E-book
20.34
drukowana A5
47.2
drukowana A5
kolorowa
76.09
Jestem kim jestem

Bezpłatny fragment - Jestem kim jestem


Objętość:
320 str.
ISBN:
978-83-8104-794-4
E-book
za 20.34
drukowana A5
za 47.2
drukowana A5
kolorowa
za 76.09

Zamiast wstępu

Książka ta to zbeletryzowana wersja strony internetowej jestem kim jestem. Strona powstawała w czasie rzeczywistym, dlatego tutaj została zmieniona forma zapisu na czas przeszły. Nie jest też ona tożsama z treścią strony, gdyż dla potrzeb książki wprowadziłam sporo zmian. Może ona być swoistym uzupełnieniem książki „Lukrecja w ciele Krzyśka” gdyż opowiada o okresie, w jakim powstawała moja autobiografia, i porusza w obszerny sposób wiele wątków tylko zasygnalizowanych w mojej historii opowiedzianej w „Lukrecji…”

Wstęp

Moją historię postanowiłam rozpocząć symbolicznie od daty mego ślubu.

Moje dzieciństwo i pierwsze przypadki fascynacji damską bielizną z oczywistych przyczyn nie są udokumentowane. Istnieją tylko w formie obrazów z przeszłości, które zachowałam w pamięci.

Z okresu szkolnego jedyny ślad w postaci fotografii, to kilka zdjęć z kilkuletniego okresu tanecznego, gdy tańczyłam najpierw w zespole tanecznym w szkole podstawowej, a potem kontynuowałam w liceum.

Poprzez taniec chciałam zbliżyć się do świata kobiet, który działał na mnie jak magnes, chociaż nie wiedziałam dlaczego. Te parę zdjęć pokazuje też, co mnie fascynowało, co budziło pragnienia i zazdrość. Ja chciałam mieć na sobie te stroje gimnastyczne, rajstopy, baletki. Chciałam w tańcach latynoamerykańskich mieć na sobie barwne falbany, a nie długie spodnie i koszulę.

Nie wiedziałam tylko dlaczego.

Teraz wiem, ale wiele długich lat zajęło mi znalezienie odpowiedzi na to pytanie.

Ta historia to jedna z odpowiedzi.

Sesje

Wszystkie opisane w książce profesjonalne sesje fotograficzne są dostępne w moim wirtualnym portfolio na stronie:

http://lukrecjakowalska1969.wixsite.com/lukrecjakowalska

Jestem kim jestem, czyli jak odkrywałam drogę do siebie samej

Baletki

pierwsze baletki

Pierwsze baletki kupiłam, gdy miałam dwadzieścia lat. Oczywiście za małe, ale tylko dwa numery. Miałam dwie pary, czarne i białe i wynosiłam je do ostatka, prawie z nóg mi spadały, gdy poszły wreszcie na zasłużony odpoczynek. One pozwoliły mi zawsze być tam, jednym krokiem, po drugiej stronie. Dzisiaj nie noszę w domu żadnych kapci, laczków. Tylko balerinki. One także pozwoliły mi w czasie, gdy zaczynała budzić się kobieta, nie zdawać się tylko na lumpexowe za małe szpilki. A ile cudownych chwil w lesie, nad jeziorem, w jeziorze. W nich zawsze czułam się inaczej. Wtedy nie wiedziałam dlaczego. Teraz wiem i tym bardziej moja miłość do nich nie przeminie…

Balance Of The Ego

[2012]

Będąc w Niemczech, poznałam wirtualnie Izumi. Przegadałyśmy za pomocą elektronicznych listów wiele godzin. W trakcie tych rozmów niezwykle zgłębiłam to, co dzieje się ze mną. Zaczęłam coraz więcej rozumieć.

Także w czasie tych rozmów postanowiłyśmy nasze przemyślenia ująć w jakieś ramy, by w ten sposób pokazać innym nasz transpłciowy świat. Izumi poprzez fotografię, ja poprzez modeling. Oraz obie poprzez wspólne teksty, które powstawały pod wpływem naszych rozmów.

Tutaj jeden z takich tekstów, surowy, niedokończony, tak jak niedokończona jest historia tego projektu i tej przyjaźni…

Izumi była bardzo zafascynowana Manga i Anime, w której widziała bardzo dużo elementów transpłciowości. Stworzyła mini prezentację na ten temat, którą możecie tutaj znaleźć. Dla mnie była to zupełna nowość. Nie miałam o tym pojęcia. Przypuszczam, że wielu z Was również.

Niestety, z naszych planów nic nie wyszło. Zostało parę zdjęć, tekstów i wspomnienia.

Izumi nagle zniknęła, dosłownie.

Być może jest gdzieś, gdzie może oddawać się swojej wielkiej pasji do kultury Dalekiego Wschodu, czego Jej z całego serca życzę.

Kim była Izumi Chiaki?

Zapewne nigdy już się nie dowiem…

w obiektywie Izumi

Zwyczajna niezwyczajna

[2012]

Ten tytuł dla tej pierwszej zaplanowanej w szczegółach sesji wymyśliła Izumi. Chciałyśmy pokazać nasze oblicza w podwójnym wydaniu. To, co na zewnątrz, i to co w duszy. Izumi wymyśliła, że przedstawi mnie jako szefową Balance Of The Ego w domowym wydaniu. Ale chciała podkreślić, że nie jestem taka zwyczajna. Przygotowała cały plan stylizacji i omówiła go z wizażystką, Justyną Kaczmarek. Ja natomiast przygotowałam stylizację zgodnie z sugestiami Izumi.

Po sesji w domu, poszłyśmy na spacer, by przygotować część materiału do kolejnej sesji pokazującej mnie w życiu codziennym. Tego projektu już nie dokończyłyśmy.

Zwyczajna, niezwyczajna

[2012]

Nasze mroczne dusze natomiast miała pokazać trzecia z wizażystek, które odpowiedziały na mój apel, opierając się na naszych sugestiach. Wizażystką tą była Kasia Kasprzak.

Spotkałyśmy się w trójkę w mieszkaniu Kasi i omówiłyśmy wstępnie koncepcję. Przy okazji Kasia postanowiła sprawdzić, jak będzie nam się współpracować, więc zrobiła mi próbną charakteryzację

Nie lubię marnować kogoś pięknej pracy, więc udałyśmy się z Izumi na spacer, który został uwieczniony na paru zdjęciach.

Poznańskie spacery

Wizażystki

[2012]

Witam

Mam nietypowe pytanie.

Może zanim cokolwiek więcej napiszę, zapytam, czy zrobiłaby pani makijaż mężczyźnie trans. ja nim jestem. obecnie jestem w Niemczech. przed wyjazdem stworzyłam jeden projekt, który po moim wyjeździe umarł śmiercią naturalną. Teraz tworzę następny, więc w grę wchodzi ewentualnie dłuższa współpraca. Tutaj jest link do strony mojego poprzedniego projektu, żeby mogła Pani zobaczyć, że nie jestem żadną żartownisią. ja będę potrzebowała dwa makijaże do zrobienia u mnie w domu w sobotę 19 maja po południu. Oczywiście w Poznaniu. Proszę podać szacunkowy kosz, jeżeli chciałaby Pani spróbować. na tym spotkaniu przedstawiłabym też szczegóły projektu, który obecnie tworzymy z przyjaciółkami.

Pozdrawiam serdecznie

Lukrecja

Tak napisałam do kilku wizażystek krótko przed moim powrotem do Polski. Odpowiedziały trzy. Justyna i dwie Kasie.

Dwie z nich poznałam na inauguracyjnym spotkaniu Balance Of the Ego.

Tak się złożyło, że to właśnie Justyna nie tylko mnie malowała, ale jako pierwsza, uczyła krok po kroku, jak robić makijaż. Dzięki tym lekcjom już niedługo mogłam sama podjąć próby zrobienia metamorfozy. Nawet wtedy, gdy podczas tych prób miałam z czymś problem i napisałam do Justynki, zawsze mi odpowiedziała i wyjaśniła.

Nigdy Jej tego nie zapomnę…

Justynko, dziękuję

Emilia Łyczba

Ubrani w płeć. Badanie empiryczne walorów poznawczych wybranych praktyk crossdressingowych. Praca magisterska, UKSW

[2012]

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy udzielałam wywiadu do Wysokich Obcasów, zwróciła się do mnie Emilia z pytaniem, czy nie zgodziłabym się udzielić wywiadu dla potrzeb Jej pracy magisterskiej. Bardzo chętnie się zgodziłam i tak pojawiłam się w Jej pracy magisterskiej. Był to pierwszy przypadek, gdy moja osoba stała się przedmiotem pracy studenckiej. Pierwszy, a jak okaże się w przyszłości, nie ostatni.

Sama tematyka była dla mnie wyzwaniem. Musiałam zmierzyć się z tematami, których do tej pory nie poruszałam, nie analizowałam. Kilka godzin rozmów stało się doskonałą okazją do zajrzenia w głąb siebie i legło u podstaw pomysłu na to, by zacząć w sobie, w swoich przeżyciach, w swojej historii szukać odpowiedzi, szukać zrozumienia. I tak się stało. Właśnie wtedy zaczął powstawać mój pierwszy blog, który później nazwałam: „W oparach fetyszu budzi się Kobieta”.

w oparach fetyszu i w blasku lycry budzi się Kobieta

Przymiarki

Biznes Woman

[2012]

W rozmowie z Emilią okazało się, że niesłychanie fascynował Ją proces metamorfozy. Powiedziała mi, że to z psychologicznego punktu widzenia jest bardzo ważne. Tak, ma rację. Przygotowania do wyjścia, przymiarki nowych strojów, komponowanie różnych wersji i ocena, czy pasuje cz nie, czy lepiej tak, czy tak, jest dla mnie bardzo ważna. Przykładam do tego procesu wielką uwagę i sprawia mi to wielką frajdę. Poświęcam temu bardzo wiele czasu.

Dlatego postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy, jak to wygląda w praktyce.

Właśnie podczas tych przymiarek uczyłam się robić pierwsze makijaże, które „jakoś” wyglądały, po analizie moich „dokonań” w czasie przebieranek w Elektrowni. Podczas tych przymiarek zaczynałam także patrzeć na to, co do siebie pasuje, oraz jakie stylizacje pasują do wizerunku, jaki chciałam w danym momencie zaprezentować. Bardzo dużo dało mi te parę „przebieranek”. Dzięki nim także obmyśliłam moje stroje na Wybory Miss Trans 2012.

Poznańska włóczęga z Lady Red Cat i Jej przyjacielem

Lady Red Cat

[czerwiec 2012]

Jak to szybko ruszyło…

W dniu powrotu z Niemiec poznałam dwie wizażystki, Justynę i Kasię. Poznałam też Izumi. Razem z Ulą i Kristi poszłyśmy na imprezę, na której minęłam się z Lady Red Cat, którą poznałam wirtualnie. Następnego dnia wspólnie doszłyśmy do wniosku, że skoro Ona jeszcze zostaje w Poznaniu, musimy się spotkać. A że Ona była zawiedziona, że nie poznała Lukrecji osobiście, nie pozostało mi nic innego, jak ponownie umówić się z Justynką, która ponownie wyczarowała Lukrecję.

Spotkaliśmy się w trójkę w sobotni ciepły wieczór na poznańskim Starym Rynku. Zabrałam ze sobą moje czerwone szpilki i paradowałam w nich u boku moich nowo poznanych przyjaciół po kocich łbach Starego Rynku. Spotkanie zaczęliśmy jednak od klubu. Potem był spacer, potem kolejny klub, tym razem irlandzki pub, gdzie moja osoba wzbudziła pewną sensację (co pewien czas zaglądał do nas nowy gość), by wreszcie wylądować na frytkach w małej knajpce. To był dla mnie niezwykły wieczór. Przed wyjazdem do Niemiec byłam tylko raz wśród ludzi na mieście w Sylwestra. Teraz spędziłam sporo czasu w wspaniałym towarzystwie i nie usłyszałam żadnego negatywnego komentarza. Oraz oczywiście, całkowita akceptacja mnie przez moich przyjaciół. Czy może być coś piękniejszego dla transwestyty? Takie wydarzenia niesamowicie ładują akumulatory i budzą wiarę, że jednak można. A przecież Lady też nie wyglądała skromnie. Przy Niej ja byłam bardzo grzeczną dziewczynką. Na szczęście zabrałam ze sobą moją koszulkę i spódniczkę i w irlandzkim pubie mogłam pokazać moje drapieżne oblicze.

w irlandzkim Pubie

Miss Trans 2012

Miss Trans 2012, Lukrecja z Poznania!

[04.06.2012]

Scena. Oświetlona. Przed nią kamery, reporterzy z aparatami. Za nimi w głębokich fotelach siedzą znane z telewizji i pierwszych stron gazet postaci, jurorzy. Za fotelami tłum gości. Błyski fleszy. Na scenie, z tyłu przy kotarze stoi pięć dziewczyn, w szarfach, z bukietami kwiatów, z torebkami z prezentami. A parę kroków przed nimi stoi Miss:

Czarny kombinezon z materiału imitującego latex.

Takie same długie czarne rękawiczki.

Czarny, gładki skórzany gorset.

Buty na dziesięciocentymetrowych

platformach i osiemnastocentymetrowych obcasach.

Krótkie czarne włosy.

Korona na głowie.

Przez pierś przewieszona szarfa z napisem Miss Trans.

W dłoni bukiet kwiatów.

W drugiej torebka z prezentami.

Stoi spokojnie dumnie wyprostowana.

Spogląda w bok, prosto w obiektyw aparatu.

Spokojny, pewny wzrok.

Całą swoją postawą na scenie pokazuje, że to nie przypadek.

Ten tytuł należał się Jej.

I zdobyła go.

Pokonała konkurentki.

Miss. Królowa. Zwyciężczyni.

Jeszcze nie wiedziała, nie zdawała sobie sprawy, że pokonała coś znacznie trudniejszego. Pokonała siebie. Pokonała swoją przeszłość. Otworzyła sobie drogę do siebie.

Lukrecja już wiedziała, że wygrała. To Jej oczy patrzą w obiektyw aparatu. Już nie ma wątpliwości, że cokolwiek Ją może odesłać w niebyt.

Po chwili obraca wzrok ku sali i patrzy na gości z góry.

Patrzcie, to ja, Lukrecja.

Przybyłam, zobaczyłam, zwyciężyłam.

Wreszcie, po 42 latach, to ciało na które patrzycie, należy do mnie. On musi je wreszcie oddać. I oddał. Jeszcze nie teraz, nie w tym momencie, jeszcze próbował zachować fragment siebie. Ale był już na straconej pozycji. Zostawił spuściznę, której Ona uczy się teraz, cały czas…

Moja relacja z konkursu

Dlaczego pojechałam na wybory Miss Trans?

Czy chciałam je wygrać?

Czy spodziewałam się, że je wygram?


Podejmując tą decyzję w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, na co się decyduję.

Byłam w Niemczech. Pisałam swój życiorys, układałam z przyjaciółką Izumi zręby naszego projektu, a przy okazji robiłam analizę swojego dotychczasowego życia.

Oczywiście widziałam relację z pierwszych wyborów w 2011 roku. Od razu sobie pomyślałam, że zrobiłabym tam furorę. Tak, jestem szczera do bólu i taka zawsze będę. Zapatrzona w siebie, w to, co osiągnęłam, jakiego skoku dokonałam, wydawało mi się, że to kolejny naturalny krok i oczywiście pewne zwycięstwo. Dobrze, że wybory nie były w styczniu, bo dostałabym tak po uszach, że kto wie, gdzie bym się znalazła po tym zimnym prysznicu. Pewnie zamknęłabym się w domu i nosa za drzwi nie wystawiła nigdy więcej.

Tak, szybki postęp, wręcz lawina, to więcej pól minowych, niż możemy sobie wyobrazić. Na szczęście poznałam Izumi i przegadałam z Nią wirtualnie wiele, wiele godzin. Dzięki temu sama zrozumiałam siebie, znalazłam swoje miejsce, a przede wszystkim nabrałam nieco pokory. Tak, nieco, bo jeszcze wiele wody musiało upłynąć, żeby spojrzeć na siebie tak, jak obecnie patrzę.

Przez długi czas w ogóle nie myślałam o konkursie, tym bardziej, że nie byłam pewna, czy dam radę być w tym terminie w Polsce. Ale kiedy dostałam wiadomość od Uli, że wypełniła zgłoszenie, a do końca terminu ich składania są dwa dni, nie zastanawiałam się ani chwili. Poszukałam jakieś zdjęcie, coś tam napisałam o sobie. Jako powód, dla którego postanowiłam wystartować, podałam, że chcę pokazać, jaką przemianę przeszłam w ciągu pół roku i wysłałam zgłoszenie. Postanowiłam sobie także, że niech się wali, albo pali, ale na wybory muszę się stawić.

I oddałam się dalej rozmowom z Izumi, pracy, planom związanym ze zbliżającym się powrotem do Polski. A konkurs? Co ma być to będzie…

Wróciłam do Polski 20 maja.

Po załatwieniu wszystkich spraw, które tego wymagały po mojej długiej nieobecności, zaczęłam poważnie myśleć o zbliżającym się wielkimi krokami konkursie. I nadal właściwie nie docierało do mnie, co to oznacza, że to będzie prawdziwy publiczny występ, i moje dotychczasowe pozostawanie w cieniu, bez względu na rezultat, skończy się definitywnie.

Przeczytałam pobieżnie regulamin (ciekawa jestem, która z nas go tak naprawdę przeczytała w całości i z uwagą. Ja to zrobiłam z czystej ciekawości parę dni temu). I zaczęłam planować, w co się ubrać. Wiedziałam, że będę chciała pokazać moją pasję do gotyku i niebezpiecznych klimatów dominacji, tym bardziej, że dostałam niesamowicie wiele wsparcia i ciepłych słów od osób z tego środowiska, jak poinformowałam ich o moim starcie w konkursie. Biorąc pod uwagę regulamin, postanowiłam maksymalnie złagodzić ten strój i pokazać go w finale. Ze względu na ilość zabieranych ciuchów, zrezygnowałam z gotyku, więc został styl lateksowej dominy. Po sprawdzeniu paru wersji, w końcu wybrałam tą, w której mnie zobaczyliście. Ale były do wyboru jeszcze dwie kreacje. Strój codzienny zrobił się sam. Akurat rozpoczynałam współpracę z jedną z wizażystek, z których pomocy korzystam. Miałyśmy się ponownie spotkać w restauracji, by omówić szczegóły pierwszej sesji. Postanowiłam pokazać się Kasi, jako Lukrecja. A skoro spotkanie biznesowe, to i strój musiał być odpowiedni. Przeglądając szafę, zauważyłam niepozorną granatową spódniczkę do kolan, do tego koszula i fajna, elegancka żakietowa marynarka. Założyłam, spojrzałam w lustro i wiedziałam, że to to.

Tak więc został tylko strój wieczorowy. Cały dzień przymiarek, w końcu i tak wybrałam zestaw, który początkowo nie brałam pod uwagę. Potem na zdjęciach, akurat w tej kreacji, najmniej się sobie podobam, ale to już nie ważne.

Teraz, gdy czytałam dokładnie regulamin, strojem wieczorowym byłby ten pierwszy, czyli z pierwszego mego wyjścia, natomiast Lukrecja codzienna wyszłaby w tunice i legginsach. Bo tak naprawdę powinna wyglądać moja prezentacja w poszczególnych kategoriach. Przynajmniej teraz tak rozumiem idę zawarta w regulaminie. Ale to także nie ważne. To już przeszłość.

Postanowiłyśmy jechać razem z Ulką dzień prędzej. Wynajęłyśmy pokój i jazda. Ja sobie wymyśliłam, że pojadę jako ona. A potem, w czasie drogi, miałyśmy problem, jak załatwić potrzeby, które pojawiają się w trakcie wielu godzin jazdy. Tzn. ja miałam problem, a Ula przez to cierpiała. Ale w końcu załatwiłyśmy to i dojechałyśmy szczęśliwie na miejsce. Ula także przeistoczyła się w Ulkę i poszłyśmy na mały spacer po okolicy. Potem wróciłyśmy do hotelu i szykowałyśmy się do kolejnego dnia. Jak, to niech zostanie naszą słodką tajemnicą…

Rankiem poszłyśmy na mały spacer i kupić coś do jedzenia. Ulka nie mogła sobie odmówić przyjemności bycia Ulką, tylko mnie lenistwo pokonało i poszłam jako on. W sklepie miałyśmy niezłą frajdę, gdy pani sprzedawczyni z wrażenia nie mogła poprawnie nabić rachunku i musiała zawołać koleżankę, która z życzliwym uśmiechem spoglądając na nas, zrobiła to szybko i sprawnie.

Po śniadaniu i chwili relaksu zamówiłyśmy taxi i pojechałyśmy do klubu.

Jak weszłam do Le Garage, to na początku jeszcze było ok. Rozmowy, poznawanie dziewczyn. Bardzo pomogła mi oswoić się z sytuacją Biała Dama, która szybko zawitała w progi szatni i rozmawiała z nami. Wprowadziła wiele luzu i jakoś udało się Jej stworzyć taką atmosferę, że właściwie wcale nie czułam przez większość czasu tremy. Dopiero, jak pojawiły się wizażystki, jak zaczęli buszować w szatni fotograficy. Jak zobaczyłam na sali ustawiane kamery, gromadzących się ludzi, powoli zaczęło do mnie docierać, w czym ja tak naprawdę biorę udział. Tym bardziej, że jeszcze przed makijażem już miałam sporo zdjęć zrobionych i zaczynałam sobie zdawać sprawę z tego, że one mogą pojawić się tu i tam. Ale postanowiłam o tym nie myśleć. Prosiłam tylko, jak zwracano się do mnie konkretnie o możliwość zrobienia zdjęcia, żeby robić je po makijażu, albo chociaż w ciemnych okularach.

Chociaż teraz, przeglądając zdjęcia, widzę swoją twarz, swoją męską twarz. Ale już obecnie nie przejmuję się tym prawie wcale.

Natomiast wtedy, gdy dziewczyny zaczęły się przeistaczać, dopiero wpadłam w panikę. Uzmysłowiłam sobie, że jak dostanę się do finału, to będzie WIELKI sukces. Zaczęłam powtarzać jak mantrę: „To nic. Jest świetna zabawa, tylko to się liczy. Korzystaj z okazji i baw się i nie myśl o tytułach”. Cha cha, dobre sobie. Prawie wpadłam w depresję. Ale już za późno było na cokolwiek. Trzeba było iść dalej.

Z każdą dobiegającą ku końcowi metamorfozą miałam coraz większą ochotę uciec stamtąd. A zwłaszcza, jak patrzyłam na Nicole czy Marinę. Ale w pewnym momencie pojawiły się trzy niesamowite osoby, Crossholly, Faustynę i Karolinę. Zobaczyłam bardzo mi bliskie klimaty i w końcu mogłam zając się kimś innym i zapomnieć o swoim strachu i kompleksach. Oczywiście zakochałam się od pierwszego wejrzenia w butach i gorsecie Holly. Najchętniej zdjęłabym je z Niej i nie oddała nikomu.

W trakcie oczekiwania na finał, niektóre z nas miały okazję stanąć już w świetle jupiterów. Odbył się bowiem casting do Trans Orłów na Trans Euro 2012, w którym wzięłam udział. To już był przedsmak tego, co nas czeka. Jury, kamery, pytania, a z drugiej strony na krześle w centrum uwagi każda z nas. Po tym występie myślałam, że nie ma za bardzo czego się obawiać. Jakże się myliłam…

Tak powoli zbliżał się czas finału. Próby, zgiełk, ustawianie nas, przekazywanie planów co do kolejności wyjść, pytania, sposób prezentacji. Ten cały galimatias pozwolił zapomnieć o tremie. Wyglądanie przez kotarę stało się wręcz sportem narodowym. A tam gęstniejący tłum, kamery, muzyka. W końcu w szatni pojawiła się już w pełnej krasie Kim Lee. A to mogło znaczyć tylko jedno. Przedstawienie czas zacząć.

Jakoś nie odczuwałam tremy, czekałam spokojnie na moje wyjście. Zapewne także dzięki castingowi do Trans Euro

Kim Lee wyczytała moje imię. Wyszłam na scenę i usłyszałam skandowane moje imię. Nagle dotarło do mnie, że zna mnie wiele ludzi, o których istnieniu pojęcia nie miałam. Mam fanów! To był dla mnie szok, szok tak wielki, ze dostałam strasznego tiku nerwowego i prawie nie mogłam mówić. Na szczęście potem się dowiedziałam, że tego nie było widać, a ja miałam wrażenie, że robię z siebie pośmiewisko moją mimiką, bo miałam wrażenie, że cała szczęka lata mi zupełnie bez mojej kontroli. Jakoś jednak przebrnęłam przez tą pierwszą prezentację. Odpowiedziałam w miarę przytomnie na pytanie pana Ryszarda Kalisza i w końcu zeszłam ze sceny.

Szybkie przygotowania do drugiego wyjścia, perturbacje z peruką, która za nic nie chciała tak się ułożyć, jak miała. Ale w końcu wszystkie byłyśmy gotowe do drugiej odsłony. Tutaj już wyszłam bez stresu. Świadomość, że są na sali ludzie, którzy są ze mną, którzy trzymają za mnie kciuki, była dla mnie bardzo pomocna. Dzięki tej świadomości nie bałam się ponownego wyjścia na scenę. I znowu odpowiadałam na pytanie pana Ryszarda Kalisza. I cieszę się, bo od dawna Go lubię i szanuję.

Po zejściu ze sceny przyszedł czas na prezentację stroju dowolnego. Martwiłam się, bo początkowo myślałam, że tylko finalistki będą mogły zaprezentować się w trzeciej odsłonie. I żal mi było, że zawiodę moich klimatycznych przyjaciół. Ale na szczęście się myliłam. Bo wyszłyśmy wszystkie w swoich wersjach strojów dowolnych. To była druga i ostatnia szansa zobaczyć nas wszystkie razem. Bo pierwsza, o czym zapomniałam wspomnieć, była na samym początku, gdzie także wyszłyśmy wszystkie razem.

Zbliżał się moment prawdy. Za chwilę miały zostać wyczytane finalistki. Byłam prawie pewna, że mnie tam nie będzie. Byłam zła na strój wieczorowy, który w moim odczuciu był do niczego. Byłam zła, że nie udało mi się powiedzieć tego, co chciałam w prezentacji i w odpowiedziach. W końcu byłam zła, że uległam pokusie i założyłam mój strój dominy, bo pewnie przez niego to, co do tej pory ewentualnie udało mi się uzyskać, teraz straciłam. I to wszystko w ciągu kilkudziesięciu sekund czekania na werdykt. Tak naprawdę było, te wszystkie myśli wirowały we mnie z mocą tajfunu. W tej chwili szczytem marzeń było dostać się do finału. To już nie była tylko zabawa. Jak ja bardzo chciałam w tym finale się znaleźć. Tylko tyle, więcej już nie oczekiwałam…

Gdy usłyszałam wyczytane moje imię jako pierwszej finalistki, przeżyłam szok. Nie dlatego, że dostałam się do finału, bo na to jednak liczyłam, chociaż, jak pisałam, bałam się strasznie, że się nie uda, ale dlatego, że zostałam wyczytana jako pierwsza. Już nie musiałam się martwić. Najgorzej chyba ma ta ostatnia. Nie chciałabym się znaleźć w jej skórze.

Zostałyśmy na scenie w piątkę. Ostatnia tura pytań. Ja ponownie trafiłam na pana Ryszarda Kalisza (czy to coś znaczy?). I tutaj w moim mniemaniu poległam. Zupełnie nie zrozumiałam pytania i odpowiedziałam zupełnie nie na temat. Dopiero po zejściu ze sceny uzmysłowiłam sobie, co powinnam powiedzieć. A najgorsze, że miałam co powiedzieć w tym temacie! Totalna porażka.

No cóż, osiągnęłam to, o czym marzyłam. Powinnam być zadowolona i dumna. Byłam, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. W tym momencie było mi już za mało. Teraz już chciałam wygrać. Nie chciałam być ani pierwszą, ani drugą Wice Miss. Chciałam być Miss.

Zostały wyczytane Miss Look, Miss Publiczności. Nie ma mnie, ok, spokojnie. Pierwsza i druga Wice Miss miały taką samą liczbę punktów, dogrywka. A my zostałyśmy w szatni za kotarą we trójkę. Jedna siedziała na krześle, a dwie stały. Jedna powiedziała, że pewnie zostaniemy wyczytane dwie i też będzie dogrywka. Przytaknęłam, chociaż później uzmysłowiłam sobie, że to było niemożliwe, bo dogrywka mogłaby być między pierwszą Wice i Miss. Teraz już tylko mogła być wyczytana jedna z nas.

Nerwy. To niesamowite, jak zabawa zamienia się w rywalizację. Jak błyskawicznie dokonuje się podsumowania swego udziału i widzi wszystkie błędy, które odebrały nam możliwośc pokazania się jeszcze lepiej, niż to zrobiłyśmy.

Miss Trans 2012 została Lukrecja.

Słysząc te słowa nagle spłynął na mnie spokój. Możecie mi wierzyć lub nie, ale w tym momencie, gdy usłyszałam swoje imię, byłam pewna, że tak właśnie miało być. Nie potrafię tego wyjaśnić. Sama byłam w szoku własną reakcją. Zero tremy, zupełny spokój. Wyszłam na scenę, wzięłam mikrofon i powiedziałam to, co chciałam powiedzieć. Podziękowałam. Czułam, że jestem tam, gdzie moje miejsce. Nie wiem, czy to normalne, czy nie. Nie rozmawiałam z nikim, kto znalazł się kiedykolwiek na moim miejscu, żeby skonfrontować odczucia. Ja czułam tak, jak piszę. A komentarze i wnioski zostawiam Wam, drodzy czytelnicy.

A potem byłam gwiazdą. To bardzo fajne uczucie. Podchodzili do mnie ludzie, których nie znałam i okazywało się, że wiedzą sporo o mnie, znają moje pasje, kibicują mi…

Na imprezę po finale przebrałam się w wygodniejszy strój.

I tutaj mam pewien niedosyt. Spodziewałam się, że będę musiała udzielić jakiś wywiadów, że ktokolwiek będzie chciał czegokolwiek się ode mnie dowiedzieć. Ale nie, może za długo siedziałam w szatni, zanim znowu się pojawiłam na sali. Gwiazdorstwo się we mnie odezwało bardzo szybko.

Ale to nic, nadrobiłam to z Laką, Anią i Kamą podczas mojej sesji. Za to spotkałam się z bardzo wieloma wyrazami sympatii. Chłonęłam je jak gąbka wodę. Do tej pory obracałam się tylko w gronie osób, które mnie znają i które ja sama znałam. Wiedziałam, że są mi przychylne i nic złego mnie z ich strony nie spotka. Wirtualnie oczywiście miałam masę wyrazów uznania, ale raczej w większości były monotematyczne, i doskonale zdawałam sobie sprawę, że 99% z nich, to wirtualni fantaści. Aż tu nagle podchodzą do mnie młodzi ludzie i mówią, że mnie znają, że trzymali kciuki, że głosowali na mnie. To były cudowne chwile. Bawiłam się do białego rana. Czułam się świetnie. Czułam się spełniona. To była niesamowita noc.

Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Nadszedł czas pożegnań. Udało mi się z wieloma dziewczynami zrobić pożegnalne zdjęcia. Szkoda, że nie wpadłam na to wcześniej, bo nie mam z wszystkimi.

Klub pustoszał. A my wróciłyśmy do hotelu. Poszłyśmy spać. Oczywiście wstałyśmy dużo później, niż planowałyśmy i czas był najwyższy ruszać z powrotem do domu. Ale wydarzyło się jeszcze coś fajnego. Już wychodząc z pokoju, tym razem obie jako oni, natknęłyśmy się na siedzącego w przedpokoju przy kompie pewnego mężczyznę. Zapytał, czy byliśmy na paradzie dzień prędzej wziął nas za parę i nie mylił się, ale nie spodziewał się wariantu, który sobą reprezentowałyśmy). A wtedy ja, pod wpływem impulsu, jakiejś nowej odwagi odkrytej w sobie, bez skrupułów i obaw powiedziałam, że niestety nie, bo byłam na wyborach Miss Trans. I oczywiście padło pytanie, na które odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że to ja jestem Miss Trans. Dostałam gratulacje. Okazało się, że to administrator portalu gejowskiego, który był na paradzie równości. Tak poznałam niesamowitego człowieka, który niedługo potem zamieścił informację o mnie na swoim portalu. Ale przede wszystkim poznałam przyjaciela, który nie tak dawno ostrzegł mnie, że dzieje się źle. Dzięki jego sugestii podjęłam bardzo ważną i mądrą decyzję. A to wszystko dzięki temu, że w wyniku udziału w konkursie, oraz oczywiście wygrania go, nabrałam bardzo dużo odwagi do mówienia otwarcie o tym, kim jestem. Od tego czasu już wielokrotnie na wstępie rozmowy mówiłam rozmówcy kim jestem. Robię to zresztą cały czas. Ostatnio powiedziałam o tym tutaj jednemu znajomemu, którego poznałam podczas poprzedniego pobytu w Niemczech. I nadal ze mną rozmawia, chociaż nadal jest w szoku. Głownie dlatego, że nie mieliśmy okazji jeszcze o tym później więcej porozmawiać. Ale zaakceptował to bez wahania. Także buszowanie w sklepach z damskimi ciuchami, przeglądanie stoisk z bielizną, nie jest dla mnie żadnym problemem. Tutaj w Niemczech chodzę do Deichmanna i przymierzam damskie buty. Trochę czuje się skrepowana, to fakt, ale robię to. A jestem przecież fizycznie facetem. Bo na razie jeszcze nie mam możliwości dać tutaj pożyć fizycznie Lukrecji (chociaż już obmyślam, jak to zrobić w przyszłości).

To wszystko dało mi uczestnictwo w tym konkursie. Zobaczyłam siebie inaczej, zobaczyłam, że to, co do tej pory robiłam, to tylko namiastka. Że przede mną jeszcze długa droga. Ale już na niej jestem i muszę iść dalej.

Dzisiaj nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, że nie wzięłabym udziału w tym konkursie. A przecież, gdyby nie sms Uli, to pewnie wcale bym się nie zgłosiła. A że nie jestem z Warszawy, to zapewne w ciemno bym nie pojechała. Ile często w naszym życiu zależy od z pozoru mało ważnej informacji.

Ula, dziękuję.

Piszę te słowa kilka miesięcy po konkursie. Pewnie nieco mi już uciekło. Zawsze relacja pisana na gorąco jest bardziej emocjonalna. Ale jest za to możliwość dokonania małego podsumowania.

Wielokrotnie już usłyszałam pod swoim adresem zarzut, że urosłam w piórka, że mi sodowa do głowy uderzyła, że wydaje mi się, że jestem nie wiadomo jak wielką gwiazdą. Sama sprowokowałam takie opinie, bo nie ukrywam, że dla mnie osobiście to wielki sukces. I gdy to mówię, albo piszę, druga strona nie zawsze chce zrozumieć, że to odnosi się do moich odczuć osobistych. Ja nie traktuję tego jako sukcesu, który zrobił ze mnie gwiazdę. Ten tytuł jest ważny dla mnie osobiście, bo pokazał mi, że idę w swoim życiu dobrą drogą. I że nie muszę iść dalej w przemianie. Bo ja sama doskonale czuję się w tym miejscu, w którym obecnie jestem. Bo czerpię z bogactwa obu swoich osobowości. Bo wiem, że gdybym poszła dalej, bezpowrotnie utraciłabym coś niesłychanie ważnego dla mnie. Utraciłabym ważną część siebie samej. A skoro wygrałam jako dokładnie taka osoba, jaką jestem obecnie, to znaczy, że nie tylko ja tak uważam. Dla mnie wygranie oznacza także, ze dla jury byłam autentyczna w tym, co sobą prezentowałam. Poza tym, ja kocham fotografię i zamierzam skupić się na pozowaniu. W ten sposób chcę realizować swoją wizję kobiecości. Raz, że jest bezpieczna, poza tym piękna artystycznie i daje mi niesamowicie wiele niezapomnianych przeżyć. No i oczywiście dzięki temu mogę ciągle odkrywać siebie na nowo. A to, że jestem transwestytą pozwala mi w zgodzie ze sobą uczestniczyć w coraz śmielszych projektach fotograficznych, w których pokazuję, kim jestem. Pokazuję dwoistość mojej natury. Mam już za sobą dwie takie sesje i niedługo będziecie mogli je zobaczyć, zarówno w Wysokich Obcasach sesję Kamy Bork, ale także sesję Kasi Kasprzak w Jej i moim portfolio, nad którym obecnie pracuję.

Właśnie dlatego uważam, że zdobycie tytułu jest ważnym i wielkim sukcesem, ale dla mnie osobiście. Oczywiście, cieszę się, gdy dostaję wyrazy uznania, ale nie są one dla mnie najważniejsze. Nie one decydują o tym, co robie i będę robiła ze swoim życiem. Pewność i wiarę w to, że postepuję słusznie, że robię ze swoim życiem dokładnie to, co powinnam, czerpię w dużej mierze z tego, co przeżyłam podczas finału, podczas wspaniałego dnia u Lalki przed obiektywem Kamy i pod artystyczną opieką Ani, czy podczas niezapomnianej sesji u Kasi i Jej entuzjazmu. Takie momenty nadają sens życiu. I mając taki bagaż doświadczeń mogę ze spokojem ignorować naszych kochanych internautów i ich pogodne komentarze. Mogę też pokonywać inne zawirowania, w które obfituje nasze życie.

A nie miałabym tej siły bez mego udziału w konkursie. Bez wygrania go, bo wtedy nie poznałabym Kamy. Nie przekonałabym się, co mogę zaprezentować przed obiektywem i nie wiem, czy z Kasią zrobiłybyśmy taką sesję, jaką zrobiłyśmy.

Więc czy nie mam prawa uważać tego tytułu za sukces?

Z tym pytaniem zostawiam Was, moi drodzy.

Na zakończenie chcę jeszcze tylko podziękować wszystkim, którzy tego pamiętnego dnia byli w Le Garage. Uczestniczkom, publiczności, jury, wizażystkom, mediom, całej ekipie Le Garage i Trans-Fuzji. To była niesamowita noc dzięki Wam wszystkim. Wszyscy macie swój udział w sukcesie tej imprezy i moim osobistym i mam nadzieję, że jeszcze nie raz wspólnie zatrzęsiemy tym skostniałym polskim podwórkiem.


A parę dni później miałam okazję, już w Poznaniu, zaprezentować się jako obecnie panująca Miss na czerwcowej sinprezie. I oczywiście skorzystałam z tej okazji. Na sinprezę poszłam z profesjonalnym makijażem wykonanym przez Kasię Kasprzak.

Sinpreza

Spotkania z Kasią Kasprzak

pierwsze w moim życiu spotkanie „biznesowe”

[2012]

Na pierwsze spotkanie z Kasią poszedł Kris (oczywiście tylko fizycznie). Umówiłyśmy się na spotkanie, w którym miała wziąć udział także Izumi. Miałyśmy omawiać projekt sesji nas obu. Postanowiłam, skoro to spotkanie biznesowe, jak by nie patrzeć, szefowej, fotografki i przyszłej współpracownicy, iść w jedynym słusznym moim wcieleniu. Izumi nie dotarła, a ja pokazałam się Kasi w kreacji, którą wykorzystałam potem w konkursie Miss Trans. Kasia mnie początkowo nie poznała. Siedziałyśmy w restauracji w godzinach szczytu w centrum Poznania. Przyjechałam tam taxi i przeszłam kilkadziesiąt metrów w tłumie ludzi deptakiem. W restauracji rozmawiałyśmy całkiem nieskrępowanie. A ja miałam frajdę obserwując dwie młode dziewczyny przy sąsiednim stoliku, które od nas nie mogły oderwać wzroku. Spotkanie udało się znakomicie i zaowocowało niezwykłą współpracą i planami, które powoli wspólnie realizowałyśmy…

Transowe klubowe szaleństwa

na parkiecie

[2012—2013]

Poza pierwszym okresem, kiedy to prawie codziennie bywałam w klubie i się przebierałam w damskie ciuszki, czyli zanim odkryłam w sobie Lukrecję, miałam okazję tylko parę razy bawić się wspólnie we wspaniałej atmosferze ze wspaniałymi ludźmi. Są to niezapomniane chwile. Często w marzeniach przeżywam je ponownie i próbuję sobie wyobrazić, jak będą wyglądały kolejne, gdy w przyszłości uda mi się znowu spotkać w tak wspaniałym gronie wspaniałych, życzliwych i otwartych ludzi. Za nic w świecie nie zrezygnuję z tych spotkań.

A co się działo podczas tych nielicznych, w których brałam udział? Mogę Was zapewnić, że było gorąco.

Bawiłam się w Elektrownii, na ulicach nocnego Poznania, zarówno w upalne noce, jak i mroźne zimowe wieczory. Żegnałam Elektrownię i witałam Come Back na przełomie 2012 i 2013 roku.

W obiektywie Kasi Kasprzak

[2012]

Plan, który chciałyśmy zrealizować w ramach projektu Balance Of The Ego, nie doszedł do skutku. Ale ja nie poddałam się po pierwszym niepowodzeniu, i mimo, że do mojego wyjazdu do Niemiec zostały dosłownie dni, umówiłam się z Kasią na sesję i Jej zostawiłam przygotowanie koncepcji tej sesji. Ode mnie wyszedł tylko pomysł pokazania mojej mrocznej duszy i skrytych w niej mrocznych pasji.

Okazało się, że to był doskonały pomysł. Kasia ma niesamowite wizje i wyobraźnię. I tak powstała ta niezwykła sesja.

Obie te sesje, Kamy i Kasi, wyznaczyły moją drogę w foto modelingu. Wcześniej byłam przekonana, że powinnam w ten sposób szukać swoich kobiecych wcieleń, nie mogąc być kobietą w pełnej krasie na co dzień. Obie artystki sprowokowały mnie do pozowania w niekompletnej kobiecej stylizacji. Przekonały mnie, że mam pokazywać swoje wnętrze, nie to, co jest na zewnątrz. Postanowiłam im zaufać i wprowadzić to jako stały element mojego fotomodelingu. A z czasem ten pogląd zaczął pojawiać się coraz częściej w moim życiu codziennym. To dusza we mnie jest kobieca, ciało nie ma tu znaczenia. To tylko dodatek, który trzeba zaakceptować i żyć w zgodzie ze sobą i być szczęśliwą na tyle, na ile jest to możliwe.

To One dwie, Kama i Kasia, położyły podwaliny pod to, by moje odkrywanie siebie było pozbawione dodatkowych stresów związanych z moim ciałem.

Wysokie obcasy — nr 9 (716) 02.03.2013

Pierwszy medialny występ ściśle związany ze zdobytym przeze mnie tytułem. Wywiadu udzieliłam jeszcze we wrześniu 2012 roku. To, że ukazał się z takim opóźnieniem, skutkowało tym, że był bardzo nieaktualny. Mówiłam w nim o sobie na krótko po przełomie spowodowanym wygraniem konkursu, gdzie było we mnie jeszcze sporo chaosu, ale to jestem ja, autentyczna w tamtym momencie. Czyli ma on swoją wartość. Moimi rozmówcami byli Marta Konarzewska i Piotr Pacewicz. Ilustrują go zdjęcia z sesji Kamy Bork, która była nagrodą dla Miss.

Sklepowe wojaże

w Deichmannie

[2012—2013]

Podczas mojego pierwszego spaceru w biały dzień w Niemczech, nie mogłam sobie odmówić przyjemności pooglądania butów będąc wreszcie w pełni Lukrecją.

Nawet znalazłam prawie takie buty, których szukam, ale były o numer za małe.

To było cudowne uczucie. Czułam się odpowiednią osobą w odpowiednim miejscu, bo jak chyba każda prawdziwa kobieta, kocham buty. I mogę wśród nich przebywać bez końca…

w obiektywie Elizy

[2013]

Liza, którą poznałam na femdomówce, zaprosiła mnie do siebie do Warszawy na sesję foto. Oj, takiej okazji nie mogłam przepuścić. I oczywiście pojechałam. Spędziłam u Lizy parę cudownych dni. Zrobiłyśmy parę mini sesji. Potem jeszcze parę razy u Niej bywałam, i niekiedy pojawiały się nowe zdjęcia. Wreszcie Lizka zaproponowała mi, żebym u Niej zatrzymywała się, gdy mam coś w Warszawie do załatwienia. Skorzystałam z tego zaproszenia i dzięki temu mogłam wziąć udział w kilku fajnych wydarzeniach. Wreszcie, pół roku po mojej pierwszej wizycie, wprowadziłam się do Niej. Akurat w momencie, gdy za chwilę miałam zacząć kręcić serial z Kamą Veymont. A potem poznać Jagodę. Praktycznie nic z tego, co mnie spotkało w Warszawie jesienią 2013 roku, nie miałoby szansy zaistnieć w takiej formie, lub wręcz wcale, gdyby nie Lizka…

W obiektywie Marka Stana

foto Marek Stan

[2013]

Sesja z Markiem miała za cel przede wszystkim pokazać mi, jak potrafię zachować się przed obiektywem. Byłam bardzo sztuczna, robiłam wiele błędów. Dzięki sposobowi Marka, który robił całe serie zdjęć, mogę teraz analizować. Ruch, sylwetka, gestykulacja, brak naturalności, zamykanie oczu… Wiele pracy przede mną.

W obiektywie Mariusza Przygody

[2013]

Poznanie Lizki zaowocowało na początku tego roku dwoma wydarzeniami.

Pierwszym było poznanie Mariusza.

Pojechałyśmy do Niego do Opola, gdzie miałam kilkugodzinną sesję. A zaraz po niej wsiadałyśmy do pociągu i wracałyśmy do Warszawy. Mariusz nastawił się w całości na pokazaniu mojej duszy. Także przeze mnie zaplanowaną stylizację, gdzie chciałam pokazać się jako baletnica, on zmodyfikował, pokazując mnie w zupełnie innym wydaniu, niż planowałam. Ale z efektu jestem bardzo zadowolona.

W ten sposób zyskałam inny wizerunek, więc nadal temat baletnicy jest otwarty.

To jedno z moich fotograficznych marzeń, które dzięki Mariuszowi w części zostało już spełnione.

Grafiki Ryszarda Kopcia

Malarskie impresje z Lukrecją

[2013]

Lizka z racji wykonywanego zawodu, a także własnych artystycznych pasji, zna wielu ciekawych nieszablonowych artystów. Jednym z nich jest Rysiek, któremu tak spodobała się moja twarz, że postanowił nad nią „popracować”.

Dzięki temu mój wizerunek wzbogacił się o bardzo nietypowe i ciekawe spojrzenie.

Być może jeszcze kiedyś pojawią się nowe grafiki, bo Rysiek wybrał sporo zdjęć do malarskich impresji, i to głównie z tych, które sama sobie robiłam, co dodatkowo mnie ucieszyło. Ale, jak to z artystami bywa, muszą mieć wenę. A kiedy Rysiek ponownie będzie miał wenę na mnie? Któż to wie. Ale wierzę, że jeszcze mu się ta wena pojawi i zobaczę kolejne malarskie impresje mojej twarzy.

Wizaż, stylizacja i foto Eliza

Graficzna edycja Ryszard Kopeć

Lukrecja w dzień dobry TVN

„Lukrecja”

[2013]

To była akcja błysk. Dostałam telefon z pytaniem, czy udzielę wywiadu dla programu Dzień Dobry TVN. Musiałam podjąć szybko decyzję. Powiedziałam tak. Kilka godzin później był już u mnie reporter. Pojechaliśmy do hotelu i tam okazało się, że wywiad będzie tylko kanwą mini reportażu o mnie, bo koncepcja uległa zmianie po tym, jak reporter ze mną porozmawiał. I wywiadu udzieliłam sote. To był dopiero coming-out.

z planu zdjęciowego

W reportażu chcieliśmy pokazać moją pasją do fotografii i pozowania. Jak to najlepiej pokazać? Zainscenizować sesję. I tak zrobiliśmy. Tak powstała moja pierwsza sesja hotelowa.

Bardzo podobają mi się ujęcia, jakie powstały w czasie samej sesji, tak bardzo podkreślają moją kobiecą duszę, moje pragnienie bycia sobą. Mimo, że jeszcze tego nie rozumiałam w pełni, widzę to, zwłaszcza teraz, gdy oglądam te sceny, jak bardzo kobieta przemawiała przeze mnie.

Münsterski coming out

[2013]

Bardzo szybko po przyjeździe do Munster poznałam fajną rodzinę, przed którą się otworzyłam. I chociaż potem obróciło się to przeciwko mnie, ale tego cudownego wieczoru nic mi nie odbierze. Czułam się wspaniale i mam nadzieję, że przynajmniej Ewa także. A ja szalałam. Miałam na sobie legginsy, biżuterię, tunikę i moje nowe damskie buty. Szkoda, że niektóre chwile radości są tak ulotne, ale dobrze, że są. Zwłaszcza wtedy, gdy trwają…

W obiektywie Joanny Maj

[2013]

Krótko po powrocie do Polski, ponownie stałam się przedmiotem pracy studenckiej. Sposób fotografowania przez Joannę, to zupełnie coś innego, niż to, z czym stykałam się dotychczas. Przede wszystkim Joanna skupia się na szczególe. Szuka w nim czegoś nieuchwytnego, czegoś ulotnego. Dla mnie, która zawsze widziałam siebie całą, było to zupełnie nowe doświadczenie, także w spojrzeniu na siebie samą.

Kolejne ciekawe doświadczenie.

Justin Vivian Bond

chwila na autograf

[2013]

Planowałam ten wyjazd w związku z nagraniem w telewizyjnej dwójce i sesjami z Kamą. Nagranie zostało odwołane, ale pojechałam i tak. I okazało się, że akurat w dniu mego przyjazdu jest w Teatrze spotkanie autorskie połączone z koncertem jednej z czołowych działaczek ruchu Queer w USA, Justina Vivian Bond. Pojechałam, i nie żałuję. Byłam w pełnej kobiecej krasie w zupełnie naturalnej sytuacji, a nie przy okazji jakiejś sesji czy imprezy. To była dla mnie nowa sytuacja i bardzo się cieszę, że tam byłam. Bo sama autorka jest niezwykła osobą i bardzo utalentowaną. Tak wkroczyłam w zupełnie inny świat sztuki, rozpoczynając jednocześnie zmianę swoich priorytetów.

Nastazja Gonera „Lucy”

kadr z niewykorzystanej sceny

[2013]

Podczas tego kilkudniowego pobytu w Warszawie najpierw przeżyłam niezwykłe chwile w trakcie przymierzania sukni ślubnej w salonie na Marszałkowskiej. Strój, w jakim pojechałam na tą przymiarkę też dał mi sporo frajdy i adrenaliny. A jednocześnie stał się wyznacznikiem tego, jak zaczynałam pojawiać się w miejscach publicznych. A następnego dnia spotkałam się z Nastką, która zrealizowała materiał do swojej pracy egzaminacyjnej na I roku wydziału reżyserii w łódzkiej filmówce. W ramach nagrań pojawiłam się też w Łodzi, w szkole i mogłam ją zobaczyć od kuchni. Oraz poznałam niezwykłą montażystkę, która montowała Nastce film o mnie. Egzamin został zdany na 4+. Więc tym bardziej mam powód do radości.

(make-up Edyta Kaczmarek)

Trans imprezy

ponownie na scenie

[2013]

Moje transowe klubowe nocne szaleństwa to nie było jednak to, czego szukałam. Doskonale się tam bawiłam, ale zależało mi, żeby poznać i bawić się w gronie ludzi nie tylko życzliwych mi, co niekiedy okazywało się tylko, podszytą ciekawością, akceptacją. Chciałam bawić się w gronie ludzi podobnych do mnie, którzy na co dzień stykają się z podobnymi do mnie problemami. I przy okazji wymieniać poglądy i uczyć się nowych sposobów na bycie sobą. Takie spotkania są, tylko ja nie miałam okazji na nich być ani razu. Poza dwoma udziałami w Wyborach Miss Trans, nie miałam okazji spotkać się z dziewczynami i chłopakami przy innych okazjach. Poprzedni rok pod tym względem był stracony, ale teraz już nie przepuściłam okazji. Podczas mego pobytu w Warszawie, był akurat Trans-Wieczorek, i wreszcie zadebiutowałam. Byłam niedługo, bo byłam skonana po ciężkim tygodniu, w którym miałam dwie sesje z Kamą i nagrywanie filmu Nastazji, ale udało mi się. I wiem, że teraz, jak będę w Polsce, nie ma siły, która mnie powstrzyma przed udziałem w tych spotkaniach. Bo ja chcę się bawić. I już wiem, czego mi brakowało w poznańskich klubach, w których bywałam. Brakowało mi Edyty, Dawida, Marii, Doroty, Huberta, Ani i wielu wielu innych.

Lady Red Cat kolejny raz

tym razem bardzo kameralnie, ale i z pazurem

[2013]

Kolejne spotkanie i nasza mała rocznica. Mijał rok od naszej poznańskiej włóczęgi. Tym razem byłyśmy na pizzy i na ławce w środku osiedla pokazywałam Majce moją spódniczkę. A w mieszkaniu zaszalałyśmy, jak na dwie stare lesby przystało… Ale to już niech zostanie między nami.

w obiektywie Kamy Bork

Trzy sesje

[2013]

Tego lata byłam gościem Lizki dwa razy. W obu przypadkach był to bardzo urozmaicony tydzień.

Pierwszy pobyt zaowocował dwiema sesjami z Kamą. Jeden na warszawskiej Starówce, a dwa dni później u Niej w studio. Zwłaszcza sesja na Starówce dostarczyła niezapomnianych wrażeń. Gdy byliśmy już gotowi do wyjścia, nad Warszawą zrobiło się czarno i lunął deszcz. Postanowiliśmy czekać, nawet całą noc, bo koncepcja sesji była taka, by zrobić ją w nocy. Na szczęście pogoda nad nami się ulitowała i o północy zaczęliśmy zdjęcia, które dostały jeszcze dodatkowego atutu, gdyż mokry po silnym deszczu bruk na Starówce cudownie odbijał światło, potęgując kolorystykę zdjęć.

Dwa dni później odebrałam telefon, a w nim usłyszałam Kamę, która zapytała, czy się już goliłam na twarzy. Na szczęście jeszcze nie i następnego dnia spotkaliśmy się u Kamy w studio, gdzie zostałam rozebrana, pomalowana, ustrojona biżuterią, dano mi w dłoń kufel z piwem, założyłam perukę i tak powstała jedna z najbardziej zwariowanych moich sesji.

Trzecia sesja nie doszła w tym czasie do skutku, właśnie przez bardzo kapryśną pogodę. Ale i tak poczułam jej smak. Byliśmy w salonie sukien ślubnych na marszałkowskiej, gdzie przymierzyłam suknię ślubną. W ten sposób zbliżyłam się do realizacji mojego największego marzenia w świecie fotomodelingu. Sesji w sukni ślubnej.

Co się odwlecze to nie uciecze.

Zwłoka wyszła nam na dobre. Sesja miała miejsce podczas mego kolejnego pobytu w Warszawie. Na dzień przed zdjęciami, Kama znalazła Leszka, który wsiadł w pociąg i przyjechał ze Śląska, by razem ze mną wziąć udział w tej niezwyklej sesji. Na samym wstępie Kama zafundowała mi kolejną niespodziankę. Wizaż robiła mi Ania, która poznałam podczas sesji u Lalki prawie rok temu. Sesja odbyła się w Parku Arkadia 100 km od Warszawy. Suknię ubierałam w ogródku przy stacji benzynowej. Najpierw w mini poszłam na kawę z naszą ekipą do budynku stacji, co już było dla niektórych pracowników tejże stacji przeżyciem. Za to w momencie, gdy wychodziłam z ogródka do samochodu, już w sukni i welonie, wręcz tkwili przyklejeni z nosami do okna. Ale miałam frajdę.

Sesja była niezwykła, co potwierdzają zdjęcia. Leszek okazał się idealnym partnerem, który doskonale wszedł w rolę, jaką miał odegrać. A ja dzięki niemu wzniosłam się na wyżyny moich możliwości.

Zagraliśmy jak w klasycznym teatrze antycznym.

A najciekawszym momentem było, gdy spotkaliśmy się w parku z inną Parą Młodą, tym razem autentyczną, która akurat w tym samym czasie także miała sesję w tym parku.

Tak, marzenia się spełniają.

Miss Trans 2013

[15.06.2013]

Po konkursie napisałam relację, która została zamieszczona na stronie Trans-Fuzji. Oto ta relacja :

Miss Trans 2013 oczyma Lukrecji

Minął rok i pojawiłam się ponownie w tym samym miejscu. To samo miejsce, ale już nie ta sama ja.

Zapraszam na moją relację z Wyborów Miss Trans 2013.

Pojawiłam się w klubie krótko przed 17. Przyjechałam taksówką w pełnym stroju, tylko bez makijażu. Żadnych walizek, dodatkowych kreacji. Tylko ja i mój kuferek z aparatem i dokumentami. Nawet butów na zmianę nie zabrałam. Jak szaleć to szaleć. Wytrzymałam w moich szpileczkach bite 12 godzin!

Weszłam na zaplecze, gdzie rok temu z taką tremą poszłam w najdalszy kąt, by szykować się i dyskretnie obserwować konkurentki. Tym razem już nie patrzyłam na Nie jak na rywalki. Widziałam teraz to, co sama przeżywałam rok temu. Tremę, skupienie, nieśmiałe spojrzenia. A z drugiej strony pełne zdecydowania i wiary w siebie zachowanie starych wyjadaczek. Od razu zwróciłam uwagę na pewną dziewczynę siedzącą skromnie pod ścianą w szarej, długiej sukience. Nie mogłam nie zauważyć Jej cudownych rudych włosów. Sama jeszcze wtedy nie wiedziałam, że za dwa dni sama zobaczę siebie w rudym wcieleniu i oszaleję. Zresztą nie tylko ja. Także wielu znajomych powiedziało mi, że wreszcie znalazłam swój wizerunek.

Ponownie przekonałam się, jak pozory mogą mylić. Przesuwałam się wzrokiem po Niej, ale w tamtym momencie nie postawiłabym na Nią złamanego grosza. Jak pozory mogą mylić. A potem przywitania z dziewczynami, które poznałam rok temu, z Emi, Słodką Marysią, Telimeną. No i oczywiście z Ciocią Edzią.

Ale głównym powodem mojego szybkiego pojawienia się w klubie było nakręcenie wywiadu na potrzeby filmu. Podczas rozmowy z reżyserką, wpatrując się w obiektyw kamery, czułam się niezwykle. Kątem oka obserwowałam reakcje innych, ich spojrzenia i przypomniałam sobie, jak rok temu z zazdrością patrzyłam, jak różni reporterzy rozmawiają z uczestniczkami, które już były znane. Teraz ja byłam tą znaną i bardzo mi się to podobało. Już wtedy wiedziałam, że oddanie korony też może być cudownym przeżyciem. I tak się stało. Ale o tym później. Spędziłam bardzo ciekawie ten czas. Byłam fotografowana, rozmawiałam. Pamiętam, jak dosiadłam się do stołu do dwóch dziewczyn, z których jedna powiedziała mi, że dzień prędzej pisała ze mną na forum. A ja Ją namawiałam do przybycia. I pojawiła się. I mimo że nie wystartowała, bo zabrakło Jej odwagi, przełamała się na tyle, by się pojawić. A potem nawet żałowała, że nie znalazła w sobie odwagi do wystartowania. Obiecała, że za rok na pewno. Trzymam Ją za słowo. To było dla mnie fajnym kontrastem. Byłam od razu rozpoznawana, nie tylko przez uczestniczki i organizatorów. Nie powiem, że nie sprawiało mi to frajdy. A potem przybyły dziewczyny, które wzięły się za przerabianie kandydatek na bóstwa. A ja zobaczyłam Edytkę. Poznałam Ją wirtualnie na FB, gdy Telimena zamieściła zdjęcia z jednej ze swoich sesji, w których makijaż robiła akurat Edytka. Poznałyśmy się wirtualnie i wyraziłyśmy chęć współpracy kiedyś w przyszłości. I okazało się, że nie musiałyśmy czekać długo. To właśnie Edyta robiła mi makijaż przed niezwykłą sesją na warszawskiej Starówce. Przy okazji tej sesji jeszcze niewiele mogłam powiedzieć o tym, jak Edyta pracuje, bo cała koncepcja była ustalona między Nią a Kamą. Ja tylko cicho siedziałam i nie przeszkadzałam Jej w pracy. Natomiast w klubie Edyta pokazała mi jak powinno się traktować klientkę. Cały czas pytała i konsultowała ze mną to, jak chcę być pomalowana. Czułam się jak ktoś ważny, a nie jak lalka. I cieszę się, że nauczyłam się przez ten rok tyle, że mogłam nawiązać z Nią dialog i rzeczowo odpowiadać na Jej pytania i sugestie. Zazwyczaj na sesjach zdaję się całkowicie na wizję fotografa, dlatego było to dla mnie nowe, niezwykłe doznanie. Ale to nie wszystko. Edytka cały czas dbała o to, bym wyglądała promiennie. Pudrowała mnie. Poprawiała mi usta. Czułam się jak prawdziwy VIP. Mogę śmiało powiedzieć, że stanęła na najwyższym stopniu profesjonalizmu i bardzo się cieszę, że oddałam się w Jej ręce. Mam nadzieję, że nie raz jeszcze będziemy współpracowały.

Powoli zbliżał się czas rozpoczęcia konkursu. Zajęłam sobie miejsce na VIP-owskiej kanapie. W końcu miałam do wykonania ważne zadanie, koronację. I muszę powiedzieć, że cieszę się, że nie byłam w jury. To na prawdę ciężkie zadanie. Miałam oczywiście swoją faworytkę, ale jak w tych szybkich prezentacjach, szybkich odpowiedziach, wyłapać to, co ważne, co mówi coś o kandydatkach. Jestem na prawdę pod wielkim wrażeniem pracy jury.

Wreszcie pojawiła się Kim Lee i konkurs się zaczął. I po chwili spełniło się jedno z moich marzeń. Bardzo chciałam móc powiedzieć wszystkim, i gościom, ale zwłaszcza startującym dziewczynom, co dało mi zdobycie tytułu. Chciałam im powiedzieć, żeby walczyły, bo warto. I stało się. Lalka zaprosiła na scenę Dawida, Miss Trans 2011 i mnie. I tutaj miałam możliwość sama się przekonać, jaka przemiana się we mnie dokonała. Rok temu, gdy wyszłam pierwszy raz na scenę i miałam coś o sobie powiedzieć, dostałam z nerwów i tremy takiego szczękościsku, że bałam się, że nic składnie nie powiem. Teraz w paru słowach, pamiętając o tym, by trzymać w odpowiedniej odległości mikrofon, by nie powstawało sprzężenie zwrotne (dzięki Kamo V.), powiedziałam o tym, jak zmieniło się moje życie w ciągu tego roku.

No tak, zapomniałam o bardzo ważnej sprawie. Skoro była scena, na dodatek pusta, to trzy stare wyjadacze, Dorotka, Dawid i ja, nie mogliśmy się oprzeć, by się nawzajem nie obfotografować na tej scenie. Zapomniałam jeszcze o jednym. Jak przyszłam do klubu, w którym nie byłam przez rok, zostałam poproszona przez dwie siedzące w pustej sali przy jednym ze stołów dziewczyny, które chciały ze mną pogadać, chciały pogadać z Lukrecją. Jeszce wtedy jednak dawałam się zaskoczyć, że znają mnie ludzie, których ja nie znam. Taki bardzo miły akcent na dzień dobry w klubie.

Ale wracajmy do konkursu. Dziewczyny wyszły na pierwszą prezentację. Muszę powiedzieć, że zaprezentowały się super. Nauczona własnym doświadczeniem potrafiłam wychwycić, które czuły się na scenie jak ryba w wodzie, a które wewnątrz wręcz trzęsły się jak galareta. Ale nie dały tego po sobie poznać. Odpowiadały składnie, pewnie i na temat. Była jedna bardzo dziwna odpowiedź i pewne trochę irracjonalne zachowanie, ale pomińmy to milczeniem, bo poza tym zabawa była przednia. Obserwując konkurs z kanapy w pierwszym rzędzie odbiera się go zupełnie inaczej. Mimo wszystko w tym momencie, gdy One wychodziły, zazdrościłam im. Bo to jest niezwykłe przeżycie i myślę, że za każdym razem przeżywa się je na nowo. Ta rywalizacja, błyski fleszy, aplauz publiczności niesie ze sobą niesamowitą energię. Naprawdę niech żałują te, które się nie zdecydowały wystartować. Ta energia aż bije ze sceny. Nie da się tego poczuć, gdy chociaż raz nie stanie się po tej stronie. Obserwacja z pozycji publiczności, chociaż sama w sobie też niosąca potężną dozę pozytywnej energii nie zastąpi tego, co czuje się stojąc na scenie. Ja to czułam, i dlatego im zazdrościłam. Zazdrościłam im tego, że mogły stanąć w szranki i walczyć. Ale jednak nie zamieniłabym mojego tytułu i możliwości wystąpienia jako ubiegłoroczna Miss na możliwość kolejnego startu. Bo to, co wydarzyło się przez ten rok jest dla mnie tak bezcenne, że nie podjęłabym ryzyka, że mogłoby tego wszystkiego nie być. Bo kto wie, jaka Lukrecja przyjechałaby w tym roku stanąć do konkursu. Może w ogóle by jej nie było?

Po pierwszej prezentacji, w której dziewczyny w paru słowach przedstawiły siebie, przyszła pora na krótką przerwę. Poszłam do nich i obserwowałam gorączkowe zmiany. Nowe kreacje, tym razem wieczorowe. Poprawki makijaży. Taki mały kocioł. Zwróciłam uwagę, bo nie dało się inaczej, na Słodką Marysię. Tym bardziej, że świeżo miałam w pamięci moją niezwykłą sesję w sukni ślubnej. Marysia miała przepiękną, satynowa suknię. Wyglądała w niej jak postać z bajki. Od razu przypomniała mi się Jej zeszłoroczna kreacja. To było niesamowite, ile pracy i samozaparcia Marysia włożyła w przygotowanie tej kreacji. Wiem, że znalazła kogoś, kto Jej pomógł. I chwała jej za to, bo dała Marysi coś niezwykłego. Przygotowała tą kreację ze specjalnego powodu. By uświetnić obchodzone właśnie w dniu konkursu swoje urodziny. Dostała owacje na stojąco, „100 lat!” i burzę oklasków. Ona cała tryskała radością i pozytywną energią. Dla Niej to, że mogła się w tej baśniowej kreacji pokazać na scenie, było na pewno wielkim sukcesem. Ukoronowaniem wielkiej pracy. I mimo że niczego nie wygrała, to tak na prawdę wygrała. Jest sobą i świetnie się tym bawi. A ponadto mówi prosto i bezpośrednio, kim jest, czego chce i do czego dąży. Marysia staje się powoli stałym, bardzo rozpoznawalnym elementem konkursu. I aż strach pomyśleć, że mogłoby Jej zabraknąć, gdyby w przyszłym roku zdobyła laury i nie mogła za dwa lata wystartować. Bo to byłaby w pewnym stopniu niepowetowana strata. Bo bez Marysi ten konkurs straci swój baśniowy, niezwykły charakter. Ale oczywiście życzę Jej z całego serca, by została nagrodzona za swoje wysiłki.

Słuchając odpowiedzi kandydatek, zwróciłam uwagę, że ta szara myszka w paru słowach potrafi przekazać bardzo wiele. Ale ja i tak byłam zapatrzona w moją faworytkę. I wreszcie przyszedł ten moment. Wszystkie dziewczyny wyszły na scenę i zaczęło się. Na pierwszy ogień poszła Miss Publiczności, którą została młodziutka Noemi. Za chwilę Noemi dostała kolejną szarfę, bo została wybrana Miss Foto. Patrzyłam na tą skromną młodą dziewczynę w dzinsach, ze skromnie spuszczoną głową. Chyba do końca do Niej nie docierało, że dostaje tytuły i nagrody. To było takie wzruszające.

Wreszcie na scenie pozostały tylko finalistki, wśród nich moja faworytka. I za chwilę moje marzenia prysły, jak bańka mydlana, bo moja faworytka została II Wice Miss, Emilia II Vice Miss Trans 2013. Rozmawiałam potem z Emi i powiedziała, że bardzo się cieszy, bo chciała dostać tytuł, bo w końcu po to się na konkurs, obok zabawy, jedzie. Ale nie chciała zostać Miss, bo ma zbyt wiele obowiązków i obawiała się, że nie podoła obowiązkom Miss. Super, że się spełniła. A później przyłączyła się do pewnej idei, która zrodziła się w mojej głowie parę dni po konkursie. Ale o tym nie będę na razie nic mówiła. Jak dobrze pójdzie, przekonacie się za rok, co mi po głowie chodzi.

I Wice Miss Trans 2011 została Telimena. Bardzo dobrze, bo Telimena także przez ten rok rozwinęła się niesamowicie. Udziały w programach telewizyjnych, sesje fotograficzne. Udział w wielu przedsięwzięciach ruchu LBGTQ. To bardzo dobrze, że Jej niezwykła siła i przebojowość została doceniona i nagrodzona. Zresztą Telimena to już instytucja. Ona jest niezwykła. Do samego wyboru biżuterii do stroju potrzebowała stołu, by można było ogarnąć to szalenie kolorowe bogactwo. Niezwykła, ciepła kobieta, która ma gdzieś to, co inni mówią i robi swoje. Będę nadal Jej kibicowała, bo warto. I mam nadzieję, że wreszcie uda nam się wspólnie stanąć przed obiektywem aparatu.

Zostały trzy, wśród nich Ona, nieśmiała, cicha dziewczyna z kanapy pod ścianą, której na krok nie odstępowała Jej przyjaciółka (poza oczywiście wyjściami na scenę). Gdy moja faworytka nie została miss, nie wiedziałam kto wygra, nie miałam swojego typu. Jakoś nie przebił się do mojej mózgownicy fakt, że Ona zaprezentowała się niezwykle spójnie i ciekawie, a jednocześnie bardzo skromnie. Chyba właśnie dlatego gdy usłyszałam, że to właśnie Ona wygrała, byłam w szoku. Dopiero potem zaczęłam analizować i zaczęła się przebijać świadomość, że tak właśnie powinno być. Tym bardziej jestem pełna podziwu dla jury, że zauważyła i potrafiła ocenić, kto tak na prawdę przed nimi stoi. Czy porównywałam ją do siebie? Pewnie tak, ale nie świadomie. Bo Zuzia to zupełnie inna liga. Teraz to mogę powiedzieć, bo Ją poznałam. Ale najpierw weszłam na scenę i założyłam Jej koronę. Bardzo fajne uczucie. Pogratulowałam Jej i zaprezentowałam sali. Tutaj naprawiłam niewybaczalny błąd. Bo koronę zakładałam Jej stojąc tyłem do sali i skutecznie Ją zasłaniając. No cóż, nie zawsze uda się zachować profesjonalnie, tak, jak tego od nas oczekują.

Z Zuzią porozmawiałam parę dni później. Przegadałam z Nią pół nocy i przekonałam się, jak wspaniałą mamy Nową Miss. Jej występ w „Pytaniu na śniadanie” tylko potwierdził moje i nie tylko moje, odczucia. Krótko mówić, jury wykonało solidną pracę.

Ale wracajmy do tej niezwykłej nocy.

No a potem była zabawa do białego rana. I jedno niezwykłe wydarzenie dla mnie. Poznałam osobiście Martę Konarzewską, która przeprowadzała ze mną wywiad do „Wysokich Obcasów”. Mała wielka kobieta. Oczywiście, jak na rasową nauczycielkę i redaktorkę przystało, nie omieszkała mnie trochę pomaglować, ale ja bardzo chętnie poddałam się temu maglowaniu, więc spędziłyśmy parę bardzo przyjemnych chwil na rozmowie. Parę dni później zobaczyłam zrealizowany w 2011 roku film „Coming out po polsku”, w którym Marta także wystąpiła i utwierdziłam się tylko w tym, jak niezwykłą jest kobietą. Jestem szczęśliwa, że mogłam Ją poznać.

Powoli emocje opadały. Powoli sala pustoszała. A ja zdobyłam ostatni brakujący element. W zeszłym roku zgubiłam mój numer startowy. W tym znalazłam, bo ktoś zostawił. Akurat z moim zeszłorocznym numerem. Teraz mam komplet. Numer, szarfę i koronę. Nie mówiłam o tym, ale jak jestem w domu, korona stoi na honorowym miejscu założona na perukę, której już nie używam. Obok leży zwinięta szarfa. A teraz uzupełniłam ten zestaw o kwiecisty numer.

Podczas tej nocy poznałam jeszcze jedną niezwykłą osobę, Anię, prawą rękę Cioci Edzi. Przegadałyśmy na kanapie sporo czasu, sącząc drinki. Zresztą poznałam, czy ponownie spotkałam, wielu ciekawych ludzi. I tym razem wykorzystałam okazję, by rozmawiać, poznawać się, wymieniać poglądy. Rozmawiałam z Anią Grodzką, Kamą Bork, Hubertem, Jackiem, Anią. I słyszałam, jak widzą to, co dał mi udział w zeszłorocznym konkursie. Dowiedziałam się, że wiele osób śledziło moje losy i mi gorąco kibicowało. Rozmowy te zaowocowały spędzeniem w ciekawy sposób niedzielnego popołudnia na prezentacji książki „Jedno oko na Maroko”. Dla mnie, na dobrą sprawę, konkurs zaczął się w sobotę o 15, gdy zaczęłam się szykować, a skończył w poniedziałek o 16, gdy wróciłam do mieszkania i zmyłam z siebie makijaż po nagraniu programu w Polsat Cafe. Dla mnie to był jeden długi niezwykły weekend, z małymi przerwami na zregenerowanie sił. A odbieram to jako jedno wydarzenie dzięki ludziom, dzięki Cioci Edzi, Ani, Słodkiej Marysi, Ani Bedyńskiej, Hubertowi, Jackowi, Asi. Bo cały czas byliśmy razem, w mniejszym lub większym gronie. I prowadziliśmy niezwykle ciekawe rozmowy, bawiliśmy się, pozowaliśmy do zdjęć. To kolejna nowość dla mnie. Rok temu był konkurs, przyjechałam, weszłam stremowana w grupę dziewczyn, których nie znałam i po wszystkim wróciłam do domu. Natomiast teraz przeżyłam niezwykły weekend, pełen cudownych wrażeń w towarzystwie wspaniałych ludzi. Nie przeżyłabym tego, gdybym rok temu nie odważyła się przyjechać na konkurs. Bo to wszystko, co dzieje się ciągle obecnie w moim życiu, zaczęło się tak naprawdę w momencie, gdy wyszłam w granatowej spódnicy przed kolana, błękitnej koszuli i stalowo-błękitno-turkusowej ciemnej marynarce na scenę i usłyszałam, jak sala skanduje moje imię. Tego nigdy nie zapomnę.

Do zobaczenia za rok. Mam nadzieję, że będzie znowu niezwykły wieczór, o którym napiszę, bo wierzę, że będzie o czym. Sama zamierzam do tego przyłożyć rękę, by było o czym…

Lukrecja

Nie, nie, nie tak szybko.

Pojawił się jeszcze jeden niezwykły element.

Jakoś tak zupełnie naturalnie Zuzia wybrała mnie na swojego przewodnika w oswajaniu się z nową dla Niej sytuacją. A ja zupełnie naturalnie podjęłam się tego zadania. Po pewnym czasie doszłyśmy do wniosku, że rodzi się nowa jakość, nowy zwyczaj. Gdzie ustępująca Miss Trans bierze pod swoje skrzydła tą, która przejęła od niej pałeczkę. I tak powinno być. Obecnie Zuzia już wie, że to będzie jeden z Jej obowiązków, ale bardzo przyjemny, chociaż jednocześnie bardzo odpowiedzialny, w przyszłym roku po przekazaniu korony. Jednocześnie ja nadal będę do Jej dyspozycji, bo każda z nas będzie szła do przodu, czerpiąc także z tego, co przyniósł nam tytuł Miss Trans. I zawsze będzie coś, czym będzie mogła podzielić się ze swoją podopieczną jednocześnie czerpiąc z Jej osobistych doświadczeń. Bo to akurat w relacji dwóch zaprzyjaźnionych osób jest najwspanialsze.

Wzajemne wspieranie i czerpanie od siebie nawzajem…

Tym razem to już naprawdę

Koniec

W obiektywie Jacka Heroka

Zmiana warty

[15.06.2013]

Udział w tegorocznym konkursie Miss Trans miał dla mnie jeszcze dodatkowe zalety. Stałam się obiektem dwóch sesji fotograficznych. Jedną mogę już zaprezentować w moim portfolio. To zdjęcia Jacka Heroka.

Natomiast druga, Ani Bedyńskiej, jest fragmentem większego projektu, który autorka musi najpierw opracować. Kiedy to będzie? Jak to z artystami. Tylko oni znają na to pytanie odpowiedź. Rąbka tajemnicy uchyla akurat jedno ze zdjęć Jacka, na którym widać Anię przy pracy.

Wizaż Edyta Kaczmarek

Stylizacja Lukrecja

Foto Jacek Herok

Jedno oko na Maroko

pierwszy raz miałam węża w rękach

[16.06.2013]

Dowiedziałam się od Edyty podczas wyborów Miss Trans, że w niedzielę jest prezentacja książki, w której min także Ona się znalazła. Skoro już byłam w Warszawie, czemu nie. Skorzystałam oczywiście z okazji, by pokazać się w pełnej krasie. I nie spodziewałam się, że spędzę tak przyjemne popołudnie w galerii Apteka Sztuki i poznam tak wspaniałych ludzi. A już w najskrytszych marzeniach nie spodziewałabym się, że będę pierwszy raz trzymała w rękach żywego węża smugowego, którego przywiozła inna z bohaterek książki, Martyna Marilyn Moszczyńska. A po spotkaniu udaliśmy się do pobliskiego parku i zrobiliśmy sobie mini foto sesję z Ciocią Edzią i Słodką Marysią.

Dobrenocki

przygotowania do nagrania

[17.06.2013]

Wspaniałe zakończenie niezwykłego tygodnia w Warszawie. Od sesji ślubnej, poprzez wybory Miss Trans i „Jedno oko na Maroko” do nagrania w studio Polsat Cafe programu z cyklu „Dobrenocki”. Wystąpiłam wspólnie z Edytą Baker. A przy okazji realizacji programu poznałam cudowne dziewczyny, min Asię, Anię i Ewę. I przekonałam się na własnej skórze, jaką przemianę przeszłam w ciągu tego roku. Tremę czułam tylko przed nagraniem, i to niewielką. Natomiast, gdy nagranie ruszyło, byłam kompletnie spokojna i dokładnie wiedziałam, co chcę powiedzieć.

Nagranie to miało dla mnie bardzo ważny skutek. Jeszcze nie w trakcie nagrania, ale gdy kilka tygodni później oglądałam go i słuchałam wypowiedzi Edyty i swoich, nagle zrozumiałam. Ja jestem trans kobietą a nie transwestytą. Słuchałam Edyty i słyszałam opis siebie. Dzięki temu nagraniu wreszcie skończyłam szukać odpowiedzi, kim jestem. Pojawiło się kolejne, co z tym fantem zrobić.

V Bydgoskie Dni Różnorodności

Żywa Biblioteka

[22.06.2013]

Wróciłam z Warszawy i co, miałam się nudzić? Nie ma takiej opcji. W czwartek w nocy zobaczyłam informację, że w week-end jest fajny cykl imprez, a w sobotę dwa wydarzenia, które bardzo mnie zainteresowały, żywa biblioteka i panel w teatrze o coming-outach w życiu. Napisałam do organizatora o 2 w nocy. W piątek rano dogadaliśmy szczegóły i zostałam zaproszona jako jedna z uczestniczek Żywej Biblioteki. Marzyłam to tym, by wziąć udział w tym projekcie już od jakiegoś czasu i kolejne marzenie się spełniło. Ale to nie koniec atrakcji. Poznałam wspaniałych ludzi, zarówno zrzeszonych w bydgoskiej Lambdzie, jak i współpracujących z nią. Wzięłam udział w panelu w teatrze, gdzie zostałam zaproszona jako gość specjalny i siedziałam obok Ryśka Biedronia. Miałam okazję opowiedzieć o moim coming-oucie i o tym, z jakimi problemami spotykają się osoby trans i co dla nich jest najważniejsze. Bo okazało się, że to zupełnie inna historia, niż w przypadku relacji homo, les i bi.

panel w teatrze o coming-oucie

Wiele o tym rozmawiałam także w czasie drogi powrotnej do Poznania, którą odbyłam w towarzystwie min Ryśka, korzystając z Jego zaproszenia. Ale najwięcej adrenaliny dostarczyło mi przejście przez zatłoczone centrum Bydgoszczy (min Wyspę Młyńską) podczas odbywających się pikników i imprez plenerowych, w pełnej kobiecej krasie. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z okazji, by w paru bardzo charakterystycznych miejscach, które mijaliśmy po drodze, nie pozować. W końcu fotomodelka to moja druga natura. Ale najmilej wspominam moją gospodynię w księgarni Ówczesnej, Nataszę, która bardzo ciepło i mile mnie przyjęła. To cudowne, że na mojej drodze spotykam tak otwartych, cudownych, ciepłych ludzi. I mam nadzieje, że tak będzie dalej.

Kiss Love Sex

z planu zdjęciowego

[25.06.2013]

Po powrocie do Poznania, szykując się już powoli do wyjazdu, zostałam zaproszona przez jedną dziewczynę do udziału w nagraniu. Czemu nie. Okazało się, że to projekt młodych ludzi z zespołu Kiss Love Sex, którzy jadą przez Europę i nagrywają dokument o sytuacji mniejszości seksualnych w różnych krajach. Poprosili mnie o bardzo kolorowy strój, więc taki skompletowałam i udałam się w ich towarzystwie na Stare Miasto. To była niezwykła przygoda, zwłaszcza, jak udzielałam odpowiedzi po polsku na pytania zadawane po rosyjsku, wiedząc, że i tak nie jestem rozumiana. To była zabawa. Ale najważniejsze, że wszystko super się udało, a ja co nieco zbulwersowałam turystów zwiedzających poznańskie Stare Miasto.

Wizaż i stylizacja Lukrecja

Foto Aleksandra Sokołowa

Kasia i niezwykła sesja

[2013]

Ostatni mocny akcent przed wyjazdem. Dosłownie trzy dni przed. To już chyba tradycja. Rok temu, przy okazji naszej pierwszej sesji, było podobnie. Najpierw spotkanie, by omówić plan sesji. Tym razem Kasią zobaczyła mnie w moim normalnym obecnym wydaniu. Bardzo Jej się spodobało to co zobaczyła. Sesja była niezwykła, o czym za jakiś czas się przekonacie sami. Kasia zrealizowała kolejne moje marzenie. Mam dwie sesje, które są dla mnie kwintesencją kobiecości. Sesję ślubna z Leszkiem Kamy Bork i sesję aktu w wykonaniu Kasi. Dzięki temu mogę w spokoju czekać na ewentualne propozycje. I nie zgadzać się na wszystko, co mi zostanie zaproponowane, bo już wiem, jak akurat te dwa tematy powinny być realizowane. Tym razem Kasia nie zmyła mi makijażu, więc po powrocie do domu zostawiłam walizkę, założyłam moją kochaną rudą perukę i poszłam na Maltę. Nawet deszcz mnie nie odstraszył, tylko niestety wpłynął na jakość zdjęć, ale to akurat nie ważne.

Make-up Kasia Kasprzak; stylizacja Lukrecja

W obiektywie Kasi Kasprzak

[2013]

Po sesji ślubnej z Kamą czekało mnie kolejne wyzwanie. I kolejne marzenie do spełnienia.

Kobiecy akt. Bez ingerencji photoshopa.

Teraz, mając moje protezy, potrzebowałam wizjonerki. Rozmawiałam o tym projekcie z paroma osobami, ale podświadomie czułam, że jest tylko jedna osoba, która stanie na wysokości zadania.

Na spotkaniu z Kasią powiedziałam Jej o moim marzeniu. Od razu podjęła wyzwanie.

Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. I nie ważne dla mnie jest, co sądzą inni. Ja dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam. Kasia doskonale wyczuła to, co chcę pokazać. I zrobiła to rewelacyjnie.

Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek podejmę ten temat. Gdy dostanę propozycję, będę się nad nią zastanawiała, czy się zgodzić. Ale będzie musiała być bardzo ciekawa i wnosząca coś niezwykłego, by mnie zainteresować.

Nigdy natomiast nie odmówię ani Kasi ani Kamie.

Początek września. Wracałam do Polski.

Rozpoczynał się nowy etap w moim życiu. Przeprowadzałam się do Warszawy…

I rzucałam się w wir kolejnych wyzwań…

Eliza

[2013]

Jak już wspominałam, poznałam Ją na domowej imprezie u Lady Red Cat w lutym tego roku. Nawet nie przypuszczałam, że za pół roku dzięki Jej propozycji zamieszkam w Warszawie, co pozwoliło unormować sytuację z moim synem w trudnym okresie, gdy oboje potrzebowaliśmy dystansu. Ta swoboda doprowadziła w pół roku później do przełomu w naszych stosunkach.

Dzięki propozycji Lizy mogłam w pełni rozwinąć skrzydła w działaniach na różnych polach. Bez możliwości stałego pobytu w Warszawie byłoby to praktycznie niemożliwe.

Liza pomogła mi wtedy, gdy tego najbardziej potrzebowałam, a tego się nie zapomina. Nigdy.

X PTP

[13—15.09.2013]

Bardzo czekałam na to wydarzenie. Pierwszy raz miałam w nim wziąć udział, ponadto miała to być pierwsza dłuższa wyprawa nowo nabytym samochodem. Nie miałam za bardzo czasu się przygotowywać i dobrze. Pojechałam niejako z marszu, przedtem poznawszy moją współpodróżniczkę, Myszę, z którą spędziłam bardzo fajne popołudnie na Starym Rynku w Poznaniu dwa dni przed wyjazdem.

Po napisaniu relacji z obu edycji konkursu Miss Trans, w których brałam udział, postanowiłam, że i z tego wydarzenia napiszę relację.

Oto ona :

X Jubileuszowe Plenerowe Trans Party oczyma Lukrecji

13—15 września 2013

miejsce gospodarstwo agroturystyczne w pięknym miejscu gdzieś w Polsce.

10 jubileusz zobowiązuje, a że dane mi tym razem było być w Polsce, nie wyobrażałam sobie, że mnie tam nie będzie.

I w ten sposób jubileusz stał się moim debiutem. Kolejnym debiutem w moim nowym życiu.

Zapewne, jak każdy z uczestników, a zwłaszcza uczestniczek, zaczęłam się przygotowywać kilka dni przed wyjazdem. Miałam o tyle „ciekawiej”, że opierałam się na skąpych wiadomościach, tym, że jest to wioska, że chodzą sobie zwierzęta luzem i na paru zdjęciach, wybrałam zestaw strojów dostosowany w moim mniemaniu do specyfiki miejsca. Jakże się myliłam.

Oczywiście, pod względem strojów byłam przygotowana do panujących tam warunków, ale za to na wieczornych party bardzo brakowało mi moich butów, sukienek, peruk… Już wiem, że za rok tego błędu nie popełnię.

Opierałam się, wybierając stroje, na moich odczuciach względem siebie. Od pewnego czasu moja świadomość kobiety jest tak mocna, że na co dzień nie odczuwam potrzeby strojenia się i naiwnie myślałam, że będę sobie w legginsach, tuniczkach i zwykłych butach latała i będę szczęśliwa, że jestem tam. I tak faktycznie było. Bo to jest najważniejsze w tym miejscu i podczas tych paru dni. Każdy z nas tam jest sobą i może dokładnie robić to, co uważa dla siebie za najlepsze. Nikt mu złego słowa nie powie i nie narzuca swoich wizji. Ale jednak lans jest stale obecny. Na szczęście wzięłam moje nowiutkie botki na szpileczce kupione dzień przed wyjazdem i jedną sukienkę, której nie miałam jeszcze okazji zaprezentować publicznie. I całe szczęście, bo wbrew obawom, okazało się, że można po trawie, pośród koni, gęsi, kóz i krów chodzić w czarnej sukience w czerwone róże, bordowych rajstopach z założonymi na wierzch kabaretkami i czarnych botkach na szpilce. Więcej, można było w takiej kreacji uganiać się za kozami i nikogo to nie śmieszyło a mi sprawiło niesamowitą frajdę.

Bo tak właśnie, jak w przykładzie powyżej, wyglądał nasz pobyt. Każdy mógł ubrać się tak, jak chciał. Każdy mógł usiąść pod drzewem na ławce i rozmawiać o tym, co mu w duszy gra i konfrontować to z tym, co w duszy gra rozmówcom. Spędziłam na tych rozmowach wiele czasu, z Olą, Jolą, Monikami, Tanią, Mary, dwiema Edytami, Natalią i wieloma innymi. Każda ta rozmowa to niezwykłe przeżycie i zetknięcie się z innym wycinkiem podobnego świata. Dopiero takie spotkania, w tak różnorodnym i tak otwartym towarzystwie, pozwalają zrozumieć, jak wspaniałe jest to, co przeżywamy. Ja z godziny na godzinę nabierałam chęci do kolejnych lansów. Pojawiały mi się nawet tak zwariowane pomysły, że pojadę do domu po kolejną walizkę rzeczy...Na szczęście byłam już po jednym drinku (śmiech)

Ale wiem, i zapewne nie tylko ja, że jednak te kreacje, stylizacje, to był wspaniały dodatek. Bo to, co najważniejsze, to bycie razem, wspólne posiłki, obfitujące w niesamowite specjały, które skutecznie walczyły z jakimikolwiek pomysłami na dietę.

Jak już wsomniałam o jedzeniu, to na chwilę się tu zatrzymam. Kolacje i śniadania, to był szwedzki stół w polskim wydaniu. Było bardzo smacznie, bardzo różnorodnie i w dużej mierze, bardzo niezdrowo, ale kto tego nie kocha. Obiady były natomiast serwowane na stoły. Dwudaniowe, ale wybór mięs, surówek powodował, że musiałam bardzo się wstrzymywać, by móc wstać od stołu. Nie wiem, czy za te pieniądze, które zapłaciliśmy za pobyt, gdziekolwiek bylibyśmy w stanie tak smacznie się najeść, że nie powiem dosadniej, przejeść. A gdzie noclegi, zamknięty dla nas ośrodek. Tutaj należą się gorące, płynące prosto z serca, podziękowania, dla Właścicieli i ich współpracowników. Stworzyli nam niesamowitą atmosferę i wspaniałe warunki do wypoczynku. Myślę, że nie przesadzę, gdy napiszę, że nikt z nas nie opuszczał tego miejsca w niedzielne popołudnie z ciężkim żalem i już tęsknił do kolejnego spotkania za rok.

Ale czas najwyższy zdać relację z pobytu.

Wyjechałam z domu w piątek rano w towarzystwie Myszy. Nie nudziło mi się, bo Mysza miała bardzo wiele ciekawego do powiedzenia, nie tylko o naszym świecie, ale i na inne tematy, związane z Jej życiem zawodowym, co jest niezwykle ciekawe. Tak więc droga mi się nie dłużyła. Ubrana byłam oczywiście odpowiednio i wygodnie, legginsy capri wykończone koronką, balerinki i sweterek-mini sukienka. Przerwę zrobiliśmy na jakimś parkingu w małej wiosce i tam w sklepie zaopatrzyłam się w brakujące wiktuały. Po raz kolejny przekonałam się, że jak nie epatuje się sobą, tylko jest po prostu sobą, ludzie przyjmują to spokojnie. Bardzo miło było w tym małym, wiejskim sklepiku. Pozdrawiam obie Panie ekspedientki, może to kiedyś przeczytają?

Wreszcie dojechaliśmy na miejsce. Przywitały nas dwie dziewczyny, Edytka i Ania, która okazała się potem wspaniałą organizatorką sobotniego przedpołudnia. Natomiast Edyta od razu zakręciła mi w głowie wspaniałymi legginsami. Bo ja mam na ich punkcie świra.

Dziewczyny wzięły nas pod drzewko na ławkę, zaproponowały kawę i coś jeszcze i zaczęłyśmy się integrować. Oczywiście Lukrecja od razu rozstawiła sprzęt i poszła pod stojące obok drzewko robić fotki. I zaraz dowiedziała się, że to swoisty magnes od pierwszego PTP w tym gospodarstwie i stało się niejako oficjalną wizytówką tego miejsca.

Po krótkiej rozmowie mogłam się po raz pierwszy przekonać, gdzie jestem. Ruch przy bramie wzbudził zainteresowanie prawdziwych gospodarzy tego miejsca i po chwili miałyśmy już towarzystwo w postaci czworonożnych, bardzo towarzyskich, reprezentantów kilku gatunków.

To niesamowite wrażenie, gdy koń zagląda ci przez ramię i próbuje sprawdzić, co masz też ciekawego w tej szklance. Zresztą parę razy im się to udało…

W niedługi czas potem zaczęły nadciągać nowe siły. Ekipa warszawska, reprezentacja zza zachodniej granicy i z najróżniejszych zakątków Polski. Każdy nowy samochód, wjeżdżając na parking powodował ruch. Przywitania, pierwsze wspólne fotki. Gorące powitania tych, którzy widzieli się ostatni raz rok temu w tym samym miejscu.

Tak wyglądało właściwie całe piątkowe popołudnie. Przywitania, pierwsze rozmowy, obserwacje. Oczywiście instalowanie w pokojach. Pierwsze kreacje. Myślałam, że nie będzie mi się chciało robić na bóstwo. Czułam się super bez peruki, makijażu, na luzie ubrana. Ale to było bardzo błędne wyobrażenie. Już na kolację niektóre dziewczyny przyszły w pełnej gali. Potem przenieśliśmy się wszyscy do sali w budynku, w którym mieliśmy swoje pokoje i tam początkowo też byłam taka, jak od dłuższego czasu, bez peruki, bez makijażu, ale długo nie wytrzymałam. Widząc, jak do sali co jakiś czas wchodzi nowa laska, udałam się do swego pokoju w jedynym słusznym celu. Wyjęłam mój kuferek z kosmetykami i od tego piątkowego wieczoru do wyjazdu w niedzielę po południu, praktycznie większość czasu spędziłam w pełnym rynsztunku. Pierwszy wieczór, który zazwyczaj jest wieczorkiem zapoznawczym, bo główna impreza odbywa się w sobotni wieczór, tym razem stał się główną imprezą. Ja sama przebierałam się chyba ze trzy razy i zaprezentowałam swoją jedyną sukienkę, którą początkowo chciałam zostawić na sobotę. Oczywiście szaleństwa nas nie opuszczały. Zabawa była super, muzyka porywała do tańca. Z Edyttką W. zamieniłyśmy się sukienkami, dzięki czemu miałam na sobie kolejną kreację. Zresztą być może to było w sobotę? Nie ważne kiedy. Bardzo fajne było to, że muzyka nie była głośna i to pozwalało swobodnie rozmawiać. Bo mimo wszystko, akurat możliwość porozmawiania na różne tematy, nie tylko związane z naszym kobiecym czy męskim światem, była, przynajmniej z mojego punktu widzenia, a wiem też z wypowiedzi innych uczestników, że nie tylko ja tak uważam, bardzo ważna.

Myślę, że dla wielu z nas, którym rozleciały się związki, lub bezskutecznie szukają nowych, wiele siły dały rozmowy ale i wspólna zabawa z partnerkami, których zacna reprezentacja była obecna. Obserwacja tego, jak podchodzą do pasji swoich partnerów, możliwość rozmów z Nimi właśnie o tym, jak to się zaczęło, jak to obecnie funkcjonuje w ich związkach, dało bardzo dużo pozytywnej energii i wiary w to, że każda i każdy z nas ma na to szansę…

Nocna impreza przeciągnęła się do białego rana. Nawet parę osób postanowiło nad ranem pójść w zawody dźwiękowe z czworonożnymi mieszkańcami ośrodka. Ale nie będziemy małostkowi i pominiemy to milczeniem (śmiech).

Wbrew pozorom, na śniadaniu stawił się prawie komplet uczestników. Fakt, że jedna z uczestniczek pomogła tym bardziej opornym pewnym urządzeniem wzmacniającym głos, ale nikt nie miał o to pretensji, bo wszyscy chcieli skosztować przepysznej jajecznicy, ciepłej kiełbasy i innych specjałów.

Po śniadaniu nastąpiły zajęcia w podgrupach. Część po prostu wypoczywała i zbierała siły na kolejny wieczór. Część oddała się leśnym spacerom w okolicy Gospodarstwa. Jeszcze inna grupa pokazała swoje kawaleryjskie pasje i jeździła konno. Tu wielkie podziękowania dla Julity za jej nieocenioną pomoc. Ale największa grupa udała się kolumną trzech samochodów na wycieczkę krajoznawczą do Byczyny i okolic pod światłym przewodnictwem Ani z Wrocławia, za co serdecznie Jej dziękujemy. To był z Jej strony zupełny spontan, więc tym bardziej należą się Jej gorące słowa uznania.

Nie zdawałam sobie sprawy, że jesteśmy tak blisko ważnej historycznej miejscowości. To pod Byczyną 24 stycznia 1588 roku wojska polskie pod dowództwem hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego rozgromiły w krwawej bitwie wojska arcyksięcia austriackiego Maksymiliana III Habsburga. Byliśmy pod czas tej wycieczki bardzo malowniczą grupą, zresztą nie jedyną, bo w tym samym czasie był piknik średniowieczny. Ale nasze stroje budziły, wydaje mi się, większe zainteresowanie. Przeżyłam parę niezwykłych momentów. Pierwszy raz od momentu, gdy zaczęłam w sobie odkrywać kobietę, byłam w kościele, w dodatku w pełnym kobiecym wydaniu. Był to kościół ewangelicki, ale to akurat nie miało znaczenia. Może nawet przez ten surowy wystrój, tym bardziej odczułam to, czego doświadczyłam. Kiedyś byłam osobą wierzącą. Obecnie już nie, ale mimo wszystko, bardzo emocjonalnie przeżyłam ten moment.

Wychodząc z kościoła, Ania zgromadziła nas przed wejściem i pełniła funkcję przewodniczki, a tymczasem z kościoła wychodziła niemiecka wycieczka. Wie ktoś, czemu nam się tak przyglądali, a już zwłaszcza nie mogli oderwać wzroku od nóg Ani… Zresztą takich sytuacji mieliśmy sporo, ale muszę podkreślić, że mieszkańcy Byczyny i turyści zachowali się z klasą. Nie zauważyłam ani nie usłyszałam żadnych ordynarnych i niecenzuralnych epitetów. Wprost przeciwnie, spotkaliśmy się z fajnym przyjęciem, min w salce muzeum, gdzie wysłuchaliśmy historii Byczyny i bitwy, czy spontaniczny wykład przez mieszkańca Byczyny o maszcie flagowym z XIX wieku. Było też jedno bardzo zabawne zdarzenie, gdy w narożniku murów miejskich ustawialiśmy się do wspólnego zdjęcia, nagle zza oka z budynku naprzeciwko nas doszło głośne „Mamo!” Być może ktoś wystraszył się, że jest inwazja kosmitów (śmiech). Ja zwłaszcza chcę tutaj podziękować Paulinie, która akurat podczas naszej wycieczki stała się moją nadworną fotografką i dzięki Niej mam wiele wspaniałych zdjęć. Zresztą Paulina ma jeszcze inne talenty, ale o tym później.

Po zwiedzeniu Byczyny pojechaliśmy do oddalonego o kilka kilometrów miejsca, gdzie jest rekonstrukcja średniowiecznego zamku. Nie jest to klasyczna rekonstrukcja, tylko stylizowany na średniowieczny zamek ośrodek wypoczynkowy. Była tam min ekspozycja narzędzi tortur i okazało się, że są wśród nas osoby o ukrytych mrocznych pasjach, ale o tym cicho sza…

Z tego zamku już wzywani alarmowymi sygnałami, że zostaniemy pozbawieni obiadu (śmiech), wróciliśmy do ośrodka.

Po obiedzie nastąpiła popołudniowa cisza. Część uczestników wypoczywała zbierając siły przed wieczorem. Inni rozmawiali. Bardzo miło wspominam rozmowy z Jolą. We wszystkich rozmowach uderzyło mnie to, że nikt nikomu niczego nie narzucał, dzielił się swoimi przemyśleniami, doświadczeniami. Cieszył się, że każdy z nas odnajduje się w tym świecie i żyje w zgodzie ze sobą. Jakże różne to od naszej wirtualnej rzeczywistości, gdzie wiele osób uważa, że tylko ich wizja jest jedynie słuszna. Tutaj widziałam autentyczną radość z tego, że jestem szczęśliwa w tym miejscu swojej drogi, w którym jestemobecnie. Nie spotkałam się z żadnymi komentarzami typu „musisz!, bo jesteś w błędzie”. Każdy z nas cieszył się szczęściem drugiej lub drugiego i chłonął uznanie i akceptację prezentowanej przez siebie wizji siebie. Było nas sporo, ponad 30 uczestników. Ogromna różnorodność. I okazuje się, że można wspólnie świetnie się bawić. Wiem, że uczestnicy poprzednich edycji wiedzą o tym doskonale, ale piszę o tym, bo ja byłam pierwszy raz i miałam takie obawy, doświadczywszy różnych wirtualnych ataków, często bardzo ostrych. Dlatego uważam, że trzeba to podkreślić, by ewentualni nowi uczestnicy przyszłych spotkań nie bali się. Mimo, jakby nie patrzeć, bardzo specyficznego rodzaju spotkania, nie ma szansy, by ktoś komuś wyrządził krzywdę, bo jeżeli nawet znajdzie się ktoś taki, to zostanie spacyfikowany. Piszę o tym, bo był jeden zgrzyt. Ale osoba zaatakowana słownie dostała od razu wsparcie a osoba atakująca sama później przyznała, że posunęła się za daleko.

Czekając na kolację, Paulina ujawniła jeszcze jeden swój talent, przynajmniej przede mną, bo Ona jest artystką i pomalowała mi paznokcie. Pierwszy raz w życiu miałam pomalowane artystycznie paznokcie. Zresztą nadal mam, pisząc te słowa, chociaż nie ubłagalnie zbliża się czas, że będę musiała się z nimi pożegnać, bo coraz mniej lakieru jest na paznokciach.

Podczas kolacji przybyła ekipa łódzka (Dorota, Dawid i Weronia) a przedtem, w późnych godzinach popołudniowych zjawiły się Celina i Isia. W ten sposób na wieczornej sobotniej imprezie był komplet uczestników. Wiele wspólnej fajnej zabawy. Ja sama zrobiłam coś pierwszy raz w życiu. Ale o tym wiedzą wtajemniczeni (dzięki Biu i reszcie towarzystwa zza drzwi).

Podczas imprezy miałyśmy z Mary pomysł na spontaniczny mini pokaz, ale okazało się, że wiara była zbyt rozbawiona i w takich warunkach coś zorganizować to syzyfowa praca. Nauczone doświadczeniem postanowiłyśmy coś przygotować na przyszły rok. Ale co to będzie, dowiedzą się uczestnicy przyszłorocznego PTP. A kto wie, czy nie będą to tylko Oni.

Ale wracając do zabawy, nasze przygotowania z Mary nie poszły na marne, bo i tak zrobiłyśmy mini pokaz BIELIZNY.

Ostatnia noc.

A potem poranek, śniadanie i ostatni lans, więc kosmetyki i do dzieła.

To było bardzo fajne przedpołudnie. Rozmowy z Edzią, Mary, Olą, Pauliną, Jolą TV. Wspólne niezwykłe zabawy z Jackiem i Patrycją. Pogoń za kozami w botkach na kilkucentymetrowych szpilkach.

Oraz sesja na kamieniu przed obiektywem Pauliny.

Ale niestety, nie ubłagalnie czuliśmy presję zbliżającego się dużymi krokami momentu pożegnania. Ostatni obiad, po którym nie chciało się wstawać od stołu.

Próbuję sobie przypomnieć, rozmowy z kim utkwiły mi jeszcze w pamięci. Pojawia się Fizia, bardzo fajna, ciepła dziewczyna. Pełna humoru. Pojawia się żal, że wiele osób nie udało się poznać bliżej. Spędzić z nimi więcej czasu. Julitko, na pewno następnym razem nadrobimy zaległości…

Isia, sorry, że nie zrobiłam fotki Twoich paznokci, o co mnie prosiłaś…

Dziękuję obu Monikom za bliskie memu sercu kreacje i za pozytywną energię którą promieniowałyście…

Dziękuję Lilce i Arlettce za wiatr z zachodu i rozmowy o życiu tam…

Dziękuję Celinie za lekcje cierpliwości podczas robienia zdjęć Dawidowi, Dorotce i Isi…

Dziękuję Fizi za ciepło i radość, która z Niej biła…

Dziękuję Oli za wspaniałe rozmowy o życiu…

Dziękuje Paulinie za paznokcie i cierpliwość i chęć, dzięki czemu mam wiele wspaniałych zdjęć a la sesyjnych…

Dziękuje Biu i Ani za całonocnego drinka, za przełamanie pewnych oporów i wspaniałą zabawę…

Dziękuję Edyttcie W. za przywitanie, wspólne zabawy, wymianę sukienek i za wspólną miłość do legginsów…

Dziękuję Ani za kawę na dzień dobry, wspaniałą wycieczkę i wsparcie udzielone Biu i Ani w przełamaniu moich oporów…

Dziękuję Myszy za wspólną podróż i wiele ciekawych monologów, co mi bardzo pasowało, bo mogłam się skupić na jeździe i nie nudziłam się…

Dziękuję Mary i Tani za wspólne tańce, a Mary zwłaszcza za nasz spontaniczny pokaz bielizny dla wybranych…

Dziękuję Jackowi i Patrycji przede wszystkim za wspaniałe niedzielne przedpołudniowe zabawy. Byliście cudowni…

Dziękuję Edycie i Joli TV za wspólne mieszkanie i za to, że ze mną wytrzymałyście oraz za ciekawe rozmowy w różnych miejscach i czasie…

Edycie dodatkowo dziękuję za ciągłą rywalizację platformową…

Dziękuję Julicie za to, że mogłam Cię poznać…

Dziękuje Isi, Dawidowi, Dorocie i Weroni, że udało Wam się być chociaż przez parę godzin…

Dziękuję Domi i Gosi, Marti, Arianowi i Kasi za to, że byliście i jesteście…

I na końcu dziękuję Lukrecji, ze to że lubi pisać, dzięki czemu możecie to przeczytać…

To wszystko i jeszcze więcej działo się podczas X Jubileuszowego Plenerowego Trans Party.

Jeżeli spodobało Ci się, albo nie wierzysz, że było tak jak opisałam, bądź z nami za rok podczas XI PTP.

Zapraszamy

PS. jeżeli kogoś nie wymieniłam, to niech da znać, dopiszemy.


Lukrecja Kowalska

wiejska modelka

Wernisaż, teatr, Shessha

Wernisaż, teatr, Shessha

[21.09.2013]

Na PTP Mary zaprosiła mnie na wernisaż Damiana do Legionowa. Bardzo dawno nie byłam na wernisażu malarstwa, więc skorzystałam z zaproszenia. Skorzystałam też z okazji, by wystąpić w pełnym kobiecym wydaniu. Było to bardzo przyjemne wydarzenie. A zaraz po nim po raz drugi w życiu byłam w teatrze w pełnej kobiecej krasie. To był spektakl w sali widowiskowej Ratuszu w Legionowie. Angielska czarna komedia świetnie zagrana. Bawiłam się doskonale, a po reakcjach sali mogę stwierdzić, że nie tylko ja.

A po spektaklu stwierdziliśmy, że nie można tak fajnie zaczętego wieczoru zbyt szybko zakończyć, więc udaliśmy się za namową Tanii do Sheesha Longue w Warszawie. Była to moja pierwsza wizyta w klubie nie branżowym, na obcym dla mnie terenie. I świetnie się bawiłam. Na pewno duże znaczenie miało to, że byłam w towarzystwie, ale na parkiecie często byłam sama i spotkałam się z fajnymi reakcjami. Zapewne nie wszystkim podobała się moja postać, ale nikt nie dał mi tego odczuć. A ja poza tym przełamałam kolejne tabu, zapaliłam fajkę wodną.

Closterkeller AD 2013

[27.09.2013]

Jeszcze podczas pobytu w Niemczech szukałam informacji o tegorocznej trasie Abracadabra Gothic Tour zespołu Closterkeller. Jak tylko zobaczyłam, że w Poznaniu będą pod koniec września, wiedziałam, że tam się pojawię. Buty już miałam, natomiast reszta stroju...ile wersji, ile planów. Ale przed koncertem spotkałam się z Lady Red Cat i dostałam od Niej trochę fajnych ciuszków. Pośród nich piękną klimatyczną czarną sukienkę. I problem się rozwiązał. Na koncert zaprosiłam Lady Red Cat i Tomka. Bawiłam się świetnie, koncert był bardzo klimatyczny. A spotkanie z Anią na afterze jak zawsze bardzo ciekawe. I parę pozytywnych zaskoczeń.

Poznanie nowych ludzi, którzy bardzo fajnie mnie przyjęli, ale przede wszystkim spotkanie ludzi, których spotykałam na poprzednich koncertach i ich zaskoczenie, ale co dla mnie najważniejsze, ich bardzo pozytywne reakcje.

Nadia Issa

[2013]

W stylu retro.

I ponownie studia zawitały do mego życia. Odpowiedziałam na apel Nadii i spotkałyśmy się w mojej ulubionej Klubokawiarni Pasaż, która stała się moim stałym punktem spotkań.

Nadia

Nasze spotkanie zaowocowało paroma zdjęciami. A potem nastąpiła kontynuacja. Niezwykłe dla mnie jest to, jak Nadia robi zdjęcia. Stary aparat na czarno białe klisze. Do tego osobny miernik światła. I po raz kolejny okazuje się, że jestem jedną z nielicznych, które od razu reagują na apel. A dlaczego nie. Dzięki temu poznaję nowych interesujących ludzi. I mam szansę objaśniać zawiłości życia osób transpłciowych. A przy okazji kolejny raz przekonywać się, jak mój optymizm działa na ludzi i jak jest zaraźliwy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.34
drukowana A5
za 47.2
drukowana A5
kolorowa
za 76.09