bo za każdym razem po przejściu przez salę, rozsypywały się na jej ramionach tworząc inny, nieprzewidywalny układ. Być może to włosy, a może jej oczy skryte za szkłami okularów, a może lekko nosowy tembr jej głosu, a może to wszystko na raz zwróciło na nią jego uwagę? Zaczął jej się przyglądać dokładniej. Miała inteligentną twarz. Chciał z nią porozmawiać, ale rzadko się nim zajmowała. Zaledwie dwukrotnie miał okazję wymienić z nią kilka zdań, ale rozmowy te wywarły na nim duże wrażenie.


Nie pamiętał początków ich znajomości, nie pamiętał, kiedy pierwszy raz zwrócił na nią uwagę. Jak przez mgłę zaledwie dwa wydarzenia z nią związane potrafił z pamięci przywołać.

Przyjechał kiedyś do szpitala ambulansem z dwójką innych pacjentów. Był z nich najsprawniejszy, więc wysforował się przed nich i jako pierwszy wszedł na salę.

— A pan sam przyjechał? — zapytała go pielęgniarka zza biurka. To właśnie była ona.

— Nie, ze znajomymi.

— Przecież karetka po pana pojechała — powiedziała z wyrzutem. — Dzwonił pan chociaż do kierowcy, że sam przyjedzie?

— Ale przecież ja właśnie karetką przyjechałem.

— Dzień dobry! Dzień dobry! — przywitały się obie kolejne osoby wchodząc na salę. To byli pasażerowie ambulansu. Ewelina nagle pojęła wszystko.

— To są pana znajomi? — upewniła się jeszcze.

— Tak.

Pielęgniarka zaśmiała się, gdyż tak ją rozbawiła ta sytuacja.

Innego dnia otrzymał telefon, że może zjawić się wcześniej na dializie, gdyż jest wolne stanowisko. Był już ubrany, gdyż i tak chciał przyjść wcześniej do szpitala, więc zjawił się już po kwadransie od telefonu.

— Przepraszam, a pan to półmaraton uprawia? — zapytała go zaskoczona Ewelina.


Zobaczył ją po dwutygodniowej przerwie, było to nazajutrz po wszczepieniu stałego cewnika, przez który podłączany był do sztucznej nerki.

— Była pani na urlopie?

— Ja? Skądże?

— Tak długo pani nie widziałem. Myślałem, że przebywa pani gdzieś na łonie natury.

— Nie. Widocznie chodziłam na inne zmiany i mijaliśmy się.

— Być może…

Pielęgniarka założyła maseczkę na twarz, po czym wdziała rękawiczki.

— No dobrze. Proszę założyć maseczkę i zaczynamy zabawę.

— A w co się bawimy?

— Będę pana dręczyć, szczypać i drapać — powiedziała i wyciągając przed siebie dłonie z rozcapierzonymi palcami na wysokości twarzy i poruszając nimi drapieżnie zbliżała się do niego. Pomyślał, że takim zachowaniem maskuje zmieszanie.

— Wolałbym być głaskany, a nie drapany.

— Od głaskania to chyba jest ktoś w domu, tak?

Zastanawiał się chwilę nad tym, czy wyprowadzić pielęgniarkę z błędu, jednak postanowił przemilczeć odpowiedź i na chwilę zapadła cisza.

— Głodny jestem — zmienił temat — bo tak mnie tu szybko przetransportowano z interny, że nawet nie zdążyłem nic zjeść. Zresztą i tak bym nie zjadł tego, co dali: kilka kromek jakiegoś paskudnego pieczywa pszennego, którego i tak jeść nie mogę, wędlina tylko w połowie z mięsem mająca coś wspólnego i jakieś mazidło w miejsce masła, które przykleja się do podniebienia i nie chce stamtąd się odkleić.

— Bardzo panu współczuję, bo ja jadłam na śniadanie pyszne bułeczki, takie chrupiące, z masełkiem i kakao.

— Gratuluję i zazdroszczę, ale ja bułek pszennych nie mogę jeść.

— Ale one tak pięknie pachną.

— Trudno.

— I są takie chrupiące, takie smaczne… — drażniła się z nim wesoło.

— I co jeszcze?

— Wie pan, jak one pysznie smakują ze świeżym masełkiem? — nie ustawała w przekomarzaniu się.

— Pani jest złośliwa.

— O, to pan jeszcze nie zna mnie od strony złośliwej. Po prostu próbuję tylko wzbudzić w panu radość życia drobnymi przyjemnościami.

Podczas odklejania opatrunku syknął kilka razy z bólu, gdyż włosy na piersi przykleiły się do przylepca.

— Następnym razem proszą przynieść maszynkę do golenia, to panu zgolę ten zarost.

— Samemu to zrobię.

— Nie, bo może się pan zaciąć, a to jest niewskazane, mogłoby dojść do infekcji.

— Dobrze.

— Ale ten cewnik ma pan dziwnie założony.

— Dlaczego?

— Założony jest nad samym sutkiem, jego część zewnętrzna jest dziwnie długa, no i ta mufka, widzi pan, powinna być cała pod skórą. Ona jest po to, że kiedy wrośnie w ciało, to zapobiega wysuwaniu się cewnika. Musiałabym ją czymś zaznaczyć, aby wiedzieć, czy się nie wysuwa, ale czym?

Chciał powiedzieć, że pisakiem, ale uznał, że takie rozwiązanie jest zbyt prostackie i nie wchodzi w rachubę. Pielęgniarka oddaliła się na chwilę i wróciła z… czarnym pisakiem.


Następnym razem miał ze sobą golarkę. Ponownie podłączała go ta sama pielęgniarka. Chciał zdjąć zabezpieczenie z ostrza maszynki, ale nie zdążył. Wzięła z jego rąk przyrząd.

— Najpierw trzeba zdjąć zabezpieczenie z głowicy — uczynnie poinformował ją. Zabezpieczenie było przezroczyste i pielęgniarka mogła je przeoczyć.


— Proszę pana. Tego, jak mam się posługiwać maszynką do golenia, nie musi mnie pan uczyć.

„Ale dałem plamę” — pomyślał, po czym jego brzuch zaczął rytmicznie podskakiwać od tłumionego śmiechu. W końcu nie wytrzymał i parsknął w głos. Pielęgniarka zawtórowała mu.


Bardzo mile mu się rozmawiało. Już nie tylko jej rozkołysane włosy zwracały jego uwagę. Wiedział, że ma do czynienia z nieprzeciętną dziewczyną. Postanowił jakoś zacieśnić ich stosunki i pomyślał, by w wigilię Bożego Narodzenia dać jej mały podarunek: bransoletkę lub podobny drobiazg. Dlatego kiedyś zapytał ją o ulubiony kolor. Nie odpowiedziała wprost, ale dłuższym monologiem o kolorze ścian w domu, o ubraniach jakie lubi nosić, w którym kolorze dobrze się czuje…


Fragment z pamiętnika

15 listopada 2015 r., sobota

Do nerki podłączała mnie Ewelina. Zauważyła, że mam zaczerwienione miejsce wejścia cewnika. Nadmieniłem, że otrzymałem receptę na mupirox — maść z antybiotykiem, by zwalczyć ewentualne zakażenie. Powiedziała, abym jej nie kupował, gdyż przyniesie mi ją z domu, ale dopiero za tydzień, w kolejny wtorek, gdyż przez tydzień będzie pracować w szpitalu w Toruniu.

— Przed ośmiu laty miałam przenieść się tam do pracy, ale w przeddzień podpisania umowy stchórzyłam. Normalnie stchórzyłam. I w ten sposób już od ośmiu lat pracuję na półtora etatu.

Zapytałem ją o ulubiony kolor. Zaskoczona pytaniem przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.

— Ulubiony kolor? Właściwie to nie wiem… Lubię się ubierać w białe rzeczy. Gdy założę białą bluzkę lub białą koszulkę, świeżo wyprasowaną, to czuję, że jestem ubrana i czysto, i schludnie i dobrze się w tym czuję. Może być też coś czerwonego. Do tego czarna spódniczka lub spodnie i czarne buty. Właściwie to mogłabym ubierać się tylko w black and white i czułabym się dobrze. Na pewno nic niebieskiego bym nie założyła, bo źle bym wyglądała, natomiast panu w niebieskim jest dobrze — mówiąc to wskazała na moją koszulę. — Natomiast mieszkanie mam urządzone w brązie i beżu.

To była nasza pierwsza poważna rozmowa.


Następnym razem spotkali się dopiero po dwunastu dniach. Przyniosła obiecaną maść. Zapytał, dlaczego nie nosi bransoletki, chociaż pozostałe pielęgniarki nosiły nawet po dwie-trzy. Okazało się, że miała kiedyś jedną, ale została zerwana. Tu też udzieliła odpowiedzi nie na odczepnego, ale w kilku zdaniach.

— Miałam kiedyś srebrną bransoletkę, ale zerwała mi ją córeczka mojej koleżanki. Próbowałam ją sama naprawić, ale była tak delikatna, że pogorszyłam jej stan jeszcze bardziej. Ogólnie to jestem za szałaputna i musiałabym mieć łańcuszek z grubymi ogniwkami — powiedziała.

Kilka minut później, kiedy podłączała go do sztucznej nerki, wpadł przez okno promień słońca odbity od szyby z naprzeciwka i oświetlił jej przedramię… Na kilka sekund rozbłysnął tysiącami złotych iskierek meszek włosów pokrywający je. Nie wiedział, co się dzieje, ale na ten widok coś w nim aż jęknęło. Musiał zamknąć oczy, żeby nie chwycić jej ręki i nie całować zachłannie. To był moment zwrotny w jego życiu.


Kolejny raz podłączała go do maszyny tydzień później. Gdy nachyliła się nad nim, by odblokować zaciski przy cewniku i zasłoniła sobą widok z sali, przesunął dyskretnie opuszkami palców po jej przedramieniu i powiedział:

— Ten meszek jest niesamowicie podniecający.

Nie zareagowała. Zebrała z łóżka zużyte opakowania i utensylia i wyrzuciła je do kosza z odpadkami, po czym ponownie podeszła do łóżka i z zaczepną miną, świadczącą że spodziewa się odpowiedzi przeczącej, zapytała prowokacyjnie:

— To znaczy, że mam się wydepilować, tak?

— Ależ nie, nie! Broń Boże! — zaprzeczył gwałtownie.

Oddaliła się z szerokim uśmiechem, zadowolona z wrażenia jakie na nim wywarła.


Przypadkiem dowiedział się, że jego intrygująca rozmówczyni jest spod znaku Strzelca… Pewnego dnia Monika zauważyła, jak pedantycznie składał bluzę na łóżku przed zabiegiem.

— Pan jest chyba Strzelcem, że tak dokładnie ubranie układa?

— Nie, jestem Wodnikiem.

— Myślałam, że spod Strzelca. Kto to… acha, Ewelina jest taka dokładna i ona jest spod znaku Strzelca.


Fragment z pamiętnika

29 listopada 2014 r., sobota

Dzisiaj przed piętnastą miałem telefon. Dzwoniła Ewelina. Miałem się stawić na 15.20 na dializę. Nie wiem, jak to załatwiła, w soboty przecież jest tłok na sali. Kiedy tam wszedłem, uśmiechnąłem się na jej widok. Leżałem na tym samym łóżku, na którym blask słoneczny oświetlił jej ramię. Przyniosła mi obiecaną maść. Już po jej wyjściu do domu, kiedy maść otwierałem, zauważyłem, że jest jeszcze nieużywana. W marcu lub kwietniu, kiedy męczyła mnie biegunka, przyniosła mi zamrożone borówki. Tak sama od siebie. Pomyślałem więc, że dobrze byłoby, gdybym się jej jakoś odwdzięczył, a przy okazji zawarł z nią bliższą znajomość […].


Sprawdził w kalendarzu, jakie dni obejmuje znak Strzelca: 22 listopada — 21 grudnia. Zbliżał się koniec listopada, a więc istniała jeszcze spora szansa, że… Zapytał jedną z pielęgniarek, kiedy Ewelina ma urodziny. Ta sprawdziła w komputerze. „11 grudnia” — brzmiała odpowiedź. Ucieszył się, miał dwa tygodnie czasu. Musiał się jeszcze tylko upewnić, czy tego dnia ona będzie w pracy.

— Czy w grudniowe czwartki będzie pani w pracy? — zapytał przy najbliższej okazji.

— Czwartego tak, ale w następny… nie wiem, kiedy to będzie… chyba nie.

— Następny czwartek przypada jedenastego grudnia.

— Nie, nie będę, mam wtedy wolne.

— Na pewno nie będzie pani jedenastego? — musiał się upewnić.

— Na pewno — odpowiedziała z szerokim uśmiechem. Odwzajemnił jej uśmiech. Zrozumieli się bez dalszych słów. „No tak — pomyślał — oczywiście, koleżanki doniosły”. Chciał jej dać kwiaty na urodziny i wiersz, który napisał już wcześniej. A teraz cały plan diabli wzięli. Musiał coś zrobić, ale co?

Grudzień

Kilka dni później, z jego inicjatywy, zaczęli się do siebie zwracać po imieniu. Tego dnia pobierana była krew z palca do badań gazometrycznych. Był przy tym tak spięty, że Ewelina, która wykonywała tę czynność, biedziła się pięć minut uciskając palec, by utoczyć odpowiednią ilość krwi dla napełnienia szklanej kapilary.


Fragment z pamiętnika

04 grudnia 2014 r., czwartek

Ok. 15.30 miałem telefon ze stacji dializ. Dzwoniła Ewelina. Dochodziłem akurat do kościoła św. Mikołaja, gdyż przed dializą chciałem się przejść przez miasto.

— Dzień dobry…

— Dzień dobry.

— Pan sąsiad? — padło pytanie zadane przyciszonym głosem.

— Tak — odpowiedziałem, a usta mimowolnie rozciągnęły mi się w uśmiechu, kiedy poznałem, z kim mam do czynienia.

— Czy pan sąsiad zechce przyjść na zabieg na godzinę szesnastą?

— Tak, oczywiście, że przyjdę.

— To czekamy. Do widzenia.

— Do zobaczenia.

I podłączenie i odłączenie przeprowadziła Ewelina. Brała mi też krew z palca! Cholera! Badania krwi zawsze przeprowadzano na początku miesiąca, ale we wrześniu powiedziała mi pielęgniarka, że z palca krew pobiera się raz na pół roku. Powiedziałem więc Ewelinie, że „to przecież miało być robione w marcu!”.

— Ale mamy grudzień — odpowiedziała ni w pięć, ni w dziewięć z uśmiechem nie przerywając przemywania opuszka i szykowania narzędzia tortur. […]

Kiedy później przechodziła obok mnie, poprosiłem ją o podejście do łóżka i zwróciłem się do niej:

— Mam pewną propozycję… nie wiem tylko, jak pani do niej podejdzie?

— Jaką?

— Czy możemy przejść na „ty”?

Chwilę milczała z opuszczoną głową, jakby szukała odpowiedzi na łóżku, po czym krótko zgodziła się:

— Dobrze.

W odpowiedzi ścisnąłem przegub jej ręki mówiąc „dzięki”. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. […] Po krótkim czasie ponownie podeszła do mnie.

— Ale na sali będziemy się do siebie zwracać tak, jak dotychczas: pan i pani, dobrze?

— Ależ oczywiście. Przecież nie będę wykrzykiwał pani imienia na całą salę.

Było to dla mnie oczywiste od samego początku, dlatego wzburzyła mnie nieco ta uwaga.


Okazja do podziękowania nadarzyła się w sobotę, 6 grudnia, czyli w imieniny Mikołaja, a więc w dzień wręczania sobie drobnych podarunków. Taka sytuacja sama prosiła się, by ją wykorzystać, dlatego do wcześniejszego zestawu — róży i wiersza, postanowił jeszcze dokupić bombonierkę. A wszystko to oficjalnie jako podziękowanie za borówki i maść przeciw ewentualnemu zakażeniu. Wcześniej upewnił się, że jego „ulubiona pielęgniarka”, jak niedawno określiła ją Adriana, będzie w tę sobotę na dyżurze.


Fragment z pamiętnika

06 grudnia 2014 r., sobota

Wyszedłem z domu o piętnastej, w szpitalu byłem o siedemnastej. Zapomniałem, że jest sobota i sklepy zamykane są już o 14.00. Po różę musiałem iść aż na cmentarz. […] Papier do owinięcia miałem też ze sklepu cmentarnego. Całość pakowałem dopiero w szpitalu, na stoliku, przy głównym wejściu. Z efektu końcowego nie byłem zadowolony, bo opakowanie bombonierki było mniejsze od długości róży, więc całość, związana białą wstążeczką, wyglądała niezbyt kształtnie.

Po wejściu na salę siedziałem kilka minut na łóżku nie rozbierając się, mimo iż Mariola ponaglała mnie do położenia się, ale Ewelina była zajęta innym pacjentem. Wreszcie wziąłem reklamówkę z prezentem i wyszedłem na korytarz, nie mogąc znieść presji czasu. O dziwo, po minucie wyszła za mną Ewelina i jak tylko zobaczyła, że podnoszę z podłogi pakunek, od razu się zarzekła: „nie biorę żadnych prezentów, proszę mi nie dawać żadnych prezentów”. Powiedziałem, że „to jeszcze za borówki, za maść i w ogóle za wszystko”. Przeprosiłem też za niekształtne opakowanie, wyjaśniając jak to się stało. Niestety, akurat napatoczyła się sprzątaczka i nie mogłem podziękować bardziej czule, jak to sobie wcześniej umyśliłem.

Teraz czekam na telefon od Eweliny — prosiłem, by zadzwoniła albo po dializie, albo nazajutrz. Powiedziałem, że jeżeli będzie mieć jakieś wątpliwości lub uwagi negatywne do tego, co napisałem na dołączonej karteczce, to niechaj zadzwoni i powie mi, co i jak, a ja wycofam się z tego i sprawę będę uważał za zamkniętą.

Miałem też ponownie pobieraną krew na gazometrię, bo poprzednia rurka kapilarowa stłukła się laborantce.


Na kartce dołączonej do mikołajkowego zestawu, napisał tak:

Dziękuję Tobie za to, że jesteś…

Niespodzianie weszłaś w moje życie

I czy chcesz, czy nie, stałaś się jego cząstką

Nie mogę wyobrazić sobie, że Ciebie w nim nie ma

Bo to tak, jakby trawę pozbawić porannej rosy, a ptaki śpiewu

Świat byłby wtedy smutny i szary

Tak jak moje życie bez Twojego ciepła

Więc dziękuję Tobie za to, że jesteś…


Fragment z pamiętnika

07 grudnia 2014 r., niedziela

Dzisiaj po osiemnastej siadłem do komputera, by przejrzeć pocztę, a właściwie, by wyczyścić skrzynkę z reklam, bo w niedzielę, prócz nich, nie spodziewałem się żadnych listów. Tymczasem dostałem maila z nagłówkiem „dializa”. Zaintrygowany kliknąłem w niego.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: inforino@op.pl

Temat: Dializa

Data: Nie, 07 gru 2014 14:19

Jeżeli ma pan związek z dializą to proszę to potwierdzić… wystarczy szczegół, który potwierdzi tożsamość…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Odp: Dializa

Data: Nie, 07 gru 2014 18:14

Hej, dziwna jest treść tego maila, moja odpowiedź na nią może też dziwna wydawać się: stłuczona pipetka z krwią i… róża. Czy to wystarczy do identyfikacji? :-)


Domyślał się, że to może być Ewelina, ale brał też pod możliwość fakt, iż to jej mąż mógł przechwycić wiersz i próbuje namierzyć jego autora. Dlatego podał dwa niezwiązane ze sobą fakty.

Po godzinie nadszedł mail zwrotny.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re: Dializa

Data: Nie, 07 gru 2014 19:34

Witaj, a jednak powinnam pracować w kontrwywiadzie lub być szpiegiem… Pozbieram myśli, odpiszę, napiszę… Pozdrawiam E.


Obiecany mail wysłany został o 20.22. Bardzo miły, ale odmowny, delikatnie dający do zrozumienia, że jego uczucia kierowane ku niej to pomyłka.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: …

Data: Nie, 07 gru 2014 20:22

I cóż mam z tym zrobić, jak się zachować…, każdy sposób odpowiedzi który bym wybrała na pewno nie będzie właściwy i nie spełni oczekiwań…

— rozmowa w cztery oczy byłaby dla mnie zbyt deprymująca ( w głowie chaos, masa goniących się myśli, szukanie właściwych słów)

— rozmowa telefoniczna, owszem mogłaby wydawać się dużo prostsza, ale na pewno byłoby zbyt dużo nurtujących pytań, na które oczekiwałbyś szybkiej, zdecydowanej odpowiedzi, a ona byłaby powolna, wyważona i nie zawsze do końca przemyślana…

— pozostaje najwygodniejsza i najprostsza forma — pisana… przelewam myśli, układam zdania — proste, złożone… a w nich jest zapewne cząstka słów i sens który chciałam przekazać…

Powinnam zachować się jak trzpiotka czy kokietka… czym jest babska próżność, nie wiem, czy słowa łechcą mojego ego — na pewno w jakimś stopniu tak.

Tak naprawdę nie zrobiłam nic, nie dałam żadnego znaku, nie byłam natrętem, nie kokietowałam — w wielkiej nieświadomości i w ludzkim odruchu, pomocy, przyniesieniu ulgi — zaproponowałam jako dietę — borówki, a że w odpowiedzi usłyszałam skąd je wziąć o tej porze, w całej swej spontaniczności postanowiłam szczerze pomóc i przynieść (Ewelina zaradna ma czasami złote zapasy; -)), a maść… to szpitalna, mam dostęp i decyzyjność w wydawaniu i tyle ( zginęła na oddziale więc należało zwrócić)

Później zaczęło się już odważniejsze wyrażanie „zachwytu”, nie wiem czy mogę pozwolić sobie na takie określenie, mimo wszystko traktowałam to z przymrużeniem oka, moja interpretacja była taka: charakter, sposób bycia, próba zaczepki, ale nie przyszło mi do głowy nawet przez moment, że stałam się obiektem westchnień i uniesień duchowych.

W żadnym stopniu nie miałam zamiaru przyczynić się do rozterek, złego samopoczucia, braku apetytu etc., nie chcę aby Twoja stabilizacja, życie rodzinne, prosta droga […] nagle stała się wyboista i prowadziła donikąd.

Wiesz doskonale, że nie zniknę z Twojego życia, ponieważ nie ma takiej możliwości — jeżeli mówimy o racjonalnych rozwiązaniach, w innym przypadku ja musiałabym porzucić pracę lub Ty przenieść się do innej Stacji Dializ […]

Dziękuję za miłe słowa…


Narozrabiałeś… teraz to dopiero jesteś na językach… innych, zachwycających się Tobą koleżanek.


Pozdrawiam i życzę spokojnej nocy…

Uśmiechnij się :-)


I stało się zgodnie z jej życzeniem: kiedy dobrnął do końca jej słów pisanych, uśmiechnął się.

Jeszcze tego samego wieczora, przed północą, posłał do niej zwrotny mail. Kiedy go pisał, Ewelina dała o sobie ponownie znać wysyłając doń kolejny list.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Posłuchaj

Data: Nie, 07 gru 2014 21:57

Załączniki: 1; Content-Type: audio/mp3; filename="Track05.mp3”

Nie jestem melomanem, ale uważam, że ten utwór jest rewelacyjny…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: ODP: Re: Dializa

Data: Nie, 07 gru 2014 23:35

Załaczniki: 1; Content-Type: audio/mpeg; filename=„Stare_Dobre_Małżeństwo-Czwarta_Nad_Ranem=mp3”


Dobry wieczór,

Nie bardzo wiedziałem, czy to Ty, czy też inna osoba podszywa się pod Ciebie, bo i tak mogło być, więc podałem dwa zupełnie niełączące się ze sobą fakty dla wybadania czy „mój kontakt” (trzymając się już terminologii szpiegowskiej :-) to znana mi (jednak tylko z widzenia) osoba.

A co do Twoich inklinacji szpiegowskich, to coś w tym jest. Sam napisałem trzy artykuły na ten temat i myślałem, że trochę jestem z nim obeznany, ale to, że trafiłaś na mój ślad w sieci, to mnie autentycznie zaskoczyło. Jesteś niesamowita, naprawdę. Nie będę dochodził, jak na mój trop wpadłaś, ale jestem pod wrażeniem.

Diametralna zmiana tematu…

Mój hmmm… prezent też miał być w inny sposób przekazany, ale napatoczyła się pani sprzątaczka, więc się pospieszyłem. Jestem zły na siebie. No i mam kaca moralnego z powodu opakowania. Głowa mnie bolała rano przez to, ale to ewidentnie moja bardzo wielka wina: zapomniałem, że była sobota i na Rynku wszystko pozamykane już było. Wszystko, co miałem kupić, dostałem w pięciu różnych miejscach, a i tak bombonierka była nie tą, którą wcześniej upatrzyłem. Dlatego różę kazałem przyciąć na odpowiednią długość dopasowaną do innego opakowania, a czym to wszystko się skończyło, to sama widziałaś. Przepraszam.

Kiedy wczoraj poszłaś do domu, zeszło ze mnie napięcie, w jakim żyłem od jakiegoś czasu i ciśnienie wróciło do normy. Moje wysokie ciśnienia to również efekt niewysypiania się: kiedy wieczorem zamykam oczy, bywa że i do 2 w nocy nie mogę zasnąć przewracając się z boku na bok. Dlaczego? Bo Ty pojawiasz się przed moimi oczami; cały czas widzę Ciebie: powiewające włosy kiedy chodzisz, Twoje ramiona, nogi, oczy skryte za szkłami. I wciąż toczymy ze sobą wyimaginowane dysputy.

Dzisiaj, zaraz po przebudzeniu się, rozbolała mnie głowa z powodu nerwowego oczekiwania na telefon od Ciebie. Taki byłem wczoraj pewny siebie, ale jak przyszło co do czego, to przestraszyłem się ewentualnej negatywnej reakcji na moje pisanie. Dlatego komórkę włączyłem dzisiaj dopiero w południe. A ponieważ prosiłem o telefon tylko w razie niesprzyjającej mi odpowiedzi, odzyskałem humor, gdy do wieczora nie dałaś znaku życia. A pocztę mailową odebrałem zupełnie przypadkiem, gdyż w niedzielę nie spodziewałem się żadnej interesującej mnie korespondencji.

Masz prawo być zaskoczona, tym, co napisałem, bo przecież jesteśmy sobie obcy. Kilka wymian zdań przy łóżku, kilka śmichów-chichów i to wszystko. Ale ja bardzo często przelewam na papier moje myśli w takiej niby poetyckiej formie, gdy górę weźmie moja romantyczno-artystyczna część Wodnika, a ja przeżywam jakieś uniesienie duchowe. Mój czas biegnie dwukrotnie szybciej niż czas osób zdrowych i to chyba dlatego tak się pospieszyłem z tym listem. Być może uznasz, że przesadziłem, że ubzdurałem sobie coś, czego nie ma. Potraktuj wtedy to „wyznanie” jako poetycką metaforę albo bajdurzenie chorego człowieka.

Tylko nie chciałbym, abyś przez to myślała o mnie źle: że facet ma rodzinę, a zachowuje się, jak zramolały podrywacz. To nie tak. Czuję, że mamy wspólne cechy charakteru, a Ty mnie pociągasz swoją osobowością i wciągasz niczym czarna dziura, z otoczenia której nie można uciec. Kiedy dawałaś mi borówki, nie zwracałem na Ciebie uwagi, gdyż byłem przybity moim stanem zdrowia i nową sytuacją, w jakiej się znalazłem. A później, jako jedna z pielęgniarek, kojarzyłaś mi się tylko z ciemnymi włosami, które powiewały w rytm Twoich kroków i układały się zawsze niesfornie rozsypane na ramionach. Aż pewnego październikowego dnia Ty mnie podłączałaś. To był słoneczny dzień. W pewnej chwili, na kilka sekund, przed moimi oczami znalazło się Twoje ramię. Jak zwykle więc w takiej sytuacji zrobiłem zeza i spojrzałem na nie. W tym momencie jakiś odbity promień słonecznego światła przejechał po nim i złotym blaskiem zalśniło owłosienie. Ewelinuś — ja aż jęknąłem w głębi siebie. Ten widok mnie oczarował, wprost zwalił z nóg, oszołomił. Zamknąłem wtedy oczy, zacisnąłem zęby i dłonie zacisnąłem na prześcieradle. Bałem się, że nie wytrzymam, że złapię Twoją rękę i zacznę ją całować. Ten złocisty myszek był tak podniecający, że wszystko przewrócił do góry nogami. Od tej chwili zacząłem wypatrywać Ciebie spośród innych dziewczyn i przypatrywać się Tobie. Patrzałem na Twoje nogi, wsłuchiwałem się w głos, wypatrywałem Twojego uśmiechu, patrzyłem na Twój sposób poruszania się… Zaczęliśmy też trochę ze sobą rozmawiać i wtedy mogłem przyjrzeć się Tobie z bliska. Odkryłem Twoje piękno. Później zostałem mile zaskoczony, kiedy pierwszy raz otwierałem maść, którą mi przyniosłaś, bo okazało się, że jest nieużywana, a ja myślałem, że dostanę coś używanego, co zostało po kimś. Wtedy przypomniałem sobie zamrożone borówki (jakoś wciąż do nich nawiązuję) i zrozumiałem, że masz w sobie jakieś ciepło. Tym mnie zupełnie rozbroiłaś. Postanowiłem więc, że muszę coś zrobić, aby podziękować Tobie „za to, że jesteś”. Skoro wymknęłaś mi się 11 grudnia, wpadłem na pomysł, że mogę skorzystać z Mikołajków. Upewniłem się tylko, czy będziesz w sobotę w pracy i przystąpiłem do dzieła. Niestety, nie wszystko poszło po mojej myśli.

A teraz co do mojej rodziny, a właściwie moich stosunków z żoną. Żyjemy jak pies z kotem: oczywiście są okresy spokoju i okresy niepokoju (ująłem to delikatnie). Od dziesięciu lat mamy rozdzielczość majątkową, a jeśli chodzi o dzielenie łóżka, to sypiamy osobno […]. No i tak to, w wielkim skrócie, wygląda. Teraz może nie będziesz myślała o mnie, że lekceważę lub krzywdzę rodzinę albo do tego dążę.

Ponieważ czuję wielką ufność do Ciebie, pogrążę się jeszcze bardziej pisząc, że jest to moje drugie małżeństwo. Pewnie teraz zapaliła się w Tobie czerwona lampka ostrzegawcza. Nie będę Cię okłamywał, chociaż wszystkiego nie mogę zdradzić — nie jestem ideałem i takiego/takiej jeszcze nie spotkałem. […] kilka razy mi się zdarzyły skoki w bok, ale to było w stanie rozkładu naszego małżeństwa (mówię o pierwszej żonie) i nie z przypadkowym kobietami, ale z… koleżankami żony. Ale, muszę dodać coś ważnego. Podczas rozwodu, co miało miejsce w lipcu 1992 r., sędzina (a więc kobieta!) orzekła, że opiekę nad dzieckiem (córka!) powierza się… ojcu. Czyli mnie. I przez 10 lat miałem wielką satysfakcję, kiedy alimenty spływały na moje konto. Oczywiście wyrok został podjęty na podstawie opinii psychologów, którzy nas przesłuchiwali.

Pomyśl, że nic nie zdarza się bez przyczyny (to pisała nasza noblistka, prawie moja imienniczka — Wisława Szymborska), a ja nie spotkałbym Ciebie, gdyby nie moja choroba. Prawdę mówiąc, to ja spowodowałem, że znalazłem się na oddziale dializ. Jeżeli będzie okazja i możliwość, to powiem Tobie, dlaczego, a wtedy stwierdzisz, że trudno znaleźć większego idiotę niż ja.

Ależ się rozpisałem. Będę kończył, nie wiedziałem, że już jest tak późno. Na pewno wiele wątków zgubiłem, o innych przypomnę sobie w nocy (pewnie znowu mnie odwiedzisz). Być może czeka na mnie Twoja odpowiedź w skrzynce.

Chciałbym dodać na koniec jeszcze coś miłego, ale krótkiego. Może takie coś: nie znam Ciebie wcale, a mimo to czuję ciepło z Ciebie emanujące, kiedy Ciebie widzę — jestem szczęśliwy, kiedy słyszę Twój głos w telefonie — robi mi się ciepło na duszy, kiedy wiem, że o mnie myślisz — czuję się wzmocniony psychicznie. Jak ten stan uszczęśliwienia nazwać? Wiem, co to jest, ale nie nazwę tego tak, jak zapewne się spodziewałaś (a może obawiałaś?), bo do tego trzeba, jak do tanga, zgodnych nie tylko ciał, ale i dusz. Do tego dochodzi mój wiek i różnica lat między nami no i moja sytuacja rodzinna (nie wiem, jak to wygląda u Ciebie)… Cholera, to, co piszę, naprawdę wygląda jakbym namawiał Ciebie do tego, abyśmy byli razem… Nie przejmuj się tym i nie bierz tego sobie do serca. Stałaś się dla mnie nagle ważną osobą. Ja po prostu zachłysnąłem się Tobą i prawdopodobnie zauważyłaś to. Mój obecny stan ducha nazwę zauroczeniem Tobą. Takie określenie chyba przyjmiesz bez oporów. Mam taką nadzieję :-)

Być może jutro wyślę Tobie wiersz. A może nie wyślę. Nie chcę się narzucać, ale — z drugiej strony — tęsknię za Tobą i kiedy coś piszę, to tak jakbym z Tobą rozmawiał, jakbyś siedziała obok mnie i patrzyła na mnie swoimi tajemniczymi oczami.

Przesyłam coś w załączniku. Ten utwór wyraża to, o czym marzę.

Dobranoc. Spokojnej nocy

W.


Do listu dołączył utwór „Czwarta nad ranem” w wykonaniu Starego Dobrego Małżeństwa. Okazało się, że i ona gustuje w tego gatunku muzyce.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: ODP: …

Data: Pon, 08 gru 2014 05:02

Cześć Aszka (u mnie występujesz albo jako „eM” (w telefonie), albo jako „Enjo” — to drugie to esperanckie zdrobnienie Twojego imienia, właściwie to takie naciągane zdrobnienie, ale bardzo mi się podoba)

Odczytałem Twoją wiadomość. Tragedia… Dla mnie tragedia… Brałem pod uwagę to, że jesteśmy skazani na siebie przez cały mój czas dializ, czyli do odejścia w niebyt. Nie wiem, kiedy to nastąpi: to mogą być dni, tygodnie, mogą być miesiące, a mogą to być i lata całe takiej życiowej egzystencji. Brałem pod uwagę, że może mi się przydarzyć taka „przygoda”, jak teraz z Tobą, a więc, że się w kimś zadurzę (jak widzisz, cały czas unikam bardziej dosadnego określenia, aby zostawić sobie jakąś drogę ucieczki z tej matni, w której się znalazłem), a później okaże się to pomyłką. Starałem się więc uniknąć głębszego zaangażowania, ale nie mogłem, nie potrafiłem się Twojemu urokowi oprzeć. Pchałem się z paluchami między drzwi a futrynę, bo wabiło mnie nieznane piękno za tymi drzwiami ukryte. Tak samo zachowywali się Argonauci płynąc po złote runo: widząc w morzu syreny, wabiące ich śpiewem i pięknymi ciałami, skakali w odmęty, w których tonęli nie zaznawszy spodziewanej rozkoszy.

Napisałem „przygoda” w cudzysłowie, bo nie traktowałem znajomości z Tobą jako flirtu lub zabawy w grę półsłówek. Bo wtedy i Ciebie musiałbym traktować lekceważąco, a na to nie pozwoliłbym sobie. Widocznie mój charakter, albo też moje podejście do tego typu spraw, nie przystaje do współczesnych czasów. […]

W mailu napisałaś: „Uśmiechnij się :-)”. No i, wyobraź to sobie, uśmiechnąłem się. Uśmiechnąłem się, bo wyglądało na to, że wiedziałaś, jaką będę miał posępną minę po dojściu do końca listu. To chyba Twoja kobieca intuicja zadziałała.

Mała dygresja. Moje maile pisane są językiem ciężkim, rzeczowym, natomiast Twoje pisanie jest lekkie, zwiewne, pełne niedomówień… Zaskoczyłaś mnie tym, bo w szpitalu Twój sposób bycia wydawał mi się lekko kolczasty, stanowczy, bez mała władczy, tymczasem ze sposobu formowania zdań emanuje ciepło i wrażliwość (tylko nie rozpłyń się z rozkoszy ; -) ).

A teraz przejdę do maila z empetrójką. „Nie jestem melomanem, ale uważam, że ten utwór jest rewelacyjny…” Wiesz, ja w nim nie widzę nic rewelacyjnego. Mógłbym to samo stwierdzić o utworze, który Tobie wysłałem (czy nie wydaje się Tobie dziwne, że oboje zrobiliśmy jednocześnie to samo bez komunikowania się?). Nie trzeba być melomanem, aby ocenić tego typu muzykę. Zarówno Twój utwór jak i mój są dla osób wrażliwych, ceniących poetyckość tekstu i mądrość słów. One są dla tych, którzy przeżywają radości i smutki bardziej radośnie i bardziej smutno od innych. […]

Moja przesyłka muzyczna była o tęsknocie za kimś ukochanym i niosła pewną dozę nadziei. Twoja — niestety nie. Myślałem, że to będzie coś, co ma mnie podnieść na duchu, tymczasem dostałem utwór, który mnie jeszcze bardziej zdołował (jeżeli pamiętam, były tam słowa o marzeniach, które ktoś wziął za rzeczywistość, za co musi teraz zapłacić — wypisz wymaluj moja sytuacja, moje gratulacje za trafny dobór repertuaru :-| ).

[…] Będę kończyć, jest już bardzo późno (zbliża się czwarta nad ranem, czajnik nie świruje na gazie, czarna herbata myśli mi nie rozjaśni, tylko dlaczego nie mogę dotknąć Twoich dłoni, ani ugłaskać Twoich włosów? Tego tak bardzo mi brakuje… — to taka swobodna przeróbka tekstu z przesłanego Tobie utworu) i jutro znowuż obudzę się z bólem głowy i wysokim ciśnieniem.

Ja kładę się spać, a Ty niedługo musisz wstać, ale niech Ci się jeszcze coś miłego przyśni. Do następnego maila, albo spotkania w realu, czyli w szpitalu. Ciekawe, jak to teraz wszystko się ułoży, wszak nic się jeszcze nie zaczęło, a już się zakończyło. Tylko co? Może Ty mi odpowiesz, bo ja nie wiem. Ja zaczynam się gubić i winię się za to, że wszystko skomplikowałem. Mogłem się cieszyć Twoim uśmiechem i dyskretnym dotknięciem dłoni, a tak — nawet tego nie mam. Przecież tylko napisałem wiersz (biały, czyli bez rymów — to tak tylko na marginesie, gdybyś nie wiedziała:-) ). Nie wyznawałem żadnego uczucia, a to co czuję w sercu do Ciebie, to przecież moja rzecz i nikt mi tego nie może zabronić. Nie wiem więc, o co tyle hałasu — o te parę linijek? Myślę, że wszystko się ułoży z czasem, a ja zbyt gwałtownie się zachowałem. Może gdybyś 11 grudnia się zjawiła, miałbym więcej czasu na przemyślenie tego wszystkiego, a tak to tylko zamieszanie wprowadziłem w spokojną atmosferę.

Tylko martwią mnie Twoje koleżanki wprowadzone w temat. Nie chciałem żadnego zamieszania wprowadzać w Wasze spokojne bytowania, a Ty piszesz, że zdrowo w nim namieszałem. A może one nic nie wiedzą o moich rozterkach? Jeżeli będziesz mieć ochotę, to skrobnij do mnie list. Ładnie piszesz.

Dziwne, ale nie mogę sobie przypomnieć Twojej twarzy… Dlaczego?

Dobranoc. Niech w Twoich beżowo-brązowych ścianach zagoszczą jeszcze spokojne sny. Śpij dobrze…

W.


Fragment z pamiętnika

08 grudnia 2014, poniedziałek

Rano poszedłem na Rynek do apteki Pod Eskulapem. Po wyjściu z domu włączyłem smartfon. Zdążyłem dojść do przejścia dla pieszych przy budowanej Biedronce, gdy usłyszałem sygnał telefonu. Na wyświetlaczu widniał napis „numer prywatny”. Miałem pewne przeczucie, że to dzwoni Ewelina. Odebrałem połączenie i powiedziałem:

— Zazwyczaj odrzucam połączenia z numerów utajnionych, ale tym razem zaryzykuję. Słucham?

— Cześć! — tak, to była Ewelina!

— Cześć!

— Cieszę się, że ze mną rozmawiasz — stwierdziła na wstępie. To było oczywiste nawiązanie do treści jej maila.

— A ty myślałaś, że co? Że przestanę się do ciebie odzywać? Zachowałbym się wtedy bardzo nie fair wobec ciebie.

— Pamiętaj, nie rozkładaj tego utworu na czynniki pierwsze. Pomyśl inaczej: że coś się skończyło i zaczyna się coś nowego.

— Dobrze, dobrze, już mi przeszło i już nic nie rozkładam — powiedziałem, aby cokolwiek powiedzieć. Byłem szczęśliwy — Ewelina do mnie dzwoniła. To nie ja szukałem kogoś, ale ktoś szukał mnie. I to kto… Wzbudziłem jej zainteresowanie… Chciałem jak najdłużej słuchać jej głosu.

— Ogólnie ten utwór nie podoba mi się. Ten gitarowy jazgot na początku jest okropny — kontynuowałem.

— No tak, ale to jest przeróbka, któraś już jego wersja, a nie oryginał.

— No właśnie, tak też myślałem.

— Wysłałam tobie mail z prośbą o twój numer telefonu domowego, ale zapomniałam, że jest tak wcześnie i możesz jeszcze spać, a zapomniałam, że masz komórkę.

— No właśnie, a skąd masz mój numer?

— Zadzwoniłam na oddział, akurat Monika odebrała, więc poprosiłam ją i podała mi.

— Acha…

— Powinieneś jeść więcej. Ty jesteś chudy, musisz przybrać na wadze, a samą miłością się nie najesz.

— Ja jestem chudy? Szczupły, to tak, ale nie chudy. Zawsze byłem szczupły.

— Jesteś chudy. Pamiętaj — jedz więcej.

— No dobrze. Postaram się.

— Jeszcze mam pytanie: w jakiej sieci masz telefon komórkowy?

— W jakiej sieci? Chyba… w Plusie… Tak, w Plusie. A dlaczego pytasz?

— Bo ja płacę tylko 27 groszy za rozmowę, obojętnie jak długo będzie trwała, więc jak będziesz chciał porozmawiać, to daj tylko sygnał, a ja oddzwonię.

— Acha, dobrze.

Po kilkunastu minutach rozmowę musiała przerwać. Dzwoniła z Torunia, z tamtejszej stacji dializ i musiała zająć się pacjentem.


Zrobił rajd przez miasto, po czym przed szesnastą znalazł się w sanatorium Kujawiak. Tam włączył tablet i uruchomił pocztę. W skrzynce czekała poranna wiadomość od Eweliny, o której wspomniała w telefonicznej rozmowie.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re: ODP: …

Data: Pon, 08 gru 2014 06:18

Hej, napisz mi numer telefonu stacjonarnego. Nie dam rady dzisiaj pisać. Miłego dnia


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Data: Pon, 08 gru 2014 15:50

Temat: ODP: Re: ODP: …

Hej, hej, hej! Podaję mój nr stacjonarny: 52 71 57 021 albo 52 715 70 21, co na jedno wychodzi ; -) Ale żeby tak wczesnym rankiem panna z dobrego domu dopominała się o takie rzeczy… O tempora! O mores! Bywaj :-) W.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Wieści ze spaceru

Data: Pon, 08 gru 2014 15:51

Załączniki: 5; Content-Type: image/jpg;


Dzień dobry, Dobra Duszo :-)

Dobrze, że rankiem zadzwoniłaś (telefon włączyłem dosłownie 3 minuty przed rozmową), Twój głos mnie otrzeźwił i nieco ogrzał, a na dworze przecież ziąb i takie dżdżyste powietrze. Przez telefon od razu dało się wyczuć profesjonalne podejście do pacjenta: głos spokojny, opanowany, powoli wbijający w głowę „poszkodowanego” zimną prawdę. Podziałało. Ja, niestety, jestem zbyt uczuciowy i często kieruję się spontanicznym odruchem. Czy dobrze zapamiętałem, że zdziwiona byłaś, że się odzywam? Nie mogę się do Ciebie nie odzywać chociażby z tego powodu, że musimy się na siebie napotykać, a Twoje słowa o zmianie pracy albo stacji dializ nie wchodzą przecież w rachubę. Wiesz o tym doskonale, duszko :-).

Po nieprzespanej nocy zwlokłem się z łóżka o pół do dziesiątej. Worki pod oczami wraz z nieogoloną twarzą rzucały się w oczy. Schowałem pościel, doprowadziłem się do odpowiedniego stanu, ubrałem się i wyszedłem. Bez śniadania, wypiłem tylko pół szklanki wody do tabletek i ruszyłem.

Poszedłem do apteki Pod Eskulapem, stamtąd ruszyłem na cmentarz, na grób moich rodziców, później powędrowałem do parku zdrojowego. Park smutny jest o tej porze roku (vide: załączone zdjęcia). Zmęczył mnie ten marsz i wychłodziłem się (a jeszcze dwa lata temu spędziłem z dziećmi dwa tygodnie na wędrówkach z namiotem w moich ulubionych G. Świętokrzyskich). Wszedłem więc do Kujawiaka, by się ogrzać i odpocząć nieco. Obok mnie jakiś zdrożony człowiek śpi, co widać na załączonej fotce. Dziś jest dzień nowego turnusu i w hallu kłębi się tłum spragnionych taplania się w błocku borowinowym (uwieczniłem to również).

Zaczyna mnie dręczyć głód, mam ze sobą awaryjne jabłko, które zjem po drodze do domu. P.o. żony wieczorem jedzie do pracy, więc od osiemnastej do siódmej trzydzieści będzie w domu spokój: […] (pasuje do nas cytat: „ty i ja, teatry to są dwa” i dalszy tekst utworu; powinnaś wiedzieć, czyj jest i kto to śpiewa). Święta pewnie będą mało świąteczne. W pierwszy dzień świąteczny mam dializę. W drugi, wieczorem, zapewne „wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb”. W wigilię żona też jedzie wieczorem do pracy, więc zapewne wyjdę na mój ulubiony spacer wigilijny: przez Rynek, Promenadową, do tężni i do domu. Taką samą trasą obchodzę miasto w Sylwestra. Kiedy dzieci były młodsze, chodziły ze mną, teraz trudno je namówić na coś takiego. Zleniwiały niczym pierogi.

Cholera, mam dreszcze z zimna, więc będę musiał kończyć, bo zaczynam nawet dygotać. W domu zjem obiad i zacznę nowy tekst dla Wiedzy i Życia (całą rentę oddaję żonie, dla mnie zostaje to, co dostaję za artykuły i e-booki).

Nie wiedziałem, że znasz „starych, dobrych małżonków”. Ale cieszę się, że tak zgrabnie i mimochodem odkryłem jedną z Twoich miłości. Kolejny raz mnie zaskoczyłaś, okazujesz się bardziej bogata duchowo, niż mi się wydawało z początku.

Teraz naprawdę kończę, bo trzęsę się, a nie mogę pozwolić sobie nawet na przeziębienie — mój „współlokator” tylko czeka na odrobinę słabości.

Bywaj, Enjo

W.


Następnego dnia, kiedy czekał w hallu szpitala na dializę, odebrał elektroniczną przesyłkę od Eweliny.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Zdjęcia…

Data: Wto, 09 gru 2014 12:35

Załączniki: 5; Content-Type: image/jpeg;

Wiadomość

Mam jeszcze taką pasję… Miłego dnia życzę…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: ODP:_Zdjęcia…

Data: Wto, 09 gru 2014 16:37

Aszko Droga,

I jak Ciebie można nie… hmmm… lubić? Powiedz mi, czy są jakieś pasje czy zainteresowania, które nie są nam wspólne?

Powtarzam kolejny raz: jesteś niesamowita i ponownie mnie zaskoczyłaś. Nigdy nie wpadłbym na to, że możesz się zajmować fotografowaniem. Mnie też nie jest to obce i to od czasów fotografii czarno-białej. Sam zdjęcia wywoływałem i sam je powiększałem. Ja Ciebie wprost uwielbiam (właściwie to dopiero zaczynam uwielbiać, bo do tej pory to byłem Tobą zauroczony; muszę stopniować określenia zachwytu, aby się Tobie nie przewróciło w główce:-) ).

Zdjęcia przejrzę później, teraz siedzę w hallu szpitala, za 10 min. mam się zjawić na dializie. Wejdę do sali, między Twoje koleżanki, z podniesioną głową (to też dzięki Tobie — dziękuję).

Jeszcze się odezwę. Pa…

W.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: <inforino@op.pl>

Temat: Re:_ODP:_Zdjęcia…

Data: Wto, 09 gru 2014 16:53

…oj chyba się pospieszyłeś się z tym zachwytem…, coś innego miałam na myśli…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: ODP:_Zdjęcia…

Data: Wto, 09 gru 2014 20:33

Oj, nie wiem, jak zacząć…

Dopiero teraz przejrzałem przesyłkę od Ciebie i pomyślałem po zobaczeniu pierwszego zdjęcia tak: jak można mówić o pasji, jaką jest fotografowanie, jeżeli to ktoś trzeci robił Tobie zdjęcie? Dopiero w trakcie przeglądania fotografii, zrozumiałem, że chodzi tu o hippikę (no, może za dużo powiedziane — raczej o jazdę konną). No i widzisz, pospieszyłem się z pierwszą odpowiedzią na Twój mail, gdyż temat wiadomości wziąłem za jedno z Twoich zainteresowań. Po prostu dałem ciałka […]. Ale z reszty tekstu mojego maila nie wycofuję się.

Ale to zainteresowanie nie jest mi obce. Nie, nie — ja nie jestem dżokejem. Przed dwudziestu laty, „w okolicach” rozwodu (ale już po rozpadzie związku) jeździłem z moją córką do Myślęcinka. Tam jest stadnina i mała co niedziela uczyła się jeździć konno. […] Doszła nawet do etapu skoków, oczywiście przez nisko ułożone belki. Raz koń ją zrzucił przez łeb i spadła przed jego przednie nogi, na szczęście nic jej się nie stało. Ja też się raz odważyłem i dosiadłem rumaka, a po zrobieniu kółeczka pod dachem ujeżdżalni, skierowałem go ku stercie sześcianów ze słomy i tam w trakcie jazdy… zeskoczyłem (!). Niczym kaskader. Przeraziła mnie wysokość do matki ziemi widziana z końskiego grzbietu i w ten sposób zdecydowałem się zakończyć moją jazdę.

Teraz zdjęcia.

Fotografia nr 136. W którym kierunku Tyś właściwie jechała? Może to było Twoje pierwsze wejście na grzbiet tej klaczy i nie wiedziałaś jeszcze co i jak? A Twój uśmiech wyraża autentyczną radość. Jedno ze zdjęć mnie przeraziło — to z krową. Coś Ty z tą bidulą wyprawiała? Łeb jej chciałaś ukręcić? Od takiej sadystycznej strony jeszcze Ciebie nie znałem. Ciekawe, czego jeszcze o Tobie nie wiem, duszko? :-)

Wiesz co? Pomyślałem sobie teraz, że tak mnie co jakiś czas częstujesz zaskakującymi informacjami o sobie, abym wciąż wyrażał „ochy” i „achy” pod Twoim adresem i zaspokajał Twoje próżne ego… :-D (rzecz jasna — żartuję).

Gazometria. Czy mówi Tobie coś to słowo? Dzisiaj wchodzę na salę, a tu wita mnie uroczym uśmiechem Eliza i odzywa się w te słowa:

— Mam dla pana miłą wiadomość.

— Tak? — pytam. — A jaką?

— Czeka pana gazometria — i śmieje się prawie w głos.

Okazało się, że coś zaniepokoiło dr Rajską i ta zleciła kolejne badanie.

Kończę mój przydługi (jak zwykle) mail do Ciebie. Dzisiaj raczej nie będę już nic skrobał (jeśli można to robić na ekranie dotykowym), bo co za dużo to niezdrowo, i prędko można się sobie nawzajem znudzić.

Dobranoc…

dobranoc…

dobranoc…

…i delikatnie całuję w policzek (jeśli pozwolisz)

W.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re:_ODP:_Zdjęcia…

Data: Wto, 09 gru 2014 20:58

— dla wyjaśnienia — ta mała „cielaczka” to krówka o zacnym imieniu — DODA, jest tam jeszcze cudowna koza, której imię też jest wyjątkowe — Pamela, a klacz, którą ja zasiadam to PARÓWA…

— wszystko co cudowne może zdarzyć się w O.J. SKOK…www.skok.eu

— wspaniali właściciele, cudowni instruktorzy, przepiękna okolica i… marzenia, które się spełniają…

Pozdrawiam, życząc spokojnej nocy,

E.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: ...niebo_gwiazdziste_nade_mną

Data: Wto, 09 gru 2014 22:44

Hej,

Jednak nie wytrzymałem i muszę się odezwać :-) Na dworze ziąb przenikliwy, a w domu przyjemne ciepełko, prawda? Gdybyś jeszcze nie spała (w co wątpię), wyjrzała przez okno w stronę nowobudowanej Biedronki i nieco podniosła wzrok, to zobaczyłabyś Księżyc, na lewo od niego świeci Jowisz, a po skosie w dół widać Syriusza — najjaśniejszą gwiazdę w gwiazdozbiorze Dużego Psa. Niebo jest czyste, więc i widok jest cudowny.

Ciii, bo Ewelinka śpi…


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re:_...niebo_gwiazdziste_nade_mną

Data: Wto, 09 gru 2014 22:56

— widziałam…

— jestem przerażona Twoją wiedzą…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: ODP:_Re:_...niebo_gwiazdziste_nade_mną

Data: Wto, 09 gru 2014 23:12


Ponownie jestem,

Nie przesadzaj z tą moją wiedzą, te informacje można znaleźć w książkach lub internecie, ale akurat w tym przypadku miałem to w głowie, interesowałem się kiedyś astronomią (zresztą — czym ja się nie interesowałem…), ale zostały tylko szczątkowe informacje. Na geografii też mieliśmy zajęcia z astronomii, ale wyszło jak wyszło — chodzi o wykształcenie. Cóż — zazdroszczę Ci studiów i specjalistycznych kursów.

A dlaczego nie śpisz jeszcze? Ja już się kładę, szczypią mnie oczy ze zmęczenia. Wpatrywałem się dłuższy czas w Twoją szczęśliwą twarz na zdjęciu, które mi przesłałaś…

Wyłączam tablet. Do następnego spotkania: w sieci lub poza nią, może w myślach albo i we śnie…

Spokojnej nocy

W.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Otrzeźwienie

Data: Śro, 10 gru 2014 12:57

Dzień dobry,

Przesłuchałem ponownie utwór, który mi przesłałaś i nasunęło mi się w związku z nim kilka uwag i pytań. To takie luźne spostrzeżenia, niektóre nie są powiązane ze sobą, więc tekst ten może być nieco chaotyczny.

Początkowe takty gitarowego sola wgniatają w fotel, to muszę przyznać. Ale jednocześnie zapowiadają nadejście czegoś tragicznego, bardzo nieprzyjemnego. No i rzeczywiście tak się dzieje w dalszej części utworu.

Podczas słuchania nasunęła mi się taka uwaga: żeby katować się takim tekstem, to trzeba przeżywać jakąś tragedię i co rusz ją rozpamiętywać, a wtedy za każdym razem, kiedy włącza się taki utwór, łzy same płyną oczu. Jeżeli jednak piszesz, że to jest rewelka, to znaczy, że Ciebie ten problem nie dotyczy — wystarczy spojrzeć na Twoją twarz na Parówie (kto to imię wymyślił?) — rzadko kiedy można spotkać taki ładunek radości. Wtedy można słuchać takiej muzyki i śmiać się w głos, zachwycając się jej brzmieniem i melodią. Ale chyba nie taki był Twój zamiar. W takim razie muzyczne przesłanie musiało być skierowane do mnie.

A może wszystko jest o wiele prostsze: podoba się Tobie muzyka, więc ślesz ją do mnie, aby mnie podbudować, zainteresować, skierować przytłaczające myśli na nowe tory, może sprowokować do dyskusji… A że nie pomyślałaś, że jestem zbyt uczuciowy i wszystko mocniej przeżywam niż inni, czy to radości czy smętne chwile, że w mojej sytuacji rozbiorę utwór na czynniki pierwsze i utożsamię się z bohaterem…

Odjeżdżasz niespokojny gdzieś donikąd,

by na nowo zacząć żyć.

Zapłacić przyszło cenę swoich marzeń,

haracz za swoje sny.

Wiesz, że dla mnie jest tylko jeden kierunek jazdy (mogę w miarę możliwości jedynie przyhamować prędkość pociągu), a już na pewno nie rozpocznę życia na nowo (gdybym miał 20 lat mniej, pewnie miałbym spore szanse… u Ciebie). A co do haraczu, to właśnie go płacę, bo — faktycznie — ubzdurałem sobie coś, a marzenia i sny wziąłem za jawę.

Zagubisz się od jutra w obcym gwarze,

nie znajdzie cię już nikt.

No, ja zagubić się nie mogę, będę wciąż wśród tych samych, a więc znanych pielęgniarek (stanowicie najładniejszą ekipę spośród czterech oddziałów szpitalnych, które przyszło mi odwiedzić) na dodatek z Tobą. To będzie teraz ciekawy eksperyment socjo- i psychologiczny. Oczywiście ze mną, na własne życzenie, w roli królika doświadczalnego.

A piosenka nie jest taka zła, jak ją początkowo odebrałem, tylko jest do słuchania w samotności. Dzieci są w szkołach, żona za chwilę jedzie do siostry, więc zostanę sam, a wtedy przesłucham ją jeszcze raz, może też „moje” Małżeństwo? Tylko mój wybrany utwór to żal, nadzieja i pragnienie, a Twój to zagubienie i rezygnacja z marzeń, to jest tekst o przegranym życiu. Kiedy takich utworów słucham, dziwnie niewyraźnie widzę i obraz otoczenia jest jakiś rozmyty.

Do tej pory telefon włączałem tylko w dni dializ w okolicach południa, czekając na informację ze szpitala, na którą godzinę mam się szykować. Teraz włączam go już z rana czekając na dzwonek. Oczywiście od Ciebie. Tablet uruchamiałem tylko na czas pracy z nim, a tylko wieczorem, i to nieraz co drugi dzień, sprawdzałem pocztę internetową, teraz sprawdzam pocztę kilka razy dziennie, zawsze mając nadzieję, że znajdę przesyłkę. Oczywiście od Ciebie. Wiem, że to jest głupie, ale tak mi się porobiło i już. Na szczęście powstrzymuję się od notorycznego zasypywania Ciebie mailami.

To wszystko, co piszę, te wszystkie moje duchowe rozterki, moja walka z nowotworem, operacje, te cholerne dializy, przez które zostałem uwiązany jak pies do budy, to wszystko, co mi się przytrafiło, to jest właśnie życie. Takie prawdziwe. To nieszczęśliwe spotkanie Ciebie też. Bo jest co wspominać i opisywać. A utwór muzyczny jest tylko wymyślonym tekstem nic nieznaczącym. Nie mam pojęcia, po co to piszę, jak wspomniałem wyżej, są to luźne myśli.

Nie wiem, czy zanotowałem tu wszystko, co chciałem przekazać, bo nieraz gubię wątek.

Bywaj

W.


Późnym popołudniem jego komórka zaświergotała sygnałem esemesa. Numer, z którego wysłano wiadomość, był nieznany. Okazało się, że to Ewelina posłużyła się tą drogą, by wymieniać myśli.

Była nim oczarowana. Ona pierwsza wysłała do niego mail, ona pierwsza skontaktowała się z nim telefonicznie. Ale to było mało. Chciała mieć pewność, że on jest na wyciągnięcie ręki niemalże. Umożliwiały to esemesy, które pozwalały utrzymywać dyskretny kontakt w każdej chwili i w każdej sytuacji.

Po prostu doznała totalnego zawrotu głowy na jego punkcie. Na zewnątrz wyglądała na osobę opanowaną, ale były to tylko pozory. W ów zimowy czas nieba rozgwieżdżonego tylko maskę taką zakładała, tymczasem w jej wnętrzu aż kipiało od emocji, od burzy uczuć.

Ale i on przeżywał totalny zawrót głowy na jej punkcie. Kiedy tylko wchodziła do sali, wzrok jego natychmiast podążał za nią i wchłaniał jej radosny sposób poruszania się, jej rozkołysane włosy, uśmiech zniewalający. Oczarowała go jak nikt do tej pory. Chciał z nią żyć i z nią umrzeć. Tak pokochać można tylko raz…


Do: WP <+884765799>

10-12-2014 śro 17:11

Liryka, epika… To wszystko co piszesz mnie zachwyca, za chwile nie sformuuje żadnego zdania, ponieważ Twoja łatwość pisania mnie przeraża, a zarazem zachwyca…


Wprowadził jej numer do pamięci komórki i oznaczył go jej inicjałami. Po kilku dniach dodał jeszcze jej alias internetowy.


Do: eM <+48964375910>

10-12-2014 śro 17:29

Dziękuję za uznanie :-) Nie myślałem, że zwykły mail wywoła taki emocjonalny odzew z Twojej strony. Ale nie pomyślałem również, że Twój sms tak bardzo mnie uraduje :-)


Do: WP <+884765799>

10-12-2014 śro 17:41

Ok, to już za dużo nie myśl — ja milknę. We wtorek się zobaczymy.


Do: eM <+48964375910>

10-12-2014 śro 17:53

Dziękuję za zaufanie i podanie swojego numeru telefonu. Obiecuję, że nie będę go nadużywał :-)


Do: WP <+884765799>

10-12-2014 śro 17:58

Oj, to nie tak do końca… Ale… Masz się uśmiechać, przesyłam sporą dawkę endorfin!


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Happy birthday to You!

Data: Czw, 11 gru 2014 08:19

No cóż… kolejny minął rok

więc ślę Tobie życzenia pisane ad hoc…

Z całego serca życzę Ci

spokojnych i szczęśliwych dni

Płatków różanych pod stopami

porannej herbaty z marzeniami

Chrupiących bułek ze świeżym masełkiem

ulicy za oknem z wyciszonym zgiełkiem

Przyjemnego ciepła pod kołdrą z maciejkami

blasku księżyca nad oknami

Aby znajomi Cię szanowali

sprzedawcy w sklepach w pas się kłaniali

By woda w kranie miętą pachniała

klepsydra czasu się Ciebie nie imała

Byś wciąż była zgrabna, ładna, wręcz śliczna

na poły mądra, na poły liryczna…

Acha, i jeszcze uśmiechu radosnego :-)))

(te wszystkie życzenia od zakochanego)

Sam się śmiałem z tej rymowanki, gdy doczytałem ją do końca :-). Jest taka á la Staff (tylko nie myśl sobie, że zadzieram nosa).

W.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re: Happy birthday to You!

Data: Czw, 11 gru 2014 08:36

Dziękuję bardzo STAFFIE ; -)

Za parę chwil będę w pociągu… w kierunku południowej Polski…

Pozdrawiam…

J


Mimo zaledwie tygodniowej znajomości tęskniła za nim bardzo każdego dnia. Wniósł w jej życie ustatkowane powiew świeżości i element zaskoczenia. Czuła potrzebę kontaktu z nim, dlatego słała mu wieści. Stąd poranne esemesy i esemesy późną porą wysyłane, stąd też niespodziewane telefony do niego wykonywane.

Tego samego dnia, wieczorem, kiedy leżał już w łóżku, Ewelina zadzwoniła z Wrocławia.


Fragment z pamiętnika:

11 grudnia 2014, czwartek

Ewelina zadzwoniła dzisiaj wieczorem z Wrocławia. Z wrażenia zapomniałem złożyć Jej życzenia, a przecież to dzień Jej urodzin. Mówiła, że jutro jedzie do Częstochowy. Rozmawialiśmy trochę o zbliżającym się Bożym Narodzeniu. Wspominała ostatnie, radosne Święta w roku 1998.

— Ilekroć wspominam Święta Bożego Narodzenia, to najmilej wspominam te z roku 98. Wtedy byliśmy ostatni raz razem. Moja mama zachorowała w drugi dzień świąt i znalazła się w szpitalu. Zmarła w styczniu. Miała 51 lat. Pewnie dlatego, ilekroć wspominam święta, to zawsze te ostatnie są dla mnie najwspanialszymi, bo to były ostatnie święta z moją mamą. A kilka miesięcy później zmarł mój tato.

— Jakie ty masz wykształcenie? — zapytała podczas rozmowy.

Zastanawiała się nad tym przez cały czas, odkąd zaczęli ze sobą pisać, mając przed oczami listy przez niego słane. Do tego utwory rymowane…

— Żadne.

— Jak to — żadne?

— No tak — technik ekonomista. Co to za wykształcenie? Żadne. Boleję nad tym, ale studia zawaliłem.

Trochę rozmawialiśmy o muzyce, a właściwie to o autorach tekstów śpiewanych przez SDM: o Rybowiczu, Stachurze.

— Zwłaszcza ten ostatni jest mi bliski. Nie odpowiadał jego podejściu do życia ten świat i odszedł z niego odbierając sobie życie.

— Ja nie oceniam takich ludzi, bo nigdy nie wiadomo, co nimi kierowało, dlaczego odeszli z tego świata na własną prośbę? — powiedziała.

— Tak, to dotyczy ludzi wrażliwych, dla których ten świat jest zbyt potworny, a życie im się całkowicie nie układa.

Trochę poplotkowaliśmy o jej koleżankach, a później rozmowa zeszła na tematy finansowe.

— Jakoś źle się czuję, kiedy myślę o sobie — rencista. To mi się kojarzy z kimś schorowanym, zniedołężniałym, posuniętym wiekowo. Wiem, że młody nie jestem, ale ja nie odczuwam mojego wieku i nie czuję się chorym. No, ale na moje konto wpływa renta a nie wypłata. Niestety. Dostaję 1550 złotych na rękę. Kupa forsy, prawda?

— O! To nie jest tak źle! To nie jest tak źle. Dziewczyny w Toruniu, które pracują tylko na jedną zmianę, dostają 1750 złotych. To naprawdę nie jest tak źle.

— Może i nie, ale i tak wszystko oddaję żonie, a ja sobie zostawiam to, co dostaję z wydawnictw za artykuły i ebooki… Wiesz, a ja ciebie wyceniałem, przepraszam za takie określenie, na trzy trzysta. Bo tak sobie myślałem, że dostajecie dwa dwieście na rękę, no a ty, skoro pracujesz na półtora etatu, powinnaś dostawać trzy trzysta.

— Nie. Ja zarabiam trzy tysiące.

Przypomniał sobie, że przed kilkoma dniami jedna z pielęgniarek, Adriana, mówiła, że uczy się, bo na dniach przystępuje do egzaminów.

— No tak, gdybyś poszła na studia zaoczne, tak jak Adriana, byłoby ci na pewno łatwiej i finansowo i nie musiałabyś brać dodatkowych godzin.

— Ależ ja jestem po pełnych studiach, to one muszą chodzić na kursy dokształcające! — zareagowała gwałtownie.

— Ach, tak? Nie wiedziałem tego… To dobrze, bo człowiek wykształcony jakoś inaczej na życie patrzy, bardziej mądrze… Byłaś grzeczną córeczką, czy rozrabiałaś za młodu?

— Raczej to drugie. Mama nie raz mnie ofuknęła: ty zarazo!

— No, to musiałaś być niezłym ziółkiem.

— A żebyś wiedział — zaśmiała się.

— A skąd ta „muszelka” w twoim adresie mailowym?

— Za czasów liceum byliśmy z klasą w Górach Świętokrzyskich. Nieopodal Kazimierza nad Wisła odwiedziliśmy kamieniołom i wyobraź sobie, że na takiej półce skalnej znalazłam skamieniałą muszlę. Była piękna, taka duża, miała chyba ze dwadzieścia centymetrów średnicy, i była zwinięta w koło. Wszyscy mi jej pozazdrościli i próbnowali ją pozyskać na sto jeden sposobów, ale nie uległam. Przywiozłam ją do domu, chociaż swoje ważyła i mam tę pamiątkę do dzisiaj.

— No, niezła „muszelka” o dwudzistocentymetrowej średnicy. Jeśli była jeszcze żebrowana…

— Tak, była żebrowana — weszła mi w słowo.

— … to jest to skamieniała muszla amonita — dokończyłem.

— Muszla czego?

— A-mo-ni-ta — przesylabilizowałem. — To takie stworzenie morskie jeszcze sprzed ery dinozaurów.

— Jesteś niesamowity… Skąd ty to wiesz?

— Na geografii mieliśmy zajęcia z paleontologii i stratygrafii i stąd moja wiedza — wyjaśniłem.

— A skąd to „jedenaście” tam się znalazło? — zapytałem.

— To przecież dzień moich urodzin.

— O boziu! Faktycznie! No tak, najtrudniejsze do rozwikłania są najłatwiejsze rozwiązania — zaśmiałem się.

Wspomniałem, że tam na południu, jest bardzo zanieczyszczone powietrze.

— Zaraz, zaraz — powiedziała — jest taka piosenka o zanieczyszczonym powietrzu, jak ona leciała… aha, mam: „nie przenoście nam stolicy do Krakowa…” — włączyłem się w jej słowa i dokończyliśmy razem: — „...niechaj lepiej pozostanie, tam gdzie jest”.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Do_podróżującej_Enjo

Data: Czw, 11 gru 2014 23:46


Dobry wieczór, Enjo,


Jestem ponownie z Tobą. Wirtualnie, bo wirtualnie, ale zawsze z Tobą. Tak mnie zaskoczyłaś telefonem z Wrocławia, że do końca rozmowy nie mogłem dojść do siebie, co zapewne słychać było. Nawet nie podziękowałem za telefon. Ba — zupełnie wyleciało mi z głowy, że to jest dzień Twoich Urodzin. Wstyd mi teraz za moje zachowanie. Nie przypuszczałem, że się odezwiesz do czasu powrotu. A tu masz… Nie doceniłem Ciebie. Dziękuję, że zadzwoniłaś. Niby drobiazg, a tak bardzo potrzebny i cieszy. To miłe, gdy ktoś, gdzieś daleko, myśli choć przez chwilę o kimś drugim. Często chciałbym rozmawiać dłużej z Tobą, ale tematów jest tyle, a czasu tak mało, że nieraz milknę i nie wiem, o co zapytać, ani o czym mówić. Chciałbym tyle przekazać i tyle od Ciebie usłyszeć, a tu narasta niezręczna cisza, w której słyszę tylko Twój oddech. Szkoda, że przez słuchawkę…

Wiesz, podróżniczko, a u nas na Rynku stoi już choinka przystrojona lampkami, przy niej stoi tradycyjny zaprzęg z reniferami, a obok trzy ogromne paczki. Wszystko to, oczywiście, z diod luminescensyjnych jest zrobione. Ludzie przystają, patrzą, podziwiają, zdjęcia robią. Ruch jak pod piramidami w Gizie. No… może nieco przesadziłem :-). A jak tam iluminacja rynku we Wrocławiu?

Także pośród uzdrowiskowych alejek świąteczna feeria barw rozjaśnia ponurą rzeczywistość. Rozświetlony trakt ciągnie się od głównego wejścia, przez mostek, z którego „kuracjuszy rozmarzony tłum” dokarmia kaczki odejmując sobie od ust często ostatnią kromkę chleba (czytając ten tekst należy się wzruszyć i uronić łzę). Tężnie też zostały podświetlone. Czy Częstochowa jest równie bajecznie przystrojona?

W Częstochowie byłem trzykrotnie. Zatrzymywałem się tam na campingu. Ale, oczywiście, latem, a nie o tej porze roku.

Skoro wspominałaś o Krakowie

w naszej telefonicznej rozmowie,

a wracasz w niedzielę,

to może i tam zawitasz Aniele?

Spędziłem w Krakowie tydzień na campingu pod namiotem. Och, to były czasy… byłem zdrowy, na plecach 35 kilo bagażu, na ramieniu namiot, nosiłem brodę, wąsy i włosy miałem czarne, lubiłem i mogłem wędrować… teraz tylko lubię… Pozdrów ode mnie wieszcza Adama na Rynku i Sukiennice, a jak się uda to i „strażaka, tego z Mariackiej Wieży”.

No cóż, pora się pożegnać. Zanim zasiadłem do pisania do Ciebie, wypiłem 2—3 łyki różowego wina wznosząc w myślach toast za Twoje zdrowie, za spełnienie niektórych marzeń i jeszcze za coś, ale o tym — sza…

Ciekawe, czy już śpisz, myślę, że tak, wszak przejechałaś szmat drogi.

Do usłyszenia, do zobaczenia, do spotkania…

Wypoczywaj dobrze…

Śnij sny pachnące bzami, robinią i konwaliami…

Och, pewnie głupio wygląda takie ciągnące się zakończenie i to ple, ple… i ple, ple… i ple, ple…, ale tak mi się trudno rozstawać z Tobą… :-(

W.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Do_podróżującej_Enjo_-_list_drugi

Data: Pią, 12 gru 2014 08:37


Hej,


Tak jak wczoraj wspomniałem, zapomniałem pewnych wątków. Uzupełniam je więc dzisiaj.

Kiedy wczoraj zadzwonił mój telefon z informacją, że „dzwoni nr prywatny”, pomyślałem od razu o Tobie. Nie pomyliłem się. Wtedy też dopiero zrozumiałem treść smsa, w którym odpisałaś (cytuję z pamięci): „Oj, to nie tak całkiem do końca…", na moje podziękowanie, że podałaś mi swój numer telefonu.

Mówiłem Tobie, że źle czułem się wczoraj podczas dializy, miałem wysokie ciśnienie (150/100), na dodatek Tykwa dopatrzyła się w książeczce, że od kilkunastu dni coś jest nie tak z tym parametrem i zaczęła mnie wypytywać, aby znaleźć przyczynę, ale chyba zorientowała się, że nie mam zamiaru ułatwiać jej zadania, więc dała mi spokój. Przepisała tylko jakiś lek, ale nie mam zamiaru go brać. W ubiegłym tygodniu dr Rajkowska też próbowała ustalić przyczynę, więc jej powiedziałem, że mam trochę stresujących spraw do załatwienia, „ale w przyszłym tygodniu już wszystko wróci no normy”.

— Jest pan pewien?

— Tak, na pewno, więc proszę się tym nie przejmować.

— Proszę pana — odpowiedziała z uśmiechem — ja muszę się przejmować. Jest pan moim pacjentem i żeby panu pomóc, muszę znać przyczynę choroby.

— Pani doktor, powtarzam, że mam trochę problemów, ale w przyszłym tygodniu wszystko wróci do normy.

— Jest pan pewien?

— Tak.

— Skoro pan tak uważa… No dobrze. Zobaczymy.

A wczoraj wszystko zaczęło się zaraz po wejściu na salę. Skierowano mnie na łóżko w rogu obok zlewu. Kiedy tylko tam ruszyłem, szczęki mi się zacisnęły. Położyłem się i pomyślałem tylko: „cholera, tu się to wszystko zaczęło, na tym łóżku”. Pomyślałem o Tobie, że jesteś tak daleko i od razu poczułem, jak mi nabrzmiewa twarz, pęcznieją tętnice na szyi, zaczyna szumieć w głowie — typowe oznaki wzrastającego ciśnienia. Jakoś wytrzymałem do podłączenia mnie do nerki, chociaż Eliza nie bardzo się spieszyła. A później wziąłem się za poprawianie tekstu artykułu, twarz miałem więc zasłoniętą wydrukiem i nikt nie widział, co się ze mną dzieje, jakie emocje mną targają. Tylko maszyna trzy razy podnosiła alarm, gdy mnie we wnętrzu aż rwało z bólu za Tobą. Tak potwornie przeżywam tę rozłąkę…

Do domu szedłem z bolącą głową. Gdy już tam się znalazłem, dopiłem zimną herbatę sprzed południa, położyłem się i napięcie zaczęło ze mnie schodzić. Poczułem się jak po kąpieli i w nowej pościeli, pusty w środku, wyzuty z wszelkich doznań i emocji. Po prostu tabula rasa. Widać organizm uruchomił jakiś proces detoksykacji mojej podświadomości, żeby nie stało się coś gorszego ze mną. Taka kumulacja emocji działa niczym trucizna, a ja na dodatek jestem introwertykiem, duszę emocje w sobie, nie obnoszę się z nimi. Byłem wykończony, zupełnie pusty, jak wypalony wrak. Żony nie było, więc dochodziłem do siebie w spokoju. A później zadzwoniłaś Ty…

No tak, ja tu gadu gadu, nudzę Cię, a Tobie pewnie ziewać się chce. Kończę więc.

Na razie

W.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re: Do_podróżującej_Enjo_-_list_drugi

Data: Pią, 12 gru 2014 23:29

Dziękuję za przesympatyczne maile…

pozdrawiam z południowych zakątków Polski.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Do_podróżującej_Enjo_-_list_trzeci

Data: Sob, 13 gru 2014 01:27


Hej,


Piszę do Ciebie, chociaż nie wiem dlaczego. Głupio to zdanie zabrzmiało, ale to prawda. Uzależniłem się od Ciebie, przez co Ty jesteś w komfortowej sytuacji psychicznej. Ale telefon wyłączyłem, mimo iż od osiemnastej jestem sam. Dlaczego? Bo nie chcę z Tobą rozmawiać, gdyż wiem, że będziesz tonować moje zapędy. Chyba jestem niesprawiedliwy w moim zachowaniu wobec Ciebie. Przecież Ty masz własne życie, własne kłopoty i radości, własne sprawy, a ja włażę w to wszystko jak z buciorami do łóżka i rozsypuję niczym puzzle i wydaje mi się, że to Ty źle robisz, próbując wybić mi z głowy pewne rzeczy. Pewnie moje zachowanie Cię nawet śmieszy, mimo iż zachowujesz pozory powagi, ale moje uczucie jest silniejsze od rozumowego rozpatrywania tego, co się ze mną dzieje. Powiem więcej — gdybym był o dwadzieścia lat młodszy, zapewne starałbym się o Twoją rękę, teraz to nie wchodzi w grę, co jest oczywiste (tylko nie śmiej się z tych wyznań i nie przypominaj mi ich, bo to byłoby naprawdę paskudne z Twojej strony).

Zboczyłem z wątku, więc wracam, do niego. Wczorajszy Twój telefon mnie ucieszył i to bardziej niż sobie wyobrażasz, czego nie było czuć w moim głosie. W sobotę (pamiętnego 6 grudnia) powiedziałaś, że przez tydzień odpocznę od Ciebie, tymczasem bombardujesz mnie dzień w dzień telefonami i esemesami i nie pozwalasz o sobie zapomnieć. W czwartek zadzwoniłaś nawet w porze mojej dializy (zdziwiłaś się wielce, że jestem już w domu, ale Eliza wezwała mnie już na trzynastą do szpitala) jakbyś chciała, aby Twoje koleżanki powtarzały sobie na ucho: „wiesz, a Ewelina wydzwania do Paprockiego i on jej mówi po imieniu”. A przecież to, co się wydarzyło między nami, miało pozostać wiadome tylko nam dwojgu. Na dodatek, kiedy w czasie rozmowy powiedziałem, że właśnie zsunął mi się tablet z łóżka na podłogę, odpowiedziałaś mi w dziwny sposób: „to niech Ci koleżanki podniosą, przecież są takie ładne”, gdy nie zareagowałem i odpowiedziałem, że sam go podniosłem, ponownie mi dogryzłaś: „ale przecież koleżanki są takie ładne, prawda?”. To była wyraźna aluzja do moich słów z wczorajszego maila, w którym mimochodem nadmieniłem, że stanowicie najładniejszy zespół pielęgniarek jaki poznałem. Powiedziałaś to z lekkim, ale wyraźnym sarkazmem. Po skończonej rozmowie skojarzyłem to z Twoim pierwszym mailem, jaki do mnie wysłałaś, w którym napisałaś m.in. tak: „jesteś na językach… innych, zachwycających się Tobą koleżanek”. I taka myśl mi się nasunęła: „ona jest… zazdrosna” :-O.

Ewelinko Moja Droga — pamiętaj, że staram się pisać bez upiększania to, co myślę, więc — zapewne — narażam się na Twoje negatywne odczucia, ale wiesz już chyba, że nie mam najmniejszego zamiaru urazić Ciebie, jeżeli jednak tak to odczuwasz, to Cię przepraszam. Nie bierz więc sobie do serca tego, co napisałem, bo mogę się mylić, ale taka myśl o Tobie mi przemknęła.

Twój głos działa na mnie podniecająco, więc powiedz teraz, jak ja mogę później spać spokojnie po Twoich telefonach? Dlatego smartfon wyłączyłem. Ale przez to pisanie też się wykańczam: zasiadłem ok. 20.00 do mailowania, a jest już 23.30. Myślałem, że przez godzinę uporam się z tym tekstem, bo miałem co innego do roboty, a wyszło, jak wyszło (ale szczypanie oczu osładza mi myśl, że lubisz czytać moją pisaninę). […]

Dzisiaj przy śniadaniu odkrywcza myśl mnie naszła: ja Ciebie zupełnie nie znam. Od pamiętnej soboty (czerwona róża…), a więc od pięciu dób, sprawy nabrały takiego tempa, że aż strach. Minęło zaledwie pięć dni, a tyle informacji poszło w eter, że odnoszę wrażenie, iż znamy się od dawna. Tyle napisałem do Ciebie, tyle myśli wysłałem i emocji przekazałem, otworzyłem się przed Tobą, jak przed nikim innym i wyznałem pewne fakty, które prócz mnie nikomu do tej pory nie były znane. Znam Ciebie tak krótko, a wydaje mi się, dzięki moim „samobójczym” wyznaniom, że znamy się od lat wielu. Podałem Tobie fakty z mojego życia, które mnie na pewno pogrążyły w Twoich oczach, ale jak to często bywa, przyszło mi stanąć przed dylematem: czy mam kłamać lub mówić nieprawdę w imię spokoju i ukrywać moje prawdziwe „ja”, czy też być szczerym i pokazać, że choć nie jestem ideałem, to jestem człowiekiem, który hołduje pewnym wartościom i nadal szuka swojego miejsca w życiu. Mówiąc patetycznie — swojej przystani. Ja wybrałem to drugie wyjście. Nie wiem, dokąd mnie ono zaprowadzi. Tyś tylko nieśmiało uchyliła rąbka swojego życia, jakbyś bała się czegoś. Skoro traktujesz mnie chłodno […] i podchodzisz do mnie z dystansem, to widać, masz ku temu powody. Może kiedyś je poznam?

Czy wiesz, że brak dzwonka telefonu rzeczywiście pozwala mi się odprężyć? Ale łapię się cały czas na myśli, że chciałbym Ciebie usłyszeć, tylko jak, skoro urządzenie wyłączyłem? Rozumiesz coś z tego? Zapewne swoim chłodnym umysłem rozpatrzysz to i znajdziesz odpowiedź, ale czy ona będzie pełna?

Być może coś opuściłem w tej chaotycznej pisaninie i przypomnę sobie jutro.

Wiesz, wyobraziłem sobie przez chwilę, że jest już wtorek i wchodzę do sali, a tam Ty jesteś w śnieżnobiałych spodniach i karminowej górnej części stroju, i znowuż na Twój piękny widok coś się we mnie łamie. Tak też, najprawdopodobniej, będzie. Myślałem jeszcze o jednej rzeczy — gdybyś przestała się mną zajmować na sali? Czy jest coś takiego w ogóle możliwe? No i czy ja mógłbym zapomnieć o Tobie, gdyby opiekę nade mną przejęła inna pielęgniarka? Widzisz, jak ja sobie zatruwam życie. I to przez kogo? Co jest w Tobie takiego, że mnie ujęłaś swoją osobą: charakter, uroda, urok osobisty, ciało? Może jesteś jednak czarownicą i rzuciłaś czar na mnie, a teraz nie potrafisz zaklęcia odwołać? Nie potrafisz zrozumieć ani pojąć swoim chłodnym umysłem, co się we mnie dzieje, kiedy patrzę na Ciebie, kiedy widzę jak zgrabnie przemieszczasz się po sali, jak powiewają Twoje włosy, kiedy zerkam ukradkiem na Twoje nogi, kiedy czasami spojrzysz w moim kierunku spoza okularów i uśmiechniesz się, nie wspominając o dotyku Twoich dłoni, których nawet nie znam bez widoku rękawic…

Cześć i spokojnych snów

W.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Do_podróżującej_Enjo_-_list_czwarty

Data: Sob, 13 gru 2014 10:58


Dzień dobry,


Późno kładłem się spać, to i późno wstałem. Kiedy twarz przemyłem i spojrzałem w lustro, zobaczyłem worki pod oczami. Co dzień patrzę na swoje odbicie i mówię sobie: „stary idioto, jak ty wyglądasz i z czym do ludu?”. Nie pomaga…

Żona nie wróciła jeszcze z pracy, co jest mi bardzo na rękę, dzieci śpią jeszcze, pewnie spałyby do południa, ale gdy p.o. wróci, zacznie się znowu krzykliwe przypominanie, że „to te cholerne geny po Paprockich, bo wszystkie Paprockie to lenie śmierdzące, nieroby, lesery i dziecioroby, tylko by się pieprzyli na okrągło, a jak przyjdzie co do czego, to nie mają pieniędzy na nic, a każdy by chciał żreć co innego! Ten też, cholera, zachorował i wszystkie pieniądze na niego poszły, bo on taki bieeedny, taki niedożywiooony, taki pokrzywdzooony, a później tylko leży przez pół roku i zasmradza mieszkanie i jeszcze tego nie je, tego też nie zje, bo sobie ubzdurał, że mu szkodzi! A wypierdalaj stary dziadu z domu i niech cię jakaś inna baba żywi, nie możesz tego zrobić?! … No tak, jak zwykle się nie odzywa, najlepiej mordę w kubeł wsadzić i się nie odzywać! Zaraz pewnie wasz tatulek się ubierze i wyjdzie na spacerek. A idź w cholerę i najlepiej tu się nie pokazuj, bo mi tylko dzieci psujesz, no bo czego ty ich w życiu nauczyłeś, no powiedz: nauczyłeś ich czegoś czy nie nauczyłeś?! Chyba tylko srania pod siebie! I dobrze ci tak, bo to kara za twoje grzechy! Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy i to święta prawda jest!”. Tak to, mniej więcej, wygląda co kilka dni. Miłe, prawda? I cały czas tylko krzyk, i krzyk i krzyk. Niczym sierżant w amerykańskim filmie. Przepraszam za wtręty z łaciny, ale musiałem ich użyć, by jak najwierniej oddać ducha „kazania”. Sam nie przeklinam, rażą mnie wulgaryzmy i nienawidzę ludzi wulgarnych, więc ciężko mi się to nawet pisało.

Nienawidzę szpitali, nawet w roli odwiedzającego, za bardzo angażuję się emocjonalnie i zbyt mocno przeżywam to, co tam widzę, ale w dzień dializ nie mogę się doczekać wyjścia z domu. Miły personel, każda z pielęgniarek ma w sobie coś, czym zwraca na siebie uwagę, rozmowy, które mają za zadanie rozluźnić atmosferę, czasami — nie wiem: świadome czy podświadome — dotknięcie ręki lub przytrzymanie dłoni podczas rozmowy z pacjentem. Do tego wszystkiego, w moim przypadku, dochodzi brak stresu związanego z wkłuwaniem igieł. Tak było jeszcze miesiąc temu, później całą moją uwagę skierowałem ku Tobie, a od niedawna także całe moje uczucie, i to mnie napędzało bardzo pozytywnie, chodziłem do szpitala jak uniesiony w powietrze, cały szczęśliwy, ale teraz wydaje mi się, że źle ulokowałem moje uczucia. Ale i tak jesteś mi bliska, a takich uniesień duchowych, jakie są Twoim udziałem, nie przeżywałem od ponad trzydziestu lat. Nie przypuszczałem, że to uczucie tak we mnie jeszcze uderzy w tym wieku.

Ocho, dzwonek domofonu… Nadchodzi p.o. :-) Zaraz zacznie się cyrk. Muszę kończyć. Już się zaczęło („lenie, cholerne lenie!!!”).

Acha, kiedy pierwszy raz do mnie zadzwoniłaś i „złapałaś” mnie na przejściu dla pieszych przy nowobudowanej Biedronce, powiedziałaś, bym nie rozbierał na czynniki pierwsze piosenki, którą mi przesłałaś, tylko potraktował ją całościowo, bo przecież „coś się skończyło, ale zaczyna się coś nowego”. Tylko co może być nowego (w domyśle — pięknego) odnoszącego się do mnie, jeżeli mój wybór okazał się chybiony? Uważam, że to raczej do Ciebie można odnieść słowa o czymś nowym, bo z mojej przyczyny skończył się Twój błogi spokój.

Jestem zły, że wciąż zawracam Ci głowę tym samym tematem i truję Twój zgrabny tyłeczek.

Ciekawa sprawa — wczoraj w mailu wspomniałem, że jest już 23.30, a ja wciąż ślęczę nad mailem. A Ty w tej samej minucie wysłałaś do mnie wiadomość. Niesamowita zbieżność…

Miałem napisać tylko kilka zdań, a ponownie się rozpisałem. Kończę więc i pozdrawiam.

W.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Data: Sob, 13 gru 2014 19:53

Temat: Do_podróżującej_Enjo_-_list_piąty

Dzień dobry/dobry wieczór


Właściwie to nie jest żaden list, tylko notatka. P.o. cały tydzień jest w domu, dopiero w piątek mam cały dzień wolny. Dziwne będą tegoroczne Święta. Dotychczas chodziliśmy do rodziny żony lub ktoś zjawiał się u nas, w tym roku jesteśmy sami z dziećmi. 24 grudnia wieczorem o osiemnastej żona jedzie do pracy, wraca ok. 7.30 rankiem. Gdyby była piękna śnieżna pogoda, mógłbym wypuścić się w rejs po mieście, a jak będzie chlapa, to z wyjścia będzie klapa. W wigilię córka zapewne pójdzie do „kolegi”, jak mówi o swoim chłopaku, którego poznała latem na spotkaniu po pielgrzymce (ciekawe, że nie widzieli się na samej pielgrzymce). syn zostanie w domu, bo stał się mało ruchliwy, o czym już donosiłem. W pierwszy dzień świąt jestem na dializie, a więc chociaż kilka godzin spędzę w spokojnej atmosferze.

Nawiązując do poprzedniego maila, chcę zaznaczyć, że Ty również wniosłaś sporo zamieszania do mojego życia. Nie jest to żadna skarga lub wyrzut, broń Boże. Po prostu doznałem napływu uczuć, jakich już nigdy nie spodziewałem się doświadczyć. Doznałem kompletnego wstrząsu.

Na razie tylko tyle. Coś czuję, że ta — w zamierzeniu — notatka, ponownie przeistoczy się w sążnisty tekst. Jest 15.03. Cosik przekąszę i zacznę przygotowania do wyjścia do szpitala. Może tam uzupełnię treść listu. Tylko że tam wszystko przypomina mi Ciebie… (znowu słówko na „k” doleciało z kuchni).

Na razie Enjo

~~~~~~~~~~~

Jestem ponownie. Jest 19.20, jestem dializowany, za godzinę powinienem być odłączony. Wiedziałem, że po moim ostatnim liście zamilkniesz i nie pomyliłem się.

Kiedy wrócisz, […] opowiem, jak to się stało, że zostałem pacjentem Twojego oddziału. To się wydarzyło z mojej winy. Możesz to nazwać idiotyzmem, nie pogniewam się, bo też tak uważam (cholera, w tej chwili nerka się wyłączyła z powodu moich emocji; coś stało się z moją psyche w Bydgoszczy, po operacji, dwoje psychologów próbowało mnie przywrócić do pionu, ale nie dało rady; od tamtych wydarzeń inaczej patrzę na świat, na ludzi, ogólnie — na życie. Jakoś się wyciszyłem i przestałem jednoznacznie oceniać innych, stałem się bardziej tolerancyjny. Ale nie piszę tego dlatego, by polepszyć moje notowania u Ciebie). Ale zboczyłem z głównego tematu, więc wracam co niego. Nie wiem, jak mam ocenić to, że stałem się pacjentem oddz. dializ. Czy to dobrze, czy też źle dla mnie? Oczywiście nie chodzi tu o moje zdrowie, wiesz o czym piszę. Co bym nie zrobił, to zawsze wychodzę na tym źle.

Zaraz kończę dializę. Nerka znowu podjęła alarm.

Pozdrawiam

W.


Fragment z pamiętnika

13 grudnia 2014 r., sobota

Dzisiaj do maszyny podłączała mnie Adriana. Ona też mnie odłączała. Przez cały czas, kiedy zajmowała się mną, miałem zamknięte oczy. Kiedy stała po mojej prawej stronie, głowę odwracałem w lewo, kiedy przechodziła na lewą stronę, do nerki, głowę odwracałem w kierunku przeciwnym. Nie miałem ochoty patrzeć na jej roześmianą, radosną twarz, kiedy ja byłem tutaj sam, a Ewelina była tak daleko ode mnie. Nie miałem powodu do radości. Potwornie za nią tęskniłem. Jej bliskość daje mi poczucie wiary w życie i niesie uspokojenie. W czasie dializy poprawiłem tekst o raku — jak z nim walczyć samemu, i Adriana zerkała na tekst wydruku, kiedy nie patrzyłem, o czym przekonałem się po kilku dniach.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Do_podróżującej_Enjo_-_list_szósty

Data: Nie, 14 gru 2014 13:58


Dzień dobry,


W ten sposób zaczynałaś rozmowy ze mną, kiedy dzwoniłaś, by uzgodnić godzinę rozpoczęcia dializ. Ja też odpowiadałem słowami „dzień dobry”, po czym przez chwilę zapadała cisza. Ty milczałaś, jakbyś dopiero w głowie układała dalszą treść rozmowy, ja z kolei milczałem, bo zatykało mnie ze szczęścia, że dzwoni moja „ulubiona pielęgniarka” (słowa Adriany). Później ustalaliśmy godzinę przyjścia do szpitala. Cały czas mówiłaś przyciszonym głosem, jakbyś nie chciała, by treść rozmowy dotarła do innych osób. Ciepło robiło mi się na sercu od brzmienia Twojego głosu… Mówiliśmy sobie jeszcze wtedy na „pani” i „pan”.

Zacząłem dzisiejszą pisaninę od wspomnień miłych, bo taka myśl mnie rano przeszyła, jednocześnie radosna i bolesna (widać szczęście zawsze okupione musi być cierpieniem): niepotrzebnie przeciągnąłem strunę, mogło to wszystko pozostać na poziomie pielęgniarka-pacjent, rozmawiałbym z Tobą serdeczniej niż z pozostałymi pielęgniarkami, sycił się Tobą powoli, poznawał Ciebie… I na swój sposób byłbym szczęśliwy. A tak, to wszystko zepsułem.

Kiedy dzwoniłaś do mnie z Wrocławia, było mi ciepło na sercu. Tak miło brzmiał Twój głos, taki ciepły, wchłaniałem go całym sobą… Czy wiesz, że tamta rozmowa trwała ponad godzinę? Opowiadałaś o ostatnich szczęśliwych świętach, o rodzicach, mamie, o szkole do której dojeżdżałaś… Żałowałem, że nie opowiadasz mi tego wszystkiego siedząc obok.

Pewnie wyjdę wieczorem przejść się. W oknach powoli pojawiają się światełka świąteczne. Lubię na nie patrzeć, przypominają mi się święta, gdy jeszcze wierzyłem w św. Mikołaja, w Gwiazdora… Trochę się odświeżę duchowo, bo w domu przygniata mnie zrzędliwa atmosfera. Z kuchni dobiegają znajome słówka, ogólnie uważane za wulgaryzmy, bo coś nie tak poszło z gotowaniem, więc muszę odświeżyć swój umysł, bym nie przesiąkł nimi i pozostał sobą.

Ciekawe, co porabiasz o tej porze — jest 13.40. Czy jesteś już w drodze powrotnej do domu, czy szykujesz się dopiero do powrotu? (przepraszam za hałas, który pewnie dobiegł do Twoich uszu, ale p.o. zaczęła bluzgać, bo wyszła z nagrzanej kuchni do pokoju, w którym było uchylone okno, a więc i wyziębiony był, i to ją tak wkurzyło; zaczyna mnie boleć głowa od tego wszystkiego, zanosi się zatem na bardzo długi, mimo chłodu, i wcześniejszy spacer).

Zapomniałem jeszcze o czymś napisać, ale o tym później.

Pozdrawiam

W.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Do_podróżującej_Enjo_-_list_ostatni

Data: Nie, 14 gru 2014 16:34


Hej,


Tak jak mówiłem, tak też zrobiłem, tzn. wyszedłem z domu. Jestem teraz w parku zdrojowym, ogólnie jest szaro i smutno, gawrony krążą i kraczą nad głowami, mewy też się popisują piskliwym jazgotem. Jest chłodno, ale nie ma wiatru. Trochę mi się trudno pisze, bo marzną mi palce (a później nie można z nich krwi utoczyć :-) ). Ogólnie nasze miasto przywita Ciebie jesienią.

Acha, nie rozumiem, co sprawia, że moje maile są takie „przesympatyczne” jak napisałaś, dla mnie byłyby one wręcz antypatyczne. No, ale napisałaś tak w odpowiedzi na mój drugi list, może tak to wtedy wyglądało.

Dokończę teraz poprzedni mail, więc zamiast mówić Tobie po powrocie, jak za moją sprawą spotkaliśmy się na oddziale, napiszę. Będzie łatwiej.

(na kilkanaście minut musiałem przerwać pisanie z przyczyn czysto fizjologicznych, a teraz kontynuuję w hallu Kujawiaka, trochę tu cieplej niż na dworze)


Spróbuję się streszczać.

W marcu w Centrum Onkologii lekarz zaniepokojony kiepskim wynikami dot. odporności, przepisał mi pięć zastrzyków na jej podniesienie. W tym czasie dostawałem heparynę. Podawała mi ją sąsiadka, która jest pielęgniarką i pracuje w naszym OIOM-ie. Niezbyt lubiłem codzienne nakłuwanie mojego delikatnego ciałka stalowymi igłami, więc tych zastrzyków nie wykupiłem, by sobie oszczędzić dodatkowych „cierpień”. Ponieważ bardzo lubię wędrówki, to chodziłem sobie po uzdrowiskowej części na szego miasta, po nowej części parku. Była wiosna, słońce, delikatna zieleń — taka zielona mgiełka na drzewach i krzewach, która przesłania widok, ale go nie zasłania. Ale pewnego dnia bardzo mnie przewiało. I chyba tak się zaczęło.

Po kilku dniach odwiedziłem znajomą, która prowadzi uniwerek III wieku (w grudniu ub. r. spotkałem ją w CO w Bydgoszczy i zaprosiła mnie do odwiedzin). Na odchodnym powiedziałem do niej, że chciałbym jeszcze trochę pożyć, tak ze 30 lat. Widocznie jednak „ktoś” uznał, że nie ja o tym będę decydował.

Nazajutrz po tej wizycie, był to piątek, nie wstałem z łóżka, czułem, że mam gorączkę. Leżałem tak trzy dni, nie chciałem wizyty lekarza, wciąż powtarzałem żonie, że mi to przejdzie i nazajutrz wstanę. Strząsałem termometr, aby żona nie wezwała pogotowia, a miałem chyba 40 stopni. Źle widziałem, obraz w TV był podwójny, tak samo książki na półkach dwoiły mi się w oczach. W poniedziałek rano zjawił się lekarz. Diagnoza — zapalenie płuc. Znalazłem się więc w szpitalu. Po trzech dniach zjawiła się pani ordynator: „ma pan nie tylko zapalenie płuc, badanie krwi wykazało również sepsę”. Gdy to usłyszałem, momentalnie zrobiło mi się gorąco, wiedziałem przecież, co to może znaczyć. Na szczęście zaatakowały mnie jakieś szczepy mniej zjadliwych bakterii. Wyszedłem z tego więc (później doszła biegunka trzymająca mnie w szachu 3 miesiące, ale o tym nie będę się rozpisywać). Zapalenie płuc też minęło, ale straszliwy kaszel temu towarzyszący spowodował stopniowe zrywanie się wewnętrznych zrostów pooperacyjnych. Nie wiedziałem, że to się dzieje. Dopiero kiedyś w domu zauważyłem, że mój brzuch się odkształca. Zastanawiałem się, czy to może być przepuklina, potwierdziła to sąsiadka — pielęgniarka. Ukrywałem to przed samym sobą przez kilka miesięcy. Teraz jednakże myślę o operacji, a kiedy JA zdecydowałem się na taki krok, to znaczy, że musi być źle. Zawsze czekam do końca, tak samo było z guzem — usunięty został w ostatnim momencie, dzięki temu jeszcze żyję.

Druga rzecz — sepsa. Dopiero od Tykwy dowiedziałem się, że moja nerka nieźle radziła sobie po chemii, dopiero sepsa (toksyny mikrobów lub leki, którymi mnie faszerowano) dała jej w kość tak, że zostałem Waszym pacjentem.

Jak teraz myślisz — jestem idiotą czy nie? Przecież na własne życzenie złapałem zapalenie płuc, sepsę i wykończyłem nerkę. Dzięki irracjonalnej bojaźni przed zastrzykami. Zupełnie niezamierzonym, ale jakże miłym odpryskiem moich działań stała się znajomość z Tobą, ale teraz zastanawiam się czy… czy warto było? Czy taki miał być sens moich cierpień — spotkanie Ciebie? Ktoś wierzący miałby prostą odpowiedź: „Opatrzność nami kieruje i nic na to nie poradzisz, musisz się z tym pogodzić, co ma być, to będzie”. Tylko, że ja mam w sobie silne poczucie niezależności i zawsze budzi się we mnie buntownik, kiedy mi się coś nakazuje lub narzuca wbrew mojej woli. I jeśli faktycznie taki miał być sens moich cierpień, to ja tu nijakiego sensu nie widzę. A więc coś się jeszcze musi wydarzyć, jako konsekwencja ostatnich wydarzeń… Tylko co?

Kończę już, by Cię nie zanudzić moimi wynurzeniami. Do zobaczenia we wtorek :-)

W.


Z przydługiego spaceru wracał do siebie drogą okrężną, coś ciągnęło go, by przejść pod oknami jej domu. Zaskoczył go widok bijącego przez nie światła i poświata telewizyjnego ekranu podświetlająca okno balkonowe. Zatrzymał się i wysłał sms, po czym, już z mieszkania, wysłał krótki list.


Do: eM <+48964375910>

14-12-2014 nie 17:29

Welcome to Inowrocław! Wszystkie znaki na niebie i Ziemi wskazują, że wróciłaś :-)


Do: WP <+884765799>

14-12-2014 nie 19:01

Jestem osaczona…?


Do: eM <+48964375910>

14-12-2014 nie 19:05

Ty jednak masz jakieś szpiegowskie inklinacje :-) Po prostu przechodziłem nieopodal, spojrzałem w okno, zobaczyłem światło i błękitny odblask telewizora.


Nadszedł wreszcie wyczekiwany wtorek, szesnasty dzień grudnia. Po dziewięciu dniach miał zobaczyć Ewelinę. Chciał przywitać ją serdeczniej, by okazać uczucie. Przecież tak za nią tęsknił…

Wszedł na oddział. Przy drzwiach przywitała go choinka bożonarodzeniowa. W głębi, obok drzwi prowadzących na salę dializ, stały dwie pielęgniarki: Adriana i Ewelina. Przechodząc przywitał je słowami: „Dobry wieczór, paniom”. W tej sytuacji nie mógł okazać Ewelinie szczególnej atencji. Poszedł się zważyć, po czym wyszedł do przedsionka. Czekał zaniepokojony z mocno bijącym sercem na wolne łóżko. Stał odwrócony tyłem do korytarza patrząc przez szybę na widok za oknem, kiedy usłyszał Jej głos:

— Dzień dobry.

Odwrócił się.

— Cześć, Enjo! Dzień dobry!

Podszedł, ujął jej dłoń i uniósł do ust.

— Jak to miło, że cię wreszcie widzę. Dziewięć dni cię nie było, a mnie się wydaje, że cały miesiąc ciebie nie widziałem.

— Chciałam z tobą porozmawiać. Ale nie tutaj, przyjdź na salę na końcu korytarza, tam dzisiaj jestem.

— Acha, dobrze, zaraz przyjdę, tylko skorzystam z ubikacji — zrozumiał, że to będzie raczej ostateczna rozmowa, która ma zakończyć ich znajomość na tak serdecznym poziomie. Musiał pójść do łazienki, by ochłonąć i uspokoić się. Wypił kilka łyków zimnej wody i przemył twarz.

Po chwili ruszył w głąb korytarza, ale Ewelina wyszła mu naprzeciw i zmieniła plan.

— Zrobimy to inaczej. Idź na salę na łóżko, a ja do ciebie podejdę i tam porozmawiamy.

Ulżyło mu. Gdyby to miała być rozmowa dla niego nieprzyjemna, na pewno Ewelina nie podejmowałaby jej na sali ogólnej, pośród personelu i pozostałych pacjentów. „Przecież aż taka bez wyczucia nie może być” — pomyślał.

Położył się na łóżku nr 6. Czekał z niepokojem na Ewelinę. Po kilku minutach podeszła i z nieodgadnionym wyrazem twarzy podwindowała nieco łóżko, po czym usiadła po jego prawej stronie, podginając pod siebie z wdziękiem prawą nogę.

— Byłeś w piątek w Toruniu? — zaczęła ni stąd ni zowąd. Twarz miała nieruchomą niczym maskę.

— Ja? W Toruniu? — zdziwił się. — Nie byłem.

— Przyznaj się — naciskała.

— Ale ja naprawdę nie byłem w Toruniu. Czyżby ktoś mnie tam widział? Może mam sobowtóra?

Przez chwilę wpatrywała się w jego twarz.

— Powiedz prawdę. Bo zaraz zacznie się bombardowanie… — zagroziła z uśmiechem.

— Twoja mama miała jednak rację co do ciebie.

— Nie rozumiem… — nagła wolta wybiła ją z toku rozmowy.

— Twoja mama miała jednak rację: „Zaraza” — tym razem on się uśmiechnął, przypominając przezwisko, jakim mama Eweliny wołała na nią z racji jej charakteru.

— Co to było we wtorek? Co się stało, że byłeś taki przyjemny — zaakcentowała ostatnie słowo.

— Ach, we wtorek…? Wiem już, skąd masz o tym informacje — przekręcił głowę w lewo, gdzie Adriana zajmowała się innym pacjentem. To przecież ona była przy jego łóżku we wtorek.

— Ciebie nie było, ot i wszystko — zakończył.

— Wszystko? Czy ty nie przesadzasz?

— Być może… Ty byłaś tak daleko, ja tutaj sam i poczułem się nagle taki opuszczony, bez kogoś przyjaznego obok. No i tak mi się porobiło.

Zamilkli na chwilę.

— Mam taki pomysł — podjął rozmowę. — Weźmiesz jakąś starą strzykawkę, może być nawet taka ze szklaną ścianką, fiolki z wodą destylowaną, parę rękawiczek, zapakujesz to do torby i przyjdziesz do mnie. Pomożesz mi ubierać choinkę. A te atrybuty to na wszelki wypadek — jakby co, to przyszłaś dać mi zastrzyk z heparyny, bo w szpitalu ktoś zapomniał. Co ty na to?

Po chwili wpatrywania się w niego odpowiedziała:

— Ale ty masz nieziemskie pomysły… — i pokręciła głową z politowaniem. — Lepiej napisz do mnie list. Piszesz tak interesująco.


Niespodzianie podczas dializy otrzymał od niej wiadomość na komórkę. Później wymiana esemesów stała się normalną sprawą, kiedy chcieli sobie nawzajem coś zakomunikować bez zwracania na siebie uwagi pozostałych osób przebywających na sali.


Do: WP <+884765799>

16-12-2014 wto 17:41

Uśmiechnij się!


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Odp. na sms

Data: Wto, 16 gru 2014 18:02

Załączniki: 1; Content-Type: image/jpeg; filename="choineczka_i_laleczka.jpg”;

Hej,

Dzięki temu, że odwiedziłaś „swojego” pacjenta i usiadłaś na moim łóżku, z wdziękiem podwijając nogę, mogłem wreszcie przypatrzeć się Twojej twarzy. Mogą wydać się Tobie śmieszne te słowa, bardziej pasujące do języka dzieci, ale myślę, że dzięki temu są one bardziej ciepłe: jesteś ładna :-).

W.


Do: WP <+884765799>

16-12-2014 wto 18:20

Zawstydzasz mnie…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Jak_cudowne_są_powroty

Data: Wto, 16 gru 2014 20:55


No, tak…


Hm… od czego by tu zacząć? Zanosi się na to, że znowuż będę rankiem niedospany, no bo skoro życzysz sobie, bym coś naskrobał, to muszę skrócić moją porcję snu. A noc wszystko stajemnicza i pozwala skupić się na rozmyślaniu i pisaniu […].

Dlaczego zapytałaś mnie o Toruń? Czyżbym miał swojego sobowtóra? W Toruniu ostatni raz byłem, bodajże, w roku 2002 i to tylko przejazdem — na dworcu PKP.

A co do mojego braku humoru albo chandry…

~~~~~~~~~~~

w tym miejscu nastąpiła ok. dziesięciominutowa przerwa, bo nie zauważyłem, że kroplówka spłynęła i nerka zapowietrzyła się… no dobrze, kolejna porcja NaCl została podłączona, wracam więc do przerwanego wątku, a raczej zacznę go od nowa. A więc tak…

~~~~~~~~~~~

Co do mojego braku humoru albo chandry w sobotę (swoją drogą Adriana ma nieco za długi język; chciałem jej to nawet powiedzieć, oczywiście na wesoło, bez złośliwości, ale mogłaby mieć jakieś uwagi do Ciebie, że przekazujesz mi to, co ona mówi, więc zrezygnowałem) to rzeczywiście zachowałem się chyba nie tak: cały czas kiedy podłączała mnie koleżanka Adriana, leżałem z zamkniętymi oczami i nie odezwałem się do niej ani razu. Byłem wkurzony na cały świat. Kilka zdawkowych odpowiedzi na jej pytania — „tak” i „nie” — i to wszystko. Chociaż usilnie starała się wydobyć ze mnie przyczynę mojego stanu ducha, to nie poddałem się jej urokowi… Gdy Ciebie nie było, pisałem moje maile, słałem elektroniczne listy jeden po drugim i nie wiedziałem, jak tę moją pisaninę odbierasz… Zastanawiałem się, czy to wszystko ma sens? Nie wiedziałem, co będzie po Twoim powrocie, jak to wszystko się ułoży? Dzisiaj, kiedy poprosiłaś mnie o chwilę rozmowy, myślałem, że będzie to rozmowa ostateczna, wiadomo z jakim skutkiem dla mnie.

~~~~~~~~~~~

…w tym miejscu musiałem ponownie przerwać przelewanie moich myśli na ekran tabletu, gdyż skończył się czas dializy; teraz kontynuuję pisanie w hallu…

~~~~~~~~~~~

Ale kiedy powiedziałaś, że przyjdziesz na ogólną salę porozmawiać ze mną, pomyślałem, że to jest niemożliwe, abyś tam miała mi zakomunikować coś nieprzyjemnego, bo aż taka wyrachowana „zaraza” z Ciebie nie może być. Pozostałem więc zawieszony między obawą a nadzieją. Na szczęście to drugie przeważyło. Po rozmowie odżyłem, a Ty wydałaś mi się po powrocie z podróży odmieniona, weselsza i, co ważne, rozmowa była odmienna od dotychczasowych krótkich, prawionych sobie grzeczności, nie jakieś śmichy-chichy, ale coś poważniejszego. Ponownie zaskoczyłaś mnie bardzo, kolejny punkt dla Ciebie. Poczułem się na tyle ośmielony, że wyskoczyłem jak Filip z konopi, z zaproszeniem na imprezę w postaci ubierania choinki. Oj, śmiać mi się teraz z tego chce. A na ten „wyrachowany” pomysł wpadłem wcześniej w domu.

Nie widziałem Ciebie dni dziewięć zaledwie, a straszliwą udrękę przeżywałem, jakbyś na miesiące zniknęła z mojego horyzontu. Kiedy zobaczyłem Ciebie dzisiaj na korytarzu, byłem cały happy. W domu pomyślałem, że jeżeli tak się wydarzy, to nie omieszkam ucałować Twojej dłoni. Jednak, jak to często bywa — ot, chociażby pamiętnego 6 grudnia (wtedy widziałem Ciebie ostatni raz) — nie wszystko poszło po mojej myśli, gdyż byłaś z Adrianą. Ale udało mi się później okazać coś w ten sposób. Może to i staroświeckie, ale podobają mi się pewne wzory zachowań z przeszłych czasów, kiedy wszystko było bardziej przewidywalne i uporządkowane.

Miałem zająć się pisaniem kolejnego artykułu, tymczasem monologuję z Tobą.

Będę musiał kończyć, bo zaraz zamykają szpital, a ja nieco zgłodniałem.


Dziękuję za dzisiejszy dzień :-)

Miłych snów…

Do następnego spotkania…

W.


Do: WP <+884765799>

16—12-2014 wto 21:39

Widzisz taka ze mnie zaraza… A zmieniając temat, zapytałeś mnie kiedyś, czy noszę bransoletki…, otóż właśnie dzisiaj po dyżurze sobie kupiłam ze znakiem nieskończoności :-) Monika podwiozła mnie do Galerii. Gdybym tolerowała mężczyzn w damskiej biżuterii, to zapewniam Cię że podarowałabym Ci taki talizman.


Do: eM Aszka <+48964375910>

16-12-2014 wto 21:47

Uprzedziłaś mnie :-( Myślałem o bransoletce dla Ciebie, ale zastanawiałem się jaka ma być? Pamiętałem tylko, że ma mieć grube ogniwka.


Do: WP <+884765799>

16-12-2014 wto 22:02

Nie grube! Jak będę w pracy to zobaczysz… Łańcuszek miałam dzisiaj, zdobił moją szyję — też ze znakiem nieskończoności i bransoketka jest identyczna … Tak się kończą zakupy w galerii. Nie przeszkadzam, życzę spokojnej nocy.


Do: eM Aszka <+48964375910>

16-12-2014 22:11

Ojej! Nie zauważyłem rodowej biżuterii… Mogę mieć tylko nadzieję, że swym gapiostwem nie uraziłem Jej Książęcej Wysokości :-)


Do: WP <+884765799>

16-12-2014 wto 22:59

Księżna urażona…:-) Zdejmuje diadem i kieruje się w stronę sypialni… Im więcej się lenię tym bardziej jestem zmęczona. Mam nadzieję, że poza garstką paszy coś jeszcze zjadłeś ; -):-D


Do: eM Aszka <+48964375910>

16-12-2014 wto 23:03

Jaka szkoda, że nie jestem świadkiem tego :-). Taka rozleniwiona, układająca się do snu… Musi to być wielce ponętny widok… Dla mnie nie musiałabyś nawet owego diademu zdejmować, mogłabyś w nim spać. Oczywiście… tylko w nim :-) Przechodzę do sieci, napiszę list. Miłych snów.


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Coś się zmieniło

Data: Śro, 17 gru 2014 01:16


Enjo miła,


Tak, jak esemesowałem, przechodzę do sieci i odpowiadam z tabletu. Bo szybciej, więcej i za darmo.

Coś się w Tobie zmieniło dzisiejszego dnia, używasz zwrotów, których jeszcze kilka dni temu nie używałaś i piszesz mi o sprawach, o których do tej pory nie ośmieliłabyś się pisać. To są drobiazgi, ale bardzo symptomatyczne. Dwa przykłady:

„Księżna urażona zdejmuje diadem i kieruje się w stronę sypialni” — do tej pory od tematów, które mogły się kojarzyć ze sprawami „sypialnianymi”, uciekałaś jak najdalej. Wystarczy przypomnieć sobie, jak nagle z Twojej strony zapadała cisza, kiedy tylko kończyłem list troszkę czulszym słowem. […] A co do owego diademu… Nie jest Tobie, jak widzę, obca sztuka uwodzenia przez oddziaływanie na wyobraźnię… Jeśli byłaś tylko w ów diadem przyodziana, to bardzo żałuję, że nie jestem Twoją pościelą, w którą się z lubością zanurzasz, a która, kiedy sen Cię zmorzy, bezwstydnie wtula się w najintymniejsze zakamarki Twojego ciała… No tak, pofantazjować miła rzecz, ale za bardzo zaczynam w ciemne zaułki ludzkiej podświadomości uderzać. Może zaciekawi Ciebie fakt taki oto: ile razy moje myśli próbowały Ciebie tylko w tym, przysłowiowym, diademie ujrzeć, od razu odganiałem je i przywoływałem zupełnie inne obrazy. Źle bym się czuł sam przed sobą z taką podwójną osobowością, gdybym mówił Tobie jedne rzeczy, a w myślach traktował Cię inaczej. Przypomniałem sobie teraz, jak Sted zwracał się do swojej ukochanej w tekstach — „gałązko jabłoni” (to chyba przez nią odebrał sobie życie). Gałązka jabłoni… Czy to nie jest piękne? (coś mi chyba wpadło do oczu…).

Inna sprawa… Zaczęłaś nagle żartować w swoich tekstach. Troszczysz się np. o to, czy „prócz garstki paszy zjadłem coś jeszcze”. Otóż tak, zjadłem solidną porcję bigosu, a po drodze ze szpitala kanapkę z ciemnego chleba z szynką i dwoma listkami kapusty pekińskiej (już widzę, jak się zanosisz ze śmiechu, wyobrażając sobie, jak idę przez ulicę z głupkowatym uśmiechem zapatrzony w główkę kapusty, na której widok cieknie mi ślina).

Jak to dobrze, że załączonej do maila fotografii z choineczką i „dobrze zbudowaną” laleczką porcelanową nie wzięłaś sobie do serca jako przytyku do Twojej, wybacz, tuszy ; -). No bo skoro obruszyłaś się za „grube” ogniwka łańcuszka, to za tego „grubaska” z porcelany mogłabyś mi naurągać przy całej obsadzie oddz. dializ.

Acha, a pamięć to Ty masz dobrą. Przypomniałem sobie jak na łóżku powiedziałaś, że jak nie będę mówił, to zacznie się „bombardowanie”. Nawiązałaś w ten sposób do mojego maila, gdzie tak nazwałem uporczywe wysyłanie do mnie smsów i telefony od Ciebie. Ale owo „bombardowanie” podtrzymywało mnie na duchu, za co jestem wdzięczny.

Co do nowego łańcuszka, który dzisiaj „dźwigałaś” na szyi, to… Och, popełniłem nietakt, spore faux-pas, nie zwróciwszy nań uwagi. Nawet bransoletki nie zauważyłem. Nie wiem, jak to było możliwe, zazwyczaj zauważam takie szczegóły. No cóż, jedynym wytłumaczeniem może być tylko to, że wpatrywałem się usilnie w Twoją twarz próbując dojrzeć kolor Twoich oczu. A tu ani koloru oczu, ani łańcuszka. Nie popisałem się po raz kolejny.

A Ty, mimo wszystko, piszesz, że podarowałabyś mi podobny drobiazg. Tego to już zupełnie nie rozumiem. Co się dzieje? Taki nagły przeskok od oziębłości do… nieskończoności. Może to moje natarczywe maile tak Tobie „błękit w głowie zabełtały”? Może coś zaszło podczas objazdu włości Waszej Wysokości na południu Polski?

Po pięciu dniach ogoliłem się dzisiaj. Trochę było mi żal zarostu, kiedyś nosiłem brodę i w Krakowie kupiłem sobie maszynkę do jej podstrzygania. Broda była czarna, teraz byłaby w 3/4 srebrna, chyba by mnie postarzała.

Wracając do domu zastanawiałem się, czy ktoś widział jak dłoń Twoją do ust uniosłem na korytarzu oddziału? Bo drzwi od sali dializ były otwarte cały czas.

No cóż, moja(?) endorfinko, muszę kończyć. Ty śpisz, a ja, by spełnić Twoje zachcianki, męczę mój wzrok. Jest już 01.14.

Pozdrawiam :-)

W.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re:_Coś_się_zmieniło

Data: Śro, 17 gru 2014 11:11

Witaj Analizatorze…:-)

Dziękuję… Chwilowo brakuje mi czasu, ale zapewniam Cię, że odniosę się do wielu spostrzeżeń i wniosków w mailu, którego spróbuję napisać( nie wiem kiedy?)

Życzę Słońca…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: ODP:_Re:_Coś_się_zmieniło

Data: Śro, 17 gru 2014 17:08


Dzień dobry, Ewelinko,

Czy Wasza Wysokość wyspała się dobrze? Czy aby satynowa pościel dosyć miękką była? Czy atłasowe poszewki na poduszkach najdelikatniejszym gęsim puchem wypchanymi były dostatecznie pachnidłami nasennymi skropione? Czy aby jakoweś ziarnko piasku nie obtarło delikatnego brzuszka Waszej Książęcej Mości albo, co gorsza, równie delikatnych — przepradzam za śmiałość — pośladeczków? Bardzo by mnie to zmartwiło :-D

Jeżeli jesteś zmęczona, to nie ślęcz nad zwrotnym mailem. Nie wymagam tego. No, chyba, że bardzo Ci się chce. Dziwiłem się dzisiaj, że słońce wyszło zza chmur, a to Twoja zasługa — zakończyłaś swój list życzeniami słońca… no i się spełniło. Zaraz kończę tę pisaninę na klawiaturze i biorę się za pisanie kartek świątecznych, bo to już za tydzień wigilia. Myślę o czymś w związku z tym dniem, tylko jeszcze nie wiem, jak ów plan zrealizować. Dobrze byłoby, gdybym jeszcze dzisiaj skoczył na pocztę, jutro może być o ten jeden dzień za późno i przesyłki nie dotrą na czas. Ale jestem trochę podziębiony i jakoś nie chce mi się wychodzić na zewnątrz. Zobaczymy.

Teraz Cię pożegnam. Nie wiem, kiedy Ciebie zobaczę? Może już jutro? A może dopiero w sobotę? Jestem już spokojny, głowa mnie nie boli, ciśnienie wróciło do normy. I to wszystko zawdzięczam przydługiemu językowi Adriany. Jedna rzeczowa rozmowa z kimś nieobojętnym mojemu sercu (teraz mówię o Tobie) i człowiek wraca do gry. Życie ciekawie się nieraz układa. Myślę, że to dobrze, iż nie spotykam Ciebie każdego dnia, ale co kilka dni. Takie rozłąki utrwalają pewne układy (nie wiem, jak nazwać „to coś” między nami, a właściwie między mną a Tobą), wzbudzają tęsknotę i wzmacniają fascynację (być może to za mocne słowo) drugą osobą. Kiedy spotykam Ciebie po kilku dniach niewidzenia, to przeżywam to bardzo mocno. Zdradzają mnie tylko skoki ciśnienia.

Codzienne widywanie się często prowadzi do monotonii i wzajemnego znudzenia się sobą, wtedy każdy szuka własnego sposobu na wypełnienie pustki duchowej, która z czasem powstaje i pogłębia się. I tak dochodzi do zaniku więzi łączących dwoje ludzi. Bardzo to upraszczam, ale tak to, mniej więcej, wygląda. Cała sztuka polega na tym, by cały czas wzajemnie się adorować i fascynować sobą, a jednocześnie mieć własne zainteresowania. Trzeba w tym wszystkim zachować umiar i właściwe proporcje. […] Mam nadzieję, że naszej znajomości taka degrengolada duchowa nie grozi.

Ale filozof ze mnie. Szkoda tylko, że taka mądrość życiowa tworzy się dopiero po własnych przeżyciach i to pod koniec żywota, a człowiek i tak umiera głupi. Jest takie powiedzenie: im starszy, tym głupszy.

No, popatrz tylko, jak mi się dobrze z Tobą „rozmawia”. Miałem skończyć, a ja piszę, i piszę i piszę. Jest 16.40. Teraz definitywnie kończę. Nie rozpaczaj, łzy obetrzyj muślinową chusteczką, jeszcze kiedyś się odezwę.

Pani… Niech nocą srebrzyste promienie Księżyca zajrzą do Twej alkowy, delikatnie popieszczą Twoje ciało i ukołyszą Ciebie do snu. A o brzasku otwórz oczęta, przeciągnij się, załóż okulary, rozejrzyj się i powiedz: jaka ja jestem wyspana, jaki piękny dzień dzisiaj jest, jaka jestem radosna, jak bardzo chce mi się żyć!

Do zobaczenia, Pięknooka

W.


Do: WP <+884765799>

17—12—2014 śro 17:21

Dziękuję! Za chwilę idę do pracy. Księżycowej nocy…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Czy muszę coś mówić?

Data: Śro, 17 gru 2014 22:48

Załączniki: 1; Content-Type: audio/mpeg; filename=„Krystyna Prońko — Niech moje serce kołysze ciebie do snu.mp3”;


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re: Czy muszę coś mówić?

Data: Śro, 17 gru 2014 23:45

Romantyczno duszo…


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re: Czy muszę coś mówić?

Data: Śro, 17 gru 2014 23:48

....jestem przekonana, że na pisaniu książek zarobiłbyś fortunę, a romanse w Twoim wykonaniu podbiłyby serca wszystkich kobiet nie tylko w Polsce, a jestem przekonana, że na całym świecie…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: ODP:_Re:_Czy_muszę_coś_mówić

Data: Czw, 18 gru 2014 00:03

Gadka-szmatka… Złośliwa duszo....idę spać i wyłączam tablet. Jeszcze tylko czegoś wysłucham, po czym przekręcę się na bok, bo w łóżku leżę już od 21.00. Muszę się wygrzewać, by lekkie przeziębienie nie przeszło w coś gorszego.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re: ODP: Re: Czy muszę coś mówić?

Data: Czw, 18 gru 2014 06:19

przeczytałam to co napisałam, wniosek — analfabetka :-( żałosne


Do: WP <+884765799>

18-12-2014 czw 10:47

Dosyć tego spania! Za chwilę będzie dla Ciebie świecić słońce…


Do: eM Aszka <+48964375910>

18-12-2014 czw 10:58

Moja miła, ależ ja nie śpię :-) Rankiem byłem na poczcie nieopodal Twojej posiadłości wysłać kartki. A czy Ty już otrząsnęłaś sie z mgły sennej? Dlaczego mnie tak bardzo cieszą Twoje esemesy? Napisz mi, czy jest możliwość, że przesyłka nadana do Ciebie nie trafi w Twoje ręce a do innej osoby?


Do: WP <+884765799>

18-12-2014 czw 11:36

Ups…, tego nie wiem. Jeżeli będzie w kopercie, to będzie w stanie nienaruszonym. Chociaż do świąt, to ja będę codziennie w domu. Do poniedziałku na pewno będzie bezpieczna :-) Proszę, jaka strategia…, jakie naprowadzające pytanie; -) właśnie wrocilam z UP.


Do: eM Aszka <+48964375910>

18-12-2014 czw 11:51

Tak naprawdę to chyba pomyślałaś: ale drań, jak cwanie próbuje mnie podejść i wybadać. Teraz myślę o moich mailach, bo sporo słów w nich padło… Są bezpieczne?


Do: WP <+884765799>

18-12-2014 czw 11:59

Bardzo bezpieczne:-) Podobno kobiety są ciekawe… Ciekawość zaspokojona?


Do: eM Aszka <+48964375910>

18-12-2014 czw 12:16

Czy ja wiem…? Nie do końca. Udzielasz równie enigmatycznych odpowiedzi jak moje pytania. Tak się sobie wzajemnie przypatrujemy, a ja sonduję Ciebie: jaki jest Pani ulubiony kolor, dlaczego nie nosi Pani bransoletki, czy list (miała to być niespodzianka) może przejąć inna osoba? Dla pewności na kopercie nie umieszczę nadawcy, a adresat zostanie określony zwyczajowym „Sz. P.”.

Wiesz, wydaje mi się, że mi powszedniejesz, stajesz się jakaś zwyczajna.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat:; -)

Data: Czw, 18 gru 2014 12:22

I co byłam do tej pory taka nieskazitelna…, a teraz już nie mieszczę się w ramach przez Ciebie wyznaczonych… Miłego dnia Szpiegu; -)


Do: WP <+884765799>

18-12-2014 czw 12:34

W sobote jestem w pracy, więc niestety mnie zobaczysz… Moje odpowiedzi — enigmatyczne… Sama na wiele pytań nie znam odpowiedzi. A Ty swoją osobowością intrygujesz i do tego masz tego świadomość zarazo :-)


Do: WP <+884765799>

18-12-2014 czw 12:39

Dializa dzisiaj o…?


Do: eM Aszka <+48964375910>

18-12-2014 czw 13:05

To, że Ciebie zobaczę, to b. miła informacja. Ja intryguję??? Szczęka mi opadla… Czym? A od kiedy to jesteś tak mną zaintrygowana, bo ja tego nie zauważyłem? Chociaż zmieniłaś się od czasu powrotu z południa. Może to moje uporczywe maile tak Ciebie „rozmiękczyły” (wreszcie) i to moje skrobanie przyniosło pewien efekt? Spróbuję więc nadal stosować moje podchody, może faktycznie jest we mnie coś „intrygującego” :)? (trochę próżności i we mnie tkwi :) ). Nie wiem, o której mam dializę. Idę coś zjeść. Jutro jestem sam, oferta aktualna :-), ale nie sądzę, że z niej skorzystasz :( Przejdź na mailowanie.


Do: WP <+884765799>

18—12—2014 czw 13:37

Widać słońce! Ok — mail.


Do: eM Aszka <+48964375910>

18—12-2014 czw 14:36

Tak, widać słońce. Masz zdolnosci wpływania na siły natury? Jeszcze coś — oferta nieaktualna, jestem przeziębiony, a więc coś rozsiewam. Tablet włączę w szpitalu.


Do: WP <+884765799>

18-12-2014 czw 14:52

Siejesz i owszem — zarazę! No proszę, coś przerazilo, przestraszylo, przeroslo… Moja twarz roześmiana… Pamiętaj mówiłam, że jestem czarownicą — prosiłam odżywiaj się odpowiednio żeby odporność się nie obniżyła. A sama … nie da sie żyć :-)


Do: eM Aszka <+48964375910>

18-12-2014 czw 15:43

Mądrala w kącie stała. Nic nie prze…, prze…, prze… Przypomniałem sobie tylko, że mogę Ciebie zarazić, a nie będziemy przecież w maseczkach się spotykac — nie urządzam balu maskowego :-D Ale, ponieważ nie kicham, ponawiam ofertę(!). I co Ty na to panno(?) mądralińska :-)?

Czy nie masz dzisiaj nic pożyteczniejszego i mądrzejszego do roboty jak zasypywanie mnie esemesami :-) Uśmiecham się radośnie, kiedy przypominasz mi o sobie sygnalem w telefonie, ale od nadmiaru słodyczy można źle skończyć, nie wiesz o tym? A co do mojej zarazy, to kto z kim przestaje, takim się staje :-). Prosiłem — przejdź do sieci, tam nie trzeba domyślać się, „co autorka miała na myśli”, bo można obszerniej pisać, a tak muszę prosić o rozwinięcie myśli z ostatniego zdania Twojego esemesa. Widocznie tępieję. Tęsknię. Pa


Po wyjściu z domu, zgodnie z sugestią Eweliny, wysłał do niej sygnał, by oddzwoniła. Odpowiedzi nie było, wysłał więc sygnał po raz drugi. Również i ten pozostał bez odpowiedzi. Dopiero przechodząc między Kauflandem a KFC usłyszał dzwonek w komórce. To była Ewelina. Nareszcie!

— Przepraszam Cię, ale miałam dwa telefony. Dzwonił mój brat i bratowa i wyobraź tylko sobie, że oboje z różnych miejsc dzwonili, wiesz? Dlatego dopiero teraz mogę z tobą rozmawiać.

— Acha, rozumiem. A ja się martwiłem, co się stało? Właśnie mijam KFC i za pięć minut będę w szpitalu. Póki pamiętam, przypomnij mi później, że mam tobie napisać o Szecherezadzie, dobrze?

— Dobrze, przypomnę.

— Pa.

— Pa.


Po wejściu do szpitala miał jeszcze pół godziny do rozpoczęcia dializy. Usiadł więc w hallu obok baru, na swoim stałym miejscu, i wyjął komórkę i tablet i uruchomił oba urządzenia.


Do: eM Aszka <+48964375910>

18-12-2014 czw 16:56

Za chwilę prześlę Twój sms, którego sensu ostatniego zdania nie mogę pojąć. A może dopatruję się czegoś, nieistotnego, czego nie ma? Do soboty.


Do: WP <+884765799>

18-12-2014 czw 16:58

A jutro…:-)


Do: eM Aszka <+48964375910>
18-12-2014 czw 17:00

Ojej, jutro też będziemy razem, ale tylko w sieci, natomiast w sobotę ponownie się zobaczymy. To miałem na myśli :-)

To ten niezrozumiały tekst, tzn. jego ostatnie zdanie:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 64.85