E-book
20.48
drukowana A5
38.38
Jestem w ciąży...

Bezpłatny fragment - Jestem w ciąży...


Objętość:
104 str.
ISBN:
978-83-8155-336-0
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.38

Drogi czytelniku, oddaję Ci w ręce książkę, która jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Mam nadzieje, ze historia która jest w niej opisana pomoże innym osobom, które mogą się znaleźć w podobnej sytuacji. Imiona bohaterów zostały zmienione.

Jestem w ciąży!

To słowa, na które nie każdy mężczyzna reaguje z radością. Stan, który śmiało można określić jako euforia. Wtedy właśnie dociera do niego, że wkrótce na świat przyjdzie jego dziecko… jego potomstwo. Uśmiechająca się mała istotka, która będzie dowodem najprawdziwszej miłości. W tym dniu wszystko inne schodzi na drugi plan. Liczy się tylko ona i owoc, który będzie rozkwitał w łonie matki przez dziewięć miesięcy, do czasu porodu. Tak było i tym razem. Fakt, mieli już córeczkę, która właśnie za miesiąc miała skończyć 5 lat. Marzeniem Ilony od zawsze jednak było, aby mieć dwójkę szkrabów kręcących się po domu. Tak długo wyczekiwane marzenie, nareszcie miało zacząć się realizować.

Z pochodzenia byli Polakami, którzy wyemigrowali z kraju w poszukiwaniu lepszych warunków do życia, lepszej pracy. Żeby nie musieć martwic się o to, co przyniesie następny dzień. Czy wystarczy im pieniążków „od pierwszego do pierwszego”. Zdecydowali, że zamieszkają w Wielkiej Brytanii. Wynajęli domek w niewielkim miasteczku z dala od aglomeracji, korków ulicznych, tłumów spieszących od rana z kubkiem kawy w ręku do biura. Miejsce, które wybrali na wspólne życie miało także swój urok. Było tam dużo zieleni, wszechogarniający spokój, śpiew ptaków, miłe sąsiedzkie „dzień dobry” i ludzie… życzliwi oraz chcący nieść pomoc, poradę z uśmiechem na twarzy. To im wystarczyło, aby czuć się tam szczęśliwie i bezpiecznie.

Po przeprowadzce on dość szybko znalazł prace oddaloną o 20 minut od domu. Ona zaś zajęła się wychowywaniem córeczki. Ze stereotypowego punktu widzenia można powiedzieć „Małżeństwo Idealne” — mąż, jako głowa rodziny, pracował, zarabiał na utrzymanie. Żona zaś dbała o dom i ich małą pociechę, która wtedy miała niewiele ponad roczek. Odpowiadał im taki styl życia.

W miarę upływu lat jednak priorytety zaczęły się zmieniać. Córka już podrosła, nie potrzebowała tak intensywnej opieki jak do tej pory. Postanowili zrobić coś, aby żyło im się jeszcze lepiej. Tęsknota za krajem i domem rodzinnym sprawiła, że pojawił się pomysł, którego celem miał być powrót do Polski i wybudowanie własnego domku. Najpierw jednak będą musieli odłożyć wystarczającą ilość pieniążków, aby ten cel móc osiągnąć. Jasna sprawa, że w takiej sytuacji Ilona musi znaleźć prace … i od tego momentu cała historia się zaczyna.


Znalezienie pracy w tej małej miejscowości było banalnie proste. W moim przypadku jednak mogłam pozwolić sobie na prace jedynie w godzinach szkolnych, kiedy to moja córeczka miała, zajęcia a to graniczyło z cudem. Większość firm, zakładów pracy miała system dwu lub trzyzmianowy. Za nic w świecie nie zgrywało się to z moim planem dnia. Oczywiście myślałam także o opiekunce, ale niełatwo było znaleźć kogoś odpowiedniego. Na swojego partnera też nie mogłam liczyć. On pracuje jako zawodowy kierowca w nocy a co się z tym wiąże ma dość nieregularny czas pracy, a w dzień odsypia. Chciałabym spróbować poszukać zajęcia dla siebie w myśl starej zasady, że lepiej coś, niż nic nie robić. Chodząc od drzwi do drzwi różnych firm, sklepów, biur dowiadywałam się, że tak owszem praca i może by była. Niestety… te godziny, które mi proponowano ni jak się miały do godzin, w których byłam dostępna. Lekko podłamana poszłam do agencji pracy. W rzeczywistości były tylko dwie w miasteczku wiec raz dwa zostałam w nich zarejestrowana. Pierwsza niestety swoim wyglądem zewnętrznym nie zachęcała, żeby tam nawet wchodzić. Brudne okna, kartki z ofertami pracy przyklejone pożółkłą taśmą klejącą. Wyglądały jakby tam wisiały od wieków. Odstraszające miejsce dla ludzi poszukujących pracy pomyślałam. Cóż może ludzie będą mili. Przecież nie szata zdobi człowieka. Otworzyłam zatem drzwi i zrobiłam krok przestępując próg. W środku było już bardziej miło i przytulniej. Ściany pokryte przeróżnymi certyfikatami dla najlepszej agencji pracy, gratulacje od urzędu miasta i różne podziękowania. Całkiem sporo ich ale to chyba dobrze — pomyślałam wzdychając głęboko. Dostrzegłam także dużo stanowisk… a za większością z nich ukrywały się głowy osób, których oczy wpatrzone były w monitory komputerów.

— Dzień dobry — powiedziałam nieśmiałym głosem … i cisza, nic. Echo… chwila, w której 10 sekund trwa jak wieczność.

— Dzień dobry pani — dobiegł mnie głos osoby siedzącej w najdalszej części pomieszczenia — czym mogę służyć?

— Szukam pracy — zrobiłam krok w stronę owego głosu.

— Tak oczywiście, proszę sobie usiąść. Zaraz do pani podejdę — wskazała mi miejsce przy stoliku z dużą ilością ulotek. Po chwili podszedł do mnie inny pracownik agencji, wręczając plik dokumentów.

— Proszę się z tym zapoznać i wypełnić kwestionariusz osobowy. Jak pani skończy, ktoś

do pani podejdzie.

— Dziękuję, powiedziałam patrząc się prosto w oczy lekko już starszej osobie.

Wyglądała jakby tam była za karę. No to do dzieła!!! Biorąc w rękę długopis przystąpiłam do zadania, o które mnie poproszono. Imię, nazwisko, adres, rodzina, dzieci… pytaniom nie było końca. Przy trzeciej stronie dopiero zauważyłam pytania dotyczące pracy, jaką byłabym zainteresowana. Godzinami rozpoczęcia, odległością od domu i czy posiadam własny transport aby dojeżdżać do pracy, itd. Dziwne… cała historia życia, którą musisz opowiedzieć, żeby zostać wpisanym do rejestru osób dostępnych dla kontrahentów agencji. Po wypełnieniu dokumentów, uniosłam głowę, dając znać osobom w biurze, że skończyłam biurokrację. Dopadło mnie wrażenie, że pracownikom agencji zbytnio nie zależy na szukaniu nowych osób chcących podjąć prace. Każdy czymś zajęty, a ja… sama przy zapyziałym stoliczku „zdobionym” nieszczęsnymi ulotkami. Przez chwilkę zerknęłam na nie — praca dla kierowców, operatorów wózków widłowych — ok, raczej tam się nie nadaję. Natomiast oferta pracy w magazynie wyglądała już bardziej ciekawie.

— Cześć jestem Kasia — usłyszałam od miło wyglądającej blondynki z dużymi jak kule bilardowe oczami. Porozmawiam teraz z Tobą na temat, jaka praca by Cię interesowała i przedstawię dostępne oferty, które mam.

Super, ucieszyłam się… nareszcie jakieś konkrety. W miarę upływu czasu, mój entuzjazm opadł dużo poniżej poziomu, którego zwykle nie przekracza. Wyszłam podłamana uświadamiając sobie, że znalezienie jakiejkolwiek pracy w tych godzinach jest niemożliwe. No nic! Została jeszcze jedna agencja. Najwyżej usłyszę to samo, ale spróbuję.

— Dzień dobry Pani. — Dobiegło mnie od samego wejścia. Elegancko ubrany pan w dobrze skrojonym garniturze, uśmiechając się od ucha do ucha przywitał mnie nadzwyczaj serdecznie. — Nazywam się John Jak się pani dziś miewa?

— Dobrze dziękuję, mam na imię Ilona — odpowiedziałam.

— Co panią do nas sprowadza, bo jak dobrze kojarzę jeszcze pani u nas nie było. Śmiem twierdzić, że szuka pani pracy.

Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem.

— Tak, ma pan racje jestem u państwa pierwszy raz i szukam pracy.

— Zaraz powiadomię moją koleżankę, która z panią porozmawia.

Wystukał coś szybko na klawiaturze komputera i w tej samej chwili zaproponował żebym sobie usiadła.

— Kawa czy herbata?

Zapytał nieoczekiwanie. Poprosiłam o kawę chociaż wiedziałam, że to może nie być dobry pomysł. Ciśnienie i tak już miałam wysokie, po ostatniej rozmowie w poprzedniej agencji. Przerwał mi moją myśl.

— Ile cukru pani sobie życzy?

— Dwie łyżeczki poproszę. W tym samym momencie podeszła do mnie słodko wyglądająca kobieta.

— Pani Ilona? Dzień dobry jestem Julia i będę miała przyjemność z Tobą porozmawiać. Przepraszam za śmiałość, ale może będziemy sobie mówić po imieniu? Będzie nam łatwiej.

— Oczywiście, że tak. Nie widzę żadnych przeciwwskazań.

— Jak już wiem od kolegi, jesteś u nas pierwszy raz i szukasz pracy.

— Dokładnie tak — potwierdziłam.

— Cóż, może powiem tak. Mamy kilka standardowych dokumentów do wypełnienia, ale najpierw może powiedz mi czym się aktualnie zajmujesz. Gdzie pracowałaś i jaki tryb pracy by cię interesował, a także kilka słów o sobie.

Jestem w szoku. Porównując miejsce, w którym przed chwilą byłam, to niebo a ziemia, ludzie kontra kosmici. Już Po kilku minutach rozmowy czułam, jakbym rozmawiała z dobrą koleżanką.

— Hmm… interesuje mnie praca na miejscu w naszej miejscowości. Mogę pracować w magazynie… W sumie podejmę się każdego wyzwania. Jest tylko jedno zastrzeżenie, praca musi być w godzinach szkolnych od 09:00 do 15:00, ponieważ — w tym momencie weszła mi w słowo.

— Ponieważ masz małą córeczkę w wieku szkolnym?

Skąd ona wiedziała, że córeczkę? Przecież równie dobrze, mogłam mieć synka?

— Tak, mam. Skąd to wiesz?

— Widzę was często jak przechodzicie koło naszej agencji. Takie dwie rozbawione buziulki, nie sposób was zapomnieć.

Fakt, ich agencja mieści się przy głównej drodze wychodzącej z centrum miasta i na pewno nie raz musiałyśmy tędy iść… uzmysłowiłam to sobie właśnie.

— Nasza miejscowość nie jest aż taka duża. Większość osób, które mijamy na co dzień, nawet osobiście ich nie znając, zapamiętujemy. Pamiętamy jak wyglądają, czy chodzą uśmiechnięci czy to tzw. ponuraki, czyż nie jest tak Ilona? Mam dobrą pamięć do twarzy. Przydaje się to w mojej profesji. Mam kontakt z wieloma osobami, muszę pamiętać jak wyglądają oraz wiedzieć kim są.

— No tak masz racje. Cieszę się, że to właśnie na nas zwróciłaś uwagę. Zostałyśmy Ci w pamięci… to miłe. Porozmawiałyśmy jeszcze chwilkę. Wypełniłyśmy wszystkie formularze, które należało wypełnić. Na koniec zapewniła, że jakąś prace dla mnie znajdą. Jednak w tym momencie nie ma niczego, co mogło by być dla mnie odpowiednie. Mam nie tracić wiary, zaufać jej, a także agencji, bo oni dbają o swoich pracowników. Na pewno szybko się odezwiemy, czekaj na telefon. Wróciłam do domu. Wewnętrznie czułam, że pomimo iż nie dostałam żadnej pracy, trafiłam dobrze. To się musi udać. Czasami odnoszę takie wrażenie… ten kto myśli pozytywnie i wysyła dobre wibracje, otrzymuje je z nawiązką. Po południu opowiedziałam mężowi o swoich dzisiejszych osiągnięciach. Tych większych i tych mniejszych. Ucieszył się, że na horyzoncie pojawił się cień szansy. On zawsze mnie wspierał. Nawet gdy mam gorszy dzień, doradzi, porozmawia, a nawet zapłacze — taki niby twardy facet a jednak. To dzięki temu przez to, że ma w sobie tyle uczuć mam pewność, że nasz związek może przetrwać wszystko.

Po kilku dniach ciszy otrzymałam wiadomość od Julii. Cześć Ilona mam, dobre wieści. Za dwa miesiące otwierają u nas w mieście nowy magazyn. Będą potrzebowali kilku osób do pracy. Praca pomiędzy 08:00 a 16:00. Jeżeli jesteś zainteresowana, zapraszam do biura, tam przedstawimy szczegóły. Ucieszyłam się ogromnie, ale zaraz zaraz? Te godziny… przecież ja nie mogę — pomyślałam. Co ja zrobię z Karolinką? Przecież ona zaczyna zajęcia w szkole o 08:45 i muszę ją tam zaprowadzić, a o 15:15 odebrać. No i cała radość w mgnieniu oka przepadła. Zdecydowałam jednak, że pójdę do agencji i powiem im to osobiście. Ciężko połączyć i zazębić grafik, gdzie mój mąż wraca o 08:00 albo o 10:00 rano z pracy. Później musi odespać, by mieć siłę na kolejną noc. Rzecz niestety niewykonalna. Julia ucieszyła się na mój widok.

— Niestety mam dla Ciebie złe wiadomości. Uważnie wysłuchała, co miałam jej do powiedzenia. Nie była pocieszona zaistniałym faktem.

— Ilona! to duża szansa dla Ciebie. Praca nie jest ciężka a firma jest znana na całym świecie. To doskonała okazja na stały, bezpośredni kontrakt w dość krótkim czasie. Może uda Ci się znaleźć jakąś pomoc w opiece nad Karolinką. Może masz rodziców, którzy pomogą. Jakąś dobrą przyjaciółkę, której mogłabyś powierzyć odprowadzanie córeczki do szkoły? W naszym mieście funkcjonują przy szkołach kluby śniadaniowe. Wiem, że są czynne już od 07:00 rano. Po szkole dziecko, może przebywać u nich do 17:00. Opiekunowie zaprowadzają dzieci do szkoły i odbierają je później. W takim klubie dziecko ma czas na zabawę a i śniadanie zje. Wiem, bo kilku naszych pracowników korzysta z takiego miejsca. Przemyśl to. Popytaj, dowiedz się więcej. Naprawdę zależy nam abyś przyjęła tą ofertę.

Obiecałam, że porozmawiam z mężem i dam znać jak najszybciej. Moje myśli biegały galopem po głowie co robić. Wróciłam do domu i zaczęłam rozmyślać nad wszystkimi opcjami, które mam dostępne. Przyszła mi na myśl jedna z moich przyjaciółek. Ona też szukała przecież pracy i była w podobnej do mnie sytuacji. Biorąc telefon w rękę już myślałam, jak mam zacząć rozmowę. Po trzech sygnałach Izabella odebrała. Opowiedziałam jej o szansie na prace i zobrazowałam całą sytuację. Zgodziła się zadzwonić do agencji i wypytać o szczegóły. Czy tak samo jak ja może się załapać na tą ofertę. Później natomiast oddzwoni do mnie i spróbujemy rozwiązać sprawę z dziećmi. W jej głosie słyszałam radość i podekscytowanie z nadarzającej się szansy. Tak samo jej, jak i mi zależało przecież na jakiejś pracy oraz na tym, by wyrwać się z rutyny obowiązków domowych. Rano wstań zrób śniadanie, wyszykuj dziecko, zaprowadź do szkoły. Wróć, zrób obiad, ogarnij dom. Chwila dla siebie i znowu idź po dziecko. Tak dzień za dniem. Te same czynności każdego dnia … tygodnia i tylko w weekend, można było się oderwać od tej monotonii. Przyszedł czas, żeby działać. Otworzyć się z powrotem na świat, na nowych ludzi, nowe wyzwania. Taką szanse może dać właśnie ta praca.

Z Izabellą spotkałyśmy się już następnego dnia, żeby ułożyć plan działania. Ona także załapała się do grona osób, które otrzymają tą pracę. Z kilku opcji najrozsądniejszą była ta, aby nasze dzieciaczki uczęszczały do klubu przed szkołą. Nasi mężowie natomiast będą na zmianę je tam zaprowadzać. W dosłownym tłumaczeniu tych słów mąż Izabelli będzie odprowadzał dzieci do klubu, a mój Tomek będzie je odbierał ze szkoły. To powinno się udać. Musiałam jeszcze porozmawiać z mężem i upewnić się, czy ta opcja będzie możliwa do zrealizowania. Zgodził się bez wahania. Wiedział i ja wiedziałam, że jego sen będzie od tej pory lekko ograniczony. Raz kozie śmierć! Jak nie spróbujemy, to nigdy się nie dowiemy! Decyzja zapadła. Teraz wystarczyło poinformować agencje i czekać, na wiadomość kiedy dokładnie możemy zacząć.

Czas oczekiwania, ku mojemu zaskoczeniu nie trwał zbyt długo. Po kilku dniach dostałam zaproszenie na dzień próbny. Praca dla tej samej firmy, ale w innym oddziale, który znajdował się w sąsiednim mieście. Miał to być swego rodzaju test, czy i jak szybko jestem w stanie przyswoić wiedzę, którą oni chcą mi przekazać, aby jak najlepiej wykonywać w przyszłości swoje obowiązki. Jak się jednak okazało, praca nie należała do zbyt wymagających. Chodziło bardziej o to, żeby poznać zasady działania systemów do skanowania produktów oraz kodów jakich należy używać. Dodatkowo pokazali mi podstawowe błędy, które popełniają nowe osoby w firmie, a których powinnam się wystrzegać. Po czterech godzinach spotkaliśmy się z Izabellą na przerwie w kantynie. Wymieniając swoje odczucia, stwierdziłyśmy, że podoba nam się sposób w jaki firma podchodzi do nas jako pracowników. Jaką opieką nas otoczyła, oraz w jaki sposób nas (umówmy się) testują. Podczas przerwy rozmawiałam także z innymi osobami, które pracowały tam już od kilku dobrych lat. Jak się okazało, firma dba o swoich pracowników i ich wzajemne relacje. Posiada także dobre świadczenia socjalne. Naładowana pozytywnymi opiniami z ochotą wróciłam do dalszej pracy.

„Naprawdę mi się tam podoba” — pomyślałam. To jest to miejsce, gdzie chcę pracować. Praca nie była ciężka. Wszyscy wokół kulturalni, grzeczni, chętni do pomocy. Zapomniałam nawet, że to był dopiero mój próbny dzień. Wróciłam do domu, gdzie czekał mój mąż z przygotowanym wcześniej obiadem. To fantastyczne! Tomek potrafi w kuchni zrobić wiele rzeczy, i nie chodzi tylko o wrzucanie brudnych naczyń do zlewu. Potrafi przyrządzić doskonały obiad. Jego spaghetti a^la tomi znane jest już jako danie popisowe wśród naszych znajomych. Dzisiaj było podobnie. Czekali na mnie razem z córką. Na stole świece trzy kieliszki do wina, czekające tylko na to, aż krwistoczerwony trunek wypełni je do jednej trzeciej objętości. Dla Karolinki przygotowany był sok z czarnej porzeczki. Oczywiście parmezan czekający, przy małej specjalnej tarce oraz danie popisowe, zajmujące centralną część stołu. Szybciutko umyłam ręce i zasiedliśmy do obiadu. A więc jak było kochanie, opowiadaj, bo umieramy z ciekawości. Zapytał mój mąż gdy tylko podniosłam widelec. Opowiedziałam wszystko ze szczegółami. Uśmiechając się przy tym i zwilżając co chwile usta półwytrawnym winem. Od tego mówienia czułam jak mi zasycha w gardle. Gdy skończyłam, mój mąż stwierdził, że to zdecydowanie praca dla mnie. Tak wspaniale o niej opowiadałam. Następnego dnia dostałam informacje z biura mojej agencji, że przeszłam pozytywnie dzień testowy. Firma jest jak najbardziej zadowolona z mojej pracy i z przyjemnością chce już od lipca powitać mnie w swojej drużynie. Cieszyłam się jak dziecko. Była to dla mnie wspaniała wiadomość. Postanowiliśmy z mężem to uczcić. Niby mały sukces, ale zawsze to krok w stronę spełnienia naszych dalekosiężnych planów. Ku mojemu zdziwieniu tego samego dnia po południu agencja wysłała drugą wiadomość z zapytaniem czy nie mogłabym już od poniedziałku zacząć pracy, w tym magazynie, gdzie miałam dzień testowy. Będzie to doskonała okazja by jeszcze bardziej poznać cały system. Jeżeli tak, miałam im to potwierdzić. Oczywiście że tak! — wykrzyknęłam sama do siebie i chyba w agencji też musieli mnie usłyszeć. Ten dzień zapamiętam na zawsze. Był to piątek 22 maja 2015 roku i była wtedy straszna ulewa, ale dla mnie to nie miało żadnego znaczenia, bo we mnie świeciło słońce. Czułam jak energia mnie rozpiera, że mogę przenosić góry. Inni mogą stwierdzić, że to śmieszne jak można tak się cieszyć z pracy. Dla mnie jednak było to coś więcej niż praca.


Postanowiliśmy, że w weekend wybierzemy się do Londynu. To miasto nas kiedyś połączyło na stałe. Nie, nie poznaliśmy się tam, ale nasz związek oficjalnie w nim zaistniał. Walczyliśmy wtedy o to, by nasze tak różne drogi w końcu się złączyły. Historia naszego poznania mogłaby posłużyć jako dobry materiał na książkę. Było to we Włoszech odwiedzałam przyjaciół, w niewielkiej miejscowości położonej nad samym Adriatykiem. Jednym ze środków transportu, aby się do nich dostać były prywatne przewozy. Wybrałam jednego przewoźnika z pośród wielu. Gdy nadszedł dzień powrotu do Polski w drzwiach ukazał się on. Wysoki, niebieskooki, idealnie opalony facet z mega uśmiechem od ucha do ucha — pan kierowca. Stało się… i jak za uderzeniem pioruna, ukłuciem niebiańskiej strzały amora — zakochałam się i już wtedy wiedziałam, że nie ważne jak ale będziemy razem i założymy rodzinę. Droga do tego nie była prosta. Mijaliśmy się przez kilka następnych lat. Czas jednak pokazał, że jeżeli miłość jest prawdziwa i szczera musi mieć swoją szansę. Rozkwitła w Londynie, gdy obydwoje postanowiliśmy, że musimy ją sobie dać. Przyjechałam na miesiąc a zostałam już na zawsze. Znaleźliśmy też w tym mieście wspaniałych przyjaciół, do których zawsze musieliśmy wpaść przy okazji zwiedzania tego magicznego miasta. I taki był plan na ten weekend zwiedzanie British National Muzeum a wieczorem odwiedzenie Anity i Waldka. Weekend minął szybko — jak dla mnie za szybko. W poniedziałek, zgodnie z ustaleniami z agencją stawiłam się w pracy. Tak mijały dni. Wszystko idealnie się układało. Pojawiła się nawet możliwość, żeby zostać w tym magazynie na stałe, bo jak się okazało byłam tam jednym z lepszych pracowników. W sumie to sama nie wiem, dlaczego? Przecież wykonywałam swoją pracę tak samo jak inni. Niczym raczej się nie wyróżniałam. Zawsze jednak takie słowa miło wpływają na samopoczucie i podłoże do dalszej pracy. Musiałam wtedy odmówić. Nowe miejsce pracy było znacznie bliżej domu. Natomiast szansa na otrzymanie kontraktu na stałe była wielokrotnie większa. Rozmawiałam z Julią na ten temat. Zachęcała mnie, żeby jednak skorzystać z propozycji, pójść na to nowe miejsce. Tam będę miała lepiej, stała praca i bardziej pewna. Zaufałam jej i na początku lipca 2015 r. przeniosłam się do nowo otwartego magazynu. Na samym początku była to praca… jakby to powiedzieć… u podstaw. Wraz z dziewięcioma innymi pracownikami — grupa tzw. „TOP TEN” rozpoczęliśmy od malowania linii podłogowych. Następnie wszystko inne, aż po testowanie całego systemu komputerowego. Perfekcyjnie więc znałam działanie każdego sprzętu oraz urządzenia, które pojawiało się systematycznie każdego dnia. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakiej ilości prób potrzeba, aby wszystko działało tak, jak należy. Po około dwóch tygodniach ciężkich przygotowań produkcja w magazynie ruszyła pełną parą. Moim zadaniem natomiast było pakowanie oraz wysyłanie przesyłek klientom indywidualnym. Bardzo spokojna i czysta praca, ale także bardzo odpowiedzialna. Co by było jakby klient otrzymał inny produkt niż zamówił? Uwierzcie o pomyłkę wcale nie było tak trudno. Pracowałam od poniedziałku do piątku, około czterdzieści godzin tygodniowo. Wszystko się zazębiało, praca, dom, czas z dzieckiem i partnerem.


— Może pomyślimy o drugim dziecku Kochanie — usłyszałam od swojego męża pewnego popołudnia. No nie… tego się nie spodziewałam akurat teraz. Tak, zawsze chciałam mieć drugie dziecko. To było moje marzenie, odkąd pamiętam. I właśnie teraz on chce?

— Ale jak teraz? Przecież dopiero co zaczęłam pracę. Nie otrzymałam jeszcze kontraktu, a Ty chcesz mieć drugie dziecko? Co z naszymi planami, które sobie założyliśmy? Jak Ty to sobie wyobrażasz?

— To jest idealny czas na drugie dziecko. Wiem, że zawsze o tym marzyłaś, a ja jestem gotowy podjąć się jeszcze raz tego wyzwania. Chcę po raz drugi zostać ojcem. Może uda nam się teraz mieć synka — wypowiadał te słowa z wielkim uśmiechem na twarzy — wydaje mi się, że nasza sytuacja jest na tyle stabilna, że poradzimy sobie z dwójką dzieci. Karolinka już jest duża. Będzie nam chętnie pomagać, a w domu zrobi się na pewno weselej. W pracy masz szansę na kontrakt więc wszystko będzie tak jak powinno być. Spokojnie pogodzimy życie we czwórkę i jeszcze będziemy odkładać na nasz wspólny cel.

Nie wierzyłam w to co słyszę. Tak długo namawiałam Tomka na drugie dziecko a on ciągle: nie bo jeszcze… nie, nie… bo coś tam zawsze wymyślał… a tu nagle ni stąd ni z owąd, że on jest gotowy. To są chyba jakieś żarty. Nie powiem, wewnętrznie cieszyłam się bardzo, ale w aktualnej sytuacji dziecko teraz? Zastanawiałam się, czy to naprawdę odpowiedni czas. Na wszelki wypadek poprosiłam go żebyśmy się jeszcze wstrzymali — tak ja go poprosiłam! Moje marzenie było na wyciągnięcie ręki i mogłam je wreszcie zrealizować. Moja głowa myślała jednak bardzo racjonalnie i nie dała się zwieść namowom mojego serca. Poczekajmy do stycznia! Zdobędę stały kontrakt i wtedy zaczniemy starania. Uśmiech mu troszkę przybladł. Zgodził się dość niechętnie. Wszystko było ustalone i wszystko miało być tak jak zaplanowaliśmy, gdyby nie ta jedna październikowa noc. Noc, kiedy to obydwoje zapomnieliśmy się. No tak, ale od jednego zapomnienia nie zachodzi się od razu w ciążę — tak sobie to przynajmniej tłumaczyłam. Tyle jest par, które starają się miesiącami albo i dłużej, i nic. Więc my tak… od tego jednego razu? Nieee… na pewno nie. Chociaż Tomek żartował, że to był ten jeden raz, gdzie szansa na chłopca była stu procentowa. Taki żartowniś się z niego zrobił. Trochę się jednak wkurzyłam na niego, bo plan był inny. No ale dobra. Zobaczymy co będzie. Yhy… długo nie musieliśmy czekać. Miesiąc później okazało się, że … jestem w ciąży i pod moim sercem zaczęło się rozwijać malutkie jak groszek serduszko. Tomek był przeszczęśliwy, a ja jeszcze bardziej. Będzie chłopiec, będzie chłopiec — biegał jak opętany po domu i krzyczał. Wariat! Wyszłam za wariata. Śmiałam się z niego niesamowicie. Tak, dziecko, będzie na pewno a Ty proroku już wiesz, że to chłopak? Rzeczywiście raz udało Ci się trafić, ale to nie oznacza, że drugi raz też tak będzie. Pamiętam, jak zaszłam w ciążę z Karolinką to cały czas mówił, że będzie dziewczynka. Ja czułam bardziej jakby to miał być chłopiec. Jednak wtedy to jego pewność wygrała. Czy tym razem ma być tak samo? Ja chciałam, tylko żeby było zdrowe a czy to chłopiec czy dziewczynka nie miało to dla mnie już większego znaczenia. Przed samymi świętami Bożego Narodzenia wiedzieliśmy już, że maluszek w brzuszku rozwija się prawidłowo. Jestem szczęśliwa, że zostanę mamą po raz drugi.


Zdecydowałam, że zaraz w nowym roku powiadomię agencje oraz pracodawcę o tym, że spodziewam się dziecka. Zwlekałam z tym, bo wiedziałam, że w Anglii ciąża traktowana jest jako ciąża dopiero po dwunastym tygodniu. Od tego momentu będę prawnie chroniona w razie jakichkolwiek problemów z pracą i ewentualnych dni wolnych potrzebnych na badania, czy wizyty u lekarza. Dobry doradca „wujek” Google i różne portale społecznościowe potwierdzały to samo. Ponadto dowiedziałam się tam również, że pracodawcy oraz agencje pracy, dość niechętnie patrzą na kobiety w ciąży. W sumie zawsze to wiedziałam, bo głośno jest w mediach na te tematy. Wcześniej jednak nie przywiązywałam do tego tak dużej uwagi. Wiadomo… złościsz się lub współczujesz innym pokrzywdzonym, jeżeli osobiście nie spotkała Cię taka sytuacja traktujesz ją raczej powierzchownie. Pamiętam, że jak byłam z Karolinką w ciąży pracowałam prawie do ostatniego dnia… no tak ale wtedy miałam pracę dorywczą i w dodatku w swoim pokoju przed komputerem więc nikomu to nie przeszkadzało. Robiłam swoje przez trzy godziny i z tego byłam rozliczana. Napisałam wiec maila do agencji 8 stycznia 2016 i zaraz po przyjściu do pracy poprosiłam o rozmowę ze swoim menadżerem.

— Cześć Martin przepraszam, ale zajmę Ci tylko chwilkę.

— Co się stało?

— Chciałam Ci powiedzieć, że jestem w ciąży.

— Super moje gratulacje, który to tydzień? chłopczyk dziewczynka wiecie już? Szczerze się do mnie uśmiechnął. Ja także uśmiechnęłam się do niego widząc jego reakcję, nadzwyczaj pozytywną.

— To 14 tydzień. Płci jeszcze nie znamy.

— O jak fajnie. Gratuluje Ci mam nadzieje, że jak to będzie chłopiec to dasz mu na imię Martin.

Zachichotał troszkę głośniej.

— Na temat imienia jeszcze nie myśleliśmy, ale wezmę Twoją propozycję pod rozwagę. Zachichotaliśmy wtedy już razem.

— Dobrze. To, że jesteś w ciąży zmienia troszkę sytuacje. Będziemy musieli Ci zrobić dodatkowe szkolenie. Poinformować cię o tym, jakie prace możesz wykonywać jakich nie. Oczywiście wszystko dla Twojego komfortu i bezpieczeństwa. Nie widzę w zasadzie, żadnych przeciwwskazań jakobyś nie mogła u nas pracować, będąc w ciąży. Wstępnie umówmy się na poniedziałek. Ja przejrzę jeszcze raz wszystkie procedury i dam ci znać co i jak. O nic się nie martw wszystko będzie dobrze.

— To super cieszę się bardzo, że tak to przyjąłeś i że mogę liczyć na ciebie no i na firmę oczywiście.

— Dobro naszych pracowników to podstawa. Jeżeli to już wszystko, to wracaj na stanowisko. Jeszcze raz ci serdecznie gratuluje.

— Dziękuję bardzo.

Nie powiem… zaskoczyła mnie reakcja Martina. Myślałam, że to będzie w jakiś sposób uciążliwe dla firmy, a on jednak dał mi wiarę i nadzieje, że jednak wszystko będzie w porządku. Wróciłam na stanowisko pracy. Moja koleżanka, patrząc na mnie od razu zapytała co mi tak wesoło. Nie mogłam już dłużej trzymać języka za zębami. Pochwaliłam się jej wszystkim. Ale nie takiej reakcji z jej strony oczekiwałam. Spodziewałam się, że będzie cieszyć się razem ze mną. Niestety ona przybrała chłodny wyraz twarzy. Oczywiście pogratulowała mi, ale jej mina zaraz posmutniała. Uważała, że ciąża może jednak wpłynąć na dalszą część pracy w tej firmie. Co ona wygaduje. Przecież właśnie skończyłam rozmowę z menadżerem i on mówił zupełnie coś innego. Dlaczego więc ona uważa inaczej. Czyżby myślała, że wszystkie firmy i osoby są źle nastawieni do kobiet w ciąży? Nie ważne, nie będę brała jej słów zbyt poważnie. Może zwyczajnie mi zazdrości i nie wie jak się do tego przyznać. Złośliwa baba. Do przerwy wieść rozniosła się po zakładzie lotem błyskawicy. Jak zwykle. Gdzie nawet nie szepniesz, tam już wszyscy wiedzą. Niemalże wszyscy mi gratulowali, co sprawiło, że byłam jeszcze bardziej szczęśliwa. Miło jest słyszeć dużo miłych i ciepłych słów. Byłby to pewnie jeden z milszych dni na samym początku roku, gdyby nie to, że pod koniec zmiany przyszła do mnie Julia. Poinformowała mnie, że niestety ale na następny tydzień nie ma dla mnie pracy, ale nie jest to spowodowane ciążą. Jest po prostu mniejsze zapotrzebowanie na pracowników. Postarają się jednak przeprowadzić szkolenie z bezpieczeństwa i wrócę do pracy jak najszybciej. Mam się nie martwić i czekać aż zadzwonią. Coś we mnie pękło. Jej mina nie wyglądała już na taką miłą jak pamiętam do tej pory. A może moja koleżanka miała racje? Ciąża rzeczywiście będzie miała wpływ na moją dalszą karierę zawodową. Chciałam odrzucić tą myśl od siebie! Tylko gdy dowiedziałam się, że inne osoby mają już potwierdzone grafiki na następny tydzień i wszyscy poza mną, będą pracować bez zmian… wiedziałam, że to jednak przez to, że jestem w ciąży. Byłam rozbita. Swoimi myślami nie umiałam poskładać tego wszystkiego w jedną całość. Miało być przecież tak fajnie… wszyscy mieli mi gratulować, cieszyć się razem ze mną. Jednak słowa, które dzisiaj usłyszałam w drugiej części dnia strasznie mnie przybiły. Tylko dlaczego… przecież nikt mnie z pracy nie wyrzucił… może to tylko przejściowy okres. Styczeń zwykle był słabszym miesiącem dla pracowników agencyjnych, tak zawsze powtarzał Tomek. Tylko czy musiało paść właśnie na mnie. W tym momencie straciłam ochotę na cokolwiek… Chciałam jak najszybciej wrócić do domu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 38.38