E-book
27.3
drukowana A5
62.31
Jesteś… bo zawsze gdzieś będę…

Bezpłatny fragment - Jesteś… bo zawsze gdzieś będę…

część pierwsza


Objętość:
291 str.
ISBN:
978-83-8104-940-5
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 62.31

Chcieć więcej, niż się wie, że można chcieć,

To codzienna klęska tych, którzy kochają.

„Piasek”, Jonasz Kofta

Wprowadzenie

Wydarzenia tu opisane miały miejsce naprawdę, stąd też jakiekolwiek podobieństwa bohaterów do żyjących osób nie są przypadkowe. Jednakże wszystkie dane osobowe, a więc imiona i nazwiska, aliasy i adresy skrzynek pocztowych oraz numery telefonów zostały zmienione przez autora i nie należy ich łączyć ze światem rzeczywistym. Dialogi i myśli zawarte w książce pochodzą z oryginalnych wiadomości elektronicznych i nie zostały w jakikolwiek sposób zniekształcone, prócz fragmentów usuniętych ze względu na zbyt osobisty charakter ich wypowiedzi jak i tych, które nie miały jakiegokolwiek wpływu na przebieg akcji niniejszego utworu, co zostało zaznaczone.

Zakończenie tej historii jest czystą fikcją literacką, ale życie cały czas pisze jej ciąg dalszy…

Składam serdeczne podziękowania pewnej niesamowitej kobiecie, bez której katalitycznej roli książka ta nie powstałaby. To dzięki Jej pomocy, mentalnemu oddziaływaniu i duchowemu wsparciu, których od Niej doświadczałem, mogłem napisać tę książkę. To dzięki Niej zdołałem utrwalić jeden z piękniejszych fragmentów mojego życia.

Nigdy nie zwróciłaś się do mnie po imieniu, zawsze było to: Ty, Tobie, Tobą, Ciebie — zaimek II osoby liczby pojedynczej we wszystkich przypadkach odmieniałaś, a jednak…

…a jednak wiele Tobie zawdzięczam… nawet nie wiesz, jak wiele…

AUTOR

Wstęp

Kiedyś listy pisane były powoli, z namaszczeniem, nadawca zastanawiał się nad każdym słowem, bo skreślenia były czymś niestosownym. Równie powoli listy wędrowały do adresata: powozem, konnym posłańcem, żaglowcem. Tak samo powoli narastały namiętności, długo trwały, a zwrócone słowo równie długo wędrowało do wybranki lub wybranka.

Teraz wszystko przyspieszyło. Listy elektroniczne korygowane są na bieżąco, esemesy pisane są w autobusie bez dbałości o formę, Facebook pozwala na błyskawiczne nawiązywanie kontaktów towarzyskich, a wklepane lub wstukane treści po kilkunastu sekundach trafiają do odbiorcy, choćby znajdował się on na drugim krańcu świata. Taką samą drogą podążyły uczucia: szybko wybuchają i tak samo szybko przemijają…


Fragment z pamiętnika

W szpitalu znalazłem się z własnej woli. Z własnej głupoty — jak mawiałem. Przez irracjonalny lęk przed zastrzykami. Po operacji wycięcia guza otrzymałem serię kroplówek dla usunięcia pozostałych komórek nowotworowych. To osłabiło cały mój organizm. Byłem zapalonym turystą, lubiłem wyprawy z plecakiem i namiotem w Góry Świętokrzyskie. Nie mogłem już doczekać się kolejnego wyjazdu i usiedzieć na miejscu w domu.

Kilka razy udałem się więc na wędrówkę poza miasto. Była wczesna wiosna, ziemia jeszcze nienagrzana promieniami słońca. Chłodno, wietrznie, czasami dżdżysto. Nie zważałem na to. Po ponad półrocznym leżeniu w zamknięciu, najpierw w centrum onkologicznym, później w domu, cieszyłem się z delikatnej, zielonej mgiełki jaką tworzyły pierwsze, jeszcze nieśmiało reagujące na pieszczotę słońca, listeczki. Ten chłód wczesnej wiosny zaszkodził mi. Mój układ immunologiczny był osłabiony przez truciznę, która miała pokonać raka. Nie wykupiłem zastrzyków mających podnieść moją odporność i to mnie zgubiło.

Nazajutrz po jednej z takich wypraw obudziłem się z dziwnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Byłem niesamowicie słaby, nie chciało mi się nic robić, widziałem podwójnie: i obraz w telewizorze i książki na półkach. Kiedy trzymałem głowę prosto, było w porządku, kiedy przekrzywiałem ją, obraz się rozjeżdżał. Trwało to trzy dni, kiedy żona dawała mi termometr, przed oddaniem go strząsałem rtęć, by ukryć prawidłowy odczyt. Miałem gorączkę ponad 40 stopni, żona widziała najwyżej 39. Nie chciałem wizyty lekarza, mówiłem, że to przejdzie samo. W poniedziałek przyjechał lekarz. Diagnoza: jednostronne zapalenie płuc. I tak zawitałem do szpitala.

Po dwóch dniach pobytu na oddziale wewnętrznym doszła sepsa, ale najgorsze przyszło trzy dni później: przyplątała się biegunka. Musiałem leżeć w pampersach i załatwiałem się pod siebie 7—8 razy na dobę. Wszystko co jadłem, wychodziło ze mnie w postaci rozrzedzonej papki. Dlatego ordynatorka zleciła karmienie pozajelitowe. Po dwóch dniach zrezygnowałem z tej formy żywienia — nie smakowało mi :-). W szpitalu przeleżałem osiemnaście dni i wypisany zostałem na własne życzenie. Ale sepsa uszkodziła moją jedyną nerkę, pierwsza została usunięta wraz z guzem. W tej sytuacji pozostały narząd musiał być wspomagany nerką sztuczną. I tak stałem się pacjentem oddziału dializ, z czym nigdy się nie pogodziłem.


Nazywał ją w myślach Księżniczką. Bo była sztywna, bo rzadko uśmiechała się, bo swoje uwagi wygłaszała władczym tonem, bo nosiła się wyniośle, bo… rzadko podchodziła do jego łóżka. Inne pielęgniarki śmiały się razem z pacjentami, żartowały i przekomarzały z nimi. On też od czasu do czasu poddawał się temu nurtowi towarzyskiego flirtu, przekomarzania i słownych gier. A jednak łapał się na tym, że coraz częściej wodził wzrokiem za jedną z nich, właśnie za nią. Gdyby miał odpowiedzieć na pytanie „dlaczego, co w niej takiego intrygującego?”, nie wiedziałby co odpowiedzieć. Nie potrafił też przywołać z pamięci jej twarzy, a jedyna charakterystyczna cecha, z którą ją kojarzył, to czarne, proste włosy, z których ułożeniem musiała mieć duży kłopot, bo za każdym razem po przejściu przez salę, rozsypywały się na jej ramionach tworząc inny, nieprzewidywalny układ. Być może to włosy, a może jej oczy skryte za szkłami okularów, a może lekko nosowy tembr jej głosu, a może to wszystko na raz zwróciło na nią jego uwagę? Zaczął jej się przyglądać dokładniej. Miała inteligentną twarz. Chciał z nią porozmawiać, ale rzadko się nim zajmowała. Zaledwie dwukrotnie miał okazję wymienić z nią kilka zdań, ale rozmowy te wywarły na nim duże wrażenie.


Nie pamiętał początków ich znajomości, nie pamiętał, kiedy pierwszy raz zwrócił na nią uwagę. Jak przez mgłę zaledwie dwa wydarzenia z nią związane potrafił z pamięci przywołać.

Przyjechał kiedyś do szpitala ambulansem z dwójką innych pacjentów. Był z nich najsprawniejszy, więc wysforował się przed nich i jako pierwszy wszedł na salę.

— A pan sam przyjechał? — zapytała go pielęgniarka zza biurka. To właśnie była ona.

— Nie, ze znajomymi.

— Przecież karetka po pana pojechała — powiedziała z wyrzutem. — Dzwonił pan chociaż do kierowcy, że sam przyjedzie?

— Ale przecież ja właśnie karetką przyjechałem.

— Dzień dobry! Dzień dobry! — przywitały się obie kolejne osoby wchodząc na salę. To byli pasażerowie ambulansu. Ewelina nagle pojęła wszystko.

— To są pana znajomi? — upewniła się jeszcze.

— Tak.

Pielęgniarka zaśmiała się, gdyż tak ją rozbawiła ta sytuacja.

Innego dnia otrzymał telefon, że może zjawić się wcześniej na dializie, gdyż jest wolne stanowisko. Był już ubrany, gdyż i tak chciał przyjść wcześniej do szpitala, więc zjawił się już po kwadransie od telefonu.

— Przepraszam, a pan to półmaraton uprawia? — zapytała go zaskoczona Ewelina.


Zobaczył ją po dwutygodniowej przerwie, było to nazajutrz po wszczepieniu stałego cewnika, przez który podłączany był do sztucznej nerki.

— Była pani na urlopie?

— Ja? Skądże?

— Tak długo pani nie widziałem. Myślałem, że przebywa pani gdzieś na łonie natury.

— Nie. Widocznie chodziłam na inne zmiany i mijaliśmy się.

— Być może…

Pielęgniarka założyła maseczkę na twarz, po czym wdziała rękawiczki.

— No dobrze. Proszę założyć maseczkę i zaczynamy zabawę.

— A w co się bawimy?

— Będę pana dręczyć, szczypać i drapać — powiedziała i wyciągając przed siebie dłonie z rozcapierzonymi palcami na wysokości twarzy i poruszając nimi drapieżnie zbliżała się do niego. Pomyślał, że takim zachowaniem maskuje zmieszanie.

— Wolałbym być głaskany, a nie drapany.

— Od głaskania to chyba jest ktoś w domu, tak?

Zastanawiał się chwilę nad tym, czy wyprowadzić pielęgniarkę z błędu, jednak postanowił przemilczeć odpowiedź i na chwilę zapadła cisza.

— Głodny jestem — zmienił temat — bo tak mnie tu szybko przetransportowano z interny, że nawet nie zdążyłem nic zjeść. Zresztą i tak bym nie zjadł tego, co dali: kilka kromek jakiegoś paskudnego pieczywa pszennego, którego i tak jeść nie mogę, wędlina tylko w połowie z mięsem mająca coś wspólnego i jakieś mazidło w miejsce masła, które przykleja się do podniebienia i nie chce stamtąd się odkleić.

— Bardzo panu współczuję, bo ja jadłam na śniadanie pyszne bułeczki, takie chrupiące, z masełkiem i kakao.

— Gratuluję i zazdroszczę, ale ja bułek pszennych nie mogę jeść.

— Ale one tak pięknie pachną.

— Trudno.

— I są takie chrupiące, takie smaczne… — drażniła się z nim wesoło.

— I co jeszcze?

— Wie pan, jak one pysznie smakują ze świeżym masełkiem? — nie ustawała w przekomarzaniu się.

— Pani jest złośliwa.

— O, to pan jeszcze nie zna mnie od strony złośliwej. Po prostu próbuję tylko wzbudzić w panu radość życia drobnymi przyjemnościami.

Podczas odklejania opatrunku syknął kilka razy z bólu, gdyż włosy na piersi przykleiły się do przylepca.

— Następnym razem proszą przynieść maszynkę do golenia, to panu zgolę ten zarost.

— Samemu to zrobię.

— Nie, bo może się pan zaciąć, a to jest niewskazane, mogłoby dojść do infekcji.

— Dobrze.

— Ale ten cewnik ma pan dziwnie założony.

— Dlaczego?

— Założony jest nad samym sutkiem, jego część zewnętrzna jest dziwnie długa, no i ta mufka, widzi pan, powinna być cała pod skórą. Ona jest po to, że kiedy wrośnie w ciało, to zapobiega wysuwaniu się cewnika. Musiałabym ją czymś zaznaczyć, aby wiedzieć, czy się nie wysuwa, ale czym?

Chciał powiedzieć, że pisakiem, ale uznał, że takie rozwiązanie jest zbyt prostackie i nie wchodzi w rachubę. Pielęgniarka oddaliła się na chwilę i wróciła z… czarnym pisakiem.


Następnym razem miał ze sobą golarkę. Ponownie podłączała go ta sama pielęgniarka. Chciał zdjąć zabezpieczenie z ostrza maszynki, ale nie zdążył. Wzięła z jego rąk przyrząd.

— Najpierw trzeba zdjąć zabezpieczenie z głowicy — uczynnie poinformował ją. Zabezpieczenie było przezroczyste i pielęgniarka mogła je przeoczyć.


— Proszę pana. Tego, jak mam się posługiwać maszynką do golenia, nie musi mnie pan uczyć.

„Ale dałem plamę” — pomyślał, po czym jego brzuch zaczął rytmicznie podskakiwać od tłumionego śmiechu. W końcu nie wytrzymał i parsknął w głos. Pielęgniarka zawtórowała mu.


Bardzo mile mu się rozmawiało. Już nie tylko jej rozkołysane włosy zwracały jego uwagę. Wiedział, że ma do czynienia z nieprzeciętną dziewczyną. Postanowił jakoś zacieśnić ich stosunki i pomyślał, by w wigilię Bożego Narodzenia dać jej mały podarunek: bransoletkę lub podobny drobiazg. Dlatego kiedyś zapytał ją o ulubiony kolor. Nie odpowiedziała wprost, ale dłuższym monologiem o kolorze ścian w domu, o ubraniach jakie lubi nosić, w którym kolorze dobrze się czuje…


Fragment z pamiętnika

15 listopada 2015 r., sobota

Do nerki podłączała mnie Ewelina. Zauważyła, że mam zaczerwienione miejsce wejścia cewnika. Nadmieniłem, że otrzymałem receptę na mupirox — maść z antybiotykiem, by zwalczyć ewentualne zakażenie. Powiedziała, abym jej nie kupował, gdyż przyniesie mi ją z domu, ale dopiero za tydzień, w kolejny wtorek, gdyż przez tydzień będzie pracować w szpitalu w Toruniu.

— Przed ośmiu laty miałam przenieść się tam do pracy, ale w przeddzień podpisania umowy stchórzyłam. Normalnie stchórzyłam. I w ten sposób już od ośmiu lat pracuję na półtora etatu.

Zapytałem ją o ulubiony kolor. Zaskoczona pytaniem przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.

— Ulubiony kolor? Właściwie to nie wiem… Lubię się ubierać w białe rzeczy. Gdy założę białą bluzkę lub białą koszulkę, świeżo wyprasowaną, to czuję, że jestem ubrana i czysto, i schludnie i dobrze się w tym czuję. Może być też coś czerwonego. Do tego czarna spódniczka lub spodnie i czarne buty. Właściwie to mogłabym ubierać się tylko w black and white i czułabym się dobrze. Na pewno nic niebieskiego bym nie założyła, bo źle bym wyglądała, natomiast panu w niebieskim jest dobrze — mówiąc to wskazała na moją koszulę. — Natomiast mieszkanie mam urządzone w brązie i beżu.

To była nasza pierwsza poważna rozmowa.


Następnym razem spotkali się dopiero po dwunastu dniach. Przyniosła obiecaną maść. Zapytał, dlaczego nie nosi bransoletki, chociaż pozostałe pielęgniarki nosiły nawet po dwie-trzy. Okazało się, że miała kiedyś jedną, ale została zerwana. Tu też udzieliła odpowiedzi nie na odczepnego, ale w kilku zdaniach.

— Miałam kiedyś srebrną bransoletkę, ale zerwała mi ją córeczka mojej koleżanki. Próbowałam ją sama naprawić, ale była tak delikatna, że pogorszyłam jej stan jeszcze bardziej. Ogólnie to jestem za szałaputna i musiałabym mieć łańcuszek z grubymi ogniwkami — powiedziała.

Kilka minut później, kiedy podłączała go do sztucznej nerki, wpadł przez okno promień słońca odbity od szyby z naprzeciwka i oświetlił jej przedramię… Na kilka sekund rozbłysnął tysiącami złotych iskierek meszek włosów pokrywający je. Nie wiedział, co się dzieje, ale na ten widok coś w nim aż jęknęło. Musiał zamknąć oczy, żeby nie chwycić jej ręki i nie całować zachłannie. To był moment zwrotny w jego życiu.


Kolejny raz podłączała go do maszyny tydzień później. Gdy nachyliła się nad nim, by odblokować zaciski przy cewniku i zasłoniła sobą widok z sali, przesunął dyskretnie opuszkami palców po jej przedramieniu i powiedział:

— Ten meszek jest niesamowicie podniecający.

Nie zareagowała. Zebrała z łóżka zużyte opakowania i utensylia i wyrzuciła je do kosza z odpadkami, po czym ponownie podeszła do łóżka i z zaczepną miną, świadczącą że spodziewa się odpowiedzi przeczącej, zapytała prowokacyjnie:

— To znaczy, że mam się wydepilować, tak?

— Ależ nie, nie! Broń Boże! — zaprzeczył gwałtownie.

Oddaliła się z szerokim uśmiechem, zadowolona z wrażenia jakie na nim wywarła.


Przypadkiem dowiedział się, że jego intrygująca rozmówczyni jest spod znaku Strzelca… Pewnego dnia Monika zauważyła, jak pedantycznie składał bluzę na łóżku przed zabiegiem.

— Pan jest chyba Strzelcem, że tak dokładnie ubranie układa?

— Nie, jestem Wodnikiem.

— Myślałam, że spod Strzelca. Kto to… acha, Ewelina jest taka dokładna i ona jest spod znaku Strzelca.


Fragment z pamiętnika

29 listopada 2014 r., sobota

Dzisiaj przed piętnastą miałem telefon. Dzwoniła Ewelina. Miałem się stawić na 15.20 na dializę. Nie wiem, jak to załatwiła, w soboty przecież jest tłok na sali. Kiedy tam wszedłem, uśmiechnąłem się na jej widok. Leżałem na tym samym łóżku, na którym blask słoneczny oświetlił jej ramię. Przyniosła mi obiecaną maść. Już po jej wyjściu do domu, kiedy maść otwierałem, zauważyłem, że jest jeszcze nieużywana. W marcu lub kwietniu, kiedy męczyła mnie biegunka, przyniosła mi zamrożone borówki. Tak sama od siebie. Pomyślałem więc, że dobrze byłoby, gdybym się jej jakoś odwdzięczył, a przy okazji zawarł z nią bliższą znajomość […].


Sprawdził w kalendarzu, jakie dni obejmuje znak Strzelca: 22 listopada — 21 grudnia. Zbliżał się koniec listopada, a więc istniała jeszcze spora szansa, że… Zapytał jedną z pielęgniarek, kiedy Ewelina ma urodziny. Ta sprawdziła w komputerze. „11 grudnia” — brzmiała odpowiedź. Ucieszył się, miał dwa tygodnie czasu. Musiał się jeszcze tylko upewnić, czy tego dnia ona będzie w pracy.

— Czy w grudniowe czwartki będzie pani w pracy? — zapytał przy najbliższej okazji.

— Czwartego tak, ale w następny… nie wiem, kiedy to będzie… chyba nie.

— Następny czwartek przypada jedenastego grudnia.

— Nie, nie będę, mam wtedy wolne.

— Na pewno nie będzie pani jedenastego? — musiał się upewnić.

— Na pewno — odpowiedziała z szerokim uśmiechem. Odwzajemnił jej uśmiech. Zrozumieli się bez dalszych słów. „No tak — pomyślał — oczywiście, koleżanki doniosły”. Chciał jej dać kwiaty na urodziny i wiersz, który napisał już wcześniej. A teraz cały plan diabli wzięli. Musiał coś zrobić, ale co?

Grudzień

Kilka dni później, z jego inicjatywy, zaczęli się do siebie zwracać po imieniu. Tego dnia pobierana była krew z palca do badań gazometrycznych. Był przy tym tak spięty, że Ewelina, która wykonywała tę czynność, biedziła się pięć minut uciskając palec, by utoczyć odpowiednią ilość krwi dla napełnienia szklanej kapilary.


Fragment z pamiętnika

04 grudnia 2014 r., czwartek

Ok. 15.30 miałem telefon ze stacji dializ. Dzwoniła Ewelina. Dochodziłem akurat do kościoła św. Mikołaja, gdyż przed dializą chciałem się przejść przez miasto.

— Dzień dobry…

— Dzień dobry.

— Pan sąsiad? — padło pytanie zadane przyciszonym głosem.

— Tak — odpowiedziałem, a usta mimowolnie rozciągnęły mi się w uśmiechu, kiedy poznałem, z kim mam do czynienia.

— Czy pan sąsiad zechce przyjść na zabieg na godzinę szesnastą?

— Tak, oczywiście, że przyjdę.

— To czekamy. Do widzenia.

— Do zobaczenia.

I podłączenie i odłączenie przeprowadziła Ewelina. Brała mi też krew z palca! Cholera! Badania krwi zawsze przeprowadzano na początku miesiąca, ale we wrześniu powiedziała mi pielęgniarka, że z palca krew pobiera się raz na pół roku. Powiedziałem więc Ewelinie, że „to przecież miało być robione w marcu!”.

— Ale mamy grudzień — odpowiedziała ni w pięć, ni w dziewięć z uśmiechem nie przerywając przemywania opuszka i szykowania narzędzia tortur. […]

Kiedy później przechodziła obok mnie, poprosiłem ją o podejście do łóżka i zwróciłem się do niej:

— Mam pewną propozycję… nie wiem tylko, jak pani do niej podejdzie?

— Jaką?

— Czy możemy przejść na „ty”?

Chwilę milczała z opuszczoną głową, jakby szukała odpowiedzi na łóżku, po czym krótko zgodziła się:

— Dobrze.

W odpowiedzi ścisnąłem przegub jej ręki mówiąc „dzięki”. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. […] Po krótkim czasie ponownie podeszła do mnie.

— Ale na sali będziemy się do siebie zwracać tak, jak dotychczas: pan i pani, dobrze?

— Ależ oczywiście. Przecież nie będę wykrzykiwał pani imienia na całą salę.

Było to dla mnie oczywiste od samego początku, dlatego wzburzyła mnie nieco ta uwaga.


Okazja do podziękowania nadarzyła się w sobotę, 6 grudnia, czyli w imieniny Mikołaja, a więc w dzień wręczania sobie drobnych podarunków. Taka sytuacja sama prosiła się, by ją wykorzystać, dlatego do wcześniejszego zestawu — róży i wiersza, postanowił jeszcze dokupić bombonierkę. A wszystko to oficjalnie jako podziękowanie za borówki i maść przeciw ewentualnemu zakażeniu. Wcześniej upewnił się, że jego „ulubiona pielęgniarka”, jak niedawno określiła ją Adriana, będzie w tę sobotę na dyżurze.


Fragment z pamiętnika

06 grudnia 2014 r., sobota

Wyszedłem z domu o piętnastej, w szpitalu byłem o siedemnastej. Zapomniałem, że jest sobota i sklepy zamykane są już o 14.00. Po różę musiałem iść aż na cmentarz. […] Papier do owinięcia miałem też ze sklepu cmentarnego. Całość pakowałem dopiero w szpitalu, na stoliku, przy głównym wejściu. Z efektu końcowego nie byłem zadowolony, bo opakowanie bombonierki było mniejsze od długości róży, więc całość, związana białą wstążeczką, wyglądała niezbyt kształtnie.

Po wejściu na salę siedziałem kilka minut na łóżku nie rozbierając się, mimo iż Mariola ponaglała mnie do położenia się, ale Ewelina była zajęta innym pacjentem. Wreszcie wziąłem reklamówkę z prezentem i wyszedłem na korytarz, nie mogąc znieść presji czasu. O dziwo, po minucie wyszła za mną Ewelina i jak tylko zobaczyła, że podnoszę z podłogi pakunek, od razu się zarzekła: „nie biorę żadnych prezentów, proszę mi nie dawać żadnych prezentów”. Powiedziałem, że „to jeszcze za borówki, za maść i w ogóle za wszystko”. Przeprosiłem też za niekształtne opakowanie, wyjaśniając jak to się stało. Niestety, akurat napatoczyła się sprzątaczka i nie mogłem podziękować bardziej czule, jak to sobie wcześniej umyśliłem.

Teraz czekam na telefon od Eweliny — prosiłem, by zadzwoniła albo po dializie, albo nazajutrz. Powiedziałem, że jeżeli będzie mieć jakieś wątpliwości lub uwagi negatywne do tego, co napisałem na dołączonej karteczce, to niechaj zadzwoni i powie mi, co i jak, a ja wycofam się z tego i sprawę będę uważał za zamkniętą.

Miałem też ponownie pobieraną krew na gazometrię, bo poprzednia rurka kapilarowa stłukła się laborantce.


Na kartce dołączonej do mikołajkowego zestawu, napisał tak:

Dziękuję Tobie za to, że jesteś…

Niespodzianie weszłaś w moje życie

I czy chcesz, czy nie, stałaś się jego cząstką

Nie mogę wyobrazić sobie, że Ciebie w nim nie ma

Bo to tak, jakby trawę pozbawić porannej rosy, a ptaki śpiewu

Świat byłby wtedy smutny i szary

Tak jak moje życie bez Twojego ciepła

Więc dziękuję Tobie za to, że jesteś…


Fragment z pamiętnika

07 grudnia 2014 r., niedziela

Dzisiaj po osiemnastej siadłem do komputera, by przejrzeć pocztę, a właściwie, by wyczyścić skrzynkę z reklam, bo w niedzielę, prócz nich, nie spodziewałem się żadnych listów. Tymczasem dostałem maila z nagłówkiem „dializa”. Zaintrygowany kliknąłem w niego.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: inforino@op.pl

Temat: Dializa

Data: Nie, 07 gru 2014 14:19

Jeżeli ma pan związek z dializą to proszę to potwierdzić… wystarczy szczegół, który potwierdzi tożsamość…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: Odp: Dializa

Data: Nie, 07 gru 2014 18:14

Hej, dziwna jest treść tego maila, moja odpowiedź na nią może też dziwna wydawać się: stłuczona pipetka z krwią i… róża. Czy to wystarczy do identyfikacji? :-)


Domyślał się, że to może być Ewelina, ale brał też pod możliwość fakt, iż to jej mąż mógł przechwycić wiersz i próbuje namierzyć jego autora. Dlatego podał dwa niezwiązane ze sobą fakty.

Po godzinie nadszedł mail zwrotny.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Re: Dializa

Data: Nie, 07 gru 2014 19:34

Witaj, a jednak powinnam pracować w kontrwywiadzie lub być szpiegiem… Pozbieram myśli, odpiszę, napiszę… Pozdrawiam E.


Obiecany mail wysłany został o 20.22. Bardzo miły, ale odmowny, delikatnie dający do zrozumienia, że jego uczucia kierowane ku niej to pomyłka.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: …

Data: Nie, 07 gru 2014 20:22

I cóż mam z tym zrobić, jak się zachować…, każdy sposób odpowiedzi który bym wybrała na pewno nie będzie właściwy i nie spełni oczekiwań…

— rozmowa w cztery oczy byłaby dla mnie zbyt deprymująca ( w głowie chaos, masa goniących się myśli, szukanie właściwych słów)

— rozmowa telefoniczna, owszem mogłaby wydawać się dużo prostsza, ale na pewno byłoby zbyt dużo nurtujących pytań, na które oczekiwałbyś szybkiej, zdecydowanej odpowiedzi, a ona byłaby powolna, wyważona i nie zawsze do końca przemyślana…

— pozostaje najwygodniejsza i najprostsza forma — pisana… przelewam myśli, układam zdania — proste, złożone… a w nich jest zapewne cząstka słów i sens który chciałam przekazać…

Powinnam zachować się jak trzpiotka czy kokietka… czym jest babska próżność, nie wiem, czy słowa łechcą mojego ego — na pewno w jakimś stopniu tak.

Tak naprawdę nie zrobiłam nic, nie dałam żadnego znaku, nie byłam natrętem, nie kokietowałam — w wielkiej nieświadomości i w ludzkim odruchu, pomocy, przyniesieniu ulgi — zaproponowałam jako dietę — borówki, a że w odpowiedzi usłyszałam skąd je wziąć o tej porze, w całej swej spontaniczności postanowiłam szczerze pomóc i przynieść (Ewelina zaradna ma czasami złote zapasy; -)), a maść… to szpitalna, mam dostęp i decyzyjność w wydawaniu i tyle ( zginęła na oddziale więc należało zwrócić)

Później zaczęło się już odważniejsze wyrażanie „zachwytu”, nie wiem czy mogę pozwolić sobie na takie określenie, mimo wszystko traktowałam to z przymrużeniem oka, moja interpretacja była taka: charakter, sposób bycia, próba zaczepki, ale nie przyszło mi do głowy nawet przez moment, że stałam się obiektem westchnień i uniesień duchowych.

W żadnym stopniu nie miałam zamiaru przyczynić się do rozterek, złego samopoczucia, braku apetytu etc., nie chcę aby Twoja stabilizacja, życie rodzinne, prosta droga […] nagle stała się wyboista i prowadziła donikąd.

Wiesz doskonale, że nie zniknę z Twojego życia, ponieważ nie ma takiej możliwości — jeżeli mówimy o racjonalnych rozwiązaniach, w innym przypadku ja musiałabym porzucić pracę lub Ty przenieść się do innej Stacji Dializ […]

Dziękuję za miłe słowa…


Narozrabiałeś… teraz to dopiero jesteś na językach… innych, zachwycających się Tobą koleżanek.


Pozdrawiam i życzę spokojnej nocy…

Uśmiechnij się :-)


I stało się zgodnie z jej życzeniem: kiedy dobrnął do końca jej słów pisanych, uśmiechnął się.

Jeszcze tego samego wieczora, przed północą, posłał do niej zwrotny mail. Kiedy go pisał, Ewelina dała o sobie ponownie znać wysyłając doń kolejny list.


Od: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Do: boggy26 <inforino@op.pl>

Temat: Posłuchaj

Data: Nie, 07 gru 2014 21:57

Załączniki: 1; Content-Type: audio/mp3; filename="Track05.mp3”

Nie jestem melomanem, ale uważam, że ten utwór jest rewelacyjny…


Od: boggy26 <inforino@op.pl>

Do: Aszka <muszelka11@o2.pl>

Temat: ODP: Re: Dializa

Data: Nie, 07 gru 2014 23:35

Załaczniki: 1; Content-Type: audio/mpeg; filename=„Stare_Dobre_Małżeństwo-Czwarta_Nad_Ranem=mp3”


Dobry wieczór,

Nie bardzo wiedziałem, czy to Ty, czy też inna osoba podszywa się pod Ciebie, bo i tak mogło być, więc podałem dwa zupełnie niełączące się ze sobą fakty dla wybadania czy „mój kontakt” (trzymając się już terminologii szpiegowskiej :-) to znana mi (jednak tylko z widzenia) osoba.

A co do Twoich inklinacji szpiegowskich, to coś w tym jest. Sam napisałem trzy artykuły na ten temat i myślałem, że trochę jestem z nim obeznany, ale to, że trafiłaś na mój ślad w sieci, to mnie autentycznie zaskoczyło. Jesteś niesamowita, naprawdę. Nie będę dochodził, jak na mój trop wpadłaś, ale jestem pod wrażeniem.

Diametralna zmiana tematu…

Mój hmmm… prezent też miał być w inny sposób przekazany, ale napatoczyła się pani sprzątaczka, więc się pospieszyłem. Jestem zły na siebie. No i mam kaca moralnego z powodu opakowania. Głowa mnie bolała rano przez to, ale to ewidentnie moja bardzo wielka wina: zapomniałem, że była sobota i na Rynku wszystko pozamykane już było. Wszystko, co miałem kupić, dostałem w pięciu różnych miejscach, a i tak bombonierka była nie tą, którą wcześniej upatrzyłem. Dlatego różę kazałem przyciąć na odpowiednią długość dopasowaną do innego opakowania, a czym to wszystko się skończyło, to sama widziałaś. Przepraszam.

Kiedy wczoraj poszłaś do domu, zeszło ze mnie napięcie, w jakim żyłem od jakiegoś czasu i ciśnienie wróciło do normy. Moje wysokie ciśnienia to również efekt niewysypiania się: kiedy wieczorem zamykam oczy, bywa że i do 2 w nocy nie mogę zasnąć przewracając się z boku na bok. Dlaczego? Bo Ty pojawiasz się przed moimi oczami; cały czas widzę Ciebie: powiewające włosy kiedy chodzisz, Twoje ramiona, nogi, oczy skryte za szkłami. I wciąż toczymy ze sobą wyimaginowane dysputy.

Dzisiaj, zaraz po przebudzeniu się, rozbolała mnie głowa z powodu nerwowego oczekiwania na telefon od Ciebie. Taki byłem wczoraj pewny siebie, ale jak przyszło co do czego, to przestraszyłem się ewentualnej negatywnej reakcji na moje pisanie. Dlatego komórkę włączyłem dzisiaj dopiero w południe. A ponieważ prosiłem o telefon tylko w razie niesprzyjającej mi odpowiedzi, odzyskałem humor, gdy do wieczora nie dałaś znaku życia. A pocztę mailową odebrałem zupełnie przypadkiem, gdyż w niedzielę nie spodziewałem się żadnej interesującej mnie korespondencji.

Masz prawo być zaskoczona, tym, co napisałem, bo przecież jesteśmy sobie obcy. Kilka wymian zdań przy łóżku, kilka śmichów-chichów i to wszystko. Ale ja bardzo często przelewam na papier moje myśli w takiej niby poetyckiej formie, gdy górę weźmie moja romantyczno-artystyczna część Wodnika, a ja przeżywam jakieś uniesienie duchowe. Mój czas biegnie dwukrotnie szybciej niż czas osób zdrowych i to chyba dlatego tak się pospieszyłem z tym listem. Być może uznasz, że przesadziłem, że ubzdurałem sobie coś, czego nie ma. Potraktuj wtedy to „wyznanie” jako poetycką metaforę albo bajdurzenie chorego człowieka.

Tylko nie chciałbym, abyś przez to myślała o mnie źle: że facet ma rodzinę, a zachowuje się, jak zramolały podrywacz. To nie tak. Czuję, że mamy wspólne cechy charakteru, a Ty mnie pociągasz swoją osobowością i wciągasz niczym czarna dziura, z otoczenia której nie można uciec. Kiedy dawałaś mi borówki, nie zwracałem na Ciebie uwagi, gdyż byłem przybity moim stanem zdrowia i nową sytuacją, w jakiej się znalazłem. A później, jako jedna z pielęgniarek, kojarzyłaś mi się tylko z ciemnymi włosami, które powiewały w rytm Twoich kroków i układały się zawsze niesfornie rozsypane na ramionach. Aż pewnego październikowego dnia Ty mnie podłączałaś. To był słoneczny dzień. W pewnej chwili, na kilka sekund, przed moimi oczami znalazło się Twoje ramię. Jak zwykle więc w takiej sytuacji zrobiłem zeza i spojrzałem na nie. W tym momencie jakiś odbity promień słonecznego światła przejechał po nim i złotym blaskiem zalśniło owłosienie. Ewelinuś — ja aż jęknąłem w głębi siebie. Ten widok mnie oczarował, wprost zwalił z nóg, oszołomił. Zamknąłem wtedy oczy, zacisnąłem zęby i dłonie zacisnąłem na prześcieradle. Bałem się, że nie wytrzymam, że złapię Twoją rękę i zacznę ją całować. Ten złocisty myszek był tak podniecający, że wszystko przewrócił do góry nogami. Od tej chwili zacząłem wypatrywać Ciebie spośród innych dziewczyn i przypatrywać się Tobie. Patrzałem na Twoje nogi, wsłuchiwałem się w głos, wypatrywałem Twojego uśmiechu, patrzyłem na Twój sposób poruszania się… Zaczęliśmy też trochę ze sobą rozmawiać i wtedy mogłem przyjrzeć się Tobie z bliska. Odkryłem Twoje piękno. Później zostałem mile zaskoczony, kiedy pierwszy raz otwierałem maść, którą mi przyniosłaś, bo okazało się, że jest nieużywana, a ja myślałem, że dostanę coś używanego, co zostało po kimś. Wtedy przypomniałem sobie zamrożone borówki (jakoś wciąż do nich nawiązuję) i zrozumiałem, że masz w sobie jakieś ciepło. Tym mnie zupełnie rozbroiłaś. Postanowiłem więc, że muszę coś zrobić, aby podziękować Tobie „za to, że jesteś”. Skoro wymknęłaś mi się 11 grudnia, wpadłem na pomysł, że mogę skorzystać z Mikołajków. Upewniłem się tylko, czy będziesz w sobotę w pracy i przystąpiłem do dzieła. Niestety, nie wszystko poszło po mojej myśli.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 62.31